Actions

Work Header

Pod gwiazdami, foglując za wierzeniami

Chapter 25: XXV Pod gwiazdami, Bieżąc za wierzeniami.

Notes:

(See the end of the chapter for notes.)

Chapter Text

Roku 1434, Dnia 1 Lutego. Cetesgard, podczas wzburzonego wieczora. 

Dwojga kochanków bieży między ciasnymi uliczkami miasta. Spragnieni krwi mieszkańcy przesiadują wówczas w najszlachetniejszych komnatach króla wypominając mu, jak to zawiedzeni ostali się wobec Lorda, wobec całego rodu. W swej nienawiści wznoszą szable wraz kosy, wykrzykując krzywdzące liche frazy. Przejrzysta posadzka wysadzana kamieniami rozmaitemi* odbija wiernie całyż to obraz krwawego wyznania oraz zamętu. 

Wrzask, oddech, westchnienie, trzask.

Wrota pałacu otwarte zostały przez gwardzistów. Popierając tłum, prowadzą rzekę nienawiści zmieszanej z żałością haniebną między domostwami, prosto szerokim przechodem* tuż do katedry. 

Wysoka gotycka budowla strzelista pnąca się ku chmurom delikatnie przejawiających rozpustę wraz jednolitość nieba. Świat ciemniał popychając wszystko co żywe do snu, natomiast każdego kto wrogi, wzbijał ku agresji. Latarnie podpalone wzdłuż drogi rozpalały serca przechodniów. Ogień przejął ich ciała, umysł. 

" Kędy oni podążają?"

" Wprost ku katedrze, ku prawdzie oraz sprawiedliwości."

Żeliwne drzwi przekładane czarnym drewnem ostały się rozdejmione* ukazując najświętszy ołtarz Pański. Czarno, niczym piekło najgłębsze. Nie dostrzega się ani postawy samotnej, jednakże duszę pełną rządzy mordu wyczuwa się krocie. Ich umysły wrogie, jakoby wykrzykują swe wierzenia. Przekonani są wierzący o swojej racji. 

 Cóż to za chór nuty wyśpiewuje?

 Któż to modlitwy swe wznosi gwałtownie, niczym dziecko marzące o podróżach? 

Czyż to papież sam, wznosiwszy dłonie ku niebiosom wyklina przeciwników pohańskich? 

To posadzka kamienna drży w strachu przed śmiercią niewinnych?

 To dzwony bijące w rytm ich rozszalałych serc, zarówno kochanków jakiże tłumu?

 Czyż to nie płacz kobiet obawiających się stracenia? 

Tożto nie krzyki w bluźnierstwach zakotwiczone pragnące egzekucji? 

Ileż tu płomieni żarliwych świec pośród najciemniejszej otchłani kościoła?  

W drzwiach staje gwardzista o fizjognomi niby mordercy. Przygarbiony, oparty na szabli. Oddech rytmicznie wydobywa z siebie szaleńczo wpatrując się w drogocenne żyrandole. Szlachetne kamienie połyskiwały szczęśliwie, jakoby nie znały ówczesnej sprawy, migotały wraz do świateł lichych świec. Za witrażami pełnymi scen biblijnych, nie istniało już żadne źródło światła. Cały gród stanąwszy w progu świątyni wzmawiał modlitwy o szlachetnej istocie. Rodzone w najprawomocniejszych wierzeniach. 

" Byle, mnie samemu, staremu, szatan duszy odpuścił."

" Gdybyż dwojga łajdaków hańbiących nasz kraj zmarło u lutości."

" Panie, wybraniaj mnie od daemones* wszelakiej maści, cóż poczynają ludzkie animarum* przywłaszczać."

" Strąć istnienia grzeszne w przepaści bez końca, rozrywające ciało wraz sumienie."

"Oni już zhańbieni oraz bez Boga do reszty, ich cierpienie począć się już ma za życia."

Każde słowo, lub frasa bolesna, wymawiana została z naciskiem na cierpienia, tudzież ochronę. Któż by podejrzewał, cóż za duby* motają wszelkimi ludźmi bez namysłów lub swych przekonań. Prawy to geniusz, człowiek wykształcony, pisemny, o pochodzeniu tajemniczym, wspaniale radził sobie ze zgubionymi istnieniami, takimi jak otóż te. Stał teraz pośród gorących świec, skąpany w złocie, w apotezie* podtrzymując Chrystusa. Jednakże, spod tej twarzy szkaradnej, szyderczo unosił kąciki ust mamrotając łacińskie modlitwy. Oczy jego, napawały się widokiem tychże wiernych, błagających o egzekucję. Satysfakcja jego, sama nie pozwalała ich przetrzymywać. 

