Work Text:
Cichy, urywany oddech był jedynym, co można było usłyszeć w pomieszczeniu. Panował półmrok, świece już dawno powinny zostać wymienione, ale kapitan Królewskich Muszkieterów nie chciał zakłócać tej ciszy zbytecznym szumem jaki spowodowałby, gdyby się podniósł. Atmosfera panująca w pomieszczeniu, nawet lekki zaduch w powietrzu, przywodziły na myśl stare kaplice.
Na wielkim łożu leżał ten, którego ongiś zwano Czerwonym Księciem, Pierwszym Ministrem, Szarą Eminencją, a stał się nikim więcej niż człowiekiem oczekującym na śmierć. Kardynał powoli otworzył oczy, a na usta wpłynął mu lekki uśmiech.
- Nie zawsze się lubiliśmy panie d'Artagnanie – odezwał się cicho - a jednak jako jedyny czuwasz przy moim łożu.
Kapitan, który w swoim trzydziestym czwartym roku życia, na królewskim dworze cieszył się poważaniem dalece większym niż w czasach swojej młodości, odwzajemnił blady uśmiech.
- Tak, tak panie kardynale – odpowiedział równie cicho - niezbadane są wyroki boskie.
Wtedy kardynał przymknął oczy i spod półprzymkniętych powiek obserwował przysypiającego przy jego łożu d’Artagnana, którego osobiście uczynił kapitanem Królewskich Muszkieterów. Pamiętał nawet papier, który mu wręczył by mógł wpisać tam swoje nazwisko, a który pan d'Artagnan zwrócił mu następnego dnia mocno pognieciony. Teraz leżał gdzieś zakurzony wśród dokumentów w jego biurku, zakurzony i zapomniany, zupełnie jak on sam.
Powoli liczył już swoje oddechy, jak gdyby istniał jakiś limit, który oddzielałby go od śmierci. Dziesięć, dziewięć, osiem...
Ciężko mu było na duszy, gdy przyszło mu opuszczać ten świat, opuszczać królestwo, opuszczać Paryż, który był świadkiem wszystkich jego zwycięstw i wszystkich jego upadków. Opuszczać wszystko to, nad czym miał władzę, by udać się tam, gdzie miał czekać nań Bóg. Ten sam Bóg, w imię którego tyle lat sprawował władzę we Francji; ten sam Bóg, którym wyręczał się tyle razy, by osiągnąć to czego nie potrafił osiągnąć sam Ludwik XIII; ten sam Bóg, do którego szeptał ciche modlitwy pochylony wieczorami nad brewiarzem. Kardynał po części był przekonany, cóż, była to wręcz maniakalna pewność, że spotkanie z Bogiem będzie tylko przelotne, na Sądzie Ostatecznym, że na końcu trafi do piekła, gdziekolwiek by ono nie było, bowiem z goryczą sam przed sobą musiał przyznać, że ceną każdego wielkiego sukcesu jest równie wielki upadek. Wiedział dobrze, przecież wiedział lepiej niż inni, że na czerwonym materiale kardynalskiej sutanny nie widać czerwonych plam krwi.
Pokonał hugenotów we Francji, obalił niepodzielne rządy arystokracji, a jednak krew lała się z szafotów i powoli spływała po paryskim bruku niczym woda po obfitej ulewie. A on, z wielkich okien swojego pałacu patrzył, patrzył, patrzył…
Siedem, sześć, pięć...
- Każ im wszystkim wyjść panie d’Artagnanie.
Gdzie byli gwardziści? Gdzie ich dowódca? Gdzie król, któremu służył tak wiernie przez całe życie? Zostali sami, on i pan d’Artagnan, do którego początkowo nie pałał sympatią, a jednak z czasem nauczył się go lubić, nauczył się go szanować i teraz, w swojej ostatniej godzinie, w godzinie śmierci, widział w nim jedyną osobę godną zaufania. Tak, los spłatał mu nie lada figla, bo oto człowiek który odmówił wstąpienia do Gwardii, który tyleż razy pokrzyżował mu szyki, który tak dzielnie wymachiwał przeciw niemu szpadą, okazał się jedynym który przy nim został.
