Actions

Work Header

Pochłaniając cienie

Chapter Text

               Jego sanktuarium zawsze była biblioteka – komfortowa cisza, zapach wiekowego pergaminu i upajająca świadomość czystej wiedzy pod opuszkami jego palców. Jego matka zawsze pochwalała jego głód wiedzy, podsuwała mu tomy i zwoje pod nos i oglądała, jak pochłaniał informacje ze smutnymi, lecz dumnymi oczami.

               Jego koledzy nigdy tego nie rozumieli; jak mógł preferować wysokie regały szkolnej biblioteki od pięknych ogrodów i kryształowych posągów. Nie rozumieli, dlaczego tak bardzo zanurzał się w wypłowiałe strzępki tekstów, które kryły – w mniemaniu niektórych – niepotrzebną wiedzę.

               Sardoniczny uśmiech zawsze pociągał kącik jego ust do góry na myśl ich ignorancji.

               Nie rozumieli tego, że pewnego dnia ten strzępek niejasnego tekstu może właśnie uratować mu życie przed cieniem, który zawsze nad nim stał. Ale on aż za dobrze rozumiał wagę jego nauki. Wiedział, co było od niego oczekiwane, od kiedy miał sześć lat.

               Z lekkim westchnięciem Hadrian zajął miejsce przy wygładzonym stole i wyciągnął książkę ze swojej torby. Magick Moste Evile nie wyglądała zachęcająco, ale Hadrian wiedział, że informacje w niej zawarte były całkiem dużo warte. Jego matka poprosiła, aby ją przeczytał od nowa i przećwiczył przygotowane przez nią na krótkiej liście zaklęcia, które książka ta szczegółowo opisywała. Niektóre były Jasne, lecz znacząca większość była uznawana za Ciemne. Tego roku jego matka bardzo naciskała na poszerzenie jego wiedzy z zakresu Czarnej Magii. Obydwoje wiedzieli, że Hadrian musiał znać metody działania ich wrogów, aby móc ich pokonać.

               Nigdy nie rozmawiali o tym, jak łatwo przychodziła Hadrianowi Czarna Magia czy o tym, jak rzadko czuł efekt używania tej porywającej gałęzi magii. Jego matce - jako Jasnej Czarodziejce - niezbyt podobał się pomysł jej syna używającego Czarnych Sztuk, ale wiedziała, że aby przetrwać, musiał korzystać z wszystkiego, co miał pod ręką. A ceniła jego życie na tyle, że nie próbowała go zatrzymać.

               Hadrian pozwolił sobie całkowicie zanurzyć się w czytanej książce, na co rzadko pozwalał. Nauczono go zawsze uważać na swoje otoczenie i nigdzie nie czuć się w pełni bezpiecznie, nawet nie we własnym domu. Ale czasami pozwalał sobie nie stać na baczności. Czasami potrzebował uwolnić powstałe w jego ciele napięcie. Ciągła paranoja potrafiła być męcząca. Beauxbatons leżało daleko od sfery politycznej Wielkiej Brytanii, a żaden z jego kolegów nie wiedział, kim tak naprawdę był.

               Dla nich był Hadrianem Evansem – szczególnie przystojnym, utalentowanym i czarującym uczniem z małą ilością bliskich przyjaciół. Każdy go rozpoznawał, wielu szanowało, ale jego natura samotnika nie pozwalała większości ludzi na zbliżenie się do niego. Był tym typem osoby, która – gdy tylko chciała – mogła zapewnić całkowitą uwagę ludzi dookoła, ale równie dobrze mogła wtopić się w otoczenie i pozostać niezauważonym.

               Ale nikt nie wiedział, kim był. Koledzy i nauczyciele nie znali imienia tak zazdrośnie przez niego strzeżonego. Nie wiedzieli, że on i jego matka byli ściganymi ludźmi. Nie wiedzieli, co stało się jemu ojcu, czemu nigdy nie poznali jego matki. Nie wiedzieli, czemu Hadrian zawsze czekał na wiadomości z Anglii lub czemu jego oczy ciemniały na wspomnienie Czarnego Pana. Nie rozumieli, niezależnie od tego, jak bardzo chcieli.

               Bo byli dziećmi. Tak, były niezwykle inteligentnymi, silnymi i okazjonalnie niebezpiecznymi w ich okrutności – ale wciąż dziećmi. Hadrian dawno stracił  tę naiwność, którą jego koledzy wciąż posiadali. Był żołnierzem; ocalałym; i przygotowywał się na wojnę.

- Hadrian!

               Zawołanie zaskoczyło go. Zerknąwszy za siebie zauważył Claire zbliżającą się do niego z uśmiechem. Z udawaną beztroską zamknął książkę i wsunął ją z powrotem do torby, nie pozwalając dziewczynie zauważyć za dużo. Powszechnie uważano go przecież za Jasnego czarodzieja i nie chciał niczego, co mogłoby naruszyć ten obraz.

 

 - Claire – powitał ją uprzejmie, pozwalając lekkiemu uśmiechowi podnieść kącik jego ust. Pół-wila usiadła obok niego, broda oparta delikatnie na jej dłoni, podczas gdy oglądała go z surowymi, niebieskimi oczami. – Potrzebujesz czegoś?

Zacisnęła usta na jego bezpośrednie zachowanie, ale nie zganiła go za nie.

– Nie było cię w ogrodach podczas lunchu, Jacob poprosił, abym cię przyprowadziła – powiedziała, marszcząc  lekko nos na zapach biblioteki. Hadrian poczuł iskierkę rozbawienia w klatce piersiowej i uśmiechnął się szeroko do lekko starszej czarodziejki.

 - A więc jesteś teraz sową Jacoba, Claire? Wiedziałem, że za nim przepadasz, ale degradacja do jego posłańca jest trochę desperacka, nie uważasz? – dokuczył jej wiedząc, że nie potraktuje tego poważnie. Claire odpowiedziała mu uderzeniem w jego ramię w sposób, który jakimś cudem pozostał wyrafinowany pomimo jego infantylności. Pół-wila zakręciła nosem i specjalnie odwróciła od niego wzrok.

