Actions

Work Header

Labirynt Miejski

Chapter Text

Kondor obserwował, sam nie będąc widzianym.
Obserwował, jak niska, czarnowłosa dziewczyna gwałtownie odwraca się, zamiatając trawnik brzegiem peleryny.
- Gdyż moja wola równie silną jest, co twoja – zagrzmiała na tyle groźnie, na ile pozwalał jej dźwięczny, dziewczęcy głosik. Kondor zatrzepotał skrzydłami z aprobatą i dziewczyna drgnęła, a następnie rozejrzała się w poszukiwaniu źródła nagłego szelestu. Nie zobaczyła jednak nic i szybko odrzuciła od siebie myśl, że może być obserwowana. Z zaróżowionymi policzkami kontynuowała więc.
- ...a królestwo równie jest potężnym – wykonała parę kroków przed siebie, ze świdrującym wzrokiem wbitym w jeden punkt gdzieś przed nią. Zaraz jednak czar znów prysł – uświadomiła sobie bowiem, że nie pamięta dalszej roli.
- Królestwo równie jest potężnym – powtórzyła powoli, spuszczając wzrok i w roztargnieniu przeczesując palcami krótkie włosy (spomiędzy kosmyków natychmiast wypadły dwa wkrętła). - Równie... jest... - mamrotała, by zaraz westchnąć i sięgnąć do kieszeni po niewielką, ciemnoniebieską książeczkę.
- Nie masz nade mną żadnej władzy – przeczytała podirytowanym głosem. - Jakim cudem wciąż zapominam?
Westchnęła, odruchowo zerkając na zegarek. Zaraz pożałowała, że to zrobiła – teraz, gdy wiedziała, jak późno jest, nie mogła po prostu tego zignorować i dalej tkwić w swoim azylu. Tym bardziej, że w tej chwili lunął deszcz.
Omiatając raz jeszcze wzrokiem łąkę, Yusei pośpiesznie schowała książeczkę z powrotem do kieszeni i, przytrzymując jedną ręką zbyt długą pelerynę, pobiegła w stronę zabudowań. Towarzyszący jej pies o rdzawej sierści już miał pobiec za właścicielką, gdy jego uwagę zwrócił ruch na jednej z niższych gałęzi pobliskiego drzewa. Przystanął, kładąc uszy po sobie, i zawarczał ostrzegawczo na dziwne, wielkie ptaszysko.
Kondor spojrzał na niego z największą pogardą, do jakiej tylko kondor może być zdolnym, i dopiero po paru momentach zerwał się do lotu.
- Crow! Crow, idziesz?! - pies opamiętał się, słysząc wołanie swej pani, i ruszył radośnie za nią.

*
- Yusei! Miałaś być piętnaście minut temu. Czy coś się stało?
Jej ojczym niczym żandarm stał już na ganku z wyrazem udawanego zmartwienia na przystojnej twarzy. Bez słowa minęła go, wchodząc do domu i dyskretnym ruchem ręki dając znać Crowowi, by poszedł za nią.
- Yusei, rozmawialiśmy o tym. Mokre psy i narzędzia zostawiamy w garażu.
Yusei z kwaśną miną wróciła się i łagodnie poleciła psu iść do garażu, po czym wyjęła z kieszeni śrubokręt, by podać go mężczyźnie.
- Yusei – upomniał słodko.
Sięgnęła w dekolt narzuconej na koszulkę i dżinsy sukienki i wyjęła z niego, a potem wręczyła żandarmowi szczypce bociany. Mimo to nie spuszczał z niej łagodnie dezaprobującego spojrzenia.
Przewróciła oczami i strząsnęła rękaw, z którego wypadł klucz francuski. Podniósł go bez słowa, ale nim zdążyła się ulotnić, czułym ruchem wyjął jeszcze z jej włosów trzy wiertła do wiertarki wielowrzecionowej. Postanowił nie pytać, po co jej one – zamiast tego spokojnie wszedł za nią do domu i odchrząknął. Odwróciła się, bardzo starając się wyglądać na zdenerwowaną nastolatkę w okresie buntu, co przy jej stoickim usposobieniu wychodziło niezbyt przekonująco, aczkolwiek uroczo.
