Actions

Work Header

Symfonia dusz

Chapter Text

W taką noc jak ta lepiej nie wychodzić z domu. Gdy drzewa gną się pod ciężarem grzechów, a wiatr wyje symfonię obarczonego sumienia, złym pomysłem jest przebywanie na zewnątrz, by zaczerpnąć chłodnego powietrza, które napełniłoby płuca życiem. W taką noc jedyne rozsądne wyjście stanowi rezygnacja z człowieczeństwa i wiążącego się z nim honoru, by stać się ofiarą i ukryć się w bezpiecznym miejscu bez wyrzutów sumienia, że postępuje się egoistycznie.

Bo w Halloween magia zawsze szalała. 

Nie inaczej jest tego roku. Iskrzy i wiruje, mieniąc się perliście wśród blasku gwiazd, niosąc ze sobą powiew śmierci. Otula umysły zagubionych i kusi niczym Lucyfer; namawia do użycia jej potencjału, pomijając jednak tragiczne w skutkach konsekwencje.

Lord Voldemort poddał się mrocznej magii już dawno — samodzielnie wybrał tę drogę jako młody chłopiec, choć niektórzy pokusiliby się o stwierdzenie, że został do tego zmuszony przez okrutny świat. Podły i okrutny świat pełen piękna. Jednak o swoim losie każdy decyduje sam, a każda taka decyzja niesie ze sobą określone skutki spisane w zamierzchłych czasach przez samą Tyche. Dlatego właśnie to ta noc jest tak ważna — dzisiejsze wydarzenia ukształtują przyszłość wielu

Zapadł już zmrok, a w oddali słychać dziecięcy śmiech. Lord Voldemort nigdy nie zrozumie jak mugole mogą być tak bezczelni, ręka wręcz drży, by rzucić zaklęcie, które nauczyłoby mugoli, gdzie dokładnie wyobraża sobie ich miejsce. Dzisiejsza noc jest jednak wyjątkowa, dlatego Czarny Pan zaciska mocniej palce i nie zabija dzieci zbierających cukierki. Wie, że ma ważniejszy cel i nie może się rozpraszać. W końcu to dzisiaj przeszkodzi losowi  i już nikt nie będzie w stanie go pokonać. 

Unosi różdżkę.

— Lily, to on! Bierz Harry’ego i uciekaj! Ja go zatrzymam!

Błysk zielonego światła.

— Nie Harry… tylko nie mój Harry!

— Odsuń się! Odsuń się, głupia!

— Nie Harry…! Zabij mnie!

Błysk zielonego światła. 

Voldemort przekracza martwe ciało kobiety i spogląda na dziecko w kojcu. Gdy oczy Harry’ego i Czarnego Pana spotykają się, powietrze zaczyna buzować — jakby za chwilę miało nastąpić wyładowanie. 

Spotkanie przeznaczenia. Dwie bratnie dusze nie miałyby szans istnieć w tym świecie i być ze sobą, dlatego magia dusz zaczyna grać swoją symfonię, a gdy Voldemort wypowiada kolejne zaklęcie — zaczynają się dziać prawdziwe czary.

Błysk zielonego światła znaczy czoło Harry’ego blizną w kształcie błyskawicy, po czym odbija się i ze zdwojoną siłą uderza w pierś Czarnego Pana. Czarodziej cofa się odrzucony mocą zaklęcia, by po chwili paść na ziemię. Nie czuje żadnego bólu, po prostu zapada w sen. 

Jakby na zewnątrz stał jakiś mugol, to potrafiłby dokładnie określić moment, w którym magia ochronna przestała działać, a świat na chwilę został zjedzony przez zielone światło. Jednak nikt nie obserwował domu Potterów i czarodzieje mogą się jedynie domyślać, dlaczego zamiast truchła Voldemorta w pokoju małego Harry’ego jest jeszcze jedno dziecko. Blady chłopiec, który smacznie śpi, śliniąc palce piąstki włożonej do buzi. Nie budzi go nawet trzask aportacji zwiastujący przybycie Albusa Dumbledore’a. 