 - Nie wiem, skąd bierzesz te niedorzeczne wymysły, Hadrian. Ja i Jacob raczej do siebie nie pasujemy.

               Jacob Korin uczył się na tym samym roku i był szanowanym przez wszystkich w szkole i powszechnie lubianym czarodziejem. Był też jedną z niewielu osób, w których towarzystwie Hadrian czuł się naprawdę komfortowo. Podobał się Claire od czwartego roku, a Hadrian niezwykle uwielbiał drażnić z tego powodu dziewczynę, kiedy tylko miał okazję.

 - Kochana, poczekaj teraz chwilkę. Jacob jest inteligentny, silny magicznie, czystokrwisty, przystojny… Mogłaś wybrać kogoś gorszego, czyż nie? – oczy Claire błysnęły.

 - Skoro tak dużo wiesz na temat jego osobowości, może to ty powinieneś się do niego zalecać? – chciała go zawstydzić, lecz Hadrian jedynie uśmiechnął się drapieżczo, wstał i schylił się, aby szepnąć jej do ucha:

 - Kto powiedział cokolwiek o zalecaniu się? - zrobił krok w tył i mrugnął do niej, narzucając torbę na ramię. – Znacznie bardziej wolimy spędzać czas na czymś innym.

               Sapnęła, oczy świecące zainteresowaniem, gdy jej umysł szybko próbował zrozumieć znaczenie jego słów.

- Czy wy naprawdę…? – wahała się przed wypowiedzeniem swoich myśli, więc Hadrian użył jej krótkiej dezorientacji i zaczął odchodzić. Niech myśli, co chce. Claire nigdy nie zaczęłaby jakiejś plotki na jego temat, a już na pewno nie na temat Jacoba, gdy ten jej się podobał.

                    Usłyszał jej ostre zawołanie. Niewątpliwie była na niego zdenerwowana za porzucenie takiego tematu w momencie, gdy nie dostała jeszcze żadnych odpowiedzi.

               Claire szybko go dogoniła, a Hadrian przeklął jej dłuższe nogi.

 - Nie wierzę w to. Nigdy byście tego nie zrobili. Za bardzo się szanujecie.

„Zachowywała się jak pies, który zobaczył kość” pomyślał cicho Hadrian. „Lub, bardziej akuratnie, jak rekin, który poczuł zapach krwi”.

 – Hadrian! – jęknęła, gdy ją zignorował.

- Pozwól temu umrzeć, Claire. Jestem dzisiaj zbyt zmęczony, by się z tobą bawić.

- Ty mały kłamczuchu! – roześmiała się, znowu uderzając go w ramię. – Nienawidzę, gdy bawisz się ze mną w te swoje gierki umysłowe. Nigdy nie wiem, kiedy żartujesz.

 - Jesteś po prostu zła, że już nie możesz zauważyć, kiedy kłamię, Claire. Kiedyś uwielbiałaś to, kiedy byłem małym, niemądrym chłopcem – uśmiechnęła się do niego lekko i objęła go ramieniem. Hadrian pozwolił jej na to i nie protestował, gdy dziewczyna subtelnie zmieniła kierunek ich podróży.
 - Pamiętam, gdy mieliśmy osiem lat – roześmiała się w rozbawieniu. – Nigdy wcześniej nie widziałam takiego drobnego chłopca i pomyślałam „Nigdy tutaj nie przetrwa, jest zbyt miękki”, a teraz popatrz na siebie.

Hadrian przewrócił oczami.

 - Najlepszy na roku, zapierająco dech w piersiach cudowny i całkowicie zbyt świadomy własnych umiejętności.
 - Zatrzymaj się, Hadrian, bo inaczej twoje ego nie przejdzie przez drzwi.
 - Ego jest niematerialne, kochanie, a po za tym – magia, pamiętasz?
 - Jesteś nieznośny – jęknęła, zabierając grzywkę z oczu, gdy opuścili majestatyczny budynek Beauxbatons i przeszli marmurowymi schodkami do ogrodów. Hadrian roześmiał się z jej zirytowanej miny, szczerze rozbawiony ich konwersacją.

               Na ten dźwięk Claire poczuła kącik jej ust podnoszący się mimowolnie do góry. Rzadko można było usłyszeć Hadriana śmiejącego się w ten sposób, z głową odrzuconą do tyłu i zielonymi, tak bardzo zielonymi oczami iskrzącymi się ciepło. Zazwyczaj był taki poważny, lub przynajmniej bardziej wyrafinowany w zachowaniu od innych. Ci, którzy regularnie spędzali z nim czas często smakowali jego cudownego poczucia humoru i ostrego języka; ale tylko ci, z którymi czuł się naprawdę komfortowo mogli zobaczyć, jak wspaniałą osobą naprawdę był.

               Całkowicie szczerze był jedną z najbardziej intrygujących osób, jakie kiedykolwiek miała okazję spotkać. Tak dużo warstw i sekretów otoczonych w piękną twarz i silne ciało. Kiedyś, kiedy po raz pierwszy ujrzała Hadriana stojącego z resztą nowych uczniów, gardziła młodym chłopcem. Syn charłaczki, który miał czelność wstąpić w szeregi uczniów tak prestiżowej szkoły.

               Claire poczuła tworzący się na jej twarzy grymas. Gdy Hadrian zaczął przodować w zajęciach szkolnych i pokazał, o ile lepszy od nich wszystkich był… Miała trudność z tego przełknięciem. To, że chłopiec bez żadnego rodowodu był od niej o tyle silniejszy złamało trochę jej pewności siebie. Ale teraz nie mogła pomyśleć o nikim wartym tej mocy bardziej od niego, nikim, kto mógł być tak ważną figurą i wciąż tak szczodrą jak Hadrian.

