Actions

Work Header

Symfonia dusz

Chapter Text

W taką noc jak ta lepiej nie wychodzić z domu. Gdy drzewa gną się pod ciężarem grzechów, a wiatr wyje symfonię obarczonego sumienia, złym pomysłem jest przebywanie na zewnątrz, by zaczerpnąć chłodnego powietrza, które napełniłoby płuca życiem. W taką noc jedyne rozsądne wyjście stanowi rezygnacja z człowieczeństwa i wiążącego się z nim honoru, by stać się ofiarą i ukryć się w bezpiecznym miejscu bez wyrzutów sumienia, że postępuje się egoistycznie.

Bo w Halloween magia zawsze szalała. 

Nie inaczej jest tego roku. Iskrzy i wiruje, mieniąc się perliście wśród blasku gwiazd, niosąc ze sobą powiew śmierci. Otula umysły zagubionych i kusi niczym Lucyfer; namawia do użycia jej potencjału, pomijając jednak tragiczne w skutkach konsekwencje.

Lord Voldemort poddał się mrocznej magii już dawno — samodzielnie wybrał tę drogę jako młody chłopiec, choć niektórzy pokusiliby się o stwierdzenie, że został do tego zmuszony przez okrutny świat. Podły i okrutny świat pełen piękna. Jednak o swoim losie każdy decyduje sam, a każda taka decyzja niesie ze sobą określone skutki spisane w zamierzchłych czasach przez samą Tyche. Dlatego właśnie to ta noc jest tak ważna — dzisiejsze wydarzenia ukształtują przyszłość wielu

Zapadł już zmrok, a w oddali słychać dziecięcy śmiech. Lord Voldemort nigdy nie zrozumie jak mugole mogą być tak bezczelni, ręka wręcz drży, by rzucić zaklęcie, które nauczyłoby mugoli, gdzie dokładnie wyobraża sobie ich miejsce. Dzisiejsza noc jest jednak wyjątkowa, dlatego Czarny Pan zaciska mocniej palce i nie zabija dzieci zbierających cukierki. Wie, że ma ważniejszy cel i nie może się rozpraszać. W końcu to dzisiaj przeszkodzi losowi  i już nikt nie będzie w stanie go pokonać. 

Unosi różdżkę.

— Lily, to on! Bierz Harry’ego i uciekaj! Ja go zatrzymam!

Błysk zielonego światła.

— Nie Harry… tylko nie mój Harry!

— Odsuń się! Odsuń się, głupia!

— Nie Harry…! Zabij mnie!

Błysk zielonego światła. 

Voldemort przekracza martwe ciało kobiety i spogląda na dziecko w kojcu. Gdy oczy Harry’ego i Czarnego Pana spotykają się, powietrze zaczyna buzować — jakby za chwilę miało nastąpić wyładowanie. 

Spotkanie przeznaczenia. Dwie bratnie dusze nie miałyby szans istnieć w tym świecie i być ze sobą, dlatego magia dusz zaczyna grać swoją symfonię, a gdy Voldemort wypowiada kolejne zaklęcie — zaczynają się dziać prawdziwe czary.

Błysk zielonego światła znaczy czoło Harry’ego blizną w kształcie błyskawicy, po czym odbija się i ze zdwojoną siłą uderza w pierś Czarnego Pana. Czarodziej cofa się odrzucony mocą zaklęcia, by po chwili paść na ziemię. Nie czuje żadnego bólu, po prostu zapada w sen. 

Jakby na zewnątrz stał jakiś mugol, to potrafiłby dokładnie określić moment, w którym magia ochronna przestała działać, a świat na chwilę został zjedzony przez zielone światło. Jednak nikt nie obserwował domu Potterów i czarodzieje mogą się jedynie domyślać, dlaczego zamiast truchła Voldemorta w pokoju małego Harry’ego jest jeszcze jedno dziecko. Blady chłopiec, który smacznie śpi, śliniąc palce piąstki włożonej do buzi. Nie budzi go nawet trzask aportacji zwiastujący przybycie Albusa Dumbledore’a. 

Starszy czarodziej zaczyna się wspinać po schodach, a za nim podąża Severus Snape. Rzuca pogardliwe spojrzenie w stronę Jamesa Pottera żałośnie leżącego na podłodze i wchodzi do pokoju dziecięcego. Dumbledore już tam jest. Stoi nachylony nad kołyską Harry’ego i uważnie studiuje małą ranę w kształcie błyskawicy, która delikatnie krwawi.

Severus rzuca spojrzenie na martwą Lily, ale szybko odwraca wzrok. Przełyka ślinę i już więcej nie spogląda na kobietę, której oddał serce. Odbędzie wiele rozmów i wykrzyczy jeszcze więcej obleg zanim tu wróci, by paść na ziemię i zacząć kwilić jak małe dziecko, trzymając w ramionach ukochaną.

— Co teraz? — zadaje ciche pytanie. 

Dumbledore mruczy w odpowiedzi i prostuje się. Harry automatycznie wyciąga rączki do góry dobrze nauczony przez rodziców, że to oznacza noszenie, a może i nawet jedzenie. 

— Teraz młody Harry Potter musi udać się do swojej rodziny.

— Nawet na mnie nie patrz — warczy Snape. — Mam ważniejsze rzeczy na głowie niż niańczenie bachorów.

— Ostrzegałem, że Voldemort cię nie posłucha, Severusie — wzdycha Dumbledore i właśnie wtedy zauważa zawiniątko czarnych szat. — Nigdy nie rozumiał miłości...

— Nie rozumiesz, głupcze! — Snape wpatruje się w Albusa z nienawiścią. — Ona była moją bratnią duszą!

— Ale ty nie byłeś jej.

Dumbledore klęka i zaczyna odkrywać kolejne fałdy materiału. Gwałtownie wciąga powietrze, gdy zauważa śpiące dziecko.

— Severusie, jak tam twój znak? — pyta, nie ruszając się z miejsca. 

Snape wygląda, jakby prędzej miał rzucić się Dumbledore’owi do gardła niż odpowiedzieć, ale wtedy i on zauważa dziecko, więc szybko podciąga rękaw szaty, a jego palce drżą. 

— Wyblakły — oznajmia beznamiętnie. Opuszcza czarny rękaw, by wbić świdrujące spojrzenie w śpiące niemowlę. 

— Jeśli nie chcesz przenieść Harry’ego Pottera do jego mugolskiej rodziny, będziesz musiał zanieść Toma do sierocińca. 

Przez chwilę panuje cisza. Dumbledore spogląda na leżące dziecko, a Severus otwiera to zamyka usta. Ostatecznie wybucha:

— Oszalałeś? Chcesz powtórzyć historię?! Zabij skurwiela i po sprawie — dodaje głosem ociekającym jadem. Przelotnie spogląda na niemowlęcego Czarnego Pana i przełyka ślinę. 

— Muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, by doprowadzić do spełnienia przepowiedni Sybilli. Nawet jeśli oznaczałoby to, że historia zatoczy koło. Nie wiemy, z jaką magią mamy do czynienia. Lord Voldemort parał się niebezpiecznymi czarami, tak mrocznymi, że nawet ja nie ośmieliłem się ich zgłębić. Dlatego lepiej oddać wszystko w ręce losu.

— I ponownie stworzyć potwora?

— Jeśli taka jest cena pokoju, zapłacę ją z radością — odpowiada Dumbledore pewny swoich domysłów. Gdyby jednak wiedział, jaka magia tak naprawdę miała miejsce… to czy postąpiłby właściwie? A historia potoczyłaby się właściwym torem?

Harry Potter to wyjątkowa dusza, ale zupełnie nie zdaje sobie sprawy z magii, która w nim drzemie. Pieli grządki, robi śniadania, rozmawia z pająkami, gdy wszyscy inni już śpią, opowiadając im o swoich marzeniach o rodzinie. Takiej specjalnej rodzinie, która należałaby tylko do Harry’ego. Harry Potter po prostu prowadzi spokojne życie, starając się nie wchodzić w drogę swojemu wujostwu. I udaje mu się to całkiem nieźle, dopóki pewnego ranka wraz z codzienną pocztą nie przychodzi też list do niego. Harry siada zaciekawiony na wycieraczce i zaczyna czytać zielone litery, nie zwracając uwagi na panujący w przedpokoju półmrok.

— Chłopcze! Umarłeś tam?! — Vernon Dursley rechocze z własnego żartu. — Jak nie, to nie obijaj się i przenieś wreszcie tę pocztę! Marge miała wysłać pocztówkę — mówi Petunii, która kiwa głową, ale nie potrafi cieszyć się z dobrych wieści. Coś ją skręca w środku, jakieś niedobre przeczucie, że dzisiejszy dzień nie będzie łaskawy dla trzyosobowej rodziny Dursleyów. 

— Dostałem się do szkoły magii — mówi, wchodząc do kuchni. Kładzie na stole pocztę dla wuja i stoi oniemiały, zaciskając w dłoni otwarty list. List zaadresowany do niego, do Harry’ego. 

Reakcja rodziny Dursleyów  nadawałaby się do stereotypowego sitcomu:  ciotka Petunia upuszcza widelec, wuj Vernon czerwienieje na tłustej twarzy, a Dudley wyraża swoje niezadowolenie za pomocą niezrozumiałych krzyków, rozrzucając jedzenie po całym pomieszczeniu. 

Harry stoi po środku tego szaleństwa, ale nie czuje strachu. Zamiast tego jego serce wypełnia nadzieja, że wreszcie coś się zmieni. 

Po serii krzyków i kategorycznie wyrażonego sprzeciwu ze strony wuja Vernona, Harry nie wytrzymuje.

— Nie macie prawa! — krzyczy. — To ja dostałem się do tej szkoły i do niej pójdę! 

— Jeszcze czego, smarkaczu, jak ja cię zaraz… — Vernon Dursley wyciąga swoją rękę wielką jak łapa niedźwiedzia w stronę Harry’ego, ale chłopak robi unik, czmychając na korytarz. Lata uciekania przed Dudley’em zaprawiły go w boju. 

Nadal słychać krzyki, wuj Vernon już zmierza w jego stronę, więc Harry robi jedyną rzecz, jaka przychodzi mu do głowy — ucieka z domu. Oprócz listu Harry nie posiada nic więcej, więc po prostu wybiega na słoneczną ulicę i ucieka, ile sił w nogach. Po przebiegnięciu paru przecznic musi się zatrzymać, by złapać oddech. Odwraca się, ale nikt go nie goni. Harry odchyla głowę z ulgą i jeszcze raz unosi list, by go przeczytać. Zaczyna iść spokojnym tempem, wpatrując się w zielone literki. 

W pewnym momencie zaczynają boleć go nagi, więc siada na chodniku. Co teraz zrobi? Gdzie pójdzie? Jak dostanie się do krainy magii?

Zaczyna płakać, gdy uświadamia sobie, że nie wie, co robić. Został bez dachu nad głową, bez pieniędzy, jedzenia… A jeśli miał dostać kolejny list z dalszymi instrukcjami? I co oznacza stwierdzenie, że ma wysłać sowę?

Siedzi samotnie, gdy nagle czuje delikatny powiew jak czułe pogładzenie policzka. Unosi głowę i wciera grzbietem dłoni zasmarkany nos. 

— Kim pan jest? — pyta.

— Czarodziejem — odpowiada Albus Dumbledore i uśmiecha się ciepło. Harry pospiesznie wyciera załzawione oczy i czerwoną twarz i odwzajemnia uśmiech

— Przyszedł pan po mnie? — pyta, unosząc głowę, by móc widzieć starszego czarodzieja. 

— Poniekąd. — Dumbledore wzdycha i siada na chodniku obok Harry’ego. — Przyszedłem ci pomóc. 

— Czyli przyszedł mnie pan zabrać! — Harry szczerzy się szeroko, zapomniawszy o niedawnym płaczu.

— Niezupełnie — tłumaczy Dumbleore, nadal uśmiechając się ciepło. — Jestem dyrektorem Hogwartu, szkoły…

— Magii! — wykrzykuje Harry. — Wiem, czytałem list. Umiem bardzo dobrze czytać! Lepiej od Dudleya!

— Szkoły magii, tak. Ale rok szkolny się jeszcze nie zaczął, Harry. — Dumbledore kładzie rękę na ramieniu chłopca. — Musisz wrócić do wujostwa, na pewno się o ciebie zamartwiają.

— Założę się, że wcale — burczy chłopiec, zakładając ręce na piersi. Nadyma policzki i odwraca głowę.

— Wiem, że już chciałbyś się uczyć, magia jest fascynująca, ale cierpliwość jest cnotą, z którą nawet najlepsi magowie mieli problemy.

— W takim razie jej nie potrzebuję! — wykrzykuje Harry. — Skoro mogę być super czarodziejem bez niej, to po co mi ona? — dodaje już spokojniej. 

Dumbledore wybucha gromkim śmiechem i wstaje.

— Chodź, Harry — mówi, wyciągając pomarszczoną rękę. — Zabiorę cię w pewne magiczne miejsce. 

Ulica Pokątna rozkochuje w sobie Harry’ego bez pamięci. Wszystkie te kolory, dziwni ludzie, osobliwe zwierzęta, cała ta magia… Chłopiec tęskni za tym miejscem jak tylko je opuszcza. 

Dumbledore rozmawiał z Dursleyami, więc teraz Harry ma własną sypialnię, w której trzyma wszystkie magiczne przedmioty nabyte na Pokątnej. Na honorowym miejscu jest oczywiście różdżka.

Dnia mijają szybko i wreszcie nadchodzi chwila wyczekiwana przez wszystkich domowników — Harry idzie do Hogwartu. Dursleyowie zawożą go do Londynu na dworzec King’s Cross (wuj Vernon cudem wyjmuje z bagażnika ciężki kufer, stęka przy tym jak dziadek wchodzący na ostatnie piętro kamienicy), a Harry wręcz wbiega do środka w poszukiwaniu magicznego peronu. 

Profesor Dumbledore powiedział mu, że powinien wejść w barierkę między peronem dziewiątym a dziesiątym, ale Harry nie może się na to zdobyć. Jak ma wbiec w ścianę? On jeszcze nie umie tak dobrze czarować… w ogóle nie umie czarować. 

— Też idziesz do Hogwartu?

Harry podskakuje, chociaż głos chłopca jest spokojny. Odwraca się i spogląda na beznamiętny wyraz twarzy chłopca w jego wieku, który ciągnie ze sobą podobny kufer. 

— Tak, ale nie wiem, czy dobrze zrozumiałem…

— Co takiego?

— Profesor mówił, że trzeba wejść w tę ścianę. — Harry pokazuje to miejsce palcem. Chłopak z boku marszczy brązowe brwi. Ma na sobie ubrania podobne do tych Harry’ego — wyblakłe, za duże i znoszone, dlatego Potter czuje sympatię do dziwnego chłopca, choć ten nie okazuje żadnych emocji. 

— Dumbledore? — upewnia się.

— Tak. Myślisz, że mnie oszukał?

— To nauczyciel, w dodatku czarodziej… ale z drugiej strony  dorosły, dorosłym nie wolno ufać.

— Łaaał — mówi Harry — jesteś naprawdę mądry! Jestem Harry! Zostańmy przyjaciółmi! — dodaje z szerokim uśmiechem. 

— Zgoda — odpowiada cicho chłopiec, a na jego ustach tańczy cień uśmiechu. — Ja jestem Tom. 

Harry i Tom wymieniają uśmiechy i pogrążają się w dyskusji, czy Dumbledore ich oszukał czy nie, dopóki rudowłosa czarownica im nie pomaga. Harry dziękuje, a Tom stoi cicho z boku, przypatrując się licznemu potomstwu kobiety. W jego oczach błyszczy coś niebezpiecznego, jak u psa broniącego swojej własności. 

Za barierką otwiera się przed nimi magiczny świat, chłopcy spoglądają po sobie z iskrzącymi oczami i ruszają na poszukiwania wolnych miejsc, co nie jest zbytnio trudne, bo do odjazdu pociągu zostało jeszcze pół godziny i wielu młodych czarodziei jeszcze się nie pojawiło na peronie. 

Tom i Harry siadają na przeciwko siebie i pogrążają się w rozmowie. Głównie mówi Harry, a Tom słucha uważnie, wtrącając uwagi, które wyczytał w książkach. Wreszcie rozlega się gwizd, z komina bucha para, a pociąg ociężale rusza ze stacji, zmierzając ku nowej historii, bo bratnie dusze wreszcie się odnalazły i nawet najsilniejsza magia już ich nie rozdzieli.

Chapter Text

Harry przygląda się uważnie swojemu nowemu przyjacielowi. Tom jest wyższy od niego, bardziej blady, włosy ma ciemnobrązowe, a oczy granatowe — innymi słowy różni się od Harry'ego pod praktycznie każdym względem. Nawet ich charaktery są przeciwieństwami. Tom wydaje się bardziej stonowany, ułożony i inteligentniejszy, w dodatku zdaje się nie lubić nikogo (może poza Harrym, choć i tę sympatię wyraża osobliwie), dużo czyta i czasami bije od niego takie zimno, że Harry'ego przechodzą dreszcze. Wystarczy jednak, że Harry powie coś głupiego, a chłód mija zastąpiony przez ten delikatny uśmiech Toma, który jest jedynie nieznacznym uniesieniem kącików ust, ale Harry'emu to wystarczy.

Harry z kolei to dziecko energii zasilane nie przez baterie, które kiedyś się wyczerpią, ale przez panele słoneczne świecące wiecznie aż do końca świata. Harry nie lubi się uczyć, kocha ludzi, naturę i tartę melasową.

Dlaczego więc tak różnych od siebie chłopców tak szybko połączyły więzy przyjaźni i wzajemne zrozumienie? Ktoś mógłby powiedzieć, że to zasługa przypadku — większość szkolnych przyjaźni kształtuje się z pierwszą spotkaną osobą. Jednak jest jedna rzecz, która łączy Harry'ego i Toma.

Miłość do magii.

Obaj wychowali się w mugolskim środowisku, a ich dzieciństwo dalekie było od szczęśliwego, dlatego wkraczają w nowy świat z równą fascynacją.

Historię Hogwartu trzeba czytać? — pyta Harry, mrużąc oczy zza okularów posklejanych taśmą.

Tom gładzi książkę z niebieską okładką leżącą na kolanach.

— Jak inaczej chcesz poznać jej zawartość?

— Nie możesz mi opowiedzieć? — Harry jęczy głośno i dramatycznie opada na siedzenie. — Fajnie opowiadasz.

Tom odkaszluje i zaczyna mówić:

— Zostaniemy przydzieleni do jednego z czterech domów...

— Zaraz — przerywa mu Harry, podrywając się do pozycji siedzącej. — Hogwart nie miał być zamkiem? Czy wziąłeś dobrą książkę, Tom?

— Oczywiście, że mam dobrą książkę — odpowiada Tom, chociaż ukradkiem spogląda na okładkę.