Starszy czarodziej zaczyna się wspinać po schodach, a za nim podąża Severus Snape. Rzuca pogardliwe spojrzenie w stronę Jamesa Pottera żałośnie leżącego na podłodze i wchodzi do pokoju dziecięcego. Dumbledore już tam jest. Stoi nachylony nad kołyską Harry’ego i uważnie studiuje małą ranę w kształcie błyskawicy, która delikatnie krwawi.

Severus rzuca spojrzenie na martwą Lily, ale szybko odwraca wzrok. Przełyka ślinę i już więcej nie spogląda na kobietę, której oddał serce. Odbędzie wiele rozmów i wykrzyczy jeszcze więcej obleg zanim tu wróci, by paść na ziemię i zacząć kwilić jak małe dziecko, trzymając w ramionach ukochaną.

— Co teraz? — zadaje ciche pytanie. 

Dumbledore mruczy w odpowiedzi i prostuje się. Harry automatycznie wyciąga rączki do góry dobrze nauczony przez rodziców, że to oznacza noszenie, a może i nawet jedzenie. 

— Teraz młody Harry Potter musi udać się do swojej rodziny.

— Nawet na mnie nie patrz — warczy Snape. — Mam ważniejsze rzeczy na głowie niż niańczenie bachorów.

— Ostrzegałem, że Voldemort cię nie posłucha, Severusie — wzdycha Dumbledore i właśnie wtedy zauważa zawiniątko czarnych szat. — Nigdy nie rozumiał miłości...

— Nie rozumiesz, głupcze! — Snape wpatruje się w Albusa z nienawiścią. — Ona była moją bratnią duszą!

— Ale ty nie byłeś jej.

Dumbledore klęka i zaczyna odkrywać kolejne fałdy materiału. Gwałtownie wciąga powietrze, gdy zauważa śpiące dziecko.

— Severusie, jak tam twój znak? — pyta, nie ruszając się z miejsca. 

Snape wygląda, jakby prędzej miał rzucić się Dumbledore’owi do gardła niż odpowiedzieć, ale wtedy i on zauważa dziecko, więc szybko podciąga rękaw szaty, a jego palce drżą. 

— Wyblakły — oznajmia beznamiętnie. Opuszcza czarny rękaw, by wbić świdrujące spojrzenie w śpiące niemowlę. 

— Jeśli nie chcesz przenieść Harry’ego Pottera do jego mugolskiej rodziny, będziesz musiał zanieść Toma do sierocińca. 

Przez chwilę panuje cisza. Dumbledore spogląda na leżące dziecko, a Severus otwiera to zamyka usta. Ostatecznie wybucha:

— Oszalałeś? Chcesz powtórzyć historię?! Zabij skurwiela i po sprawie — dodaje głosem ociekającym jadem. Przelotnie spogląda na niemowlęcego Czarnego Pana i przełyka ślinę. 

— Muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, by doprowadzić do spełnienia przepowiedni Sybilli. Nawet jeśli oznaczałoby to, że historia zatoczy koło. Nie wiemy, z jaką magią mamy do czynienia. Lord Voldemort parał się niebezpiecznymi czarami, tak mrocznymi, że nawet ja nie ośmieliłem się ich zgłębić. Dlatego lepiej oddać wszystko w ręce losu.

— I ponownie stworzyć potwora?

— Jeśli taka jest cena pokoju, zapłacę ją z radością — odpowiada Dumbledore pewny swoich domysłów. Gdyby jednak wiedział, jaka magia tak naprawdę miała miejsce… to czy postąpiłby właściwie? A historia potoczyłaby się właściwym torem?

Harry Potter to wyjątkowa dusza, ale zupełnie nie zdaje sobie sprawy z magii, która w nim drzemie. Pieli grządki, robi śniadania, rozmawia z pająkami, gdy wszyscy inni już śpią, opowiadając im o swoich marzeniach o rodzinie. Takiej specjalnej rodzinie, która należałaby tylko do Harry’ego. Harry Potter po prostu prowadzi spokojne życie, starając się nie wchodzić w drogę swojemu wujostwu. I udaje mu się to całkiem nieźle, dopóki pewnego ranka wraz z codzienną pocztą nie przychodzi też list do niego. Harry siada zaciekawiony na wycieraczce i zaczyna czytać zielone litery, nie zwracając uwagi na panujący w przedpokoju półmrok.