               Jej dłoń nieświadomie zacisnęła się na jego ramieniu. Lubiła Hadriana – naprawdę go lubiła. O wiele bardziej, niż powinna i na pewno o wiele bardziej, niż było to bezpieczne. Hadrian, z całym jego dobrym sercem, był niebezpieczny. Był wielką niewiadomą, a jego moc czyniła go jeszcze bardziej trudnym do odgadnięcia.

               W przeciwieństwie do swoich kolegów z roku, którzy kierowali się po jasno określonej ścieżce zawodowej, Hadrian ani razu nie wyjawił, co zamierza robić w swojej przyszłości. Ona, Jacob i większa część szkoły wierzyła, że zmierzał w stronę polityki. Z jego ocenami, naturalną charyzmą i spokojną osobowością mógł całkiem skutecznie zabezpieczyć jakąś posadę we francuskim Ministerstwie i z czasem mógł wspiąć się po drabince do władzy – może nawet po Ministra. Był w końcu młody, a już zaczął pojawiać się na różnych wydarzeniach organizowanych przez Ministerstwo, na których wiele czarodziejek i czarodziei pojawiało się chcąc zrobić na kimś dobre wrażenie.

               Claire miała nadzieję, że to właśnie tą ścieżką podąży Hadrian. Chłopiec był raczej radykalny w swoich pomysłach i często reagował dość nieprzewidywanie – ale to właśnie jego nieprzewidywalność czyniła z niego bardzo dobrego polityka. Przywódca, którego ruchy można było łatwo przewidzieć nie był dobrym przywódcą. Przewidywalny oznaczało słaby, oznaczało, że można go było łatwo pokonać i kontrolować. Przywódca, którego nie można przewidzieć był chroniony na tyle, na ile potrafił planować w przód. Hadrian był bystry i przebiegły, z umysłem stworzonym do strategii.

 - Jesteś dzisiaj niezwykle cicha – jego głos wyrwał ją z jej przemyśleń. Claire obróciła się do obserwującego ją ciekawie chłopca. – Miałaś mnie w swoich rękach przez ponad dziesięć minut i jeszcze nie zalałaś mnie ploteczkami.

W ten sposób pytał się, czy wszystko w porządku. Cały Hadrian – martwiący się o nią w tak niebezpośredni sposób. Uśmiechnęła się do niego; jego troska – niezależnie, jak ukryta – nie przeszła niezauważona.

Mrugnął na jej szczerze szczęśliwą minę.

 

- Jestem w porządku, mój przyjacielu – powiedziała, znów ściskając jego ramię i tym razem ciągnąc go mocniej, niż wcześniej. – Znajdźmy Jacoba. Wiesz, jaki się staje, jeśli nie widzisz się z nim przynajmniej dwa razy dziennie.

Hadrian mruknął.

 - Przecież nie możemy pozwolić biednemu, kochanemu Jacobowi cierpieć, czyż nie? Jakaś separacja ode mnie byłaby dla niego dobra – jego oczy przesunęły się na grupę ludzi, do której się zbliżali, niemal natychmiast zgadzając się na jej zmianę tematu. – Nie zawsze będę mógł być obok, aby go czymś zaciekawić. – Claire zaśmiała się, przyciągając uwagę grupy właśnie w tym momencie, w którym do nich dotarli.

 - Być może masz rację, Hadrian, ale w tym roku kończymy szkołę. Chce z tobą spędzać czas, póki jeszcze może.

- Tak, Hadrian i ja wręcz uwielbiamy spędzać ze sobą czas, czyż nie?

- Już użyłem dzisiaj przy niej tego pomysłu, Jacob, chociaż mój sposób był o wiele subtelniejszy od tej próby – Jacob tylko uśmiechnął się szeroko do nich, po czym objął drugie ramię Hadriana, pociągając chłopca na krawędź fontanny. Claire usiadła ostrożnie po drugiej stronie Hadriana, przygładzając delikatnymi dłońmi niebieską spódnicę szkolną i zostawiając ich samym sobie, podczas gdy ona sama została wciągnięta w konwersację z innymi uczniami.

- Chciałeś mnie widzieć z jakiegoś konkretnego powodu? – nie tracił czasu na omijanie tematu. Jacob rzadko prosił innych o znalezienie go. Dziedzic Korina o wiele bardziej wolał samemu polować na Hadriana – miało to cos wspólnego z „pościgiem” – by oznajmić mu wieści w ten sposób. Tak więc albo czuł się dzisiaj wyjątkowo leniwie, albo wiadomości, które chciał mu przekazać były tak ważne, że nie chciał tracić czasu na tropienie go.

               Jacob skinął głową, jego żartobliwy uśmiech malejący w coś o wiele bardziej stonowanego.

- Zawsze byłeś niecierpliwa osobą – w więcej, niż jednym aspekcie swojego życia, jak mogę teraz stwierdzić – jego głos był lekki, ale Hadrian zmrużył oczy i oglądnął się dookoła. Jacob zachichotał, wstając i wygładzając swoje spodnie. Kiwnął głową.

- Chodź, porozmawiamy podczas spaceru. Mam ci sporo do powiedzenia.

               Hadrian zerknął na Jacoba podejrzliwym i zatroskanym wzrokiem, ale wstał i podążył za nim. Łatwo wpadli we wspólny rytm i zaczęli kierować się w stronę bardziej odosobnionej części ogrodów. Zatrzymali się, gdy odgłosy setek innych ludzi siedzących w zielonej przestrzeni zaczęły gasnąć.

               Hadrian powstrzymał swoje pytania wiedząc, że Jacob za chwilę podzieli się swoimi wiadomościami. Stanęli tuż przy żywopłocie otaczającym wschodnią część ogrodów i Hadrian zwrócił na swojego przyjaciela niepodzielną uwagę.

