Actions

Work Header

To nie zasługuje na nazwę

Summary:

Co wydarzyło się pewnego wieczora w Warszawie po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich?

Work Text:

Jak na maj to pogoda w nocy była do dupy. 

Karol oparł się o lampę i przetarł oczy drugą ręką, starając się wyostrzyć wzrok, ale lało tak mocno, że niewiele to dało. Kręciło mu się w głowie, pasiasty biało-zielony szalik dziwnie uwierał jego szyję. Dalej bolał go bark od bójki, jaka rozpętała się w czasie meczu z GKS Katowice. Był wkurwiony, ale teraz powoli docierało do niego, że to nie dlatego, że jego klub przegrał mecz. 

Odepchnął tę myśl na bok, podobnie jak odepchnął się od lampy, i ruszył dalej. 

Zanim się zorientował, był na Kabatach i nie do końca wiedział, czemu akurat tutaj zaniosły go jego nogi. Rozejrzał się po okolicy półprzytomnym wzrokiem; okrzyki z meczu, które ciągle rozbrzmiewały w jego głowie, mąciły mu myśli. Znalazł ławkę tylko częściowo skrytą pod drzewem i usiadł na niej z ciężkim westchnieniem. Sięgnął ręką, aby poluzować szalik, ale po chwili namysłu po prostu go zdjął i ścisnął między palcami, jakby uczucie prującego się między palcami materiału miało mu przynieść jakieś ukojenie. 

Lało jak z cebra. Karol nie wiedział, ile godzin minęło odkąd znalazł się w Warszawie. Był zbyt roztargniony, żeby zwrócić uwagę na to, co działo się dookoła niego, więc gdy usłyszał pytanie, to aż się wzdrygnął.

- Co ty tu robisz? 

I niemal od razu znowu się wzdrygnął, bo rozpoznał ten głos i rozpoznał ten ton.

Skołowany, Karol nie był w stanie wykrzesać z siebie nic więcej niż: 

- Co?

- Co ty tu robisz? - powtórzył mężczyzna, zniecierpliwiony. - Co ty tu robisz, w Warszawie, na domiar złego na Kabatach?

- Nie pamiętam, żebyś zabronił mi przyjeżdżać do miasta - odpowiedział Karol, w końcu podnosząc wzrok na swojego rozmówcę.

Rafał zlustrował go zamyślonym spojrzeniem. Jego twarz nosiła ślady zmęczenia – takiego zmęczenia, które doskwierało mu na tyle długo, że wniknęło do jego szpiku kostnego i nie chciało opuścić. Karol wiedział coś o tym – na podobną twarz spoglądał od jakiegoś czasu w lustrze.

- No więc - Rafał odchrząknął - odpowiesz na moje pytanie?

- Ja… - Karol przetarł twarz dłonią, rozcierając po policzkach krople deszczu, które ściekały z czubka jego głowy. - Nie chciałem nocować w Gdańsku… po meczu - zamachał swoim szalikiem, wiedząc, że to wystarczy jako wyjaśnienie. 

- Mhm. 

- Nie oczekuję żebyś zrozumiał - dodał kwaśno, zdesperowany wpaść w ten rytm, który obaj dobrze znali: to podszczypywanie się, ale też popychanie siebie nawzajem do przodu. 

Nawet gdy wymuszony i gorzki, gdy zdawał się nadwyrężać te resztki energii, jakie mu jeszcze zostały, uśmiech Rafała był czarujący. Karol musiał przypomnieć sobie, że takie myśli nie przystoją nowemu prezydentowi kraju. 

Cholera.

Rafał odchrząknął, wybijając ich obojgu z zamyślenia. Skinął głową w kierunku ulicy Jerzego Zaruby. 

- Chcesz na chwilę odpocząć od deszczu? - zapytał.

“Na chwilę.” Karol spojrzał na niego, potem w dół na zmiętolony przez siebie szalik, potem znowu na Rafała. W myślach ważył mocne i słabe strony tej propozycji, i nieważne jak bardzo się starał, to określenie “prezydent” ciągle przechylało szalę na jedną stronę. Ale potem stwierdził, że chrzani to wszystko. Jeszcze na chwilę mógł tak myśleć. 

Pokiwał głową. Rafał od razu ruszył, nawet nie dając mu szansy zapytać się, czy może schować się pod jego parasolem, więc Karol zmusił zmęczone nogi do posłuszeństwa i pospieszył za nim.  

W końcu cisza stała się dla niego zbyt przytłaczająca, więc powiedział potencjalnie najgłupszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy:

- Małgorzata w domu?

