Actions

Work Header

Obcy u bram

Chapter Text

 

Do Przeprawy Bartłomieja da się wejść.

Położona na wyspie pośrodku szerokiej rzeki osada przeszła w ostatnich latach z jednych rąk w drugie, a w każdym razie tak słyszał. Dawniej miał ją we władaniu lord Bryant ze wschodu; obecnie lord Mayhew z zachodu. Prowadzą do niej dwa mosty, po jednym z każdego brzegu; całe to drewno sprawia, że wyspa stanowi coś w rodzaju kamienia pośrodku potoku, pozwalającego przejść przezeń suchą stopą. Rzeka stanowi w tej chwili granicę między ziemiami obu panów, nic więc dziwnego, że podjęto kroki, żeby nie pozwolić wejść do Przeprawy tym, których uważa się za zagrożenie. Każdy podróżny kierujący się ku osadzie musi najpierw zapukać do budki strażniczej przy bramie, poddać się próbie i pod okiem wartownika boso przejść przez most, do kolejnej bramy.

O ile dobrze rozumie, na tej drodze czekają dwie przeszkody.

Po pierwsze, pod nieobecność strażnika, który normalnie trzyma wartę w zewnętrznej stróżówce, tej przy bramie od strony lądu, strażnicy pilnujący bramy wewnętrznej nikogo przez nią nie przepuszczą. W razie konieczności otworzą ogień.

Po drugie, każdy podróżny musi przejść przez most wyznaczoną do tego celu ścieżką pokrytą lakierem ostrokrzewowym. Jeżeli będą go od tego mocno piekły stopy, strażnik zabije go bez wahania.

To jest pewna trudność, ale do przezwyciężenia.

Z rzeką sprawa nie jest taka prosta. Wręcz przeciwnie: rzeka zupełnie nie wchodzi w grę.

Po tej stronie rzeka nie ma właściwie brzegu w normalnym znaczeniu tego słowa. Są tu tylko nagie strome skarpy nad głęboką wodą. Nawet gdyby udało mu się po nich zejść i przetransportować na dół jakąś łódź, nie może ryzykować manewrowania w nurcie. Brak doświadczenia, wartki prąd i podwodne skały razem wzięte oznaczałyby natychmiastową śmierć. Plus oczywiście pojawiając się na wyspie bez wiedzy strażników ściągnąłby tylko na siebie uwagę, a tego nie chce.

Teoretycznie mógłby się cofnąć po własnych śladach i wrócić w górę rzeki. Teoretycznie mógłby nakłonić jakąś łódź, żeby podwiozła go z powrotem w dół. Nawet pomijając barierę językową jest prawdziwym adeptem sztuki perswazji. Równie teoretycznie mógłby się rozbić i pozwolić się wyrzucić na skały kamienistej wyspy; utonąłby z obdartymi z naskórka, piekącymi dłońmi. I byłaby to ta lepsza, szybsza śmierć. Bo przecież wystarczy, żeby spędził trochę czasu na łodzi na rzece, a zimne, odbierające czucie rozbryzgi zakradłyby mu się powoli pod skórę i przeniknęły do kości. Nie ma zamiaru umrzeć w ten sposób, przemarznięty na wskroś i drżący.

A więc most; zdecydowanie most.

Ręka sama sięga mu do wewnętrznej kieszeni płaszcza po list. Idąc, z roztargnieniem spogląda raz po raz na schematyczny rysunek.

Dawno nauczył się na pamięć całego listu: zawartego w nim wyzwania, instrukcji, wskazówek – wszystkiego. Przełknął protekcjonalny ton, z podziwem przyjął tupet. Byłaby to bezczelność, gdyby nie fakt, że dla możliwości studiowania u tego człowieka przeszedł i przejechał konno wiele mil. Wszyscy wydają się zgodni, że nikt nie włada sztuką uroku – tego misternego hipnotyzmu – sprawniej niż James Moriarty.

Lekcje u Moriarty’ego to dokładnie to, czego potrzebuje. I jeżeli dostęp do nich wymaga przejścia najbardziej skrajnej inicjacji, o jakiej Sherlock Holmes w życiu słyszał, to niech tak będzie. Przejdzie próbę, przekroczy most, omota urokiem tego wyczłowieka-lekarza i wyprowadzi go stamtąd, i nikt go nie rozpozna, nie zobaczy, kim – czym – jest. Nie jest dzieckiem, poradzi sobie.

 

*

 

Rzecz nietypowa, Sherlock nie ma zdania na temat wyludzi. Można by sądzić, że jak na chłopca – nie, jak na mężczyznę – który przemyślał sobie wszystko, jest to niesłychane przeoczenie, ale nigdy się nad nimi nie zastanawiał. Na jego pojęcie wyludzkości składa się lista politycznych i kulturowych odmienności. Wyludzie w liczbie mnogiej jawią mu się jako stłoczeni wokół stołu, jak wkładają do ust jedzenie i żują. Jego pojęcie pojedynczego wyczłowieka to Angelo. Albo Molly. Albo obaj Lestrade’owie, ojciec i syn, albo pani Hudson.

Tu, na północy, sprawy mają się zgoła inaczej. Angelo jest na południu, po drugiej stronie zatoki; wszyscy inni wyludzie, których zna, są jeszcze dalej, daleko poza zasięgiem, za wodą i jeszcze do tego za górami. Żeby dotrzeć z Belgravii na północny wschód, na ziemie Moriarty’ego, Sherlock poważył się na podróż morską wzdłuż wybrzeża. We wnętrzu transportowca było cieplej niż na przełęczach na wschodzie, choćby dlatego, że w czasie podróży morskiej miał pewność, że przeżyje. Żeglarze z południa doskonale wiedzieli, jak Irene chroni swoich wysłanników. Szkoda tylko, że jej protekcja nie sięgała dalej niż do portu, w którym zszedł na ląd.

Dano mu dobitnie do zrozumienia, że co by nie myślał o wyludziach, oni sami mają bardzo konkretne opinie na temat ludzi takich jak on, przy czym w grę zazwyczaj wchodzi palący dotyk ostrokrzewu na skórze i grot strzały w serce.

Niezależnie od umowy, jaką zawarł z Irene, nie musi doprowadzać do końca tej sprawy z Moriartym. Może, wciąż może przepłynąć zatokę i wrócić do Angela i do dawnego życia. Mogą to ciągnąć dalej tak jak zawsze do tej pory: jako nie całkiem ojciec i nie do końca syn. Kiedyś, dawniej, to by wystarczyło.

Ale przyszedł czas dorosnąć.

 

*

 

Stróżówka okazuje się być skromnym domkiem na skraju skarpy. Palisada, brama i most w jego oczach nijak nie przydają jej stabilności. Podoba mu się jednak ogrodzenie: nigdy nie przemawiała do niego perspektywa śmierci wskutek upadku z dużej wysokości.

— Kurier! — woła Sherlock po anglijsku, stukając do drzwi stróżówki. Ubrany jest stosownie do tej roli w długi płaszcz podróżny, praktyczne buty i roboczy strój dobrze zarabiającego sługi. Nie próbuje ukryć obcego akcentu, który przynajmniej tłumaczy cudzoziemski krój jego ubioru.

— Pokaż mi dłoń, proszę — odpowiada przez kwadratowe okienko głos z drugiej strony drzwi. Dla tego kogoś anglijski jest oczywiście językiem ojczystym.

Okienko jest za nisko, żeby dorosły mężczyzna mógł zajrzeć przez nie do środka. Okazując większą pewność siebie, niż faktycznie czuje, Sherlock wkłada przez nie nagą dłoń, grzbietem w dół.

— Potrzymaj to, proszę — mówi strażnik, dając mu do ręki pokrytą liśćmi gałązkę.

Sherlock ją chwyta. Natychmiast poznaje, że ostrokrzew nie jest świeży. Dłoń nawet go nie łaskocze.

— Nazwisko i co cię sprowadza — pyta strażnik, „proszę” pozostawiając tym razem w domyśle.

— Sherlock Holmes, kurier. Nic nie przyniosłem, jestem po odbiór. Ma być paczka na nazwisko „Anderson”. — Nie umie się zmusić do zapamiętywania fałszywych nazwisk. Panowanie nad poprawnością nowego języka i pilnowanie, żeby nie pomieszał się z innymi, to wystarczająco dużo zachodu.

