Actions

Work Header

Ku wschodzącemu słońcu

Chapter Text

Staring at the empty page before me
All the years of wreckage run through my head
Patterns of my live have thawed and torn me
Revealing hurtful shame and deep lament
Overwhelming sorrow now absorbs me
As the pen begins to trace my darkest past
Signs throughout my life that should have warned me
Of all the wrongs I've done for which I must repent

***

Arthur był zmęczony. Zmęczony ciągłym uciekaniem, zmęczony bezsensownym zabijaniem, kolejnymi planami Dutcha, które przysporzą tylko kolejne kłopoty tej małej grupce, która ich pozostała. Pearson, Wujek, Mary-Beth i Karen uciekli dziś rano. Słusznie zrobili, nie było sensu zostawać dłużej na tym tonącym statku.

Kiedyś myślał, że ich gang przetrwa wszystko, że jeśli tylko będą się trzymać razem, to nic im nie zagrozi. Okazało się, że nie trzeba wiele, by wszystko poszło w diabły. I to nawet nie nielojalność zniszczyła wszystko. Jedna pomyłka, która pociągnęła za sobą kolejne. Tyle wystarczyło, by ich zgrana banda zaczęła się rozpadać jeden po drugim. Topniejąca lojalność była tylko konsekwencją tych pomyłek.

Nigdy nie powinni byli napadać na ten pociąg Cornwalla.

Usłyszał czyjeś kroki za sobą, ale nie zareagował. Był blisko obozu, więc nie mógł to być wróg. Siedział więc spokojnie i czekał, aż ten ktoś się dosiądzie, co w końcu się stało. 

- Masz. – John podstawił mu butelkę burbona pod nos. – Wyglądasz jakbyś tego potrzebował.

Przyjął alkohol z wdzięcznością, w ogóle niezaskoczony obecnością ukochanego. John wyczekiwał jego powrotu, ale Arthur nie dał mu okazji do przywitania, uciekając kawałek od obozu od razu po zejściu z konia. Chciał być sam, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo nie narzekał teraz na towarzystwo.

- Dzięki – wychrypiał i wziął kilka porządnych łyków. Alkohol od razu zaczął palić gardło.

- Długo nie wracałeś – zauważył John. – Już myślałem, że znowu stało się to samo, gdy Colm cię porwał.

- Musiałem zebrać myśli – wyjaśnił, ścierając resztki burbona z zarostu.

Siedzieli przez jakiś czas w milczeniu, nasłuchując otaczającej ich przyrody. Arthur znieczulał się przy okazji alkoholem, co chwilę pił z butelki, by chociaż przez parę sekund poczuć coś więcej niż tylko przygnębienie i złość.

- Słyszałem co się stało – odezwał się w końcu John. – Z Szybującym Orłem. Przykro mi.

Jemu też. Naprawdę lubił tego dzieciaka. Był odważny, miał szlachetny cel do zrealizowania, tylko źle się za niego zabrał. Niepotrzebnie pozwolił emocjom wziąć nad nim górę.

- Był tylko cholernym dzieciakiem – westchnął i przetarł zmęczoną twarz. – Wściekłym na całym świat, podatnym na najmniejszą sugestię.

Gdyby tylko rad dotyczących uległych rozwiązań słuchał równie chętnie, co tych namawiających do agresji. Może dzieciak jeszcze był żył. Poczułby się upodlony i zhańbiony, ale by żył. Tylko że był na to zbyt rozgniewany i zdrowy rozsądek poszedł w odstawkę.

- Dutch owinął go sobie wokół palca.

Wykorzystał niewinnego dzieciaka. To było podłe nawet jak na Dutcha. Zagrał na emocjach Szybującego Orła i podsycił tylko jego nienawiść. Może nie nacisnął spustu osobiście, nie zaciągnął dzieciaka siłą do walki, ale był w jakimś stopniu odpowiedzialny za jego śmierć. Pozwolił, by młody chłopak, który miał jeszcze całe życie przed sobą, zginął w imię jego chorej dywersji, która pewnie i tak tylko ściągnie na ich głowę więcej wojska, a nie odwróci jego uwagę.

Szybujący Orzeł umarł na marne. A on na to pozwolił. 

- Obiecałem jego ojcu, że przyprowadzę go żywego – wyznał. Nigdy nie zapomni głosu Padającego Deszczu, gdy ten błagał swego syna i innych młodych z plemienia, by nie ruszali na tę samobójczą misję. Nie przemawiał wtedy jako wódz, ale jak zatroskany ojciec, któremu pękało serce. – To moja wina.

Obwiniał Dutcha, ale sam też nie był bez winy. Mógł zrobić coś więcej.

- Zrobiłeś, co mogłeś – zapewnił go John, choć nawet nie był wtedy na miejscu by wiedzieć, co dokładnie się stało. Czy Arthur rzeczywiście zrobił wszystko co się dało.

Jeśli Dutch cokolwiek mu powiedział, to pewnie same bzdury o tym, jak cały atak na rafinerię zakończył się ogromnym sukcesem. Nie dla Indian. Nie dla Szybującego Orła. Nawet nie dla nich. Nie zginęli, ale nie osiągnęli też nic. Urządzili tylko kolejną masakrę, dodali sobie kolejne grzechy do i tak długiej listy.

Sukces jak cholera.

- Uratował mi życie. – John spoglądał na niego współczująco, gdy na niego popatrzył. – Tylko dlatego zginął. Bo postanowił mi pomóc. Gdyby nie on, nie byłoby mnie już tutaj. Nie zasłużył na taki los. Bezsensowna strata ludzkiego życia. Gdyby tylko posłuchał mnie i swojego ojca, zamiast z gorącą głową lecieć na wojsko…

- Zbyt wiele złości nazbierało się w nim przez lata, a Dutch to wykorzystał – zauważył John pocieszająco. – Ten chłopak pewnie nawet nie znał innego życia niż tego spędzonego pod wojskowym butem. Wątpię, że dało się go w ogóle przekonać. Ale próbowałeś i to jest najważniejsze. Nie powinieneś mieć sobie nic do zarzucenia. 

- Gdyby to tylko było takie proste. – Próbował, całą drogę do obozu powtarzał sobie, że zrobił, co się dało. Nie przekonał się. – Tego dało się uniknąć.

Na pewno można było zrobić coś inaczej, chociażby nie doprowadzić do sytuacji, w której potrzebował pomocy. Choć na to akurat nie miał za dużego wpływu. Nie mógł przewidzieć tego, co się stanie, ale mógł zrobić wiele innych rzeczy, od związania Szybującego Orła i zabrania go z powrotem do rezerwatu poczynając.

- Może – zgodził się John. – Teraz już się tego nie dowiemy.

Ukochany położył mu dłoń na karku, gładząc kciukiem spięte mięśnie. Arthur odetchnął głęboko, pochylając głowę i ściągając kapelusz.   

- Wiesz co jest najgorsze? – zapytał, przecierając spocone i brudne czoło. – Że my też kiedyś tacy byliśmy. Dutch znalazła nas obu, gdy byliśmy na dnie, wściekli na wszystko i wszystkich. Tak jak Szybujący Orzeł i wykorzystał nas w ten sposób. Mieliśmy tylko więcej szczęścia trafić na czasy, kiedy wszystko się Dutchowi układało i zamiast zrobić z nas jednorazową zasłonę dymną, postanowił nas przygarnąć, by mieć nas na dłużej.

Ciężko być osieroconym dzieckiem żyjącym na ulicach, walczącym o najmniejszy kawałek chleba i traktowanym jak zaraza. W najgorszych dla nich momentach życia pojawił się Dutch i obiecał im lepszą przyszłość. Najlepszą. Od samego początku nastawił ich przeciwko reszcie społeczeństwa, które tylko ich krzywdziło i nienawidziło. Łatwo było uwierzyć, że są lepsi od innych i zasługują na wszystko co najlepsze, a żeby to dostać, muszą użyć siły. W końcu zwykli ludzie nic im nigdy nie dali, dopiero Dutch. Wybór komu bardziej ufać nie był dla nich trudny.

Gdyby w tym samym momencie co Dutch, rękę do nich wyciągnął jakiś dobroduszny braciszek z klasztoru, ktoś taki jak siostra Calderon, odtrąciliby ją natychmiast. Nie byli wtedy w nastroju na wyciąganie ręki do ludzi, którzy ich skrzywdzili, chcieli się tylko zemścić, pokazać kto naprawdę będzie pewnego dnia lepszy. Dobroć nie ukoiłaby lat zgorzknienia, jakiego doświadczyli. Nie wierzyli w nią, bo nigdy jej nie doświadczyli. Za to agresji tak. I widzieli jaka potrafi być skuteczna i łatwa w użyciu.

- Myślisz, że kiedykolwiek coś dla niego znaczyliśmy tak jak mówił?

Usłyszał w głosie Johna nadzieję. Wiedział skąd się bierze, bo też ją miał. Obaj chcieli wierzyć, że nie wszystko w ich życiu było kłamstwem. Że gdy Dutch z dumą nazywał ich synami, to naprawdę tak uważał, a nie tylko manipulował nimi, by byli mu lojalni.

- Nie wydaje mi się – odpowiedział z ciężkim sercem. John westchnął rozczarowany, ale pokiwał głową ze zrozumieniem. – Nie wiem czy poza Annabelle i Hoseą ktokolwiek z gangu znaczył dla niego tyle, ile on dla nas. Wszyscy byliśmy tylko pionkami, lojalnymi żołnierzami, których można zastąpić, gdy coś pójdzie nie tak. Nie dziwne jest teraz to, że nigdy nie miał takiej grupy jak Colm. Mniejszą, bardziej lojalną grupę łatwiej kontrolować. I naprawdę mu się to udało. Naprawdę byliśmy lojalni i wierzyliśmy w każdej jego słowo.

Dali się porobić jak dzieci, nawet gdy już byli dorośli.

- Nie było to trudne. Uratował nas. Zadbał o nas, nakarmił, dał schronienie, nauczył czytać i pisać – wymieniał John. Zawdzięczali mu tak wiele. – Jak mogliśmy mu nie wierzyć, gdy jako jedyny z całego świata okazał nam miłosierdzie?

- Nie mogliśmy – zgodził się z nim. – Byliśmy mu to winni. Czułem że muszę być lojalny, bo nie chciałem stracić tego, co nagle dostałem od losu. Wciąż czuję się lojalny. To silniejsze ode mnie.  

Czuł tę lojalność cały czas, siedziała mu w głowie i mąciła w niej, gdy tylko jej na to pozwalał. Nie znał innej rzeczywistości niż bycie lojalnym wobec Dutcha. Odczuwał dyskomfort, gdy z nią walczył. Tak został nauczony i nawet mając szeroko otwarte oczy nie mógł powstrzymać starych nawyków.

- Wiem. Ja też to czuję. To zawsze w nas już będzie. – Tego się obawiał. Nie chciał spędzić reszty życia czując, że coś go ciągnie do Dutcha.– Walczę z tym, ale to wciąż we mnie siedzi, wciąż każe mi porzucić nasze plany.

- Nie rób tego – poprosił natychmiast. Nie mogli zostać, było na to zbyt niebezpiecznie, musieli myśleć przede wszystkim o sobie, nieważne jak głęboko sięgała ich lojalność wobec Dutcha.

- Nie zrobię – obiecał równie szybko. Gdy popatrzyli na siebie, Arthur dostrzegł w oczach Johna lęk i sądząc po jego minie, musiał mieć takie samo spojrzenie.

- Jeśli je porzucisz, pójdę za tobą, a wtedy obaj zginiemy.

Nie zostawiłby Johna w takiej chwili, a nie miałby dość własnej siły, by go powstrzymać.

- Nie porzucę ich, obiecuję. Wiem czego chcę. I nie jest to bycie lojalnym wobec Dutcha. Jak powiedziałeś, trzeba być lojalnym wobec tego co ważne – przypomniał mu ich ostatnią rozmowę. – Nie mogę uwierzyć, że Dutch tak bardzo się zmienił. Gdy zabił tamtą dziewczynę na promie, był jak nie on.

- W tym problem, wątpię, że to zmiana – zmartwił się, biorąc kolejny spory łyk alkoholu. – Raczej pokazał, kim naprawdę jest, gdy grunt zaczął mu uciekać spod nóg.

- Megalomanem z kompleksem władzy?

Nie był w najlepszym nastroju, ale uśmiechnął się w odpowiedzi na słowa Johna.

- Coś w tym stylu. Wszystkie te gadki o rodzinie, to były tylko sposób, by wzmocnić naszą lojalność. Chciał byśmy byli lojalni wobec niego, a sam nigdy nie był lojalny wobec nas. Nie potrzebował do swoich planów rodziny, potrzebował popleczników, którzy nie będą za wiele myśleć i skoczą za nim w ogień. – I skoczyli. Nawet gdy większość wątpiła w jego plany i tak za nim poszli. Bo tak ich nauczył. Luzie przez to zginęli, oddali życie za plany, w które nawet nie wierzyli. Ale wierzyli w Dutcha i to wystarczyło. – Naopowiadał nam o raju i byliśmy na tyle głupi i zaślepieni, by mu uwierzyć. By go nie kwestionować.

- A gdy zaczęliśmy, przestaliśmy być ukochanymi synami.  

Z lojalnych synów stali się potencjalnymi zdrajcami. Tylko dlatego, bo chcieli przeżyć i nie chcieli dłużej ginąć za sprawę. Nawet nie chcieli wydać Dutcha i oczyścić się ze wszystkich zarzutów. Po prostu chcieli żyć wolni.

- I tak długo jak wiodło nam się dobrze, nie musiał posuwać się do szantażu emocjonalnego, by nas przy sobie zatrzymać. Do diabła, był nawet czas, kiedy byłem gotowy mu dziękować za bycie w gangu. Nie musiał się nawet wysilać. Wystarczyło parę pustych frazesów o lojalności i rodzinie, i byliśmy na każde jego skinienie. Zrobił z nas sektę, jak ci cholerni chelonianie.

Nikt tego tak dobrze nie rozumiał jak John, bo nikt w gangu nie był tak wpatrzony w Dutcha jak niegdyś oni. Pozostali też byli lojalni, może nawet bardziej niż oni, a na pewno nie stracili nic z tej lojalności, nawet teraz. Ale to on i John byli w gangu najdłużej, nasłuchali się najwięcej o byciu niezastąpionymi, najlepszymi, najwierniejszymi, tymi na których zawsze można polegać.

Nie chcieli go zawieść, przestać słuchać tych pochwał, więc robili wszystko co kazał i nie zastanawiali się nad tym nawet chwilę. Chcieli po prostu, by był z nich dumny jak prawdziwy ojciec, którego brakowało im w życiu.

Teraz musiał się bardziej starać. Próbował wzbudzać w nich poczucie winy, by nie uciekali. Inni mogli wątpić, ale jego wierni synowie? Jak mogli mu tak ranić serce, gdy już inni to robili? Najstraszniejsze było to, że ta strategia pewnie by zadziałała, gdyby Dutch nie popełnił największego błędu. Gdyby nie zostawił wtedy Johna w Saint Denis, a potem w więzieniu, Arthur prawdopodobnie dalej czułby się zobowiązany do pozostania.

Ale Dutch popełnił błąd i nie mógł wybrać gorszego. Może i wciąż czuł wobec niego lojalność, ale ta do Johna była silniejsza. Z chwilą, kiedy Dutch go zdradził, zdradził i Arthura. Chciał uciec już dawno, tak jak namawiał go do tego John, ale dopiero po pobycie na Guarmie podjął decyzję i zaczął układać plan, by ich i kogo tylko się da wydostać z gangu. Arthur mógł udawać, że nie widzi co się dzieje i wybaczać głupie plany, pochopne decyzje czy bezsensowne morderstwa z zimną krwi jak do tej pory, ale zostawienia Johna na śmierć nie wybaczy nigdy. Nie przymknie oka na próbę zamordowania najważniejszej osoby w jego życiu.

Wszystko inne też przeważyłoby w końcu szalę, zwłaszcza śmierć Szybującego Orła lub to co do niej doprowadziło, tego nie dało się już zatrzymać, pasmo rozczarowań było zbyt długie, ale to co się stało w Saint Denis zrobiło to znacznie szybciej i dało im więcej czasu na ułożenie planu, który był im potrzebny jeśli chcieli na pewno przeżyć.

- Byliśmy tacy głupi.

- Byliśmy dziećmi – usprawiedliwił ich Arthur, choć nie bardzo poprawiało mu to humor. Dziecko czy nie, dał się oszukiwać przez ponad dwadzieścia lat, choć po drodze nauczył się każdej możliwej sztuczki, by rozpoznać nieprawdę. Nawet jeśli zdawał sobie z niej sprawę, musiał ją natychmiast negować. – Trudno nas winić, że mu uwierzyliśmy, że poczuliśmy się dla niego ważni, gdy nikt inny nas nie chciał. Potem już było za późno, by się zorientować w co wdepnęliśmy. Dostał czego szukał.  

- Parę rewolwerów do użycia, kiedy sobie tego zażyczy. Zawsze pod ręką. Cenne póki nie zawodziły. – John splunął z obrzydzeniem. – Ale gdy rewolwery zaczęły się zacinać i samodzielnie myśleć jak ja…

- Porzucił cię jak śmiecia. – Po co mu ktoś, kto może go w każdej chwili zdradzić, kto podkopie jego autorytet przed resztą? Nie warto nawet ryzykować, by ratować syna, który w niego nie wierzy i który następnego dnia może mu wbić nóż w plecy. Nie są przecież niezastąpieni, dobry strzelec zawsze się znajdzie, a skuszony pieniędzmi będzie na czas roboty bardziej lojalny niż oni. – Ciebie i mnie.

John obrócił gwałtownie w jego stronę i zmrużył oczy, próbując sobie przypomnieć sytuację, kiedy Dutch otwarcie zostawił Arthura na śmierć.

- O czym ty mówisz? Kiedy Dutch…

- W rafinerii – odpowiedział szybko. Żeby tylko wtedy. To zostawienie w łapach Colma też wyglądało teraz jak porzucenie. – Gorąca para oślepiła mnie na moment i odrzuciła. Jeden za strażników chciał mnie zabić, a Dutch tylko się przyglądał. Potem się wypierał, mówił że wcale mnie nie zostawił, ale wiem co widziałem. Po prostu sobie poszedł, gdy chcieli mnie zadźgać nożem.

Nie potrafił sobie jakiś czas temu wyobrazić, co przeżył John, gdy na jego oczach Dutch go porzucił. Teraz wiedział jakie to uczucie zostać zdradzonym przez osobę, której się bezgranicznie ufało ze swoim życiem przez lata. Nigdy wcześniej nie poczuł takiej zdrady.

- Jezu.

John położył mu dłoń na kolanie, pokazując, że wciąż tu jest i że słucha.

- Gdyby nie Szybujący Orzeł, zginąłbym wtedy – wyznał drżącym głosem. Musiał znów się napić, nim kontynuował. – Dutch tak po prostu mnie zostawił. Tyle właśnie znaczy dla niego lojalność. Dałem mu wszystko co miałem, ale gdy tylko przestałem za nim ślepo podążać, gdy nie widział już we mnie kogoś, w kim jego poglądy będą żyć dalej, nagle moje życie przestało być ważne. Poczułem się, jakbym jednak został dźgnięty nożem.

Nigdy nie zapomni tego bólu, gdy z nadzieją wołał Dutcha i prosił go o pomoc, pewny że ten zaraz go uratuje, tylko po to, żeby zobaczyć jak odchodzi bez żadnego zawahania.

Powinien był się tego spodziewać, w końcu kilkadziesiąt dni wcześniej John przyznał mu się, że Dutch zostawił go na śmierć w Saint Denis. Mimo to nie był przygotowany na coś takiego. Ani trochę. Wciąż miał wrażenie, że to tylko sen.  

- Wiem jakie to uczucie – zapewnił John. Dlatego Arthur mu w ogóle o tym powiedział. Tylko on rozumiał przez co teraz przechodzi. – To boli, bo my nigdy go nie zawiedliśmy, nawet w chwilach wątpliwości. Zawsze byliśmy lojalni, tak jak sobie tego życzył. Nigdy się nie zmieniliśmy, wierzyliśmy w jego obiecany raj.

- I nic dobrego nam z tego nie przyszło – zauważył wściekle. Wściekły na Dutcha, wściekły na siebie i Johna. – Świat poszedł do przodu, a my wciąż trwaliśmy w niespełnionym śnie. Straciliśmy przez to przyjaciół, bo nie odpuściliśmy w odpowiednim momencie, nie usunęliśmy się w cień, gdy zachód zaczął być ujarzmiany. Nie ma już dla takich jak my miejsca na tym świecie.

- O ile kiedykolwiek było – stwierdził ze smutkiem John. – Dutch kreował nas na współczesnego Robin Hooda, a od samego początku byliśmy tylko zwykłymi bandytami i mordercami, okradającymi tak biednych, jak i bogatych, mordującymi konkurencyjne gangi i niewinnych ludzi. Nie byliśmy najgorsi…

- Ale nie byliśmy też krystalicznie czyści – dokończył za niego.

John przytaknął.   

- Wolni ludzie, tak nas zawsze nazywał – mówił dalej. – Brzmiało lepiej niż bandyta, jakbyśmy byli lepsi od reszty społeczeństwa. I naprawdę czułem się wolny. Mogliśmy w końcu robić, co nam się żywnie podoba, obrabiać kogoś chcemy, zabijać kogoś chcemy. Bez konsekwencji.

- Ale pod dyktando Dutcha. Nigdy nie byliśmy w pełni wolni.

Zawsze w końcu natrafiliby na kraty, nieważne w jakim kierunku by poszli.

- Zabijamy kogo trzeba zabić i inne takie dyrdymały. – John prychnął z pogardą. – Aż trudno mi uwierzyć, że brałem te bzdury na poważnie. Jak wielu niewinnych ludzi zabiliśmy przez te wszystkie lata tylko dlatego, bo Dutch wmówił nam, że zasłużyli na śmierć?

- Zbyt wielu – odparł drżącym głosem. Rzucił wciąż do połowy pełną butelkę na ziemię i na moment schował twarz w dłoniach, zawstydzony swoimi czynami. – A krzywdziliśmy też w inny sposób. Wdowa po Downesie, której zabraliśmy ostatnie pieniądze, gdy jej mąż dopiero co zmarł, zaczęła sprzedawać własne ciało, by utrzymać siebie i syna. A to tylko jedna osoba z wielu dłużników Straussa, których zostawiliśmy za sobą bez pieniędzy.

- Nigdy nie zastanawiałem się co się dzieje z dłużnikami, gdy już odbierzemy pieniądze – wyznał niepewnie. Gdy Arthur na niego popatrzył, pochylał głowę we wstydzie.

- Ja też nie. Pierwszy raz spotkałem jednego już po fakcie. Wiedziałem, że lichwiarstwo jest czasami paskudniejsze od zastrzelenia człowieka, ale pierwszy raz zobaczyłem to na własne oczy i poczułem się z tym źle. Jak najgorszy sukinsyn. – Wciąż się tak czuł, nawet pomimo udzielenia jej pomocy. – Odebraliśmy jej wszystko, John. Wszystko, nawet godność, a nam wpadło do kieszeni parę drobnych.

Zniszczyli komuś życie dla kilkudziesięciu dolarów. To była aż żałosne.

- Chciałbym móc wrócić do tamtego momentu i postąpić inaczej. To było nie w porządku. – John nawet nie spotkał ponownie pani Downes, a mimo to gryzło go to równie mocno, co jego. – Równie dobrze na jej miejscu mogłem być ja, też przecież potrzebuję pieniędzy.

- Ja praktycznie byłem.

John popatrzył na niego zmieszany.

- Co masz na myśli?

- Ostatni dłużnicy Straussa, jeden z nich miał na imię Arthur – powiedział i zadrżał, gdy znów sobie to przypomniał. – Strauss uznał to za zabawne.

- Ale nie ty.

- Po raz pierwszy spojrzałem na wszystko z czyjejś perspektywy. – I potrzeba było do tego jego imiennika, by wreszcie przejrzał na oczy. – Jak mówiłeś, to mogliśmy być my. To ja mogłem zaharować się na śmierć w kopalni, by spłacić dług i mieć jeszcze coś, by utrzymać żonę i dziecko. Wiesz co wdowa zaproponowała mi zamiast pieniędzy, których nie miała? – zapytał i zaśmiał się nerwowo, czując żółć w gardle. – Własne ciało. Nigdy nie czułem się tak brudny jak w tamtym momencie. Odmówiłem jej. Dałem jej część pieniędzy, które miałem. Wiem, że ich potrzebujemy, ale nie mogłem jej zostawić bez pomocy.

Nie wybaczyłby sobie, gdyby po prostu anulował dług, nie dając nic w zamian za cierpienia, które przysporzył jej ze Straussem. To i tak było mało i nie zwróci jej męża, ale tylko tyle mógł w tamtym momencie zrobić. Gdyby był jakiś sposób, by pomóc jej bardziej, zrobiłby to bez zawahania.

John złapał go za rękę i popatrzył na niego z dumą.

- Zrobiłbym to samo.

Gdyby tylko mogli zrobić coś więcej.