— To skąd tam domy? Czy wokół Hogwartu wybudowano cztery domki mieszkalne dla uczniów?

Z ust Toma wydobywa się parsknięcie, które chłopak szybko tłumi i odchrząkuje, by je ukryć.

— Ha! — wykrzykuje Harry. — Wiedziałem, że umiesz się śmiać! Tylko udajesz drania, a tak naprawdę jesteś uroczym kotkiem!

— Wypraszam sobie, to ty myślisz, że w Hogwarcie obok zamku stoją domy. I kto tu jest teraz bardziej nienormalny?

Harry już otwiera usta cały zarumieniony, ale wtedy drzwi do przedziału otwierają się i staje w nich rudowłosy chłopak z brudną plamą na nosie.

— Przepraszam — mówi, rozglądając się nieśmiało. — Czy tu jest wolne? Wszędzie indziej pełno.

— Nie — odpowiada Tom, nawet nie unosząc wzroku znad Historii Hogwartu, kiedy Harry już miał mówić, żeby rudzielec śmiało siadał.

Chłopak robi się cały czerwony na twarzy, Harry próbuje uśmiechnąć się do niego przepraszająco, ale wtedy nowoprzybyły spogląda na jego czoło i szeroko rozwiera oczy.

— Niemożliwe... Ty jesteś Harry Potter! — wykrzykuje z entuzjazmem.

— Skąd wiesz?

— Bo jesteś sławny, Harry — odzywa się Tom.

— I nic mi o tym nie powiedziałeś? — wykrzykuje chłopiec i zaczyna wyrzucać z siebie kolejne pytania o swoją sławę. Ron przypatruje się przekomarzaniom, uśmiecha pod nosem i wychodzi po cichu, zostawiając za sobą głośny śmiech Harry'ego Pottera.

— Bo zacznę cię łaskotać! — grozi zarumieniony z ekscytacji Harry, próbując wyglądać poważnie. Tom tylko przewraca oczami i pstryka przyjaciela w nos.

— Nie odważyłbyś się.

Harry już otwiera usta, by się sprzeczać, ale postanawia być sprytny. Sekretny plan łaskoczącej zasadzki zdradzają oczy iskrzące się jak chochliki. Tom wpatruje się w nie przez jakiś czas, po prostu złapany w ich magię, co sprawia, że iskierki gasną, a uśmiech znika z twarzy Harry'ego.

— Coś się stało? — pyta, przypatrując się bladej twarzy Toma, który to otrząsa się z dziwnego transu i uśmiecha lekko.

— Po prostu cieszę się, że jesteśmy przyjaciółmi.

— Nom! — Harry odsuwa się od Toma, całkowicie porzucając pomysł o zemście, zamiast tego energicznie siada na swoim miejscu i zaczyna trajkotać. — To magia nas połączyła! Sprawiła, że się spotkaliśmy i zostaliśmy przyjaciółmi.

— To jakbyśmy byli dla siebie stworzeni?

— Dokładnie! — wykrzykuje Harry i zaczyna machać nogami. — To niesamowite, że jesteśmy tak różni, ale tak podobni i tak do siebie pasujemy.

Zapada między nimi przyjemna cisza. Tom wertuje książkę, a Harry wpatruje się w przepływający za oknem krajobraz. Wagon trzęsie się, szyny trochę gwiżdżą i skrzypią, ale machina zawzięcie jedzie dalej, by zatrzymać się na stacji z piskiem hamowania. Harry krzywi się i zakrywa uszy, na co Tom reaguje wątłym uśmiechem. Bucha para i chłopcy wychodzą z przedziału.

Harry odwraca się jeszcze, by spojrzeć na zwykłe, brązowe siedzenia i brudną szybę.

— To będzie nasz przedział — oznajmia i rusza przed siebie.

— Widzieliście może ropuchę? — Dopada ich dziewczyna cała czerwona na twarzy i z burzą loków na głowie. — Neville swoją zgubił — dodaje.

— Nie widzieliśmy... Prawda, Tom? — Harry odwraca się w stronę przyjaciela, który kiwa głową.

— Idźcie do nauczyciela, pewnie będzie umiał przywołać ją magią — podsuwa pomysł Tom.

— Że też na to nie wpadłam! — Dziewczyna rumieni się i uśmiecha nieśmiało. — Tak w ogóle to jestem Hermiona Granger — mówi, wpatrując się w Toma.

— Tom jest po prostu mądry — mówi Harry, na co jego przyjaciel jedynie wzrusza ramionami. — Z tym trzeba się urodzić — dodaje, po czym łapie Toma za rękę. — Chodźmy, ten wysoki człowiek chyba nas woła.

Faktycznie Hagrid stoi nieopodal jedną ręką trzymając sporą latarnię oświetlającą brukowaną uliczkę, a drugą przykładając do ust, gdy nawołuje:

— Pirszoroczni! Pirszorczni do mnie!

Harry i Tom siadają w jednej łódce z Nevillem, który dalej szuka ropuchy i powtarza coś o wściekłej babci, i Hermioną, która wydaje się niezdolna do wzięcia oddechu, gdy recytuje Historię Hogwartu słowo po słowie bez jakiekolwiek przerwy.

Gdy zza horyzontu wreszcie wyłania się zamek, wszyscy nabierają powietrza, by potem zacząć wydawać okrzyki zachwytu. Hogwart odznacza się na tle granatowego nieba nikłą poświatą z wewnątrz, która otacza budowlę jak aureola. Wokół błyszczą gwiazdozbiory pełne maleńkich, srebrnych punkcików, a woda przyjemnie szumi.

Harry wdycha zapach zgniłych wodorostów i uśmiecha się do Toma, który siedzi z rozdziawioną buzią.

— Super, no nie?

Tom potrafi tylko pokiwać głową, zbyt zaaferowany magicznym widokiem rozciągającym się przed uczniami pierwszego roku.

— To najlepszy dzień mojego życia — mówi potem Tom, gdy wspinają się po schodach, by spotkać profesor McGonagall.

— To pierwszy dzień twojego nowego życia — mówi Harry, rozglądając się po wysokich sklepieniach i misternych żłobieniach, więc nie zauważa dziwnego wzroku Toma — pełnego najzwyklejszej dziecięcej nadziei, pod którą kryje się strach, że to wszystko okaże się snem i będzie musiał powrócić do okrutnej rzeczywistości. Ale kto powiedział, że ten wręcz utopijny sen, nie jest przypadkiem koszmarem?

— Witajcie w Hogwarcie!

Harry chciałby słuchać pani profesor, ale naprawdę, czy oni oczekują cudów? Że oderwie oczy od tej magii i skupi się na nudnym wywodzie? Tom już mu wszystko streścił w pociągu.

— Czy to duchy? — Harry szarpie rękaw szaty Toma, spoglądając oczami wielkimi jak spodki na przeźroczyste postacie wnikające w ścianę za profesor McGonagall.

— Na to wygląda. — Tom przełyka ślinę i wraca wzrokiem do nauczycielki. On słucha uważnie w przeciwieństwie do Harry'ego.

— Super.

Wchodzą do Wielkiej Sali i ustawiają się w jednym rządku tuż przed starym kapeluszem spoczywającym na drewnianym stołku. Grupa trzęsących się dzieciaków oczekuje na Ceremonię Przydziału, wyglądając jakby oczekiwali na skazujący wyrok procesu karnego. Sędzia w postaci wyświechtanego kapelusza marszczy jedną brew, a profesor McGonagall zaczyna wyczytywać alfabetycznie imiona.

Harry idzie przed Tomem. Gdy siada na stołku, nagle zaczyna mieć wątpliwości. A co jeśli nie ma magii, a to wszystko to jedna, wielka pomyłka i będzie musiał wrócić do Dursleyów?

Potter!

— Tak, to moje nazwisko — myśli Harry.

Hm... Trudne zadanie, zaiste trudne! Pełen energii i zapału, ale nie do nauki. Odważny, o szczerym sercu, ale jednocześnie z potencjałem. Slytherin byłby dla ciebie dobrym domem, tak, mógłbyś osiągnąć wiele... ale czy tego właśnie potrzebujesz? Niech będzie...

— GRYFFINDOR!

Harry schodzi ze stołka niczym starszy dziadek, który dla równowagi potrzebuje laski. Jego nogi są jak z waty i czuje się jakby z piersi uleciało całe powietrze, który wcześniej wstrzymywał i dopiero teraz może oddychać. Pamięta jeszcze, by uśmiechnąć się do Toma, po czym siada przy swoim nowym domu, gdzie zostaje entuzjastycznie powitany.

— Mamy Pottera! Mamy Pottera! — krzyczą niektórzy, a Harry ma ochotę wrócić do Toma i schować się za jego rękawem. Jednak chłopak o imieniu Seamus wydaje się w porządku, więc Harry rozmawia z nim, dopóki nie zostaje wyczytane nazwisko Toma.

Przyjaciel Harry'ego nie wygląda jakby się stresował, ale podczas tej krótkiej przyjaźni Harry nauczył się, że Tom trzyma emocje wewnętrz, więc wie, że pewnie chłopiec jest tak samo niepewny jak on był.

Jednak gdy Tiara Przydziału opada na jego głowę, niemal natychmiast wykrzykuje:

— SLYTHERIN!

A Harry czuje jak coś w środku pęka.

Tom ostrożnie schodzi ze stołka i kieruje się do stołu Slytherinu przy głośnych oklaskach. W pewnym momencie odwraca się do Harry'ego i spojrzenia chłopców spotykają się. Harry uśmiecha się szeroko i zaczyna machać jak szalony, jednak Tom szybko odwraca wzrok.


Minerwa McGonagall przemierza korytarze Hogwartu szybkim krokiem, a obcasy stukają głośno. Mocno stuka do drzwi gabinetu Albusa Dumbledore'a i, nie czekając na zaproszenie, wpada do środka, bo w środku coś ją skręca z przerażenia. W gabinecie zastaje dyrektora w towarzystwie Severusa Snape'a. Panowie popijają herbatę z filiżanek, a na biurku spoczywa talerzyk z herbatnikami.

— Nie wmówisz mi, Albusie, że nie zauważyłeś — mówi chłodno. — Co zamierzasz zrobić z młodym Tomem Smithem, którego nazwisko jest oczywiście fałszywe?

— Och! Minerwa! Herbatki może?

— Podziękuję. — Opiekunka Gryffindoru zakłada ramiona na piersi i spogląda na dyrektora szkoły magii spod zmarszczonych groźnie brwi.

— To może usiądziesz? — Za pomocą różdżki Dumbledore wyczarowuje krzesło. Snape uśmiecha się pod nosem i upija łyk melisy.

— Podziękuję, postoję. Do rzeczy, Albusie.

— No dobrze... — wzdycha starzec. — Choć wolałbym, abyś usiadła, to skomplikowana sprawa...

— Czarny Pan zmienił się w dziecko, a Albus postanowił powtórzyć historię i pozwolić mu uczęszczać do Hogwartu wraz z Potterem. Nie widzę tu nic skomplikowanego. — Snape bierze herbatniczka z pozłacanego talerzyka i zaczyna chrupać.

McGonagall krew odpływa z twarzy i kobieta chwiejnie siada na krześle.

— Jak to się stało?

Dumbledore poprawia okulary, po czym zaplata ze sobą palce i wzdycha.

— Odpowiedź na to pytanie spędza mi sen z powiek, ale myślę, że moje pierwsze przypuszczenia są najbliższe prawdy. Harry i Tom są bratnimi duszami.

— To... niezwykle rzadkie, by spotkać swoją bratnią duszę.

— Nie każdy ją ma, wiem — odpowiada Dumbledore i przez ułamek sekundy spogląda na Snape'a, który spokojnie przysłuchuje się wyjaśnieniom. — Jednak gdy dwie całkowicie odmienne dusze dzielą tę samą iskrę, mówimy, że idealnie się uzupełniają, są dla siebie stworzone. Dzieją się przy nich niesamowite rzeczy, powstaje magia, której nie umiemy wytłumaczyć... Mieć bratnią duszę... marzy o tym każde magiczne dziecko, ale dane jest to tylko nielicznym.

— Czyli Harry Potter jest bratnią duszą Lorda Voldemorta? To usiłujesz mi powiedzieć?

— Tak — mówi zamiast Dumbledore'a Snape, skracając zapewne długą i skomplikowaną odpowiedź dyrektora.

McGongall przez chwilę milczy, ale gdy się odzywa, jej głos brzmi pewnie.

— Co mamy robić jako kadra nauczycielska?

— Zupełnie nic. Szczególnie nikomu nic nie mówić.

— A co z Potterem? — pyta McGonagall. — Nie sądzisz, że to niebezpieczne...

— Lord Voldemort został wymazany, a jego dusza powróciła do stanu sprzed kilkudziesięciu lat, jest tym chłopcem, którego pamiętasz ze szkoły. Nadal tkwi w nim mrok, wyobrażam sobie, że on i Harry nie będą żyli w zgodzie, zważając na ich przydział.

— Nie byłabym tego taka pewna, Albusie — mówi wicedyrektorka. — Pan Potter i pan... Smith wydawali się być w całkiem przyjaznych stosunkach.

Severus Snape parska śmiechem, rozlewając herbatę na biurko i spogląda na Dumbledore'a z widocznym zadowoleniem.

— A nie mówiłem? Trzeba było zabić skurwiela. 

Chapter Text

Słońce powoli oświetla sypialnię pierwszorocznych Gryfonów porannymi promieniami, budząc śpiących chłopców z przyjemnego snu pełnego zapachów i smaków z minionej uczty oraz kolorowych iskierek magii. Harry marszczy czoło, a na dziecięcej buzi pojawia się grymas niezadowolenia, gdy chłopak zaczyna się budzić. Wyciąga rękę i przejeżdża palcami po pościeli, tak miękkiej, ciepłej i wygodnej, jakiej nigdy nie dotykał. 

Głośne kichnięcie wybudza go zupełnie i Harry zrywa się do pozycji siedzącej, o mało co nie spadając na podłogę. Jak zwykle spał skulony przy samej krawędzi, to dopiero pierwsza noc, ale chyba nigdy nie przyzwyczai się do tak wielkiego łóżka. 

Podłoga jest nieprzyjemnie zimna, więc Harry szybko biegnie na bosaka do łazienki, by przygotować się do tego magicznego dnia. 

Wchodząc do Wielkiej Sali, rozgląda się za Tomem, jednak nigdzie go nie widzi. Harry próbuje nie pokazać jak bardzo jest zawiedziony, więc uśmiecha się i siada przy stole obok Deana i Seamusa, zaczynając z nimi rozmowę o lekcjach. Tom nie pojawia się na śniadaniu.

Lekcje upływają spokojnie, a Harry wyczekuje eliksirów, bo to jedyna lekcja, jaką tego dnia mają z Ślizgonami. Transmutacja i zaklęcia to fascynujące przedmioty, ale trudne, tylko Hermiona jest w stanie zmienić swoją zapałkę w szpilkę, co sprawia, że Harry spogląda żałośnie na swoją. Zielarstwo to brudne zajęcie, ale kopanie w ziemi jest dobrze znane Harry’emu i pomaga mu uspokoić zmartwione myśli. Gdy tylko mija na korytarzu Ślizgonów, szuka wśród twarzy uczniów tej jednej  — bladej, poważnej jak na wiek, z ciemnymi, niebieskimi oczami schowanymi pod brązową grzywką. Jednak Toma nigdzie nie ma. 

Coś nieprzyjemnego gnieździ się przez to w piersi Harry’ego, rozszarpując wnętrzności ostrymi pazurami zrobionymi z nerwów i zmartwień.  Eliksiry są ostatnią nadzieją, więc Harry wręcz skacze z niecierpliwości przed salą znajdującą się w ciemnych i wilgotnych lochach, wyglądając za Tomem. 

Ślizgon pojawia się tuż przed przybyciem nauczyciela. Jego twarz wydaje się jeszcze bardziej bledsza niż wczoraj, a co najgorsze zupełnie ignoruje Harry’ego, który wyciąga nieśmiało rękę, by pomachać przyjacielowi. Tom oczywiście widzi gest Pottera, ale szybko odwraca wzrok i korzysta z przyjścia profesora, który otwiera drzwi do sali  i zaprasza uczniów do środka zamaszystym ruchem.

Jak Batman — myśli Harry, wchodząc do klasy. Od razu przyszpila wzrokiem Toma, bo Harry Potter nie poddaje się tak łatwo, wypuszcza powietrze, próbując sobie wmówić, że wcale nie jest zdenerwowany i siada obok Toma.

— Machałem do ciebie — mówi, ale szybko żałuje pochopnych słów, bo co jeśli Tom odebrał je jako oskarżenie? 

— Nie widziałem. — Tom nie patrzy na Harry’ego, tylko wyciąga zeszyt z zagiętymi rogami i lekko przekrzywione pióro. 

— A właśnie, że widziałeś — szepcze Harry, bo profesor od eliksirów zaczyna coś mówić. — Widziałem — dodaje.

— Może widziałem, może nie. Nie twój interes. — Tom zaczyna notować zasady, jakich mają przestrzegać, by nie stracić kawałka ciała, jak to ujął profesor Snape. Pióro mocno wbija się w pergamin, kreśląc wściekle rozjechane litery, tworząc nawet małego kleksa. 

— Właśnie, że mój. W końcu jesteśmy przyjaciółmi. — Harry nie zwraca uwagi na otoczenia, ani na to, że jego głos jest trochę zbyt głośny. 

— Nie słyszałeś, że Ślizgoni i Gryfoni się nie przyjaźnią? — Tom nawet nie patrzy na Harry’ego, dalej wściekle kreśli kolejne litery, jakby od tego zależało jego życie. 

— Potter, przeczytałeś coś ciekawego, o czym chciałbyś podzielić się z klasą? — Profesor Snape stoi nad ławką chłopców z miną zwiastującą kłopoty. Harry przełyka ślinę.

— Em…

— Rozmawialiśmy o wpływie bezoaru na trucizny, profesorze — wtrąca Tom. 

Zimne spojrzenie Severusa Snape’a przesuwa się na Ślizgona, ale mężczyzna szybko odwraca wzrok. 

— Nie odzywaj się niepytany, Smith. Potter, gdzie znajdziesz bezoar? Wiesz w ogóle co to jest?

Tom kopie Harry’ego w kostkę i szepcze półgębkiem:

— Kamień w żołądku kozy.

— Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru za podpowiedzi, Potter.

— Ale to Smith podpowiadał, profesorze! — odzywa się zaaferowana Hermiona Granger. — To Slytherin powinien…

— I kolejne ujemne punkty dla Gryffindoru, tym razem za kwestionowanie decyzji nauczyciela. — Snape przenosi ciemne spojrzenie na Hermionę, która rumieni się i chowa twarz za włosami. — Ktoś jeszcze chce nas oświecić intelektem? Nie? — Nawet nie czeka na odpowiedź, po prostu kontynuuje monolog. — Jak widzicie sława wpływa ujemnie na wiedzę i stan punktów. Jeśli chcecie, by was to ominęło, to brać się do nauki i nie przeszkadzać. Longbottom! Czy ja pozwoliłem zapalić ogień pod kociołkiem? Chcesz nas wszystkich wysadzić w powietrze?!

