Work Text:
Witajcie w nowym przekładzie : )
Oto obiecany oneshot. Tym razem przedstawiam coś lekkiego, ot odskocznię od cięższych, wojennych tematów. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Przetłumaczenie tekstu trochę mi zajęło, ale myślę, że dzidziuś jest dobrym usprawiedliwieniem.
Oczywiście gorąco zachęcam do komentowania : )
Enjoy!
HARRY POTTER
FANFICTION
[Post–Hogwart Times]
101 SPOSOBÓW NA ZMARTWIENIA WSZELAKIE (ALTERNATYWNIE: WYSOCE NIEFORTUNNY WYPADEK Z UDZIAŁEM PACHOŁKA I POLICYJNEGO HEŁMU)
Przekład: Glenka, 2025
Oryginał: „101 Ways to Heal Your Wizarding Woes (Or, an Unfortunate Incident with a Traffic Cone and a Policeman’s Helmet) " Who_la_hoop
Pairing: HP / DM
Rodzaj: Miniatura
Zgoda: Jest
Disclaimer: This story is based on characters and situations created and owned by JK Rowling, various publishers including but not limited to Bloomsbury Books, Scholastic Books and Raincoast Books, and Warner Bros., Inc.
No money is being made and no copyright or trademark infringement is intended.
Alternative Universe Story.
101 SPOSOBÓW NA WSZELAKIE ZMARTWIENIA (ALTERNATYWNIE: WYSOCE NIEFORTUNNY WYPADEK Z UDZIAŁEM PACHOŁKA I POLICYJNEGO HEŁMU) [T] [Z]
WSKAZÓWKA #01.
Tłumiona złość szkodzi duszy. Napisz list do osoby, na którą głęboko się gniewasz, a może nawet jej nienawidzisz. Swoje uczucia wyraź dosadnie, daj upust złości. Ważne, abyś nie zapomniał, że adresat listu nigdy go nie zobaczy!
~ Fragment poradnika Melusiny Meadowbrook pt. „101 sposobów na zmartwienia wszelakie”
Potter,
Ssiesz.
D. Malfoy.
Draco rozsiadł się na kanapie i uśmiechnął, zadowolony z własnego dowcipu. Chwilę później spojrzał na poradnik, od którego na moment odwrócił uwagę. Matka podarowała mu tę bezużyteczną książkę, ale, szczerze mówiąc, jeżeli to miało sprawić, że wreszcie przestanie się martwić, może się poświęcić i przebrnąć przez tę paplaninę. Nie było przecież nic złego w tym, że od czasu do czasu budził resztę domowników swoimi koszmarami, które sprawiały, że mokra pościel przyklejała mu się do pleców, a on sam krzyczał do utraty głosu.
Zmarszczył brwi.
Każdy powinien zajmować się swoimi sprawami i nie wtryniać nosa w cudze. Owszem, to byłoby najlepsze rozwiązanie problemu, ale z drugiej strony matka naprawdę załamywała nad nim ręce. Zawsze taka była.
Westchnął pod nosem i odgarnął z twarzy kosmyk, który opadł mu na czoło. Powinien przyciąć włosy, ale nie zamierzał pozwolić nikomu niedoświadczonemu na samowolkę. Ludzie musieli uważać go za najprawdziwszego głupca, jeżeli oczekiwali, że pozwoli przystawić sobie różdżkę do szyi. Niestety, chociaż Narcyza była niebywałą czarownicą, natura poskąpiła jej fryzjerskiego talentu. Nieważne, może mieć dłuższe włosy.
Prychnął i, lekko sfrustrowany, odrzucił poradnik na bok. Zakichana amatorszczyzna dla frajerów, podsumował. To oczywiste, że gardził podobnymi bzdurami. Chociaż nie wierzył w prawdziwość treści książki, zwinął pergamin w mały zgrabny zwój i dpowiednio go zapieczętował. Wbicie rodowej pieczęci w czerwony wosk sprawiło mu ogromną satysfakcję, zwłaszcza że sekundę później wrzucił list do kosza na śmieci.
Śmieszne, idiotyczne bzdury.
Następnego dnia przywitał to dziwaczne uczucie, które podpowiadało mu, że coś jest nie w porządku. Zirytowany, postanowił bliżej przyjrzeć się problemowi. Jak się po chwili wnikliwej analizy zorientował, był dręczony przez wyrzuty sumienia, ot niewiarygodne. Tak bardzo przyzwyczaił się do odczuwania wyłącznie tępego strachu, że to nowe doznanie na dłużej wzbudziło jego zainteresowanie. Czy naprawdę czuł się winny? Gdy doznał olśnienia, roześmiał się bez humoru. Ze wszystkich możliwych rzeczy, za które mógł się obwiniać, dlaczego wybrał sobie akurat tę najmniej istotną? Stłumił narastający strach, grożący przytłoczeniem i prawie do krwi przygryzł wargę. Niemożliwe, że sumienie postanowiło go podręczyć w związku z tą śmieszną, bezsensowną notką, którą wczoraj nabazgrał. Całkiem prawdopodobne (no dobrze, bardziej niż całkiem, jeżeli być szczerym), że proste, ale jakże treściwe „Ssiesz” nie było dokładnie tym, co miała na myśli Melusina Meadowbrook, niech będzie przeklęta. Najgorsze, że obiecał matce, że przynajmniej spróbuje zastosować się do zapisanych w poradniku rad. Narcyza przez lata stawała na wysokości zadania, spełniała jego wszystkie zachcianki, łagodziła ognisty temperament i się dlań poświęcała. To oczywiste, że mógł uszczęśliwić rodzicielkę i napisać kilka akapitów na karbowanym pergaminie, prawda? Nie był przecież jakoś szczególnie zajęty. Skończył wszak uwięziony w tej piekielnej norze, nie mając do roboty niczego poza rozmyślaniem nad swoją dolą, nurzaniem się w nienawiści oraz pielęgnowaniem starych obsesji. W porządku, zadecydował ponuro. Matka ma rację.
To nie tak, że chciał pracować. Jako Malfoy przyszedł na świat z talentem do leniuchowania i zajmowania cennego czasu w szlachetny, owocny i absolutnie poprawny sposób. To żadna tajemnica, że tylko prostacy i szlamy musiały zarabiać na własne utrzymanie. Majątek, którym dysponował, był wieczny. Nawet Vol… nieszczęśliwe wydarzenia minionych lat, które, jak należy podkreślić, nie były jego winą, nijak mogły zaszkodzić nazwisku, którym się chlubił, statusowi społecznemu, a nawet rodowym finansom — a przynajmniej tak właśnie twierdził ojciec, aczkolwiek wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na coś zupełnie innego.
I masz, znów się zdenerwował i zmarszczył brwi, czego powinien unikać niczym ognia. Matka zawsze mu powtarzała, że zmarszczki szybko zniszczą szlachetność, którą prezentuje swoim wyglądem. Czasem, w zaciszu własnej głowy, Draco prawdziwie sobą gardził.
Potter.
Zgodnie z ogólnie przyjętą etykietą powinienem napisać „Drogi Harry”, ale nigdy nie darzyliśmy się sympatią, dlatego też pominę wszelkie formalności i zastosuję luźniejszy ton. Mogę śmiało powiedzieć, że nienawidziłem cię całym sercem i duszą od pierwszego dnia, kiedy się poznaliśmy. Odrzuciłeś wówczas przyjaźń, którą oferowałem.
Draco zastygł w bezruchu i gwałtownie się zaczerwienił.
Jakież głupoty właśnie nabazgrał. Odrzucenie wyciągniętej ręki? Wierutna bzdura. Miał wszak napisać terapeutyczny list pełen nienawiści i gniewnych uczuć, a nie miłosną pieśń zranionego szczeniaka. Nigdy przenigdy nie przejąłby się odrzuceniem ze strony dzieciaka pokroju Pottera, brudnego półkrwi o kiepskim guście w doborze druhów i najbardziej niedorzeczną fryzurą, jaką tylko można sobie wyobrazić.
Ostatecznie skreślił wszystkie obraźliwe zwroty.
Zawsze byłeś bezczelny i sarkastyczny. Nigdy nie okazywałeś szacunku ani mnie, ani moim przyjaciołom, a tym bardziej mojej rodzinie.
Z drugiej strony odwdzięczyłem się podobnie. Nigdy nie szanowałem twoich znajomych czy bliskich i niejednokrotnie próbowałem wpakować cię w kłopoty lub zabić. Co więcej, chciałem pomóc obłąkanemu maniakowi w zdobyciu władzy nad światem, prawie dopisał, gdyż zdradziecka ręka zapragnęła odmówić mu posłuszeństwa. Szczęśliwie, zdołał powstrzymać tę pokusę, ale przepłacił to brzydką plamą atramentu na jasnym drewnianym biurku.
Z twojej winy mój ojciec trafił do Azkabanu, gdzie został straszliwie skrzywdzony. To przez ciebie Voldemort stracił do niego zaufanie, a w konsekwencji nakazał mi zlikwidowanie Albusa Dumbledore’a. Abym był posłuszny, groził mi śmiercią rodziców; najbliższych mi ludzi, Potter! Nie możesz sobie nawet wyobrazić bólu towarzyszącego otrzymywaniu Mrocznego Znaku...
Odłożył pióro i złapał się za głowę. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu trochę się trząsł, świadomy roszącego czoło zimnego potu. Wystarczy tych zwierzeń, podsumował, spanikowany własną wylewnością. Wystarczy przeżyć na przynajmniej jeden dzień.
Podsumowując, Potter, uważam cię za całkowicie odpowiedzialnego za sposób, w jaki potoczyło się moje życie. Dzięki tobie jestem praktycznie uwięziony we własnym domu, skrywającym w sobie wiele okropnych wspomnień. Przy zmysłach trzyma mnie zaledwie niewielka nadzieja na odzyskanie dawnej reputacji i pozycji w społeczeństwie.
D. Malfoy.
Zdecydowanie lepsze od „Ssiesz”, podsumował bez większego entuzjazmu i z narastającym bólem głowy. Szybko zapieczętował list i rzucił go obok kosza. Szczerze liczył, że ta próba sprostania zadaniu wyciszy dręczące go wyrzuty sumienia. Wypróbował cudowne lekarstwo matki i śmiało mógł powiedzieć, że nie zdało rezultatu. Gdy przedstawi jej fakty, może wreszcie da mu spokój.
Od pokonania Voldemorta minął rok, a Harry odkrył, że im więcej czasu mijało, tym łatwiej zasypiał, a trudniej wracał do świadomości. Leżał w łóżku w stanie całkowitego wyczerpania, usilnie próbując zignorować charakterystyczny dźwięk budzika i gwałtowne potrząsanie ramieniem sugerujące, aby wreszcie wstawał. Zazwyczaj mocniej opatulał się pościelą i udawał martwego, ale tym razem plan spalił na panewce. Osoba, która go szturchała, była cholernie uparta. Co złego w tym, że chciał pospać w sobotę?
— Hej! — Usiadł na posłaniu, szczerze oburzony. Zmrużywszy oczy, zobaczył, że odpowiedzialnym za bezduszną zbrodnię był Ron. — Jest wolne. Idź sobie.
— To ty nastawiłeś budzik, głupku. — Chłopak rzucił w niego poduszką. — Z drugiej strony przyznam, że nie mogłem się doczekać, żeby dowiedzieć się, co ten drań napisał.
Harry zmarszczył brwi i przeczesał dłonią rozczochraną czuprynę. Zdecydowanie zarósł, a to nijak pomagało, bo dłuższe włosy upodabniały do go jeża. Ron ciągle mu powtarzał, że to źle, jeżeli chce zaimponować dziewczynom. Ostatnio coraz to mniej się tym przejmował. Chociaż z Ginny zdecydowali się zostać tylko przyjaciółmi, niejednokrotnie zastanawiał się, czy pokonanie Voldemorta i zakończenie wojny nie skrzywiło mu psychiki. Nie czuł pożądania od niepamiętnych czasów…
— Otwórz wreszcie ten list! — Weasley podniósł głos, nie mogąc pohamować zniecierpliwienia, a następnie pacnął go w głowę zapieczętowanym pergaminem i rzucił się na łóżko. — Otwórz go, albo cię ogłuszę i sam się za to zabiorę.
Harry się uśmiechnął, a potem opadła mu szczęka.
— Czy to przypadkiem nie pieczęć…?
— Właśnie tak! — Ron był podekscytowany. — Mam nadzieję, że wpakował się w kłopoty. — Zrobił rozmarzoną minę. — Może jest na tyle zdesperowany, że prosi cię o pomoc. Oczywiście, stanowczo mu odmówisz, a wtedy zmiażdżymy go jak robaka! — kontynuował, podczas gdy przyjaciel otwierał list. Zamrugał, zdezorientowany, kiedy ten prychnął i rzucił mu pergamin. — „Ssiesz”? Co to za bezsensowny, tchórzliwy bełkot? — Obnażył zęby, teraz rozgniewany. — Powinniśmy go przekląć na czym świat stoi, przynajmniej na kilka tygodni, kumplu.
— No, to całkiem kusząca propozycja, ale irytowanie Malfoya już dawno temu przestało być moim priorytetem — odpowiedział, a w jego głosie zabrzmiał tłumiony smutek. — O Merlinie, wciąż muszę skończyć ten esej o technikach skradania się i tropieniu w środowisku miejskim. Zarządzili dwadzieścia cali przed poniedziałkiem!
— Co gorsza, Hermiona ci nie pomoże. Straszna szkoda. — Ron westchnął. — Wiem, że szkolenie aurorskie wymaga wiele poświęcenia, ale to dopiero twój pierwszy rok. Uważam, że potrzebujesz odrobiny odpoczynku.
— Och, nie musisz mnie uświadamiać. Nadal nie mogę uwierzyć, że Hermiona nie zaprosiła nas do Australii — dodał, a potem się uśmiechnął. — Jej rodzice, co prawda, urządzili się w niewielkim domu, ale co szkodziło przetransmutować pobliską szopę, czy altanę.
— Ano — odparł ponuro przyjaciel.
— Wybacz, stary. — Harry w momencie poddał się wyrzutom sumienia. — Palnąłem najprawdziwszą głupotę, a wiem, że bardzo za nią tęsknisz.
— Yhym. Usycham z tęsknoty za drugą mamą i zgłębianiem tych wszystkich jakże fascynujących faktów z „Historii Hogwartu”. — Ron westchnął z dramatyzmem. — No dobra, dobra! — dodał, kiedy oberwał poduszką. — Nie mogę się doczekać, aż wróci. — Uśmiechnął się szeroko i wskazał na list. — Co sądzisz o tej dziwacznej notce?
— Cóż, to typowe malfoyowskie zagranie. Mimo wszystkiego, co przeszliśmy, wciąż jest dupkiem — odpowiedział z goryczą. — Nie zamierzam dać się sprowokować. — Spiorunował zwój wzrokiem, po czym włożył go do stojącego na stoliku obok łóżka pudełka. — Zachowam dowód, gdybym później go zamordował i musiał udowodnić, że zostałem sprowokowany — wytłumaczył, gdy przyjaciel rzucił mu zdziwione spojrzenie.
— Jesteś całkiem zapobiegawczy, stary. — Uśmiechnął się Weasley. — W porządku, kto pierwszy na śniadaniu, ten lepszy.
Następnego dnia, kiedy Ron znów go obudził, Harry doszedł do wniosku, że ta sprawa powoli zaczyna się robić nudna.
— Kolejny obraźliwy list? — zapytał z irytacją, gdy przyjaciel pomachał mu zapieczętowanym zwojem pergaminu. — Jest niedziela! Nienawidzę wysłuchiwać dyrdymałów w niedzielę! — Zmarszczył brwi, gdyż, szukając dłonią okularów, strącił szklankę z wodą na podłogę. — Co tym razem? Jakaś kąśliwa uwaga od nieżyjącej Bellatriks? Może Voldemort znów się odrodził? Jakiś bezsens od Crabbe’a i Goyle’a?
— To Malfoy, idioto. — Uśmiechnął się Weasley. — Weź się pospiesz i złam tę pieczęć, zanim umrę z ciekawości. Ten zwitek jest grubszy od poprzedniego — dodał na zachętę.
— Może dwukrotnie napisał, że ssę — prychnął i rozwinął pergamin. Szybko zagłębił się w lekturze, mimowolnie poruszając ustami podczas czytania. Najpierw zbladł, a potem zaczerwienił się ze złości.
Widząc reakcję przyjaciela, Ron wyrwał mu list.
— Parszywy drań! — podsumował po chwili.
Harry wzruszył ramionami.
— To tylko Malfoy. Nie ma sensu rozgrzebywać sprawy.
— Co on sobie właściwie wyobraża, wysyłając ci te bzdury? — Weasley machnął ręką.
— Ma poniekąd rację — burknął, unikając nawiązania kontaktu wzrokowego. — Jesteś czerwony jak pomidor wrzucony do gotującej się wody — dodał, gdy po dziesięciu minutach pieklenia się, Ron wreszcie się uspokoił. Sekundę później uniknął pacnięcia pergaminem. — Jakby nie patrzeć, jest nieszczęśliwy głównie z mojej winy — stwierdził, zignorowawszy oburzenie kolegi, który jasno i wyraźnie powiedział, że „drań dostał za swoje”. Wzruszył ramionami. — Mimo wszystko jest mi go trochę szkoda. Nigdy nie miał dobrych przyjaciół i z pewnością czuł się przez to samotny.
Ron wytrzeszczył oczy.
— Żal ci fretki? Zostałeś ugodzony jakimś zaklęciem i nawet się nie zorientowałeś! — podsumował z przekonaniem, a potem spojrzał podejrzliwie na trzymany w dłoni pergamin. W przypływie domniemanego zrozumienia natychmiast rzucił go na podłogę. — Myślisz, że zwój został przeklęty? — zapytał ochrypłym głosem.
— Merlinie, zostałem przeklęty współczuciem dla Malfoya. — Zadrżał dramatycznie. — Dajże spokój, zapomnijmy o tych listach. Jeżeli będziemy udawać, że facet nie istnieje, może w końcu zrozumie aluzję i, no wiesz, padnie trupem — zasugerował z radością. Mimo że roześmiał się z własnego żartu, nie mógł stłumić wyrzutów sumienia.
WSKAZÓWKA #23:
W uwolnieniu tłumionej złości może pomóc rozmowa o uczuciach. Znajdź zaufanego przyjaciela i szczerze z nim porozmawiaj. Dzielenie się doświadczeniami z pewnością przyniesie ulgę, a także otworzy ci oczy na nowe perspektywy!
~ Fragment poradnika Melusiny Meadowbrook pt. „101 sposobów na zmartwienia wszelakie”
— Słucha mnie pan w ogóle, panie Malfoy? — zapytał Snape, krzyżując ręce ze skwaśniałą miną. — Pragnę przypomnieć, że poświęcam swój cenny czas na przygotowanie pana do owutemów z eliksirów. Zaznaczę, że kieruję się wyłącznie dobrocią serca i wolałbym, aby traktował pan nasze lekcje jako instrukcje, których należy przestrzegać, a nie jako uciążliwy szum uszny dla własnych późnoadolescencyjnych rozmyślań.
Draco momentalnie się wyprostował.
— Przepraszam, profesorze. — Gwałtownie się zaczerwienił. — Na chwilę się zagubiłem. Myślałem o czymś innym.
— Może raczej o kimś innym? — Snape uniósł szyderczo brew. — Czy to Potter jest obiektem pańskich gorących fantazji, czy też inne bożyszcze?
Zmarszczył brwi, ale nie odpowiedział na zaczepkę. Kiedy ten człowiek był w kiepskim nastroju, kłótnia lub próba wywalczenia swoich racji spełzała na niczym. Ostatnio ciągle się krzywił i sprawiał wrażenie wielce niezadowolonego. Gdy siedzieli razem w klasie, mając zajęcia z Gryffindorem, przynajmniej wyładowywał swą frustracją i gniew na Potterze, a teraz, kiedy byli we dwójkę, skupiał się na jednym uczniu. Prawdę powiedziawszy, indywidualne lekcje okazały się dla Draco większym wyzwaniem, aniżeli wcześniej podejrzewał.
— Będziesz się dąsał, niczym małe, niesforne dziecko, czy zachowasz się jak dorosły mężczyzna i go pokonasz? — kontynuował łagodniejszym tonem Snape, a następnie odwrócił się z powrotem do kociołka i zademonstrował prawidłowy sposób mieszania wysoce lotnej mikstury.
— To znaczy…? — zapytał, szczerze zdezorientowany.
— Co nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, pan Potter nie przystąpił do owutemów — wytłumaczył z chłodem w głosie nauczyciel. — Od samego początku wiedziałem, że to wysoce nieprawdopodobne, aby taki chłopiec zakasał rękawy i przyłożył się do pracy. Pan natomiast, panie Malfoy… — Snape urwał, rzuciwszy mu sugestywne spojrzenie.
— Owszem — odpowiedział ostrożnie. — Niemniej jednak słyszałem, że Potter kształci się na aurora.
— Najwyraźniej zdobycie podstawowych kwalifikacji nie jest konieczne dla Chłopca, Który Przeżył, Żeby Irytować Ludzi. Inni muszą wylewać siódme poty, aby uzyskać doskonałe wyniki egzaminów, zaś on może bez niczego wybrać sobie drogę kariery. — Profesor sprawiał wrażenie, jakby z trudem powstrzymywał gniew. — Mimo tych wszystkich absurdalnych wyobrażeń na temat szlachetności i prawości Gryffindoru, Potter jest do szpiku kości ślizgonem.
— W takim razie zupełnie nie rozumiem, dlaczego powinienem kontynuować naukę. Nikt mnie nie zatrudni, nawet jeżeli zdam śpiewająco — mruknął z niezadowoleniem.
Snape przez chwilę milczał.
— Z czasem ludzie ci wybaczą, Draco — odparł. — Musisz chcieć tej zmiany. Skończ więc obsesyjnie skupiać się na Harrym Potterze i, ot dla odmiany, zastanów się, jak obecnie jesteś postrzegany — poradził, podczas gdy blondyn się zagapił, wyglądając, jakby planował coś odpowiedzieć. — Jeżeli już skończyłeś odpływać myślami, proponuję, żebyś sam spróbował uwarzyć ten eliksir. Podczas pracy zalecam odrobinę powściągliwości. Wątpię, aby twój ojciec był zadowolony, gdybyś przez nadmiar entuzjazmu wysadził w powietrze rezydencję.
Draco zacisnął usta w wąską linię i, zgodnie z poleceniem, zabrał się do pracy.
Kilka godzin później zasiedli w dużym, bogato wyposażonym pomieszczeniu, które służyło Draco w charakterze salonu. Na stoliku stała ciepła herbata, talerz z ciastkami wystarczającymi do wykarmienia całej armii i półmisek z gorącymi bułeczkami oblanymi masłem.
— Słucham cię, Draco — stwierdził po dłuższej chwili Snape, ewidentnie zirytowany. — Jakiekolwiek bzdury masz mi do powiedzenia, zrób to natychmiast. Im szybciej skończysz, tym prędzej będę mógł zostawić cię z rozmyśleniami i wrócić do swojej pracowni.
Chłopak spojrzał nań z gniewem i dopiero po kilku sekundach zorientował się, iż profesor zwrócił się do niego po imieniu. Naprawdę rzadko porzucał formalny ton, a to zaś oznaczało, że był w całkiem dobrym humorze i można było sobie pozwolić na więcej, albo iż był szczególnie zmartwiony i należało zachować ostrożność.
Snape upił łyka herbaty.
— Z drugiej strony, może twoje wyznanie okaże się nawet intrygujące. Powiedz mi wprost, Draco. Czy jesteś zakochany w panu Potterze?
Malfoy zadławił się herbatą.
— W żadnym wypadku!
— W takim razie wykluczyliśmy najgorszą możliwość — podsumował jadowicie nauczyciel. — Najprawdopodobniej trudno ci w to uwierzyć, ale niegdyś również byłem młody. Cokolwiek cię zadręcza, jestem przekonany, że dopuściłem się znacznie gorszych myśli.
Interesująca strategia, podsumował Draco. Świetnie się złożyło, że dobrze się poznali na przestrzeni lat, ponieważ dzięki temu wydedukował, że za próbą nakłonienia go do zwierzeń stoi Narcyza.
— Chodzi o tę cholerną książkę, prawda? — zapytał. — Matka powiedziała panu o poradniku.
— Hmm. — Snape sięgnął po ciastko.
— Nie podobają mi się te machinacje, profesorze — odpowiedział.
— Ciesz się, że masz matkę, która się o ciebie troszczy.
Z pewnym obrzydzeniem Draco uświadomił sobie, że zaczynał się rozklejać. Chociaż Potter nie pamięta swojej matki, nieustannie chwali się jej miłością, która w iście cudowny sposób uratowała świat, pomyślał ze złośliwością, a potem poruszył się niespokojnie. Malfoy nie powinien… nie, chwila, moment. Oczywiście, że Malfoy posunąłby się do okrucieństwa i mściwości, wykorzystując słabość wroga przy każdej możliwej okazji. Targnęły nim mdłości, ale uznał, że to wina ciastek. Były zdecydowanie zbyt słodkie i tłuste.
— To nic ważnego, profesorze — mruknął.
Snape przewrócił oczami.
— Lepiej podaj więcej szczegółów, bo w przeciwnym razie powiem Narcyzie, że rzeczywiście marniejesz przez nieodwzajemnioną miłość, której nie można nazwać po imieniu.
Draco się skrzywił.
— Cóż, to… ma pewien związek z Potterem — wyjawił z wyraźną niechęcią.
Mężczyzna westchnął.
— Oto fakt, który, jak mniemam, nie powinien być dla mnie żadnym zaskoczeniem. Co ten idiota znów uczynił? Z każdym dniem coraz to bardziej upodabnia się do swojego ojca.
— Uratował świat, podczas gdy ja próbowałem go powstrzymać — odburknął, spuściwszy wzrok.
