Chapter Text
Stolica śmierdziała snobizmem i deszczem, czyli wszystkim czym były bokser z Gdańska gardził najbardziej. Nienawidził bycia mokrym prawie tak samo jak tego przeklętego miasta. W przemokniętym płaszczu stał na przeciwko klubu o znamienitej nazwie "Warszawa". Czy warszawiacy naprawdę tak kochali to słowo, by nazywać tak kluby nocne?
Był tutaj przejazdem, musiał podpisać na miejscu ważne papiery, których nie można było do niego przesłać pocztą. Z tego powodu znajdował się tutaj, w tym opuszczonym przez Boga miejscu. Jego przyjaciel pojechał w ważnej sprawie do Lublina, a Karol został sam. Co prawda mimo tego, że możliwość zamówienia ubera jawiła się jako błogosławieństwo, naprawdę potrzebował się napić.
Westchnął ciężko, popychając drzwi. Momentalnie oślepiło go jasne światło padające wprost na jego twarz. Zmrużył oczy, rozglądając się dookoła. W niczym nie przypominało to klubów w jego dzielnicy. Tych ciemnych, brudnych melin, pełnych śmierdzących bezdomnych i zdesperowanych dziwek.
Ludzie dookoła siedzieli na skórzanych kanapach, mały parkiet znajdował się z boku pomieszczania. Wszyscy byli w eleganckich ubraniach, i Nawrocki od razu poczuł się niekomfortowo w swoim starym, spranym płaszczu. Skierował się do baru, przy którym stał barman w eleganckiej koszuli i kamizelce. Mężczyzna spojrzał na niego spode łba i pokręcił głową. Nic jednak nie powiedział i kilka minut później Karol siedział już na jednym z foteli w rogu. Miejsce to było ogromne, a sufity zdawały się ciągnąć w nieskończoność, podwieszone kryształowymi żyrandolami.
Czuł się nie na miejscu nawet po zdjęciu płaszcza, który odsłonił granatowy garnitur. Był on szyty na miarę, jednak - jak każdy poprzedni - nie leżał dobrze na jego szerokich ramionach. Popił łyk z zamówionego drinka. W tym przybytku nie sprzedawali wódki ani piwa, więc wziął jakiegoś lekkiego szampana. Bąbelki pękały w jego ustach, a on oparł się o poduszkę za sobą.
Zlustrował wzrokiem pomieszczenie, od elegancko ubranych osób, po miękkie dywany i ciemnobrązowe kanapy. Dopiero po uspokojeniu się i wypiciu kilku łyków napoju, doszło do niego, że w tle leci muzyka.
Nie był to jednak radiowy pop czy dudniący bas do którego przywykł w gdańskich knajpkach. Jazz wydostawał się z gramofonu stojącego przy barze, ciepłą mgłą otulając jego umysł. Ta muzyka, podobnie jak ludzie dookoła, pachniała pretensjonalnością i spokojem, na który stać było tylko bogaczy.
Westchnął i przeniósł wzrok na loże dla VIP-ów. Osoby te zdawały się jeszcze bardziej odklejone od reszty, a ich śmiechy dochodziły do niego aż tutaj.
Zauważył mężczyznę, wygodnie opartego o metalową barierkę. Na oko był w jego wieku, ciemne włosy stały mu nad głową, a czarny garnitur leżał doskonale na jego ciele. Uśmiechał się szeroko, aż zbyt szeroko. Było to na tyle niepokojące, że Karol nie umiał oderwać od niego wzroku.
Wtedy mężczyzna odwrócił się do niego, jakby wyczuwając jego wzrok. Nawrocki zamarł. Wiele razy widział go w internecie, nawet jeśli nie mieszkał w Warszawie.
Trzaskowski.
Cholerny prezydent Warszawy i prawdopodobny (o ile Sikorski nie wygra) kandydat PO w tegorocznych wyborach, Rafał Trzaskowski.
Czekoladowy wzrok wbijał się w niego z zaciekawieniem, a Rafał w uśmiechu odkrył idealnie białe górne zęby. Karol szybko odwrócił wzrok, jednak było już za późno. Kątem oka zauważył jak Trzaskowski schodzi po schodach z loży i zbliża się do niego.
- Dobry wieczór. Mogę się dosiąść? - ciepły głos rozległ się nad jego głową.
Zacisnął zęby, w umyśle klnąc jak szewc.
Sztywno kiwnął głową. - Jasne. Dobry wieczór, Prezydencie.
Rafał uśmiechnął się szerzej i usiadł, widocznie traktując to jako zaproszenie.
Przyjrzał mu się, zaciekawiony.
- Karol Nawrocki, prawda? Jesteś szefem instytutu pamięci narodowej?
Były bokser podniósł na niego błękitne spojrzenie. - Skąd... Skąd to wiesz? - spytał, wkurwiony na to, jak słabo zabrzmiał jego głos. Momentalnie poczuł się zagrożony. Dlaczego ktoś taki jak Trzaskowski miał widzieć kim był?