Gdy kończy się lekcja, Harry chce złapać Toma i zmusić do rozmowy, ale Ślizgon pakuje się w zastraszająco szybkim tempie i wręcz wybiega z klasy, jakby się paliło (a się nie pali, choć Neville był bliski wysadzenia kociołka). Harry pozostaje w tyle i powolnymi ruchami pakuje rzeczy do torby, myślami tkwiąc daleka poza klasą do eliksirów. 

— Potter, nie mam całego dnia. Zabieraj rzeczy i wynocha z mojej klasy.

— Do widzenia! — Harry nie kończy się pakować, po prostu chwyta pozostałe pergaminy i wybiega z rozpiętą torbą zwisającą z ramienia, nie chcąc narazić się profesorowi, który obserwuje Gryfona ze ściągniętymi brwiami.

 

Dni w Hogwarcie upływają szybko, pogoda staje się coraz bardziej deszczowa, a Harry ciągle stara się porozmawiać z Tomem, ale Ślizgon zawsze potrafi się wymigać albo w ostatniej chwili zniknąć za zakrętem. Harry’emu nie pozostaje inne wyjście — musi użyć siły. Dlatego właśnie zagaduje Hermionę, bo choć trochę zarozumiała, to jednak ma sporą wiedzę i na pewno będzie znała odpowiednie zaklęcie. Instynkt nie zawodzi Harry’ego, Gryfonka patrzy na niego dziwnie, ale trwa to tylko chwilę, bo szybko przechodzi do rzeczy i zaczyna gadać jak najęta o zaklęciu galaretowatych nóg. 

— ...nogi stają się tak wiotkie, że osoba może upaść, dlatego lepiej położyć parę poduszek, żeby się nie skrzywdziła upadkiem, oczywiście. 

Harry kiwa głową i próbuje spamiętać instrukcje. Uznał, że zapisywanie słów koleżanki byłoby przesadą. 

— Tak w ogóle — Hermiona przekrzywia głowę — po co ci to zaklęcie?

— Muszę porozmawiać z Tomem — tłumaczy Harry, ale robi to niechętnie; czuje się, jakby zdradzał tajemnicę przyjaciela obcej osobie. 

— I potrzebujesz do tego zaklęcia? — Hermiona próbuje przybrać groźną pozę McGonagall z uniesioną brwią, ale niezbyt jej to wychodzi, więc Harry uśmiecha się pod nosem. 

— Tak, a zresztą to nie twój interes — odpowiada.

— Przecież jesteśmy przyjaciółmi, co nie? Nie mamy sekretów!

— Jesteśmy przyjaciółmi?

— No przecież! Nigdy nie miałam przyjaciela, to takie ekscytujące…

Harry nie ma serca wyprowadzać jej z błędu, ale jego dobre serce sprawia, że dziewczyna zaczyna wszędzie z nim chodzić, a przy tym nieustannie mówi. Jej ulubionym tematem jest nauka, nauczyciele i komentowanie jak to inne dziewczyny są głupie, że nie przejmują się nauką i tylko chłopcy im w głowie. Harry raz odpowiada jej, że to ona śledzi jednego chłopaka, co zamyka ją na godzinę. Niecałą. 

 — Quidditch! — krzyczą na zmianę Dean, Seamus i Ron, kiedy na tablicy w holu pojawia się ogłoszenie o lekcji latania dla pierwszorocznych. 

— O, nie…! Ale mamy je ze Ślizgonami! — wykrzykuje Dean, wskazując palcem rozpiskę. Ron przybliża się, mruży oczy, po czym wzdycha teatralnie i trójka Gryfonów zaczyna narzekać jak to członkowie Slytherinu na pewno będą oszukiwać.

— Ale wiecie, że to nie mecz, tylko lekcje latania? — wtrąca Hermiona, która dotąd była cicho. Lekko zielona na twarzy czyta ogłoszenie raz po raz.

— To  Ślizgoni, oni zawsze znajdą sposób — mówi Ron. — Ponoć Sam-Wiesz-Kto był w Slytherinie, wszyscy źli czarodzieje są ze Slytherinu. 

— Taki Snape na przykład — wtrąca Dean.

— Ja tam się cieszę, że będziemy mieć ze Ślizgonami — mówi Harry. Gryfoni zaczynają rozmawiać o miotłach i powoli odchodzić w stronę Wielkiej Sali, a on jeszcze raz spogląda na ogłoszenie. Może Tom nie chce z nim rozmawiać, bo wstydzi się być w Slytherinie, domu czarnoksiężnika, który zabił rodziców Harry’ego?

Gdy tylko ta myśl przychodzi mu do głowy, Harry postanawia, że tak być nie może. Musi powiedzieć Tomowi, że domy nie mają absolutnie żadnego znaczenia i liczy się tylko ich przyjaźń. Dlatego Gryfon obraca się na pięcie i kieruje się w przeciwnym kierunku niż Wielka Sala, w której odbywa się właśnie śniadanie.

— Harry, nie idziesz? — woła go Hermiona.

— Czegoś zapomniałem, zaraz wrócę! — woła i zaczyna biec, jakby od tego zależało jego życie. Czuje się, jakby podążał za nitką losu, biegnie tam, gdzie ona go kieruje. I na końcu znajduje Toma, który kuca nad torbą i porozrzucanymi pergaminami. Kałamarz leży pusty z boku, a wszystko wokół zdobią granatowe kleksy.

— Tom, daj, pomogę. — Harry klęka przy Ślizgonie i wyciąga różdżkę. Tom nic nie odpowiada. Wpatruje się twardo w bałagan na podłodze i zaciska palce na szacie. — To… znasz może zaklęcie czyszczące?

Chłoczystość . — Za jednym machnięciem różdżki cały atrament znika. 

— Kocham magię — wzdycha Harry, po czym zaczyna pakować pergaminy i książki do torby Toma, który nadal nie zmienił dziwnej pozycji. — Wszystko w porządku? 

Harry delikatnie kładzie rękę na ramieniu Toma i dopiero wtedy czuje, że chłopak się trzęsie.

— Nienawidzę ich — mówi drżącym głosem, wbijając wzrok w podłogę. — Nienawidzę. 

— Tych, którzy zepsuli ci torbę?

— Wszystkich. 

— Ale mnie to musisz lubić, jesteśmy przyjaciółmi!

— Nie kłam. — Tom unosi głowę i wpatruje się w Harry’ego zaczerwienionymi oczami, ale nie płyną z nich żadne łzy, co przynosi Harry’emu swoistą ulgę. Zupełnie nie wie, co robić z płaczącymi osobami. Przytulić? Powtarzać puste słowa, że wszystko będzie w porządku?

— Nie kłamię!

— Widziałem cię z tą Granger, wszędzie razem chodzicie! Dobrana z was para — prycha chłopak.

— To ona za mną chodzi — tłumaczy się Harry. Jego ręka nadal spoczywa na ramieniu Ślizgona, żaden z nich nie ma odwagi ani chęci, by ją zabrać czy strząsnąć. — Pytałem ją o zaklęcie, by móc z tobą porozmawiać, a ona zrobiła z nas przyjaciół.

— Naprawdę? — Tom pociera zaczerwienione oczy. 

— Naprawdę, ty jesteś moim jedynym i najlepszym przyjacielem.

— I będę nim do śmierci? — Tom spogląda w oczy Harry'ego i wygląda na poważnego.

— Po co umierać? — śmieje się Harry, chcąc wprawić Toma w dobry nastrój, bo jego przyjaciel nie zasłużył, by być przybitym.

— Właśnie… po co? — Smith uśmiecha się lekko.

Po tej rozmowie Harry i Tom stają się nierozłączni na tyle, na ile pozwala im system Hogwartu. To znaczy, że przerwy spędzają razem, na eliksirach Tom próbuje załagodzić nastawienie Snape’a do Harry’ego, ale ten uparcie ignoruje Ślizgona. Posiłki każdy je przy swoim stole, ale po lekcjach oboje spędzają czas w bibliotece, gdzie Tom się uczy, a Harry próbuje mu nie przeszkadzać, co mu prawie nigdy nie wychodzi. 

Tom okropnie stresuje się lekcją latania. 

— Przecież to kawałek drewna — mówi, kiedy pierwszoroczni Ślizgoni i Gryfoni stoją zebrani na boisku do quidditcha. Tom wpatruje się w miotłę leżącą przed nim. — Jak to ma mnie unieść?

— Magia! Czy to nie jest niesamowite? — Harry z zafascynowaniem przygląda się otoczeniu: dziwnym pętlom, zielonemu trawnikowi, kolorowym trybunom

— Nadal temu nie ufam — mruczy Tom i delikatnie kopie miotłę czubkiem buta. — Czy nie możemy uczyć się przydatnych rzeczy? Teleportacji na przykład?

Pani Hooch rzuca mu urażone spojrzenie, a Tom prostuje się, przybierając postawę wzorowego ucznia, który wcale nie kopał własności szkoły.

— Skoro już stoicie obok swoich mioteł, to wyciągnijcie przed siebie dłonie i krzyknijcie…

— DO MNIE! — rozlegają się okrzyki, a Harry z dumą łapie trzon swojej miotły i posyła Tomowi szeroki uśmiech. 

Ślizgon prycha i mówi:

— Do mnie. — Miotła podnosi się z gracją i ląduje w jego wyciągniętej dłoni. 

Gdy wszyscy trzymają już miotły, pani Hooch poleca, aby wsiedli i na chwilę oderwali się od ziemi, wtedy właśnie Neville wyrywa się w powietrze, robi pętlę i spada z trzaskiem.

Gwizdek nauczycielki sprawia, że Gryfon zaczyna płakać z przerażenia. Pani Hooch podbiega i unosi nadgarstek chłopaka, który jest cały czerwony i spuchnięty. 

— Złamanie — ocenia, cmokając z niezadowoleniem. — Nikt nie rusza mioteł, dopóki nie wrócę ze Skrzydła Szpitalnego. Czy to jasne?

Odpowiada jej niejasny chórek potwierdzających pomruków.

— Czy to jasne?!

— TAK!

Gdy tylko nauczycielka znika, odzywa się Malfoy:

— Widzieliście jak spaślak zleciał? — śmieje się, po czym trąca stojącego obok Goyle’a, by ten też się zaśmiał. — Myślę, że żadna miotła nie byłaby w stanie udźwignąć takiego ciężaru. 

— Zamknij się, Malfoy. — Harry robi krok do przodu i zaciska palce mocno na trzonku miotły. 

Wszyscy zebrani przestają rozmawiać i obserwują narastający konflikt. Tom wzdycha, bo mimo że zna Harry’ego jedynie miesiąc, to wie, że nic nie poradzi, gdy Gryfon się uprze, by kogoś bronić. W końcu przekonał się o tym na własnej skórze.

— Bo co? Poskarżysz się pani Hooch? — Malfoy uśmiecha się wrednie i ogląda się na Crabba i Goyle’a, którzy zaczynają rechotać. 

— Bo cię walnę! — krzyczy Harry.

— Uuuu! Potter chce się bić? 

— Nie chce — odpowiada za Harry’ego Tom.

— Smith! Zdrajca własnego domu się odezwał! Myślałem, że Flint dobitnie wytłumaczył ci zasady Slytherinu. — Z twarzy Malfoya nie schodzi ten pełen zadowolenia uśmieszek, który Harry tak bardzo chce zetrzeć. Jedno uderzenie, tylko tyle trzeba. 

— Mogę ci je powtórzyć, jeśli zapomniałeś, Malfoy. Bardzo dokładnie. 

Groźba Toma pozostaje bez echa, bo wtedy wraca pani Hooch, ale bez Neville’a. 

— To na miotły! — krzyczy, ale jej poprzedni entuzjazm znikł bezpowrotnie. — Tylko bez gwałtownych ruchów. — Smith, ustaw się z resztą Ślizgonów. 

Tom bez słowa staje obok Malfoya, który kopie jego miotłę, korzystając z nieuwagi nauczycielki pokazującej jak wzbić się w powietrze, by nie skończyć jak Neville. 

— Biedny Neville — wzdycha Hermiona i przekłada nogę przez trzonek miotły. 

Harry pomrukuje potwierdzająco.

Wreszcie pierwszoroczni wzbijają się w powietrze.Najpierw nisko, by potem  coraz wyżej i wyżej.

— A teraz delikatne koła, musicie nauczyć się skręcać! Delikatnie, z czułością! I jazda, okrążyć mi boisko dwa razy!

Malfoy wysuwa się na prowadzenie, ale Harry po chwili wyprzedza go z szerokim uśmiechem. 

—  I co teraz, Malfoy? — krzyczy, odwracając się przez ramię, by zobaczyć ten rumieniec wściekłości.

— Pożałujesz! — warczy i wpada na spokojnie lecącego Toma, którego miotła zaczyna szaleć. 

Zamiast lecieć prosto, gwałtownie skręca, wznosi się w górę. Tom zaciska palce na trzonie miotły tak mocno, że aż bieleją mu knykcie. Z przerażeniem szuka wzrokiem Harry’ego, ale wokół jest tylko świst wiatru i rozmyty obraz trybun. Miotła wzlatuje coraz wyżej, Tom z przerażenia kieruje czubek trzonka ku dołowi i zaczyna pikować w stronę ziemi w zastraszającym tempie. 

Hooch wsiada na swoją miotłę, ale zanim zdąży odbić się od ziemi, Tom zalicza potężny upadek. 

— TOM! — Harry zakręca miotłę i ląduje przy przyjacielu, który leży na zrytym trawniku wśród błota i ziemi i jęczy cicho. 

Hooch już wyjmuje różdżkę i wyczarowuje nosze, na które lewituje Ślizgona. 

— To Malfoy! — krzyczy Harry. — Skrzywił witki miotły Toma! Niech pani sama zobaczy! — Harry wskazuje na leżącą miotłę, jednak zostały z niej drzazgi, a witki są wręcz połamane; nie ma sposobu, by udowodnić, że przed upadkiem z miotłą było coś nie tak.

— Widziałam! — Do Harry’ego dołącza Hermiona, a wraz z nią odzywa się paru innych Gryfonów.

— Porozmawiamy jak wrócę — obiecuje nauczycielka, chociaż brzmi to bardziej jak groźba. — Ja wracam do Skrzydła Szpitalnego, a jeśli którykolwiek się ruszy, wylatuje z Howartu w trybie natychmiastowym. 

— Mogę z panią? — Harry spogląda na paskudne rozcięcie na głowie Toma, które obficie krwawi i rękę wykrzywioną pod dziwnym kątem. Gryfon przełyka ślinę. 

— Wszyscy zostają tu i czekają. 

— Ale…

— Żadnego ale, pan Smith potrzebuje teraz spokoju — mówi i odchodzi, lewitując ze sobą nosze z Tomem.

— Ale ja jestem jego przyjacielem… — mówi Harry cicho, wpatrując się w plecy nauczycielki. 

— Będziesz płakał, Potter? — Malfoy uśmiecha się chytrze, stojąc nieopodal i opierając się o miotłę. 

— Żebyś ty nie płakał jak z tobą skończę — warczy Harry i zaczyna iść w stronę Malfoya, ale ten szybko wskakuje na miotłę i odlatuje parę metrów. 

— I co teraz?

Harry bez namysłu wsiada na swoją miotłę.

— Harry! — Hermiona próbuje złapać jego rękaw. — Nie możesz! Wylecisz z Hogwartu!

Chłopak jednak słyszy jedynie buzującą krew, gdy wbija się w powietrze i zaczyna gonić Malfoya. 

Ślizgon odlatuje w stronę obręczy, więc i Harry leci w ich stronę. Przelatuje przez tę mniejszą i gwałtownie zawraca, hamując w ostatnim momencie. Przed kolizją z trybunami ratuje go jedynie refleks. 

Malfoy tymczasem już odlatuje w przeciwną stronę, śmiejąc się i wołając kolejne obelgi. Harry zaciska mocniej ręce na miotle i wtedy słyszy ostry krzyk McGonagall.

— Potter! Na dół, ale to już!

Chapter Text

— Zgadnij, co się stało! — krzyczy Harry, gdy tylko otwiera drzwi do Skrzydła Szpitalnego. — Dostałem się do drużyny quidditcha! — dodaje, nie czekając na jakąkolwiek reakcję Toma. 

Smith siedzi oparty o dwie puchate poduszki, a na kolanach trzyma otwarty podręcznik do transmutacji. Rany pod upadku już się zagoiły (wystarczyły zaledwie dwa stuknięcia różdżką), ale pani Pomfrey martwi wstrząśnienie mózgu, więc kazała Tomowi nocować w Skrzydle Szpitalnym, by mieć chłopaka pod obserwacją. 

Harry oczywiście też się martwi, ale zna Toma i wierzy w to, że nic mu nie będzie. Zresztą stwierdził, że wiadomości o quidditchu na pewno poprawią humor przyjaciela, więc przybiegł tu zaraz po tym jak się dowiedział od profesor McGonagall. 

— Żartujesz? 

Tom marszczy brwi  i wykrzywia usta. 

— Nie-e! — Harry kręci głową i siada gwałtownie na łóżku Toma, aż skrzypi materac. 

— Widziałeś co się stało ze mną, a chcesz grać w tę barbarzyńską grę? — Ślizgon zamyka książkę i odkłada ją na półkę, by móc nachylić się w stronę Harry’ego. Wpatruje się w niego przez długie sekundy, jakby siłą woli próbował przekonać Gryfona do swoich racji.

— Tak, chcę — odpowiada pewnie Harry. — Latanie… to jakbyś wreszcie był wolny i mógł poczuć wiatr we włosach, i być sobą, i robić te wszystkie rzeczy… no po prostu latać! Latanie. To samo w sobie niesie ekscytację!

— Latanie zabija. — Tom odsuwa się, by z powrotem oprzeć głowę o poduszki, ale nie spuszcza wzroku ze swojego przyjaciela. 

— Życie zabija, Tom. Już dość przeżyłem w schowku pod schodami, teraz mam szansę, by latać. Latać, Tom. — Gdy Harry to mówi, jego oczy lśnią desperacją. Nie potrzebuje zbyt wielu słów, by przekazać przyjacielowi, o co mu chodzi. Od początku tak z nimi było; nie mówią za wiele o rodzinach, sierocińcu, ale wiedzą i rozumieją. W takich sytuacjach słowa tylko zawadzają. 

— Rodzimy się, by żyć, żyjemy, by umierać, hm? — szepcze Tom i wpatruje się gdzieś za ramię Harry’ego. 