— Mam tu kilka. Tylko nazwiska nie jestem pewien. Umiesz czytać, czy mam iść po kogoś?

— Umiem — odpowiada. Pilnuje, żeby nie napinać dłoni ani nie przesadzać z udawaniem, jaka jest rozluźniona. Wtykanie ręki w dziurę, w której siedzi człowiek z mieczem, powinno powodować pewne napięcie. Mógłby się założyć, że facet ma tam i kuszę.

Wreszcie strażnik zabiera ostrokrzew, ujmuje rękę Sherlocka w obie dłonie i ogląda ją szybko. Dłonie ma suche, pewne. Bardzo szorstkie, z wyraźnymi odciskami od miecza. Zawodowiec o mocnych nerwach. Albo objął ten posterunek niedawno, albo ma maniery nienaganne do bólu.

— Czyli to byłbyś ty — oznajmia strażnik i wypuszcza nieskazitelnie gładką dłoń Sherlocka. — Otworzę ci i możesz rzucić okiem.

Zmieniają pozycje i wycofują się; potem strażnik zatrzaskuje okienko i otwiera drzwi. Drzwi otwierają się do środka i mają trzy zasuwy, a właściwie jeden ciężki drewniany rygiel i dwa metalowe skoble. Mężczyzna zza drzwi jest od niego niższy: jasnobrązowe włosy strażnika wypadają gdzieś na poziomie oczu Sherlocka. Ma ślady siwizny na skroniach i pierwsze zmarszczki na twarzy, ale wyglądają one na przedwczesne. Stres i przebyta choroba: były żołnierz.

Liczy się to, że najwyraźniej człowiek ten jest silny, ma lata doświadczenia w posługiwaniu się mieczem i skrupulatnie przestrzega zasad. Trzeba go będzie nie tyle powalić co obejść.

Strażnik podnosi wzrok i patrzy na Sherlocka, jakby nie tego się spodziewał. Co tym razem? Ciemne włosy czy blada skóra? Wzrost, akcent? Albo może miękkość dłoni. Jego dłonie bardziej rzucają się w oczy w tej rolniczej północnej krainie niż w miastach południa.

Zamiast zadać pytanie, mężczyzna pokazuje gestem kąt stróżówki.

— Paczki trzymamy na tej półce.

„Ta” półka to trochę niejasne określenie. Półki zajmują całą ścianę po prawej stronie Sherlocka: zapasy tego i owego. Skrzynki, słoje i małe beczułki, nad którymi góruje jedna większa ich kuzynka wciśnięta do rogu. Pojemniki nie mają etykiet i Sherlock nie ma pojęcia, co zawierają – może jedzenie w postaci stałej – toteż natychmiast zaczyna odczuwać małostkową fascynację.

— Wybacz — śmieje się trochę strażnik. — Na tej. — Tym razem pokazuje, jak należy.

Sherlock kiwa mu głową i wchodzi do środka. Drzwi zamykają się za nim. Słyszy odgłos opuszczania drewnianej zasuwy, ale nie dwóch metalowych. Oczywiście że nie, skoro za minutę wychodzi. A wychodzi.

Pierwszy zapach, jaki do niego dochodzi, to zapach wyczłowieka. Konkretnie woń mężczyzny, który pełni tu służbę, a także jeszcze jednego innego. Pot, piżmo, łój. Pod nimi drewno: najpierw sam budynek, potem coś innego. Jakieś świeższe drewno, jakby coś tu niedawno budowano albo strugano. I lakier. Jeszcze ślady ognia w palenisku, dym. Może świeżo porąbane drewno na ogień. Nie, na ogień torf. Tysiące pomniejszych zapachów: płótno, słoma, skóra zwierzęca, wyludzkie jedzenie.

W stróżówce są dwa pomieszczenia, jeśli liczyć stryszek. Przez oddzielające go pionowe listwy dostrzega wypchany słomą materac. Po przeciwnej stronie głównego pomieszczenia, po prawej, są drzwi wychodzące na skrawek ziemi między bramą a mostem. Mają założony zamek, na oko porażająco praktyczny. Niewykluczone, że całkiem dobry.

W pokoju jest wygasłe palenisko pod tylną ścianą naprzeciwko drzwi wychodzących na most, prosty stół na środku i dwa krzesła, jedno lepsze, drugie bardziej byle jakie. Podłoga jest drewnianym, pokrytym słomą klepiskiem, w palenisku wisi jakieś ciężkie, czarne naczynie do przyrządzania jedzenia. Pod głównym oknem, pomiędzy paleniskiem a drzwiami na most, stoi pękata drewniana skrzynia służąca za ławę, przykryta wytartą poduszką.

Przedmiotów osobistych jest tu żałośnie mało i z tego, co Sherlock widzi, wszystkie co do jednego są ostre. Widoczne na stole pozostałości po struganiu w drewnie sugerują połączenie nudy i talentu artystycznego. O ścianę od strony bramy oparty jest miecz w pochwie; jego rękojeść pasuje do rękojeści noża, który mężczyzna ma przy pasie.

Sam pas był kiedyś niezły. Dobrze się zestarzał, a stan sprzączki świadczy o tym, że właściciel albo jest dumny, albo kocha porządek. Zapewne jedno i drugie. Tak spodnie, jak i koszula są grubo przędzone i były jako tako umiejętnie naprawiane co najmniej trzy razy. Buty strażnika są zadbane jak jego pas i wielokrotnie naprawiane jak jego ubranie.

Musi tu być coś, co będzie mógł wykorzystać. Oby nie zamiłowanie do ostrych przedmiotów.

Przegląda przesyłki równie szybko, jak obejrzał pokój.

— Jeszcze nie przyszła — oświadcza.

— Jak wygląda? — pyta wartownik. — Będę na nią uważał.

— Nie wiem — odpowiada Sherlock. — Będzie podpisana.

— Te też są podpisane.

Sherlock posyła mężczyźnie dziwne spojrzenie.

— Nazwiskami „Miller”, „Brown” i „Davison”.

Tamten otwiera szeroko oczy ze zdumienia.

Ooooch. — Wydech na dwie raty. — Przepraszam. Nigdy tego nie widziałem.

Sherlock od razu się jeży.

— Żeby ktoś tak czytał — wyjaśnia mężczyzna. — W ogóle nie poruszasz ustami. Jesteś jakimś wędrownym uczonym, czy co? — Sherlock szuka w jego twarzy sarkazmu i nie znajduje go.

Szczery podziw dla najprostszej czynności. Idiotyczna sprawa i zadziwiająca.

— Co mnie zdradziło? — pyta i uśmiecha się tak figlarnie, jak tylko przekonująco potrafi.

— Przy takich dłoniach – kim innym mógłbyś być? — odpowiada tamten. Uśmiech krąży wokół kącików jego ust, przychodzi i zawraca. — No chyba że jakimś paniątkiem na posyłki.

Sherlock skubie wyłóg płaszcza.

— Dziwna sprawa, tego jakoś nikt nigdy nie podejrzewa.

Mężczyzna się śmieje.

Sherlock też.

Tamten nie przestaje się uśmiechać.

— Chcesz poczekać na tę paczkę w osadzie?

— To może potrwać kilka dni — odpowiada Sherlock. — Nakręcę sobie tymczasem jakąś robotę po tej stronie rzeki, jeśli ci to nie robi różnicy. Jak przesadzę z kosztami podróży, to nie ściągnę ich potem z klienta. — Co istotniejsze, nie uśmiecha mu się spacer na bosaka po ostrokrzewie. Jego stopy nie zniosą tego co dłonie. Jeszcze nie teraz. Pracuje nad tym.

Mężczyzna znowu się śmieje. Bardzo pogodne nastawienie jak na wartownika. Może dzięki temu zachowuje uprzejmość. Sherlock domyśla się, że taka ciasnota nie sprzyja dobremu humorowi. Jest ich w środku tylko dwóch, a pomieszczenie i tak robi się od tego śmiesznie małe. To musi być jak mieszkanie w szopie. Ten człowiek nie może tu chyba mieszkać przez cały czas. Chociaż powinien, jeśli ten posterunek ma naprawdę bronić przed urokiem. Ciekawe.

— Będziesz dalej na służbie? — pyta Sherlock. — Za dwa czy trzy dni?