— W tym miejscu przypomnę ci, Draco, że byłeś zaledwie dzieckiem, marionetką doświadczonego mistrza. Nikt nie postąpiłby inaczej, gdyby był na twoim miejscu. — Snape zmarszczył brwi. — Właściwie to nadal jesteś dzieckiem.
— Potter z pewnością rozegrałby to inaczej. Mimo upływu lat wciąż jest niezwyciężonym bohaterem. — Był rozdrażniony tym, że w wieku osiemnastu lat wciąż widziano w nim szczeniaka. — Cokolwiek robiłem, jakkolwiek mocno się starałem, zawsze byłem gorszy od tego obrzydliwie poważnego gryfiaka z zakichanym kompleksem bohatera. Chociaż usilnie próbowałem pokrzyżować mu plany, raz za razem ratował mi życie. Kiedy zamykam oczy, widzę go, wiszącego nade mną niczym pies strażniczy, robiącego to, co należy.
— Chciałeś robić to, co należy?
— Nie! Kurwa mać, tak. Nie wiem, czego właściwie pragnąłem — stwierdził z goryczą w głosie. — Całkiem prawdopodobne, że chciałem uwagi, na jaką zasługiwałem i szacunku, który okazywano mojemu ojcu. Z pewnością chciałem być lepszy od Pottera przynajmniej przez kilka sekund w życiu.
W pokoju zapadła cisza.
— Jestem pewien, że docenisz ironię sytuacji, w której udzielam ci rad dotyczących twoich problemów emocjonalnych, Draco — powiedział z szyderczym uśmiechem Snape. — Jednak biorąc pod uwagę niedojrzałość i egocentryzm obecnej młodzieży, szczerze wątpię, czy kiedykolwiek pojmowałeś, że inni ludzie też mają życie osobiste. — Zmarszczył lekko brwi. — No, może poza paroma aspektami. Wiem, jacy są uczniowie. — Uniósł dłoń, żeby uciszyć chłopaka, który zamierzał się wtrącić. — Dzieci są podłe. W poprzednim życiu musiałem popełnić ogromny grzech, skoro zostałem skazany na równie męczącą egzystencję — mruknął pod nosem. — Nieważne. — Westchnął. — Mam nadzieję, że rozumiesz powagę sytuacji i definicję słowa „dyskrecja”. Wszystko, co zaraz powiem, jest poufną informacją i ma charakter bardzo osobisty. Jeżeli publicznie ujawni pan cokolwiek z tej rozmowy, panie Malfoy, człowiekowi, zwierzęciu, czy też nawet z pozoru nieożywionemu przedmiotowi, nieodwracalnie straci pan wątrobę.
— Oczywiście, profesorze. — Uśmiechnął się złośliwie Draco.
Snape zamknął oczy i splótł dłonie. Sprawiał wrażenie bardzo zirytowanego.
— Niegdyś również byłem wrogiem Pottera, a dokładniej Jamesa Pottera. W pełni zasługiwał na tę niechęć. Był typowym gryfonem — głośnym, zuchwałym łobuzem, któremu natura poskąpiła mózgu na rzecz pewności siebie i grupy niezwykle irytujących znajomych. — Skrzywił się, jakby przełykał wyjątkowo kwaśną cytrynę. — Niemniej jednak z biegiem lat zdałem sobie sprawę, że nienawiść, którą czułem, byłaby zaledwie łagodną odmianą niechęci i pogardą, na którą zasłużył, gdyby nie niepodważalny fakt, iż byłem zakochany w kobiecie, którą w dorosłości poślubił.
Malfoy wytrzeszczył oczy.
— Znaczy, że w matce Pottera?
Nauczyciel skinął niechętnie głową, wciąż z zamkniętymi oczami. Twarz częściowo zasłonił dłońmi.
— Jako ludzie czasami nienawidzimy innych z powodów bardziej złożonych, niż jesteśmy przekonani. Niejednokrotnie obiekt naszej niechęci zasługuje na lepsze traktowanie. To naprawdę trudne do zrozumienia i przyswojenia. — Kącik ust Snape’a uniósł się w imitacji czegoś, co można było wziąć za uśmiech. — James Potter, naturalnie, był lekkomyślnym idiotą, który poniekąd targnął się na moje życie. Nawet po tylu latach uważam, że bardzo się starał, aby zostać znienawidzony. — Westchnął pod nosem. — Zastanów się nad tym, co przed momentem powiedziałem. Teza, którą postawiłem, jest w mocy.
— Czyli jesteś przekonany, że nienawidzę Pottera, ponieważ…? — urwał, niepewny, czy podoba mu się kierunek tej rozmowy.
— Owszem, wróćmy do podstaw. Zawsze myślałem, że gdybyś otrzymał inne wychowanie, może trochę mniej pobłażliwe i bardziej zdyscyplinowane, mógłbyś osiągnąć znacznie więcej; może nawet równie wysoką pozycję co Potter i jemu podobni. Niestety nie wszyscy możemy sobie pozwolić na luksus nieżyjących rodziców i znęcającego się wujostwa, które od niemowlęctwa kształtuje nasz charakter. — Snape zacisnął usta w wąską linię. — Zjedz teraz ciastko, Draco, bo powoli zamieniasz się w kościotrupa. To nie wygląda zbyt dobrze.
Chłopak bez słowa wykonał polecenie, ale w duchu poprzysiągł sobie, że jeżeli kiedykolwiek spotka Melusinę Meadowbrook, sprawi, że zapłaci ona za napisanie tego przeklętego poradnika.
O 3:30 nad ranem miał po prostu dość. Niepokojące myśli nie dawały mu spokoju, nie pozwalały zasnąć i sprawiały, że drżał z gniewu i strachu. Zacisnął mocno zęby, wyskoczył z łóżka i wyciągnął z szuflady biurka pióro oraz pergamin. Naszedł czas, aby napisać następną nienawistną notkę. Był w stanie się poświęcić, byleby tylko chociaż na moment pozbyć się tego okropnego brzęczenia w głowie. Co więcej, dzięki nocnej korespondencji, będzie miał o czym rozmawiać ze zmartwioną matką. Gdy się ostatnio widzieli, wyglądała na naprawdę smutną. Co ze Snape’em? W młodości wzdychał do pierwszej lepszej szlamy. Draco szybko stłumił myśl, że w sumie sam nie jest lepszy, bo ma niezdrową obsesję na punkcie Harry’ego Pottera, a Severus i Narcyza szczerze się o niego troszczyli, zmuszając do rozmowy i próby rozwiązania problemu. Może miał ze Snape’em więcej wspólnego, niż podejrzewał.
Mimowolnie zadrżał.
Potter.
Chociaż odrzuciłeś mą przyjaźń wiele lat temu, dopiero teraz przyznaję, że nigdy ci tego nie wybaczyłem. Od zawsze byłem przyzwyczajony, że dostaję wszystko, o czym zamarzę, bez zbędnych słów, zwłoki i ceregieli. Szanowałem mojego ojca i słuchałem go niczym wyroczni, był dla mnie wszystkim. Niestety był zbyt zajętym człowiekiem, żeby poświęcić mi więcej czasu i uwagi, dlatego też ograniczył się do przekazania mi swoich poglądów i cieszenia się z powielania rodzicielskiego wzorca. Muszę przyznać, że byłem szalenie samolubnym i rozpieszczonym dzieckiem oraz nie zasługiwałem na wszystko, co najlepsze. Mimo to, gdybyś zachował się inaczej, mógłbym zostać naprawdę dobrym przyjacielem, może nawet lepszym niż Weasley i Granger; wprowadziłbym cię do wyższych sfer. Przypuszczam, że jakbyś opowiedział się po mojej stronie, zwolennicy Voldemorta nie pałaliby do niego tak wielkim entuzjazmem. Całkiem możliwe, że gdybyś przyjął oferowaną ci przyjaźń, stałbym się bohaterem wojennym, a nie jedną z wielu ofiar konfliktu, który pochłonął miliony. Możesz nie zdawać sobie sprawy, ale paranie się śmierciożerstwem nie jest cudownym zajęciem. Torturowanie ludzi i okaleczanie na rozkaz nie było tym, na co się pisałem — a raczej tym, na co zapisał mnie ojciec. Zasiadanie przy stole po prawicy szaleńca? Okazało się o wiele mniej ekscytujące, niż się spodziewałem.
Może Snape ma rację. Może nienawidzę cię, bo po prostu jesteś sławnym Chłopcem, Który Przeżył, lepszym graczem quidditcha, szczęśliwszym, popularnym bez żadnego wysiłku, odważniejszym człowiekiem. To, że nieustannie musiałem się starać, żeby zyskać odrobinę aprobaty — w sporcie, w przyjaźni, na lekcjach i wszystkim innym — było straszliwie męczące. Czy naprawdę nie mogłeś przynajmniej raz w czymś przegrać i przyznać, że okazałem się lepszy?
Niech cię diabli, Potter. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak mi zależy. Wstydzę się też przyznać, że to wszystko prawda.
D. Malfoy.
Napisawszy list w gniewie, zapieczętował go i rzucił przez pokój. Zwitek uderzył w kosz na śmierci z głuchym łomotem i upadł na dywan. Draco nie poczuł się lepiej, ale przynajmniej wyciszył trochę to irytujące brzęczenie. Niedługo później zapadł w niespokojny sen.
WSKAZÓWKA #47:
Gdy sytuacja jest napięta, lepiej unikać bezpośredniej konfrontacji. Zdecydowanie nie jest to odpowiedni moment, żeby mierzyć się ze demonami przeszłości. Zalecam wówczas ciepłą kąpiel w pianie i zastanowienie się nad nowo odkrytymi w sobie rzeczami. Jesteś silniejszy, niż kiedykolwiek wcześniej. Dasz radę!
~ Fragment poradnika Melusiny Meadowbrook pt. „101 sposobów na zmartwienia wszelakie”
— Masz gościa, kumplu. — Ron sprawiał wrażenie mocno poruszonego.
Harry jęknął w poduszkę i przetarł oczy.
— Czy zawsze musisz mnie tak budzić? — spytał. — Jest jedenasta w nocy. Kto o tej porze wpadł bez zapowiedzi i dlaczego nie możesz się go pozbyć?
Przyjaciel wyglądał, jakby przed momentem oberwał w głowę.
— To…
— Oddawaj moje listy, draniu! — Draco gwałtownie otworzył drzwi i wpadł do pokoju. Jego twarz była czerwona, a dłoń zaciskała się na wyciągniętej różdżce.
Ron zmrużył oczy i stanął pomiędzy gościem a łóżkiem Harry’ego.
— Odsuń się, fretko. Kazałem ci czekać na zewnątrz.
— Z drogi, łasico!
Gdy Malfoy uniósł oręż, Weasley zrobił krok naprzód i dobył swojego.
— Nie muszę cię tolerować we własnym domu, tchórzu. Spróbuj czegoś, a okamgnieniu skończysz w Azkabanie.
— Och, wielki, jakże odważny Mon–Ron wciąż trzyma się spódnicy lepszych od siebie czarodziejów? — Uśmiechnął się szyderczo Draco.
— Harry ciężko pracuje, żeby zostać aurorem.
— Yhym, to niesamowite, że nawet w dzisiejszych czasach dawna sława ma zalety. I pomyśleć, że kiedyś potrzeba było odpowiednich kwalifikacji na dane stanowisko.
— Ma kwalifikacje. — Weasley gwałtownie się zaczerwienił.
— I też potrafi się odezwać — powiedział Harry, po omacku szukając okularów na szafce nocnej. — Naprawdę doceniam twoje wsparcie i starania, Ron, ale sobie poradzę. Czy możesz zostawić nas na chwilę?
— Chcesz porozmawiać z nim tylko we dwoje? — Przyjaciel nie dowierzał w to, co właśnie usłyszał. — To pozbawiony serca śmierciożerca!
Draco w momencie zbladł, a sekundę później zrobił się czerwony.
— Odejdę bez słowa, gdy po prostu oddasz mi te pieprzone listy, Potter.
— Ach, tak. — Weasley obnażył zęby. — Mówisz o tych przyjaznych notkach. Cóż, pozwól, że coś ci powiem. — Obejrzał się przez ramię i zamknął, kiedy został spiorunowany wzrokiem. — W porządku, dobrze. Już wychodzę — skapitulował. — Trzymaj ręce na widoku, Malfoy. Ani trochę ci nie ufamy. Może i zostałeś oczyszczony ze wszystkich zarzutów, ale wszyscy wiedzą, że powinieneś gnić w Azkabanie.
Kiedy drzwi do pokoju Harry’ego zamknęły się z trzaskiem, chłopak spojrzał na gościa z nieskrywanym zainteresowaniem. Draco przybrał pogardliwą minę i zacisnął dłonie w pięści. Mimo pewnej siebie postawy nie wyglądał zbyt dobrze. Zawsze był blady, ale teraz sprawiał wrażenie chodzącego truposza. Niegdyś przykładnie ułożone włosy stały się potarganym, trochę zapuszczonym gniazdem, a szare oczy szpeciły ciemne worki. Szczerze mówiąc, mógłby przysiąc, że przez niedbale zarzuconą na grzbiet szatę widać mu było odstające żebra.
— Cześć, Malfoy — powiedział, siląc się na uprzejmość. — Nie spodziewałem się żadnych gości. Ostatnio chodzę spać wcześnie. — Zapadła niezręczna cisza. — Spałem, kiedy przyszedłeś — dodał, co było dość oczywiste. Fakt, iż leżał w łóżku, zagrzebany po uszy w pościeli, mówił sam za siebie.
— Skończ bezsensownie bełkotać — warknął blondyn tonem, który przywodził mu na myśl Severusa Snape’a. — Wyjdę stąd i nie wrócę, jeżeli po prostu oddasz mi te listy.
— Och, oczywiście, chociaż potrzebuję chwili, żeby przypomnieć sobie, gdzie je odłożyłem. — Harry przeczesał dłonią włosy.
Draco zmarszczył brwi.
— Wygląda na to, że nie powinienem oczekiwać, że podczas tych kilku lat dorobisz się mózgu. Skoro nie wykazywałeś żadnych oznak jego obecności w szkole, nie było sensu mieć nawet odrobiny nadziei.
Brunet również zmarszczył brwi, odrzucił kołdrę na bok i wreszcie podniósł się z łóżka, boleśnie świadomy faktu, że właśnie paradował przed wrogiem z nastoletnich czasów tylko w cieniutkich spodniach od piżamy. Zastanowił się, czy nie lepiej byłoby sięgnąć po różdżkę, ale ostatecznie pokręcił przecząco głową i wzruszył ramionami. Naturalnie, Malfoy to zauważył i nie odpuścił sobie jadowitego komentarza.
— Naprawdę myślisz, że zaraz cię zamorduję, Potter? Zostałem oczyszczony ze wszystkich postawionych mi zarzutów. Wiesz o tym.
Harry zamrugał. O co mu właściwie chodziło…?
— Wiem. Nie wiem, czy pamiętasz, ale zeznawałem w twojej obronie — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Mimo że nie byłeś tak niewinny, jak uparcie twierdziłeś — dodał i schylił się, żeby wyciągnąć listy z pudełka, które leżało na podłodze. Kichnął, kiedy otworzył zakurzone wieczko.
— To niehigieniczne — stwierdził po chwili intensywnego gapienia się Draco. — Jak mogłeś pozwolić, żeby kurz wyewoluował i się rozmnożył? — parsknął, po czym wyrwał mu zwitki.
— O co właściwie w nich chodziło? — zapytał, zauważywszy, że facet nagle się zaniepokoił, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie, niemniej jednak nie doczekał się odpowiedzi. Malfoy ograniczył się do zirytowanego machnięcia ręką, jakby na siłę próbował go uciszyć. Gdy spojrzał na trzeci list, który został wysłany, gwałtownie się zarumienił. — W ostatnim brzmiałeś prawie jak człowiek — zagaił i zarejestrował, że chłopakowi zaczęły drżeć ręce. — Spokojnie. Nie pozwoliłem Ronowi go przeczytać. Uznałem, że to nie byłoby sprawiedliwe — kontynuował z nadzieją, że blondyn jest bardziej zawstydzony, aniżeli rozgniewany. Liczył, że nie oberwie zaraz klątwą. — O co właściwie chodziło w tych listach? — zapytał podejrzliwie. — Czy to twój następny spisek, aby mnie w jakiś sposób pogrążyć, czy może naprawdę próbowałeś zakopać topór wojenny?
Draco odchrząknął.
— Cóż, to zaledwie niefortunne nieporozumienie — powiedział z chłodem, gwoli wytłumaczenia. — Te notki nie były przeznaczone dla twoich oczu.
— Jakim cudem? Są do mnie zaadresowane. — Szczerze mówiąc, był okropnie zdezorientowany obrotem spraw.
— Oczywiście. Widzę, że natura poskąpiła ci mózgu, ale postanowiła zrekompensować to niesamowitymi zdolnościami poznawczymi.
— Jasna cholera, Malfoy! — Harry stracił cierpliwość. — Nie prosiłem, żebyś zaczął mi się na papierze zwierzać ze swoich sekretów. Jestem przekonany, że robię ci ogromną przysługę, chcąc zwrócić pocztę. Jakbym był złośliwy, równie dobrze mógłbym zawitać do najbliższej czarodziejskiej redakcji. Gdyby nasze role się odwróciły, zapewne pognałbyś do mediów w okamgnieniu.
— Owszem — stwierdził bez emocji rozmówca. — Nie będę ci się więcej naprzykrzał żałosnymi narzekaniami, Potter. Wybacz, że musiałeś w tym uczestniczyć.
— Zaczekaj, Malfoy — poprosił, gdy gość odwrócił się ku drzwiom. Prawdę powiedziawszy, pierwszy list wprawił go w niemałe zakłopotanie, a drugi zasmucił. Nigdy nie pałał do Draco wielką sympatią, ale nie cieszyło go cudze nieszczęście. Jedną rzeczą był zaciesz z powodu upadku wroga w czterech ścianach własnego pokoju, a zupełnie inną zobaczenie go na żywo, wychudzonego i sromotnie pokonanego. Najprawdopodobniej znów wykazywał się nadzwyczajną naiwnością i szlachetnością Gryffindoru, z których zawsze szydzili ślizgoni, ale nie mógł się temu przeciwstawić. Jeżeli ktoś rzeczywiście cierpiał, ruszał mu na ratunek i próbował przeciwdziałać bólowi. Gdyby postępował inaczej, byłby człowiekiem pokroju wuja Vernona. — Czy… czy chciałbyś kiedyś zjeść ze mną kolację? W ramach, powiedzmy, przyjaźni? — zapytał pospiesznie, wypowiadając te słowa, zanim zdążył wszystko dobrze przemyśleć. Przez chwilę był równie zaskoczony co Malfoy.
— Oczywiście, że nie, Potty — odpowiedział wyniośle Draco, uprzednio się skrzywiwszy. Nie minęło dziesięć sekund, zanim zamknął za sobą drzwi i zniknął.
Harry się zagapił. Właśnie zaprosił dziada na kolację. Czy to dlatego, że mimo mizerności sklasyfikował go jako „pięknego”? Zadrżał, wyciągając wnioski. Zachorował i się nie zorientował. Jutro wstanie z gorączką i jej podobnymi.
Gdy następnego dnia obudził się w pełni wypoczęty i zdrów, prawie się załamał.
W domu Draco wyżył się na zabytkowych meblach, powodując szkody warte kilkaset galeonów. Kiedy się uspokoił, a stado przestraszonych skrzatów domowych zaczęło ogarniać wszechobecny bałagan, wymknął się do swojej sypialni, żeby przypadkiem jeszcze bardziej nie zmartwić matki. Wiedział, że będzie się denerwować. Czemu nie potrafiła mu po prostu powiedzieć, żeby usiadł na dupie? Gdyby się odezwała, bez wątpienia powiedziałaby mu, że zupełnie się nie stara zmienić nastawienia, a potem spróbowałaby nakarmić go ulubionymi słodyczami, aby udowodnić swą miłość. Żeby się opanować, zgodnie z zaleceniami Melusiny Meadowbrook, musiał wziąć kilka głębokich oddechów. To sprawiło, że stłumił przemożne pragnienie wymierzenia meblom następnych kopniaków. O północy, pogrążony w melancholii, zanurzył się w gorącej wodzie z bąbelkami, próbując się zrelaksować.
Długo się zastanawiał nad dzisiejszym dniem i doszedł do wniosku, że w sumie mogło skończyć się znacznie gorzej. Zdołał się powstrzymać przed wręczeniem skrzatce domowej, Tibby, ubrania, a także nie wręczył jej lin, aby się zaraz powiesiła. Co więcej, pohamował mordercze zapędy i nie dokonał dziś żadnej zbrodni. W gruncie rzeczy widział w swoim zachowaniu same plusy.
Jęknąwszy pod nosem, zanurzył się w wodzie i odgarnął mokre włosy z twarzy. Sęk w tym, że Tibby postąpiła właściwie, zupełnie jak każdy inny przykładny skrzat. Przynajmniej w rezydencji Malfoyów, pomyślał z goryczą. Widząc napisane i zapieczętowane listy, po prostu doręczyła korespondencję. Mimo że spełniła swój obowiązek, rozważał dlań karę. Gdyby padło na kogoś znacznie bardziej restrykcyjnego, z pewnością służka już krzyczałaby z bólu. Draco żywił też przeczucie, że Lucjusz posunąłby się nawet do ścięcia skrzatowi głowy.
Wystarczyło proste zaklęcie, aby zidentyfikować adresata listów — to był zasadniczy argument w sprawie. Tibby zawsze kuliła się i załamywała ręce za każdym razem, gdy do niej podchodził. Od małego była nauczona posłuszeństwa, dlatego też bez słowa dostarczała zapieczętowaną pocztę. Nic dziwnego, że kiedy znalazła zwitki na podłodze, postanowiła zająć się problemem. Najgorsze, że podawała listy prawie prosto do rąk cholernego Harry’ego Pottera. Draco był przyzwyczajony do tego, że wszystko podaje mu się na złotej tacy oraz armii zajmujących się czystością skrzatów, dlatego też nawet nie zauważył brakującego kawałka pergaminu.
To wielki wyczyn, że dziś się powstrzymał od zamordowania Pottera. Oczywiście, oparcie się pokusie oderwania chłopakowi uszów i zmuszenia go do ich przełknięcia było nie lada wyzwaniem, ale podczas tych ostatnich kilku okropnych miesięcy, kiedy Voldemort nękał jego rodzinę, popracował nad samokontrolą. To nijak była wina Pottera, że Tibby popełniła błąd. Draco skrzywił się, bo znów zrzucał winę na innych. Skrzatka też była niewinna — jeżeli już, to on był odpowiedzialny za zaistniały bałagan.
Zmarszczył brwi, wróciwszy wspomnieniami do sceny, którą urządził. Nie zamierzał wtargnąć do obcego domu o jedenastej w nocy i wyciągnąć na wpół przytomnego chłopaka z łóżka. Momentalnie poszybował myślami w innym kierunku. Potter miał potargane włosy i przyjął go w zaledwie bawełnianych spodniach. Gdy zorientował się we własnych marzeniach, zachłysnął się wodą, a potem prychnął, szczerze zdegustowany — mydlane bąbelki nie są zalecane w formie popitki. Całkiem szybko zepchnął te przerażające myśli dotyczące szczupłej męskiej sylwetki do podświadomości, a następnie odetchnął z ulgą. Zdecydowanie wystarczyło mu to, że nałykał się piany — nie chciał myśleć o Potterze w… tych kategoriach, na Merlina!
Zbladł i w duchu pomodlił się, aby zmogła go ciężka choroba. Kiedy jednak obudził się następnego dnia, z mokrymi od potu włosami, całkowicie zdrowy, był poniekąd rozczarowany, ale też bardziej zdeterminowany do stłumienia tego uczucia.
Wtem przyszło zrozumienie. Potter zaprosił go na kolację.
Niemal się rozpłakał.
WSKAZÓWKA #59:
Spędź miło czas z przyjacielem. Dzielenie się problemami naprawdę pomaga.
~ Fragment poradnika Melusiny Meadowbrook pt. „101 sposobów na zmartwienia wszelakie”
Zapach dochodzący z kociołka był prawie trujący. Draco ze wszystkich sił walczył z odruchem wymiotnym, za to Snape wydawał się nie wzruszony. W przelocie zerknął jednak na ucznia i uniósł kąciki ust w imitacji uśmiechu. Nie zdobył się na więcej.
— Im bardziej odrażający zapach, tym silniejszy eliksir — powiedział, gwoli wytłumaczenia, mieszając chochlą w kotle.
Gdy smród się wzmógł, chłopak zaczął w duchu błagać o oszczędzenie. Proszę. Jestem zbyt młody, żeby odejść w ten sposób, pomyślał z roztargnieniem. Sekundę później, wciąż niegotowy na przedwczesną śmierć, z trudem przełknął ślinę i dodał ostatni składnik. W momencie poczuł niemożliwą do opisania ulgę, ponieważ okropny smród zniknął, zastąpiony zwyczajnym ziemistym zapachem. Wolałbym ponownie stanąć twarzą w twarz z Voldemortem, niż musieć dalej znosić ten fetor, dodał. Chociaż wydawał się pewny tej myśli, zdradziło go ciało. Mięśnie lewej ręki natychmiast się spięły, co sprawiło mu fizyczny ból. Zdołał powstrzymać skrzywienie tylko i wyłącznie dzięki zagryzionym zębom.
Całkiem prawdopodobne, że to po prostu reakcja emocjonalna na każdą wzmiankę o Czarnym Panu. Mroczny Znak nie zniknął razem ze swoim twórcą, będąc tatuażowym przypomnieniem wszystkich popełnionych przez Draco błędów. Spróbował się zrelaksować, ale zbyt późno zdał sobie sprawę, że nieświadomie pociera przedramię i jest obserwowany.
