Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2025-12-10
Words:
2,067
Chapters:
1/1
Hits:
10

Rozpacz

Summary:

Zelgadis ponownie porzucił grupę. Jego celem jest Wieża Bez Powrotu — wieża na obrzeżach Lecikeds, miasta śmierci, siedziby bezimiennej istoty żyjącej na granicy czterech wymiarów. Istoty, która obiecuje spełnienie każdego życzenia. Miejsca, z którego nikt jeszcze nigdy nie wrócił. Amelia błaga Linę, by go powstrzymała, zanim będzie za późno.

Notes:

Work Text:

Jak tylko spojrzała w przesiąknięte rozpaczą i beznadzieją oczy księżniczki, wiedziała, że wydarzyło się coś złego.

- Amelio, co się stało? – Natychmiast podeszła do siedzącej na murku dziewczyny i złapała ją za ramiona.

- Pan Zelgadis… ponownie nas zostawił – wypowiedziała te słowa głosem tak pełnym żalu, że Lina przez chwilę myślała, że jej pęknie serce.

- Skończony idiota. Znowu wynalazł jakąś świątynię w okolicy?

- Panno Lino, on tym razem naprawdę nie wróci. – Po policzkach dziewczyny spłynęły dwie łzy. – On zamierza się udać do Wieży Bez Wyjścia. Panno Lino, wiesz, co to oznacza, prawda?

Lina zaklęła siarczyście. Oczywiście, że wiedziała. Wieża na obrzeżach Lecikeds, miasta śmierci, siedziba bezimiennego stworzenia żyjącego na granicy czterech wymiarów. Istoty obiecującej spełnienie każdego życzenia. Od której nikt nigdy nie wrócił.

- Panno Lino, ja… - targnęły nią pierwsze spazmy płaczu – starałam się zrobić wszystko, aby go zawrócić. Wyznałam mu nawet swoje uczucia. A on… - Łzy spływające jej po policzkach utworzyły dwie strużki. – A on mi podziękował i odszedł. – W jednej chwili spojrzenie dziewczyny stało się jeszcze bardziej rozpaczliwe. – Panno Lino, ja wiem, że on nie odwzajemnia moich uczuć, ale chcę, aby żył. – Chwyciła starszą czarodziejkę za dłonie. – Żył i wreszcie był szczęśliwy. Panno Lino, tylko ty możesz go powstrzymać. Błagam cię, nie pozwól mu, aby poszedł na dobrowolną śmierć.       

Lina przyglądała się bez słowa przyjaciółce.

- Pewnie, że nie pozwolę na to temu zakutemu łbowi! Nie martw się Amelio! Piękna i genialna mistrzyni czarnej magii dopilnuje, aby poprzestawiać mu z powrotem wartości w tym kamiennym łbie – powiedziała z uśmiechem rudowłosa.

Dopiero wtedy oblicze księżniczki się lekko rozpogodziło. W smutnych, niebieskich oczach ponownie pojawił się błysk nadziei.

- Dziękuję! Dziękuję, panno Lino! – Amelia rzuciła się Linie na szyję i mocno do niej przylgnęła. Jeszcze przez kilka minut czarodziejka uspokajała młodszą dziewczynę, układając w głowie plan, zgodnie z którym mogłaby mieć szansę złapać Zelgadisa, zanim mężczyzna osiągnie swój cel.

 

***

 

- Zel! – zawołała, widząc w oddali ubraną na biało sylwetkę.

Żadnej reakcji.

- Zel, stój do cholery!

Dopiero wtedy się odwrócił i spojrzał jej w oczy. Linę przeszedł dreszcz, gdy ujrzała jego spojrzenie. Pełne mroku, nienawiści do świata i samego siebie. Zdeterminowane. Gotowe na wszystko.

Jednocześnie poczuła też przypływ wściekłości. Jak on śmiał? Jak on śmiał, nawet się z nią nie pożegnać. Jak śmiał, tak bardzo ją odsunąć?

- Ty cholerny kretynie, co ty sobie myślisz?! – wykonała kilka kroków, stając dokładnie przed nim. – Znikać tak bez słowa! Wiesz, co musiałam wykonać, aby jeszcze cię złapać?!

- A co cię to obchodzi? – Jego głos był chłodny, jak na samym początku ich znajomości.

- Przestań się zachowywać jak skończony palant – warknęła czarodziejka. – Co się znowu w tym twoim kamiennym łbie zrodziło? Jak mogłeś tak potraktować Amelię? Chyba mi nie powiesz, że naprawdę zgłupiałeś do reszty i naprawdę zmierzasz do Wieży Bez Wyjścia?