               Tajemnicą poliszynela wśród starszych studentów było to, że Jacob posiadał niezrównaną siatkę szpiegowską, której używał, by pozyskiwać całkiem akuratne informacje. Dla kogoś, kto dopiero kilka miesięcy temu osiągnął dojrzałość było to nie lada wyczynem – bez względu na to, jak wielce ród Korinów szanowany był w ich społeczeństwie i  jak znaczne wpływy posiadał. Szczerze mówiąc, Hadrian był po prostu wdzięczny za to, że już wiele lat temu zyskał dobrą przyjaźń Jacoba i jak na razie był w stanie utrzymać go z dala od jego własnych tajemnic.

               Zdawał sobie sprawę z tego, że Jacob wiedział o kilku nieprawidłowościach w jego życiu, ale na szczęście winił za to jego mugolskie pochodzenie. Chłopak za bardzo go szanował, by wścibiać swój nos w jego przeszłość. Hadrian wiedział, że starania jego matki w celu ukrycia ich prawdziwej tożsamości mogły wytrzymać bliższą inspekcję – nie przetrwali by tak długo, jeśli jej praca nie była staranna – ale wiedział też, że jeśli ktoś szczególnie zaciekawił się którymkolwiek z nich i wiedział, czego szukać, kwestią czasu byłoby wydanie ich przykrywki.

A to nie mogło się stać. Nie wtedy, gdy nie był jeszcze gotowy.

               Jacob bezróżdżkowo rzucił zaklęcie prywatności i od razu przeszedł do sedna spawy – kolejna jego cecha ceniona przez Hadriana.

- Na pewno słyszałeś o spotkaniu rady mającej miejsce w następnym miesiącu?

Skinął głową. Wszyscy wiedzieli, że co dwa tygodnie francuskie Ministerstwo organizowało spotkanie w celu przedyskutowania wszelakich tematów: od finansów do spraw aurorów i wszystko to, co pomiędzy. Pozwalało ono obywatelom oglądać zachodzące poczynania. Jednakże co kilka miesięcy organizowane było specjalne, trzydniowe spotkanie, na którym omawiano znacznie delikatniejsze i pilniej strzeżone sprawy; które –niestety - zamykano dla publiczności. Kolejne powinno się odbyć w następnym miesiącu.

Jacob, widząc jego skinięcie, kontynuował.

- Cóż, słyszałem szepty o jednym temacie, który na pewno będzie poruszony podczas tego spotkania – czystokrwisty oparł się o ciemny pień i popatrzył się prosto w oczy Hadriana. –  Wielka Brytania chce przywrócić Turniej Trójmagiczny.

Co?

Hadrian mrugnął, i chociaż wiedział, że zaskoczenie było jak najbardziej widoczne na jego twarzy nie dbał o tą chwilową stratę opanowania. Tej jednej rzeczy naprawdę nie mógł się spodziewać; była szalona w każdym jej aspekcie. Jego palce drgnęły.

Co Anglia chce osiągnąć? Przywrócenie? Nie ma opcji, aby przekonali inne Ministerstwa do tego pomysłu. Zaprzestano go organizować z dobrego powodu.

- Organizowania go zakazano dwieście lat temu – odezwał się cicho, chcąc wypełnić panującą między nimi ciszę.  Jacob pochylił głowę.

- Dwieście pięć lat, jeśli chcesz być dokładny – nie zaoferował żadnego innego komentarza, pozwalając Hadrianowi zaabsorbować i przemyśleć jego słowa. W pewnym sensie wiedział, jak działał umysł jego przyjaciela i nie miał problemu z czekaniem. Dawało mu to więcej czasu na obserwowanie Hadriana bez ograniczeń.

Hadrian zmrużył oczy i zagapił się pusto w przestrzeń, gdy jego myśli pędziły z szybkością błyskawicy.

To musiała być sprawka Voldemorta, nie ma żadnego innego wytłumaczenia. Ale dlaczego? Przywrócenie turnieju nie miało żadnego sensu. Nigdy wcześniej nie pokazał żadnego zainteresowania innymi krajami poza Wielką Brytanią od czasu jej podbiciał, a jeżeli nie zamierza uzyskać punktu zaczepienia w Europie, to nie ma powodu go organizować. Nie jest głupi – turnieju zakazano, ponieważ uznano go za dalece zbyt niebezpieczny i po tylu niepotrzebnych śmierciach nie bił rekordów popularności. Wiedziałby, że proponowanie tego mogłoby zniszczyć jego reputację, więc dlaczego-

Ogarnęło go zimne uczucie.

Czy on… nie. Nie, nie miał jak o nas wiedzieć. Mama nie zostawiła żadnych poszlak, gdzie uciekła, a nawet jeśli jakimś cudem się o mnie dowiedział, nic nie łączy mnie z rodem Potterów. Nie zrobiłby czegoś tak ryzykownego dla małej szansy, że na mnie wpadnie – są o wiele subtelniejsze i prostsze sposoby na zabicie mnie. Brakuje mi jakiejś informacji.

 - Czy Anglia podała powód? – Jacob wzruszył ramionami.

- Coś o nim będącym dużą częścią naszej kultury i jak mógłby on naprawić stosunki między naszymi państwami przez „powstanie międzynarodowych więzi” pomiędzy następną generacją czarodziejek i czarodziei – lekki uśmiech pojawił się na przystojnej twarzy Jacoba. – Osobiście, mój ojciec uważa to za jeden bzdurę; a ja muszeę się z nim w tym zgodzić.

Hadrian mruknął i przebiegł ręką przez swoje włosy.

- Kto to zaproponował?

- Minister, Lucjusz Malfoy.

Oczy Hadriana błysnęły.

- Malfoy? Nie Voldemort? – Jacob zmarszczył nos, a Hadrian przeklął swoje potknięcie. Zawsze ostrożnie pokazywał swoje prawdziwe opinie o Voldemorcie, a gdy nie czuł się na siłach, zawsze wykręcał się z dalszej konwersacji zanim ktoś zwrócił na nie uwagę.