Snape odciągnął mu rękę, aczkolwiek powstrzymał się od komentarza. Możliwe, że czuli do Znaku takie samo obrzydzenie. Nauczyciel nigdy nie podwijał rękawów szaty, niezależnie od pogody, czy też sytuacji. Malfoy był w stanie postawić rodową rezydencję, że długie rękawy zdobią mu nawet koszulę nocną. Oczywiście, sam nie był lepszy. Mimo upływu lat wciąż zakrywał tatuaż cienkim bandażem, żeby nie musieć na niego patrzeć, nawet przez zupełny przypadek. Najgorsze, że był boleśnie świadomy jego istnienia, zwłaszcza w nieprzyjemnych, niekomfortowych momentach; niejednokrotnie miał wrażenie, że wąż jest żywy i oplata się wokół czaszki.
— Zróbmy przerwę na herbatę — powiedział ostrym tonem Snape i nie puścił ramienia Draco, dopóki ten nie usiadł przy stoliku, a w pokoju zapadła cisza.
— Wolałbym nie — stwierdził z goryczą.
— Nie zamierzałem nic mówić.
— Och, to nowość — parsknął. — Byłem przekonany, że miał pan ochotę wtrącić się w któryś z aspektów mojego życia osobistego.
— Jeżeli pan nalega, aczkolwiek nie zdawałem sobie sprawy, że to konieczne.
— Potter zaprosił mnie na randkę — podsumował, próbując nadać swojemu głosowi lekki i rozbawiony ton. Naturalnie, zawiódł jak zazwyczaj.
Snape prychnął pod nosem.
— Mam rozumieć, że przyjął pan to zaproszenie?
— Wręcz przeciwnie. — Draco przygryzł wargę i spróbował się uspokoić. Nie odważył się podnieść wzroku i spojrzeć na Severusa. — Kierował się współczuciem. To upokarzające.
— Nie tego właśnie pan pragnął? — zapytał z pozornym roztargnieniem nauczyciel, jakby stwierdzał oczywistość.
— Absolutnie nie! — Ze świstem wciągnął powietrze, ponieważ nie zabrzmiał na oburzonego, a na zrozpaczonego.
— Czyli mam rozumieć, że po prostu wyciągnął do pana rękę, kiedy dowiedział się, że szczerze żałuje pan odrzucenia na pierwszym roku?
— Widzę, że znów pił pan herbatkę z moją matką, profesorze — podsumował, uprzednio rzuciwszy mężczyźnie gniewne spojrzenie.
— Nieszczególnie. — Snape sprawiał wrażenie rozzłoszczonego. — Narcyza nieustannie mnie nachodzi, dlatego też postawię sprawę jasno, panie Malfoy. Albo zjesz kolację z Potterem i przestanę wysłuchiwać marudnych bezsensów, albo codziennie będziesz wąchał dzisiejszy eliksir, dopóki nie zegniesz karku.
Draco mimowolnie się zgarbił. Chwilę później, kiedy przypomniał sobie, że przecież jest Malfoyem, dał się ponieść złości i przewrócił stolik do herbaty. Zastawa się stłukła, zaś imbryk wylądował na przeciwległej ścianie.
— W porządku, rozumiem. Niechaj będzie eliksir! — krzyknął, po czym wybiegł z pokoju. W swojej sypialni oparł głowę o chłodną ścianę i załamał ręce. Mam osiemnaście lat, a zachowuję się gorzej od ośmiolatka, pomyślał z goryczą. Oczywiście, wszystkiemu winien był Harry Potter.
Snape był nieugięty. Po tygodniu wdychania śmierdzących oparów Draco był cholernie wyczerpany, ale czuł się zwycięzcą. Wytrzymał siedem dni i zamierzał to kontynuować. Nie na darmo był wszak Malfoyem. Severus był draniem jakich mało, ale nawet on miał serce — za niedługo zmięknie, dzięki czemu razem odetchną świeżym powietrzem.
Gdy minęły dwa tygodnie, miał ochotę po prostu położyć się i umrzeć. Jego ubrania i włosy przesiąkły obrzydliwym zapachem, którego nie usuwał nawet długi prysznic. Ostatecznie skończyło się na tym, że skrzaty domowe zaczęły go unikać. Snape sprawiał wrażenie zupełnie niewzruszonego na smród i cierpienie podopiecznego, gdyż zjawiał się każdego wieczoru i przymuszał go do warzenia coraz to większych ilości wywaru.
Draco, po następnej bezsensownej kąpieli w wannie, doszedł do wniosku, że mógłby się jawnie zbuntować i najzwyczajniej w świecie odmówić przygotowywania eliksiru, ale to z kolei oznaczałoby przyznanie się do porażki. Malfoyowie również byli nieugięci, zawsze i wszędzie.
Gdy minęły trzy tygodnie, nie wytrzymał.
— W porządku — warknął, kiedy Snape wpadł z wizytą i na wstępie zmarszczył nos. Jak do tej pory, powstrzymywał się od okazywania obrzydzenia, więc to jedno skrzywienie przechyliło szalę. Mężczyzna skinął tylko głową, jakby chciał powiedzieć „cudownie”. — Niemniej jednak zaaranżuje pan to spotkanie — kontynuował, przeczesując dłonią splątane i posklejane włosy. W międzyczasie powstrzymywał odruch wymiotny. Smród wciąż niemiłosiernie drażnił go w nozdrza. — Nie zamierzam błagać Pottera o zacieśnienie więzów. Nasza kolacja leży w pańskim interesie.
Severus prychnął.
— Jest pan nieznośnym, niewdzięcznym młodym człowiekiem, panie Malfoy. Spokojnie, przekażę panu Potterowi, że zaproszenie sprzed trzech tygodni zostało przyjęte i nie omieszkam pominąć przy tym faktu, że jest pan zbyt tchórzliwy, żeby zjawić się osobiście.
Właśnie w ten sposób Draco znalazł się w sytuacji, w której musiał napisać następny nieszczęsny list. Kilka dni później spacerował w kółko po swojej sypialni, próbując zdecydować, w co dokładnie powinien się ubrać. Jakby nie patrzeć, wybierał się na upokarzającą i absurdalną wręcz kolację ze swoim największym wrogiem.
Gdy wybrał odpowiednią odzież, sprawa wydawała się rozstrzygnięta. Ostatecznie zdecydował się na drugą najlepszą szatę z garderoby, czarną z zielonymi zdobieniami, pasujący do niej sygnet z oczkiem oraz drogi łańcuszek, schowany pod koszulą, którego ktoś taki jak Potter i tak nie doceni przez wzgląd na marny gust i brak środków na potencjalny zakup. W przypływie dobroci serca pozwolił nawet matce wystylizować sobie włosy. To oczywiste, że kiedy dobrze urodzony czarodziej spotyka się ze swoim największym rywalem, musi wyglądać reprezentacyjnie i zrobić na nim wrażenie. Zobaczywszy odbicie w lustrze, Draco uśmiechnął się złośliwie. Potter nie będzie nawet wiedział, co w niego uderzy.
Właśnie wtedy doznał olśnienia. Ubierał się, żeby zaimponować innemu mężczyźnie. To dzikie, niepożądane uczucie, którego doświadczył kilka tygodni temu, powróciło ze zdwojoną siłą i szarpnęło nim od środka. Nie lubił Harry’ego Pottera, to wiedział na pewno. Muszę tracić rozum, podsumował, przygotowując się do deportacji z mieszkania. Mieli się spotkać w restauracji, którą wybrał gryfon. Zanim się zdematerializował, zarejestrował jeszcze ciepły uśmiech matki, życzącej mu dobrej zabawy oraz wysłuchał tyrady ojca twierdzącego, że to spotkanie może otworzyć przed nim kilka wartościowych drzwi. Sama idea przyprawiła go o mdłości. Co gorsza, te słowa podsunęły mu obraz półnagiego Pottera, odzianego wyłącznie w cienkie spodnie od piżamy, opadające nisko na biodra…
Grrrr!, warknął w zacisku własnego pokoju, a następnie się deportował.
Draco zmaterializował się z hukiem — dosłownie. Wylądowawszy, uderzył z łoskotem w ścianę. Szybko się pozbierał i ukradkiem rozejrzał. Oczywiście los poskąpił mu szczęścia, bo Potter zauważył, iż od początku napotkał żenujące problemy. Praktycznie od razu skrzyżował z nim wzrok.
— W czym mogę pomóc? — zapytała kelnerka, podchodząc do niego. Czy mu się wydawało, czy naprawdę patrzyła nań jak na obrzydliwego robaka, godnego co najwyżej zdeptania?
— Malfoy — podał nazwisko, chociaż zapewne było to zbędne. — Jestem umówiony z Potterem. Czy już przyszedł?
Kobieta zrobiła duże oczy, z trudem hamując cisnący się na usta okrzyk zdziwienia.
— Tak. Tędy proszę.
Draco drgnął, uzmysłowiwszy sobie, że kelnerka nie zwróciła się do niego z należytym szacunkiem, bowiem pominęła zwyczajowe „proszę pana”. Wspiął się na wyżyny grzeczności i nie skomentował jej obraźliwego zachowania. Zdecydowanie wolał uniknąć robienia sceny w restauracji. Prowadzony do odpowiedniego stolika, rozejrzał się po sali. Musiał przyznać, że wylądował w przyjemnym dla oka miejscu. Oświetlenie było dość słabe, ale atmosfera ciepła. Grająca w tle delikatna muzyka nie zdołała jednak zagłuszyć zszokowanych szeptów innych klientów, gdy przechodził obok nich. Momentalnie zaczął się zastanawiać, czy nie popełnił przypadkiem olbrzymiego błędu, decydując się wyjść do ludzi.
Kiedy zbliżył do wystarczająco blisko, zauważył, że ich stolik jest częściowo zakryty przez rozłożone na blacie grube podręczniki. Uniósł lekko brew, ponieważ nigdy wcześniej nie widział, aby Potter uczył się z własnej i nieprzymuszonej woli. Wtem jakiś facet zerwał się na równe nogi i dobył różdżki.
— To twoja wina, że kuzynka mojej siostry nie żyje! — syknął. — Wszyscy jesteście do siebie podobni. Trzymaj się z daleka od Harry’ego Pottera. Nie pozwolę ci go skrzywdzić!
— Zapewniam pana, że Potter jest całkowicie bezpieczny, aczkolwiek nie pojmuję, jak chciałby zapewnić mu pan ochronę, gdy stracę nad sobą panowanie — odpowiedział z pozornym spokojem, gdyż wnętrzności skręciły mu się z nerwów.
Tak, opuszczenie rezydencji zdecydowanie było błędem. Odwrócił się z zamiarem odejścia, ale właśnie wtedy brunet podniósł głowę i znów go dostrzegł. Zauważywszy scenę, która zaczynała się robić nieprzyjemna, postanowił interweniować.
— Tutaj, Draco! — zawołał, decydując się na lekko zaskoczoną minę.
Malfoy rzucił awanturującemu się mężczyźnie złośliwy uśmiech, a potem ponownie skupił się na Potterze. Idąc, zmarszczył brwi. Czy naprawdę powiedział do niego po imieniu? Jak dotąd, nigdy tego nie zrobił, nawet w szkole i przez przypadek. To musiała być jakaś sztuczka.
— Potter — przywitał się, próbując zachować spokój. Spojrzał w dół i zrobił groźną minę. — Czy nie przegrzewasz tym zacięciem resztek zwojów mózgowych? Gdzie właściwie gromadzisz informacje, które przeczytasz? Uważaj, żeby się nie przeciążyć. Jestem przekonany, że nie chciałbyś eksplodować.
Harry zmarszczył mocniej brwi.
— Malfoy. — Zaczął zbierać podręczniki, a przez pośpiech przewrócił szklankę z wodą.
Draco uśmiechnął się szyderczo. Jakim cudem ta łamaga przeżyła aż osiemnaście lat?
Zobaczywszy zamieszanie, kelnerka doń podbiegła i wzięła się za sprzątanie. W międzyczasie Potter przepraszał za swą niezdarność w absurdalny wręcz sposób, cały czerwony i zawstydzony. W duchu przygotował się na jakąś głupotę, od której zaczną na nowo znajomość.
— Nie spodziewałem się, że rzeczywiście przyjdziesz — zagaił, kiedy blat był czysty. Sprawiał wrażenie zaskoczonego, zupełnie jakby chciał to powiedzieć w inny sposób, żeby nie wyszło kąśliwie.
— Jak widzisz, przybyłem. Oczywiście, mogę wrócić do domu, jeżeli zakłóciłem ci spokój ducha — zaoferował. Zamierzał zabrzmieć wyniośle, aczkolwiek wyszło mu po prostu żałośnie.
Chłopak westchnął i zdjął na moment okulary, żeby przetrzeć zmęczone oczy, wciąż tak hipnotyzująco zielone. Draco zacisnął z dezaprobaty usta, nieszczęśliwy, że zauważył ów drobny i jakże nieistotny szczegół. Całe szczęście, że był ślepy w szkole i ominął to zainteresowanie. To wszystko, co miał do powiedzenia w temacie.
— Na co się gapisz, Malfoy?
Draco drgnął, wyrwany z odrętwienia pełnym podejrzliwości pytaniem.
— Zastanawiałem się tylko, czy stylizujesz się na potarganego jeża, czy też masz tak od urodzenia — stwierdził, a potem prawie wymierzył sobie mentalnego kopniaka. W rzeczywistości wcale nie chciał go obrazić — zadziałało przyzwyczajenie. Po prostu otworzył usta, żeby udzielić mu sensownej odpowiedzi i zawiódł na całej linii. Z drugiej strony, to wina Pottera, że tak łatwo dawał się krytykować.
Brunet z powrotem założył okulary.
— Jestem piekielnie zmęczony, Malfoy. Miałem naprawdę długi i wyczerpujący tydzień. Nie jestem pewien, czy zniosę dalsze obelgi, do których się tak często uciekasz…
— Ach, tak? — zapytał, gotowy do odwrócenia się na pięcie i opuszczenia restauracji.
— Czasami jesteś po prostu niemożliwy. Usiądź, Malfoy. Siadaj na tyłku, proszę. Zjedzmy coś, trochę wypijmy, obudźmy się ze straszliwym kacem i poczuciem, że popełniliśmy okropny błąd, a na końcu udawajmy, że to się wcale nie wydarzyło.
Usiadł na krześle. Jakże wielki i mocarny Potter użył słowa „proszę”…?
Niewiarygodne.
— Mam jeden warunek. Sam wybiorę nam wino — stwierdził ugodowo. — Jeżeli mam jutro cierpieć na ból głowy, to przynajmniej niech będzie warto.
— W porządku. — Uśmiechnął się Harry. Chwilę później, ku bezbrzeżnemu przerażeniu Draco, zmarszczył nos i spojrzał nań podejrzliwie. — Co to za zapach?
— Coś, o czym nigdy, przenigdy nie chcę rozmawiać — odpowiedział zgodnie z prawdą, nie mogąc powstrzymać dreszczy. Postawiwszy sprawę jasno, zrobił coś, czego się nie spodziewał, a mianowicie uśmiechnął się do Pottera.
Chłopak, niech go diabli wezmą, odwzajemnił gest.
Dziesięć minut później Potter zdołał zaklęciem usunąć ten smród, dzięki czemu odetchnął z ulgą. Przy ich stoliku zapadła niezręczna cisza, podczas której czekali na podanie wina do stolika — a przynajmniej tylko on czuł się niekomfortowo, ponieważ siedzący naprzeciwko mężczyzna wydawał się swobodnie kontemplować menu.
— Nie wiem, co zamówić. — Uśmiechnął się krzywo Harry, co sprawiło, że Draco przełknął ślinę, czując dziwaczne, niepożądane trzepotanie w brzuchu. — W eleganckich restauracjach zawsze mam ochotę pochłonąć dosłownie wszystko, co widzę.
Spojrzał w kartę.
— Tej miejscówce jest daleko do eleganckiej restauracji, chociaż z drugiej strony… — urwał, siłą woli powstrzymując się od wygłoszenia kilku obelg, które cisnęły mu się na usta. Potter grzecznie udał, że niczego nie zauważył, co tylko bardziej go rozsierdziło. Chcąc zachować spokój, napiął mięśnie i zaczął gorączkowo szukać w głowie neutralnego tematu do rozmowy.
— Tak przy okazji, wyglądasz naprawdę świetnie — powiedział brunet zbyt swobodnym głosem, żeby go uznać za nieskrywający żadnych podtekstów.
Mimowolnie się wzdrygnął.
— Ale…?
— Ale co? — Harry był zaskoczony.
— Nic — przyznał, trochę się rozluźniwszy. — Gdzie zapodziała się nasza kelnerka z winem?
— Jestem przekonany, że jest zbyt zajęta plotkowaniem w kuchni, żeby podać nam do stolika. Albo właśnie zawiadamia brukowce, chcąc sprzedać nowinę — odparł z goryczą chłopak, a następnie westchnął. — Nieważne. — Uniósł wzrok nad ramieniem Draco i uzmysłowił sobie, że zostali w międzyczasie otoczeni przez wianuszek kelnerów i kelnerek. — Najmocniej przepraszam, ale wciąż czekamy na wino — zagaił do najbliżej stojącej kobiety, a butelka w ciągu dziesięciu sekund znalazła się na ich stoliku. Harry się skrzywił. — Przepraszam za to zamieszanie — rzucił do blondyna. — Zazwyczaj się przebieram, gdy wychodzę gdzieś publicznie. Dzięki temu unikam wielu kłopotów.
Uniósł brew, uprzednio upiwszy łyk wina. Było przeciętne, ale nawet akceptowalne. Zdecydowanie spełniło swoje zadanie. Nie chciał doprowadzić Pottera do ruiny finansowej, zwłaszcza że był pewien, że w typowy dla gryfonów sposób na samym końcu będzie chciał uiścić rachunek. Szczerze mówiąc, próbował zachowywać się najlepiej, jak tylko potrafił, niemniej jednak nie mógł puścić mimo uszu ostatnich słów, które usłyszał. Nie jest człowiekiem ze stali.
— Znaczy, że się maskujesz?
Harry roześmiał się, a potem zmarszczył z niesmakiem nos.
— Ano, owszem. — Skinął głową.
— Czyżbyś doklejał sobie sztuczny nos? — zapytał z małym uśmiechem. — Jestem w stanie wyobrazić sobie ciebie ze sztucznym nosem, rudą brodą i nawet przyklejonymi do policzków pieprzykami.
Humor został doceniony, bowiem Potter znów wybuchnął śmiechem.
— Nie do końca, ale podążasz dobrym tropem — stwierdził i spojrzał w menu. — Co powinienem zamówić?
— Naprawdę mnie pytasz i nie bierzesz pod uwagę faktu, że mogę sprytnie nakłonić cię do zjedzenia ślimaków? Albo otruć cię, kiedy nie będziesz patrzył? — spytał bez zastanowienia.
Chłopak zamrugał, szczerze zaskoczony.
— Cóż, o ile się nie mylę, jeszcze mnie nie przekląłeś, a to o czymś świadczy. Gdybym został otruty w miejscu publicznym, zostałbyś momentalnie oskarżony. Emanujesz ślizgońskim urokiem, a więc spodziewam się po tobie czegoś więcej. — Uśmiechnął się wesoło. — Wracając do tematu, zamierzam zamówić to, co ty. Jeżeli wybierzesz coś ohydnego, będziesz musiał się przemęczyć.
— Och, toż to szczyt przebiegłości — parsknął, choć w rzeczywistości skupił się na czymś innym. Ślizgońskim urokiem? Emanuję ślizgońskim urokiem? Potter musiał się z niego nabijać. Zirytowany, wbił wzrok w kartę dań i zmarszczył brwi. — Nie chcę ci psuć planów, ale nie jestem szczególnie głodny.
Potter zmierzył go wzrokiem i najwyraźniej próbował się powstrzymać od ciętego komentarza. Draco zastanowił się, czy naprawdę mu nie przeszkadzało, że wszystko było po nim widać.
— Co? — zapytał, chcąc mieć to za sobą.
Chłopak się zarumienił i spuścił głowę.
— Nic takiego — burknął.
Oczywiście, nie dał się zwieść. W jasnozielonych oczach dostrzegł błysk, który przywodził mu zmartwioną, ale zdeterminowaną Narcyzę. Całkiem prawdopodobne, że zaraz wzniecą kłótnię.
— Co? — zapytał głośniejszym głosem.
— Nie sposób być „nieszczególnie głodnym”. — Harry wzruszył ramionami. — Albo czujesz głód, albo jesteś napchany.
Draco otworzył, a potem zamknął bez słowa usta. Potter w międzyczasie zawołał kelnerkę i zamówił podejrzanie duży posiłek, składający się głównie z dań, które na spokojnie można by rozdzielić pomiędzy dwie dorosłe osoby. Z początku chciał wyłożyć swoje argumenty, ale potem doszedł do wniosku, że to byłoby trochę niegrzeczne, dlatego też zacisnął zęby. Jakby nie patrzeć, byli w lokalu.
— Ostatnio nie jadam zbyt wiele — powiedział zamiast tego, rzucając mężczyźnie rękawicę. Wyprostował się na krześle i czekał na zniewagę. Wiedział, że jest chorobliwie chudy, ale nie potrzebował, żeby mu o tym przypominano, a tym bardziej patrzono nań z góry i z obrzydzeniem, czego już zdążył doświadczyć.
Ku jego dobrze ukrytemu zaskoczeniu, Harry zdołał się uspokoić.
— Gdybym jadł wszystko, co pani Weasley próbowała mi wcisnąć w ciągu ostatniego roku, byłbym trzy razy większy niż Dudley, mój mugolski kuzyn — stwierdził. — Każdy z nas ma swoje sposoby.
Chłopiec, Który się Obżerał, parsknął Draco, omal nie wybuchając głośnym śmiechem. Wpadkę próbował ukryć, biorąc łyka wina, bo nie sądził, aby Potter docenił urok ślizgońskiego poczucia humoru.
Był trochę przygnębiony faktem, że nie potrafił wymyślić zdania, które nie byłoby ani podszyte złośliwością, ani zgorzkniałe. Nigdy wcześniej nie musiał prowadzić small talku z kimś pokroju Harry’ego Pottera. Przez cały ten czas starał się nie zgrzytać zębami.
Harry starał się nie wyglądać na tak zdenerwowanego, jak się czuł, ale dobrze wiedział, że prezentował się naprawdę kiepsko. Po pierwsze, chociaż wystosował zaproszenie, nie przypuszczał, że Malfoy rzeczywiście się zjawi. Po drugie, nie przemyślał tego, dokąd go zabrać i o czym będą rozmawiać, o ile przyjdzie. Restauracja była spontaniczną decyzją i mimo że sprawiała wrażenie całkiem przyjemnej, nie była dlań odpowiednia. Gdy tylko wszedł do środka, zorientował się, że była na tyle elegancka i wystawna, że poczuł się nieswojo. Z innej strony, dzięki lekkiemu przepychowi zdecydowanie uniknie kilku szyderczych uwag, co było dla niego niezwykle ważne. Nie zamierzał na spokojnie siedzieć i słuchać skarg, zwłaszcza że miał pewność, iż Malfoy będzie próbował go sprowokować. Wiedział, że w razie wypadku szybko da się ponieść temperamentowi i wyzbędzie się wszelkich skrupułów, aby zamienić faceta we fretkę i lewitować go po całej sali. Niestety nie wydawało się to idealnym sposobem na kontrolowanie gniewu.
Kiedy facet naprawdę się zjawił, od razu skupił na sobie niepożądaną uwagę, więc Harry, zdesperowany, zawołał go po imieniu i przewrócił szklankę z wodą. Niech żyje zgrabność, pomyślał z grymasem. Draco był jak zazwyczaj obraźliwy, ale zamiast powiedzieć, żeby się odpieprzył i poszedł do diabła, zaczął prawić mu komplementy. Fakt pozostawał jednak faktem, rzeczywiście świetnie wyglądał. Zdrada własnego umysłu mocno nim wstrząsnęła. Zażenowany, gwałtownie się zarumienił, zaś blondyn uniósł elegancko brew i uśmiechnął się irytująco.
Naprawdę wygląda atrakcyjnie, stwierdził, patrząc nań ukradkiem, gdy chłopak popijał wino, zapatrzony w punkt gdzieś ponad jego ramieniem. Zawsze wiedział, jak należy się ubrać, żeby dobrze wypaść, a tym razem ułożył nawet włosy. Wciąż był zbyt chudy, ale stracił na swej bladości, zapewne dzięki alkoholowi, a światło restauracji sprawiało, że wydawał się delikatniejszy.
Oczywiście, nadal był palantem. Chociaż został zaproszony na wykwintną kolację, nie planował się posilać. Zamierzał po prostu siedzieć na tyłku, wychudzony i ewidentnie niedożywiony, aby patrzeć, jak Harry się zajada. Całkiem prawdopodobne, że wygłosi też kilka sarkastycznych i obelżywych uwag dotyczących jego manier przy stole. Jeżeli nie, to będzie siedział i milczał z upartością godną osła.
Gdy zapadła między nimi cisza, przeszukał umysł, chcąc znaleźć w miarę neutralny temat do rozmowy. Nie zamierzał nawiązywać do czegokolwiek kontrowersyjnego z obawy, że w pewnym momencie albo wybuchnie histerycznym płaczem, albo spróbuje rozczłonkować gościa na oczach innych klientów.
— Ekhem, Malfoy — zagaił, chwyciwszy się pierwszego, co przyszło mu do głowy. — Grałeś ostatnio w quidditcha?
Chłopak skrzywił się pogardliwie, a Harry się wzdrygnął. No dobrze, znów zawalił. Zadał zupełnie pozbawione sensu pytanie, którym ośmieszył się niczym kretyn.
Najważniejsze, że przynajmniej otworzył gębę.
Najważniejsze, że nie siedział na tyłku i pozował na znudzonego.
— Nie — odpowiedział blondyn. — Szczerze mówiąc, jesteś jedyną osobą ze szkoły, z którą spotkałem się po latach. Nie miałem okazji grać w quidditcha. — Zaczął się wiercić na krześle, jakby nie mógł się doczekać wyjścia z restauracji.