— Prawie na pewno tak — odpowiada tamten. — Zwykle jestem, w dzień. W nocy zwykle Bill.

Usta Sherlocka drgają przez moment w uśmiechu:

— A jak przyjdę w przyszłym roku?

— Pewnie dalej ja albo Bill.

— Miejmy nadzieję, że to aż tyle nie potrwa.

— Wątpię, żeby to wyglądało bardzo profesjonalnie z twojej strony.

— Nie, ani trochę — zgadza się Sherlock. — Z drugiej strony byłoby to o wiele bardziej profesjonalne niż robota tego kogoś, kto zaprojektował tę stróżówkę. Bronicie się od tej strony: czemu są tu drzwi wychodzące na wschód? Fuszerka.

— Boże święty, wiem — przyznaje mu rację strażnik i co ciekawe, wcale nie wygląda na urażonego. — To jest pozostałość z czasów, kiedy Przeprawa była placówką zachodnią. Stróżówka po przeciwnej stronie jest zupełnie sensowna. I okazało się, że pozbycie się drzwi to za duża przeróbka.

— I dalej otwieracie je przed nieznajomymi — rzuca wyzywająco Sherlock.

Wyraz twarzy strażnika zmienia się minimalnie, a on sam nie jest już niski; zamiast tego robi się taki jakby zwarty w sobie. Do Sherlocka nagle dociera, bardzo wyraźnie, który z nich dwóch wygrałby w fizycznym starciu. Informuje go o tym ciało wartownika i naprawdę jest to informacja, nie groźba.

— Przed kurierami, którzy potrafią czytać — mówi wyczłowiek.

Sherlockowi zasycha w ustach. Przez chwilę nie jest pewien, jak się usprawiedliwić i zniknąć. Nie ma tak naprawdę żadnego powodu, żeby sobie nie pójść, ale i nie ma ochoty tego robić. Jest okazja zdobyć więcej informacji.

Aha, oczywiście.

— Sherlock Holmes — przedstawia się i drugi raz podaje rękę. Po wyludzku, prostopadle do podłogi.

Strażnik ściska mu dłoń. Jak poprzednio, jego dotyk jest pewny, profesjonalny.

— John Watson.

— Miło mi. A teraz wybacz, ale powinienem iść, jeśli chcę wrócić do oberży przed zmrokiem.

— Oczywiście — mówi John i puszcza jego dłoń, żeby otworzyć drzwi. Nie śpieszy się z podnoszeniem skobla. — Jesteś…? — Wygląda na zewnątrz i marszczy brwi. — Podróżujesz sam.

— Na ogół tak.

— Ale jesteś nieuzbrojony. — John szybko obszukuje go wzrokiem. Dziwne, że musi sprawdzać; od kiedy otworzył Sherlockowi drzwi, nie spuścił z niego oczu.

— Na ogół tak.

— Nie jesteś stąd, co?

— Nie zdradził mnie akcent?

— Właściwie tak — odpowiada John. Nagle głos mu się zmienia i jakby się waha. Sherlock potrzebuje chwili, żeby zrozumieć dlaczego.

— Mówisz po frankijsku? — pyta, dołączając do Johna w tym języku, swoim ojczystym.

— Mówi ojciec mojego ojca — odpowiada John, niepewnie jak dziecko. — Mam tylko tyle słowa, co on też ma.

Sherlock nie próbuje ukryć przed nim, co myśli; będzie to widać po jego minie.

— Oj, zamknij się — mówi mu John, przełączając się z powrotem na anglijski. — Wyszedłem z wprawy. Ale zaraz, poczekaj minutę.

Strażnik zdejmuje coś z jednej z półek. Kolejny nóż: żadna niespodzianka. Ten ma prostą skórzaną pochwę i drewnianą rękojeść.

— Trzymaj go tak — pokazuje mu John. — To jest tylko straszak, rozumiesz, ale straszak też działa.

Sherlock o mało znowu nie wybucha śmiechem. Ten człowiek z takim przejęciem mówi mu coś, co Sherlock dobrze wie, choć on na pewno myśli, że nie: że najlepszą bronią na świecie jest kłamstwo.

John łaskawie wypuszcza go dopiero po tym, jak powtórzył zademonstrowane przez niego ruchy i wysłuchał poprawek co do uchwytu i postawy.

— Możesz go odnieść następnym razem — mówi Sherlockowi. — Nie daj się zabić.

— Zdaję sobie sprawę z zagrożenia — odpowiada Sherlock. Ironia tej chwili jest miażdżąca i coraz to większa. — Lord Bryant odciął je w większej części na wschodzie. — Chyba że „zagrożenie” ma jakąś motywację, żeby zawędrować tak daleko na zachód. Jak Sherlock.

— Ludzie też bywają niebezpieczni — mówi mu John i czy to nie dziwne, że każdy z nich mówi o swoim własnym gatunku „ludzie”? — Z tego, że ktoś nie chce wypić twojej krwi, nie wynika jeszcze, że nie chce jej przelać. Uważaj na siebie.

— Będę uważał — obiecuje Sherlock.

John oblizuje wargi; tego gestu Sherlock nie umie zinterpretować.

— Dobra — mówi wyczłowiek.

W drodze powrotnej Sherlock zatrzymuje się, żeby się nakarmić. Marsz jest długi i nudny, ale on nie potrafi się wyzbyć irracjonalnego poczucia, że dużo dziś osiągnął.

 

*

 

W nocy zaczyna padać. Deszcz przychodzi po kilku ciągnących się powoli godzinach dziwnie niespokojnego przysypiania. Drobne krople biją w dach i sprawiają, że Sherlock kuli się i wierci pod kocem.

Tak się boi, że gdzieś będzie przeciekać, że nie może spać.

Rano szaleje burza. Strzecha wytrzymuje jej napór. Przytrzymujące ją kamienne ciężarki grzechoczą o ściany, strącane przez wiatr.

Koło południa zagląda do niego oberżystka. Sherlock otwiera jej drzwi: lęk, który czuje, maluje mu się chyba na twarzy.

— Niech no ci się przyjrzę — mówi kobieta. Zna tylko anglijski. — Musiałeś się wczoraj wieczorem przeziębić. Zostało trochę rosołu z kolacji, przynieść ci?

— Nic nie dam rady przełknąć — odpowiada i jest to bardziej uczciwa odpowiedź niż ona mogłaby się spodziewać. Najadł się wczoraj tym jeleniem i póki nie może wyjść z tego budynku, nie ma zamiaru się zdradzić, wymiotując na szkarłatno.

— Musisz uzupełniać płyny, słoneczko — upiera się kobieta.

Nie — Sherlock wkłada w to słowo za dużo siły; nadmierna energia przelewa się górą.

Oberżystka marszczy czoło, zbita z tropu. Pod wpływem uroku jej oczy robią się szkliste, ale jej umysł i tak odrzuca jego stanowczą odmowę.

Zatroszczyłaś się o mnie doskonale — mówi dalej Sherlock, bo teraz nie może się już wycofać. Tu, gdzie żadne prawa nie regulują zachowania jego ludu, a tylko walkę z nim, posługiwanie się urokiem bez zezwolenia nie jest nielegalne. Dalej dziwi go łatwość, z jaką mu to przychodzi. I to, jak często jest zmuszony to robić. Bez przerwy spodziewa się, że młody Lestrade przyjdzie i da mu w ucho. — Masz rację, pójdę teraz odpocząć.

Przez chwilę kobieta nie reaguje, a Sherlock powątpiewa w swój dobór słów, swoją znajomość języka. Niefortunne słowo czy zwrot może doprowadzić do katastrofy. Równie kluczowe, równie brutalne w skutkach mogą być nawet konotacje, idiomy.

— …Tak — mówi powoli oberżystka. Potem przyjmuje jego myśl za swoją i już pewniej kończy: — Tak, naprawdę powinieneś się położyć, słoneczko.

Kiedy pani Tanner zostawia go samego, Sherlock zamyka się w pokoju. Planuje, myśli, trawi i wcale nie kuli się ze strachu pod tym mizernym dachem. Postanawia się na razie nie karmić. Wezwanie pani Tanner z powrotem byłoby proste, ale nawet tego nie bierze pod uwagę. Za dużo zamieszania, za dużo śladów. Poza tym efekty uboczne byłyby co najmniej… problematyczne.

