Actions

Work Header

Pieśń w czasie rewolucji

Chapter Text

– Generalny zarys okazał się krótszy, niż się spodziewałam, pomimo wielu poucinanych wątków i ogromnej linii fabularnej, która wydłużyła wszystko o miesiąc. Jestem niesamowita, nie?

– Tak strasznie staram się pilnować dat pełni, że to mnie kiedyś wykończy.

– Harry znacznie częściej myśli o tym, co sam chce, czego potrzebuje i czym musi się zająć, zamiast ciągłych prób usatysfakcjonowania wszystkich, którzy mają do niego o coś żal, albo przetaczania się pod problemami, ilekroć ktoś poprosi go o coś niewykonalnego. Co jest ZAJEBISTE. Jestem z niego STRASZNIE dumna w tym tomie.

– Draco i jego polityczna rola otrzymają znacznie większe role. Będzie ciekawie.

– Falco Parkinsonie, ty smętny, żałosny człowieczku.

– Dwa razy z rzędu odnoszę się do Szekspira (rozdział 34 ma tytuł z „Makbeta”, a 35 z „Romea i Julii”). Może nawet trzy razy, jeśli ktoś zwróci uwagę na to, że tytuł rozdziału 33 opiera się na tym z rozdziału 34. W dodatku jeden z nich jest kompletnie z czapy, podczas gdy drugi trzyma się oryginalnego zarysu. Przysięgam, aż do teraz nie zwróciłam na to uwagi. WTF, mózgu.

– Więcej odniesień do poezji! Tytuł z rozdziału 27, „Chmury w okowach z bransolet”, pochodzi z „Przedednia rewolucji” Swinburne’a: „Światło, światło i światło! co zniszczy samym swym istnieniem // Wszystkie chmury, co więżą się okowami bransolet. // Oczy, ręce i dusze wykute strachem i pragnieniem // I gładkie oszustwo, co za plecami trzyma sztylet...” Z kolei tytuł rozdziału 30, „Sztaba krat żelazna”, pochodzi z wiersza Richarda Lovelace’a, „Do Altei, z więzienia”: „Bezsilne są kamienne ściany // I sztaba krat żelazna: // Umysł niewinny, niezachwiany // Wytchnienia w lochu zazna” (Przekład Stanisława Barańczaka)

– Wątek, który miał mieć miejsce w czasie równonocy wiosennej w zeszłym roku, ale został wycięty ze scenariusza, niespodziewanie powrócił i wcisnął się na równonoc wiosenną w tym roku. WTF nieśmiertelny jakiś.

– Przynajmniej zakończenie pozostało takie samo. Najmroczniejsze z nich wszystkich, nie licząc siódmego tomu.

– Siąpię nosem, ilekroć piszę o postaciach, które wiem, że zginą. A jest ich tak strasznie wiele. Z drugiej jednak strony, jakaś sadystyczna część mojej duszy zaciera radośnie łapki.

– Widzę nadchodzące zakończenie serii. Lśni na horyzoncie.

– ALEŻ TO SIĘ BĘDZIE ZABAWNIE PISAŁO.

Chapter Text

– I jak ci to smakuje?

Harry wbijał wzrok w gruszkę, starając powstrzymać się przed zarumienieniem się. Ilekroć nie myślał o tym, jak jedzenie miało mu smakować, to miał wrażenie, że cieszenie się nim przychodziło mu jakoś bardziej naturalnie. Był w stanie doceniać jego słodycz czy gorycz bez namysłu. Ale teraz Vera aktywnie zachęcała go do przezwyciężania treningu, który otrzymał od matki w kwestii opierania się wszystkiemu, co przyjemne, no i, cóż, składało się to również z takich elementów.

Harry wgryzł się w gruszkę i kiwnął głową. Owoc był niezwykle zimny i słodki, jak zresztą większość owoców w Sanktuarium.

– Dobrze – powiedział.

– Jak dobrze?

– Nie wiem – wypalił Harry, zanim zdążył się powstrzymać. – Nie mam w tym zbyt wiele doświadczenia, wiesz?

Spróbował momentalnie ją za to przeprosić, ale Vera pomachała dłonią, odpędzając od siebie jego słowa i odchyliła się w foteli, wyglądając na zadowoloną. Była niską, krągłą kobietą o cichych, brązowych oczach, które widziały zdecydowanie za dużo. Harry czuł się coraz bardziej komfortowo w jej towarzystwie. Jeszcze nigdy nie widział, żeby Vera straciła panowanie nad sobą, choćby nie wiem co przy niej zrobił, czy powiedział.

Siedzieli w swoim zwykłym pokoju, do którego zawsze przychodził, żeby porozmawiać z Verą, wysoko położonym pomieszczeniu z ogromnymi, otwartymi na oścież oknami, przez które światło i wiatr mogły swobodnie przepływać. Vera siedziała tyłem do słońca, dzięki czemu otaczała ją olśniewająca, złoto–biała poświata. Harry mrużył oczy za każdym razem, kiedy podnosił na nią wzrok.

– Dobrze, że zaczynasz popuszczać sobie wodze i nie kontrolujesz tak bardzo wszystkiego, co mówisz – powiedziała mu. – Powoli stajesz się mniej świadomy, a bardziej spontaniczny.

– I to coś dobrego? – Harry podniósł brwi. Jego magia wzburzyła się wokół niego na ten gest i brzęczała, póki nie uspokoił jej gestem. Spędzony w Sanktuarium czas dotyczył opuszczania barier, a Harry nawet nie zdawał sobie z niektórych sprawy. Wyglądało na to, że część z tych podświadomych otaczała właśnie jego magię. Harry wciąż nie był pewien, jak się czuje pod tym względem. – Przecież powinienem uważać na to, jak używam mojej mocy, czy szanuję wolną wolę moich sojuszników, albo jak zachowuję się przy Draco...

Vera zachichotała, przerywając mu.

– Całe życie spędzasz w wyjątkowo sztywnym tańcu – powiedziała. – Przez co prędzej czy później się w nim zatracisz. Zdrowiej jest podchodzić do życia w wielu różnych tempach, zmieniać walca na pawana i na odwrót.

Harry kiwnął głową, po czym ponownie wbił wzrok w gruszkę, którą trzymał w dłoni. Większość z tego, co mówiła Vera, było oczywiste. Ba, większość z tego, co zwykle słyszał od Dracona czy Snape'a, było oczywiste. Ale póki tego nie powiedzieli, póki te słowa nie przebrzmiały w powietrzu wokół niego, to sam zdawał się być niezdolny do uformowania ich.

Przez krótką chwilę żałował intensywnie, że nie jest normalny, po czym podniósł wzrok i zobaczył, że Vera przygląda mu się.

– Czy chcesz, żebyśmy skończyli na dzisiaj, Harry? – Głos Very był idealnie wyrozumiały, idealnie łagodny – dokładnie tego rodzaju, którego Harry naprawdę nie chciał rozczarować, więc tym bardziej się do wszystkiego przykładał. – Rozumiem, że wciąż uważasz smak jedzenia za coś naprawdę nieistotnego i faktycznie, widziałam, jak cieszysz się nim sam. Istnieją jeszcze inne sprawy, o których moglibyśmy porozmawiać, dotyczące twojego treningu.

Od wszystkich innych się zarumienię, pomyślał Harry, i o żadnej z nich nie chcę rozmawiać właśnie z tobą. Pokręcił głową i odłożył gruszkę na stół.

– A czy moglibyśmy porozmawiać o czymś zupełnie innym? – zapytał.

– Oczywiście – powiedziała Vera. Zawahała się, co było wyjątkowo rzadkie z jej strony. Harry spiął się przez to jeszcze zanim się odezwała. – Najgłębsza obecnie rana w twojej duszy dotyczy piętnastki dzieci, które zabiłeś z litości. Byłeś tu już od tygodnia i ani razu o tym nie wspomniałeś. Czy możesz o tym ze mną porozmawiać?

Harry wziął się w garść.

– Tak – powiedział. Czemu każda ścieżka wydaje się być pod górkę? Miał już jednak dość przykrywania ran i życia z nadzieją, że nic ich nie rozszarpie, póki nie znajdzie jakiegoś wspomnienia, które jakoś załagodzi sytuację, w której je otrzymał. Był częścią wojny, przepowiedni i politycznego sojuszu, a to oznaczało, że zawsze znajdzie się coś, co otworzy te rany na oścież zanim zdążą się same zaleczyć. Przybył tu z własnej woli, co musiał powtarzać sobie bodaj tysiąc razy dziennie, dlatego miał zamiar się wyleczyć i walić wszystko, co wejdzie mu w drogę.

Włącznie z samym sobą.

Vera zamrugała, słysząc jego zgodę, ale oparła się w fotelu, pozwalając żeby poświata po raz kolejny przesłoniła jej rysy.

– To dobrze – powiedziała. – Rozumiem, że wciąż masz wrażenie, że powinieneś był zrobić wtedy coś innego. Co innego mógłbyś zrobić?

Harry zamknął oczy.

– Nie wiem.

To naprawdę go martwiło, znacznie bardziej od ciągłych próśb Very, żeby próbował skupić się na smaku jedzenia, czy siedzieć w ciepłej kąpieli, przyzwyczajając się tym samym do przyjemnych doznań bez odczuwania się przy tym niekomfortowo. Wracał do tego wspomnienia w swoich snach, jak i podczas spacerowania po Sanktuarium. Harry odnosił wrażenie, że głównym problemem w sytuacji, w której Voldemort w ogóle zdołał dorwać kilkanaście dzieci i nałożyć na nie sieć życia, przez co mógł je torturować i pozabijać, ale zaoferował Harry'emu, że będzie w stanie je uratować, jeśli przyjdzie do niego i mu się podda, był czas. Wiedział, że uczniowie przed nim cierpią, ale uczniowie za nim też cierpieli. Gdyby tylko miał więcej czasu, to może by coś wymyślił, znalazłby inne rozwiązanie, które nie wymagałoby zatrzymania akcji serca u każdego z tych dzieci.

Ale żadne inne rozwiązanie nie przychodziło mu do głowy, poza poddaniem się, a w ten sposób przecież przegraliby wojnę, przynajmniej zgodnie z tym, co Harry usłyszał od ludzi, którym ufa. A Harry dołożył na to cały stos własnych zmartwień. Co, jeśli istniało w tym wszystkim jakieś proste rozwiązanie, które zwyczajnie przeoczył, coś, co zrobiłby w tym momencie każdy normalny człowiek, ale Harry ciągle pomijał tę opcję, ponieważ oznaczałaby, że to wszystko jest jednak z jego winy? Po prostu nie chciał się bez końca o to obwiniać. Musiał uważać na własne myśli, własne czyny, jak sobie wszystko usprawiedliwia. Po części przez wzgląd na ścieżkę vatesa, którą podążał, starając się uszanować wolną wolę wszystkich istot, ale głównie przez strach, że kiedyś może skończyć jak Dumbledore czy Voldemort. Jak zacznie usprawiedliwiać własną winę, to co jeszcze sobie usprawiedliwi, jakie poświęcenia uzna za niezbędne, jakie skażenie dopuści do swojej duszy? Nie mógł sobie zaufać.

– Harry?

Harry zamrugał, otwierając z zaskoczeniem oczy. Vera pochyliła się do niego i położyła dłoń na jego kolanie.

– Twoje myśli wiją się wokół siebie niczym węże – powiedziała – a poczucie winy przeplata tak wiele z nich, że nie jestem w stanie porządnie jej zobaczyć. Czy mógłbyś wyjaśnić mi ją słowami?

Harry polizał w popłochu usta, starając odsunąć od siebie myśli, że to będzie brzmiało głupio, jakby za bardzo był skupiony na sobie, albo na siłę starał się obwiniać.

– Ale... proszę pani, ja...

– Mów mi po imieniu, Harry. – Uśmiechnęła się. Gdyby Harry kiedykolwiek spotkał którąś ze swoich babć, to prawdopodobnie one uśmiechałyby się podobnie. – Uciekasz do formalności, ilekroć robisz się podenerwowany. Wolałabym, żebyś był wobec mnie tak szczery jak to możliwe.

Harry pochylił głowę, po czym zaczął się zastanawiać, czy ten gest nie było zbyt formalny. Chciał tylko przytaknąć. Przełknął ślinę.

– Wydawało mi się, że jak będę miał trochę ciszy i spokoju, to szybko ustalę, co powinienem był wtedy zrobić, zamiast uciekania się do zabijania z litości. – Kiedy się zawahał, Vera kiwnęła zachęcająco głową, dzięki czemu Harry zdołał brnąć w to dalej. – Ale wciąż nie jestem w stanie wymyślić, co innego mi wtedy pozostało. Co mi umyka? Czyżbym tak strasznie bał się tego, co zrobiłem, że podświadomie staram się to sobie usprawiedliwić? A jeśli tak, to co to dla mnie oznacza? Co, jeśli brytyjski magiczny świat będzie musiał przeze mnie znieść kolejnego Mrocznego Pana, ponieważ już zaczynam osuwać się w kierunku ścieżki, na której będę sobie w stanie wszystko usprawiedliwić, a nawet nie zdaję sobie jeszcze z tego sprawy?

Vera przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu. Harry czekał z nerwami napiętymi jak postronki. Jego prawa dłoń pogładziła zabliźniony kikut lewego nadgarstka.

I to też był problem. Postanowił, że, być może, warto byłoby przebadać mroczne klątwy, które Bellatrix zostawiła po sobie na jego nadgarstku, a które nie pozwalały mu na zdobycie nowej dłoni. Być może. Ale nawet ta nieśmiała myśl wywołała u Dracona przesadnie uradowaną reakcję, jak i sprowokowała go do pytań, czemu Harry nie jest jeszcze pewny, na co Harry musiał po prostu pokręcić głową.

Nie znosił niepewności. Właśnie za tym najbardziej tęsknił z czasów, kiedy po prostu istniał w obrębach swojego treningu i uważał Connora za centrum wszechświata. Wszystko było takie proste. Harry wiedział, jak zająć się większością spraw, które dotyczyłyby jego obowiązków, a ilekroć spadało na niego coś niespodziewanego, jak przydział do Slytherinu, to zawsze istniały inne przysięgi, o które mógłby się oprzeć.

Teraz zwykle wyglądało to, jakby stał na samym skraju klifu, a pod nim rozciągała się otchłań. Za każdym razem, kiedy w nią patrzył, za każdym razem, kiedy podejmował jakieś decyzje, które mogły mieć dewastujące efekty dla innych ludzi, nie był pewien, co byłoby lepsze, pozostanie na klifie, czy skok.

– Nie obwiniłeś o to wojny – powiedziała Vera.

Harry zamrugał. Zwykle znacznie lepiej radził sobie ze śledzeniem toru myśli wieszczki, ale tym razem jakoś umknęło mu to powiązanie.

– Co proszę?

– Nie powiedziałeś, że nie miałeś innego wyboru, bo to w końcu wojna. – Vera usiadła po turecku na swoim rozłożystym fotelu, a jej głowa pochylała się co jakiś czas, jakby była ptakiem, który skubie ziarno. Nawet przez chwilę nie oderwała wzroku od twarzy Harry'ego.

Harry ponownie zamrugał.

– Oczywiście że nie. Czemu niby bym miał? Innym ludziom jakoś udaje się przeżyć wojnę bez zabijania z litości kilkunastu dzieci. – Przeszedł go mocny dreszcz, wywołany przez jego własną gorycz, jak i żal biegnący pod nią, niczym czarna woda pod lodem. Teraz, kiedy jednak już poruszył ten temat, nie wydawało mu się, żeby był w stanie przestać. – Nawet Dumbledore nie musiał tego robić. Najgorsze, co zrobił, to wyzwolił dzieci, które od wielu dni cierpiały, przybite do krzyży. A i do tego go zmuszono. To była wina Voldemorta.

– A to nie jest? – Vera przechyliła głowę i wbiła w niego swoje ogromne, ptakopodobne oko.

Harry syknął pod nosem i poszurał nogą o podłogę.

– Znaczy... no, oczywiście, że to Voldemort w ogóle narzucił na nie sieć życia.

– I? – zachęciła go Vera niskim głosem.

– Ale to ja podjąłem tę decyzję – powiedział Harry. – To nie tak, że Voldemort powiedział mi, że mam je zabić, inaczej będzie je torturował. Obiecał, że jeśli tylko się mu poddam, to przeżyją.

– Ufasz mu?

– Oczywiście że nie – powiedział Harry, którego umysł podsunął mu przelotnie obrazy Snape'a, leżącego w Komnacie Tajemnic z kompletnie rozłożoną na części prawą nogą, albo bezsilnych mugoli, wciągniętych do wody przez syreny, czy też wreszcie samego Voldemorta, wciąż wyglądającego jak zdeformowane dziecko, kiedy odgryzł Harry'emu kawałek mięsa z barku, żeby użyć go we własnym rytuale wskrzeszenia. – Ale to przecież nie ma znaczenia, prawda? Nie zagonił mnie w kozi róg. Nie podjąłem decyzji, jaką mi zaoferował.

Zawahał się, kiedy te słowa przebrzmiały mu w uszach, i zamrugał.

– Właśnie – powiedziała miękko Vera. – I wierzę, że to właśnie jest główna różnica między tobą, a Dumbledore'em, Harry, a już z całą pewnością między tobą a Sam–Wiesz–Kim. Bardziej bym się martwiła, gdybyś już szukał jakiegoś sposobu na uwolnienie się od żalu po tym, co zrobiłeś, gdybyś już zaczął się bronić, że tak już bywa w czasie wojny, że ludzie czasem muszą podejmować koszmarne decyzje, albo gdybyś zaczął twierdzić, że to Voldemort zmusił cię do tej konkretnej decyzji. Ale przyjąłeś do wiadomości, że sam odegrałeś w tym wszystkim jakąś rolę. Przyjąłeś do wiadomości, że nie wierzysz, jakoby Voldemort naprawdę wypuścił te dzieci jak tylko poddałbyś przed nim własne życie. Wybrałeś własną drogę, nie tą, którą on próbował dla ciebie wybrać. I zdajesz sobie z tego sprawę. To jest siła, Harry, nie słabość.

Harry mrugał przez chwilę. Czuł, jak jakiś ciężar powoli zsuwa mu się z serca i ramion. Nie był pewien, czy tak do końca sam w to wierzy.

– Och – powiedział cicho.

– Być może – powiedziała Vera – pewnego dnia odkryjesz, co innego mogłeś zrobić tamtego dnia. Tak długo, jak zachowasz to odkrycie w pamięci, to jeśli znowu znajdziesz się w takiej sytuacji...

– Do czego pewnie dojdzie, znając Voldemorta – mruknął Harry. Wyciął dziurę w magicznym rdzeniu Mrocznego Pana, dzięki czemu będzie stale tracił moc, ilekroć spróbuje jej użyć, ale Harry nie miał żadnych wątpliwości, że Voldemort prędzej czy później odkryje jakiś sposób na obejście tego. Ale przynajmniej udało mu się zdobyć wolne od trosk wakacje.

Vera ciągnęła, jakby w ogóle jej nie przerwał.

– To będziesz wiedział, co zrobić. – Złożyła ręce przed sobą i uśmiechnęła się szeroko do Harry'ego. – I wydaje mi się, że wystarczy ci na dzisiaj. Wyglądasz, jakby ktoś przywalił ci kamieniem w skroń. – Zachichotała. – Idź do swojego Malfoya. Wydaje mi się, że Nina też powinna już kończyć z nim na dzisiaj.

Harry kiwnął głową, wymamrotał podziękowania i wyszedł z pokoju. Zaraz za drzwiami znajdował się szeroki, płytki kamień, często zalany słońcem. Argutus się tam teraz wygrzewał, całe sześć stóp lśniącego węża o kolorze lustra. Harry osłonił oczy przed poświatą słoneczną, która odbijała się od jego łusek i pokręcił głową.

– Wyczuwam w powietrzu twoje niedowierzanie. – Głos Argutusa był radosny, a jego język przeszył powietrze, kiedy podniósł łeb, żeby spojrzeć na Harry'ego. – O co chodzi tym razem? Czyżbyś nie był w stanie uwierzyć w to, jaki jestem piękny, czy też w to, jakie masz szczęście, że to właśnie ciebie wybrałem sobie na przyjaciela, zamiast kogoś innego?

– Żadne z nich – powiedział Harry w wężomowie, przyklękując i oferując Argutusowi swoje lewe ramię. Wąż omenu owinął się wokół jego ręki, a potem wokół ramion, karku i pasa. Przestał się wiercić dopiero, kiedy był w stanie położył łeb na ramieniu Harry'ego. Harry pogłaskał go po łuskach, zmierzając do niewielkiego domku, w którym Draco zwykle przebywał. – Czasami nie jestem w stanie uwierzyć, że w ogóle tu ze mną jesteś, albo że w ogóle ja tu jestem. Ciągle spodziewam się obudzić z powrotem w Hogwarcie, czy w lochach, w których Voldemort trzyma swoich więźniów. Ciągle mi się wydaje, że Sanktuarium to tylko sen.

– Gdybyśmy byli w lochach – nie zgodził się z nim Argutus – to już znalazłbym drogę ucieczki, odbijając jakieś tajne przejście na moich łuskach. – Znowu zaczął się wiercić, owijając wokół głowy Harry'ego, na chwilę go przez to oślepiając. Harry minął schodek i wylądował ciężko na kolejnym, po czym spędził chwilę na orientowaniu się, czy wszystko jest w porządku i czy wciąż wie, gdzie znajduje się niebo, a gdzie przemieszane ze sobą przeróżne dachy, stworzone z każdego możliwego materiału i o każdym możliwym wzorze.

– Jestem pewien, że by tak było – powiedział. – Tylko nie próbuj mi tego pokazywać, jak gdzieś idziemy.

– Po co ludzie chodzą? – zapytał nagle Argutus z oburzeniem. – Po co wyhodowaliście sobie nogi?

– Wcale ich sobie nie wyhodowaliśmy – powiedział cierpliwie Harry, skręcając za róg i wchodząc do chłodnego, ciemnego przedsionka, który prowadził do pokoju Dracona. – To wy je straciliście.

Nastąpiła zaskoczona przerwa w rozmowie.

– Pokój powiedział mi coś innego – powiedział wreszcie Argutus.

– Jaki pokój? – Harry zapukał do pokoju Dracona, a Nina, wieszczka Dracona, otworzyła drzwi, po czym uśmiechnęła się radośnie na jego widok.

– Draco właśnie miał mnie po ciebie posłać, Harry – powiedziała. – Wejdź, proszę.

Harry kiwnął głową i mijając w drzwiach szczupłą kobietę, słuchał odpowiedzi Argutusa.

– Jest taki pokój, który mówi o magii węży, która wciąż musi gdzieś istnieć na świecie, inaczej nie byłoby pokoju, który by o niej rozmawiał. I powiedział mi, że węże były pierwszymi stworzeniami na tym świecie. Wszyscy inni pochodzą od nas. Wyrosły wam nogi i skóra, której nie trzeba zrzucać. Czemu?

– Zapytaj swojego pokoju, bo ja na pewno nie wiem – mruknął Harry, po czym podniósł wzrok i spojrzał na Dracona. Z zaskoczeniem, bo po raz pierwszy od bitwy, w czasie której Draco musiał opętać Voldemorta, zobaczył go poza łóżkiem, ubranego w formalne, czarodziejskie szaty. – Draco? – zapytał niepewnie.


Draco nie spodziewał się usłyszeć w głosie Harry'ego tak wiele troski, przez co część jego dumy rozmyła się w irytacji.

– Harry? – zapytał tym samym tonem, patrząc na niego wielkimi oczami i układając usteczka w wydęte "o". Zauważył, że Nina uśmiecha się do niego ponad ramieniem Harry'ego tuż przed zamknięciem za sobą drzwi. Draco powstrzymał się przed zareagowaniem tym samym, bo Harry uznałby, że uśmiech był skierowany do niego. Nina całkiem nieźle nauczyła się go odczytywać w przeciągu kilku ostatnich dni, zwłaszcza że Draco mógł rozmawiać z nią o Harrym jak z nikim innym, stąd wiedziała, że Draco chciałby spędzić trochę czasu ze swoim chłopakiem sam na sam.

Harry zmarszczył brwi.

– Żeby nie było, byłeś naprawdę ciężko ranny po bitwie – powiedział, przeczesując dłonią włosy. – I nie wiem, jak wiele postępów udało wam się dokonać w usuwaniu skażenia. – Poprzedniego dnia w ogóle nie byli w stanie się zobaczyć; Draco spał po wyjątkowo wyczerpującej sesji z Niną, która odbyła się dzień wcześniej, a Harry najwyraźniej spędził większość czasu na spacerach z Verą po ogrodach i siedzeniu w ciepłych kąpielach, żeby mógł przyzwyczaić się do tego wrażenia.

– Już nie muszę ciągle leżeć w łóżku – powiedział Draco. – I musimy o czymś porozmawiać, Harry.

Harry przechylił głowę na bok.

– Doprawdy.

To słowo nie było najcieplejszą zachętą do rozwinięcia myśli, ale Draco i tak brnął z uporem. Powietrze w Sanktuarium miało tendencję do topienia barier emocjonalnych. Właśnie dlatego irytacja i niepokój Harry'ego zdawały się trzaskać zaraz pod powierzchnią jego głosu, ale dlatego też Draco był pewien, że jeśli zada teraz swoje pytania, to otrzyma szczerą odpowiedź.

– Tak. Zamarłeś, kiedy Voldemort zagroził mi w bitwie na letnie przesilenie. Nie byłeś w stanie zrobić niczego z syrenami, mimo że byłeś w stanie zabić te dzieci, które trzymał pod siecią życia, podczas gdy jego śmierciożercy zabijali innych uczniów... a nie sądzę, żeby syreny można było uznać za pomniejsze zagrożenie od śmierciożerców. Chcę się dowiedzieć, czemu ta sytuacja była dla ciebie tak bardzo inna.

– Chcesz po prostu, żebym zaspokoił twoją próżność – odparł Harry, odprężając się. – To nie takie trudne. Kocham cię, Draco. Jesteś dla mnie ważniejszy od innych ludzi. Nawet, jeśli tych ludzi jest naprawdę wielu. – Wywrócił oczami. – Zadowolony?

– Niespecjalnie – powiedział Draco. Tak myślał, że tak to się skończy. Harry kompletnie źle zrozumiał cel jego pytania.

– Co się stanie, jak ktoś znowu mi tak zagrozi w czasie bitwy?

A–ha. Załapał. Harry spiął się cały. Odwrócił się gwałtownie od Dracona i podszedł, żeby wyjrzeć przez okno jego sypialni. Draco zastanawiał się, czy zauważył już, że każdy zawieszony na ścianie arras przedstawiał czarodzieja z platynowo–blond włosami, który dokonywał czegoś niezwykłego, albo przyjmował za to odznaczenia. Wieszcze wiedzieli, co robili, przydzielając mu ten pokój. Harry, oczywiście, zwykle nie doceniał sztuki, póki ktoś nie polecił mu docenienia jej.

Draco nie sądził, żeby sam też zdawał sobie sprawę z tego, jak pięknie wyglądał, kiedy tak wbijał wzrok w wodospad, który opadał obok domu Dracona, z przymrużonymi przez słońce oczami, z ramionami założonymi na piersi i plecami tak spiętymi, że można by nimi kruszyć mury.

– No to pewnie znowu znieruchomieję.

Draco pokręcił głową i podszedł bliżej do pleców Harry'ego.

– To już nie wystarczy, Harry. Przez większość czasu będziesz przywódcą, choćby z racji bycia najpotężniejszym czarodziejem w dowolnej bitwie. Nie możemy przecież pozwolić sobie na to, żeby najpotężniejszy czarodziej zamierał w miejscu tylko dlatego, że Karkarow mnie złapie...

– Karkarow nie żyje.

Draco wywrócił oczami.

– No to Walden Macnair...

– On też nie żyje. – Harry obejrzał się na niego, zerkając ponad ramieniem. – Sam mi powiedziałeś, że opętałeś go i zmusiłeś do poprowadzenia jakichś śmierciożerców prosto w pułapkę.

Draco warknął.

– No to Voldemort, Harry. Jeśli mnie złapie, to nie możesz tak zamierać. I nie, nie zostanę w bezpiecznym miejscu, podczas gdy sam będziesz wyruszał na pole bitwy – dodał, widząc że Harry otwiera usta, żeby coś zasugerować.

Harry zamrugał.

– Nigdy nie poprosiłbym cię o coś takiego, Draco.

– Och. – Draco musiał przyznać, że w tym momencie jego własne, wyzwolone emocje, trochę przejęły kontrolę nad językiem. – Wybacz.

Harry kiwnął głową i obrócił się, przykładając plecy do okna i garbiąc się, tak że jego ramię musnęło kamienną futrynę. Draco ukrył się ze swoją radością. Istniał taki czas w życiu Harry'ego, kiedy nigdy nie okazałby takiego stopnia odprężenia. Głaskał swojego węża po łbie, przyglądając się Draconowi posępnie.

– Nie szkodzi. Może i lepiej bym się czuł, gdybyś był bezpieczny, ale wówczas sam byłbyś nieszczęśliwy. No i to przecież walczysz z własnej woli. Do tego muszę przyznać – ciągnął dalej Harry, któremu po raz pierwszy od początku tej rozmowy zaigrał niewielki uśmiech na ustach – że podoba mi się idea nas walczących ramię w ramię, niczym towarzysze broni, a nie jak żołnierz dający z siebie wszystko i medyk czekający w okopach. Wciąż utrzymuję to, co powiedziałem ci po tym, jak opętałeś Voldemorta. Wspaniale sobie wtedy poradziłeś, Draco.

Jego spojrzenie było tak głębokie i ciepłe, że Draco żałował, że nie może się po prostu w nim pławić. Ale niestety, musiał się odezwać, nawet jeśli wiedział, że to zniszczy nastrój.

– Dziękuję – wymamrotał. – Ale co, jeśli ktoś mi znowu zagrozi, Harry? Czy będziesz w stanie z tym żyć, czy będziesz w stanie zrobić cokolwiek poza znieruchomieniem?

Cisza, aż wreszcie Harry zdjął dłoń z Argutusa i zacisnął ją w pięść. Następnie westchnął.

– Jestem przywódcą – powiedział – i to się nie zmieni. A ty będziesz walczył u mojego boku i to też się nie zmieni. Wygląda na to, że będę musiał nauczyć się jakoś z tym żyć, co nie?

Draco poczuł, jak wiele emocji wybucha w nim na raz – z pewnością była tam czułość i duma, ale innych nie był w stanie w tej chwili zidentyfikować, po prostu wiedział, że tam były. Wyciągnął do niego rękę, a Harry podszedł, żeby ją uścisnąć.

– W takim razie razem – powiedział.

– Pod każdym względem – powiedział Harry, utrzymując wzrokiem jego spojrzenie i nawet, jeśli wciąż wzdragał się, ilekroć sytuacja zaczynała się stawać zbyt przyjemna, to przynajmniej teraz na jego twarzy widniała wyłącznie szczerość.

Draco uśmiechnął się do niego szeroko.

– A tak właściwie, to jak Nina pomaga ci w usuwaniu skażenia Voldemorta? – zapytał Harry, dzięki czemu minęli pierwszą przeszkodę, która według Dracona leżała im na drodze.

Ale było ich więcej, oczywiście. Nawet kiedy wyjaśniał, jak Nina wymienia mu impulsy, które postrzega w Draconie, a które zdecydowanie nie mogą do niego należeć, oraz inne, które mogą, acz nie muszą być jego, Draco zastanawiał się, czy Harry śledzi upływ czasu. Znajdowali się w Sanktuarium już od tygodnia, lipiec już się rozpoczął. Urodziny Harry'ego nadciągały wraz z końcem tego miesiąca, tak samo jak ich drugi rytuał z trzynastu, które miały się odbyć w czasie ich trzyletniego, zaręczynowego tańca.

Draco w pełni miał zamiar dopilnować nie tylko tego, żeby Harry znowu myślał wówczas wyłącznie o nim, jak to miało miejsce w czasie Walpurgi, ale też przypilnować, żeby Harry odczuwał więcej przyjemności, niż zdołali to osiągnąć wtedy.


Snape płynnie stworzył drewniane cele i równie płynnie zniszczył je za pomocą swojej bezróżdżkowej magii. Odkąd przyjechali do Sanktuarium, nie miał najmniejszych problemów z używaniem jej. Tutejsze powietrze, atmosfera, nawet samo światło po prostu pożerały jego obrony, przez co wszystkie jego emocje wrzały na wierzchu.

Pojawiły się dwie, drewniane, ludzkie postacie. Chwilę później obie eksplodowały, zmieniając się w stosy drzazg, a jego magia wróciła do krążenia po pokoju, niczym potężna bestia o ogromnych kłach i pazurach, wciąż trzymana na smyczy.

Śniło mu się coś ostatniej nocy. Wieszcze zostawili go w spokoju, jak tego od nich zażądał, ale, jak też mu obiecali, w ich miejsce zaczęły pojawiać się sny. Snape ponownie przeżył ten dzień, kiedy skończył warzenie eliksiru, który pozwolił mu na zobaczenie własnej duszy.

Trzask, trzask, dwa kolejne cele rozpadły się w nicość. Snape przeszedł na drugą stronę pokoju i stworzył kamienną miednicę. Rozpadła się na kawałki, jak tylko na nią spojrzał. Snape poczuł, jak jeden z jej odłamków rozcina mu lekko policzek, a z ranki zaczyna ciec krew. Jego magia zlizała ją w chwilę potem, po czym zamknęła ranę.

Widział, czym był. Widział wszystkie węzły, rozgoryczenie, niekończące się, absolutne supły rozżalenia, nienawiści i zazdrości. Głównie ta wizja właśnie sprawiła, że przyłączył się do śmierciożerców. Gdzie indziej miałby wylądować ktoś z taką duszą? Wiedział, że w Świetle nigdy nie zaznałby spokoju, nie z jego złotymi Gryfonami, nie kiedy niektórzy z tych, którzy służyli Światłu spróbowali go zabić na szóstym roku w Hogwarcie i uniknęli wydalenia wyłącznie przez niesprawiedliwy osąd dyrektora. Jego późniejsze odkrycie, że Dumbledore czuł się poniekąd winny, ponieważ Syriusz Black przeżył dzieciństwo w domu, w którym się nad nim znęcano, a Dumbledore nie był w stanie mu pomóc, w ogóle nie mieniło poglądu Snape'a na sprawę. Ludziom bez przerwy przytrafiają się koszmarne sytuacje. I zawsze ktoś, prędzej czy później, zwraca na nich uwagę i jakoś zaczyna im pomagać. Wszyscy zignorowali jego problemy. Taki już był świat. Był szkaradny, z zewnątrz i wewnątrz, a brzydkich ludzi zaniedbywano na rzecz pięknych i czarujących. Snape zastanawiał się czasami, jak wiele zwycięstw Lucjusza Malfoya opierało się na jego talencie, a jak wiele było po prostu mieszanką jego nazwiska i platynowych włosów.

Kolejna para celów zaczynała się formować, ale zaledwie zaczęły tworzyć sobie kończyny, a jego magia przeżuła ich serca. Snape nie był w stanie rzucać mrocznych zaklęć na terenie Sanktuarium – po prostu nie działały, to spokojne powietrze koiło je, nim zdążyły się rozpocząć – ale był w stanie używać swojej magii w czystej i bezmyślnej agresji, którą wyżywał na martwych przedmiotach.

Przeszedł przez pokój, po czym zatrzymał się, oparł czoło o ścianę i zamknął oczy.

Znał przyczynę swojego obecnego wybuchu. Jak do tej pory jego sny pojawiały się w chronologicznym porządku. Starały się pokazać mu jego wspomnienia z innej perspektywy. Snape nie wiedział, jak inaczej można zinterpretować wizję własnej duszy, którą otrzymał, kiedy miał siedemnaście lat. Ale wiedział jedno. Wiedział, co nadciąga.

Trzy dni, które spędził przy łóżku swojej matki, kiedy Eileen Prince powoli umierała i powiedziała mu prawdy, które na zawsze zabliźniły mu duszę, które zabiły wszelkie pragnienia zwracania się do siebie po imieniu. Te trzy dni zniszczyły w nim ostatnie sanktuarium, jakie kiedykolwiek miał. Kiedy zakopał swoją matkę, poszedł, z kompletnie suchymi oczami i uporem od którego wrzała mu krew w żyłach, do Lucjusza, który zaprowadził go, bez wahania, do Mrocznego Pana. Tam Snape zaprzedał Voldemortowi swoją duszę i otrzymał piętno na swoim przedramieniu.

Przed tymi trzema dniami żywił w sobie nadzieję, nawet jeśli była ona żałosna i beznadziejna, że istnieje w nim cokolwiek, co byłoby czegoś warte. Jego ojciec był mugolem, nieokrzesanym, płytkim i biednym człowiekiem. Ale jego matka była czarownicą czystej krwi, z linii, która niegdyś była potężna i bogata. Snape myślał o sobie jak o pół–czystokrwistym – wychowanym poza ich społeczeństwem, nie znającym praktycznie żadnych rytuałów czy tańców, praktycznie obcy dla nich pod każdym względem poza krwią. Prince półkrwi, skoro nie było mu dane być kimkolwiek innym.

A potem matka powiedziała mu, kim tak naprawdę jest.

A Snape poszedł, żeby podzielić się tym bólem z innymi. I czemu miałby tego nie robić? Przecież ból jest naturalną koleją rzeczy na tym świecie.

Nie chciał ponownie stawiać czoła tym wspomnieniom. Wolał nienawidzić, zamiast się bać. Wolał z namysłem podchodzić do tego, kim się stał, zamiast wspominać, jak strasznie musiał się najpierw zmienić.

Nie chciał pamiętać – i zwykle nie wracał w ogóle do tego pamięcią – innego powodu, przez wzgląd na który był podobny do Harry'ego. Tobiasz Snape pozostawił na duszy Snape'a własne blizny, zupełnie jak James Potter pozostawił swoje na Harrym. Ale blizny od ich matek biegły znacznie, znacznie głębiej.

Zarówno Lily Potter, jak i Eileen Prince wierzyły, że robią dla swoich synów to, co było dla nich najlepsze.

Snape tym razem stworzył kamienny filar. Rozciął go w połowie i obie części poleciały w kąty pokoju, wirując wokół własnej osi, obijając się o ściany i malejąc z każdym obrotem. Snape wyobrażał sobie, że każdy z nich był czaszką Syriusza Blacka.


Harry powoli otworzył oczy. Zwykle nie miał problemów ze snem w Sanktuarium, więc zaczął się zastanawiać, czy nie rozbudził go dziwny sen – coś o książce, która zalśniła, jak tylko ją otworzył, o tytule, w którym było słowo "Medicamenta".

Ktoś się roześmiał.

Harry usiadł gwałtownie na łóżku, bo znał ten śmiech, ale było już za późno. Siedzący na wezgłowiu jego łóżka ptak o jaszczurzym ogonie, skrzydłach zwieńczonych pazurami, czerwonych oczach, z kłami w dziobie i piórach, które lśniły, jakby były umaczane w oleju, już skoczył na niego i przeorał jednym z pazurów jego lewą rękę, od barku po kikut. Harry syknął z bólu i patrzył, jak rana zamarza zanim jakakolwiek krew w ogóle zdążyła opaść, zupełnie jak każda do tej pory otrzymana od ptaka rana.

Podniósł głowę, żeby spojrzeć ze złością na ptaka, który tańczył wesoło w nogach jego łózka.

– Czego ty chcesz? – syknął.

Nie dowiesz się, póki nie będzie za późno. Słowa zdawały się pojawiać w jego głowie, jakby od dawna znał tę odpowiedź. Przygotowuję cię. Naznaczam cię. Ostrzegam cię. Przywiązuję cię. Ptak zaskrzeczał, co było znacznie bardziej paskudnym dźwiękiem od śmiechu. Wszyscy jesteśmy związani, ty, on i ja, i żaden z nas nie może od tego uciec. Ale przynajmniej mogę zrobić z tą więzią co mi się podoba.

– Gdybyś tylko powiedział mi, o czym ty właściwie mówisz...

To i tak niczego byś nie zrobił. To nie jest więź, na którą można cokolwiek poradzić. Ptak skoczył i nadleciał na niego, a Harry, jak zwykle, uskoczył mu z drogi. Po raz kolejny w powietrzu rozległ się śmiech, a ptak rozwiał się tuż nad nim.

Harry został sam, roztrzęsiony, póki stateczne ćmienie w jego ręce nie przypomniało mu, że powinien ją jakoś wyleczyć. Przyłożył dłoń do zadrapań i zamknął oczy, koncentrując się. Nic się nie stało, więc Harry zaklął głośno. Głos wciąż mu się trząsł.

Z tego, co był w stanie określić, ptak był zrobiony z czystej magii, a jego złośliwy temperament przypominał Harry'emu jego własną magię, jak tylko udało się jej uciec spod sieci feniksa, w której okowach rozwinęła własną osobowość. Jego magii nie interesowało nic, poza ukaraniem jego rodziców za to, że w ogóle ośmielili się ją tak stłamsić, mimo że sam Harry wtedy tego nie chciał. Skoro to stworzenie chce skrzywdzić Harry'ego...

Może w jakiś sposób skrzywdziłem czarodzieja, do którego należy? Co, jeśli jest gdzieś uwięziony i tylko w ten sposób jest w stanie mnie dosięgnąć? Ale przecież ten ptak pojawia się już od miesięcy. Nie wiem, kto by to mógł być.

Harry wziął głęboki oddech, po czym westchnął. Będzie to oznaczało wyjaśnienia, których naprawdę nie chciało mu się teraz oferować, ale wygląda na to, że będzie musiał udać się do Very i pokazać jej te rany, skoro jego własna magia nie była w stanie ich uleczyć. Piekły jak jasna cholera, kiedy wstał z łóżka, więc starał się nie ruszać jakoś szczególnie ręką.

Zamarł jednak z dłonią na klamce. Wydawało mu się, że usłyszał odległy krzyk, jakby ktoś cierpiał. Nie rozległ się jednak ponownie, więc Harry wyszedł z pokoju i zaczął powoli schodzić po schodach, krzywiąc się za każdym razem, kiedy lekkie szarpnięcia przechodziły mu przez rękę.

Zmarszczył brwi, kiedy śmiech ptaszyska rozległ się gdzieś w oddali.

Chapter Text

Świat wokół niego był mroczny, ciasny i gorący. Świat na zewnątrz przyprószała lekka mżawka, schładzając wczesne lato w tej części Yorkshire. Wewnątrz jednakże okna były zamknięte, w kominku płonął ogień, a w powietrzu unosił się słodki swąd choroby. Niemalże jak środek lata w dżungli.

Lata spędzonego w gorączce.

Severus machnął różdżką i płomienie zapłonęły jaśniej. Poczuł, jak żółć podnosi mu się do samego gardła. Z łóżka dobiegł rzężący kaszel. Severus obrócił się i spojrzał w jego kierunku. Jego matka prawdopodobnie zaraz zaśnie z powrotem.

Poczuł jak dreszcz przeszywa mu lewe przedramię. Potarł je. Pojawił się nad nim czarny symbol, jakby zrobiony z dymu i płomieni, ale szybko się rozproszył. Wąż i czaszka? Severus miał takie wrażenie.