- Owszem, zmierzam do Wieży Bez Wyjścia i pytam się raz jeszcze, co cię to obchodzi?

Te słowa sprawiły, że Lina zaczęła tracić grunt pod nogami.

- Zel, co się stało?

- To proste. Mam dosyć takiego życia. Albo w tę albo we w tę. Władca Wieży Bez Wyjścia zapewni mi zakończenie mojego problemu.

- Twojego problemu? Jakiego problemu, Zel? Żyjesz, oddychasz, dopóki to jest, wszystko jest w porządku. Wszystko może się zdarzyć. Ale jak przestaniesz oddychać, wszystko się kończy. Nic już nie będzie mogło się zmienić. Czemu pragniesz takiego końca?

- Lina, moje życie to nie jest temat do dyskusji. Moje życie, mój wybór. Uszanuj to.

- Mam uszanować to, że w praktyce chcesz popełnić samobójstwo? Chyba kpisz. Nie pozwolę ci na to.  – W jej dłoni pojawiła się kula ognia.

- Nie chcę ci zrobić krzywdy, Lina – odparł wręcz znudzonym tonem.

- To chodź ze mną. Proszę.

W Linie coś drgnęło. „Proszę” wypowiedziane błagalnym tonem? Przez nią? Co się z nią działo? 

Odpowiedź była prosta. Była przerażona. Przerażona tym, że Zelgadis naprawdę jest gotowy na śmierć. Przerażona perspektywą, że jego faktycznie może nie być obok niej.

Zdumienie widoczne w oczach chimery świadczyło, że jest on równie zaskoczony jak ona. Szybko jednak na jego twarzy ponownie pojawił się chłód i obojętność.

- Już podjąłem decyzję. Tylko to przedłużasz.

To była ta kropla, która sprawiła, że straciła nad sobą panowanie.

- Fire Ball!

Język magii był tym, z którym była oswojona najbardziej. Jeśli zwyczajne słowa zawodziły, przekaże mu swoje myśli w inny sposób.

Chimera zrobiła błyskawiczny unik.

- Dam Brass. – Kula niebezpiecznej energii poleciała w jej kierunku.

Niepozorna polana stała się obszarem poważnego pojedynku magicznego. Las błyskawicznie wypełnił się mniej potężnymi urokami szamanizmu ziemi, ognia, powietrza i wody. Kolejne uniki i uważne korzystanie z zaklęć ofensywnych po obu stronach świadczyło o rozpaczliwym charakterze walki.  Żadne z nich nie chciało zabić drugiego. Żadne też nie chciało ustąpić.

- Fire Ball!!! – Czuła, że coraz trudniej jest jej wykonywać kolejne uniki. Jej pojemność magiczna pozwoliłaby jej na rzucanie zaklęć przez kilka najbliższych godzin, jednak jej problemem była przewaga Zelgadisa w temacie szybkości i wytrzymałości. Cudem udało jej się uniknąć dotychczasowych dwóch Shadow Snap, wiedziała jednak, że przy następnym razie może nie mieć tyle szczęścia. Nie miała czasu na inkantację silniejszych zaklęć. Zelgadis zbyt dobrze znał jej repertuar czarów. Zaklęła w duchu raz jeszcze. Jej magia była potężniejsza, nie licząc szamanizmu ducha i ziemi, a mimo to, to on miał przewagę.   

Jej kula ognia leciała wprost na niego.

Była przekonana, że mężczyzna zrobi kolejny unik.

Tak się jednak nie stało.

Mag przyjął na siebie całe uderzenie, jednak się nie zatrzymał.

Przez co wpadł na nią, zanim zdała sobie sprawę, co to oznacza.

Zaczęli się siłować na chłodnej, skroplonej wcześniejszym deszczem, trawie.  Kilka koziołków później, Zelgadis chwycił ją za nadgarstki i przygwoździł ją do ziemi ciężarem swojego ciała. Dziewczyna wydała z siebie okrzyk złości i próbowała mu się wyrwać. Całkowicie bezskutecznie. W temacie czystej siły fizycznej nie miała z chimerą najmniejszych szans.

Kilka sekund później poczuła nieprzyjemne mrowienie w dłoniach.

Dopiero chwilę później zrozumiała, co robi Zelgadis.

Korzystając z kontaktu fizycznego, wprowadzał zakłócenia energetyczne do jej ciała, co uniemożliwi jej korzystanie z zaklęć przez kilka najbliższych godzin.

Które były decydujące w celu, który chciała osiągnąć.

- Poddajesz się? – spytał krótko mag. Jego niebieskie oczy, jak zawsze obdarzały ją nieprzyjemnie przenikliwym spojrzeniem.