— Och. — W momencie poczuł coś na kształt niechętnej litości. To musi być okropne uczucie, gdy wszyscy przyjaciele cię opuszczają. Z drugiej strony, Malfoy zazwyczaj otaczał się ludźmi, którym mógł swobodnie rozkazywać, a nie prawdziwymi przyjaciółmi. — Szkoda.
Draco zamarł.
— Nie tęsknię.
— Nie chcesz spędzać czasu ze znajomymi? — zapytał, nie wiedząc, czy powinien być przerażony podobną możliwością, czy też współczujący. — Nie ma nikogo, kto byłby wystarczająco dobry, żeby się z tobą zadawać? Aż dziw bierze, że tutaj przyszedłeś — dodał z nutką goryczy, ledwo trzymając temperament na wodzy. Malfoy sprawiał wrażenie niewzruszonego, przez co przestał się powstrzymywać. — No tak, jestem słynnym Chłopcem, Który Przeżył. Siedzisz ze mną przy stoliku, bo zapewne czegoś oczekujesz. — Chociaż był rozgniewany, wiedział, że powinien ugryźć się w język, bo szkoda było strzępić sobie języka. Facet wielokrotnie udowodnił, że wszystko ma gdzieś, a nieuprzejmość jedynie potęgowała straszliwość nadchodzącej zemsty. Całe szczęście, że skończyli już szkołę, bo inaczej Malfoy miałby za plecami dwóch osiłków, którzy z radością by mu dokopali. Nie miał więc żadnego powodu, dla którego mógłby się obawiać. Wziąwszy głęboki oddech, spojrzał rozmówcy prosto w oczy. — Czego właściwie chcesz? Czemu przyszedłeś?
Blondyn zacisnął usta i wyprostował się tak bardzo, że prawie chrupnęło mu w kręgosłupie. Sprawiał wrażenie bardzo rozgniewanego. Harry rozważył, czy powinien szykować się do zanurkowania pod stół, bo bez wątpienia zaraz oberwie niewybredną klątwą. Zgiął lekko palce, gotowy do sięgnięcia po różdżkę.
— Jeżeli żądasz odpowiedzi, to wiedz, że przyszedłem tu, bo mnie zaprosiłeś.
Harry zamrugał. Choć Malfoy nie poskąpił wypowiedzi ostrości, nie próbował odwrócić kota ogonem, ani zaognić sytuacji, aby potem świętować następne zwycięstwo. Cóż, to coś nowego, podsumował, szczerze zdumiony.
— To jest bardziej nieprzyjemne, niż myślałem — dodał blondyn, wskazawszy dłońmi na coś bliżej nieokreślonego.
— Zatem spadaj! — krzyknął, podnosząc się gwałtownie. Okropność, po prostu okropność. Wszyscy się na nich gapili. Musieli myśleć, że do reszty oszalał.
— Źle mnie zrozumiałeś, Potter. — Uśmiechnął się krzywo Malfoy. — Nie powiedziałem, że kolacja jest nieprzyjemna, dlatego też byłbym wdzięczny, gdybyś z powrotem usiadł i przestał unosić się dumą, bo to przyciąga uwagę. Nie musimy się dzielić naszymi problemami z pozostałymi gośćmi.
Harry zmarszczył brwi, ale opadł na krzesło.
— W takim razie zamieniam się w słuch.
Blondyn podniósł kieliszek z winem i przez chwilę kontemplował zawartość. Sekundę później wypił go duszkiem.
— Nienawidzę bycia czyimś dłużnikiem — powiedział ze złośliwością. — Nienawidzę bycia pogardzanym, a także bycia tchórzliwym śmierciożercą, który nie miał odwagi, aby bronić swych przekonań.
— Wolałbyś być lepszym śmierciożercą? Czy byłbyś zadowolony, gdybyś wypełnił misję i zabił Dumbledore’a? — zapytał Harry, przerażony do cna. Zupełnie inaczej wyobrażał sobie tę kolację. Nie chciał słuchać podobnych wyznań.
— Oczywiście, że nie. — Draco prawie niezauważalnie potrząsnął głową, bawiąc się smukłą nóżką kieliszka. — Nienawidzę też Voldemorta. — Skrzywił się paskudnie. — Nawet bardziej niż ciebie.
— Super, dzięki — mruknął. Miał wrażenie, że jest zwierzyną stojącą przed nadjeżdżającym samochodem, ot w świetle reflektorów. Nie chciał wysłuchiwać żadnych wyznań, ale też nie miał dokąd uciec.
Malfoy skinął głową, zupełnie jakby nie zauważył sarkazmu.
— Wygląda na to, że popsułem nasze małe spotkanko — podsumował, odłożył kieliszek na stół i potarł lewe przedramię.
— Skończ dramatyzować. — Harry westchnął, zmęczony. W głębi duszy zaczął żałować, że nie mógł po prostu wrócić do nienawidzenia tego typka. Wtedy jego życie byłoby zdecydowanie prostsze.
Chłopak nic nie odpowiedział, ale nie też nie przestał pocierać ręki. Wszystko wskazywało na to, iż nie zdawał sobie sprawy, co właściwie wyczynia. W końcu brunet nie wytrzymał, pochylił się nad stołem i złapał go za nadgarstek, uniemożliwiając mu kontynuowanie. Przez chwilę obaj siedzieli w kompletnym bezruchu, zastygli niczym marmurowe posągi, a potem Draco wzruszył powoli ramionami.
— Nie potrzebuję litości — wyszeptał ze stalowym błyskiem w oku.
— Spokojnie, nie mam zamiaru się litować. — Harrym targnęły lekkie mdłości. — To tylko znamię, nic więcej — dodał prawie błagalnym tonem, puściwszy trzymaną dłoń. — Też jedno posiadam, też specyficzne.
— Nie sądzisz, że to coś zupełnie innego? — Chłopak był rozgoryczony. Zwiotczał w akcie bezsilności, a potem położył ręce na blacie.
Wzruszył ramionami.
— To tylko znamię — powtórzył z naciskiem. — Skończ mu się podporządkowywać. Nie możesz pozwolić, żeby cię pokonało.
— Łatwo ci mówić.
— Wręcz przeciwnie. Naprawdę myślisz, że prowadzę nieskomplikowane i przyjemne życie? — spytał z niedowierzaniem. — No tak, bo przecież bycie pełnoetatowym bohaterem jest cudowne. Niemalże wszyscy, których kochałem, zginęli z mojej winy, ale bez obaw, było diabli warto, bo dzięki ich poświęceniu mogę codziennie być wspominany w gazecie. Prorok Codzienny nieustannie rozpisuje się na temat mojego rzekomego życia miłosnego, a ludzie plotkują, które płatki śniadaniowe najbardziej lubię.
Czy Malfoy w istocie był idiotą? Logiczne, że nie, pomyślał z goryczą. Zawsze wykazywał się sprytem i nikczemnymi pobudkami. Całkiem prawdopodobne, że gdzieś pod drzwiami restauracji czaił się zawczasu uprzedzony reporter.
— Cóż, przynajmniej możesz wyjść na miasto, pieprzona kelnerka nie patrzy na ciebie jak na największą w świecie szumowinę, a inni klienci nie mają ci za złe zwyczajnego żywota. — Chłopak również stracił opanowanie.
— Och tak, bo oczywiście lepiej jest ciągle wpadać na ludzi. Wszyscy chcą zarobić na mojej sławie. Czy wiesz, ile ofert małżeństwa otrzymałem tego wieczoru? — zapytał z czerwoną ze wstydu twarzą.
Malfoy drgnął.
— Nie.
— Trzy — odpowiedział zgodnie z prawdą.
— Naprawdę?
Zarumieniony, Harry skinął głową.
— Wieje nudą, prawda? — Uśmiechnął się lekko Draco.
— Jak najbardziej. — Wybuchnął śmiechem. — Spokojnie, ranek miałem dość rozrywkowy. Wór pełen oświadczyn zdecydowanie wyczerpał dzienny limit — dodał, a Malfoy uniósł brew. — Co? — zapytał, nagle zirytowany. — To nie moja wina, że na świecie żyje tylu głupków.
— Mówisz poważnie, prawda?
Harry skinął głową i spojrzał na swoje dłonie, obserwując gościa kątem oka. Ten wreszcie przestał szydzić, jak to zawsze miał w zwyczaju, i zrobił minę, która przywodziła na myśl bezbronność. Momentalnie poczuł się nieswojo, nieprzyzwyczajony do takowego zachowania. Malfoy nagle wyglądał jak człowiek, a nie lodowa rzeźba. Szokujące.
— Odpowiadasz na te listy? — Wtem blondyn wrócił do dawnego siebie. Uśmiechnął się sarkastycznie, gdy usłyszał cicho wymamrotane „tak”, a następnie przyjął atakującą postawę. — Widzę, że klub adoracji Harry’ego Pottera wznowił działanie — kontynuował nieprzyjemnym tonem. — Wysyłasz fanom podpisane fotografie? O ile dobrze pamiętam, niegdyś nieustannie to robiłeś.
— Muszę wysyłać odpowiedzi! — odparł głośniej, niż zamierzał. — Jeżeli tego nie zrobię… — urwał, nie mogąc powstrzymać związanych z nieprzyjemnym wspomnieniem dreszczy.
— Śmiało, dokończ zdanie. — Draco był szczerze zainteresowany, aczkolwiek próbował tego nie okazywać. — Co się stanie, jeżeli postanowisz kogoś zignorować i nie wypełnisz jakże ogromnego obywatelskiego obowiązku?
— Zdarza się, że otrzymuję wtedy wyjce — uzupełnił zgodnie z prawdą.
— Bywało gorzej.
— W pracy — dodał.
— Nieco zawstydzające, ale do przeżycia.
— To rzadkie przypadki — stwierdził, nie do końca rozumiejąc, dlaczego tak chętnie dostarcza przeciwnikowi amunicji. — Zalotnicy najczęściej zjawiają się osobiście.
— Och. — Malfoy brzmiał, jakby świetnie się bawił.
— W eleganckich strojach, z krzykliwymi dodatkami, obwieszeni biżuterią, pod której ciężarem praktycznie się uginają, w swoich najlepszych, najdroższych szatach — kontynuował beznamiętnie, mając w głowie obraz jednego starszego czarodzieja. — Zdarzyło się nawet, że jeden z mężczyzn nawiedził mnie całkowicie nagi. — Zacisnął z niesmakiem usta. — Wielkie dzięki, Malfoy — powiedział z goryczą i spuścił wzrok. — Zniweczyłeś mój wysiłek, aby dobrze wytłumić to okropne wspomnienie. — Z horroru sprezentowanego przez własny umysł wyrwało go głośne parsknięcie. Gdy się zreflektował i zamrugał, zobaczył, że chłopak dusi się ze śmiechu. — Umieram ze szczęścia, że dostarczam ci godnej rozrywki — podsumował, szczerze zdumiony. Nie pamiętał, kiedy ostatnio widział tak rozweselonego Malfoya. Co prawda, facet po prostu się naśmiewał, ale z jakiegoś niewyjaśnionego powodu również uznał to za zabawne. Jakby nie patrzeć, kiedyś śmiał się z tego razem z Ronem.
— Naprawdę oświadczył ci się nagi mężczyzna, Potter?
Harry uznał, że lepiej być obiektem żartów, aniżeli jawnej pogardy. W promiennej twarzy Draco było coś atrakcyjnego. Gościu ewidentnie się rozluźnił i zapomniał, że powinien być arogancki i rozgniewany.
— Ano, owszem, był golusieńki — powiedział naprędce, aby ukryć swoje zakłopotanie. Czy naprawdę uznał właśnie wroga za pociągającego?
Aby odegnać od siebie to niepokojące odczucie, szybko wizualizował sobie tamtego nagiego czarodzieja, ze splątanymi czarnymi włosami i obwisłą, pomarszczoną skórą. Zanim zdążył się powstrzymać, wyobraźnia podsunęła mu zupełnie inny obraz, a mianowicie zamazaną wizję bladego Malfoya z niewiarygodnie smukłymi nogami. Mimowolnie wstrzymał oddech.
— Gapisz się, Potter — powiedział blondyn, patrząc nań uważnie.
Drgnął, oszołomiony i trochę zdezorientowany. Chociaż Draco zdołał się pohamować, wciąż unosił lekko kąciki ust, jakby był o krok od następnego wybuchu. To zaś sprawiło, że krew Harry’ego zawrzała — to dziwaczne, ale odniósł wrażenie, że jego system nerwowy jest w jakiś sposób połączony z ustami chłopaka. Wtem z narastającą paniką uświadomił sobie następną, cholernie krępującą zależność — zrobiło mu się ciasno w spodniach.
— W porządku. — Uśmiechnął się zawadiacko Malfoy. — Lepiej będzie oświadczyć się teraz, czy po skończonej kolacji?
Wciągnął ze świstem oddech.
— Co takiego? — pisnął.
— Cóż, napisałem do ciebie list. Ubrałem się elegancko. — Blondyn machnął ręką w swoją stronę i zrobił uroczą minę. Harry zdecydował się milczeć, ponieważ był przekonany, że gdyby otworzył usta, powiedziałby niespójne „guh”. — Całkiem możliwe, że wywarłbym na tobie lepsze wrażenie, gdybym się nie odział.
Brunet z trudem powstrzymał jęk. Jestem chory, pomyślał z przerażeniem. Umieram. Czy naprawdę nikt nie uratuje go przed tą straszną chorobą halucynogenną?
— Rumienisz się, Potter! — Malfoy brzmiał na zachwyconego.
Zamknął oczy z nadzieją, że śmierć nadejdzie szybko. Nikt nie powinien wegetować w takim stanie, prawda? Gdy tak siedział z przymkniętymi powiekami, uznał, że śmiech chłopaka brzmiał przyjemnie dla ucha.
— Chyba znalazłem zaletę naszej małej randki — kontynuował blondyn z charakterystyczną nutą sarkazmu.
— Mianowicie? — Harry wrócił do rzeczywistości i upił łyk wina, będąc pod czujnym spojrzeniem rozmówcy. Randka? Myślał, że są na randce?
Draco przewrócił oczami.
— Okazało się, że jesteś całkiem zabawny. — Uśmiechnął się lekko. — Może podzielisz się ze mną innymi opowieściami o swoich romantycznych podbojach? — spytał, ale nie doczekał się odpowiedzi, bowiem brunet zmarszczył brwi, niepewny pomysłu. — Jeżeli wolisz alternatywę, to zawsze możemy powspominać stare dobre czasy — dodał z niebezpiecznym błyskiem w oku.
— Ee, podziękuję — odparł pospiesznie.
Malfoy napełnił im kieliszki.
— W porządku, to zaczynaj. Najlepiej, zanim umrę ze starości.
Nie widząc innego wyjścia, Harry zaczął opowiadać. W trakcie pozwolił sobie na lekki, usatysfakcjonowany uśmieszek, kiedy kelner podał im zamówione jedzenie, a chłopak bez słowa po nie sięgnął, jakby od samego początku planował spożyć kolację.
WSKAZÓWKA #73:
Jeżeli znajdziesz się w krępującej sytuacji, pamiętaj, że — prędzej niż się spodziewasz! — możesz spojrzeć na nią wstecz i się zaśmiać. Przypomnij sobie kilka zawstydzających zdarzeń i przepracuj towarzyszące im uczucia, samodzielnie lub z zaufaną osobą.
~ Fragment poradnika Melusiny Meadowbrook pt. „101 sposobów na zmartwienia wszelakie”
Draco obudził się z przekonaniem o dwóch rzeczach: że umiera oraz że nie jest sam w łóżku. Czas spędzony z Voldemortem nauczył go, jak skutecznie tłumić emocje, dlatego też zmusił się do pozostania całkowicie nieruchomo i dokonania rozeznania. Kończyny? Miał wszystkie, więc niczego mu nie odrąbano. Zranienia? Cóż, był obolały w niektórych miejscach, ale najprawdopodobniej skończyło się zaledwie na siniakach. Pamięć? Wybrakowana. Nie pamiętał, żeby uczestniczył w wypadku, aczkolwiek głowa bolało go tak bardzo, że zapewne cierpiał na wstrząs mózgu lub bliżej niezidentyfikowany uraz głowy. Wtem zarejestrował, że ktoś się doń przytulał. Nie były to zwłoki, bo człowiek się poruszał — niewielkie, aczkolwiek przynoszące ukojenie spostrzeżenie. Obcy jęknął i Draco wstrzymał oddech, rozpoznawszy ten charakterystyczny głos. O Merlinie, to po prostu niemożliwe. Ciało, które doń przylegało, w momencie znieruchomiało, co w praktyce oznaczało, że chłopak się obudził.
— Malfoy? — W głosie Pottera słychać było mieszaninę zmieszania i boleści. — Jasna cholera. — Zamilkł, najprawdopodobniej oceniając sytuację, w której się znaleźli. — Chciałbym tylko powiedzieć, że moje uczucia względem ciebie nijak się zmieniły. Wciąż są pełne nienawiści i niechęci, pomimo tego, że… z jakiegoś powodu cię obejmuję — wyznał stanowczo z zarumienionymi policzkami. — Najchętniej bym się odsunął, ale kiedy się ruszę, to odpadnie mi głowa — dodał żałośnie.
Draco zmusił się, żeby otworzyć oczy, ale nie miał siły, aby się odwrócić i spiorunować go wzrokiem.
— Potter!— Zacisnął zęby, gdyż musiał zrobić sobie przerwę. Na Merlina, łeb mu pękał. Spróbował się poruszyć, ale właśnie wtedy poczuł w powietrzu nieprzyjemny zapach. Śmierdział…? — Proszę, powiedz mi, że nie zwymiotowałeś.
— Ciężko stwierdzić, ale chyba mi się ulało — wymamrotał chłopak, zakopawszy twarz w jego włosach.
Zbladł.
— W miejscu publicznym? — zapytał, owładnięty niewiarygodnym wstydem. Chociaż nie mógł tego zobaczyć, żywił przekonanie, że Harry zmarszczył brwi.
— Nie pamiętam — burknął i przesunął głowę, przez co blondyn syknął z bólu.
— Odsuń się trochę! — warknął. — Obiecałeś sobie, że mnie zabijesz, czy przychodzi ci to naturalnie?
Potter wydawał się rozważać tę kwestię, ale nawet nie drgnął. Co ciekawe, bijące od niego ciepło było dziwacznie kojące. Draco jęknął. Musiał być w naprawdę kiepskim stanie, że skupiał się na podobnych pierdołach.
— Tibby! — krzyknął, a skrzatka zjawiła się z cichym pyknięciem, sprawiając wrażenie całkiem zdenerwowanej.
— Pan chciałby zobaczyć panicza — pisnęła.
— Nie pozwól swojemu ojcu się do mnie zbliżyć — wymruczał mu do ucha brunet. — W tym stanie nie mogę ponosić odpowiedzialności za czyny, których się dopuszczę.
— Zamknij się, Potter. — Draco poczuł coś na kształt podziwu. Kiedy nabrał odwagi? Najprawdopodobniej wtedy, gdy zabił Czarnego Pana. Kiedy ty byłeś niewyobrażalnym tchórzem, dodał w myślach. Zmarszczył brwi, niezadowolony z figla. — Przynieś nam beczkę najsilniejszego eliksiru na kaca, Tibby.
Skrzatka podskoczyła nerwowo.
— Pan powiedział „natychmiast”. Tibby przeprasza!
— Tibby! — krzyknął, tym razem głośniej i szybko tego pożałował. Jego wnętrzności zaprotestowały, ale przynajmniej służka zniknęła. — Jesteś w domu mego ojca, Potter. Jeżeli mnie zdenerwujesz, nakarmię cię piraniami.
Chłopak się skrzywił.
— Nie chciałem tu wylądować — mruknął. — Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego się tu aportowaliśmy. — Wzruszył lekko ramionami. — Jeżeli krzywisz się na zapach, to zapewne tylko tamten eliksir. Wydaje mi się, że zaklęcie maskujące, które rzuciłem, po prostu przestało działać.
— Co takiego? — Draco był przerażony. Naprawdę opowiedział mu historię o śmierdzącym eliksirze i Snapie? Co jeszcze wypaplał? W duchu błagał, żeby nie był zbyt wylewny, ale podświadomie czuł, że spaprał sprawę.
— Ciekawe, czy poradnik coś o tym wspomina — kontynuował Harry.
Tylko nadludzkim wysiłkiem zachował milczenie. Gdyby mógł sięgnąć po różdżkę, w okamgnieniu wymazałby mu pamięć, zanim się zorientuje, ale był zbyt ociężały i obolały. Lepiej będzie poczekać na odpowiedni moment.
— Co jeszcze powiedziałem? — zapytał z chłodem w głosie.
Potter zachichotał.
— Kilka rzeczy.
— Mianowicie? — drążył, w duchu prosząc o opanowanie i powściągliwość.
— Cóż, wyznałeś mi swoje uczucia, a potem się pocałowaliśmy — odpowiedział chłopak. — Naprawdę nie pamiętasz? — dodał ze smutkiem.
— Słucham?!
Draco wpadł w panikę. Jego wspomnienia z poprzedniego wieczoru miały ubytki i gdzieniegdzie były zamazane, ale coś takiego? Że niby z Potterem? To, że w zaciszu swego domu, zamknięty w czterech ścianach własnego pokoju wyznałby po cichu, że facet był znośny, jeszcze o niczym nie świadczyło. Charakteryzował się, co prawda, uroczym wyglądem zagubionego, kudłatego szczeniaczka, ale nic ponad to. Łatka „najpotężniejszego czarodzieja na świecie” była po prostu stwierdzeniem oczywistości. Pomijając wszystkie wyżej wymienione szczegóły, Harry był również mężczyzną i, no cóż, Potterem. Jeżeli rzeczywiście chciałby całować się z innym gościem, to z pewnością wybrałby kogoś mniej… potterowatego.
— Och, Draco — mruknął brunet i przysunął się jeszcze bliżej.
Zdradzieckie ciało Malfoya przeszył cholernie niepokojący dreszcz, a skóra w miejscach dotyku niemal parzyła. Stało się — oszalałem do reszty, podsumował ponuro.
— Ja… — burknął, niepewny, co właściwie odpowiedzieć. Całowanie się z Potterem było koszmarem na jawie i okropną katastrofą. Zamrugał, kiedy uzmysłowił sobie, że łóżko się trzęsie. Gdy upewnił się, że jednak nie odpadła mu głowa, zrozumiał, że leżący obok chłopak histerycznie się śmieje.
— Się nabrałeś, Malfoy! — wykrztusił brunet między jednym parsknięciem a drugim. — Żałuj, że nie widziałeś swojej twarzy. Fenomenalna!
— Bardzo zabawne, doprawdy. Absolutnie przezabawne. Widzę, że cofnąłeś się w rozwoju. Zachowujesz się, jakbyś miał osiem lat. — Draco był boleśnie świadomy, że wciąż czuje się zbulwersowany. Miał wrażenie, że próbował okiełznać węża — z największą ostrożnością wyciągał doń rękę, wiedząc, że może go w każdej chwili ugryźć. Chwila, moment!, podpowiedziała mu racjonalna część umysłu. Jesteś zdenerwowany, bo nie pocałowałeś Pottera! Albo dlatego, że Potter cię nie pocałował. Może cię nie chce…
Jasna cholera!
Harry znów zachichotał.
— Wciąż uważam, że wyszło fantastycznie. Odbiłem sobie za wczoraj. Wystarczająco się ze mnie nabijałeś.
Draco nie odpowiedział. Szalenie mało pamiętał z poprzedniego wieczora, dlatego też czuł się niezmiernie zirytowany. Potter był zdecydowanie zbyt blisko, a w pokoju było duszno, przez co kręciło mu się w głowie.
— TIBBY! — krzyknął ponownie.
Skrzatka zmaterializowała się sekundę później. W pomarszczonych dłoniach trzymała dwie filiżanki parującej cieczy.
— Tibby przeprasza, przeprasza! — zaszlochała na wstępie. — Tibby musiała przynieść kubki, podgrzać eliksir i go rozlać...
— W porządku, nieważne. — Malfoy machnął lekceważąco dłonią, a następnie powoli podniósł się do pozycji siedzącej. Chociaż starał się wyglądać na twardziela, z ledwością trzymał się życia.
— Dziękuję, Tibby — powiedział Harry w swój absurdalnie uprzejmy sposób.
Powstrzymawszy kąśliwą uwagę, Draco wypił eliksir. W momencie poczuł nieopisaną rozkosz. Otrzymawszy zastrzyk energii, przeciągnął się leniwie i potrząsnął głową, chłonąc uczucie lekkości. Ból, który go gnębił od pobudki, zniknął niemalże całkowicie.
— Co to jest, Potter? — zapytał z niedowierzaniem.
Chłopak rozejrzał się wokół, ewidentnie mając problem ze zrozumieniem.
— Nie widzę. — Zmarszczył brwi. — Accio okulary — dodał, a chwilę później założył je na nos.
Draco się zagapił. Magia bezróżdżkowa…?
— To — powiedział, nie dając się zbić z tropu. — Zupełnie nie pasuje do wystroju, Potter.
— Cóż, to pachołek drogowy — wytłumaczył z uśmiechem na twarzy brunet.
— Mówisz nonsensy, których nie pojmuję — stwierdził. — Zapytam ponownie. Co to właściwie jest?
— Mugole używają takich jakby słupków do oznaczania rozkopywanych dróg.
— W porządku — skłamał, patrząc na tę pomarańczową potworność. — Czemu, na Merlina, jest dwukolorowy? — dodał, na co chłopak wzruszył tylko ramionami. — Dlaczego…? — urwał, gdy zauważył następny obcy mu przedmiot. — Nakrycie głowy? — Mimowolnie się wzdrygnął. — Jakim prawem szpeci popiersie mojej prababki?
— To hełm, który noszą policjanci.
— Czy chcę wiedzieć, kim są policjanci? — spytał zmęczonym głosem.
— To mugolscy aurorzy.