I czemu by nie? Pomyślał, podchodząc, żeby usiąść na niewielkim zbiorze poduszek, które leżały obok łóżka jego matki. Ostatnio i tak często o tym myślałem, a ta atmosfera tutaj i tak dobrze na mnie nie wpływa. Ale… może, mimo wszystko, nie będzie takiej potrzeby.

Lucjusz obiecał mu, że Severus mógłby stać się częścią wewnętrznego kręgu Mrocznego Pana, gdyby tylko tego chciał. Ale Lucjusz obiecywał mu wiele spraw, a jeśli Severus nauczył się czegoś w Hogwarcie, to obawy przed obietnicami, wymówionymi przez kogoś z rozgorączkowanym spojrzeniem albo lekkim tonem – albo wręcz na odwrót, powiedziane z przymrużonymi lekko oczami, za którymi przebiegłość kryła się niczym termity. Obietnice Lucjusza mogły poczekać.

Jego matka umierała. To było ważne, żeby Severus tutaj był, mógł być świadkiem, kiedy do tego dojdzie. Założył ręce na nogach i oddychał powietrzem przesiąkniętym chorobą i dymem. Głowa mu ciążyła. Jego myśli zaczynały się rozwiewać.

– Severusie.

Severus odwrócił się. Przez chwilę aż nim zatrzęsło na widok kobiety, która z widocznym wysiłkiem – już dawno nauczył się nawet nie próbować jej pomagać – starała się usiąść na łóżku. Ty nie żyjesz, nie żyjesz, chciał powiedzieć, ale wiedział, że to nie była prawda. Ona dopiero umierała. A tak właściwie, to czemu myślenie o sobie po imieniu nagle zaczęło wydawać mu się takie dziwne?

Na wpół–uformowane myśli zakręciły się w jego głowie i rozwiały, kiedy zobaczył, jak jego matka opiera się w pozycji pół siedzącej o poduszki. Eileen Prince nigdy nie była piękna, a wszelkie ożywienie, które mogło kiedyś zdobić jej twarz, zniknęło jak tylko wyszła za Tobiasza Snape’a. Tak się przynajmniej Severusowi wydawało; wszystkie jego informacje dotyczące tego, jak kiedyś wyglądała, pochodziły z trzech starych fotografii, które mu kiedyś pokazała. Odkąd pamiętał, miała na twarzy zgorzkniałą minę.

– Czy pamiętasz, o czym wczoraj rozmawialiśmy? – zapytała go, w czym szybko przerwał jej kolejny atak rzężącego kaszlu. Błękitne iskry przemknęły wokół jej zgrabiałych dłoni i nakrapianego od chorej wątroby gardła. Severus zmusił się do patrzenia jak znikają bez okazywania emocji. Jego matka była chora na pandorę, która otwierała pudełko jej własnej magii i zwracała ją przeciw niej, pozbawiając ją wszelkich zdolności do operowania różdżką i tylko pogarszała się z wiekiem. Słabość jej ciała niewątpliwie wynikała również z dymu i zanieczyszczonego powietrza mugolskiego miasteczka, w którym mieszkała. Ale w sumie nie miało większego znaczenia, na co umierała. Najważniejsze było to, że w ogóle umierała, a Severus nie mógł nawet ubiegać się o pomoc w świętym Mungo, nawet gdyby udało mu się przekonać jego dumną matkę do udania się do szpitala. Nie stać ich było na leczenie.

– O tym, jakiż jest ten świat – powiedział Severus, odpowiadając zarówno własnym myślom, jak i na pytanie swojej matki. Zauważył, że złość zabłysła w oczach jego matki, więc pochylił szybko głowę, dobrze wiedząc, co nadchodzi. Bezgłośnie wypowiadał jej słowa razem z nią.

– Pozbądź się tego akcentu, Severusie. Oducz się go. Rozumiem, że przebywanie pośród reliktów twojego dzieciństwa skłania cię to osunięcia się z powrotem w niego, ale musisz się go oduczyć, inaczej nikt nie będzie cię szanował. – Jego matka mówiła powoli, ostrożnie i z wyraźną dykcją. Mówiła jak czarownica czystej krwi, na którą była wychowywana. Głos Severusa, ilekroć nie zwracał na to uwagi, nabierał akcentu Yorkshire, akcentu jego ojca. Z wielkim wysiłkiem i przy pomocy swojej matki, udało mu się pozbyć tej wady, ale wciąż przytrafiało mu się w niego osuwać, ilekroć był…

Cóż. Tutaj. W domu na Spinner’s End, domu swojego dzieciństwa, małej, zaniedbanej chacie, w której magia zapuściła korzenie, dzięki jego matce i jemu samemu, po czym rozwinęła się dziwnie pokręcona i parszywa, niczym wilcza jagoda, gdyby porównać ją w ogóle do rośliny.

Jego matka starała się mu pomóc. Severus zdawał sobie z tego sprawę. Ale z jego wdzięcznością zmieszane było, przeplatające się przez niego rozżalenie na cały świat, że konieczność brzmienia inaczej w ogóle było niezbędne, jak i rozżalenie na nią, że nigdy nie próbowała go ochronić przed nieprzyjemnymi prawdami tego świata, jak to robiły inne matki. Pozwoliła mu zobaczyć, jak naprawdę wyglądał, jakie miał szanse z jego zmieszaną krwią w szerokim świecie, jak jego rówieśnicy będą go postrzegać. Wyruszył do Hogwartu przygotowany na to, co tam zastanie, choć nic nigdy nie byłoby w stanie przygotować go na czystą złośliwość Syriusza Blacka i Jamesa Pottera. To właśnie swojej matce zawdzięczał, że nie ucierpiałże – nie, ucierpiał – bardziej, ale również dzięki niej nigdy nie zyskał żadnych iluzji bezpiecznego, ciepłego i oswojonego świata, których mógłby się stopniowo pozbywać.

Nauczyła go, jak postrzegać wszystko klarownym spojrzeniem. Nienawiść była bardziej popularna od miłości. Za wszystkimi potężnymi iluzjami kryły się wulgarne, powszednie tajemnice, które ludzie byli gotowi trzymać w ukryciu za wszelką cenę właśnie dlatego, że były wulgarne. Miód i pochlebstwa były najsłodszymi z trucizn i dlatego właśnie nie należało ich połykać.

– Rozumiem – wyszeptał.

– Dobrze. – Eileen zamilkła, zamykając na chwilę oczy. Severus podniósł głowę, żeby się jej przyjrzeć. Oddech świszczał jej w płucach. Na jej ustach zatańczyła biała gwiazda, która wybuchła w feerii iskier, dzięki czemu jej kaszel wreszcie się uspokoił. Już po samym tym wiedział, że to już długo nie potrwa. Pandora, niczym kobieta, po której została nazwana, dopiero pod sam koniec wypuszczała z pudełka nadzieję.

– Chcę, żebyś zrozumiał jeszcze coś – ciągnęła Eileen. – Nie masz żadnego prawa do uważania się za czystokrwistego, Severusie.

Severus nie wiedział, jak długo siedział po tym w milczeniu.

– Co? – wyszeptał wreszcie. Jego serce zdawało się wisieć nieruchomo w jego piersi, niczym ślimak ciśnięty do słoika ze skoncentrowaną solą. Wspomnienia tańczyły mu w głowie – jego matki, mówiącej mu, że ojciec nie rozumie go przez wzgląd na jego magię i dlatego, że pochodzi ze znacznie starszego i szlachetniejszego rodu, czystszej od czegokolwiek, co mugole kiedykolwiek byliby w stanie sobie wyobrazić; uczyła go, żeby zapisywał swoje nazwisko jako Prince, nie Snape; uczyła go legend o mrocznych czystokrwistych, sugerując przy okazji, że może znaleźć sobie miejsce pośród nich. Nauczyła go, żeby uważał się za czystokrwistego duchem. Zawsze będą nim wzgardzali, ale mógł ich uszanować, dzięki czemu nigdy tak naprawdę nie utraci tej więzi z nimi.

– Nie masz żadnego prawa do uważania się za czystokrwistego – powtórzyła powoli i dobitnie Eileen, tonem, który sugerował, że czasami uważała go za naprawdę tępego, ale za każdym razem miała rację. To właśnie dzięki temu głosowi udało mu się w chwilach potrzeby schować pod lodem. – Jesteś półkrwi, w dodatku pół–mugolem. Dla większości czarodziejów, którzy mają jakiekolwiek znaczenie, będziesz wart tyle co szlama. – Wyrzuciła z siebie kolejny, świszczący oddech, po czym opadła na poduszki.

Severus zamrugał w dusznej, gorącej ciemności.

– Ale… powiedziałaś, że mógłbym…

Matka przerwała mu zniecierpliwionym westchnieniem.

– I jak ci się wydawało, co chciałam tym osiągnąć, Severusie? Oczywiście, że to było ostatnie, co matka może zaoferować swojemu dziecku. Gdybym od samego początku powiedziała ci, kim tak naprawdę jesteś, to nigdy nie rozwinąłbyś w sobie kręgosłupa i dumy, a twoja magia nigdy by się w pełni nie rozwinęła. – Na jej twarzy pojawił się jeden z jej starych uśmiechów. – A do twojego ojca nigdy by nie dotarło, jak bezsensowne są jego próby kontrolowania ciebie. – Skupiła się ponownie na nim. – Wydawało mi się, że jak spędzisz trochę czasu w Hogwarcie, zostaniesz przydzielony do Slytherinu i posłuchasz rozmów swoich rówieśników, to sam stracisz tę iluzję. Tak się jednak nie stało. Widziałam, co zapisałeś w mojej starej książce do eliksirów, Severusie.

Severus pochylił głowę. „Książę Półkrwi”. Tak się nazywał. To było nawiązanie do jedynego, z czego mógłby być dumny, poza swoimi zdolnościami do mrocznych sztuk i eliksirów. I wszystko to pochodziło od jego matki, która pochodziła z książęcego rodu.

A teraz…

– Ale ja…

– Czas najwyższy, żebyś stracił ostatnie ze swoich iluzji – przerwała mu bezlitośnie matka. Ale czy wyrywanie chwastów naprawdę jest bezlitosne, skoro pozwala to ziołom na rozkwit? pomyślał Severus, przyglądając się płomieniom szeroko otwartymi oczami. – Już nie jesteś dzieckiem. Już dawno temu powinieneś był skończyć z tym dziecinnym zachowaniem. Nie jesteś czystej krwi, Severusie, nie jesteś Prince’em. Nie jesteś też paskudną szlamą, powalającą się w swoim błocie, nieświadomą wszystkiego, do czego można być zdolnym. Nauczyłam cię patrzenia przed siebie, dzięki Merlinowi. Jesteś brzydkim, zaschniętym, zaciekłym człowiekiem, zdolnym do przetrwania nawet najgorszych przeciwności losu. Nikomu nie będzie zależało na tobie dla samego ciebie. Ilekroć będą tak udawali, to tylko okaże się kolejną iluzją, bo kto może pokochać kogoś, kto posiada wyłącznie użyteczne zdolności, a nie piękno czy odpowiednią krew? Będą jednak udawali, że cię kochają, żeby wciągnąć cię w pułapkę, zwłaszcza z nienawiści. Sam już tego doświadczyłeś. Musisz wywalczyć sobie miejsce w świecie i nigdy nie przestać o nie walczyć. Nigdy się nie poddawaj. Nigdy nie myśl o sobie jak o Prince’ie, ponieważ byłoby to pobłażanie sobie i może doprowadzić do wiary, że jednak zasługujesz na rzeczy, które są poza twoim zasięgiem. – Nachyliła się do niego. – Nie masz niczego, poza wszystkim, o co sam będziesz walczył, Severusie i nie zasługujesz na nic, czego nie zdołasz przy sobie zatrzymać. Rozumiesz mnie?

Cały dom zdawał się chwiać z boku na bok. Severus nigdy wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego, jaka mała ona była, jak mroczna, jak blisko niego. Jeszcze nigdy tak bardzo nie zdawał sobie sprawy z ziemistości własnej cery, ze swoich prostych, lejących się, pozbawionych sprężystości włosów, z faktu, że nie miał twarzy podobnej do dowolnego czarodzieja czystej krwi w szkole, na której widniałaby pewność siebie, piękno i spokój z posiadania własnego miejsca w świecie.

– Zapytałam, czy mnie rozumiesz, Severusie?

– Rozumiem – powiedział Severus. I tak było. Spojrzał na nią i poczuł mieszankę wdzięczności, nienawiści, miłości i klarowności, które wirowały w nim niczym huragan. – Rozumiem, Eileen.

Eileen przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. Severus utrzymał jej spojrzenie własnym. Miał wrażenie, że po raz pierwszy naprawdę ją widzi. Mogła być zgorzkniała i podupadła na zdrowiu, ale wciąż była czystokrwista. Krążąca w jej żyłach krew nadawała jej blasku. Miała swoje miejsce.

Nic dziwnego, że tak długo zajęło jej przemówienie mu do rozumu. Był zaledwie półkrwi, przez co jego podstawy zrozumienia świata były upośledzone. Może jednak się z tym ukryć i zyskać zrozumienie, dzierżyć inteligencję niczym obusieczny miecz, którym była, upewniając się, że żaden czystokrwisty nigdy nie odkryje jego słabości i wykorzysta ją przeciw niemu.

wszyscy by to zrobili. Wreszcie w pełni to pojął. Wreszcie zrozumiał.

– Dobrze – powiedziała Eileen i opadła z powrotem na swoje poduszki, zamykając oczy. – Pogrzeb mnie, Severusie.

Severus opuścił głowę i zapatrzył się na swoje dłonie. Dźwięk jego imienia brzmiał niewłaściwie w jego uszach. Zaprzeczał tym, kim tak naprawdę był. Było to antyczne, szlachetne imię, na które w ogóle nie zasługiwał.

Tak samo, jak nie zasługiwał na nazwisko swojej matki.

Zastanawiał się, czy będzie w stanie pogodzić się z nazwiskiem swojego ojca i wszystkim, co było z nim związane. Szybko jednak zrozumiał, że będzie musiał. Tylko w ten sposób będzie w stanie przypominać sobie, za każdym razem, kim tak naprawdę był, co tylko doda mu sił w walce o znalezienie własnego miejsca w społeczeństwie, do którego przyszło mu należeć.

Zamknął oczy, oddychał powietrzem przesiąkniętym chorobą i dymem, i myślał o sobie jak o Snape’ie. Pozwolił, żeby rany na jego duszy krwawiły, bo wiedział, że prędzej czy później się zabliźnią, a on będzie silniejszy dzięki tym bliznom.

Eileen zanurzyła go w Styksie, zupełnie jak matka Achillesa w starych historiach, ale, zupełnie jak Tetyda, zrobiła to wyłącznie po to, żeby jej syn mógł przeżyć w tym okrutnym świecie. A Snape nie miał zamiaru dopuścić do tego, żeby jego wrogowie wykorzystali jego słabość.

Nawet mój strach przed wilkołakami. Nawet wszelką słabość, jaką mógłbym czuć wobec kogokolwiek. Nawet moją krew.

Już nigdy więcej.

Chapter Text

Harry żałował, że nie jest w stanie poza snami zmienić się w rysia. Naprawdę przydałoby mu się położenie teraz po sobie uszu. Strasznie chciał okazać jakoś swoją irytację, niezadowolenie, niepokój i opór.

Mógłbyś po prostu zawrócić i zostawić ten pokój w spokoju. Nikt nie musiałby wiedzieć. Tylko Vera wie, że w ogóle wykazałeś zainteresowanie znalezieniem takiego pomieszczenia, a nawet jej nie powiedziałeś, że zajmiesz się tym już dziś. Twój wybór.

I Harry może i mógłby w to uwierzyć, gdyby nie upór, który narastał w nim statecznie przez ostatnie półtora tygodnia. Już nie wierzył, że jego trening miał w sobie cokolwiek wartego zatrzymania – a już na pewno nie elementy, które przeszkadzały mu w codziennym życiu – co doprowadziło go do krytycznego przyjrzenia się innym jego decyzjom. Czy były to najlepsze możliwe decyzje? Czy też może podjął je przez brak czasu i presję, że musiał zająć się wieloma innymi sprawami, przez co nabrał nawyku podejmowania marnych decyzji?

Widział, jak ludzie stają się niewolnikami swoich nawyków, niewolnikami uprzedzeń. Nigdy nie chciał do nich dołączyć pod tym względem.

To właśnie doprowadziło do spędzenia ostatnich kilku dni, spędzonych na leczeniu rozcięć na ramieniu i opisywaniu Verze, Draconowi i Snape’owi wszystkiego, co był w stanie przypomnieć sobie o ptaku, na rozmyślaniu swoich dwóch decyzji. Wiedział już, że jedna z nich nie była szczególnie dobra, ale zdawał też sobie sprawę z tego, że nie będzie w stanie zmienić jej od razu. Będzie potrzebował pomocy McGonagall i Snape’a, jak i dostępu do bibliotek Blacków i hogwardzkiej. To będzie musiało poczekać do powrotu z Sanktuarium.

Co do drugiej nie był taki pewien… przynajmniej do chwili, w której Vera wspomniała mu o pokoju, który mógłby mu pomóc.

Harry stał teraz przed nim i z przygryzioną wargą, przyglądał się drzwiom. Jego palce delikatnie krążyły wokół końca kikuta, zabliźnionego nadgarstka.

W głowie trajkotały mu różne opinie na ten temat.

Naprawdę podjąłeś tę decyzję w pośpiechu i bez namysłu.

To głupie i pozbawione znaczenia, naprawdę powinieneś spędzić czas w Sanktuarium na nauce technik i znajdowaniu broni, które mogą przydać ci się w wojnie, bo masz tu dostęp do wiedzy, której nie znajdziesz nigdzie indziej.

Większość z tego, co wydawało ci się głupie i pozbawione znaczenia, na dłuższą metę okazywało się wyjątkowo ważne i wcale nie takie głupie. I nic nie powinno stawać na drodze do twojego leczenia. W końcu nie dopuściłeś nawet do tego, żeby Loki zmusił cię do pozostania w świecie czarodziejów, prawda? Czy chcesz, żeby teraz twoje własne osądy powstrzymywały cię przed czymś, czym naprawdę powinieneś się zająć?

To były dwa dobre argumenty za tym, żeby jednak tam wszedł i tylko jeden, żeby tego nie robił. Harry nabrał głęboko tchu i pociągnął za klamkę.

Vera przedstawiła mu Sanktuarium jako świątynię teraźniejszości. Odrębne pomieszczenia powstawały, by utrzymywać w sobie obecność magii, odzwierciedlającej rodzaje magii, które faktycznie istniały gdzieś na świecie. Jak tylko ta magia przestawała istnieć, ponieważ umierała ostatnia istota zdolna do praktykowania jej, albo wiedza, czy składniki niezbędne do jej praktykowania, były w jakiś sposób utracone, pokój znikał razem z nią. Sanktuarium wyglądało w przyszłość, nie w przeszłość.

Harry wszedł do obszernego pokoju, być może okrągłego, być może kwadratowego. Z zewnątrz wyglądał na prostokątny, ale Harry wiedział, że zewnętrze pokojów nieczęsto odzwierciedlało ich wnętrze. Tak czy inaczej, ciężko było ustalić jego kształt przez lustra, które dekorowały wszystkie możliwe ściany. Niektóre lustra miały okrągłe ramy, inne były ostro zakrzywione, niektóre były kształtu gwiazd, inne nachodziły na siebie nawzajem, przez co ciężko było ustalić kształt tych pod spodem i ogólnie rzecz biorąc niemożliwym było ustalenie, co właściwie jest prawdziwe w tym pokoju. Harry pomachał i tysiące tysięcy kształtów, które go przypominały, odmachały mu w odpowiedzi. Niektóre z nich miały nieco inne twarze, nieco inne oczy, nieco inne ciała. Obrazy odbijały się więcej niż raz – ilekroć jakieś lustra znajdowały się naprzeciw siebie, odbicia przedstawiały niekończące się obrazy możliwych Harrych – z czego każdy wyglądał nieco inaczej od poprzedniego.

Harry przez dłuższą chwilę stał tam w ciszy. Póki co lustra działały dokładnie tak, jak Vera mu je opisała. Pokazywały mu obrazy tego, co mogłoby być, wszystkie możliwe sposoby, na jakie Harry mógłby istnieć w tym momencie, maszerując korytarzami równoległych rzeczywistości. Nie można było ich użyć jako wrót do tych rzeczywistości; Vera mu powiedziała, że jeśli tego rodzaju magia kiedykolwiek istniała, to już została utracona dla świata, bo nie znajdowała się nigdzie w Sanktuarium. Ale mogły pokazać, w jaki sposób mogą wyglądać zmiany, które będą musiały nastąpić między prawdziwym Harrym, a tym możliwym, przeróżne odcienie, na przykład, przez które jego oczy musiałyby przejść, zmieniając kolor z zielonych na niebieskie.

A to oznaczało…

To oznaczało…

Harry wziął głęboki oddech i podniósł swój lewy nadgarstek.

Przez lustra przebiegła zmarszczka, zadrżały tak gwałtownie, że Harry przez moment obawiał się, że się rozbiją. Vera jednak ostrzegała go przed tym. Tak długo, jak trzymał nadgarstek poza zasięgiem ram, poza zasięgiem szkła, to mogło to być cokolwiek; możliwości były nieokreślone. Jak tylko zmusi lustra do odbicia go, to każdy obraz pokaże mu inną rzeczywistość.

I podziałało. Harry zobaczył siebie w najbliższym, owalnym lustrze, z lewym nadgarstkiem, zakończonym bliznami. Kiedy odwrócił głowę, zobaczył lewe dłonie, lewe haki, obrazy siebie z całą lewą dłonią, ale brakującą prawą, oraz, na niejednym z luster, ze skrzydłem czy płetwą w miejscu kończyny. Zamrugał, po czym zmusił się do odwrócenia od tych dziwnych, choć urzekających obrazów i spojrzał na te, w których miał lewą dłoń.

A lustro po przekątnej od owalnego pokazuje mnie, jakim jestem naprawdę. Vera i o tym mu powiedziała. „Prawdziwe” obrazy, te które faktycznie zaprowadzą go od punktu, w którym teraz się znajdował, do tego, czym chciał się stać, zwykle można było zobaczyć tylko pod kątem.

Dłuższą chwilę zajęło mu znalezienie w tym wszystkim jakiegoś wzorca. Wreszcie spojrzał na serię obrazów przejściowych, które dzieliły go od ostatecznego wizerunku i zadrżał, po czym odwrócił wzrok. Kątem oka zauważył mnóstwo gwałtownie obracających się głów, więc zamknął oczy, żeby na nie nie patrzeć.

Od Harry’ego, który wyglądał zupełnie jak on, tylko miał obie dłonie, dzieliło go dziesięć obrazów.

Tylko dziesięć.

Harry zmusił się do ponownego spojrzenia. Każdy z pierwszych trzech odbić miał lekki poblask mrocznej magii nad lewym nadgarstkiem. Czwarty miał tam gwiazdę, zrobioną z ciemnego miejsca na nocnym niebie – tak się przynajmniej Harry’emu wydawało, co by oznaczało ostatnią klątwę do pokonania, ale najwyraźniej okaże się też najcięższa do zniszczenia. Piąty obraz przedstawiał po prostu zwykły, zabliźniony nadgarstek. Szósty i siódmy miał zaledwie formujący się cień lewych dłoni, a ósmy i dziewiąty posiadali dłoń, którą przytulali do siebie ostrożnie. Dziesiąty obraz wyglądał na kompletnie przyzwyczajonego do posiadania obu dłoni i pochwycił spojrzenie Harry’ego zupełnie poważnym wzrokiem, który w ogóle nie wyglądał na przerażony.

Możliwe, że sam tak w tej chwili wyglądał.

Opanował swój impuls do szybkiego opuszczenia pokoju. Zamiast tego przyjrzał się naprawdę ważnym obrazom, tym, które pokazywały szczegółowo te klątwy, dzięki czemu dowiedział się, czego się po nich spodziewać i w jaki sposób będzie wyglądał każdy etap niszczenia ich. Argutus mu w tym pomoże, oczywiście, odbijając na swoich łuskach ukryte w nich pułapki. Harry wolał nie przełamać pierwszej tylko po to, żeby zorientować się nagle, że w jakiś sposób na dobre przypieczętował do siebie wszystkie pozostałe. Znając szaleństwo Bellatrix, wcale by to go nie zdziwiło.

Wreszcie odwrócił się i ruszył szybko do drzwi, wbijając wzrok w podłogę, żeby oszałamiające ruchy wokół niego go nie rozproszyły.

Tylko dziesięć kroków i odzyskam dłoń.

Zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie. Tego ranka na Sanktuarium spadła delikatna mżawka. Harry słyszał śpiew nawołujących się ptaków, których nigdy wcześniej nie słyszał, rozentuzjazmowane krzyki, które zdawały się wychwalać sobie deszcz i związany z nim chłód i przesłonione chmurami niebo, jako część dobrego, zdrowego życia.

Przyjrzał się uważnie swoim powodom do nie odzyskiwania ręki, po czym uznał, że naprawdę nie brzmiały najlepiej. Wyglądałby słabo? Istnieje naprawdę wiele innych powodów, przez które może takim się wydawać przed swoimi sojusznikami, włącznie z emocjonalnym załamaniem, którego doświadczył w czasie oblężenia przez zamordowanie tamtych dzieci, a przecież pracował nad wyleczeniem się z tych ran. Nie miał czasu? Mógłby znaleźć na to czas. Nie chciał, żeby ktokolwiek uznał, że naprawdę się tym przejmuje bardziej od wielu, wielu innych spraw, które znacznie bardziej zasługiwały na jego uwagę?

Cóż, to wciąż była prawda. Ale Harry nie był w stanie określić, czemu właściwie nią była. Czemu właściwie wyhodowanie sobie nowej dłoni miało być dla niego mniej ważne od, na przykład, upewnienia się, że Ignifer pewnego dnia uwolni się pod klątwy bezpłodności, jaką narzucił na nią jej ojciec?

Nie miał na to dobrej odpowiedzi. Jego przeraźliwa zgroza przed wydawaniem się samolubnym też nie była w tym miejscu dobrą wymówką. Musiał nauczyć się samolubności, niedopuszczania do takich załamań jak to niemal było przed przyjazdem do Sanktuarium, inaczej przegrają wojnę.

I tak oto dotarł do tego punktu. Miał zamiar przynajmniej spróbować przełamać te klątwy i wyhodować sobie nową dłoń.

Pokręcił głową i ruszył szybko przed siebie, oddalając się od pokoju. Chciał zobaczyć, jak zachęcany przez Ninę Draco eliminuje ze swojej duszy nieco skażenia, albo pomóc Snape’owi w warzeniu eliksiru. Chciał posłuchać jak Argutus przechwala się o własnym pięknie, czym z jakichś względów zaczął się ostatnio wyjątkowo przejmować, albo posłuchać cichych syków wężycy Wielu, rozmawiającej na odległość ze swoim rojem, nawet jeśli słyszał tylko fragmenty ich konwersacji. Chciał zająć się czymkolwiek, co nie miałoby związku z nim samym.


Draco uśmiechnął się, kiedy Harry zakradł się do jego pokoju za Niną, ale nie oderwał od niej wzroku. Podobnie Nina, która choć kiwnęła Harry’emu głową na powitanie, zwróciła swoje miękkie i kojące słowa do Dracona.

– Widzę twoją duszę jako konstrukcję zrobioną z kamieni szlachetnych, szmaragdów otoczonych opalizującymi kręgami.

– Oczywiście, że to kamienie szlachetne – powiedział Draco i z radością zobaczył, jak Nina uśmiecha się do niego w odpowiedzi. Harry podniósł brwi, nie pojmując o co chodzi. Oczywiście że nie. Zwykle zanadto poważnie podchodził do arogancji Dracona, podczas gdy Nina podchodziła do tego tak samo jak Draco, jak do gry, albo walca. Draco zachowywał się tak samo przy Narcyzie, kiedy zaczęły się jego lekcje z czystokrwistej etykiety i te lekcje bawiły go znacznie bardziej od surowych wysiłków, jakie ojciec wkładał w jego edukację.

– Muszą być – mruknęła Nina. – Dla Malfoya tylko to, co najlepsze.

Przymrużyła mocno oczy, przyglądając się czemuś, co dla Dracona było po prostu jego lewym ramieniem. Draco nie znosił, kiedy to robiła. Przypominało mu to tym bardziej o wszystkich sprawach, które była w stanie zobaczyć, a on nie. Było to wystarczająco irytujące, kiedy Harry tak się zachowywał, ale Harry przynajmniej był potężniejszy od niego. Draco nie po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, co by zobaczył, gdyby opętał Ninę.

– Wokół tych kręgów coś się owija – ciągnęła dalej Nina. – Wygląda jak sprężyny w zegarku. Niektóre są mroczne, inne w odcieniach szarości. Mogę ci powiedzieć, na co mi wyglądają, a ty mi powiesz, które z nich do ciebie nie pasują.

Draco kiwnął głową. Już wcześniej to przerabiali. Musiał przyznać, że naprawdę interesujące było poznawanie siebie od nowa na poziomie, z którego wcześniej nie zdawał sobie nawet sprawy. Zobaczył jak Harry nachyla się w ich kierunku, więc skorzystał z okazji do wyprostowania się i podniesienia głowy, zdeterminowany dopilnować, żeby zarówno Harry jak i Nina byli z niego dumni.

Nina przymrużyła teraz oczy, jakby patrzyła pod słońce.

– Jedna z nich to impuls do udowodnienia wszystkim, jak wiele jesteś wart, bez względu na środki – powiedziała, po czym uśmiechnęła się, a jej twarz rozpogodziła się na chwilę. – Chyba sama powinnam była domyślić się, że to twoja własna.

Draco pochylił lekko głowę, policzki mu rozgorzały z rozbawienia. Harry ponownie przestąpił z nogi na nogę, na moment odwracając jego uwagę. Draco zauważył przez ułamek sekundy bardzo osobliwą emocję w jego oczach, ale nie miał czasu na skupienie się na niej, ponieważ Nina już drążyła w nim dalej.

– Jedna z nich to impuls do rozrastania się bez jakichkolwiek przeszkód, posiadanie takiej potęgi, że nic nie będzie w stanie cię powstrzymać. – Ninie najpierw spełzł uśmiech z twarzy, po czym jej głos stracił swój rozbawiony ton. – Jak myślisz, czy to może być pozostałość po twoim zmierzeniu się z Voldemortem?

– Znaczy… możliwe. – Draco pamiętał jednak czasy, kiedy nim też powodował taki impuls. Istniał taki czas w jego życiu, kiedy nic nie miało dla niego równie wielkiego znaczenia co dorównanie Harry’emu w potędze magicznej. Przyzwał wówczas swoją przodkinię i poprosił ją o moc, ale w retrospekcji musiał przyznać, że zabrał się do tego po dokonaniu przerażająco niewielkiej ilości badań, wywołanych okropnym zniecierpliwieniem. Z drugiej jednak strony wydawało mu się, że już stłamsił w sobie to pragnienie, podczas gdy Voldemort nigdy by tego nie zrobił.

Nina kiwnęła głową i ciągnęła dalej.

– Zaraz potem jest impuls do zadawania innym bólu. – Tym razem nie rozwinęła tego w żaden sposób.

Draco zaczął się wiercić w miejscu, zalewając się rumieńcem.

– Jakiego rodzaju bólu? – zapytał. – Czy jesteś w stanie to określić?

– Ma on naprawdę wiele korzeni. – Wieszczka złożyła przed sobą ręce, jakby chciała powiedzieć, że cokolwiek widziała we własnej duszy, nigdy nie było tam niczego podobnego. – Część zwoju odwołuje się do czystego sadyzmu. Część do czystego pragnienia zirytowania kogoś drobną klątwą, kto zirytował czymś podobnym ciebie. Część ma związek z pragnieniem, żeby wszyscy przestali wreszcie zawracać głowę Harry’emu, czy tobie.

Draco kiwnął głową. No dobra, mógł się tego spodziewać. Byłby przerażony i koszmarnie zawstydzony, gdyby jego dusza okazała się czymś prostolinijnym i przejrzystym, gdzie można by było znaleźć odpowiednią odpowiedź na każde możliwe zagadnienie Niny.

– Nie sądzę, żeby sadyzm był mój – powiedział. – Lubię się mścić i wydaje mi się, że Harry niewystarczająco często się do tego odwołuje – kątem oka wyłapał kolejne poruszenie – ale nie sądzę, żebym czerpał jakąś przyjemność z obserwowania kogoś wijącego się w męczarniach. Znacznie więcej satysfakcji przynosi mi świadomość, że już nigdy więcej nie byliby w stanie mnie skrzywdzić.

– Niech i tak będzie – powiedziała Nina i wyprostowała się na dywanie, na którym siedziała. – Jesteś gotów?

– Jestem – powiedział Draco.

Zebrał się w sobie, kiedy Nina podniosła niewielkie lustro, które wyciągnęła z jednego z pokojów Sanktuarium; Merlin jeden wiedział, którego, bo jak do tej pory Draco nie miał zbyt wiele okazji do zwiedzania. Lusterko miało dwie połowy, jedna się wybrzuszała, a druga była wklęsła i wtapiała się w ramkę. Nina przechyliła je, żeby obie połowy odzwierciedlały jego twarz, po czym wyciągnęła swoją różdżkę z kieszeni szaty.

Vitrum reapse – wyszeptała, wykonując odpowiednie gesty.

Przez twarz Dracona przeszły zmarszczki, jakby ktoś wrzucił kamień do stawu. W tej samej chwili Draco sięgnął przed siebie swoją własną magią, swoim własnym umysłem, chwytając za swoje myśli, szarpiąc za nie i ciągnąc. Używał obrazu w lusterku jako punktu stabilizującego. To była rzeczywistość, to była prawda, a on był w stanie stworzyć takiego Dracona Malfoya, którego obraz widział w lusterku.

Byłoby to niemożliwe do wykonania bez jego daru do opętywania. Ale część nauki opętywania innych polegała na poznaniu granic własnej świadomości – czyli, na dobrą sprawę, gdzie jego myśli się kończyły, a zaczynały innej osoby. Zawsze musiał być świadomy tego, co przyniósł ze sobą do umysłu innej osoby, inaczej może przez przypadek sabotować własne plany. Jedynym powodem, przez który sam nie był w stanie oczyścić się ze skażenia Voldemorta było to, że jego obślizgłe gluty wpłynęły na same korzenie jego duszy. Musiał przyglądać się intensywnie jednemu fragmentowi własnego umysłu, żeby w ogóle zauważyć nieścisłości.

Wydawało mu się, że tym razem Ninie udało się znaleźć coś odpowiedniego. Znalazł pokręconą, obcą obecność we własnych myślach, poświęconych zadawaniu bólu i zemście, po czym z ulgą wyżłobił jej okolice i wyrzucił ją z siebie. Skierował skażenie, jak zwykle, w stronę swoich ust. Musiał w jakiś sposób pozbyć się Voldemorta ze swojego ciała i choć osobiście wyobrażał sobie to mroczne skażenie jako unoszącą się w nim czarną mgłę, która powinna z niego wypłynąć i zostawić go w spokoju, okazało się, że fizycznie znacznie łatwiej wyobrazić ją sobie jako mieszankę śluzu i trucizny, które mógł wypluć.

Otworzył oczy, poruszając ustami i zobaczył spływającą po lustrze ślinę. Chwilę później zrobiła się czarna i zobaczył drżącego, przyłapanego robaka, reprezentującego obecność Voldemorta. Kiwnął głową i wyprostował się, uśmiechając do Niny, która wyszczerzyła się do niego z dumą, po czym oczyściła lusterko machnięciem różdżki. Draco wyobrażał sobie, że słyszy przerażony pisk umierającego w męczarni robala.

Czyli jednak radość z zadawania komuś bólu jest po części i moja, pomyślał.

– Wydaje mi się, że czas skończyć na dzisiaj – powiedziała miękko Nina, wstając. Draco zastanawiał się, czy przerwała głównie przez wzgląd na niego, czy też może na Harry’ego, albo na siebie samą. – Wyrwałeś z siebie już trzy takie kosmyki i coraz ciężej przychodzi mi znalezienie innych miejsc, w których cokolwiek może się kryć. Wydaje mi się, że jesteś już prawie wyleczony, Draconie.

Draco pochylił głowę, z ulgą przyjmując dobre wieści – tym bardziej rad z nich, ponieważ wiedział, że wieszcze nie przegonią go z Sanktuarium, jak tylko jego leczenie dobiegnie końca. Wciąż będzie mógł tu pozostać do końca wakacji, a jak tylko jego własny umysł będzie czysty od skaz, to będzie mógł poświęcić więcej czasu Harry’emu.

– Tylko nie zapomnij, jak wygląda moja dusza – powiedział zmierzającej do drzwi Ninie. – Nigdy więcej nie zobaczysz czegoś równie pięknego. Oby ten obraz oświecał ci życie, kiedy mnie już tu nie będzie.

Nina wywróciła oczami i zamknęła za sobą drzwi. To potwierdziło podejrzenia Dracona, że przerwała widzenie duszy przez wzgląd na swoje własne zmęczenie. Zawsze wymyślała jakąś bezczelną uwagę, którą mogła się odciąć na jego przechwałki. Musiała być naprawdę wykończona.

Draco momentalnie podszedł do kanapy, na której usiadł Harry, po czym objął go ramieniem i pocałował, zanim zdążył wstać. Harry zamrugał, lekko oszołomiony, po czym na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Draco! – krzyknął. – Jesteś w stanie ruszać się znacznie szybciej niż wczoraj?

– Tak i to najwyższy czas – burknął Draco, siadając obok niego. – Wciąż nie sądzę, żeby leżenie w łóżku było dla mnie zdrowe, jak tylko minęły mi wreszcie bóle łowy. – Złapał podbródek Harry’ego i obrócił jego twarz do siebie. Harry to zniósł, patrząc na niego cierpliwie. Draco zmarszczył brwi. Ta nieznana emocja, którą Harry wcześniej wyraził, zdążyła już kompletnie zniknąć, zastąpiona znajomą czułością i wymiętą irytacją.

No dobra, może wspomnienie o Ninie to przywróci.

– Wspaniale mi pomaga, co nie? – zagaił spokojnym tonem.

Ach, no i jest. Emocja przemknęła przez oczy Harry’ego niczym kometa na nocnym niebie, ale już kiwał głową, zgadzając się. Tym razem jednak Draco był na tyle blisko, że zauważył, co to było.

– Harry – powiedział, starając się powstrzymać swój głos przed brzmieniem jak uradowany pomruk, ale naprawdę nie był w stanie. – Czy ty jesteś zazdrosny?

Harry zamrugał.

– Doprawdy, Draco – powiedział z lekkim oburzeniem w głosie. – Oczywiście że nie. Nie wierzę, że kiedykolwiek spróbowałbyś się z nią przespać. Poza tym – dodał, wstając i wymykając się Draconowi z rąk – z tego co wiem, to dziewczyny nawet cię nie pociągają.

– Och, w ogóle mi nie przeszkadzają – powiedział Draco, odchylając się na kanapie i przyglądając się spiętym ramionom Harry’ego. Nie powinien się z tym kryć. Mieliśmy tu opuszczać bariery i okazywać emocje. – Po prostu ciebie lubię najbardziej ze wszystkich, Harry. Ale wiem, że i tak nie byłbyś zazdrosny o teoretyczny seks, nawet gdybyśmy już dzielili się łożem. Jesteś zazdrosny o to, że ona jest w stanie widzieć takie części mnie, których ty nie możesz, co?

– Wcale nie jestem zazdrosny.

Draco go wyśmiał

– Kłamiesz.

Harry łypnął na niego z ukosa ponad ramieniem.

– Wcale nie – powiedział. – Potrzebujesz jej w swoim leczeniu, Draco. Odczuwanie zazdrości o coś takiego byłoby mnie niegodne, żeby już nie wspomnieć, że też zwyczajnie głupie z mojej strony. – Zmarszczył brwi i pogłaskał krawędź łóżka Dracona.

– No wiesz, zazdrość nie musi mieć racjonalnych podstaw – powiedział swobodnie Draco. Poklepał kanapę obok siebie. – Co tak stoisz po drugiej stronie pokoju? Chodź, usiądź obok.

– Nie chcę.

A teraz się dąsa! Och Merlinie, jakie to wspaniałe. Draco uważał, że choćby dla tej sceny warto było odbyć całą drogę do Sanktuarium, włącznie z ciągłym zachęcaniem do wszystkiego opornego Harry’ego, wyrywając go z rozdartego wojną świata.

– Właśnie że chcesz – powiedział. – A przynajmniej jeszcze chwilę temu chciałeś. Ale teraz uważasz, że nie powinieneś być zazdrosny, więc… co? Karzesz się, odmawiając sobie korzystania z mojego towarzystwa?

Zobaczył, jak Harry kompletnie zamiera. Następnie obrócił się i spojrzał gniewnie na Dracona.

– Gdyby nie wiedział, że widzenia wieszczy nie da się nauczyć – powiedział Harry – to uznałbym, że pobierasz nauki od Niny. Albo od Very, bo to moja wieszczka.

– Wciąż nie lubisz, kiedy ktoś jest w stanie przejrzeć cię na wylot – powiedział Draco, kręcąc głową. Nie był w stanie nazwać uczucia, które w nim teraz wzbierało. Ostatecznie zdecydował się na instynkt opiekuńczy, bo dobrze mu to brzmiało. – Przyzwyczaj się do tego, Harry. Poznam cię całego, zanim z tobą skończę.

– Zmienię się – powiedział Harry cicho. Draco zastanawiał się, czy Harry w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co mówi, bo przyglądał się przy okazji Draconowi intensywnie. – Zmienię się i wtedy nie będziesz już mnie dłużej znał. I to samo stanie się z tobą i ze Snape’em… – Harry jakby się ocknął. – No, tak mi się przynajmniej wydaje, że tak samo będzie ze Snape’em. Może i nie. Jeszcze nigdy nie widziałem kogoś, kto tak koszmarnie opierałby się zmianom.

– No to odczytam cię na nowo – powiedział Draco, wstając. Przeszedł powoli przez pokój, zbliżając się do Harry’ego, który nie spuszczał z niego oczu. Draco złapał go za nadgarstek i wolną ręką potarł mu czoło, nad blizną, która naznaczyła Harry’ego jako prawdziwego odbiorcę klątwy zabijającej Voldemorta. – O co chodzi, Harry? Naprawdę wydaje ci się, że pewnego dnia obudzę się i uznam, że już cię nie chcę?

– Nie – powiedział Harry.

– No to o co?

Harry westchnął.

– Wciąż łatwiej mi zrozumieć, czemu ktoś miałby spojrzeć na ciebie i się w tobie zakochać, niż czemu ktoś miałby spojrzeć na mnie i pokochać mnie. – Pociągnął ręką, którą trzymał Draco, po czym zmusił się do nie wiercenia, zanim Draco zdążył go o to poprosić. Pokręcił głową. – I taka jest prawda – powiedział, brzmiąc na podenerwowanego. – Głupio to brzmi, ale tak już jest.

Draco objął go ręką na poziomie ramion i przyciągał go do siebie, póki głowa Harry’ego nie spoczęła na jego ramieniu.

