Actions

Work Header

W rolach głównych

Chapter Text

Gdyby już i tak dobrze o tym nie wiedział, Sherlock Holmes poznałby, że jego kariera stacza się pomału w przepaść, po tym, jak zachowywali się w stosunku do niego inni, kiedy szedł przez agencję do biura swojego agenta. Pięć lat temu ledwo by wszedł, wszystkie oczy zwrócone byłyby na niego. Nieśmiałe uśmiechy, rumieńce, trzepotanie rzęsami, uśmiechy szerokie i dumne. Bieganie, żeby przynieść mu herbatę, odebrać od niego płaszcz. To poczucie zbiorowego sukcesu, wynikające z faktu, że jeden z ich aktorów dobrze sobie radzi. Do przodu, załogo, do przodu. Kiedy jeden klient agencji zdobywa Oscara, to tak, jakby cały zespół wygrał Puchar Świata. Wszyscy mieli od tego lepsze perspektywy.

Dzisiaj wszyscy go unikali. Kiedy twój ostatni film okazał się komercyjnym fiaskiem, poprzedni zebrał żenujące recenzje krytyków, a szereg poprzednich osiągnął wyniki słabsze, niż się spodziewano, nikt nie chce ci spojrzeć w oczy. Agencja nie miała z niego żadnych prowizji. Kwota wywoławcza jego honorarium cały czas spadała. Reżyserzy nie ustawiali się w kolejce przed drzwiami jego agenta, błagając, żeby wziął do obejrzenia scenariusz.

Jedyny plus był taki, że zostawili go w spokoju ci przeklęci paparazzi. Boże, jak nienawidził Los Angeles. Nie żeby Londyn był wiele lepszy; londyńskie brukowce były nawet gorsze niż tutejsze. Ale przynajmniej tam wiedział, gdzie może znaleźć trochę spokoju. Społeczność trzymała się bardziej razem. Razem z połową ludzi z brytyjskiego przemysłu filmowego chodził na RADA. Tutaj każdy dbał tylko o siebie.

Greg czekał na niego przy biurku swojego asystenta. Uśmiechnął się i uścisnął mu rękę.

— Witaj, Sherlock. Wejdź.

Sherlock wszedł za nim w głąb skromnego, choć eleganckiego pomieszczenia biurowego. Greg był jednym z najbardziej wpływowych agentów w Hollywood, ale był też spokojny i skuteczny w działaniu. Był to jeden z powodów, dla których Sherlock go wybrał dziesięć lat temu, kiedy pierwsza nominacja w kilka godzin zrobiła z niego rozchwytywany towar. Nie potrzebował klakiera ani kogoś, kto by mu głaskał ego. Potrzebował partnera i przez te lata Greg był właśnie partnerem.

— Mam dobrą wiadomość i złą wiadomość — powiedział Greg, siadając. Sherlock też usiadł. — Którą chcesz pierwszą usłyszeć?

— Chyba już wiem, czego dotyczy ta zła wiadomość — powiedział Sherlock.

— Rozmawiałem z Davidem. Nie złożą ci propozycji.

Sherlock westchnął.

— To jest moja rola, Greg — powiedział. — Jak dla mnie. Kurde, zagrałbym ją śpiewająco. Już mam to przed oczami.

— Nawet się z tobą zgadzam. Oni poszli inną drogą.

Sherlock zmrużył oczy.

— Którą drogą poszli?

Greg się zawahał.

— Niczego jeszcze nie ogłoszono, ale… słyszałem, że zaproponują tę rolę Robertowi.

Sherlockowi opadła szczęka.

— Proszę cię, powiedz mi, że żartujesz.

— Nie żartuję.

— On jest ode mnie dziesięć lat starszy! Ten bohater ma mieć trzydzieści!

— David zna Roberta, pracowali już kiedyś razem.

— Facet za każdym razem gra siebie!

— To dobry aktor, Sherlock. A jego ostatnie dwa filmy przyniosły okrągłe zyski. I nie doprowadza swoich reżyserów do histerii na planie.

Sherlock wciągnął powietrze przez nos.

— Obraźliwa jest sama myśl, że Robert Downey Jr i ja mielibyśmy w ogóle być porównywani ze sobą jako kandydaci do tej samej roli.