Pozbawiony alternatyw, idzie do łóżka.

Wygrzebuje się z niego dwa dni później, kiedy przestaje padać.

 

*

 

Wychodzi na długo przed czasem. Okazuje się, że dobrze zrobił, bo droga jest zdradliwa. Wszędzie jest błoto i kałuże. Z drzew kapie na niego woda.

Cała uważność, z jaką wybiera bezpieczną trasę, marnuje się szybko, o wiele za szybko, przez wiatr, który potrząsa gałęziami i ochlapuje mu kark i twarz zimnymi kropelkami. Krzycząc, otrząsając się, Sherlock wyciera się do sucha rękawem. Za późno: chłód przeniknął już w głąb ciała. Wysiłek go rozgrzeje, ale tylko pod warunkiem, że się nie zamoczy. Mając to na względzie, stawia kołnierz płaszcza na sztorc i zachowuje wzmożoną czujność.

Niewiele może osiągnąć, wracając tam tak szybko, ale o wiele za dużo czasu spędził uwięziony w budynku. Trzy noce i całe dwa dni. Nie, dzisiaj się przejdzie. Może kiedy będzie ruszał w drogę powrotną do wioski, liście będą już na tyle suche, że będzie mógł zapuścić się do lasu. Ostatni raz polował, zanim przyszła burza, ale gdyby wywabił zwierzynę na drogę, ryzykowałby, że ktoś go rozpozna. Karmienie się na widoku tak daleko na północy byłoby samobójstwem. Przykre, ale godziny mijają, a na drodze wciąż mijają go podróżni. Rozmawia z nimi, ale nie udziela się towarzysko; raczej jest rozdrażniony niż tęskni za domem.

Dociera na miejsce wczesnym popołudniem. Przed sobą ma dwóch mężczyzn i wóz zaprzężony w wołu. Tamci podchodzą do stróżówki; on zostaje z tyłu. Zakręt jest w sporej odległości od mostu, ale Sherlock i tak się za nim chowa.

John szybko otwiera bramę. Musi znać tych dwóch. Nie, tylko tego starszego. Młodszy idzie z boku, niosąc w rękach buty i skarpety. Starszy idzie przed swoim wozem, prowadząc wołu. Przechodzą przez bramę i John zamyka ją za nimi.

Pojazdy i zwierzęta przekraczają bramę prawą stroną; nowoprzybyli lewą. Zapewne koła i kopyta za szybko zdzierają ostrokrzewowy lakier, żeby cała powierzchnia mostu była nim dobrze pokryta. Czyli prawą stroną dałoby się bezpiecznie przejść. I nie trzeba na niej zdejmować butów.

Jeśli Sherlock nie chce zmarnować miesięcy na wykształcenie odporności w stopach, będzie musiał tak to załatwić, żeby pozwolono mu przejść prawą stroną. Wystarczy, żeby wartownik go znał, czy muszą go też znać strażnicy przy wewnętrznej bramie? Jeśli to pierwsze, to będzie to tak proste, że aż za bardzo. Wprawdzie towarzyskie pogaduszki o niczym z Johnem mogłyby się okazać całkiem ciekawe, ale na pewno nie stanowiłyby wyzwania, o jakim marzył.

Jeśli jednak tamci strażnicy też muszą go rozpoznać…

Kilka godzin czeka, aż ktoś wyjdzie. Każdą minutę tych kilku godzin mógłby spędzić, maszerując w stronę jakichś zabudowań; bardzo możliwe, że wieczorem wróci deszcz. Nie czeka mu się przyjemnie. Las jest wilgotny i ocieka wodą, drwiąc sobie z jego pustego żołądka. Dość silny wiatr sprawia, że zapuszczenie się między drzewa byłoby w oczywisty sposób niebezpieczne. I bez kłopotów z wodą jest mu wystarczająco zimno.

Wreszcie brama otwiera się po raz drugi. Wszyscy wychodzący idą prawą stroną.

Widać ostrokrzewowa ścieżka to rodzaj inicjacji, próby, którą przechodzi się tylko raz, żeby jej niepotrzebnie nie zdzierać. Lakier jest drogi, a Przeprawa Bartłomieja dysponuje skromnymi środkami. Ciekawe, czy wynika to z kurczących się funduszy lorda Mayhewa, czy z wiary w to, że lord Bryant utrzyma Moriarty’ego i jego stronników na wschodzie? Tak czy inaczej, oszczędność ta oznacza, że kiedy już załatwi to, po co przyszedł, będzie mógł bezpiecznie wyjść.

Wychodzi z zakrętu i rusza w stronę bramy, zanim tamci się do niego zbliżą. Kiedy się już prawie mijają, jeden z nich woła do niego:

— Właśnie przegapiłeś bramę, chłopie! — Oczywiście po anglijsku, jak zawsze tutaj.

Odpowiada niezobowiązującym uśmiechem i uniesioną dłonią. Jest pewien, że ten gest nawet tu, na dalekiej północy, uważany jest za przyjazny.

Stuka do drzwi i raz jeszcze zostaje poddany procedurze z pokazywaniem ręki. Tym razem jednak procedura szybko ustępuje ciepłemu okrzykowi: jego imieniu. Sherlock zabiera dłoń i John otwiera drzwi.

— Miło cię widzieć — mówi szybko po frankijsku wyczłowiek, po czym przełącza się na anglijski. — Widzę, że nikt cię jeszcze nie zabił. Brawo.

Sherlock odruchowo reaguje szybkim uśmiechem. No jasne, żart. To tylko żart.

— Oczywiście że nie. Miałem to — odpowiada, oddając Johnowi jego tkwiący w pochwie nóż.

John sięga po niego, ale przerywa gest w pół drogi. Jego ręka zamiera nad rękojeścią tak, jak jego wzrok na twarzy Sherlocka.

— Masz już swój?

— W zasadzie nie.

— Cóż, dzisiaj też nie ma paczki, więc może lepiej zatrzymaj go jeszcze na jakiś czas. — Palce Johna chwytają rękojeść. Ich opuszki dotykają przy tym dłoni Sherlocka i mężczyzna popycha ją delikatnie, naprowadzając ją. Pewnie dla podkreślenia, jakby chciał powiedzieć: „Weź go, nie daj sobie zrobić nic złego.” — Nie jesz mięsa?

Sherlock nie zmienia wyrazu twarzy.

— Dlaczego pytasz?

— Nie nosisz noża — odpowiada John, jakby związek między tymi dwoma faktami był oczywisty. No tak, dla wyczłowieka jest oczywisty. Sherlock pomyślał, żeby nosić przy sobie bukłak, ale sztućce są mu rażąco obce.

— Na południu mamy inne zwyczaje. Powiedz mi, jesteś taki opiekuńczy w stosunku do każdego, kogo dopiero co spotkałeś? — pyta Sherlock i z wielkim zainteresowaniem obserwuje wyraz twarzy Johna, która na moment nieruchomieje. Taki krótki moment… czego? Nie niepewności. Ciekawe.

— Większość ludzi tego nie potrzebuje — zauważa oschle John. — Co robisz, jak musisz się bić?

— Nigdy się nie biję. — No chyba że chce.

— Sposób, w jaki to mówisz, przywodzi mi na myśl moją siostrę.

— W sensie że?

— W takim sensie, że ze wszystkiego potrafisz wykręcić się gadaniem. Trafiłem?

Sherlockowi dziwnie wali serce.

To nie ze strachu przed rozpoznaniem. Jak właśnie stwierdził John, Sherlock dałby radę wykręcić się z tego gadaniem, zwłaszcza że są tu tylko we dwóch. Nie, nie chodzi o dreszcz poczucia fizycznego zagrożenia; to coś innego. Jakaś rozcieńczona wersja tego, co czuł, stojąc w komnatach Moriarty’ego i dając mu się zobaczyć.

Słabe porównanie, ale może podobieństwo jest autentyczne. John patrzy na niego tak samo jak wtedy Moriarty i Sherlock może się tylko domyślać, że ma to coś wspólnego z seksem. Nie bardzo wie, jak na to zareagować, ale to spojrzenie sprawia, że robi się próżny.