Rafał nie pokazał po sobie żadnej reakcji – a powinien, wkurz się na mnie, krzycz, wyzywaj; pokaż, że to też ciebie boli – złożył parasol, gdy znalazł się pod daszkiem osłaniającym drzwi wejściowe i sięgnął do kieszeni po klucze. Przy drzwiach nie było wystarczająco dużo miejsca, żeby obaj mogli się schować bez stania blisko siebie, więc Karol czekał w deszczu. W ogóle nie czuł zimna ciągnącego od jego mokrych ubrań. 

- Nie - westchnął Rafał, otwierając drzwi. - Pojechała do rodziny odpocząć. Powiedziała, że cała ta kampania wyborcza ją wykończyła. - Zaśmiał się, po czym dodał pod nosem: - Nie dziwię się jej. - Wszedł do przedpokoju, na autopilocie zostawiając parasol w koszu. - Nawet nie próbuj wejść w butach dalej niż na wycieraczkę.

Coś w Karolu ulżyło, bo nie było to powiedziane szczerze, raczej półżartem. Powoli przekroczył próg domu, a gdy tylko zamknął za sobą drzwi, Rafał rzucił w jego stronę ręcznik. Pachniał jak świeżo wyprany, jednak nawet pod wonią detergentu dało się wyczuć ten drugi, bardziej charakterystyczny zapach – zapach, który zabrał myśli Karola w przeszłość, do leniwych poranków, gdzie wschodzące słońce, ciepła pościel i ręka obejmująca go w pasie było wszystkim, co się liczyło.

Naprawdę muszę wziąć się w garść. 

Pobieżnie wytarł swoją głowę, potem kark i ramiona, starając się jak najszybciej uwolnić od tego zapachu dla własnego dobra. Wycisnął przez ręcznik rękawy i nogawki, ale w miejsce wysuszonych miejsc od razu spłynęła woda z wyższych partii ciała. Karol zaczął się zastanawiać, czy w mieszkaniu zostały może jakieś jego ubrania, porzucone być może przez przypadek, być może specjalnie, tak na przyszłość, na wszelki wypadek. Ale potem zadał sobie pytanie: czy on by tak zrobił, gdyby ich role się zamieniły? Czy byłby w stanie zachować sobie koszulkę Rafała, gdyby on wygrał wybory i ta dziura między nimi miała inny kształt niż teraz?

- Rafał? - zawołał, trochę nie wiedząc, na jaką odpowiedź liczył. Mimo odczekania dłuższej chwili nie usłyszał żadnej odpowiedzi, więc jeszcze raz przetarł swoje ubrania ręcznikiem i ruszył w dół holu.

Zanim zdążył dotrzeć do kuchni, usłyszał, że Rafał schodzi z piętra na dół. Mężczyzna spojrzał na niego ze szczytu schodów jakby był zaskoczony jego obecnością akurat w tym miejscu jego domu, jakby nie mógł sobie znaleźć jakiejś powierzchni do siedzenia.

- Co jest? Słyszałem, że wołałeś, ale się przebierałem.

Karol starał się odciągnąć myśli od kolejnych wspomnień mącących mu w głowie. Odchrząknął, jakby to miało w tym pomóc. 

- Chciałem zapytać, czy masz jakieś ubrania na przebranie, które mógłbym pożyczyć? - wytłumaczył, czując, jak skóra jego twarzy nabiera koloru bardziej niż by chciał. Schował ją za ręcznikiem pod pretekstem przecierania sobie włosów. - Odkupię ci je potem. 

Rafał rzucił mu przeciągłe spojrzenie. Po chwili ruszył z powrotem na górę.

- Zaraz coś ci przyniosę.

Karol nie musiał doszukiwać się żadnych ukrytych przekazów w jego słowach, ponieważ sprawa była jasna – nie miał już wstępu na górę. Po prostu nie. Ostatnie tygodnie wykopały między nimi taką przepaść, że nic nie mogło jej pokonać. Nawet ulewa stulecia i brak suchych ubrań. 

Nie musiał długo czekać zanim Rafał nie przyszedł do łazienki na parterze z ubraniami oraz nowym ręcznikiem w rękach. Karol skinął głową w podziękowaniu, siląc się na przelotny uśmiech, i już miał je zabrać, gdy zobaczył, że sięgał po swoje stare ubrania. Doskonale pamiętał tę koszulkę – z przetartym wizerunkiem lwa nad sercem i rwącą się nitką przy kołnierzu, którą Rafał zawsze prosił go przyciąć, czego Karol właśnie dlatego nigdy nie zrobił. 