Tudzież, cieszył się swą władzy chwilą. Gdyż chór wyśpiewywał tak nadmiar cudnie, rytmicznie, iż serce jego krajało się marnie, łzawie. Nibyż to Bogu najwłaściwszemu chwałę oddawał, a tu zaś z własnej kolebki* ludzi na straty zsyła. "A cóż mi tam! Krzyżacy bliźniaczo czynili, czemóż mi to strwoni?" 

Nie okazywał skruchy nikłej. Przemawiał jedynie półsłowem wyginając w trwodze wargi. Cienista katedra drżała nieco w strachu, swe plugawe oblicze ukazując najwierniejszym. 

" Lord Ewron, ah tak, ten młodzieniec, com go nocy szkarłatnej kątem oka skazał. Jakiś ty żałosny dla ludzkości całej! By się swego własnego rodu wyrzec, by samemu dłonie krwią bluźnić, u wrota Świętego Pawła zostaniesz ukarany za swe wszelkie zbrodnie za życia. Bowiem kto ciąży przeciw Chrystusowi samemu, pokrywa się popiołem w najkrótszą chwilę po odejściu. 

Byłeś młody, nieroztropny. Czyż tyś w ogóle uwagi zwracał na czyny swoje? Na konsekwencje? Jedyne czegoś pragnął to swawola oraz ręka wolna! Tak, zdradzić naród, zaprzepaścić przyszłość bogatą, zhańbić ojca, matkę swoją... Wszystko to, tylko dla marnej ideji, żeś oddał krocie. Czyżbyś nie spoglądał co wieczór do skarbca i nie widział, jak to wiele masz do straty? Żal mi cię, Księciu Kamilu. 

Dopatrywałem cię, gdyś jeszcze młodym, ledwo słowa żeś na papierze składał. W tej brudnej salce, zaraz obok bazyliki, pod sklepieniem krzyżowym. Czytałeś o łzach w twych szklanych królewskich oczkach. Czyżbyś już wtedy wiedział, co zamierzasz począć po latach wielu? Już żeś morderstwa brutalne przewidywał? Biskup Ameszjasz młowił mi bowiem, "Ten dziedzic okaże się ostatkiem tego grodu", gdzież jam nie wierzył mu nawet na krok. Pomyślnie staczaliśmy Warsawogród ze swej potęgi. Któż by wiedział Ameszjaszu, iż twe rzeknięte słowa, przeklną rzeczywistość i podły rozum na chłopca ściągną. 

A ty, Lordzie Ewronie, wbijałeś szablę w ojca pierś liczne razy. Posoka lała się w pierzynach, kapała z twych rąk. Wiem to Lordzie! Ty NIKCZEMNIKU MARNY. Jakże wspaniale, że ZDRAJCA TWÓJ posłużył mi. Tworze szatana, jakżeś mógł przyrodzenie święte skąpać w grzechu tak okrutnym? Żal mnie ściska, czemóż to nie upilnowałem twych planów niecnych lata temu. Gdybym dopilnował twych czynów, żyłbym obecnie bez długów, bez podejrzeń, wciąż w dostatku jadając winogrona na ucztach królewskich, gdzież wielbiono mnie niczym anioła. A Ameszjasza? Niby sam Bóg, najświętszy, pobożny. Ojciec twój, Kamilu niczego nam nie odpuszczał. Król obecny, ledwie co zdaje na parafię tudzież świątynię! Czemóż zadałeś te CIOSY KRWAWE!? Bez obaw jednak, tego właśnie dnia 1 lutego, wypełni się twoja pokuta, a moje wyzwolenie. Zbędna mi już twa przytomność, twe zatapianie świata w dubach swoich. Biada ci poganie padły. GIŃ."

Chór ponowie, niczym na wezwanie, wzburzył się. Pośród wiernych roztaczały się szepty, podejrzenia, któżby ostał się towarzyszem zhańbionego? Kto również pragnie porzucić się pod ogień ku jego zagładzie płonący?