— Z większości rzeczy — mówi. Odrywa wzrok od twarzy Johna później, niż to jest przyjęte wśród wyludzi, ale jemu chyba to nie przeszkadza.

Wręcz przeciwnie, John robi to samo. Patrzy Sherlockowi w oczy i odrywa je tylko na krótkie momenty, raz po raz. Nie pokazuje już zębów, ale kąciki ust drgają mu lekko. Obie stopy ma skierowane w stronę Sherlocka, tak samo miednicę, a górną część ciała pochyloną lekko do przodu, jak roślina ku słońcu. To właściwie nie jest postawa agresji. John czegoś od niego chce i chce tego w estetyczny sposób.

— A wkręcić się tu i tam gadaniem też potrafisz?

— Gdzie tylko zechcę — Nie skłamał, więc na prawo się chełpić.

— I w ten sposób podróżujesz, co? Teraz pójdziesz się wkręcić z powrotem do… dokąd właściwie? — ciągnie go za język John.

— W tej chwili do Montague.

John mruga i robi się poważny.

— To cztery godziny drogi.

— Zgadza się. I?

— Słońce zachodzi za trzy. To może być istotna informacja.

Sherlock uśmiecha się; celuje w uśmiech uspokajający.

— Oj, nic mi nie będzie. — Doskonale widzi w ciemności.

John patrzy na niego z powątpiewaniem.

— Masz latarnię?

— Nie będzie mi potrzebna. Księżyc już blisko pełni, będzie wystarczająco jasno.

— Tak i nie zmienią tego deszcz ani chmury.

Sherlock rzuca okiem na niebo.

— Nie wygląda to tak źle — mówi. — Ot, lekko wieje z zachodu.

— Nie widzisz stamtąd zachodniego nieba, co? — pyta go John. — Szare jak gęś i równie wściekłe.

— Pewien jesteś? — A lepiej jeszcze: — Mogę zobaczyć?

— Mhm. — John kiwa głową i wchodzi w głąb domku. Robi dwa kroki od drzwi, obchodzi stół, dwa kroki do skrzyni pod oknem. Otwiera okiennice i pokazuje, co się dzieje na dworze.

Sherlock wchodzi za nim do środka. Znajome zapachy z każdym krokiem przybierają na sile. Staje pod oknem koło Johna, opiera jedno kolano na skrzyni i wygląda na zewnątrz.

Po prawej widzi most, prosto przed sobą wyspę. Po raz pierwszy ma okazję rzucić okiem na wewnętrzną bramę. Jest wysoka i mocna i tak, to będą otwory strzelnicze. Skrzydła bramy są grube, grubsze niż jako tako sklecone deski bramy zewnętrznej. Na samej wyspie dostrzega budynki, ale przede wszystkim rzucają mu się w oczy jej skaliste, pionowe, bezlitosne brzegi.

W tej chwili jednak znacznie bardziej martwią go te chmury.

— Rzeczywiście — zgadza się. — Zanosi się na deszcz.

— No tak jakby — odpowiada John i też wygląda przez okno. Ich twarze znajdują się przez to blisko siebie i ta bliskość przypomina Sherlockowi, że od kilku dni nic nie jadł.

Mógłby spróbować. Jeśli pójdzie przez las i znajdzie schronienie, zanim się rozpada, będzie miał mnóstwo czasu na omotanie dowolnego stworzenia w zasięgu głosu. A jeżeli schronienia nie znajdzie, będzie miał mnóstwo czasu na to, żeby ubranie przesiąkło mu zimną wodą. Jego płaszcz jest doskonały, ale nie ochroni go przed stopniową utratą czucia w stopach i całych nogach. Ziąb wody przeniknie w głąb jego ciała, aż wreszcie umrze tak, jak przed nim jego ojciec. Szybciej, jeśli będzie miał szczęście.

Wobec takich opcji wytrzyma o pustym żołądku. Pewnych aktów głupoty nie będzie powtarzać; miał szczęście, że przeżył za pierwszym razem.

— Jak myślisz, jak szybko musiałbym iść? — pyta strażnika. — Lepiej znasz tutejszą pogodę niż ja.

— Nie wydaje mi się, żebyś miał szansę uniknąć tej ulewy na piechotę — odpowiada John, wycofując się spod okna w głąb pomieszczenia i oblizując wargi. Zamyka okiennice na zasuwki. — Ale masz stąd blisko do Euston. Powiedziałbym, że to godzina drogi; trzeba iść na południowy wschód. Trochę byś zmókł po drodze, ale mógłbyś tam przeczekać do rana.

Ma do wyboru zamarznąć w deszczu albo spalić się na ostrokrzewie. To nie do przyjęcia.

— Nic z tego.

— Hmm? Czemu?

— Nie mam tyle pieniędzy — kłamie Sherlock. — Taki jest problem z dostarczaniem paczki, która nie chce przyjść. Mogę tylko wrócić do Montague – tam zapłaciłem z góry.

— Niedobrze. Hmm. Cóż.

Kto inny uciekłby się może w takiej chwili do uroku. Ostatecznie to sprawa życia i śmierci i wszystko zależy od tego, czy będzie mógł schować się w tym malutkim domku. Mycroft na tym etapie omotałby już strażnika do tego stopnia, że zrobiłby z niego swoją uległą marionetkę. Sherlock domyśla się, że Moriarty też namotałby już urok, z tym, że byłoby to coś subtelniejszego, bardziej przebiegłego i zawiłego – tak dla większej rozrywki.

Jeśli Sherlock ma jedną mocną stronę, to jest nią naturalna zdolność przekonywania, większa niż u kogokolwiek, kogo w życiu spotkał.

Dlatego patrzy teraz na Johna z nadzieją i niczego nie zakładając z góry. Sherlock potrafi się o siebie zatroszczyć. Można by mu pomóc, ale nie jest ciężarem. Stosuje tuzin wyludzkich sygnałów niewerbalnych, które zaobserwował, samych subtelnych i budzących sympatię.

— Hmm? — pyta.

— No cóż — mówi John. — Gdybyś chciał, jest siennik na stryszku. To znaczy normalnie zamykam tu na noc i wracam do Przeprawy, ale nie wiem, co Harry powie na nie zapowiedziane towarzystwo. I nie bardzo mogę zostawić cię samego w stróżówce – nie, burmistrzowi nie spodobałoby się zostawianie obcych ludzi samych w stróżówce – ale jeśli nie przeszkadzałoby ci wspólne spanie na stryszku…

— Naprawdę? Jesteś pewien? — Sherlock próbuje okazać niezdecydowanie, którego zupełnie nie czuje. Nadzieja, jaką okazuje, jest jednak szczera. Potem dodaje komplement, który oznacza, że John nie będzie mógł się już wycofać: — To wyjątkowa życzliwość.

— Nie, w porządku, to nic takiego — mówi John.

— Jeśli ktoś na ciebie czeka, mógłbym wyskoczyć na zewnątrz i poczekać, aż mu powiesz — sugeruje. Nie ma sensu budzić niczyich podejrzeń w sprawie zaginionego strażnika. — Harry, mówiłeś?

— Harriet — poprawia się szybko John. — Moja siostra. Ona nie jest… My i tak ignorujemy się nawzajem. A Bill właśnie wziął ślub, więc biorę ostatnio nocne zmiany, i, tego. — John sam sobie przerywa, uprzejmy i nerwowy, choć jest w nim coś jeszcze, coś, czego Sherlock nie potrafi do końca zidentyfikować. — Znaczy nie. Nikt na mnie nie czeka.

— Ach — mówi Sherlock, bo wie, że coś powiedzieć musi. — Zawsze uważałem, że to największa zaleta mieszkania w pojedynkę. — To krótkie zawsze, ale jednak zawsze. Wprawdzie wyludzie drażnią go swoją obcością, ale woli to niż być traktowanym jak dziecko. Mimo to tęskni do Angela.

Język Johna wygląda, jakby uwiązł mu między wargami. Zamiera tam na chwilę, po czym ponownie znika w jego ustach, ledwo John zorientuje się, że Sherlock patrzy.

Następuje moment kontaktu wzrokowego i Sherlock pojmuje, że to też jest jakaś wskazówka z dziedziny komunikacji niewerbalnej. Ponieważ jest mu obca i nie do rozszyfrowania, może tylko mieć nadzieję, że John mu powie, o co chodzi, jeśli będzie to naprawdę konieczne.