- Chyba śnisz! – warknęła, próbując wyrwać się z jego uścisku, w odpowiedzi na co wojownik tylko wzmocnił chwyt na jej nadgarstkach.

Była całkowicie unieruchomiona. Jej moc została zablokowana. Argument siły już nie wchodził w grę. Po raz pierwszy od bardzo dawnego czasu zaczęła ją ogarniać panika. Jak miała zwyciężyć w tej walce?

- Lina, to już koniec – powiedział spokojnie Zelgadis.

- Nie.

- Lina…

- Nie! – powtórzyła uparcie. – Nie mogę ci na to pozwolić. Nie zgadzam się, abyś popełnił taką głupotę.

Te słowa sprawiły, że w jego dotychczas zobojętniałym spojrzeniu pojawił się błysk gniewu.

- Głupotę? A co ty wiesz o moim życiu? Co wiesz o przemianie w chimerę? O życiu jako chimera? O ciągłym szukaniu odpowiedzi, która nie istnieje?! – Z każdym pytaniem jego gniew wzrastał. Lodowaty ton przeradzał się w krzyk. – Jakie masz prawo ingerować w moje życie?!      

W oczach Liny wciąż tliła się determinacja.

-  Stałeś się moim przyjacielem. To dla mnie wystarczy. Chcę ci pomóc, Zel, czy to tak trudno zrozumieć?!

- Pomóc? Niby w jaki sposób? Masz w swoim repertuarze zaklęć sposób na przywrócenie mi dawnej postaci? Jakoś tego nie zauważyłem. A może jesteś w posiadaniu czegoś, co potrafi zlikwidować ciągle powracające koszmary? Coś co powstrzyma kolejne nienawistne spojrzenia tłumu? Coś co złagodzi poczucie zdrady i nienawiści do tego świata? Słucham! Jesteś w stanie mi coś takiego dać?!

Z jego wzroku bezpowrotnie zniknęła chłodna obojętność. Ból, surowy i gorący, bez ujścia, nie dający chwili wytchnienia. Tylko to tliło się w jego oczach.

Natychmiast poczuła ten sam ból w swoim sercu. Nie mogła tego znieść. Nie mogła znieść jego cierpienia.

Panno Lino, tylko ty możesz go powstrzymać.

Dopiero wtedy zrozumiała słowa Amelii.

- Mnie. – To słowo padło z jej ust tak cicho, że zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę wypowiedziała je na głos.

- Co? – spytał, jakby się przesłyszał, chociaż obydwoje wiedzieli, jak dobry ma słuch.

- Mogę ci dać samą siebie – powiedziała nieco głośniej, choć jej głos brzmiał niepewnie.

Czuła, że jej policzki stają się gorące, lecz nie odważyła się odwrócić wzroku. To była jej ostatnia karta. Nie mogła się teraz poddać nastoletnim odruchom.

Zwłaszcza, że po raz pierwszy podczas tego spotkania w jego spojrzeniu pojawiło się wahanie.

- O czym ty mówisz?

Słowami osiągnęła już wszystko, co do osiągnięcia było możliwe. Resztę mogła przekazać już tylko w jeden sposób.

Jego twarz unosiła się tuż nad nią. Odległość do pokonania była tak niewielka… Wystarczyło tylko zebrać w sobie dość odwagi, aby uczynić ten ostatni krok.

Teraz albo nigdy.

Lekko uniosła głowę i delikatnie pocałowała go w usta.

Świat na moment się zatrzymał.

Po chwili zdającej się trwać całą wieczność Zelgadis odwzajemnił pocałunek.

Na te kilka sekund życie stało się cudowne, jasne i wspaniałe.

Szybko jednak płuca zaczęły się domagać tlenu i minuta zapomnienia odeszła wraz z nurtem przesypujących się ziarenek piasku czasu.

- Rozumiesz już? Chociaż jesteś skończonym kretynem, nie chcę cię stracić.

Chwyt na jej nadgarstkach, do których miała wrażenie, że chwilowo przestała dopływać krew, się rozluźnił.

- Jesteś świadoma konsekwencji słów, które wypowiadasz?

- A co? Masz mnie za panienkę lekkich obyczajów, która oddaje się każdemu chętnemu?!

- Lina. – Mężczyzna obdarzył ją takim spojrzeniem, że natychmiast z powrotem spoważniała.

- No pewnie, że jestem świadoma tych, jak to nazwałeś „konsekwencji” - odparła, czując, że jej twarz pokrywa się jeszcze większym rumieńcem. – Nie będziesz już znikać, nie będziesz mnie zostawiać samej, nie będziesz sam się mierzył ze swoimi upiorami. Będziemy razem. Będziemy żyć. Tak? – Obdarzyła go wyczekującym spojrzeniem.