— Ty się tak zaraz nie wywyższaj. Dalej masz jakiś wybór. Quentin znowu dzwonił…

— Nie.

— To bardzo ciekawa rola.

— Ciekawa? To bardzo mała rola. Nie wezmę jednej z jego patentowanych rólek do podbijania spadających gwiazd.

— Wiesz, zdarzało mu się ocalać kariery, które były w gorszej kondycji niż twoja.

— Jeszcze nie jest ze mną tak źle, żebym musiał błagać o pomoc tego sprzedawcę kaset wideo. — Sherlock zmarszczył brwi. — No chyba że jest?

— Nie, tego bym nie powiedział. — Greg splótł dłonie na blacie biurka. — Ale dużo ci nie brakuje, Sherlock. Płacisz mi za uczciwość, więc będę z tobą uczciwy. Klątwa oscarowa to nie mit.

Sherlock pociągnął nosem.

— Oczywiście że to mit. Ot, przejaw regresji do średniej. Świetny wynik jest statystycznie mało prawdopodobny; to jasne, że następujące po nim wyniki są na ogół bliższe wartości średniej – a to daje mylne wrażenie, że jest coraz gorzej.

— Jak byś tego nie wyjaśniał, nie jesteś na ten efekt odporny. Czar prysł. Od czasu Kanizsy minęło pięć lat. Nikt nie zapomniał, na co cię stać. Udowadniałeś to wiele razy. Ale nie idą za tobą pieniądze, a to jedyna waluta, która się liczy.

— Przypomnę ci może, że nikt się nie spodziewał, że Kanizsa osiągnie taki sukces finansowy. I że zarobił pieniądze po części dzięki popularności, jaką przyniósł mu Oscar – czyli moja gra.

— Nie trzeba mi przypominać. Codziennie powtarzam to reżyserom i producentom. Ale nie jest łatwo uchwycić to jeszcze raz. Poza tym podjąłeś od tego czasu trochę… niekonwencjonalnych decyzji.

Sherlock westchnął.

— Dobra, powiedz mi to. „A nie mówiłem?”

— Nie powiem ci tak. Jestem twoim agentem, płacisz mi za zawieranie umów w twoim imieniu, nie za dyktowanie ci decyzji artystycznych. Ale nie ułatwiasz mi pracy.

— Nie obchodzą mnie pieniądze. Dla mnie liczy się tylko praca. Ja tylko chcę, żeby była ciekawa, żeby była wyzwaniem. Gdyby zależało mi tylko na pieniądzach, do emerytury mógłbym grać w dramatach historycznych albo przyjmować role czarnych charakterów w filmach akcji. Z tym że przed emeryturą umarłbym z nudów.

— Właśnie podsumowałeś karierę Alana Rickmana. Nie krytykuj go.

— Alan może do końca wszechświata żyć z tantiem z Harry’ego Pottera. Jego zmartwienia się skończyły. Mnie zależy tylko na rolach, które są warte mojego czasu i wysiłku.

— Ale jeśli twoje filmy nie będą zarabiać, to będziesz sobie te role grał w maciupkich niezależnych finansowo produkcjach i będziesz musiał przeprowadzić się do Burbank. Możesz mówić o pieniądzach, jakby były nieważne, bo je masz. Na razie. Duża sprzedaż biletów przekłada się wprost na swobodę artystyczną. Wiem, że chcesz pomagać przy kręceniu rzeczy, które uważasz za interesujące. Wiem, że chcesz mieć wybór. Żeby to było możliwe, musi być na ciebie popyt. A popyt na ciebie szybko się kurczy. — Greg wziął głęboki oddech. — Nie możemy sobie pozwolić na kolejną taką katastrofę jak Paradoks Schrödingera.

Sherlock zesztywniał i zacisnął zęby.

— To nie była moja wina.

— Wiem.

— Ten film zmasakrowała wytwórnia. Kurde, Paul prawie od tego oszalał. Zmiany wytwórni zniszczyły scenariusz.

— Absolutnie. Ale recenzje…

— Jedyne, co się spotkało z pozytywnym przyjęciem, to moja gra.

— I to nie wystarczyło, żeby ten film uratować. Sherlock, Paradoks stracił dwieście milionów dolarów. A ty miałeś przyciągnąć do niego widzów.