- Jeśli miałaś inne plany, wystarczyło powiedzieć. Jack by zrozumiał. No, prawdopodobnie nie, ale wzięlibyśmy to na siebie. Wiesz, że ja i twój ojciec ucieszylibyśmy się, gdybyś miała chłopaka. Albo dziewczynę, rozumiesz, nie oceniamy. Zresztą chyba lubisz tego Kiryu, no nie? Choć osobiście byłbym najbardziej rad, gdybyś zaczęła spotykać się z Jackiem.
Nienawidziła, gdy próbował być zabawny.
- Nie spytaliście mnie, czy mam inne plany – oznajmiła grobowym tonem, postanawiając wejść w inną rolę.
- Uznaliśmy, że powiedziałabyś nam, gdybyś miała. Zresztą nie wychodzimy przecież często, a wiesz że Jack sam nie zaśnie...
- Yusei, gdzie byłaś?! - U szczytu schodów pojawił się ojciec Yusei i sam Jack, którego marudne wargi opuściło właśnie to pytanie.
- Martwiliśmy się o ciebie! - Zapewnił doktor Hakase Fudo, szczęśliwy małżonek Romana Godwina i rodziciel Yusei.
- Dlaczego mam z nim siedzieć, ma jakieś dwadzieścia lat! - Zaprotestowała, tym razem piskliwie.
- Yusei...! - skarcił ją przerażony Hakase, kątem oka upewniając się, że wrażliwego i delikatnego Jacka nie uraził za bardzo ten komentarz.
- Jak śmiesz wypowiadać się o królu w tak pozbawiony szacunku sposób?! - Zagrzmiał Jack.
Roman i Hakase wymienili niepewne spojrzenia, co Yusei wykorzystała, by uciec do swojego pokoju.
- Nieważne co robię, traktuje mnie jak złą macochę – poskarżył się Roman.
- I niech coś zrobi z tymi włosami – zgodził się Jack.
- Jack – zaczął Hakase, siląc się na spokój – proszę, idź do kuch... jadalni i zjedz kolację. My musimy porozmawiać o problemach wychowawczych.
Jack zawahał się.
- Dziś jest ramen – konspiracyjnym szeptem oznajmił Hakase i Jack wyprostował się, by oddalić się majestatycznie.
Gdy tylko zostali sami, Roman z westchnieniem usiadł na schodach.
- Wiesz, jej też nie jest łatwo – Hakase położył mu rękę na ramieniu i jego mąż natychmiast przykrył ją swoją dłonią. - Odejście matki szokuje w każdym wieku. Zwłaszcza jeśli potem jej miejsce próbuje zająć jakiś facet.
- Dzięki – jęknął Roman.
*
Wchodząc do pomieszczenia, cisnęła w kąt znalezione w starych rzeczach Romana pelerynę i luźną, lnianą sukienkę. Nigdy nie dowiedział się, że je wzięła, toteż ona nigdy nie dowiedziała się, czemu był w ogóle w posiadaniu tych rzeczy.
Yusei spojrzała w lustro na toaletce, starając się nie skupiać za bardzo na tym, że jest ono pooblepiane zdjęciami jakiegoś białowłosego faceta. Z nieznanych powodów Roman uwielbiał zapełniać jej przestrzeń życiową różnego rodzaju podobiznami tego człowieka. Z tego co pamiętała, był jakimś jego bliższym krewnym, ale nieszczególnie ją to obchodziło. Ważne, że kiedy przestała zrywać ze ścian jego zdjęcia, przestało ich w końcu przybywać. Pozostało ignorowanie tych już wiszących. Był to układ idealny: ona nie patrzyła na zdjęcia, zdjęcia nie patrzyły na nią. Chyba.
