Chapter Text
- Odeszły jej wody…
Blondyn odsunął się, patrząc przerażony.
– Spokojnie, John. Przełącz się na tryb żołnierza – Mary rodzi?! Sherlock postrzelony… - Kapitanie Watson, proszę robić, co do pana należy – dotarł do niego wojskowy ton.
***
Za drzwi dobiegały krzyki. John zaciskał, co rusz pięści i wędrował raz w jedną, raz w drugą stronę korytarzyka.
- Spokojnie, John. To tylko poród – skinął tylko głową. Anie uśmiechnęła się do niego – Sherlock ładnie zszyty, leży u siebie – usiadła na bogato zdobionym krześle pod ścianą
John przystanął na zmiankę o detektywie.
- Kto was zaatakował?
- W tej chwili trup – odparła lodowato. – Co prawda jeszcze żywy, ale już nie długo.
- Złapali go.
- Jest w piwnicy. Później mogę cię do niego za… – kolejny krzyk wybiegł za drzwi – Nie miałeś być przypadkiem przy Mary?
- Wyrzuciła mnie – przysiadł obok niej, robiąc młynki kciukami i co chwilę zakładając jedną nogę na drugą, a drugą na pierwszą.
- Oj kapitanie, nigdy nie przyjmowaliście porodu?
- Swojego dziecka? Nie.
- Może sprawdzę?
Blondyn spojrzał na nią, przełknął ślinę i skinął głową.
Anie wstała i podeszła do drzwi, lecz ubiegła ją akuszerka.
- Panie Watson? - w głosie kobiety było coś, czego nie powinno być.
Narodziny to nadzieja. Nadzieją, że urodził się ktoś, kto sprawi, że świat przestanie być, choć trochę mniej pośpieszony, że wszystko się ułoży. Narodziny to radość.
Serce Johna na chwilę zamarło.
***
- Trzeba mieć nadzieję.
To była Anie, znów ona. John miał jej dość. Czuł jak zbiera w nim złość. Przeplatał się od powrotu Moriarty'ego, a próby zawarcia z nią sojuszu kończyły się na postrzale i tym…
- Nadziej nic tu nie pomoże – odrzekł gorzko John.
- Wierzysz w Boga, John?
- W jakiego?
- Byle którego. Ważne tylko, aby cię wysłuchał.
- Powinniśmy ją ochrzcić- powiedziała cicho Mary, zmęczona porodem, siedziała zapatrzona w inkubator. Nawet nie zdawała chyba sobie sprawy, że płacze. Mimo to odwróciła się i ścisnęła dłoń męża mocniej.
- Nie! - blondyn wstał. – Ona nie umrze.
- Może to pomoże – Mary patrzyła na niego wzrokiem rozrywającym serce. Rozpadała się. On też. Odszedł pod ścianę i osunął się.
- Może.
Anie podeszła do dziecka, przyglądając się mu. Było małe i słabe. Za słabe.
- Kto ma być chrzestnymi - spytała chłodno.
- Może ty i… - zaczęła Mary.
John zawsze myślał, że drugim ojcem dla jego dziecka będzie Sherlock. Nawet, jeśli ten miał wyjechać i może to była najmniej odpowiednia osoba, nie potrafił postawić w jego miejscu nikogo innego. Ale teraz Sherlock był ranny i nieprzytomny.
- Niech będzie Mycroft – rzucił sucho.
***
- Ycgyłcy me ty reyły.
- Co?
Sherlock przewróciła oczami, a Mycroft, już pochylał się już nad nim, bo wyglądało jakby mdlał.
Zdecydowanym ruchem wyciągnął rurkę.
- Prosiłem, byście mi to wyciągnęli, i na drugi raz nie wkładajcie mi nic do ust. Pić mi się chce.
- Lekarz zabronił ci na razie przyjmować płynów, ale możesz zmoczyć usta – odezwała się Anie.
Delikatnie usiadł, i wziął szklankę z wodą z jej rąk. Rozejrzał się po otoczeniu.
