Actions

Work Header

Maskarada

Chapter Text

RENESMEE

Trzy miesiące wcześniej…

 

Jasny blask, a potem huk. Błyskawica bez ostrzeżenia przecięła niebo, a potem się otworzyły i na ziemię lunęła ulewa. Ciężkie, zimne krople zaczęły spadać na ziemię, osiadając na trawie i dogaszając płomienie tlących się ognisk na okazałej polanie gdzieś w środku lasu w wiecznie deszczowym miasteczku Forks. Deszcz nie był w tym miejscu niczym dziwnym – zieleń i częste ulewy stały się wręcz domeną tego miejsca, zwłaszcza tej niewielkiej miejscowości, gdzie słońce wychodziło zza chmur zaledwie kilka razy do roku – tego dnia jednak wydawał się być uzupełnieniem tragedii, która rozegrała się chwilę wcześniej.

A pośród tego wszystkiego – otoczona przez gasnące stosy, raz po raz wdychająca gęsty, fioletowy dym o mdlącym zapachu – siedziała skulona Renesmee Cullen. Gęste włosy, o których wiedziała, że są rude, chociaż zawsze kłóciła się na ten temat, przekonując o ich miedzianym odcieniu, oblepiały jej twarz, całkowicie przemoczone od deszczu. Ubranie kleiło się do jej drobnego ciała, sprawiając, że sylwetka dziewczyny zdawała się jeszcze bardzie krucha i podatna na zranienia. Deszcz padał coraz mocniej, ale Nessie zdawała się tego nie zauważyć – bo i nie było już powodów, żeby o cokolwiek dbać.

Siedziała na ziemi z kolanami podciągniętymi pod brodę, obejmując łydki ramionami. Twarz przyciskała do ud i kołysała się lekko, próbując zapanować nad wyrywającym się z piersi szlochem. Łzy mieszały się z deszczem i sama już nie była pewna czy jeszcze płacze, czy może już dawno straciła siły nawet do tego, żeby ulżyć sobie w taki sposób. Wcale nie zdziwiłaby się, gdyby i możliwość ronienia łez została jej odebrana, podobnie jak wszystko to, co do tej pory miało dla niej jakiekolwiek znaczenie. Świat był okrutny, a ona była pechowa – zdążyła się już o tym przekonać.

Z piersi znów wyrwał się jej szloch, dziwnie stłumiony przez zdarte gardło i materiał jeansów, które miała na sobie. Prawda wciąż do niej nie docierała. Jak to się stało? Zginęli. Wszyscy. Po prostu ją zostawili, chociaż obiecywali, że wszystko będzie w porządku i że jej nie zostawią. Przekonywali, że sobie poradzą i że jedynie dla jej bezpieczeństwa nie powinna brać udziału w walce, bo jako jedyna była w połowie śmiertelniczką. I wierzyła im jak głupia, absolutnie przekonana, że za kilka godzin wszystko wróci do normy – że niebezpieczeństwo minie i do ich życia znów zawita jakże wytęskniona rutyna.

Kłamstwa. Czuła się zdradzona, ale przede wszystkim całkowicie… pusta. To były dwa sprzeczne uczucia, która nie miały prawa ze sobą współegzystować, a jednak powoli rozdzierały ją od środka, grożąc szaleństwem. Bez nich była pusta, bez nich jej nie było – a jednak czuła rozdzierający ból straty i żal. To nie miało sensu, bo ktoś kogo nie ma nie powinien czuć.

Właściwie nie była pewna, dlaczego umarli. W jakimś stopniu czuła się winna, bo gdyby jej nie było, być może Alice wcześniej zorientowałaby się, że coś im zagraża. Wizja przyszła zdecydowanie zbyt późno, żeby zdążyli porządnie się przygotować; ciotka po prostu nagle oznajmiła, że widzi armię wampirów, która pragnie ich zabić. Mieli zaledwie kilka godzin żeby ustalić miejsce – feralną polankę, gdzie czasami grywali w baseball i gdzie już raz doszło do poważnej konfrontacji – zebrać wsparcie ze strony zmiennokształtnych i znaleźć jej, Renesmee, bezpieczne miejsce. Alice zapewniła, że to nowonarodzeni z którymi bez trudu sobie poradzą, a Jasper dodatkowo uspokajał wszystkich swoim darem tak, że udało jej się w to uwierzyć.

A teraz już żadnego z nich nie było.

Kiedy zaczęło zmierzchać, a żadne z jej bliskich nie wracało, wiedziała już, że coś jest nie tak. Jeszcze kiedy wymknęła się pilnującego jej Seth’owi czuła narastający niepokój, ale starała się odrzucić go od siebie, raz po raz powtarzając sobie, że za chwilę ich zobaczy i że wkrótce będzie się śmiała z tego, jak niepotrzebnie się zdenerwowała. Ale potem wybiegła na tę polanę, gdzie dopadła ją rzeczywistość, a prawda dosłownie ścięła ją z nóg.

Nikt nie przeżył. Wszyscy odeszli. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości, bo siedziała w tym miejscu chyba całą wieczność. Gdyby ktokolwiek był żywy, już dawno by ją odnalazł i zabrał do domu. Ale nikt nie miał przyjść. Jacob też nie.

