Actions

Work Header

Saloniki

Summary:

Did you know?: Po zaślubinach Salomei i Augusta Becu (biologicznej Matki Juliusza i jego przyrodniego ojca) i przeprowadzce do Wilna, para otworzyła salon literacki gdzie nawet w 1822 po debiucie "Ballad i Romansów" gościł Adam Mickiewicz? Właśnie tam po raz pierwszy 13-letni Juliusz spotkał 24-letniego Adama. Młody Juliusz nawet pokazał mu wtedy swoje pierwsze próby literackie.

Tym właśnie wydarzeniem inspirowany jest mój fanfic. Oczywiście wiek bohaterów zmieniony na potrzebę utworu. (keine pedofilia pls)

Notes:

Nie jestem pewny czy zrobić z tego one-shota, czy dłuższy fic. Mam wprawdzie wersję próbną rozpisaną na ponad 30k słów (to co czytacie to rewrite wersji demo). Muszę się jeszcze nad tym zastanowić.

Chapter Text

Sobota. 

 

W domu na ulicy Zamkowej 22 w Wilnie w sobotnie popołudnie nigdy nie było cicho. Zawsze zbierało się tam towarzystwo. Otóż organizowane były tam co sobotę, lub dwie w zależności od okoliczności, saloniki literackie. Wielbiciele poezji i sztuki zbierali się aby dzielić się dziełami i dyskutować na ich temat. 

 

W ten sobotni poranek przez okno wspomnianego domu wpadła strużka światła padająca na twarz leżącego w łóżku młodzieńca.

 

-Juliuszu, wstań już! Goście zaraz przybędą- rozbrzmiał z parteru domu głos należący do Salomei Bécu- matki Juliusza jak i gospodyni spotkania.

 

Młodzieniec leniwie otworzył oczy biorąc głęboki oddech, przeciągając się po czym wzdychnął powietrze ponownie kładąc się w poprzedniej pozycji na łóżku. Chłopak wpatrywał się w sufit z przymrużonymi oczami przez chwilę po czym ponownie powoli podniósł się do pozycji pół leżącej, podpierając się na łokciach.

 

Westchnął po czym przeleciał ręką po twarzy w geście bycia na pograniczu załamania nerwowego i zmęczenia. -No cóż- pomyślał Juliusz zrezygnowany.

 

Saloniki były organizowane w sobotę z paru powodów. Pierwszym była dostępność wszystkich w ten oto dzień. W sobotę nie chodziło się do kościoła a większośc, która pracowała, chętnie relaksowała się na salonach po długim tygodniu pracy, więc była szansa na zebranie większej ilości gości. Drugim powodem było to, 

że Juliusz nie miał wtedy żadnych wykładów na uczelni. Sobota była jego dniem wolnym, a Salomei bardzo zależało aby jej syn przebywał w towarzystwie innych poetów. 

 

Tego dnia Salony osbywały się nietypowo— rano, gdyż siostry Juliusza przyjeżdżały wieczorem z podróży, a Salomea chciała zapewnić im wygody po powrocie, a nie salon pełen ludzi.

 

Juliusz wstał z łóżka, kładąc stopy na dość zimną podłogę. Mógłby narzekać jednak zimno rozbudzało go w pewnym sensie. Nie był pewien czy chciał być przytomny tego dnia. 

 

Młodzieniec zrobił parę kroków w kierunku szafy po czym otworzył ją. Szafa pachniała bardzo specyficznie; starym drewnem i lawendą, która wisiała po wewnętrznej stronie drzwiczek. 

 

Juliusz błądził oczami po szafie, szukając czegoś odpowiedniego na dzisiejsze saloniki.