– Czy to dlatego nie chciałeś, żebym pojawił się na twoich sesjach z Verą, kiedy pracujecie nad usuwaniem z ciebie treningu twojej matki w opieraniu się przyjemności? – wymamrotał mu do ucha.

– Po części – powiedział Harry, którego głos nagle zrobił się oschły. – A po części dlatego, że ten trening zawiera w sobie częste, gorące kąpiele, a nie sądzę, żebyś był w stanie opanować impuls gapienia się na mnie, kiedy będę siedział nago w wannie. Mam też wrażenie, że byłoby to cokolwiek rozpraszające.

Draconowi zaschło w ustach, po czym nagle zorientował się, że Harry sobie zażartował i czego ten żart dotyczył. Roześmiał się i ten śmiech wydawał mu się najbardziej szczerym dźwiękiem, jaki kiedykolwiek z siebie wydał. Przytulił Harry’ego tak mocno, że ten zarówno stracił równowagę, jak i dech, po czym trzymał go, póki Harry nie poklepał go słabo po ramieniu.

– Większość świata dałaby wszystko, co tylko mają, żeby znaleźć się na moim miejscu, Harry – powiedział mu na ucho. – A przynajmniej daliby, gdyby tylko cię znali. Będę ci to powtarzał, póki w to nie uwierzysz. A jak się zmienisz, to znowu ci to powiem.

Harry spiął się na moment, jakby szukając innych obiekcji, po czym odprężył się.

– Dziękuję – wyszeptał.

Draco trzymał go w ramionach, uśmiechając się. Uznał, że nic się nie stanie, jeśli nie powie Harry’emu o pomyśle, który przyszedł mu do głowy w czasie tej rozmowy. Harry potrzebował w życiu nieco więcej niespodzianek i radości, a znajdowali się właśnie w samym środku spokojnego nieba, w którym nie otrzymał jeszcze żadnego z nich.


– Czy mogę panu jakoś pomóc?

Harry zobaczył, jak stojący po przeciwnej stronie pomieszczenia Snape spina się. Przed nim znajdował się kociołek pełen gęstego, fioletowego wywaru, który mieszał jakby nic innego nie istniało na świecie. Przesunął się lekko, jakby chciał zasłonić sobą jego istnienie, po czym odwrócił się płynnie do Harry’ego.

– Oczywiście, Harry – powiedział. – Potrzebuję, żeby korzenie mandragory zostały ugotowane, zanim będzie można je posiekać. Czy mógłbyś? – Kiwnął głową w kierunku stołu znajdującego się pod inną ścianą, gdzie stał kociołek pełen wody, szklana misa, w której miał zapłonąć ogień, oraz sterta wysuszonych mandragor.

Harry przytaknął i podszedł do korzeni, zbierając je i wyciskając z nich tak wiele soku, jak tylko był w stanie – co jest konieczne przed ugotowaniem mandragor – po czym użył magii do stworzenia ognia w szklanej misie. Co chwila jednak oglądał się na Snape’a, nawet kiedy wrzucał wyżęte korzenie do kociołka. Nie był w stanie się opanować. Snape okazywał niepewność, starając się dzielić uwagę między nim a eliksirem. Naprawdę ciężko było tak mocno wytrącić go z równowagi.

– Wszystko w porządku, proszę pana? – zagaił wreszcie.

Snape zacisnął dłoń na różdżce, po czym schował ją do kieszeni i odwrócił się do niego.

– Sny – powiedział.

Harry zamrugał.

– Co? – Najnowszy korzeń zmiażdżył tak niezgrabnie, że jej cuchnący sok spłynął mu po pięści. Skrzywił się.

– Leczę się poprzez sny – powiedział Snape ponurym, jednostajnym tonem. – Nie chciałem pozwolić, żeby wieszcze mnie leczyli. W takich przypadkach Sanktuarium przysyła sny, obrazy, które rozgrzebują zagrzebane emocje i wspomnienia, zmuszając mnie do przyjrzenia się im z innej perspektywy. – Zaśmiał się. Brzmiał, jakby coś w nim pękło. – Tak przynajmniej miało to wygląda. W ostatnim koszmarze tak strasznie zatraciłem się we wspomnieniu i związanej z nim goryczy, że nawet nie zorientowałem się, że to był sen, póki się nie obudziłem. – Potarł się, praktycznie bezwiednie, po lewym przedramieniu. – A to mi w ogóle nie pomaga. Jest właściwie gorsze od leczenia – powiedział.

Jego ton był kliniczny i oschły przy ostatnich słowach. Ale tylko niemal. Ostatnie słowo wciąż zadrżało.

Samo to sprawiło, że Harry zaczął się bardziej niż kiedykolwiek przejmować stanem Snape’a.

– Proszę pana, proszę – powiedział cicho. Odłożył korzeń mandragory, którym właśnie się zajmował i odwrócił się w stronę Snape’a, ale nie odważył się podejść bliżej. Widząc, jak Snape ma wzrok wbity w przestrzeń, a wokół niego powietrze brzęczy lekko, Harry wiedział, że bezróżdżkowa magia Snape’a spróbuje rozciąć mu brzuch czy gardło, jeśli tylko teraz spróbuje się zbliżyć. A Snape ewidentnie zmagał się już z wystarczającą ilością emocji, nie trzeba mu było dodawać jeszcze poczucia winy do tego wszystkiego. – Wydaje mi się, że powinien pan porozmawiać z wieszczami. Jeśli Joseph za bardzo… przypomina panu Syriusza… – osobiście nie sądził, żeby mężczyzna był w jakimkolwiek stopniu do niego podobny i wyłącznie ślepa nienawiść przemawiała przez Snape’a, który upierał się ciągle, że owszem, był – to jestem pewien, że znajdą się inni wieszcze, którzy chętnie z panem porozmawiają.

Snape zamrugał nagle i brzęczenie w pokoju ustało. Harry nie miał nawet czasu na odetchnięcie z ulgą, kiedy Snape zaczął kręcić głową.

– Co się stało, proszę pana? – zapytał Harry.

– Nie powinienem był rozmawiać o tym z tobą – powiedział Snape, którego głos i twarz zrobiły się beznamiętne. – Przechodzisz przez własne leczenie. Powinieneś teraz myśleć o własnej duszy i myślach, nie moich. – Odwrócił się, a jego szaty przy okazji przysunęły w kierunku Harry’ego nieco zapachu jego eliksiru. Zmarszczył nos. Śmierdział okrutnie i kompletnie nieznajomo, co prawdopodobnie oznaczało, że Snape wymyślał coś kompletnie nowego. – Sam rozprawię się z tymi snami. Dziękuję za radę porozmawiania z wieszczami. Ma sens. Jeśli sny zaczną mnie przytłaczać, to zgłoszę się do nich po radę.

Harry przymrużył oczy.

– Nie.

Snape obejrzał się na niego ponad ramieniem, z twarzą, która wciąż niczego nie wyrażała.

– Co nie?

– Nie, wydaje mi się, że twoje podejście jest nieracjonalne. – Harry założył ręce na piersi i skrzywił się, patrząc na Snape’a. – Właśnie przed tym mnie przestrzegałeś – kryciem się z własnymi ranami, póki nie mam innego wyjścia i już muszę szukać pomocy, ponieważ tonę we własnej krwi. Ochrzaniałeś mnie o to, kiedy wspólnie koordynowaliśmy bitwę o Hogwart. Ochrzaniłbym teraz ciebie, gdybym nie miał wrażenia, że znalazłbyś wymówkę na każdy z moich argumentów. Dlatego chcę tylko powiedzieć, że to strasznie bezsensowne, głupie i hipokrytyczne z twojej strony. – Odczekał chwilę, póki nie upewnił się, że jego bezczelny przytyk sięgnął celu, po czym dodał, sarkastycznie: – Proszę pana.

W oczach Snape’a płonęło coś dzikiego i niebezpiecznego. Harry jeszcze nigdy tego nie widział, ale sam to kiedyś czuł. Kiedy Snape przybył mu na ratunek, jak znajdował się w środku sztormu stworzonego przez własną magię pod koniec drugiego roku, jak jego umysł był roztrzaskany na drobne kawałki i Snape musiał użyć legilimencji do pomocy mu w odbudowie samego siebie, jego własna magia rozwinęła się w odpowiedzi na moc Mroku, którą Harry usiłował wówczas do siebie przyzwać. To było spojrzenie śmierciożercy, człowieka gotowego by zabić i który będzie się radował każdą jego chwilą, póki nie dogoni go sumienie.

– Sam jestem w stanie zająć się własnym leczeniem – warknął Snape z wyższością. – Jestem dorosły, Harry, w pełni świadomy własnych wierzeń i wyborów…

Harry prychnął.

– Oczywiście że tak – powiedział. – I właśnie dlatego od dwudziesty lat nosi pan w sobie rozżalenie na ludzi, którzy skrzywdzili pana, jak był pan dzieckiem. Tak mocno zagnieździł się pan w przeszłości, że wciąż nie postrzega pan mojego brata jako człowieka, którym naprawdę jest. I wydaje mi się, że podjął się pan wysiłku porzucenia swojej nienawiści wobec mojego ojca wyłącznie dlatego, że obawiał się pan, że inaczej zacznę postrzegać to, co pan dla mnie zrobił, jako zemstę na Jamesie, zamiast sprawiedliwość dla mnie. Wszystkie te przykłady przedstawiają wybitnie dorosłe zachowanie.

Patrzył, jak Snape’a zalewa rumieniec furii i zastanawiał się, czy w ogóle ma w sobie dość sarkazmu, żeby kiedykolwiek zmusić swojego opiekuna do wyrośnięcia ze swoich dziecięcych obsesji.

Wynoś się – powiedział Snape, a jeden z noży, które położył obok własnego kociołka, śmignął przez pokój i wbił się po rękojeść w drewno obok głowy Harry’ego.

Harry spojrzał na niego gniewnie.

– Naprawdę się panu wydaje, że coś takiego mi zaimponuje? – zapytał. – Jedno, co jest naprawdę wygodne w posiadaniu lordowskiej mocy to to, że wszelkie magiczne napady złości kompletnie bledną przy tym, do czego sam jestem zdolny na polu walki.

Kolejny nóż poleciał w jego kierunku. Harry nie sądził, żeby Snape w ogóle go widział w tym stanie. Dyszał ciężko, a jego twarz wyrażała czystą wściekłość, ale oczy wpatrzone były w zupełnie inny czas i miejsce. Harry stworzył tarczę, od której nóż mógł się odbić, po czym przechylił głowę.

– Niech pan porozmawia z Josephem – powiedział cicho. – Nie winię pana za to, za cokolwiek, co pan dzisiaj zrobił. Ale widzi pan, wreszcie doszedłem do wniosku, że leczenie jest naprawdę ważne. A to oznacza, że uważam leczenie wszystkich za coś istotnego. Dlatego będę pod tym względem równie uparty, co byłem pod względem przebaczenia i naszego pogodzenia, albo praw magicznych stworzeń. Czy naprawdę chce pan się znaleźć po niewłaściwej stronie barykady, kiedy jestem aż tak zdeterminowany?

– Wynoś się. – Słowa były wypowiedziane niskim i paskudnym tonem i tym razem kociołek Snape’a zaczął unosić się obok niego, kręcąc się powoli wokół własnej osi.

Harry wywrócił oczami i wyszedł. Determinacja rosła w jego głowie, kiedy szedł w dół do własnego pokoju.

Idiota. Przecież sam mnie tego nauczył. A teraz uważa, że będzie się krył, wściekał i wył, ale nie uda się do nikogo po pomoc? Idiota. Akurat bo mu na to pozwolę.


Snape wiedział, że powinien przeprosić Harry’ego.

Ale całe godziny zeszły mu na wybudowaniu barier, dzięki którym w ogóle zdołał się do tego zebrać – upewniając się, że jego furia się nie wzniesie, będzie leżała potulnie przez całą rozmowę; owijając swoje emocje wokół kamieni i zatapiając je w basenach oklumencyjnych; zapominając o pokusie warczenia na samo wspomnienie słów Harry’ego i tego, co z nim zrobiły.

Zmusił się do opanowania i chłodu, zupełnie jak wtedy, kiedy był szpiegiem w wewnętrznym kręgu Mrocznego Pana, po czym udał się do pokoju Harry’ego.

Znalazł go w nim czytającego książkę, samego, jeśli nie liczyć maleńkiej, złoto–zielonej kobry, owiniętej wokół jego szyi, czy srebrzystego węża omenu, który spał mu w nogach. Snape ich nie liczył, bo wiedział, że nie znają angielskiego. Wężyca wielu i tak podniosła łeb na jego widok i zasyczała nieprzyjaźnie. Harry odpowiedział syknięciem i kobra po raz kolejny owinęła się wokół niego, nieruchomiejąc niczym metalowa ozdoba.

Harry wyczekująco podniósł na niego wzrok.

Snape przymrużył lekko oczy, przyglądając się mu uważnie. Nie tego się spodziewał po chłopcu. Wiedział, że Harry nie był w stanie zrozumieć jego wybuchu i tego, co doprowadziło do jego wcześniejszych słów, dlatego też wiedział, że Harry nie mógł wiedzieć, jak celne okazały się jego własne słowa. Nie mógł sobie tego zaplanować. Snape spodziewał się zaskoczenia, napięcia, może nawet oczekiwania wyjaśnień.

Harry po prostu czekał.

Snape warknął, na siebie i na Harry’ego.

– Przepraszam – powiedział sztywno. – Nie powinienem był rzucać w ciebie przedmiotami, bez względu na to, jakbym nie był zły. Nie powinienem był zachowywać się w ten sposób przy dziecku, nad którym się znęcano. – Pochylił głowę, czując się, jakby jego kark fizycznie odmawiał mu wykonania tego ruchu.

– Nie powinieneś był – powiedział Harry. – Ale miałeś ku temu swoje powody. Powietrze w Sanktuarium przedziera się przez twoje tarcze. Jak się czujesz? Jakie sytuacje ponownie przeżywasz w swoich snach? – Pochylił się do przodu i choć jego badawcze spojrzenie zielonych oczu nie niosło w sobie sondy legilimencyjnej, to i tak było tak intensywne, że Snape poczuł lekkie podenerwowanie.

– Nie muszę o tym z tobą rozmawiać – powiedział Snape. Pomimo swoich starań, ponownie zaczynał osuwać się w warkot. – Ani nie powinienem. Musisz się skupić na własnym leczeniu i otrzymywaniu pomocy.

Harry zaśmiał się sucho.

– I właśnie dlatego uważa pan, że powinniśmy po prostu wrócić do odgrywania ról, jak zawsze? Ja się leczę, a przynajmniej się staram, podczas gdy pan mnie do niego zagania i przy okazji pozostaje zamarzniętym, niezmiennym posągiem. – Pokręcił głową. – To już nie działa, proszę pana. Czy pan tego nie widzi? Gdyby naprawdę ukoił pan wszystkie duchy, które zdają się pana teraz prześladować, to nie straciłby pan tak szybko nad sobą kontroli. Wiem, jak grube potrafią być pańskie mury. Nie sądzę, żeby po prostu słabły w tym miejscu, bez względu na to, czego wieszcze nie mieliby na ten temat do powiedzenia. Wydaje mi się, że emocje, które te sny wywołują, są po prostu tak potężne, że nie da się inaczej z nimi rozprawić.

Snape założył ręce na piersi. Wydaje mu się, że mnie zna? Zignorował niepokojące wrażenie, że Harry prawdopodobnie ma więcej powodów do twierdzenia, że go zna, niż ktokolwiek z żyjących ludzi. Dumbledore znał go lepiej, ale on przynajmniej przeczesał umysł Snape’a, szukając dowodów na jego motywy, kiedy Snape zdecydował się wrócić do Światła. A jego matka…

Nie myśl o niej.

Wypuścił z siebie głęboki oddech, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od oczu Harry’ego. Wydaje mu się, że mnie zna, ale jakoś nigdy nie doszedł do tych samych wniosków, co Eileen. To oznacza, że ignoruje dowody na to, kim naprawdę jestem i do czego jestem zdolny.

– Sam zdecyduję, jak najlepiej podejść do własnego leczenia, Harry – powiedział, sprawiając że jego głos brzmiał na głęboki i spokojny. – Już i tak zdecydowałem się na cierpienie, które te sny we mnie wywołują, podczas gdy mogłem wciąż wywar bezsennych snów i…

– To krok pierwszy – powiedział Harry. – Wciąż postęp, ale niewystarczający. Nigdy by pan mnie nie zaatakował, gdyby te wspomnienia pana potężnie nie osłabiły. Wydaje mi się, że wciąż by pana prześladowały, nawet gdyby wypił pan wywar bezsennych snów. A wiem, że kiedy wrócimy z powrotem do świata, to nie będzie mógł pan pozwolić sobie na takie okazywanie słabości i nie będzie pan tego nawet chciał. Nie chcę widzieć jak pan się waha. Dlatego wydaje mi się, że najlepiej by było, gdyby pan już teraz to w sobie wyleczył.

Snape rzucił bezróżdżkowe, niewerbalne zaklęcie usuwające uroki. Wydawało mu się przez chwilę, że zaskoczy tym siedzącą na miejscu Harry’ego Verę, ukrytą pod jakąś wewnętrzną magią Sanktuarium. Ale zaklęcie podziałało, a Harry wciąż był Harrym, po prostu wywracającym teraz oczami, kiedy poczuł lekkie łaskotanie zaklęcia na swojej skórze.

– Co sprawia panu w tym taką trudność? – zapytał go Harry, w którego głosie pojawiła się nuta zniecierpliwienia. – Przecież to dokładnie ta sama logika, której sam pan mnie tak długo uczył. Lepiej być w jednym kawałku, choćby nie wiem jak to bolało, bo dzięki temu jest się silniejszym, zamiast ignorować swoje słabe punkty.

– Ja jestem w jednym kawałku! – ryknął Snape, po czym zorientował się, że ślina sypie mu się z ust. Czuł, jak furia wije mu się w piersi, czego nie robiła przynajmniej od drugiego roku Harry’ego w Hogwarcie. Wydawało mu się kiedyś, że tylko Black miał na niego taki wpływ. Nawet w czasie rozprawy Jamesa Pottera miał nad sobą więcej kontroli. Pamiętał o tym, czemu to robi i co by się stało, gdyby jego magia wymknęła się i w jakiś sposób uszkodziła Pottera. A teraz…

Teraz nie wiedział, w którą stronę się zwrócić, wszystkie kierunki wydawały się być poplątane.

– Naprawdę chcę panu pomóc – powiedział Harry, któremu oczy lśniły szczerze. – Chcę zobaczyć, jak rozmawia pan z kimś, jeśli nie chce pan znieść myśli o przyjmowaniu pomocy ode mnie. Chcę…

– To niesprawiedliwe, wymagać od ciebie przyjęcia roli dorosłego, który znosi tego rodzaju obowiązki – wypalił Snape w czymś, co nie było tak do końca krzykiem.

Harry ośmielił się prychnąć na niego.

– Noż kurwa mać, a co niby w tym wszystkim sprawiedliwość ma wspólnego? – zapytał. – Żyjemy w takim, a nie w innym świecie. Nie, być może ktoś powinien był się mną zająć, przytulić i dopilnować, żebym nie przyjmował na siebie przedwcześnie obowiązków, ale do tego nie doszło. – Wzruszył ramionami, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od Snape’a. – Dlatego zrobię to, co muszę, a to oznacza leczenie zarówno siebie jak i ciebie.

– Skąd pomysł, że to ty właśnie musisz się tym zająć? – Snape miał wrażenie, że świat krąży wokół niego coraz szybciej i szybciej, zupełnie jakby znajdował się na ostrzu miecza, dzierżonego przez mistrza szermierki.

Harry zamrugał.

– No bo cię kocham. Rzecz jasna.

Snape znajdował się w takim stanie, że nie mógł tak po prostu usłyszeć czegoś takiego i nie zareagować.

Ściany pokoju zatrzęsły się od jego magii. Wąż omenu wzniósł łeb i zasyczał, jego długie ciało się wzburzyło. Wężyca Wielu opadła Harry’emu na ramię, nim nie syknął do niej, powstrzymując przed dalszym ruchem.

– Skoro naprawdę chcesz to załatwić w taki sposób – powiedział Harry.

Jego magia wzniosła się, wychodząc Snape’owi na spotkanie i owijając się najpierw wokół jego stóp, po czym trzęsąc nim w przód i w tył, ale nie pozwalając mu na zderzenie się z czymkolwiek w pokoju. Czuł się jakby obmywany rześkim, wiosennym strumieniem, buzującym zniecierpliwioną mocą, której Snape nigdy nie wyczuł nawet w Mrocznym Panu.

– Jestem od ciebie potężniejszy – przypomniał mu Harry. – Nie zmusisz mnie w ten sposób do odsunięcia się od siebie. – Jego ton był ostry, ale to czułość nim powodowała.

Świat stał się rozmytą masą oślepiającego światła i emocji.

Snape obrócił się na pięcie i uciekł.


Harry niemal poderwał się, żeby za nim pobiec, ale powstrzymał się, kiedy usłyszał syczenie, niczym w gnieździe szerszeni, które otaczało Snape’a. Jego magia będzie atakowała teraz na oślep i po raz kolejny winiłby się o to w chwili, w której wróciłby do siebie. Harry napisał więc tylko krótką notatkę do Very, żeby poleciła swoim gościom jak i innym wieszczom trzymanie się od Snape’a z daleka przez resztę wieczoru – chociaż wydawało mu się, że i tak by to zrobili, jeśli w ogóle są w stanie wyczuwać magię, a Snape prawdopodobnie szybko wróci do swojego pokoju, żeby stworzyć w nim przedmioty, które będzie mógł zniszczyć – po czym pomachał nią w powietrzu. Po chwili pojawił się obok niego biały gołąbek, wyciągając do niego nóżkę, do której przyczepiona była tubka na wiadomość. Harry uśmiechnął się, zwijając swoją notatkę i wsuwając ją do tubki. Gołębie były sowami Sanktuarium, skroplonymi z czystej magii, która wypełniała powietrze. Spełniały wiele różnych zadań.

– Zabierz to do Very, proszę – powiedział.

Gołąbek zatrzepotał skrzydłami, kiwnął głową i zagruchał cicho, po czym wzbił się w powietrze i wyleciał przez okno. Harry odprowadzał go wzrokiem, po czym oparł się znowu na swojej kanapie, kręcąc głową.

Czemu tak głupio się zachowuje? – zapytał oskarżycielsko Argutus, wpełzając płynnie na kanapę i „siadając” obok Harry’ego, co oznaczało zwinięcie się przy nim parę razy w kłębek i wysunięcie łba na poziom jego oczu.

– Bo się boi – powiedział Harry.

Ach. – Argutus obejrzał się na własne łuski. – Cóż, sam się nigdy nie bałem, ale ty tak. Dlatego dla ciebie to pewnie ma więcej sensu.

Harry miał wrażenie, że naprawdę miało. Ale już dłużej nie dopuszczał do tego, żeby tego rodzaju strach rządził jego życiem.

Wstał tak raptownie, że wężyca Wielu zacisnęła się z zaskoczenia na jego szyi. Argutus spojrzał na niego z zaskoczeniem, kiedy Harry ruszył do drzwi.

– Idę się zobaczyć z Draco – powiedział mu Harry, po czym pozwolił wężowi omenu samemu zdecydować, czy chce za nim podążyć, czy nie.

Kiedy tak przeskakiwał po kilka stopni na raz, myślał że tak, naprawdę miał już dość pozwalania strachowi na kontrolowanie jego poczynaniami. Dlatego znajdzie Dracona i jeśli będzie akurat wolny po sesji z Niną, to porozmawia z nim od razu, a jeśli nie, to Harry poczeka. Ale i tak chciał z nim porozmawiać.

Chciał powiedzieć Draconowi, że miał zamiar sprawić sobie nową dłoń.

Chapter Text

Harry westchnął.

– Tak, obiecuję, że zamknę oczy i spróbuję się tym cieszyć jak grzeczny chłopiec. – Spojrzał Verze w oczy, póki nie przytaknęła powoli. Jej nagie stopy plaskały cicho, kiedy szła wokół basenu, kierując się do drzwi.

– Może pomyśl nad tym, Harry – rzuciła spokojnie przez ramię – czemu tak ciężko przychodzi ci przezwyciężenie akurat tego konkretnego elementu twojego treningu.

– Wiem, czemu – burknął Harry, kiedy drzwi zamknęły się za Verą. – Nie podoba mi się to, bo uważam za skończoną głupotę zarówno siedzenie tu, jak i myślenie o tym, czy też fakt, że muszę tak ciężko pracować nad przezwyciężeniem czegoś tak nieważnego. Im więcej wysiłku w coś wkładam, tym bardziej mnie to frustruje, przez co szybciej chcę się poddać.

Ale już powiedział to Verze, a ona po prostu przyglądała się mu spokojnie i zapytała, czy to oznacza, że chce zaprzestać walki ze swoim treningiem. Harry powiedział jej, że nie, więc dalej zajmowali się tymi dziecinnymi – jak dla Harry’ego – sprawami, jak to, w jaki sposób smakuje mu gruszka, czy Harry wolał, jak czuł na twarzy ciepły, czy zimny powiew wiatru, jak właściwie czekolada mu smakowała, kiedy musiał jeść ją powoli i zastanowić się nad nią. Przyzwyczajanie się do smaków, zapachów i innych pomniejszych wrażeń wciąż wydawało się Harry’emu kompletną stratą czasu, ale nie miał też żadnych racjonalnych argumentów, żeby się temu opierać, więc możliwe, że pewnego dnia fakt, że będzie w stanie wybrać między owsianką a czekoladową przyda się…

Cóż. Komuś. Może nawet jemu.

Omiótł niechętnym wzrokiem basen. Było to kamienne wgłębienie w podłodze pokoju, który wieszcze nazywali Pokojem Relaksacyjnym, ponieważ, jak mu Vera powiedziała, wieszcze nie byli szczególnie kreatywni w wymyślaniu nazw. Miał w sobie skoncentrowaną wersję powietrza, które unosiło się wszędzie w Sanktuarium, które powoli przebijało się przez emocjonalne bariery każdej znajdującej się w nim osoby, niczym morze żłobiące w kamieniu i tworzył coś, co okazywało się niezbędne dla danej osoby do uspokojenia się, niczym dobrze nastrojony Pokój Życzeń. Basen gorącej wody pojawiał się za każdym razem, kiedy Harry tu wchodził. Pokój najwyraźniej uważał, że Harry powinien najpierw przyzwyczaić się do tego – co więcej, czerpać z tego przyjemność – nim będzie mógł zaoferować mu cokolwiek innego.

Harry wciąż miał najwięcej problemów z przezwyciężeniem treningu, jaki otrzymał od matki w kwestii wzdragania się przed dotykiem. Był w stanie tolerować kilka minut przytulania, albo delikatny dotyk Dracona, do którego już zdążył się przyzwyczaić. Udało mu się nawet zrobić znacznie więcej w czasie rytuału w noc Walpurgi, co usiłował przedstawić Verze jako dowód na to, że naprawdę minął na tej ścieżce więcej przeszkód, niż jej się wydawało.

Poprosiła go więc o spędzenie dziesięciu minut w basenie Pokoju Relaksacyjnego bez wiercenia się i pragnienia, żeby wyjść.

Póki co Harry zdołał wysiedzieć zaledwie pięć minut bez wiercenia się i tylko pół godziny w sumie, nim mieszanka zniecierpliwienia i dyskomfortu nie wyciągnęła go z wody. Przecież istniało tak wiele innych, ciekawszych spraw, którymi mógłby się zajmować w tym czasie, jak na przykład wędrowanie po Sanktuarium i sprawdzanie wszystkich pokoi, a następnie, jeśli znajdzie jakąś interesującą magię, nauczenie się jej.

Tym razem jednak miał zamiar wysiedzieć tu pełną godzinę. Tak sobie obiecał, kiedy rozpinał swoje szaty za pomocą dłoni i pół–permanentnego zaklęcia lewitującego, które zawsze unosiło się wokół niego. Wytrzyma całą godzinę i pójdzie porozmawiać o tym z Verą bez wywracania oczami. Może wtedy pozwoli mu wreszcie na zajęcie się czymś użytecznym.

Zrzucił z siebie też koszulkę i spodnie, starając się zignorować przerażony skrzek z tyłu swojej głowy. Czuł się zdecydowanie za bardzo bezbronny, zwłaszcza w kompletnie obcym mu miejscu; niemal przyzwyczaił się do robienia tego w sypialni Slytherinu. Chciał obłożyć drzwi osłonami, albo, co byłoby jeszcze lepsze, zebrać swoje porozwalane ciuchy, nałożyć je z powrotem i wyjść, zachowując jeszcze resztki godności.

Ale nie mogę, więc tego nie zrobię, pomyślał, powoli zanurzając się w wodzie. Basen był wystarczająco duży, że mógł się w nim położyć i nawet przeciągnąć. Vera ostrzegła go pierwszego dnia, żeby przypadkiem nie zasnął i się nie utopił, ale nie powtórzyła tego ostrzeżenia, kiedy zobaczyła, jak bardzo Harry nie jest w stanie odprężyć się w takim miejscu.

Harry usiadł na niewielkim kamiennym stopniu, który znajdował się odrobinę pod wodą, po czym rozejrzał się ostrożnie. Tak, był w stanie zobaczyć stąd każdego, kto spróbowałby otworzyć drzwi i podejść do niego. Tak, wystarczająca ilość jego ciała znajdowała się poza wodą, żeby był w stanie zerwać się na nogi w razie ataku. Tak, woda była gęsta i wystarczająco mętna, z lśniącą poświatą gorących źródeł, więc o ile ktoś nie sprawdzi pozostawionych przez niego ubrań, to nie domyśli się, że nie siedzi w nim kompletnie nagi.

Spróbował się odchylić i zamknąć oczy. Okazało się to niemożliwe. Czuł się, jakby jego kark był jedną, sztywną kością, albo wyschniętym patykiem, który opiera się o kamień, a jego oczy pozostawały z uporem otwarte, wpatrzone w sufit.

Woda ocierała mu się o skórę niczym gluty.

Harry z wysiłkiem zamknął oczy. Zmusił się do przypomnienia, w jaki sposób Lily go do tego trenowała – poprzez tworzenie ciepłego wrażenia, a zaraz po nim jakiegoś obrzydliwego, albo oblewając go lodowatą wodą i pozwalając mu powoli schnąć, bez używania zaklęć, bez wycierania go puszystym ręcznikiem i kładzenia go do łóżka. To była po prostu sekwencja wydarzeń, albo sekwencja zaklęć, w niektórych przypadkach. Wryły mu się w głowę, ale co z tego? Przecież inne rzeczy też próbowały się mu wryć w głowę, jak na przykład Tom Riddle ze swoim opętaniem. Nie pozwolił im na to. Nie było już żadnego powodu do kojarzenia owijającej się wokół niego wody z ideą, że może nie być w stanie uratować Connora na czas, żadnych powodów do odczuwania wrażenia, jakby w każdym miejscu, w którym dotykała go woda, pełzały po nim ślimaki.

Przecież Connora nawet tu nie było, na litość Merlina, a już na pewno jego matki.

Ale natarczywe myśli wciąż tu były. Wiły się wokół niego i zwróciły mu uwagę na to, co powiedziała mu Vera, że nauka tolerowania tego rodzaju wrażeń, a nawet odprężania się przy nich, oznaczała też pogodzenie się z myślą, że czasami może być bezbronny i nie będzie w stanie nikogo uratować. Ale myśli poszły kawałek dalej. Czy mógł sobie pozwolić na coś takiego? Harry naprawdę w to wątpił. Chwila spokoju może oznaczać chwilę, w której Voldemort przypuści atak. Chwila relaksu może oznaczać, że straci równowagę, czy jego refleks okaże się niedostatecznie szybki, żeby uderzyć, odskoczyć, albo wyskoczyć z wody, żeby ochronić swoich bliskich.

Przecież to może mu wręcz zaszkodzić, takie leczenie się z tej części treningu. Inne elementy, owszem, nawet jeśli wciąż nie był w stanie zrozumieć, w jaki sposób ktokolwiek poza nim skorzysta na tym, w jaki sposób smakuje mu gruszka, ale to? Wyjątkowo niebezpieczne.

Odczuwając ulgę, że wreszcie znalazł sobie usprawiedliwienie, żeby nie siedzieć już dłużej w wodzie, Harry zaczął wstawać. Wtedy zobaczył, jak drzwi do Pokoju Relaksacyjnego się otwierają, więc zanurzył się w nim z powrotem. Serce waliło mu jak młot, a magia wokół niego gwałtownie pobudziła się do życia. Czyżby jednak jakiś wróg zdołał przedostać się do Sanktuarium? Taki, który skrzywdzi go bez wahania? A może to była zwykła pomyłka? Harry’emu wydawało się, że Vera powiadomiła innych gości i wieszczy o tym, że teraz on korzystał z tego basenu, żeby przypadkiem tu nie weszli, ale może komuś umknęło to ogłoszenie.

– Harry.

Gorzej. To nie był przypadkowy gość, ani wróg, który miał zamiar zaskoczyć go w bezbronnej sytuacji.

To był Draco.

Harry zanurzył się jeszcze głębiej pod wodą, mimo że teraz już trzęsło nim z odrazy, a poczuł się jeszcze gorzej, kiedy płyn okrążył mu nasadę szyi. Draco podszedł do brzegu basenu i stał tam, po prostu mu się przyglądając z przechyloną głową i oczami przymrużonymi z rozbawienia, choć uśmiech nie pojawił się na jego twarzy.

– Draco. – Harry nienawidził tego, jak strasznie roztrzęsiony był teraz jego głos. – Co się stało? Czy coś się stało Snape’owi?

– Nic się nie stało – powiedział lekkim tonem Draco. – Po prostu przypomniałem sobie, co wspomniałeś o twoim leczeniu parę dni temu, tym z ciepłą wodą, więc chciałem się pojawić i zobaczyć, jak ci idzie. Nina powiedziała mi dziś, że uważa, że większość skażenia Voldemorta już zniknęło z mojego umysłu. Wciąż będzie się ze mną widzieć każdego dnia, jaki tu spędzę, ale ostatnie fragmenty są już wyjątkowo małe i poszarpane, porozpraszane wokół całej mojej duszy.

– To wspaniale – powiedział Harry, żałując, że nie jest w stanie okazać więcej entuzjazmu. Naprawdę ciężko mu to przychodziło, kiedy Draco przyglądał mu się, jakby był czekoladową żabą. – Ale… Draco, naprawdę nie czuję się komfortowo, jak tak nade mną stoisz. – No. Najlepiej być tak bezpośrednim jak to możliwe. Kłamstwo tylko wszystko pogmatwa. – Czy mógłbyś stąd wyjść?

– Czemu? – zapytał Draco. – Czy ty właśnie zbierałeś się do wyjścia?

– Obiecałem sobie, że zostanę tu przynajmniej przez godzinę – powiedział Harry. Cholera jasna. On raczej nie wysłucha mojego rozumowania równie spokojnie co Vera. – Ale przyszło mi do głowy, że może jednak przyzwyczajanie się do czegoś takiego może nie być takim dobrym pomysłem. Przyzwyczajanie się do poczucia bezradności? Odprężanie się do stopnia, w którym mogłoby mi grozić zaśnięcie? – Pokręcił głową, przeczesując palcami włosy. To wrażenie nie było równie obrzydliwe co to, co czuł na skórze, ponieważ przyzwyczaił się do niego pod prysznicem czy w czasie meczy quidditcha, ale przynajmniej teraz mógł się skupić na czymś innym. – Naprawdę nie powinienem przyzwyczajać się do czegoś takiego.

– Harry.

Harry zamrugał. Spodziewał się, że Draco będzie brzmiał na rozczarowanego. Zamiast tego, jego ton był po prostu… łagodny, jakby bardzo starał się nie spłoszyć jakiegoś wyjątkowo nerwowego zwierzątka Hagrida. Wstał i zaczął krążyć wokół Harry’ego. Harry momentalnie zaczął obracać się wokół własnej osi, potrzebując mieć go na oku. Oczywiście, to był Draco, którego kochał i któremu ufał, ale to były tylko myśli w jego głowie. Wszystkie jego instynkty mówiły mu właśnie, że znajduje się w wodzie, praktycznie nagi, podczas gdy na brzegu znajdował się wróg, w pełni ubrany i mający przewagę polegającą na wysokości swojego położenia. Jeśli Harry straci go z oczu… Ramiona spięły mu się na tę myśl.

– Chcę, żebyś był w stanie się odprężyć – wyszeptał Draco. – Nie tylko w czasie nocy Walpurgi, czy też w czasie innych naszych rytuałów. Nasze życie będzie składało się z całego mnóstwa dni, które będziemy dzielili ze sobą poza wszelkimi rytuałami i chcę, żebyś był w stanie się wtedy odprężyć i zasnąć mi w ramionach. Wcześniej ci się udawało. Czemu nie teraz?

– Wcześniej byliśmy sobie bardziej równi – powiedział Harry. Kark zaczynał go już boleć od niewygodnego kąta, pod jakim ciągle go wyginał. – Na przykład, obaj byliśmy wycieńczeni. Obaj wracaliśmy do siebie po psychicznych obrażeniach. Obaj byliśmy ubrani. – To ostatnie wymknęło mu się, zanim zdążył się powstrzymać, po czym skrzywił się, widząc minę Dracona. Przynajmniej teraz, skoro już mieli się o to pokłócić, to przynajmniej argumenty Dracona zaczną dotyczyć wszystkich komplikacji tego, że Harry nie jest w stanie się przy nim odprężyć, o ile nie są sobie równi.

Nie rozpoczęła się żadna kłótnia. Zamiast tego Draco po prostu przykucnął przy brzegu basenu.

– Czy to pomaga? – zapytał.

Nieco napięcia spłynęło z karku i ramion Harry’ego. Był nawet zdolny do przytaknięcia.

– Tak – powiedział. – Pomaga. – Oczywiście, teraz, kiedy już nie musiał myśleć o potencjalnym zagrożeniu w postaci Dracona, zaczął znowu myśleć o basenie. Zadrżał. Miał wrażenie, jakby mrówki wędrowały mu wzdłuż kręgosłupa. Położył dłoń na stopniu, na którym wcześniej siedział, żeby wypchnąć się z wody.

– A jeśli wejdę z tobą do basenu? – zapytał Draco, rozpraszając go.

Nie. – Harry usłyszał ostry dźwięk paniki w swoim głosie i Draco najwyraźniej również go usłyszał. Kiwnął z namysłem głową, po czym wykonał lekki gest rękami. Harry zagapił się na niego, nie rozumiejąc.

– Odwróć się, Harry – wymamrotał Draco. – Pomasuję ci ramiona. Dotknę twoich włosów. Być może sama woda nie jest w stanie cię odprężyć, ale połączenie wody z moim dotykiem coś zdziała.

Harry wyrzucił z siebie dźwięk, który miał być śmiechem. Nie do końca mu wyszedł.

– Draco, nie sądzę, żebyś był w stanie powstrzymać mnie od myślenia o tym, że jestem praktycznie nagi, podczas gdy ty jesteś ubrany. Naprawdę wszystko byłoby znacznie prostsze, gdybyś po prostu pozwolił mi się ubrać.

– A co, jeśli to po prostu kolejny fragment treningu, który musisz przezwyciężyć? – Draco przechylił głowę, przyglądając mu się. – Oczywiście, nie zrobię tego, jeśli naprawdę tego nie chcesz, Harry, ale naprawdę wydaje mi się, że prędzej czy później ten temat i tak pojawi się między nami. Skoro nie możesz mi zaufać, kiedy nie masz na sobie szat, to komu możesz zaufać?

Czasami Harry nie tylko nie znosił własnego rozsądnego podejścia do wszystkiego, który zmuszał go teraz do rozpatrzenia argumentów obu stron i zorientowania się, że druga strona też może mieć rację. Odwrócił się powoli, starając się przekonać samego siebie, że woda nie składała się z mrówek i nie była pełna ślimaków i doprawdy, przecież sam jest w stanie zobaczyć, że tak nie jest. Dlatego przysunął swoje ramiona do Dracona, mimo że same się spięły, kiedy usłyszał jak Draco przechodzi przez płytką kałużę, spowodowaną przez któreś z obrotów Harry’ego, którym najwyraźniej musiał wylać nieco wody.

– Wszystko będzie dobrze – wyszeptał mu Draco na ucho i w chwilę później dotknął ramion Harry’ego.

Harry’emu przyszło do głowy, że gdyby odzyskał dłoń, to mógłby zrobić to samo Draconowi. Prychnął wbrew sobie, wbrew temu, że ugniatające mu skórę palce Dracona były… silne, dziwne, ale nie jakieś szczególnie przyjemne. Oto nowy motyw do odzyskania ręki. Zemsta na Draco.

– Jesteś pod dziwnym kątem – jęknął Draco. – Czy możesz się przesunąć?

Harry obejrzał się, żeby na niego łypnąć, ale przyszło mu to z trudem; wyłapał wzrokiem tylko nieco blond włosów i pochyloną głowę.

– Sam się rusz – burknął.

Draco spojrzał na niego po prostu i zaczekał.

Harry zorientował się wtedy, że zmiana pozycji posadzi go na wyższym stopniu, przez co odsłoni przed Draconem więcej skóry. Znaczy, o ile przesunie się w prawo. Mógłby zawsze przesunąć się w lewo, udając, że wydawało mu się, że o to właśnie chodziło Draconowi. Wciągnął głęboko powietrze nosem.

No mógłbym. Ale to byłoby tylko dalsze igranie z moim treningiem, a ja już naprawdę mam dość ciągłego wrażenia, jakby mrówki chodziły mi po ciele za każdym razem, kiedy usiłuję się wykąpać. Może jednak nie powinienem myśleć o tym, jak o czymś co może przydać się w wojnie. Być może samo pragnienie nie odczuwania tego dyskomfortu to wystarczający powód.

Z wahaniem przesunął się w prawo. Usłyszał jak Draco wzdycha cicho i zastanowił się, czemu. Być może był po prostu zaskoczony, że Harry faktycznie zrobił to, o co go poproszono. Zaraz potem jego dłonie zaczęły mocniej ugniatać jego barki.

Harry spróbował się skupić na tym dotyku i znaleźć w nim coś przyjemnego. Ciągły strach przed wszechobecnym dyskomfortem sprawiał jednak, że jego mięśnie wciąż były koszmarnie spięte.

– Czekaj chwilę – powiedział nagle Draco. – Może to pomoże.

Jego prawa dłoń oderwała się od ramienia Harry’ego i Harry usłyszał jak wyciąga różdżkę. Wymamrotał jakieś zaklęcie. Kiedy jego ręka wróciła na miejsce, była pokryta jakąś gęstą, miękką i ciepłą mazią, która pachniała jak świeżo wypieczony chleb.

Harry drgnął, kiedy Draco zaczął wcierać mu to cholerstwo w kark. Jego mięśnie rozluźniły się pod mazią w sposób, w jaki najwyraźniej nie były w stanie zrobić tego w wodzie – być może większe zagęszczenie wystarczyło do oszukania jego treningu – i owionął go zapach chleba. Harry miał wrażenie, że wie, czemu Draco wybrał właśnie to; wszedł z nim do kuchni tamtego dnia, kiedy Harry przyznał, że podoba mu się ten zapach, zwłaszcza kiedy nie musi o nim myśleć jak o czymś, co ma związek z jedzeniem.