- Usiądź bliżej panie d’Artagnanie – poprosił, gdy służba wyszła – muszę rozliczyć się z pewnych spraw.
- Ależ na mój honor! - kapitan z werwą niepasującą do tej smutnej scenerii zerwał się na nogi - poślę po spowiednika Jego Eminencji!
- Siadaj panie d’Artagnanie – wykonał słaby ruch dłonią – powiedziałem rozliczyć się czy wyspowiadać? Spowiednik służy sprawom duchowym, ty panie d’Artagananie staniesz się powiernikiem innej natury. Czy uczynisz mi tę ostatnią przysługę?
- Nie śmiałbym odmówić Jego Eminencji – odpowiedział z szacunkiem i zapałem, które nigdy go nie opuszczały.
- Armand Jean du Plessis de Richelieu – powiedział cicho z wyraźnym wysiłkiem, gdy kapitan pochylił się nad jego łożem – to moje pełne imię i zapamiętaj je kapitanie, bo to nie tytuły kościelnego dostojnika wyryją na moim nagrobku.
- Eminencjo – zauważył kapitan z uśmiechem - śmiem twierdzić, że twoje nazwisko poprzedzi co najmniej tytuł kardynała.
Richelieu, który teraz był już tylko Armandem dogorywającym w zbyt dużym dla niego łożu, przemilczał tę uwagę. Nie mógł pozbyć się myśli, że bez tytułów nawet cezar Marek Aureliusz był tylko zwykłym Markiem. I tyle z człowieka zostaje po śmierci, tylko wspomnienie imienia, bo oto cesarstwa upadają, a władza, ta zdradziecka przyjaciółka, w godzinie śmierci zdaje się niczym więcej niż społeczną iluzją.
- Być może, ale nie zabiorę go ze sobą do grobu. Za to te ręce, ręce splamione krwią, już tak i to o nich będą pisać historycy. Ale wiedz panie d’Artagnanie, że wszystko co uczyniłem, uczyniłem dla dobra Francji i korony.
- Historycy na pewno ocenią Jego Eminencję łagodniej, niż może Eminencja sądzić.
- Być może - odparł umierający bez przekonana - no, ale dajmy już temu spokój. Dobro państwa i króla, centralizacja władzy, powstrzymanie hugenotów, wiele mnie to wszystko kosztowało i oby mi Bóg przebaczył.
Cztery, trzy, dwa..
W końcu, wzrokiem zdradzającym zmęczenie spowodowane chorobą, spojrzał na kapitana muszkieterów po raz ostatni:
- Tymczasem panie d’Artagnanie – powiedział wolno i coś głęboko dotknęło kapitana, bo w tym tonie przebrzmiała stara nuta kardynalskiej władzy - weź pan niewielką szkatułkę, która znajduje się w lewej szufladzie sekretarzyka stojącego pod oknem. Zabierzesz ją pan do Richelieu, z którego pochodzę i oddaj pan osobie, która otworzy Ci drzwi domu z zielonymi okiennicami. Zapamiętałeś?
- Tak
Kardynał ostatkiem sił uniósł się i z siłą o jaką go d'Artagnan nie podejrzewał, złapał go za nadgarstek:
- Więc teraz przysięgnij, że dotrzymasz obietnicy i wypełnisz me słowa.
Nie sposób było odmówić, gdy tyle ognia płonęło w spojrzeniu umierającego, gdy d’Artagnanowi po raz kolejny w życiu przyszło oddać kardynałowi przysługę, tym razem już ostatnią:
- Przysięgam na mą duszę.
Kardynał opadł na poduszki, a jego oblicze zbladło. Przez chwilę znów liczył swoje słabnące oddechy i kapitan miał niemiłe przeczucie, że tym razem liczenie dobiega końca.