— Nie mogę w pojedynkę ciągnąć całej produkcji! Pisałem się na refleksyjny, pełen zadumy kawałek, a studio uznało, że chce futurystyczny film akcji!

— Nikt cię nie wini.

— Ale i nikt mnie nie angażuje.

Zapadło milczenie. W końcu Greg westchnął.

— Cóż — powiedział — to jeszcze nie koniec. Mam dla ciebie dwa ciekawe widoki.

Sherlock spróbował się na nie przygotować.

— Dobra, dawaj.

— Pierwszy to perspektywa franczyzy.

— Franczyzy? Chyba sobie żartujesz.

— Nie. Trochę nietypowej franczyzy. Opartej na takiej serii książek Jednostka Cieni. O takim zespole analityków behawioralnych w FBI, którzy badają zjawiska paranormalne.

— Brzmi idiotycznie.

— Tak naprawdę to fascynująca historia. Mroczna, inteligentna, noir. I jest tam dla ciebie fantastyczny bohater, trochę od ciebie młodszy, ale myślę, że byś zagrał, etatowy geniusz zespołu.

— To akurat pasuje. Kto reżyseruje to wiekopomne dzieło?

— Tylko nie spadnij z krzesła. Bracia Coen.

Sherlock otworzył szeroko oczy.

— Bracia Coen biorą się za franczyzę o zjawiskach paranormalnych?

— To właściwie jedyny gatunek, którego jeszcze nie zaliczyli.

— Hmm. Rzucę okiem na te książki. Są scenariusze?

— Jeszcze nie. W przygotowaniu.

Sherlock zrobił krzywą minę.

— Czyli potrwa to kilka lat, jeśli w ogóle do tego dojdzie.

— Są na etapie ustalania obsady, nie może chodzić o zbyt daleką przyszłość.

— A ten drugi widok?

— Myślę, że nad tym powinieneś zastanowić się najpoważniej. Dzwonił Ang Lee. Bardzo chciałby się z tobą spotkać w sprawie roli w jego nowym filmie.

— Co to za film?

— O parze gejów.

— O, wraca do sprawdzonego tematu, co?

— To nie jest druga część Tajemnicy Brokeback Mountain. Ang bardzo chce zrobić film o życiu pary gejów, który nie będzie „filmem gejowskim” — powiedział Greg, zaznaczając cudzysłowy palcami w powietrzu.

Sherlock zmarszczył czoło.

— W jakim sensie?

— Nie chce, żeby to był film na tradycyjne gejowskie tematy, o AIDS, homofobii, coming oucie i niesnaskach rodzinnych. Chce zrobić taki film, który by można zrobić o każdej parze, tylko żeby to akurat była para mężczyzn. Czytałem scenariusz. Jest zdumiewająco dobry. Bardzo uczciwy, bardzo surowy.

— Bo ja wiem, Greg. Granie geja to pewne ryzyko. Nie powinno tak być, ale jest.

— Popatrz, jak na tym wyszedł Heath Ledger.

— Niefortunny przykład. Biedak nie żyje.

— Fakt, ale zanim zmarł, jego kariera poszła jak rakieta.

Sherlock westchnął.

— Kto napisał scenariusz?

— Debiutantka, niejaka Molly Hooper. Jakoby napisała go z myślą o tobie.

— Fenomenalnie. Traktat autorstwa fanki.

— Nie tak się go czyta. — Greg sięgnął do szuflady i wyciągnął scenariusz. Upuścił go na blat przed Sherlockiem. — Weź go sobie do domu. Przeczytaj. Zadzwoń, jak skończysz, to pogadamy.

Sherlock zabrał scenariusz do mieszkania w apartamentowcu, które trzymał w Los Angeles na te okazje, kiedy był zmuszony się tam zatrzymać. Rozbił obóz na patio z winem i laptopem i zaczął czytać.

Cztery godziny później wybrał numer Grega.

— Lestrade.

— Greg, tu Sherlock.

— I co?

— Muszę być w tym filmie. Muszę.

— Wiedziałem, że tak powiesz.