Jednakże, żadna ich dusza nie znała miłości czystej, jakiej obydwoje mężów doświadczyło. Szklistego uczucia, które pulsowało nagle w ich piersiach, tudzież przedzierali się między domostwami, bluźniąc Boga, tłum, króla oraz zdrajcę wraz z papieżem. Ciarki osiadały na ich skórze, gdyż czmychając blisko katedry wsłuchali się w pieśni krwawe, ciężkie. Tchnęły ich modły głośne, płaczliwe, będące zalążkiem lamentów. Kłębił się w nich żelazny strach przykuwający ich do piaszczystej ziemi. 

Krystian z największym trudem brał oddech za oddechem. Pluł mętną posoką. Kres z każdą chwilą zbliżał się coraz to dobitniej. Kochanek jego, zamartwiał się ponad niebiosa nad stanem rycerza, oraz drogą poza mury najszybszą, jednakże niewidzialną dla oczu nienawiści. Płuca Krystiana, co się okazuje, ostały się liche. W pospiesznych krokach uświadamiał sobie z każdą chwilą, jakież to dobre jednak miał życie.

" Kochałem moją matkę. Kochałem ileż to sił mi nie brakowało. Teraz, w chwili tej podłej, miażdżącej mą duszę wraz ciało, oddałbym jej wszystko moje co posiadam. Tak jej dziękuję za opiekę nade mną, za pracę jej ciężką... A była tak mądra. Mimo, iż odczytać żadnej litery nie trafiła, to wiarę umocnioną, tudzież przekonania posiadała. Wszystko, cóż jej dziadek powiadał, spamiętywała, po czym tłomaczyła mi, małemu. Tak wiele dni w polu przepracowała... A nie musiała wcale. Wiedziała tak dobrze, że jest chora... i... to jeszcze jak źle chorowita. Kaszlała tak głęboko... Aż, ból mnie nagły dopada na wspominek o jej zacięcie walczącym gardle. A ileż to razy krztusiła się za chatą, byle bym nie obaczył jej stanu płaczliwego. Matko... kochałem cię silnie, niczym ty mnie małego, poświęcając mi wszystko, co posiadasz. 

Teraz to widzę, rodzicielko ma święta. Widzę, cóż po tobie otrzymałem. Ah, gdybym wcześniej zwarzył na to... Na te oddechy żelazne, ukłucia rozległe, kaszel wysuszający. Moim pewnym końcem będzie ta sama przypadłość matko? 

A ty ojcze? Wiedząc o wszystkim, w ciągu silnie pracowałeś u jej boku. Tak dobrze dbałeś o zdrowie moje oraz żony twojej. Ojcze, tęsknię za tobą nocami. Tęsknię za naukami twoimi, jak to wraz z matką, com oczy jak dwie gwiazdy bez granic posiadała, usadawiałeś mnie na puchu, wspominając naszych przodków. Pomimo, iż mieliśmy we troje źle, to wiodło nam się dobrze, prawda ojcze?

Chcę wam dziękować, całować stopy poranione, aż do głów udarem wyczerpanych. Ileż bym wam oddał, moi wierni rodzice... Moi, kochani najdrożsi... Czemóż to, ostałem się sam jedyny? Bez żadnej gwoli*, bez znaczenia w tymże przyrodzeniu, pozostawiony na pomyślność losu figlarnego. Jednakże, stoję tu dziś, bieżę przed siebie, jak najdalej i najszybciej, na co mi płuca poranione pozwolą. Fogluję przed siebie wprost, nie mogę stwierdzić jeszcze, czy na spotkanie wam, rodzice, czy na klify, obiecujące nowe, radosne życie. Wciąż nie mogę uwierzyć, w to co mnie otacza. W żaden dźwięk, czuję się niby głuchy. Niby za plecami roztaczają się głosy nienawistne, a jedyne co słyszę to mój ociężały oddech oraz trzask obcasów mego obucia* o glebę. Trochę jakbym smysły swe postradał w tym całym biegu

Gdybym miał rzec szczerze, czuję jakbym w biegu pozostawał już lata całe. Odkąd żeście mnie, rodzice pozostawili, jam bieżę gdzie tylko horyzont jasny i bogaty, nieprzerwanie. Byle by za dobrobytem, byle by do szczytu. Przyjęli mnie arystokraci prawdziwi, niby kupcy tudzież z rodziny sławnej. Mogłem jeść do syta, wiesz matko? Nauczono mnie pisma. Wyszkolono przez brata mego, cóż w nim rodzinę drugą odnalazłem. Stałem się rycerzem, prawież gwardzistą, wiesz ojcze?