- Następny dłużnik, dezerter z ciężarną Indianką. – Pokręcił głową. Ten człowiek już i tak miał dość problemów na głowie, a Strauss dorzucił mu jeszcze pieniądze. – Też im pomogłem. Takich ludzi cały czas okradaliśmy oprócz bogaczy. Zdesperowanych, biednych. A potem dawaliśmy te pieniądze, te ochłapy, innym biednym, żeby poczuć się lepiej z tym co robimy. Udawać, że jesteśmy kimś więcej niż zwykłymi złodziejami.

Uważali się za szlachetnych, pomagając nikomu innemu tylko samym sobie.

John pokiwał w zgodzie głową.

- Kradnąc od kogokolwiek zawsze byliśmy taki samymi szujami – zrozumiał. – Czy to od biednych, czy od bogatych.  Nawet przekazując część łupu potrzebującym.

- Nie mogłem patrzeć na Straussa po tym wszystkim – wyznał z obrzydzeniem. Strauss i jego lichwiarstwo zawsze wydawało mu się oślizgłe, ale po tych ostatnich dłużnikach wyjątkowo zbrzydli mu tacy ludzie jak on. – Z premedytacją wykorzystywał desperację ludzi, by raz na jakiś czas do obozowej skrzynki wpadło pięćdziesiąt dolarów. – Zawahał się przez moment i ze łzami w oczach spojrzał na Johna. – Moja rodzina zginęła przez dziesięć. A ten drań mordował regularnie pięć takich rodzin. Dla pieprzonych dziesięciu dolarów. I my mu pomagaliśmy. Czuliśmy się z tym źle, ale czy przestaliśmy?

Cały roztrzęsiony złapał się za włosy i szarpnął za nie mocno, by poczuć coś więcej niż tylko złość i obrzydzenie do samego siebie. Chowali się za prawem, gdy odbierali pieniądze, a nie byli wcale lepsi od włóczęgów, którzy zamordowali mu kobietę i dziecko.

John przysunął się bliżej. Złapał go za dłonie, odsunął od głowy i objął go mocno, powstrzymując przed zadawaniem sobie bólu. Arthur zdał sobie sprawę, że obaj płakali.

- Nigdy – wyszeptał, całując go w skroń. – Boże, Arthurze, tak mi przykro. Cośmy narobili przez te wszystkie lata?

Nie chciał nawet o tym myśleć, choć pewnie powinni, by nigdy nie zapomnieli jakimi sukinsynami się stali pod wpływem Dutcha. I z własnej głupoty.

- Coś, czego już nie powtórzymy – postanowił. Głos wciąż mu drżał z emocji. Wyprostował się i wziął głęboki wdech, by się uspokoić. John został tam gdzie był, siedział blisko, ramię przy ramieniu i wycierał łzy z twarzy. – Nigdy już nie tknę lichwy, nigdy już nikogo nie okradnę. Ten ostatni skok? Naprawdę jest ostatni. Chętnie bym go pominął, ale potrzebujemy pieniędzy. Zwiniemy je wojskowym i uciekniemy, zaczniemy od nowa, choć pewnie na to nie zasłużyliśmy po tym co zrobiliśmy. – Powinni zawisnąć. Tylko tak jakoś zapłacą za wszystkie krzywdy jakie wyrządzili ludziom. Nie chcieli jednak umierać. Nie gdy byli tak blisko ucieczki. Egoizm był wciąż zbyt silny. – Dutch wmówił nam, że jesteśmy inni. Nie byliśmy. Nigdy. Naprawdę nie byliśmy. Jedyne czym byliśmy, to zawszonymi złodziejami mordującymi dla zabawy ludzi, którzy tak jak prosty ranczer robili po prostu to, za co im płacono. Łapali takich jak my.

- Nie możemy nawet winić Dutcha za to wszystko – zauważył słusznie John. – Mieliśmy własny rozum, nie chcieliśmy go po prostu użyć, zaślepieni obiecaną przyszłością. Za późno zaczęliśmy myśleć samodzielnie. Za późno otworzyliśmy oczy.

Byli zwykłymi głupcami. Naiwnym dzieciakami, którym dorosły mężczyzna wmówił, że zasługują na coś więcej niż reszta świata. Zbyt późno zaczęli to kwestionować.

- Gdy ludzie wokół nas zaczęli ginąć – zauważył z żalem Arthur. Tyle niepotrzebnej śmierci i po co to wszystko? Żeby wcielić w życie plan, który nigdy nie mógł się udać. Nie w tych czasach. – Sean pierwszy stracił życie, byśmy ruszyli mózgownicami.

- Potem Kieran, Hosea, Lenny – wymieniał dalej John. Każde kolejne imię tylko potęgowało ból. Na Seanie powinno się było skończyć, jeśli nie na Jenny i braciach Callander. – Żałuję, że nie zaplanowaliśmy wszystkiego wcześniej. Zabralibyśmy ich ze sobą.

Arthur poczuł się jak jeszcze większy przygłup niż już był. Zbyt długo wierzył, że ten gang da się jeszcze uratować, że Dutch wróci do bycia sobą, choć to właśnie podczas całego tego bajzlu dopiero zaczął zachowywać się jak on. Za długo pozwalał, by strach przed nieznanym, przed rozczarowaniem własnego ojca, trzymał go w ryzach.

- Ty już byłeś zdecydowany – przypomniał. Popatrzyli sobie w oczy. – To ja głupio się wahałem.

- Myślisz, że mnie było łatwiej podjąć decyzję o zdradzie? – zapytał go John. – Byłeś dłużej pod wpływem Dutcha, Arthurze. Mnie nie było łatwo, a co dopiero tobie? Zresztą, wiedziałeś, że coś jest nie tak. Widziałeś sygnały, ale lojalność i honor nie pozwoliły ci uciec.

- I omal nie przypłaciłeś tego życiem. – Gdyby nie fura szczęścia, która zawsze trzymała się Johna, zginąłby już w czasie napadu na bank w Saint Denis. Albo później w więzieniu. – A ja razem z tobą.

- Nic mi nie jest. I tobie też nie – zapewnił go z uśmiechem, którym chciał go podnieść na duchu. – A już pojutrze będziemy wolni.

Całe szczęście ci którzy jeszcze żyli, a nie byli tacy zdesperowani jak oni, zdążyli już prysnąć. Źle by się czuł zostawiając ich z szalonym Dutchem. Miał tylko nadzieję, że są bezpieczni.

- Oby.

- Nie oby, na pewno – zaznaczył pewny siebie, znów łapiąc go za dłoń. Arthur ścisnął ją mocno, momentalnie czując choć trochę spokoju. – Wszystko jest już zaplanowane, to się nie może nie udać.

- Napad na bank w Saint Denis też miał być planem bez wad. Wszystko w każdej chwili może pójść nie tak.

Zbyt wiele rzeczy było zależnych od innych osób, a nawet gdyby, to jeden niewłaściwy ruch i skończą z kulami w plecach.

- Więcej wiary, Arthurze – poradził mu John. Arthur prychnął.

- Nawet brzmisz jak Dutch – zauważył rozbawiony. Czuł się już lepiej. Dobrze było wyrzucić z siebie to wszystko, opowiedzieć o tym co go trapiło, zwłaszcza ostatnimi czasy. Świadomość, że nie był w tym sam bardzo podnosiła go na duchu.

- Może trochę – zgodził się, patrząc na Arthura z czułością. – Naprawdę chcę, by nam się udało.

- Ja też – przytaknął i westchnął. Już niedługo. Zrobi wszystko, by im się udało. By chociaż Johnowi się udało. Odda nawet własne życie.

- Nie mogę się już doczekać posiadania własnego rancza – wyznał John. Wciąż trzymali się za ręce, tak obaj czuli się spokojniejsi.  

- Jeszcze nawet nie mamy na nie pieniędzy, wstrzymaj się fantazjami – zauważył, ale rozumiał o czym mówił John. Nigdy nie widział się jako ranczera, choć imał się trochę tego zawodu za młodu. Sporo już pozapominał, wtedy nawet go ta praca nie bawiła, ale teraz brzmiała wspaniale. Miła odmiana po tym szalonym życiu jakie przeżył jako bandyta.

- Nie mogę – wyznał podekscytowany. – Nigdy nie sądziłem, że kiedyś się wyrwę z tego gangu.

- Ja także – przyznał i zerknął na zegarek, ten sam, który John podarował mu już jakiś czas temu. Siedzieli tu już dobrą godzinę, zbliżała się siódma. Powinien już ruszać, ale nie chciał zostawiać Johna. – Hej, chcesz się ze mną przejechać?

John popatrzył na niego zdziwiony.

- Nie będzie to zbyt podejrzane? – zmartwił się. – Co jak Dutch uzna, że uciekliśmy?

- Zostawiamy nasze graty. I Abigail z Jackiem – uspokoił go i wstał, otrzepując spodnie z kory i zakładając kapelusz. – Nic nie będzie podejrzewał.

- Okej – zgodził się i dołączył do niego. Ruszyli z powrotem w stronę obozu. – Nie musisz mnie namawiać. Dokąd jedziemy?

- Do stajni na południe od Rancza Emerald.

- Tak daleko? Przy dobrych wiatrach wrócimy dopiero pojutrze o świcie.  

- W sam raz na napad – zauważył. Wszystko miał obliczone, planował ten wyjazd już od kilku dni.

- Po co w ogóle chcesz tam jechać?

- Mam złe przeczucia.

- Nie zaczynaj znowu – poprosił zmęczony.

- Nie chcę by Snowstorm stała się krzywda – wyjaśnił, uśmiechając się na widok swojej ukochanej klaczy. Nie zdążył jej rozsiodłać po tym jak wrócił do obozu, była gotowa do drogi. – Zostawię ją z innymi moimi końmi.

- Czemu nie zostawiłeś ich gdzieś bliżej? – John poszedł szybko do swojego namiotu po siodło.

Arthur zaczekał na niego nim odpowiedział:

- Jeśli ten napad się uda, okolice Annesburg i van Horn zaroją się od Pinkertonów, wojska i łowców głów. Jak sobie wyobrażasz wyprowadzanie trzech koni w takich warunkach?

- Prawda – zgodził się i szybko osiodłał Old Boya. Micah i jego koledzy obserwowali ich ze swojego miejsca przy stole gdzie grali w karty, ale nic nie powiedzieli ani nie zwrócili uwagi Dutcha. Jeden rzut oka na wszystko co zostawiali i tak jak Arthur się spodziewał, nic nie zaczęli podejrzewać. – Dobra, jedźmy.

Arthur dosiadł konia i razem z Johnem wyruszył na południe. Robiło się już ciemno, ale póki co jeszcze widzieli szlak, więc zwlekali z wyciągnięciem lamp. Nie chcieli ryzykować, byli poszukiwani przez każdego stróża prawa i każdego łowcę głów w okolicy. Światło tylko ściągnęłoby na nich uwagę, której chcieli za wszelką cenę uniknąć nim znajdą się dalej od Annesburg, gdzie raczej nikt ich aż tak bardzo nie szukał.

Z tego powodu na pewno nie rozbiją obozowiska na noc, będą jechać aż do rana, gdy będą mogli sobie pozwolić na spanie bez ognia. To oznaczało też zimne jedzenie z puszki, ale woleli to niż zostać zaatakowanymi w każdej chwili.

- Pamiętasz plan? – zapytał Johna, gdy oddalili się już spory kawałek od obozu. – Przekazałeś go Abigail?

- I Sadie oraz Tilly – dodał. Nie powiedzieli Susan. Po tym jak zabiła Molly za zdradę, Arthur wolał nie ryzykować. – Nie zdążyłem z Mary-Beth i Karen nim uciekły. Wiedzą co mają robić. Ucieczka pozostałych bardzo ułatwiła cały plan.

Nie zamierzali brać pozostałych ze sobą, aktualna grupa i tak będzie rzucała się w oczy, ale planowali im dać część pieniędzy i ostrzec, by też nie zostawały. Na szczęście obie kobiety były wystarczająco sprytne, by samym zauważyć, że najwyższy czas uciekać. Podobnie jak Pearson, Swanson i Wujek. Miał nadzieję, że są już gdzieś bezpieczni i że kiedyś się jeszcze spotkają.

- Dobra, powtórzmy wszystko, na wszelki wypadek.

- Naprawdę się martwisz – zauważył John. Trochę go to bawiło.

- Nie chcę ryzykować nawet najmniejszego błędu – wytłumaczył się.

Byli zbyt blisko wyrwania się z tego bagna, by zaprzepaścić taką szansę jakimś głupim błędem. To była prawdopodobnie ich jedyna szansa, jeśli po napadzie na pociąg nie uciekną, kto wie co zrobi Dutch. Jaki kolejny, genialny plan wymyśli, żeby uciec na Tahiti czy inną Guarmę. Obawiał się nawet tego, że może ich zastrzelić, gdy już mu pomogą w osiągnięciu celu. W końcu podejrzewał ich o zdradę, wiedział że mu nie ufają, ale póki mógł ich wykorzystać, nic im nie zrobi. Ale w końcu przestaną być przydatni, a wtedy kto wie do czego się posunie.

Dlatego tak bardzo ważne było, by Abigail i Tilly były już spakowane i gotowe do drogi, gdy oni wyruszą na napad. Każdy z nich musiał działać szybko, dać jak najmniej czasu Dutchowi na odwet, jeśli jakiś szykował, spodziewając się ich ucieczki.

- Okej – zgodził się John, poprawiając się w siodle. – Napadamy na pociąg, zabieramy tyle forsy ile możemy i uciekamy od razu, zwłaszcza jeśli stróże prawa się włączą i zaczną nas ostrzeliwać.

Zamierzali wykorzystać zamieszanie jako zasłonę dymną, łatwiej będzie się wtedy w tajemnicy oddalić. Jeśli jakimś cudem unikną pościgu po kradzieży, po prostu się dyskretnie odłączą od reszty, gdy będą wracać do obozu.

- Jeśli się rozdzielimy…

- Spotykamy się w Butcher Creek – odpowiedział bez zawahania. Dobrze, miał wszystko zapamiętane. – Czekamy tam dzień na siebie nawzajem, jeśli się nie pojawimy, to znaczy, że jeden z nas umarł.

Miał nadzieję, że do tego nie dojdzie i nie będą w ogóle musieli pojawiać się w Butcher Creek. Arthur nie był nawet pewny, czy to miejsce będzie bezpieczne, ale może dziwna atmosfera tego miejsca odstraszy stróżów prawa.

- Dziewczynom podałeś inne miejsce, prawda? – zapytał dla pewności.

- Copperhead Landing – potwierdził i westchnął. – Arthur, pamiętam to wszystko, nie musisz mnie przepytywać.

- Tylko sprawdzam – uspokoił go.

- Bo jestem za głupi, żeby zapamiętać prosty plan?

- Nie, bo się denerwuję – wyznał bez wstydu. – Jesteśmy tak blisko, John, nie mogę dopuścić, by coś się nie udało.

- Wszystko będzie w porządku – zapewnił go. Był zaskakująco opanowany, Arthur był wręcz pewien, że jeśli ktoś tu będzie się denerwował, to John, który marzył o tej ucieczce już od dawna. – Zobaczysz. Uciekniemy bez problemu i wszyscy spotkamy się w chacie tego twojego przyjaciela. A potem mamy już cały świat przed sobą. Widzisz? Pamiętam wszystko.

- Widzę – potwierdził z uśmiechem. – Dziękuję, że ze mną jedziesz. Gdybym jechał sam, pewnie bym się za bardzo denerwował.

- Nie ma za co. I tak chciałem się wyrwać z obozu. Ci koledzy Micah doprowadzają mnie do szału.

- Jak każdego – stwierdził. Nie podobali mu się ci dwaj. Nie dlatego, że coś było z nimi widocznie nie tak, po prostu byli po stronie Micah i to go martwiło. Jeśli podczas ucieczki coś niespodziewanego się wydarzy, tych dwóch może im przeszkodzić. – Dziwię się, że Micah w ogóle ma jakichś kolegów.

- Prawda? Może im zapłacił.

- To bardzo możliwe – zaśmiał się nim znowu spoważniał. – Musimy na nich uważać.

- Bez obaw, mam na nich oko – zapewnił John. – Nie zauważyłem, żeby coś knuli, ale jedno słowo Micah i mogą coś zrobić.

- Teraz raczej i tak nic nie zrobią, ale uważałbym na nich w czasie napadu – poradził mu Arthur.

- Myślisz, że byliby zdolni strzelić nam w plecy, gdyby nadarzyła się taka okazja?

- A ty nie? – zdziwił się. – Sam powiedziałeś, słuchają Micah, a ja jemu nie ufam, więc nie ufam tym bardziej jego koleżkom, których nawet nie znam.

- I takim sposobem znowu zamartwiasz się napadem – zażartował John.

- Daj mi spokój – poprosił. Wiedział, że za bardzo się martwi, ale nie potrafił inaczej.

- Trochę mi się to podoba – wyznał John. Arthur popatrzył na niego zmieszany. – To znaczy, że bardzo ci zależy, A jeśli ci zależy, to znaczy, że chcesz ze mną uciec.

- Wiesz to już od tygodni – przypomniał, czując że nieco się czerwieni. Całe szczęście miał aktualnie tak bujną brodę, że nie było widać rumieńców. – Sam mnie namawiałeś.

- Ano wiem – potwierdził zadowolony. – Ale lubię słuchać potwierdzenia, gdy wcześniej tak strasznie długo się wahałeś.

To prawda, wahał się. Po porwaniu przez Colma zaczęły go nachodzić coraz większe wątpliwości, a John jeszcze zasiał w nim wizję innego życia. Nie potrafił się jej pozbyć i już wtedy zapragnął ucieczki, a z każdym kolejnym dniem to pragnienie tylko rosło, głównie dzięki kolejnym niepowodzeniom gangu.

Już wtedy był gotowy, za bardzo po prostu się bał porzucić stare życie, gang który przez tyle lat dawał mu wszystko, ale chciał tego. Z Johnem chciałby uciec zawsze, nie miał co do tego wątpliwości. To nie brak chęci by go powstrzymał, ale wszystko inne.

Nie mogli tak po prostu zostawić reszty, a nie wiedział jak mieliby zabrać połowę gangu ze sobą, nie narażając się na wywołanie wojny z coraz bardziej niezrównoważonym Dutchem. Więc musieli czekać, każdego dnia ryzykując swoje życie.

Teraz tego żałował. Może gdyby już wtedy się odważył, Lenny i inni wciąż by żyli.

- Przepraszam – odparł, znów zawstydzony, tym razem z innego powodu. – Byłem zbyt wielkim tchórzem i za bardzo wierzyłem, że da się jeszcze wszystko naprawić.

- Wiem, nie musisz mi się tłumaczyć. Też się bałem zmiany, wciąż się boję – zapewnił go John. – Naciskałem na ciebie, ale prawda jest taka, że nie miałem żadnego planu. Byłem po prostu przerażony tym co się dzieje i zdesperowany. Gdybyśmy wtedy spróbowali, pewnie nawet by nam się nie udało. Wiele razy chciałem uciekać razem z tobą na ślepo, byle tylko być bezpiecznym. Ale wtedy przypominałem sobie o pozostałych, których byśmy porzucili i wiedziałem, że nie możemy tak po prostu uciec.  

- Chciałem uciec od dawna – wyznał i popatrzył na Johna, oczekując zaskoczenia, ale nic takiego nie znalazł na jego twarzy. – Nie jesteś zdziwiony.

- Wiedziałem o tym – przyznał z uśmiechem. – Po tym jak dochodziłeś do siebie po spotkaniu z Colmem, gdy wieczorami rozmawialiśmy o niczym w twoim namiocie, widziałam w twoich oczach, że chcesz tego co ja. Czekałem tylko aż się zdecydujesz zrobić ten krok, ale wiedziałem, że to nastąpi. Za bardzo mnie kochasz.

Arthur uśmiechnął się i pochylił głowę, naciągając kapelusz na oczy, by nie musieć patrzeć na szczerzącego się dumnie Johna.

Ściemniało się coraz bardziej. Póki było jeszcze jasno, wykorzystali to i jechali jak najszybciej mogli, by oddalić się od kryjówki gangu. Potem zrobiło się już za ciemno, by bezpiecznie prowadzić konie bez dodatkowego oświetlenia, więc oba wierzchowce zwolniły, a John i Arthur wyciągnęli bronie. Pumy lubiły polować w nocy w tej okolicy, a mieli od nich gorszy wzrok, by jakąś wypatrzeć, chcieli więc być gotowi.

Jechali praktycznie na pamięć, bo noc była pochmurna i księżyc nie dawał żadnego światła, o ile przez korony drzew w ogóle by się jakiekolwiek przedarło. Mocno polegali też na koniach, licząc na to, że Snowstorm i Old Boy będą wiedziały, żeby iść po wydeptanej drodze, a nie zawędrować pomiędzy drzewa.

W takich ciemnościach czuli się zaszczuci. Zwykle mieliby jakieś źródło światła do oświetlania drogi, ale ponieważ nie mogli go użyć, nie widzieli nawet jednego zwierzęcia z całej gromady, która dookoła nich wydawała najróżniejsze dźwięki. Co chwilę słyszeli szelest poszycia, tupanie, szczekanie kojotów czy pohukiwanie.

Gorsze od nocnej jazdy po lesie było już chyba tylko przedzieranie się tą porą przez bagna. Tam nawet lampa nie pomagała, by nie czuć zdenerwowania, było nawet jeszcze gorzej, bo ślepia aligatorów świeciły od niej w ciemnościach. No i był jeszcze ten cały Nocny Lud, który Arthur miał nieszczęście spotkać.

Do dzisiaj nie wiedział kim dokładnie są ci ludzie, o ile to w ogóle ludzie, ale przerażali go bardziej niż Pomioty Murphy’ego, na których teraz musieli uważać. Obaj mieli nadzieję, że ich nie spotkają, bo nie obeszłoby się bez strzelaniny, a naprawdę nie chcieli robić hałasu.

Jechali blisko siebie, na tyle na ile mogli, by cały czas wiedzieć gdzie są. Nie odzywali się, zbyt skupieni na wypatrywaniu w ciemności potencjalnych zagrożeń. Co jakiś czas coś im przebiegało przed oczami, prosto po drodze, ale wierzyli, że to tylko jeleń lub królik, a nie nic niebezpiecznego. Puma raczej by się tak z nimi nie droczyła tylko od razu rzuciła do gardła.

Gdyby szli pieszo, byłoby jeszcze gorzej. Ich konie lepiej widziały w ciemnościach, a już na pewno miały lepszy węch. Jeśli ktoś miał wyczuć zbliżające się zagrożenie, to ich wierzchowce, a nie oni sami, ledwo widzący wyciągniętą przed sobą dłoń. Nie mogli się już doczekać, kiedy wyjadą na otwarte tereny, gdzie drzewa nie będą potęgowały panującego mroku, ale do tego jeszcze daleka droga. O ile w ogóle jechali właściwie.

Konie prowadziły ich raczej dobrze, nie powpadali jeszcze na drzewa, ale nie wiedzieli kompletnie gdzie są. Nie podobało im się to ani trochę, ale nie mieli innego wyboru, jak zdać się na swoje wierne wierzchowce. Arthur wierzył, że skoro Snowstorm sama wróciła do obozu niosąc go nieprzytomnego, to i z lasu go wyprowadzi.

Im dłużej nic złego nic się nie działo, tym bardziej byli zdenerwowani. Las wciąż się nie przerzedzał, nie wiedzieli ile czasu już upłynęło, bo tarczy zegarka i tak by nie zobaczyli. Równie dobrze mogli kręcić się w kółko albo zmierzać w innym kierunku, ale żadna z tych rzeczy nie przeraziła ich tak, jak pojawienie się w oddali kilku pomarańczowych punktów.

Natychmiast zatrzymali konie, spoglądając na źródło światła, które poruszało się powoli i wyglądało na to, że zmierza w ich stronę.

- Coś za dużo tych świateł jak na zwykłych podróżnych. – wyszeptał John. Arthur naliczył osiem punktów. Może to był tylko dyliżans z obstawą, ale coś mu mówiło, że żaden dyliżans, nawet z taką ochroną, nie przejeżdżałby nocą w takiej okolicy.

- Pinkertoni albo łowcy głów – zgodził się z nim Arthur. Ktokolwiek by to nie był, zdecydowanie jechali w ich stronę. Na razie nie byli dla nich widoczni, ale jeśli się zbliżą, sierść Snowstorm odbije ich światło jak lustro, jeśli będzie zbyt blisko. – Musimy się ukryć.

- Gdzie? – John był zdenerwowany, co udzieliło się też jego wierzchowcowi. Old Boy zaczął przebierać niespokojnie nogami, robiąc przy tym trochę hałasu. John musiał go uspokoić, nim mówił dalej: - Nie możemy się cofnąć, jadą w naszą stronę, a wokoło tylko drzewa.

I tylko drzewa mogły ich póki co ocalić.

- Więc chodźmy pomiędzy nie – zdecydował Arthur i skierował Snowstorm w stronę pni. Prowadził ją tylko chwilę, potem oddał jej kontrolę i klacz sama omijała drzewa na swojej drodze.

Słyszał, że John podążył za nim, przeklinając co chwilę, gdy dostawał gałęziami po twarzy. Odjechali tylko kawałek od drogi nim zeskoczyli z koni.

