Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2016-04-07
Completed:
2016-04-07
Words:
35,398
Chapters:
8/8
Comments:
15
Kudos:
140
Bookmarks:
12
Hits:
2,137

Po drugiej stronie

Summary:

— Tego cały czas chciałeś, prawda? — pyta drwiąco, szyderczo. Twarde pięści ma zaciśnięte na kołnierzyku Sherlocka, jednocześnie przytrzymując go blisko siebie i wgniatając w ścianę. — No, to teraz powinieneś być zadowolony: jej już nie ma, a ja jestem cały twój.

Notes:

Od Autorki:

Ogromnie dziękuję mojej cudownej, cierpliwej beta-czytaczce TSylvestris, a także Unduneljay za pomysł na dalsze losy Mary. (TSylvestris powinna dostać jakiś medal. A przynajmniej możecie wszyscy pobiec czytać jej fantastyczne opowiadania, a potem znienawidzić mnie za to, że zajmuję jej cenny czas, który mogłaby poświęcić na pisanie.)

Mary nie jest w tym opowiadaniu sympatyczną postacią. Jeżeli lubisz dobrą Mary, to ten tekst przypuszczalnie nie jest dla Ciebie, ale na wszelki wypadek napiszę, że zrobiłam, co mogłam, żeby zagłębić się w tę postać ze zrozumieniem i napisać dla niej wątek, który pozwoli jej się jakoś zrehabilitować.

Chapter 1: Życie toczy się dalej

Chapter Text

Sherlock wchodzi za Johnem po schodach do niego do domu. Nie śmie powiedzieć ani słowa, bo John powiedział mu tym zbyt napiętym, śmiertelnie wytężonym głosem „Ani się waż powiedzieć chociaż słowo”.

Sherlock się nie waży.

John otwiera drzwi i rzuca kluczami na stolik, nie patrząc, czy Sherlock wchodzi za nim do środka. Na chwilę staje, zapierając się rękami o fotel.

Sherlock waha się przez moment na progu, po czym odwija szalik i zdejmuje płaszcz. John wyprostowuje plecy i idzie do kuchni nastawić czajnik.

Sherlock stoi w salonie, nie wiedząc, co ze sobą począć. Widzi, jak z każdej półki, każdego mebla, każdego zdjęcia i pamiątki sączą się ślady obecności Mary. Gdyby to był jego Pałac Myśli, uznałby to za gorzki wyrzut.

— KURWA!

Sherlock wzdryga się w reakcji na krzyk i towarzyszący mu odgłos tłukącego się o kafelki naczynia. Mimowolnie, instynktownie robi krok do tyłu, kiedy John wychodzi z kuchni i idzie prosto na niego, taki zły, że aż się gotuje. Sherlockowi wali serce. Spodziewał się tego, jest z tym pogodzony: John wyładuje na nim wściekłość i ból, a on mu na to pozwoli. (Ostatecznie to jego wina: to on nie potrafił zostawić w spokoju nierozwiązanej zagadki, nie potrafił Johna jeszcze raz okłamać.)

Pozwala Johnowi cisnąć sobą o ścianę i przygotowuje się na cios. Rozumie, dlaczego John musi go winić. Powinien był trzymać gębę na kłódkę, powinien był pozwolić…

John bezceremonialnie przyciska usta do jego ust; tego – tego nagłego, brutalnego, agresywnego nacisku jego warg na swoich wargach — tego się nie spodziewał. Oszołomiony, zamiera w bezruchu, czując, jak po jego ciele rykoszetują wyładowania elektryczne. Zanim zdąży zareagować, John zabiera twarz, dysząc ciężko.

— Tego cały czas chciałeś, prawda? — pyta drwiąco, szyderczo. Twarde pięści ma zaciśnięte na kołnierzyku Sherlocka, jednocześnie przytrzymując go blisko siebie i wgniatając w ścianę. — No, to teraz powinieneś być zadowolony: jej już nie ma, a ja jestem cały twój.