— Tylko trzeba zmienić tytuł. „Cisza i śmierć”? Cholernie ponuro. Jak tytuł filmu Jima Jarmuscha, a wszyscy wiemy, że publiczność wali na nie drzwiami i oknami.

— Zgadzam się z tobą co do tytułu. Zdaje mi się, że to jest do negocjacji. To jak, chcesz, żebym oddzwonił do Anga?

— Powiedz mu, że jak będzie chciał, to przyjdę do niego na przesłuchanie.

— Ooo, łaskawie zgodzisz się iść na przesłuchanie?

— Do tej roli tak.

— Chyba nie będziesz musiał. Ang chce ciebie.

— Może mi nawet zapłacić stawkę. Muszę to zagrać.

— Chyba jeszcze nie słyszałem, żebyś się tak podniecał rolą.

— To fantastyczna rola. Widzę, że ta Hooper się mną inspirowała, ale Benjamin… Benjamin nie jest mną. Jest jak poczwarka w kokonie, a ona napisała tej postaci taki cudowny cykliczny rozwój. To jest ciekawe.

— Cieszę się, że tak zareagowałeś. I nie wydaje mi się, żebyś musiał się zadowolić stawką.

— Mają obsadzoną tę drugą rolę? Kogo chcą do roli Marka?

— Właściwie nie jestem…

— Bo mam parę pomysłów. Och, powinienem zadzwonić do Jimmy’ego, zakochałby się w tej roli – ale on chyba będzie zajęty przy sequelu do Ściganych. Wiesz, kto byłby świetny? Matt Goode, kiedyś robiłem z nim odcinek Never Mind rhe Buzzcocks, cudowny jest.

— Sherlock.

— Co?

Usłyszał, jak Greg wzdycha.

— Boję się, że ci się to nie spodoba. Nie zaproponowano mu tego jeszcze, ale reżyser obsady powiedziała mi, że Ang chce Johna Watsona.

Sherlockowi zakręciło się w głowie z rozczarowania.

— Co?

***

John zamrugał.

— Tu mi tramwaj jedzie.

Mike uśmiechnął się szeroko.

— Brachu, ja się z ciebie nie nabijam.

— Przestań. Natychmiast przestań.

— Mówię poważnie! Miałbym sobie z ciebie żarty stroić na taki temat?

John z uśmiechem złapał Mike’a za klapę marynarki.

— Ang Lee chce ze mną porozmawiać w sprawie roli? Roli, w której nie musiałbym robić wyłupiastych oczu do bezrozumnej gwiazdeczki młodszej ode mnie o piętnaście lat?

— Tak, dobrze słyszałeś.

— Oddzwoń! Powiedz mu, że spotkam się od razu, jeszcze dzisiaj! Gdzie będzie chciał!

— Nie chcesz przeczytać scenariusza? — zapytał ze śmiechem Mike.

— A to coś zmieni?

— Grałbyś połówkę pary gejowskiej.

— Gdyby Ang mnie poprosił, zagrałbym transpłciowego seryjnego zabójcę. Dobry ten scenariusz?

— Niesamowity. To by mogło wywrócić twoją karierę do góry nogami, John.

— Nie drażnij się ze mną, Mike.

— Mógłbyś się wyrwać z getta komedii romantycznych.

John usiadł ciężko.

— Jak to się stało, że dałem się w nim zamknąć?

— No, pierwszy z tych filmów był nawet dobry. To był ten uwodzicielski element. I zarobił pieniądze. A potem zaczęły przychodzić propozycje z tej samej strony i…

— I zanim się obejrzałem, brałem role, których nie chciał tknąć nawet McConaughey. — John westchnął i przeczesał włosy ręką. — Fajnie by było zagrać w czymś prawdziwym, z jakąś treścią, z takim partnerem, żeby można było grać z nim, nie obok niego.

— No i to życzenie też ma szansę się spełnić. Zgadnij, kogo Ang chce do drugiej głównej roli.

— Pojęcia nie mam.

— Sherlocka Holmesa.

John otworzył szeroko oczy.

— Kurde mol. — Zgarbił się. — No to po ptakach.

— Czemu?

— Nikt nie obsadzi mnie, Króla Filmu Randkowego, w projekcie, w którym jest Sherlock Holmes.