Nie miał ochoty ubierać się w nadzwyczaj eleganckie ubrania, jednak inaczej nakazywała sytuacja. Młodzieniec przebierał przez ubrania rękoma, co chwilę wyjmując ubranie, zastanawiając się nad jego ubraniem. Celował on w coś eleganckiego a zarazem wygodnego, aby czuć się komfortowo we własnym domu. Po chwili poddał się, czas go gonił, nie miał czasu na strojenie się odpowiednio do jego nastroju. Czasem trzeba poświęcić swoją wygodę i postawić się przed brakiem komfortu. Poirytowany wyciągnął z szafy koszulę, surdut, kamizelkę i eleganckie spodnie.

 

Po założeniu niewygodnych ubrań, Juliusz stanął przed lustrem znajdującym się na prawych drzwiczkach szafy. Obejrzał się szybko z daleka, bliska, poprawiając co chwilę tudzież swoje włosy lub surdut, prostując go. Julek nigdy nie opuszczał swojego pokoju, a już tym bardziej domu nie upewniając się że wygląda perfekcyjnie. 

 

Po upewnieniu się, że wygląda dobrze, jeszcze raz westchnął. Można by było odnieść wrażenie, że Juliusza nie interesowały saloniki, co tłumaczyłoby jego widoczną niechęć do brania udziału w salonikach. Nic bardziej mylnego, Juliusz uwielbiał literaturę; od najmniejszych lat pisał od wierszy do długich powieści, był on niesamowitym pasjonatem poezji, przy dobrym towarzystwie potrafił on z wielkim zaangażowaniem o niej rozmawiać. Otóż problemem było właśnie towarzystwo. Wielcy poeci, wysokiej rangi ludzie oraz wielu innych znajomych matki Juliusza. 

 

Trzeba było zachować powagę, ale nie za wielką aby towarzystwo nie było zbyt “sztywne”. Śmiać się z nieśmiesznych żartów gości, trochę głośniej gdy zażartowała ważniejsza osobistość. Wyrażać aprobatę wierszy nawet tych, które nie przypadły nam  do gustu, a jak trzeba- skrytykować tak, aby nie urazić gościa, czyli trzeba było trzymać język za zębami, aby przypadkiem nie podzielić się z gościem swoim prawdziwym zdaniem i udzielić mu realnych rad. Juliusz natomiast nigdy nie przebierał w słowach, nie hamował się i zawsze mówił to co myśli. Nie zważał na różnicę wieku czy statusu, człowiek to dla niego człowiek; dlatego też przed zebraniem się gości Salomea, zdając sobie sprawę z zaciętości swojego syna, prosiła go o zważanie na słowa. Nie można też było zbytnio “popisywać” się wiedzą lub zbyt namiętnie rozmawiać o poezji, gdyż goście mogliby poczuć się gorsi lub poniżeni. Ta zasada szczególnie przeszkadzała Juliuszowi, nie rozumiał jej idei.

 

Nie wspominając, że dzieła gości zdaniem Juliusza były po prostu okropne. Brakowało im duszy, głębi, wyrazu. Były one o błahej tematyce i niesamowicie mdłe. Wszyscy wokół jednak pochwalali dzieło podwyższając jedynie ego twórcy. 

 

Często, matka Juliusza kazała mu podzielić się swoimi dziełami z towarzystwem. Było to niezwykle niezręczne dla młodzieńca. Juliusz był świadomy swego geniuszu i jakości swoich dzieł, jednak coś w przedstawianiu ich towarzystwu, które nie miało bladego pojęcia o prawdziwej poezji było zawstydzające; szczególnie jako syn gospodyni. Juliusz wiedział,

że jego matka chce dla niego dobrze, jednak mimo to uciekał się on nieraz do łgarstwa mówiąc, że ma dużo nauki, źle się czuje lub musi iść pomóc służącej w zakupach spożywczych. 

 

Mimo tego, Juliusz czasem dyskretnie przysiadał na jednym ze stopni na schodach, nasłuchując wierszy gości. Za każdym razem modlił się aby przypadkiem Salomea go nie usłyszała, zmuszając go do dołączenia do gości i bezpośrednio brania udziału w salonikach.

Nie miał on możliwości opuszczenia salonu, gdyż byłoby to niegrzeczne.