Voldemort być może nie był tak szanowany w Europie, jak w Anglii, lecz jednak rzadko mówiono o nim w tak nieuprzejmy sposób.

Czy to przez szczęście, czy przez jakąś boską interwencję Jacob zignorował jego pomyłkę.

- To był na pewno Malfoy. Czarny Pan nie był nawet wtedy we Francji. Czemu?

Niezdecydowanie zalęgło mu się w klatce piersiowej. Ufał Jacobowi najmocniej, jak mógł komuś, kto nie był jego matką, ale czy ufał mu wystarczająco, by wciągać go w to wszystko? Nie zobaczy się z matką przez następne dwa tygodnie. Prawdopodobnie mógł wysłać do niej sowę, poinformować ją natychmiast… ale co mogłaby ona zrobić z tą informacją? Czekać z nią przez dwa tygodnie? Przygotowywać się bez niego?

Nie, zdecydował szybko. Poczeka na nadchodzącą przerwę, kiedy będzie mógł osobiście wszystko wytłumaczyć swojej matce i przedstawić własne zdanie na temat tego, co powinni zrobić dalej. Jego matka była sprytna, ale czasami działała pochopnie. Jedyny sposób, w jaki upewni się, że tego nie zrobi będzie powiedzenie jej później. W ten sposób będzie miał trochę czasu na ogarnięcie mętliku w jego głowie oraz na przygotowanie własnych argumentów. Gdy zdecydował, co ma zrobić, odpowiedział swojemu przyjacielowi.

- Nie jest to według ciebie dosyć dziwne? – zaczął, przyglądając się Jacobowi z kącika oczu. – Że wnioskują o to akurat teraz? Kontroluje Anglię od prawie piętnastu lat, ale to nie oznacza, że jego władza jest stabilna. Oczywiście, opór się zmniejszył, ale taki pochopny ruch mógłby zniszczyć wszystko, na co przez lata pracował.

Wiedział, że podjął dobrą decyzję gdy Jacob przyjął zamyśloną minę. Mógł to zrobić. Mógł opuścić trochę swoje mury, jednocześnie nie ujawniając czegoś krytycznie ważnego. Jacob nie zdradziłby go.

- Przypuszczam, że jest w tym dla niego jakieś ryzyko, ale nie jest to takie absurdalne, jeśli weźmiesz pewne rzeczy pod uwagę – Jacob potarł swoją dokładnie ogolona szczękę, kontynuując po chwili. – Słyszałem, że próbuje odwrócić zniszczenia spowodowane przez wieloletnie uprzedzenie do krwi. Ich czystokrwiste rodziny powoli wymierają, ponieważ nie chcą zanieczyścić swojego rodowodu. Zaczęcie turnieju pozwala młodym, czystokrwistym Brytyjczykom na zacieśnienie relacji z europejskimi rodami i być może zabezpieczenie pewnych małżeństw. Nie jest to takie dziwne.

Nawet o tym nie pomyślał. Węzeł presji w jego piersi rozwiązywał się wraz ze słowami Jacoba.

- Może też mu chodzić o rekrutację. Użyć Turnieju jako szansę na przypatrzenie się wschodzącym czarodziejkom i czarodziejom spoza Wielkiej Brytanii; na namyślenie się nad potencjalnymi sojuszami – Jacob posłał mu szelmowski uśmiech. – Lepiej w takim razie uważaj, mój przyjacielu, byłbyś dla każdego smakowitym kąskiem.

Hadrian posłał mu obojętne spojrzenie, aby ukryć wstręt pojawiający się w jego gardle na samą myśl poddania się komuś takiemu, jak Voldemort.

Jacob odesłał jego zirytowany wzrok ostrym śmiechem i Hadrian kontynuował ich rozmowę z nową teorią.

- Może używać też tego jako wymówki na pokazanie swojej siły. To, że są krajem, który to zaproponował już mówi wiele. Pokazuje, że czuje się komfortowo na swojej pozycji. Nie ryzykowałby tym, jeśli nie byłby pewny swojej zdolności utrzymania władzy nad krajem.

- Jest to możliwe – zatrzymał się, a Hadrian znalazł się pod intensywnym spojrzeniem swojego towarzysza. – Czemu jesteś tak zainteresowany jego motywami, Hadrian?

Hadrian zmusił swoje ciało do relaksu i wzruszył beztrosko ramionami. 

- Po prostu jest to dla mnie dziwne. Przyznałeś to samo. To podejrzane, to wszystko.

Nie kupił tego. Mógł to zobaczyć po tym, jak chłopak zacisnął mocniej szczękę zaledwie kilka sekund po tym, jak skończył mówić. Coś podobnego do poczucia winy zakiełkowało w jego piersi, ale nie mógł tym zaryzykować. Jacob był jednym z jego najbardziej zaufanych ludzi, ale nie mógł wciągać go w ta burzę, którą nazywał swoim życiem. Byłoby to samolubne i lekkomyślne i nigdy by sobie tego nie wybaczył.

Jacob obserwował go uważnie przez kolejną chwilę, po czym odwrócił wzrok, rozczarowanie widoczne na każdym calu jego twarzy.

- Kiedyś będziesz w stanie mi zaufać– powiedział cicho. Miękkie słowa spowodowały grymas na twarzy Hadriana i on tez odwrócił wzrok od rezygnacji w minie Jacoba.

Nic nie powiedział, bo cóż miał powiedzieć? Odwrócił swoją głowę z powrotem do ich grupy, ale ledwie zrobił cztery kroki Jacob złapał go za nadgarstek i pociągnął z powrotem w swoją stronę.