Bladeusz szanował mnie, pomimo mego losu złego oraz klasy znacznie niższej. Miał wówczas lat jedynaście. Dobrze znał panujące na świecie zasady. Znał swoje położenie, znał swoje krzesło zdobione, a mój klęcznik drewniany. Ależ, on wychowany został poprzez dobrych ludzi. Kochliwych, życzliwych, gościnnych. Zostali on moim zbawieniem, wiecie rodzice? 

Któżby spodziewał się nadejścia tych chmur czarnych. Niby mgła roztaczała się między moje nogi, natomiast z przejrzystych nieba części, ze szpar w chmurach, wyglądało słońce, tak jasne, żem swe kostki spod dymu szarego widział. Powietrze natchnione było. Trawa rześka, ciało lekkie. Promienie gorejącego światła przyciągnęły mnie ku sobie. Jasność oślepiała mnie, a jam począł gorzeć ku niemu uczuciem drżącym. Ciepło lubą mnie napawało. 

Śmiałabyś się matko, gdybym tudzież cudne opisy ci wzmawiał, po czym zaznaczył, iż poznałem go nocą, tak ciemną, że dusza bałaby się poruszyć, w strachu przed diabłem. Jednakże, on w diabła nie wierzył. On był inny, niż każdy człowiek okuty szkaradną skorupą. Zajrzałem w jego głębię, a on w moją. On wierzył w każde me słowo, ufając bezgranicznie. 

Ojcze, czy to źle, że spolnie biegniemy teraz ku wolności?"

" Krystianie, jeszcze dwa skrzyżowania, a będziemy u niższej części muru, tam przeskoczymy skryci za drzewami... Krystianie? Najukochańszy?"

" Tak, tak... Kamilu."

" To krew... metaliczna posoka." Wziął w organizm wdech pełny. " Już niedaleko."

Chór krzyczący już, przeciągający struny wszelakie, hołd oddawał. Noc zapadała istnie prędko, pokrywając królestwo cienistą peleryną. Pomimo uchylonych wrot świątyni, światło połyskiwało jedynie niby świece u żyrandoli. Dwie duże świece przyozdabiały ołtarz, kędy pacierze odmawiał Amadeusz. Czekał niecierpliwie, aż zegar dociągnie dwudziestej godziny, a tam dzwonnica obije beztrosko dzwon stalowy, wykrzykując, tożto godzina śmierci nastała. 

Ręce już zacierał, mowę obmyślał. Szukał metafor odpowiednich, zdań najdobitniejszych. Pragnął doszczętnego krańca Lorda, com spędził go z góry Warsawogardu. 

" Chrystus zginął nawet za swoich katów. Ale między nimi nie ma ducha... Duch w nich gnije. Posłuchajcie zaś, co powiada Tryteusz. "O sparto! ruń nim pomnik twej wielkości nadejdzie grób. Młot na żer psom dorzuci święte ich kości, a przodków cień odegna od szkaradnych ich ciał. Ty ludu, nim wróg w pętlach cię powlecze, niby szatan, ojców twych na progach domów złam i w przepaść rzuć, niech bieżą za skazańcami. A niechże nie wie świat, u sklepienia Bóg, że szable wraz pochodnie wzniesione zostały wśród was, lecz serca wam brakło! Serca!"

Śmiech nieżyczliwy wkraczał już bez pokory na jego sine usta. Serce zatwardziałe jego, nie obaczało już ni grzechu u jego postawy, ni nie przyjmowało do rozumowania cierpienia innych. W szczęścia zamęcie odliczał już niemalże sekundy, by szaleńczy wrogi tłum odprawić znakiem krzyża w pościg. On pogna wraz za nimi. Sam najgłośniej wykrzyczy bluźnierstwa. Ozwie w nich szatana samego, Lucyfera. Upadłymi jeńcami ich skarze. Cóż za strata. 

A oni, skręcają już za gospodę. Na sekund parę skryli się blisko siana, by wody upić z wiader, po czym najszybciej u swoich lichych sił przebyć wskrośl główną aleję, com kończyła się u bram katedry. Com ich obcas jedynie przechód dotknął, wraz rozległo się natarczywe bicie dzwonu. 