Zaczął poluźniać swoje mięśnie, jeden za drugim, korzystając z zapachu jako punktu zaczepienia. Nie przebywał w żadnym niebezpiecznym miejscu, przekonywał sam siebie. Nie był tu nikt, kto chciałby go skrzywdzić. Przebywał w przyjemnym miejscu, w którym skrzaty domowe krzątały się zaraz za nim, przygotowując chleb. Niebawem pojawi się taca z jedzeniem i może jakaś filozoficzna rozmowa.

Powoli, powoli zdawało się to działać. Harry poczuł, jak powoli zaczyna osuwać się niżej do basenu. To mogła być po prostu sprawka grawitacji. Nie sądził, żeby to było tylko to. A gluty, które obejmowały mu boki okazały się być… cóż, tylko wodą, nie pozostałością po ślimakach. Pozwolił, żeby głowa opadła mu do tyłu, choć wciąż nie otwierał oczu. Chyba by nie zniósł teraz widoku miny Dracona.

Jego umysł pozostawał dziwnie skupiony na samym środku, na jasnym punkcie koncentracji zebranym wokół obrazu samego siebie, jedzącego chleb i omawiającego jakiś niejasny element Wielkiej Ujednoliconej Teorii z kimś, kogo twarz ciągle ulegała zmianie, ale po bokach zaczynała czaić się mgła. Kiedyś Harry uważałby tę mgłę za niebezpieczną i walczyłby o zachowanie klarowności myślenia. Teraz jednak, dzięki zapachowi i świadomości, że Draco był jedyną poza nim osobą w Pokoju Relaksacyjnym, czego, dzięki swojej magii, mógł być absolutnie pewny, nie musiał tego robić.

Poza tym, już kiedyś czuł się w ten sposób. To było tej nocy, kiedy Marietta Edgecombe rzuciła na niego klątwę krwawego bicza i musiał znosić Dracona, który starał się uwodzeniem wyciągnąć z niego odpowiedź. Harry niemalże poddał się wtedy tej mgle, która, jak teraz wiedział, musiała być po części zaufaniem i po części podnieceniem. A wtedy nawet tego nie chciał, bo bał się, że jak tylko Draco pozna imię Marietty, to ją skrzywdzi.

Teraz nie miał żadnych powodów do opierania się temu.

Głowa opadła mu na bok, tym razem naprawdę dlatego, że już nie był w stanie dłużej trzymać jej w górze. Poczuł, jak przez głowę przemyka mu przelotna myśl, że powinien uważać, żeby nie zanurzyć się pod powierzchnię wody, ale zaraz potem poczuł pod policzkiem chłód kamienia. Wyglądało na to, że leżał tuż przy brzegu basenu. Zapach chleba, ciepło wody i dotyk dłoni Dracona wciąż krążyły wokół niego, utrzymując go w równowadze, skupionego na idei fizycznych doznań, nie pozwalając mu na ucieczkę z powrotem w strach.

Wiedział, że powinien się bać, albo przynajmniej czuć się niekomfortowo. Ciągle sięgał mentalną dłonią w kierunku tego wrażenia. Ale ilekroć starał się wyciągnąć te emocje na wierzch, rozmywały się one w litanii cichych słów i dotyku miękkich dłoni.

Było mu przyjemnie. Zdawał sobie z tego sprawę. Ale przyjemność zakradła się na niego jak wszystko inne, powoli, bez poczucia, że powinien się z nią pośpieszyć. Po co miałby się śpieszyć? Przecież miał czas. Żadnej walki jutro, żadnych rozmów do przeprowadzenia o obronie czy leczeniu. Gdyby tylko chciał, mógłby po prostu myśleć o własnym oddechu, który mu wpływał i wypływał z płuc, dlatego też właśnie to robił przez kilka minut, przez co zauważył, że jego oddechy robiły się coraz głębsze, powolniejsze, łagodniejsze.

Było mu tak przyjemnie. Było mu…

Czy nie było mu zbyt przyjemnie?

Jedna z gładzących go dłoni musnęła miejsce na jego karku, o którego istnieniu Harry mniej więcej wiedział, ale nigdy nie był w stanie znaleźć go samemu, a przyjemność nagle wyostrzyła się i sprawiła, że jęknął. Ale dłoń szybko się wycofała, a kiedy druga przemknęła mu pod głową, żeby ponownie dotknąć go w tym samym miejscu, Harry nie miał najmniejszych problemów z zaakceptowaniem tego dotyku jako będącego częścią tego zamglonego, niewyraźnego świata.

Nie miał pojęcia, jak długo unosił się w ten sposób, w przyjemności, która ledwie graniczyła z przytłaczającą, od czego by spanikował, ale zawsze lekko odpychała tę granicę coraz dalej i dalej. Wokół niego istniało tak wiele innych spraw, na których mógłby się skupić: zapach, kontrast zimnego kamienia i ciepłej wody, dłonie, słowa w jego uszach, które czasami brzmiały jak jego imię, a czasami jak coś urzekającego, widok rozmytego, białego świata, kiedy otworzył oczy. Ktoś zdjął mu okulary. Harry odkrył, że wcale mu to nie przeszkadza. Pozwolił sobie na powrót do miejsca, w którym to było w porządku, bo naprawdę ufał Draconowi. Jak sam to ujął, jeśli nie mógł ufać jemu, to komu?

Jedno brakowało. Pyszne zapachy, kojący dotyk, drogi dźwięk i przyjemne widoki, ale brakowało smaku. Harry zaczekał, śledząc postępy Dracona bardziej swoimi wiotkimi mięśniami, niż oczami, póki nie upewnił się, że twarz Dracona zawisła tuż nad jego.

I otworzył usta.

Po chwili wahania, Draco go pocałował.

Harry nie spodziewał się, że pocałunek okaże się tak upajający. Przecież był odprężony. Słyszał też historie o upajających pocałunkach i łamiących serce deklaracjach prawdziwych miłości, ale one przecież występowały tylko w opowieściach, nie w prawdziwym życiu.

Ten był… ich godny. Był ciepły, senny i och taki wspaniały, że nie zniszczył świata, w który Harry się owinął, ale i tak przeszył go na wskroś, niczym piorun uderzający drzewo. Harry poczuł, jak coś w nim pęka, prawdopodobnie jedna z barier wzniesiona przez jego trening, roziskrza się, zaczyna dymić i płonąć, aż wreszcie, po kilku chwilach, zmieniła się w popiół.

Wydawało mu się, że przyjemne sytuacje były złe, ale nic, co było aż takie przyjemne, nie mogło być złe.

Ciągnął pocałunek jeszcze przez kilka chwil, po czym pozwolił, żeby głowa osunęła mu się bezwładnie na bok i westchnął. Chwilę później zasnął, a rozmyta, biała mgła ustąpiła przez elegancką ciemnością.


Draco wiedział, że zaklęcia w Pokoju Relaksacyjnym pomogły Harry’emu na osiągnięcie tego stanu kompletnego odprężenia, nawet jeśli tylko trochę. Z drugiej strony, Harry powiedział mu wczoraj, że jego magia tak na dobrą sprawę neguje wszystkie efekty tych zaklęć. Powietrze w Sanktuarium było subtelne i na tyle niezauważalne, że zdołało opuścić jego bariery zanim się zorientował, ale w Pokoju Relaksacyjnym było tak skoncentrowane, że Harry wznosił magię w samoobronie.

Kiedy Draco zaczął go dotykać, był taki spięty, że Draco obawiał się, że będzie musiał lada moment przestać. A teraz Harry spał z lekkim uśmiechem na ustach, a Dracona kusiło, żeby nie przestawać i dalej go dotykać.

Przypomniał sobie surowo, że znacznie ciekawiej będzie, kiedy Harry nie będzie spał w czasie tego rodzaju nieprzerywanego, niekończącego się dotykania, więc łagodnie wyciągnął go z basenu, rzucając na niego zaklęcie odciążające, kiedy niespodziewanie ugiął się, próbując samemu go udźwignąć. Następnie wyprostował się, pozwalając sobie na zauważenie wszystkich tych szczegółów, przez które Harry zwykle marszczył na niego brwi w niezrozumieniu: to, jak delikatnie oddychał, jak jego dłoń zwisała bezwładnie, kiedy nie potrzebował jej do rzucenia zaklęcia albo obrony przed kimś, cicha ciemność blizny w kształcie błyskawicy pod grzywką. Draco nie widział, żeby ta blizna zapłonęła czerwienią odkąd pokonali Voldemorta, co miało miejsce już niemal miesiąc temu. Uznał to za oznakę, że Harry naprawdę się leczył, że odległość, jaka dzieliła Sanktuarium od reszty świata, w jakiś sposób nie dopuszczała do niego nawet Mrocznego Pana.

O ile w ogóle jest w stanie go sięgnąć. O ile w ogóle się stara. Ja z całą pewnością nie próbowałbym sięgnąć w kierunku czarodzieja, który wyrył mi dziurę w magicznym rdzeniu.

Draco łagodnie ruszył w kierunku sypialni Harry’ego. O tym też nie pozwolił sobie zapomnieć. Czarodziej w jego ramionach zmiótł wilkołaka z powierzchni ziemi wyłącznie dlatego, że ten wilkołak zagroził Draconowi, oraz wyciął dziurę w magicznym rdzeniu jednego z najpotężniejszych Mrocznych Panów.

Draco nie wiedział, czy to była sprzeczność, czy też może miał po prostu na tyle szczęścia, że Harry był w stanie ucieleśniać obie te ekstremalne sprzeczności bez eksplodowania przy okazji.

Położył Harry’ego do łóżka praktycznie nagiego; uważał, że Harry zasługuje dla odmiany na odczucie pościeli na gołej skórze. Następnie napisał krótką notatkę, w której wyjaśnił mu szczegóły dotyczące ich następnego rytuału, o których miał zamiar poinformować dzisiaj Harry’ego, ale nie zdążył, bo ten zasnął. Następnie wyszedł, żeby pozbierać jego ubrania.

Czuł cichą, głęboką satysfakcję, która zdawała się przeciekać do wszystkich jego kończyn i wysoko uniesionej głowy, która wyczuwała, jak słodko i świeżo pachniało poranne powietrze. Naprawdę nie sądził, żeby to było tak do końca związane z trzema ostatnimi dniami deszczu. Draco zastanawiał się, czy tak właśnie czują się ludzie, którzy są zakochani i już do tego przyzwyczajeni.


Harry postukał palcami w rękaw swojej szaty, zastanawiając się, czy Draco w ogóle się pojawi. Następnie zganił się za bycie idiotą. Draco pojawiłby się nawet, gdyby miał połamane obie ręce i nogi. To był ich drugi z trzynastu rytuałów.

Harry niechętnie się do tego przyznawał, kiedy tak chodził przed złotymi drzwiami, że potrzebował tego rytuału równie mocno co Draco. Będzie to miła przerwa od niekończących się rozmów ze Snape’em, które ciągle kończyły się zaganianiem go w mentalny kozi róg. Harry był niemal pewien, że jego sny się pogarszały i że Snape wciąż z nikim o nich nie porozmawiał. To tylko sprawiało, że robił się coraz bardziej zirytowany i zdeterminowany do bronienia własnego stanowiska, a im bardziej tracił nad sobą panowanie, tym bardziej usiłował trzymać wszystkie emocje pod kluczem, nawet jeśli wszystkie zdawały się z niego, niemal dosłownie, wylewać. Dzisiaj eksplodowały i Snape wypalił, że nigdy więcej nie chce widzieć Harry’ego na oczy.

Magia Harry’ego wyłapała te słowa, po czym powtarzała je Snape’owi, jak tylko skończył się na niego wydzierać, póki twarz Snape’a nie nabrała koloru starego sera. Harry powiedział mu cicho, że zdaje sobie sprawę z tego, że Snape nie mógł mieć tego na myśli, po czym odwrócił się i wyszedł.

To były szesnaste urodziny jego i Connora, trzydziesty pierwszy lipca, oraz, prawdopodobnie niespecjalnie przypadkowo – Harry miał wrażenie, że Draco specjalnie wybrał dla nich rytuał, który wyjątkowo ciężko polegał na datach – dzień przed starym świętem Lammas, kwartał od Walpurgi. Harry zauważył, że promienie słońca lśniły dziś lekko. Z tego, co Draco powiedział mu o tym szczególnym rytuale, to nie było takie zaskakujące.

Sam też wybrał pokój w Sanktuarium, w którym mieli to świętować, ponieważ to do niego należało znalezienie miejsca, które najlepiej odda istotę światła słonecznego.

– Tu jesteś.

Harry obrócił się z lekkim uśmiechem. Draco zbiegał po schodach z tarasu powyżej, poprawiając swoje szaty i kołnierzyk. Miał ciemnoniebieskie szaty, koloru rozgwieżdżonego nieba, obszyte srebrem, kolorem księżyca. Harry również miał na sobie ciemne szaty, ale ich brzeg był obszyty lśniącymi, złotymi nićmi.

Draco zatrzymał się przed nim i przyjrzał mu się uważnie. Wreszcie kiwnął głową.

– Dobrze – powiedział. Następnie jego głos nabrał oficjalnego wydźwięku. – Przynosimy ze sobą światło gwiazd i księżyca, żeby wzięły z nami udział w tej ceremonii, która odbędzie się pomiędzy letnim przesileniem a Mabon, obu świąt kłaniających się słońcu.

Harry zobaczył delikatny poblask budzącego się między nimi w powietrzu ognia, niczym światło świecy. Chwilę później zaczęło krążyć wokół nich, zamykając w złotym kręgu, z dala od reszty świata. Pochylił głowę przed Draconem i wyciągnął do niego rękę.

– Możemy świętować w świetle słońca – powiedział. – Ale możemy też świętować, przyjmując słońce do naszych serc. Czy pójdziesz ze mną, Draconie, i pomożesz mi wprowadzić słońce do tych czterech ścian, gdzie jego miejsce?

Uśmiech Dracona był niespodziewanie kruchy. Uścisnął dłoń Harry’ego.

– Pójdę.

Harry odwrócił się i podniósł brew. Złote drzwi, prowadzące do wybranego przez niego pokoju, otworzyły się przed nimi i wprowadził do niego Dracona.


Draco nie był jeszcze w tym pokoju, bo to Harry go wybrał. Na tym polegał właśnie ich układ; ta część rytuału znajdowała się pod kontrolą i przewodnictwem Harry’ego, zarówno dlatego, że uwodzony partner musiał się tym zająć, jak i dlatego, że to były jego urodziny.

Nie wiedział właściwie, czego się spodziewać. Może pokoju pełnego luster, tego, który pomógł Harry’emu odkryć sposób wyleczenia swojego nadgarstka. Draco miał wrażenie, że to naprawdę mogłoby okazać się godne ich rytuału. Zobaczyliby swoje prawdziwe postacie, stojące pośród miliarda innych. Był ciekaw, w jak wielu z tych światów jego obecność obok Harry’ego była gwarantowana.

Zamiast tego weszli do pokoju, który w pierwszej chwili wydawał się długi, niski i ciemny. Następnie Draco zorientował się, że wydawał się taki wyłącznie przez światło, które lśniło w samym jego środku. Jego blask był tak intensywny, że wszystko wokół wydawało się być przyćmione.

– Chodź, Draco – wyszeptał Harry, ciągnąc go za sobą. Te słowa nie były elementem rytuału, ale też go nie zakłóciły.

– Co… – Draco urwał, kiedy źródło światła znalazło się bliżej. Na ziemi rozciągał się basen płynnego złota. Draco nie wiedział, czemu tak mu to imponowało. Ostatecznie już widział coś w tym stylu, nawet większego, w Srebrnym Lustrze, rodzinnym domu Blacków, który Harry odziedziczył, kiedy Regulus Black wszedł do jednego z ich portretów. A ten basen w dodatku wyciekał złotymi smugami po łańcuchach, żeby oświetlać lampy.

Ten basen jednak był znacznie bardziej dziki. Draco zrozumiał to, widząc przemykające nad jego powierzchnią liźnięcia ognia, które wyskakiwały z basenu, po czym opadały z powrotem niczym miękki, gorący deszcz. A może jednak nie taki miękki; powierzchnia basenu wygięła się w miejscach uderzeń i krople wpadły do głębokich lejów. Na powierzchni tańczyły również ciemne punkty, pojawiając się w przypadkowych miejscach i zanikając bez żadnego ładu i składu. Draco czuł jego ciepło, które narastało w miarę, jak się zbliżali, póki pot nie zaczął się skraplać na jego skórze, a ciężkie, formalne szaty wisiały na nim niewygodnie.

– Co to jest? – wyszeptał do Harry’ego.

Harry zerknął na niego bystro.

– Zgodnie z rytuałem, miałeś mi zaufać.

Draco zamknął usta i pozwolił Harry’emu pozostawić się przy basenie, kiedy sam powoli go okrążał. Wreszcie zatrzymał się dokładnie po przeciwnej od Dracona stronie. W tym samym momencie basen zwrócił na nich uwagę.

Draco westchnął nagle. Tylko raz widział coś takiego, w „pokoju uwodzenia” w Hogwarcie, który mógł pokazać parze ich najszczęśliwszą możliwą przyszłość. Tutaj jednakże magia pokoju po prostu sięgnęła do ich umysłów, wyciągnęła z nich wszystkie możliwości i odzwierciedliła je.

To było… wciągające. Draco czuł, jak basen mu się przygląda, jak agresywne, jasne światło pada mu na duszę. W tym samym czasie patrzył się w głąb basenu z wrażeniem, że opada w dół pośród niekończących się potoków złota.

– To jest słoneczny basen – powiedział Harry, którego głos dobywał się gdzieś za całym tym światłem. – Przedstawia sobą praktykowane na świecie przepowiadanie przyszłości; Vera powiedziała mi, że wieszczom wydaje się, że prawdopodobnie jest to gdzieś w Kanadzie. Odzwierciedla faktyczną powierzchnię słońca, włącznie ze wszystkimi jego plamami, czy eksplozjami na powierzchni. Kiedy powiedziałeś mi, że potrzebowalibyśmy odkryć ukryte w nas Światło i Mrok, to uznałem, że to miejsce będzie idealne.

Draco odetchnął ciężko. Wciąż nie widział niczego poza światłem, tak jasnym, że bał się, co będzie, kiedy odwróci wzrok od basenu.

– I co, teraz przestaniemy widzieć cokolwiek, na co nie pada światło słoneczne?

– Nie. – Głos Harry’ego był łagodny i rozbawiony. – Draco, spójrz na mnie.

Draco podniósł głowę, mocno mrugając i odkrył, że bez problemu widział wszystko wokół, nie miał nawet powidoków. Harry wyciągnął rękę przed siebie.

– Ten basen działa nieco inaczej, głównie dlatego, że znajdujemy się w Sanktuarium – wymamrotał Harry. – Podejrzewam, że nie ma innego wyjścia. Nikt tutaj nie praktykuje słonecznego wejrzenia, a tego rodzaju magia Światła jest zwykle tak potężna, że wchodzi w interakcję z inną magią Światła, jak tą wieszczy. – Skupił się na basenie, a Draco zobaczył, że jego oczy były szeroko otwarte i nie mrugające, niemal kocie. – Veritas – powiedział cicho.

Słoneczny basen zaczął intensywnie lśnić. Draco jeszcze nigdy nie wyobrażał sobie tak potężnej burzy świateł i ciepła. Czuł, że oczy zaczynają mu łzawić. Nie pojmował, jakim cudem jeszcze nie oślepł.

I wtedy słoneczny basen sięgnął i wyjął coś z niego. Draco zamrugał, patrząc jak wirująca kulka opada na powierzchnię basenu. Część jej była ciemnozłota, ledwie widoczna na tle przytłaczających promieni; reszta była ciemnozielona. W miarę, jak Draco patrzył, kompletnie oczarowany, złoto i ciemna zieleń odczepiły się od siebie i odleciały na kilka stóp. Ciemnozielona kulka, która, jak Draco się domyślał, reprezentowała ukryty w nim Mrok, była znacznie większa od złotej, reprezentującej Światło.

Dracona w ogóle to nie zdziwiło. Już otworzył usta, żeby powiedzieć o tym Harry’emu, kiedy zauważył, że w powietrzu pojawia się więcej kulek, które powoli dzielą się między sobą. Choć ciemnozielone zawsze były większe, to nie wszystkie były tak samo podzielone co ta pierwsza. Właściwie, to czwarta para była niemal sobie równa.

Draco zagapił się ponad basenem na Harry’ego, oczekując jakichś wyjaśnień, i zobaczył, że Harry patrzy na niego z lekkim uśmiechem.

– One reprezentują pięć starych definicji Mroku i Światła – powiedział, nie odrywając wzroku od unoszących się kulek. – Pierwszą jest przymuszenie i wolna wola. Potem oswojenie przeciw dzikości, prawda przeciw oszustwu, współpraca przeciw osamotnieniu i pokój przeciw wojnie. – Jego uśmiech zrobił się nieco większy. – W ogóle mnie nie zaskakuje odkrycie, że chcesz wszystko robić po swojemu i jesteś gotów kłamać, walczyć i zawzięcie pracować, choćby w pojedynkę, byle móc coś zdobyć. Wygląda jednak na to, że jesteś bardziej skłonny do współpracy ze mną, niż do powiedzenia mi prawdy.

– Przysięgam ci, Harry, nie spodziewałem się, że mam tak wiele predyspozycji do przymuszania. – Draco skrzywił się na pierwszą parę, która tak łatwo mogła go potępić. Harry nienawidził przymuszenia i przysięgał sobie zniszczenie każdego fragmentu, który znalazł, zwłaszcza jeśli chodzi o inne gatunki.

– Nie przejmuj się tym, Draco – powiedział Harry, podczas gdy słoneczny basen zaczął wyciągać z niego jego własne ciemnozielone i złote kulki. – Domyślałem się tego, głównie przez twój dar opętania. Jesteś sobą, a ja przynajmniej o nim wiem. – Oczy mu lśniły, kiedy się mu przyglądał, a Draco zamrugał. Nie jest na mnie o to zły?

A potem zapytał sam siebie, Czy byłbym zły na niego o to, że okazał się świetlisty przez jakiś magiczny dar, nad którym nie ma żadnej kontroli?

Nie. Oczywiście że nie.

A skoro miał zamiar oczekiwać od Harry’ego zaufania, kiedy był w wyjątkowo bezbronnej i bezradnej pozycji, to naprawdę powinien zaufać Harry’emu, kiedy tego rodzaju prawdy nagle były wyjawiane na temat jego duszy. Dlatego poświęcił się przyglądaniu, jak złoto–ciemnozielone kulki Harry’ego zaczęły się dzielić między sobą, ujawniając jego prawdziwą naturę – a przynajmniej przewidując ją w oparciu o system, który Draco uważał za koszmarnie przestarzały. Mrok i Światło były znacznie bardziej skomplikowane od takich par przeciwnych do siebie pojęć. W końcu Draconowi w ogóle nie przeszkadzała wolna wola, tak długo jak nie wchodziła mu w drogę.

Pary słońc Harry’ego zaczęły się aranżować. W pierwszej złota była większa – co w ogóle nie zaskoczyło Dracona, przecież Harry uwielbiał patrzeć, jak wszyscy wokół niego robią, co im się żywnie podoba. Co ciekawe, w drugiej parze ciemnozielona kula była znacznie większa od złotej, oznaczając dzikość Harry’ego. Trzecia i czwarta para były niemal zbalansowane. Draco kiwnął głową. Harry korzystał ze wszystkiego, od uroków po rytuały wymagające kooperacji, by pomóc sobie w wojnie i swojej pracy jako vatesa. Draconowi właściwie ulżyło, że Harry wreszcie przestał się tak upierać, że wszystkim powinien zajmować się kompletnie sam.

Ostatnia para jednak najbardziej go interesowała. Nie wiedział, czy Harry będzie z desperacją usiłował utrzymać pokój, czy też wybierze się na wojnę. Nawet słoneczny basen wydawał się niezdecydowany. Para złota i ciemnej zieleni krążyła wokół siebie przez dobre dwie minuty, nim nie odskoczyły wreszcie od siebie.

Ciemnozielona kula była nieco większa.

Draco zamrugał, przerzucając wzrok na Harry’ego, który kiwnął do niego, zaciskając usta w wąską linię.

– To kolejna decyzja, którą podjąłem, a o której chciałem cię poinformować – powiedział Harry. – Nie podoba mi się to. Wolałbym osiągnąć wszystko drogą pokojową. – Kiwnął głową w kierunku słonecznego basenu. – Ale to tutaj mierzy nie tylko intencje, ale też emocje, racjonalność i wolę. I zdaje sobie sprawę z tego, że mam w sobie dość woli, żeby wyruszyć na wojnę, albo rozpocząć rewolucję, jeśli nie będę miał innego wyboru. – Wyrzucił z siebie roztrzęsione westchnienie. – A nie wydaje mi się, żebym miał.

Draco potrząsnął głową, po czym obszedł szybko basen. Zobaczyli siebie takimi, jakimi byli. Harry wykonał swoją rolę w tym rytuale, aranżując to wszystko. Draco mógł go przytulić, jeśli tylko tego chciał, dlatego właśnie to zrobił, wtulając twarz w kark Harry’ego i wdychając głęboko jego zapach.

Harry objął go, brzmiąc na nieco zaskoczonego.

– Wszystko w porządku, Draco?

– Nie byłem pewien, czy będziesz w stanie zmusić się do wybrania się na wojnę po zabiciu tych wszystkich dzieci – wyszeptał Draco. Zapach potu połaskotał go w nos. Przynajmniej dzięki temu dowiedział się, że Harry’emu też najwyraźniej przeszkadzał gorąc tego pokoju. – Wydawało mi się, że cię to do reszty załamało, że będę musiał cię do tego zachęcać.

Harry westchnął ciężko.

– Wciąż mi się to cholernie nie podoba – powiedział. – To jest rana, która nigdy się do końca nie zaleczy. Ale muszę pracować nad leczeniem jej, przy jednoczesnym prowadzeniu wojny. No i… zdecydowałem, że nie mogę pozwalać, żeby strach tak mną pomiatał, Draco. Nie, jeśli strach będzie moim jedynym motywem. To oznacza, że jeśli, na przykład, ministerstwo postanowi zaatakować fizycznie wilkołaki, a nie tylko wrzucać do więzienia tych, którzy gryzą ludzi, to muszę odpowiedzieć atakiem. Nie mogę im już dłużej tak pobłażać.

– Czy ty masz jakiekolwiek pojęcie, jak długo czekałem na usłyszenie od ciebie tych słów? – wyszeptał Draco Harry’emu na ucho, wsuwając mu dłonie pod szaty.

– Czemu akurat tych słów? – Głos Harry’ego zrobił się nieco zachrypnięty.

– Ponieważ – powiedział Draco, podnosząc głowę, żeby spojrzeć Harry’emu w oczy – one oznaczają, że wreszcie zacząłeś ufać sobie na tyle, żeby korzystać ze swojej mocy w sposób, w jaki zawsze powinieneś był. Nie żeby rządzić światem, nie, i nie po to, żeby wszystkich zmanipulować, jak to usiłował zrobić Dumbledore. Ale jesteś w stanie walczyć o to, w co wierzysz i nie wydaje ci się już, że to jest niesprawiedliwe, że masz lordowską moc, podczas gdy większość twoich przeciwników jej nie ma.

Harry uśmiechnął się blado.

– Nie, już tak nie uważam. – Przechylił lekko głowę. – Jestem gotów, żeby walczyć, Draco i jestem gotów używać swojej magii do wspierania tego, o czym mówię.

Draco roześmiał się głośno. Wciąż pozostało im nieco rytuału do wykonania, kilka obietnic złożonych sobie nawzajem, no i oczywiście musiał jeszcze dać Harry’emu jego prezent na urodziny, ale w tej chwili myślał głównie o wzbierającej mu w piersi gorącym wrażeniu, niczym wznoszącym się słońcu, albo feniksie.

Nareszcie. No kurwa, nareszcie stanie się tym, kim zawsze powinien był być. Nie Lordem w nazwie, ale i tak będzie walczył o swoje. I zmieni świat, jeśli ludzie będą z uporem głupi i nie będą chcieli sami go zmienić. I pokaże wszystkim, którzy go nie doceniają, z czego naprawdę jest zrobiony.

Spojrzał Harry’emu w oczy i uśmiechnął się szeroko. Wiedział, że to musiał być zajadły uśmiech, ale wyglądało na to, że Harry przyjął go w takim samym duchu, w jakim został mu zaoferowany, bo szybko uśmiechnął się w dokładnie ten sam sposób.

Draco ledwie powstrzymywał się przed zawyciem jak wilkołak. A ja będę walczył u jego boku.

Chapter Text

30 czerwca 1996

Drogi Harry:

Nie wyślę ci tego listu, bo potrzebujesz się wyleczyć bez martwienia się o świat zewnętrzny, jak to ujął Peter, a sowa i tak leciałaby do ciebie całe tygodnie. Ale i tak chciałem go napisać. Jakoś mnie to uspokaja i przywraca do równowagi takie udawanie, że wciąż mogę z tobą porozmawiać, nawet jeśli nie możesz mi odpowiedzieć. Wyobrażam sobie, że siedzisz obok i kiwasz głową i to pomaga.

Już się umościłem w Lux Aeternie, Peter przyjechał ze mną. Po prostu nie wierzę, jak strasznie inaczej osłony się zaczęły zachowywać odkąd zostały przywiązane do mnie, zamiast, no wiesz, do ziemi. Chyba je to uspokoiło. Nie warczą na wszystkich i nie prześladują paranoicznie gości, jak to było, kiedy jeszcze należały do Jamesa. Mogę się wkurzyć i dom nie wkurza się ze mną. Naprawdę wydaje mi się, że to spora poprawa.

Pierwszego dnia zwiedziłem wszystkie ukryte korytarze i schowki, których nie mogliśmy otworzyć, kiedy James był właścicielem domu, a potem pokazałem Peterowi pokój, w którym znalazłem miecz. Pamiętasz, ten miecz, którego używałem w czasie bitwy, który rozmawiał ze mną i tłumił moje myśli, żebym był w stanie zabijać? Nie podobał ci się. Wciąż mi się wydaje, że jest użyteczny.

Ale Peterowi też się nie spodobał. Zmarszczył brwi i pokręcił głową, po czym zapytał mnie, jak mi się wydaje, czemu moi przodkowie, kimkolwiek by nie byli, zamknęli ten pokój na dobre. Powiedziałem mu, że nie wiem. Może chcieli dopilnować, żeby ten miecz nie popadł w niepowołane ręce

– Ten miecz jest niebezpieczny – powiedział Peter.

– No pewnie, że jest – powiedziałem. – W końcu służy do zabijania ludzi.

Peter odwrócił się i spojrzał na mnie. Znasz mnie, Harry, nie mam najlepszej pamięci; Hermiona lepiej sobie radzi pod tym względem. Ale wciąż pamiętam, jak na mnie wtedy patrzył i co mi wtedy powiedział.

– I wydaje ci się, że tylko dlatego jest niebezpieczny? – zapytał. Jego głos zrobił się niebezpiecznie miękki, jakby wydawało mu się, że ma mi coś do powiedzenia.

Skrzywiłem się i powiedziałem mu – a byłem zły, więc pamiętam, co mu wtedy powiedziałem:

– Jeśli ci się wydaje, że powinienem uważać go za niebezpieczny przez wzgląd na przymuszenie, to tak, z tego powodu też uważam go za niebezpieczny. Przez pięć miesięcy miałem w głowie Toma Riddle’a, a potem Voldemort uczył mnie przymuszenia, nawet jeśli nie zdawałem sobie z tego sprawy. Wiem jak bardzo niebezpieczne potrafi być przymuszenie. Ale jest w stanie zabijać ludzi na dwa sposoby. Przebija ich na wylot i zabija ich wolną wolę, zagnieżdżając im w głowach przymuszenie. Wiem, jakie to uczucie, Peter. Może i nie mam większej wprawy w walce jako takiej, ale mam już doświadczenie w kwestii walk mentalnych.

Jeszcze nigdy nie próbowałem nikomu tego w ten sposób opisać, wiesz? Tych pięciu miesięcy, które spędziłem uwięziony we własnej głowie, bo Tom Riddle kierował wszystkim, co robiłem, a ja nie mogłem nikomu o tym powiedzieć. Jak ja go nienawidzę. Chcę, żeby go szlag trafił. Nie obchodzi mnie, czy to ty go zabijesz, czy ktokolwiek inny. Po prostu chcę, żeby wreszcie zniknął na dobre.

Peter powiedział, że mam na jakiś czas zostawić pokoje Lux Aeterny w spokoju. Mamy zacząć zajęcia z pojedynków, podejmiemy tempo, które narzucił mi wcześniej Snape. Peter się znacznie lepiej zna na uczeniu i możesz to przekazać ode mnie temu palantowi. Między innymi chodzi też o to, że Peter jest również zadeklarowany Światłu, więc nie uważa świetlistych zaklęć za głupie i słabe, jak Snape. I pokazał mi niedawno takie zajebiste zaklęcie, aż nie mogę się doczekać, żeby ci je pokazać.

Kocham cię i mam nadzieję, że to lato dobrze cię traktuje, nawet jeśli w ogóle nie mogę wysłać tego listu i nigdy nie otrzymam od ciebie odpowiedzi.

Kocham cię,

Connor


2 lipca 1996

NASZE ŹRÓDŁA SUGERUJĄ, ŻE SAMI-WIECIE-KTO JEST NIEULECZALNIE RANNY

Autor: Melinda Honeywhistle 

Źródła potwierdzają, że aurorzy nie byli w stanie zlokalizować miejsca, w którym Sami-Wiecie-Kto ukrył się po swojej bitwie z Chłopcem, Który Przeżył.

– Wydaje mi się, że tym razem naprawdę zniknął na dobre – powiedział auror, który pragnął pozostać anonimowy. – Powinien był pozostawić po sobie jakikolwiek magiczny odcisk, a tymczasem niczego nie możemy znaleźć. Mroczny Pan nie jest w stanie tak po prostu zniknąć. A nigdzie nie jesteśmy w stanie znaleźć jego magii.

Inni nie są tego tacy pewni.

– Nie chcę, rzecz jasna, podważać ciężkiej pracy naszych szlachetnych aurorów – powiedziała Aurora Whitestag, lat 45, która straciła zarówno syna jak i córkę w bitwie, która odbyła się w ostatnie letnie przesilenie w Hogwarcie. W czasie udzielania wywiadu uśmiechała się uprzejmie do mnie, ale wyraźnie było po niej widać, że się niepokoi. – Obawiam się jednak, że sprawa nie jest taka prosta jak nam się wydaje. Ostatnim razem też byliśmy pewni upadku Mrocznego Pana. Wiedzieliśmy to choćby po tym, jak zaczęli zachowywać się jego śmierciożercy. Tym razem jednak większość śmierciożerców została zamordowana i nie możemy znaleźć żadnych, których możemy o cokolwiek zapytać. Nie sądzę, żebyśmy mogli z całą pewnością stwierdzić, że przepadł już na dobre, póki nie dowiemy się, co jego służący myślą o nieobecności ich pana…


Od: Departament Przestrzegania Praw Czarodziejów

Data: 4 lipca 1996

Cel: Utworzenie nowego departamentu

Drogi ministrze,

Piszę do pana w ramach potwierdzenia utworzenia nowego pododdziału w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów. Nazwany zostanie Dywizją Śledzącą i skupi się wyłącznie na polowaniu i łapaniu tych czarodziejów, którym można udowodnić stałe używanie mrocznej magii w przeciągu ostatnich dwóch lat. Ich głównym celem będą wciąż kryjący się śmierciożercy, ponieważ Sam-Wiesz-Kto musiał pozostawić po sobie jakichś przyczajonych agentów, którzy wciąż znajdują się na wolności i być może przemknęli do armii Światła, zupełnie jak były dyrektor Durmstrangu, Karkarow. Inni mroczni czarodzieje będą ich pomniejszym zmartwieniem, ale śledzenie ich aktywności wciąż znajdzie się w zakresie obowiązków Dywizji Śledczej. Kilku byłych pracowników ze wszystkich departamentów, włącznie z niewymownymi, już zadeklarowali swoje zainteresowanie przyłączeniem się do tej Dywizji, a jej stworzenie będzie wspierane przez fundusze zaniepokojonych filarów społeczeństwa, jak i ze zwyczajowych zasobów ministerstwa. Załączam szczegółowe plany dotyczące założenia, funduszy, jak i pierwszą listę ochotników.

Amelia Bones,

Szefowa Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów


Od: Gabinet ministra magii

Data: 4 lipca 1996

Cel: Odpowiedź na “Utworzenie nowego departamentu”

Amelio,

Wiem, skąd pochodzą Wasze fundusze i kim okażą się Wasze główne cele. Obecność tak wielu ochotników z Departamentu Regulacji i Kontroli Magicznych Stworzeń tylko pieczętuje sprawę. Skończ wreszcie z usilnym przekonywaniem mnie do stworzenia dywizji zajmującej się polowaniem na wilkołaki, kiedy powinnaś pracować nad szukaniem śmierciożerców.

Twoja propozycja zostaje niniejszym odrzucona.

Rufus Scrimgeour,

Minister magii


Prorok Codzienny, 7 lipca 1996

BYŁY HARRY POTTER: ZAGROŻENIE, CZY BOHATER?

Autor: Dimirian Peaseblossom 

Obecnie wśród brytyjskich czarodziejów krąży petycja, która może na nowo zdefiniować nasze pojęcie najmłodszego żyjącego obecnie bohatera – o ile Philipowi Willoughby’emu uda się zainteresować nią wystarczająco wielu ludzi.

– Moja córka zginęła podczas ataku na Hogwart – powiedział Willoughby, lat 34, w ostatni wtorek. – Ale to nie Sami-Wiecie-Kto ją zabił. (Niech zostanie odnotowane, że pan Willoughby użył prawdziwego imienia Sami-Wiecie-Kogo, ale ten dziennikarz nie miał serca narażać na to naszych czytelników). Zginęła, ponieważ Harry Potter – i tak, tak ma na nazwisko, uważam, że to po prostu niedorzeczne, że pozwalacie dzieciom na wyrzekanie się dziedzictwa swoich rodziców, kiedy tylko im się tak spodoba – ją zabił.

Mimo, że w naszej gazecie opisywaliśmy to wydarzenie już kilka dni temu, to pan Willoughby okazał się być pierwszym rodzicem, który nie miał zamiaru cierpieć w milczeniu, uznając śmierć swojej córki jako ofiarę wojenną.

– Rozsyłam tę petycję do wszystkich rodziców, których znam – powiedział Willoughby. Jest mugolem, ale twierdzi, że dobrze zna się na tym, jak działa świat czarodziejów i ma wiele kontaktów pośród rodziców dzieci z domu, do którego przydzielono jego córkę, Alexandrę. – A oni poślą je dalej. To, co Harry Potter zrobił, to było morderstwo. Jeśli wytłumaczymy to sobie koniecznością wojny, to co innego zaczniemy sobie tym tłumaczyć? Na przestrzeni historii w mugolskich wojnach dopuszczano się do okropnych czynów, ponieważ komuś wydawało się, że jedno morderstwo, jeden wyjątek może okazać się dobrym pomysłem. A potem następowały kolejne wyjątki.

Petycja dotyczy żądania, żeby Harry został osądzony za zbrodnie wojenne. Willoughby ma nadzieję, że zdoła zebrać dość podpisów, żeby zwrócić na nią uwagę ministerstwa.

– Musimy zachowywać się zgodnie z naszym kompasem moralnym w tej wojnie – powiedział pod koniec wywiadu. – Bo jeśli nie, to nie jesteśmy w żaden sposób lepsi od naszych przeciwników…


8 czerwca 1996

Drogi Harry,

Doszło do niesłychanej głupoty. Jeden z rodziców jednego z dzieci, które zabiłeś, rozsyła petycje, starając się zebrać jak najwięcej podpisów i zażądać, żeby postawiono cię przed sądem wojskowym.

Jak tylko o tym przeczytałem, to puściłem gazetę z dymem. Nawet o tym nie pomyślałem, po prostu rzuciłem Incendio i cała kuchnia zalała się popiołem. Peter spojrzał na mnie surowo, ale to chyba tylko dlatego, że sam nie miał jeszcze okazji jej przeczytać. Nie sądzę, żeby naprawdę winił mnie za moją reakcję.

Dostaliśmy kolejną kopię “Proroka” i tak, miałem rację. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby Peter był aż taki zły. Zniknął na jakiś czas, powiedział, że musi chwilę pobyć sam. Kiedy wrócił, wyglądał na strasznie zadowolonego z siebie. Zapytałem go, co zbroił, a on tylko uśmiechnął się do mnie szeroko i zapytał, czemu niby miałby cokolwiek zbroić. Powiedziałem mu, że przecież był Huncwotem, ale to chyba był błąd, ponieważ zaczął przez to myśleć o Jamesie, Syriuszu i Remusie.

Remus napisał do mnie parę dni temu. Nie przeczytałem jego listu do końca. Zaczął od napisania mi, jak bardzo za mną tęskni, ale szybko przerzucił się na pisanie o tobie. To było… naprawdę obrzydliwe, Harry. Jemu chyba naprawdę wydaje się, że powinieneś przede wszystkim pomagać wilkołakom i rzucić wszystko inne w diabły, jakby nie istnieli w ogóle inni ludzie, którzy cierpią i potrzebują twojej pomocy. Oskarżał cię o zaniedbywanie ich i wahanie się. Ten list też puściłem z dymem.

Zapytałem dzisiaj Petera, czy nie pokazałby mi podstaw przemiany animagicznej. Wyglądał na zaskoczonego, a potem mnie ostrzegł, że to zajmuje naprawdę dużo czasu, zwłaszcza, że nie wiemy w ogóle, czy mam wystarczająco wiele talentu z transmutacji. Powiedziałem mu, że to nie szkodzi. Wspomniał mi jednak, że jemu, Jamesowi i Syriuszowi opracowywanie tego wszystkiego zajęło tyle, ponieważ musieli pracować ukradkiem; przecież nie chcieli, żeby ktokolwiek zaczął ich wypytywać, czemu chcą się stać animagami! Nie mogli tak po prostu zbierać składników na eliksiry i całe miesiące spędzili na nauce technik medytacji, których można nauczyć się w kilka tygodni, jeśli tylko pracuje się bez krycia się z tym. Dlatego może mi to zająć i dwa lata, ale Peterowi wydaje się, że powinno mi się udać, zwłaszcza, że mam nauczyciela. Uparł się jednak, że po powrocie do szkoły powinienem o wszystkim powiadomić dyrektorkę McGonagall. No ba.

Zaczęliśmy od technik medytacji. Zapytałem go, o czym mam myśleć. Powiedział mi, że muszę się skupić na własnej duszy, to zaprowadzi mnie do mojego kształtu. Jak tylko odkryję, jaki jest mój kształt, to mogę w nią celować, dzięki czemu znacznie szybciej osiągnę transformację. Dodał, że muszę też zaakceptować mój kształt. Jego przemiana zajęła mu najdłużej, bo nie chciał dopuścić do siebie myśli, że jest szczurem. Nienawidził wszystkiego, co może to o nim mówić.