— Nie bądź taki pewny. Kanizsa był dawno temu, jego gwiazda nie świeci dziś tak jasno jak kiedyś. Chyba nie może sobie pozwolić na to, żeby dyktować obsadę. Znaczy, widziałeś Paradoks Schrödingera?

— Widziałem. Tylko jego warto było w tym filmie oglądać. To była jakaś katastrofa, ale widać było wyraźnie, ze to dlatego, że wytwórnia się wtrącała. Słyszałem, że w czasie zdjęć Haggis prawie się załamał nerwowo. — John westchnął. — Cholera. Szansa na zagranie z Sherlockiem Holmesem. Uszczypnij mnie, dobrze?

— Zadzwonię do Anga i umówię was na spotkanie. Będzie chciał, żebyście zagrali razem jedną scenę na próbę przed kamerą, ty i Holmes. We dwóch będziecie musieli uciągnąć cały film i to się uda albo nie zależnie od tego, czy będzie między wami chemia, więc będzie chciał się upewnić, że jest.

— Prześlij mi scenariusz mejlem. Przeczytam go dzisiaj wieczorem. Ale jeśli jest taki dobry, jak mówisz, to możesz powiedzieć Angowi, że będę pracował za kawę i pączka.

***

— Nie mogę uwierzyć, że się na to zgodziłem — mruknął Sherlock, zwijając trzymany w rękach scenariusz w rolkę i rozwijając go z powrotem.

— Stul pysk — warknęła Sally, podając mu herbatę. — Musisz zagrać tę rolę.

— Jeśli obsadzą tego błazna, to ten film się nie podniesie. Widzisz ten cały potencjał? Ten geniusz na tych stronach? John Watson na to wszystko naszcza, szarżując i dokonując oczywistych, przewidywalnych wyborów. Tu potrzebna jest subtelność, nie dramatyczne stylizacje człowieka przyzwyczajonego do tak zwanego czarującego przekomarzania się z gwiazdeczką dnia.

— Wiesz, kiedy zaczynał, zagrał trochę ciekawych ról charakterystycznych.

— A ile czasu minęło, od kiedy poproszono go, żeby zmierzył się z jakimś wyzwaniem większym niż urocza scenka, w której pierwszy raz spotyka się para głównych bohaterów, skazanych na miłość?

— Jest aktorem, jak ty.

— Jest do bólu typowym chłopakiem z sąsiedztwa, szablonowym Mężczyzną Niegroźnym. Potrzebuję trochę bardziej wyrazistego partnera. Dajcie mi kogoś, obok kogo będzie można grać! Ten facet to pusta biała ściana!

Sally westchnęła.

— I ty się dziwisz, że słyniesz z tego, że trudno się z tobą pracuje.

— Jestem trudny. Jak wszyscy wielcy.

— Gem, set, mecz.

— Ten scenariusz wymaga ciężkiej pracy. Jest tu scena, w której Mark znajduje ciało swojego brata bliźniaka po tym, jak ten popełnił samobójstwo. To nie jest materiał dla człowieka, którego filmy mają ścieżki dźwiękowe z kawałkami, trafiającymi na listach przebojów do pierwszej czterdziestki!

— Po prostu się denerwujesz, bo będziesz musiał z nim kręcić sceny miłosne.

— Jestem zawodowcem. Dam sobie radę. Już robiłem sceny miłosne.

— Nie z drugim mężczyzną. Daj, potrzymam ci płaszcz, wiesz, że przed zdjęciami próbnymi zawsze się pocisz. Chcesz mieć na nagraniu czerwoną twarz?

— Co ja bym bez ciebie zrobił?

— Na pewno nie znalazłbyś nikogo na moje miejsce. Bycie twoją asystentką powinno mi dawać kwalifikacje do pracy w korpusie dyplomatycznym.

— To co, spotkałaś go kiedyś? Znaczy Watsona? Może kiedy pracowałaś dla tego okropnego rzecznika prasowego?

— Raz, na rozdaniu nagród Gildii Aktorów Ekranowych. Był bardzo miły.

— Miły. No przeuroczo. — Kiedy zbliżali się do biura produkcji, sztywno wyprostował plecy. — Dobra, pokerowe miny.

Wprowadzono ich do biura przygotowanego pod zdjęcia próbne.