Jeden...
- Weź ją teraz panie d’Artagnanie, a później zawołaj mi tu księdza i lekarza. I zapamiętaj mnie jako człowieka silnego, nie umierającego.
D’Artagnan kiwnął głową wzruszony, próbując tym samym zapewnić kardynała o swoim oddaniu. Później rzucił mu ostatnie spojrzenie i wypełnił jego ostatnie życzenie. Kardynał patrzył na to spokojnym, gasnącym wzrokiem. Lata misternie budowanych intryg, umacniania władzy, by odejść tak po prostu, tak zwyczajnie, tak samotnie.
Pan d'Artagnan tymczasem, zabrał niewielką, drewnianą szkatułkę, zawołał księdza, a gdy powrócił z lekarzem ujrzał już tylko kardynała skąpanego we własnej krwi, którą najwyraźniej musiał się zakrztusić.
Zero.
Nie sposób było opisać to, co stało się później. Po komnacie biegał doktor, starający się znaleźć jakieś desperackie rozwiązanie na przywołanie kardynała z martwych, jakby moc tego człowieka miała jeszcze dosięgnąć go zza światów. Służba obmywała kardynała z krwi, a ksiądz odprawiał już nad nieboszczykiem ciche modlitwy. Przez komnatę przewijała się masa ludzi, gapiów, którzy bezmyślnie mamrocząc ciche modlitwy wraz z księdzem, oglądali tylko ciało Pierwszego Ministra Francji, jakby nie dowierzając, że moc śmieci dotknęła i jego. Pojawili się też kapłani i kardynałowie, szepczący miedzy sobą, typując już powoli kandydata na następcę. Władza nigdy nie lubiła pustki, a jednak zimny dreszcz przebiegł d'Artagnanowi po plecach na widok kościelnych dostojników dzielących się władzą nad ciepłym jeszcze ciałem zmarłego. Zjawił się też dowódca Gwardzistów Kardynała, a także piękna Anna Austiraczka, chociaż d’Artagnan po cichu podejrzewał, że przyszła tylko po to by upewnić się, że ten straszliwy człowiek, który był powodem jej zmartwień przez tyle lat, którego obecność kładła się długim cieniem na jej małżeństwie, w końcu skonał.
Na końcu wpadł do komnaty król, prosto z drogi, w ubraniu pokrytym kurzem, a ten straszliwy widok na zawsze wyrył się w pamięci d’Artagnana, gdy spóźniony władca załamywał dłonie i wylewał łzy nad ciałem tego, który był ongiś jego doradcą, najlepszym przyjacielem i przewodnikiem, a pozostał już tylko martwym człowiekiem, którego król nie zdążył pożegnać.
Patrząc na całą tę scenę, na zgiełk wokół zwłok, który powolutku zaczął opadać, aż w komnacie zostało tylko kilka osób szczerze zanoszących modły za duszę zmarłego, kapitan przypomniał sobie o niewielkiej szkatułce, która nagle okrutnie zaciążyła mu w kieszeni. Nie śmiałby jej otworzyć, z dziesięć lat wcześniej młodzieńcza werwa już kazałaby mu wybiec i pędzić na złamanie karku do Richelieu, umarłby z ciekawości by dowiedzieć się jaki ostatni sekret skrywał kardynał. Jednak dziesięć lat wcześniej d'Artagnan był innym człowiekiem, a upływ lat i życie na królewskim dworze, nauczyły go, że pośpiech nie jest dobrym doradcą. Zresztą, nie potrafił zmusić się do opuszczenia tego pomieszczenia. Bezwładne ciało kardynała wzbudziło w nim nieznany wcześniej żal i kapitan Królewskich Muszkieterów nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że oto minęła kolejna wielka epoka w dziejach Francji, że oto 4 grudnia 1642 roku on sam stał się świadkiem upadku czegoś naprawdę wielkiego.