- Co teraz? – zapytał John. Arthur nawet go nie widział, ale wiedział ze słuchu, że jest zaraz obok. – Co jak światło nas dosięgnie?

- Schowamy się za drzewami.

- A konie?

Arthur odwrócił się do Snowstorm, na ślepo wyszukując jej pyska, po którym ją pogłaskał.

- Idź, mała – powiedział jej, puszczając wodze. – Uciekaj, zaraz się zobaczymy.

Klacz prychnęła, buchając mu prosto w twarz gorącym powietrzem, nim odwróciła się i powoli oddaliła.

- Idź za nią – powiedział do Old Boya John i poklepał go po boku. – Idź, już.

Ogier też się oddalił i po chwili ani jego ani Snowstorm nie było już słychać. Mieli nadzieję, że nie zatrzymały się tylko uciekły po prostu tak daleko.

Bez łatwych do wypatrzenia koni, John i Arthur przylgnęli do drzew i obserwowali jak grupa jeźdźców zbliża się coraz bardziej, aż można było już rozpoznać kształty. Arthur nie pomylił się w liczeniu, ośmiu uzbrojonych strzelców przemieszczało się konno, rozglądając się przy tym uważnie. Światło ich lamp dotarło nawet do niego i Johna, ale schowani za drzewami byli bezpieczni.

Łowcy głów robili sporo hałasu jadąc taką grupą, ale mimo to Arthur i John starali się oddychać jak najciszej. Nie próbowali nawet wyglądać zza swoich osłon, w takim świetle byliby zbyt widoczni, od razu by ich zauważono. Pewnie poradziliby sobie w walce, łowcy byli w końcu dobrze oświetleni, ale zabicie ich przysporzyłoby tylko kłopotów.

Czekali więc aż cała banda pojedzie dalej, co w końcu nastąpiło. Coraz gorzej było słychać ich konie, a światło znikało w oddali. Odczekali aż będzie naprawdę daleko, nim cicho zagwizdali na swoje konie, które w kilkadziesiąt sekund były już przy nich, gotowe wyprowadzić ich wreszcie z tego lasu, co nastąpiło dopiero jakieś pół godziny później.

Na otwartej przestrzeni było już więcej widać, światło księżyca choć przytłumione przez chmury, dawało trochę światła. Znowu przyspieszyli i nie zwolnili aż do wczesnego ranka, kiedy zatrzymali się na mały postój, by dać odpocząć koniom i samym sobie.

- Wezmę pierwszą wartę – zaoferował od razu John, wyciągając karabin, który trzymał przy siodle. – Ty jesteś zmęczony po całym tym ataku na rafinerię. Sen jest ci bardziej potrzebny.

Nie zamierzał się nawet kłócić jak zawsze, bo naprawdę był zmęczony i prawie usypiał na siedząco w siodle.

- Obudź mnie za godzinę, to cię zmienię.

Wcisnął się pomiędzy skały, obok których się zatrzymali i usiadł wygodnie, zsuwając kapelusz na oczy. Osłonięty z trzech stron i pilnowany przez stojącego nieopodal Johna, poczuł się na tyle bezpiecznie, że zasnął momentalnie.

Spał zbyt krótko nawet jak na jego potrzeby, dlatego niechętnie otworzył oczy, gdy poczuł szturchnięcie w nogę.

- Arthur, wstawaj – popędził go stojący nad nim John.

- Wstaję, wstaję – uspokoił go, prostując kapelusz. – Daj mi karabin, teraz ty się zdrzemnij.

- Spałeś dwie godziny, musimy jechać – powiedział mu John i podszedł do konia, by schować broń.

Arthur popatrzył na niego zaskoczony. Podniósł się szybko z ziemi i podszedł do ukochanego, powstrzymując go przed wspięciem się na konia.

- Mówiłem ci, żebyś mnie obudził po godzinie – przypomniał mu zły. Nie chciał kraść Johnowi cennego czasu przeznaczonego na spanie, też potrzebował wypoczynku.

- Ja przespałem ostatnią noc – wyjaśnił mu, odwracając się w jego stronę. – Zanim się zdrzemnąłeś na te dwie godziny, ostatni raz spałeś dobre trzydzieści godzin temu. Nie potrzebuję tego snu tak bardzo jak ty.

- Co nie znaczy, że nie potrzebujesz go wcale – zauważył. John miał rację, ale i tak czuł się winny, że on spał podczas gdy ukochany musiał się męczyć.

- Jak wrócimy do obozu, to wtedy obaj się prześpimy – obiecał mu, już łagodniejszym głosem niż przed chwilą. – Tylko kilka godzin, ale to zawsze coś. Potem nadrobimy to w czasie ucieczki.

- Obawiam się, że przez najbliższych kilka tygodni mało będziemy mieli okazji na sen – westchnął wsiadając na konia. Snowstorm zaprotestowała głośno. Nie tylko oni narzekali na brak odpoczynku, ich wierzchowce także.

Bycie poszukiwanym za zrabowanie wojskowego żołdu i wiele innych przestępstw, to nie będzie nic łatwego. Przez lata byli ścigani wielokrotnie, ostatnio nawet częściej niż kiedykolwiek. Byli przyzwyczajeni do uciekania, oglądania się za plecy i do nieprzespanych nocy spędzonych na warcie, ale to będzie coś zupełnie innego. Nie będzie ich kilkudziesięciu do ochrony całej karawany, tylko mała grupka, z czego połowa, choć nie kompletnie bezbronna, nie zastąpi dziesięciu wytrenowanych strzelców z refleksem tak szybkim, że atakujący grzechotnik byłby zazdrosny.

- Mamy przecież wóz – przypomniał John, ruszając za Arthurem i zrównując się z nim. – Sadie może trzymać wartę, gdy my w końcu odpoczniemy bez zatrzymywania się na postój.  

Spanie w podróży nie było dla niego niczym nowym, ale teraz wydawało się wręcz niemożliwe. Nawet gdyby ich gang był w komplecie, przy takim skoku jakiego zamierzali dokonać, bałby się spać nawet otoczony przez najlepszych z najlepszych. Już teraz ledwo spał, nawet będąc w obozie. Było po prostu zbyt wiele stresu w ich życiu, by mógł normalnie wypocząć jak kiedyś. Często się budził w nocy, a nawet jeśli nie, to i tak był zmęczony, ciągle wyczerpany.

Gdy do stanu ściągnie jeszcze więcej łowców głów i Pinkertonów, już w ogóle nie będzie w stanie spać.

- Nie wiem czy zasnę w takich warunkach – zwierzył się ze swoich obaw Arthur. – Będziemy ścigani gorzej niż w New Austin.

- Poradzimy sobie. – John uśmiechnął się do łagodnie, co trochę pomogło ukoić mu nerwy. – Zobaczysz, padniesz jak kłoda, gdy tylko będziesz miał okazję.

- Nie. – Był co do tego pewny. – Nawet gdy już będziemy bezpieczni, to jeszcze przez jakiś czas będę przewrażliwiony. Nigdzie nie jesteśmy bezpieczni, wszędzie nas ścigają, a tymi kumplami Micah boję się spać nawet w obozie.

- Ta, ja też – przyznał. – Pół nocy spędzam na niespokojnym śnie, a drugie pół na pilnowaniu ciebie, Abigail i Jacka.

Arthur zaśmiał się nagle.

- Jak myślisz, jak często przez ostatnie kilka dni obaj byliśmy obudzeni i pilnowaliśmy siebie nawzajem?

- Założę się, że każdej nocy – odparł rozbawiony i po chwili westchnął. – Chciałbym się wreszcie porządnie wyspać jak kiedyś.

- Mówię ci, jeszcze przez dobry miesiąc jak nie więcej nie przypomnisz sobie co to porządny sen.

- Jak położysz się na porządnym łóżku, to na pewno zaśniesz – upierał się. – A ja razem z tobą.

Może tego im było potrzeba. Wspólnego spania, jak ostatnio w Shady Belle. To był ostatni raz, kiedy dobrze się wyspali i obudzili wypoczęci, a wcale nie byli mniej zestresowani niż teraz. Nawet najwygodniejsze łóżko w najlepszym hotelu nie pomoże mu teraz wypocząć, ale leżenie z Johnem, choćby i na twardej ziemi – kto wie? Oddałby całe swoje pieniądze za możliwość, by to sprawdzić.

- Zobaczymy – odparł i pospieszył konia. Musieli wykorzystać to, że w dzień łatwiej jest podróżować. – Brakuje mi spania z tobą.

Nawet zwykłe leżenie obok siebie, ramię przy ramieniu byłoby teraz jak zbawienie. Chciał zasnąć ze świadomością, że John jest na wyciągnięcie ręki i obudzić się zaraz obok niego. Nie chciał jednak jeszcze bardziej ogłaszać reszcie gangu, że są ze sobą w zmowie. Każdy już się pewnie domyślał, ale nie było potrzeby, by dawać im dodatkowe dowody.

Poza tym, o ile w najbliższym czasie nie będzie pustynnych temperatur, nie sądził, że uniknąłby mimowolnego przysunięcia się we śnie do Johna, objęcia go. To był już instynkt, którego obaj nie mogli zwalczyć jeśli nie było potwornie gorąco, a gdyby pokazali się reszcie w takiej sytuacji, mogliby od razu dać Micah pistolet do ręki i kazać mu ich zastrzelić. Nikt nie uwierzyłby, że nie ma pomiędzy nimi nic dziwnego, nawet jeśli męska przyjaźń nie znała granic i pozwalała na naprawdę wiele.

Zapowiadał się ponury dzień. Niebo nad New Hanover zaszło szarymi chmurami i zerwał się mocny wiatr. Nie padało, ale zrobiło się chłodno jak na tę porę roku. Na tyle chłodno, że kusiło, by nałożyć na siebie płaszcz, ale nie chcieli się niepotrzebnie zatrzymywać. Im szybciej załatwią sprawę, tym szybciej wrócą do obozu i więcej wypoczną przed napadem.

Okradanie pociągu, nawet pasażerskiego, a co dopiero strzeżonego przez wojskowych, to zawsze ciężka sprawa. Musieli nazbierać jak najwięcej sił, jeśli po całym tym wysiłku mieli jeszcze uciekać. Nawet jeśli nie spali ostatnio dobrze, to godzina lub dwie snu zawsze będzie lepsza niż żadna. Potem – miał nadzieję, że John się co do tego nie mylił – odeśpią te wszystkie nieprzespane noce. Z tydzień będą dochodzić do siebie.

Galopowali na koniach z dala od głównej drogi, nie chcąc zbliżać się do Rancza Emerald czy zwykłych podróżnych. Zbyt duże ryzyko, że któryś z mijanych mężczyzn może się okazać łowcą głów, który natychmiast rozpozna ich twarze, zwłaszcza Johna z jego charakterystycznymi bliznami. Nawet zaleczone i blade wciąż były widoczne. Zostaną z nim już na zawsze, ale dodawały mu charakteru i groźnego wyglądu. Arthur nigdy nie powiedział tego głośno, ale podobały mu się.

Ich wierzchowce ledwo wytrzymywały narzucane im tempo. Snowstorm była wytrzymała, ale nawet ona miała swoje granice, a przez ostatnich kilka dni woziła go wszędzie na duże odległości, do rezerwatu Indian i z powrotem, a także na zwykłe wyprawy, by oczyścić umysł ze wszystkich trosk i spędzić trochę czasu na łonie natury. Była zmęczona do takiego stopnia, że spodziewał się zrzucenia z grzbietu w każdej chwili.

- Jeszcze trochę, maleńka – wyszeptał do niej czule, klepiąc ją po karku. Gdy spojrzał w bok, zauważył że John także uspokaja Old Boya, który wyglądał jakby miał lada chwila zacząć sapać z wywieszonym jęzorem.

Dobrze, że byli już blisko i oba konie odpoczną jak nigdy.

Dzięki narzuconemu przez nich tempu, dojechali na miejsce szybciej niż się spodziewali, jeszcze przed południem i na szczęście bez żadnych niespodzianek. Konie już jakiś czas temu przeszły z galopu na kłus, nawet nie próbowali ich dalej popędzać, obaj wiedzieli, że to nic nie da, że więcej już z tych zwierząt nie wycisną, a jeśli spróbują, to wylądują na tyłkach szybciej, niż zdążą w ogóle krzyknąć. Nie byli zresztą tacy okrutni. Ich konie same wiedziały, kiedy mają dość.

Zajechali pod stajnie, gdzie na beli siana przy drzwiach siedział wysoki, wąsaty mężczyzna – właściciel. Po całym terenie kręciło się jeszcze kilku pomocników, ale to właśnie właściciel wyszedł im na spotkanie, gdy podjechali bliżej.

- Oh, panie Morgan, szmat czasu minął od pana ostatniej wizyty – przywitał się z nimi mężczyzna.

- Byłem trochę zajęty – odparł, razem z Johnem szybko schodząc z biednych koni, gdy tylko się zatrzymały. Podziękował jeszcze Snowstorm za bycie dzielną dziewczynką, nim wskazał ręką na ukochanego. – John Marston, mój przyjaciel.

- Czołem – przywitał się John i skinął kapeluszem.

- Witam – odpowiedział właściciel. Arthur nigdy nawet nie poznał jego imienia i teraz też go niespecjalnie interesowało. Przyjeżdżał tu tylko dlatego, bo nie chciał zostawiać swoich koni w miejskich stajniach, na wypadek sytuacji takich, jaka wynikła niegdyś w Valentine, a teraz i w Saint Denis.  – W czym mogę pomóc, panowie?

- Chcemy przechować konie – wyjaśnił mu Arthur, od razu prowadząc Snowstorm do stajni. Biedna klacz cała była rozgrzana po takim wyczerpującym biegu.  

- Kolejne? – zaśmiał się właściciel. – Ma pan tu już dwa.

- I wszystkie bardzo kocham – zapewnił z uśmiechem.

- Aż za bardzo – rzucił złośliwie John prowadzący swojego konia zaraz obok.

- Przymknij się, złapałem je i wytrenowałem, są jak moje dzieci – usprawiedliwiał się. John przewrócił oczami.  

- Rozumiem pana bardzo dobrze, panie Morgan. – Chociaż jedna osoba była po jego stronie. – Zabiera pan któregoś?

- Nie, chcielibyśmy kupić dwa konie.

Zatrzymali się przed otwartymi drzwiami do stajni, z której wyszedł młody chłopak. Musiał być nowy, Arthur go nie poznawał, ani dzieciak jego. Zląkł się trochę na widok ich i ich uzbrojenia, i pomimo tego, że prowadzili przyjazną konwersację z jego szefem, był wobec nich nieufny.  

- Żaden problem. Zaopiekujmy się najpierw tymi wierzchowcami. – Właściciel odwrócił się do chłopaka. – Josiah, zajmij się końmi obu panów.

- Tak, szefie – przytaknął i odebrał wodze od nich obu, prowadząc wierzchowca do boksów.  

Właściciel upewnił się jeszcze, czy jego pracownik dobrze wykonuje swoje zadanie, po czym odwrócił się w ich stronę i klasnął w dłonie.

- To co panów interesuje? – zapytał podekscytowany. – Ostatnio kupiłem wspaniałego ogiera pełnej krwi angielskiej. Może któryś z panów się skusi.

- Wolimy coś mniej wymagającego – wyjaśnił mu John, podchodząc już do padoku, gdzie przechadzały się akurat tańsze rasy, ale niemniej piękne od tych droższych. – Wyruszamy na niebezpieczne polowanie w góry.

Żeby tylko. Polowanie na niedźwiedzia byłoby bezpieczniejsze niż to co zamierzali zrobić. Przynajmniej mieliby pewność, że bestia nie zabije ich lub ich koni z dystansu. 

- No to tym bardziej przyda się odważny koń – zachęcał dalej, chcąc ich nakierować do stajni, gdzie trzymał droższe konie.

- Przywiążę się do każdego tak czy inaczej, więc jeśli go stracę, to niech chociaż wydane pieniądze mnie nie bolą – stwierdził Arthur. Żal mu było zabijania nawet cudzych koni. Utrata własnego, nawet takiego, którego będzie miał kilka dni, może będzie mniej bolesna niż byłaby utrata Snowstorm czy innych koni które posiadał, ale i tak będzie bolała. Tego się nie dało uniknąć.

- Jak pan sobie życzy – odpuścił właściciel i ruszył wraz z nim do wybiegu. John już opierał się o płot i oglądał konie. – Zapraszam na padok, mamy tam tańsze okazy. Coś wpadło panom w oko?

Nie przyglądał się koniom zbyt długo, bo to w niczym by nie pomogło. Potrzebował po prostu zastępczego konia, nie szukał kompana na długie podróże. Wygląd wierzchowca i tak nigdy nie miał dla niego wielkiego znaczenia. Koń to koń – kochał każdego.

- Wezmę tego – powiedział i wskazał na karego konia pasącego się na samym końcu padoku. Wyglądał na silnego, nie miał pojęcia jak z odwagą, ale może nie zrzuci go, gdy żołnierze zaczną strzelać.

- Tennessee Walker, świetny wybór – pochwalił mężczyzna. – Przyniosę papiery i każę komuś go przyprowadzić.

Właściciel odszedł, a Arthur oparł się o płot obok Johna, który intensywnie oglądał wszystkie konie.

- John? Wybrałeś któregoś? – zapytał. Nie mieli za bardzo czasu, by długo tu zostawać. Nadrobili trochę czas poganiając swoje wierzchowce jak wariaci, nie chciał tego teraz zaprzepaścić. Naprawdę chciał mieć więcej czasu na wypoczynek przed ostatni skokiem.

- Dziwnie będzie nie jechać na Old Boyu – stwierdził nerwowy. – Zawsze mogłem na nim polegać.

- Możesz go zatrzymać, żaden problem.

Może te jego przeczucia, to tylko głupie nerwy, nic więcej i niepotrzebnie pozbywali się zaufanych koni zahartowanych w walce i które nie spłoszą się od strzałów. To niespokojne uczucie nie dawało mu jednak spokoju.

- Nie, ufam twoim przeczuciom. Jeśli coś mu się stanie… - John pokręcił głową. Naprawdę kochał tego konia. – Tylko czy te nowe konie zdążą do nas przywyknąć i będą się nas słuchać?

- To mądre zwierzęta, na pewno nie zawiodą – zapewnił i poklepał go po plecach.

John znów zaczął oglądać konie, poświęcając temu wyborowi więcej czasu, niż Arthur się po nim tego spodziewał, zważywszy na to, że Old Boya wybrał przed laty w pięć sekund, podobnie jak swojego pierwszego w życiu konia. Nigdy nie przywiązywał wagi do samego wyboru, za to bardzo się przywiązywał do swoich wierzchowców.  

- Wezmę tego – zdecydował w końcu, wskazując na kasztanowatego ogiera, który właśnie próbował odstraszyć królika kicającego obok ogrodzenia. – Wygląda na odważnego.

Raczej na głupiego, pomyślał Arthur i uśmiechnął się wrednie do ukochanego.

- Morgan? – zapytał i parsknął, gdy rozpoznał rasę. – Nigdy nie masz dość ujeżdżania jednego, co?

John zaczerwienił się tak szybko i tak intensywnie, że Arthur przestraszył się, że biedak mu zaraz zemdleje od nadmiaru ciepła, które uderzyło mu do głowy. 

- Zamknij się – warknął i szybko się ulotnił. Arthur poszedł za nim.

- Coś taki czerwony, Marston? – dokuczał dalej.

- Od słońca – odparł od razu, nawet nie odwracając się w jego stronę. Zamiast tego cały czas uciekał.

Arthur popatrzył na zachmurzone od rana niebo.

- Jasne – powiedział z sarkazmem, odpuszczając w końcu ukochanemu, który schował się do stajni.

Dobrze było tak się trochę podroczyć, jakby widmo stryczka wcale nie wisiało im nad głową.

Właściciel był w środku razem z Josiah, który z trudem odkładał siodła zdjęte ze Snowstorm i Old Boya. Inny pomocnik wprowadzał konia wybranego przez Arthura.

- Oto papiery – powiedział właściciel, przekazując dokumenty. Arthur nawet do nich nie zajrzał tylko wrzucił je do torby, zbyt skupiony na swoim nowym koniu, który został mu właśnie podprowadzony. – To dobry koń. Pracował do tej pory jako wierzchowiec kowboja. Nie wiem na co panowie będziecie polować, ale wilków na pewno się nie boi.

- Dobrze wiedzieć. – Arthur odebrał wodze od pomocnika i wyprowadził ogiera poza stajnię, by się z nim lepiej zapoznać. – Cześć, maleńki. Gotowy na przygodę życia?

Koń obwąchał go dokładnie, szczególnie dużo uwagi poświęcając jego torbie, gdzie trzymał parę kostek cukru. Wyciągnął jedną i podał swojemu nowemu wierzchowcowi.

- Dobry, chłopiec – pochwalił z uśmiechem. Niedobrze, już zaczynał się przywiązywać. Konie zawsze były jego największą słabością. Po tym jak skończył na ulicy jako sierota, zdarzało mu się zakradać do stajni i tam nocować razem z końmi. Kojarzyły mu się ze spokojem i bezpieczeństwem. Był taki czas, kiedy marzył o własnej stajni. Teraz mógłby być nawet blisko spełnienia tego marzenia, jeśli tylko ich plan się uda.

- Zakochałeś się już? – zapytał go John, wyprowadzając własnego konia. Ogier gdy tylko się zatrzymał, zaczął ryć ziemię kopytem.

- Bardzo śmieszne – odparł i popatrzył na nowego wierzchowca ukochanego. – Jak twój koń? Dalej chce ganiać króliki?

- Zgadnij co? – zapytał i uśmiechnął się złośliwie. – Nazwałem go Arthur. Bo jest wredny jak sukinsyn i ał! – John odsunął się szybko, gdy ogier złapał go zębami za mały palec. – Ciągle mnie gryzie. To potwór, nie koń.

- Albo mu się po prostu nie podobasz – zauważył rozbawiony, oglądając jak John usiłuje uniknąć kolejnego ugryzienia. – Ty albo twój zapach. Raczej zapach. Cuchniesz jak zwykle.

- Odezwał się ten, co pachnie różami – odgryzł się i spojrzał z niechęcią na swojego konia. Chyba już żałował tego wyboru, ale pewnie był zbyt dumny, by go zmienić. Ogier tymczasem bawił się wspaniale i zamienił gryzienia na popychanie głową. – Konie zazwyczaj bardziej mnie lubią. Poza tym to jest morgan. Morgany mnie uwielbiają.

- Jak widać tylko jeden Morgan był na tyle głupi, by cię pokochać  – zażartował, ale z czułością, by John tego źle nie odebrał. Nie stało się tak, ukochany uśmiechnął się do niego i nawet kolejne popchnięcie przez konia nie zepsuło mu humoru. – Dasz sobie radę, John. Masz już wprawę.

- Więcej niż bym chciał – stwierdził i pomimo niemiłego pierwszego spotkania, poklepał nowego konia po karku. – Ujarzmiłem jednego Morgana, to ujarzmię i kolejnego.

Arthur naciągnął bardziej kapelusz na głowę, gdy John puścił mu oczko.

- Jesteś niemożliwy – stwierdził i ukrywając swój głupi uśmiech, ruszył z powrotem do stajni.

- Sam zacząłeś – zauważył z dumą w głosie, podążając za nim.

- Mam nadzieję, że konie będą się dobrze spisywać – powiedział im właściciel, który załatwiał ostatnie szczegóły do papierów Johna, które następnie mu podał.

- My też – odparł Arthur i popatrzył w głąb stajni, gdzie z jednego z boksów wystawał znajomy, szary łeb bardzo podekscytowanego konia.

- Osiodłać?

- Jasne – zezwolił i ruszył do przodu, aż stanął przed pyskiem swojego mustanga. – Hej, Valkyrie. Dawnośmy się nie widzieli, co?

Klacz zarżała radośnie i wypchnęła łeb w jego stronę, prosząc o pieszczoty. Zaśmiał się i pogłaskał ją po pysku, nim przysunął się bliżej. Valkyrie obwąchała go porządnie i przy tym obśliniła, strącając mu kapelusz z głowy.

- Okej, wystarczy – powiedział jej, gdy skubnęła go za włosy. – Też się cieszę, że cię widzę, ale nie wybieramy się na przejażdżkę.

Valkyrie poruszała się niespokojnie w boksie, wyraźnie chcąc z niego wyjść. Przed odjazdem powie właścicielowi, by ją wypuścił na padok. To mustang, musi się porządnie wybiegać.

Dał jej jeszcze przysmak i podniósł swój kapelusz, nim poszedł do następnego konia – Buella, bardzo upartego holenderskiego gorącokrwistego, który nawet niespecjalnie zwrócił na niego uwagę. Nie zdziwiło go to ani trochę, ale też nie powstrzymało przed poklepaniem tej upartej bestii.

- Pewnie tęsknisz za swoim panem – powiedział ogierowi, wspominając Hamisha i ich wspólne polowania. Żałował, że tak krótko się znali. – Niedługo znowu zobaczysz znajomą okolicę.

Tak jak Valkyrie, tak i jemu też dał coś do zjedzenia, nim przeszedł do Snowstorm.

Klacz posilała się, ale uniosła głowę, gdy zaklikał na nią językiem.

