Actions

Work Header

1984

Chapter Text

[ PROLOG ]

Ciężkie krople deszczu bębniły o blaszany parapet. Podwórko osnuwała nieprzenikniona zasłona chłodnej, sierpniowej nocy, a jedynym źródłem światła był sączący się ze szpary pomiędzy zasłonami nikły blask ognia. Czyjaś ręka zsunęła delikatnie kotary i ponownie wszystko pogrążyło się w mroku.

W małym, cuchnącym, spartańsko urządzonym pokoiku siedzieli w obdrapanych fotelach kobieta i mężczyzna. Oboje mieli ciemne włosy, a ich twarze przypominały zastygłe w oczekiwaniu na Avadę woskowe maski. Kobieta co chwila przygładzała szatę w miejscu, gdzie wszyta była wewnętrzna kieszeń. W końcu wstała i zaczęła się przechadzać wzdłuż rzędu tkwiących pod ścianą wieszaków teatralnych i po ciepłych odblaskach można było dostrzec, że jej włosy tak naprawdę są głęboko kasztanowe. Mężczyzna siedział nieruchomy jak posąg, zawiesiwszy wzrok na dogasających w kominku polanach.

– Trzeba zgasić ogień – odezwał się ochrypłym głosem. Odchrząknął i podniósł wzrok na kobietę. – Niedługo będą.

Ta bez słowa przykucnęła na kamiennym stopniu przed paleniskiem i cichym zaklęciem wygasiła żar. Szybko się odsunęła, jakby ze strachu, że jej woskowa maska się stopi; nerwowy gest zahaczył rękawem o żelazną kratę. Po chwili szarpaniny w końcu się uwolniła i z błyszczącą twarzą stanęła przed mężczyzną. Dłuższą chwilę przyzwyczajała oczy do ciemności.

– A jeśli nie przyjdzie? – Odruchowo chwyciła zawiniątko w wewnętrznej kieszeni.

– Przyjdzie. Oby tylko on.

– Ba! – Wróciła do nerwowego przechadzania się. – To nie może się udać. Jakimi głupcami byliśmy?

– Postąpiliśmy słusznie.

– Narażamy swoje życie, nie zapewniwszy jej przyszłości.

– Inni także ryzykują. – Mężczyzna spojrzał się na kobietę, a w jego wzroku był zarówno nieprzenikniony smutek, jak i iskra nadziei. – Jeżeli przyjdzie co do najgorszego, zawsze jest Geoffrey, pamiętasz?

– Wiem, ale… – Kobieta przymknęła oczy. – Martwię się o nią.

– Wiem. – Mężczyzna wyciągnął z wewnętrznej kieszeni srebrny zegarek. – Basil powinien być lada moment.

Kobieta usiadła z powrotem, nie mogąc skupić myśli, w których na równi o jej uwagę walczyła dzisiejsza misja, jak i pewna drobna, blada twarzyczka czekająca na nią w domu. Ale musiała. Musiała być skoncentrowana, w pełnej gotowości, przyszykowana na atak i obronę. Omiotła czujnym spojrzeniem ledwo majaczące mroczne wnętrze, w którym kontury się zatarły i straciły ostrość, a jedyną kolorową plamą była bladość twarzy mężczyzny. Przymknęła oczy i po chwili wyciszyła się.

W idealnym bezruchu i szmerze deszczu za oknem spędzili kolejnych paręnaście minut.

Nagle gdzieś z wnętrza domu dało się słyszeć odległy brzdęk. Oboje bezszelestnie poderwali się z foteli, wyciągając przed siebie różdżki. Po chwili wyraźnie usłyszeli przybliżające skrzypienie desek pod ciężkim tupaniem. Z niepewności wyrwał ich trzask gwałtownie otwierających się drzwi i głos mężczyzny wpadającego do pokoju. Basil.

– Ścigają mnie. – Zamknął za sobą drzwi. Mokra peleryna koloru zbutwiałej zieleni zawirowała wokół niego, a krople zrosiły zakurzone deski podłogi. – Kluczyłem po lesie, mamy nie więcej niż pięć minut.

– Nie zdążysz zniknąć – powiedział mężczyzna, zerkając odruchowo na zegarek.

Wszyscy troje pomyśleli o tym samym. O jedynym rozwiązaniu, które zagwarantuje, że dziś, Śmierciożercy nie podążą za ich śladem i nie odkryją jednej z ich baz.

– Ktoś musi zostać. – Kobieta powiedziała, jej głos zdławiony. Zdawała sobie sprawę z krystaliczną przejrzystością, że każde z nich było w takiej samej sytuacji. Na Basila też czekała w domu mała twarzyczka, zapewne tak samo nieświadoma czego jej rodzic się teraz podejmuje.