Rafał przysunął się, kładąc dłoń na oparciu kanapy, blisko Karola. I bliżej... Aż w końcu, dłoń ta sięgnęła do jego ramienia, opierając się na nim. Szef IPN niezauważalnie się wzdrygnął.
- Kojarzyłem twoją twarz, dlatego podszedłem. - stwierdził Rafał.
Karol poczuł jak mięśnie jego szczęki mimowolnie się zaciskają. Dłoń Trzaskowskiego na jego ramieniu była ciepła, i mimo jej delikatności zdawała się ważyć tonę.
- Interesuje się historią - ciągnął prezydent, a jego oczy błyszczały w świetle lamp. - Poza tym, rzadko widuje się w "Warszawie" osoby takie jak ty.
- Wolę prostsze miejsca. I prostsze trunki. - burknął.
Rafał zaśmiał się melodyjnie, i ku zdziwieniu Karola pstryknął na kelnera.
- Podaj mi czerwone wino. I jakieś owoce morza, te, które niedawno sprowadziliście.
- Stać mnie na drinka, Trzaskowski.
Rafał odwrócił się do niego dopiero wtedy, gdy kelner odszedł.
- Ależ oczywiście... Wiem to. Po prostu lubię sprawiać przyjemność ludziom.
Na te słowa Nawrocki poczuł jak coś w jego podbrzuszu budzi się do życia. Dyskretnie poprawił spodnie, klnąc na czym świat stoi.
- W ten sposób też. - parsknął Rafał, zabierając rękę z jego ramienia.
- Ja...! - zaczął, zaczerwieniony.
Przerwał mu stukot butelki wina położonej przez kelnera na stoliku. Zaraz za butelką na stół wjechały talerze z egzotycznym jedzeniem, i coś co wyglądało jak rulony zrobione z ryżu i czegoś ciemnego.
- To sushi, tam są małże i kalmary. - gdy mówił, wskazywał na dane potrawy.
Karol skrzywił się na to wyjaśnienie. - Małże?!
- Tak zwane "owoce morza". - odparł pobłażliwe Rafał.
- Małże... - powtórzył Karol ze zdegustowaniem. My, w Gdańsku, po prostu smażymy rybę. Jadłeś kiedyś smażoną rybę, Trzaskowski?
Rafał uniósł pojedynczą brew, krzyżując ramiona na piersi. - Oczywiście że tak, za kogo ty mnie uważasz?
Nawrocki wzruszył ramionami.
- Wydaje mi się, że po prostu lubisz konkrety. Konkretne piwo, konkretna ryba. Ale czasami warto pozwolić sobie na... Delikatność, wiesz? - kontynuował Trzaskowski.
- Za bardzo to analizujesz...
- Bycie "prawdziwym", twardym mężczyzną musi być męczące. - odparł ironicznie. Jego dłoń przesunęła się na udo Karola.
- Masz zamiar mnie wykorzystać, po upojeniu tym drogim gównem? - parsknął szef IPN, jedynie lekko zestresowany.
Mężczyzna zmrużył swoje czekoladowe oczy, patrząc na niego spod rzęs. - Może? - odparł niewinnie. Wskazał podbródkiem na jedzenie leżące na stole.
- Jedz. Jeśli nie będzie ci smakowało, możesz wyjść. Ale obaj doskonale wiemy, że gdybyś chciał to zrobić, już dawno by cię nie było.
Karol zacisnął szczękę, wyciągając rękę w kierunku sushi. - Czym się to je? Otruję się?
Rafał uśmiechnął się szeroko. - Pokażę ci.
Przysunął się bliżej, naruszając jego przestrzeń osobistą. Nawrocki poczuł zapach duszących męskich perfum, zmieszanych z owocami morza.
- Patrz uważne. - mruknął Trzaskowski, zrabną dłonią łapiąc patyczki. Karol rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem jakiegoś widelca.
- Musisz robić to tym... czymś? - spytał ciszej.
- A co, wolałabyś jeść widelcem?
Szef IPN pokręcił głową, udając, że wcale o tym nie myślał. Mężczyzna podał mu pałeczki, poprawiając jego chwyt. Jego ciepłe palce zetknęły się z dłonią Karola.
- I teraz powoli... - mruknął. Zbliżył porcję jedzenia do warg Nawrockiego, który posłusznie je otworzył.
Czynność ta, niby pozorna, wywołała w nim silny dreszcz. Czuł się, jak gdyby do jego ust wsuwało się coś innego, a myśl ta przeraziła go.
Przełknął, czując delikatny smak ryby, zmieszany z ryżem.
- To... Jest dobre. - stwierdził, zdziwiony.
Rafał kiwnął głową. - Czego innego się spodziewałeś?
- Po surowej rybie?
- Cóż, jak tak to ujmujesz, źle to brzmi... Ale spróbuj małży.
- Okej...
I tak oto, Karol wpadł w sidła Warszawy.