- Wrócę po ciebie – obiecał jej, patrząc jej w oczy. Słuchała go uważnie, przebierając niespokojnie nogami. – Wrócę po każde z was, to nie jest pożegnanie, rozumiesz?

Snowstorm parsknęła i trąciła go pyskiem w twarz, wywołując u niego śmiech. Wątpił, że rozumiała jego słowa, ale na pewno czuła co chce jej przekazać. Popatrzyła na niego jeszcze raz i powróciła do jedzenia.

Źle się czuł zostawiając ją, jakby ją zdradzał. Odkąd tylko ją znalazł, zawsze wszędzie z nim jeździła, nawet gdy trenował z pozostałymi wierzchowcami. To one zawsze ostatecznie zostawiał w stajni, nigdy ją. Nie miał pojęcia kiedy ją znowu zobaczy. Nie licząc pobytu na Guarmie, pierwszy raz rozstawali się na tak długo i było mu z tym nieswojo, ale miał nadzieję, że niedługo znowu będzie mógł jej dosiąść. 

Pogłaskał ją jeszcze po raz ostatni i odwrócił się w stronę wyjścia. John stał przy drzwiach i opierając się o ścianę przyglądał mu się z uśmiechem. Wziąłby go za prześmiewczy, ale za dobrze znał ukochanego i wiedział, że John jest rozczulony tym małym pokazem, który miał okazję oglądać. Ile by się nie naśmiewał z jego miłości do koni, podobała mu się ta strona Arthura, bez względu na żarty.

- Nie będziesz płakał? – zapytał go John. O wilku mowa.

Arthur prychnął i uderzył rozbawionego ukochanego w ramię.

- Możemy ruszać w drogę powrotną – powiedział mu. Powinni ruszać. Ich nowe konie już czekały osiodłane i gotowe do drogi.   

- Jeszcze chwilę – poprosił i podszedł do boksu Old Boya. Arthur przystanął w miejscu i tak jak wcześniej John, obserwował moment pożegnania. – Bądź grzeczny, dobra? I trzymaj formę, będziesz mi potrzebny.

To nie były czułe słowa, ale ton głosu wszystko nadrabiał i przekazywał to, czego nie były w stanie zrobić słowa – będzie tęsknił. John popatrzył ogierowi w oczy i po chwili oparł czoło o jego pysk, szepcząc mu coś jeszcze i z desperacją zaciskają palce na jego grzywie, jakby widział go teraz ostatni raz. Arthur zrobiło się ciepło na sercu i uśmiechnął się, nie mogąc przestać patrzeć. Nic dziwnego, że John też się wcześniej przyglądał.

Jakby mieli już mało powodów do przeżycia tej całej farsy, która rozegra się jutro, teraz mieli jeszcze jeden. Muszą wrócić do swoich ukochanych koni i im też zapewnić na starość spokojne i bezpieczne życie.

Old Boy wyciągnął jeszcze szyję w kierunku Johna, gdy ten odchodził, zwlekając z zabraniem dłoni z jego pyska. Szybko się znowu uspokoił, ale ewidentnie wyczuwał, że jest zostawiany na dłużej.

- Nie będziesz płakał? – zapytał go o to samo Arthur, co ukochany jego.

John szturchnął go łokciem i obaj wyszli przed stajnię, gdzie czekał na nich zadowolony ze sprzedaży właściciel.

- Może chcą panowie jeszcze kupić trochę zapasów? – zaproponował im, wyraźnie licząc na jeszcze jakiś interes. Arthur znał tego człowieka już od wielu tygodni, ale wcale go nie dziwiło, że ich relacja w dalszym ciągu była czysto biznesowa.

- Nie trzeba, mamy wszystko – odpowiedział mu Arthur i wyciągnął pieniądze z torby.

Zapłacił za nowego konia i za miejsce w stajni dla Snowstorm. Niestety musiał też opłacić dalszy pobyt reszty koni. Zostało mu nieco ponad sto dolarów. Gdyby nie wcześniej uzbierane przez Johna pieniądze i potencjalny łup z napadu, uciekaliby praktycznie spłukani. Sto dolarów – dwieście przy dobrych wiatrach – to niewiele, by wykarmić sześć osób przez dłuży czas. Miałby więcej, gdyby nie przekazał części pani Downes i dwóm dłużnikom Straussa.

Nie żałował. I tak mieli z Johnem i resztą większe szanse na przeżycie bez pieniędzy niż tamci ludzie.

Gdy John też już zapłacił i obaj ubrali się cieplej, wsiedli czym prędzej na konie i ruszyli w drogę powrotną do Beaver Hollow. Od razu narzucili szybkie tempo, nie chcąc marnować cennego czasu. Krajobrazy przemijały tak szybko, że nie można się było nimi nacieszyć. Gdy jeszcze mieszkali w Horseshoe i wybierał się tu po raz pierwszy, rozległe tereny przypomniały mu zachód, który musieli chwilowo porzucić. Ilekroć wracał na Ranczo Emerald albo w stronę Valentine, zachwycał się mijanymi widokami, celowo zwalniając, by dłużej się nimi nacieszyć.

Teraz rozglądał się tylko po to, by wypatrywać zagrożeń. Nigdzie już nie byli bezpieczni, ani w Lemoyne, ani w New Hanover. Nie licząc Blackwater, może tylko w okolicach Zachodniego Elizabeth ich nie szukali, ale nie było powiedziane, że nie zaczną po ostatnim napadzie. Jeszcze nigdy nie czuł się tak zaszczuty jak teraz. Złota era bandytów w Ameryce przeminęła, naprawdę nie było już miejsca dla takich ludzie jak oni.

- Zapomniałem spytać – odezwał się niespodziewanie John. Od wyjazdu ze stajni nie zamienili ani słowa. – Gdzie jest Charles? Nie wrócił z Dutchem, a Sadie powiedziała, że pojechał z tobą do rezerwatu Indian.

- I tam został – odparł, odrobinę zawiedziony tym, że Charles ich zostawił. Liczył, że do nich dołączy, nawet z nim o tym rozmawiał, ale nie winił go, że chce pomóc swojemu ludowi. – Pomaga plemieniu się przenieść.

- Dobrze, że ominie go ten cały burdel – wyznał i popatrzył na Arthura. – Choć dodatkowy strzelec by nam się przydał.

- Gdy mu powiedziałem o planie ucieczki, ulżyło mu, że nie zostajemy – opowiedział ukochanemu. – Chętnie by się z nami zabrał, ale tam go bardziej potrzebują. Życzył nam powodzenia i obiecał, że nas odnajdzie, gdy wszystko trochę ucichnie.

- Oby.

Też miał taką nadzieję. Gdy Charles dołączył do gangu, nie spodziewał się, że zostaną takimi bliskimi przyjaciółmi. Szybko znaleźli wspólną nić porozumienia, nie musieli dużo ze sobą rozmawiać, by się rozumieć i polubić. Szanował Charlesa, za jego umiejętności i za to jakim jest człowiekiem.

Ich konie były zdecydowanie szybkie, ale nieprzyzwyczajone do przebywania długich dystansów. Po godzinie musieli zwolnić tempo, którego już nie zwiększyli. Zaoszczędzili już dość czasu, nie ma sensu bardziej męczyć koni.

Pod wieczór dojechali znów na skraj lasu. Najbezpieczniej byłoby przenocować i nie podróżować nocą, ale byli już tak blisko, że chcieli jak najszybciej wrócić do obozu. Zdecydowali się tylko na krótki postój nad brzegiem rzeki Kamassa, by konie zregenerowały siły. Znaleźli miejsce z dala od drogi i usiedli na dwóch głazach, obaj z puszką fasoli w dłoni. Nie jedli od wczoraj, Arthur nie zjadł nawet wiele, tylko kawałek solonej wołowiny, gdy wracał do obozu. Nie jadłby i tego, nie miał ochoty na jedzenie, ale głodówka w obecnej sytuacji byłaby głupim pomysłem, więc trochę się zmuszał.

- Nienawidzę zimnej fasoli – poskarżył się Johnowi, z niechęcią nabierając kolejną porcję na łyżkę, nim włożył ją do ust. Smakowała obrzydliwie.

- Jeśli życie ci niemiłe, to możesz rozpalić ogień – zaproponował John, też krzywiąc się z powodu smaku. – Jak wrócimy do obozu, to zjemy coś porządnego.

- Powodzenia, bez Pearsona będzie ciężko – przypomniał mu, na siłę napychając się konserwą.

- Przynajmniej będę mógł tam odgrzać fasolę – zauważył i spojrzał w częściowo zasłonięte przez drzewa niebo. Słońce wyszło w końcu około pierwszej po południu i świeciło aż do tej pory, powoli zachodząc za horyzont. – Może będziemy mieli szczęście i o drugiej będziemy już na miejscu.

- Bardziej trzecia, może nawet czwarta – poprawił go z pełnymi ustami. – Dutch chce wyruszyć w południe do Saint Denis.

Zostawiało im to naprawdę mało czasu na sen. Oby nie odbiło się to na nich w czasie napadu.

- Co to w ogóle za głupi pomysł? – zapytał go John. – Wszyscy policjanci tam znają nasze gęby, od razu nas rozpoznają.

- Mnie nie pytaj, nie ja wymyślałem ten plan.

Też mu się nie podobał. Wracanie do Saint Denis było wystarczająco ryzykowne w pojedynkę, gdy udawał się tam spotkać z Sadie omawiać plan odbicia Johna. Teraz zamierzali tam wjechać całą grupą. Dutch chyba do końca stracił cały zdrowy rozsądek. Tak jakby nie mogli załatwić tego jak zawsze w przypadku pociągu, zmusić go do zatrzymania się w dziczy. Ukradłby nawet drugi wóz z ropą jeśli byłoby trzeba, teraz byłoby to nawet dziecinnie proste po tej masakrze w rafinerii.

- Będzie dobrze, jak nie zastrzelą nas już po wjeździe do miasta. – John prychnął i pokręcił głową. – Dureń z Dutcha. A z nas jeszcze więksi, bo bierzemy w tym udział.

- Masz lepszy pomysł na zdobycie takiej ilości pieniędzy?

- Nie – odparł pokonany i popatrzył na niego z żalem. – Przepraszam, jestem po prostu zdenerwowany. I wściekły, że Dutch tak lekkomyślnie ryzykuje życie nas wszystkich. Znowu.

W końcu i on zaczął się stresować tym wszystkim. A zestresowany John, to nieznośny John niestety.

- Wiem – przytaknął i przełożył łyżkę do drugiej ręki, by złapać ukochanego za nadgarstek.

Chciał go nieco tym uspokoić, przypomnieć że siedzą w tym razem. John wziął głęboki wdech i popatrzył na jego dłoń, a potem na niego. Arthur był świadkiem momentu, kiedy jego źrenice rozszerzyły się z pożądania. Tylko przez prosty dotyk. 

Tak dawno nie mieli chwili dla siebie. Ostatni raz, wydawało się, wieki temu. Tęsknił za tym, brakowało mu tego, ale nie mogli. Z wielu powodów.

- Myślisz, że mamy czas żeby…

- Obaj śmierdzimy – przerwał mu, nie mogąc oderwać wzroku od wypełnionych żądzą oczu Johna. Przełknął ciężko ślinę. – Jestem pewien, że odstraszamy nawet muchy.

- Zatrzymaliśmy się nad rzeką, czyż nie? – zapytał i wstał, porzucając swoją obrzydliwą kolację. – Chodź. Umyjemy się. Chcę z tobą spędzić ostatnią noc przed napadem.

- Myślałem, że jesteś pewny, że nam się uda – przypomniał, ale mimo to też wstał. – Nagle chcesz poczuć jak to jest po raz ostatni?

- To nie będzie ostatni raz, wiem że nam się uda i jeszcze wiele nocy spędzimy ze sobą w przyszłości. – John stanął tuż przed nim i włożył mu dłonie pod płaszcz, prawie zsuwając mu go z ramion. – Stęskniłem się po prostu za tobą, a gdy zaczniemy uciekać, nie będziemy mieli ani czasu, ani prywatności na takie rzeczy.

- Teraz jeszcze bardziej chcę tego domu tylko dla nas – wyznał i złapał za klamrę pasa z bronią ukochanego, rozpinając ją powoli.

John uśmiechnął się i złapał go za rękę, ciągnąc w stronę rzeki, po drodze porzucając własny płaszcz.  

- Chodź, Morgan – popędził go. – Odświeżmy się trochę.  

Naprawdę nie powinni. Nie tutaj, nie w środku lasu, po którym kręcili się łowcy głów i Pomioty Murphy’ego. I dzikie zwierzęta. Powinni zjeść do końca tę paskudną fasolę, wsiąść na konie i wrócić do obozu. Jeszcze będą mieli czas, by się sobą nacieszyć.

Tylko że nie mogli czekać. Byli spragnieni siebie, chcieli znów poczuć swoje nagie ciała, pocałować się, doprowadzić się nawzajem do rozkoszy. Ciężko było się postawić tym pragnieniom i je zwalczyć. Więc Arthur tego nie zrobił i dał się prowadzić.

- Pierwszy raz widzę cię tak entuzjastycznie idącego do wody – zażartował. Powinien był się ugryźć w język, bo John zatrzymał się nagle tuż przed wodą, ale po chwili okazało się, że zrobił to tylko po to, by zacząć się rozbierać.

Podążył jego przykładem i po chwili obaj byli nadzy. Zostawili ubrania i pasy z bronią przy koniach, z juków zabierając niewielką kostkę mydła. Jedyne co zostawił blisko, to torbę, bo jej zawartość będzie mu niedługo potrzebna.

Arthur wszedł do rzeki, zanurzając się w niej do pasa. Była chłodna, ale kąpał się już w gorszych warunkach. I tak chciał się tylko szybko obmyć, więc od razu zabrał się do roboty. John oczywiście jak zwykle wahał się przed wejściem i podchodził do tego dwa razy, choć prąd był spokojny i na pewno by go nie porwał.

W końcu odnalazł w sobie odwagę, by wejść głębiej, cały czas trzymając się blisko Arthura, który podał mu mydło.

- Dzięki – powiedział John i zaczął się szybko myć, sycząc z zimna ilekroć polewał się wodą.

Choć kąpiel nie należała do najprzyjemniejszych, Arthur od razu poczuł się lepiej, gdy zmył z siebie cały bród ostatnich dni. Było go tyle, że mógłby przysiąc, że zrobiło mu się lżej. Dobrze było znów być czystym po  tylu dniach lepienia się we wszystkich możliwych miejscach, które teraz dokładnie wymył, nie zapominając o żadnym fragmencie ciała.

Jako ostatnie przemył zakurzone włosy i posklejaną brodę, która była już tak długa, że swobodnie mógł za nią złapać. Podczas gdy John nieudolnie nacierał swoje włosy mokrymi dłońmi z odrobiną mydła, nie mając odwagi na nic więcej, Arthur praktycznie zanurzył pod wodę całą głowę, szorując skórę pod włosami tak mocno, aż poczuł ból.

Gdy się wyprostował, biorąc głęboki wdech i wycierając oczy z wody, zauważył że John podszedł w tym czasie bliżej. W pierwszej chwili pomyślał, że może czegoś się przestraszył, ale John szybko ujawnił swoje prawdziwe intencje.

Patrząc Arthurowi w oczy, zanurzył palce w jego przydługie włosy i przyciągnął go bliżej, jednocześnie nachylając się, by go pocałować. Ich usta były już bardzo blisko siebie, gdy Arthur odwrócił głowę. John popatrzył na niego zdziwiony, ale nie zniechęcony, oczy mu wręcz błysnęły, myślał pewnie, że to tylko droczenie. Ponowił próbę, ale gdy mieli się już pocałować, Arthur znów się wycofał i usta ukochanego natrafiły tylko na powietrze.

- Przestań – nakazał mu. John momentalnie puścił jego włosy i odsunął się o krok. 

- Dlaczego? – zapytał wyraźnie zraniony odmową. – Nikogo tu nie ma.

- Jestem zarośnięty jak drwal – wyjaśnił i podrapał się po podbródku. Nie znosił długiej brody, była irytująca i wyglądał w niej gorzej niż bez niej, a to był wyczyn.

John prychnął po usłyszeniu jego wytłumaczenie i ponownie się zbliżył.

- Gdybym chciał czuć gładką skórę podczas całowania, wziąłbym sobie kobietę do łóżka – powiedział nim spróbował po raz trzeci.

Tym razem Arthur pozwolił mu na pocałunek, ale bardzo krótki, bo gdy tylko ich usta się zetknęły, gdzieniegdzie poczuł pomiędzy nimi sztywne włoski zarostu, które psuły całe doznanie i odwracały uwagę od tego, co najważniejsze. Pomimo protestów ukochanego, odsunął się, ledwo wytrzymując jego zawiedzione spojrzenie.

Rozumiał go, wyjątkowo byli sami i tak jak mówił John, nie wiadomo kiedy znów nadarzy się podobna okazja, ale raczej nieprędko. Nie gdy będą podróżować z trzema kobietami i dzieckiem, uciekając przy okazji przed prawem.

- Taka broda, to za dużo nawet dla mnie – powiedział mu i odgarnął wstrętne kłaki z ust.

- Mogę cię ogolić – zaoferował niemal natychmiast John.

- Masz ze sobą brzytwę? – zapytał sceptycznie, nieco tym zdziwiony. Kto normalny, do licha, nosi ze sobą brzytwę w krótkiej podróży?

John wzruszył ramionami.

- Nigdy nie wiesz kiedy się przyda – odparł i zrobił już pierwszy krok w stronę brzegu. – Nadaje się też do obrony.

Pewnie nie powinni tracić czasu na takie pierdoły, ale skoro i tak zatrzymali się już żeby się umyć i przespać ze sobą, zamiast wykorzystać cenny czas na odpoczynek, to mogą poświęcić dziesięć dodatkowych minut na golenie. Z radością skróci brodę, w obecnej sytuacji ucieszy się z tego nawet bardziej niż ze stosunku.

- Niech ci będzie – zgodził się, odwzajemniając ucieszony uśmiech Johna.

- Usiądź na kamieniu, zaraz wrócę – polecił i pospiesznie wyszedł z rzeki. Trudno było powiedzieć, czy zrobił to tak szybko, bo bał się wody, czy po prostu chciał normalnie pocałować Arthura, który posłusznie przysiadł na kamieniu zaraz przy korycie rzeki. John wrócił już po chwili. – Ufasz mi?

- Bezgranicznie – odparł i rozchylił nieco nogi, by John mógł pomiędzy nimi swobodnie stanąć, brodząc po kostki w wodzie.

- Dobrze, bo nie jestem zbyt dobry z brzytwą – zażartował i użył mydła, by skóra oraz zarost były bardziej śliskie. – Nie obraź się jeśli poderżnę ci gardło.

Arthur prychnął w odpowiedzi i zamknął oczy, ufając ukochanemu kompletnie. Nawet się nie wzdrygnął, gdy John po raz pierwszy przyłożył ostrze brzytwy do jego twarzy. Nie miał się czego bać, osobiście nauczył go jak się golić.

John ostrożnie i powoli naciął pierwsze, gęste włosy, ścinając je kawałek po kawałku. Brzytwa była ostra, ale nie było dzięki temu łatwiej, nie przy takim zaroście. Co chwilę trzeba ją było oczyszczać z włosów, które zostawały na niej wraz z pianą, ale Arthur czuł z każdą kolejną sekundą, że jest ich coraz mniej, a jego skóra może znowu oddychać.

Kompletnie znieruchomiał na czas golenia, unosiła się tylko jego klatka piersiowa. John na wszelki wypadek trzymał go palcami za podbródek, obracając jego twarz tak, by mieć jak najlepszy dostęp do golonego akurat miejsca i naciągając skórę gdy tego potrzebował.  

Miał twarz Arthura na idealnej dla siebie wysokości, znajdował się nieco niżej od niego, nie musiał się więc pochylać, dlatego Arthur był trochę zdziwiony, gdy w pewnym momencie poczuł oddech ukochanego na nagim już policzku.

Zaciekawiony otworzył jedno oko i zauważył, że John przygląda się z bardzo bliska i z uwagą ogolonemu miejscu, nim mruknął zadowolony i obrócił jego twarz w drugą stronę, zabierając się za drugi policzek.

- Nigdy cię nie zapytałem, jak się teraz golisz z tymi bliznami – wymamrotał Arthur, starając się nie poruszać za bardzo szczęką. Oczy miał na powrót zamknięte i po prostu poddawał się ukochanemu.

- Nie gadaj, bo cię zatnę – ostrzegł, z premedytacją dociskając mu żuchwę do reszty czaszki, by nie mógł mówić.

- Nie zatniesz – udało mu się mimo to powiedzieć, ale nie odezwał się więcej.

Przez jakiś czas było słychać tylko chrobotanie brzytwy, gdy John pewną ręką przesuwał ją po skórze, zaraz przy uchu Arthura, który zadrżał. Robiło mu się gorąco od tej bliskości i całej sytuacji. Czuł zapach ukochanego otaczający go zewsząd oraz ciepło nagiego ciała, tak bliskie jego własnego.

- Na samych bliznach włosy nie rosną – odpowiedział mu w końcu John. Arthur znów uchylił powieki, by na niego spojrzeć. W ostatniej chwili powstrzymał się przed uśmiechnięciem, gdy zobaczył, że ukochany ma w skupieniu wystawiony język. – Trochę się muszę namęczyć, żeby ściąć włosy wokół nich, ale nie jest to znowu takie trudne.

Mruknął w odpowiedzi, dając znać, że zrozumiał. Na tym skończyła się ich rozmowa. John w milczeniu kontynuował golenie, delikatnie ścinając kolejne włoski, które następnie zgarniał kciukiem. Oddech Arthura przyspieszył pod wpływem tego dotyku, a palce bezwiednie zaciskał na kolanach, nie wiedząc co innego mógłby złapać, gdy z każdą kolejną chwilą było mu coraz goręcej, a cała skóra drżała jak w febrze, zwłaszcza tam, gdzie John akurat go dotykał.

Stał naprawdę blisko, jego nogi ocierały się przy najmniejszym ruchu o uda Arthura, który starał się zachować spokój póki brzytwa była tak blisko jego gardła. Nigdy nie przypuszczał, że golenie może być takie podniecające, ale też nigdy wcześniej nie golił go John.

Przez moment popatrzyli na siebie, gdy trzeba było oczyścić brzytwę i nanieść więcej mydła. Oczy Johna były niemal czarne, źrenica zlewała się z brązem tęczówek. Zaparło im obu dech w piersi, gdy tak wpatrywali się w siebie, nim John pierwszy odwrócił wzrok.

- Napnij skórę nad górną wargą – poprosił i odkaszlnął z powodu nagłej suchości w gardle.

Arthur wykonał polecenie, chwilę później wstrząsnął nim silny dreszcz, gdy John położył dwa palce na jego wargach. Nie mogąc się powstrzymać, wystawił język i liznął je oba, gdy John miał już przyłożyć brzytwę. Nie spodziewał się tego, ręka mu zadrżała, z ostrzem tuż przy skórze. Zaskoczony wstrzymał oddech i popatrzył zirytowany na Arthur, który uśmiechnął się złośliwie.

- Napnij, powiedziałem – upomniał go John po odzyskaniu z powrotem oddechu.

Potrzebował chwili, by się opanować, ale zrobił o co został poproszony, a John szybko uwinął się ze zgoleniem mu wąsów, nim zabrał się za podbródek. Arthur wreszcie nie czuł włosów w ustach i zadowolony oblizał wargi, gdy John wypłukiwał ostrze, zapewniając mu przy okazji przyjemny widok. Nie był nawet pewny, czy to nie dlatego zwilżył usta.

- Głowa do góry. – John trącił go palcem w podbródek, a Arthur natychmiast zadarł głowę, odsłaniając szyję.

Serce mu waliło jak oszalałe, gdy poczuł zimne ostrze brzytwy tuż przy tętnicy. Nie ze strachu, z podniecenia. Uniósł rękę i oparł ją na biodrze Johna, ściskając je mocno, gdy dotyk brzytwy poczuł aż w podbrzuszu, gdzie nagle wszystko się zacisnęło. Raz po raz, John przejeżdżał ostrzem po delikatnej skórze i Arthur za każdym razem dostawał dreszczy, tym intensywniejszych im dłużej to trwało. A trwało długo, bo John się nie spieszył, ostrożny by go nie zranić tam, gdzie narobiłby największych szkód.

Powoli przesuwał brzytwą od góry do dołu, cal po calu, trzymając podbródek Arthura palcami, by nie ruszył przypadkiem głową. Jego dotyk był jednak tak delikatny, że gdyby nie należał do niego, Arthur nawet by go nie poczuł, a tak czuł go bardzo wyraźnie, podobnie jak gorąco skóry w miejscu, gdzie stykały się z nią palce.

Mógłby w dowolnym momencie się uwolnić gdyby chciał, ale sama obecność dłoni ukochanego trzymała go w miejscu i zniechęcała do ruchu lepiej niż najpewniejszy chwyt.  Nie pozwalała mu nawet drgnąć, gdy z ufnością odsłaniał gardło przed jego ostrą brzytwą.