– Na Merlina, decydujmy się. – Decyzja kogo dzisiejsza noc osieroci nigdy nie miała być prosta. – Jeśli znikniemy wszyscy, prędzej czy później trafią po naszym śladzie.

Zapadła ciężka cisza. A czas uciekał. Dalej, decydujcie się.

Jane podeszła do Basila, bez słowa wręczając mu wyciągnięte zza pazuchy lniane zawiniątko. Popatrzyli sobie w oczy, szare w brudnej ciemności. Skinęli lekko na znak zgody.

– Zostajemy. – Kasjusz stanął obok swojej żony. Jeżeli mieli jakąkolwiek szansę, to we dwoje. Jeżeli nie… Był Geoffrey. A Kasjusz wiedział, że Basil od ponad roku był samotnym rodzicem i jego dziecko nie miało innych bliższych krewnych. – Uciekaj, Basilu, nie trać czasu.

– Gryfoni do końca – mruknął ten i bezpiecznie ukrył zawiniątko w kieszeni.

Nastroszył krzaczaste brwi, jakby chciał coś powiedzieć, ale z tego zrezygnował. Po prostu skinął w milczeniu głową.

Z cichym trzaskiem aportował się, zabierając ze sobą spojrzenie wielkich oczu Jane.

Cisza wypełniła ich nagle i z drżeniem.

Nigdy nie pozwól zdradliwej łzie wypłynąć zza zaciśniętych powiek.

Jane potrząsnęła energicznie głową. W jasny, słoneczny dzień jej włosy błysnęłyby żywą czerwienią. Tutaj, w brudnym pokoju z zatęchłymi zasłonami, była niczym więcej niż kopcącym płomieniem świecy. Zgaśnie, nigdy więcej nie poczuwszy na swej twarzy słońca. Gdy odwróciła się do Kasjusza, zauważyła w jego kąciku ust ślad uśmiechu. Wkrótce ślad pozostanie po nich. Spojrzał na nią.

– Mamy jakiś plan?

Roześmiała się bezgłośnie. A jednak miała nadzieję, że dzisiejsza misja skończy się inaczej. – Ile jeszcze?

Kasjusz po raz trzeci tej nocy wyciągnął z kieszonki srebrny zegarek.

– Za trzy i pół minuty ślad zniknie.

– I my będziemy... będziemy mogli... – głos odmówił Jane posłuszeństwa. Drżącą, wąską dłonią zakryła usta.

Jej partner obdarzył ją łagodnym uśmiechem, tym razem pełnym. Był pogodzony, ale jej jakoś nie potrafiło to pocieszyć. Na Boga, jak można być spokojnym w takiej chwili? Ależ tak właśnie, Jane, w takiej chwili trzeba być spokojnym, aby dobrze wypełnić swój obowiązek.

– Po prostu… Nie byłam gotowa na to, że dziś widziałam ją po raz ostatni…

Mężczyzna lekko skinął. Ten ból czuł i on, szpilkami atakujący jego serce. Jedyną pociechą tego momentu była świadomość, że u końca drogi są razem. Ramię przy ramieniu.

Oboje wiedzieli, że tutaj się zatrzymają i nigdzie więcej nie pójdą razem.

– Minuta.

Napięcie udzieliło się także jemu. Sekundy zdawały się wiecznością. Patrzył na ślad poteleportacyjny, wciąż delikatnie migocący i wyraźny. Mniej niż minuta. Jak dalej tak pójdzie, uda im się. Wrócą.

Huk wywarzanych drzwi ściął im krew w żyłach. Bez zbędnego namyślania się zasypali wpadających do pokoju Śmierciożerców Avadą i Drętwotą. Ci odpłacili się tym samym. Upiorne grymasy migały w świetle zielonych promieni.

Ledwie powalili pierwszych, już napływali znikąd następni. Jedna z kobiet wypatrzyła za plecami Jane zdradliwy błysk.

– Za nią! – Wrzasnęła do towarzyszy.

Na Jane posypały się rzucane z nienawiścią klątwy. Atakowana nie odwracała się, broniąc się z całych sił. Nie słyszała Kasjusza, który wrzeszczał wściekle. Cała była walką i przetrwaniem. Nagle poczuła na ramieniu piekący ból i swąd spalonej skóry. Opanowała mdłości i przerzuciła różdżkę do drugiej ręki. Nie zdążyła rzucić jednego zaklęcia, bo ktoś popchnął ją na podłogę.

– To koniec, piękna. – Ta sama kobieta.

Oślepiający, zielony blask był ostatnią rzeczą, którą Jane i Kasjusz widzieli po tej stronie kurtyny.