-

 

Tuż przed wyjściem z pokoju młodzieniec przeżegnał się, błagając Boga aby nic niezręcznego nie spotkało go dzisiejszego dnia. 

 

Juliusz chwycił się drewnianej poręczy i wychylił się cicho na schodach, nasłuchując zbierających się gości. Oczywiście najgłośniej rozbrzmiewał głos Salomei, która ciepło witała gości. Te same imiona, te same powitania, nic co by zaciekawiło pragnącą nowości duszę Juliusza; gdy nagle na ustach Salomei przemknęło się nowe imię.

 

-Adamie! Dotarłeś, jak wspaniale!-

 

Imię to zwróciło uwagę Juliusza. Był on dobrze zapoznany z towarzystwem, nie gościł tu jeszcze żaden Adam. Juliusz przysiadł na stopniu i nasłuchiwał się dalszym rozmową gości. Największe “zamieszanie” robił wokół siebie owy Adam. Wszyscy zwracali się do niego jakby z większym szacunkiem niż do reszty. 

 

Juliusz wziął głęboki wdech. Podniósł się na nogi, trzymając się poręczy i zaczął powoli schodzić na drewnianych schodach które skrzypiały pod niemal każdym jego krokiem. 

 

Goście już byli rozsadzeni w salonie na bordowo-brązowych krzesłach, które idealnie komponowały się z wiktoriańskimi meblami z ciemnego drewna. Pośrodku foteli stał średniego rozmiaru stolik, na którym goście kładli swoje kawy, herbaty czy czegokolwiek sobie zażyczyli do picia. Pod stolikiem stał elegancki dywan perski, który nadawał odczucie przepychu w pomieszczeniu.

 

-Ach, już jesteś- odparła Salomea do Juliusza zwracając się w jego stronę; jednak oczy Juliusza spoczywały jedynie na mężczyźnie stojącym za Salomeą. W odpowiedzi na brak kontaktu wzrokowego z synem, Salomea odwróciła się aby spojrzeć co tak bardzo zwróciło uwagę jej syna.

 

-Ach no tak, wy się jeszcze nie znacie- powiedziała z lekkim rumieńcem na policzkach.

-To jest mój syn- kontynuowała prowadząc delikatnie Juliusza do nieznajomego.

 

Juliusz wyciągnął rękę do mężczyzny mówiąc- Słowacki Juliusz-

Drugi uścisnął ją i odparł -Mickiewicz Adam, miło poznać- po czym uśmiechnął się. 

 

Mimo końca interakcji, Juliusz nie mógł oderwać wzroku od Adama. Adam był wysokim mężczyzną, co najmniej 6 centymetrów wyższym od Juliusza. Włosy miał ciemnobrązowe, które mogłyby podchodzić pod czarne. Oczy jego były głęboko zielone przykryte gęstymi rzęsami niczym nocne niebo okrywające nocą las. Postura jego emanowała pewnością siebie i siłą. 

 

Juliusz gdy zdołał zdjąć swój wzrok z Mickiewicza, przysiadł na jednym z foteli. Przez następne parę godzin goście dyskutowali na różne tematy, dzielili się swoimi ulubionymi dziełami ich fragmentami, recytowali swoje własne a nawet improwizowali. Improwizacje zawsze wywierały na Juliuszu największe wrażenie. Improwizacja zawsze umiała doskonale pokazać jakim poetą był człowiek. Co doprawdy siedziało w jego duszy i umyśle.

 

Nadeszła pora na Adama Mickiewicza. Jego słowa płynęły z jego ust tak płynnie niczym woda ze nie wzburzonego wodospadu, lekko i rytmicznie opadająca na otaczające je skały, otulając je swoją rześkością. Juliusz, mimo woli, zamknął oczy i pozwolił im napływać wgłąb jego duszy. Przesłuchał tak parę dzieł, ostatnie z nich wywarło na nim największe wrażenie, jednak gdy słowa przestały płynąć; Juliusz otworzył oczy i serce mu aż z wrażenia przystanęło na najkrótszą chwilę, dowiedziawszy się że to ostatnie było improwizacją. 