Jego oczy przez kilka chwil wciąż wpatrywały się w nią nieufnie. Jakby rozważał możliwość, że po raz kolejny w jego życiu ktoś próbuje go oszukać. Ponownie zaczęła ją ogarniać panika.

- Zel…  – wymówiła jego imię niemal błagalnie. 

I wtedy stało się coś dziwnego. Strużka ciemnej mocy, delikatna niczym pajęczyna, wydostała się z jego oczu, chociaż on sam wydawał się nie zdawać sobie z tego sprawy.

W jednej chwili wszystko stało się dla Liny jasne. To był jeden ze sposobów działania bezimiennej istoty z Wieży Bez Powrotu. Wyszukiwał w swoich ofiarach, które mogły być najpotężniejszymi z magów, silne negatywne emocje. Nienawiść, wstyd, niespełniona ambicja, samotność... Następnie rzucał na tych ludzi najsubtelniejszy z uroków. O małej mocy, jednak niezwykłej precyzji ulokowania. Czar wspomagał jedynie dorastanie uczucia, które czaiło się w mrokach duszy śmiertelnika.

A przezwyciężyć go mogła jedynie równie potężna pozytywna emocja.

Spojrzenie Zelgadisa wreszcie stało się ciepłe. Całkowicie zwolnił chwyt na jej nadgarstkach, po czym delikatnie splótł jej palce ze swoimi. Kąciki jego ust lekko się uniosły, zanim ponownie się nad nią pochylił i ją pocałował.

Ten pocałunek nie był tak niewinny jak poprzedni. Swoją intensywnością i jednoczesną delikatnością wyrażał bardzo wiele. Była tam i wątpliwość, i strach, ale też nadzieja i radosna obietnica.

Gdy wreszcie zrobili przerwę dla zaczerpnięcia oddechu, Zelgadis podniósł się i podał jej rękę, którą dziewczyna z uścisnęła z ogromną wesołością na twarzy.

- Czyli nigdzie nie idziesz, tak? Chcę to usłyszeć z twoich ust – powiedziała czarodziejka, mierząc go uważnym spojrzeniem.         

- A czy moje usta cię już o tym nie zapewniły wystarczająco? – spytał z lekko złośliwym uśmieszkiem Zelgadis.

Lina ponownie oblała się rumieńcem.

- Chcę to usłyszeć – powtórzyła, ignorując palące ciepło w okolicach policzków.

Uśmiech maga się poszerzył, gdy przyciągnął ją do siebie za rękę, którą wciąż trzymał w swojej dłoni.    

- Już nigdzie się nie wybieram.

- I nie będziesz już znikać?

- I nie będę już znikać.

- I nie będziesz się zamykać w sobie, wymyślać kolejnych depresyjnych pierdów na swój temat i tym podobnych?

- Dużo masz jeszcze tych pytań? – przerwał jej mężczyzna na wpół znużonym na wpół rozbawionym tonem.

- Trochę – powiedziała, zanim lekko oparła głowę o jego klatkę piersiową, skąd dobiegało jego silne bicie serca. – Już nigdy więcej mnie tak nie przerażaj, dobrze?

Mężczyzna objął ją.

- Postaram się.

Pocałował ją lekko w czoło, potem w policzek, później po chwilowym wahaniu, przy którym kąciki jego ust ponownie się uniosły, doszedł do szyi. Momentalnie poczuł, że Lina lekko zesztywniała w jego ramionach. Spojrzał na nią kątem oka ze złośliwym uśmieszkiem.

- Chyba wciąż jesteś zbyt niewinna, aby dokładnie wiedzieć, co to znaczy ofiarować całą siebie facetowi, co nie, Lina?

Nieustraszona mistrzyni czarnej magii, postrach bandytów, legendarna Dramatta wyglądała jak personifikacja czerwonych lampek choinkowych.

- Jaki ty jesteś wredny… – warknęła ślicznie zarumieniona dziewczyna. – To znaczy, to było przyjemne, ale ja…

- Spokojnie. Powoli będziemy pracować nad całkowitym wypełnieniem twojej obietnicy.

O ile było to możliwe, czarodziejka zarumieniła się jeszcze bardziej.

- Zel!

Mężczyzna zaczął się serdecznie śmiać i z powrotem przyciągnął ją do siebie. Lina ponownie oparła głowę o jego klatkę piersiową, wsłuchując się w mocne bicie serca.

Śmiech Zelgadisa…

Jak dawno tego nie słyszała.

Już niemal zapomniała, jak lubiła ten dźwięk.

Brzmiało to jak słodka obietnica na lepsze jutro.