— Mieliśmy nie umierać, pamiętasz? — Harry trąca nogę Toma kolanem, co powoduje, że chłopak spogląda na niego z urażonym wyrazem twarzy.

— Jestem ranny — przypomina.

— Jakby pani Pomfrey cię nie poskładała — prycha Harry. — Nie dramatyzuj. Dziecko jesteś?

— Że co powiedziałeś? Powtórz, żebym usłyszał wyraźniej.

— Powiedziałem, że jęczysz jak dziecko. 

Tom odwraca głowę i nie patrzy na Harry’ego.

— Obraziłeś się? — pyta Harry po chwili ciszy. — Nie chciałem cię urazić…

Tom nadal milczy. 

— No weź! — Harry przysuwa się bliżej Ślizgona i zaczyna mu jęczeć nad uchem. — Nie obrażaj się! 

Gdy kolejne słowa nie przynoszą skutku, Gryfon kładzie się na przyjacielu i wtula głowę w jego klatkę piersiową. 

— Bo będziesz jak to dziecko! — mówi, próbując się podnieść, co kończy się łokciem wbitym w brzuch Toma.

— Ała! Zwariowałeś?

— Przepraszam, przepraszam! — Harry z powrotem opada na Toma, wywołując kolejny okrzyk bólu i jeszcze większe poczucie winy u Harry’ego. — Nie chciałem. Naprawdę! — zapewnia. 

— Przecież wiem. — Tom czochra włosy Harry’ego z lekkim uśmiechem na twarzy.

— Przestań! — Harry próbuje uciec od dziwnej pieszczoty, ale kolejne salwy śmiechu niezbyt w tym pomagają. 

— Wiesz co? — pyta Harry, gdy obaj leżą na łóżku skierowani twarzami w swoją stronę. Harry poprawia ręce, na których opiera głowę i uśmiecha się zadowolony. 

— Hmm?

— Jesteś najlepszym przyjacielem na całym świecie. 

— Ty też — odpowiada Tom i uśmiecha się tym rzadkim uśmiechem, który Harry widział może trzy razy. To uśmiech pełen dziecięcej radości i niewinności, wyrażający same szczęśliwe uczucia bez żadnych ukrytych zamiarów czy prób udawania kogoś, kim się nie jest. Tom uwielbia grać, a jako ulubioną rolę upodobał sobie idealnego ucznia. 

— Harry. 

Zaaferowany Gryfon spada z łóżka, słysząc głos Albusa Dumbledore’a. 

— Panie dyrektorze. — Tom podnosi się i poprawia, by usiąść twarzą do starszego czarodzieja. 

— Spokojnie, nie ma potrzeby, naprawdę. Wypoczywaj, drogi chłopcze. — Dumbledore unosi obie ręce, pokazując jasne dłonie. Jego pierścienie błyszczą w świetle zachodzącego słońca, którego promienie wpadają przez okno po prawej stronie Toma. — Jak się czujesz?

— W porządku. — Tom odwraca wzrok.

Harry w tym czasie gramoli się z podłogi i opiera łokciami o łóżko, cały czas klęcząc na podłodze tak, że poza materac wystaje tylko jego zarumieniona twarz. 

— Znakomicie, znakomicie. 

Dumbledore rozgląda się po pomieszczeniu, dopóki spojrzenie tych niebieskich oczu pełnych iskierek nie spoczywa na Harrym.

— Harry — mówi pogodnym tonem — znalazłbyś chwilkę, by porozmawiać?

— Emm… — Harry zerka na Toma, który siedzi ze zmarszczonymi brwiami. — Jasne — dodaje, no bo jak miałby odmówić dyrektorowi?

— Przejdziemy się? 

Harry wstaje i otrzepuje szatę, próbując sprawić, by wyglądała choć trochę od tego całego tarzania i klęczenia. 

— Wpadnę wieczorem. — Uśmiecha się do Toma i unosi rękę w geście pożegnania, choć nią nie macha. 

— Będę czekał — odpowiada Tom i wyciąga wcześniej porzuconą książkę. Ale choć unosi ją, zasłaniając usta, to jego oczy śledzą Dumbledore’a, a nie tekst. 

Dumbledore przechadza się korytarzami zamku, mając ręce spleciona za plecami. Wydaje się być nucić jakąś wesołą melodię, jednak robi to bardzo cicho, Harry nie jest pewny, czy dobrze słyszy. Gryfon podąża za dyrektorem, trzymając się parę kroków w oddali. 

Idą w ciszy. Uczniowie spędzają czas w Pokojach Wspólnych czy bibliotece, więc korytarze się praktycznie opustoszałe.

— Słyszałem od profesor McGonagall, że będziesz reprezentował Gryffindor w szkolnej drużynie quidditcha — mówi, nie patrząc na Harry’ego. Dyrektor cały czas idzie przed siebie tym spokojnym tempem, którego używa się do przechadzek po parkach. 

— Tak — mówi Harry, nagle speszony. — Profesor zobaczyła jak latam i… jakoś tak wyszło. — Potter drapie się po głowie i odwraca wzrok, spoglądając na kamienne ściany.

— Na jakiej pozycji będziesz grał, jeśli mogę zapytać?

— Szukającego, profesorze.

— Ach… wiesz, że twój ojciec też grał? — Dumbledore zatrzymuje się przed wysokim oknem z widokiem na chatkę Hagrida. Z kamiennego komina wylatują małe obłoczki dymu, a wokół pełno pomarańczowych plamek, które z bliska okazałyby się dyniami chowanymi specjalnie na zbliżające się Halloween. 

— Naprawdę?

— Tak, był ścigającym, jednym z lepszych. 

Po ciele Harry’ego rozlewa się fala przyjemnego ciepła. O rodzicach nie wie praktycznie nic, to miło znać jakąkolwiek informację, a czymś niesamowitym jest czuć połączenie z ojcem. Mieli takie same zainteresowania, czy to nie wspaniałe?

— Zauważyłem, że jesteście z Tomem dość blisko — mówi Dumbledore i wreszcie spogląda na Harry’ego, jednak jest to przenikliwe spojrzenie. Harry czuje się odsłonięty, jakby dyrektor mógł czytać wszystkie jego myśli.

— Jesteśmy przyjaciółmi — odpowiada Harry z dziecięcą szczerością.

— I to mnie właśnie martwi, mój drogi chłopcze — wzdycha Dumbledore. 

— Dlaczego? — Harry czuje macki strachu próbujące objąć jego klatkę piersiową i ścisnąć mocno, tak by uniemożliwić oddychanie. 

— Muszę cię prosić, abyś mnie dokładnie wysłuchał, dobrze? — Dumbledore kładzie rękę na ramieniu Harry’ego. Jest ona ciężka i ciepła. 

Harry niepewnie kiwa głową.

— Wiem, że dla ciebie to niewinna przyjaźń, całkowicie to rozumiem, ale musisz zrozumieć, że w tym chłopcu tkwi zło. 

— Czyli co? Mówi mi pan, że nie możemy się przyjaźnić? — Harry robi krok do tyłu, a ręka Dumbledore’a opada, by bezwładnie zawisnąć u boku czarodzieja.

— Chcę jedynie powiedzieć, żebyś uważał i uważnie obserwował swojego przyjaciela. Tom… nie wywodzi się z dobrego środowiska, pewnie sam zauważyłeś ten… mrok tkwiący w głębi.

— Nie, nie zauważyłem — warczy Harry, a potem dodaje dziarsko jak na jedenastolatka: — A teraz, proszę wybaczyć, idę porozmawiać z przyjacielem, który leży chory w Skrzydle Szpitalnym.

— Rozumiem twój gniew, ale nie ograniczaj się do jednej osoby, Harry. Spróbuj zaprzyjaźnić się z osobami z twojego domu i porównaj te relacje. 

— Do widzenia. — Harry odchodzi z głośno bijącym sercem, nie oglądając się na dyrektora, który stoi i wpatruje się w plecy Gryfona ze zmartwieniem. 

Nie mówi Tomowi prawdy, gdy ten pyta się, czego chciał Dumbledore. Zbywa go kłamstwem o quidditchu. Dumbledore mówił bzdury i Harry nie będzie zaprzątał nimi głowy Toma, który powinien skupić się na własnym zdrowiu. 

Czas w Hogwarcie pędzi, jakby brał udział w wyścigach. Mija Halloween, liście opadają z drzew, nastaje deszczowa pora, a temperatura staje się coraz niższa, a pod koniec listopada spada pierwszy śnieg, który topi się w ten sam dzień. 

Dla Harry’ego to spokojne dni wypełnione nauką i czasem spędzonym z Tomem (okazjonalnie nęka go Hermiona, a Harry nie ma serca jej przegonić). I wszystko byłoby idealne, zbliżają się święta, wszyscy są w świetnym  nastroju… oprócz Toma. 

Tom czasami znikąd ma sińce na rękach czy nogach, raz pojawił się na lekcjach z rozciętą wargą (potem wraz z Harrym szukali w bibliotece zaklęcia leczącego, bo Tom stanowczo odmawiał pójścia do pielęgniarki) i nie ma żadnych innych przyjaciół oprócz Harry’ego. I, naprawdę, Harry nie miałby  z tym problemu, gdyby nie to, że Tom rozmawia tylko z Harrym. Ślizgoni się z niego śmieją, a cała reszta unika, bo jest Ślizgonem. 

— Widziałeś Neville’a? — pyta Hermiona, gdy Gryfoni siedzą na obiedzie. 

— Nie — odpowiada Harry, marszcząc brwi. — Coś się stało? — dodaje, patrząc na zmartwioną minę dziewczyny.

— Eliksiry, a co innego — wzdycha Gryfonka i odchodzi, szukając Neville’a, by go pocieszyć. 

Snape jest najgorszym nauczycielem świata w mniemaniu Harry’ego. Kto mu w ogóle pozwolił uczyć, skoro ewidentnie faworyzuje swój dom i znęca się nad słabszymi uczniami? Jest jeden, jedyny Ślizgon, którego Snape wręcz nie znosi. I jest to Tom. Najdziwniejsze w tym jest, że Tom jest najlepszy z eliksirów z całej klasy (tak naprawdę jest najlepszy we wszystkim oprócz latania), nie sprawia żadnych problemów, nie rozmawia na lekcjach ani nic. Jednak Snape z jakiegoś powodu go nienawidzi (tak samo jak Harry’ego).

Harry spogląda w stronę stołu Slytherinu. Jak zwykle Toma nie ma — woli przychodzić późno albo bardzo wcześnie, aby nikt nie miał okazji z niego szydzić. W oczy rzuca się także brak Malfoya i jego gangu. Do głowy Harry’ego przychodzą naprawdę paskudne myśli, więc szybko wypija sok i wybiega z Wielkiej Sali.

Ale gdzie powinien szukać Toma? Opuszczona klasa, lochy? A może biblioteka? 

Biblioteka okazuje się być strzałem w dziesiątkę. 

Tom stoi przyparty do ściany, a od Malfoya oddziela go różdżka. Harry szybko wyciąga swoją i krzyczy:

— Odsuń się Malfoy albo przez tydzień na tyłku nie usiądziesz! 

Blondyn powoli odwraca głowę w stronę Gryfona i uśmiecha się drwiąco. 

— Oho! — krzyczy. — Przybył twój rycerz na białym koniu! — zwraca się do Toma i szturcha go w ramię. 

Smith jednak nie należy do osób, które dają sobą pomiatać i posyła w stronę Malfoya klątwę Żądlącą. Draco odskakuje, ale nie daje rady ominąć promienia i klątwa trafia go prosto w twarz. Crabbe i Goyle obserwują z niemym przerażeniem i szeroko otwartymi ustami jak cała twarz Ślizgona pokrywa się wielkimi, czerwonymi bąblami. Dolna warga Malfoya zaczyna puchnąć, sprawiając, że chłopak wygląda jak Dzwonnik z Notre Dame. 

— Powinieneś zobaczyć się w lustrze! — krzyczy Harry i zaczyna się śmiać. Nawet Tom unosi kącik ust w drwiącym uśmiechu. Nonszalancko opiera się o ścianę i przypatruje się Malfoyowi, który zaczyna panikować i krzyczeć. 

— Coś ty zrobił? Poczekaj, jak tylko…

— CO TU SIĘ DZIEJE? — grzmi ostry głos profesora Snape’a. 

— Smith zaatakował mnie bez powodu! — Malfoy od razu wskazuje palcem Toma. — Crabbe i Goyle mogą to potwierdzić!

— To prawda? — Snape zwraca mroczne spojrzenie w stronę goryli Malfoya. Dwójka Ślizgonów gorliwie kiwa głowami.

— To nieprawda! — odzywa się Harry. — To zwykłe kłamstwo, to oni…

— Cicho, Potter. Ty i Smith dostajecie szlaban, jutro wieczorem. Z Filchem — dodaje mściwie i już ma odchodzić, ale odwraca się, łopocząc peleryną. — A, i Gryffindor trafi dwadzieścia punktów za bójski. Rozejść się i żebym was więcej nie przyłapał na rzucaniu zaklęć na korytarzach. 

— To takie niesprawiedliwe — narzeka Harry, gdy on i Tom siedzą na parapcie przy oknie z widokiem na jezioro. — Przecież to oni zaczęli — jęczy, kładąc głowę na kamienny parapet i wpatruje się w Ślizgona.

Tom cały czas milczy, wpatrując się w błyszczącą taflę jeziora. 

— Snape powinien wylecieć z Hogwartu. Wszyscy wydają się być przeciwko nam...

— Snape, Ślizgoni, Dumbledore… — mówi cicho Tom. — A to wszystko przeze mnie…

— Nie przez ciebie! — zapewnia szybko Harry. — Po prostu oni są idiotami, debilami, imbecylami, dupkami…

— Gdybym nie był mugolakiem, nic takiego nie miałoby miejsca — kontynuuje Tom, nie zwracając uwagi na słowa Harry’ego. — Gdybym mieszkał w normalnym domu, a nie w sierocińcu… — dodaje ze złością.

— Skąd pewność, że jesteś mugolakiem?

Tom gwałtownie odwraca się w jego stronę, a trybiki w głowie idą w ruch. 

— Dokładnie! — mówi z uśmiechem wkaradającym się na usta. — Jestem sierotą, nic nie wiem o rodzicach! Mogli być czarodziejami, którzy po prostu zginęli.

— Tak jak moi, tylko ciebie wrzucili do sierocińca zamiast do nieznośnego wujostwa — mówi Harry. 

— Może mnie kochali… — mówi cicho Tom, jakby do siebie, ale Harry doskonale go słyszy. 

— Myślisz, że jest sposób, aby znaleźć swoich rodziców? — pyta Harry.

— Jeśli jest, to go znajdziemy — odpowiada Tom z pewnością i uśmiecha się do Harry’ego.

Chapter Text

Pierwszy mecz quidditcha w sezonie kończy się spektakularną wygraną Gryffindoru, którą Dom Lwa zawdzięcza nowemu szukającemu. Harry’ego rozpiera duma, gdy słyszy pochwały lub gdy kolejni ludzie poklepują go po plecach z uśmiechami. Tom nawet siedział na trybunach (z grubą książką na kolanach) i przytulił Harry’ego delikatnie. I Harry’emu to wystarczy, wie jak Tom nie znosi quidditcha i jakie nieprzyjemne wspomnienia przynosi ta czarodziejska gra. W ogóle Tom nienawidzi samego latania. 

Nauka wciąga uczniów Hogwartu jak czarna dziura, zjadając przy okazji poczucie czasu i nim Harry się obejrzy nastają święta. Nastrój wszystkich magicznie się poprawia, nawet Tom podśpiewuje pod nosem kolędy, odrabiając kolejne stosy prac domowych. Jednak nim uczniowie wrócą do domów na święta, czeka ich jeszcze jeden  mecz quidditcha. Gryfoni kontra Puchoni. Harry nie może się doczekać, a że swoją ekscytację wyraża w barwnych słowach i entuzjastycznych gestach, Tom czasami ma go dość.

— Ale na pewno zostajesz na święta w Hogwarcie? — Harry zerka na Toma, którego blada twarz odbija złoty blask bibliotecznych świec. Wypracowanie Gryfona leży porzucone gdzieś z boku; Harry woli pomóc Tomowi w poszukiwaniach, niż tracić czas na nieprzydatne wypracowanie z zielarstwa. 

— Przecież już mówiłem, że tak — odpowiada Tom, nawet nie unosząc głowy, zbyt skupiony na własnym wypracowaniu.

— Jej — Harry nadyma policzki — upewniałem się tylko. 

Tom odkłada delikatnie pióro i spogląda w stronę Harry’ego.

— Zostaję, nie zostawiłbym cię samego. — Wyciąga rękę i delikatnie czochra włosy Harry’ego. 

Gryfon odsuwa się czerwony ze śmiechu i odpycha rękę Ślizgona, ale jego ruchy są niezdarne przez kolejne salwy śmiechu, więc kończy spadając z krzesła prosto na podłogę. I wtedy to Tom zaczyna się śmiać.

— Jakim cudem ty wygrywasz te mecze, będąc taką niezdarą… 

— Talentem! — odpowiada Harry. podnosząc się powoli z podłogi i rozmasowując obolałe pośladki. 

— Tylko nie spadnij z tej miotły, bo nie mam zamiaru cię składać.

Harry nie spada z miotły, chociaż parę razy jest naprawdę blisko. Wychyla się daleko poza kij swojego Nimbusa, rozszerzając palce; już muska skrzydełko Złotego Znicza, ale wtedy tłuczek wręcz wbija się w miotłę, posyłając ją w parę obrotów w powietrzu. Harry traci równowagę i szybko łapie trzonek miotły obiema dłońmi, próbując ustabilizować lot. Gdy mu to wreszcie się udaje, znicz już dawno odleciał.

— Harry Potter odzyskał kontrolę nad miotłą! Ale — Lee dramatycznie zawiesza głos — gdzie podział się Złoty Znicz? Czy Puchoni zdołają utrzymać prowadzenie czy będą musieli stosować kolejne brudne sztuczki?

— JORDAN!

Dwa pomarańczowe punkciki migają przed wzrokiem Harry’ego, gdy Fred i George pędzą w stronę pałkarzy Hufflepuffu, unosząc swoje pałki jak miecze. Krzyczą coś przy tym o honorowej zemście. 

Harry śmieje się pod nosem, kręcąc głową i właśnie wtedy zauważa złoty błysk ukryty w trawie na boisku. Śmiech zmienia się w zaciętą minę, gdy Harry zaczyna pikować w dół z zawrotną szybkością.

— ...to było genialne!

— Absolutnie genialne, Potter! 

Gryfoni wbiegają na boisko i zaczynają składać gratulacje. Harry rumieni się pod falą pochwał i chyli głowę, ukrywając czerwone policzki przed światem. 

— Mogłeś zginąć.

Harry gwałtownie unosi głowę i uśmiecha się w stronę Toma.

— Ale nie zginąłem! — mówi, po czym podchodzi do przyjaciela.