 

Juliusz był w szoku, nigdy nie doświadczył czegoś takiego. Czuł się, jakby jego dusza narodziła się na nowo, jakby dostała to, czego tak pragnęła przez tak długi czas.

 

Przyszedł czas na krytykę, o którą Adam sam poprosił. Po raz pierwszy, Juliusz nie miał nic do powiedzenia. 

 

-

 

Saloniki dobiegły końca, goście zaczęli zbierać się przy drzwiach zabierając swoje płaszcze. Jeszcze na wyjściu niektórzy prowadzili rozmowy które rozwijały się coraz mniej dynamicznie powoli prowadząc do końca i pożegnania. 

 

Goście podchodzili do gospodyni dziękując jej za spotkanie i poczęstunek po czym wychodzili.

 

Juliusz stanął przy matce aby pomóc jej w pożegnaniach z gośćmi. 

 

-Dziękuję za zaproszenie, Salomeo- powiedział Adam całując jej wierzch dłoni na co odpowiedziała uśmiechem. Po chwili odwrócił się do Juliusza podając mu rękę na pożegnanie

-Dziękuję że przyszedłeś- powiedział Juliusz.

-To była czysta przyjemność- odpowiedział Adam z uśmiechem.

 

Zanim gość zdołał założyć płaszcz Salomea zatrzymała go, kładąc mu dłoń na ręce- Adamie- zaczęła. 

 W tym momencie całe nadzieje na normalne spotkanie Juliusza upadły - widzisz, mój syn również zajmuje się literaturą..pisze wiersze od dziecka. Jeśli to nie problem..zechciałbyś może spojrzeć na jego prace- spytała uprzejmie. 

 

-Ach, tak?- Adam zerknął na Juliusza z teatralnym zdziwieniem. 

-Jakbym mógł odmówić- stwierdził uśmiechając się do Salomei. 

 

-Niech ktoś mnie powiesi- pomyślał Juliusz.

 

-Proszę za mną- odparł młodzieniec kierując się w kierunku schodów. Adam podążył za nim. 

 

Schody skrzypiały pod ciężarem mężczyzn, poza tym panowała zupełna niezręczna cisza. Juliusz debatował przez chwilę czy aby nie wypada przerwać ciszy jednak Adam go w tym wyprzedził. -Masz jakieś rodzeństwo?- spytał 

 

-Mam dwie przyrodnie siostry, obecnie są poza miastem- odpowiedział. 

 

-Doprawdy? Salomea nigdy nie wspomniała- stwierdził Adam na co Juliusz cicho mruknął. Zanim zapadła dalsza cisza, Juliusz dotarłszy do progu swego pokoju, otworzył drzwi.

 

Adam wszedł za nim do pomieszczenia. Nie wiedząc co ze sobą zrobić rozglądał się po pokoju jakby czegoś szukał. W tym czasie Juliusz brał co rusz któryś zeszyt lub kawałek papieru ze sterty, który następnie albo przekładał na nowo utworzona kupkę albo odkładał na bok, krzywiąc się. Po chwili z niewielkiej sterty ułożyła się dosyć pokaźna. Wziął wszystko do rąk i podszedł to Adama wręczając mu rzeczy. 

 

-Całkiem sporo tego- odrzekł Adam niby uśmiechając się, lecz widoczne było skrzywienie. Jak Juliusz podejrzewał, Adam zgodził się z grzeczności. Juliusz odpowiedział uśmiechem zabierając z rąk Adama parę zeszytów I kartek zostawiając w jego rękach tylko 2 zeszyty i 4 kartki. 

 

Juliusz usiadł na krześle naprzeciwko łóżka sugerując Aby Adam na nim usiadł, co następnie zrobił.  Rozłożył się wygodnie po czym otworzył pierwszy zeszyt I zaczął czytać. 