Draco oderwał wzrok od niepokojącego widoku i spojrzał na Pottera. Z wrażenia — oczywiście, równie budzącego niepokój — prawie się zachłysnął. Chłopak — nie, mężczyzna, poprawił się w myślach — leżał rozciągnięty na łóżku, odziany w jego ulubioną piżamę. W trakcie snu czarny jedwab odrobinę się podwinął, odsłaniając ładnie wyrzeźbiony brzuch. Koszula była prezentem od matki na któreś urodziny, a przez widok, który właśnie pochłonął, już nigdy nie spojrzy jej w oczy. Harry wyglądał szalenie seksownie i nieprzyzwoicie.
— Zakładam, że to twoje? — zapytał głupio brunet, cały czerwony. Całkiem prawdopodobne, że podążył za jego tokiem myślenia i wyciągnął w miarę poprawne wnioski.
— Najwyraźniej, chyba że okradłeś śpiącego człowieka. — Uniósł sarkastycznie brew.
Potter jeszcze mocniej się zaczerwienił.
— Hmm.
— Hmm? — powtórzył, nie mogąc oderwać się od uważnej obserwacji. Rumieniec biegł od policzków chłopaka, przez szyję i klatkę piersiową, aż po odsłonięty brzuch.
— Eee, Malfoy? — Harry z jakiegoś powodu brzmiał na spiętego.
Draco podskoczył w miejscu, kiedy zorientował się, co właściwie wyprawia. Skupiwszy się na mięśniach, nieświadomie powędrował wzrokiem jeszcze niżej, do jedwabistych fałdek materiału otaczających krocze czarodzieja. Najgorsze, że Potter, zazwyczaj ślepy niczym kret, z łatwością to zauważył.
Gwałtownie się zaczerwienił i odwrócił wzrok. Z nerwów zaczął zgrzytać zębami.
— Zwróć piżamę dobrze wypraną — powiedział szorstko. — Albo inaczej, nie kłopocz się praniem, bo i tak musiałbym ją potem zdezynfekować, a nie jestem pewien, czy jedwab wytrzyma podobne traktowanie. Najlepiej zrobisz, jeżeli po prostu się jej pozbędziesz. — Wstał z łóżka i pospieszył w kierunku łazienki. Przepełniał go gniew na własne roztrzepanie i głupotę. Musiał czmychnąć, zanim zdradzi go nieposłuszne ciało. Uczucia, którymi się przed momentem wykazał, były co najmniej absurdalne. W drodze czuł, że twardnieje, co tylko podsycało rosnące zawstydzenie i zakłopotanie. Za nic w świecie nie pokazałby się Potterowi w tym stanie. — Dam ci trochę prywatności, żebyś się mógł przebrać — dodał naprędce, zanim zniknął za drzwiami. — Zawołaj mnie, kiedy skończysz.
Usiadł na podłodze i schował twarz w dłoniach. Czy naprawdę, spośród tych wszystkich nieprawdopodobnych rzeczy, na poważnie snuł seksualne fantazje dotyczące Harry’ego Pottera? W głowie wciąż widział te długie, umięśnione kończyny i lekko opaloną, przyjemną dla oka skórę. To zaś sprawiło, że poczuł ciasnotę w spodniach. Niestety, fakty pozostawały faktami. Czy Potter pracował nad sylwetką?
Draco zacisnął dłonie w pięści. Nie, zdecydowanie nie będzie myślał o takich rzeczach. Nie może. Nie powinien. Zagryzł wargę i po raz pierwszy pożałował, że jest jedynakiem, a do jego podstawowych obowiązków należało zawarcie dobrego małżeństwa i przedłużenie rodu.
Zmarszczył brwi i spróbował się przekonać, że przesadza. Harry był pierwszym mężczyzną, o którym pomyślał w ten sposób. Jakby nie patrzeć, to nie było tak, że…
Zacisnął usta. To przysięga wierności złożona Czarnemu Panu sprawiła, że mogłem zapomnieć o życiu miłosnym, doszedł do wniosku, cholernie zirytowany. Ledwo kogoś pocałował, nie mówiąc o czymś więcej.
Potrząsnął z niedowierzaniem głową i jęknął cicho. Merlinie, był po prostu żałosny. Oto on — nieudacznik–prawiczek, mający niemałą obsesję na punkcie swojego odwiecznego wroga. Jakim cudem miał osiemnaście lat i wciąż był niepewny własnych preferencji seksualnych?
Spróbował się pozbierać. Chociaż bardzo, ale to bardzo chciał, aby Potter udowodnił mu, że miał rację i w pełni zasługiwał na jego nienawiść, poprzednia noc była… przyjemna — oczywiście, z tego, co pamiętał. Jak dotąd, nie otrzymał zbyt wielu ofert bliższej znajomości od ludzi tak dobrze usytuowanych, sławnych i wpływowych. Prawdę powiedziawszy, nikt nie zabiegał o jego względy, pomimo szlachetnego pochodzenia i ogromu bogactwa. Zmarszczył brwi. Może powinien przeprosić za gburowate zachowanie i nieprzyjemne uwagi sprzed chwili? Z całą pewnością były niesprawiedliwe i nieuzasadnione. Potter będzie wstrząśnięty, stwierdził, poprawiwszy sobie humor.
Wtem zastygł w bezruchu. Coś zmroziło mu krew w żyłach. Od dłuższego czasu z pokoju nie dobiegł go żaden dźwięk. Nawet ktoś tak nieudolny jak Harry zdążyłby się już trzy razy ubrać.
— Żyjesz, Potter? — zawołał. Nie doczekawszy się odpowiedzi, parsknął pod nosem, otworzył drzwi i rozejrzał się wokół. Mężczyzna zniknął, aczkolwiek przed wyjściem starannie złożył jedwabną piżamę i pościelił łóżko. Na narzucie leżał zwitek pergaminu. „Oczywiście, popełniliśmy głupi błąd. Zapomnijmy o tym, Malfoy”. Notatka była zakończona zupełnie niepasującym do reszty spod znaku „uciekam w gniewie i wstydzie niczym zbrukana dziewczyna” — „przepraszam”.
Draco zmarszczył brwi, zgniótł liścik w dłoni i cisnął nim przez pokój. Nie jestem zdruzgotany, pomyślał. Jestem wściekły.
Niestety, nie zdołał się przekonać.
Właśnie wtedy do pokoju wszedł jego ojciec, najwyraźniej wyczerpawszy pokłady swej cierpliwości. Wtargnął do środka, dosłownie sekundę po tym, jak gwałtownie zapukał do drzwi. Typowe, pomyślał Draco. Utrzymuje pozory uprzejmości w najbardziej niegrzeczny sposób.
Wzdrygnął się, gdy Lucjusz omiótł dezaprobującym wzrokiem zmięty zwitek pergaminu, a następnie spojrzał nań z fałszywą troską wypisaną na twarzy.
— Wszystko w porządku, synu? — spytał łagodnym głosem.
Draco się spiął.
— Tak, ojcze.
— Interesujące. — Mężczyzna otworzył Proroka Codziennego i z pogardą stuknął palcem w pierwszą stronę. — Obawiałem się, że oszalałeś. Teraz dowiaduję się, że przyniosłeś hańbę rodzinie, będąc przy zdrowych zmysłach.
Draco gwałtownie się zaczerwienił i z trudem powstrzymał od odpowiedzi. Dawno nie widział ojca tak chłodno zdenerwowanego.
— Naprawdę uważasz, że tak ciężko pracowałem i narażałem swą godność, żeby przywrócić naszej rodzinie dobre imię, tylko dla chwilowego kaprysu? — kontynuował złośliwie Lucjusz. — Czy honor nic dla ciebie nie znaczy, synu?
Chłopak również się skrzywił. Zdecydowanie nie chciał wysłuchiwać dalszych pretensji, dlatego też wyciągnął szyję, żeby zobaczyć przynajmniej nagłówek w gazecie, ale ojciec trzymał zrulowane czasopismo pod kątem, który to uniemożliwiał.
— Chciałem, żebyś zaprzyjaźnił się z Harrym Potterem, a nie bruździł rodzinie w tak absurdalny sposób. — Lucjusz z pogardą rzucił pismo na podłogę. Z gniewu mocno zacisnął usta. — Nie waż się próbować czegokolwiek zadośćuczynić. Nie wierzę w twoje zdolności dyplomatyczne. Sam uporządkuję bałagan, który zrobiłeś. — Odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju, zamykając drzwi z głośnym trzaskiem.
Draco spiorunował wzrokiem leżącą na panelach gazetę, próbując powstrzymać łzy najczystszej wściekłości. Był za stary na napady złości, chociaż z drugiej strony ojciec po raz pierwszy w życiu zbeształ go w tak dobrze przemyślany sposób, niczym kilkuletnie dziecko. Na koniec rzucił najnowsze wydanie na podłogę, żeby musiał doń podejść i się schylić, jakby był skrzatem domowym.
Z nerwów zacisnął szczękę.
Od śmierci Voldemorta toczył wewnętrzną walkę z dwoma skrajnie różnymi poglądami na temat Lucjusza. Pod wieloma względami ojciec wciąż był tą samą autorytarną postacią, którą od zawsze znał i darzył szacunkiem — był ujmujący, bezwzględny i cholernie wpływowy. Po zakończonej wojnie jeszcze bardziej zasługiwał na uznanie. Nie tylko uniknął długoletniego Azkabanu dzięki sprytnemu pociągnięciu za sznurki, kilku szantażom i zdradom, koneksjom i przypomnieniu o dawnych zażyłościach. Sprawie pomógł fakt, że dość szybko stał się niezbędny dla Ministerstwa Magii, a to zaś z powrotem przywróciło go do łask, zwłaszcza że skupił się także na działalności charytatywnej. Wspierał wiele organizacji pod względem finansowym. Oczywiście, pieniądze, które wykładał na stół, pochodziły głównie z nielegalnych przedsięwzięć, o których rząd nie miał najmniejszego pojęcia.
Paradoksalnie, na poziomie czysto osobistym, Draco z przerażeniem zdał sobie sprawę, że w rzeczywistości nienawidził Lucjusza tak mocno, jak kochał Narcyzę. Ojciec oszukał go pod wieloma względami i wmanewrował w zostanie śmierciożercą. Teraz, z perspektywy czasu, widział siebie jako mało znaczącą kartę przetargową, którą można było rzucić w odpowiednim momencie i pozbyć się, gdy okazała się już niepotrzebna. Z ponurą świadomością wiedział, że gdyby przypadkowo zginął, ojciec opłakiwałby utraconego spadkobiercę i dziedzica rodu, a nie własne dziecko. Lucjusz prezentował typowo ślizgońskie podejście do sprawy — kierował się czystą, niczym niezmąconą ambicją. Z biegiem lat, krótko po śmierci Voldemorta, Draco odkrył z poczuciem zdrady, że aspiracje i pozycja nie są wszystkim, co czyni człowieka szczęśliwym.
Zacisnął zęby i schylił się, żeby podnieść z ziemi gazetę. Sądząc po ujrzanej reakcji, dziennikarze nieźle sobie pofolgowali.
Hermiona próbowała powstrzymać śmiech, ale za każdym razem, gdy brała głęboki oddech, chcąc się uspokoić, Ron zaczynał się krztusić i znów pękała. Trwało to już od dobrych dziesięciu minut i wyglądało na to, że szybko się nie skończy.
Otarła załzawione oczy i ponownie spróbowała się opanować. Dziś wróciła z Australii i została powitana krzykliwym nagłówkiem Proroka Codziennego, cichym pochrapywaniem Harry’ego i szaleńczymi chichotami Rona, który siłą woli powstrzymywał się przed zmoczeniem spodni.
Obecnie siedzieli w przytulnym salonie i, naturalnie, droczyli się z przyjacielem — a przynajmniej takie mieli zamiary, ponieważ zamiast żartobliwych docinek z ich ust wydobywały się śmiechy i niezrozumiałe bełkoty.
— W porządku. — Uśmiechnął się ironicznie Harry. Uniósł ręce w geście pojednania. — Wystarczająco się ponabijaliście. Czy mogę wreszcie zobaczyć, co powypisywali w gazetach?
Hermiona wzięła kilka głębokich, uspokajających oddechów, po czym podała Proroka przyjacielowi.
Chłopak przeczytał wysmarowany artykuł z niezadowoloną miną. Prawdę powiedziawszy, nie wydawał mu się zabawny. Nie dość, że zajmował całe pięć stron, a więc był cholernie długi, to jeszcze nasączony różnej maści pochlebstwami względem niego, a złośliwościami wobec Draco. „ŚMIERCIOŻERCA SPROWADZA NASZEGO BOHATERA NA ZŁĄ DROGĘ!”, krzyczał nagłówek. „MALFOY JUNIOR WYSNUWA GROŹBY W KIERUNKU ZBAWCY CZARODZIEJSKIEGO ŚWIATA”, dodawał podtytuł. Nie to było jednak najgorsze. Gazeta przedstawiła Harry’ego jako maleńkiego, potrzebującego wsparcia i troski społeczeństwa dzieciątka, które, jak dotąd, nie poznało okrutnego świata; naiwnego chłopczyka, który zbyt ufnie i naiwnie pada ofiarą „rozpieszczonego, obłudnego niedoszłego śmierciożercy, którego przed więzieniem uchroniła tylko i wyłącznie znajomość z czasów szkolnych”. Naprędce przebiegł wzrokiem po reszcie artykułu, marszcząc brwi na każdą okropną insynuację. Ostatecznie odłożył gazetę na bok.
— To wcale nie jest śmieszne — podsumował zwięźle.
Ron przestał się chichrać.
— Jest, kumplu — powiedział przepraszającym tonem. — Czytałeś ten sam artykuł, co my? Wszystko, co powypisywali, jest tak absurdalne, że nie można powstrzymać się od śmiechu. Niektóre zdjęcia są przezabawne. To z pachołkiem drogowym jest bezcenne — dodał, znów rozbawiony.
— Yhym. Zamieścili dokładnie te same bzdury, co zazwyczaj. — Harry był zirytowany. — „Chłopiec, Który Przeżył nie potrafi o siebie zadbać”, „Harry Potter wychodzi na miasto i się upija”, „Wybawca jest wykorzystywany” — wyliczył niegdyś zobaczone nagłówki i ponownie poniósł gazetę, żeby przejrzeć notkę. Całkiem szybko znalazł akapit, którego potrzebował. — „Draco Malfoy starał się być czarującym, absorbującym towarzyszem” — przeczytał na głos. — „Zachowywał się, jakby miał ukryty motyw. Pracownicy Proroka Codziennego pragną ostrzec Harry’ego Pottera, że pozory bywają mylące”. — Zrobił iście zszokowaną minę. — No naprawdę.
Hermiona się roześmiała.
— Napisali to, co zwykle. Uznali, że nie powinieneś ufać Malfoyowi, ponieważ jest przebiegłym ślizgonem. I może delikatnie zasugerowali, że powinieneś się chronić przed jego uwodzicielskimi sztuczkami, bo najprawdopodobniej chciał cię tylko zaciągnąć do łóżka.
— Haha, bardzo śmieszne — mruknął, a potem się zaczerwienił. — Sprawa z pachołkiem była zabawniejsza.
— Zdecydowanie! — wykrztusił Ron, znów w dobrym humorze.
— W porządku. — Uśmiechnęła się szeroko Hermiona. — Jak oceniasz tamten wieczór? — zapytała pogodnie.
— To oczywiste, że beznadziejnie — odpowiedział za niego przyjaciel. — Mam rację, stary?
— Hmm — burknął niezobowiązująco, wciąż lekko czerwonawy. — Szczerze mówiąc, nie było tak źle, jak się spodziewałem.
Weasley się zagapił.
— Nie mów, że dobrze się bawiłeś.
Harry zaśmiał się nerwowo.
— Cóż, nie próbował mnie zabić, niezależnie od opinii tego szmatławca. Nie ociekał też seksapilem, czy ckliwością. Był po prostu sobą — Draco Malfoyem, odrobinę mniej złośliwym, niż zazwyczaj. — Wzruszył ramionami, wyglądając na zawstydzonego. — Trochę się upiliśmy. Naprawdę niewiele zapamiętałem.
Hermiona popisała się talentem aktorskim i zrobiła niezadowoloną minę.
— Widać, że nie przejrzałeś stron od dziewiątej do jedenastej. Zdecydowanie odświeżą ci pamięć.
Zaintrygowany, przerzucił kilka kartek.
— Na pewno nie było tak źle — stwierdził, a potem przypomniał sobie policyjny hełm na kamiennym kobiecym popiersiu. — O cholera, a jednak. — Lekko się zamyślił. — Trochę nam odbiło, ale spokojnie, to się więcej nie powtórzy. Nie ma mowy, żeby Malfoy chciał się jeszcze wyskoczyć na drinka, jeżeli kończy się tak koszmarnym obsmarowaniem w prasie.
Ron wyrwał mu gazetę z rąk i zagłębił się w lekturze.
— „Niepokojąco szczupły, ale tryskający pewnością siebie Draco Malfoy spędził większość wieczoru, rzucając tęskne spojrzenia na swojego towarzysza, który odpowiadał na tyle uprzejmie, jak można było oczekiwać. Harry Potter, jeden z najbardziej pożądanych kawalerów w czarodziejskim świecie, fotografowany głównie z różnego rodzaju pięknymi kobietami, pozostał niewzruszony urokiem i pochlebstwami rozmówcy”. — Chłopak zbladł. — O rany. Jeżeli potwierdzisz te „tęskne spojrzenia”, to umrę tutaj, na naszym dywanie.
Harry uśmiechnął się lekko, doskonale zdając sobie sprawę, że mogło być zupełnie na odwrót. Chociaż poprzedni wieczór widział niczym za mgłą, zapamiętał uśmiechniętego, raczej pogodnego młodego mężczyznę, którego blond włosy opadały miękkimi pasmami na twarz, dziko gestykulującego długimi, smukłymi palcami. Był to niezwykle pociągający obraz, ale nie wiedział, co powinien zrobić z tym odkryciem. To wszystko było co najmniej dziwaczne. Co gorsza, Draco z pewnością nie chciałby go widzieć po tym, co się wydarzyło. Gdy ta myśl się uformowała, zmarszczył brwi.
Absurd popędzany absurdem.
— Nie, spokojnie — powiedział stanowczym tonem, pragnąc przekonać również siebie. — Obyło się bez tęsknych spojrzeń.
— Co z urokiem i pochlebstwami? — drążył z nadzieją w głosie Ron.
Roześmiał się nerwowo. Przez większość wieczoru Malfoy zachowywał się arogancko i rzucał sarkastyczne, ostre uwagi, niemal niegrzeczne. Szczerze mówiąc, była to miła odmiana od zakłamanej codzienności, kiedy to wszyscy wokół traktują go niczym największe bożyszcze. — Zdecydowanie się nie podlizywał.
— Niech to diabli!
— Czy mogę prosić o filiżankę herbaty, Ron? — zapytała nagle Hermiona.
Chłopak spojrzał nań podejrzliwie.
— Dlaczego?
— Jestem spragniona, głupku.
Weasley uśmiechnął się, a następnie wyszedł z pokoju, żeby wstawić wodę. Oczywiście, dziewczyna wykorzystała ten moment, żeby pochylić się konspiracyjnie.
— Zamierzasz umówić się z nim na kolejne spotkanie? — spytała.
Harry spróbował się nie zarumienić. To straszne, ale Hermiona została obdarzona przez matkę naturę niesamowitym darem odgadywania jego myśli, zanim zdawał sobie z nich sprawę. Mimowolnie się zastanowił, o czym dokładnie pomyślała. Ostatecznie wzruszył ramionami.
— Nie rozstaliśmy się w dobrych stosunkach. Malfoy był nieuprzejmy, więc wyszedłem rozgniewany — wyznał. — Jestem też przekonany, że po tym artykule będzie unikał jakichkolwiek spotkań.
Czarownica zrobiła zaintrygowaną minę.
— Uważam, że pierwsza kolacja skończyła się inaczej, niż powinna. No doprawdy, Harry. Czemu wybrałeś akurat miejsce publiczne? Wypiliście sporo alkoholu, więc to oczywiste, że wyjście zakończyło się fiaskiem — stwierdziła. — Fakt, że się nie pozabijaliście, sugeruje, że warto spróbować ponownie.
— Niezbyt pochlebna rekomendacja, prawda? — prychnął. — Nie zdołaliście się zabić, więc musicie być dla siebie stworzeni. — Zamilkł, gdy uzmysłowił sobie, co właśnie powiedział. Czy to naprawdę było zaledwie przejęzyczenie, czy też właśnie wyznał swe uczucia? — Nie miałem tego na myśli — wymamrotał, gwoli usprawiedliwienia, mając w głowie obraz śmiejącego się uroczo Draco.
— Och, Harry. — Hermiona posmutniała. — Czy widzisz w tym problem? Osobiście nie miałabym nic przeciwko. — Uśmiechnęła się zachęcająco. — Chciałabym, żebyś znalazł kogoś wyjątkowego.
Chłopak wziął ją za rękę.
— Jestem pewien, że zanim się w ogóle zdecyduję, ty będziesz wiedziała. Daj mi, proszę, znać, dobrze?
— Hola, kolego! — Do pokoju wszedł Ron, niepewnie lewitując trzy filiżanki i imbryk z parującą herbatą. — Zabieraj te ręce od mojej dziewczyny, bohaterze!
Uśmiechnął się i odprężył, spełniwszy polecenie. Jak wspaniale było siedzieć w towarzystwie przyjaciół. We trójkę spędzili razem cudowny wieczór, rozmawiając i śmiejąc się z najróżniejszych pierdół. Harry próbował też — z kiepskim skutkiem, należy dodać — nie myśleć zbyt wiele o Draco Malfoyu. Naturalnie, nie wiedział, że Draco skupiał się na wszystkim, co nie było związane z Harrym Potterem, również bezskutecznie.
— Ron?
— Tak? — Chłopak ziewnął, przewrócił się na boczek i przytulił Hermionę.
— Czy miałbyś coś przeciwko, gdyby okazało się, że Harry lubi mężczyzn?
Weasley sapnął, szczerze zaskoczony i uniósł się na łokciu.
— A lubi?
— Nie odpowiedziałeś na pytanie.
Prychnął pod nosem i położył się z powrotem.
— Oczywiście, że nie. Harry może umawiać się z kim tylko pragnie — wyznał. — Nie jestem pewien, czy dałbym mu błogosławieństwo, gdyby jutro oświadczył, że podobają mu się hipogryfy, ale dopóki będzie szczęśliwy…
— W porządku. Co byś zrobił, gdyby stwierdził, że jest zakochany w Draco Malfoyu? — zapytała ostrożnie Hermiona.
Ron napiął mięśnie, a potem powoli wypuścił oddech i przytulił się do swojej dziewczyny. Miał zbolały wyraz twarzy.
— Jeżeli chce, może wybrać tego fretkowatego gnojka. Z przyjemnością skopię mu tyłek, gdy tylko nawali i skrzywdzi Harry’ego. Czemu właściwie pytasz? Myślisz, że coś ich łączy? — Zadrżał. — Myślałem, że ma lepszy gust.
Hermiona zaśmiała się sennie.
— Kobieca intuicja. Czas pokaże.
— Ciężko nie zauważyć, że podczas tej małej schadzki z Potterem zupełnie zapomniał pan o mediach, panie Malfoy — podsumował zmęczonym głosem Snape. — Czy nie przyszło wam obu do głowy, że robienie z siebie widowiska nie jest najrozsądniejszym posunięciem?
Draco, pochłonięty przelewaniem skomplikowanej mikstury do małej szklanej fiolki, podskoczył w miejscu i ją upuścił. Gdy z podłogi uniosła się chmura trującego gazu, zaklął szpetnie, zwłaszcza że zostawiła po sobie dużą dziurę w eleganckim kremowym dywanie.
— Gdyby go dobrze pan uwarzył, powstały eliksir całkowicie zniszczyłby deski podłogowe — powiedział nauczyciel, machnąwszy różdżką, żeby zneutralizować działanie gazu. — Chwilę pan odpocznie i zacznie od początku.
Mężczyzna odwrócił się i wyszedł z pracowni, a Draco, nie mając innego wyboru, podreptał za nim w ponurym humorze. Od kilku dni, odkąd ukazał się ten artykuł, był rozbity — jego nastrój wahał się od bezgranicznej wściekłości, która groziła odebraniem mu zmysłów, aż po mroczny smutek, trawiący go od środka i uniemożliwiający normalne funkcjonowanie. Czasem nie mógł ani jeść, ani spać.
Jak widać, Potter znów utrudnił mu życie. Niepewny rozejm, jaki zapanował po wojnie między nim a ojcem, rozpadł się w okamgnieniu i przerodził w otwartą zimną wojnę. Prorok Codzienny znów się nad nim rozpisywał, szargając dobre imię. Draco zacisnął z gniewu zęby. Te pieprzone insynuacje! Że niby on, czystokrwisty arystokrata, gonił za Potterem niczym śliniący się i machający ogonem pies! Jeżeli ktoś powinien merdać ogonem, to z pewnością Potter.
Zastygł w bezruchu, zmrożony myślą, która nie powinna zaświtać mu w głowie — a już z pewnością nie powinna wywoływać w nim tego dziwacznego uczucia w brzuchu. W momencie zapragnął, aby coś przyszło mu z pomocą.
Zamieszczone w gazecie zdjęcie również nie ułatwiało sprawy.
Szczęśliwie, nie było ani wybitnie żenujące, ani głupawe (chociaż najprawdopodobniej mieli całą masę fotografii do wyboru, idealnie pasujących do opisywanej sytuacji). Łagodne w porównaniu z innymi, czyniło z niego niezdarnego pijaczynę, o czym świadczyły siniaki na kolanach. Możliwe, że mieli się właśnie łącznie aportować, bo z jakiego innego powodu miałby trzymać Pottera pod ramię? Harry sprawiał wrażenie zagubionego, zdezorientowanego i trochę zasmuconego. Gdy się odwrócił, żeby na niego spojrzeć, momentalnie się rozpogodził i zrelaksował. Wyglądał, jakby czuł się po prostu bezpiecznie. Wszystkie te emocje, które odbiły się na jego twarzy, sprawiły, że Draco urósł ze szczęścia, czy czegoś podobnego.