Pisk, wrzask, turkot mnogich stóp wzmagających się w trucht. Oddech Krystiana utknął w krtani. Pełen wrogi tłum wybiegł ze świątyni wyśpiewując pieśni same patriotyczne. Chór ustał w śpiewie i harmonii, teraz z gardeł dziesiątek ludu wybrzmiewał gniew chaotycznie złożony w rytm marszowy, piechotny. Wrogi, stromy niczym zbocza gór. Na tę myśl włosy Ewrona najeżyły się srogo. Na wspomnienie o domu. Ah, tak dawno nie wspominał swego pochodzenia.

Widział już te góry, te chmury nisko zawieszone. Zawdy marzył, iż może do nich dobyć jednym ruchem dłoni. W prawdę pragnął tego. Nie chciał już ani chwili dłużej chodzić po tej krwawej ziemi, cóż to ojciec zgotował dla niego. Chował go dokładnie tak, ażeby ani demon nie dotknął jego dziecięcej delikatnej królewskiej skóry. 

A to ten sam ojciec stworzył diabła będącym jego plugawym końcem jego żywota.

Dzwony wciąż biły. Wspomnienia wkoło wracały. Usiłował w biegu prowadzić rycerza, ostatecznie to Krystian prowadził jego zamyślone, zadręczone ciało ku lepszemu życiu.

 "Dopełniamy się spolnie, cóż bym począł bez twej obecności, najukochańszy?" - Przemknęło przez umysł jego, niczym najbarwniejszy ptak po szklanym słonecznym niebie.

" Tam! U krańca! Pod gospodą samą!" Wrzask gwardzisty Ortisa przemierzył powietrze rozcinając je niczym szabla. Lud rozlał się ze schodów zbaczając po stronach ulicy, zbierając wszelakie łopaty, grabie, kije, poopierane bezwładnie o chaty. 

Latarnie nie miały potrzeby błyskać lichym światłem, zważywszy na morze ognia czerwonego osiadającego na pochodniach pieszych. Gorliwa fala gnała tuż za kochankami. Wtedyż właśnie w nieustającym strachu wyrzucał sobie w sumieniu Kamil frazy bolesne.

" Kochają się tysiące ludzi, cały świat czujący, dlaczegóż nam samym miało by to zostać wzbronione? Krystianie, serce na dłoni wyciągam do ciebie, ty obecnie za tą dłoń prowadzisz mnie do świata lepszego. Ja wierzę, całym tym sercem wciąż bijącym, iż dotrzemy tam, spolnie w miłości." 

Kochanowie biegli na wprost szeroko otwartej bramy, zważywszy na podążający za nimi pełen tłum, postanowili nie utrudniać swej drogi. Już tak niewiele pozostało do rumaka. Jedynie metrów parę, kilkadziesiąt może. Ależ, to niemal zaraz, już łąki poza murami widać, te stepy rozległe, naturę żywszą, niż ta miastowa. Jedynie kilka kroków rozdziela nas od upragnionej wolności. 

Jednakże... tych kilku kroków dobyli. Ujrzeli świat nie okryty bramą, tudzież ceglanym wieńcem, a tam, brak konia. Brak duszy żywej. Jedynie oni i gwiazdy rozsypane niczym piasek w sieni na czarnym jak smoła niebie. Milczeli chwilę. Do ich umysłów prędko przybyła myśl o ciągłej ucieczce. Ruszyli.

Splatając palce wraz ze sobą, krzyczeli ze zmęczenia, biegnąc pod górę, skąd widok rozlegał się na pobliskie wioski. Dotrą do wioski, skradną konia, uratują swe nędzne życia. Z tak piękną, szlachetną myślą wypluwali krew na srebrzystą trawę przykrytą blaskiem księżyca. Szeroko otwierając oczy, czekali na swe zbawienie. Wyczuwali, iż jeden najmniejszy krok dzieli ich od nieba, od wiecznej radości w objęciach uczucia żarzącego się u zgiełku ich ciał. Im dłuższy stawał się bieg, tym widoczność ubywała. Czemóż organizm człowieka tak niezgrabnie wiotki? 

Krystian dopatrywał się nad horyzontem małych rolniczych chatek, z uśmiechem szerokim, promieniejącym, wskazując je dłonią. Natomiast Kamil, zamiast w odległe budynki, będące ratunkiem, badał wzrokiem jego pracowitą dłoń, com stała się dla niego prawdziwym symbolem spełnienia, oraz szczęścia. Pragnął za życia swego wybadać każdy najdrobniejszy centymetr tej skóry delikatnej. Nie istniało obecnie w świecie, coś czego pragnął by bardziej, niż swego najukochańszego. 