— Idziemy do biblioteki? Myślę, że znalazłem coś, co…

— Harry idzie z nami na imprezę! — mówi głośno Fred Weasley, a obaj bliźniaki zakładają ręce na ramiona Harry’ego, szczerząc się identycznie.

— Musimy uczcić zwycięstwo! — dodaje George. 

Harry już otwiera usta, by powiedzieć, że chce iść z Tomem, kiedy ślizgon wzrusza ramionami i mówi zwykłe:

— Okej. 

Po czym odchodzi.

Harry jednak nie ma czasu, by gonić za przyjacielem, bo zagaduje go Ron.

— Ten ruch na koniec…! Stary, to było genialne! 

Po meczu większość uczniów Hogwartu rozjeżdża się do domów. Harry jednak spędza te święta z rodziną, nie musząc opuszczać murów magicznego zamku — w końcu Tom też zostaje. Zrywa się z łóżka, chcąc jak najszybciej pobiec do Toma i spędzić z nim cały dzień, ale zatrzymuje go maleńka kupka prezentów w nogach łóżka. Niewielka, ale za to mieniąca się kolorowym papierem. 

Harry najpierw otwiera tę największą, płaską, prostokątną i… miękką? Ze zdziwieniem wyciąga długi materiał, musi wstać, by rozłożyć osobliwą pelerynę, która migocze jak elfi czar, a gdy ją zakłada, całe ciało znika wraz z peleryną.

Odkłada dziwny przedmiot, otwiera resztę prezentów (książkę od Hermiony i rękawiczki z czarem zatrzymującym ciepło od Toma) i dopiero teraz zauważa, że wraz z peleryną została dołączona karteczka. Czyta ją uważnie, marszcząc nos, a potem delikatnie podnosi pelerynę, czując pod palcami aksamitny materiał, z jakiego została wykonana i podchodzi do lustra.

Należała do jego ojca. To jego spuścizna. 

— Szkoda, że Tom nie ma niczego po rodzicach… — mówi cicho. Przypomina sobie jeszcze jedno zdanie z dziwnej karteczki: korzystaj mądrze. A więc tak zrobi! Pomoże swojemu przyjacielowi.

Toma znajduje oczywiście w blibliotece.

— Muszę ci coś pokazać! — mówi i łapie Ślizgona za rękę, ciągnąc ku górze, by wstał z krzesła.

— Tobie również życzę wesołych świąt, Harry, jak miło, że pamiętałeś. 

Harry przewraca oczami, ale odpowiada z uśmiechem:

— Wesołych! A teraz chodź! — I ciągnie go na korytarz, by wepchnąć do pustej klasy, których teraz pełno, bo żadne lekcje nie odbywają się w czasie przerwy świątecznej.

— I o co to całe zamieszanie? — pyta Tom, z ciekawością zaglądając do torby Harry’ego, na której dnie błyszczy peleryna.

— O to! — Harry z dumą wyciąga swój prezent. — Należała do mojego ojca.

— Peleryna-Niewidka? — pyta Tom, zachłannie chwytając delikatny materiał między palce. 

— Chyba.  — Harry wzrusza ramionami. — Notka mówiła jedynie, że należała do mojego ojca i żebym korzystał z niej mądrze. I wiesz, co zamierzam zrobić?

— Zapewne coś głupiego i nieodpowiedzialnego.  — Tom nie odrywa wzroku od błyszczącej peleryny, podziwiając jej czystą, dziką i nieokiełznaną magię. 

— Włamiemy się do Działu Ksiąg Zakazanych! — odpowiada Harry, a oczy aż mu się świecą z podekscytowania. 

Tom gwałtownie unosi głowę.

— I poszukamy informacji na temat moich rodziców? 

Nim Harry zdąży odpowiedzieć, zostaje zmiażdżony w uścisku Toma.

— Dziękuję — mówi cicho Ślizgon, by nie zdradzić drżenia głosu. Harry obejmuje go z ciepłym uśmiechem, wtulając głowę w zagłębienie pomiędzy szyją a ramieniem Toma.

Do Działu Ksiąg Zakazanych Wybierają się już wieczorem tego samego dnia, kiedy zamek już śpi. Korytarze są puste i zimne, a w powietrzu unosi się zapach cynamonu. Harry słyszy swoje bijące serce i ma wrażenie, jakby było głośne jak dzwon.

— Tobie też tak dudni serce? — pyta najcichszym szeptem. 

— Nie.

— Kłamiesz — oskarża go Harry.

— Nic mi nie udowodnisz. 

— Musisz przestać, Tom. — Harry nagle staje się trochę poważniejszy. — W ten sposób nie znajdziesz przyjaciół, musisz się otworzyć na innych. 

— Mam ciebie — odpowiada Tom i zerka na Gryfona przelotnie. — Na co mi ktoś inny?

— I właśnie w tym…

— Cii…! — Tom zasłania mu usta ręką i przyszpila do ściany. Obu osłania peleryna, ale i tak ich serca biją jak oszalałe, gdy mija ich Filch podgryzający imbirowe ciasteczko z latarnią rzucającą pomarańczowe światło na zimne ściany zamku. 

— Poszedł sobie?

— Tak, chodźmy. 

W bibliotece jest ciemno, więc Tom wyczarowuje niebieskiego świetlika, który unosi się nad ich głowami. Harry odruchowo wyciąga rękę, ale Tom odpycha go.

— Nie dotykaj.

— Ale on jest taki uroczy! Spójrz, jakie ma mięciutkie futerko i wielkie, świecące oczka! 

— Zniknie jak go dotkniesz.

— Och — mówi jedynie Harry i już więcej nie próbuje dotknąć magicznego świetlika.

Przez długie godziny przeglądają najrozmaitsze księgi. Kartkują te krzyczące, te świecące i te tak stare, że wręcz rozpadają się w dłoniach. Z każdą odrzuconą pozycją Tom staje się coraz bardziej zły. Odrzuca nieprzydatne tomy z hukiem i czasami zaciska palce tak mocno na kartkach, że je rwie. 

— Znajdziemy coś. — Harry kładzie rękę na ramieniu Toma, który to wzdycha ciężko. 

— Każdy eliksir, zaklęcie, rytuał… wszystko wymaga czegoś od rodziców, by potwierdzić pokrewieństwo! A ja nie mam nic! Nawet głupiego imienia… 

— Imię! — wykrzykuje Harry. — Poszukajmy w kronikach! Jeśli byli czarodziejami, to na pewno chodzili do Hogwartu!

Tom spogląda na niego jakoś dziwnie, a granatowe oczy błyszczą w mroku, odbijając światło niebieskiego świetlika. Harry dobrze zapamiętuję tę chwilę, gdy szkło ich przyjaźni było jeszcze nieskazitelne, a wszystko wydawało się takie proste. Gdy świat składał się wyłącznie z czerni i bieli, Tom wprowadził do niego szarość.

Harry zapomina o swojej obietnicy, mijają święta, nadchodzą kolejne mecze, kolejne spotkania z Ronem i Hermioną w pokoju wspólnym, gdy śmieją się z nauczycieli i grają w gry. 

— Idziemy do biblioteki?

— Po co? — Harry zwija swoje niedokończone wypracowanie i spogląda na Toma. — Zrobiłeś już wszystkie swoje zadania. 

— Mieliśmy przejrzeć kroniki — mówi Tom.

— Ale jutro mecz! Muszę się przygotować, zresztą Ron powiedział… — Harry przerywa, widząc mroczny wzrok Toma.

— Nie przeszkadzaj sobie, opowiedz, co fascynującego powiedział Ron.. 

— Twoi rodzice — przypomina sobie Harry. — Mieliśmy przejrzeć kroniki!

Tom uśmiecha się z ulgą.

— Właśnie.

— Pójdziemy jutro — obiecuje Harry. 

Nie idą nigdy. A Tom pielęgnuje w sobie ziarenko nienawiści przez cały rok, skupiając je na osobie Rona. W pociągu powrotnym do Londynu udaje mu się przekonać, by usiedli z Harrym razem tylko we dwoje, bo to w końcu ich przedział. Traktuje to jako zwycięstwo w wojnie, która dopiero się zaczęła. 

Chapter Text

Z łopoczącym w piersi sercem Harry wsiada do pociągu. Kątem oka widzi rozczochrane włosy Hermiony, gdy dziewczyna czule żegna się z rodzicami na peronie, ale to nie jej szuka. Znając życie Tom siedzi już w przedziale, ale drugoroczny Gryfon i tak się rozgląda, tak na wszelki wypadek. Smith pewnie przyszedł skoro świt, mając dość sierocińca, i siedział w czarodziejskiej części peronu. Harry też opuścił wuja Vernona, kiedy tylko mógł, z ulgą oddalając się od świeżo wypolerowanego samochodu. 

Oczywiście znajduje Toma siedzącego z nosem w książce. W ich przedziale. Coś ciepłego owija się wokół serca Harry’ego, gdy o tym myśli. Odstawia ciężki kufer i pada na siedzienie obok Toma.

— Hej — mówi, zaglądając Tomowi przez rękę, by przeczytać parę słów z książki, która okazuje się podręcznikiem do eliksirów.

— Hej. — Tom wreszcie podnosi oczy i uśmiecha się ciepło. 

— Jak tam wakacje? — pyta Harry, odchylając głowę i opierając się mocniej o miękkie oparcie siedzenia w przedziale. 

Tom wzrusza ramionami. 

— Normalnie — odpowiada po chwili, a jego wzrok wbity jest w trzymaną książkę. 

— U mnie też nie najlepiej. — Harry doskonale wie, że sierociniec to nie za fajne miejsce. — W przyszłe wakacje powinniśmy się spotkać, Londyn i Surrey nie są tak daleko. Potrafiłbym się wymknąć — dodaje pewnie. 

— I dotrzymasz tej obietnicy tak samo jak tej z kronikami? — Tom uparcie nie patrzy na Gryfona.

Harry ma ochotę zapaść się pod ziemię.

— Chciałem ci pomóc — mówi. — Po prostu… jakoś tak wyszło. Jesteśmy z innych domów i jakoś lepiej i łatwiej spotykać się z innymi Gryfonami.

— Wcześniej to jakoś nie było problemem. 

Harry ma ochotę krzyczeć z frustracji. 

— Wiem, ale wcześniej nie znałem Rona i Hermiony tak dobrze… Wiesz co? Ty też powinieneś się z nimi zaprzyjaźnić! Wtedy spędzalibyśmy ten czas wszyscy razem.

— Ach… — Tom wreszcie odkłada książkę. — Ron i Hermiona… I mam się z nimi zadawać, tak? Nie będę udawał, że nie wiem, co szepczą za moimi plecami. Bo doskonale wiem, o czym z tobą rozmawiają, gdy mnie nie ma i co dokładnie mówią o mnie. 

— Oni po prostu cię nie znają! — broni Gryfonów Harry. — To dlatego! Gdybyś z nimi porozmawiał i pokazał, jaki jesteś mądry i troskliwy…

Tom unosi brew, słysząc te słowa, a Harry momentalnie czerwienieje na twarzy.

— No co? — burczy. — Jesteś. 

Tom uśmiecha się pod nosem i kręci głową.

— Dlaczego tak trudno mi się na ciebie gniewać?

— Wiem, że zawaliłem… i przepraszam… W tym roku będzie inaczej! — dodaje ochoczo. — Znajdziemy twoich rodziców!

Jednak Tom nie wygląda, jakby ta wizja go przekonywała. Uśmiecha się tajemniczo i wraca do książki. Harry szybko wyrywa mu ją z ręki i mówi oskarżycielsko:

— Coś znalazłeś!

Milczenie Toma tylko potwierdza domysły Pottera. 

— I nic mi nie powiedziałeś? — Cały entuzjazm Harry’ego nagle opada.

— To jeszcze nic wielkiego — odpowiada cicho Tom. — Ale niech to będzie dla ciebie karą, powiem ci później jak już będę wiedział więcej. I miał pewność, że to prawa. 

Harry oddaje Tomowi książkę, ale nie może usiedzieć na miejscu z ekscytacji.

— Czy to nie świetnie? Jesteś o krok od znalezienia rodziców! 

— Wiesz, że najpewniej są martwi. Lepiej dla nich, żeby byli. — Tom obraca lekko głowę i spogląda na mijający krajobraz. Po szybie spływają lodowate krople deszczu, a każda z nich ginie po paru sekundach wessana przez wir powietrza.

— Ale przynajmniej będziesz wiedział, kim byli.

Tom uśmiecha się lekko w stronę Harry’ego, nie zdradzając swoich prawdziwych uczuć. Bo Harry jest jego światłem, nie ma potrzeby by je gasić wewnętrznym mrokiem Ślizgona. Jeszcze nie teraz.

Rok zaczyna się spokojnie. Pierwsze lekcje mijają na powtórkach materiału, a Harry więcej czasu spędza z Tomem, który nadal nie chce nic zdradzić o swoich rodzicach, chociaż coś na pewno wie. Mówią to jego półuśmieszki i sugestywne spojrzenia rzucane w stronę Harry’ego. 

W pewien słoneczny dzień profesor Sprout pokazuje im mandragory. W szklarni jest duszno i parno, a wpadające przez szyby promienie słońca palą odsłonięte karki uczniów nachylających się nad roślinami. Zielarstwo Gryfoni mają z Puchonami, więc Harry pracuje z Ronem i Hermioną. Chciałby zobaczyć minę Toma na widok szkaradnych dzieciopodobnych twarzy korzeni mandragor. Tom nie przepada za tym przedmiotem, zdecydowanie woli babrać się we flakach nietoperzy na eliksirach niż w ziemi na zielarstwie. Harry z kolei nie ma nic przeciwko, chociaż może wolałby, żeby było tu trochę chłodniej. 

— Merlina jego mać! — jęczy Ron, bo mandragora ponownie roztrzaskała przygotowaną donicę. — Weź się ogarnij! Ja tu chcę dobrze! — krzyczy prosto w pomarszczoną twarz korzenia, który po chwili zaczyna wrzeszczeć jak zarzynane prosię. 

— Ron!

— Sorry, Hermiona, ale po prostu… Czy te krzyczące badyle nie mogą się ogarnąć?! 

— Musisz podejść do nich łagodnie, jak do dziecka — tłumaczy Granger i mimowolnie zerka na trzy przesadzone już mandragory, za które profesor Sprout nagrodziła ją pięcioma punktami. 

— Łatwo ci mówić…

— Harry’emu też się udało!

— Prawie — odpowiada Harry znad swojej doniczki, zbyt zajęty delikatnym przysypywaniem mandragory ziemią, by podnieść głowę. — W ogóle — mówi, gdy kończy już uklepywać ziemię wokół bujnych liści — co wy na to, abyśmy spotkali się razem z Tomem? Moglibyśmy się razem pouczyć czy coś… Tom jest naprawdę dobry z eliksirów i obrony przed czarną magią. 

— Chyba z czarnej magii — mamrocze pod nosem Ron.

— Ej! — Harry uderza go lekko w ramię. — Nie mów tak o nim. — Spogląda z nadzieją na Hermionę, szukając u niej pomocy.

— Nie chcę nic mówić, Harry, ale… nie wiem, czy Tom chciałby się z nami spotkać i pouczyć.

— Bo wie, że będziecie się zachowywać właśnie tak! — Harry wskazuje oskarżycielsko na przyjaciół, którzy mają zmieszane miny. — I co z tego, że jest ze Slytherinu? To naprawdę…

— Chciałeś powiedzieć “miły”? — Hermiona z politowaniem kręci głową. — Przecież widzisz, jaki wredny jest dla innych. Nawet nauczyciele go nie lubią — dodaje, jakby to przeważało o sprawie.

— Wielkie mi rzeczy! Snape mnie też nienawidzi! Nie sądzę zresztą, aby był jakimkolwiek autorytetem. Stary nietoperz — dodaje i nienawistnie wbija szpachelkę w ziemię. 

Ron parska cicho, próbując ukryć szeroki uśmiech za rękawem szaty pobrudzonej ziemią, co sprawia, że całą buzię ma umazaną brudem, a Hermiona gwałtownie wciąga powietrze. 

— Harry! Przecież to nauczyciel! 

— I co z tego? — Harry rzuca Hermionie wyzywające spojrzenie. Dziewczyna podpiera się pod boki i prycha. 

— Powinieneś okazać mu szacunek! To z tego!

— Na szacunek trzeba sobie zasłużyć — nie ustępuje Harry. Dwójka Gryfonów stoi naprzeciw siebie, mierząc się spojrzeniami, dopóki do akcji nie wkracza Ron.

— Ta poza to totalnie matka jak krzyczy na Freda i George’a — mówi, przyglądając się z boku Hermionie. 

Te proste zdanie sprawia, że cała trójka wybucha śmiechem, dopóki nie zostają uciszeni przez profesor Sprout, która przynosi im nowe doniczki i każe wziąć się do roboty, bo jeszcze sporo mandragor do przesadzenia. Gdy zaczynają przesypywać ziemię, nauczycielka uśmiecha się do nich z zadowoleniem, a jej zarumienione policzki stają się okrągłe jak dynie. 

— Ale moglibyście dać mu szansę — mówi Harry, gdy nauczycielka zajęła się chwaleniem Neville’a, który po omdleniu wziął się do pracy, podwijając rękawy aż do łokci, a teraz choć cały umazany ziemią, to ma najlepszy wynik z nich wszystkich. 

Hermiona wzdycha cicho. 

— Jesteś pewien?

— Tak — odpowiada Harry. — Znam Toma. On tylko udaje takiego groźnego, w środku tak naprawdę bardzo chce mieć przyjaciół.

— Raczej bardzo nie chce, byś ty miał jakichkolwiek innych przyjaciół poza nim — sarka Hermiona. 

— Hermiona!

— Dobra — mówi, odgarniając kosmyk zlepionych ziemią włosów. Duchota w szklarni tylko sprzyja brudzeniu się.  — Mogę spróbować, ale nic nie obiecuję, bo wiele zależy od niego. 

— Dzięki. — Harry szczerzy się szeroko i do końca zajęć ma dobry humor, który trochę przygasa, gdy nie zauważa Toma na obiedzie w Wielkiej Sali. To nigdy nie wróży nic dobrego, więc zjada swoją porcję szybko i goni do biblioteki. Bo gdzie indziej mógłby się zaszyć Tom?

Jego instynkt go nie zawodzi (Harry ma nadzwyczaj dobry instynkt). Tom siedzi w najdalszym kącie biblioteki, na podłodze wśród porozrzucanych pergaminów i książek.

— Już robisz zadania? — pyta Harry, postanawiając, że lepiej nie pytać o limo pod okiem. — Jutro weekend. Wolne — podkreśla i siada obok Toma, przysuwając się tak blisko, by ich ramiona się stykały.

— W sobotę chcę poszukać czegoś o rodzicach — odpowiada cicho, na chwilę unosi głowę i uśmiecha się ciepło do Harry’ego. 