Krew gna Sherlockowi w żyłach, a wraz z nią krąży adrenalina. Nie znajduje odpowiednich słów; jedyne, które przychodzą mu do głowy, są przecież chyba nie na miejscu. Gapi się na Johna i przytyka język do pulsującego miejsca na wardze. Usta mu spuchły; na języku czuje smak miedzi.

John na moment spuszcza wzrok, dostrzegając kątem oka ten ruch. Oddycha ciężko, oczy mu ciemnieją i ma w nich burzę i tym razem Sherlock wychodzi mu ustami na spotkanie. Ujmuje twarz Johna w dłonie i przyjmuje jego pocałunek, jego wargi, język, zęby. Czuje, jak John smakuje, i teraz już wie, wie dokładnie, jak to jest, mieć przyciśnięte do swoich ust usta Johna Watsona.

Sherlockowi upokarzająco stoi i to już John musi czuć, ale się nie odsuwa, tylko na niego napiera i Sherlocka przeszywa dreszcz podniecenia, kiedy uświadamia sobie, że John wpycha mu w udo swój własny wzwód.

John tego chce, chce tego nie mniej niż Sherlock, potrzebuje tego i Sherlock nie będzie udawał, że rozumie, dlaczego przyciśnięcie go do ściany i pokaleczeniu mu ust miałoby w czymś pomóc, ale w tej chwili to tego chce John i Sherlock jest gotowy mu to dać (a ten jeden raz także to wziąć, skoro John mu to proponuje).

John wgniata w niego biodra, jęczy Sherlockowi w usta i Sherlock przestaje myśleć. Przerywa pocałunek, obraca Johna, sam pcha go na ścianę i osuwa się na kolana. Rozpina mu spodnie. Prawa ręka Johna wsuwa mu się we włosy i mocno go za nie chwyta. Sherlock podnosi na moment wzrok i widzi, jak John uderza głową o tynk. Oczy ma zamknięte, dolną wargę między zębami.

Nie jest to coś, co Sherlock by robił wiele razy, ale jego ograniczone doświadczenie jest i tak całe na nic, bo to – z Johnem – jest inne niż wszystko, co się zdarzyło kiedykolwiek wcześniej. Chce – musi – dowiedzieć się, jakie to uczucie, mieć Johna na języku i w ustach. Jakie działania powodują jakie reakcje, i jakie odgłosy i wrażenia dotykowe tym reakcjom towarzyszą. Teraz już zna feromonowe nuty Johnowego piżma, ciężar jąder Johna, leżących mu w dłoni. Wie, jaki jest w dotyku jego napletek i napięty jedwab żołędzi Johna na jego języku. Zna smak i współczynnik pH jego pre-ejakulatu.

Johnowi zza zaciśniętych zębów wyrywa się jęk. Palce wkręcają mu się we włosy Sherlocka i wpijają mu w ramię. John nie jest delikatny, a Sherlocka nic to nie obchodzi. Nie obchodzi go, że nie mija wiele czasu, a John nie tyle coś mu z siebie daje, co coś mu zabiera. Jedną ręką trzyma podstawę fiuta Johna, żeby pchnięcia były płytsze, i pozwala mu pieprzyć się w usta, aż wargi mu puchną i kaleczą się o jego własne zęby

Drugą ręką chwyta Johna za biodro, zamyka oczy i udaje, że John robi to dlatego, że jego dzisiejsze dedukcje, a przedtem wczorajsze, ale też te sprzed czternastu dni, były genialne, nie złamały nikomu serca, nie były końcem wszystkiego.

— Kurwa, kurwa. — Ze stłumionym, zdławionym odgłosem John jeszcze raz wpycha się Sherlockowi do ust, robi się cały sztywny, szarpie biodrami i dochodzi. Sherlock przełyka, i przełyka, i nie wypuszcza z ust jego penisa, póki John sam się nie odsunie z gwałtownym sykiem. Dopiero wtedy ośmiela się spojrzeć do góry.