— Chłopcze! Umarłeś tam?! — Vernon Dursley rechocze z własnego żartu. — Jak nie, to nie obijaj się i przenieś wreszcie tę pocztę! Marge miała wysłać pocztówkę — mówi Petunii, która kiwa głową, ale nie potrafi cieszyć się z dobrych wieści. Coś ją skręca w środku, jakieś niedobre przeczucie, że dzisiejszy dzień nie będzie łaskawy dla trzyosobowej rodziny Dursleyów. 

— Dostałem się do szkoły magii — mówi, wchodząc do kuchni. Kładzie na stole pocztę dla wuja i stoi oniemiały, zaciskając w dłoni otwarty list. List zaadresowany do niego, do Harry’ego. 

Reakcja rodziny Dursleyów  nadawałaby się do stereotypowego sitcomu:  ciotka Petunia upuszcza widelec, wuj Vernon czerwienieje na tłustej twarzy, a Dudley wyraża swoje niezadowolenie za pomocą niezrozumiałych krzyków, rozrzucając jedzenie po całym pomieszczeniu. 

Harry stoi po środku tego szaleństwa, ale nie czuje strachu. Zamiast tego jego serce wypełnia nadzieja, że wreszcie coś się zmieni. 

Po serii krzyków i kategorycznie wyrażonego sprzeciwu ze strony wuja Vernona, Harry nie wytrzymuje.

— Nie macie prawa! — krzyczy. — To ja dostałem się do tej szkoły i do niej pójdę! 

— Jeszcze czego, smarkaczu, jak ja cię zaraz… — Vernon Dursley wyciąga swoją rękę wielką jak łapa niedźwiedzia w stronę Harry’ego, ale chłopak robi unik, czmychając na korytarz. Lata uciekania przed Dudley’em zaprawiły go w boju. 

Nadal słychać krzyki, wuj Vernon już zmierza w jego stronę, więc Harry robi jedyną rzecz, jaka przychodzi mu do głowy — ucieka z domu. Oprócz listu Harry nie posiada nic więcej, więc po prostu wybiega na słoneczną ulicę i ucieka, ile sił w nogach. Po przebiegnięciu paru przecznic musi się zatrzymać, by złapać oddech. Odwraca się, ale nikt go nie goni. Harry odchyla głowę z ulgą i jeszcze raz unosi list, by go przeczytać. Zaczyna iść spokojnym tempem, wpatrując się w zielone literki. 

W pewnym momencie zaczynają boleć go nagi, więc siada na chodniku. Co teraz zrobi? Gdzie pójdzie? Jak dostanie się do krainy magii?

Zaczyna płakać, gdy uświadamia sobie, że nie wie, co robić. Został bez dachu nad głową, bez pieniędzy, jedzenia… A jeśli miał dostać kolejny list z dalszymi instrukcjami? I co oznacza stwierdzenie, że ma wysłać sowę?

Siedzi samotnie, gdy nagle czuje delikatny powiew jak czułe pogładzenie policzka. Unosi głowę i wciera grzbietem dłoni zasmarkany nos. 

— Kim pan jest? — pyta.

— Czarodziejem — odpowiada Albus Dumbledore i uśmiecha się ciepło. Harry pospiesznie wyciera załzawione oczy i czerwoną twarz i odwzajemnia uśmiech

— Przyszedł pan po mnie? — pyta, unosząc głowę, by móc widzieć starszego czarodzieja. 

— Poniekąd. — Dumbledore wzdycha i siada na chodniku obok Harry’ego. — Przyszedłem ci pomóc. 

— Czyli przyszedł mnie pan zabrać! — Harry szczerzy się szeroko, zapomniawszy o niedawnym płaczu.

— Niezupełnie — tłumaczy Dumbleore, nadal uśmiechając się ciepło. — Jestem dyrektorem Hogwartu, szkoły…

— Magii! — wykrzykuje Harry. — Wiem, czytałem list. Umiem bardzo dobrze czytać! Lepiej od Dudleya!

— Szkoły magii, tak. Ale rok szkolny się jeszcze nie zaczął, Harry. — Dumbledore kładzie rękę na ramieniu chłopca. — Musisz wrócić do wujostwa, na pewno się o ciebie zamartwiają.

— Założę się, że wcale — burczy chłopiec, zakładając ręce na piersi. Nadyma policzki i odwraca głowę.