Rafał nie był w stanie spojrzeć mu w oczy. Widząc, że Karolowi nie spieszy się sięgnąć ani po ubrania, ani ręcznik, przeszedł obok niego, zostawił je na krawędzi zlewu, po czym od razu skierował się do wyjścia. Zanim zamknął za sobą drzwi, rzucił przez ramię zmieszanym głosem:

- Zrobię nam kawy.

Jednej rzeczy Karol nie rozumiał: w którym momencie luźna propozycja Rafała, żeby “odpocząć chwilę od deszczu” zmieniła się w “masz tutaj rzeczy na przebranie, możesz się nawet wykąpać, zrobię nam kawy”? Kiedy głos Rafała przeszedł z chłodnego i zdystansowanego do zmieszanego? Czy rzeczywiście to przepaść ich dzieliła, skoro Rafał dalej miał jego ubrania w swoim domu? Może dało się coś z tego wykrzesać, wzniecić na nowo ten płomień?

Ale co tu było do wykrzesania teraz, kiedy został wybrany na nowego prezydenta kraju? Nawet gdy dawało mu to wymówkę do przesiadywania w Warszawie, to ryzyko było zbyt wielkie. Nie było kłamstwa, które mogło ich uchronić. 

Nie ma mowy, powiedział sobie, nalewając wody do zlewu. Nie ma opcji, powtórzył, zanurzając twarz w zimnej wodzie i wstrzymując oddech aż do momentu, gdy zaczął czuć ucisk w piersi. Wynurzył się i wziął głęboki oddech, patrząc w swoje odbicie. 

Nie ma takiej możliwości

Zupełnie odechciało mu się przebierać. Zmusił się jedynie do zmiany spodni, po czym wyszedł na korytarz, ściskając w ręce swoją starą koszulkę. Przemoczone spodnie zostawił przy butach przy drzwiach wejściowych. 

Rafał siedział przy wyspie w kuchni, obejmując swoją filiżankę kawy obiema rękami, aby je ogrzać. Noga skakała mu nerwowo. Podniósł wzrok na Karola, gdy usłyszał jak przekroczył próg pokoju. Miał skomplikowany wyraz twarzy – zmieszany, niepewny, kwaśny i zrezygnowany. Bez słowa podsunął drugą filiżankę Karolowi.

- Dziękuję.

- Mhm. 

Cisza była nieznośna; Karolowi zjeżyły się od niej włosy na karku. Wyraźnie słyszał, jak serce dudni mu w uszach, gdy w końcu się odezwał:

- Musimy porozmawiać.

Bo tak naprawdę nic nie zostało powiedziane – raczej przekazane między słowami przez otaczających ich ludzi, nie ich samych. Zanim rozpoczęli swoje kampanie wyborcze, mówili o “tym” żartobliwie, cynicznie, nie chcąc brać nic na poważnie, bo prawda była zbyt ciężka do zniesienia. Po ogłoszeniu wyników pierwszej tury ich rozmowa była krótka, ale wystarczająco nieprzyjemna, żeby przekazać to, co musieli powiedzieć:

- Wiesz, co się stanie po drugiej turze - stwierdził, nie zapytał, Karol.

- Tak.

Spojrzenie Rafała było nieobecne, jego mina zbolała. Po chwili podniósł wzrok na Karola i wysilił się na uśmiech.

- Było nam dobrze, co? - zaczął niepewnie, zaciskając swoje ręce w koszyczek. Prawie jakby nie chciał pokazać, że się trzęsą. - Znaczy, mi było dobrze. I…

- Rafał…

- I wiem, że lepiej do tego nie wracać po wyborach, niezależnie od wyniku - kontynuował, nie zbaczając na mężczyznę. Musiał to z siebie wyrzucić za wszelką cenę. Spuścił wzrok na swoje splecione dłonie, kryjąc wyraz twarzy przed Karolem. - Będę… Będę za tym tęsknić. Część mnie liczy, że kiedy ten szał związany z wyborami opadnie, będziemy mogli jakoś do tego wrócić. 

- Dobrze wiesz, że to zbyt ryzykowne - upomniał go delikatnie. 

- Daj mi chociaż to, Karol - Rafał w końcu na niego spojrzał. - Daj mi wierzyć, że to nie koniec.

Skinął powoli głową. Rafał po chwili podniósł się z westchnieniem z fotela i skierował do wyjścia. 

- Powodzenia - rzucił przez ramię, zatrzymując się w drzwiach do salonu. Wcale nie wyglądał, jakby chciał wychodzić. 

- Powodzenia, Rafale.

Rafał upił łyka kawy. Spojrzał na Karola wyczekująco.

- Ja… Słuchaj, nie wiem, czego chcę - zaczął Karol. Był rozdarty. - Nie wiem, co mogę chcieć jako prezydent. Mam wrażenie, jakby każda decyzja, którą podjąłem w ostatnich tygodniach, była głupsza od poprzedniej. 