— W sobotę jest pierwszy trening quidditcha.... — przypomina sobie Harry i czuje się źle, że musi zostawić Toma samego sobie. Znowu. 

— Nie przejmuj się — mówi Tom, odkładając pióro na bok. — Wiem, jak bardzo ten sport jest dla ciebie ważny. Zupełnie tego nie rozumiem, ale chyba muszę to zaakceptować, skoro jesteśmy przyjaciółmi, co nie?

Harry nie odpowiada, po prostu miażdży Toma w niedźwiedzim uścisku, zarzucając ramiona na szyję odrobinę wyższego chłopaka i ściska. Tom często pachnie biblioteką — kurzem i pergaminem; z odrobiną dziwnych ziół, bo Tom naprawdę lubi bawić się swoimi eliksirami. 

— Ale mam warunek.

Harry odsuwa się, ale tylko odrobinę, bo nie chce puszczać Toma tak szybko (ostatnio przytulają się coraz rzadziej).

— Jaki? — pyta. 

— Chcę pożyczyć twoją pelerynę i poszukać czegoś w Dziale Zakazanym. Nie chcę prosić nauczycieli o pozwolenie, to mogłoby wzbudzić podejrzenia — tłumaczy Tom i spogląda w zielone oczy Pottera. Zielone jak woda w jeziorze, w którego głębinach ukrywa się potwór. Tom chce uwolnić tego potwora. 

— Nie ma sprawy — od razu odpowiada Harry. — A teraz chodź — dodaje, wstając i wyciąga rękę w stronę Toma — musimy znaleźć jakieś zaklęcie na tego siniaka.

— Zróbmy maść — mówi Tom, a gdy Harry obdarza go pytającym spojrzeniem, dodaje: — Starczy na dłużej. 

Harry nie ma serca mu odmówić. 

Całe sobotnie popołudnie Harry spędza na treningu quidditcha. Na zewnątrz jest już zimno, bo choć jesień rozpieszcza słońcem, to wiatr powiewa mrozem. Liście drżą na gałęziach i powoli spadają. Wieczorem na uczniów Hogwartu czeka Halloweenowa uczta pełna smakołyków. Ron, który siedzi z Hermioną na trybunach, nie może przestać opowiadać o najlepszych pasztecikach na świecie, które jadł rok temu w Noc Duchów. 

Wood krzyczy ostatnie polecenia i wreszcie są wolni. W szatni Fred i George przedrzeźniają Harry’ego, śpiewając piosenki o najlepszym i najmniejszym szukającym świata. 

— Naślę na was Toma. — Harry wystawia bliźniakom język i ucieka z szatni na zewnątrz, gdzie czekają na niego Ron z Hermioną. — Idziemy? — pyta.

— Jasne, umieraaam z głodu!

— Do uczty jeszcze dobra godzina — przypomina Hermiona, której wiatr nie daje życia, tarmosząc włosy na wszystkie strony. 

— Chodźmy znaleźć Toma i pójdziemy razem! — mówi Harry i patrzy na przyjaciół z nadzieją. — Weźcie, mieliście dać mu szansę! — dodaje, widząc ich niemrawe miny. 

— Mówiłeś, że miał być w bibliotece? — pyta Hermiona, a gdy Harry kiwa głową na potwierdzenie, dziewczyna wzdycha. — Nie zaszkodzi spróbować. 

Ron wzrusza ramionami, ale dodaje:

— Tylko, żeby to nam wieków nie zajęło, chcę zdążyć na żarełko. 

— Dzięki, dzięki, dzięki! — Harry przytula dwójkę, a Hermiona mówi:

— Do uczty jeszcze godzina, Ron! Zdążymy. 

— To chodźmy! — woła podekscytowany Harry i całą trójka rusza w stronę biblioteki.

Jednak Toma tam nie ma. Ron i Hermiona robią dziwne miny, a Harry woli nie wpędzać Toma w kłopoty, wiedząc, że pewnie przeszukuje Dział Ksiąg Zakazanych pod Peleryną-Niewidką. Pani Pince pochrapuje na krześle i czasami się przebudza, by uciszyć rozmawiających uczniów, których nie ma zbyt wielu, wszyscy są zbyt podekscytowani ucztą, by skupić się na nauce.

— Może znowu go dorwali? — zastanawia się na głos Harry. 

— Ślizgoni? — upewnia się Hermiona. 

— Ostatnio znowu zaczęli, skur…

— Harry!

— No co? — pyta Potter. — Nazywam rzeczy po imieniu. Malfoy to…

— To co Potter? 

Jakby na zawołanie zza regału wychodzi Draco Malfoy z Crabbem i Goyle’em po bokach. 

— Szukasz swojego przybłędy? Ja go nie widziałem, a teraz zejdź mi z oczu, mam ważne sprawy. 

— Tak? Ciekawe jakie? — pyta Harry teraz już pewien, że Malfoy coś kombinuje i najprawdopodobniej oznacza to kłopoty dla Toma. 

— Nie zrozumiałbyś, rozumiesz? Bo za głupi jesteś. 

Crabbe i Goyle rechoczą, a Hermiona przewraca oczami i przez to nie zauważa jak Harry wręcz rzuca się na Malfoya. Obaj kończą na podłodze, Harry jednak siedzi na Ślizgonie i wymierza mu cios, który z pewnością poskutkuje śliwą następnego dnia. 

— Harry! — krzyczy Hermiona, gdy Ron w tym samym momencie dopinguje Harry’ego:

— Dowal mu! Zasłużył.

— Jesteśmy w bibliotece! — Hermiona szybko odciąga Harry’ego, który nawet nie protestuje; jego żądza krwi została zaspokojona. — Tu nie wolno się bić.

— Nigdzie w Hogwarcie nie wolno — zauważa Ron.

— Ale w bibliotece szczególnie!

— W bibliotece nie wolno też krzyczeć — zauważa Pince, człapiąc w ich kierunku z groźną miną. — Cała szóstka za mną do profesor McGonagall. 

Oczywiście Minerwa McGonagall wykazuje się sprawiedliwością nad wyraz sprawiedliwą i wlepia szlaban wszystkim po kolei.

— A teraz zmykajcie na ucztę — mówi.

Harry, Ron i Hermiona wychodzą z zrezygnowanymi minami.

— Nie mam nawet ochoty na jedzenie — mówi Harry, wzdychając ciężko.

— A ja jeszcze bardziej zgłodniałem! Chodźmy już.

— Ale Tom…

— Kiedy indziej, jestem głodny.

— Obiecaliśmy, Ron, chodźmy, ale szybko — mówi Hermiona.

— Dzięki. — Harry obdarza przyjaciółkę uśmiechem. 

Jednak gdy zaczynają iść, ich uwagę przykuwa wielka kałuża wody i krwawy napis na ścianie:

KOMNATA TAJEMNIC ZOSTAŁA OTWARTA. STRZEŻCIE SIĘ WROGOWIE DZIEDZICA.

Chapter Text

— T-to krew? — zadaje ciche pytanie Ron, wpatrując się w ścianę przed nimi. Po kamieniach spływa czerwień, tworząc makabryczny napis. 

— Normalnie powiedziałabym, że farba… ale to Hogwart. — Hermiona wygląda jakby cała krew odpłynęła jej z twarzy; skóra kolorem przypomina Szarą Damę.

— Ludzka?

Harry przełyka ślinę i odwraca wzrok od krwawego napisu; spogląda na ziemię i to tam zauważa leżącą w kałuży krwi kotkę Filcha — panią Norris.

— Zwierzęca — mówi ponuro i wskazuje na truchło, a jego ręka lekko drży.

Hermiona wydaje zduszony okrzyk i odsuwa się dwa kroki, a Ron robi się zielony na twarzy.

— Chyba puszczę pawia — mówi niewyraźnie. 

Harry jednak nie potrafi oderwać wzroku od martwego kota, który wygląda teraz jak wypchana ozdoba w chatce myśliwego; łapki wydają się sztywne, a w oczach nie ma tego złośliwego blasku. Szare futerko zlepia powoli zasychająca krew, nadając truchle makabryczny wyraz.

— Co tu się dzieje?! 

Widocznie uczta już się skończyła, bo zza zakrętu wychodzi praktycznie cała kadra nauczycielska. Harry podnosi głowę i wpatruje się w nienawistny wzrok Snape’a, mężczyzna już zmierza w stronę Gryfona, ale powstrzymuje go dyrektor, występując na przód.

Albus Dumbledore wydaje się tu nie na miejscu w pstrokatej szacie mieniącej się gwiazdkami i z ciepłym uśmiechem. Schyla się, a kości mu strzelają, by przyjrzeć się leżącej kotce.

— Moja kotka! Pani Norris! — Z tłumu wybiega Filch z wściekłością pomieszaną z rozpaczą i niedowierzaniem wymalowanymi na zniszczonej przez pracę twarzy. — Zabiliście mi kotkę!

— Argusie — mówi Dumbledore, prostując się. Podchodzi i kładzie pomarszczoną dłoń na ramieniu woźnego. — Miałem nadzieję, że to może zwykła petryfikacja, ale niestety… kotka jest martwa. 

Ramiona Filcha zaczynają drżeć, a po naznaczonej zmarszczkami  i bruzdami twarzy spływają łzy.

— Moja piękna… — Wyciąga kościstą rękę, ale boi się dotknąć zimnego ciała zwierzęcia, więc stoi w dziwnej pozycji i drży, targany szlochami. 

— Komnata Tajemnic została otwarta… Albusie. — W głosie McGonagall pobrzmiewa strach. — Myślisz, że historia się powtórzy? 

— Miejmy nadzieję, że nie… — Dyrektor Hogwartu wzdycha ciężko i unosi głowę, by przyjrzeć się krwawemu napisowi.

— Pragnę zauważyć, że Smith był nieobecny w trakcie uczty — wtrąca Snape. — A wy — zwraca się w stronę trójki Gryfonów — czemu nie byliście na uczcie, tylko szlajacie się po korytarzach?

— Szukaliśmy Toma, profesorze — odpowiada Hermiona, a Harry wymierza jej kuksańca w bok. — No co? — szepcze do niego dziewczyna, a Harry ma ochotę uderzyć ją raz jeszcze. W końcu Snape i Dumbledore i tak nie przepadają za Tomem, nie ma potrzeby, by dokładać kolejnej cegiełki nienawiści. 

— Szukaliście Smitha… A to ciekawe, nie sądzisz, Albusie? Można by rzec: jakże cudowny zbieg okoliczności!

Dumbledore wygląda w tym momencie, jakby stracił resztki nadziei, przez co wydaje się być stary, bardzo stary; wreszcie przypomina starca, jakby cała magiczna energia go opuściła. 

— Severusie — mówi zmęczonym głosem. — Wystarczy. 

Snape przestaje wypowiadać jadowite słowa, ale przypatruje się Harry’emu spod przymrużonych powiek. Harry buntowniczo wpatruje się w Mistrza Eliksirów. 

—  Tom tego nie zrobił! — mówi głośno. — Jak może go pan oskarżać bez dowodów?

Hermiona rzuca Harry’emu zaniepokojone spojrzenie, a Snape uśmiecha się triumfalnie. Wokół nich zbiera się już spory tłum gapiów, ludzie szepczą między sobą, wyrażając swoje przerażenie, czy zaskoczenie. Szum ich rozmów z każdą chwilą wzbiera na mocy, robi się głośniejszy i bardziej gwałtowniejszy, gdy panika wzrasta. 

Ten moment wybiera właśnie Tom, by pojawić się w idealnie ułożonych włosach i zielonym krawacie ściągniętym pod samą szyją; kołnierzyk koszuli lśni nieskazitelną bielą, a na szacie nie ma ani jednego zagięcia. 

— Jeśli to jest przedmiotem pana największych zmartwień w tym momencie, to byłem w bibliotece, panie profesorze — mówi z najbardziej fałszywie-miłym uśmiechem, jaki istnieje na świecie. I choć usta rozciągają się szeroko, oczy pozostają zimne. 

Hermiona rzuca mu ciekawskie spojrzenie, marszcząc brwi, bo fakty się nie zgadzają. Tom staje obok Harry’ego, który od razu czuje się lepiej. Snape z kolei mruży oczy i zakłada ręce na ramiona, jakby zachowanie Toma potwierdzało jego wszystkie domysły.

Dumbledore odchrząkuje i zapada cisza.

— Niech to niefortunne wydarzenie was nie martwi, kochani — mówi, choć sam jego wygląd i postawa stanowią zaprzeczenie tych słów. — Rada pedagogiczna ma wszystko pod kontrolę. A teraz… wierzę, że już jest cisza nocna, więc najwyższy czas, abyście wszyscy wrócili do domów. Niech prefekci upewnią się, że wszyscy leżą w łóżkach.

Wszyscy zaczynają się rozchodzić; profesor Flitwick lewituje martwego kota, a Dumbledore, McGonagall i Snape jeszcze dyskutują z boku z Quirrellem, który wygląda jakby właśnie zobaczył wampira. 

— Będziesz następna, szlamo — mówi Malfoy, kierując te słowa w stronę Gryfonów. Ale z nimi stoi też Tom, więc Harry nie wie, czy Ślizgon kieruje je do Hermiony czy Toma właśnie. 

Tom uśmiecha się na te słowa pod nosem uśmieszkiem człowieka, który wie więcej, a Hermiona spuszcza głowę. 

— Chcesz jeszcze raz w zęby? — Harry patrzy wymownie na podbite oko Malfoya, które powoli robi się fioletowe.  — Tym razem walnę mocniej.

Malfoy rumieni się i odchodzi, mamrocząc coś do Crabba i Goyle’a, że jeszcze dzisiaj napisze list do ojca z zażaleniami. 

— Harry.

Głos Dumbledore’a jest spokojny, ale gdy tylko Harry słyszy swoje imię, zamiera. Odwraca się powoli i uśmiecha krzywo w stronę dyrektora, starając się robić dobrą minę do złej gry. Czy Dumbledore już wie, że Tom był w Dziale Ksiąg Zakazanych? Serce uderza głośno, a w uszach buzuje krew, która wydaje się wrzeć.

— Profesorze? — pyta niepewnie. 

Tom przybliża się do niego i chwyta za rękę, wbijając w Dumbledore’a lodowate spojrzenie wyzywające dyrektora, by powiedział resztę zdania.

— Nie masz nic przeciwko, aby na chwilkę pójść ze mną do gabinetu? Obawiam się, że musimy porozmawiać. — Dumbledore patrzy tylko na Harry’ego, specjalnie ignorując Toma.

— Obawiam się, że jest już późno, profesorze — mówi Smith. — Harry ma jutro trening, musi być wypoczęty.

Harry nie ma jutro treningu. Z pytającym wzrokiem spogląda na Toma, ale twarz Ślizgona jest nieprzenikniona, gdy wpatruje się w dyrektora. 

— To będzie krótka rozmowa. — Dumbledore nie zaszczyca Toma spojrzeniem. — Harry?

Harry niemrawo kiwa głową. Czy Dumbledore znowu będzie go przekonywał, jak bardzo zły wpływ ma na niego Tom i że nie powinni się przyjaźnić? 

Ściska rękę Toma i puszcza ją.

— Porozmawiamy jutro — mówi, wiedząc, że Tom zrozumie, że to oznacza długie i szczegółowe wyjaśnienia ze strony Ślizgona. A potem Harry podąża za dyrektorem do jego gabinetu. 

Zatrzymuje się, gdy tylko przekracza próg do tego pomieszczenia — wszystko tu wydaje się być wręcz przesiąknięte magią; każde urządzenie i dziwaczny przedmiot krzyczą, że są z innego świata.

Dumbledore siada na wysokim krześle za biurkiem i wskazuje ręką Harry’emu by zajął te przed okazałym meblem. Dyrektorzy na portretach pochrapują cicho, gdy Harry ostrożnie siada i nerwowo wyczekuje, aż Dumbledore zacznie mówić. 

— Jak sprawuje się peleryna?

Jedno proste pytanie, a Harry zamiera jakby spojrzał w oczy samej Meduzy. 

— Skąd…?

— Och. — Dumbledore śmieje się cicho. — To ja ci ją podarowałem. Twój ojciec zostawił ją u mnie za życia, więc pomyślałem, że właściwie byłoby ci ją zwrócić. 

— Naprawdę? — pyta Harry. — Niemyślałem…

— Wiem, może to nie była zbyt odpowiedzialna decyzja, ale ufam ci Harry i chcę, abyś o tym pamiętał. 

— Ale to nie o Pelerynie-Niewidce chciał pan profesor porozmawiać, prawda? — pyta Harry, przeczuwając, że ta rozmowa niedługo przestanie być taka przyjemna. 

— Nie — odpowiada szczerze Dumbledore i pochyla się lekko w stronę Gryfona. — Chciałem porozmawiać z tobą o Lordzie Voldemorcie. 

— O Voldemorcie…? — Harry spodziewał się rozmowy o Tomie, więc oddycha z ulgą i rozsiada się wygodniej na krześle. — Co z nim?

— Widzisz, mój chłopcze… To będzie dość długa opowieść, może cytrynowego dropsa? — Harry zaprzecza. — Ja chętnie skorzystam. — Dumbledore wkłada do ust jasnożółtą pastylkę i na chwilę przymyka oczy, gdy je otwiera wydają się poważne i smutne. — Widzisz, Harry… Lord Voldemort był bardzo potężnym czarnoksiężnikiem, parał się mroczną magią, co czyniło go także niebezpiecznym.

— Wiem, zabił moich rodziców — mówi spokojnie Harry, po czym wskazuje na swoje czoło. — A mi zrobił to. 

Blizna to ta jedna rzecz, która zawsze była dziwna w Harrym. Czasami ma wrażenie, że czuje jakieś mrowienie, miłe ciepełko, jakby połączenie z rodzicami, ale znika ono tak szybko jak się pojawia. 

— Tak. Zamordował Lily i Jamesa Potterów, a tobie zostawił tę bliznę.

— Wie profesor, dlaczego on to zrobił? — wtrąca się Harry. — Zaatakował rodziców, mnie… Byłem rocznym dzieckiem, nie stanowiłem jakiegoś ogromnego zagrożenia. 

Dumbledore na chwilę nieruchomieje, ale już po chwili uśmiecha się ciepło. 

— Nie jestem w stanie zrozumieć jego przesiąkniętego mrokiem i szaleństwem umysłu. Mogę się jedynie domyślać…

— I czego się pan domyśla?

Dyrektor śmieje się przez chwilę na te słowa, ale szybko poważnieje.

— Że to był chory człowiek, pełen mroku, nie potrafił już racjonalnie przetwarzać faktów; czarna magia go zniszczyła. Przeżarła jego magiczny rdzeń i sprawiła, że oszalał, wszędzie widział wrogów. Twoi rodzice, Harry, aktywnie walczyli w wojnie; byli symbolami światła. To wystarczyło, by stali się jego celem.