Myślałem o tym, co pies i jeleń mogły mówić o Syriuszu i Jamesie i uznałem, że formy animagiczne chyba jednak nie zawsze mają rację.

Nie znam jeszcze własnej duszy. Spędzę nad tym trochę czasu.

Parvati mnie wczoraj odwiedziła. Spędziliśmy wiele godzin na gadaniu o niczym, całowaniu się i… innych sprawach, o których pewnie nie chcesz słyszeć, bo, powiedzmy sobie szczerze, sam nie chciałbym słyszeć o tym, że robisz je z Draco.

Wiem, że nie znasz jej jeszcze za dobrze, Harry, a ona nie zna za dobrze ciebie. Ale mogę ci to tu powiedzieć, bo wiem, że nigdy nie przeczytasz tego listu (a już na pewno nigdy nie pokażę go Parvati). Naprawdę ją lubię. Jest taka normalna. Trajkocze i chichocze o swoich przyjaciołach i ubraniach, i czasami się złości, i zwykle nie rozumie Hermiony lepiej ode mnie – chociaż mam wrażenie, że rozumiem Hermionę częściej od niej – i przytuliła mnie, kiedy usłyszała o tym, co zrobiłem w czasie bitwy, a parę dni temu wysłała sową słodycze do Lavender Brown, bo usłyszała, że się pochorowała i chciała poprawić jej humor. No i bez przerwy kłóci się z Padmą.

Jest prawdziwa. Czasem wydaje mi się, że moje życie już do końca staje na głowie, ale ona zawsze jest w pobliżu i wiem, że też mnie lubi – nie powiedziałaby mi tego, gdyby tego do mnie nie czuła, ona nie jest taka – nawet nie zamrugała, kiedy się dowiedziała, że tak naprawdę wcale nie jestem Chłopcem, Który Przeżył. Po prostu naprawdę, naprawdę lubię Parvati, Harry.

Może uda wam się nieco lepiej poznać w czasie tego roku szkolnego?

Muszę już kończyć ten list. Peter chce o czymś ze mną porozmawiać. Do zobaczenia, pewnie jakoś pod koniec sierpnia.

Kocham cię,

Connor


Żongler, 11 lipca 1996

PLAGA SZCZURÓW ZALAŁA BIURO PROROKA CODZIENNEGO

Autor: Julian Lovegood

Mamy już bezwzględne dowody na to, że “Prorok Codzienny” jest związany ze Sprzysiężeniem Zgniłego Kła - szczury zaatakowały wczoraj falami biura tej gazety. Właściciele “Proroka Codziennego” twierdzą, że szczury zdawały się pojawić znikąd, nikt nie usiłował ich w żaden sposób przyzwać. “Po prostu się pojawiły!” było częstym jękiem. Wywołały wiele zniszczeń, włącznie ze zjedzeniem wszystkich kopii gazet, które miały dzisiaj zostać wydane, po czym zniknęły równie nagle, co się pojawiły.

Uważni czytelnicy “Żonglera” zauważą, oczywiście, w jaki sposób związek ze szczurami w dość jasny sposób wskazuje na związek Proroka ze Sprzysiężeniem Zgniłego Kła, w którym już biorą udział aurorzy, ludzie wypierający się, jakoby gnębiwtryski w ogóle istniały i łowcy chrapaków krętorogich…


Prorok Codzienny, 13 lipca 1996

Czy szukasz sobie czegoś ekscytującego do roboty? Jesteś zmęczony, że nie możesz zająć głosu w żadnej ważnej sprawie na tym świecie? Czy masz coś do POWIEDZENIA, ale nikt cię nie SŁUCHA?

Wyślij sowę do Dionizosa Hornblowera! Prasa Menad prowadzi nabór interesujących pisarzy. Bez względu na to, czy chcesz napisać list, artykuł, raport, wspomnienia, czy po prostu wygłosić swoją opinię, skontaktuj się z nami i pozwól wszystkim na usłyszenie twojego GŁOSU!


15 lipca 1996

Drogi Harry,

Chcę tylko napisać coś na szybko do ciebie – nawet jeśli nigdy tego nie otrzymasz – bo strasznie się boję i nie mogę zasnąć. (Prawda jest taka, że nie jestem nawet pewien wyżej zapisanej daty. Jest tak późno, że równie dobrze może już być szesnasty.)

Obudziło mnie dziwne uczucie, jakby mnie ktoś drapał w kark. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to alarm osłon. Ktoś był przy Lux Aeternie, opierał się o nie, starał się znaleźć drogę do środka.

Momentalnie wstałem i poszedłem obudzić Petera, oczywiście. Może jeszcze dwa lata temu sam bym wyszedł, żeby to sprawdzić, ale teraz już jestem rozsądniejszy. Byłeś rewelacyjnym przykładem dla mnie, bracie, pod wieloma względami, zarówno tego, co robić, jak i czego pod żadnym pozorem nigdy nie robić.

Peter przeszedł się ze mną do granic osłon. Zobaczyliśmy tam postać, odzianą w ciemny płaszcz. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to że to był śmierciożerca, ale Peter przypomniał mi, że przecież śmierciożercy zginęli i głupio by było z jego strony pojawiać się w płaszczu, na widok którego pierwsze, o czym ludzie pomyślą, to będzie “śmierciożerca”, nawet jeśli naprawdę nim był. Miał kaptur tak nisko naciągnięty, że nie mogliśmy zobaczyć jego twarzy.

...Harry, Peterowi wydaje się, że to był Remus. Naprawdę mu się tak wydaje. Jakiś czarodziej starał się przebić przez osłony, dorwać nas, prawdopodobnie skrzywdzić, a Peterowi wydaje się, że to był Remus. Ja tam myślę, że to mógł być dowolny inny wilkołak. Peter jest jednak absolutnie przekonany i jeszcze nigdy nie widziałem go jednocześnie tak wściekłym i tak smutnym. Jak tylko wróciliśmy, to zamknął się w swojej sypialni i coś pisze. Ciekawe, czy to taki sam list jak ten, który nigdy nie zostanie wysłany. A może naprawdę wyśle go do Remusa?

Dziwnie mi się o tym myśli. Znaczy, w końcu Remus to mój ojciec chrzestny (chyba, że już mu nie wolno nim być, w końcu ministerstwo uchwaliło prawo, że wilkołaki nie mogą sprawować opieki nad dziećmi). Nie chcę myśleć, że kiedykolwiek spróbowałby mnie skrzywdzić. Ale Peter tak myśli. Jest o tym absolutnie przekonany.

Ale i tak do niczego nie doszło. Osłony podświetliły się dla mnie, jak tylko spróbowałem przyjrzeć się twarzy czarodzieja, więc momentalnie się aportował. Żadnego słowa, żadnych znajomych gestów. Jeśli był nam znajomy, to go nie rozpoznałem.

Kojarzy mi się to jednak z dziwną sową, którą ostatnio dostałem. Nie miała przy sobie niczego poza srebrnym zniczem. Peter nie pozwolił mi go dotknąć. Okazało się, że to był świstoklik. Gdzie by mnie zabrał? Nie mam pojęcia.

Peterowi wydaje się, że ktoś na mnie poluje. Wydaje mu się, że Remus chce mnie stąd zabrać i trzymać mnie jako zakładnika, żebyś musiał zrobić wszystko, co ci powie.

Wydaje mi się, że Peter robi się paranoiczny. Ale poza tym, to nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.

Już ledwie widzę na oczy. Idę spać. Dobranoc, Harry.

Kocham cię,

Connor


Prorok Codzienny, 17 lipca 1996

DYREKTORKA HOGWARTU BRONI SWOJEGO DOBORU NAUCZYCIELI

Autor: Rita Skeeter

Wczoraj przez brytyjski czarodziejski świat przeszła burza kontrowersji, kiedy dyrektorka Hogwartu, Minerwa McGonagall, wyjawiła na życzenie rodziców listę nauczycieli swojej prestiżowej szkoły.

McGonagall zatrudniła dwóch nowych profesorów, jednego na zajęcia z obrony przed mroczną magią, i jednego na zajęcia z transmutacji. Acies Merryweather, ostatnia profesorka obrony, zmieniła się w smoka i cokolwiek spektakularnie zniknęła, ciągnąc tradycję profesorów obrony, którzy nie są w stanie spędzić w Hogwarcie więcej niż roku. Chodzą pogłoski, że winą jest klątwa.

Wielu ludzi jednakże nie uważa jej wyboru następnego profesora na to stanowisko, byłego śmierciożercy Petera Pettigrew, za rozsądny ruch.

– To jest po prostu pożałowania godne, ot co – powiedział Peter Willoughby, lat 34. Jego córka, Alexandra, zginęła w czerwcu podczas ataku na Hogwart i od tego czasu pan Willoughby rozsyła petycję z nadzieją postawienia Harry’ego, Chłopca, Który Przeżył i Młodego Bohatera, przed sąd za zbrodnie wojenne. – W jak wiele niebezpieczeństw ona ma zamiar świadomie wpakować nasze dzieci?

Inne opinie są nieco bardziej wyważone, ale wciąż krytyczne.

– O ile aurorzy są absolutnie pewni, że on naprawdę jest niewinny – powiedziała nam wczoraj Sita Patil, lat 26. Jej córki, bliźniaczki, Padma i Parvati, lat 16, chodzą do tej szkoły, a Padma wzięła udział w bitwie o Hogwart na letnie przesilenie. – Jestem niezwykle dumna z moich córek i wszystkiego, co udało im się osiągnąć, ale wówczas mieliśmy do czynienia z zagrożeniem z zewnątrz. Doświadczenie pokazuje, że zagrożenie czyhające w samej szkole potrafi być znacznie bardziej złowieszcze.

Dyrektorka McGonagall obstawała stanowczo przy swojej decyzji zatrudnienia Pettigrew, który pod koniec poprzedniego roku już działał w ramach pozycji głowy domu Gryffindora.

– Peter sam był Gryfonem – powiedziała tej reporterce. – Był również żołnierzem w Pierwszej Wojnie przeciw Sami-Wiecie-Komu. Jest wojownikiem i dobrym pedagogiem. Widziałam, jak obchodzi się z uczniami. Nie mam absolutnie najmniejszych wątpliwości, że zatrudnienie go było dobrym pomysłem. Czas najwyższy, żeby więcej czarodziejskiego świata przekonało się o jego niewinności.

Jej drugi wybór nie wzburzył równie mocno ludzi, choć zatrudnienie względnie młodej i niedoświadczonej kobiety, Hildy Belluspersony, wywołało kilka pytań.

Po raz kolejny, dyrektorka McGonagall obstawała surowo przy swoim.

– Jestem w stanie rozpoznać wyjątkowy talent do transmutacji – powiedziała tej reporterce. – Powinnam być w stanie, w końcu sama uczyłam transmutacji w Hogwarcie przez kilka dekad. Nie odważę się zaoferować moim uczniom profesorki, która nie nauczy ich wszystkiego jak należy, zwłaszcza w tak niebezpiecznych czasach.

Belluspersona, która najwyraźniej jest zajęta przygotowaniami przed pierwszym rokiem w tak wymagającej pracy, nie była w stanie udzielić nam komentarza…


Ptasi obserwator, 21 lipiec 1996

“Twoje cotygodniowe oko na magiczne niebo od 1957”

Zaobserwowano coraz częstsze pojawianie się bielików na brytyjskich wybrzeżach

Z przyjemnością chcielibyśmy zaraportować powrót wyjątkowo majestatycznego ptaka na naszych wybrzeżach: orła bielika. Tego drapieżnika można rozpoznać po krótkim, tępo zakończonym ogonie o klinowatym kształcie i ogromnych rozmiarach, jak to przedstawia zamieszczona poniżej fotografia. Bieliki tradycyjnie raczej nie gnieżdżą się na magicznych terytoriach, ponieważ muszą wówczas walczyć o przetrwanie z wieloma innymi gatunkami, ale ostatnio coraz częściej się je zauważa – choć za każdym razem tylko jednego, samotnie lecącego ptaka – że niektórzy z naszych czytelników zaczęli wyrażać nadzieję na to, że może to wreszcie zaczęło ulegać zmianie i czarodzieje Brytanii niebawem zobaczą gnieżdżące się pary.


23 lipca 1996

Drogi ministrze Scrimgeourze,

Po raz kolejny mogę wysłać do pana tylko krótki list. Proszę o wybaczenie, ale znajdowanie czasu na pisanie tych listów, jak i sprawdzanie wszystkich informacji, zaczęło się ostatnimi czasy robić coraz cięższe. Podejrzewam, że ojciec próbuje zaaranżować dla mnie małżeństwo, albo planuje coś, w czym mam wziąć udział. Jeśli ośmielę się okazać jakikolwiek opór, to złamie mi różdżkę, po czym będzie mnie poił wywarem bezsennego snu, póki nie znajdzie jakiegoś eliksiru, który na dobre mnie złamie i umieści do końca pod jego kontrolą.

Zapytałam w poprzednim liście, czy kiedykolwiek słyszał pan o Falco Parkinsonie. Zadałam to pytanie nie bez powodu. Falco Parkinson był mentorem Albusa Dumbledore’a. Był również, choć przelotnie, dyrektorem Hogwartu, jak i obejmował wiele innych ról i tytułów. Wiele dociekliwych książek raportuje jego śmierć i wszystkim autorom wydaje się, że wszyscy inni się pomylili. Jeszcze więcej uważa go po prostu za mit.

To nie jest mit. On żyje. Słyszałam, jak wielokrotnie przewijał się w rozmowach moich rodziców. To on rozpoczął Zakon Feniksa, albo przynajmniej podpowiedział Albusowi Dumbledore’owi pomysł na niego. Obawiam się, że członkowie Zakonu zaczną się teraz zwracać do niego po upadku Dumbledore’a, z nadzieją, że zaniesie ich on z powrotem w stronę Światła.

Niewiele zdołałam ustalić na jego temat, poza jego wiekiem i mocą, a oba są potężne. Jedno jednak mogę powiedzieć panu z pewnością: jest animagiem, a jego formą jest orzeł bielik. Możliwe, że dzięki tej informacji zdoła pan powstrzymać go przed szpiegowaniem pana, bo wiem, że osłony można dostroić do konkretnego rodzaju zwierzęcia, czy też kompletnie zamknąć je przed animagami. Mam nadzieję, że uzna pan tę informację za użyteczną.

Po raz kolejny bardzo proszę, żeby nie próbował pan mi odpisać. Mój ojciec jest fanatykiem Światła. To, że w ogóle udało mi się napisać do pana już dwa listy, nie dając się na tym przyłapać, to istny cud. Ale strach już wystarczająco długo zamykał mi usta. Będę pisać dalej, tak długo jak będę w stanie i mam nadzieję, że pewnego dnia moja rodzina naprawdę przyda się temu społeczeństwu, zamiast być postrzeganą jako splątane drzewo świątobliwych, zapatrzonych w Światło bigotów, którym obecnie jest.

Z uszanowaniem,

Wyzwolicielka


28 lipca 1996

Droga pani dyrektor McGonagall,

Bardzo mi przykro, że akurat do pani kieruję ten list, ale nie wiedziałem, do kogo innego miałbym go wysłać. Nie spodziewałem się, że niemożność skontaktowania się z Harrym przez całe dwa miesiące okaże się tak problematyczna.

Nazywam się Gerald MacFusty i pomagam mojemu klanowi w zarządzaniu i utrzymywaniu naturalnie występujących w Brytanii czarnych hebrydzkich. Harry wyszedł do nas z prośbą o informacje dotyczące brytyjskiej czerwono-złotej smoczycy, która pod koniec czerwca niespodziewanie pojawiła się na tym świecie, potężnej samicy, która niegdyś była Acies Lestrange. Osiadła na wyspie niedaleko naszych smoków, najwyraźniej przyciągnięta i uspokojona ich obecnością, po czym zapadła w coś, co nazywamy snem wygładzającym. Spodziewaliśmy się, że potrwa to przynajmniej dwa, może nawet trzy miesiące, po których obudziłaby się wściekle głodna.

Okazuje się, że nasze informacje dotyczące brytyjskich czerwono-złotych były cokolwiek niedokładne; minęły całe stulecia odkąd wymarł ten gatunek. Przebudziła się i odleciała. Skierowała się ku morzu i leciała powoli, jakby czegoś wypatrywała. Wierzymy, że jej głód nakłoni ją do zaatakowania najpotężniejszej zdobyczy, jaką znajdzie, możliwe że wieloryba, ale nie wiemy, gdzie się później uda.

Jeśli pozostaje pani w kontakcie z Harrym, to proszę przekazać mu te wieści. Kilku naszych opiekunów podeszło do niej, kiedy się przebudziła, ale nie byli w stanie jej utrzymać. Jej umysł jest dziki, niczym wzburzone morze w środku sztormu, jeszcze nigdy nie mieliśmy z czymś takim do czynienia.

Mamy zamiar rozesłać ostrzeżenia w Brytanii i Irlandii z nadzieją, że to wystarczy.

Pozostaję oddany z nadzieją,

Gerald MacFusty


30 lipca 1996

Drogi Harry,

Teraz to naprawdę żałuję, że nie mam jak ci wysłać tego listu. Tak strasznie się boję. Tak, właśnie przyznałem się, że się boję. Ale to nie szkodzi. To prywatny list, którego nikt nigdy nie zobaczy, zupełnie jak pamiętnik. Mogę tu przyznać, że się boję, tak długo jak mnie to nie paraliżuje, powstrzymując przed zrobieniem tego, co musi zostać zrobione.

Dzisiaj rano otrzymaliśmy, jak zwykle, naszą kopię “Proroka Codziennego” i Peter podniósł ją jako pierwszy. Wypluł owsiankę. Zapytałem go, co się dzieje, a on bez słowa podał mi gazetę.

Harry… oni polują na wilkołaki. Ministerstwo jakoś uformowało departament do tego zdolny, dzięki jakiemuś kruczkowi prawnemu. Już zabili dwójkę. Fotografia w Proroku przedstawiała łowcę, który trzymał dwie wilcze skóry, jedna z nich była płowa, a druga brązowa.

Wtedy właśnie zorientowałem się, że choćby nie wiem, jak zły Peter był na Remusa, to i tak go kocha. Stworzył patronusa – jego wygląda jak lśniące drzewo – i posłał go jako wiadomość do Remusa. Kiedy go o to zapytałem, wyjaśnił mi, że kiedyś Zakon Feniksa bez przerwy tak robił, kiedy nie mogli się inaczej ze sobą skontaktować, a sowy za długo by leciały. A potem zaczął krążyć po kuchni.

W gardle mnie bolało. Zastanawiałem się, co by było, gdyby żadna wiadomość nie wróciła, a potem zastanawiałem się, co by było, gdybyśmy otrzymali sowę z wiadomością, że Remus nie żyje.

Siedziałem z twarzą ukrytą w dłoniach. Tylko tyle pamiętam.

A potem patronus powrócił. Był to wilk, co, jak podejrzewam, nikogo nie powinno było zaskoczyć. Obiegł Petera, którego twarz odprężyła się na ten widok. Odetchnął głęboko i spojrzał na mnie.

– Nic mu nie jest – powiedział.

Kiwnąłem głową, a potem wszedłem na górę, żebym mógł napisać ten list.

Zaczęło się, Harry. Burza już się zaczęła. Dziwne, że jeszcze nigdy się tak wcześniej nie czułem. Znaczy, była ta burza Światła nad Hogwartem i burza Mroku na zimowe przesilenie, kiedy Światło do mnie przyszło i zapytało, czy nie przekazałbym ci trochę swojej mocy, jeśli jestem wobec ciebie lojalny. A Voldemort powrócił jeszcze wcześniej i próbował powrócić już trzy razy. Istniało wiele różnych okazji, kiedy świat wokół nas mógł się zmienić, nawet jeśli nie w samej szkole, to poza nią.

Ale nigdy jeszcze nie czułem czegoś takiego, jakby wokół nie szalała burza i nadchodziła wojna, a wszystko się trzęsie i lada moment może rozsypać w pył.

Mam nadzieję, że niebawem do nas wrócisz, Harry. Wiem, że potrzebujesz czasu, żeby się wyleczyć, tak naprawdę go potrzebujesz, ale my też cię tu potrzebujemy. Jesteś feniksem, którego śpiew może przeprowadzić nas przez tę burzę.

Kocham cię,

Connor



Chapter Text

– I jak poszło?

Harry pokręcił głową, po czym usiadł ciężko na kanapie Dracona i założył rękę i kikut za głową. Starał się skupić na swoim nadgarstku, ustalić, czy faktycznie jest w stanie wyczuć w nim mniej magii po przełamaniu pierwszej klątwy Bellatrix, ale irytacja wciąż go rozpraszała.

– Nijak. Magia jest taka sama jak ta w Leśnej Twierdzy – nieustanny prąd, który krąży wokół pokoju. Ilekroć staram się jakoś wpłynąć na ściany, magia po prostu składa je z powrotem tak, jak były. W ogóle nie jestem w stanie zwrócić na siebie jej uwagi, tak samo jak to było w Leśnej Twierdzy. – Zmarszczył brwi na sufit. – Wydaje mi się, że jednak będę do tego potrzebował bibliotek Blacków. Sanktuarium jest tylko w stanie pokazać mi magię miejsc, a nie jak działa.

Draco zaśmiał się cicho.

– No co? – Harry przechylił głowę i spojrzał na niego z zaciekawieniem.

– Porównuję swoje wspomnienia dotyczące ciebie z zeszłego roku z tym, kim jesteś teraz – powiedział Draco. – I przyznam, że teraz znacznie lepiej sobie radzisz niż wtedy.

– No ja myślę – powiedział Harry, zastanawiając się, czemu to było na tyle zaskakujące, że oczy Draconowi lśniły, kiedy to mówił, a jego usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. Wyciągnął swój nadgarstek w kierunku Dracona. – Nikt mi dopiero co nie urżnął ręki, a moi rodzice nie zostali dopiero co aresztowani przez durnia, którego mam za opiekuna, a któremu w żaden sposób nie mogę zaufać.

– A czy teraz mu ufasz? – Całe rozbawienie zniknęło z twarzy Dracona, który przymrużył lekko oczy. – Bo ja tam nie wiem.

Harry westchnął i wyciągnął swoją dłoń zza głowy, żeby ścisnąć palcami nasadę nosa.

– To naprawdę skomplikowane pytanie.

– Nie, wcale nie. – Draco pochylił się w jego kierunku w swoim fotelu i zaczął uderzać palcem o kolano, akcentując w ten sposób każde słowo. – Czy. Ufasz. Snape’owi?

– Tak i nie – powiedział Harry, ponownie odchylając głowę do tyłu, żeby spojrzeć na sufit. Miał w sobie wyrzeźbione wzory, które Harry dopiero niedawno zauważył, ponieważ cienie łatwo je maskowały, a ostatnimi czasy w Sanktuarium tak często padało, że popołudniowe słońce nieczęsto miało okazję do pełnego oświetlenia tego pokoju. Teraz patrzył, jak wąż morski owija się wokół głazu, sycząc na chmury i zalewając wodą statki. Zastanawiał się, czy one naprawdę istnieją, czy też może artysta zobaczył kiedyś częściowo zanurzonego w wodzie smoka. – Wiem, czemu reaguje w ten sposób i wiem, że nie chce mnie skrzywdzić.

– Ale? – zapytał Draco z naciskiem.

– Naciskasz – zauważył Harry.

Draco zaśmiał się krótko.

– Wiem i jeszcze rok temu bym się na to nie odważył, chyba że w sytuacji, w której ryzykowałeś życiem – powiedział. – Ale teraz to co innego, Harry. Nie jesteś już kruchym posągiem, który runie i rozbije się przy najlżejszym dotyku. Jesteś w stanie przyjąć to na siebie i rozumiesz, czemu to takie ważne. A teraz mów.

Harry przygryzał przez chwilę wargę.

– Ale nie wiem, czy mogę mu zaufać, że nie okaże się dla mnie obciążeniem po wyjeździe z Sanktuarium. Może powinienem powiadomić profesor McGonagall, żeby zaczęła rozglądać się za nowym profesorem od eliksirów.

– I nową głową domu Slytherina? – Draco spiął się.

– Nie wiem. – Harry przeczesał dłonią włosy i bezmyślnie potarł się po bliźnie. Odkąd tu przyjechał, to nie bolała, tak na dobrą sprawę, ale i tak dziwnie go świerzbiła po pobudce. Ciągle śnił o pełzaniu przez wąskie, podziemne tunele, jakby Voldemort postanowił ukryć się przed nim gdzieś pod ziemią. – Wydaje mi się jednak, że powinniśmy pomyśleć o tym, co dla niego może być w tej sytuacji najlepsze, Draco. Nie o tym, czy zdoła się wyleczyć przed konkretną datą. I jeśli oznaczałoby to, że lepiej dla niego byłoby zostać tu, ponieważ nie byłby w stanie opanować się w zewnętrznym świecie… – Wzruszył ramionami. – To niech i tak będzie.

– Brzmisz zupełnie jak on w zeszłym roku – mruknął Draco.

Harry westchnął.

– Jego nie czeka rozprawa ludzi, którzy go skrzywdzili. Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. – Już miał dodać coś innego, kiedy obrócił z zaciekawieniem głowę. Na zewnątrz rozlegały się kroki, ciche plaśnięcia bosych stóp, które praktycznie biegły w kierunku pokoju Dracona. Zastanawiał się, czy to nie przypadkiem Nina; Draco powiedział, że nie czekała go dzisiaj żadna oczyszczająca duszę sesja, ale może sama o tym zapomniała.

Chwilę potem drzwi otworzyły się z łoskotem i do środka weszła Vera. Harry zagapił się. Była niesłychanie wzburzona, co niewłaściwie wyglądało na jej twarzy, jakby ktoś przyczepił jej tam maskę.

W dłoni trzymała list.

Harry poczuł, jak nadciąga do nich wiatr tego rodzaju, który zamarza wodę samym podmuchem. Wyprostował się i wyciągnął rękę po list, a Vera podała mu go bez namysłu.

A może po długim namyśle, po prostu nie tutaj. Kiedy Draco zadał jej pytanie, odwróciła się i zaczęła mu cicho odpowiadać.

Harry czytał. Nie znał tego charakteru pisma, ale list datowany był na dzisiaj, pierwszego sierpnia.

Drodzy bracia i siostry,

Zwykle wysłałabym prośbę o zgodę na przewiezienie kogoś przez cienie na miesiące, czy choćby tygodnie wcześniej, ale tę sytuację uważam za wyjątkowo pilną. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby czyjaś dusza zmieniła się tak raptownie w przeciągu zaledwie kilku godzin. Obawiam się, że jeśli spróbuję to przeciągnąć, to możemy go stracić. Dlatego wysyłam tę sowę śpieszną ścieżką poprzez ciebie, ponieważ to jest nagły wypadek.

Moje wędrówki zaprowadziły mnie na wyspę Man i zamieszkałej na niej rodziny Opalline’ów. Spędziłam pośród nich kilka dni, rozmawiając z jedną z ich córek, której ojciec zaczynał się martwić, że zaczyna ogarniać ją poczucie bezużyteczności. Dziś miał nastąpić mój ostatni dzień pośród nich, jako że rany na duszy córki były niewielkie i nie wymagały wizyty w Sanktuarium.

Trzy godziny temu zostaliśmy zaatakowani przez smoczycę. Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego: czerwono–złota samica o skrzydłach zdolnych do zasłonienia całego nieba.

Harry musiał w tym momencie przerwać na chwilę czytanie i zamknąć oczy. Acies.

Czy też to, co z niej zostało. W końcu już nie jest człowiekiem.

Otworzył oczy i wrócił do czytania.

Opalline’om wydaje się, że przyciągnął ją do nich ich dom, Gollrish Y Thie, który jest szkieletem potężnego smoka jej gatunku. Wydaje im się również, że oszalała, kiedy zdała sobie sprawę, że szkielet już nie żyje i być może uznała, że to Opalline’owie go zabili. Nie da się jednak określić tego na pewno. Czasem smoki po prostu szaleją dlatego, że ich wola jest niczym nie ograniczona.

Zionęła ogniem. Dwa tuziny Opalline’ów zginęło w przeciągu kilku sekund. Gdyby dziedziczki rodziny, Calibrid, nie było wówczas na wyspie, to podejrzewam, że zginęłoby ich jeszcze więcej. Ale była i dzięki temu mogła przyzwać do siebie całą magię swojej rodziny i zmusić smoczycę do zapadnięcia w sen.

Musiała jednak skupić się przez kilka chwil, żeby zebrać w sobie całą tę magię, przez co kompletnie przestała myśleć o własnym bezpieczeństwie i płomienie niemal pochłonęły i ją. Jej brat, Doncan, wytrenowany do jej obrony i ochrony, skoczył przed nią, ochraniając ją własną magią i ciałem.

Przeżył, zamiast wyparować, ale jego ciało zostało tak koszmarnie poparzone, że jego rodzina nie jest w stanie mu pomóc. Ogień odebrał mu również wzrok i zadał głębokie rany na duszy. Obecnie wierzy, że jego przeżycie nie ma znaczenia, ponieważ nie będzie w stanie dłużej chronić swojej siostry na sposoby, w jakie robił to przez większość życia. Jak tylko upewnił się, że Calibrid nic się nie stało, spróbował popełnić samobójstwo.

Powstrzymałam go i mam zamiar przywieźć go ze sobą do Sanktuarium, również za pomocą śpiesznej ścieżki. Wiem, że Joseph badał magiczne techniki uzdrawiania ciała, które mogą mu pomóc. Ale pokazanie mu, że może żyć i prosperować pomimo swoich rozległych obrażeń, nie będzie miało większego sensu, jeśli nie znajdzie w sobie chęci do życia. Przykro mi, że nie mam czasu na zapytanie Was o oficjalną zgodę. Jeśli uznacie moje zachowanie za nieodpowiednie, przyjmę na siebie dowolną karę, jaką mi wymierzycie.

Zaniepokojona,

Calla

Harry spojrzał ponad listem. Vera przyglądała mu się ze spiętymi liniami tuż przy jej lekko przymrużonych oczach, przez co Harry zmarszczył brwi. Wyglądała na zaniepokojoną o niego – zdążył się przyzwyczaić już do tej miny – co nie miało najmniejszego sensu.

– Czyli pojawi się tutaj? – zapytał, żeby zacząć jakoś rozmowę.

Vera przytaknęła.

– Chciałam cię ostrzec – powiedziała – ponieważ Doncan naprawdę potrzebuje Sanktuarium, ale chciałam, żebyś dowiedział się o tym zawczasu i upewnić się, że nie będziesz się o nic obwiniał, kiedy już się tu pojawi.

– O nic się nie obwiniam – powiedział szorstko Harry, oddając jej list. – Powierzyłem Acies ludziom, którzy zapewnili mnie, że będzie spała przynajmniej do mojego powrotu do czarodziejskiego świata. Wygląda na to, że się pomylili, ale to nic dziwnego, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek w dzisiejszych czasach tak naprawdę w pełni pojmował magię, która zmieniła jej ciało. Co mnie dziwi, to to, że stała się czerwono–złotą brytyjską, zamiast którymś z obecnie żyjących gatunków. – Pokręcił głową, po czym przyciągnął swój umysł z powrotem do meritum sprawy. – Kiedy Doncan tu przyjedzie?

– Calla może spędzić trochę czasu na przekonywaniu rodziny, ale ma rację, niewiele ktokolwiek może dla niego zrobić na wyspie Man – wymamrotała Vera, marszcząc brwi na Harry’ego. – W dodatku mają swoje własne psychiczne obrażenia do ukojenia, w końcu stracili wielu członków rodziny. Dlatego powinni pojawić się w przeciągu kilku godzin, najdalej jutro.

Harry kiwnął głową.

– I nie jest pewna, czy będzie chciał dłużej żyć?

– To prawda.

– Mogę pomóc – powiedział stanowczo Harry. – Wiem że tak. Moja wersja może była wyjątkowo pokręcona, ale tak na dobrą sprawę przeszliśmy z Doncanem przez podobny trening. Wiem jak to jest, kiedy środek mojego świata zaczyna się chwiać i walić, a do mnie zaczyna docierać, że już nie jestem w stanie go chronić jak należy. – Spojrzał Verze w oczy. – Jest opiekunem, zupełnie jak ja.

Ramiona Very spięły się.

– Zdajesz sobie chyba sprawę z tego, że może nie chcieć z tobą rozmawiać?

Harry prychnął.

– Oczywiście że tak. Ale z drugiej strony, on nie chce też żyć i pewnie przyjechać do Sanktuarium też nie chce, a Calla i tak go tu przywiezie. Wydaje mi się jednak, że może istnieć pewna szansa na to, że jednak zechce ze mną porozmawiać. Już kiedyś się spotkaliśmy, jest świadomy podobieństw między nami. Sam to przede mną przyznał.

– A jeśli powiem – zaczęła Vera niskim głosem, klarownym niczym strumyk – że nie sądzę, żeby próby wyleczenia jego duszy wyszły ci na dobre, ponieważ sam wciąż usiłujesz zaleczyć własną?

Harry założył ręce na piersi.

– To ci odpowiem, że pomaganie innym zawsze było dla mnie jednym ze sposobów leczenia – powiedział, zniżając głos do chłodnej uprzejmości, którą wcześniej wygrywał dyskusje ze swoimi mrocznymi sojusznikami, zwłaszcza podczas pierwszych spotkań z nimi. – Nie chcę ci się stawiać i żal byłoby mi działać wbrew twoim nakazom, ale nie jestem już w tak kruchym stanie, że potrzebuję absolutnej izolacji przed każdą skrzywdzoną osobą. Przecież i tak już rozmawiam z profesorem Snape’em, nie?

Vera zagapiła się na niego, a Harry zamrugał.

– Nie wiedziałaś? – wypalił. Skąd mi przyszło do głowy, że o tym wiedziała? Przecież nasze sesje ze Snape’em zawsze odbywały się w prywatnym otoczeniu, więc nigdy jej przy nich nie było, w dodatku ma swoje własne życie.

– Nigdy nie powinieneś był brać tego ciężaru na siebie – powiedziała Vera, której głos jeszcze bardziej ścichł, tym razem z podenerwowania. – Wiedziałam, że odmówił pomocy od Josepha. Nie wiedziałam, że zamiast tego postanowił zrobić z ciebie swojego wieszcza.

Harry czuł, że zaczyna się krzywić z niechęcią.

– Wiele ciężarów nigdy nie powinno było wylądować na moich barkach – powiedział ostro. – Ale wylądowały, bo tak już czasami bywa. Chcę pomóc. Mogę pomóc. Wokół mnie unosi się tyle tej potęgi, a ja niczego z nią nie robię. A Snape przynajmniej pozwala mi sobie pomagać, bo w ogóle ze mną rozmawia. No to czemu nie mam pomóc Doncanowi, jeśli sam wyrazi na to zgodę?

– Bo nie powinieneś czuć takiej konieczności – powiedziała Vera. Ciągle kręciła głową, jakby to miało sprawić, że wszystko, co jej się w tym nie podoba, nagle przestanie istnieć. – Nigdy się do końca nie wyleczysz, jeśli nie przestaniesz tak ciągle brać na siebie kolejnych ciężarów, Harry.

– Czy to jest coś, co widzisz w mojej duszy? – Harry nachylił się do niej. – Czy też może cytujesz wiedzę, której się tu nauczyłaś?

Vera zagapiła się na niego.

– Tak myślałem – powiedział Harry. – Może jest to dla ciebie niespotykane, Vero, ponieważ większość ludzi, którzy potrzebują twojej pomocy, faktycznie wymagają całkowitego odcięcia od świata, żeby się w pełni wyleczyć. Ale ja po prostu tak nie mam, to wszystko. – Wzruszył ramionami. – Nie wychowano mnie jak należy, a potem nie miałem normalnego życia odkąd wylądowałem w Hogwarcie. Czemu pod tym względem miałbym być normalny?

– Chciałam zaoferować ci szansę na normalność. – Oczy Very lśniły z żalu. – Nie chciałam zmuszać cię do pomagania tym, którzy powinni być w stanie przeżyć po prostu dzięki pomocy wieszczom.

Harry pozwolił sobie złagodnieć, bo z jej tonu wywnioskował, że wygrał.

– To jest niesprawiedliwe – powiedział. – Przyznaję. Ale nie sądzę, żeby istniała sprawiedliwość, o ile ludzie sami jej nie wymyślą i nie zaczną jej bronić. Czy pozwolisz mi pomóc Doncanowi, o ile sam wyrazi na to chęć?

– Ale wyłącznie, jeśli się na to zgodzi – powiedziała Vera, patrząc na niego surowo.

– No pewnie – powiedział Harry, nieco zaskoczony i urażony, że w ogóle przyszło jej do głowy, że Harry wpadłby nieproszony do pokoju Doncana, żądając rozmowy z nim.

– I może jutro porozmawiamy o tym, czy kiedykolwiek zdołasz najpierw pomyśleć o sobie, zamiast o innych – powiedziała Vera, po czym wyszła z pokoju.

Harry z namysłem odprowadzał ją wzrokiem. Czyli wciąż nie rozumie wszystkiego, mimo zdolności do widzenia mojej duszy. Pewnie nie mieści się jej w głowie, jak miałbym pracować nad własnym leczeniem i przy okazji komukolwiek pomagać. Ale to przecież nieprawda. Była zadowolona z moich postępów, a przecież spora ich część miała miejsce, kiedy pomagałem Snape’owi.

– Harry.

Harry z obawą zerknął na swojego chłopaka. Nie był pewien, czy Draco zaaprobuje to wszystko, czy też nie. Oczywiście, Draco i tak nie byłby w stanie zmienić postanowienia Harry’ego.

– Czy to się nigdy nie skończy? – zapytał Draco zmęczonym głosem.

Harry znał na to odpowiedź. Podszedł do krzesła i pochylił się, obejmując Dracona na poziomie ramion i całując go skroń.

– Nie – wyszeptał. – Rozmawialiśmy już o tym po Greybacku i Whitecheek, pamiętasz? To się nigdy nie kończy. Życie nie zatrzyma się i nie zaczeka na ciebie, póki nie nauczysz się, jak w nim żyć. Głupi byłem, skoro wydawało mi się, że byłbym w stanie wyjechać na dwa miesiące i do niczego by nie doszło w międzyczasie. Chciałem wszystko zorganizować tak, żeby był spokój, ale świat tak po prostu nie działa.

– Ale chyba nie czujesz winy z powodu poparzeń Doncana? – Draco spojrzał mu uważnie w oczy.

Harry’emu wymknął się zaskoczony śmiech.

– Nie. Tę decyzję podjąłem na podstawie dobrych dowodów, a przynajmniej tego, co wtedy wyglądało jak dobre dowody. Nie przejmuj się tym tak, Draco. Nie próbuję się w ten sposób ukarać. Poczucie winy nie pomaga równie dobrze, co szczera determinacja do udzielenia komuś pomocy. – Zaczął zabierać ręce z Dracona.

– Wiesz… – zaczął Draco i umilkł.

Harry zaczekał.

– Wiesz – ciągnął po chwili Draco, głosem jeszcze cichszym niż Very – wydawało mi się, że pewnego dnia to wszystko wreszcie dobiegnie końca? Wyobrażałem sobie nas, mieszkających gdzieś w izolacji – nawet nie w Brytanii, bo tak długo jak będziemy w Brytanii, ludzie nigdy nie przestaną cię nagabywać. Ale może w Irlandii. Albo Australii, czy Ameryce, czy też w dowolnym innym miejscu, w którym mówią po angielsku. Po prostu byśmy tam mieszkali i naszym największym problemem byłyby kłótnie o to, kto kupił zepsute mięso. – Zaśmiał się. – Głupie, nie?

Harry uśmiechnął się.

– To nie jest głupie, Draco. Po prostu nierealistyczne. Ale marzenia powinny być nierealistyczne.

Łagodnie przyłożył dłoń do karku Dracona i trzymał ją tam, póki Draco nie podniósł głowy i wtedy go pocałował, powoli i dokładnie, wkładając w to tak wiele miłości, jak tylko był w stanie. Wciąż nie uważał, żeby jego leczenie doszło do punktu, w którym jest w stanie okazywać ciałem własne emocje, a już z pewnością nie miał w tym takiej samej wprawy co Draco, ale wyglądało na to, że był w tym wystarczająco dobry, żeby pozostawić Dracona lekko oszołomionego.

– To się nigdy nie skończy – powiedział cicho Harry. – Ale być może pewnego dnia znajdziemy sobie taki domek na uboczu, w którym moglibyśmy się ukryć raz na jakiś czas, odpoczywając między ratowaniem wilkołaków i sprowadzaniem kompletnej klęski na wszelkich politycznych przeciwników Malfoyów.

Draco ponownie się zaśmiał i tym razem brzmiało to znacznie lepiej, znacznie weselej.

– Czy mogę zadać ci jeszcze jedno pytanie, Harry?

– Oczywiście. – Harry owinął się nieco wokół oparcia krzesła. – Pytaj o co tylko chcesz.

Czemu tak strasznie zależy ci na pomaganiu innym ludziom? – Draco patrzył wprost na niego, zupełnie jakby sam był wieszczem, zdolnym do odczytania jego duszy samym spojrzeniem. – Przecież wieszcze mogą pomóc Doncanowi. Chyba nie wątpisz w ich zdolności? – Harry pokręcił głową. – No to po co się zgłosiłeś?

– Ponieważ – powiedział Harry – kiedy widzę problem, na który mogę coś poradzić, to powinienem coś na niego poradzić. Albo powinienem przynajmniej znaleźć kogoś, kto jest w stanie coś na niego poradzić.

Draco przez chwilę się nie odzywał.

– Chyba nie byłbym w stanie żyć w ten sposób.

– Nie prosiłbym cię o to. – Harry przechylił głowę. – Nikogo bym o to nie prosił. Przecież głupim z mojej strony byłoby też oczekiwanie od innych robienia wszystkiego, co wymagałoby od nich lordowskiej mocy, kiedy jej nie mają, prawda? I to działa trochę w ten sam sposób. Skoro nie mogą żyć w ten sposób, to głupim z mojej strony byłoby oczekiwanie tego od nich. Ale wiem, że ja mogę, więc tak właśnie żyję.

– Bez wycieńczania się? Bez robienia z siebie magazynu na każde możliwe wyrzuty sumienia? – zapytał Draco wyzywająco, więc Harry stawił czoła temu wyzwaniu.

– Tak – powiedział. – Dawno temu otrzymałem list od twojej matki, Draco, kiedy pisała jeszcze do mnie jako Dziecię Gwiazd. Opisała mi swego rodzaju bezimiennego Lorda… wydaje mi się, że poniekąd miała na myśli vatesa, ale takiego nie dla magicznych stworzeń, pewnie dlatego nie użyła wtedy tego słowa. Opisała kogoś, kto używa swojej magii do służenia innym, leczenia ich i chronienia, ale również kogoś, kto jest w stanie dokonywać własnych osądów. Ostatecznie czasem ludzie będą chcieli wejść z nim w sojusz przez wzgląd na samolubne pobudki. A niektórzy będą chcieli osiągnąć swoje cele na sposoby, które skrzywdzą innych. Podczas gdy jeszcze inni po prostu będą prosili go o głupoty. Dlatego będzie musiał podejmować decyzje pod względem tego, jak chce używać tej magii, a potem żyć z konsekwencjami, jeśli jego decyzje okażą się niewłaściwe. Pamiętałem o służeniu, leczeniu i ochronie, ale nie o wszystkim innym. Chyba nie ufałem sobie na tyle, żeby czuć się na siłach i podejmować tego rodzaju decyzje. – Harry wzruszył ramionami. – Teraz już się czuję.