Serce kołatało się z narastającym turkotem. Płuca biednego rycerza z kroku na krok rozrywały się coraz to rozpaczliwiej. Łzy spłynęły po wykrzywionych w niewinnym uśmiechu ustach. Ból był tak straszliwie okropny. Niczym sama męka pańska na krzyżu, kędy gwóźdź u stóp wbijano. Zwolnili kroku. Za ich plecami usłyszeli lud, drący swe gardła w niebogłosy, lamentując ku Bogu, oraz Trójcy. A Bóg, wraz z zastępami, jak na złość, wraz nieszczęście kochanków, wysłuchał.

Pierwsze strzały upadły kilka metrów niewielkich za ich piętami. Puścili dłonie, ponowili trucht. Jednakże, Krystian z każdą to sekundą krztusił się krwią w krtani jeszcze to silniej. Łzy, niczym burzą wzmożone rzęsiście opuszczały powiekę, lejąc się po rozpalonej skórze. 

" To już?" - Ewron zacisnął wargi czując bolesne ściski w obrębie klatki piersiowej. 

Wiary położyć nie trafiał. Z szeroko rozdejmionymi ślepiami wpatrywał się jedynie w swoje brodzące w zdrowej trawie stopy. Ręce drętwiały mu z czystego przerażenia, a nogi z olbrzymiego wysiłku. Na materiał kontusza kapnęła i jego słona, zarazem cierpka łza.

" Tak skończę?"

Stał prawie, że na szczycie zielonawej górki, nieopodal samotnego drzewa. Widział już prawie, kędy poczyna się horysont z lądem całować. Było tam pięknie.

Przypomniał sobie jego ostatni tydzień życia. Pełen surowych gęstych emocji, wylewanych co wieczór na papier. Czuł, po raz pierwotny, iż u jego życia jest w znaczeniu coś więcej, niżeli przywództwo. Posiadł swe silne wierzenia. Odszukał kochanka, com zapewnił mu, wszystko, czegóż mógł zapragnąć... A najsilniej pragnął zrozumienia w miłości.

Gildię, oraz jej stosunki między królestwami, stoczył na plan drugi z kolei, natomiast Krystiana w apotezie niczym Boga podtrzymał. Wiedział doskonale, u poczęcia samego, od pierwszego spotkania, tam w pamiętną noc dziewiętnastego stycznia, iż Krystian sprowadzi na niego wyzwolenie, bądź pewną śmierć, pełną hańby, zamkniętą w powłoce pogaństwa. 

Wszystko to co robił, czynił, ponieważ kochał go miłością idealną, ponad wszystko co rzeczywiste, ponad swe własne życie. 

" Jeżeli morskie przypływy dowodzą, że księżyc nie jest jedynie złudnym blaskiem, tylko realną rzeczywistością... Tak obecność Krystiana w mym żywocie, dowodzi istnieniu jego najskrytszych bogów. Bowiem, on sam dla mnie dobry, oraz krasny, niczym Bóg."

Fala strzał nadlatuje po raz wtóry. 

Jedna z nich przekłuwa ramię Nexe. 

Reszta, niczym popiół niewarty upada na ziemię. 

Również, żem poczuł się popiołem, resztkami własnego istnienia. Bez sił, pozbawiony nadzieji. Łzy chłodne przestały wtem wypływać. Ujrzał czysty obraz cierpienia najwyższego jego najukochańszego.

Przeszedł o swych siłach kroków kilka, kędy wybył z siebie jedynie przeciągły, jednak złamany jęk, przeszywający ból.

Trzecia fala strzał.

"Niebo jest tak przejrzyste. Dokładnie tak jak podczas nocy celebrującej me narodzenie. Krystianie, spójrz... Orion, a tam... Andromeda."

Upadł zaraz obok Krystiana, strzała, ostro wykończona zatopiła się w jego plecach, penetrując wnętrzności. 

Coraz to bliżej już, ich zwiędłych ciał, słychać było bluźnierstwa, duby, wrzaski.

Kochankowie, mierząc czarujące nocne niebo wzrokiem, przysłuchując się rzece podłych pochodni, wiedzieli, iż wyczekuje ich ostatnia rozmowa.

 

***

Epilog.