Nie do zniesienia, doprawdy.
— Zakładam, że znów rozmawiał pan z moją matką — zagaił, szczerze zirytowany. Usiadł na fotelu naprzeciwko Snape’a i skrzyżował ręce w obronnym geście. Jak się można domyśleć, nie czekał z niecierpliwością na tę pogawędkę.
Mężczyzna westchnął cierpiętniczo i zrobił niezadowoloną minę.
— Jesteś naprawdę męczącym dzieckiem, Draco, ale tym razem masz rację. Narcyza skupiała się głównie na twojej… niestandardowej relacji z Harrym Potterem. Powinieneś być wdzięczny za tak troskliwą matkę — powiedział. — Co zamierzasz zrobić?
— W sprawie Pottera?
Severus przewrócił oczami.
— Nie, panie Malfoy. Oczywiście, że w sprawie brutalnego ataku, do którego zaraz zostanę przymuszony. Skończysz marnie, jeżeli dalej będziesz nadwyrężał moją cierpliwość.
— Z jakiego powodu miałbym się poniżać? — Malfoy zaczerwienił się z gniewu. — Niczym nie zawiniłem.
— Sugerujesz, że zawinił wyłącznie pan Potter? Że zmusił cię do wypicia oceanicznej ilości ognistej whisky i zrobienia z siebie publicznego pośmiewiska? — Snape uniósł brew w szyderczej manierze. — Z zewnątrz wyglądało to zupełnie inaczej, jakby naprawdę podobały ci się podobne hulanki. Żyłeś wówczas chwilą i nie przejmowałeś ewentualnymi późniejszymi relacjami świadków sprzedawanymi do Proroka Codziennego.
— Artykuł zniekształcił rzeczywistość. Sporo wyglądało inaczej — odpowiedział sztywno.
Nauczyciel uniósł kącik ust, co sugerowało, że jest rozbawiony.
— Czy rozwinie pan temat pachołka drogowego?
— Gdybym pamiętał więcej szczegółów, podzieliłbym się informacjami. — Uśmiechnął się niechętnie Draco.
— Intrygujące — prychnął Snape. — Mądrzejszym posunięciem byłoby niezabawianie się z mugolskimi sygnalizatorami i trzymanie się z daleka od niemagicznych funkcjonariuszy organów ścigania.
— Zakończmy ten temat. Wiem, że nawaliłem, ale teraz niewiele mogę z tym zrobić. Potter nie będzie chciał… — urwał i zacisnął w gniewie usta.
— Czego, właściwie? — Severus był zaciekawiony. — Jeżeli naprawdę pragniesz ponownie spotkać się z ulubieńcem tłumów, nie wątpię, że znajdziesz sposób, aby to osiągnąć, Draco.
— Urokiem i pochlebstwami? — zadrwił, próbując zażartować, ale ku swojemu ogromnemu przerażeniu zabrzmiał na rozgoryczonego i sromotnie pokonanego.
— Raczej oślą zawziętością i determinacją. — Snape ponownie uniósł brew. — Jestem jednak przekonany, że potrafi pan być niezwykle czarujący, jeżeli tylko zechce, panie Malfoy. O ile dobrze pamiętam, pan Potter nie był jedynym popularnym młodzieńcem w klasie. — Skrzywił się umiejętnie. — Nie mogę się pochwalić mądrością w dziedzinie rangi tęsknych spojrzeń, ale jeśli rzeczywiście ma pan takowe skłonności, to obawiam się, że wypada pan gorzej. Przyznaję to z niemałym bólem.
— Myśli pan, że chcę się umawiać z Potterem…? — zapytał, z ledwością sklecając poprawne stylistycznie zdanie.
Severus spojrzał nań nieprzeniknionym wzrokiem.
— Ciekawi mnie odpowiedź.
— To absolutnie nie jest pańska sprawa! — Draco się zaczerwienił.
— Właśnie dał mi pan do zrozumienia, że ten pomysł skrywa pewien urok — stwierdził z ewidentnym rozbawieniem, a następnie uniósł dłoń, żeby powstrzymać nadchodzącą tyradę. — W porządku, wróćmy do pracy.
— Tak, profesorze — mruknął z parszywym humorem. Czy Snape miał pojęcie o czymkolwiek innym, aniżeli eliksirach? Szczerze wątpił.
— Warto pamiętać, że bycie ślizgonem nie przeszkadza w wystosowaniu odpowiednich przeprosin. Wręcz przeciwnie, stosowne przeprosiny mogą okazać się naprawdę użytecznym narzędziem do osiągnięcia celu — dodał mężczyzna, kiedy wstał i dramatycznie zatrzepotał szatami. — To szybki i w miarę bezbolesny sposób na przeciągnięcie ludzi na swoją stronę. Ci, którzy są wrażliwi i uczuciowi szczególnie cenią sobie podobne poświęcenie.
Draco rozważył tę opcję. Sam pomysł przeproszenia Pottera był dlań nieprzyjemny, ale w ostatecznym rozrachunku całkiem znośny. Jakby nie patrzeć, był skłonny do ukorzenia się, kiedy chłopak uciekł z rezydencji Malfoyów niczym wykorzystana panienka.
— To nijak poprawi mój wizerunek w oczach opinii publicznej — podsumował, idąc za nauczycielem z powrotem do prowizorycznej pracowni.
— Możliwe, ale czy to pańskie najważniejsze zmartwienie?
Draco zmarszczył brwi i zajął się przygotowywaniem potrzebnych ingrediencji. Jak ostatnimi czasy, nie była to rozmowa, którą chciałby prowadzić.
WSKAZÓWKA #84:
Czasami warto robić rzeczy, które wymagają wyjścia poza strefę komfortu. Nawiązywanie nowych znajomości lub spotykanie się z grupą nowych kolegów i koleżanek może wydawać się przerażające, ale na końcu okazuje się, że to dobre rozwiązanie. Bądź odważny i spróbuj.
~ Fragment poradnika Melusiny Meadowbrook pt. „101 sposobów na zmartwienia wszelakie”
Draco poprawił kołnierzyk koszuli i obejrzał się w lustrze. Plan, którego wykonania się podjął, nie dość, że był złym pomysłem, to jeszcze najprawdopodobniej obróci się przeciwko niemu. Nie był przyzwyczajony do noszenia mugolskich ubrań, ale kiedy Harry poinformował go, że zazwyczaj spędza czas w nieoficjalnym stroju, postanowił się dostosować i wyskoczył na zakupy. Nigdy nie był wielbicielem niemagicznej mody, ale musiał przyznać, że zakupione ubrania całkiem dobrze na nim leżały — ciemnozielony golf, czarne spodnie i buty. Można powiedzieć, że wyglądał niemal stylowo. Sprzedawczyni wykonała kawał dobrej roboty.
Sprawdził godzinę i zorientował się, że najwyższy czas wyjść z domu. Spojrzał w swoje odbicie w lustrze i poświęcił chwilę na zastanowienie się, jakim cudem wpakował się w równie niedorzeczną sytuację. On, Draco Malfoy, odziany w mugolską odzież, z butelką najlepszego czarodziejskiego wina, spieszył się na wieczorek zapoznawczy z trzema gryfonami.
Czeka go ciężka próba.
Gdy przeprosił Pottera za pomocą pospiesznie napisanej notatki (której nie przeczytał ponownie przed wysłaniem, bowiem obawiał się utraty odwagi), wszystko bardzo szybko wymknęło się spod kontroli. Zamiast poprzestać na pokornym pochyleniu głowy, dobrowolnie zgodził się na zaproponowane przez chłopaka spotkanie, a potem ochoczo przytaknął delikatnej sugestii, że zamiast znów narażać się na publiczną kompromitację, lepiej będzie spiknąć się na neutralnym gruncie, za który zostało obrane mieszkanie, które Potter dzielił z Weasleyem i Granger. Naturalnie, gryfoni nie zamierzali dać im odrobiny prywatności, a nawet zaproponowali, że przygotują kolację.
Straszne, po prostu straszne.
To oczywiste, że uknuli intrygę, żeby zwabić go do lwiego legowiska i po cichu zamordować. Jakby nie patrzeć, mieli ku temu całkiem uzasadniony powód. Całkiem też prawdopodobne, że śmierć byłaby znacznie lepsza od nieprzyjemnego wieczoru spędzonego w towarzystwie trzech osób, które w różnym stopniu go nienawidziły. Z drugiej strony, gdyby jego ojciec dowiedział się, że postąpił wbrew niemu i zgodził się na następne spotkanie, i tak skończyłby martwy. Może było warto zaryzykować, bo tak czy inaczej znalazł się w sytuacji bez wyjścia.
Ostatni raz spojrzał w lustro, aby sprawdzić, czy wygląda zadowalająco. Skinął powoli głową i aportował się, z trudem powstrzymując mdłości.
— Kiepski, kompletnie poroniony pomysł — podsumował Harry, próbując okiełznać swoje włosy. Nawet żel nie zdołał ich wystarczająco wygładzić. Prawdę powiedziawszy, nigdy mu się to nie udawało, ale nie tracił nadziei. Chciał wyglądać schludnie. — Normalnie nie mogę uwierzyć, że mnie do tego namówiłaś, Hermiono.
Dziewczyna przewróciła oczami.
— Skończ zajmować się fryzurą. Tylko pogarszasz sprawę.
Spojrzał w lustro i jęknął. Cudownie, teraz wygląda niczym jeżozwierz. Sromotnie pokonany, wsadził głowę pod wodę i spłukał maskę.
— Z pewnością nie będzie łatwo. Jeżeli nazwie mnie szlamą w obecności Rona, to następne dwa tygodnie poświęcimy na zeskrobywanie resztek Malfoya z naszego dywanu. Raczej nie będzie tak lekkomyślny — odparła z namysłem. — Mam nadzieję, że w międzyczasie trochę dorósł.
— Czy dobrze wyglądam? — zapytał z niepokojem, rzuciwszy zaklęcie suszące na włosy.
— Wspaniale. — Uśmiechnęła się Hermiona. — Możesz przestać się martwić.
— Nie sądzisz, że lepsza byłaby elegancka koszula zamiast zwykłej koszulki?
— Wyglądasz naprawdę dobrze, Harry. Jeżeli dalej będziesz się skupiał na takich szczegółach, to pomyślę, że widzisz w tym spotkaniu randkę, zamiast przyjacielskiej kolacji.
— To nie jest randka — stwierdził, nagle zaniepokojony.
— W porządku, rozumiem. — Uniosła ręce. — Lepiej się pospiesz, bo zaraz przyjdzie.
Harry znów jęknął i spojrzał w lustro. Chwilę później udał się do kuchni, żeby sprawdzić, co z jedzeniem. Już nigdy nie posłucha Hermiony. To ona zasugerowała zaproszenie Malfoya na kolację i stwierdziła, że dobrze będzie, jeżeli spędzą ten wieczór we czworo. Jeżeli skończy się to katastrofą, co wysoce prawdopodobne, wiedział, kogo należy obwinić. Nie ma mowy, żeby wszystko poszło gładko. Absolutnie.
Gdy tylko Harry otworzył drzwi, zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy jednocześnie: po pierwsze, Draco Malfoy był najatrakcyjniejszym facetem, jakiego kiedykolwiek widział w życiu; po drugie, że sos do makaronu rozprysnął mu się podczas gotowania na białej koszulce, przez co wyglądał niczym upaprany dwulatek.
Malfoy przez kilka sekund patrzył nań, jakby zaskoczony i trochę zdenerwowany, a potem zrobił wyniosłą minę.
— Nie wiedziałem, że umiesz gotować, Potter — stwierdził, wręczając mu butelkę wina, które sprawiało wrażenie drogiego. — Czyżby danie na bazie pomidorów?
Harry spróbował się nie zarumienić i spojrzał na szkliwo, aby odwrócić uwagę. Naprawdę niewiele wiedział na temat wina.
— Czy powinienem to schować do lodówki? — zapytał ze zmarszczonymi brwiami.
— To czerwone wino. Należy je przelać do karafki, żeby trochę pooddychało i podawać w temperaturze pokojowej. Trzeba było powiedzieć, że masz bardziej plebejskie gusta, to przyniósłbym skrzynkę piwa kremowego — odparł blondyn.
— Wchodź, oprowadzę cię. — Zagryzł zęby, żeby powstrzymać się od kąśliwej uwagi. — Daj mi chwilę. Tylko odstawię butelkę.
— Już przyszedł? — wyszeptała Hermiona, gdy pospiesznie wszedł do kuchni.
Harry jęknął.
— Tak i na wstępie zaczął mi udzielać lekcji dotyczących alkoholu. Nabijał się też z moich przygotowań. — Odepchnął przyjaciółkę, która podeszła do niego z wilgotną szmatką w dłoni. — Nie, przestań. Zajmij się winem, dobrze? Najwyraźniej trzeba je natychmiast przelać do karafki, cokolwiek to znaczy.
— Stres ci nie pomoże. Spróbuj trochę ochłonąć — zaproponowała. — Oprowadź go po mieszkaniu. Spotkamy się w salonie.
Malfoy ze znudzoną miną i skrzyżowanymi ramionami opierał się plecami o ścianę przedpokoju. Gdy zobaczył, że nadchodzi, natychmiast się wyprostował i zrobił dziwną minę. Harry mimowolnie się zastanowił, czy powinien zacząć się martwić.
Był dumny, kiedy pokazywał chłopakowi lokum. Mieszkanie, co prawda, nie było ogromne, ani eleganckie, ale miłe dla oka i przytulne.
— Jestem zaskoczony, że nie wytapetowałeś swojej sypialni na czerwono i złoto — podsumował Draco, gdy zobaczył wnętrze. — Może jednak nie jesteś całkowicie pozbawiony gustu.
Harry zmrużył oczy, nie wiedząc, czy odebrać to jako zniewagę, czy też komplement. Pokój, który przywłaszczył sobie w ramach azylu, był mniej więcej czterokrotnie mniejszy od sypialni Malfoya w rodowej rezydencji i jakoś dziesięć razy bardziej zagracony. Nieporządek najprawdopodobniej godził w serce chłopaka, który słynął ze swojej pedantyczności. U niego w domu wszystko miało swoje miejsce.
— Mnie się podoba.
— Jak wyżej — odpowiedział blondyn, brzmiąc na nieco zaskoczonego. — Mów prawdę, Potter — dodał, zmieniwszy kierunek rozmowy. — Czy Łasic pragnie rozlewu mojej krwi? Czy muszę przygotować się na najgorsze i wzmocnić ochronę?
Zachichotał, czym wprawił się w chwilowe osłupienie.
— Jeżeli nazwiesz go Łasicem, to najprawdopodobniej będziesz musiał zanurkować pod stół, żeby uniknąć lecącej klątwy. Wiesz, że on ma imię, prawda? Ron.
— Zdaję sobie sprawę, że nie jestem tutaj mile widziany. — Malfoy sprawiał wrażenie odległego, ale i odrobinę rozgoryczonego. — Byłem zaskoczony, gdy wystosowałeś zaproszenie.
Harry wzruszył ramionami.
— Cóż, w zasadzie to pomysł Hermiony — powiedział i w momencie tego pożałował. Przez twarz Draco przemknęło zranienie. Czy to możliwe, że naprawdę przejmował się tym, jak jest postrzegany? Że denerwował się ponownym spotkaniem z Ronem i Hermioną nie z obawy o własne bezpieczeństwo, ale z bardziej zagmatwanych powodów? — Cieszę się, że przyszedłeś — dodał, chcąc brzmieć swobodnie. Chociaż chłopak sprawiał wrażenie obojętnego, ale — o ile go nie poniosła fantazja — na bladych policzkach pojawił się delikatny rumieniec.
— W porządku. Idziemy dalej, czy spędzamy tutaj noc? — zapytał blondyn z pozoru swobodnym tonem, a potem, ku najprawdziwszemu zaskoczeniu Harry’ego, rzeczywiście się zaczerwienił.
Odchrząknął i zaprowadził gościa do salonu. Siedzący na krześle Ron napiął mięśnie, ale powstrzymał się przed wyciągnięciem różdżki, chociaż jego ręka była niebezpiecznie blisko kieszeni.
— Panno Granger, panie Weasley — przywitał się chłodno, aczkolwiek wciąż uprzejmie Malfoy, a w kuchni zapadła kompletna cisza.
— Hm, może powinienem…
— Pójdę sprawdzić, co z jedzeniem — powiedziała pospiesznie Hermiona.
Harry spiorunował przyjaciółkę wzrokiem. Miał nadzieję, że dzięki kolacyjnej wymówce wymknie się przynajmniej na kilka chwil, żeby odetchnąć. To spotkanie z pewnością zakończy się piekielną katastrofą. O czym, do diabła, mieli rozmawiać we czwórkę? Owszem, w restauracji byli w stanie przeprowadzić nawet normalną konwersację, ale tylko dzięki wsparciu alkoholu — pomyślnie zignorowali niełatwą przeszłość razem z jej wszystkimi problemami. Nie miał zielonego pojęcia, czy Ron również będzie skłonny pójść w zapomnienie, bo nawet dla Hermiony wydawało się to trudne.
— Co porabiasz w dzisiejszych czasach, Malfoy? — Weasley sprawiał wrażenie niespokojnego.
— Głównie trzymam się na uboczu — odpowiedział z chłodem w głosie chłopak.
W salonie zapadła cisza, podczas której Ron walczył, żeby burknąć coś niegrzecznego.
— Ja się szkolę na uzdrowiciela. To ciężka praca, ale sprawia mi przyjemność — stwierdził koniec końców.
Draco przełknął ślinę.
— Przez ostatnie kilka miesięcy intensywnie przygotowuję się na zdania owutemów — wyznał tonem, jakby rzucał rozmówcy wyzwanie. — Profesor Snape udziela mi korepetycji z eliksirów.
Weasley wziął głęboki oddech.
— Szczęściarz z ciebie. Snape był w szkole najprawdziwszym draniem, ale okazał się wielkim bohaterem.
— Zrozumiałem przytyk, dzięki.
— Wspaniale. — Ron się zezłościł, ale ku zaskoczeniu Harry’ego powstrzymał się przed sięgnięciem po różdżkę. — Słuchaj no, Malfoy. Wszyscy wiemy, jaki byłeś w szkole, więc nie ma sensu odgrywać wymyślnego przedstawienia. Byłeś skurczybykiem i wrzodem na dupie, a co gorsza, śmierciożerczym skurczybykiem, który skakałby z radości, gdyby zobaczył nas martwych. — Wziął głęboki oddech, cały czerwony na twarzy. — Harry jest przekonany, że powinniśmy dać ci drugą szansę, a ja ufam jego osądowi. Wychowanie dzieci leży w gestii rodziców, więc to nie twoja wina, że facet, który sprawował nad tobą pieczę, był życiowym nieudacznikiem wierzącym w wyssane z palca bzdury o czystości krwi. — Wziął kolejny oddech. — Teraz od ciebie zależy, czy udowodnisz, że rzeczywiście się zmieniłeś i stałeś się lepszym człowiekiem.
Harry, bojąc się ruszyć, siedział na krześle i powtarzał sobie w głowie podstawowe zasady udzielania pierwszej pomocy. Rozważał różne możliwości, ale oczami wyobraźni najczęściej widział, jak Malfoy ciska w Rona niewybredną klątwą. Kiedy nic podobnego się nie wydarzyło, zaś Draco starł ze swojej twarzy wszelkie emocje, odetchnął z ulgą.
Ten właśnie moment wybrała Hermiona, żeby wejść do salonu z tacą z kieliszkami do wina i wypełnioną po brzegi karafką. Postawiwszy zastawę na stole, zmrużyła oczy.
— Malfoy — powiedziała, a potem zacisnęła szczękę. — To głupie, zwracać się do siebie po nazwisku. Czy mogę mówić ci po imieniu? — zapytała uprzejmie, a chłopak trochę się rozluźnił.
— Oczywiście — odpowiedział ściszonym głosem.
— W porządku. — Skinęła głową. — Czy mogę cię prosić o napełnienie kieliszków, Draco? — dodała, a blondyn wstał i rzeczywiście to zrobił; chwilę później rozdał wszystkim alkohol. — Chciałabym wznieść toast — kontynuowała, unosząc szkliwo. — Za przyjaźń i… — tu się zawahała, sprawiając wrażenie trochę zdenerwowanej — za przebaczenie.
Malfoy lekko się wzdrygnął, ale nijak to skomentował. W milczeniu upił dużego łyka.
— Wszystko dobrze? — zapytała bezgłośnie Hermiona, patrząc na Harry’ego.
Chociaż się uśmiechnął i wzruszył ramionami, niczego nie był pewien.
Kiedy kolacja minęła spokojnie i bez żadnych nieprzyjemnych wydarzeń, Hermiona szturchnęła Rona łokciem.
— My pozmywamy — powiedziała, zaś chłopak, rzuciwszy jej zdezorientowane spojrzenie, posłusznie wstał od stołu i podążył za nią do kuchni. Gdy tylko przekroczyli próg, zamknęła drzwi z cichym trzaskiem.
Harry momentalnie poczuł się zdenerwowany.
— Jak nam idzie? — zapytał, a potem poczuł przemożną potrzebę kopnięcia się w tyłek. Naprawdę wyskoczył z takim tekstem?
— Nawet dobrze. — Uśmiechnął się krzywo Draco. — Znacznie lepiej, niż się spodziewałem. — Wbił wzrok w trzymany w dłoni kieliszek, a zabłąkany blond kosmyk opadł mu na czoło. — Jak myślisz? — mruknął.
— Och. — Westchnął pod nosem i się zastanowił. Wszystko świetnie, poza tym, że mnie pociągasz, pomyślał z zażenowaniem i się skrzywił. To oczywiste, że nie zamierzał powiedzieć całej prawdy. — Jak dotąd, wszyscy żyjemy, a plamy na mojej koszulce to sos pomidorowy, a nie krew. Ogólnie rzecz biorąc, idzie nam całkiem dobrze.
Malfoy podniósł wzrok i przeczesał dłonią włosy.
— Och, biedne, umorusane dziecko — podsumował z uśmieszkiem.
W pierwszym odruchu Harry wyciągnął rękę, aby go pacnąć, ale skończył sromotnie pokonany, bowiem chłopak bez żadnych przeszkód uniknął ciosu, a następnie spojrzał nań ze szczerym zaskoczeniem.
— Znów okazujesz się zabawny, Potter — stwierdził z charakterystyczną wyższością. — Tak trzymaj, a pomyślę, że ktoś się w ciebie wielosokował — dodał i zrobił coś, co sprawiło, że obaj zamarli w bezruchu.
W pokoju było nieprzyjemnie ciepło, a w kominku buchał ogień. Hermiona często narzekała na wszechobecne zimno, więc kiedy była w domu, wszyscy dbali o wyższą temperaturę. Często specjalnie dokładali drewna, gdyż chcieli, by i ona poczuła się trochę zirytowana duchotą. Malfoy ubrał dziś cienki golf, ale kilkadziesiąt minut spędzonych w nagrzanym mieszkaniu sprawiło, że zapragnął odetchnąć.
Draco podwinął rękawy, a Harry zesztywniał. Uświadomiwszy sobie wpadkę, natychmiast poprawił sweter i zastygł w bezruchu z kamiennym wyrazem twarzy.
Przez chwilę siedzieli w całkowitym milczeniu.
— Żałujesz? — zapytał brunet. — Nie mogę dalej w to brnąć, jeżeli nie masz żadnych wyrzutów sumienia. Voldemort zamordował moją rodzinę… — urwał i potrząsnął głową. — Może rzeczywiście nie miałeś większego wyboru co do obranej drogi, ale nadal mogłeś postąpić na przekór wszystkiemu. Źle wybrałeś, Malfoy. Jeśli naprawdę nie żałujesz…
Draco zwilżył usta.
— Czasami budzę się w nocy z krzykiem, myśląc o rzeczach, które widziałem i zrobiłem — powiedział z pozoru beznamiętnym tonem. — Nigdy nie będę w stanie odpokutować za grzechy, których się dopuściłem. — Na moment przymknął powieki. — Jak widać, przyjęcie tego zaproszenia okazało się dużym błędem. Przepraszam, że musiałeś dotrzymywać mi towarzystwa. Pan Weasley miał pod wieloma względami rację. — Wstał i jeszcze raz poprawił rękawy koszuli. — Dziękuję za posiłek.
Harry zerwał się na równe nogi i pociągnął Malfoya z powrotem na kanapę. Z początku chłopak stawiał opór, ale potem poddał się naciskowi.
Zagryzł z nerwów wargę. Nie wiedział, czy postępował słusznie, czy to wszystko było dobrym pomysłem, czy też okropnym i opłakanym w skutkach, ale był gryfonem, na litość boską.
Musiał działać, więc złapał lewe przedramię Malfoya i podciągnął mu rękaw. Facet zamarł w bezruchu.
— Co ty wyprawiasz, Potter? — warknął z chłodem w głosie.
Jak się okazało, Draco zakrywał Mroczny Znak cieniutkim bandażem, dlatego też bez wahania zaczął go odwijać. Oczywiście, próbował być delikatny.
— Chcę coś udowodnić.
— Uważasz, że potrzebuję przypomnienia o skali mojej młodzieńczej głupoty? — Chłopak próbował wyrwać rękę z uścisku, ale nadaremnie, gdyż Harry na to nie pozwolił. Szybko odwinął bandaż, a następnie odsłonił wewnętrzną stronę przedramienia, pokazując światu brzydki, obrzydliwy tatuaż. — Co chcesz mi powiedzieć? — zapytał blondyn, zaprzestawszy prób uwolnienia się; zamiast tego westchnął, zrezygnowany.
Potter z ciekawością zbadał znamię palcami. Oczywiście, widział już wcześniej Mroczny Znak, ale nigdy nie miał okazji do dokonania tak dokładnych oględzin. Tatuaż, pozbawiony magii swego twórcy, mimo upływu czasu wciąż był piekielnie brzydki. Wyglądał dziwnie na kremowej, gładkiej skórze. Malfoy był przyjemnie ciepły i miękki w dotyku — właśnie to przyniosło mu otrzeźwienie. Uświadomił sobie, że serce biło mu z zawrotną prędkością.