Draco z jakiegoś powodu uśmiechnął się na to szeroko.

– No co? – zapytał Harry.

– Jak wrócimy – powiedział miękko Draco – to spadniesz na nich jak tona gruzu. I nawet nie będą wiedzieli, kiedy to się stało i co dokładnie. Ale wokół ciebie zaczną pojawiać się ludzie, którzy będą chcieli się do ciebie zbliżyć, zwrócić na siebie uwagę po prostu przez wzgląd na to, kim jesteś, Harry, nawet nie dlatego, że jesteś potężny i możesz się im przydać. Pojawią się tacy, którzy się w tobie zakochają. – Jego uśmiech jeszcze się poszerzył. – I nie będą mogli cię dostać, bo ja już tu jestem.

Harry zaśmiał się.

– Rozpieszczony gnojek.

– Palant.

– Idiota.

– Dureń. – Draco pochylił się i pocałował go tak niespodziewanie, że Harry zachwiał się do tyłu i niemal wywrócił. – A teraz idź, dowiedz się, kiedy Doncan się pojawi, albo porozmawiaj ze Snape’em, albo zajmij się czymś, co pomaga innym – powiedział, a przedostatnie słowo ociekało taką pogardą, że Harry nie słyszał od niego takiego tonu bodaj od trzeciego roku, a i wtedy tylko kiedy wymawiał imię jego brata. – Bohaterze.

Harry podniósł rękę w salucie, po czym wyszedł, postanawiając udać się na platformę, na której wylądował jego własny powóz. Z tego, co było mu wiadomo, to było jedyne miejsce, w którym wieszcze w ogóle mogli lądować, nawet po przybyciu śpieszną ścieżką.


– Poprosił o ciebie.

Harry oderwał wzrok od czytanej właśnie książki – „Wydzieranie się na trawę: Poradnik dla początkujących” – po czym odłożył ją na bok. Przywiózł ją ze sobą z biblioteki Blacków i już dwukrotnie przeczytał. Połowę tego drugiego razu spędził przy drzwiach do pokoju Doncana, używając niewielkiego Lumos do podświetlania sobie stron po zapadnięciu zmroku.

Prawdopodobnie ominął go obiad, ale nie czuł się szczególnie głodny, kiedy minął drzwi z płaskorzeźbą jednorożca.

Harry jeszcze nie widział równie spokojnego pomieszczenia co to, w którym wieszcze zdecydowali się umieścić Doncana. Zawierał w sobie wiatr, który powoli przetaczał się wokół pokoju, niczym strumień mocy w Leśnej Twierdzy. Srebrne maswerki opadały od samego sufitu, wypełnione wodą, która lśniła tak delikatnie, że Harry momentalnie odczuł własne zmęczenie. Z dwóch kątów dobiegał śpiew, który brzmiał Harry’emu jak słowiczy, który w pewnym momencie urwał się i przeszedł w skowronkowy. No i, oczywiście, nie było tu żadnych luster.

Nie miało to żadnego znaczenia, oczywiście; Doncan był ślepy. Ale Harry i tak docenił, że wieszcze umieścili go w takim pokoju.

W samym środku pomieszczenia stało łóżko, które odsunięto teraz na bok. Doncan unosił się na łagodnych strumieniach powietrza, zaczarowanych do utrzymywania temperatury, którą by w stanie znieść, a która pomoże mu w leczeniu oparzeń. Harry nie sądził, żeby w tej chwili biedak był w stanie zaznać jakiegokolwiek komfortu.

Jego skóra bardziej przypominała obecnie kamień wulkaniczny, niż cokolwiek ludzkiego. Czarna i skórzana, wciąż zalatywała smażonym mięsem. Harry wziął głęboki oddech i podszedł bliżej.

Płomienie Acies trafiły go w klatkę piersiową i twarz, po czym zawinęły się wokół jego rąk i nóg; Harry miał wrażenie, że przeżył prawdopodobnie wyłącznie przez wzgląd na tarcze, które wzniósł, chroniąc swoją siostrę. Jego twarz wyglądała na zmumifikowaną, z pustymi oczodołami, brakiem jakiegokolwiek owłosienia, całą skórą pomarszczoną i uszami, które zmieniły się w drobne, odstające kawałki mięsa. Harry patrzył bezsilnie na płaty czerwono–białej skóry, która wyłaniała się spod czerni, oznaczającej kompletne zniszczenie nerwów. Nic nie było bardziej bolesne od poparzeń. Słyszał, jak Doncan wył z bólu, kiedy wieszcze wnosili go do środka. Użyli eliksirów, ale mogli je tylko wlać mu do gardła. Jego skóra była tak kompletnie zniszczona, że dowolne eliksiry czy maści, które mogliby na nie zaaplikować, po prostu po niej spłyną.

– Doncan – powiedział wreszcie Harry. Wiedział, że Doncan jest w stanie mówić i słyszeć, choć Merlin jeden wiedział, jakim cudem. Być może jego magiczna tarcza zdołała uchronić jego słuch i gardło nawet, jeśli niczego nie poradziła na oczy. Albo był to rezultat magii, którą Calibrid użyła na nim w chwilę po uderzeniu płomieni. Możliwe, że to w ogóle było połączenie jego magii i płomieni Acies. Brytyjskie czerwono–złote wyginęły tak dawno temu, że prawie niczego nie wiedziano już o nich na pewno.

Doncan drgnął, napierając na strumienie powietrza, po czym obrócił głowę w jego kierunku. Harry odsunął od siebie druzgocące współczucie. Nie miał teraz na nie czasu, tak samo jak Doncan. Jak to Calla – młoda, szczupła kobieta o wykończonych oczach, którą Harry spotkał przelotnie, nim nie zniknęła w tym pokoju ze swoim podopiecznym – ujęła w swoim liście, leczenie na niewiele się przyda, jeśli Doncan miał zamiar popełnić samobójstwo jak tylko znajdzie na to dość sił.

– Harry.

Harry skrzywił się. Doncan jednak łyknął trochę płomieni i dymu. Jego głos rzęził i sapał, urywając się w osobliwych chwilach, niczym obłoczki dymu. Ciągnął jednak dalej, nie dając Harry’emu okazji do zadania pytań.

– Przepadło – powiedział. – Wszystko. Prawdopodobnie już nigdy więcej nie będę w stanie chodzić. Nie są w stanie mi powiedzieć, na ile będę w stanie wyzdrowieć, ale nawet jeśli całkowicie, to już nigdy nie odzyskam wzroku.

– Nigdy? – zapytał Harry. – Żadna magia…

– Nie. – Ton Doncana był pusty, bez wyrazu. – Istnieją takie sprawy, których nawet magia nie naprawi, Harry. Płomienie wypaliły mi nerwy wzrokowe i… to nie był zwykły ogień, tylko magiczny, pełen niszczycielskiej mocy. Tam już nic nigdy nie wyrośnie.

Harry pomyślał o spalonej ziemi i skrzywił się na myśl, że ludzkie ciało miałoby przejść przez coś takiego.

– I właśnie dlatego nie chcesz już dłużej żyć? – zapytał.

Doncan warknął i przetoczył się na strumieniach powietrza z wysiłkiem, którego Harry nie chciał nawet sobie wyobrażać. Błękitne i zielone światła przesłaniały go w pasie, oferując choć odrobinę skromności; dowolny materiał mógłby spocząć na czarnej, wypalonej skórze. Nie można go było nawet oprzeć o fragmenty niepoparzonej skóry, bo te znajdowały się zbyt nieregularnie.

– Oczywiście że nie – powiedział. – Zmieniłeś zdanie o ochronie swojego brata, bo ci to narzucono. Ale ja sam postanowiłem chronić moją siostrę, a do tego potrzebuję wszystkich zmysłów. Wiem, jak walczyć na ślepo, ale to nie wystarczy. Dorwie ją dowolny wróg, który zakradnie się do niej bezgłośnie.

Harry kiwnął głową. Spodziewał się czegoś takiego. Przysunął sobie krzesło i usiadł na nim.

– I wydaje ci się, że ludzie nigdy nie przestaną jej atakować?

– Oczywiście że nie – wyszeptał Doncan. – Czy wiesz, że kilku ludzi z mrocznych, czystokrwistych rodzin, starało się ją zabić jak była małą dziewczynką, Harry? Oni nie są ze Światła. Nie obchodzi ich to, do czego Opalline’owie przykładają wagę – po prostu nie podobało im się, że czystokrwista rodzina o dowolnej deklaracji postanowiła traktować swoje charłaczne dziecko jak normalnego człowieka, a już nie wyobrażasz sobie, jaki chaos nastąpił, kiedy ojciec ogłosił ją swoją dziedziczką. Coraz więcej ludzi starało się ją zabić, albo porwać w czasie podróży. A kiedy zacznie swoją rewolucję, zacznie tworzyć most pomiędzy magicznym światem a mugolskim, to jeszcze więcej osób ją znienawidzi.

Harry ponownie kiwnął głową, po czym przypomniał sobie, że przecież Doncan go nie widzi.

– Czy nie przyszło ci do głowy, że jak umrzesz, to w żaden sposób nie będziesz w stanie udzielać się w jej życiu?

Doncan prawdopodobnie starał się zmarszczyć brwi; nie sposób było to określić na jego pomarszczonej twarzy.

– Oczywiście że tak. Ale mój udział w jej życiu i tak już dobiegł końca.

– Wcale nie – powiedział Harry rzeczowo. – Wciąż cię potrzebuję. Jak myślisz, czym dla niej się staniesz z tymi poparzeniami?

– Kimś bezużytecznym – wyszeptał Doncan. – Kimś, kto ją spowalnia.

Niekoniecznie. – Harry wstał i podszedł bliżej, żeby przyjrzeć mu się. Odsunął od siebie zgrozę. Nie była mu teraz potrzebna. – Symbolem, Doncanie. Symbolem tego, jak wiele kosztuje władza. Przywódcom zwykle nic się nie dzieje, ale otaczającym ich ludziom owszem. Czy kiedykolwiek wcześniej coś ci się stało w czasie pełnienia obowiązków?

– Nie – powiedział Doncan. – Za każdym razem w porę zauważałem zagrożenie i albo ściągałem ją z toru, albo broniłem jej. – Gorycz w jego głosie była silniejsza od zapachu spalonego mięsa.

– No właśnie – powiedział Harry. – To oznacza, że jeszcze nigdy przedtem nie musiała się z tym tak naprawdę zmierzyć. Teraz zrozumie swoją rolę na poziomie, w jakim nigdy by jej nie pojęła, gdyby jej rodzinie nic się nie stało. Nie dość, że ty skończyłeś z takimi poparzeniami, to jeszcze musi uporać się z dwoma tuzinami martwych, prawda? – Calla powiedziała Harry’emu w ich krótkiej rozmowie, że Patona nie było na wyspie Man, bo akurat był w odwiedzinach u krewnych we Włoszech. Prawdopodobnie nie otrzyma wieści o tym, co się stało, jeszcze przez jakiś czas, a nawet jeśli już otrzymał, to nie był w stanie wrócić na wyspę Man wystarczająco szybko, żeby Calla mogła rozmówić się z nim w kwestii przywiezienia tu Doncana.

– No ma. – Doncan poruszył się niespokojnie i ponownie przewrócił, przez co zawisł niemal do góry nogami. Harry łagodnie użył własnej magii, żeby ułożyć go z powrotem. Doncan mruknął podziękowania.

– Będzie o tobie pamiętała – powiedział Harry. – Będzie o tobie myślała. Będzie jej brakowało twojej obecności obok. Będzie żałować, że nie może odwrócić się i poprosić cię o radę, a potem przypomni sobie o twoim poparzeniu. Być może wcześniej myślała o tobie jak o swojej tarczy, swoim opiekunie, swoim starszym bracie. Teraz musi myśleć o tobie jak o ofierze.

– Czy ty chcesz, żebym poczuł się od tego wszystkiego jeszcze gorzej?

– Chcę, żebyś przejrzał na oczy – powiedział Harry. Wiedział, że wieszcze nie obraliby takiego kursu, a przynajmniej musiałoby minąć wiele miesięcy, nim nie zorientowaliby się, jak bardzo jest to konieczne. Harry przekonał się o tym po zobaczeniu reakcji Very na wieść, że Harry pomagał Snape’owi. Byli zanadto skupieni na jednostkach. Vera była przekonana, że Harry powinien wyleczyć się dla własnego dobra, a Harry wywnioskował ze swoich krótkiej rozmowy z Callą, że myślała podobnie. Chciały, żeby Doncan chciał dalej żyć dla samego siebie i póki go do tego nie przekonają, to będą uważały go za potencjalnie skłonnego do popełnienia samobójstwa. Ale tak nie podchodzi się do opiekunów. – Connor nie był w stanie już dłużej na mnie polegać i wierzyć, że będę go przed wszystkim chronił, kiedy wyrwałem się spod sieci, która przywiązała moją lojalność do niego. Aktywnie z tym walczył, a potem jeszcze ze mną, bo wydawało mu się, że mogę zabić mojego ojca chrzestnego, którego głęboko kochał. Całe miesiące zajęło mu zorientowanie się, że to ja w tym wszystkim byłem tak naprawdę ofiarą i że powinien być w stanie stać o własnych siłach, ale jak już mu się to udało, to nie było odwrotu.

Harry zamilkł na moment.

– Gdybym popełnił samobójstwo wyłącznie dlatego, że moje cele w życiu uległy zmianie, to by się załamał. Nawet nie wyobrażam sobie, jak twoje samobójstwo odbiłoby się na Calibrid, która, w przeciwieństwie do Connora, nie miała miesięcy na powolne przyzwyczajanie się do twojego zanikania z jej życia.

Oddech Doncana uciekał mu szybko z płuc, po czym wracał, ciężko i z rzężeniem. Harry zastanawiał się przez chwilę, czy nie powinien przyzwać Josepha, ale szybko się uspokoił.

– Nie zmienię podejścia, wciąż chcę jej służyć – powiedział Doncan.

– Nie oczekuję po tobie zmiany podejścia – powiedział Harry. Wręcz mam nadzieję, że go nie zmienisz, bo właśnie dzięki temu możesz uznać, że jednak chcesz żyć. – Ale teraz cię potrzebuje i to nie w roli, która zawsze odgrywałeś. Ona tak bardzo cię teraz potrzebuje, Doncanie. Nie jesteś już w stanie jej chronić, tak przynajmniej twierdzisz, ale wciąż możesz jej doradzać. Możesz być dla niej inspiracją, symbolem wszystkich ludzi, dla których musi być silna… o ile przeżyjesz. Wyobrażasz sobie, co się z nią stanie, jeśli pozwolisz się temu zabić? Przecież osunie się w przepaść.

– Nie może – wyszeptał Doncan. – Zbyt wielu ludzi na niej polega.

– Dokładnie. – Właśnie do tego wniosku Harry próbował go doprowadzić, ale chciał, żeby to Doncan powiedział to na głos. – Jest przywódcą, Doncanie, ale nigdy do tej pory nie musiała stać o własnych siłach, nie tak do końca. Zawsze przy niej byłeś, sam to powiedziałeś. Teraz zmaga się ze stratą, ale radzi sobie, bo uważa ją tylko za tymczasową…

– Mój wzrok już nigdy nie powróci.

– A czy twój wzrok jest tobą? – Harry podniósł brwi. – Czy twój wzrok jest umysłem, który jej doradzał, który ją chronił, czy twój wzrok jest magią, która obroniła ją przed smoczymi płomieniami? Wciąż ma szansę na odzyskanie tego wszystkiego. Ale jeśli umrzesz, to to wszystko przepadnie.

– Przeżyłaby – powiedział Doncan, którego głos zrobił się płochy. – Musiałaby. Pozbierałaby się i ruszyła dalej przed siebie.

– Ale czy poradziłaby sobie z tym równie dobrze, gdyby miała swojego brata przy sobie? – Harry pokręcił głową, po czym po raz kolejny musiał przypomnieć sobie, że Doncan jest ślepy. – Straciła dwa tuziny Starej Krwi, Doncanie, ludzi, których do końca życia będzie nosiła na swojej skórze. Nie wyobrażam sobie nawet, jak strasznie musi teraz przez to cierpieć. Ale i tak musi okazywać wszystkim siłę, ponieważ tak właśnie w chwilach kryzysu musi zachowywać się czystokrwista dziedziczka. Właśnie dlatego rodziny przekazują im moc i kontrolę nad sobą, ponieważ dzięki temu mogą na nich polegać w chwilach takich jak ta. Nie dopuść do tego, żeby straciła i brata. Popełnianie samobójstwa byłoby w tej chwili najbardziej samolubną decyzją, jaką mógłbyś podjąć w życiu. A nie sądzę, żeby twój ojciec wytrenował cię, żebyś był samolubny.

Cisza. Doncan oddychał. Harry czekał. Jego magia sprawdzała, delikatnie owijając się wokół twarzy Doncana, po czym powróciła do niego z obrazem wypalonych oczodołów. Harry skrzywił się. Ma rację. Tu już nic nigdy nie wyrośnie.

– Wieszczom to się raczej nie spodoba – powiedział wreszcie Doncan. – Chcą, żebym powiedział im, że chcę żyć… po prostu dlatego, że tego chcę. Powóz niósł nas tylko godzinę dzięki śpiesznej ścieżce, ale Calli dosłownie dziób się nie zamykał pod tym względem.

– A niech się walą – powiedział Harry. – Nie mogą podjąć za ciebie tej decyzji. Tylko ty możesz. Czy kiedykolwiek posłuchałeś się ludzi, którzy jęczeli ci, że straciłeś własną osobowość przez swoją decyzję chronienia Calibrid?

– Oczywiście że nie.

– No to teraz też nie słuchaj – powiedział Harry. – Wydaje mi się, że powinieneś żyć dalej, Doncanie, choćby dlatego, że tylko w ten sposób wypełnisz swoje przysięgi. W dalszym ciągu możesz jej doradzać. Możesz ją inspirować. Twoja rola uległa zmianie, ale to nie oznacza, że musisz ją opuszczać.

Znowu cisza.

– Podjąłem dobrą decyzję – odezwał się Doncan – postanawiając porozmawiać z tobą. Dałeś mi… coś, o co warto walczyć, Harry. Nie zmienię tak do końca mojego postanowienia, ale muszę wziąć to pod uwagę.

Harry pokłonił się przed nim z dłonią przyłożoną do piersi na poziomie serca. Radość go przepełniała.

– Świetnie – powiedział. – Czy chcesz, żebym przekazał jej jakąś wiadomość, albo jakąś jej wysłał?

– Powiedz jej, że niebawem ją wysłucham.

Harry pochylił głowę ponownie, po czym odwrócił się i wyszedł z pokoju. Stojąca przy drzwiach Calla zagapiła się na niego, kiedy ją mijał. Harry ją zignorował. Prawdopodobnie nie była w stanie wyobrazić sobie, co go tak uradowało.

Oczywiście, możliwe też było, że wyraz jego twarzy nie był szczególnie radosny. Bardziej zajadły, czy dziki. Zatrzymał się na najbliższym tarasie i nabrał głęboko świeżego powietrza w płuca. Ponad nim znajdował się księżyc, który właśnie minął pełnię i powoli zaczynał zanikać, ale wciąż lśnił tak intensywnie, że obłok oddechu Harry’ego rzucił na niego lekki cień.

Odprężył bariery, którymi otaczał swoją magię – co było znacznie łatwiejsze odkąd przybył do Sanktuarium, ponieważ łagodne, przeszywające powietrze atakowało nawet sieci w głębi niego – i pozwolił jej unieść się wokół siebie. Chwilę później błękit przesłonił mu pole widzenia. Zamrugał. Płomienie feniksa wyskoczyły mu spod skóry.

Wiedział, że czekają go kłótnie. Z całą pewnością przyjdzie mu się pokłócić z Verą i Snape’em. Prawdopodobnie również i z Draconem. Inni wieszcze mogą dodać coś od siebie, jeśli sposób, w jaki Calla rozmawiała z Doncanem, cokolwiek mu zasugerował. Ale miał to gdzieś. Podjął decyzję.

Muszę wracać.

Już pomijając wszystko inne, przecież Opalline’owie go teraz potrzebowali, cierpieli w obliczu potężnej straty. Chciał się do nich udać, zanieść im wiadomość od Doncana, zrobić co tylko będzie w stanie, żeby ukoić rany tych, którzy przeżyli atak, porozmawiać z Calibrid i Patonem. Nie czuł się zobowiązany. Nie torturował się poczuciem winy.

Chciał tego.

Wydawało mu się też, że lot Acies był sygnałem alarmowym. Nic nie pozostawało stabilne i nieruchome w zewnętrznym świecie, kiedy Harry postanowił się tu zatrzymać. Co jeszcze uległo zmianie? Wzrok Harry’ego ponownie powędrowało ku księżycowi. Zacisnął usta. Nie sądził, żeby sytuacja wilkołaków również pozostała bez zmian.

Czemu wydawało mi się, że może?

Ponieważ przekonałem sam siebie, że potrzeba udzielenia sobie czasu na leczenie musi oznaczać, że wszystko zamarznie tylko dlatego, że nie będę mógł poświęcić temu uwagi. A to przecież nieprawda. Potrzebowałem tego czasu. Następujące po tej myśli wnioski były niewłaściwe.

Już był w stanie usłyszeć głosy Snape’a i Very, że nie spędził tu pełnych dwóch miesięcy, że powinien zostać dłużej, że świat zewnętrzny powinien nauczyć się, jak sobie radzić bez niego. Jeśli ciągle będzie zachęcał ludzi do polegania na sobie, to co się z nimi stanie, jak pewnego dnia zginie w bitwie? Czarodziejski świat potrzebował stanąć o własnych siłach, niezależnie od niego.

To prawda. Powinien. Ale po prostu usunięcie siebie z równania tu nie pomoże. Muszę pokazać ludziom, jak podążać za zasadami, a nie człowiekiem – pokazać im, że nie pozwolę im na zostanie moim własnym, prywatnym Zakonem Feniksa. To pozostanie prawdą bez względu na to, kiedy bym nie wrócił.

A chcę wrócić już teraz.

Uformował płomienie feniksa w delikatne, zrobione z błękitnych płomieni skrzydła, które zaczęły uderzać wokół niego, po czym rozłożyły się jeszcze szerzej, potężne, rzucające osobliwe cienie na dachy Sanktuarium Jego magia krążyła wokół niego, warcząca i znudzona. Chciała się czymś zająć. Harry bez trudu był teraz w stanie wymyślić dla niej mnóstwo spraw.

I nie sądzę już, żebym był w stanie wyleczyć się w pełni w dwa miesiące. Dlatego jedyne, co mi pozostaje, to powrót i ciągnięcie leczenia przy jednoczesnej pracy nad wszystkim innym. Przełamię klątwy na moim nadgarstku, będę badał magię miejsc i spróbuję też nauczyć się jak zostać animagiem, bo to może się przydać w wojnie. Będę też pracował przy okazji jako vates i bawił się polityką, jeśli będzie trzeba. Zmieszam to wszystko w sobie i będę żył, nie tylko przeżywał.

Powiedział też sobie stanowczo, że to nie było to samo, co w poprzednich latach, bo wtedy tak na dobrą sprawę sam nie wiedział, co właściwie ze sobą zrobić. Reagował, zamiast działać, kuśtykał za posunięciami Voldemorta, czy Scrimgeoura, albo dowolnego, obecnie najpotężniejszego politycznego gracza i robił tylko to, co było niezbędne, do spełnienia potrzeb i zatrzymania sytuacji od ciągłego rozwijania się. Tym razem sam zacznie wykonywać własne ruchy.

Ufam sobie pod względem podejmowania decyzji, bo wiem, że przynajmniej część z nich będzie właściwa. Ufam ludziom wokół mnie, że powiedzą mi, kiedy zachowuję się jak idiota i usiłuję podjąć niewłaściwe decyzje. Jestem w stanie ugiąć mój uparty kark i wysłuchać ich. No i mam magię, która wesprze moje słowa.

Płomienie feniksa zawirowały wokół niego, tracąc swój kształt skrzydeł i zmieniając w błękitny stożek, a Harry nie był w stanie się powstrzymać. Otworzył usta i wylała się z nich pieśń feniksa – nie żałobna, jak to miało miejsce na zimowe przesilenie, lecz radosna i silna, podkreślona stalą. Harry uważał, że to odpowiednia pieśń na rozpoczęcie bezkrwawej wojny, czy też wojny, którą miał zamiar trzymać bezkrwawą tak długo, jak to było możliwe.

Miał ku temu możliwości, a jeśli doda do nich wiedzę i subtelność, to wiele ludzi nagle ucieszy się z jego obecności.

Kiedy pieśń dobiegła końca, był zaskoczony głębią swojego żalu, intensywnej chwili współczucia wobec zarówno Voldemorta jak i Dumbledore’a, już nie wspominając o tych wszystkich antycznych Lordach i Lady, którzy zaczęli z dobrymi intencjami i popadli w sidła przymuszenia.

Mogli to zrobić. Wszyscy mogli dokonać tylu wspaniałych spraw. A mimo to tego nie zrobili.

No trudno, sam się za to zabiorę.

Wrócił, żeby podnieść swoją książkę o magii miejsc, którą zostawił pod drzwiami Doncana. Nie mógł jej po prostu tam zostawić, skoro chciał wyjechać z Sanktuarium już jutro.

Chapter Text

– Nie.

Harry wywrócił oczami. Snape stał plecami do niego, warząc fioletowy eliksir, któremu zdawał się ostatnimi czasy poświęcać cały swój czas. Wywrócenie oczami miało szansę ujść mu płazem. Spodziewał się tego oporu, dlatego łatwo przyszło mu zachować spokój, kiedy znowu zaczął wyjaśniać.

– Nie panu podjąć decyzję o tym, czy wyjeżdżam czy nie – poinformował plecy Snape’a. – Już postanowiłem, że…

– A mimo to nie rozmawiałeś o tym jeszcze z wieszczami – wciął się płynnie Snape, pochylając się nad kociołkiem, żeby wziąć garść sproszkowanego kamienia księżycowego, który opadł na powierzchnię eliksiru niczym gwiezdny pył. Harry patrzył przez chwilę, jak eliksir wiruje, stopniowo wchłaniając srebrzyste płatki. Zastanawiał się, co takiego warzy Snape. Wyjątkowo rzadko eliksiry wymagały użycia kamienia księżycowego, a co dopiero tak drobno rozkruszonego. – Naprawdę wydaje ci się, że Vera tak po prostu cię puści?

– Skoro już o tym mówimy, to ona też nie ma nade mną aż tak wielkiej kontroli. – Harry przeciągnął się, wyciągając ręce ponad głowę, po czym oparł się z powrotem o drzwi. – Ale najpierw postanowiłem porozmawiać z panem, bo wiedziałem, że tu będzie czekała na mnie najcięższa przeprawa. – Zamilknął na chwilę, ale Snape nawet się na niego nie obejrzał. Harry wzruszył ramionami i ciągnął dalej. – Nie tylko chcę opuścić Sanktuarium, ale też wydaje mi się, że pan powinien tu zostać.

Snape obrócił się tak szybko, że szaty załopotały wokół niego, niemal strącając kociołek z podestu. Harry zauważył, że Snape podparł kociołek ręką, nawet na moment nie spuszczając oczu z Harry’ego. Był koszmarnie blady, a jego oczy były tak naznaczone niewyspaniem, że nie sposób było przeoczyć otaczającą ją szarość, nawet w chwili, w której wyglądał tak dziko jak teraz, jakby ktoś stale go męczył, drapał i magicznie torturował co noc. Harry nie pozwolił sobie na okazanie współczucia. Ostatnim razem, kiedy spróbował zapytać, czego dotyczyły te sny, magia Snape’a wzniosła się niekontrolowanie i niemal go zraniła, zanim się opanował.

– A to czemu? – Głos Snape’a był niski i paskudny. – Nie ufasz mi, że będę w stanie opanować się w pobliżu twoich wrogów?

Harry zwalczył w sobie pokusę spuszczenia wzroku. Nie było to widoczne na powierzchni, ale wiedział, że w oczach Snape’a pojawiła się iskra zdrady. Nie mógł przebywać tak blisko swojego opiekuna i przeoczyć coś takiego.

Ale musiał też być szczery. Musiał pokazać Snape’owi, że nie musiał już odgrywać opiekuna przy dziecku, nad którym się znęcano. Wreszcie rozwinął w sobie osobowość, skrzydła, do których rozłożenia Snape zawsze go zachęcał, ale Harry podejrzewał, że nie przyjmie tego do wiadomości, póki nie będzie miał innego wyjścia, zupełnie jak to było z Rosierem i uwolnieniem Durmstrangu.

– W ogóle panu nie ufam, że będzie pan w stanie się opanować – powiedział cicho. – Ma pan napady złości i wyżywa pan je na mnie. A to w prywatności Sanktuarium, gdzie dyrektorka nie wyjdzie nagle zza zakrętu, żeby zwrócić panu uwagę na to, jak niestosowne jest takie zachowanie. Co się stanie, jak wrócimy do Hogwartu? Za pierwszym razem, jak ktoś popełni błąd w eliksirze? Za pierwszym razem, kiedy przyjdzie do pana z płaczem pierwszoroczna Ślizgonka, która tęskni za mamą? Za pierwszym razem, kiedy pokłóci się pan z innym profesorem, albo za pierwszym razem, kiedy znajdę się w niebezpieczeństwie? Naprawdę wydaje się panu, że zdoła się pan powstrzymać przed wybuchem?

Snape oddychał szybko. Harry z trudem usiłował nie zrównać z nim oddechu. Współczuł mu, tak, ale jego współczucie wyostrzyło się i nabrało nuty irytacji, kiedy dni mijały, a Snape w żaden sposób nie chciał zmieniać swojego podejścia, ani porozmawiać z nim o snach. Harry nie wierzył już, że zdoła sam go wyleczyć. W przeciągu miesiąca nie okazywał żadnej poprawy, tylko statecznie mu się pogarszało. Zaledwie parę dni temu wściekł się najpierw, kiedy Harry zapytał go o sny, a potem ponownie, kiedy Harry go ignorował.

Chce ode mnie czegoś, czego nie jestem w stanie mu dać – absolutnej uwagi i pobłażania mu, czegokolwiek by nie zrobił. Jeśli wróci ze mną do Hogwartu i w dalszym ciągu nie będzie w stanie zachowywać się jak dorosły, to może dojść do katastrofy.

– Nie jesteś w stanie zmusić mnie do pozostania tutaj – powiedział wreszcie Snape.

Harry zdołał powstrzymać się od wyrzucenia rąk w górę, ale niewiele brakowało.

– Przecież wiem – powiedział. – Nigdy nie zmusiłbym pana do czegoś takiego. Mogę jednak panu powiedzieć, że jeśli pan ze mną wróci i pozwoli, żeby pańskie napady złości…

Usta Snape’a otworzyły się niechętnie w paskudnym warknięciu.

– To nie są żadne napady złości – powiedział. – To relikty po cierpieniu, którego nie jesteś w stanie pojąć…

– Bo nie chce mi pan o nich opowiedzieć! – Harry nie chciał ryknąć ostatniego słowa, ani pozwolić, żeby jego magia zagrzechotała składnikami, jakie Snape porozstawiał na półkach, ale i tak do tego doszło. Przynajmniej uciszyło to Snape’a. Patrzył się na Harry’ego w milczeniu, jakby pierwszy raz go widział. – Nie chce mi pan o nich opowiedzieć – podjął, kiedy wreszcie był pewien, że się uspokoił. – A sytuacja, do której wracam… nie wiem, jak właściwie wszystko rozwinęło się w ministerstwie, czy w kwestii wilkołaków, bo jestem od nich za daleko, a chcę jeszcze pomóc jakoś na wyspie Man, możliwie bez krzywdzenia ich jeszcze bardziej tylko dlatego, że mój opiekun nie jest w stanie nad sobą zapanować. Tak łatwo mógłby pan zrujnować misje dyplomatyczne. Zniechęci pan do mnie ludzi, zanim jeszcze zdążą mnie poznać i zdecydować, czy w ogóle będą chcieli wejść ze mną w sojusz. Będą się przez pana zastanawiali, czemu pobłażam panu do stopnia, w którym krzywdzi pan wszystkich naokoło. Ja jestem w stanie oprzeć się panu, przez wzgląd na potęgę mojej magii. Ale inni nie będą.

– Nie mogę ci powiedzieć – wyszeptał Snape. – Zostałem złamany na sposoby, których nigdy nie zrozumiesz.

– Kiedy mój umysł załamał się pod własnym ciężarem. – Harry sprawił, że jego głos brzmiał tak sceptycznie, jak to tylko było możliwe. – Kiedy zabiłem z litości ludzi i stawiłem czoła dzikiemu Mrokowi.

– Tak.

Harry przechylił głowę i przyjrzał się uważniej Snape’owi.

– To możliwe – powiedział. – Ale nie będę sam w stanie tego określić, póki mi pan nie powie.

– Nie chcę.

Harry kiwnął głową.

– W takim razie najlepiej będzie, jeśli zostanie tu pan i będzie się kisił w tych snach, póki się pan z nimi nie pokoju. Jak dojdzie pan do wniosku, że już jest po wszystkim, to z przyjemnością powitam pana z powrotem u swojego boku. Przekażę dyrektorce McGonagall, że potrzebuje nowego nauczyciela do eliksirów i nową głowę domu Slytherina na…

– Jadę z tobą – powiedział Snape, głosem niczym pustynny wiatr.

– Żeby się wściekać i zrujnować moją reputację?

Snape łypnął na niego wściekle.

– Nie kontroluje pan nad sobą – powiedział Harry. – Nie zachowuje się pan jak Ślizgon, bardziej jak Gryfon. Nie mogę panu pozwolić na zbliżenie się do mnie, póki tak pan się zachowuje. Jak już wspomniałem, nie mam zamiaru ograniczać pańskiej wolnej woli, jeśli naprawdę chcę pan ze mną wrócić, ale nie będę mógł zabierać pana ze sobą na polityczne spotkania i ostrzegę przed panem dyrektorkę. Nie potrzebuje się jeszcze zmagać z rodzicami, którzy będą składali na pana zażalenia o skrzywdzenie ich dzieci tylko dlatego, że nie chciało się panu zapanować nad własnym temperamentem.

– Brzmisz jakby… – Snape jednak wycofał się z tego zdania.

– Tak? – kiwnął głową Harry. – Niech pan dokończy.

– Brzmisz, jakby ci na mnie nie zależało. – Snape obrócił się z powrotem do swojego kociołka, co samo w sobie pokazywało, jak wiele kosztowało go wypowiedzenie tych słów. Nie jest nawet w stanie spojrzeć mi w oczy po wymówieniu ich.

– Zawsze będzie mi na panu zależało – powiedział Harry. – Jak pan może myśleć o naszych rozmowach z ostatniego miesiąca i dojść do takiego wniosku? – Zamilkł, ale Snape nie odwrócił się z powrotem. Harry pokręcił głową. – Prawda jest taka, że już jestem w stanie znaleźć różnicę między sympatią a koniecznością działania. Zależy mi na panu, ale jednocześnie wiem, że jeśli zabiorę gdzieś pana ze sobą, to popełnię tym samobójstwo polityczne, bo rzuci pan klątwę na pierwszą osobę, która się ze mną nie zgodzi. Jestem w stanie zrozumieć motywy mojego przeciwnika i wciąż stać po przeciwnej do niego stronie. Mogę pragnąć udzielić komuś pomocy i oprzeć się temu pragnieniu, jeśli ta osoba postanowi stanąć po przeciwnej stronie barykady. – Nie był w stanie powstrzymać swój głos przed rozbrzmiewającą w nim nutą tęsknej frustracji. – Czy to nie tego chciał pan ode mnie, żebym się wreszcie nauczył, kiedy jeszcze uważał pan, że moja dobroć i wybaczenie kiedyś mnie wykończą?

Snape nic nie powiedział.

– Jeśli uprze się pan przy powrocie ze mną – powiedział cicho Harry – to odseparuję się od pana, o ile nie okaże mi pan, że jest pan w stanie myśleć. A jeśli będzie pan z uporem znajdował sposoby na to, żeby znajdować się w moim otoczeniu, to poproszę Josepha, żeby pojechał z nami.

Tym razem Snape spiął się cały, jego ręka, którą zaciskał w pięść wokół chochli, mieszającej w kociołku, zamarła. Jego głos brzmiał jak syknięcie świeżo urodzonego bazyliszka.

– Nie ośmieliłbyś się.

– Właśnie że tak – powiedział Harry. – Już od dłuższego czasu nie miał okazji na zwiedzenie zewnętrznego świata. Nie ma obecnie innych gości, którzy potrzebowaliby właśnie jego pomocy. Zrobił dla Doncana już wszystko, co mógł, a w Sanktuarium znajdują się inni wieszcze, którzy wiedzą jak ciągnąć jego leczenie. Pojedzie z nami i zostanie pańskim osobistym wieszczem, jeśli tylko go o to poproszę. A już go poprosiłem – dodał.

– Nie możesz mi tego zrobić.

– Właśnie, że mogę. – Harry powstrzymał pokusę podejścia do Snape’a, złapania go za ramiona i potrząśnięcia nim w nadziei znalezienia choć odrobiny zdrowego rozsądku. – Właśnie w tym rzecz. Nie znosi pan myśli, żeby ktoś miał stłamsić pańską wolną wolę, ale obecnie swobodnie chce pan tłamsić wolną wolę innych. Jestem vatesem. Nie mogę dopuścić do tego, żeby pańskie dziecięce żale krzywdziły innych wyłącznie dlatego, że nie pozbył się pan już dwadzieścia lat temu!

– Naprawdę wydaje ci się, że tylko dlatego cierpię? – wyszeptał Snape, kiedy usłyszał jego słowa. – Przez Huncwotów?

– A skąd mam wiedzieć? – Harry założył ręce na piersi i spojrzał na niego plecy. – Przecież nie powiedział mi pan niczego, co mogłoby temu przeczyć, pamięta pan?

– Powinieneś był wiedzieć, że tu nie tylko o to chodzi.

Harry poczuł, jak odraza pęka w nim jak wyschnięty patyk. Zadarł wargi, odsłaniając zęby i sycząc. Snape zagapił się na niego.

– Wal się, Snape. Oto, jakie wybory stoją przed sobą. Wyjedź ze mną z Josephem u swojego boku i pracującym jako twój wieszcz, albo tu zostań, albo wyjedź, ale trzymaj się z dala ode mnie. To wszystko.

Odwrócił się i wyszedł, płomienie feniksa iskrzyły i przeskakiwały mu ponad ramionami. Starał się ukoić po drodze swoją złość, oraz, co najważniejsze, swoje rozczarowanie.

Czego on, do licha, właściwie ode mnie chce? Jeszcze dwa miesiące temu byłby zły, że w ogóle tak się dla kogoś staram, a co dopiero dla niego. Półtora miesiąca temu ochrzanił mnie o to, że pozwalam osobistym emocjom na przytłoczenie mnie, przez co byłem bezużyteczny zarówno w polityce jak i w walce. O co mu tym razem chodzi?


Snape pochylił się nad swoim kociołkiem, oddychając szybko. Szybko jednak przypomniał sobie, jak niebezpieczne może okazać się wdychanie oparów tego konkretnego, eksperymentalnego wywaru, więc odsunął się od niego.

Jego myśli przeczesywały z pasją słowa, które skierował do niego Harry. Tu nie chodzi tylko o Huncwotów i on naprawdę powinien zdawać sobie z tego sprawę. Czemu nie może zostawić mnie w spokoju, żebym leczył się we własnym tempie? Czemu musiał zacząć naciskać? Czemu akurat teraz? Przecież pozwoliłem mu się leczyć we własnym tempie.

Możliwe, że sam siebie rozpieścił, ale naprawdę wydawało mu się, że będzie miał jeszcze miesiąc na pozbieranie potłuczonych kawałków siebie i ponowne uformowanie z nich beznamiętnej maski. Planował, że do czasu, kiedy już będą się zbierali z powrotem, będzie znów w pełnej kontroli nad sobą.

A teraz Harry powiedział mu, że dzisiaj wyjeżdża. Po czym zaoferował Snape’owi wybór, który tak naprawdę nie był żadnym wyborem.

Oparł się o ścianę i zaklął cicho pod nosem, najbardziej parszywe słowa jakie znał, mugolskie, które usłyszał od ojca, zmieszane z nazwami zaklęć, które, jakby je wypowiedzieć na głos i gdyby tylko tego rodzaju zaklęcia w ogóle działały w Sanktuarium, to przyzwałyby koszmary, przy których Crucio wyglądało potulnie. Kiedy to straciło swój urok, obrócił się z powrotem do swojego eliksiru.

Powinien był mieć więcej czasu. Potrzebował więcej czasu.

Ale go nie miał.

Wyglądało na to, że dokonał niemożliwego, albo to wieszcze dokonali niemożliwego, albo sam Harry dokonał niemożliwego, czy też wszyscy razem dokonali niemożliwego. Harry wreszcie zaczął wyrastać na imponującego, młodego człowieka, który nie wyglądał, jakby miał się załamać przy pierwszym stresie. To był tak daleki wizerunek od tego, jaki był, kiedy pojawił się w Sanktuarium, że Snape nie był w stanie pojąć, co dokonało w nim tak wielkich zmian.

Wystarczyło jednak, że wyjrzał przez okno swojego laboratorium, na odległe, wijące się liany, kwiaty i drzewa Sanktuarium i wiedział.

Zaakceptował wszystkie zmiany, jakie tu w nim zaszły. Głęboko zapuścił korzenie i zaczął się rozrastać. Jemu też pewnie wydawało się, że będzie miał dwa miesiące, a nie tylko jeden, ale i tak chwytał się każdej okazji do przełamania swoich barier, zniszczenia pozostałości po swoim treningu i wyleczenie się jak należy.

A ty nie.

Świadomość paliła go w gardło niczym popiół, przynajmniej równie gorzki co ten, kiedy do Snape’a dotarło, że Dumbledore jednak nie wyrzuci Blacka ze szkoły. Spróbował wmówić sobie, że to posmak po sproszkowanym kamieniu księżycowym.

Wiedział lepiej.

Kiedy Snape stawił czoła temu wyborowi, to wiedział, że może podjąć wyłącznie jedną decyzję. Nie mógł zostać w Sanktuarium bez Harry’ego. Powrót do Hogwartu, kiedy Harry będzie się od niego dystansował, był niewiele lepszy.

Będzie musiał zaakceptować towarzystwo człowieka, którego nienawidził, człowieka podobnego do Blacka, nawet jeśli Harry nie chciał przyjąć tego do wiadomości.

Wygląda na to, że nie będę w stanie go oszukać. Ale możliwe, że zdołam go zaskoczyć. Może zdołam wyrosnąć na coś, co go usatysfakcjonuje, ale nie będzie wymagało ode mnie kompletnej zmiany. Harry znacznie mocniej naciska od wieszczy, oni są bardziej delikatni i ostrożni.