 

Przez następną co najmniej godzinę w pokoju panowała cisza. Twarz Adama zmieniała swój wyraz co chwilę, przybierała ona najczęściej coś na kształt lekceważenia, Juliusz zauważył. Mimo tego czekał na opinię drugiego.

 

Odkładając ostatnia kartkę Adam zwrócił się do Juliusza I odetchnął, na jego twarzy uformował się szyderczy uśmiech, który już w pierwszej sekundzie wkurwił Słowackiego- Tragedii nie ma, owszem dużo brakuje Ci do mnie ale jak trochę poćwiczysz to może się poprawisz. Rymy masz takie sobie a w twoich powieściach są dziury w fabule, która sama w sobie, przy okazji, nie ma dużego sensu. Próbujesz napisać coś oryginalnego ale słabo ci to wychodzi, marzy ci się pewnie zostanie wielkim poetą ale za bardzo próbujesz- po czym wstał z łóżka i skierował się do wyjścia- piszesz dobrze ale na wielkich się nie nadajesz, odpuść sobie młody- dodał. 

 

Juliusz siedział w ciszy przez chwilę, Mickiewicz zaś czekał w progu jakby czegoś oczekiwał. Płaczu, zrozumienia, przyznania racji, jedyne co dostał to podniesiony ton Słowackiego- Ty niby lepszy, tak?- 

 

-Ano lepszy- odpowiedział dumnie Adam.

 

-Od kogo? Ode mnie? Czy od reszty idiotów salonowych, którzy jednego wiersza nie umieją napisać o czymś innym niż kwiaty na łąkach? Tych co sądzą że są genialni jednak tematyka “dzieł” jest tak błaha, że wiersz napisany przez dwulatka więcej wyrazu i znaczenia niż ich wypociny, a nawet jeśli to dwuletnie dziecko nie napycha się swoim egoizmem tak bardzo jak pusta arystokracja, zjadacze chleba- powiedział Julian jakby na jednym wdechu.

 

-Co ci daje prawo do sądzenia żeś od nich wybitniejszy? Czy tyś sam nie uważasz się za lepszego? Czym się różnisz więc od towarzystwa w salonie, Juliuszu?- odparł spokojnym tonem Adam coraz to bardziej przybliżając się do Słowackiego.  

 

-Czym ty się różnisz, Adamie? Co tobie daje prawo do wywyższania się?-

 

Adam nachylił się, praktycznie szepcząc Juliuszowi do ucha- Dobrze wiesz, że jestem lepszy. Widziałem cię podczas mojej improwizacji, wiem co o mnie myślisz- po czym odsunął się od młodszego i wyszedł, zostawiając Juliusza samego. 

 

Miejsce, którego blisko był Adam paliło żywym ogniem. Juliusz nadal czuł ciepły oddech starszego na jego twarzy. Odczucie to przyprawiło go o przyjemne dreszcze. 

 

Juliusz stał w bezruchu przez dobre 5 minut po czym otrząsnął się i zamknął uchylone drzwi. Przysiadł on powoli na łóżku zasłaniając sobie buzię ręką. - Co to miało być?!- pomyślał. Myśli w jego głowie się plątały a dusza zdawała się jakaś cięższa, a może to serce. -Zamorduję, zabiję człowieka!- pomyślał gwałtownie wstając z łóżka. 

 

-Jak on śmiał! Jak on mógł! Co za bezczel- wykrzykiwał na głos Juliusz. 

 

-” Czym się różnisz więc od towarzystwa w salonie, Juliuszu” A jak ty kurde myślisz?! Widzisz chyba, czyż nie?! Trudno być gorszym- Krzyknął Juliusz rzucając jednym z zeszytów przez pokój. 

 

Wziął głęboki wdech. - Okej, opanuj się Julek- powiedział do siebie. Młodzieniec wstał i usiadł do biurka biorąc do ręki pióro- Pokażę mu czym się różnię -