I znowu ten szybki ruch różowego języka.

I znowu Sherlock patrzy.

John odpowiada spojrzeniem, w oczach ma jakieś pytanie.

— A, zostawiłem drzwi otwarte — oświadcza Sherlock. — Przepraszam, nie chciałem wpuszczać zimna.

Przechodzi na drugą stronę pomieszczenia i zamyka drzwi; w słabo oświetlonym pokoju zapada jeszcze głębszy półmrok. Drzwi nie mają haczyka, a tylko zasuwy, więc wszystkie trzy — drewniana i obie metalowe — idą na swoje miejsca. Właśnie zamknął się w pokoju z człowiekiem, którego praca polega na zabijaniu ludzi takich jak on: takie są nowe fakty jego życia.

Kiedy wraca, jedynym źródłem światła w pokoju jest ogień płonący w palenisku. Oświetlony z jednej strony, w połowie zanurzony w cieniu, John dał się złapać gdzieś między blondynem a szatynem. Migotanie ognia sprawia, że wydaje się to młody, to stary. Czerwień jego koszuli wygląda na ciemniejszą, bardziej intensywną, mniej znoszoną. Potem John majstruje przy okiennicach, wpuszczając do środka słabe światło słońca, i powraca normalność.

Sherlock podchodzi do stołu, żeby usiąść. Zajmuje krzesło, które stoi po jego stronie stołu; John siada naprzeciwko. Zainteresowanie, które dostrzegł przed chwilą w jego niebieskich oczach, teraz trochę przygasło. Ciekawe.

Przez chwilę siedzą w milczeniu; potem w głośnym milczeniu pełnym napięcia.

— Chciałbyś posłuchać czegoś z historii? — pyta Sherlock.

— O czym? — chce wiedzieć John.

— O czym tylko chcesz.

 

*

 

Najpierw John pyta o pismo.

Na Sherlocku wrażenie robi to, że następnie słucha odpowiedzi.

Sherlock zaczyna od frankijskiego i powoli przechodzi do anglijskiego. Mówi o prajęzykach, o ich powolnym przemieszczaniu się wzdłuż wybrzeży zatoki i późniejszej szybszej wędrówce drogą morską. O tym, jak kultury jego ludu i wyludzi wielokrotnie w historii nakładały się na siebie i wywierały na siebie nawzajem wpływ. Daleko na południu, na ziemiach, o których Sherlock myślał kiedyś jako o północy. Uważa, żeby ujmować informacje w słowa, które John przyjmie.

— One miały takie same głoski? — pyta John.

— Niekoniecznie — odpowiada Sherlock.

John marszczy brwi.

— Ale litery mają takie same?

Sherlock siada trochę bardziej prosto i zaczyna wyjaśniać.

John słucha, urzeczony.

 

*

 

Kiedy zaczyna się ulewa, John zamyka okiennice i zapala stojącą na stole świecę. Ciepła stróżówka robi się intymna.

— Twoja kolej — mówi mu Sherlock.

John wciąga brodę; na prawej połowie jego twarzy tańczy odblask ognia.

— Nie przychodzi mi na myśl nic, co bym wiedział, a co by cię mogło interesować.

— W takim razie niech to będzie opowiadanie, coś fikcyjnego.

— Znam trochę historii żołnierskich — odpowiada John. — Ale większość z nich jest nieco wulgarna. — Widzi wyraz twarzy Sherlocka i ma tyle dystansu, żeby odczuć rozbawienie z samego siebie. — Czyli nie.

— Coś innego. — Te bzdury absolutnie Sherlocka nie interesują. Nie mogą go interesować – jeszcze nie. Gdyby mógł, już wiele godzin temu zmusiłby Johna do uległości i się nakarmił, ale póki co, musi się trzymać diety dziecka. Trochę to niedogodne, bo szansa na to, że jakiś jeleń otworzy sobie zaryglowane drzwi i wejdzie do stróżówki, jest dość marna.

— To może bajkę? Znasz tę o kruku i sowie?

Sherlock kręci głową. John opowiada bajkę łamaną frankijszczyzną. Wieczór przechodzi w noc.

 

*

 

Kiedy Johnowi zaczyna zasychać w gardle, proponuje Sherlockowi wodę.

— Nie pozwalają nam tu pić nic innego — wyjaśnia. — Można ją pić bez obaw. Coś tam z nią robią, filtrują czy coś.

— Jeśli ci to nie robi różnicy, nie będę ryzykował — odpowiada Sherlock i udaje, że pije z pustego bukłaka, który nosi. Odrzuca propozycję z wprawą, która bierze się z przyzwyczajenia. Noc zastaje ich, jak siedzą przy palenisku: jeden pije z kubka, drugi puszcza kółka z dymu. W płonącym drewnie i nieustającym cieple jest jakiś luksus, jakby John chciał mu zaimponować. Albo może po prostu jak wielu innych zauważył, że Sherlock zawsze wydaje się zziębnięty.

Kiedy żaden z nich nic nie mówi, nie ma nic, co by odwracało jego uwagę. Trzaskanie ognia nie zagłusza dudnienia deszczu. Drażni go wilgoć w powietrzu. Albo może po prostu John.

John, spokojny jak zwierzyna schwytana w urok.

Nawet tytoń w fajce nie przytępia jego głodu. To zawsze jest zły znak. Przynajmniej jego zapach pomaga mu zignorować hałas.

Puszcza swoje kółka z dymu, jedno po drugim, i patrzy, jak John go obserwuje.

Przeklinając swoje potrzeby, przypomina sobie w duchu, jakie ryzyko wiązałoby się z wykorzystaniem tego wyczłowieka w charakterze źródła pożywienia. Ostatnia rzecz, jakiej mu trzeba, to żeby wartownik nabawił się widocznych śladów jego karmienia się. Postanawia przetrzymać głód i noc ciągnie się dalej.

 

*

 

Plan, kiedy się już wykluwa, jest przytłaczająco prosty. Wystarczy scenariusz, który prawdopodobnie pozwoli mu się dobrać do tętnicy udowej Johna, i zasłona uroku, a wszystkich przykrych konsekwencji będzie można uniknąć. Przejście do prawdziwej dorosłości wymaga wielu kwart. Byle ćwierć kwarty nie powinno obudzić w nim nic poza pewnymi impulsami.

Nie ułożył tego planu umyślnie. Wcale nie chce wprowadzać go w życie. Gdyby John nie miał dłoni na swoim udzie, gdyby nie zataczał powoli kółek kciukiem powyżej tętnicy udowej, Sherlock w życiu by na to nie wpadł. Gdyby oddzielało ich od siebie więcej przestrzeni, gdyby John nie był tak blisko, gdyby jego skóra nie była równie ciepła jak jego uśmiech, może Sherlock najpierw sam by to ze sobą przedyskutował.

Jego fajka stygnie; rozmawiają. John ma pytania, mnóstwo pytań, a im więcej Sherlock na nie odpowiada, tym bardziej strażnik wpada w coś w rodzaju fascynacji. Jak na coś tak prostego, ta rozmowa daje Sherlockowi ogromną satysfakcję. To nic szczególnego, tylko efekt czytania książek i poświęconego im czasu. Daleko temu do jego prawdziwych umiejętności.

Sposób, w jaki John na niego patrzy, nie robi się od tego ani trochę mniej… charakterystyczny.

Zdarzało się już, że ludzie patrzyli tak na Sherlocka; w tym i wyludzie. Sherlock nauczył się to ignorować, żeby nie złościć swojego opiekuna, ale Angela tu nie ma. W swoim przytulnym domku John jest za blisko, żeby go zignorować, reaguje zbyt silnie, żeby go nie obserwować, nie studiować. John patrzy na jego dłonie i usta tak, jak Sherlock patrzy na obrazy mistrzów.

Ogień przestaje buzować, a oni obserwują się nawzajem.

Sherlock czyści fajkę i John temu też się przygląda.

Sherlock odkłada fajkę do torby, obok kapciucha.

— Idziemy spać? — pyta go John i wstaje.

W prawie zupełnej ciemności wyczłowiek jest czujny. W chwiejnym blasku ognia widać, jaki jest spięty. Jest strażnikiem i żołnierzem, a jego wyszkoleniu towarzyszy tyle różnych instynktów… Czy podejrzewa prawdę?