Snape wyprostował się tak gwałtownie, że aż mu coś strzeliło w kręgosłupie. To będzie oznaczało długą grę, pracę wbrew wieszczowi, który jest w stanie widzieć jego duszę, jak i wbrew snom, które każdej nocy atakowały go swoimi długimi pazurami. Ale poradzi sobie z tym. Radził sobie z trudniejszymi sprawami, jak na przykład szpiegowaniem przez rok pośród śmierciożerców.

No to z tym też sobie poradzę.


– Martwię się tylko – powiedziała Vera. Harry poinformował ją o swoich zamiarach i przyjęła jego słowa znacznie spokojniej, niż się tego po niej spodziewał, po prostu siedząc z rękami złożonymi na podołku i wyglądając przez okno, którego oświetlenie zwykle przyciemniało jej sylwetkę. Obróciła się teraz do niego, przyglądając mu z powagą. – Że po raz kolejny zaczniesz zaniedbywać własne leczenie, ponieważ będziesz wolał, żeby ludzie wokół ciebie wyleczyli się jako pierwsi.

Harry przypomniał sobie, że powinien być cierpliwy. W końcu przybycie do Sanktuarium to był jego pomysł. W dodatku już wcześniej potrafił być cierpliwy, nawet kiedy Vera sugerowała mu leczenie, które uważał za niedorzeczne. Kąpałem się w Pokoju Relaksacyjnym nawet kiedy wydawało mi się, że to bardziej mi szkodzi, niż pomaga.

– Będę kontynuował moje leczenie i przy okazji zajmował się innymi sprawami – powiedział. – Przecież zaprosiłem już Josepha, a on jest jednym z bardziej nieugiętych, znanych ci ludzi; sama tak powiedziałaś. – I tak było, jak zapytał ją kiedyś, czemu inni wieszcze wybrali dla Snape’a właśnie Josepha. – Może pojechać ze mną nawet, jeśli profesor Snape uzna, że jednak nie powinien, ponieważ chce zobaczyć znowu świat zewnętrzny, jak i to, co ze mną będzie. Powiedział mi o tym. Dlatego Sanktuarium w dalszym ciągu będzie mogło mieć mnie na oku.

– Nie równie dobrze, co mogłoby, gdybyś tu został. – Vera przechyliła głowę, przyglądając mu się. – Jak do tej pory masz wyłącznie lot Acies na dowód katastrof, jakie mogły dotknąć świat zewnętrzny, których tak się obawiasz. A Calibrid uśpiła Acies. Czy naprawdę musisz tak się śpieszyć? Czy nie uczysz tym swoich wrogów, że zawsze pojawisz się na zawołanie, a swoich przyjaciół, że mogą się uzależnić od twojej mocy i sposobów, na jakie może im pomóc?

Harry pokręcił głową.

– Wydaje mi się, że Acies to znak. A nawet, jeśli nic innego się nie dzieje, to Opalline’om przynajmniej przyda się moja pomoc.

– Co oznacza, że będziesz się zaniedbywał – powiedziała od razu Vera.

– Tego nie wiesz. – Harry zmarszczył na nią brwi. – Wiem, że tak właśnie robiłem w przeszłości, ale czy widziałaś po tym ślad w przeciągu ostatniego miesiąca?

– Miesiąc nie wystarczy, żeby wyrządzić odpowiednio trwałe zmiany w twoim życiu. – Vera przeczesała sobie dłonią włosy. Harry jeszcze nigdy nie widział ich w nieładzie.

Chwila wystarczyła, by całe życie Doncana zostało wywrócone do góry nogami – powiedział ostro Harry. Wiedział, że robił się nieprzyjemny, wiedział, ale miał to gdzieś.

– Fizyczne rany różnią się od psychicznych – wyszeptała Vera. – Twój Zgorzkniały jest dobrym przykładem na to, jak koszmarnie pokręcona może stać się dusza, którą od lat nikt się nie zajmował.

– Draco i Snape nie pozwolą mi na powrót do egzystowania jako bezmyślna skorupa – powiedział Harry. – Sam sobie na to nie pozwolę. – Wstał i podszedł niespokojnie do okna. – Doceniam, że nie chcesz mnie stąd wypuścić, że się o mnie martwisz, że nie chcesz zobaczyć jak się cofam, kiedy dopiero co zacząłem chwiejnie kroczyć przed siebie. Ale obawiam się, że w ostatecznym rozrachunku nie masz pod tym względem niczego do powiedzenia. Chciałem wyjaśnić, zamiast po prostu znikać. – Zniknięcie byłoby łatwiejsze. – Nie możesz jednak podjąć tej decyzji za mnie.

Vera westchnęła.

– Nie, nie mogę – powiedziała. – I każdy, kto akceptuje vatesa jako vatesa, wie też, że nikt nie może go do niczego przymusić. Ale będę za tobą tęskniła, Harry. Istnieje też jeszcze jedna troska, którą się zamartwiałam już od wczoraj, kiedy dowiedziałam się, że pomagałeś Zgorzkniałemu i chciałeś pomóc Doncanowi.

Harry obejrzał się przez ramię.

– Jaka?

– Że nie wiesz jak prowadzić normalne życie. – Vera wstała z fotela, wyglądając naprawdę staro. – Że bez względu na to, co by nie działo się w twoim życiu, będziesz stale odkrywał swój pociąg do niebezpieczeństwa i związaną z adrenaliną przyjemność. Pewnego dnia świat nie będzie cię tak drastycznie potrzebował, a ty i tak odkryjesz, że nie jesteś w stanie się wycofać.

Harry nie był w stanie się powstrzymać i jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, mimo że wiedział, że słowa Very były szczerym wyrazem troski.

– Wydaje mi się, że trochę zbyt wysoko mierzyłem – powiedział lekkim tonem. – Normalności i mnie chyba jednak nie jest dane dzielić te same ścieżki w życiu. Ale to nie szkodzi. Nie muszę uciekać przed światem. Po prostu muszę w nim żyć, bez względu na to, czego by to dla mnie nie oznaczało.

Vera przyglądała mu się jeszcze przez chwilę. Harry stawił jej czoła z dumą i z lekkim zaskoczeniem przypomniał sobie, jak strasznie bał się jej podczas ich pierwszego spotkania, które odbyło się niemal dwa lata temu. Była w stanie zobaczyć jego duszę, to prawda, ale przecież nie miał się czego wstydzić.

Dotknęła jego włosów, wymamrotała błogosławieństwo, po czym wyszła z pokoju. Harry kiwnął z satysfakcją głową. A teraz jeszcze powiedzieć Draco.

Po drodze zabrał Argutusa z jego ulubionego miejsca, zaraz za drzwiami. Miał zamiar wyjechać, jak tylko porozmawia z Draconem.


– Jesteś pewien, że to nie jest po prostu powtórka sprzed półtora roku, kiedy ignorowałeś siebie na rzecz wszystkich wokół? – zapytał Draco, wyglądając przez okno ze wzrokiem wbitym w wodospad, zamiast na twarz Harry’ego. Harry zastanawiał się, czy to było celowe, po czym powiedział sobie, że oczywiście że tak. Byłby bardziej zaskoczony, gdyby Draco przez całą rozmowę patrzył mu w oczy. Ostatnimi czasy Draco znacznie częściej zważał na własne zachowanie, oceniając własne czyny i mimikę do najmniejszych szczegółów. Harry podejrzewał, że jego rozmowy z Niną mu w tym pomogły, choć nie był obecny na wielu z nich, więc nie mógł być tego pewny.

– Jestem pewien – powiedział Harry, głosem silnym i opanowanym.

– Jesteś pewien, że będziesz w stanie zrównoważyć swoje cele, zamiast poświęcania się dla dobra jednej osoby, albo stworzenia? – Draco przestąpił z nogi na nogę. Harry już nie mógł się doczekać, aż nauczy się, co to oznacza. Jedna ze spraw, którym chciał się szczerze oddać, było dokładne badanie Dracona, zrozumienie go na sposoby, na które wcześniej nie zwracał uwagi.

– Spróbuję – powiedział Harry. – A jeśli zacznę zbaczać w kierunku niepotrzebnych poświęceń, to ufam, że ściągniesz mnie z powrotem.

Draco odwrócił się wtedy do niego. Harry spodziewał się uśmiechu, ale nie znalazł niczego poza głębokim, wyceniającym spojrzeniem szarych oczu. Harry’emu wydawało się, że Draco patrzył na niego w tym momencie bardziej jak na towarzysza broni, zamiast kochanka, przez co poczuł osobliwe tchnienie dumy w piersi.

– I wydaje ci się, że faktycznie jesteś w stanie dalej się leczyć i nie pozostawać w miejscu? – Draco cisnął w niego tym wyzwaniem niczym włócznią.

Harry podniósł wysoko głowę. Zwalczał w sobie pragnienie do uśmiechnięcia się. Chciał tego, ale w tej chwili miał wrażenie, że powinien dorównać Draconowi w powadze.

– Owszem.

Draco zrobił krok przed siebie i wyciągnął do niego rękę. Harry ją uścisnął. Draco kiwnął lekko głową, jakby to odpowiedziało na jakieś jego wewnętrzne pytanie.

– No to kiedy wyjeżdżamy?


– Dzięki, że posyłacie nas śpieszną ścieżką – powiedział Harry do Very, wspinając się do powozu, który na nich czekał. Argutus owijał się wokół jego ramion i pasa, a wężyca Wielu wokół jego karku. Harry zastanawiał się, czy będzie się cieszyła z opuszczenia spokojnej atmosfery Sanktuarium, z powrotu do miejsc, w których może kogoś zaatakować. Z drugiej strony jednak, Harry też wracał do miejsc, w których znacznie częściej będzie znajdował się w niebezpieczeństwie.

– Nie ma sprawy. – Vera wyglądała, jakby miała zamiar powiedzieć coś innego, ale pokręciła głową i wróciła do sedna. – Wiem, że chcecie czym prędzej dotrzeć do wyspy Man, a zajęłoby wam to znacznie dłużej, nie tylko przez dzielącą nas od niej odległość, ale też trasę poprzez cienie.

Harry kiwnął głową. Nie był pewien, gdzie dokładnie znajdowało się Sanktuarium, ale nie umknęło mu, że powóz wyleciał na wschód od Hogwartu, czyli w kompletnie przeciwnym kierunku do Gollrish Y Thie.

Draco wszedł do środka zaraz po nim, usiadł obok i złapał go za rękę. Harry uśmiechnął się, po czym użył zaklęcia lewitującego do wciągnięcia do środka ich ciasno spakowanych kufrów, odpowiednio pomniejszonych, by zmieściły się tu z nimi bez trudu.

W następnej kolejności wsiadł Snape, a zaraz za nim Joseph. Harry patrzył kątem oka na swojego opiekuna, kiedy ten zajmował swoje miejsce. Zobaczymy, czy to w ogóle zadziała. Zauważył, że Snape rzucił Josephowi spojrzenie pełne pogardy, ewidentnie nie zdając sobie nawet do końca z tego sprawy, więc zdusił w sobie westchnienie. Raczej niespecjalnie. Ale to najlepszy kompromis, jaki byłem w stanie wymyślić, a Joseph jest uparty.

W tym momencie Joseph spojrzał wprost na Harry’ego powoli puścił mu oczko. Snape wyglądał na oburzonego, ale ponieważ akurat udawał, że kompletnie ignoruje wieszcza, to nie mógł tego w żaden sposób skomentować. Wyciągnął książkę o eliksirach i zaczął czytać. Joseph uśmiechnął się i oparł wygodnie, po czym zaczął mamrotać pod nosem coś, co brzmiało jak stara ballada.

– Żegnajcie wszyscy – powiedziała Vera z powagą. – Pamiętajcie o nas w świecie zwierciadeł i nie wahajcie się wrócić do Sanktuarium, w którym wszystko zawsze jest w porządku.

– Żegnaj, siostro – powiedział Joseph. Harry kiwnął głową i poczuł, jak Draco rusza swoją obok niego. Snape niczego nie powiedział.

– Uważajcie na siebie – powiedziała Vera, której usta drgnęły w lekkim uśmiechu. – Nasze powozy zwykle obierają wolniejszą ścieżkę poprzez cienie, ponieważ nasi goście potrzebują czasu na przyzwyczajenie się do kojącej atmosfery naszego domu. Ale śpieszna ścieżka jest używana w nagłych przypadkach i… bardzo się od niej różni. – Odsunęła się o krok i machnęła ręką, a powóz wzbił się w powietrze. Harry odchylił głowę, żeby zobaczyć spiralę złotych lin, po której będzie pędził, jak ten, który ich tu sprowadził i z zaskoczeniem odkrył, że nie trzymają się żadnej.

Chwilę później zrozumiał. Śpieszna ścieżka musi inaczej nieść powozy.

I to jak.

Jak tylko znaleźli się wystarczająco wysoko ponad ziemią, powóz wystrzelił nagle przed siebie. Harry zauważył rozmyte dachy, kolory zlewające się ze sobą niczym siniec, ale już po chwili znaleźli się ponad nimi, a powóz robił coraz ciaśniejsze kręgi, pozostawiając Sanktuarium daleko w dole. Harry zadrżał, kiedy powietrze przed nimi zrobiło się koloru kredy.

Powóz wyskoczył do przodu i bez względu na to, jak szybko by nie lecieli już wcześniej, teraz lecieli jeszcze szybciej, co zdawało się niemal niemożliwe. Harry zaklął i oparł się na swoim miejscu, nie mogąc niczego uchwycić, ponieważ Draco wciąż trzymał jego dłoń. Jego uśmiech, co Harry zauważył, kiedy się na niego obejrzał, miał w sobie nutkę podnieconego szaleństwa.

– W ogóle nie przypomina to lotu na Błyskawicy, co? – zapytał Draco.

Harry pokręcił głową w lekkim oszołomieniu. Na Błyskawicy zawsze miał kontrolę nad wszystkim, sam kazał miotle wszystko robić. Na śpiesznej ścieżce kontrolę miała magia, na której leciał powóz.

Szarpnęło nimi i zaczęli się wznosić. Harry wyjrzał przez okna, ale nie był w stanie zobaczyć niczego szczególnego. Wyglądało na to, że znajdowali się pośród cieni, zupełnie jak wtedy, kiedy wlatywali do Sanktuarium, ale tym razem widział krawędzie cieni, mijające ich niczym szare kurtyny. Od czasu do czasu ich ścieżka migotała przed nimi, lśniąc niczym diamentowy pył. Harry poczuł, jak coś uderza w koła ich powozu, ale tylko sprawiło, że zakręcili się wokół własnej osi; w żaden sposób ich to nie spowolniło, czy nie zatrzymało.

– Czy w cieniach coś żyje? – zapytał Josepha. Snape był najwyraźniej kompletnie zaabsorbowany swoją książką.

– Czasami – powiedział Joseph. – Niektórym wieszczom wydaje się, że to duchy splataczy cieni, które pozostały na tym świecie, wędrując po ostatnim tworze swojej magii. Czy w ogóle mieli dusze? – Wzruszył ramionami. – Tego nie wiemy, ale to i tak ciekawa historia do opowiedzenia tym, którzy po raz pierwszy podróżują śpieszną ścieżką.

Harry otworzył usta, żeby odpowiedzieć i wtedy powóz spadł.

Draco krzyknął radośnie i jeszcze mocniej złapał go za rękę. Harry usłyszał, jak Snape warknięciem rzuca zaklęcie tarczy. Sam starał się pozostać na miejscu, wmawiając sobie, że to zupełnie jak nurkowanie w quidditchu, zupełnie jak w grze przeciw Gryffindorowi.

– Co to było? – zapytał Josepha, kiedy powóz ustabilizował się i znowu zaczął wznosić.

– Śpieszna ścieżka jest zawieszona na różnych hakach – powiedział Joseph, który w ogóle nie zdawał się być tym wszystkim jakkolwiek poruszony. – Przybitych w różnych punktach nieba i pośród cieni. Przed chwilą po prostu rzuciło nas na niższy hak.

Harry obrócił się, żeby wyjrzeć przez okno, ale wciąż nie widział niczego poza cieniami i blaskiem diamentowej ścieżki pod nimi, migoczącej od czasu do czasu.

– Sam chciałbym się nauczyć, jak zrobić coś takiego – powiedział cicho.

– Nie sądzę, żeby istniał ktokolwiek zdolny do nauczenia cię tego – powiedział uprzejmie Joseph. – Z całą pewnością nie mamy odpowiedniego pokoju w Sanktuarium. A splatacze cieni nie byli ludźmi. To oni zrobili dla nad śpieszną ścieżkę, jak i całą resztę cieni. Ich musiałbyś zapytać. – Oczy mu zalśniły. – Mógłbyś za to zapytać nekromanty, o ile kiedyś jakiegoś spotkasz.

– Jedyni nekromanci, jakich znałem, są już pośród swoich krewniaków – powiedział cicho Harry, kiedy jego umysł recytował ich imiona. Dragonsbane. Pansy. – Martwi – dodał, kiedy Joseph spojrzał na niego.

– Och. – Joseph zamarł, a Harry ponownie zaczął zastanawiać się, czy ich wzrok nie informuje ich o specyficznych wspomnieniach, czy też może są zanadto uprzejmi na to, żeby bez przerwy z niego korzystać. – Bitwa? – zapytał po chwili.

– Tak – powiedział Harry. – Oboje. – Następnie odwrócił głowę i ponownie wbił wzrok w cienie, a Draco pocieszająco ścisnął mu dłoń. Snape czytał swoją książkę, a Joseph cicho śpiewał słowa starej ballady.


Powóz opadł niczym smok – co było porównaniem, na które Harry skrzywił się, jak tylko przyszło mu do głowy – na Gollrish Y Thie. Harry, przyglądał się mu już z daleka, usiłując ocenić szkody, ale nie był w stanie żadnych zobaczyć.

Nie, to zaskoczyło ich, jak już zobaczyli go z bliska.

Dom Opalline’ów rozpościerał się wokół Snaefell, najwyższej góry na wyspie Man. Paton powiedział Harry’emu, że otaczała ich tak potężna iluzja solidnych skał, że mugole roztoczyli nad nią kolejkę górską, w żaden sposób nie rozróżniając przy budowie normalnych kamieni od iluzji. Harry podejrzewał, że została ona zdjęta na okoliczność nadciągających gości, ponieważ od razu zobaczył szkielet brytyjskiego czerwono–złotego smoka.

Powóz podleciał od zachodu, od tej samej strony, od której Harry podszedł do budynku z Patonem, kiedy pojawił się tu, by świętować Nowy Rok z Opalline’ami. Usłyszał jak Draco wciąga z zaskoczeniem powietrze. W ogóle go o to nie winił. Sam się gapił.

Płomienie przyczerniły ogromną półkę skalną, na której stało Gollrish Y Thie; Harry miał wrażenie, że wciąż widzi unoszące się z niej cienkie strużki dymu. Zaraz za tym rozciągał się stopiony śnieg i połacie równie czarnej ziemi, wyżłobiona w niektórych miejscach, co Harry uznał albo za punkty, w których magiczna ochrona się roztrzaskała, albo gdzie smoczyca zacisnęła swoje pazury. Ciała zniknęły, ale to go nie zdziwiło. Opalline’owie przede wszystkim zajmowali się swoją rodzinę. Wyglądało na to, że sam budynek nie odniósł szkód. Być może kości brytyjskich czerwono–złotych były odporne na swój własny ogień. Żadne dzieci i tak nie bawiły się przy wrotach.

Mimo, że Harry nikomu nie ogłosił swoją wizytę u Opalline’ów, to ktoś i tak na nich czekał. Harry rozpoznał go po wzroście i nierównych, platynowo–blond włosach, które wciąż nie odrosły mu po tym, jak je ściął w żałobie. Harry z trudem siedział w miejscu, czekając aż powóz opadnie statecznie na skałę, żeby móc otworzyć drzwi i pośpieszyć z wyjściem i wyciągnięciem do niego ręki.

Paton złapał go za nadgarstek i kiwnął do niego na powitanie.

– Harry – wymamrotał.

– Wiedzieliście, że się zbliżam? – zapytał Harry, przyglądając się uważnie głowie rodziny Opalline’ów. Miał na twarzy ślady zmęczenia, ale to nie było zaskakujące. Paton musiał wrócić do domu z Włoch i już sama podróż musiała go wymęczyć, nie wspominając o tym, co się stało jego rodzinie.

– Wyczuliśmy twoją magię, jak tylko opuściłeś chroniące Sanktuarium cienie – powiedział po prostu Paton. – Znacznie się rozrosła. Czy zdawałeś sobie z tego sprawę? – Przyglądał się Harry’emu z łagodnym, znanym Harry’emu zaciekawieniem. – Przeszywa powietrze, niczym chór rogów łowieckich.

Harry zamrugał.

– Nie… nie zdawałem sobie z tego sprawy. – Prawdą było, że Sanktuarium zniosło z niego ostatnie sieci, które sam nałożył na własną moc, sieci braku pewności siebie i nieufności wobec własnych decyzji, wahania, czy w ogóle miał prawo do zalewania ludzi takimi ilościami magii. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że różnica okaże się aż tak znacząca. Możliwe, że unosząca się w Sanktuarium potęga po prostu przyćmiła jego własną, albo jego magia rozrastała się tak stopniowo, że w ogóle nie zwrócił na to uwagi.

– To prawda, niesamowicie cuchniesz różami – zaoferował Draco.

Paton zaśmiał się, po czym spoważniał. To, bardziej od czegokolwiek innego, uświadomiło Harry’emu, jak wielka tragedia musiała tu zajść.

– Dziękuję za przybycie, Harry – powiedział cicho. – Dwa tuziny zmarłych… wciąż jesteśmy wstrząśnięci po tym ciosie. – Machnął dłonią przed twarzą i urok, który zwykle nosił na skórze, opadł, odsłaniając kolorowe zawirowania, naznaczające jego tatuaże Starej Krwi. – Calibrid powoli się wykańcza, starając się ukoić troski otaczających ją ludzi i zapomnieć o tym, co spotkało Doncana, nim nie zdążyła uśpić smoczycę.

– Mogę jej powiedzieć, że wciąż żyje – powiedział Harry. – Chciał umrzeć, ale porozmawialiśmy i zmienił zdanie.

Naprawdę?

Harry spokojnie spojrzał Patonowi w oczy. Nie był pewien, czy Doncan chciałby, żeby Harry wyjawił komukolwiek szczegóły ich rozmowy.

– Owszem.

Wyglądało na to, że Paton wiedział, kiedy nie należy naciskać i wtrącać się w prywatne sprawy swojego syna. Pochyli głowę.

– Jesteście tu wszyscy mile widziani – powiedział. – Możemy zaoferować wam coś do jedzenia i picia. Wielu z moich krewnych nie wie, co ze sobą zrobić, więc spędzają większość swojego czasu w kuchni, bo jedzenie odwraca uwagę reszty rodziny.

– Jestem wieszczem – powiedział Joseph. – Jeśli któryś z żałobników chciałby się ze mną spotkać, to może będę w stanie pomóc.

– Jeśli macie jakichś rannych, to mam przy sobie eliksiry lecznicze – powiedział Snape.

– A ja użyczę magii, gdzie tylko będzie trzeba – powiedział Harry.

Draco wibrował u boku Harry’ego, ale niczego nie dodał od siebie. Harry ścisnął jego dłoń, żeby pokazać mu, że jego obecność wciąż była doceniana, po czym spojrzał na Patona i zobaczył, że kiwa głową na wszystkie ich oferty.

– Potrzebujemy tego wszystkiego i znacznie więcej – powiedział. – Poza zmarłymi i tymi, którzy po nich pozostali, mamy również rannych, przypalonych przez smoczy ogień, choć żadne z nich nie ucierpiało równie mocno co Doncan. Wywary lecznicze… nie mamy ich wystarczająco, a kilku naszych uzdolnionych warzycieli leci do nas aż z Syberii i przed nimi jeszcze daleka droga. Harry, nadejście twojej magii już ukoiło temperamenty niektórych ludzi, ale gdybyś zechciał wejść do środka, to jestem pewien, że efekt będzie jeszcze lepszy.

Harry kiwnął głową, po czym ruszył za Patonem do Gollrish Y Thie.

– Naprawdę mi przykro, że w ogóle do tego doszło, proszę pana – wymamrotał, patrząc na plecy Patona. – Wydawało mi się, że smoczyca śpi, że sytuacja była na tyle bezpieczna, że mogłem pozwolić sobie na zniknięcie.

– To nie była twoja wina – powiedział łagodnie Paton – i nie tylko my kogoś straciliśmy. – Wahał się przez dłuższą chwilę, po czym ciągnął: – Domyślam się, że nie otrzymywałeś w Sanktuarium kompletnie żadnych wieści?

– Żadnych – powiedział Harry. – Co się stało? – Szykował się na potężne uderzenie, cokolwiek od Wizengamotu ustanawiającego, że magia Mroku niniejszym zostaje uznana za nielegalną przez Philipa Willoughby’ego, po któregoś z rodziców z powodzeniem zaciągających go przed sąd wojenny.

Paton westchnął przez nos.

– Wiele spraw miało miejsce, ale wydaje mi się, że obecnie najważniejsze dla ciebie okaże się zajęcie ministerstwem, które założyło departament do polowania na wilkołaki.

Harry zatrzymał się gwałtownie.

– Że co?

Paton obrócił się i spojrzał na niego ponuro.

– Tak. Najwyraźniej już wcześniej tego próbowano, ale minister za każdym razem odrzucał propozycję. Wówczas Amelia Bones, która ostatecznie jest szefową Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów, urządziła zebranie wszystkich pozostałych szefów departamentów w ministerstwie. Okazuje się, że istnieje pewna stara zasada, że jeśli wszyscy szefowie coś zadecydują, to ich głosy przeważają nad ministrem magii. Tradycyjnie, oczywiście, rywalizacja i zazdrość między departamentami nie dopuszczała do czegoś takiego. Ale wygląda na to, że panika, jaka otacza temat wilkołaków, jest wyższa niż się spodziewaliśmy, albo minister Scrimgeour jakimś cudem zraził do siebie całe ministerstwo.

– Albo Bones im coś obiecała – wymamrotał Harry, przypominając sobie spanikowaną kobietę, którą widział po ugryzieniu Starszej Gillyflower.

– Być może – powiedział Paton. – Moim pracującym w ministerstwie krewniakom nie udało się ustalić tego na pewno. Ale niedawno utworzono Departament Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii. Parę dni temu, w czasie pełni, wysłali swoich łowców. Zgodnie z doniesieniami „Proroka Codziennego”, zabito dwójkę wilkołaków.

– Czy powiedzieli, gdzie? – Gardło Harry’ego zaciskało się już tak mocno, że zaczynał mieć problemy z oddychaniem.

– W Londynie – powiedział Paton, jak Harry był niemal przekonany, że powie. – Londyńskie stado, jedno z tych, które żyją w pobliżu mugoli. Oskarżenie było takie, że dziki wilkołak zaatakował łowcę departamentu, a kiedy go zabito, kolejny na nich wyskoczył, więc zabito i ją.

Harry wreszcie zdołał przełknąć ślinę.

– Czy podali może nazwę tego stada, albo przynajmniej jego przywódcy?

– Loki – powiedział cicho Paton.

Szok przemknął przez Harry’ego niczym huragan, mimo że w jakiejś części swojego jestestwa spodziewał się, że musiało dojść do czegoś złego, więc nie był aż tak zaskoczony. A potem nadeszła furia, niczym burza ognia, przez którą miał problemy z opanowaniem się, bo o mały włos sam się od niej nie poparzył.

Posunęliście się za daleko, pomyślał, posyłając swoje potępienie w kierunku ministerstwa. Chciałem pozostać między wami, nie obejmując żadnej ze stron, ale teraz sami popchnęliście mnie na stronę wilkołaków. Powodzenia ze zniesieniem wojny, która teraz was czeka.

Chapter Text

Wyczuł magię chłopca, jak tylko wrócił do świata, ponieważ, oczywiście, Harry Potter prędzej by skiełzł niż zrobił cokolwiek subtelnie.

Falco medytował w swojej formie orła bielika na iglicy kościoła, większość jego umysłu rozłożona wygodnie i kontemplująca, i tylko niewielki fragment unosił się tuż przy powierzchni, alarmując go przed wydarzeniami na świecie, włącznie z wystrzeleniem broni w okolicy. Jedną z wad posiadania tak wielkiej i zauważalnej formy animagicznej było to, że mugole często chętnie próbowali go zestrzelić dla czystej przyjemności zabicia czegoś niespotykanego.

Czuł magię Harry’ego jako światło, intensywną gwiazdę lśniącą ze wschodu. Falco rozłożył skrzydła i syknął z niezadowoleniem, kiedy warowny fragment go przyzwał. Żadnego wyczucia stylu, pomyślał, zrywając się do lotu na wschód. Żadnej etykiety. Co za dziecko.

Tak potężna magia nigdy nie powinna była wylądować w rękach dziecka. Falco rozpaczał nad losem, który do tego dopuścił.

Był w Dolinie Godryka, żeby odczytać zawiłe magiczne sygnatury i dzięki nim lepiej zrozumieć swojego przeciwnika, któremu przyjdzie stawić mu czoła w walce o równowagę świata. Zaskoczyły go jego odkrycia, ale badał je, póki ich nie zrozumiał.

Większość czarodziejów miała na swojej magii naturalne bariery, ściany blokujące głębsze części ich magicznego rdzenia, poza które nie byli w stanie sięgnąć. Na przykład, niektórzy czarodzieje nie byli w stanie opanować przemiany animagicznej nawet po latach prób. Inni nie byli w stanie rzucać niewybaczalnych, albo mrocznych klątw wywołujących ból, albo nie byli w stanie zapanować nad miotłą nawet na czas gry w quidditch. Większość ludzi akceptowała swoje ograniczenia, myśląc o tym, co mogą zrobić pomimo nich, skupiając się głównie na swoich talentach i zainteresowaniach, ale te bariery odgrywały swoją rolę. I dobrze się składało. Jeśli w czarodzieju wzbudzić odpowiednie potężne emocje, to mógłby on dzierżyć lordowską moc, nawet jeśli tylko przez mniej więcej dwie chwile. Następnie jego ciało, nieprzyzwyczajone do takiego napływu magii, ulegnie zniszczeniu. W dzisiejszych czasach większość czarodziejów przekraczających tę granicę, starało się popełnić samobójstwo, zabierając przy okazji ze sobą znienawidzonego wroga.

Gdyby nie kierująca tym wszystkim przepowiednia, Falco uznałby wszystko, co zaszło w Dolinie Godryka za największy zbiór przedziwnych zbiegów okoliczności, jaki w życiu widział. Że klątwa zabijająca Voldemorta okazała się być na tyle potężna, żeby zniszczyć bariery Harry’ego, ale nie dość potężna, żeby zdominować znajdującą się za nimi magię, jak to zwykle miało miejsce; że ta magia obroniła swojego nosiciela w jedyny znany jej sposób, poprzez stworzenie lustra i odbicie Avada Kedavry; że odbita klątwa zabijająca trafiła Voldemorta akurat, kiedy rzucał drugą na brata Harry’ego; a ta druga klątwa zdążyła tylko przebić się przez skórę na czole, pozostawiając po sobie przeklętą bliznę, ale poza tym w żaden inny sposób mu nie szkodząc, co oszczędziło życie Connora Pottera. To wszystko sprawiło, że Falco kręcił z niedowierzaniem głową.

Wszystko potoczyło się tak, jak potrzebowała tego przepowiednia. To, co tu miało miejsce, było im wszystkim przeznaczone. Ale i wydawało się Falco tak nieprawdopodobne, że nie powinno w ogóle mieć miejsca. Zupełnie inaczej by to zorganizował, gdyby ktoś pozwolił mu się tym zająć.

Odczytał magiczne sygnatury, oraz użył zaklęć, które wyciągały ze ścian obrazy przeszłości, pozwalając mu na zobaczenie, co zaszło w ich granicach. Magia, która uratowała życie Harry’ego i Connora, powinna była zabić ich obu w chwilę potem, wyrywając się z rykiem z ciała Harry’ego i pochłaniając go w niepowstrzymywanych falach ognia, które zaraz zalałyby również Connora. Zamiast tego, owinęła się wokół łóżeczka Harry’ego niczym ogromna żmija, strzegąc go. Dziecko we wspomnieniu uśmiechnęło się szeroko i położyło rączkę na głowie żmii, żeby ją pogłaskać, po czym zachichotało, kiedy jej język zatrzepotał, wąchając bok jego głowy i łaskocząc je w ucho.

Falco domyślał się, że zniszczenie barier w tak młodym wieku dały Harry’emu szansę na przetrwanie. Z oczywistych względów, nie było to coś, co zwykle przytrafiało się dzieciom. Jego ciało nie było jeszcze przyzwyczajone do zawierania w sobie żadnych stałych ilości magii, w sposób, w jaki są do tego przyzwyczajone ciała dorosłych czarodziejów. Dlatego przyzwyczaiło się do noszenia w sobie lordowskiej mocy, a jego moc, na tyle potężna, że niemal rozwinęła w sobie osobowość już w czasie tych pierwszych kilku lat, z pewnością mu w tym pomogła, szalenie uradowana z tego, że nie ugrzęzła w tych ścianach na zawsze.

Falco widział zgrozę, która pochłonęła Albusa i Lily Potter, i współczuł im, kiedy zorientowali się, do czego doszło. Nawet istniała możliwość, że przepowiednia mogła oznaczać Harry’ego, jeśli nie spętają go i nie zmuszą jej do wybrania jego brata. No i, oczywiście, obaj nienawidzili Mroku, jakim była przesiąknięta magia Harry’ego, podejrzewając słusznie, że musiała pochodzić od Voldemorta, oraz że Mroczny Pan przekazał dziecku niektóre ze swoich zdolności, pośród nich najbardziej niebezpieczną była zdolność absorbere.

Dziwiło go, że nigdy nie wyczuli innej mrocznej magii, która wciąż unosiła się w domu, ale zrozumiał, czemu ją zignorowali, albo kompletnie wyparli się tej świadomości. A może jej po prostu nie wyczuli; magia Harry’ego unosiła się wszędzie wokół nich, więc mogła przytłoczyć inne jej źródło.

Teraz jednak rozumiał i choć zastanawiał się, czy sama przepowiednia nie spróbuje spełnić się równie osobliwie, wymagając całego mnóstwa dziwnych zbiegów okoliczności, jak to było na początku, to Falco nie miał już żadnych powodów do dalszego wnikania w początki Harry’ego Pottera. Wiedział, że dziecko urodziło się naturalnie, a jego nagłe otrzymanie magii było nienaturalne, bo ona już dawno powinna była dołączyć do magii, która powraca wyłącznie w noc Walpurgi.

A teraz Harry powrócił, płonąc i lśniąc, jakby był jedynym czarodziejem na świecie.

Falco wzniósł skrzydła i zawirował wyżej, zwracając się ku zachodowi, gdzie gwiazda zdawała się kierować. Podejrzewał, że powinien polecieć za nią i obserwować Harry’ego. Niebawem obserwacje dobiegną końca. Nadejdzie czas, by stanąć na polu walki i zrobić, co tylko będzie w jego mocy, by utrzymać równowagę na tym świecie, co było sprawą ważniejszą od jego życia.


Czuł to jako powrót gęstej, śmierdzącej, dławiącej mgły, która rozprzestrzeniała się w czystym powietrzu, gotowa by go skrzywdzić. Warknął i zapadł się jeszcze głębiej w sobie, owijając się i przyciskając mocniej do skarbu, który utrzymywał go przy życiu.

Jednego z wielu skarbów.

Następnie podniósł głowę, on, Lord Voldemort, obracając ją w kierunku tej magii i poruszając lekko nosem. Nadchodziła ze wschodu, ta gęsta, dławiąca magia, koszmarnie duszna magia, śmierdząca grobowcem. Harry powrócił i może zapolować na rannego łowcę, zadać mu kolejną karę.

Opuścił głowę i położył ją z powrotem na miękkiej, chłodnej ziemi. Wokół niego była tylko ciemność, żadne światło nie mogło tu kpić z jego ślepoty. Wypocznie w tej norze, owinięty wokół pucharu, aż nie wróci do pełni sił. Znajdzie sposób na wyleczenie rany, która ciągle wyciągała z niego magię.

Dlatego też leżał w tej norze, w której nikomu nie przyjdzie do głowy go szukać, poza jego Cierniową Zdzirą, a i to dopiero, jak się sama obudzi. To była jego własność, wyjątkowo jego. Zamknął oczy i poczuł pod palcami gładkie ścianki pucharu, przemknął nimi nad borsukami, wyrzeźbionymi na uszach. Czuł, jak z jego głębi nadchodzi echo, szepczący fragment jego nieśmiertelności.


Harry wszedł do pierwszej sypialni ofiary poparzeń, zdeterminowany do niemyślenia w tej chwili o ministerstwie. Skup się na rannych, powiedział sobie surowo. Myśl o tym, jak możesz im pomóc.

Pierwszą ofiarą było dziecko z bandażami owiniętymi wokół twarzy, dziewczynka, którą Harry średnio pamiętał ze świętowania Nowego Roku z Opalline’ami. Obok niej siedziała wysoka kobieta, która czytała jej cicho, ale ją już pamiętał; Angelica Griffinsnest, pierwsza żona Patona, która rozstała się z nim w niejasnych okolicznościach. Harry podejrzewał, że ta dziewczynka była jej wnuczką. Skrzywił się; nie wyobrażał sobie, jak strasznie sama teraz musiała cierpieć. Była matką Doncana.

Angelica podniosła głowę, kiedy Harry wszedł, po czym kiwnęła nią i wyciągnęła do niego rękę. Harry ścisnął jej nadgarstek, nie dając po sobie poznać, jak bardzo imponowało mu, że nawet nie wzdrygnęła się od potencjalnie przytłaczającej aury jego magii. Być może troska o dziewczynkę ją przed tym powstrzymywała.

– Witaj – powiedziała. – Paton powiedział ci, co się stało Orieli? – Obejrzała się z niepokojem na łóżko, co wcale Harry’ego nie dziwiło. Dziewczynka zdawała się kompletnie wycofać w głąb siebie, jeśli wyglądające spomiędzy bandaży puste oczy cokolwiek miały sugerować.

– Owszem – powiedział cicho Harry, przysiadając na łóżku. – Podobno od czasu poparzenia kompletnie zrezygnowała z życia. – Nie znosił rozmawiania o Orieli, jakby jej tam nie było, ale na nic nie reagowała. Harry podejrzewał, że faktycznie jej tam nie było.

Angelica kiwnęła głową, jej loki zaszeleściły wokół niej.

– Niektórzy otrzymali gorsze poparzenia od niej, ale ona jest pośród nich wszystkich najmłodsza. – Miłość przeciekała przez jej głos, kiedy delikatnie ujęła dłoń dziewczynki we własną. Harry musiał w tym momencie odwrócić wzrok; część jego wciąż z goryczą odczuwała zazdrość na widok rodzica, zajmującego się swoim dzieckiem z tak wielką troską. – Wie, że już nigdy więcej nie będzie wyglądała tak samo, ale… nie powinniśmy byli ujmować tego w ten sposób. Opalline’owie zawsze starają się wyjaśnić swoim dzieciom realia otaczającego ich świata. – Głos Angelici w tym momencie zalśnił z frustracji. – W tym przypadku to było najgorsze, co mogliśmy dla niej zrobić.

Harry kiwnął głową.

– Wydaje mi się, że mogę być w stanie jej pomóc.

Angelica rzuciła mu intensywne, zaciekawione spojrzenie.

– Wiem, że jesteś legilimentą. Paton mi powiedział. Czy wejdziesz do jej umysłu i wyciągniesz ją z powrotem?

Harry pokręcił głową.

– Zrobiłbym coś takiego wyłącznie z umysłem osoby, którą dobrze znam – powiedział. – Ponadto znajduje się w tak głębokim szoku, że mógłbym ją tym skrzywdzić. – Polizał usta, po czym powiedział sobie, że tylko dlatego, że nie zbadał jeszcze do końca ograniczeń swojego daru, to nie oznacza, że powinien wzdragać się przed pomaganiem innym za jego pomocą. – Zamiast tego jej zaśpiewam.

– Co?

Harry jednak już wbił wzrok w twarz Orieli i otworzył usta.

Nie był pewien, czy coś z tego wyjdzie. Pieśń feniksa brzmiała inaczej za każdym razem, kiedy z niej korzystał. Harry’emu wydawało się, że adaptowała się do sytuacji, zamiast jego świadomego wyboru melodii i czy powodów do skorzystania z daru. Prawie nie pamiętał muzyki, którą wydał z siebie w skrzydle szpitalnym po upadku Fawkesa w zimowe przesilenie.

Tym razem pieśń feniksa była łagodna.

Harry nie próbował jej kontrolować; pozwolił wirującym nutom wylecieć ze swoich ust i polecieć gdzie tylko będą chciały, po prostu skupiał się na swoim pragnieniu wyrwania Orieli z jej katatonii. Pieśń zadrżała kojąco, kilkukrotnie opadała do stopnia, w którym nie dało się już jej słyszeć, po czym wznosiła się z tryumfem. Harry odkrył, że wyobraża to sobie jako pieśń, którą można by zachęcać słońce do wzejścia, czy też kwiat do rozkwitnięcia.

Nie zmuszała. Nie naciskała. Po prostu tańczyła, pokazując jak piękny jest świat i pytała swoją słuchaczkę, czy naprawdę chce go poddać. Harry niemal zatracił się w słodkiej, rozchichotanej kaskadzie, która wzniosła się tak wysoko, że opadanie z niej było fizycznie bolesne. Zauważył, że wyciąga do dziewczynki rękę i zamrugał z zaskoczeniem, ale nie przerwał śpiewu.

Nagle na jego ramionach pojawiły się błękitne płomienie. Angelica syknęła na niego, coś o nie przynoszeniu ognia w pobliże dziecka, które doznało tak koszmarnych poparzeń, ale Harry nie pozwolił, żeby to go rozproszyło. Pieśń nie bez powodów wezwała płomień. Nie czuł słusznego gniewu, więc wiedział, że ogień nie miał żadnych innych powodów do pojawienia się.

Rozłożył ręce, a błękitne płomienie zakradły się na kraniec jego palców z jednej strony i na koniec nadgarstka z drugiej. Płonęły tam statecznie, a Harry nagle zdał sobie sprawę, że pokazują Orieli ogień, który jej nie skrzywdzi, ale ma szansę oczyścić.

Nie wiedział, jak długo tak tam siedział, z płomieniami i pieśnią sięgającymi do dziewczynki, nie robiąc niczego jej wbrew, ale oferując jej szansę na wyjście z szoku i zobaczenia, na czym polega prawdziwe piękno.

Oriela drgnęła.

Angelica wydała z siebie dźwięk, który mógł być szlochem. Harry usłyszał, jak głos zaczyna wznosić się mu z radości i przez chwilę jego ciało zdawało się rozszczepić na świetliste części, jak to zrobiło już kiedyś, dawno temu, w czasie pewnej nocy Walpurgi. Promienie światła przebijały mu się przez skórę, trafiając w ściany. Czuł w sobie bezsilną, instynktowną nadzieję, tego samego rodzaju, którą czuł w czasie wschodu słońca, bez względu na to, czego by nie myślał o Świetle, czy świetlistej magii. Nadchodził wschód. Pachniał różami, czy czymś w tym stylu, a powietrze było gęste, ciepłe i wyjątkowo słodkie.