— Cześć, Jim. — Sherlock uścisnął dłoń producentowi, Jimowi Schamusowi. Rozejrzał się. — Nie będzie dzisiaj z nami Anga?

— Pojechał szukać plenerów. Będziemy mu transmitować materiał na żywo.

— Rozumiem — powiedział z irytacją Sherlock. O wiele bardziej wolałby, żeby reżyser był obecny. — Znasz moją asystentkę, Sally Donovan.

— Tak; witaj, Sally — przywitał się Schamus.

— Jim, Ang poważnie zdecydował się na Johna Watsona? — spytał Sherlock, korzystając z okazji, póki byli sami. — Do tego scenariusza? Równie dobrze moglibyśmy obsadzić tego całego Timberlake’a.

Jim roześmiał się cicho.

— Wiesz, nikt też nie sądził, że Jim Carrey da sobie radę z Zakochanym bez pamięci, kiedy go obsadziliśmy. Nikt nie pomyślał, że Michelle Williams sprawdzi się w Tajemnicy. — Puścił oko. — Zaufaj mi, Sherlock. Nasi reżyserzy obsady wiedzą, co robią.

Sherlock miał co do tego wątpliwości, ale nie miał czasu dłużej protestować. Drzwi otworzyły się ponownie i do środka pewnym krokiem wszedł John Watson, uśmiechnięty i zarumieniony z podekscytowania. Za nim szła jakaś kobieta, wyraźnie krewna, chyba jego asystentka.

— A, John. Dobrze, że jesteś — powiedział Schamus, ściskając jego dłoń.

— Witaj, Jim. Cieszę się, że wreszcie mogę poznać cię osobiście. To moja siostra Harry, moja asystentka. — Schamus ujął dłoń Harry. Watson obrócił się i spojrzał na Sherlocka. — Panie Holmes! — przywitał go, wyciągając rękę.

— Wystarczy „Sherlock” — powiedział Sherlock uprzejmie i jemu też uścisnął dłoń.

— Ja nie mogę, wysoki jesteś! John Watson; proszę, mów mi John. Cudownie móc cię poznać, jestem twoim wielkim fanem. Rotisserie widziałem chyba z dziesięć razy.

Sherlock nie mógł trochę nie zmięknąć, słysząc to. Ze wszystkich swoich ról osobiście najbardziej lubił tę w Rotisserie, ale nikt o niej nigdy nie wspominał, bo był to mało znany film, nakręcony w początkach jego kariery.

— Dziękuję. Lubię ten film. — Watson uśmiechnął się do niego z dołu z zapałem; wyraźnie miał nadzieję, że Sherlock się odwdzięczy, chwaląc któryś z jego filmów, ale ku swojemu wielkiemu zdegustowaniu Sherlock nie pamiętał ani jednego tytułu. — Twoje też, oczywiście — wydukał, mając na dzieję, że brzmi to przekonująco. — Też jestem… twoim fanem.

Johnowi trochę zrzedła mina. Chyba tego nie kupił.

— No, bardzo jestem podekscytowany tym projektem — przyznał.

— Ja również.

John zaszurał nogami.

— To jak, Jim, może zaczniemy? — spytał.

— Tak. Tu mamy kamery, będziecie w polu widzenia dwóch, więc po prostu przelećcie tę scenę tak naturalnie, jak się da.

John odłożył scenariusz na stół. Sherlock uniósł brew.

— Umiesz na pamięć? — zdziwił się.

— Tak, oczywiście.

Sherlock wciągnął powietrze przez nos.

— Nie robiłbym tego przed pierwszą pełnoobsadową próbą z kartki. Nie ma sensu uczyć się na pamięć wstępnej wersji tekstu.

— Wolę pracować z pamięci. To mi daje większą swobodę ruchu. — John ruszył barkami i mocno, z trzaskiem wygiął szyję, najpierw w jedną stronę, potem w drugą. Sherlock odstawił herbatę, przewracając za jego plecami oczami.

Ze scenariuszem w ręku wszedł w pole widzenia kamery – wbrew temu, co sugerował przed chwilą, co najmniej część sceny znał na pamięć, po prostu nie był gotowy odłożyć kartki – i obaj usiedli przy stole, ustawionym tam w zastępstwie ławki, na której spotykali się Mark i Benjamin.