1434 Roku, Dnia 1 lutego. Na miękkiej trawie, zaraz pod nocnym niebem.

POV: Ewron

- Kamilu, prawdę młowisz, Orion połyskuje w swej rozległej okazałości. - Wyszeptał blondyn. Serce niby pękało we mnie, rozlewając posokę szkarłatną wewnątrz organów. Dokładnie ta sama krew została przelana moimi dłońmi lata temu. Dziś dobywa się mojego grzechu zwieńczenie. - Te trzy niewinne gwiazdy po samym jego środku... wspominają mi mych rodziców, wraz ze mną, młodym, wiesz? - Wypowiadając te słowa poczyna łkać delikatnie, obym nie słyszał jego zagorzałego cierpienia.

- To znacznie piękne. - Zacisnąłem usta, by nie okazywać żadnej słabości. Pragnąłem, by chociaż ta ostatnia chwila została istnie piękna, szczera, czysta. 

- Pragnąłem, całym swym istnieniem, uciec wraz z tobą Kamilu. - Wypuścił nagle powietrze z płuc. - Kocham cię. 

- Również tego dopatrywałem. Byliśmy niewiele kroków za daleko... Może, w przyszłym istnieniu, dobiegniemy tam spolnie? - Tym nieszczęśliwym razem nie udało mi się przełknąć ciążącej guli w gardle. Rozpłakałem się gorącymi łzami spoglądając w jego oczy. - Wciąż w twych ślepiach widuję nowe konstelacje. Posiadają głębię, kędy zatracić się można bez czasu poczucia, ani głodu, czy też pragnienia. Ich piękna nie odda nic co istnieje pośród świata naszego człowieczego. Ty, bowiem Krystianie, zostałeś mi zesłany na tą ziemię szkaradną, przez istoty w prawdzie niebiańskie. 

Przyłożyłem jego dłoń zimną, słabą tuż ku memu licu.

Spod wzniesienia wypływają w naszą stronę coraz to głośniej bluźnierstwa.

Oddech Krystiana chwieje się zdradliwie.

- Kamilu, wierz mi, gdybym mógł, podszedłbym ku tobie podczas nocy o pełni, również i po raz wtóry, dobrze wiedząc, jakiż to czeka mnie koniec. Pokochałem cię szczerze, ponad żywot własny.

Uśmiechając się blado, dobiera swego ostatniego tchnienia. Opuszczał długie rzęsy, niczym sen go morzył. Iskry w jego oczach zgasły, te światła gwiazd mnogie, cóż to nowy piękniejszy świat mi okazały. Zasnął. Pozostawiając mnie na tym zniszczonym co kropli krwi świecie. Życie bez niego, nie miało prawa dla mnie bytować. Jam jedynie pragnął służyć tobie, o ile mi siły starczą. Zawsze, i we wszystkim. Czuję się poniekąd spełniony.

Dnia gdy na oczy żem go obaczył, popadłem dziwnej chorobie. Póki listy ku niemu słałem, a ma dłoń na piórze spoczywała, koiła mnie ulga. Ostatnim, jednakże łącznikiem między mną i nim, są tylko te gwiazdy. Że w tejże chwili nikt na mnie nie spojrzy już oczyma szafirowymi, a ból ostanie we mnie w ciągłości. Uczułem jakby wewnątrz rozdarcie i przekonałem się, jak głęboką mam w sercu ranę.

Z przesiąkającym mnie cierpieniem, oraz nasilającymi się wrzaskami zaraz za moimi plecami, spojrzałem na to kojące mnie poniekąd niebo. 

"Krystianie, wypatrujesz mnie już? Wyczekujesz na moje przybycie? Już za sekund parę, bardzo krótkich, obaczymy się ponownie, zasiadając na sklepieniu. Prawda... Krystianie?"

Czwarta fala strzał, przebija jego natchnioną uczuciem czaszkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ciekawe, czy w niebie odnajdą swe upragnione morze.

 

 

 

 

 

Notes:

"I look to you, and your strong belief. Me, I want relief tonight." - Depeche Mode

 

Ja też płaczę wraz z wami, Dziękuję za wytrwanie do końca <3

Słowniczek:

demonaes - demony

animarum - dusza

duby - oszustwa, brednie

apoteza - uniesienie

z czyjejś kolebki - tu: z czyjegoś powodu

gwoli - w celu

obuć - but

Notes:

Siema lubie klimaty średniowiecza wiec pisze newron

jeblo mnie

sexsocholik grzeczne dupy nie chca ze mna chodzic