Gdy John przeciągnął ostrzem po skórze po raz ostatni, Arthur przełknął ciężko ślinę, wprawiając w ruch grdykę po raz pierwszy od kilkudziesięciu sekund. Powoli opuścił głowę i wypuścił z drżeniem powietrze, wciąż nie panując nad oddechem.

John dalej stał pomiędzy jego nogami, bawiąc się brzytwą i czekając na werdykt. Arthur potarł więc policzki i podbródek dłonią, czując pod palcami wyłącznie krótką i drapiącą szczecinę, tak jak lubił. Nareszcie nie czuł się jakby miał na brodzie coś obrzydliwego.

Uśmiechnął się z wdzięcznością do ukochanego, który wyciągnął dłoń w stronę jego twarzy i też sprawdził długość zarostu, mrucząc przy tym  z aprobatą. Na tym nie skończył jednak podziwiać efektów swojej pracy. Gdy parokrotnie przejechał drżąca dłonią po drapiących włoskach, znów złapał Arthura za podbródek i odwrócił jego twarz najpierw prawym policzkiem do siebie, a potem lewym, przyglądając im się krytycznie.

Arthur złapał go bez ostrzeżenia za nadgarstek, aż John podskoczył i popatrzył na niego wielkimi oczami. Utrzymując kontakt wzrokowy, odsunął dłoń ukochanego od swojej twarzy i ucałował jego palce. Drugą ręką zabrał mu brzytwę, odrzucając ją na ślepo za siebie, nim ujął policzek Johna i przyciągnął go do czułego pocałunku, pogłębiając go gdy tylko wargi rozchyliły się przed jego językiem. Nic mu tym razem nie zepsuło wrażeń.

John jęknął cicho. Wolną rękę wplótł we włosy Arthura i usiadł mu na kolanach, z ochotą odpowiadając na pocałunek. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że obaj są twardzi.

Puszczając nadgarstek ukochanego, Arthur przeniósł dłoń na jego biodro i popchnął go w bok, chcąc zmienić ich pozycje. John w pierwszej chwili nie zareagował, zbyt skupiony na całowaniu go, co robił coraz zachłanniej, spragniony intymności.

Trzymając go teraz za włosy obiema rękami, John przesunął się w końcu tam, gdzie Arthur tego chciał i nie przerywając pocałunku nawet na chwilę padł na trawę, a on zawisł nad nim, dłonią przejeżdżając mu od brzucha aż do szyi, rozkoszując się dreszczami ukochanego, gdy trącił jeden z jego sutków.  

- Mam nadzieję, że nie przyciągniemy tym żadnego kuguara – wyszeptał Arthur, odrywając się od ust Johna, momentalnie za nimi tęskniąc.

- Przynajmniej nie poczujemy bólu – odparł i znów złączył ich wargi w krótkim, ale intensywnym pocałunku, który pozostawił ich tylko z ochotą na więcej. – To byłaby piękna śmierć.

Arthur uśmiechnął się i powrócił do całowania Johna, dotykając go gdzie tylko mógł by nasycić się nim na najbliższe tygodnie.  

- Musimy się z tym pospieszyć – przypomniał z żalem ukochanemu, gdy przechodził z pocałunkami na szyję, którą John hojnie mu oferował. – I być tak cicho jak tylko możemy. Dasz sobie radę, chłopcze?

- Tak, proszę pana – odparł z westchnieniem, rozkładając bezradnie ręce na boki.

- Dobrze – pochwalił i wyciągnął się nad Johnem, by sięgnąć do torby, która leżała nieopodal. Wyjął ze środka niewielką, cynową puszkę i odkręcił ją, nakładając na palce wazelinę.

- Tym razem jesteś przyszykowany – zauważył z uśmiechem John, ochoczo rozkładając przed nim nogi.

Przez moment, Arthur miał problem ze skupieniem się. Po odsiadce w więzieniu, John dalej był chudszy niż być powinien, ale trochę doszedł już do siebie, a wraz z nim jego mięśnie, które teraz mógł podziwiać przy nikłym świetle zachodzącego słońca.

Naprawdę żałował, że nie mieli więcej czasu, by móc nacieszyć się tym widokiem, dotknąć i obcałować każdy fragment skóry ukochanego, sprawić mu jak największą rozkosz. Bardzo chciał zaryzykować, ale już wystarczająco kusili los robiąc to w takim miejscu, odsłonięci ze wszystkich stron i zupełnie bezbronni, bo ich bronie zostały przy koniach.

Nie mogli się jednak oprzeć, ostatni raz kiedy spali ze sobą, było krótko po przybyciu do Clemens Point. Potem zadziało się tyle rzeczy na raz, że nie mieli czasu na nic więcej poza tęsknymi pocałunkami tu i ówdzie. Stęsknili się za sobą za mocno, by teraz przegapić taką okazję.

- Staram się ją teraz zawsze nosić przy sobie – wyjaśnił, rozcierając wazelinę między palcami, by dobrze je nią pokryć i przy okazji rozgrzać.

Ani na chwilę nie odrywając oczu od Johna, patrzył jak ukochany układa się wygodnie, nie szczędząc własnych spragnionych spojrzeń. Chciał dotknąć Arthura równie mocno, co on jego, przedłużyć tę chwilę i Arthur prawie się na to zgodził, opamiętując się w ostatniej chwili.

Uklęknął pomiędzy rozłożony nogami Johna i jeszcze bardziej je rozchylił, wsuwając palce pomiędzy jego pośladki. John odetchnął głęboko w odpowiedzi na dotyk, ale poza tym był cicho i cały czas obserwował Arthura spod przymkniętych powiek.

- Chciałbym, żebyśmy mieli więcej czasu – powiedział na głos to, co siedziało im obu w głowach. Arthur usiadł okrakiem na jego prawej nodze, pochylił się nad nim i pocałował go, wsuwając w niego pierwszy palec i pochłaniając jęk, który wyrwał mu się z gardła. – Robimy to zdecydowanie zbyt rzadko.

Czoło Johna było zmarszczone, a całe ciało spięte z powodu dyskomfortu. Arthur pocałował go jeszcze raz, starając się go rozproszyć ustami, bo w tej pozycji nie mogąc użyć drugiej ręki. A chciał. Chciał tego tak bardzo, poczuć twarde mięśnie pod palcami, owłosioną pierś. Chciał objąć Johna, całować go aż zabraknie im obu tchu, powoli doprowadzić do takiej rozkoszy, aż zacznie drżeć i nie będzie w stanie hamować nawet najcichszych jęków i westchnięć. Aż będzie błagał o koniec.

Chciał ich obu doprowadzić do takiego stanu, że zapomną o wszystkim tylko nie o sobie nawzajem, zatraceni w swoich objęciach i kolejnych pocałunkach, a już po wszystkim będą zbyt zmęczeni, by nawet kiwnąć palcem.

Chciał wrócić do dnia, kiedy byli w chatce w górach, tylko oni dwaj. 

- Już niedługo będziemy to robić wystarczająco często – zapewnił go, poruszając palcem szybko, nie mając czasu na delektowanie się tym, jak ciasny jest John po tak długiej przerwie.

- Może tak często, że nie będziesz mnie musiał rozciągać następnego dnia – zasugerował i skrzywił się z bólu. Arthur zwolnił nieco. Musieli się spieszyć, ale nie było powodu, by John przez to niepotrzebnie cierpiał. – Zazdroszczę kobietom. Są mokre na zawołanie.

- Widać, że nie byłeś ze zbyt wieloma kobietami – zaśmiał się cicho Arthur, dokładając drugi palec.

John ugryzł się w rękę, by nie jęknąć, ale głośnego sapnięcia już nie był w stanie powstrzymać. Jego klatka piersiowa unosiła się szybko i gwałtownie, czerwona od rumieńców, pośród których wyróżniały się białe blizny po licznych ciosach nożem czy jedna po kuli. Arthur patrzył na to wszystko jak zahipnotyzowany, niczego nie pragnąc teraz bardziej niż skosztować tego pięknego ciała, oferowanego tylko jemu.

- Spałem z wieloma, dziękuję za troskę – odparł obrażony, rozluźniając się nieco.

- Prostytutki, które odpowiednio się do tego przygotowują się nie liczą – droczył się z nim dalej Arthur. Miał nadzieję, że to tylko pomoże mu lepiej znosić pośpiech, bo znów narzucił szybsze tempo.

- Liczą się – upierał się, z każdą chwilą oddychając coraz ciężej.

Arthur zaśmiał się i pochylił, obejmując ustami jeden z sutków ukochanego. John syknął i złapał go szybko za włosy, szarpiąc za nie, ale nie odciągając jego głowy od siebie, tylko przyciągając jeszcze bliżej.

- Szlag, Arthurze – westchnął z rozkoszą.

To miało trwać tylko chwilę, nie dłużej, ale gdy już zaczął ssać brodawkę, Arthur nie mógł przestać. Nie gdy John wił się przez to pod nim coraz mocniej, wypychając pierś do góry. Jego ciało było rozgrzane, pokrywało się potem, a nogi wierzgały nieco, aż w końcu John otarł się kolanem o jego męskość.

Arthur jęknął, oderwał się od sutka i popatrzył w zamglone oczy ukochanego. John uśmiechnął się wrednie i znów ruszył nogą, wywołując u niego dreszcz i prawie znów doprowadzając go do jęku.

- Grabisz sobie, chłopcze – ostrzegł go, ale nie zrobił nic, by mu przerwać tylko sam zaczął poruszać biodrami, nadstawiając się do ruchów Johna. Było mu tak dobrze w tej chwili, prawie zapomniał, że byli w lesie i nie mieli czasu na zabawy.

- Zawsze tak reagujesz, gdy ktoś robi dla ciebie coś miłego? – zapytał John i zacisnął mocno zęby na dolnej wardze, gdy Arthur trafił go palcami w czuły punkt.  

- Tylko gdy ten ktoś kusi mnie czymś, czego nie mogę w danej chwili mieć – odparł, przez chwilę wyobrażając sobie Johna klęczącego między jego nogami, pieszczącego go dłońmi i ustami jednocześnie, podczas gdy on trzymałby go za włosy, by nie wchodziły mu w drogę i żeby móc czasami za nie szarpnąć, tak jak ukochany lubił najbardziej.

Następnym razem od tego właśnie zaczną.

Poczuł przyjemny dreszcz przebiegający mu po plecach na samą myśl o tym. Ochoczo wypchnął biodra do przodu, ocierając się jeszcze raz o nogę Johna i całując go z pożądaniem. Od razu poczuł ramiona obejmujące go za szyję, palce we włosach i język błagający o dostęp do ust, którego udzielił, wzdychając z zadowoleniem, gdy John zaczął pieścić jego własny, dopóki nie oderwali się od siebie, nieco bez tchu, ale pobudzeni bardziej niż jeszcze przed chwilą.

- Nie mieliśmy się spieszyć? – zapytał go John, znów kładąc ręce na trawie.

Arthur rozejrzał się niespokojnie po okolicy, ale ich dotychczasowa aktywność nie ściągnęła żadnych zwierząt ani ludzi. Był wręcz pewien, że cała fauna wyniosła się z okolicy, gdy tylko zwęszyła co się dzieje.

- I kto teraz narzeka? – odparł złośliwie i pocałował Johna jeszcze jeden raz, nie mogąc się powstrzymać.

Wyjmując palce, przeniósł się z powrotem pomiędzy uda ukochanego, który poruszył się zniecierpliwiony, wpatrzony w niego szeroko otwartymi oczami i oddychając ciężko przez usta. Arthur znów miał ochotę go pocałować, ale tym razem się powstrzymał i zamiast tego sięgnął po wazelinę, pokrywając nią szybko swoją męskość.

- Gotowy? – zapytał jeszcze, pochylając się nad członkiem ukochanego i biorąc go do ust na krótką chwilę, ssąc główkę i cudem powstrzymując się przed wzięciem go całego.

- Zawsze jestem – zapewnił drżącym głosem i pozwolił sobie unieść biodra, tak że spoczęły na kolanach Arthura, którego oplótł nogami w pasie.

Nieważne ile razy to robili, zawsze czuł równie silną ekscytację, gdy miał już wejść w Johna. To było jedno z najlepszych doznań, jakich doświadczył w życiu i tym razem nie było inaczej. Przed zamknięciem oczu i rozkoszowaniem się tym momentem połączenia, powstrzymał go tylko widok Johna, który przestał być w końcu cichy. Jęknął głośno i gardłowo, wbijając palce w miękką ziemię i zaciskając je na źdźbłach trawy, aż wyrwał je wraz z korzeniami.

- Arthur – wyjęczał, co od razu rozniosło się echem po lesie.

Nigdy nie znudzi mu się słuchanie własnego imienia z ust ukochanego, gdy ten był w takim stanie. Z trudem dusząc w sobie własny jęk, Arthur wszedł do końca i znieruchomiał, bardzo chcąc się poruszyć. John był na nim zaciśnięty tak mocno, że ledwo myślał o czymkolwiek innym niż otaczającym jego męskość cieple, tej cudownej ciasnocie, w którą chciał wchodzić raz po raz, ocierając się o nią z każdym, nawet najmniejszym ruchem.

Ale zanim będzie mógł to zrobić, musiał najpierw uciszyć Johna, który objął go mocniej nogami, próbując go poczuć jeszcze głębiej w sobie.

- Cii – upomniał go. Puścił biodra ukochanego i podpierając się na rękach, zawisł nad nim i ucałował go w kącik ust. – Musisz być cicho, Johnny boy.

Wycofał się powoli, czując jak ciało Johna zaciska się na nim mocniej w odpowiedzi, próbując go w sobie zatrzymać. 

- Nie mogę. Wiesz, że nie potrafię – wysapał szybko i z desperacją, jęcząc znowu, gdy Arthur wysunął swoją męskość prawie w całości. – Arthurze…

- Cii – powtórzył i wszedł w niego szybko z powrotem. John otworzył usta, ale jęk nie wydostał się nigdy z gardła. – Właśnie tak.

Zaczął się poruszać stałym rytmem, drżąc za każdym razem, gdy wchodził do końca, a ciało Johna zaciskało się mocno na jego męskości.

- Arthur… - wyjęczał cicho.

- Jeśli nie będziemy cicho, znajdą nas – przypomniał mu, nachylając się nad nim jeszcze bardziej. John popatrzył mu błagalnie w oczy. Na ten widok, Arthur poczuł ścisk w żołądku i przyspieszył ruchy. –  Nawet nie wzdychaj zbyt głośno.

- Nie potrafię – wysapał, odchylając głowę, z czego Arthur natychmiast skorzystał, całując go po szyi.

- Potrafisz – wymamrotał i przejechał językiem aż do ucha ukochanego. – Wiem, że potrafisz. Zrób to dla mnie, Johnny, proszę.

John pokręcił głową, uciszanie się sprawiało mu spore problemy, co tylko bardziej podniecało Arthura i zachęcało do mocniejszych pchnięć, na które ukochany nie potrafił odpowiedzieć inaczej jak tylko jękiem. Schlebiało mu to.

- Arthur…

- Cii. – Będzie to powtarzał tak długo, aż nie trzeba tego będzie Johnowi przypominać. – Cicho, Johnny, cicho.

Przyspieszał coraz bardziej. Widok ledwo kontrolującego się Johna, wijącego się z rozkoszy, której nie mógł okazać w najlepiej sobie znany sposób, doprowadzał go do szaleństwa. Wiele by dał, by pozwolić mu być głośnym, słyszeć każdy jęk i krzyk jaki u niego wywoływał, ale ta wymuszona cisza też miała swoje zalety, a ryzyko przyłapania dodawało dreszczyk emocji.

John robił co mógł, by spełnić jego prośbę i go zadowolić. Zagryzał usta, dłoń, hamował się jak tylko potrafił, ale co jakiś czas wciąż wyrywał mu się z gardła jęk, którego nie stłumił dość szybko. Zawsze patrzył wtedy przerażony na Arthura, jakby ten miał zaraz przestać w ramach kary.

Arthur nie miał takiego zamiaru. To był zbyt wspaniały widok, by go stracić. Ilekroć John mimowolnie robił się głośny, Arthur czuł mocny skurcz w podbrzuszu. John nie potrafił się z nim kontrolować. Nie gdy go do tego nie zachęcał pochwałami. Świadomość, że nawet bardzo skupionego potrafił doprowadzić ukochanego do jęku ot tak, niespecjalnie się starając, napawała go nieopisaną dumą.

- Cichutko, skarbie – przypomniał mu, gdy kolejny jęk był nieco za głośny. Następny znowu taki był, tym razem w odpowiedzi na jego słowa, ale ten po nim był już cichszy, a za czwartym razem nie było żadnego. – Właśnie tak, dobry chłopiec, cii.

- Szlag – przeklął i na ślepo sięgnął po puszkę z wazeliną, niezgrabnie nabierając nieco na dłoń, którą zaczął szybko pocierać swoją męskości. – Arthurze… Mocniej.

- Cii – uciszył go znowu i syknął, gdy poczuł silniejszy ucisk na swoim członku.

Przestał się podpierać na jednej z rąk i otrzepał nieco dłoń z ziemi, po czym wsunął ukochanemu dwa palce do ust, gdy ten miał znowu jęknąć.

John i tak to zrobił, ale dźwięk był przytłumiony, a po chwili i zastąpiony przez mlaskanie, gdy zaczął ssać palce, wpatrując się przy tym centralnie w Arthura, który poczuł jak fala gorąca przetoczyła się przez jego ciało.  

- Widzisz? – odezwał się zdyszany i uśmiechnął. – Potrafisz być cicho. Bardzo ładnie, Johnny, jestem z ciebie dumny. Cichutko, cichuteńko.

Następne pchnięcie było mocne, wymierzone idealnie w ten jeden punkt, który zawsze doprowadzał Johna do krzyku. Arthur sam musiał się uciszyć, gdy ukochany wygiął się w łuk, bezradnie zaciskając dłoń na jego ramieniu, drugą pieszcząc swoją męskość w desperackim tempie.

Nawet nie pisnął. Otworzył szeroko usta i wstrzymał oddech, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku, tylko wypuścił z drżeniem powietrze. Arthur patrzył na niego w zdumieniu, jak z zapałem ssie jego palce, jakby były czymś innym. Włosy kleiły mu się do czoła z tego całego wysiłku, oczy miał mocno zamknięte, a całą twarz pokrywał intensywny rumieniec sięgający nawet do klatki piersiowej, gdzie sutki aż prosiły się o trochę uwagi. Zaparło mu dech w piersi na ten widok.

Powoli wyciągnął palce z ust Johna, który pozostał cicho, choć Arthur wchodził w niego mocno i szybko, nie dając ani chwili wytchnienia. Przejechał nimi od podbródka, po szyi, aż do piersi, zataczając niewielkie okręgi wokół jednego z sutków, ale nie dotykając go.

John zakwilił cicho, prawie niesłyszalnie. Arthur popatrzył na niego i zobaczył desperację w jego oczach.

- Chcę być głośny – wysapał i na chwilę odrzucił głowę do tyłu przy mocniejszym pchnięciu. – Pokazać ci jak mi dobrze.

Rozumiał go doskonale, też nie znosił być cicho, hamować się. Zawsze chciał pokazywać partnerom, że jest mu z nimi wspaniale, nie ukrywać nic. Teraz nie mieli takiego luksusu.

- Wiem, że ci się podoba – zapewnił go i złapał za brodawkę, pocierając ją parokrotnie. John stęknął i zadrżał. Był blisko, Arthur także. – Niedługo będziemy mogli być tak głośno jak tylko zechcemy. Ale teraz musisz być cicho. Możesz to dla mnie zrobić?

- Spróbuję – obiecał zachrypnięty, prawie jęcząc te słowa.

- Chcesz znowu zająć czymś usta? – zapytał i już położył oba palce na wargach ukochanego.

- Poproszę – wyszeptał i sam wziął je do ust, na powrót zaczynając ssać. Teraz to Arthur zadrżał i znów poczuł mocny skurcz w podbrzuszu.

- Dobry chłopiec – pochwalił. Jego palce stłumiły kolejny jęk, nad którym John nie mógł zapanować. –Cii. Cii. Dobrze się spisałeś, skarbie.

Ruchy Arthura powoli nabierały jeszcze większego tempa, choć bardzo chciał sprawdzić, jak długo John będzie w stanie być tak cicho, kiedy w końcu go złamie. Chciał go męczyć tak długo, aż nie będzie miał wyjścia i dojdzie z krzykiem.

Kiedyś, postanowił i zabrał palce z ust ukochanego, by złapać go mocno za uda obiema rękoma, pewny że po wszystkim zostawi na nich ślady. John pozostał cicho, nawet gdy zaczął w niego wchodzić mocniej i szybciej, zdesperowany by obaj doszli.

John znów zacisnął jedną z dłoni na trawie, drugą dalej pocierając swoją męskość, aż zaczął bezwiednie próbować wypychać biodra w górę. Arthur mu na to nie pozwolił, trzymając go mocno i przyciągając na siebie, nabijając go mocno na swojego członka.

Skurcze były coraz silniejsze, całe jego ciało napinało się i rozluźniało się, gdy gonił za swoim spełnieniem, wpatrzony w pochłoniętego rozkoszą i cichego Johna jak w dzieło sztuki jakiegoś renesansowego mistrza. Ale w przeciwieństwie do dzieł Michała Anioła czy Botticielliego, ten obraz był wystawiony do podziwiania tylko dla niego.   

Gdy zaczął cały się trząść i tracić rytm, wiedział już, że długo nie wytrzyma. Nie gdy miał taki widok przed oczami. Gorąco w podbrzuszu zrobiło się nie do zniesienia, w głowie szumiało, a serce niemal galopowało mu w piersi, czuł każde jego uderzenie, gdy rozkosz wypełniała każdy kawałek jego ciała, jeden po drugim.

John wyczuł zmianę w rytmie i popatrzył na niego nieobecnym wzrokiem, sapiąc i dysząc, bezradnie ryjąc palcami w ziemi, gdy próbował się czegoś złapać, jakby nie mógł bez tego wytrzymać. Gdy ich spojrzenia się spotkały, nie przerywając tego kontaktu wzrokowego, Arthur wszedł w ukochanego mocniej. John zesztywniał cały w jednej chwili, jego ręka zamarła, a usta otworzyły się szerzej w bezdźwięcznym jęku, gdy doszedł nagle i intensywnie.

- Dobry chłopiec – wystękał Arthur, nie mogąc wytrzymać tego jak ciało Johna zacisnęło się na jego męskości, a nogi na biodrach, jakby chciał je nimi połamać.

Udało mu się wykonać jeszcze tylko kilka pchnięć i ostatni raz spojrzeć na będącego w błogim stanie ukochanego, nim zamknął oczy i pochylając głowę jęknął głośno, dochodząc wewnątrz niego.

Przez moment zrobiło mu się biało przed oczami i potrzebował chwili, by dojść do siebie, zwłaszcza uspokoić oddech. Miał nawet wrażenie, że zaraz się udusi, ale kilka głębokich wdechów załatwiło sprawę i mógł oddychać normalnie, choć nadal szybko.

Drżącymi rękoma ostrożnie opuścił biodra Johna na ziemię, którego nogi opadły bezwładnie, gdy przestał go nimi oplatać. Wciąż był zasapany tak jak Arthur, leżał bez sił na trawie, z rękoma przy głowie i ciężko oddychał wpatrując się w korony drzew nad nimi. Przez całą długość klatki piersiowej, która unosiła się i opadała gwałtownie, ciągnęły się strużki i krople nasienia, które dotarły aż do szyi.

Arthur z trudem podpierając się na rękach, pochylił się nad nimi i zlizał odrobinę. John westchnął głośno i popatrzył na niego, nim z uśmiechem przyciągnął go za włosy do głębokiego pocałunku.

Mrucząc z zadowolenia, skubnął parę razy wargę ukochanego zębami nim przeniósł się z ustami na lewy policzek, który pocałował raz i drugi, by po chwili otrzeć się o niego swoim, drapiąc ogoloną skórę własnym zarostem.

John zaśmiał się cicho, przeciągając się pod nim i rozciągając spięte mięśnie.

- Jęknąłeś – zauważył z satysfakcją w głosie. Arthur zmrużył oczy i popatrzył na niego spod byka, ale John tylko znów się zaśmiał. – Głośniej niż ja w jakimkolwiek momencie.

Nawet nie miał jak zaprzeczyć, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie powstrzymał się w kluczowym momencie. John pewnie będzie mu to wypominał jeszcze bardzo długo, ale jakoś to wytrzyma. Mimo wszystko był dumny z ukochanego, że tak dobrze nad sobą panował, choć na pewno nie było to dla takiej zwykle wokalnej osoby łatwe. Sam przecież miał z tym problemy.

Część zasług za sukces Johna brał na siebie. Gdyby mu nie przypominał o byciu cicho, pewnie już dawno ściągnęliby do siebie wszystkich łowców głów i każdą wygłodniałą pumę z okolicy.

- Chodź – powiedział i wstał, podając rękę ukochanemu. – Obmyjmy się znów szybko i wracajmy do obozu.

Nie chciał tu zostawać ani minut dłużej. W pewnym momencie przestał zwracać uwagę na otoczenie i choć wątpił, że ktoś się do nich zakradł, to i tak nie chciał ryzykować zostawania zbyt długo w jednym miejscu.