Skupiła się na wyplątywaniu z włosów pominiętych przez Romana wierteł. Jack miał rację w tym jednym – przemycanie rzeczy we włosach nie sprzyjało ich kondycji. Należało coś z nimi zrobić. Może później się go spyta o jakąś odżywkę?
Na dźwięk pukania spanikowała i jednym ruchem ręki zrzuciła wiertła z toaletki, chwilę później głośno przeklinając się za swoją reakcję.
- Yusei, co to za słownictwo? - Zmartwił się Hakase, który za szczyt problemów wychowawczych uznał moment, gdy jego córka wróciła do domu z żółtymi pasemkami we włosach jakiś czas temu.
- Czegoś chciałeś? - spytała zupełnie neutralnie.
- Jack zjadł kolację, pewnie zaraz zacznie mu się nudzić, ale uważaj, bo idzie burza - lepiej postaraj się, żeby szybko zasnął. Będziemy pewnie jakoś nad ranem, albo i nie, nie czekaj na nas. Wiesz że Roman czasem przesadza z piciem.
- Ta.
- Dobranoc Yusei, córeczko najdroższa!
- Tato czy ty już piłeś?! Już piłeś, prawda?
Cisza.
Poczuła się osaczona. Obserwowała przez okno, jak Roman i Hakase wychodzą z domu trzymając się za ręce.
- Pedały – powiedziała rozkosznie. Tak naprawdę nie przeszkadzało jej, że jej ojciec ma męża, ale uważała, że ma prawo się buntować i wyżywać. Nawet, jeśli w gruncie rzeczy nie czuła nawet takiej potrzeby.
- Yusei!!! - Usłyszała z sąsiedniej sypialni.
Jack, który uważał się za króla, na stałe zawłaszczył sobie pokój gościnny – największy w domu, zaraz po sypialni Hakase i Romana, której mimo starań nie udało mu się przejąć. Ponieważ częściej tu spał niż nie spał, utrwaliło się już, że to jego własna sypialnia. Z niewiadomych przyczyn w jego głowie utrwaliło się również, że to jego własna Yusei.
- YUSEI!!!
Nic nie robiąc sobie z jego krzyków, Yusei zaczęła zbierać rozrzucone po podłodze wiertła do wiertarki wielowrzecionowej. Były to jej skarby. Zawsze chciała takie mieć.
- Yuuuuuuseeeeeei?!
Rozejrzała się po pokoju, by upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Nikt prócz niej i może jeszcze Romana nie miał tu wstępu, ale wolała być czujna.
Wtedy to zobaczyła.
Na półce z maskotkami za punkty z supermarketu brakowało Smoka Gwiezdnopylnego. Był to najsilniejszy ze wszystkich, wart 500 naklejek. No tak, Roman pewnie dał go Jackowi. Zawsze uspokajały go ładne rzeczy, na które zapracował ktoś inny.
- Yuseiiii!!!
Wypadła z pokoju i w jednej chwili znalazła się przy Jacku.
- Jack – wycedziła.
- Wypada najpierw zapukać – oznajmił oburzony.
- Oddawaj Smoka!
- Nie!
- Jack!
- Yusei!
Odetchnęła głęboko. Jack wstał i ją przytulił.
- Fuj – poinformował ją – masz okropne włosy.
- To czemu na nie patrzysz?
- Nie patrzę – oznajmił Jack, wyjmując skądś olej arganowy i niewielką jego ilość wcierając w końcówki włosów Yusei.
- Jack, zostaw mnie.
- Co? To ty mnie trzymasz!
- Jack.
- Yusei.
Postanowiła to przeczekać. Wkrótce Jack uznał, że czas się kłaść, na szczęście. Albo niestety. W związku z tym, że zanosiło się na dziką burzę, Jack nie chciał być sam w pokoju, choć nigdy by się do tego nie przyznał.
- Jack, puść mnie.
Milczał, nawet nie zaszczycając jej spojrzeniem. Wiedziała co to oznacza. Zrezygnowana usiadła przy nim, delikatnie przeczesując palcami złociste kosmyki włosów, i zaczęła opowiadać mu bajkę. Postanowiła streścić mu książkę, którą ostatnio czytała. Nieco modyfikując historię, rzecz jasna.