— Jak będziecie gotowi — powiedział Schamus.

Pierwsza kwestia należała do Johna. Sherlock czekał, wchodząc w rolę kogoś w rodzaju Benjamina. W tej próbie chodziło nie tyle o to, jak zagra Benjamina, kiedy go zagra, co o to, jak on i John zgrają się ze sobą na ekranie. Tak szczerze, to Sherlock miał nadzieję, że wyjdzie im to koszmarnie. On sam podpisał już kontrakt na ten film, więc tak naprawdę przesłuchiwany był teraz John. Jeśli okaże się, że ich interakcja nie jest taka, jak chciał Ang, to w roli Marka obsadzą kogoś innego. Sherlock już wyobrażał sobie innych aktorów, z którymi mógłby zagrać ten scenariusz. Możliwości były kuszące.

Tymczasem dalej czekał. A John dalej sobie siedział.

Właśnie miał coś powiedzieć, kiedy nagle John zmienił lekko pozycję ciała, dał ramiona o stopień do tyłu i… zmienił się. Trudno było powiedzieć, na czym to dokładnie polegało, ale się zmienił. Podniósł głowę, popatrzył na Sherlocka i wypowiedział swoją kwestię. Która była jak pingpongowy serw po stole i Sherlock tak jakoś odbił wolejem, odpowiadając swoim tekstem. John złapał podanie gestem i niepewnym uśmiechem – jego bohater nie był pewny, z kim ma do czynienia – i pociągnął dialog dalej.

Sherlock zapomniał, jak bardzo życzył Johnowi porażki. Zapomniał, że jest z nim na przesłuchaniu. Po prostu usiadł wygodnie i zagrał. Było to łatwe, jak dopasowanie kroku do wieloletniego partnera tanecznego, jak ułożenie się w zagłębieniu, które człowiek zrobił we własnym materacu. Ledwo zerkał na kartkę. Niektóre jego kwestie nie były idealnie takie jak w scenariuszu, ale John improwizował do nich pasujące odpowiedzi i nie pozwalał, żeby scena padła. Sherlock czuł, jak jego postać nabiera kształtu, ale jak go nabiera w dwuosobowym zespole.

Scena miała tylko trzy strony. Skończyli w pięć minut.

John uśmiechnął się z satysfakcją, a postać, którą przybrał, natychmiast opadła z niego jak płaszcz. Sherlock zamrugał.

— Fajnie było — powiedział John. — Świetny scenariusz, prawda?

— Rzeczywiście. — Sherlockowi zaczęło wracać jego zwykłe opanowanie. Wstał. — Jim, czy Ang chciałby, żebyśmy zrobili jeszcze jedną scenę?

— Nie, to chyba wystarczy — odparł Jim. — Będziemy w kontakcie.

John praktycznie podskoczył, żeby znów podać Sherlockowi rękę.

— To było coś wielkiego, Sherlock, zagrać z tobą scenę na przesłuchaniu — powiedział. — Mam nadzieję, że będziemy razem pracowali przy tym projekcie.

Sherlock nie spodziewał się, że tak będzie, ale też miał taką nadzieję.

— Zgadzam się w zupełności — powiedział tylko.

— Muszę iść. Mam po południu spotkanie promocyjne — wyjaśnił z krzywą miną John. Wszyscy nienawidzili spotkań promocyjnych. — Będę musiał wznosić peany na cześć aktorki, która partnerowała mi w tym filmie, a tak nawiasem mówiąc, to do końca zdjęć czytała z promptera. Na razie! — pożegnał się, pomachał i już go nie było.

Schamus rozmawiał już przez telefon. Kiedy Sherlock i Sally wychodzili z biura produkcji, pomachał im na pożegnanie.

— Wydawało mi się, że jest całkiem nieźle — powiedziała Sally.

Sherlock prychnął.

— Weź, przestań. Ten facet to chałturnik. Na poziomie tuż powyżej grania w operze mydlanej.

— Spodobał ci się, co? Teraz próbujesz tylko zachować twarz. Co, martwisz się, że przyćmi cię taki zwykły gość?

— Bzdury pleciesz. Proszę cię, idź sobie i bądź gdzie indziej.