Opanował się i wzruszył ramionami.
— Nie przeszkadza mi to znamię — stwierdził, a potem się poprawił: — To znaczy, nie przeszkadza mi tak bardzo, jak myślałem. — Zaśmiał się nerwowo. — Chyba nie ułatwiam sobie sprawy. Najprawdopodobniej tylko bardziej się pogrążam.
Draco spojrzał na Znak.
— Od wieków go nie widziałem — wyznał i odchrząknął z zażenowaniem. — Odkąd pokonałeś Voldemorta — doprecyzował, sprawiając wrażenie odrobinę roztrzęsionego.
— Jak już jesteśmy przy różnego rodzaju znamionach, to zawsze chciałem cię przeprosić za to, co wydarzyło się w łazience. Nigdy nie pragnąłem twojej śmierci — powiedział, czując, że to odpowiedni moment.
— Wciąż mam blizny. — Malfoy wydawał się zirytowany. Znów podwinął rękaw, jakby nieświadomie, a potem odsłonił szczupły, blady brzuch. — Nie zapowiada się, aby kiedykolwiek zniknęły.
Harry tylko siłą woli powstrzymał się od rozdziawienia buzi. Skóra chłopaka, pokryta srebrzystymi nitkami, będącymi pozostałością po klątwie przeznaczonej według Snape’a „dla wrogów”, wciąż była idealna i kusząca. Z jeszcze większym trudem przełknął ślinę i poruszył się niespokojnie, chcąc rozładować emocje.
Malfoy opuścił koszulę.
— Z czasem ci wybaczę, bo uratowałeś mnie z milion razy. — Uśmiechnął się kącikami ust.
Odwzajemnił gest. Cała ta fascynacja Draco Malfoyem powoli zaczęła wymykać się spod wszelkiej kontroli, ale nie bardzo wiedział, co powinien z nią zrobić, poza próbami wytłumienia jej i zaprzeczenia. Nie widział innego sensownego rozwiązania problemu.
WSKAZÓWKA #101:
Ostatnia i najważniejsza porada. Zawsze bądź szczery wobec siebie, jak i innych ludzi, ponieważ jest to prawdziwy klucz do szczęścia. Nie możesz oczekiwać spełnienia swoich pragnień, jeśli ciągle się oszukujesz. Zastanów się, czego właściwie chcesz i opowiedz o tym bliskim. Tylko w ten sposób, stosując otwarte podejście do problemu, zdołasz go rozwiązać i uleczyć zranione serce. Powodzenia!
~ Fragment poradnika Melusiny Meadowbrook pt. „101 sposobów na zmartwienia wszelakie”
Następny tydzień Draco spędził na nurzaniu się w depresji. To wręcz absurdalne, że Potter wzbudzał w nim takie uczucia. Kolacja w towarzystwie rudowłosego idioty i szlamowatej mądralińskiej była nawet znośna. Co interesujące, całkiem szybko wyrobił sobie nawyk wzdrygania się za każdym razem, kiedy pomyślał o słowie „szlama”. Gdy wspólny wieczór dobiegał końca, rozpędziwszy dziwaczny incydent z Harrym, zrobiło się naprawdę przyjemnie.
Odsłonienie Mrocznego Znaku sprawiło, że zawisłe w powietrzu napięcie zniknęło w okamgnieniu, pozostawiając po sobie coś znacznie gorszego, a mianowicie pożądanie, a przynajmniej ze strony Draco. Nie miał nawet najmniejszych wątpliwości, że gdyby tylko zasugerował, że pragnie czegoś więcej, aniżeli zwyczajnej przyjaźni, ta niepewna relacja skończyłaby się szybciej, niż otworzyłby usta, aby się wytłumaczyć.
Nie, żeby chciał związać się z Harrym Potterem — absolutnie. Ojciec dał mu jasno do zrozumienia, że utrzymanie dystansu jest właściwą decyzją, zwłaszcza że prasa publikowała coraz to mniej niepochlebnych artykułów na jego temat, głównie dzięki rodzinnym koneksjom i wyłożonym pieniądzom. W pełni zgadzał się z Lucjuszem, tak było zdecydowanie lepiej. Bez wątpienia szybko zapomni o swoim dziecinnym zauroczeniu i wtedy wszystko wróci do normy. Niedługo się opamięta.
Naturalnie, był pewien szkopuł. Gdy otrzymał pierwszy napisany w przyjaznych tonach list, przeczytał go więcej razy, niż był skłonny otwarcie przyznać. Kiedy otworzył drugi list, tym razem bardziej oficjalny, wiedział, że nie odpisze. Odebrawszy od sowy trzecią notkę, przesiąkniętą zranieniem i smutkiem, nagle odkrył, że ma brudny pokój i alergię na kurz, ponieważ kiedy czytał linijki, wylał morze łez. Korespondencja potwierdziła to, co podejrzewał.
Zakochał się w Harrym Potterze.
Utrzymanie dystansu sprawiało mu fizyczny ból. Chcąc się odgrodzić od całego świata, zamknął się w swoim pokoju i stanowczo odmówił widzenia z kimkolwiek, nawet profesorem Snape’em. Był człowiekiem, więc miał swe granice wytrzymałości. Wiedział, że gdy nauczyciel powie coś sarkastycznego lub po prostu niegrzecznego, pęknie i narobi więcej zamieszania, najprawdopodobniej wybuchając płaczem. Gdyby naprawdę zaczął się mazać w towarzystwie, zapadłby się ze wstydu pod ziemię, ponieważ Malfoyowie nie pozwalali sobie na takie chwile słabości. Wypłakiwać oczy można co najwyżej we własnej sypialni, za zasłoniętymi kotarami łóżka i rzuconymi odpowiednio silnymi zaklęciami wyciszającymi. Jeżeli w przypływie rozpaczy wrzeszczało się do poduszki, trzeba było potem zadbać o zdarte gardło. Wszystko pozostawało tajemnicą.
Wtem wydarzyło się coś nieoczekiwanego, okropnego i przerażającego jednocześnie, co sprawiło, że w sekundę zapomniał o własnych postanowieniach. Skrzat domowy dostarczył mu pospiesznie zwiniętą notatkę i świstoklik przygotowany przez Hermionę Granger.
Harry miał wypadek i jest ciężko ranny. Przybądź jak najszybciej.
Wystarczy dotknąć świstoklika.
Przez chwilę po prostu stał w miejscu, będąc w szoku, a potem bez zastanowienia chwycił klucz. Ze zmartwiałym sercem powitał charakterystyczne szarpnięcie w okolicach pępka, a następnie zniknął z rezydencji.
Wylądował trochę niefortunnie, bo się potknął i potrzebował kilku sekund na złapanie oddechu. Spanikował, a fakt, iż pokój, w którym się znalazł, w niczym nie przypominał sali szpitalnej, nie poprawiał mu samopoczucia. Aportował się do małego salonu, któremu klimat nadawał rozpalony kominek.
Nigdzie nie było Pottera.
Zaniepokojony, zaczął się zastanawiać, czy aby nie postąpił jak pierwszy naiwny idiota. Po świecie plątało się masę ludzi, którzy życzyli mu wszystkiego, co najgorsze, a nawet pragnęli jego śmierci. Ślepo wpakował się w tarapaty i nie zadał sobie kilkuminutowego trudu, żeby upewnić się, że list rzeczywiście wyszedł spod ręki Hermiony Granger.
Zacisnął usta, zdegustowany własną głupotą.
— Potter? — zawołał.
Drzwi gwałtownie się otworzyły i Harry wpadł do środka. Wyglądał na bardzo rozgniewanego. Wbrew sobie Draco spojrzał na niego z mieszaniną szczerej ulgi i irytacji.
— Potter. — Czuł się niczym idiota. — Wygląda na to, że doniesienia, że leżysz na łożu śmierci, są mocno przesadzone.
— To samo można powiedzieć o plotkach na twój temat! — Chłopak również był zdenerwowany. — Hermiona twierdziła, że jesteś naprawdę chory, więc skorzystałem ze świstoklika i wylądowałem tutaj — wytłumaczył pospiesznie. — W co właściwie grasz, Malfoy? Myślałem, że się zaprzyjaźniliśmy, a wtedy postanowiłeś mnie zignorować. Gdy zacząłem tracić nadzieję, przyprawiasz mnie o zawał serca i zwabiasz na jakieś pustkowie.
Draco się zagapił. Czy Potter naprawdę się o niego martwił…?
— Wszystko wskazuje na to, że obaj padliśmy ofiarą mało śmiesznego żartu — stwierdził, pragnąc brzmieć na opanowanego. — Jak widzisz, również dowiedziałem się, że jesteś ciężko chory. Granger wysłała mi list.
Chłopak zmarszczył brwi.
— Normalnie niemożliwe.
— Możliwe.
— W takim razie zmywajmy się stąd.
— Doskonały pomysł.
Draco przepchnął się obok Pottera i przeszedł przez zaciemniony, ponury dom. Żywił przekonanie, że to przez zaciągnięte zasłony, ale szybko zweryfikował swój światopogląd. Gdy odsłonił kotary, okazało się, że rezydencja została pozbawiona okien i drzwi. Nie sposób było stąd wyjść.
— Wygląda na to, że natrafiliśmy na następny problem — podsumował, starając się nie zgrzytać zębami z nerwów. — Jesteśmy uwięzieni.
— Słucham? Nie bądź śmieszny — powiedział lekceważącym tonem Harry i zniknął z pokoju. Wrócił kilka minut później, czerwony na twarzy, trzymając w dłoni odpieczętowany list. — Hmm — mruknął, cały naburmuszony.
Draco się skrzywił i zamknął oczy.
— No dalej, powiedz mi najgorsze. Miejmy to już za sobą.
— Hermiona zostawiła nam instrukcje — mruknął. — Snape również.
— Snape?
— Owszem. Najwyraźniej oboje są przekonani, że powinniśmy być… bardziej szczerzy wobec siebie. Zamknęli nas tutaj. — Zaczerwienił się gwałtownie. — Drzwi ukażą się, dopiero kiedy… dojdziemy do satysfakcjonującego porozumienia.
Malfoyowi skręcił się żołądek. Że co takiego? Miał być szczery wobec Pottera?
A w życiu!
— Chcę to przeczytać. Musi być inne rozwiązanie — warknął, rozeźlony nie na żarty. — Jesteś nadzwyczajnym czarodziejem, więc zrób pokaz niesamowitej magii. Wyciągnij nas stąd. — Gdy otrzymał list, z goryczą zauważył, że Granger przepisała na kartkę ostatnią wskazówkę Melusiny Meadowbrook. — No dalej, zrób coś! — dodał, zaczynając panikować.
— Już próbowałem. — Potter brzmiał zbyt rozsądnie jak na sytuację bez wyjścia, w której się znaleźli. Z drugiej strony, nie był zakochany w swoim szkolnym wrogu, dlatego też nie miał żadnego powodu, żeby się tak stresować. — Wszystko spełzło na panewce. Hermiona i Snape zastosowali naprawdę silne zaklęcia. Nie potrafię rozgryźć, co zostało rzucone. — Wzruszył ramionami. — Może i jestem potężny, ale nie mogę dokonać niemożliwego.
— Czyli co? Umrzemy tu z głodu? — zapytał, boleśnie świadomy, że brzmi na wystraszonego.
— Skończ z martwieniem się na zapas. Spiżarnia jest pełna jedzenia. Wystarczy nam na kilka tygodni. — Harry był absurdalnie spokojny. — W domu jest ciepło. Zapewniono nam garderobę, a w sypialni stoi łóżko.
— Łóżko? — Serce Draco niemal stanęło.
— Owszem, podwójne łoże. Będzie gdzie spać. — Chłopak spojrzał nań jak na największego w świecie idiotę. — Jeżeli boisz się dzielić posłania, albo że rzucę się na ciebie podczas pierwszej nocy, to możesz spać na kanapie. — Westchnął pod nosem. — Dajże spokój, Malfoy. To nie takie straszne — dodał, kiedy zobaczył, że facet marszczy brwi.
— Tak myślisz? Jasne, to zaledwie problematyczne.
— Nie podejrzewałem cię o bycie królową dramatu. — Uśmiechnął się Harry.
Wyprowadzony z równowagi, Draco ruszył w kierunku łazienki, gdzie zatrzasnął za sobą drzwi. Był wściekły, gdy odkrył, że brakuje tu zamka i nie może odgrodzić się od rzeczywistości. Usiadł na podłodze, plecami blokując wejście i, co absurdalne, spróbował się nie rozpłakać. To po prostu okropne, być uwięzionym w tej niezręcznej sytuacji z chłopakiem, który nie zdawał sobie sprawy z uczuć, które w nim wzbudzał; dzielić łóżko z atrakcyjnym mężczyzną, który był gotowy postawić na szczerość. Cóż, jeżeli miał spędzić resztę życia w tym zaklętym mieszkaniu, niechaj tak będzie. Nie zamierzał się załamać i jeszcze bardziej uprzykrzyć sobie życia. Będzie silny i przetrwa to piekło.
Około pół godziny później usłyszał pukanie do drzwi.
— Odwal się — mruknął.
— Jeżeli masz ochotę, to zrobiłem herbatę — powiedział Harry. — Może wyjdziesz i usiądziesz na kanapie? Przyniosłem trochę ciastek. Wiesz dobrze, że dąsanie się nie rozwiąże naszego problemu.
Świadomy powagi sytuacji, Draco otworzył drzwi.
— Nie dąsam się!
— Na pewno? — Potter uniósł brew.
— Jestem wściekły — wyznał. — Czuję się oszukany i wykorzystany…
— Wiem, rozumiem — powiedział łagodnym głosem chłopak. — Chodź. Napij się herbaty.
Malfoy zwiesił lekko głowę i podążył za nim, świadomy utraty swojej przewagi.
Przez pierwsze kilka godzin Draco stanowczo odmawiał rozmowy na jakikolwiek temat poza możliwościami wydostania się z więzienia. Następnie zaczął się dąsać, tym razem naprawdę. Wiedział, że to dziecinne i nierozsądne oraz że w rzeczywistości utrudnia zadanie swą upartością, ale po prostu nie mógł się powstrzymać. Był zupełnie nieprzyzwyczajony do nieotrzymywania rzeczy, których pragnie. Chociaż czas spędzony w szeregach Voldemorta nauczył go milczeć, gdy się czegoś obawiał, pominął naukę cierpliwości. Teraz nie odzywał się nawet słowem, aczkolwiek w środku gotował się ze złości.
— Może przygotuję kolację?
Jak na gust Draco, Potter brzmiał zbyt radośnie.
— Jeżeli musisz. — Stłumił dreszcz.
— Naprawdę nie jestem kiepskim kucharzem. — Harry wyglądał na zirytowanego. — Jeżeli masz coś przeciwko mojej kuchni, możesz sam przyrządzić posiłek.
— Nie potrafię gotować — odpowiedział wyniośle. — Mam służących.
Chłopak przewrócił oczami.
— W porządku, w takim razie coś upichcę.
Usiadł na krześle i zajął się obserwacją Pottera. Kiedy facet się koncentrował, lekko marszczył brwi, co zaś sprawiało, że na czole pojawiały mu się zmarszczki.
Ot, urocze.
Mimowolnie się skrzywił. Czy naprawdę tak pomyślał?
— Co? — zapytał brunet, nakładając przygotowaną potrawkę na dwa talerze. — Przecież wygląda całkiem nieźle.
— Wygląda dobrze — burknął, niezadowolony z własnych rozważań. Owszem, kolacja z pewnością będzie smaczna, ale to Potter robił największą furorę. Właśnie w tym tkwił zasadniczy problem.
Zjedli w milczeniu.
— Nieźle sobie poradziłeś — podsumował, przeciągając się. — Widziałeś gdzieś jakiś alkohol? Czuję przemożną potrzebę utopienia smutków w morzu procentów. To zdecydowanie poprawi mi nastrój i pomoże przetrwać przynajmniej kilka godzin.
— To kiepski komplement, Malfoy. — Harry się zaśmiał. — Niestety ani Hermiona, ani Snape nie zostawili nam alkoholu. Już przeszukałem wszystkie szafki.
Draco zrobił nieszczęśliwą minę.
Utknął w zamkniętym na cztery spusty domu z Harrym Potterem, bez butelki alkoholu, która znieczuliłaby ból i otępiłaby zmysły, choćby chwilowo. Nad głową ciążyła mu przede wszystkim myśl o porze snu i tym królewskim łożu. To będzie prawdziwy koszmar.
Niedługo później stał się dziwacznym kłębkiem nerwów. Nie wiedział, jakim cudem to możliwe, ale czuł się jednocześnie zrelaksowany i spięty. Potter był zaskakująco miły, dlatego też czas mijał łatwiej, niż się spodziewał. Ani razu nie poruszyli tematu listów, które pozostały bez odpowiedzi, ale kiedy zaczęli się czuć zmęczeni i ziewać, myśl o dzieleniu łóżka okazała się niemożliwa do zniesienia. Ostatecznie Draco zdecydował, że chociaż pomysł był nieprzyjemny i najprawdopodobniej poskutkuje bólem karku i pleców, zadowoli się kanapą.
— Jestem wykończony — powiedział Potter. — Masz coś przeciwko, żebyśmy poszli spać?
— Jeszcze trochę posiedzę — odparł, czując się co najmniej nieswojo. — Spędzę noc na sofie.
Harry się zaśmiał, chwycił go za rękę i przyciągnął do siebie. Draco ze wszystkich sił starał się nie zareagować.
— Nie, wręcz przeciwnie. Nie bądź głupi, przecież nie gryzę. Łóżko jest wystarczająco duże dla dwóch osób. Uroczyście przysięgam, że nie chrapię.
Kiedy dotarli do sypialni, Potter szybko zniknął w łazience i pojawił się zdecydowanie zbyt szybko, ubrany w spodnie od piżamy i cieniutką koszulkę.
— Zaraz tu padnę — stwierdził z uśmiechem na twarzy. — W środku są również twoje rzeczy.
Malfoy wszedł do łazienki w ponurym nastroju. Na szybko się przebrał i umył zęby. Gdy wrócił do pokoju, Harry zdążył się wczołgać pod kołdrę. Chociaż łóżko można było opisać jako podwójne, w rzeczywistości daleko mu było do ogromnego. Aby nie dotknąć drugiego chłopaka, będzie musiał leżeć nieruchomo niczym kłoda.
Z największą ostrożnością wślizgnął się do łoża i zgasił światło. W duchu modlił się o szybkie nadejście poranka.
Minęło zaledwie kilka minut, kiedy Potter się poruszył i musnął go stopą. Draco ani drgnął, ale napiął mięśnie, gdy uświadomił sobie, że chłopak nie zamierzał się odsunąć. Miał też dziwaczne wrażenie, że wstrzymał oddech, jakby zbierał się na odwagę.
— Malfoy? — Usłyszał.
— Coś się stało?
— Czy mogę ci mówić po imieniu?
Serce fiknęło mu koziołka, ale spróbował nie okazać dzikiej radości.
— Tak — odpowiedział zwięźle.
— Super. Jestem Harry, miło cię poznać bliżej. — Uśmiechnął się brunet. — Dobranoc, Draco.
— Dobranoc, Harry — odparł, smakując nową codzienność. Był tak przyzwyczajony, aby myśleć o nim po nazwisku, że wymówienie imienia wydawało się szalenie intymne.
Kiedy mężczyzna znów się poruszył, a ekscytujący dotyk stopy zniknął, trochę się rozluźnił i, ukołysany odgłosem regularnego oddechu, wkrótce zasnął.
Następny dzień niewiele się różnił od poprzedniego z tym wyjątkiem, że teraz atmosfera zrobiła się co najmniej niezręczna. Za każdym razem, gdy Draco wypowiadał imię Harry’ego — a robił to nad wyraz często, zachwycony nowym brzmieniem — chłopak mięknął, sprawiając wrażenie cholernie zadowolonego z obrotu spraw. Czar prysł, kiedy brunet zasugerował, że może powinni podążyć za instrukcją opuszczenia domu i spróbowali być ze sobą szczerzy. Oczywiście, stanowczo odmówił.
Zmienił zdanie, gdy dostał do rąk filiżankę z ciepłą herbatą, a obiekt jego westchnień usiadł niebezpiecznie blisko niego na kanapie. Nie mógł się skupić na niczym innym, aniżeli tej odległości.
— W porządku, porozmawiajmy. Nie chcę tu utknąć na resztę życia. — Potter był zdeterminowany. — Czy kiedykolwiek widziałeś, żeby Hermiona lub Snape się poddali? Zaufaj mi. Jeżeli wciąż będziemy tak uparci, zestarzejemy się tutaj i umrzemy.
— Właśnie — burknął z nieprzyjemnym uczuciem w brzuchu. — Zrób coś wreszcie.
— Zaczniemy od czegoś prostego — stwierdził brunet. — Czas na rozmowę.
— Na jaki temat?
Harry zmarszczył brwi.
— Zostawili nam listę pytań. Może po prostu przebrniemy przez wszystkie i zobaczymy, co z tego wyniknie. — Uśmiechnął się nieśmiało. — Ulubione jedzenie? Cóż, czekoladowe żaby. Przypominają mi pierwszą podróż pociągiem do Hogwartu. Szczerze mówiąc, to jeden z najlepszych dni w moim życiu.
Draco jęknął.
— Wolne żarty — burknął, ale posłusznie się zastanowił nad odpowiedzią. — Myślę, że pieczona jagnięcina. To jedyny posiłek, jaki kiedykolwiek przygotowała dla mnie matka.
— Naprawdę? — Uśmiechnął się szerzej Harry. — Zdarza jej się gotować?
— Czasami. Co dalej? Śmiem twierdzić, że ta wymiana nie zwróciła nam wolności.
— Hmm. — Zerknął na listę. — Najprawdopodobniej będziemy musieli spróbować czegoś bliższego naszym sercom. Hm, zobaczmy. Co sądzisz o swoim ojcu?
— Wolałbym pominąć ten punkt — odpowiedział.
Potter się zamyślił.
— Nie miałem szansy poznać mojego taty, ale przyznam, że mam wobec niego mieszane uczucia. Kiedyś go uwielbiałem. Wydawał się naprawdę intrygujący — zginął, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo. Niestety potem dowiedziałem się kilku mniej przyjemnych szczegółów z jego życia i mocno w niego zwątpiłem. — Zmarszczył brwi. — Okazał się lekkomyślny i niejednokrotnie okrutny. Niemal doprowadził do śmierci Snape’a i nie miał z tego powodu wielkich wyrzutów sumienia. Trudno było mi zaakceptować prawdę. — Westchnął i potrząsnął głową. — Żałuję, że mam okazji usłyszeć od niego usprawiedliwienia.
Draco przygryzł wewnętrzną część policzka. Owszem, mógł się poświęcić i to zrobić. Rozmowa z Harrym nie musiała być tak opłakana w skutkach.
— Też mam mieszane uczucia wobec ojca — podziwiam go i jednocześnie nienawidzę. Wiem, że mnie nie kocha. — Zacisnął usta w cienką linię, niezdolny do kontynuowania tematu. To było wystarczająco szczere wyznanie, prawda? Co gorsza, chłopak spojrzał nań ze współczującą miną, przez co poczuł przemożną potrzebę potraktowania go pięścią. Nienawidził litości i zdecydowanie jej nie potrzebował. — Nie życzę sobie współczucia, Potter — syknął.
— Mam na imię Harry. I dziękuję za szczerość — odpowiedział ze spokojem brunet. — Wiem, że nie przyszła ci z łatwością.
— Ojciec zabiłby mnie, gdyby się dowiedział, że publicznie go skrytykowałem. To pewnego rodzaju zdrada — dodał. — Wbrew wszystkiemu nie czuję, abym mu coś zawdzięczał. Prawie doprowadził do mojej śmierci. Zawsze dbał o wizerunek przedstawiany opinii publicznej, a nie rzeczywiście o dziecko. — Zamilkł na moment. — Czy te pieprzone drzwi kiedyś się otworzą?
— Wybacz. — Brunet się zarumienił. — Może po prostu przejdziemy do ostatniego punktu z listy? Całkiem prawdopodobne, że to on zapewni nam wyjście. Eee, co o mnie sądzisz?
— Przekraczasz granicę, Potter. — Spojrzał na niego z chłodem.
— Harry.
Draco trochę się odsunął. Wiedział, że znów zachowuje się dziecinnie, ale źle sobie radził w niezręcznych sytuacjach. Czasem miał wrażenie, że chłopak czyta mu w myślach.
— Jakkolwiek.
Harry odwrócił wzrok.
— W szkole bardzo cię nienawidziłem. Byłeś strasznie nieprzyjemny — wyznał jakby ze strachem. — Interesowało cię tylko pochodzenie. Nieustannie chwaliłeś się swoimi rodzicami, zasłaniałeś ojcem i chlubiłeś przynależnością do Slytherinu.
— Też nie darzyłem cię sympatią — warknął.
— Pozwolisz mi kontynuować? Jeszcze nie skończyłem — oświadczył z nutką gniewu w głosie, a potem potrząsnął głową. — W późniejszych latach wzbudziłeś moje zainteresowanie. Żyłem w przekonaniu, że jesteś śmierciożercą, dlatego też zacząłem się paranoicznie śledzić. Byłem zdeterminowany, żeby przyłapać cię na gorącym uczynku. Całkowicie oddałem się tej sprawie.
Draco poruszył się niespokojnie.
— Miałeś rację. Już wtedy byłem na usługach.
— Wiem. — Potter zmarszczył brwi. — Wiele razy ratowałem ci życie, chociaż po prostu mogłem pozwolić ci umrzeć. Śmierć jednak nigdy nie jest prawidłowym rozwiązaniem. Możliwe, że ci współczułem. Zostałeś zmuszony do wcielenia się w rolę czarnego charakteru, tak jak mnie oprawiono w ramkę. — Sprawiał wrażenie skrępowanego. — Ja, hmm. Cóż. — Odchrząknął niezręcznie. — Teraz czuję do ciebie coś zupełnie innego.