- Była sobie pewna dziewczynka, która lubiła śrubokręty i monologi. Nie lubiła natomiast dziwnego znajomego jej ojczyma, który wymagał opieki 24/7. Ojczym i jego kolega znęcali się nad dziewczynką psychicznie i czasem też fizycznie, choć głównie jednak obklejali jej dom zdjęciami i zabierali jej śrubokręty. Nienawidziła tego, ale znosiła wszystko w milczeniu. Nikt jednak nie wiedział, że Król Miasta i Miastowych Rzeczy zakochał się w dziewczynie bez żadnej logicznej przyczyny, i obdarzył ją mocą, gdyż był bardzo bogaty.
Jack prychnął.
- Dziewczyna wiedziała o darze, ale nie wykorzystywała go. Wiedziała, że gdyby to zrobiła, dziwny człowiek, którym się zajmowała, zostałby zabrany do miasta i przemieniony w jego obywatela.
Jack zaczerpnął głośno powietrze.
- Ale pewnego dnia, wykończona po całodziennej pracy w polu i w garażu, zraniona przez ostre słowa jej okrutnego ojczyma i rozgoryczona pogubieniem wkręteł do wiertarki wielowrzecionowej, dziewczyna wypowiedziała odpowiednie słowa...
- Yusei, czy ty w ogóle masz drukarkę wielowrzecionową?
- Oooch, zamknij się już.
- JAK ŚMIESZ ODZYWAĆ SIĘ TAK DO KRÓLA!
- Chciałabym, żeby „odpowiednie słowa” istniały.
- Nie zrobiłabyś tego!
- Królu Miejski, Królu Miejski, weź tego Jacka, utrapienie moje, jak najdalej stąd...
- Yusei, przerażasz mnie, przestań. I chodź tutaj, niewygodnie mi.
Kilkoro przebudzonych przed chwilą podwładnych Reksa Godwina z zaciekawieniem zerknęło na monitory.
- Lamerstwo, to nawet nie te słowa – skomentował jeden z nich.
- A powiedziała już właściwe? - spytała obecna tam z jakiegoś powodu Mikage.
- Zamknij się! - wysyczało kilka głosów jednocześnie.
Nikt nie lubił Mikage.
- Gdybym tylko wiedziała, co powiedzieć, żeby podwładni Króla Miejskiego przyszli i cię zabrali – rzuciła Yusei.
- Mhhm – odpowiedział Jack, wtulając nos w jej wzgardzone włosy.
- Po prostu powiedz „chciałabym, żeby podwładni Króla Miejskiego przyszli i cię zabrali”, czy to trudne?! - zirytowała się osoba przed monitorem.
Pozostali czekali w napięciu.
Gdy tylko Jack usnął, Yusei zgrabnymi, wypracowanymi ruchami wyplątała się z jego objęć – na szczęście miał mocny sen. Już miała opuścić jego sypialnię, lecz w drzwiach zatrzymała się i powiedziała cichutko, ledwie siebie słysząc:
- Chciałabym, żeby podwładni Króla Miejskiego przyszli i cię zabrali.
Poczuła się nieco lepiej.
Gdzieś tam w mieście, w pokoju z monitorami, bardzo znudzeni ludzie zaczęli wiwatować.
Zaraz potem zagrzmiało. Yusei była już w połowie drogi do swojego pokoju, ale na ten dźwięk wzięły ją wyrzuty sumienia. Wiedziała, że on naprawdę bał się burzy. Jak to z lękami bywa, nie mógł nic na to poradzić. Poczuła, że powinna choć sprawdzić, czy się nie obudził i czy wszystko u niego w porządku, nie musiała przecież się przy nim kłaść.
Weszła do pokoju powoli i dramatycznie. Znów zagrzmiało, zaraz potem błysnęło, oświetlając na krótką chwilę puste łóżko Jacka.