— Jeśli chcesz — odpowiada Sherlock, ale nie wstaje. Zamiast tego robi coś, co zaobserwował w niejednej oberży i gospodzie.

Spuszcza wzrok.

W dół szyi, do jej leżącego w cieniu zagłębienia, po szorstkiej koszuli i dalej w dół za wypolerowaną sprzączkę pasa, ale nie dalej.

Po czym podnosi wzrok, wracając tą samą trasą.

Kolejne mignięcie języka, ale znacznie ciekawsza jest w tej chwili pierś Johna, jej nieznaczne ale szybkie ruchy, oznaczające płytki oddech. Jest jak ptak wezwany na przegub dłoni.

Sherlock uśmiecha się powoli i płynnie i tak też wstaje. Oczy Johna otwierają się szeroko i mężczyzna wyciąga rękę, żeby dotknąć Sherlocka. Dotyk jest lekki przez grubą tkaninę, ale i tak ciepły w sposób, którego Sherlock nie zdołałby przewidzieć. Ciepło wędrujące wzdłuż kręgosłupa, w dół aż po czubki palców u nóg – ale i dreszcz. Doznanie sprawia, że Sherlock robi niezdarny krok w stronę niższego mężczyzny i nachyla się ku niemu. Przechylając lekko głowę, John przyciska usta do jego ust.

Mało brakuje, a Sherlock ukąsiłby go od razu. Ma między wargami jego wargę, okryty skórą kawałek ciała o ożywionym krążeniu: pokusa jest ogromna. Przyciąga Johna do siebie i podtrzymuje go, a zapach mężczyzny zmienia się gwałtownie, nagle, z jękiem, staję się cięższy, bardziej gęsty, jadalny. Zwierzęta hodowlane tak nie reagują.

Przesuwa wargami po opalonej skórze; zapach doprowadza go do szaleństwa. Za bardzo się spieszy, za bardzo używa siły, prowadząc Johna przed sobą, pchając przed siebie jego biodra, stawiając go pod ścianą. Umiera z głodu.

— Teraz uklęknę. Kiedy to zrobię, powiedz mi dokładnie, czego chcesz — szepcze, płynnie przechodząc z prawdy w urok. Ponieważ mówi po anglijsku, uważa, żeby używać tylko prostych słów. Nie może ryzykować nieporozumienia, nie w tym. — Zrobię to. Dokładnie to, czego będziesz chciał.

Wie, o co chodzi w rozmnażaniu, w teorii, jeśli nie w praktyce, i słyszał, co wyludzie robią sobie nawzajem. Wszystkie te rzeczy to wariacje na jeden temat. Szczegóły nigdy go specjalnie nie interesowały, ale przecież nie musi ich znać, pod warunkiem, że zna je John. O ile John da radę wmówić sobie, co trzeba, Sherlock nie musi robić zupełnie nic.

Klepisko trzeszczy mu pod kolanami. Dłoń Johna trafia na jego kark i przyciąga go do niego – przed twarzą ma jego pępek. Głód wybija mu z głowy wszelkie myśli o intymności. Szorstka tkanina oddziela go od skóry i znajdujących się pod nią narządów. Od wrażliwego podbrzusza, które nie jest jego celem.

Powiedz mi, co mam robić — nakazuje.

— Spodnie. Rozepnij mi spodnie.

Takie to proste. Sherlock rozprawia się z paskiem i guzikami, po czym zsuwa Johnowi spodnie do kostek. Ma pełny dostęp do tętnicy udowej.

— Bielizna — dodaje John. Jego głos brzmi, jakby było mu słabo. Dobrze, że wpadł na to, żeby zaprowadzić go pod ścianę.

Tym razem Sherlock też jest posłuszny. Pod bielizną jest penis Johna, twardy i zwrócony w stronę Sherlocka jak w stronę nocnika. John czuje na nim oddech Sherlocka i biodra mu drgają.

— Ustami. — Dłoń oparta o tył jego głowy pcha go bliżej. Z jakiegoś powodu John niecierpliwi się prawie tak samo jak Sherlock. — Zrób to ustami.

— Wargami czy językiem? Mów mi, co dokładnie chcesz poczuć.

Ręce głaszczą go po włosach, obracając jego twarz ku jedynemu miejscu, w którym ukąszenie może przejść niezauważone. Dotyk wyczłowieka we włosach niepokoi go i odbiera mu pewność siebie – jest o wiele zbyt intymny.

— Ooch, kurwa. Najpierw wargami. Delikatnie. Czubkiem języka. Potem mocniej językiem, aż… Nie, Boże, Sherlock, co tylko lubisz.

To na nic. John jest zbyt uprzejmy, zbyt miły.

Lubię, jak mi się mówi — instruuje go Sherlock, usiłując wymazać tę uprzejmość. — Chcę słyszeć, jak to mówisz.

— To przejdź od razu do lizania — decyduje się John.

— Jak mam lizać?

— Nie mówisz poważnie.

— Zupełnie poważnie. Wyrażaj się precyzyjnie.

— Płasko i szeroko, z dołu do góry. Weź mnie do ręki, a potem tak liż.

Sherlock owija dłoń wokół absurdalnie rozgrzanego skrawka ciała. Pora na prawdziwy sprawdzian: przytyka usta do uda Johna. Dotyka skóry językiem i przesuwa nim po niej w górę, przez bogactwo obcych smaków. Wełna, pot, skóra.

— Tak — syczy John. Dłoń ma wplątaną we włosy Sherlocka, nie zdając sobie sprawy z chaosu, w jaki go wtrąca tym dotykiem. — Właśnie tak. Nie. Mocniej. Więcej. — I jeszcze, tak grzecznie, niemal przepraszając za to, że o tym zapomniał: — Proszę.

Sherlock używa ust tak, jak polecił mu John, opóźniając następny etap póki nie uzna, że mężczyzna całkowicie przekonał się do swojej fantazji. Dopiero wtedy pozwala sobie na draśnięcie go zębami.

— Ostrożnie — dyszy John. Nie jest to nawet prawdziwe upomnienie. Wyczłowiek nie wydaje już poleceń, od dawna już chwali.

Nie ugryzę cię — kłamie Sherlock.

— Wiem. Wiem, że nie, Boże, jesteś taki dobry, Sherlock, tak, kurwa, jak ty wyglądasz. Z ustami na moim fiucie. Piękny jesteś.

Czy John na niego patrzy? Sherlock spogląda w górę, lekko wciskając podbródek w jego wstępnie pokryte śliną udo.

John zapatrzył się w dół. Oczy ma ogromne, tak pociemniałe, że aż czarne. Jego twarz o tępych rysach przybrała zupełnie obcy wyraz, idealnie oddany przez jęk czy wręcz skowyt, który więźnie mu w gardle. Pod pożądaniem Sherlock słyszy potrzebę. Te pochwały są absolutnie szczere. Czego by sobie John nie wyobraził, musi to być coś nadzwyczajnego.

John nie spodziewał się uśmiechu, ale z zaskoczeniem właśnie się uśmiecha. Jęczy, głowa leci mu do tyłu. Ta wiara w umiejętności Sherlocka to nie lada komplement, nawet jeśli złożony przez wyczłowieka pod urokiem.

To ona sprawia, że Sherlock jest gotów zaryzykować ten ostatni krok. Zatapia kły w udzie Johna, wysuwając je z dziąseł, przebijając skórę i gorące, drżące mięśnie, a dłoń mężczyzny tylko go ponagla.

— Sherlock — John z trudem chwyta powietrze. Jednocześnie pierwsza fala ostrego smaku uderza w niecierpliwy, chłepczący język. Smak nie jest tak znowu bardzo inny niż smak zwierzęcia hodowlanego, ale zapach tak. Nie jest pewien, dlaczego spodziewał się większej różnicy w smaku. — Jeszcze, proszę cię, chcę, proszę

Przełyka gęste ciepło. Kiedy spływa mu ono w dół gardła, pozwala sobie na wydanie odgłosu zadowolenia. Powoli jego ciało zaczyna odczuwać ulgę, dziwnie ciężką, nie do końca zaspokojoną, niekompletną. John osiada w nim jak w naczyniu, głęboko, nisko: gorący, skręcony płyn. Sherlock pije z takim umiarem, na jaki tylko potrafi się zdobyć, słuchając, jak John zaklina go, żeby nie przestawał. Różnica między tym a napiciem się jelenia jest tak wyraźna, że porównywanie tych dwóch sytuacji nie ma sensu.