Prawdę powiedziawszy, prawie go nie słyszał, zbyt pochłonięty zdaniem o współczuciu. To było nie do zniesienia. Musiał się stąd wydostać, zanim rozerwie go na strzępy.
— Nigdy się nad tobą nie użalałem — podsumował w zamian. — Szczerze cię nienawidziłem. Teraz nienawidzę siebie, ponieważ pomimo faktu, że jesteś okropnym gryfonem i powinienem gardzić wszystkim, co reprezentujesz, nie mogę przestać się miotać i myśleć o czymś zgoła przeciwnym. Nie mogę zdzierżyć, że zakochałem się w tobie mimo gorszego pochodzenia. Mam wielką nadzieję, że szybko wyzdrowieję, bo inaczej będę musiał popełnić samobójstwo.
Usłyszeli ciche kliknięcie, a w ścianie zmaterializowały się drzwi wyjściowe. Draco natychmiast zerwał się na nogi, nawet nie odstawiwszy swojej filiżanki na stół, ale zanim zdążył zrobić przynajmniej trzy kroki naprzód, został złapany za nadgarstek i pociągnięty z powrotem na kanapę. Przez pośpiech i nieuwagę rozlał herbatę oraz pomoczył sobie spodnie na kolanie.
— Uważaj, kretynie! — syknął. — Puszczaj!
Zdeterminowana ręka zabrała mu kubek z dłoni, co doprowadziło do odkrycia, że się trzęsie. Nie miał odwagi otworzyć oczu, dlatego też siedział niczym słup soli z mocno zaciśniętymi powiekami.
Czemu, na Merlina, powiedział te wszystkie rzeczy? Oczywiście, wyznał prawdę, ale po głębszym zastanowieniu zrozumiał, że nie gardził swoim zauroczeniem, a był nim po prostu przerażony.
— Mówiłeś poważnie? — zapytał ściszonym głosem Harry, brzmiąc na zdezorientowanego.
— Które konkretnie zdanie masz na myśli? Że się nienawidzę? Że cię kocham? Jedno i drugie? To bez żadnego znaczenia — powiedział głośniej, niż zamierzał. — Nic, co czułem przez ostatnich kilka tygodni, nie miało sensu. Nie mam pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji — dodał. — Czy możesz mnie puścić, żebym wyszedł?
— Absolutnie nie. — Usłyszał.
Zdekoncentrowany, otworzył oczy, spojrzał na Pottera i gwałtownie się zaczerwienił. Chłopak gapił się na niego z pewnego rodzaju zdumieniem i podziwem.
— Zabijesz mnie, jeżeli cię pocałuję?
— Co takiego? — zapytał.
— Słyszałeś mnie.
— Oszalałeś? — pisnął.
— Wręcz przeciwnie, odzyskałem zmysły — odpowiedział ze spokojem Harry. — Od dawna chciałem to zrobić, ale byłem przekonany, że poszczujesz mnie różdżką. Chciałem się upewnić.
Draco zaniemówił. Tak bardzo pragnął być pocałowany, że aż drżał z podniecenia, ale w żadnym wypadku nie przyzna tego na głos. Wciąż istniało prawdopodobieństwo, że to skrupulatnie przygotowana pułapka, mająca na celu maksymalne upokorzenie.
Chłopak przysunął się bliżej.
— Ostatnia szansa, żeby odmówić. — Sprawiał wrażenie zdenerwowanego.
Malfoy nawet nie drgnął, ale to najwyraźniej zbiło Pottera z tropu.
— Zupełnie zamilkłeś — stwierdził. — Wiem, że daleko mi do prawdziwego romantyka, ale wolałbym dostać informację zwrotną. Cenię sobie własne wnętrzności. Chciałbym wiedzieć, czy rozprujesz mi brzuch, gdy zrobię pierwszy krok.
Draco stracił nad sobą panowanie. Praktycznie rzucił się na chłopaka, który upadł na kanapę z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. W momencie złączył ich usta w pocałunku i sapnął, kiedy poczuł cudownie miękkie wargi. Harry smakował słodyczą i miętą, a jego reakcja sprawiła, że po kręgosłupie przebiegł mu dreszcz.
Facet wplątał mu jedną rękę we włosy, a drugą owinął wokół talii, jeszcze bardziej zmniejszając dystans.
Czy można umrzeć z pożądania?
Pieszczota była delikatna, słodka i namiętna, zaś Harry ciepły i jednocześnie twardy. Ktoś zajęczał cicho i Draco, ku swojemu bezbrzeżnemu zawstydzeniu, zorientował się, iż to on wydał ten dźwięk. Sekundę później zupełnie o nim zapomniał, ponownie zatracając się w dawkowanej przyjemności.
Niesamowite, że napędzała ich wyłącznie gorąca herbata.
Potter podźwignął się z kanapy i pociągnął go za sobą. Zataczając się, wylądowali na grubym dywanie, zaplątani we własne kończyny. Malfoy owinął nogę wokół talii mężczyzny, w pełni świadomy własnego zażenowania i odczuwanego przez materiał spodni podniecenia. Chociaż nie miał takowych zamiarów, kilka chwil później zaczął bezwstydnie poruszać biodrami. Z ledwością się odsunął.
Harry był cały czerwony i ciężko oddychał.
— Hmm — stwierdził.
— Tak? — Szczerze mówiąc, był w pełni przygotowany na odmowę i kompromitację. Szczęśliwie, nic podobnego się nie wydarzyło.
— Może przeniesiemy się, no wiesz, do sąsiedniego pokoju?
Draco również się zarumienił. Była wszak jeszcze jedna rzecz, którą powinien zawczasu wyznać, mimo że wolałby umrzeć, niż tak się odsłaniać.
— Jeszcze nigdy… — urwał, nie mogąc pomyśleć o końcówce zdania, a tym bardziej wypowiedzieć jej na głos.
— Eee, ja… tylko z kobietą. — Harry wyglądał na skrępowanego. — Nigdy z, no wiesz.
— Yhym — burknął, mając nadzieję, że nie będzie musiał rozwijać tematu.
— W takim razie nie powinniśmy się spieszyć.
— Nie bądź taką panienką, Harry — parsknął. — Chodźmy się pieprzyć.
— Takimi tekstami zabijasz odpowiedni nastrój.
Draco zastanowił się nad tym i zmarszczył brwi. Odetchnąwszy, delikatnie przyciągnął chłopaka bliżej i ponownie go pocałował, tym razem powoli z większą dokładnością. Jego umysł przeniósł w zupełnie nowe, cudowne miejsce. Kiedy się odsunął, obaj byli mocno zarumienieni.
— Jasna cholera — podsumował elokwentnie brunet.
Spróbował nie wybuchnąć z samozadowolenia. Nie był wielkim ekspertem w dziedzinie seksu, ale był w stu procentach pewien swojej techniki całowania.
Wtem stało się coś dziwnego. Potter, wcześniej rozanielony, spoważniał i wyglądał, jakby zbierał się na odwagę, aby wyznać coś nieprzyjemnego. Mimowolnie się spiął, oczekując najgorszego.
— Słuchaj, Draco.
— Słucham. — W duchu liczył, że nie zabrzmiał zbyt szorstko. Czasami naprawdę miał ochotę zwyczajnie odpowiedzieć, a wychodziło mu nasączone jadem burknięcie.
— Nie miewam partnerów na jedną noc.
— To dość oczywiste, Harry. Też nie jestem zainteresowany przygodnym seksem — odparł gorzko. Cudownie, po prostu cudownie. Potter nawet w sferze intymnej kierował się zasadami moralnymi. Nie tylko skategoryzował go jako „jednonocną schadzkę”, ale również przyznał się do tego otwarcie…
Zaczerwienił się i spróbował opanować nerwy. To było absurdalne, że pragnął czegoś spoza swojego zasięgu. Fakt, iż mógł zapomnieć o wspólnie spożywanych posiłkach, randkach, obdarowywaniu się prezentami, trzymaniu się za ręce i, do jasnej cholery, nawet przytulaniu, które mógłby tolerować, rozdzierał go od środka. Z trudem powstrzymywał się od krzyku.
— Czy, hm... chciałbyś, no wiesz? — zapytał brunet, brzmiąc, jakby był torturowany.
— Nie rozumiem, Potter — parsknął. — W jakiej rzeczywistości to, co powiedziałeś, jest poprawnie skonstruowanym zdaniem?
— Harry — poprawił go chłopak, sprawiając wrażenie zdenerwowanego. — Naprawdę wolałbym się nie wygłupiać. Jeżeli nie masz nic przeciwko, chciałbym się z tobą ponownie spotkać.
— Czyli pragniesz związku…? — spytał z niedowierzaniem.
— Chciałbym spróbować. — Wzruszył ramionami. — Wiem, że to trochę dziwne, ale mi się podobasz. Postanowiłem jasno się zadeklarować, jakbyś jeszcze nie zauważył. Dodam, że ten pocałunek był niemałą wskazówką.
Draco chwiejnie wstał z kanapy i skierował się w stronę drzwi.
— Idziesz, czy nie? — zapytał, kiedy się zorientował, że Harry pozostał na swoim miejscu. W głowie miał też świadomość, że rumieni się aż po palce od stóp. — Niewielu ludzi może się pochwalić tym, że przeleciało Malfoya. Byłoby niedopuszczalne, gdybyś przepuścił taką okazję.
Potter zamrugał, jakby zdezorientowany.
— Nie pociąga mnie twoje nazwisko — powiedział, ale posłusznie wstał.
— Mnie nie kręcą twoje włosy — odburknął, jednocześnie podekscytowany i zdegustowany. — Naprawdę nie możesz ich okiełznać?
— Wykluczone. — Uśmiechnął się szeroko brunet. — Żyją własnym życiem.
Draco zbyt szybko znalazł się w sypialni. Sapnął, potknął się o krawędź łóżka i usiadł na nim z przekleństwem na ustach.
— Zawsze jesteś tak pełen wdzięku? — Usłyszał, ale nie zdążył sformułować odpowiedniej riposty, ponieważ Harry stanął tuż przed nim. Sekundę później został pozbawiony koszuli, co zaś sprawiło, że postanowił sobie odpuścić.
W pokoju nie było zimno, a mimo to zadrżał. Materiał koszulki chłopaka był chłodny i szorstki w dotyku, a on był dziwacznie wrażliwy. Gdy poczuł przesuwające się po plecach palce, po kręgosłupie przeszedł mu dreszcz, a w podbrzuszu rozlało się ciepło.
Jak się okazało, powstrzymywanie się od mruczenia było trudnym zadaniem. Nie chodziło o to, że był to pierwszy raz, kiedy znalazł się z kimś w intymnej sytuacji. Prawdę powiedziawszy, w szkole posunął się dalej niż zamierzał z kilkoma ślizgonkami, wliczając w to dawną przyjaciółkę, Pansy Parkinson. Sęk w tym, że nigdy nie czuł potrzeby doprowadzenia spraw do końca oraz unikał przytulania. Żywił wówczas przekonanie, że to przez malfoyowską dumę, gdyż tylko idealna czystokrwista panna była dlań wystarczająco dobra, a takowej nie znalazł. Teraz gdy w okamgnieniu stwardniał, doszedł do wniosku, że najwyraźniej się pomylił.
Wydął usta, sfrustrowany brakiem postępów. Napędzany pragnieniem, pociągnął partnera, prawie go na siebie przewracając. Harry zachichotał, ekspresowo ściągnął przez głowę koszulkę i natychmiast wyskoczył ze spodni.
Spróbował pozostać spokojny, gdy zwinne ręce dotknęły sprzączki jego paska. Oczywiście, poniósł spektakularną porażkę.
— Wszystko w porządku? — zapytał Potter, zauważywszy, że się trzęsie. — Jeżeli nie jesteś gotowy, możemy odpuścić...
— Odpada — burknął, cały czerwony na twarzy.
Kiedy Harry nie wznowił pieszczot, Draco zaskoczył sam siebie. Wyciągnął ręce i przytulił się do partnera. Ten z początku zesztywniał, a potem się rozluźnił i odwzajemnił uścisk.
— To trochę stresujące — doprecyzował z nieszczęśliwą miną. Naprawdę trudno mu było nie przemycać sarkastycznej nuty, ale liczył, że dopiął swego. Odsunął na moment ślizgona, którym był i sięgnął ku wewnętrznemu gryfonowi, który dodał mu potrzebnej odwagi. Wziął głęboki oddech. — Niemniej jednak cholernie cię pragnę.
Sekundę później — o zgrozo! — parsknął śmiechem, bowiem brunet praktycznie go podniósł i rzucił na łóżko. Przytrzymywany i łaskotany, nie miał za wiele możliwości.
— Przestań, draniu! — Spróbował się uwolnić, ale nadaremnie. Z początku zastosował tę samą technikę, ogłupiony i oszołomiony. Chociaż w trakcie uzmysłowił sobie, że Potter wygląda cholernie seksownie, gdy rechocze, nie zdołał się uwolnić. Wyglądało na to, że jedynym sposobem, aby powstrzymać łaskotki, było objęcie kata i przyciągnięcie go bliżej.
Och, doskonała strategia, podsumował. Jak się okazało, Harry również miał dryg do całowania. Był namiętny i reagował entuzjastycznie, nie będąc przy tym ani trochę niechlujnym. Kiedy badał językiem wnętrze jego ust, Draco nie mógł się powstrzymać od drżenia z rozkoszy.
Po kilku minutach poddał się pragnieniu i pociągnął rękę chłopaka w kierunku swoich spodni. Aby mieć lepszy dostęp, brunet lekko się odsunął, co zaś sprawiło, że Malfoy gwałtownie się zarumienił — częściowo z podniecenia na widok prawie nagiego mężczyzny, a częściowo ze strachu, że zrobił coś niewłaściwego i zaprzepaścił życiową szansę. Gdy zrozumiał, że będą kontynuować, momentalnie się rozluźnił. Harry w międzyczasie otworzył pierwszą szufladę szafeczki nocnej i wyciągnął z niej małą paczuszkę i zakręcony słoik. Sekundę później zdjął z nosa okulary i odłożył je na blat.
— Musimy też coś zrobić z tymi oprawkami — burknął blondyn, chcąc ukryć zdenerwowanie. — Naprawdę nie powinieneś… — urwał, gdy partner przesunął dłonią po jego odsłoniętym brzuchu i z uśmiechem na twarzy sprawnie ściągnął mu spodnie. — Jak bardzo jesteś ślepy? — spytał z rosnącym podejrzeniem.
Harry parsknął śmiechem, ale nie odpowiedział. Zamiast tego usiadł na nim okrakiem i pochylił się naprzód, w pełni skupiony na działaniu. Wysunął język i przejechał nim po prawym sutku Draco, który sapnął i zaczął protestować, ale kiedy usta przeniosły się na drugą stronę, zdał sobie sprawę, że pieszczota była niesamowicie przyjemna. Gnany pożądaniem, odprężył się i spróbował pamiętać o oddychaniu, podczas gdy język chłopaka przesuwał się w dół klatki piersiowej, wzdłuż żeber. Kiedy poczuł go w okolicach pępka, mimowolnie się roześmiał.
Wtem Harry zrobił coś wspaniałego, a mianowicie polizał go po całej długości trzonu przez cienki materiał bokserek. Draco prawie przez to doszedł. Szarpnął biodrami i jęknął, zapominając o powodzie wcześniejszego chichotu i tylko mgliście świadomy, że został przytrzymany w miejscu dla własnego bezpieczeństwa. Sekundę później poddał się pocałunkom po wewnętrznej stronie ud.
W pewnym momencie poczuł palce pod paskiem swoich bokserek. Wstrzymał z napięciem oddech, podczas gdy serce biło mu niczym oszalałe.
— Mogę? — Usłyszał, więc skinął głową i lekko uniósł biodra, mając nadzieję, że Harry zrozumie aluzję. Szybko został oswobodzony z majtek i mało brakowało, aby zapłakał z frustracji, gdy materiał musnął jego erekcję.
Harry przez chwilę wyglądał na zdenerwowanego, a potem zrobił coś, od czego wszystkie myśli uleciały z głowy Draco — ponownie się pochylił i wziął go w usta. Albo był niesamowicie dobry w robieniu loda, albo Malfoy był po prostu zdesperowany. Wił się i jęczał pod wpływem tych cudownych, wilgotnych ust, nigdy w życiu nie będąc bardziej podnieconym.
I właśnie wtedy, gdy prawie zobaczył gwiazdy, drań przestał.
Nie był w stanie się podźwignąć, żeby obrzucić go gniewnym spojrzeniem, ale w zamian burknął z najprawdziwszą rozpaczą.
Potter się zaśmiał.
— Nieźle smakujesz — stwierdził, a blondyn musiał pomyśleć o najobrzydliwszej rzeczy, jaką tylko mógł sobie wyobrazić, żeby powstrzymać nadchodzący orgazm. — Draco?
— Tak? — Z trudem uniósł się na łokciu i przeczesał dłonią wilgotne włosy. — Próbujesz mnie zabić? Bo właśnie odkryłem, że jednak można umrzeć z frustracji.
— Wybacz, lubię cię żywego. — Uśmiechnął się szeroko. — Ja, hm… Zastanawiałem się, czy pozwolisz mi… Eee, czy nie miałbyś nic przeciwko, gdybym…
Rozważył niewypowiedziane implikacje.
— Czemu? — zapytał podejrzliwie. Prawdę powiedziawszy, nie miał nic przeciwko położeniu się na plecach i pozwoleniu Harry’emu wykonać całej roboty, ale nie chciał, aby chłopak wyrobił sobie o nim gorszą opinię tylko dlatego, że poddał się zbyt szybko.
— Cóż, po prostu bardzo bym chciał. — Potter gwałtownie się zarumienił. — Jeżeli nie czujesz się z tym komfortowo, możemy wziąć pod uwagę drugą opcję.
Draco prawie się skrzywił. To okropne, że ten wybór — chociaż mało elokwentnie sformułowany — oznaczał, że musiał otworzyć buzię i wyrazić swe myśli.
— Jeżeli mnie skrzywdzisz, pożegnasz się z fiutem — odparł. Zamierzał zabrzmieć wyniośle, ale dobrze wiedział, że wyszedł na przestraszonego.
Harry uśmiechnął się delikatnie, po czym pochylił się naprzód, aby go pocałować. Na ustach poczuł swój własny smak, męski i piżmowy, obecnie lekko wyczuwalny. Doświadczenie było dziwaczne, ale cholernie podniecające.
Gdy chłopak sięgnął do szafki nocnej, Draco wyciągnął szyję, żeby zobaczyć, co właściwie robi. Właśnie wtedy poczuł cudowne, chłodne, śliskie dłonie na swoim członku i zorientował się, że Potter rozmasowywał na nim lubrykant. Wyraz jego twarzy sugerował, że cholernie mu się to podobało.
— Zwolnij — poprosił, próbując opanować rumieńce. — Mm, przyjemne.
Harry uśmiechnął się i znów go pocałował. Sapnął, kiedy poczuł śliski palec naciskający na jego wejście i na chwilę zesztywniał. Pieszczenie penisa szybko pomogło mu się rozluźnić, co zaś sprawiło, że palec wszedł w niego do samego końca.
Uczucie było na tyle niekomfortowe, że Draco zastanowił się, czy aby nie popełnił poważnego błędu w ocenie sytuacji, ale sekundę później partner zsunął się niżej na łóżku i ponownie wziął go do ust.
Szarpnął biodrami, nurzając się w morzu przyjemności. Kołysząc się w tył i w przód, jednocześnie nabijał się na penetrujący go palec — najpierw jeden, a potem dwa. Wtem jakby dotknęły czegoś w środku, bo niemal krzyknął z rosnącej ekstazy.
Harry najprawdopodobniej czekał na tę właśnie reakcję, bowiem zabrał rękę. Draco uniósł powieki i z pożądaniem patrzył, jak mężczyzna zakłada prezerwatywę i naoliwia członka lubrykantem.
— Wszystko w porządku?
Skinął głową, przygryzł dolną wargę i rozłożył szerzej nogi. Potter usadowił się wygodniej na łożu i bardzo delikatnie przyłożył główkę do kuszącego wejścia. Malfoy, choć zdenerwowany i zawstydzony do granic możliwości, odprężył się na tyle, na ile potrafił. Wtargnięcie nie było bolesne, ale też nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy, jakie w życiu przeżył. Potrzebując komfortu, przyciągnął Harry’ego bliżej.
— W porządku? — zapytał ponownie chłopak, sprawiając wrażenie szczerze zaniepokojonego.
W odpowiedzi potrząsnął głową. Chociaż „nie” było nacechowane kłamstwem, uznał, że najlepiej zrobi, jeżeli zachowa tę informację wyłącznie dla siebie.
Właśnie wtedy stało się coś niesamowitego. Harry się poruszył, a przez Draco przebiegł elektryzujący dreszcz.
— Och — jęknął i się zaczerwienił. — Zrób to jeszcze raz.
Oczywiście, chłopak z wielką ochotę spełnił tę prośbę i zaczął rytmicznie ruszać biodrami. Każde pchnięcie niosło za sobą najprawdziwszą rozkosz. Chcąc więcej, blondyn przyciągnął partnera do pocałunku. Uczucie tańca języków i poruszającego się w nim twardego fiuta było przytłaczająco cudowne.
— Proszę — sapnął, nie do końca świadomy, o co właściwie prosi. — Merlinie.
Brunet lekko się uniósł i, balansując na jednym ramieniu, sięgnął ręką w dół, żeby sprawić mu dodatkowej przyjemności.
Będąc pod czujnym spojrzeniem, Draco nie był w stanie się powstrzymać od dyszenia i wydawania chaotycznych okrzyków. Uczucie doprowadzenia do orgazmu przez Harry’ego Pottera, bohatera czarodziejskiego świata, było czymś niesamowitym. Jeszcze nigdy w życiu nie był równie podniecony. Nie mogła tego przebić nawet myśl, że chłopak zaraz zobaczy, jak dochodzi na swój brzuch i dłoń, która wciąż go pieściła.
Gdy Harry przyspieszył, Draco uzmysłowił sobie, że zaraz w nim wytryśnie. To spostrzeżenie w połączeniu z wyobrażeniem wystarczyło, aby doprowadzić go do szaleństwa. Drżąc niekontrolowanie, doszedł z głośnym krzykiem. Wygiął plecy i napiął mięśnie, zaciskając się na partnerze.
Potter był czerwony i spocony. Nawet na sekundę nie przestawał się poruszać, doprowadzając Draco do białej gorączki. Wciąż bardzo wrażliwy po orgazmie stulecia, bez opamiętania poddawał się falom przyjemności. Harry doszedł, patrząc mu prosto w oczy.
Obaj potrzebowali kilku chwil na złapanie oddechu. Gdy moment odpoczęli, brunet ostrożnie się wycofał, zdjął zużytą prezerwatywę i wyrzucił ją do kosza; potem położył się obok i uśmiechnął.
Malfoy zastanowił się, gdzie podziało się to całe zdenerwowanie i wcześniejszy strach. Co interesujące, nie był nawet zniesmaczony tym, co właśnie uczynił. Zamiast tego czuł się po prostu… zadowolony i, co niepokojące, w pełni przygotowany na poorgazmowe przytulenie. Oczywiście, nie zamierzał inicjować aktu. Wtem zdał sobie sprawę z innej, równie niekomfortowej myśli — nijak odegrał aktywną rolę. Czy przez to, że przyjął całkowicie bierną postawę, był postrzegany jako egoista? Jakby nie patrzeć, nawet Harry’ego nie dotknął. W momencie zaczął panikować.
Potter, nieświadomy obaw Draco, położył mu dłoń na policzku.
— Jesteś taki piękny — wyszeptał, pełen uwielbienia, a potem ewidentnie się zawstydził. — Ja, najwyraźniej, jestem ckliwy — dodał z zażenowaniem. — Tak przy okazji, było niewiarygodnie. — Uśmiechnął się szeroko. — Jesteś po prostu niesamowity. Dzięki, że się zgodziłeś.
Spróbował nie wyglądać na mocno zadowolonego, ale najprawdopodobniej zawiódł.
— Owszem, było przyjemniej, niż się spodziewałem — odparł, a potem się roześmiał. — Byłeś całkiem niezły.
— Niezły? Tylko niezły? — Harry udał najświętsze oburzenie i przyciągnął Draco bliżej. — Masz szczęście, że zrobiłem się senny, bo inaczej błagałbyś mnie, żebym przestał cię łaskotać.
Automatycznie się rozluźnił.
— Nie schowałeś wcześniej tego lubrykantu do szuflady — stwierdził oczywistość.
Potter prychnął.
— W żadnym wypadku. Nie rozpoznałeś tego słoiczka? Jestem przekonany, że to jeden z tych, których używa Snape. — Zadrżał. — O matko. Snape warzący dla nas… — Znów się wzdrygnął. — Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.
Draco przez chwilę był równie przerażony, a potem wybuchnął śmiechem. Severus zdecydowanie nigdy nie pozwoli mu o tym zapomnieć. Wiedział, że w normalnych okolicznościach bardziej by się tym przejął, ale teraz, gdy leżał w ramionach swojego chłopaka, skupiał się na zupełnie innych rzeczach. Było mu ciepło. Czuł się szczęśliwy, bezpieczny i zaopiekowany.
Wszystko było idealnie, chyba po raz pierwszy w życiu.
KONIEC
Serdecznie zapraszam do komentowania tekstu. Informacja zwrotna zawsze jest mile widziana : )
Oczywiście, jak zwykle bardzo dziękuję Who_la_hoop, bez której to tłumaczenie by nie powstało.
Z ogłoszeń parafialnych: jestem w trakcie przekładu następnego opowiadania, ale nie jestem w stanie określić, kiedy go opublikuję. Mam nadzieję, że coś wleci w lipcu. Trzymajcie kciuki : )
Bye!