Przez ten moment nieuwagi potknął się. Ta krótka sekunda pozwoliła Jacobowi na przyciśniecie go do drzewa i uwięzienie go pomiędzy swoimi ramionami. Zdając sobie sprawę, co się wydarzyło, spojrzał w górę na szeroki uśmiech na twarzy Jacoba i podniósł jedną brew do góry.

- Serio? – powiedział przeciągle.

- Co? – zapytał Jacob, praktycznie ociekając udawaną niewinnością.

Przynajmniej nie jest już rozczarowany.

- Puść mnie, Jacob – popchnął mocno swojego przyjaciela, ale oprócz tego nie wykonał nic innego, aby się uwolnić – co, jak oboje wiedzieli, byłby w stanie zrobić bez problemu, jeśli tylko chciał. – „Tylko ten jeden raz”, pamiętasz?

Jego przyjaciel mruknął i lekko opuścił głowę, by pociągnąć nosem wzdłuż jego szczęki.

- To było w tamtym tygodniu, zanim wiedziałem, jak dobry jesteś – przysunął się bliżej i przycisnął swoje usta do jego szyi bardziej pożądliwie. Hadrian pozwolił swojej głowie opaść do tyłu z głuchym odgłosem i westchnął – częściowo w irytacji, częściowo w rozbawieniu. – No weź, Hadrian, wciąż wisisz mi swoją zapłatę.

Hadrian wydał odgłos w swoim gardle i posłał Jacobowi wszystkowiedzące spojrzenie.

- Zazwyczaj chcesz pieniędzy albo pomocy ze swoim zadaniem. Od kiedy zgodziłem się na taką formę kompensacji? – Jacob oderwał się od jego szyi na tyle, aby posłać mu zdezorientowane spojrzenie, zirytowany jego oporem - niezależnie od tego, jak słabym.

- Odkąd mi to zaproponowałeś w tamtym tygodniu. Jeśli wiedziałbym wcześniej, że jesteś otwarty na obydwie płcie zrobiłbym to wcześniej, zapewniam cię – jedna ręka Jacoba wplątała się w jego ciemne włosy i zaczęła bawić się końcówkami. Naprawdę tak myślał. Jeśli złapałby chociażby i jedną wskazówkę mówiącą, że Hadrian nie miał nic przeciwko mężczyznom podszedłby do niego o wiele wcześniej; wtedy, gdy zauważył, jak Hadrian przygryzał swoją dolną wargę, gdy się nad czymś głęboko zastanawiał, lub jak zachęcająco wyglądała jego szyja, gdy ten się przeciągał, lub jak gdy spojrzał ci w oczy czułeś się uwięziony, nagi i oczarowany w tym samym momencie.

Uśmiechnął się, gdy dłoń Hadriana złapała jego koszulę i lekko młodszy chłopak posłał mu swój własny uśmiech.

- Po pierwsze, gdy to się stało byłem pijany i ty dobrze o tym wiesz, a po drugie – Hadrian popchnął go, zmuszając go do kroku w tył, po czym używając dezorientacji Jacoba aby zmienić ich pozycje. Jego uśmiech zmienił się w coś znacznie bardziej drapieżczego. Jacob zadrżał w zadowoleniu z tej zmiany.

- Znacznie bardziej wolę kontrolować sytuację.


OoO


Opuszki jej palców zatrzymały się czule nad mężczyzną na zdjęciu. Obserwowała, jak popatrzył na nią w zdumieniu, po czym cała jego twarz zmieniła się pod wpływem pięknego uśmiechu. To był taki uśmiech, który zmieniał dzień każdego, kto go zobaczył, który mógł przekonać do wszystkiego i pocieszyć.

To był uśmiech, który kiedyś powodował u niej wielkie zdenerwowanie, potem wywracanie oczami, a potem miłość, podczas gdy w ciągu biegnących lat jego właściciel znajdował swoją drogę do jej życia i serca. Teraz, zamiast młodzieńczego zachwytu powodował on ostry, gorzki ból i tęsknotę. Tylko tyle zostało jej po mężczyźnie, którego nadal kochała.

- Maman? – rozległo się zawołanie, które wyrwało ją z zamyślenia. Jak mogła nie usłyszeć jego przybycia? Nie był przecież w stanie użyć sieci fiuu bez przewrócenia się o własne ciało w najlepszym wypadku. Powinna przynajmniej usłyszeć buchający płomień aktywującego się kominka.  

Wstała, składając wyblakłe zdjęcie i wsuwając je do szaty.

- Tutaj, kochanie.

Nastąpiła chwilowa cisza, po czym usłyszałą jego miękkie kroki, gdy kierował się do jej biura. Zaledwie kilka chwil później jego głowa wychyliła się zza drzwi. Uśmiechnął się, gdy zobaczył ją przy biurku. Jego widok powodował w niej ból zupełnie innego rodzaju, ale uparcie go odepchnęła i podeszła do chłopca.

Była już w połowie drogi, gdy objął ją ramionami tak, że przytuliła się do jego piersi. Był teraz od niej wyższy, zdała sobie mgliście sprawę, zbyt skupiona na uczuciu posiadania jej kochanego dziecka z powrotem przy niej.

- Maman? – zapytał miękko, lekko się odsuwając, aby mógł na nią spojrzeć. Troska widniała w jego zielonych oczach – oczach, które – jak dobrze wiedziała – były odbiciem jej własnych.

To był jej słodki chłopczyk, zawsze martwiący się o nią zamiast o siebie. Nigdy nie przegapiający zmiany w jej humorze, zawsze o nią pytający. Uśmiechnęła się, delikatnie dotykając jego twarzy swoją dłonią i głaskając swoim kciukiem po jego policzku.

Natychmiast okrył jej dłoń swoją własną. Oparł o nią głowę, zamykając oczy i przybierając minę całkowitego spokoju. Prawie mogła zobaczyć opadające mury ochronne. W normalnej sytuacji przypomniałaby mu, aby zawsze pozostał czujny – nawet przy niej – ale tak długo nie miała przy sobie syna, że… być może mogła mu pozwolić na tę jedną noc wolności.