- Chciałbym, żebyśmy mogli uciec już teraz – wyznał John, podążając za nim do rzeki.

To byłoby wręcz dziecinnie łatwe, odwrócić się i odjechać w siną dalej. Dopiero potem zaczęłyby się schody.

- Ja też – odpowiedział i znów i podał mu rękę, by szybciej przekonać go do wejścia do wody niż ostatnio. – Niedługo.

- Już jutro – przypomniał podekscytowany, pospiesznie zmywając z siebie nasienie, swoje i Arthura.

Już jutro. Nie mógł się doczekać.

Narzucili na wciąż mokre ciała czyste ubrania, które wozili ze sobą. Arthur wolałby jechać nago niż założyć z powrotem te przepocone szmaty, które nosił od kilku dni.

Czuł się trochę spokojniejszy po spędzeniu kilku intymnych chwil z Johnem. Tego mu było trzeba. Nadal martwił się tym, co stanie się jutro i w przyszłości, ale chociaż przez jakiś czas cała ta presja nie będzie na nim dążyła jak do tej pory.

John też wyglądał na rozluźnionego. Swobodnie siedział w siodle, co jakiś czas nawet się uśmiechał, zwłaszcza gdy odwracał się w stronę Arthura, który nie mógł się powstrzymać i odwzajemniał każdy uśmiech, bez wyjątku.

Chciał zapamiętać tę chwilę, póki wciąż mieli okazję być jako tako radośni i beztroscy. Podobnie jak ze wszystkim innym, nie mieli pewności, kiedy znowu się taka okazja powtórzy.

Noc w lesie zawsze zapada wcześniej. W jednej chwili widzieli jeszcze wszystko, a w następnej pochłonęła ich ciemność. Konie odmówiły posłuszeństwa momentalnie, zatrzymując się gdy i dla nich zrobiło się za ciemno. Nieważne co robili nie mogli ich zmusić do ruszenia.

- Co teraz? – zapytał John. – Nie możemy tu zostać do rana.

Miał rację, coś takiego nawet nie wchodziło w grę, musieli dotrzeć do obozu przed świtem. Byli już stosunkowo blisko, nim się ściemniło zdążyli pokonać większą odległość niż w drugą stronę, zostało im co najwyżej pięć godzin drogi w kompletnych ciemnościach. Byłoby znacznie krócej, gdyby konie mogły galopować.

- Nie wiem – przyznał. Nie miał idealnego rozwiązania tej sytuacji, bo nie było takiego. Co by nie wybrali, ryzykowali życie w każdym przypadku. Wszystko rozstrzygało się już tylko pomiędzy tym, co będzie bardziej niebezpieczne.

- Musimy oświetlić sobie drogę – powiedział mu John. – Rozjaśni się około czwartej, zdążymy na czas do obozu, ale będziemy kompletnie wyczerpani. Nie ma mowy, że zaśniemy w takich ciemnościach, nie mogąc nawet rozpalić ognia do ochrony. 

- Wiem – zgodził się z nim. Nawet nie mógł na niego spojrzeć, ale po głosie słyszał, że jest niespokojny. Cały spokój, który udało im się uzyskać przepadł w jednej chwili. – Psia krew. Wyciągamy tylko jedną lampę. I jedziemy tak szybko jak się da.

Ostatnim razem taka strategia się sprawdziła, ale był wtedy sam, mógł udawać samotnego jeźdźca. Dwójka podróżnych wzbudzała większe zainteresowanie. 

John odczepił lampę przy swoim siodle i zapalił ją. Skrawek lasu wokół nich tonął teraz w pomarańczowym blasku, pozwalając w końcu zobaczyć drogę. Byli widoczni z daleka, wystawieni dla każdego łowcy głów i Pinkertona jak na widelcu. Sami też mogli zobaczyć kogoś w ciemności, ale jeśli trafią na sprytnych łowców, którzy przeczekują w ciemności by sprawdzać po kolei każdego podróżnika z lampą, to będą martwi w kilka sekund. Może uda im się wcześniej zabić dwóch czy trzech, ale nie wyjdą z tej potyczki żywi. Jeśli ostatnio spotkana grupa łowców czegoś ich nauczyła, to tego, że przy obecnej sytuacji, szukając całego gangu, na pewno nie działają w małych grupach.

Ruszyli najszybciej jak się dało. Konie dalej były niechętne, ale przynajmniej kłusowały. Gdyby to były ich normalne wierzchowce, ufnie przyspieszyłyby do galopu, ale nowe nie miał takiego zamiaru. Nie mieli jednak co narzekać, jechali szybciej niż w drugą stronę. Jeśli na nikogo nie wpadną, może uda im się dotrzeć do obozu trochę po północy, a nie dopiero nad ranem.

Pomimo światła, las nie wydawał się ani trochę mniej straszny, a oni nie byli wcale mniej podenerwowani. Zwykle nie bali się takich miejsc, ale w normalnych okolicznościach nie mieli na głowie trzech różnych grup, które chętnie by ich zabiły i nawet nie kłopotały się z łapaniem ich żywych. Czy martwi czy żywi, za Arthura Morgana i Johna Marstona i tak obiecywano łącznie dziewięć tysięcy dolarów. Tak długo jak będzie można ich po wszystkim rozpoznać, każdy łowca głów może ich sobie nawet podziurawić jak sito. 

Nie rozmawiali podczas jazdy, skupiali się tylko na prowadzeniu niespokojnych koni. John jechał przodem, jego wierzchowiec był nieco odważniejszy niż ten Arthura, w pewnym momencie nawet sam z siebie przyspieszył. Może nie był taki głupi, jak w pierwszej chwili się Arthurowi wydawało i teraz robił wszystko, by wydostać się z tego lasu jak najszybciej.

Drugi ogier podążył jego śladem i też zaczął galopować. Robili sporo hałasu, ale przynajmniej poruszali się szybciej. Gdyby udało im się utrzymać takie tempo, będą w obozie jeszcze wcześniej.

- Światło na horyzoncie – poinformował go nagle John i zatrzymał konia tuż przed tym, jak zgasił lampę i pogrążył ich znowu w mroku.

Oba konie zarżały przestraszone, uspokoili je szybko i nie ruszając się, obserwowali światło przemieszczające się z prawej strony. Nie było duże, tylko jedno źródło, więc raczej nie byli to łowcy głów czy Pinkertoni. Może zwykły podróżnik. Mimo to woleli nie ryzykować i postanowili poczekać, aż światło znajdzie się gdzieś dalej.

Zniknęło w pewnym momencie, ale nie dlatego, bo było już daleko. Zgasło, tak jak ich lampa. Obaj w tym samym czasie sięgnęli do rewolwerów.

- Droga była prosta. – John szeptał, ale i tak doskonale go było słychać, choć nocne zwierzęta dokazywały w najlepsze. – Jedziemy.

- Obawiam się, że ten ktoś zna teren lepiej od nas – zmartwił się Arthur, kłując boki konia ostrogami. Ogier ruszył niechętnie i powoli, ale przynajmniej szedł.

Światło, które widzieli było spory kawałek od nich. Nie byli w stanie powiedzieć, czy ten ktoś jechał konno czy szedł na piechotę, dlatego uważnie nasłuchiwali kroków, czy to końskich czy ludzkich. Cały czas trzymali dłonie na rewolwerach, paski zabezpieczające mieli już odpięte, w razie ataku po prostu wyciągną broń i strzelą jak najszybciej tylko potrafią. A potrafili strzelać szybko. Tylko czy to się do czegoś przyda w ciemnościach?

Gdy światło znowu pojawiło się w oddali i wszystko wskazywało na to, że nie zbliżyło się do nich, poczuli się nawet trochę bezpiecznie. Może komuś po prostu zgasła lampa, a oni niepotrzebnie spanikowali? Ktokolwiek to był, podróżował w zupełnie innym kierunku.

John na powrót zapalił swoją lampę, bo nie byli pewni jak dalej prowadzi ich droga. Chcąc nie chcąc, musieli znów zdradzić swoje położenie. Ich konie od razu przeszły do kłusa, równie zaniepokojone tym lasem co oni. Nie przejechali nawet połowy mili, gdy nagle spomiędzy drzew wypadło dwóch obdartusów z rewolwerami w dłoniach.

Konie zatrzymały się gwałtownie i zarżały. Ogier Johna chciał zaszarżować na obu mężczyzn, ale udało mu się go powstrzymać.

Mogliby zastrzelić tych dwóch. Na pewno byli od nich szybsi, mieli lepsze rewolwery. Problemem był tylko hałas, którego by narobili. Nawet pojedynczy strzał ściągnie w ich stronę każdego człowieka z okolicy. Równie dobrze mogliby iść na posterunek w Saint Denis albo prosto na szubienicę i samemu założyć pętle na szyję.

- Nie wyglądają na łowców głów – odezwał się jeden z napastników i zaśmiał się głupkowato. Członkowie bandy Murphy’ego, nie mieli co do tego wątpliwości. – Mówiłem, że można ich bezpiecznie obrobić.

Gdyby tylko nie ta patowa sytuacja, pokazaliby im, jak łatwym celem są.

- Oddajcie nam wszystkie swoje pieniądze – zażądał drugi, ruszając nerwowo rewolwerem, celując to w jednego, to drugiego. – Może was wtedy nie zastrzelimy.

- Wiemy jak działacie, zabijecie nas tak czy inaczej – odezwał się John. Jego koń wycofał się i zrównał z ogierem Arthura. Coś knuł.

- Jeśli strzelicie, to zlecą się tu łowcy głów, których tak się boicie – powiedział im Arthur i zerknął kątem oka na Johna, który odwiesił lampę na siodło, by mieć obie wolne ręce. Ukochany spojrzał na niego, prosto w oczy, a potem w dół.

Arthur podążył za jego spojrzeniem i zauważył, że John podprowadził konia tak, że stał bok przy boku z jego ogierem, a pomiędzy oboma końmi nadstawił rękę. Wiedział już co chce zrobić.

- Uciekniemy! – odpowiedział pierwszy mężczyzna, gdy Arthur dyskretnie sięgał do juków po prawej stronie siodła. – Znamy ten las lepiej niż oni.

- Jest ich tyle, kolego, że w końcu was dopadną – powiedział John. Obaj mężczyźni zwracali teraz uwagę tylko na niego. Arthur szybko wyciągnął dwa noże do rzucania, jeden przekazując ukochanemu, a drugi chwytając pewnie za ostrze, gotowy do rzutu.

- Więc lepiej pozwólcie nam odejść, panowie – zaproponował Arthur. Patrzyli na niego, dając Johnowi czas potrzebny do przełożenia noża do prawej ręki. – To nikt nie zginie.

O dziwo ich ostrzeżenia wpłynęły jakoś na obu mężczyzna, ale nie na tyle, by zrezygnowali z napadu. To nie miało zresztą znaczenia, nie zamierzali pozwolić odejść zwykłym mordercom, którzy dla zabawy ćwiartują zwłoki i przetrzymują swoje ofiary w klatkach.

- Pieniądze – powtórzył drugi. – Dajcie je nam, albo zaczniemy strzelać. Wiemy, że nie odpowiecie ogniem. Też się boicie łowców głów.

- Ale my nie musimy strzelać – zauważył John.

Lata współpracy sprawiły, że innego sygnału Arthur już nie potrzebował. Rzucili nożami w tym samym momencie, oba Pomioty nawet nie zdążyły się zorientować co się dzieje, a już skończyły z przebitymi głowami. Całe szczęście rewolwery przypadkiem nie wypaliły.

- Ręka ci lata, Morgan – odezwał się John, gdy tylko ciała padły. – Trafiłeś tylko w oko, nie między oczy.

- Zamknij się i jedź – polecił mu i od razu ruszył za ukochanym.

Obeszło się bez dalszych niespodzianek, nie napotkali też żadnych innych podróżnych, nawet w oddali i około drugiej w nocy dotarli bezpiecznie do obozu.

- Odnalazły się zguby – skomentował ich powrót Bill, który akurat stał na warcie.

Zostawili konie na polanie do wypasu i zsiedli z nich. Kolana się Arthurowi ugięły, gdy wylądował na ziemi. Wszystko z powodu zmęczenia. Dwie godziny snu na trzy doby bycia na nogach, to było zdecydowanie za mało. Oczy mu się kleiły i ledwo kontaktował. Gdyby nie to, że w lesie musiał być uważny jak nigdy, pewnie już dawno padłby z wyczerpania. A John miał jeszcze czelność narzekać na jego celność.

On też nie wyglądał najlepiej. Był mniej zmęczony niż Arthur, ale mimo wszystko wyczerpany. Dużo ziewał i słaniał się na nogach. Nawet nie chodziło o brak snu – to stres i ta długa podróż ich najbardziej wyczerpały. Arthurowi marzył się cały dzień spania albo chociaż wypoczywania, bez konieczności wstawania.

Na szczęście wrócili do obozu wyjątkowo wcześnie. Jeśli teraz się położą, będą mogli przespać się nawet dziewięć godzin. O ile w ogóle będą w stanie zasnąć, bo Arthur już czuł, że nie prześpi tego całego czasu spokojnie i bez wybudzania się co pół godziny. 

- Gdzieście byli? – zapytała ich Sadie, obudzona ich przybyciem. – Dutch był wściekły, że urządzacie sobie wycieczki na dzień przed napadem.

Przynajmniej nie podejrzewał, że planują ucieczkę, a przynajmniej tego nie pokazywał.

- Musieliśmy coś załatwić – wyjaśnił jej Arthur, kierując się już do swojego namiotu. – Chętnie bym o tym więcej pogadał, ale padam z nóg.

- Nic dziwnego, kiedy ostatni raz spałeś?

Nie zamierzał liczyć tej krótkiej drzemki w podróży.

- O ósmej minie trzecia doba – odpowiedział jej, trochę się sepleniąc. Szlag, język mu się plątał jakby był po kilku głębszych. Musiał się położyć, już, zanim zacznie mieć też zwidy. Nie powinien był się nigdy doprowadzić do takiego stanu, nie przed najważniejszym napadem w swoim życiu. John i Sadie będą na nim polegać, a on świadomie sam siebie osłabił. Trzeba było się przespać w dziczy po odwiezieniu Szybującego Orła do domu, zamiast zadręczać się czymś, na co nie miał większego wpływu.

Gdy przechodził obok namiotu Johna, wyszła z niego Abigail. Ją też musiało obudzić całe zamieszanie.

- Wyglądasz okropnie – skomentowała go, odwracając się na moment do Johna, który się zbliżył wraz z Sadie.

- I czuję się okropnie – wyznał zmęczony, przecierając ciężkie powieki, nim rozejrzał się uważnie. – Jesteś gotowa, Abigail?

- Jestem – potwierdziła cicho. – Tilly też. Spakowałyśmy już część rzeczy, są w namiocie Johna. Twoją własność spakujemy jutro, gdy wyjedziecie. Masz coś jeszcze do dodania do listy?

- Nie, nie – zapewnił ją szybko. – Tylko to co mówiłem.

Gdyby nie to, że uprzątnięty przed napadem wóz byłby zbyt podejrzany, sam by się spakował, a tak musiał polegać na Abigail i Tilly, które były odpowiedzialne za wszystkie ich rzeczy, w tym broń, której nie zabierali ze sobą na napad.

- W obozie będziemy tylko my z panią Grimshaw, nie powinno być trudno – stwierdziła spokojnie Abigail. Zazdrościł jej tego spokoju. – Chyba że zastrzeli nas jak Molly.

- Róbcie swoje tak dyskretnie, jak tylko się da – poradził jej Arthur. – Bez Pearson i połowy kobiet, Susan będzie zajęta bardziej niż zwykle. Po prostu bądźcie z Tilly gotowe do odjazdu, bo gdy Sadie tylko wróci, zabieracie się stąd. Jak się da, spróbujcie namówić Susan do odejścia. Może się zgodzi.

- Będziemy na was czekać nad O’Creagh’s Run, albo wy na nas – przypomniał im John i popatrzył na Sadie. – Przyprowadź ich bezpiecznie.

- Nie denerwuj się, Marston, nic im przy mnie nie będzie – odparła pewna siebie.

- Jeszcze tylko parę godzin – westchnął Arthur i ziewnął. John zrobił to samo zaraz po nim, nie potrafiąc nad tym zapanować. – Nie zapomnijcie swoich ról, a powinno być dobrze. Przynajmniej taką mam nadzieję.

- Idź spać, Arthurze, bo bredzisz – poradziła mu Sadie.

- To dobry pomysł – przytaknął jej z uśmiechem. – Dobranoc.

- Arthur, czekaj – zatrzymał go John. Gdy Arthur na niego popatrzył, ukochany przyglądał mu się z nadzieją, przez moment zerkając na swój namiot. – Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy? Że nie będziemy w stanie zasnąć? Chyba że w konkretnych warunkach?

Arthur odwrócił się do niego przodem i zrobił krok w jego stronę. Naprawdę chciał to zrobić?

- Chcesz, żebyśmy spali razem pod samym nosem Dutcha i Micah? – zapytał go z niedowierzaniem. Na głos ten pomysł brzmiał jeszcze bardziej głupio.

- Już raz to zrobiliśmy – przypomniał. – I wyspaliśmy się. Co mamy do stracenia?

Popatrzył na Abigail i Sadie, które niewzruszone przysłuchiwały się ich rozmowie. Przynajmniej ta druga miała to gdzieś, Abigail już chyba zawsze będzie czuła jakiś ból w związku z nieodwzajemnionym uczuciem ze strony Johna.

- Nie wiem czy to dobry pomysł tak ryzykować – przyznał, choć bardzo chciał przystać na tę propozycję. Tylko tak mógł mieć pewność, że się wyśpi i choć trochę odpocznie, zamiast pół nocy marnować na przekładanie się z boku na bok.

- Proszę – nalegał łagodnym głosem John, wodząc wzrokiem po reszcie obozu, wypatrując czy nikt inny się nie obudził. – Połóż się ze mną. Obaj będziemy lepiej spać.

Chciał się zgodzić tak bardzo, że to aż bolało. Nie chodziło nawet o sen, po prostu chciał się znowu poczuć bezpiecznie jak wtedy w Shady Belle, gdy w chwili słabości przespał z Johnem całą noc. Tyle było w nich stresu ostatnio, potrzebowali tego. Obaj. Tylko czy mogą sobie na to pozwolić, na takie ryzyko?

Mogą się tłumaczyć, że są braćmi, ale widok ich śpiących razem tylko podsyci i tak już ogromną nieufność, jaką miał wobec nich Dutch, a komplikowanie swojego planu w dniu, w którym mieli go w końcu wprowadzić w życie, było naprawdę głupim pomysłem.

Ale i kuszącym.    

Jeszcze nie tak dawno temu wybiłby to Johnowi z głowy, wyjaśnił jakie to niewarte ryzyka i że na pewno będzie inna okazja, ale teraz był zbyt zmęczony, by walczyć z potrzebą bliskości, której coraz bardziej potrzebowali im więcej rzeczy się pieprzyło, a na którą wcale nie będzie później więcej czasu.

Nie potrafił odmówić nawet samemu sobie, a co dopiero Johnowi, któremu naprawdę na tym zależało i patrzył na niego zdesperowany.

- Wezmę Jacka do twojego namiotu – zawróciła się do Arthura Abigail i poszła po syna. Najwyraźniej podjęła już decyzję za niego. Cieszył się, że odebrała mu możliwość zrobienia tego samemu. Przynajmniej miał wymówkę.

- Mogę popilnować namiotu, jeśli chcecie – zaproponowała Sadie, wyjmując rewolwer, który zaczęła czyścić. – Dam wam znać, kiedy będzie bezpiecznie wyjść, a jeśli ktoś zapyta, gdzie jesteście, powiem że rozmawiacie w środku. Mam nadzieję, że nie chrapiecie.

I tak ktoś się zorientuje, że spali obok siebie. Obecności Abigail i Jacka w namiocie Arthura już Sadie nie wytłumaczy tak łatwo.

- Raczej nam się nie zdarza zbyt często – odpowiedział z uśmiechem John, patrząc znowu na Arthura. – Co ty na to?

Powinien odmówić, ale był słabym mężczyzną. Przytaknął i uśmiechnął się z wdzięcznością do Abigail, która wyniosła śpiącego Jacka z namiotu Johna i ruszyła do jego wozu.

- Dobranoc, chłopcy – życzyła im jeszcze.

- Dziękuję, Abigail – powiedział jej John. To ją zatrzymało.

- Potrzebujemy was wypoczętych – wytłumaczyła się i ruszyła dalej.

Patrzyli za nią przez chwilę, nim spojrzeli na siebie, niepewni tego co chcieli zrobić. Trochę się denerwowali, nawet w Horseshoe nie mieliby odwagi robić czegoś takiego, a wtedy nie byli tak uważnie obserwowani jak teraz przez Micah i jego kolegów. Ryzykowali naprawdę sporo, ale jeśli dzięki temu będą w lepszej formie na napad, to byli skłonni podjąć to ryzyko, także z egoistycznych pobudek.

John rozejrzał się i wszedł do namiotu pierwszy, opuszczając za sobą poły. Arthur odczekał chwilę, ledwo stojąc na nogach, ale musiał się upewnić, że nie zdradzą się już na początku. Zapalił papierosa i czekał, dyskretnie spoglądając na każdego śpiącego towarzysza. Dwaj koleżce Micah spali przy głównym ognisku, a on sam nieopodal wozu Pearsona. Dutch był u siebie, Javier też leżał na swoim zwyczajowym miejscu, podobnie jak Tilly i Susan.

Kiedyś było ich więcej. Więcej chrapania, niektórzy nawet o tej porze jeszcze nie spali tylko grali w pokera. Ich obóz wyglądał ponuro i pusto, i tak cicho, że aż dziwnie było tu spać i nie słyszeć towarzyszy wokół siebie. Nawet gdy była ich tylko garstka, jeszcze przed dołączeniem Johna, nigdy nie czuł takiej atmosfery w obozie jak teraz. Kiedyś czuł się w nich bezpiecznie, jak w domu. Teraz czuł tylko niepokój i niepewność, cały czas był w gotowości. To już nie była rodzina, tylko banda obcych sobie osób, która w każdej chwili może się nawzajem pozabijać.

Nie wyczuwając na sobie niczyjego wzroku, podał niedopalonego papierosa siedzącej na straży Sadie i z szybko bijącym sercem wszedł do namiotu, wiążąc za sobą poły. John już leżał i nawet może spał. Arthur nie winił go za to, że na niego nie poczekał, należał mu się odpoczynek.

Tak by go nie obudzić, ściągnął całe uzbrojenie wraz z płaszczem, butami i kapeluszem, nim położył się obok ukochanego. W namiocie było ciemno, światło ogniska praktycznie nie przenikało do środka, ale było go wystarczająco, by mógł zobaczyć twarz Johna.

Oczy same mu się zamykały, ale zmusił je do pozostania otwartymi i chwilę wpatrywał się w twarz przed sobą, nie mogąc uwierzyć, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to taki widok będzie miał już codziennie, każdego poranka i wieczora.

Była tylko jedna skaza na tym obecnym obrazku. Nawet śpiąc John nie był zrelaksowany i twarz miał napiętą. Zwykle sny pozwalają uciec od rzeczywistości, ale nie im. Nie teraz. To co działo się, gdy byli przytomni, podążało za nimi we śnie. Arthur wiedział o tym aż za dobrze.

Wyciągnął dłoń w stronę twarzy ukochanego, chcąc trochę załagodzić te wszystkie zmarszczki i spięte mięśnie. Przejechał palcami po bladych bliznach, po każdej jednej, nawet tej na nosie, najmniej widocznej. John otworzył wtedy oczy, spoglądając na niego ze zmęczeniem spod przymkniętych powiek.

- Wybacz – przeprosił go i wycofał rękę, ale John nie pozwolił mu jej zabrać. Złapał go za nią i splótł razem ich palce, kładąc złączone dłonie pomiędzy ich głowami.

- Nie spałem – zapewnił i niemrawo przysunął się bliżej. – Po prostu nie chciało mi się mówić ani otwierać oczu.

- Więc dlaczego zrobiłeś to teraz? – zażartował i odetchnął głęboko. Gdy zamknął przy tym oczy, już ich nie otworzył, nie miał na to siły.

- Połaskotałeś mnie – wyjaśnił i ziewnął. – Jutro o tej porze już będziemy bezpieczni.

- Wolni być może, ale nie bezpieczni – poprawił go. – Dopiero gdy uciekniemy gdzieś, gdzie nie jesteśmy poszukiwani.

John mruknął w odpowiedzi i nie powiedział nic więcej. Arthur był pewien, że w końcu zasnął, dlatego trochę się zląkł, gdy po dłuższej chwili usłyszał szept:

- Boję się.

Otworzył oczy i natychmiast natrafił na przerażone spojrzenie Johna, jakiego nie widział u niego już od bardzo dawna.

Przypomniały mu się takie same słowa, których użył w rozmowie z siostrą Calderon oraz jej odpowiedź. Że nie ma się czego bać, że bycie grzesznikiem nie wyklucza bycia dobrym człowiekiem ani dostania drugiej szansy jeśli tylko się żałuje i chce się wszystko naprawić. To był pierwszy raz, kiedy przyznał przed kimś innym niż przed bliskim swoje lęki. Siostra Calderon praktycznie go nie znała, ale zdążyła zauważyć w nim coś tak jak Mary, a co przez lata zakopywał pod stertą kolejnych grzechów i złych uczynków. Czuł się bezpiecznie zwierzając się jej ze swoich wątpliwości i w odpowiedzi dostał to, czego najbardziej teraz potrzebował – nadzieję.