Oriela wyciągnęła rękę przed siebie. Harry przeplótł swoje palce z jej.

Zadrżała, kiedy poczuła ciepło płomieni, ale nie spróbowała zabrać ręki. Nachyliła się bliżej, po czym jej usta poruszyły się pod bandażami, szepcząc słowo, którego Harry nie był w stanie usłyszeć.

Pieśń opadła nagle i zakończyła się. Oriela patrzyła na niego ożywionymi oczami, a potem przeniosła wzrok za niego, na Angelicę.

– Mwarree? – zapytała. Harry podejrzewał, że to była „babcia” w manx.

Angelica nachyliła się nad nią, odpowiadając w tym samym języku, a jej dłonie delikatnie przebiegały po ciele Orieli, ostrożnie omijając poparzenia. Harry usiadł prosto z uśmiechem, po czym pozwolił, żeby płomienie zawinęły się z powrotem do jego ciała, a jego skóra zamknęła się ponad przebijającymi promieniami słońca.

Może jednak nie muszę się uczyć, jak kontrolować tę magię, pomyślał. Świetnie sobie radzi sama z siebie.

I to dla niego zadecydowało, uziemiło go, przypominając, kim tak naprawdę był. Wciąż gardził ministerstwem, ale uda się do niego zły i zdeterminowany, zamiast po prostu wściekły. Chciał sprowadzić podobne okoliczności dla wilkołaków, zamiast wszystko niszczyć.


Draco musiał przyznać, że doceniał sposób, w jaki Harry postanowił podejść do tego wszystkiego.

Po zachęceniu do wyjścia z katatonii, albo odciągnięcia z jej skraju, jeszcze kilku ciężko poparzonych Opalline’ów, oraz, najwyraźniej, pozwalając by jego magia ukoiła wielu innych, kiwnął głową do Dracona.

– Pozwolisz, że udamy się do ministerstwa? – zapytał. Jego słowa były lekkie, chłodne. Jego zielone oczy już nie.

Draco uśmiechnął się krzywo i ruszył za nim, podążając za jego prawym ramieniem. Na urodziny sprezentował Harry’emu kopię książki o czystokrwistych rytuałach i tradycjach, którą sam otrzymał od rodziców na swoje szesnaste urodziny, bo uważał, że Harry też powinien się o nich dowiedzieć, zwłaszcza że sam znajdował się o rok od pełnoletności. Książka wspominała, że kompani, których Lord albo Lady traktowali jak ludzi, zwykle podążali za ich prawymi ramionami. Następnie pojawiła się debata, czy też robili to na zmianę, czy też może takiego zaszczytu doznawał tylko jeden z nich, najbardziej faworyzowany, najbardziej potrzebny, najbardziej traktowany na równi – w kwestii wpływów, jeśli nie w kwestii mocy.

Draco uważał, nawet jeśli autor książki nie, że musiało, oczywiście, chodzić o najważniejszego.

Wyszli na dziedziniec domu Opalline’ów – którego kościste podstawy do budowy, tak prawdę mówiąc, przyprawiały go o ciarki – gdzie Draco rozejrzał się, zauważając nieobecność zarówno wieszcza, jak i profesora Snape’a.

– Idziemy bez nich? – zapytał, ufając Harry’emu, że będzie wiedział, o kogo mu chodzi.

Harry szedł dalej przed siebie, nie oglądając się.

– Owszem. Idziemy. – Obejrzał się na twarz Dracona, podnosząc przy tym brew. – Chyba, że naprawdę wydaje ci się, że mogę ufać profesorowi Snape’owi, że będzie wiedział, jak się zachować w ministerstwie?

Draco bez słowa pokręcił głową. Był zaskoczony i zniesmaczony zmianami, które zaszły w Snape’ie. Tylko od Lucjusza nauczył się więcej o samokontroli. Draco widział, jak głowa jego domu mierzy się z wieloma różnymi sytuacjami i w żadnej z nich nie tracił nad sobą kontroli. Podejrzewał, że miało to jakiś związek z Sanktuarium, ale skoro nie był w stanie nad sobą panować, to musiał spodziewać się tego, że prędzej czy później będą musieli zostawić go z tyłu.

Harry kiwnął głową.

– Dlatego udajemy się tam sami. Ale najpierw chcę, żebyś mi powiedział, jakie wrażenie daje moja magia. W końcu sam jej nie czuję.

– Nie jestem najlepszą osobą do wypowiadania się na ten temat – powiedział Draco z namysłem, wbijając wzrok w Harry’ego. – Miałem czas, żeby się do niej przyzwyczaić, dlatego nie przeciąża mi tak zmysłów, jak to opisał pan Opalline. Ale faktycznie cuchniesz różami, Harry. Naprawdę miałem to na myśli.

– Hm. – Harry zamrugał powoli. – To może okazać się problematyczne. Chciałbym być w stanie zaskakiwać moich wrogów przynajmniej raz na jakiś czas. A co powiesz na to? – Zrobił coś, co Draco ledwie był w stanie wyczuć, jakby narzucił na siebie niewidzialną płachtę.

Zapach róż poważnie zmalał. Draco kiwnął z aprobata głową.

– Harry – zagaił, bo chciał się dowiedzieć, czy jego domysły są słuszne – czy ty masz zamiar wejść do ministerstwa i tam rozwinąć w pełni swoją magię?

– Trafiłeś, Draco – powiedział Harry. – Czy mimo to wciąż chcesz się tam ze mną udać?

– Za żadne skarby świata nie chciałbym tego przegapić – powiedział Draco, zrównując z nim krok i łapiąc Harry’ego za ramię. Wiedział, że przestrzeń między wyspą Man i Londynem była zbyt wielka, żeby minąć ją w jednym skoku aportacji i wciąż nie potrafił sam się aportować. Harry będzie musiał zabrać go ze sobą w aportacji łączonej i wykonać przy tym kilka skoków, co było procesem, którego Draco serdecznie nienawidził. Pocieszył się myślą, że po drugiej stronie znajdą się skołowani urzędnicy ministerstwa.

I wściekły Harry. Draconowi w ogóle nie przeszkadzał widok wściekłego Harry’ego. Potwierdzał on jego własne wierzenia i pocieszał go świadomością, że Harry naprawdę nauczył się, jak być wojownikiem, zamiast szerzycielem pokoju, w dodatku Harry wyglądał wtedy tak atrakcyjnie, że pociągał Dracona bardziej wyłącznie w samym środku niekontrolowanego ataku śmiechu.

– Przygotuj się. – Harry skoczył, zaciągając ze sobą Dracona, podczas gdy Draco skupiał się mocno na ministerstwie, zamiast na tym, że niemal stracił po drodze obiad.


Wylądowali dokładnie w samym środku alejki, w której stała winda, zamaskowana jako budka telefoniczna, co Harry pamiętał ze swojej pierwszej wizyty w ministerstwie, kiedy pojawił się ze Snape’em, żeby zarejestrować się jako wężousty. Harry wszedł do środka, oglądając się przelotnie na Dracona, żeby upewnić się, że ten nie trzęsie się zanadto po aportacji, po czym wcisnął guziki, które miały na sobie litery, składające się w słowo „magia”.

Rozległ się głos czarownicy, witającej ich i proszącej o podanie swoich imion i powodów do wizyty. Harry zastanowił się przez chwilę, jak to ująć, po czym uznał, że najlepiej będzie nie rzucać się w oczy. Ostatecznie przyszedł do ministerstwa z magią owiniętą ciasno wokół siebie.

– Harry i Draco Malfoy – powiedział. – Na spotkanie z Amelią Bones.

Budka telefoniczna zadrżała i na czekającą dłoń Harry’ego wypadły dwie srebrne plakietki. Rzucił Draconowi jego, po czym zamarł w czasie przyczepiania własnej. Magia na budce telefonicznej w bardzo wyraźny sposób źle zinterpretowała jego słowa. Plakietka miała na sobie HARRY MALFOY.

Draco zarechotał.

– Och, cicho bądź – mruknął Harry, po czym użył swojej magii do zamazania nazwiska, póki nie dało się go w ogóle rozczytać. Stanęli w pudełku, które zamknęło się wokół nich i po chwili zaczęło mknąć w dół.

Po drodze Harry miał półprzymknięte oczy, zastanawiając się, co właściwie powinien powiedzieć. Wiedział, jak chciałby, żeby ta rozmowa się odbyła – żądanie przeprosin, Bones oferująca przeprosiny i momentalne wycofanie wszelkich łowów na wilkołaki – ale wiedział, że tak po prostu nie pójdzie. Udało jej się przekonać pozostałych szefów do założenia departamentu odpowiedzialnego za zabijanie wilkołaków. Była zdesperowana. Zastanawiał się, czy tylko strach nią kierował, czy też znajdowała się przez kogoś pod wielkim naciskiem, a może wręcz miała nadzieję zyskać polityczną przewagę dzięki tej zagrywce? Możliwe, że jakieś połączenie wszystkich trzech.

No trudno, zacznę od rozłożenia mojej magii i zobaczymy, jak wiele zdołamy z niej wyciągnąć. Potem będę mówił tak otwarcie jak to możliwe, żeby zrozumiała, że mi się to nie podoba. A potem jeszcze zajrzymy do Scrimgeoura. Wciąż nie wiem, jak wiele miał z tym do czynienia.

Sam fakt, że Scrimgeour jeszcze niczego z tym nie zrobił, sugerował jednak, że miał związane ręce pod tym względem. A Harry wiedział, że rozzłości go, jeśli zacznie używać magii w ministerstwie. Przecież zawarli umowę. Harry mógł korzystać ze środków, dostępnych innym czarodziejom, żeby wpłynąć jakoś na ministerstwo – polityka, pieniądze, siła przekonywania – ale nie mógł używać magii. Tak wyglądało stanowisko Scrimgeoura pod względem ludzi o lordowskiej magii, ponieważ nie była ona szeroko dostępna, przez co niesprawiedliwie byłoby obejmować takich ludzi specjalnym traktowaniem.

Ale nie sądzę, żeby ministerstwo było w tej chwili tym, czego on tak naprawdę od niego chce i nigdy tym się nie stanie, o ile nie okiełznamy niektórych ekstremistów. W tej chwili pomagają czarodziejom i czarownicom kosztem wszystkiego, co przytrafia się likantropom. Jeśli Scrimgeour się tego wyprze, to będę powstrzymywał się przed używaniem magii w ministerstwie tak długo, jak będę w stanie, ale i tak znajdziemy się po przeciwnych stronach tego konfliktu.

Winda zatrzymała się z kliknięciem, po czym wyszli do atrium. Draco zamrugał na widok fontanny czarodzieja, otoczonego przez czarownicę i magiczne stworzenia, wszystkie, co do jednego, patrzące na niego z rozmarzeniem. Harry ją zignorował. Sam jej widok mu urągał i irytował na wielu różnych poziomach.

Przy wrotach, prowadzących do głównego budynku ministerstwa, czekała strażniczka o szarych włosach i znudzonej twarzy. Po prostu patrzyła na nich, kiedy się do niej zbliżali. Harry w tym momencie już musiał sobie pogratulować. Najwyraźniej pozwijał swoją magię na tyle, że nie wyczuła od niego niczego specjalnego.

– Witamy w ministerstwie magii – wyrecytowała szybkim, obojętnym tonem. – Nazywam się Eryka. Proszę podać mi swoje różdżki, żebym mogła je zarejestrować. – Wyciągnęła dłoń z wyczekiwaniem i Draco podał jej swoją różdżkę.

Harry zaczekał, aż zostanie mu zwrócona, po czym pokręcił głową ze zbolałą miną, kiedy na niego spojrzała.

– Nie mam swojej przy sobie – powiedział. – Przykro mi. Dopiero co wróciłem z dalekiej podróży i zostawiłem różdżkę w kufrze.

Eryka zmarszczyła brwi i zaczęła coś mówić, ale nagle dech jej zaparło. Harry zorientował się, że musiała zobaczyć bliznę w kształcie błyskawicy na jego czole. Jej twarz momentalnie się ożywiła i zrobiła bardziej animowana.

– To ty – wyszeptała. – Harry Pott… ten, który kiedyś był Harrym Potterem?

Harry kiwnął z obawą głową. Mogła posunąć się do czegokolwiek, od prośby o autograf, czy udzielenia im pozwolenia na wejście po kryjomu, po wezwanie innych ludzi, żeby mogli sobie popatrzeć na Chłopca, Który Przeżył. Znając szczęście Harry’ego, okaże się jakoś spokrewniona z dziećmi, które zabił i jakoś ich spowolni.

– Ja to mam szczęście, spotkanie cię to prawdziwy zaszczyt – powiedziała Eryka. – Kto by pomyślał, że wszedłbyś w ten sposób do ministerstwa, jak normalny człowiek! – Klasnęła i złożyła ręce razem, po czym uśmiechnęła się do niego szeroko.

Harry zauważył w jej oczach uwielbienie, które dobrze wiedział, jak w tej chwili wykorzystać.

– Tak – powiedział, ściszając głos i nachylając się do niej. – Skoro już o tym mowa. Nie wszedłem tu otoczony swoją magią, ponieważ przyszliśmy tu w tajnej misji, Eryko.

– Naprawdę? – Oczy Eryce zalśniły. – Tajnej? – Wyglądała w tym momencie jak nastolatka i Harry przez chwilę zastanawiał się, czy nie ocenił źle jej wieku. Z drugiej jednak strony, takie siedzenie w bramie ministerstwa, kiedy nie ma się do roboty niczego poza sprawdzaniem różdżek, każdego doprowadziłoby do obłędu i pewnie każda ekscytująca sytuacja mogłaby sprowadzić ją do takiego dziecięcego paplania.

Harry kiwnął z powagą głową.

– Nikt nie może się dowiedzieć, że weszliśmy do ministerstwa. Mamy tu wrogów. – Powiedział to słowo z naciskiem i zobaczył, jak oczy Eryki otwierają się szerzej z uradowanym zrozumieniem. – Czy mogłabyś nas przepuścić i nikomu nie wspominać o tym, że nie mam przy sobie różdżki? – Spojrzał na nią spod swojej grzywki i zaczekał.

Oczywiście! – Eryka roztrzęsionymi rękami otworzyła dla nich wrota. – To po prostu wspaniałe. Jesteś wspaniały. To takie wspaniałe. Obiecuję, że nikomu nie powiem, obiecuję, obiecuję…

Harry zdołał skłonić przed nią głowę i wyglądać na wdzięcznego, a przynajmniej okazać dość wdzięczności, by ja tym usatysfakcjonować. Chwilę później minęli wrota i skierowali się do wind. Draco chichotał mu za plecami.

– Ktoś ma wielbicielkę – powiedział.

– Mógłbym mieć ich więcej, gdybym się tylko postarał – powiedział Harry, po czym potrząsnął głową, żeby pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, którego doznał pod rozgorączkowanym spojrzeniem Eryki. – A teraz chodźmy na drugie piętro.


Harry puścił Dracona przodem, kiedy zbliżyli się do drzwi gabinetu Amelii Bones, żeby mógł poflirtować i uciąć sobie niewinną pogawędkę ze stojącym tam aurorem, aż ten nie rozluźnił się nieco przy nich. Wówczas Draco zapytał czy Bones nie byłaby łaskawa ich przyjąć. Harry przez cały czas stał za nim, z pochyloną głową, jakby zawstydzony, nawet parę razy zaszurał trampkiem o podłogę, żeby dopełnić pozorów.

– Powiedz jej proszę, że to bardzo ważna sprawa – powiedział Draco pod koniec rozmowy. – Jestem tu jako przedstawiciel mojego ojca.

– Przekażę – obiecał mu młody auror, po czym otworzył drzwi i wszedł do środka, żeby porozmawiać z Bones.

Draco wrócił do Harry’ego. Harry’ego w żaden sposób nie zaskoczyło, kiedy zobaczył, jak Draco podnosi wzrok, uśmiechnięty i pewny siebie, nawet jeśli jego uśmiech nieco zbladł na widok miny Harry’ego.

– Mógłbyś przynajmniej wyglądać, jakbyś był zazdrosny, kiedy z kimś flirtuję – wymamrotał.

– Ale przecież to i tak do niczego by nie doprowadziło – powiedział Harry, nie pojmując, czemu Draco miałby chcieć od niego zazdrości.

– Sytuacja z Niną też nie, a i tak byłeś o nią zazdrosny – zauważył Draco.

Harry zarumienił się. Wciąż nie podobało mu się tamto uczucie.

– Bo była w stanie zobaczyć twoją duszę – powiedział – i pomóc ci na sposoby, w jakie sam nie jestem w stanie. Tym razem tak nie było.

Draco, który teraz wyglądał na niesłychanie zadowolonego z siebie, otworzył usta, żeby coś na to odpowiedzieć, kiedy auror wyjrzał przez drzwi.

– Panie Malfoy? Przyjmie pana teraz.

– Znakomicie – powiedział Draco, a maska wyniosłego czystokrwistego pojawiła się na jego twarzy tak szybko, że Harry aż zamrugał z zaskoczenia. Zaprowadził Harry’ego ze sobą do gabinetu, który wyglądał, jak dla Harry’ego, na jeszcze bardziej zatłoczony czarodziejskimi fotografiami, niż stare biuro Scrimgeoura. W tym przypadku jednak zdjęcia głównie dotyczyły aurorów, pozujących przy schwytanych kryminalistach, którzy próbowali się wyrwać za wszelką cenę.

Amelia Bones siedziała za swoim biurkiem, stanowcza kobieta o siwych włosach, którą Harry już wcześniej pamiętał z Wizengamotu. Była wyprostowana i wbijała w Dracona swoje przenikliwe spojrzenie od chwili, w której minął drzwi.

– Czego właściwie chcesz? – Brzmiała na ostrożnie zaciekawioną. – Czyżby Lucjusz Malfoy naprawdę przysłał swojego syna na omówienie jego pogodzenia ze świetlistymi elementami ministerstwa? Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się pracować z nami, zamiast przeciw nam.

Draco pokręcił głową.

– Obawiam się, że źle mnie pani zrozumiała, Madam. Mam wiadomość, ale jest ona znacznie prostsza. Proszę spojrzeć za mnie. – Pokłonił się i zszedł mu z drogi.

Harry spojrzał na Madam Bones i zdjął ze swojej magii materiał tłumiący jej potęgę.

Bones westchnęła głośno i opadła na oparcie swojego fotela. Sam Harry nie odczuwał większej różnicy, po prostu zdjął barierę, ale Draco wyciągnął do niego roztrzęsioną dłoń. Harry spojrzał na niego. Był blady, na twarzy miał podziw, a w oczach czaiło się coś, co mogło wyglądać jak pragnienie. Harry powiedział sobie, że to naturalna reakcja wielu czarodziejów i czarownic na lordowską moc, po czym odwrócił się z powrotem do Bones.

W bardzo wyraźny sposób nie odczuwała jego magii jako czegoś przyjemnego, na przykład zapach róż. Harry odniósł wrażenie, że zaciskała dłonie na podłokietnikach, żeby powstrzymać się przed skuleniem, bo w bardzo wyraźny sposób ciężko przychodziło jej trzymanie głowy w górze.

– Czego ty chcesz? – wyszeptała.

– Przyszedłem ci powiedzieć, że jestem zły o ten Departament Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii – powiedział Harry, głosem tak spokojnym, że nawet jego to zaskoczyło. Z wierzchu był twardy jak skała, ale zaraz pod spodem przelewał się zimny gniew, który mógł usłyszeć każdy, kto go nasłuchiwał. Kątem oka zauważył, że ściany gabinetu powoli zaczynają skuwać się lodem. – Jak do tej pory nie obejmowałem żadnej ze stron tego konfliktu, ponieważ wydawało mi się, że zarówno ministerstwo, jak i wilkołaki źle się do tego wszystkiego zabierały – i choć sam przysięgałem wilkołakom pomoc, to w żaden sposób nie zobowiązywałem się przy tym do krwawej rewolucji. A teraz dopuściliście się do czegoś takiego? Co ja mam niby o tym wszystkim myśleć? Bo wygląda to, jakbyście zrobili dokładnie to, czego to stado po was oczekiwało. Polujecie na nich, robicie z nich męczenników, przez co żywe wilkołaki uważają, że muszą odpowiedzieć tym samym, inaczej nie okażecie im żadnej łaski, a jeśli was zaatakują, to przynajmniej zginą w walce. Znajdą się ludzie, którzy wcześniej stawialiby wam się wyłącznie politycznie, ale teraz ich rozwścieczyliście. Na przykład taka Laura Gloryflower. Przecież jej siostrzenica jest wilkołaczycą, a ona jest puellaris, przysięgała, że będzie bronić swoich dzieci bez względu na wszystko. Naprawdę chcesz, żeby lwica tu wpadła i oderwała ci łeb za groźbę, jaką stanowisz dla jej siostrzenicy?

Jak mogłaś być taka głupia? zapytał w swojej głowie, ale starał się pozostać dyplomatyczny. Czy naprawdę chcesz wciągnąć czarodziejski świat w kolejną burzę, podzielić nas, kiedy Voldemort wciąż gdzieś tam się czai? Fenrir Greyback zginął, ale Loki może przyłączyć się do Mrocznego Pana, jeśli uzna, że w żaden inny sposób nie zdoła obronić swojego stada.

– Nie mieliśmy innego wyjścia! – wypaliła Bones, jeszcze mocniej zaciskając ręce na podłokietnikach. – Otrzymałam listy z groźbami. Wszyscy je otrzymaliśmy. To prawda, żaden Starszy Wizengamotu nie został pogryziony w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy, ale te listy… obiecywały nam rewolucję. Obiecywały krew.

– Czy mogę jakiś zobaczyć? – zapytał Harry. Jego głos wciąż był uprzejmy, spokojny i chłodny, ale w myślach przywołał warunki obietnicy, którą wywarł na Lokim. Zakazałem jemu i jego grupie gryzienia kogokolwiek w czasie lipcowej i sierpniowej pełni. Nie kazałem mu obiecać, że nikomu nie będą grozili. Szlag by to!

Bones, nawet na chwilę nie odrywając od niego wzroku, uderzyła palcami w biurko, niezgrabnie otworzyła szufladę, po czym rzuciła w jego stronę złożony list. Harry go otworzył. Charakter pisma był nieznajomy, ale odcisk psiej łapy na dole, jedyny rodzaj podpisu, raczej sugestywnie sugerował, że musiał pochodzić od wilkołaczego stada, a układ zdań był podobny do tego, co Harry sam przeczytał w liście, który otrzymał od Lokiego.

Przeczytał pobieżnie list. Poleją się rzeki krwi…żaden czarodziej się nie ukryje…czarodziejski świat zapłaci nam za to, jak traktował wilkołaki…nazywaliście nas mutantami…rozpoczniemy zawody, w których ważna będzie wyłącznie prędkość i siła, a mamy pod tym względem wielką przewagę…

Harry podniósł wzrok.

– Nie rozumiem, w jaki sposób listy z groźbami pozostawiły was bez wyboru i musieliście zacząć polować na czarodziejów jak na jakieś bestie.

– To nie są czarodzieje – powiedziała Bones, a na jej twarzy i w oczach zapłonęła pasja. – To zwierzęta. Stają się nimi od chwili ugryzienia. To ich zmienia. Wciąż obchodzę żałobę po stracie przyjaciółki, ponieważ Emily Gillyflower którą znałam, już nie żyje. Będą biegali luzem i gryźli innych nawet pod wpływem wywaru tojadowego. Ja to po prostu wiem. Zimozielony był pod wpływem wywaru, kiedy ugryzł Emily. Obrał ją sobie za cel. Nie możemy po prostu podchodzić do nich, jakby byli oswojeni tylko dlatego, że się rejestrują i piją wywar.

– Zachowujesz się, jakby ci umknęło, że mogą was pogryźć nawet w czasie waszych polowań – zauważył Harry, rzucając list na jej biurko. – Wilkołaki mogą tworzyć więcej wilkołaków. A teraz mają ku temu motyw. Im dłużej będziecie naciskali o przeprowadzanie tych łowów, tym więcej nowych wilkołaków się do nich przyłączy, bo nie pozostawicie im innego wyjścia. Albo będziemy mieli jeszcze więcej samotnych wilków, niezdolnych do obrania dowolnej ze stron. Czy w ogóle nie przyszło ci to do głowy?

Harry zrozumiał, kiedy patrzył jej w oczy, że nie, nie przyszło. Była przerażona. Strach rządził jej poczynaniami.

Nie mógł nią kontrolować poprzez wywołanie w niej jeszcze większego strachu. Przez jakiś czas by się go słuchała, ale potem pojawiłoby się coś, co przeraziłoby ją jeszcze bardziej i wróciłaby do starych metod.

– Prędzej czy później wyginą – powiedziała z zacięciem Bones. – Nie mamy żadnych dowodów na to, że klątwa jest w stanie istnieć poza ciałem wilkołaka, o ile w ogóle kiedykolwiek była w stanie. Zabijemy ich wszystkich i nikt nie będzie w stanie przekazać jej dalej. Gdybyś tylko pozostał w tym swoim odosobnieniu, jak miałeś...

Ucięła sama siebie, ale Harry już to usłyszał. Nachylił się do niej.

– Gdybym tam pozostał tak, jak miałem? – zagaił uprzejmie. – To co?

Bones wahała się przez chwilę, ale jej złość, albo może jej poczucie absolutnej słuszności w tej sprawie, zdawały się przytłaczać jej przerażenie, więc ciągnęła dalej.

– To zatłuklibyśmy wszystkie – powiedziała buntowniczo. – Jesteśmy w posiadaniu zaklęcia, które pozwala nam na znalezienie ich w ludzkiej formie, które znajduje czającą się w nich bestię. Już nie musimy ograniczać się do polowań wyłącznie w czasie pełni.

Harry poczuł, jak jego serce uderza raz, a mocno. Mogliby znaleźć Hawthorn. I Wilmota.

– Zastanawiam się – ciągnęła Bones, lekko rozbawionym tonem – co by to zaklęcie wykazało, gdyby trafiło właśnie ciebie. Comperio lupum! – Machnęła różdżką, którą musiała wyciągnąć z szuflady wraz z listem.

Harry pochwycony w furii tak potężnej, że aż spokojnej, pozwolił zaklęciu wywrzeć na sobie efekt. Otoczył go błękitny blask, który szybko wsiąknął mu w skórę. Bones wyglądała na niesłychanie rozczarowaną.

– To naprawdę cię zaskakuje, co? – zapytał ją Harry, tonem tak beznamiętnym i ponurym, że kątem oka zauważył, jak Draco ostrożnie odsuwa się od niego na bezpieczną odległość. – Nie jesteś w stanie pojąć, czemu ktoś, kto nie jest wilkołakiem, miałby walczyć o ich prawa.

Bones znowu zacisnęła palce. Harry miał lekką nadzieję, że nie zniszczy sobie przypadkiem różdżki.

– To bez znaczenia – powiedziała. – Kiedyś i ciebie pokonamy. Upolujemy cię, jak ich wszystkich. Prawa można zmienić. Możemy stworzyć nowe departamenty. Jak i wprowadzić nowe ograniczenia. Na przykład ograniczenia dotyczące użytkowania potencjalnie szkodliwych darów magicznych. Jak takie absorbere.

Harry przez dłuższą chwilę przyglądał się jej w milczeniu. Czy ona w ogóle ma jakieś pojęcie, z kim ma do czynienia? Nie, wygląda na to, że nie.

Czas jej pokazać.

Pozwolił swojej magii wznieść się wokół siebie, płomienie feniksa buchnęły mu pod skórą, a pewność siebie zalśniła w oczach. Bones skuliła się, ale Harry podejrzewał, że w tej chwili trzęsłaby się na widok dowolnego, potężnego przeciwnika. Najważniejsze było pozostawić ją ze słowami, których nie zapomni, tak żeby wiedziała, że nie miała tu do czynienia z kimś po prostu potężnym.

– Nie jestem taki, jak ludzie, z którymi miałaś do tej pory do czynienia – powiedział jej cicho. – Jestem znacznie gorszy. Jestem kimś, kto wygra tę potyczkę, ponieważ nigdy się nie poddaję. Starałem się powstrzymywać przed wpływaniem na wolną wolę ministerstwa. Teraz już nie będę się w ten sposób ograniczał, ponieważ ministerstwo zniszczyło wolną wolę innych, oraz zachęcało tych innych do rozpętania wojny, w której jeszcze więcej ludzi ucierpi od tortur, wyobcowania i opresji. Nie. Mam dość. Postaram się przeprowadzić tę rewolucję tak bezkrwawo, jak tylko będę w stanie, ale obiecuję, że będzie agresywna. Mam zamiar zniszczyć te wszystkie przestarzałe opinie, zmusić ludzi do myślenia, zamiast reagowania ze strachu, a wilkołaki otrzymają swoje prawo do sprawiedliwości, włącznie z osądzaniem ich za zbrodnie dokonane na innych, jak wszyscy. Za każdym razem, kiedy do tej pory pojawiała się niebezpieczna sytuacja, staraliśmy się ją po prostu stłumić, żeby wszystko wróciło na poprzednie, bezpieczne tory. Jak z wami skończę, to nic nie będzie takie jak dawniej.

Bones dygotała, pochyliła głowę i objęła ją dłońmi. Harry obrócił się na pięcie i minął Dracona, który pośpieszył za nim.

– W następnej kolejności odwiedzimy Scrimgeoura – powiedział Harry głosem, który właściwie nie rozpoznawał, jako swój własny. – Chcę się dowiedzieć, ile właściwie o tym wiedział i czemu jeszcze nie zrobił czegoś, żeby powstrzymać te łowy.

– Za momencik – powiedział Draco.

Harry obrócił się, zastanawiając się, czy młody auror, który stał na straży gabinetu Bones, nie celował w nich czasem różdżką. Draco jednak złapał go za podbródek i pochylił się, żeby go pocałować. Harry z przyjemnością powitał ten pocałunek, a Draco odsunął się od niego zdecydowanie za szybko, wyglądając na mniej zadowolonego z siebie i bardziej przepełnionego dumą.

– To było wspaniałe – powiedział.

– Cieszę się, że tak myślisz. – Harry uśmiechnął się ponuro, ponownie zmierzając do wind. – Podejrzewam, że Scrimgeour nie będzie podzielał twojego zdania.


Oczywiście, że Rufus wyczuł nadchodzącego Harry’ego. Któż mógłby nie?

Przechodząca korytarzami ministerstwa fala potęgi była dla niego niczym uderzająco mocny puls, żywica statecznie pompowana przez drzewa na wiosnę. Rufus nauczył się tego od swojej mugolackiej babci, której ojciec był leśnikiem i wiedział, że taka moc jest niezwykle prężna i nie do opanowania. Przywracała świat do życia. Jak już żywica się rozpędzała, to nic nie było w stanie jej powstrzymać.

I tym najwyraźniej stał się Harry.

Rufus czekał z złożonymi na blacie rękami, z Percym Weasleyem siedzącym za nim, kiedy Wilmot otworzył przed Harrym drzwi. Za nim wszedł młody Malfoy… i nikt inny. Rufus podniósł brwi, niemal pytając, gdzie podział się Snape. Sam fakt, że Harry pojawił się tu bez niego, musiał oznaczać interesującą historię.

Ale to by odsunęło od nich meritum sprawy, w sprawie której Harry przyszedł się z nim zobaczyć, a Rufus z pewnością tego nie chciał. Wbił więc tylko wzrok w oczy Harry’ego i czekał.

Twarz Harry’ego lśniła. Oczy mu lśniły. Otaczające go powietrze czasami załamywało się, jakby odbijając światło, jakby było po prostu cienką płachtą folii aluminiowej, która powiewała na wietrze, od czasu do czasu podchwycając promienie słońca. Rufus zastanawiał się, czy patrzył na młodego vatesa, czy młodego Lorda. Był przekonany, że Harry, ilekroć w przeszłości odgrywał swoją rolę vatesa, miał bardziej zamyśloną minę.

Czyli ktoś posunął się za daleko. Zmuszono go do przekroczenia granicy, od której normalnie trzymałby się z daleka. Słyszałem, że vatesa nie musi obchodzić wolna wola tych, którzy stale tłamszą wolę innych. Wówczas oczekuje się od niego aktywnej obrony i nawet jeśli nie atakowania, to przynajmniej aktywnego opierania się tym czynom, które krzywdzą innych. Nigdy jednak nikt nie wspomniał o tym, jakoby vates miał być tak ostrożny wokół wszystkich, jak Harry był do tej pory.

Wyglądało na to, że od teraz będą mieli do czynienia z aktywnym vatesem, zamiast reaktywnego.

Wiedział, że prędzej czy później do tego dojdzie. Właśnie dlatego zaczął badanie roli vatesa i czarodziejów, którzy do tej pory starali się otrzymać swój tytuł. Dzięki temu dowiedział się, że pewnego dnia Harry może zacząć znacznie mocniej naciskać na ministerstwo, przez co stanie się dla niego zagrożeniem.

Ten dzień nadszedł.

– Chcę się dowiedzieć, jak wiele wiedział pan na ten temat – powiedział Harry. – I czemu nie spróbował pan ich powstrzymać.

Rufus zaoferował mu prawdę.

– W ogóle niczego nie wiedziałem o departamencie aż do dnia jego utworzenia, co nastąpiło na dzień przed pełnią księżyca. Rozmawiałem z szefostwem departamentów. Wszyscy zjednoczyli się przeciw mnie i stanęli po stronie Amelii. Wydawało mi się, że po moim błędzie zbyt otwartego opierania się ich dekretom, zdołałem odzyskać już wystarczająco wiele zaufania, ale wygląda na to, że się pomyliłem. Teraz przyglądają się każdej mojej decyzji. Nie jestem w stanie zrobić cokolwiek przeciw nim, co nie byłoby nielegalne, bo wówczas znajdą sobie powód na zwołanie głosowania o wotum nieufności.

– Czyli niczego pan nie zrobi – powiedział Harry.

Rufus pokręcił głową.

– Nie. Nie w chwili, w której po prostu wiem, że Amelia zgłosi się na pozycję ministra w chwili, w której zostanę przegłosowany.

Harry przymrużył oczy. Następnie prychnął.

– Już miałem zapytać, jak pan może żyć z własnymi zasadami, kiedy pańscy obywatele są mordowani w biały dzień, ale to niesprawiedliwe. Przecież sam wiem jak.

Rufus skinął powoli głową. Czyli jeszcze nie stał się nieracjonalny, nawet kiedy nie ma żadnych powodów do szanowania naszej woli. Interesujące. Co tylko robi z niego tym groźniejszego przeciwnika, oczywiście. Łatwiej zająć się rewolucjonistami, który zatracili się w swojej pasji.

– Wiem. Wolę reformy. Amelia tylko wyrządzi więcej szkód na stanowisku ministra i choć podejrzewam, że szefowie departamentów opuszczą ją w przeciągu miesiąca, to co ten miesiąc przyniesie dla nas wszystkich? Nie mogę niczego zrobić, wszystkie moje decyzje muszą być powolne i dalekosiężne. Muszę powoli zakraść się z powrotem w ich łaski, powoli odbudować moje wsparcie i powoli przekonać aurorów, żeby stanęli po mojej stronie, nie Amelii. – Czy niewymownych, pomyślał, ale nie mógł powiedzieć tego na głos. Jego kontakt z niewymownymi pozostawał w tej chwili niezwykle delikatny. To oni przyszli do niego, co już samo w sobie było nieoczekiwane. Ostrzegli go jednak, że będą musieli zerwać kontakt, jeśli komuś o tym powie. Rufus nigdy w pełni nie pojmował wewnętrznej polityki Departamentu Tajemnic, ale nie musiał ich rozumieć, żeby móc zrobić to, o co go poprosili.

– Wolę rewolucję – powiedział cicho Harry.

Rufus zapytał, ponieważ musiał o to zapytać. Wiedział, że jak już będzie po wszystkim, to przynajmniej Percy zapyta go, czemu nie zapytał.

– Z tobą jako ministrem?

W oczach Harry’ego pojawiła się szczera odraza.

– Nie! – Wyparcie było tak potężne, że Rufus oparł się w swoim fotelu, odprężając po raz pierwszy od chwili, w której Harry wszedł do jego gabinetu. Harry ciągnął dalej, brzmiąc, jakby dopiero się rozpędzał. – Wolę psychiczną rewolucję. Wolę, kiedy ludzie zadają pytania, zastanawiają się nad tym, co mają zamiar zrobić, zamiast po prostu wychodzą z założeń. Wolę, kiedy ludzie zdają sobie sprawę, kiedy coś jest oczywistym kłamstwem, jak ta idea, że wywar tojadowy w żaden sposób nie wpływa na wilkołaki. Wolę, kiedy ludzie podążają za zasadami, a nie za mną.

Rufus westchnął.

– Obawiam się, że coś takiego nie może zajść nagle.

– Prawdopodobnie nie – powiedział Harry. – Ale może zajść szybciej niż zachodziło do tej pory. A w międzyczasie będę chronił i bronił tych, którym dzieje się krzywda, jak i pracował nad zmianą umysłów bez używania przymuszenia.

– A jakich broni w takim razie użyjesz? – zapytał Rufus.

Harry po prostu na niego spojrzał, po czym pozwolił swojej magii rozwinąć się wokół siebie, po czym zaczesał dłonią grzywkę do tyłu, odsłaniając na chwilę swoją bliznę w kształcie błyskawicy. To było wystarczającą odpowiedzią.

– Nie mogę pozwolić ci na interweniowanie w pracę ministerstwa swoją magią – poinformował go Rufus.

– Mam w takim razie nadzieję, że nie będzie musiało do tego dojść. – Głos Harry’ego był uprzejmy, ale nieugięty.

Rufus żałował w tym momencie, czując nagromadzającą się w sobie głęboką frustrację, że w ogóle przyjął posadę ministra. Gdyby wciąż był szefem aurorów, to z przyjemnością przeszedłby na stronę Harry’ego, robiąc wszystko, co byłoby w jego mocy, żeby zniszczyć plany Amelii, bez umożliwiania jej wykrycia, że to był on, pozwalając żeby jego ślizgońska przebiegłość i miłość do ryzyka, które może zwrócić się po wielokroć, przytłoczyły jego ślizgońską ostrożność. Ale był ministrem, co ograniczało jego pole do manewru.

– W takim razie powodzenia pod tymi względami, pod którymi mogę życzyć ci powodzenia – powiedział Rufus. Chłopiec, Który Przeżył i czarodziej o lordowskiej mocy, używający przeciw nam swojej sławy i magii. Merlinie, oby nie doszło do wojny.

– Dziękuję, ministrze – powiedział Harry. – Nawzajem. – Odwrócił się i wyszedł z gabinetu, a Malfoy zaraz za nim. Rufus zastanawiał się, czy w ogóle zauważył, z jakim rozczuleniem młody Draco na niego patrzył. Cóż, prawdopodobnie znał ogólny zarys tego podziwu, ale nie szczegóły.

W dodatku, cholera by to, Rufus sam czuł coś podobnego, zwijającego się w jego żołądku. Naturalne pragnienie do przebywania w pobliżu takiego źródła magii mieszało się ze świadomością, że Harry był w posiadaniu umiejętności, których nikt wcześniej nie miał pod ręką i prawdopodobnie okaże się pierwszym moralnym Lordem od kilkuset lat. Rufus był w stanie wyobrazić sobie przyszłość, w której podążałby za Harrym i był w niej szczęśliwy.

Ale tu chodziło o obowiązki, nie po prostu osobiste szczęście. Dlatego właśnie doszło do sytuacji, w której ich ścieżki się rozeszły.

– To było naprawdę szlachetne z pańskiej strony – powiedział Percy, jakby chcąc go pocieszyć.

Rufus kiwnął głową, po czym zmarszczył brwi.

– Nie tak szlachetne jak mogłoby być – mruknął. – Zapomniałem powiedzieć mu o listach Wyzwolicielki. – Odwrócił się do Percy’ego, który już wyciągnął czysty pergamin i właśnie łapał za pióro. Rufus uśmiechnął się ponuro. Jego wrogowie nie będą przyglądali się korespondencji Percy’ego równie uważnie co jego własnej, ponieważ Percy zajmował się całym mnóstwem roboty papierkowej.

Wygląda na to, że czas zaczynać. Podniósł wzrok i spojrzał w oczy swojej babce, której portret wisiał po przeciwnej stronie pokoju. Puściła mu oczko. Przynajmniej robię to, co do mnie należy. To pocieszające.


Wilmot spotkał się z nimi zaraz za drzwiami i Harry’emu wystarczyło tylko pochwycić wzrokiem jego spojrzenie, żeby przekonać się, że chce porozmawiać. Kiwnął głową i użył swojej magii do owinięcia ich osłoną prywatności. Wilmot momentalnie nachylił się do niego i zaczął szeptać.

– Czy wiesz, że łowcy prześladują watahę Lokiego?

– Wiem, w dodatku opracowali zaklęcie, które pokazuje im wilkołaki w ich ludzkich formach. – Harry spojrzał na niego uważnie. – Nic ci nie jest?

Auror uśmiechnął się do niego z wysiłkiem. Harry wiedział, że jego błękitne oczy były bursztynowe za kolorowymi kontaktami, a jego kły będą nieco dłuższe do ludzkich przez świeżo minioną pełnię. Merlin jeden wiedział, jakim cudem Edmund Wilmot zdołał utrzymać pracę w ministerstwie przesiąkniętym paniką w kwestii wilkołaków, ale Harry naprawdę nie chciał, żeby go zwolniono.

– Nie używają go w ministerstwie – powiedział Wilmot. – Przeważnie, w każdym razie. Ludzie uważają takie podejrzenia o likantropię za uwłaczające i nie życzą sobie nawet sprawdzania siebie. Poza tym nikt mnie nawet nie podejrzewa. Jak na razie.

Harry kiwnął głową, nieco mu ulżyło.

– Czy wiesz, kto zginął? – zapytał wtedy Wilmot.

Harry pokręcił głową.

– Wiem tylko tyle, że zginęły dwa wilkołaki. Nie widziałem jeszcze reportażu „Proroka Codziennego”, ktoś mi po prostu o tym powiedział.

– Nie szkodzi, ich imiona i tak by ci niewiele powiedziały – powiedział Wilmot. – W Proroku użyto ich legalnych imion, nie tych, które sami sobie wybrali. – Zawahał się i przełknął ślinę. – Dowiedziałem się tego od Lokiego, bo ich śmierć wszystko zmienia.

Harry poczuł, jak w żołądku mu się wywraca, przewraca i wywija, ale powiedział sobie, że ma się w tej chwili uspokoić.

– Naprawdę? – zapytał.

Wilmot kiwnął głową, na jego twarzy pojawiły się cienie.

– Tak. Wilkołak, który zginął, był młodym szczeniakiem, znanym nam jako Wrzosiec. Ale samica… – Zadrżał lekko. – Samicą była Gudrun. Bratnia dusza Lokiego. Partnerka alfy dzieli z nim jedno serce, jedną krew, jeden oddech. Harry, Loki zadeklarował zemstę na jej mordercach, co jest zgodne z prawem stadnym i nie istnieje nic, co byłoby w stanie go powstrzymać.