Rafał uniósł wymownie brwi, odwracając wzrok. Karol powoli wstał z krzesła i postąpił kilka kroków w jego kierunku, stopniowo pokonując dzielącą ich odległość. 

- Sam to powiedziałeś - podjął Rafał po chwili milczenia, również wstając. Karol zatrzymał się. - To - pokazał na nich obojgu machnięciem ręki - jest zbyt ryzykowne. Starałem się trzymać dystans przez ostatnie tygodnie, żeby ból w końcu zaczął przemijać…

Kolejne kilka kroków. Rafał patrzył na niego, doskonale rozpoznając jego zamiary. Uśmiechnął się pod nosem i dokończył cicho:

- Ale na twój widok ledwo nad sobą panuję.

Ostatnie kilka metrów Karol pokonał w mgnieniu oka. Rafał już na niego czekał, z rękami gotowymi objąć go w pasie i szyi. 

Kurwa mać - to było wszystko, co umysł Karola mógł z siebie wykrzesać, gdy poczuł na sobie usta mężczyzny. Kurwa mać, kurwa mać, kurwamaćkurwamać

Rafał przylgnął do niego swoim ciałem, przytrzymując go w pasie na wypadek, gdyby zdecydował się odsunąć. Jego skóra pachniała deszczem i resztkami perfum, których woda nie była w stanie spłukać; był usposobieniem pożądania i ciepła - dwóch rzeczy, jakich Karol nie czuł od bardzo dawna. 

Kurwa mać. 

Zanim sprawy potoczyły się za daleko, Rafał odepchnął mężczyznę delikatnie i spojrzał na niego ze zbolałym uśmiechem. Jego usta były czerwone. 

- Będzie lepiej, jeśli na tym skończymy - mruknął głosem ochrypłym od podniecenia. Wyrównał kołnierz koszuli Karola jedną ręką, drugą dalej trzymając na jego piersi, zachowując ten niewielki dystans. 

Karol już otwierał usta, żeby zaprotestować. już znowu się do niego pochylał – ciepło rozlewające się po jego ciele odbierało mu trzeźwość myślenia. Rafał zacmokał i znowu go lekko odepchnął, kręcąc głową. To on zawsze ustalał zasady. Karol tylko się do nich z radością stosował. 

No, może tym razem nie było w tym tak dużo radości jak zwykle. 

- To nie tak że już nigdy się nie zobaczymy - przypomniał mu mężczyzna. - Poza tym, muszę mieć coś w zanadrzu, żebyś miał po co wracać.

- Kurwa mać, Rafał - prychnął zmieszany. Od tego ciepła zaczynało kręcić mu się w głowie.

Mężczyzna zaśmiał się pod nosem. Takim dźwiękiem dało by się upić. 

- Powinienem… - Karol odchrząknął, z ociąganiem stawiając krok do tyłu. Miejsce, gdzie obejmował go Rafał, stało się nagle bardzo zimne. 

- Tak.

- Dzięki za… kawę i… No, za suche ubrania. Ja…

Mógłby tu zostać. Nikt by nie wpadł na to, żeby go tu szukać, a po miesiącu czy dwóch pewnie by o nim zapomniano. Zrobiono by kolejne wybory lub od razu przyznano stanowisko Rafałowi ze względu na to, jak niewielka różnica ich dzieliła. 

Ale walczył o tę posadę jak szalony i Rafał to wiedział. Rafał też walczył. Gdyby ich role były zamienione i to Rafał miałby teraz szalony pomysł odrzucenia stanowiska prezydenta, Karol by się najzwyczajniej w świecie wkurwił. Takie zagranie byłoby nie w porządku wobec ich obojgu. 

W spojrzeniu Rafała dało się wyczytać zrozumienie. Doskonale wiedział, o czym myślał Karol. Uśmiechnął się znowu tym swoim czarującym uśmiechem. 

- Oddam ci ubrania jak nadarzy się okazja - powiedział, obiecał Karol. 

- Oby nadarzyła się wkrótce - zaśmiał się mężczyzna.

Karol powoli wyszedł z kuchni, z ociąganiem wypuszczając z rąk Rafała, jakby już nigdy nie nadarzyła mu się okazja jak teraz. Chciał zostać i chociażby dopić kawę, pogadać i zapomnieć na chwilę o wszystkim innym, ale obowiązki wzywały. Kraj wzywał. 

Zanim zamknął za sobą drzwi i ruszył w ciemną noc, usłyszał dochodzące z kuchni:

- Powodzenia, panie prezydencie.

Ton był zawadiacki. Może nie będzie tak źle.