- Ja też – wyznał.

Nie musieli mówić czego się boją, obaj to wiedzieli. Że coś pójdzie nie tak, zostaną aresztowani, nie uda im się uciec, zginą obaj albo tylko jeden z nich. Bali się porzucić jedyne życie, jakie pamiętali, a im bliżej było tego ostatecznego skoku, tym większy był strach, z którym nie mogli nic zrobić. Mogli tylko robić swoje i mieć nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, a nawet jeśli nie, to i tak uda im się uciec.

Przysunęli się do siebie w tym samym momencie, obejmując się mocno i ani myśląc o tym, by się puścić. To im pomogło trochę ukoić nerwy, zrelaksować się przed snem, który nadchodził wielkimi krokami.

John zasnął pierwszy, czuł jego spokojny oddech na szyi i jak jego ciało staje się mniej spięte. Nie trzeba było nic więcej, by Arthur też zasnął, już czując, że odzyskuje siły. Westchnął ukontentowany i zamknął oczy, zasypiając w parę sekund i śniąc o jeleniu spowitym w promieniach słońca.

***

Staring at the finished page before me
All the damage now so clear and evident
Thinking 'bout the dreaded task in store for me
A bitter fear at the thought of my amends
Hoping that the step will help restore me
To face my past and ask for forgiveness
Cleaning up my dirty side of this un-swept street
Could this be the beginning of the end?

I once thought it better to regret
Things that I have done, then haven't

Sometimes you've got to be wrong
Learn the hard way
Just when you're through hanging on
You're saved

Chapter Text

Followed the track of my needle
Tried to be good to my people
So why's there no peace?
No break no relief

Can I be blamed if I'm angry?
Can I be saved if I'm barely clinging to hope?
I'm clinging to hope

***

Obudziło go szturchanie w ramię. Delikatne, ale bardzo natarczywe. W pierwszej chwili po prostu odtrącił od siebie rękę i wtulił się mocniej w plecy Johna, by dalej spać, ale szturchanie powróciło, tym razem z większą siłą, ale nadal bardzo lekkie. Za lekkie na dorosłego człowieka.

- Wujku Arthurze – usłyszał przejęty szept.

Jack był ostatnią osobą, jakiej się tu spodziewał. Zdziwiony podniósł się do siadu, czując protestujące mięśnie, które były trochę spięte po tylu godzinach snu.

Nie miał pojęcia, która jest godzina, ale nie obudził się ani razu. Dalej chciało mu się spać, ale zmęczenie ostatnich dni zniknęło jak ręką odjął. Nie czuł się może jak nowo narodzony, ale nie padał już na twarz i był gotowy na napad. Ostatni już.

Jak tylko wypije kawę.

- Czego chcesz, Jack? – zapytał, może trochę za ostro, ale był w kiepskim nastroju po byciu obudzonym.

Chłopiec klęczał obok niego, ale wpatrywał się w swojego ojca, który oczywiście spał jakby był martwy.

- Mama kazała was obudzić – wyjaśnił, kierując swój wzrok na Arthura przecierającego zaspane oczy. – Dlaczego spałeś z papą, wujku Arthurze?

Popatrzył na chłopca zmieszany, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć, czego chciałaby Abigail. Skoro go wysłała, to chyba nie miała nic przeciwko, by Jack poznał ich tajemnicę, ale i tak wolałby się najpierw z nią rozmówić.

Nigdy nie powiedzieli Jackowi o ich relacji. Nie było potrzeby. Chłopak nie rozumiał, czemu jego ojciec go nie chce, nie zastanawiał się też czemu nagle zmienił zdanie, był po prostu szczęśliwy, że w końcu ma ojca. Abigail i John zakładali, że wyjaśnią mu to wszystko jak podrośnie, taki mieli plan nawet gdyby John nie zmienił zdania co do ojcostwa.

Nie było więc powodu, by mówić chłopcu, że jego rodzice nie są razem, bo ojciec jest zakochany w jednym z wujków i co to oznacza. Pewnie nawet by się tym nie przejął jeśli jego teraźniejsza reakcja o czymś świadczyła, ale nie potrzebował po prostu tego wiedzieć. Arthur i John i tak woleli to trzymać w tajemnicy, nieważne przed kim. Nawet jeśli dla Jacka nie byłoby to nic dziwnego, choć spotykał się do tej pory tylko z normalną miłością, to nie chcieli ryzykować, że chłopak się kiedyś wygada, wspominając nieodpowiedniej osobie, że jego papa i wujek Arthur lubią się czasami całować w usta jak niegdyś Sean i Karen albo Dutch i Molly.

Nie miał pojęcia co teraz kierowało Abigail, by go tu wysłać, żeby na własne oczy zobaczył co się dzieje, ale najwyraźniej chciała to mieć za sobą, skoro niedługo będą wszyscy w podróży i Jack prędzej czy później zauważyłby, że coś jest nie tak. Ryzyko, że chłopiec się wygada też zniknie, bo z obcymi nie rozmawiał, a nikogo innego znajomego już z nimi nie będzie. 

- Czasami tak lubimy – wyjaśnił w końcu Jackowi, gdy zdał sobie sprawę, że trochę odpłynął myślami, a młody Marston dalej czekał na odpowiedź. – Lepiej się nam wtedy śpi.

Jak to dobrze, że zrobili to dziś w nocy. Gdyby nie to, pewnie dalej wyglądałby jak upiór.

- Oh, okej – przytaknął niewzruszony. – Mnie też się lepiej śpi z mamą. Nie mam wtedy złych snów.

- Twojemu ojcu też to zawsze pomagało – zdradził chłopcu i potrząsnął Johnem, który fuknął ze złością, ale na szczęście nie trzeba go było siłą budzić. – Ruszaj tyłek, bliznowaty.

John podniósł się i odgarnął włosy z twarzy, spoglądając z pretensją na Arthura i szybko przenosząc wzrok na Jacka, którego właśnie dostrzegł.

Komicznie wyglądała jego reakcja, Arthur parsknął rozbawiony, gdy John zamarł niczym zaniepokojony  jeleń i z takim samym tępym wyrazem twarzy patrzył na syna, który uśmiechał się do niego niewinnie. Wyglądał jak w dniu, kiedy Abigail powiedziała mu, że jest w ciąży – szok mieszał się niedowierzaniem i przerażeniem, ale tym razem nie podążyła za nimi wściekłość jak wtedy.

- Cześć, Jack – przywitał się niezręcznie, szukając ze wzrokiem pomocy u Arthura. Gdy zauważył, że ten jest spokojny, też się rozluźnił.

- Cześć, papo! – Jack przeczołgał się po kolanach Arthura i dotarł do Johna, wciskając się pomiędzy ich obu. – Lubisz spać z wujkiem Arthurem, papo?

John zaczerwienił się jak niewinna panienka i spanikowany popatrzył na Arthura, który zagryzał wargę, by nie zacząć się śmiać na głos i nie ogłosić całemu obozowi, że siedzą razem w zamkniętym namiocie.

- Ja…

Biedactwo, nie wiedział co odpowiedzieć, co Jack dokładnie widział, co o tym myśli i jak mu to wyjaśnić bez wdawania się w szczegóły.

- To lubisz czy nie? – popędził go Arthur, chcąc się z nim trochę podroczyć.

John odchrząknął i wziął się szybko w garść, nie chcąc wyjść przed własnym synem na słabego i zawstydzonego.

- Czasami – odpowiedział. Jeśli to miał być jego stanowczy głos, to coś mu nie wyszło.

- Czy to miłe?

- Bardzo.

Arthur uśmiechnął się do ukochanego złośliwie, gdy ten znowu na niego popatrzył. John wyglądał, jakby miał ochotę go zabić.

- Idź powiedz mamie, że już wstaliśmy – powiedział Jackowi, klepiąc go delikatnie po plecach.

- Okej – zgodził się i wypełzł dołem z namiotu, zostawiając ich samych.

- Nienawidzę cię. – To było pierwsze, co powiedział John, gdy Jack zniknął. – Co on tu robił? Jak dużo widział?

- Nic co by go zaskoczyło, najwyraźniej. – Jackowi nawet powieka nie drgnęła, gdy Arthur dwojako wyjaśnił czemu śpią razem. Dla niego to nie było nic niezwykłego. Ciekawego, owszem, ale nie niezwykłego. Gdyby zobaczył ich całujących się, pewnie też nie zwróciłby na to większej uwagi. Nikt mu jeszcze nie zdążył powiedzieć, że takich mężczyzn jak oni powinno się wieszać. W jego oczach nie robili nic złego. – Abigail go tu przysłała, pewnie już zbliża się czas na napad.

Spojrzał na zegarek, by się upewnić. Zdecydowanie już czas. Jedenasta.

- Jak ci się spało? – zapytał go John, o wiele spokojniejszy niż jeszcze przed chwilą.

- Jak niemowlę – odparł i przeciągnął się. – To był dobry pomysł, John.

- Ty mi go wczoraj podsunąłeś – przyznał szczerze i usiadł wygodniej, ale nie wyglądał wcale na rozluźnionego, znów zrobił się spięty. – Już niedługo.

- Wiem – przytaknął, czując emanujące z Johna zdenerwowanie.

- Jestem podekscytowany i przerażony jednocześnie – wyznał i zaśmiał się nerwowo pod nosem. – To jest ten dzień. Albo się nam uda, albo nie.

- Bardzo głębokie – stwierdził, chcąc jakoś rozładować atmosferę.

John prychnął i trącił go ramieniem.

- Wiesz co miałem na myśli.

- Wiem – zapewnił i popatrzył Johnowi w oczy. Był w nich strach, o którym mówił, ale i radość. Obaj wyczekiwali tego, o czym marzyli już od dawna i wreszcie mieli to na wyciągniecie ręki. Za kilka godzin będą wolni. Wolni od Dutcha, od gangu, od starego życia. Będą mogli zacząć na nowo jako zupełni inni, lepsi ludzie.

Ich podekscytowanie wyrwało się chwilowo spod kontroli strachu i momentalnie uderzyło im do głowy. John ruszył się pierwszy, a Arthur wyszedł mu naprzeciw i po chwili całowali się za bezpiecznymi ścianami namiotu.

Nie było żadnego pośpiechu, żadnego wielkiego pożądania w ich pocałunku. Cieszyli się po prostu sobą, starając się jak najlepiej zapamiętać tę chwilę, by jakoś zaspokajać swoją tęsknotę, gdy w podróży nie będzie czasu na takie rzeczy.

Przemęczą się z tym układem jeszcze tylko trochę. Wytrzymali ponad trzy lata, byli nawet gotowi wytrzymać choćby do końca życia, to wytrzymają jeszcze kilka tygodni. A potem w końcu nie będą musieli się kryć, bo nie będzie przed kim. Wreszcie nie będą musieli sobie odmawiać tego wszystkiego co do tej pory. Przyszłość prezentowała się naprawdę wspaniale.

Zbliżyli się jeszcze bardziej do siebie. Odrobina bliżej i któryś z nich musiałby wejść drugiemu na kolana. Arthur położył Johnowi dłonie na ramionach, gdy ten ujął czule jego twarz w swoje, rozkoszując się szorstkością zarostu pod palcami.

Nie chcieli tego przerywać, choć powinni. Było im jednak zbyt dobrze w tej chwili, tylko oni dwaj, bez żadnych trosk, które powrócą, gdy tylko opuszczą namiot. Mając do wyboru to, albo całowanie się bez końca, nie trudno było podjąć decyzję.

- John, Arthur, mam wam… oh.

Oderwali się od siebie jak oparzeni, gdy usłyszeli głos dobiegający od wejścia do namiotu. To była tylko Abigail, ale przez moment napędziła im niezłego stracha. Arthur był pewien, że jego serce nigdy tak szybko nie biło jak teraz.

W mgnieniu oka zrobiło się niezręcznie. Nigdy nie całowali się przed kimś, z oczywistych względów. Nie licząc Sadie ten jeden raz, ale nawet na nich wtedy nie patrzyła. Abigail teraz to robiła, z otwartymi w pół słowie ustami i cała zszokowana. Nie spodziewała się ich zastać w takiej sytuacji. Policzki miała całe czerwone od rumieńców i oni pewnie też. Jeden rzut oka na Johna potwierdził jego przypuszczenia. 

Abigail odchrząknęła i odwróciła wzrok, choć nie całowali się już przecież. Cieszył się jednak, że to zrobiła. Nie potrafił jej spojrzeć w oczy.  

- Wybacz, Abigail, nie spodziewaliśmy się, że ktoś tu zajrzy – wytłumaczył ich Arthur, gdy nie mógł już znieść ciszy, która zapadła i zdał sobie sprawę, że nikt inny się nie odezwie. Abigail dalej patrzyła w bok, z ręką na połach namiotu i gotowa w każdej chwili do ucieczki, a John chowając twarz za włosami zrywał z palców naskórek, który pozdzierał sobie podczas jazdy konno.

- W porządku – zapewniła, odwracając się znowu w ich stronę. Uśmiechała się, ale w jej oczach widział smutek wywołany widokiem, jaki zastała. Podziwiał ją za to, że pomimo złamanego serca dalej chciała im pomagać. Gdyby był na jej miejscu i miał oglądać Johna z kimś innym, już dawno by nie wytrzymał. Miał nadzieję, że kiedyś jej to minie i spotka kogoś, kto ją uszczęśliwi tak jak John nie mógł tego zrobić. Zasługiwała na to. – Tilly zastąpiła Pearsona i przygotowała wszystkim coś do zjedzenia. Dutch chce, żeby wszyscy zjedli razem. Żeby podnieść morale.

John i Arthur popatrzyli na siebie i przewrócili oczami. Ich morale już nic nie pomoże, chyba tylko pieniądze spadające z nieba. Niestety jak głupi by ten pomysł nie był, musieli się zjawić na wspólnym posiłku i odegrać swoją rolę jak artysta na scenie. Margaret byłby dumny z aktorstwa Arthura.

- Więc nie każmy im czekać – zdecydował i podniósł się, podając rękę Johnowi, by pomóc mu wstać.

Abigail przytaknęła, znów z uśmiechem, ale gdy już miała wyjść, odwróciła się jeszcze szybko do nich zanim rozsunęła poły.

- Oh, jeszcze jedno, Arthurze – powiedziała i zbliżyła się, nim kontynuowała bardzo cicho. – Dutch nie wie, że jesteś w obozie. Sadie powiedziała mu, że Jackowi i mnie było gorąco w namiocie, dlatego spaliśmy u ciebie, gdy ty po powrocie do obozu wyszedłeś kawałek poza niego. Nie możesz wyjść normalnie, wszyscy od razu zauważą, a są przekonani, że John spał sam.

- Okej, jak mam to niby zrobić? – zdziwił się. Z namiotu było tylko jedno wyjście.

- Rozetnij tył namiotu i tak nie będzie mi już potrzebny – zaproponował John, sięgając po swoje buty stojące pod jedną ze ścian.

- Rozetnij tył namiotu – powtórzył zaskoczony, pilnując się by nie podnieść głosu. – Przecież to gruby materiał, w Annesburg będzie słychać jak go przecinam.

- Więc zrób to jak najciszej – poradził mu John, podchodząc blisko, za blisko jak na sytuację, gdy nie byli sami. – Cichuteńko, Arthurze.

Abigail popatrzyła na nich zaskoczona, gdy John z zadowolonym uśmieszkiem odwrócił się i przysiadł by założyć buty, a on starał się walczyć z własnym ciałem, by się nie czerwienić.

Nie udało mu się. Policzki wręcz go paliły, więc by jakoś ukryć swoje zażenowanie, też skupił się na założeniu butów.

- Powiem Dutchowi, że John zaraz wyjdzie – postanowiła Abigail, nadal nie bardzo rozumiejąc co Johna tak rozbawiło, a Arthura zawstydziło.

Ostrożnie opuściła namiot, a gdy tylko zniknęła, John popatrzył na Arthura, dalej szczerząc się jak głupek.

- Ani słowa – ostrzegł go.

Powstrzymując się od śmiechu, John pokręcił głową, po czym przyłożył palec do ust.

- Cii – przypomniał i podniósł się na nogi, podnosząc z ziemi pas z bronią i zapinając go wokół bioder. – Do zobaczenia za parę minut. I pamiętaj, bądź cicho.

- Wynoś się stąd – popędził go zażenowany, ale nie mogąc mimo to powstrzymać się od uśmiechu.

- Nie możesz mnie wygonić z mojego własnego namiotu – zauważył, ale wyszedł, zostawiając poły opuszczone.

Arthur skończył zakładać buty, uzbroił się i po założeniu kapelusza podszedł do tylnej ściany namiotu. Nadal nie był przekonany do tego planu, ale nie miał innego wyjścia. Wyciągnął nóż z pochwy i ostrożnie dotknął czubkiem płachty, napierając na nią powoli. Nawet jej nie naciął, jak tylko spróbuje, od razu będzie słychać.

- Cichuteńko – powtórzył zirytowany. – Chciałbym widzieć jak próbujesz, Marston.

- Na co się gapisz?! – usłyszał nagle krzyk Sadie.

Zdziwiony spojrzał w stronę wyjścia z namiotu, zastanawiając się co się teraz dzieje przy ognisku.

- Nic nie zrobiłem! – To był jeden z koleżków Micah.

- Spójrz w moim kierunku jeszcze raz, a wyłupię ci oczy tą łyżką! – zagroziła Sadie.

Nie miał pojęcia co się tam dzieje, ale nigdy tak bardzo się nie cieszył z donośnego głosu pani Adler. Zagłuszył kompletnie hałas rozcinanego materiału.

- Pani Adler, proszę się uspokoić! – rozkazał Dutch, też nie oszczędzając gardła. – Jesteśmy po tej samej stronie, na litość boską!

- Nawet nie znam tych wsiurów! I ani trochę im nie ufam!

Jeszcze troszeczkę i powinien się zmieścić. Ciął tak szybko jak tylko potrafił, pomimo wrzasków na zewnątrz starając się robić jak najmniej hałasu. Nie chciał ryzykować.

- Pani też nikt kiedyś nie znał, ale zaufaliśmy pani! Uspokójcie się wszyscy natychmiast! Mamy się zintegrować przed napadem. Musicie sobie ufać, jeśli to ma się udać!

Ufać, dobre sobie, pomyślał Arthur, przeciskając się przez rozdarcie w namiocie. Całe szczęście nie było widoczne z zewnątrz.

Przemknął przez krzaki i najciszej jak potrafił ześlizgnął się ze wzniesienia, na którym rozbili obóz, po czym przemieścił się w stronę głównego wjazdu i spacerkiem ruszył w stronę reszty. Nikt nie pełnił warty.

- Jezu, słychać was pewnie w samym Valentine, tak się drzecie – powiedział jak gdyby nigdy nic, zbliżając się do ogniska. – O co wam poszło?

- Cholera wie – odparł koleżka Micah, piorunując Sady wzrokiem.

- Miło, że dołączyłeś, Arthurze – odezwał się Dutch, robiąc obok siebie miejsce. Wolałby usiąść gdzie indziej, ale nie zamierzał nawet próbować ignorować tak oczywistego zaproszenia. Nałożył więc sobie potrawki, którą przygotowała Tilly i zasiadł obok lidera. – Gdzie byłeś całą noc?

- Kręciłem się po okolicy – odparł pomiędzy kęsami. Micah go obserwował, nawet nie patrząc, czy prosto wkłada łyżkę z jedzeniem do ust. – Nie mogłem zasnąć z nerwów.

- Nie widziałem, żebyś wychodził – zauważył Bill.

- Taki z ciebie wartownik.

- Nie ma powodu do zmartwień – zapewnił go Dutch, kładąc mu dłoń na ramieniu. Arthur musiał bardzo się kontrolować, by się nie wzdrygnąć. – Już za kilka godzin będziemy obrzydliwie bogaci i wolni.

- Dobrze mówisz, szefie – przytaknął mu Bill.

Arthur pokiwał głową i pochylił się nad miską z jedzeniem, zerkając jeszcze przez moment na Johna, który siedział naprzeciwko, pomiędzy Sadie i Abigail. Dutch nie mógł być chyba bliższy prawdy, a jednocześnie tak bardzo się mylić.

Zjedli w spokoju, bez żadnych kolejnych awantur, bo Dutch zaczął przypominać cały plan i kto jakie ma zadanie. Znali go już na pamięć, tak często go przerabiali. Już rozumiał, czemu John był tak zły, gdy jemu kazał powtarzać ich plan.

- A gdy będziemy mieli pieniądze, przyjedziemy po was i odjedziemy w siną dal – opowiadał z przekonaniem Dutch, zwracając się do Abigail, Tilly i Susan. – Bądźcie spakowane, drogie panie, bo będziemy musieli się spieszyć.

Dutch nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo ułatwił im ucieczkę.

Po posiłku dostali polecenie przygotowania się pod względem uzbrojenia. Każdy poszedł więc do swoich rzeczy, by wybrać odpowiednią broń, która może się przydać, resztę zostawiając do spakowania kobietom. Arthur nie był wyjątkiem i przysiadł na swoim łóżku, czyszcząc rewolwery, by go nie zawiodły w najważniejszym momencie. Wszystko inne czego potrzebował miał na koniu, a najcenniejsze rzeczy w torbie, więc gdy wyczyścił broń, miał jeszcze trochę wolnego czasu.

Rozejrzał się po swoich rzeczach, które towarzyszyły mu od lat, zwłaszcza ten stary, wysłużony wóz. Będzie mu tego trochę brakowała, nawet głupiego stolika. Wszystko inne, co dało się zabrać, zabierał ze sobą.

Popatrzył na zdjęcie matki, której nie pamiętał zbyt dobrze, ale lubił sobie wyobrażać, że mocno go kochała i byłaby dumna z tego, co zamierzał zrobić. Wcześniej oczywiście złamałby jej serce zostając zwykłym bandytą jak ojciec. Może by mu wybaczyła. Może.

Nad łóżkiem leżał wycinek z gazety opowiadający o jego pierwszym w życiu napadzie na bank. Kiedyś był z niego bardzo dumny, pamiętał też jak John cieszył się, gdy obrobił swój pierwszy bank. Teraz brzydził się tym wyczynem, dlatego bez żalu zgniótł wycinek i rzucił w bok.

Odwrócił się za siebie, gdzie znajdowały się inne zdjęcia. Miał je zostawić Abigail do spakowania, ale może weźmie je już teraz.

Wyjął najpierw zdjęcie matki z ramki, chowając je pomiędzy strony dziennika. Ze zdjęciem ojca i swojego psa zrobił to samo, aż została tylko jedna fotografia, przedstawiającą jego, Dutcha i Hoseę za młodu. Nie pamiętał kiedy zrobili to zdjęcie, ale miał pewnie z osiemnaście lat, może dwadzieścia. Na pewno Johna jeszcze nie było z nimi.

Był wtedy szczęśliwy. Nic im nie groziło, obrabiali bogatych, a Dutch wydawał się być kochającym ojcem, na którym zawsze może polegać. Jak wiele się zmieniło przez lata.

Miał ochotę wyrzucić to zdjęcie, ale nie potrafił. Hosea na nim był, jego jedyna pamiątka po nim. Nie miał innych zdjęć swojego drugiego ojca, tego który jako jedyny prawdopodobnie kochał go szczerze i traktował jak prawdziwego syna, a nie tylko marionetkę.

Nie mógł tego zrobić temu staruszkowi. Jeśli będzie trzeba, wytnie Dutcha ze zdjęcia, ale zachowa je. Wylądowało więc bezpieczne w dzienniku, który przejrzał pobieżnie, od pierwszego wpisu po przybyciu do Horseshoe, po aktualny.

W połowie natrafił na wpis o wypadzie w góry z Johnem. Wrócił do tego fragmentu, z uśmiechem czytając o tym co się wtedy wydarzyło. Zapatrzył się przez chwilę na rysunek nagiego Johna, przykrytego jedynie kocem. Lubił wracać do tamtego dnia. Po Blackwater, to było jedno z przyjemniejszych wspomnień z tego całego okresu, kiedy wszystko zaczęło się sypać.

Pomiędzy dwie następne strony wetknięte było zdjęcie Johna, które mu wtedy zrobił, zaraz po zabiciu bizona.

John się uśmiechał, z dumą pozując przy swojej zdobyczy, wyglądając w tamtej chwili znowu jak dwunastolatek, a nie dorosły mężczyzna, który kilka tygodni wcześniej ledwo uszedł z życiem będąc w tych samych górach co na zdjęciu.

Drugie takie zdjęcie, tylko z nim, John trzymał gdzieś u siebie. Obie fotografie były miłymi pamiątkami czegoś pięknego, czego nigdy nie chciał zapomnieć.

Długo przyglądał się zdjęciu. Chciał zapamiętać każdy szczegół, na wypadek gdyby stracił fotografię, a oni zostali rozdzieleni na dłużej, jeśli nie na zawsze. Miał nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale i tak się tego obawiał. To był jego problem od dawna. Zawsze martwił się o Johna, czy tego chciał czy nie. Martwił się, gdy ten był jeszcze dzieckiem i martwił teraz, gdy obaj byli dorośli i potrafili o siebie zadbać.