- Harry – mruknęła cicho, chcąc złapać jego uwagę. Jego zielone oczy dały jej znać, że ją usłyszał. – Chodź, musisz się rozpakować i opowiedzieć mi, jak ci poszło.

Westchnął, ale ją puścił.

- Oczywiście, maman – mruknął z szacunkiem w głosie, podczas gdy ona ze smutkiem obserwowała ponowne wzniesienie murów. Nie miała zamiaru go odepchnąć.

Harry, jak zawsze spostrzegawczy, musiał zauważyć cień, który pojawił się na jej twarzy. Posłał jej uśmiech, a w jego oczach pojawił się psotny błysk.

- Przespałem się z Jacobem – oznajmił bez cienia wstydu.

Żal na jej twarzy zniknął, a ona podniosła brew, gdy psotny uśmieszek pojawił się na jej ustach.

- I to tym momentem chcesz się pochwalić matce? – Harry opuścił głowę i zakołysał się do tyłu na piętach. Pomimo jego uległej postawy, jego twarz pozostała niezmieniona.

- Technicznie to wieloma momentami; to było powtarzające się zjawisko, ale tak, właśnie tym się chwalę.

Zaśmiała się, ucieszona zachowaniem syna i tym, jak dobrze było znów z nim być.

- A więc? – zapytała, oczy znów jasne z rozbawienia. – Jak mu poszło?

Harry przybrał zgorszoną minę

- Dlaczego, maman, jestem w szoku. Zadawanie tak osobistego pytania, i to na temat życia seksualnego własnego syna – zatrzymał się na chwilę w swojej prześmiewczej naganie. – A poradził sobie bardzo dobrze, szczególnie, gdy zrobił tą sztuczkę z jego-

- Wystarczy, Harry – przerwała mu, śmiejąc się z jego czelności. – Opowiedz mi o swoich lekcjach, kochanie.

I tak przez następną godzinę Harry opowiadał jej wszystko o swoim szkolnym życiu, podczas gdy ona przemieszczała się po kuchni, przygotowując im kolację. Harry obserwował ją ze swojego miejsca na szafce, czasami podając jej to, czego potrzebowała lub bezróżdżkowo lewitując jabłko nad ich głowami. Jego głos był kojący, a ból, który pojawiał się gdy Harry wracał do szkoły został powoli zastępowany przez znajome ciepło, które zawsze przynosił ze sobą podczas powrotu.

Jednak w końcu głos Harry’ego zamarł. Ciekawa, odwróciła się połowicznie. Zdążyła złapać krótki przebłysk niezdecydowania na jego twarzy, zanim ta zdążyła się wygładzić.

Położyła używany wcześniej nóż na desce do krojenia i odwróciła się całkowicie w jego stronę.

- Harry? – zapytała, obserwując go uważnie. Harry mrugnął i znów skupił się na niej. – Czy coś-

- Przywracają Turniej Trójmagiczny.

 


OoO


Hadrian obserwował, jak twarz jego matki stała się obojętna, gdy kobieta przetwarzała jego słowa w swojej głowie. Poczuł chwilową zazdrość na jej nienaganną kontrolę nad jej emocjami, zanim odepchnął ją od siebie. Mieli teraz ważniejsze rzeczy do omówienia.

- Przywracają? – skinął głową. – Czy podjęli już taką decyzję?

- Nie do końca, ale wątpię, że Ministerstwa francuskie i skandynawskie będą szczególnie przeciwko – tak jak się spodziewał, jego matka znalazła ukryte znaczenie jego słów. Jej zielone oczy zabłysły.

- Voldemort – warknęła. Hadrian znów kiwnął głową, spokojny wobec wściekłości jego matki.

- Dokładnie tak samo myślę. Chociaż najwyraźniej to Malfoy zaproponował ten pomysł.

- Kto to zaproponował nie ma znaczenia, Harry, wiemy, że Malfoy to jednie pionek. To śmierdzi Voldemortem; o co się martwię to: dlaczego?

Hadrian oparł się na swoich rękach, obserwując, jak pracuje umysł jego matki. Nienawidził zepsuć ich momentu. Od tak dawna razem z matką nie mogli być sobą. Ale nie mógł już dłużej odkładać tej rozmowy.

- Wątpię, że on nas wie, maman – powiedział miękko – bo jeśli by wiedział, nie używałby tak odległych planów, aby potwierdzić swoje podejrzenia. Nie ma pojęcia, gdzie udaliśmy się po ataku, a nawet jeśli jakimś cudem złapał o nas jakąś wiadomość, nie pomyślałby od razu o właściwym rozwiązaniu. - zeskoczył z szafki i umieścił swoje dłonie na jej ramionach, czekając, aż spotka się z nim wzrokiem i widoczny w nim gniew zniknie. – Pomyśl, maman, jeśli wiedziałby o nas już dawno zostalibyśmy zaatakowani lub przynajmniej obserwowani; lub zdarzyłoby się jeszcze coś innego.

Mógł zauważyć niechętną akceptację na jej twarzy i puścił ją, usatysfakcjonowany, że myślała jasno.

Umysł Lily Evans był niewątpliwie jej największym atutem. Obserwowała go uważnie przez chwilę, zanim z powrotem odwróciła się do deski do krojenia, aby zająć czymś swoje ręce.

- Jaką masz w takim razie teorię?

Hadrian westchnął i przebiegł ręką przez swoje chaotyczne włosy.

- Szczerze mówiąc, mam ich wiele. Przede wszystkim myślę, że jest to tylko gra polityczna, aby roznieść jego wpływ po Europie. Anglia była niezwykle cicha na scenie międzynarodowej już przez dłuższą chwilę, gdy on załatwiał swoje własne sprawy. To ogłoszenie może być deklaracją, że jest gotowy na powiększenie swojego imperium – przygryzł swoją dolną wargę w zamyśleniu. – Jacob sądzi, że może pragnie jakichś sojuszników w europejskich rodzinach, aby przynieśli świeżą krew do brytyjskich, czystkokrwistych rodów. Ale zasugerował też rekrutację.