Zmuszenie się, żeby przestać, jest niemal równie trudne jak wcześniej powstrzymanie się od pokąsania ust Johna, ale przestaje i tak. Wypił dość, żeby zaspokoić najgorszy głód, ale to najwyraźniej za dużo. Już teraz, zalizując nakłucia, żeby się zagoiły, czuje, jak jego organizm zaczyna reagować. I ta reakcja jest niepokojąca, choć nie aż tak odpychająca, jak się obawiał.

Tylko dlaczego tak narasta.

Ciepło Johna ścieka w dół jego ciała, zbiera się w nim i uciska. Przez jedną chwilę wściekłości jest pewny, że John na coś choruje, zaraził go i że teraz będzie miał biegunkę. To nieprawda, wie, że to nie to, ale czuje ucisk w kroku. Nie jest pewny, może chce mu się sikać. Jest ciepły i ciężki, a spodnie krępują go tak, jak nie powinny.

Nie otwierając oczu, jęczy w udo Johna i John wtóruje mu jękiem.

— Jeszcze — ponagla go John i coś w tym słowie sprawia, że Sherlock mocniej chwyta podstawę jego penisa. Następny dźwięk, jaki wydaje z siebie John, to zduszone sapnięcie i Sherlock odkrywa, że sam złapał się lewą ręką za krocze. Ten ucisk jest – co…? Ten ucisk jest dobry. Nic mu się nie wylewa.

Teraz to już obie ręce; obiema rękami rozpina sobie spodnie i wsuwa je pod bieliznę. Z tysiąc razy się dotykał, przez całe życie zdarzało mu się ulżyć sobie do nocnika albo za żywopłot, ale jeszcze nigdy dotyk jego własnych dłoni nie był taki. Jeszcze nigdy nie był w takiej sytuacji otumaniony gorącą, świeżą krwią, nozdrzy nie wypełniała mu woń piżma mężczyzny. Palce tamtego na jego głowie w jakiś sposób potęgują dotyk jego własnych palców na jego penisie. Jego ruchy są niezdarne, uczy się to robić, a nieskładne doznania są absolutnie wspaniałe.

— Sherlock, uważ…!

Czuje pchnięcie w czubek głowy, przysiada na piętach i z desperacją pociąga ręką swojego penisa. Patrzy, jak John robi to samo ze swoim, raz, drugi, po czym tryska z niego strumień białawego płynu. Mężczyzna odsuwa się lekko, zmienia pozycję i łapie płyn do ręki. Ale oczy – oczu nie odrywa od twarzy Sherlocka.

Widząc, jak John otwiera usta, krzywiąc się, jakby z bólu, Sherlock instynktownie robi to samo. Napina ciało, potrzebuje czegoś jeszcze, czegoś innego i zupełnie nie wie, co by to miało być. Czyżby miał się posikać? Czy… nie, to nie to, to coś innego; jak John, chce, potrzebuje, John, pomóż, potrzebuje ratunku.

— Tu jesteś — szepcze John. Klęka chwiejnie i wyciąga rękę w stronę Sherlocka. Na samą myśl, samą myśl o tym, że miałby go dotknąć… John zamyka dłoń na jego dłoni. Sherlock dygocze, drży, przez jedną długą chwilę tylko drży, a kiedy to ustępuje, Sherlock chciałby, żeby zdarzyło się jeszcze raz.

Pochyla się całym ciałem do przodu i opiera czoło o ramię Johna. Na policzku czuje jego szorstki policzek. Klęczą tak razem, nachyleni ku sobie. Sherlock dyszy ciężko, jakby umierał; oddech Johna to lekkie westchnienia na pograniczu śmiechu. Kiedy Sherlock je słyszy, z wrażenia kulą mu się palce u nóg. Przez jego rozkosz przewija się nić dojmującego niedowierzania, ale i nuta gniewu: wierzyć mu się nie chce, że zaprzepaścił ponad dziesięć lat.

John wyciera go jako tako chusteczką, a potem palce mężczyzny dotykają jego twarzy. Po delikatnym manewrze opuszek palców przychodzi pewny dotyk dłoni w jego włosach. Ciało zaczyna mu od tego wibrować – no chyba że jeszcze nie przestało?

Sherlock ociera usta wierzchem dłoni, robiąc, co się da, żeby zatrzeć ewentualne ostatnie ślady krwi. Na szczęście zawsze zachowywał przy piciu nienaganne maniery. Podnosi głowę, kiedy robi to John, i zbiera w sobie urok i zdolność manipulacji, ale tak mu dobrze, że cały jest rozleniwiony, i nie odzywa się wystarczająco szybko.

— Przepraszam — mówi John. Jego szczerość jest przerażająca. Przez wyraźną rozkosz przebija lekkie zażenowanie. I czy spod figlarności nie wyziera żal? — Miałem zamiar to zrobić — dodaje.

Sherlock nie jest pewny, co to znaczy.

— Tak zakładałem — odpowiada neutralnym tonem, który nie wyraża zupełnie nic.

— Daj mi trochę odpocząć, to ci to wynagrodzę — mówi mu John.

Kiedy do Sherlocka dociera, musi to być widać po jego minie. To chyba jedyny powód, dla którego John mógłby uśmiechnąć się tak szeroko i przycisnąć wargi do jego warg. Odruchowa potrzeba, żeby go ukąsić, prawie ustąpiła. Na jej miejsce weszła potrzeba kosztowania, ale Sherlock i tak nie otwiera ust. Ostatnie, czego mu trzeba, to żeby John wyczuł miedziany posmak.

Niezależnie od tej komplikacji jest zupełnie zaskoczony, kiedy John odsuwa twarz i pyta:

— Nie lubisz się całować?

Sherlock może się tylko domyślić, że gdzieś zachował się niewłaściwie.

— Lubię — odpowiada.

— Ale?

— Może obaj powinniśmy się trochę przespać.

John przyciska czoło do czoła Sherlocka. Opiera się na nim; jest ciężki. To też sprawia Sherlockowi przyjemność i trochę go to przeraża, do chwili, w której uświadamia sobie, w jaki popłoch wpadłby Mycroft, gdyby się o tym dowiedział. Partner do picia jest od picia, nie od seksu. Pieprzyć to, Sherlock może mieć jedno i drugie.

— Taki zadowolony z siebie — drażni się z nim John.

Tym razem Sherlock go całuje.

Robi to delikatnie, niewinnie. W końcu dopiero się uczy.

Palce Johna wkręcają mu się we włosy, pokrywając wyludzką rękę jego zapachem. Dziwne, ale nie ma nic przeciwko temu.

— Siennik na stryszku, mówiłeś — podpowiada Sherlock. Nie poznaje swojego ciała. Wydaje mu się, że chętnie poszedłby się w czymś wytarzać. Jest prawie pewien, że tym czymś jest łóżko Johna.

— Tak mówiłem?

— Właśnie miałeś taki zamiar.

Wstają ostrożnie, całując się. John chwieje się i oszczędza jedną nogę; stracił może ćwierć kwarty krwi. Ślady nakłuć są czerwone, a skóra wokół nich sina, ale uważne liźnięcia Sherlocka pomogły powstrzymać krwawienie.

Zesztywniałeś od klęczenia na podłodze — mówi mu Sherlock. — Masz malinkę, ale poza tym z twoją nogą wszystko w porządku.

— Przez ciebie czuję się stary. — John otrzepuje spodnie Sherlocka ze słomy, po czym robi to samo ze swoimi.

— Tak? Tak właśnie się przez mnie czujesz? — Ach, aluzje. To coś nowego.

Sherlock jest pewien, że ta reakcja mu minie. Pozbędzie się Johna z organizmu, przetrawi i wydali, po czym wróci do swojego normalnego, spokojnego stanu. Fizyczne przejawy dorosłości będą musiały poczekać. Ma ważniejsze sprawy. Jeśli ma posunąć je jakoś do przodu, to dalej potrzebuje nauk Moriarty’ego. Rano ponownie zajmie się pracą.

A do tego czasu będzie się uczył, jak się całuje.