John ma twarz odwróconą i całą wykrzywioną: powieki mocno zaciśnięte, usta krzywe, jakby się miał rozpłakać. Wygląda tak, jakby jego ciało samo się przed Sherlockiem cofało, żeby tylko nie dać mu się dotknąć.

Sherlock przysiada na piętach, czując, jak ogarnia go rozczarowanie. To był błąd, uświadamia sobie.

John na niego nie patrzy, ale ramiona mu się trzęsą.

— John? — pyta bezgłośnie Sherlock.

John przełyka.

— Wynoś się.

Sherlock się wzdryga. Podnosi się na nogi, obciąga sobie garnitur. Dalej zdradza oznaki seksualnego pobudzenia, ale szybko słabnące. Nie patrzy na Johna, sięgając po płaszcz i szalik. Ze sztywnymi plecami przyciska sobie dłoń do brzucha, trzyma się tam, jakby nieoczekiwanie mu ten brzuch rozcięto, jakby bał się, że narządy wewnętrzne wyślizgną mu się z ciała. Zamykając za sobą drzwi, nie ogląda się do tyłu.

 

***

 

John słyszy, jak drzwi się zatrzaskują, i zachłystując, wręcz krztusząc się powietrzem, osuwa się na podłogę. Przyciska do oczu obie ręce, ale oczy dalej go pieką. Poddaje się i zaczyna rozpaczliwie, strasznie szlochać.

W przeciągu dwóch tygodni kobieta, którą kochał, okazała się niegodna nie tylko miłości, ale i przebaczenia. Znów ją widzi, jak stoi sztywno obok auta, które zabierze stąd ją i Lucy. Kobieta płacze, ale on jest za bardzo wściekły, żeby ją objąć, za bardzo wściekły, żeby zrobić cokolwiek poza patrzeniem na nią chłodno. Ale Lucy, o Boże, Lucy. Przygarnia ją do serca, delikatnie całuje jej mięciutkie jak puch, cienkie włoski, dotyka jej uszek i mówi jej, jak bardzo ją kocha i zawsze będzie ją kochał. Dziewczynka wydaje uroczy skrzekliwy odgłos i wtula mu nos w pierś, a on ją przytula, och, przytula ją do ostatniej chwili.

Bo choćby nie wiadomo jak nienawidził Mary, nie wiadomo jak nią gardził za to, kim była, a czego on do tej pory po prostu nie chciał zrozumieć, nie wiadomo jak nienawidził sam siebie za to, że zbyt wiele razy jej wybaczał – nie może, po prostu nie może odebrać jej dziecka. Nie może pozbawić Lucy matki.

Za kilka godzin Mary i Lucy Watson przestaną istnieć. Gdzieś – gdzieś indziej – do nowego domu wprowadzą się kobieta i jej dziewięciotygodniowa córeczka i rozpoczną nowe życie.

Mycroft obiecał mu informacje, coroczne zdjęcia, sprawozdania. To nie to samo; już nigdy nie będzie tak samo. Jego maleńka Lucy nigdy go nie pozna, a on nie będzie jej trzymał za rękę przy stawianiu pierwszych kroków, nie będzie jej całował, kiedy nabije sobie guza, nigdy nie zdezynfekuje jej żadnego zadrapania. Już nigdy nie będzie jej nosił, póki nie zaśnie. Nigdy nie usłyszy, jak ona mówi do niego „tata”.

John opiera głowę o ścianę i wypuszcza powietrze z płuc. Ociera twarz i jeszcze trochę szlocha, ale już na sucho.

W końcu wstaje, poniewczasie uświadamiając sobie, że wciąż ma na wierzchu sflaczałego już fiuta, a także że właśnie niewybaczalnie Sherlocka wykorzystał. Jednak – choć to równie niewybaczalne – nie potrafi się tym przejąć.

Chowa fiuta z powrotem do majtek, robi herbatę, ale zamiast ją wypić, zostawia ją w kuchni na blacie, idzie na górę i zwala się do łóżka, bo w tej chwili John Watson nie może znieść życia na jawie.