Sally uśmiechnęła się radośnie.

— Uwielbiam, jak czujesz się zagrożony. Fascynująco się wtedy wyrażasz.

Wsiedli do samochodu Sally.

— Co mam po południu? — spytał Sherlock.

— A wiesz, że nic. Wieczorem przyjęcie w Paley Center. Co chcesz założyć?

— Och, wszystko jedno. Wybierz coś.

Ujechali ledwo dwa kwartały, kiedy Sherlockowi zadzwoniła komórka.

— Holmes.

— Sherlock, tu Jim Schamus. Pomyślałem, że będziesz chciał wiedzieć. Angowi bardzo spodobała się wasza próbna scena. Zaproponujemy Johnowi kontrakt do tego filmu. Masz swojego Marka. Skontaktujemy się w sprawie spotkań preprodukcyjnych.

— W porządku, Jim. Dzięki. — Rozłączył się ze zmęczonym westchnieniem. — Wygląda na to, że przez cały film będę niósł pana Zwykłego Człowieka na plecach — powiedział.

— Ja bym go jeszcze nie spisywała na straty.

— Jeśli zepsuje ten film, dopilnuję, żeby już nigdy nie znalazł…

— …pracy w tym mieście — dokończyła razem z nim Sally ze śmiechem. — Gdzie ja to już słyszałam? A, tak – czy to nie jest ostatnia rzecz, którą powiedział do ciebie Lars, zanim wyrzucił cię z planu?

Sherlock zrobił wściekłą minę.

— I sama popatrz, jak ten film poradził sobie beze mnie. Żałosna minimalistyczna duńska autoerotyczna kontemplacja własnego pępka.

Sally pokręciła głową.

— Może potrzebny ci taki John Watson, Sherlock, żeby ci trochę utarł nosa.

— Nikt mi nie jest potrzebny, Sally, a już najmniej ty, więc uważaj, co mówisz.

— Nie boję się ciebie, wiesz. I on też się nie przestraszył. — Wyjechała na ekspresówkę i otworzyła okno po swojej stronie. — Coś mi się zdaje, że będę się przy tym dobrze bawić.


Klucz do metanawiązań:

  1. David, który zamiast Sherlocka obsadził w swoim filmie Roberta Downeya, to David Fincher, reżyser wielu wspaniałych filmów, do których należą Siedem i Podziemny krąg. Downey grał u niego w Zodiaku.
  2. RADA to Royal Academy of Dramatic Art (Królewska Akademia Teatralna), szkoła, z której wyszło wielu wielkich aktorów brytyjskich. Nawiasem mówiąc, Benedict nie jest jednym z nich: chodził na LAMDA (London Academy of Music and Dramatic Art czyli Londyńską Akademię Muzyczno-teatralną).
  3. Quentin to oczywiście Quentin Tarantino.
  4. Nieudany film z Sherlockiem, Paradoks Schrödingera, reżyserował Paul Haggis, reżyser Miasta gniewu.
  5. Jednostka Cieni (Shadow Unit), na postawie której mieliby kręcić filmy bracia Coen, to prawdziwa seria powieści, thrillerów o tematyce paranormalnej, pisanych przez autorów fantastyki naukowej i kryminału. Wyguglujcie ją sobie, jest świetna. Chociaż nic nie wiem, żeby była jakaś opcja na filmy; tę część zmyśliłam.
  6. Jim Schamus to dyrektor generalny Focus Features, zorientowanej na filmy artystyczne filii wytwórni Universal. Od dawna współpracuje jako producent z Angiem Lee. To z nim Lee nakręcił wszystkie swoje amerykańskie filmy.
  7. Jimmy, nad którym Sherlock zastanawia się jako nad potencjalnym partnerem do filmu, to James McAvoy, który w rzeczywistości przyjaźni się blisko z Benedictem Cumberbatchem. I rzeczywiście jest zajęty przy sequelu do filmu Wanted – Ścigani.
  8. Tylko jeden czytelnik skomentował imiona bohaterów ze scenariusza. Mało brakowało, a nazwałabym ich „Benedict” i „Martin”, ale to było trochę za bardzo meta nawet jak dla mnie, więc zdecydowałam się na podobnych brzmieniowo „Benjamina” i „Marka”.