- Czyli jesteśmy w pałacyku. Gdzie John?
- Mary urodziła – Mycroft odsunął się na krzesło.
- Watsonowie są tutaj, reszta z obstawą. Scenariusz "B" z poprawką trzecią – dodała dziewczyna, lecz odwrotnie do starszego Holmesa, przysunęła się do rannego.
Spojrzał na starszego, a potem młodszego Holmesa. Uśmiechnęła się krzywo, ale za chwilę jęknęła boleśnie.
- Jesteście okropni. Mycroft, twój brat jest ranny, pociesz go.
- Jezu, jakbym miał znów trzynaście lat i pęknięcie wyrostka – zajęczał Sherlock, a następnie zwrócił się do Anie – Możesz mnie odkodować?
Zaprzeczyła głową.
- Na razie nie. Nie możesz się nudzić, a poza tym taka ilość danych mogłaby cię przytłoczyć. Musisz być silny, musimy złapać Jamesa.
- Czemu nie mówisz Jim 'a
- Bo on nie lubi formy "James" – wyszczerzyła się zgrywnie do Sherlocka i on też odesłał jej psychopatyczny uśmiech.
- Ale tyle umyka mi.
- No a od czego jestem ja? – wtrącił się Mycroft.
- Ty…
- Sherlock, chcesz zobaczyć mój najbardziej prawdziwy dowód? – dziewczyna zapobiegła kłótni.
Detektyw zerknął na nią, a ona wyciągnęła dokument w kieszeni jeansów. Sherlock uważnie przyjrzał się mu.
- To nie jest twoje prawdziwe.
- Oczywiście, bo naprawdę to nie żyję.
- Tak jak ja? – Nikt nie wiedział, że Sherlock miał podrabiane papiery. Co prawda na swoje nazwisko..., bo to po prostu było łatwiejsze niż odkręcanie urzędowo jego śmierć.
- Dokładnie.
- Chyba rodzice powinni się o tym dowiedzieć.
- Na następną gwiazdkę - zdecydował najstarszy Holmes w pokoju – Będą szczęśliwi możliwością…
- Bardzo śmieszne, Mike - skarciła go Anie. – A ty Sherlock, jak się z tym czujesz?
- Hm, ciekawe doświadczenie…
Dziewczyna roześmiała się, a brunet dołączył. Po chwili przestał, trzymając się za opatrunek na żebrach.
Mycroft patrząc na nich i wywrócił oczami.
***
John był w harcerstwie, na biwaku w górach. A potem w wojsku i we wrogim państwie. John zawsze miał mapę. Nawet na Baker Street był niezły ich zapas, chociaż oboje z Sherlockiem znali Londyn prawie jak własną kieszeń.
John zawsze orientował się w terenie sam. Map nie używał, wyśmiewał je. Teraz dałby wszystko za plan, chociaż jednego piętra, tego przeklętego pałacu.
Liczył drzwi po raz dziesiąty.
- Jak to nie tu, to się… - zapukał, a potem ostrożnie otworzył drzwi.
W pokoju leżał postać podpięta do trzech kroplówek.
- O, cześć-powiedziała słabo.
- Cześć. Nie za dużo tego?
- Trochę tak, ale czasu nie mam zbyt wiele – pomógł jej usiąść prosto. - Jak tam maleństwo.
- Lepie, Boże – uśmiechnął się kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Jest prześliczna.
John wyszczerzył się najmocniej jak potrafił i dumnie wypiął pierś, mimo to odpowiedział:
- Nie umiesz kłamać.
- Nie po prostu nie umiem mówić prawdy. Bobasy są brzydkie, ale widziałam ich wiele i to naprawdę jeden z najładniejszych - uśmiechnęła się łagodnie.
Siedzieli chwilę w ciszy.
- Posłuchaj mnie John…
Lekarz zrobił zainteresowaną minę. Był spokojny, zrelaksowany, szczęśliwy.
- Przepraszam, ze niszczę ci twoją sielankę, ale nie wiem jak długo będzie mi dane z wami być….