— Ale dlaczego mnie też? — dopytuje Harry.

— Może nie chciał zostawiać dziecka, które dorastałoby w nienawiści do niego? Takie uczucie potrafi być bardzo silne…

— To było głupie…

— Jak wiele innych zachowań Lorda Voldemorta. Jak to, że prawił o czystości krwi, a do swych szeregów zapraszał wilkołaków czy olbrzymów. Albo to, że sam był czarodziejem półkrwi… Albo wreszcie to, że spłodził dziecko. Syna. 

— Voldemort ma syna? 

— I pewnie już się domyślasz, kogo mam na myśli.

— Znam go? — Bo Harry zupełnie nie wie, o kogo może chodzić Dumbledore’owi.

— Oczywiście. Znasz Toma bardzo dobrze. 

— Żartuje sobie pan teraz. — Harry naprawdę ma nadzieję, że jest wrabiany jak w tych mugolskich programach telewizyjnych. 

— Jestem śmiertelnie poważny, Tom Smith jest synem Lorda Voldemorta… Chociaż powinienem raczej powiedzieć Tom Riddle. 

— Nie o to mi chodzi — wtrąca się Harry. — Znał pan tożsamość Toma i pozwolił mu pan żyć w niewiedzy? On myślał, że rodzice go porzucili, że go nie chcieli… Właśnie! — Nachodzi go nagłe olśnienie, a ekscytacja pomieszana z nadzieją nie pozwala Harry’emu usiedzieć spokojnie. — Co z jego matką? Kim była? Żyje…?

Dumbledore sprawia wrażenie, jakby to pytanie było kłopotliwe i nie takiej reakcji się spodziewał. 

— Umarła przy porodzie — rzuca sucho, a cały entuzjazm Harry’ego przygasa. Naprawdę miał nadzieję, że matka Toma gdzieś tam jest i będą mogli się spotkać.

— Ach… — mówi tylko, zatracając się w myślach. 

— Nie wydajesz się przejęty faktem, że twój przyjaciel jest synem mordercy twoich rodziców. 

Harry unosi głowę i mruży oczy. A więc to o to od początku chodziło.

— Nie jesteśmy naszymi rodzicami — mówi więc, wpatrując się w niebieskie oczy dyrektora. — Śmiem nawet twierdzić, wiem, szalone teoria, że jesteśmy całkiem innymi ludźmi, wie pan, odrębne organizmy, wolna wola i te sprawy.

Dumbledore wzdycha ciężko, co tylko podsyca żar palący się wewnątrz Harry’ego.

— To o to panu chodziło? Od początku? Tylko o to, że jest synem Voldemorta? Naprawdę potrafi pan tak okrutnie skreślać ludzi tylko za ich pochodzenie, zupełnie ignorując czyny?

— W każdym innym wypadku przyznałbym ci rację, Harry… ale mówimy o synu Voldemorta. Voldemorta, Harry. 

— I? Nie był człowiekiem?

— Był potworem. 

— Potwory się nie rodzą, je się tworzy, profesorze. 

— Psychopaci się rodzą, a śmiem twierdzić, że Voldemort nim był. Nie rozumieją emocji, a jedyną radość znajdują w zabijaniu. Ale koniec o psychopatach, Voldemort parał się czarną magią, a to odciska mroczne piętno.

— I przenosi się genetycznie? — Harry sceptycznie unosi brew. — Ja nie chcę być niemiły, profesorze, ale wygaduje pan zupełne bzdury. Tom nie jest zły. Przeciwnie to miły chłopak, który wstydzi się otworzyć na innych, bojąc się zostać zranionym. Ceni przyjaciół i zawsze pomaga mi w potrzebie. On po prostu potrzebuje, by ktoś go pokochał, rozumie pan?

— Harry, musisz zrozumieć, że…

Ale Harry już wstaje i składa dyrektorowi ukłon. 

— Już późno, powinienem pójść. — I wychodzi, zostawiając dyrektora sam na sam z myślami. 

Dumbledore ściąga okulary i przeciera zmęczone oczy. Musi jakoś powstrzymać to szaleństwo, którego sam jest winien, bo inaczej skończy się tak samo jak wiele lat temu.

Chapter Text

W ciągu następnych dni w Hogwarcie wrze jak w ulu. W dodatku w ulu zaatakowanym przez szerszenie. Uczniowie chodzą po korytarzach, szepcząc z przejęciem. Choć raczej nikt nie zdaje sobie sprawy, czym dokładnie jest Komnata Tajemnic, to śmierć kotki Filcha wydaje się wydarzeniem, o którym powinno się rozmawiać. Więc się rozmawia. 

Pogrzeb Pani Norris odbywa się dzień po jej śmierci. Filch wraz z gajowym Hagridem kopią wielki dół przy Zakazanym Lesie (Hagrid roni wielki łzy, co chwilę poklepując woźnego po ramieniu), a wór z martwym zwierzakiem wrzucają do środka. Na usypanym kopcu Filch kładzie trzy nagietki i odsuwa się o parę kroków, by złożyć ręce i spuścić głowę w cichej modlitwie. 

Parę Puchonów opowiada potem, że to jedyny przejaw serca Filcha. Ron upiera się jednak, że uczucie do takiego potwora, jakim była Pani Norris nie można nazwać płynącym prosto z serca. Wielu ze śmiechem przyznaje mu rację, jednak Harry czuje się dziwnie, rozmawiając o martwym kocie. Wywołuje to dziwne uczucie z tyłu karku; jakby lodowato zimne pajęcze plce gładziły wrażliwą skórę. W dodatku Harry’ego zaczyna martwić Tom. 

Tom. Jego kochany Tom, który wydaje się pogrążać w nauce, otaczając się stosami książek. Kochany Tom, który nigdy nie mówi Harry’emu nie, zawsze stawia go na pierwszy miejscu i zawsze jest. Po prostu dla niego, dla Harry’ego, by spełniać jego egoistyczne zachcianki jak leżenie na wznak na błoniach i obserwowanie chmur. 

Harry’emu nie podoba się to dystansowanie się Toma, to jak zawsze wymiguje się, zostawiając Harry’ego z Ronem i Hermioną. A po ostatniej rozmowie z dyrektorem Harry chyba wie, o co tu chodzi. Tom wstydzi się tego, że jest synem Voldemorta; boi się odrzucenia, dlatego unika tematu rodziców jak ognia. Harry to rozumie, ale i tak boli go myśl, że Tom mu nie ufa wystarczająco, by zwierzyć się z tak ważnego sekretu. 

Nieliczne chwile, które spędzają razem to te w bibliotece, kiedy siedzą przy mętnym świetle świec skuleni nad zadaniami domowymi. Harry lubi wtedy obserwować Toma; jego kości policzkowe, łuki brwiowe i inteligentne granatowe oczy. Jak w skupieniu skrobie piórem po pergaminie i wertuje kartki długimi palcami.

— Co się tak patrzysz? — pyta Tom, unosząc głowę znad podręcznika od transmutacji. Dokłada pióro, które delikatnie toczy się po książce, by zatrzymać w zgłębieniu, gdzie łączą się kartki. 

Harry szybko odwraca wzrok.

— Wcale się nie patrzę — mówi, czując jak jego policzki robią się ciepłe.

— Właśnie widzę — śmieje się cicho Tom, nie sprawiając wrażenia urażonego. Jednak po chwili poważnieje. — Dumbledore nie wzywał cię na kolejne rozmowy?

Harry wzdycha teatralnie, bo to wypytywanie o Dumbledore’a stało się nową obsesją Toma. 

Czy rozmawiał z tobą? Czy chociażby spojrzał na ciebie? Jak rozmawiał to o czym? Jak mówił coś o Tomie, to z pewnością były same bzdury, bo Dumbledore jest uprzedzony do Ślizgonów. Cóż… z tym Harry nie może się kłócić.

— Od ostatniej rozmowie po… no wiesz, nawet go nie widziałem. Przecież nie pojawia się na posiłkach.

— Tak — mówi Tom, wyglądając na zamyślonego. — Słyszałem, że ma problemy w Radzie i Ministerstwie przez ten atak. Pewnie desperacko próbuje utrzymać swój stołek. — Tom uśmiecha się z zadowoleniem i wraca do pisania wypracowania o zmienianiu zwierząt w naczynia.

— Pewnie tak — mówi Harry niespecjalnie zainteresowany. — Znalazłeś coś wtedy w Dziale Ksiąg Zakazanych?

— Niewiele — mówi Tom. — Oddam ci dzisiaj pelerynę. 

— Już jej nie potrzebujesz? — dziwi się Harry. 

— Myślę, że nic więcej nie znajdę — odpowiada w zamyśleniu Smith. — To nie tak, że mogę uwarzyć czarno-magiczny eliksir. I że mam potrzebne do niego składniki.

— Nie myśl sobie, że unikniesz odpowiedzi — mówi nagle Harry, podnosząc się, aby jego wzrok był na równi z Toma. 

— O co ci chodzi? — Tom uśmiecha się, jakby dokładnie wiedział, do czego pije Harry, ale wolał podroczyć się z Gryfonem. 

— Już ty dobrze, wiesz, co co. — Harry mruży oczy, a Tom odchyla się na krześle i wzdycha. 

— Powiem ci w swoim czasie — mówi. 

— Wiesz, że możesz mi ufać? — pyta Harry, chcąc aby Tom poczuł się pewniej, ale jego słowa nie przynoszą oczekiwanego rezultatu, bo Ślizgon jedynie uśmiecha się krzywo. 

— Wiem. — Tom sięga przez stół i ściska dłoń Harry’ego. — Ale jeszcze nie teraz. Powiem ci, gdy będę gotowy.

Harry chce uszanować jego decyzję, naprawdę, w końcu to rodzice Toma i jego przeszłość, ale nic nie może poradzić na to, że czuje się zraniony i odstawiony na bok. Przecież Tom może mu ufać. 

Palce Toma są ciepłe i Harry chciałby zatracić się w tym miłym uczuciu bezpieczeństwa, ale wtedy przypomina sobie jedno nazwisko.

Riddle.

— Myślę, że Dumbledore wie, kim są albo byli twoi rodzice — mówi i wpatruje się w reakcje Toma. Ten tylko unosi brwi.

— Och? — mówi niebezpiecznie cichym głosem.

— Wspomniał coś o tym, że powinieneś nazywać się Riddle — wyjaśnia Harry, nie spuszczając wzroku z nieprzeniknionej twarzy Toma. 

— Znając go, chciał cię zwieść.

— Nie, serio, wtedy brzmiał tak poważnie… myślę, że mówił prawdę.

— O czym w dokładnie rozmawialiście? Hm? — mówi. — Jestem coraz bardziej ciekawy, powiedziałbym, że ciekawość zżera mnie od środka. 

— O niczym ważnym. — Harry wzrusza ramionami. — Skończyłeś już? Chodźmy coś zjeść, umieram z głodu.

— Skoro nalegasz.

Obaj wstają i zaczynają chować rzeczy do toreb. Wzrok Tom nie opuszcza Harry’ego.

Złota jesień zmienia się w deszczową pluchę; deszcz dudni w szyby, gdy uczniowie próbują skupić się na nauce. Spływające krople zdają się jeszcze bardziej rozpraszające na lekcjach historii magii. Harry podpiera się na łokciach i ze znużeniem obserwuje tańczący deszcz za oknem. Ron przysypia, a Hermiona wydaje się czymś stresować. Wreszcie unosi rękę. Harry z zaciekawieniem obserwuje przyjaciółkę, która wytrwale trzyma rękę w górze, pomimo tego, że profesor Binns uparcie ją ignoruje. 

— Profesorze? — Wreszcie się ugina i zadaje cicho pytanie. — Panie profesorze? — dodaje już głośniej i wyraźniej. 

Duch przerywa swój monotonny monolog i zatrzymuje lewitację na tle zielonkawej tablicy. 

— Tak, panno…?

— Granger. Hermiona Granger — odpowiada i szybko korzysta z faktu, że zdobyła uwagę profesora i zadaje swoje pytanie: — Zastanawiałam się, czy mógłby pan nam opowiedzieć co nieco o Komnacie Tajemnic. 

— To zwykła legenda. — Binns wymawia słowo legenda jakby było obelgą. — Bajka, by straszyć dzieci, nie sądzę, aby to był istotny przedmiot zajęć.

— Mówi się, że we wszystkich legendach tkwi ziarenko prawdy — podejmuje temat Parvati Patil.

Cała klasa jakby się ożywia. Ron podnosi głowę, Neville odkłada ołówek, którym bazgrolił na pergaminie, a Harry wzdycha i przeciąga się, ziewając szeroko.

— Bardzo prosimy, panie profesorze! — przyłącza się Lavender Brown, a po niej wszyscy zaczynają wyrażać swoją chęć usłyszenia historii o Komnacie Tajemnic.

— Niech będzie. — Binns niechętnie przystaje na propozycję. Odchrząkuję i ponawia sunięcie przed tablicą, zaczynając opowiadać.

— Potężna magia stworzyła Hogwart. To była wręcz dzika i piękna magia, za której pomocą można stworzyć prawdziwe cuda. Jednak przelana do czary nienawiści… tworzy największe koszmary. 

Mówi się, że to w Salazarze Slytherinie tkwiła ta pierwotna,  dzika magia; to on zgłębił tajniki mrocznej magii i nauczył się wykorzystywać ją do czynienia dobra. Dobro nuży, wymaga poświęceń; dlatego tak wielu z niego rezygnuje i tak ceni się tych, którzy przy nim wytrwali. 

Salazara Slytherina ogarnął szał, zawiść i wszystkie złe emocje związane z pierwotną magią. Zaczął prawić nowe prawdy, doszukiwać się skaz w najczystszych wodach. To ostatecznie poróżniło go z trójką najlepszych przyjaciół — Godrykiem Gryffindorem, Helgą Hufflepuff i Roweną Ravenclaw, czyli pozostałymi założycielami Hogwartu. Elfia dusza Salazara podsunęła mu psoty, a czarna magia makabryczne rozwiązania. 

Według podań Salazar stworzył Komnatę Tajemnic, do której tylko on miał dostęp dzięki swojej  mrocznej magii. To było jego sanktuarium, ale również sposób, by zrealizować krwiożercze postulaty… Oczywiście kwestie czystości krwi były podnoszone później przez wiele czarodziejów i czarownic, na przykład pod koniec drugiej wojny goblinów…

— Możemy wrócić do sedna?

Binns robi minę, jakby ktoś zabrał mu sprzed nosa ostatni kawałek czekoladowego tortu, ale kontynuuje tym samym znudzonym tonem:

— Mówi się, że w Komnacie Tajemnic mieszkał najstraszliwszy potwór znany światu. Potwór, który słuchał się tylko Salazara, a ten wytrenował go, by zabijał osoby mugolskiego pochodzenia. Salazar w wielkiej sprzeczce z pozostałymi założycielami tłumaczył się, że to wrodzona cecha potwora, że on wyczuwa kto nie jest godzien posiadania magii. Wkrótce po tym Salazar Slytherin opuścił Hogwart i już nigdy nie wrócił. Komnata Tajemnic jednak została i istnieje do dnia dzisiejszego. Mówi się, że dziedzic Slytherina przybędzie do Hogwartu i dokończy dzieło swojego przodka. 

Po tych słowach zapada cisza na dosłownie parę sekund, a po chwili zaczyna się lawina pytań.

— Czy Slytherin umarł?

— Kim jest jego dziedzic? To ktoś z Hogwartu?

— Czym był ten potwór?

— Cóż… Nikt nie wie, czym był potwór, mówi się, że Slytherin stworzył nowy gatunek, chimerę. Jednak jak doskonale wiecie z lekcji historii Slytherin zmarł na przełomie dziewiątego i dziesiątego wieku…

Dalsza część lekcji to szczegółowy opis rodowody Slytherina, więc Harry wraca do obserwowania kropli. Jednak czasu pozostało niewiele, więc zajęcia szybko się kończą.

— Założę się, że to Malfoy — mówi Harry do Rona i Hermiony, gdy zmierzają przez błonia na lekcję zielarstwa. Dziewczyna spogląda na niego, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie tego nie robi.

— Powiedział, że szlamy będą następne — wtrąca się Ron, nie wspominając, że prawdopodobnie miał na myśli Hermionę, przez wzgląd, że dziewczyna idzie z nimi.

— Właśnie! — podchwytuje temat Harry. — On zawsze bredzi o czystości krwi i innych takich, naprawdę bym się nie zdziwił, gdyby to był on.

— Nie sądzisz, że jest na to za głupi? Zresztą — dodaje Hermiona, patrząc na linię Zakazanego Lasu — nie jest aż tak okrutny, by zabić.

— Ale skąd wiesz?

— Jak dla mnie jest okrutny — wtrąca Ron. — Uwielbia znęcać się nad słabszymi.

Harry posyła Hermionie tryumfalny uśmiech, ale dziewczyna jedynie wzdycha. 

— Pomyśl, kto byłby na tyle inteligentny, by nie dać się złapać?

Niestety Harry doskonale wie, w którą stronę zmierzają myśli jego przyjaciółki.

— Nie próbują wciągnąć w to Toma, on już i tak ma dużo problemów na głowie. To, że w ten dzień miał Pelerynę-Niewidkę i nie znaleźliśmy go w bibliotece, o niczym nie świadczy.

Patrząc na rozszerzające się oczy Hermiony, Harry wie, że popełnił gafę. 

— Dałeś mu swoją pelerynę?!

— Pożyczyłem — odpowiada Harry. — A zresztą co cię to obchodzi? Tom prawdopodobnie jest mugolakiem.

Gdzieś z tyłu głowy przychodzi myśl natrętna jak mucha w upale… Jeśli Tom rzeczywiście jest synem Voldemorta, to może obawy Dumbledore’a były słuszne? Ale Harry odpędza tę myśl, bo tak należy postępować z insektami. 

— Nie widzisz? — wręcz wykrzykuje dziewczyna. — To się zaczyna układać w logiczną całość! Interesuje się mroczną magią, jest inteligentny i moim zdaniem ma lekkie zadatki na psychopatę… Harry! Jak możesz tego nie widzieć?

— Może dlatego że Tom nie ma powodu, by nienawidzić mugolaków? I sam ma problemy w Slytherinie przez kwestie jego krwi? Dlaczego wy wszyscy coś do niego macie? Tom nic nie zrobił.

— Wszyscy?

— Ty, Dumbledore… — Harry nawet nie kończy, już wie, że znowu palnął i tylko podsycił szał odkrywcy w Hermionie.

— Teraz to ma jeszcze większy sens! Harry…

— Nie — odpowiada twardo. — Nie będę się z tobą wdawał w dyskusje, Hermiona. A teraz wybacz, śpieszę się na lekcję zielarstwa.