- Jacob? – Lily zapytała ostro, spoglądając na niego, rozczarowanie widoczne w grymasie jej ust. Hadrian podniósł bezradnie ręce.

- To on przyniósł mi tę wiadomość, maman, więc spytałem go o pomysły. Nic nie wyjawiłem; nie jestem idiotą. – Lily pokręciła głową, ogniste włosy latające pod wpływem ostrego ruchu.

- Nie o to mi chodziło, Harry. Wiem, że dbasz o Jacoba i swoich innych przyjaciół, ale nie możesz pozwolić swoim uczuciom rządzić twoim umysłem. Rozmawianie z nimi o tych sprawach jest niebezpieczne, nie tylko dla nas, ale także dla nich. Mamy szczęście, że byliśmy w stanie utrzymać nasze maski tak długo. Wiesz, jak krytyczne jest utrzymanie sekretu.

- Wiem, zawsze wiedziałem, jak jest to ważne, ale musisz zdawać sobie sprawę z tego, że nie zawsze będę mógł kryć się za naszymi kłamstwami. Pewnego dnia ktoś nas odkryje i co zrobimy wtedy, maman? Uciekniemy w jakiś inny zakątek świata, stworzymy nowe nazwiska i będziemy się modlić o to, aby tym razem nas nie odkryto? – mógł poczuć rosnącą w nim frustrację. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że mogliby nam pomóc? Moi przyjaciele to może jeszcze dzieci, ale w przyszłości będą stanowić elitę francuskiego społeczeństwa. Jeśli wiedzieliby, kim naprawdę jesteśmy, mogliby pomóc nam się przygotować, pomóc nam-

- Wystarczy!

Hadrian instynktownie zamknął usta.

Lily westchnęła głęboko i odsunęła włosy z twarzy. Miała mocno zaciśnięte oczy i Hadrian mógł zobaczyć ciążący na niej stres. Poczuł wstyd kiełkujący w jego klatce piersiowej. To on spowodował tą zmęczoną minę. Mógł policzyć na palcach jednej ręki to, ile razy podniósł na swoją matkę głos. Rzadko się kłócili, bo gdy to już robili ich kłótnie były brzydkie i bolesne. Obydwoje wiedzieli, jak zmienić swoje słowa w pociski.

- Rozumiem twoją frustrację, Harry, ale musimy siebie chronić. Przykro mi. To nie jest życie, którego kiedykolwiek bym dla ciebie pragnęła, ale to tutaj jesteśmy – wyciągnęła rękę i delikatnie pogłaskała jego kość policzkową. Ledwo zdążył zauważyć jej dotyk odsunęła się i odeszła z kuchni, zostawiając go samego przy ich niedokończonym jedzeniu.

Jęknął głośno i zwiesił głowę.

- Merde.

To nie tak chciał to załatwić. Ale wiedział, że nie powinien teraz biec za swoją matką i ją przepraszać. Przekroczył granicę; a przyciskanie jego matki tuż po tym, jak posypał sól na stare rany nie było mądrą decyzją.

Hadrian nie wiedział wiele o swoim ojcu. Lily straciła coś z siebie tej nocy, której uciekła z ich domu w Dolinie Godryka i ledwo była w stanie mówić o Jamesie Potterze. Wiedział, że jego ojciec był aurorem, wiedział że był silnym mężczyzną i wiedział, że oddał swoje życie, aby dać swojej ukochanej żonie i synowi szansę na ucieczkę. Ale praktycznie nic nie wiedział o mężczyźnie poza opowieściami.

A teraz poszedł i przypomniał swojej matce, że jej mąż był martwy.

Bogowie, czasami potrafił być takim bezdusznym draniem.

Hadrian opuścił kuchnię, idąc do swojego pokoju i opadając na łóżko. Niestarannie zakrył swoje oczy ramieniem, próbując zdusić ostatnie promienie popołudniowego słońca.

Pogodzi się z matką później, gdy oboje opadną z emocji. Teraz musiał wymyślić, co zamierza zrobić z nieuchronnym przywróceniem Turnieju Trójmagicznego – bo tego, że zostanie przywrócony był pewny. Francja i Skandynawia nie pozwolą się zastraszyć przez Anglię. Będą to uważać za bezpośredni atak w ich dumę. Nie będzie miało znaczenia to, że Turniej został zabroniony, bo uważano go za bezpotrzebną stratę żyć młodzieży. Chętnie wrzucą młodą czarodziejkę czy czarodzieja w turniej tylko po to, aby się pokazać z lepszej strony.

A Hadrian miał okropne przeczucie, że zostanie do tego wszystkiego wciągnięty. Był w Beauxbatons szeroko znany jako najlepszy z roku – lub przynajmniej jako ten z największą czystą mocą pod opuszkami palców. Nie miało znaczenia, gdzie odbędzie się turniej, i tak będzie oczekiwane od niego pojawienie się tam jako reprezentant. Co umieściłoby go prosto w paszczy lwa – lub raczej węża. Nawet jeśli nie wybiorą go na zawodnika, wciąż będzie tam uwięziony aż do zakończenia turnieju.

Mógł się tylko modlić, że Jacob nie miał racji i że Voldemort nie szukał nowych rekrutów, bo inaczej nie wiedział, jak będzie w stanie pozostać niezauważonym z pieprzonym Czarnym Panem przyglądającym się każdemu jego ruchowi.

Hadrian potarł swoją dłonią o twarz.

Cokolwiek miałoby się stać, nie dostanie dzisiaj odpowiedzi. Spotkanie było za dwa dni,  dopiero wtedy będzie mógł zacząć planować swój kolejny ruch. Jak na razie, był wyczerpany.