Znów się rozszlochała, jednocześnie przekonując, że wciąż ma dość siły na to, żeby móc płakać. Żałowała, że jednak się nie sprzeciwiła albo wcześniej nie wymknęła z rezerwatu, żeby dołączyć do swoich bliskich. Być może nie byłaby w stanie ich uratować, ale przynajmniej istniałaby szansa, że umarłaby wraz z nimi. Samotność i perspektywa dalszej egzystencji, kiedy jej rodzina była martwa, była zdecydowanie gorsza. W gruncie rzeczy chciała umrzeć, ale nie było nikogo, kto mógłby zrobić dla niej chociaż tyle i po prostu zakończyć jej agonię – ktokolwiek zaatakował, nie pozostawił po sobie żadnego śladu, pomijając tlące się ogniska.

Kolejna błyskawica przecięła niebo; huk był tak głośny, że do Renesmee momentalnie dotarło, że burza coraz bardziej się zbliża i że za chwilę znajdzie się w samym jej centrum. Wiedziała, że powinna wstać i gdzieś się ukryć, bo pozostawanie na odsłoniętym terenie było głupotą, ale nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Nogi miała jak z waty, mięśnie odmawiały posłuszeństwa, a ciało było tak otępiałe, że pojęcie jakiegokolwiek ruchu wydało się nagle czymś abstrakcyjnym. Po co miała się gdziekolwiek ruszać, skoro nikt na nią nie czekał?

Kiedy świat wkoło ponownie rozjaśnił się od wyładowań atmosferycznych, gwałtownie poderwała głowę. Coś przykuło jej uwagę – jakiś ruch tuż za nią, którego nawet w stanie całkowitego załamania nie była w stanie tak po prostu zignorować. W absolutnie instynktownym odruchu, spróbowała się podnieść i odwróciła, z ust zaś wyrwał jej się cichy okrzyk, który zagłuszyło wycie coraz silniejszego wiatru.

Stali jakieś dziesięć metrów od niej, absolutnie zwarci i czujni. Serce zabiło jej szybciej, kiedy ich rozpoznała – groźne postacie w czarnych pelerynach, które po raz pierwszy widziała jako mała dziewczynka. Bystre tęczówki barwy krwi uważnie lustrowały pole walki, chociaż kilka spojrzeń spoczęło wprost na niej i teraz zdawało się przyszpilać ją do ziemi.

Jeden ze stojących na przedzie mężczyzn, powoli zaczął zbliżać się w jej kierunku; poły czarnej peleryny sunęły za nim po ziemi niczym jakaś upiorna parodia cienia.

– Wszystko wskazuje na to, że się spóźniliśmy… – powiedział przybysz cichym, melodyjnym głosem, który jakimś cudem rozpoznała. Rozszerzonymi oczami obserwowała Aro Volturi, póki ten nie zatrzymał się tuż przed nią. Zadrżała i skuliła się. – Nie bój się, dziecko. Nikt z nas nie chce cię skrzywdzić – zapewnił wampir głosem, który mogłaby uznać za współczujący, gdyby nie wiedziała, jak doskonałymi kłamcami były wampiry.

Nie odpowiedziała, cały czas zapatrzona na stojącego przy niej nieśmiertelnego. Pozostałe wampiry, które mu towarzyszyły – członkowie straży, w tym najbardziej charakterystyczni Alec i Jane – obserwowały ją czujnie, gotowe do ataku, gdyby tylko okazała w jakikolwiek sposób wrogość wobec ich pana.

Aro powoli przykucnął, żeby móc spojrzeć jej w oczy.

– Pokaż mi, co się stało – nakazał cicho, a kiedy nie odpowiedziała, bez pytania ujął jej dłoń.

– Nikt nie przeżył… – wychrypiała po kilku sekundach, widząc jak Volturi w skupieniu lustruje wszystkie jej myśli. – Nikt… – powtórzyła, nie mogąc uwierzyć, że słowa mogą brzmieć jednocześnie tak obco i boleśnie prawdziwie.

Aro zamrugał, wracając do rzeczywistości, ale nie puścił jej dłoni. Czuła chłód jego skóry, ale to jej nie przeszkadzało – zdążyła przywyknąć do temperatury ciała wampira.

– Nic się nie martw, moja mała Renesmee – odezwał się ponownie Aro, wyraźnie akcentując każde kolejne słowo. – Z nami jesteś absolutnie bezpieczna – oświadczył, całkowicie ją dezorientując. – Nie mam pojęcia, co tutaj się wydarzyło, ale to nie zmienia faktu, że się spóźniliśmy. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo mi przykro z tego powodu…

Kłamał. Musiał kłamać, jak zawsze zresztą. Przecież wiedziała, że od zawsze obawiał się jej rodziny i że chciał zabić ich przy pierwszej możliwej okazji, pragnąć posiąść dary, którymi dysponowali jej bliscy. A jednak kiedy go słuchała, jego słowa brzmiały szczerze i bardzo chciała w nie wierzyć. Znów była małą , trzymiesięczną dziewczynką o umyśle pięciolatki, która była przekonana, że wystarczy poprosić, żeby wszystko się ułożyło.

– Obiecujesz? – zapytała, podobnie jak niemal siedemnaście lat wcześniej, kiedy opowiadając o sobie, powiedziała mu żeby nie krzywdził jej bliskich.

– Oczywiście, moja droga – zapewnił takim tonem, jakby był wstrząśnięty, że mogłaby w to wątpić. – Chodź z nami, drogie dziecko, a wszystko jakoś się ułoży. Zrobimy wszystko, byleby odnaleźć i ukarać winnych tej o to zbrodni, skoro nie udało nam się jej zapobiec – zapowiedział i podniósł się powoli. Cały czas trzymał jej rękę, teraz gotowy pomóc jej wstać.

Renesmee zawahała się jedynie na moment.