I odchodzi, a wewnątrz wszystko wrze. Jak Hermiona może tak perfidnie oskarżać Toma? Od początku się na niego uwzięła, zazdrosna o oceny, chociaż on sam nigdy jej nic nie zrobił. Harry wzdycha i spogląda na pochmurne niebo. Czy ten okropny rok może się już skończyć?

 

Chapter Text

— Naprawdę nie rozumiem eliksirów — jęczy Harry rozłożony na dywanie w pokoju wspólnym Gryffindoru. To jeden z tych coraz częściej zdarzających się wieczorów, które spędza z Ronem i Hermioną. 

Płomień w kominku przyjemnie płonie, strzelając maleńkimi iskierkami przypominającymi świetliki. Ciepła łuna oświetla twarze trójki Gryfonów, uwydatnia czające się po kątach cienie, dodaje im jakiś przerażający element rodem z horrorów. 

— Bo nie słuchasz profesora Snape’a — wytyka mu Hermiona i stawia ostatnią kropkę w swoim wypracowaniu.

Harry jęczy nieszczęśliwie.

— A ty znowu o tym?

— Tak — warczy dziewczyna. — Nie rozumiem, skąd ta twoja awersja…

— To on pierwszy mnie nienawidził! — oburza się Harry, ale niewzruszona dziewczyna kontynuuje:

— …bo jego porady są naprawdę pomocne — Hermiona kończy swój wywód, po czym dmucha, by upewnić się, że atrament już wysechł i zwija pergamin w rulonik. 

— Może i są, jeśli  nie dorzuca swoich wielce inteligentnych kąśliwych uwag, bo z jakiegoś powodu uwziął się na ciebie i twojego przyjaciela. — Harry wzdycha i rzuca piórem, by oprzeć kark o czerwoną sofę położoną tuż za nim.

— Harry — zaczyna ostrożnie dziewczyna, jakby miała do czynienia z dzikim zwierzęciem — nie dziwi cię to, że tak wielu nauczycieli nie lubi Toma? 

— Są uprzedzeni — odpowiada Harry. Lubi Hermionę, naprawdę ją lubi, ale to nie znaczy, że może jej zaufać i powiedzieć o rodowodzie Toma. Właśnie dlatego, że ją zna, nie może jej nic zdradzić, bo wie, do czego by to doprowadziło. 

— Z jakiego niby powodu?

— Bo jest Ślizgonem! I pochodzi z sierocińca, ludzie nie lubią sierot.

— A Snape?

— Bo jest mugolakiem i w dodatku biednym sierotą? — Gdyby Tom usłyszał, co Harry o nim opowiada, wszyscy skończyliby w Skrzydle Szpitalnym po uderzeniu Upiorgackiem.

 — To miałoby sens, ale profesorowie tacy nie są, Harry.

— Żartujesz sobie. — Harry nie może uwierzyć słowom Hermiony, przecież tak mądra dziewczyna nie powinna żyć w bąbelku niewiedzy. Każdy nauczyciel jest także człowiekiem, a więc popełnia błędy jak inni, może mieć zły dzień czy po prostu okropną osobowość.

— A raczej nie powinni tacy być… zresztą przyjrzyj się mu kiedyś! Bo ja go obserwowałam, wiesz? I on zawsze sprawdza, czy jesteś obok niego, jakbyś był jego szczeniaczkiem, zabawką! 

— Po prostu jest niepewny naszej przyjaźni, nie chce jej stracić — tłumaczy spokojnie Harry, ale Hermiona tylko prycha.

— To jak wytłumaczysz jego niezdrowe zainteresowanie czarną magią?

— Wszyscy mówią, że Tom interesuje się czarną magią, ale nie widziałem, żeby kiedyś użył złego zaklęcia!

— Cały czas siedzi w bibliotece — wypomina Hermiona.

Ron z kolei przysłuchuje się wymianie zmian jakby został złapany między młotem i kowadłem. Ostatecznie ignoruje sprzeczkę przyjaciół i próbuje napisać jakieś sensowne zdanie do wypracowania.

— A ty to niby nie?

— To… zupełnie coś innego! Ja nie szukam czarnomagicznych zaklęć!

— Tom też nie! On szuka swoich rodziców! — krzyczy Harry, czując, że w kącikach oczu zbierają się niechciane łzy. 

— To ma jeszcze większy sens… w takim razie…

— Hermiona! — upomina ją Potter i mruga, by pozbyć się łez frustracji. — Możemy porzucić ten temat? — dodaje ugodowym tonem.

Dziewczyna wzdycha, jakby nie było jej to na rękę, ale kiwa głową i uśmiecha się lekko.

— Okej — mówi. — Na razie możemy to porzucić i tak potrzebuję więcej dowodów, by cię przekonać. 

Harry wypuszcza powietrze z ust z cichą ulgą. 

— Wracając do…

— GINNY! — Ron podrywa się widząc swoją młodszą siostrę (Harry rozmawiał z nią parę razy, urocze stworzonko), wchodzącą o tej porze przez portret Grubej Damy.

Rudowłosy niziołek podskakuje, słysząc głośny głos Rona; odgarnia poplątane włosy i marszczy mały nosek, unosząc podbródek lekko do góry, by nie pokazać swojego strachu.

— Gdzieś ty była?! — Ron podchodzi do siostry i mierzy ją wzrokiem. 

Ginny zadziera głowę i mruży oczy jak wściekła kotka. 

— Z przyjaciółką — odpowiada hardo i przyciska do piersi małą książeczkę.

— O tej porze?! Masz jedenaście lat!

— A ty dwanaście! I co z tego? Jakoś nie czyni cię to mądrzejszym — odpowiada z jadem godnym młodszej siostry. — Cześć, Harry! — mówi jeszcze, ale nim Potter zdąży odpowiedzieć, dziewczyna znika w dormitorium. 

Ron wraca na ich miejsce z kwaśną miną.

— Co ja z nią mam — wzdycha. — Jeszcze się wpakuje w jakieś kłopoty…

— Jak już mówiłam, eliksiry są naprawdę łatwe... — Hermiona podejmuje przerwany temat, a Harry z Ronem wymieniają identyczne uśmiechy. 

Harry naprawdę kocha latać. Czuje się wtedy wolny; już nie musi chylić głowy w komórce pod schodami, nie, teraz może rozpostrzeć ręce zupełnie jak ptak skrzydła i poczuć wiatr we włosach. 

Latanie oczyszcza też umysł, w którym nieustannie kłębią się myśli: czy Tom naprawdę go lubi? A może to Harry żyje w bańcu ułudy? Czy Tom może być zły? Czy go oszukuje? 

Dzięki quidditchowi Harry nie czuje nic oprócz zimnego wiatru i bólu mięśni. Latanie zapewnia także wolność od zmartwień, dlatego Harry zlatuje na ziemię z westchnieniem. Spogląda w błękitne niebo i chce się wzbić ku niemu ponownie. 

— Liczę na dobry mecz! — krzyczy Wood, maszerując i poklepując zawodników po ramionach. — Jesteśmy w dobrej formie, skopiemy ich ślizgońskie tyłki!

— Się wie, Wood! — odpowiada George, przybijając z Fredem żółwika.  — Harry, ktoś chyba na ciebie czeka. — George wskazuje palcem na Toma czającego się obok trybun i puszcza do Harry’ego oczko.

Harry rumieni się mimowolnie i biegnie w stronę Toma. Miał się spotkać z Ronem, ale tak dawno nie widział Toma, że bez zastanowienia wpada w ramiona chłopaka.

— Hej — mówi, uśmiechając się szeroko, gdy już się wyplątał z ciepłych objęć. Ogniki szczęścia tańczą wśród zieleni, więc Tom czuje się zobowiązany, by uśmiechnąć się w odpowiedzi, a jego oczy łagodnieją, gdy tylko spoczywają na Harrym. 

 — Cześć — odpowiada więc Tom, po czym targa włosy chłopaka, nie mogąc się powstrzymać. 

— Ej! — Harry odtrąca ręce Toma i próbuje ułożyć włosy.

— Wiesz, że to nic nie da?

— Wiem — wzdycha chłopak ze zrezygnowaniem. — Ale to nie oznacza, że możesz je targać?

— Nie? — Tom unosi brew.

— Nie! — Harry wystawia język i szybko go chowa. — Idziemy gdzieś? Dawno się nie widzieliśmy! Wiesz, że ostatnio udało mi się…

— Harry! — woła Ron, biegnąc z trybun; jego włosy są w nieładzie, a policzki zarumienione. 

— Co się stało? — pyta Harry, gdy zdyszany Weasley dobiega do niego i Toma.

Ron opiera ręce na kolanach i pochyla się, próbując złapać oddech. 

— Hermiona zwariowała — mówi i odkaszluje. — Serio! — dodaje, widząc niedowierzające miny Harry’ego i Toma.

— Ale co dokładnie się stało? — dopytuje Harry, a Tom robi minę, jakby doskonale wiedział, do czego to zmierza. 

— Przecież nie powiem przy nim. — Ron wymownie patrzy w stronę Toma, ale szybko się reflektuje. — Nie żebym coś do ciebie miał, stary. 

— Bez urazy. — Tom uśmiecha się tym swoim przerażająco uprzejmym uśmiechem.

Harry czuje się zakłopotany. Chciałby pójść z Tomem, ale też chce się dowiedzieć, o co chodzi z Hermioną. Zerka na Rona, który wpatruje się w niego błagalnym spojrzeniem, a potem na Toma, który patrzy gdzieś ponad nimi, udając, że cała ta rozmowa go nie obchodzi.

— Zobaczymy się wieczorem, okej? — pyta Toma.

Smith uśmiecha się do niego i przełyka ślinę, po czym mówi lekko zachrypniętym głosem:

— Obiecujesz?

— Obiecuję. — Harry obdarza Toma ostatnim uśmiechem.

— To cześć — żegna się Ron. — Chodź — mówi do Harry’ego. — Powinniśmy się pospieszyć. 

— Widzimy się potem, Tom! — krzyczy jeszcze Harry i biegnie z Ronem w stronę wieży Gryffindoru. 

Hermiona siedzi na szerokim parapecie i wygląda jakby medytowała. Otwiera oczy i uśmiecha się szeroko.

— Mam pomysł! — mówi, a Harry czuje przyjemne dreszcze nadchodzącej przygody, widząc psotne błyski w brązowych oczach dziewczyny. — Chodźcie bliżej! — Macha dłońmi jak wróżka w namiocie, tylko nie ma brzęczących bransolet. 

Gdy Ron i Harry są już wystarczająco blisko i obaj wyczekują usłyszeniu planu, Hermiona mówi lekko ściszonym, ale nadal podekscytowanym głosem:

— Wiem jak sprawdzić czy Dziedzicem Slytherina jest Malfoy czy Smith. — Hermiona nie potrafi powstrzymać szerokiego uśmiechu, gdy zdradza swój plan. — Złamiemy chyba z milion przepisów, ale…

— Kto by się tym przejmował. — Harry wzrusza ramionami.

— Mów! — ponagla Ron.

— To mi nie przerywaj! — Hermiona mierzy go wzrokiem, po czym mówi tonem osoby dumnej ze swojego pomysłu:

— Uwarzymy eliksir wielosokowy!

Tom postanawia, że użalanie się nad sobą jest głupie, a zresztą wcale mu nie zależy, więc kieruje swoje kroki do biblioteki. 

Wyciąga z wielkich pudeł kolejne tomy kronik i otwiera grubą księgę. Ostatnio skończył na tysiąc dziewięćset trzydziestym siódmym roku, więc teraz został mu kolejny. 

1938.

Może znajdzie tajemnicze nazwisko, o którym wspominał Harry?

O mało co i przegapiłby małe, czarnobiałe zdjęcie. Zdjęcie chłopca uderzająco podobnego do Toma, w dodatku noszącego jego imię. 

Tom Riddle.

Długie palce Ślizgona zaciskają się na kartce księgi, gdy ten przybliża się i czyta napis.

Tom Riddle

1938 — 1945

Slytherin, Prefekt Naczelny

Tom mruga i czyta jeszcze raz. Marszczy brwi i z bijącym sercem przerzuca kartki, czytając o najważniejszych wydarzeniach tamtego roku. Nie znajduje nic więcej o tajemniczym Tomie Riddle, więc wyciąga kronikę z rocznika ‘45, kierując się informacją o byciu Prefektem Naczelnym. Zdjęcie, które znajduje przypomina go tak bardzo, że Tom odkłada książkę i przymyka oczy. Jeśli Tom Riddle był jego ojcem, to w takim razie musiał mieć z pięćdziesiąt lat, gdy Tom się urodził.

Pięćdziesiąt cztery , podpowiada mu umysł.

Czyli teraz, kiedy Tom ma już dwanaście lat, jego ojciec musiałby mieć sześćdziesiąt sześć lat. 

Staro , myśli Tom. 

— Może dlatego umarł i mnie porzucił? — zastanawia się cicho i wyciąga kolejne kroniki, aby przeglądać zdjęcia. Gdy znajduje jakieś należące do Toma Riddle’a zatrzymuje się i wpatruje w nie, nie mogąc się nadziwić, że są praktycznie identyczni. Te same oczy, włosy, rysy twarzy… zupełnie jakby byli tą samą osobą.

Gdy czyta o wydarzeniach na piątym roku zauważa fragment o śmierci dziewczynki, o potworze i o tym, że Tom Riddle znalazł sprawcę. Ślizgon uśmiecha się drapieżnie, czytając o sprytnym oszustwie. To dobry plan i dla niego. 

Chowa wszystkie książki i wychodzi z biblioteki. Ręce trzyma w kieszeniach, gdy przemierza korytarze, obserwując uczniów. Jakiś pierwszoroczny Puchon na niego wpada, rumieni się i ucieka, nawet nie przepraszając. Tom wzdycha. 

— Małe, wredne istoty — mamrocze, otwierając drzwi do łazienki dziewczyn. Porzucone pomieszczenie wygląda jak nawiedzone przez duchy. Krany pokryte rdzą i kamieniem, kabiny toaletowe z skrzypiącymi zawiasami i wiecznie rozlana woda pokrywająca brudne kafelki. 

— Czy tu nikt nie sprząta? — warczy Tom, kiedy stawia nogę w środku kałuży. Z ciężkim westchnieniem macha stopą, chcąc oczyścić but, a potem zrezygnowany kieruje się w stronę umywalek.

Zatrzymuje się, gdy słyszy cichy jęk. 

— Ktoś tu jest?

Jęk przybiera na sile, a Tom rozgląda się ze spokojem. Zawodzenie nasila się, zmieniając w nienaturalnie wysoki krzyk i umywalka wybucha, bryzgając brudną wodą ze rdzą przez co przypomina trochę krew.  Smith odsuwa się, ale nie jest wystarczająco szybki i zostaje opryskany śmierdzącą wodą. 

Gdy z niesmakiem ocenia szkody, słyszy chichot. 

— Och, to ty . — Śmieje się duch dziewczyny, wychylając się zza kabiny toaletowej. 

— Ja czyli kto? — pyta Tom i stawia ostrożny krok w stronę dziewczyny, jednak duch szybko znika i wypływa spod podłogi za Tomem.

— Mój morderca. — To zdanie nie powinno brzmieć tak przerażająco wypowiedziane nienaturalnie dziecinnym, irytującym głosem, ale Tom wzdryga się, czując dreszcz.

— Wierz mi — mówi cicho — pamiętałbym to.

— Nieeeee! — wrzeszczy duch, znikąd pojawiając się przed twarzą Toma, więc chłopak wreszcie może się przyjrzeć niskiej dziewczynce w dwóch kucykach i wielkich, okrągłych okularach. — O to chodzi, że nie! 

— Nie rozumiem. 

— Bo jesteś nim, pamiętam! Oliwia Hornby znowu mówiła okropne rzeczy, a potem byłeś ty… i oczy! Ooooooo! — Duch znowu zaczyna zawodzić, a jej ramiona drżą od szlochu.

— Jak masz na imię.

— Za życia nazywali mnie Martą Warren, teraz Jęczącą Martą, ale… Ty jesteś nim .

— Czyli kim do cholery?!

— Tomem Riddle! — krzyczy dziewczyna skrzekliwie i obraca się, a jej kucyki podskakują. 

— To mój ojciec — mówi Tom, choć w głowie pojawia się niepokojąca myśl, bo przecież zdjęcie Toma Riddle’a wyglądało identycznie jak on. Identycznie.

— Szara Dama mi powiedziała, wiesz? Kim się stałeś, jakich okropieństw się dopuściłeś.

— Nigdy nie zabiłem człowieka — mówi spokojnie Tom — ale chętnie się przekonam, jakie to uczucie — dodaje, patrząc wymownie na Martę.

— Oooch! Tut, tut! Nie możesz zabić ducha!

— Założymy się? — Tom przekrzywia głowę i uśmiecha się drapieżnie. 

Dolna warga Marty zaczyna drżeć, po czym duch ucieka chowając się za umywalkami tak, że widać tylko oczy i fragment okularów. 

— Więc co wiesz o tamtym mnie od Szarej Damy? — pyta Tom, opierając się o umywalkę z drugiej strony i wpatrując się w ducha.

Marta odwraca głowę i mówi cienkim głosem:

— Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać nosił imię Tom Riddle, a ty jesteś nim.

Tom siada na podłodze, nie przejmując się, że cała pokryta jest rdzawą wodą. Odchyla głowę i śmieje się.

— Dlaczego się śmiejesz? — Marta wychyla się zaciekawiona i pociąga nosem.

— Bo teraz wszystko ma sens — odpowiada Tom. Przeciąga ręką po kałuży i unosi zabrudzoną dłoń, by się jej przyjrzeć. Stróżki wody spływają po palcach, przypominając kolorem starą krew. — A on mnie znienawidzi. 

— Och. Możesz umrzeć i zostać ze mną — proponuje Marta. — Szara Dama nie jest rozmowną przyjaciółką, woli pogrążać się w swojej depresji i milczeć. A fajnie jest mieć z kimś o czymś porozmawiać! 

— Gdzie znajdę Szarą Damę?

— To duch Ravenclawu — wyjaśnia Marta. — I nie znajdziesz jej, to ona znajdzie cię. Jak będzie chciała! Hi, hi! — Jęcząca Marta zlatuje pod sufit i zaczyna chichotać. 

Tom odchyla głowę, a jego szczęka rysuje się wyraźnie na tle białej wręcz skóry. 

— Płaczesz? — pyta duch i nieśmiało podlatuje bliżej.

— Nie — warczy Tom i ociera oczy. — Myślałem, że wreszcie znalazłem ojca… wychodzi na to, że znalazłem samego siebie. W co pogrywa sobie Dumbledore? 

Ślizgon wstaje i próbuje doprowadzić się do porządku. Myje ręce w jedynej działającej umywalce, z której leci czysta woda i poprawia włosy. 

— Zobaczymy, kto będzie się śmiał ostatni — mówi, po czym spogląda na srebrnego węża wygrawerowanego na umywalce. — Otwórz się.