- Anie, te kroplówki to…?
-No, trochę niefortunnie się wyraziłam. To tylko na wzmocnienie i regeneracje, ale… Posłuchaj i nie przerywaj – wzięła głęboki wdech. – Moriarty dopadnie Sherlocka. Nie ma, co do tego wątpliwości. Nie mów sobie ze go uratujesz, czy Mycroft. Przed tym nie ma ucieczki. To ich przeznaczenie. Nie ufaj. Nikomu. Nawet sobie czy Sherlockowi. Nie przerywaj mi – zaprotestowała, gdy otwierał usta. – Jeśli James zechce to nawet Sherlock zdradzi się sam. Zresztą udowodnił to już. Ma przewagę - nie wacha się niczego poświecić. Sherlock będzie chciał uratować ciebie, Mary, wasze dziecko, panią Hudson... James nie pozwoli sobie umrzeć dopóki nie zdobędzie celu. Nie wierz, ze się zmieni, że ma jakieś uczucia, prócz chęci władzy. Nie wierz w jego śmierć, nawet, jeśli zobaczysz ciało i zostanie przebadane jego DNA. Nawet, gdy potwierdzi to Mycroft. Nie ufaj sobie. Zdradzisz Sherlocka, nieważne czy będziesz temu zaprzeczał. Każdy pęka, pytanie, po jakim czasie. Cicho, John. Znajdź kogoś, kto będzie miał nad nim piecze, choćby waliłoby się i paliło. Kogoś w żaden sposób z wami niezwiązanego i o kim będziesz wiedział wszystko. Niech pilnuje Sherlocka, bo nawet on sam porzuci siebie. I… i nieważne jak będę mocno po stronie Sherlocka, to…Ja mogłam go zdradziłam już dawno. Nie wiesz tego… Jeszcze nie skończyłam. Znajdź kogoś do opieki nad Sherlockiem. I Mycroftem też, chociaż to duży chłopiec, a teraz nic nie mów. Na komodzie leży plan budynku. Nie zgub go, bo Mycroft nas zabije, jeśli wcześniej nie zrobi to James. Weź plan i wyjdź. Cicho. Nie otwieraj ust. Wyjdź i nie przychodź.
- Dlaczego?
- To komnata trupów John – uśmiechnęła się jakby z sobie tylko znanemu żartu - Chyba nie chcesz być jednym z nich, prawda? A, jeśli James naprawdę umrze, dam znać. Tylko wtedy, możesz przestać się bać. Przepraszam, że zniszczyłam radosny nastrój, ale WYJDŹ! Proszę…, bo wezwę ochronę.
John poruszył pare razy ustami, ale ona zakryła dłońmi uszy w wpatrywała się za okno.
Wpadło mu do głowy jednak coś.
- Anie ma małą rankę pod kolankiem, nie mam pojęcia skąd – powiedział i wyszedł.
Dwudziestoparolatka uśmiechnęła się do okna.
***
- Długo cię nie było John.
- Zgubiłem się, ale mam już mapę - odpowiedział lekarz, biorąc córkę na ręce.
- Coś się stało?
Spojrzał Mary w oczy.
- Nie.
- John…
Watson usiadł w fotelu i potarł czoło.
- Znalazłem pokój Anie. Znaczy… no tej…
- Dużej Anie?
John spojrzał na blondynkę z uśmiechem w oczach.
- Tak, tej dużej.
- Co u niej?
- Źle – popatrzył na swoją Małą Anie. – Jesteś moją księżniczką, wiesz? Urodziłaś się w pałacu, ale tatuś zrobi wszystko, żebyś mogła wrócić jak najszybciej do normalnego domu - szepnął jej do uszka i pocałował delikatnie w czółko córki. – Za duże stężenie Holmesów, może źle na ciebie wpłynąć, księżniczko.
Mary roześmiał się.
- Wiesz, John. Trzeba rozpalić w kominku. Robi się zimno.
- Ale zima się niedługo skończy – dodał patrząc na oświetlony, topniejący śnieg po drugiej stronie okna.