— Wiem, że już chciałbyś się uczyć, magia jest fascynująca, ale cierpliwość jest cnotą, z którą nawet najlepsi magowie mieli problemy.

— W takim razie jej nie potrzebuję! — wykrzykuje Harry. — Skoro mogę być super czarodziejem bez niej, to po co mi ona? — dodaje już spokojniej. 

Dumbledore wybucha gromkim śmiechem i wstaje.

— Chodź, Harry — mówi, wyciągając pomarszczoną rękę. — Zabiorę cię w pewne magiczne miejsce. 

Ulica Pokątna rozkochuje w sobie Harry’ego bez pamięci. Wszystkie te kolory, dziwni ludzie, osobliwe zwierzęta, cała ta magia… Chłopiec tęskni za tym miejscem jak tylko je opuszcza. 

Dumbledore rozmawiał z Dursleyami, więc teraz Harry ma własną sypialnię, w której trzyma wszystkie magiczne przedmioty nabyte na Pokątnej. Na honorowym miejscu jest oczywiście różdżka.

Dnia mijają szybko i wreszcie nadchodzi chwila wyczekiwana przez wszystkich domowników — Harry idzie do Hogwartu. Dursleyowie zawożą go do Londynu na dworzec King’s Cross (wuj Vernon cudem wyjmuje z bagażnika ciężki kufer, stęka przy tym jak dziadek wchodzący na ostatnie piętro kamienicy), a Harry wręcz wbiega do środka w poszukiwaniu magicznego peronu. 

Profesor Dumbledore powiedział mu, że powinien wejść w barierkę między peronem dziewiątym a dziesiątym, ale Harry nie może się na to zdobyć. Jak ma wbiec w ścianę? On jeszcze nie umie tak dobrze czarować… w ogóle nie umie czarować. 

— Też idziesz do Hogwartu?

Harry podskakuje, chociaż głos chłopca jest spokojny. Odwraca się i spogląda na beznamiętny wyraz twarzy chłopca w jego wieku, który ciągnie ze sobą podobny kufer. 

— Tak, ale nie wiem, czy dobrze zrozumiałem…

— Co takiego?

— Profesor mówił, że trzeba wejść w tę ścianę. — Harry pokazuje to miejsce palcem. Chłopak z boku marszczy brązowe brwi. Ma na sobie ubrania podobne do tych Harry’ego — wyblakłe, za duże i znoszone, dlatego Potter czuje sympatię do dziwnego chłopca, choć ten nie okazuje żadnych emocji. 

— Dumbledore? — upewnia się.

— Tak. Myślisz, że mnie oszukał?

— To nauczyciel, w dodatku czarodziej… ale z drugiej strony  dorosły, dorosłym nie wolno ufać.

— Łaaał — mówi Harry — jesteś naprawdę mądry! Jestem Harry! Zostańmy przyjaciółmi! — dodaje z szerokim uśmiechem. 

— Zgoda — odpowiada cicho chłopiec, a na jego ustach tańczy cień uśmiechu. — Ja jestem Tom. 

Harry i Tom wymieniają uśmiechy i pogrążają się w dyskusji, czy Dumbledore ich oszukał czy nie, dopóki rudowłosa czarownica im nie pomaga. Harry dziękuje, a Tom stoi cicho z boku, przypatrując się licznemu potomstwu kobiety. W jego oczach błyszczy coś niebezpiecznego, jak u psa broniącego swojej własności. 

Za barierką otwiera się przed nimi magiczny świat, chłopcy spoglądają po sobie z iskrzącymi oczami i ruszają na poszukiwania wolnych miejsc, co nie jest zbytnio trudne, bo do odjazdu pociągu zostało jeszcze pół godziny i wielu młodych czarodziei jeszcze się nie pojawiło na peronie. 

Tom i Harry siadają na przeciwko siebie i pogrążają się w rozmowie. Głównie mówi Harry, a Tom słucha uważnie, wtrącając uwagi, które wyczytał w książkach. Wreszcie rozlega się gwizd, z komina bucha para, a pociąg ociężale rusza ze stacji, zmierzając ku nowej historii, bo bratnie dusze wreszcie się odnalazły i nawet najsilniejsza magia już ich nie rozdzieli.