Z nich obu, John najbardziej zasługiwał na przeżycie. Miał rodzinę, do ciężkiej cholery, nie powinien ryzykować zostawienia jej, powinien uciekać jak Abigail i Jack, a nie brać udział w misji samobójczej.

Zamiast brać go pod uwagę w całym planie, Arthur powinien go odesłać już dawno. Sam, nie musząc się martwić o Johna i to jeszcze bardziej niż zwykle, miałby większe szansę na wyjście cało po tym napadzie. Wiedząc że ktoś na niego czeka, miałby też większą motywację, by przeżyć. Nie że jej nie miał w ogóle, ale bezpieczeństwo Johna zawsze będzie jego priorytetem. Nie musząc się o niego martwić, mógłby się skupić tylko na własnym przetrwaniu.

Nie było jednak mowy, by to teraz naprawić. John się nie zgodzi nie brać udziału w napadzie. Dutch zresztą też nie pozwoli mu zrezygnować. Chyba że go przekona. Może nie było jeszcze za późno, by naprawić swój błąd i zapewnić Johnowi bezpieczeństwo. Dutch może i jest niezrównoważony, ale wiedział jak to jest stracić bliską osobę. Z pewnością odpuści Johnowi, jeśli przypomni mu to, że John ma dziecko i kobietę na utrzymaniu. Nie dopuści do tego, by obydwoje cierpieli, odbierając im jedyną rodzinę, jaką posiadali.

Nie pozwoli Johnowi tak ryzykować. Nie pozwoli mu zginąć, gdy może coś z tym zrobić. On może zginąć, nikt go aż tak nie potrzebował jak Johna. Jeśli coś mu się stanie… Nie chciał nawet o tym myśleć, ale mimowolnie wrócił pamięcią do dnia sprzed miesięcy, kiedy John nie wracał ze zwiadu. Aż poczuł chłód tamtego dnia i śnieg na policzkach, tak jak wtedy gdy razem z Javierem wspinali się na zaśnieżone szczyty w poszukiwaniu zaginionego towarzysza.

Wszyscy byli już gotowi do wyjazdu. Micah, jego kumple oraz Bill byli podekscytowani. Javier nie wyglądał na przekonanego, ale nie sprawiał też wrażenia, jakby miał zaprotestować. Sadie była pewna siebie, cała w gotowości, a John… John udawał, że się nie boi. Nie samego napadu, ale tego co będzie potem.

To jeszcze bardziej przekonało Arthura, by jakoś go wyciągnąć z tej sytuacji, póki jeszcze mógł. Poszedł więc do Dutcha, układając na szybko w głowie co mu powie i jak, licząc na to, że go przekona.

Mógł się spodziewać, że to nie będzie nic prostego.

Zaślepiony. Obłąkany. Inaczej nie dało się teraz opisać Dutcha, kiedy znów streszczał ten swój genialny ponoć plan, opowiadając o tym jak ważne jest, by wszyscy byli mu lojalni i jak to przechytrzą wszystkich i wyniosą się na jakąś rajską wyspę.

Kiedyś poszedłby za nim w ogień, kiedyś te plany miały sens, teraz przynosiły tylko śmierć. Ten też ją przyniesie, nie miał co do tego wątpliwości. Pogrywanie z bogaczami i policją w mieście to jedno, ale pogrywanie z całym wojskiem? Tylko szaleniec by się na coś takiego decydował.

Dutch spełniał wszystkie kryteria już od dawna.

- Brzmi wspaniale. – Nie kłamał. Na papierze plan wydawał się doskonały, ale Arthur dobrze wiedział, że nie skończy się dobrze i nie wylądują na wymarzonym Tahiti. Wylądują co najwyżej w grobach. Wszyscy. Zdenerwowany popatrzył na Johna, który wraz z resztą siedział przy ognisku i był gotowy do napadu. Nie może pozwolić Johnowi zginąć. – Ja nie mam nic do stracenia, ale wiesz, chodzi o kobiety i dzieci. I Johna z rodziną, obawiam się, że muszę nalegać, musimy ich puścić. Bo jeśli Pinkertoni znów się pojawią, zabiją wszystkich.

Był zdesperowany, musiał się upewnić, że chociaż John nie przypłaci życiem tego szaleństwa. Miał rodzinę, którą musi się zaopiekować. Jeśli ktoś z całej ich bandy grzeszników  zasługiwał, by to wszystko przetrwać i zacząć nowe życie, to tylko John.

- John? – powtórzył Dutch. Było coś niepokojącego w jego głosie, nie potrafił powiedzieć co, ale dostał dreszczy. – Nalegasz?

Instynkt kazał mu zgiąć kark i odpuścić. Nie, nie instynkt. Wyuczona lojalność. Walczył z nią przez chwilę, by nie powiedzieć czegoś, co pogrzebie szansę ich wszystkich. Z wysoko uniesioną głową popatrzył na Dutcha, nie okazując strachu.

- Tak – potwierdził stanowczo. – Nalegam. 

Coś błysnęło w oczach Dutcha. To był ten sam błysk, który zawsze się tam pojawiał ilekroć Dutch wpadał na jakiś genialny szwindel, który pozwoliłby mu na zdobycie jakichś korzyści.

- Oczywiście, kolego. Cokolwiek uważasz za najlepsze, dopilnuje tego – zgodził się Dutch, ale po fałszywie słodkim tonie dało się zauważyć, że na nic się nie zgadza. John zostaje. Nawet po napadzie. Z uśmiechem położył mu dłoń na ramieniu. Niewinny dotyk, ale Arthur czuł się, jakby został właśnie uderzony. Wstrzymał oddech i zrobił się spięty. Nie podobało mu się to spojrzenie. Nie podobała mu się cała ta rozmowa. – Twój kochanek może odejść.

Arthura zmroziło i zakręciło mu się w głowie, gdy Dutch wypowiedział słowo „kochanek” z satysfakcją jak po złapaniu długo wyczekiwanej zwierzyny w pułapkę. Miał nadzieję, że nie pokazał na twarzy strachu, który go ogarnął, bo wtedy Dutch dostałby potwierdzenie tego, czego jakimś cudem się domyślał. Tylko czy było tu cokolwiek do potwierdzania? Dutch nie zgadywał, był pewny swoich słów. On się nie domyślał, on wiedział na pewno.

Od kiedy? Od dzisiaj? Od dawna? Od samego początku? Nie miał pojęcia, bo nigdy wcześniej nie pokazał, że czegoś się domyśla. Ale teraz wiedział, tak samo jak to, co z tą wiedzą zrobić.

- A teraz obrobimy sobie pociąg? – zapytał, robiąc to tylko dla pozorów. To nie było nawet pytanie tylko groźba. Dobrze wiedział, że Arthur mu w takiej sytuacji nie odmówi.

Poznał ich największy sekret i wykorzystywał go przeciwko nim, by robili dalej to co chce, by trzymać ich pod butem, a Arthur nie miał mu się jak sprzeciwić, jeśli nie chciał, by reszta wszystkiego się dowiedziała. Nawet jeśli sam Dutch nie miał nic przeciwko homoseksualistom, wątpił że stanie w ich obronie, gdy Micah albo Bill postanowią, że trzeba zastrzelić dwóch ciepłych zanim zarażą cały obóz.

Byli w potrzasku. Ich plan jeszcze się nie zaczął, a już mieli problemy. Skoro Dutch wiedział o ich związku, na pewno wiedział też o planowanej ucieczce i to już od jakiegoś czasu. Tylko czekał, na właściwy moment, aż kompletnie się od niego odwrócą, by dopiero wtedy wybić im zdradę z głowy i zmusić do posłuszeństwa, którego tak pragnął.

Wiedział, że im dłużej będzie zwlekał, tym mniej będą mieli czasu, by wymyślić drugi plan, a przy okazji pozbawi ich nadziei i wpędzi w panikę. Rozegrał ich jak dzieci, nie docenili go, poczuli się za pewnie. Myśleli, że skoro nie podejmuje ostatnio dobrych decyzji, to oślepł i stracił zdolność dedukcji, ale tak się nie stało. W ogóle nie przewidzieli, że może mieć na nich taki haczyk. Myśleli, że jeśli nawet podejrzewa zdradę albo jest jej pewny, to dalej będzie tylko próbował wzbudzić w nich poczucie winy jak do tej pory.

Byli głupcami. Po raz kolejny. Dutch już raz wykorzystał ich słabości i zrobił sobie z nich posłusznych żołnierzy. Teraz znowu dali mu to zrobić.  

Najgorsze było to, że nie wiedział co Dutch zamierza zrobić z tą informacją później, ale zapewne zabije ich, gdy już pomogą mu zdobyć pieniądze i przestaną mu być potrzebni. Wiedział przecież, że nie są już lojalni. Dwa razy już próbował się ich pozbyć cudzymi rękoma, to spróbuje i znowu. Tylko kiedy to nastąpi? Liczył na to, że nie zna całego planu i chciał z nimi wrócić do obozu, może nawet przeprowadzić jakąś pokazową egzekucję dla przykładu. W takim wypadku mieli jeszcze jakąś szansę. Musieli tylko zachować zimną krew, robić to, co Dutch im każe i udawać, że nie boją się tego, co z pewnością im zrobi. Bo jeśli znowu ich przejrzy, to na pewno nie będzie czekał z powrotem do obozu, żeby strzelić im w plecy.

- Jasne – zgodził się, nie mając innego wyboru.

Jego odpowiedź ucieszyła Dutcha, który z przebiegłym uśmiechem odszedł do reszty, oznajmiając, że wyjeżdżają.

Arthur zwlekał chwilę, nie mogąc się ruszyć. Oparł ręce o pas z bronią, by się tak nie trzęsły, przy okazji starając się uspokoić oddech.

Dutch wiedział. Dutch wiedział, do cholery! Jak mogli być tacy głupi?

- Arthur, idziesz? – zapytał John poprawiając swój płaszcz. Wszyscy już byli na koniach. Poza nimi dwoma.

Arthur zerknął na Dutcha, patrzącego na nich wyczekująco, ale bez żadnych obaw. Miał ich w szachu i będzie im teraz to cały czas przypominał. Będzie musiał ostrzec Johna.  

Mogliby uciec. Odłączyć się w czasie jazdy od reszty, zaryzykować i odjechać, ale nie ważne jak bardzo mu się ten cały napad nie podobał, zwłaszcza teraz, potrzebowali pieniędzy, które mogą dzięki niemu zdobyć. Bez nich, z tą niewielką ilością którą mieli schowaną w bezpiecznym miejscu, nie dadzą rady rozpocząć nowego życia. Przynajmniej nie osiadłego, a nie chcieli bez celu ciągać kobiet i dziecka po całej Ameryce.

Potrzebowali tych pieniędzy. I Dutch to wiedział. Spodziewał się ich zdrady, wyczekiwał jej, wiedział że wybiorą siebie, a nie jego jak do tej pory, ale nie odejdą wcześniej. Dlatego przesadnie się nie martwił. Nie dlatego, że był zaślepiony, ale właśnie dlatego, że widział wszystko.

Przerażało to Arthura. Przerażało go to, bo jeśli nie będą dość szybcy, jeśli się zawahają i przegapią okazję na ucieczkę, albo znowu nie docenią lidera –zginą. Dutch ich zabije, a potem odegra rolę zawiedzionego i zrozpaczonego ojca, którego zdradzili jego najukochańsi synowie. Byłby zaskoczony, gdyby do tego nie doszło.

Nieco się ociągając, ruszył do pozostałych. John uśmiechnął się do niego wspierająco, ale odsunął się nim mógł go dotknąć. Johna wyraźnie to zabolało, ale wyjaśni mu wszystko później. Teraz nie chciał dawać Dutchowi dowodów na to, że się nie myli.  

- Nowe konie? – zapytał ich Micah, gdy wsiadali na ogiery. – Co stało się z twoją wspaniałą Snowstorm i twoim wiernym Old Boyem?

Jeśli Dutch wiedział, to Micah też. Pytanie czy wiedział też o ich związku, czy Dutch mu powiedział. Miał nadzieję, że nie. Wszystko inne zniesie, tylko nie to. Micah zawsze wiedział, w jaki czuły punkt uderzyć, a ta amunicja byłaby wyjątkowo bolesna.

Na szczęście Bell nie wyglądał, jakby wiedział o wszystkim. O ich planie ucieczki, na pewno, ale o niczym więcej. Arthurowi trochę ulżyło.

- Koni nie weźmiemy na statek – wytłumaczył się, dobrze wiedząc, że nikt poza Billem tego nie kupuje, ale co innego miał powiedzieć? – Z ciężkimi sercami, ale sprzedaliśmy je. Zawsze to więcej pieniędzy. Arab i węgierski pół krwi zawsze schodzą drogo.

- Słusznie, Morgan, słusznie – pochwalił Micah z uśmiechem. Miał ogromną ochotę odstrzelić mu tę jego paskudną twarz.

W drodze czekała ich kolejna powtórka planu. Arthur nawet nie słuchał, w głowie miał milion myśli i wszystkie kręciły się tylko wokół tego, że ich tajemnica się wydała i w każdej chwili mogą zacząć walczyć o życie z ludźmi, którzy kiedyś byli ich towarzyszami broni. Zawsze się tego obawiał, czasami mu się to nawet śniło, a teraz stało się rzeczywistością w najgorszym możliwym momencie.

Został wyrwany z tego letargu dopiero gdy Dutch wspomniał imię Johna i kazał mu jechać po dynamit.

- Pojadę z nim – zaoferował natychmiast. Wiedział jak to wygląda, ale innej okazji do porozmawiania nie będą mieć. Dutch będzie przygotowany na zmianę planu, ale nie będzie znał szczegółów, więc dalej będą mogli go zaskoczyć.

- Jak sobie życzysz – zgodził się Dutch, w ogóle nieprzejęty tym, że mogą uciec w tej chwili. Wiedział, że tego nie zrobią. Był jednak trochę wściekły, że nawet pomimo groźby Arthur znów wybrał Johna.

- Chodź, tędy – pokierował go John. – Po tym jak wysadziliśmy most, zostawiłem dynamit niedaleko.

Arthur poczekał, aż oddalą się od reszty i będzie miał pewność, że nikt ich nie śledzi, nim przekazał złe wieści.

- Dutch wie – powiedział drżącym głosem. John obejrzał się za siebie, by na niego spojrzeć.

- O czym? – zapytał, mając zapewne nadzieję, że nie o tym, o czym myślał.

Gardło mu się zacisnęło i nie mógł od razu odpowiedzieć.

- O nas.

John zatrzymał gwałtownie konia i odwrócił się w stronę Arthura, cały blady na twarzy i ze strachem w oczach.

- Jak się dowiedział? Kiedy?

Było wiele możliwości i każda pokazywała tylko, jakimi durniami byli myśląc, że ujdzie im to na sucho.

- Nie wiem, ale nawet nie bawił się w subtelności, gdy mi to wytknął podczas rozmowy o tym, by puścić ciebie, Abigail i Jacka wolno – wyjaśnił spanikowany.

Dopiero teraz pozwolił sobie na pokazanie jak bardzo jest tym przerażony. Tylko w tej chwili czuł się jako tako bezpiecznie.

- Chciałeś żeby mnie puścił? – zapytał uniesionym głosem, zapominając chwilowo o strachu. – Odbiło ci?

Spodziewał się takiej reakcji. John nigdy nie lubił być zostawiany w tyle, wolał być w środku akcji. Od zawsze tak było.

- Słuchaj, John, jesteś ojcem, masz obowiązki wobec Jacka – próbował mu wytłumaczyć swój tok myślenia. – Nie zamierzałem pozwolić, by chłopak został pół sierotą. Musisz myśleć też o rodzinie.

- Właśnie o niej myślę, bo ty też do niej należysz. Jesteś głupszy ode mnie jeśli myślisz, że cię tak po prostu porzucę – odpowiedział mu ostro, patrząc na niego z wściekłością, ale jego twarzy po chwili złagodniała. – Przestań traktować się, jakbyś nic nie znaczył dla ludzi, bo to nieprawda. Nie dla mnie. Poza tym, może i pakuję się często w kłopoty, ale potrafię o siebie zadbać. Nie musisz mnie wiecznie chronić.

- To silniejsze ode mnie – wyznał. Nigdy nie potrafił z tym walczyć i nigdy nie zamierzał.

- Wiem – przyznał, już bez gniewu, za to z determinacją. – Robimy to razem, Arthurze. Abigail i Jackowi nic nie będzie. Obrobimy ten pociąg, zgarniemy pieniądze i odejdziemy. Nie zamierzam jak jakaś damulka czekać na powrót mojego męża z wojny.

- Uważasz mnie za męża? – zapytał złośliwie. Może odrobina humoru pomoże im zapomnieć o niebezpieczeństwie, w jakim się znaleźli.

Ruszyli powoli dalej, by zabrać dynamit. Jechali zaraz obok siebie, ale John próbował trochę go wyprzedzić, by ukryć rumieńce.

- Ja… - zaciął się na chwilę, by odkaszlnąć i doprowadzić głos do porządku. – Na pewno nie byłbyś zły w tej roli.

- Mogłeś poczekać z oświadczynami aż się stąd wyniesiemy, Marston – kontynuował droczenie. –  Nawet nie masz obrączki.

On miał, jedną, przeznaczoną kiedyś dla Mary. Teraz i tak nie mógłby jej użyć. Nikt na tym świecie nie udzieliłby ślubu dwóm mężczyznom. Jedyne obrączki, jakie by dostali, to kajdany na nogi i ręce, żeby nie uciekli jak będą ich prowadzić na szubienicę.

- Zamknij się – polecił mu John. Arthur postanowił dać mu spokój.

- Po prostu się o ciebie martwię, John – powiedział, wracając do poprzedniego tematu. Chciał, by ukochany to zrozumiał, że to wszystko to nie dlatego, bo nie wierzy w jego umiejętności.

- Ja o ciebie też – przyznał, uśmiechając się do niego. Policzki wciąż miał nieco czerwone. – Dlatego jedziemy razem. Tylko tak mogę mieć na ciebie oko.

Arthur prychnął.

- Raczej ja na ciebie – poprawił go. – Nie można cię nigdzie puścić samego. Albo wilki prawie cię zżerają, albo zostajesz zakładnikiem. Nawet aresztować się dajesz.

- Ale zawsze wychodzę cało z tych problemów – pochwalił się. – Mam szczęście.

- Gdyby nie to, że ratuję ci zawsze tyłek, to nic nie warte by było twoje szczęście.

- Może po prostu ty nim jesteś.

Teraz Arthur się zaczerwienił.

- Szlag by cię, Marston – przeklął zażenowany. John szczerzył się jak głupi. – Podkradłeś Mary-Beth jej romansidła, zanim uciekła? Skąd bierzesz te teksty?

- To ty mi dajesz do nich inspiracje – przyznał słodkim głosem, którym nie uwiódłby nawet młodej panienki nie wiedzącej jeszcze co to romans.  

- Boże, skończ z tym – poprosił i zaśmiał się.

Prawie zapomnieli o tym, że Dutch wie o nich i mogli teraz jechać na własną egzekucję. Prawie.

Dotarli wreszcie do wozu z dynamitem. John nie ukrył go zbyt dobrze, to był cud, że jeszcze tu był, zwłaszcza zawartość, która na pierwszy rzut oka nie wyglądała interesująco, ale ktoś wścibski na pewno by to sprawdził. On by tak zrobił.

Zabrał kilka lasek dynamitu ze skrzyni, resztę zostawiając w cholerę. Nie będą im już potrzebne.

- Mam go – oznajmił i zeskoczył z wozu.

- Dobra, miejmy to z głowy. Na koń, Arthur – popędził go. – Myślisz, że się uda?

- Kto wie – odparł wsiadając na konia. – Niczemu już nie ufam. Wtedy w rafinerii... Przysięgam, że spojrzał mi w oczy i zostawił.

- Jak mnie w banku.  

- A teraz jeszcze ta groźba w obozie.

- Dlatego byłeś taki blady – zauważył John. – Słuchaj, gdy się szykowałem, Abigail powiedziała mi, że pieniądze gangu schowane są w jaskiniach w Beaver Hollow.

- Co? – zapytał zaskoczony.

- Ano – potwierdził i pokręcił głową. – To tyle jeśli chodzi o nie chowanie pieniędzy blisko obozu. Dutch zrobił się jeszcze bardziej nieostrożny, niż sądziliśmy.

Szkoda tylko, że nie w każdym aspekcie.

- Okej. Przeprowadźmy ten napad i ułóżmy plan – zdecydował Arthur. I tak będą mieli dużo pieniędzy, gdy już napadną na pociąg, ale oszczędności gangu, to wszystko było też po części ich. Zdobyte w nieuczciwy, często okrutny sposób, ale ich. To oni narażali życie dla każdego dolara, podczas gdy Dutch często nawet nie kiwnął palcem. Poza tym, to będzie dobry sposób na odegranie się na nim. I opcja zapasowa, jeśli nic nie zdobędą z pociągu. – Zabierzemy pieniądze i wynosimy się stąd. Będziemy mieli więcej na nowe życie.

- Jeśli chcemy te pieniądze, będziemy musieli wrócić do obozu – zauważył zmartwiony John. – Nie taki był plan.

- Powiemy Sadie. Dyskretnie – polecił. – Może Abigail sama się domyśli i zgarnie wszystko. Coś wymyślimy. Niech Dutch obejdzie się smakiem.

Żałował, że nie będzie obecny, by zobaczyć wściekłość Dutcha, gdy dowie się, że go wykiwali, choć był taki pewny, że odzyskał nad nimi kontrolę.

- Myślisz, że to przeze mnie się dowiedział? – zapytał go John. – Że gdybym nie wziął cię do namiotu…

- Nie wiem – uciął go szybko. Nie chciał się bawić w obwinianie, to już niczego nie zmieni. Zresztą obaj byli jednakowo winni, jeśli to była wina któregoś z nich. Powinni byli się lepiej hamować i kontrolować drugiego. – Może dowiedział się dzisiaj, może przyłapał nas wtedy w Shady Belle. Może nawet wcześniej zobaczył nas kiedyś całujących się, jeszcze przed Blackwater. Miał mnóstwo okazji.

- Wiem, ale czuję, że to moja wina – wyznał z żalem. – To ja zazwyczaj naciskałem.

- A ja miałem własny rozum i mogłem się postawić, ale nie robiłem tego. Nie ma znaczenia, kto zawinił i kiedy, Dutch wie i musimy to jakoś przetrwać. Niedługo i tak już nam nie zagrozi, nawet z tą wiedzą. Ale najpierw mamy ostatni pociąg do obrabowania.

- Ostatni pociąg – powtórzył z nadzieją w głosie.

Dotarli do Saint Denis dwie godziny później. Dutch i reszta czekali na nich na głównej drodze prowadzącej do miasta, praktycznie prosząc się o kłopoty, nawet jeśli czekali tylko pół godziny.

- Ah, tu jesteście – ucieszył się na ich widok Dutch. W ogóle się nie przejmował tym, że mogli coś knuć, wierzył, że się nie odważą. Niech wierzy, to ich jedyna szansa na uratowanie się. – Macie wszystko?

Bo jeśli nie… Nie musiał tego mówić, Arthur wyczuł tę groźbę od razu i John także. Popatrzyli na siebie niespokojni, świadomi wzroku Micah na swoich plecach. Bardzo kusiło, by odpowiedzieć coś sarkastycznego, postawić się, ale to byłby zły pomysł. Musieli grać zastraszonych. Niespecjalnie nawet musieli grać, bo byli zastraszeni, ale wierzyli też w swój plan.

- Mam – odpowiedział mu potulnie Arthur.

- No to w drogę – nakazał dumnie.

- Ano, w drogę – wymamrotał pod nosem, nie mogąc się powstrzymać.

- Ostatni raz, panowie – oznajmił im Dutch. – Załatwiłem nam łódź. Popłyniemy do Nowego Jorku albo Chicago, a stamtąd prawdziwym statkiem do tropików.

Bo tak dobrze to wyszło ostatnim razem.

- Byle nie Guarmy – odezwał się Javier.

- To będzie raj, synu.

Synu. Ich też kiedyś tak nazywał. Wszystko to tylko kłamstwa.

- Wszystko idzie jak należy, Dutch – przechwalał się Micah. Gdyby Dutch już nie wierzył w swój plan, to przez tego złotoustego węża na pewno by uwierzył. – Dokładnie tak jak zaplanowaliśmy.

Oni zaplanowali. Zabolało go w sercu, gdy przypomniał sobie, że dotychczas Dutch planował wszystko z Hoseą. Teraz miał jego marną, mniej inteligentną imitację. Kto wie czy gdyby nie Micah i jego impulsywna natura, Dutch nie podejmowałby lepszych decyzji.

Zaczęło się od „rozejmu” z Colmem, potem było już tylko gorzej.

- Nie masz nic przeciwko, John? Arthur? – zapytał ich sugestywnie Dutch, gdy wjeżdżali do miasta. – Czy może nalegacie na coś innego?

Arthur zacisnął zęby ze złości tak mocno, że aż go zabolały. Bawił się z nimi, ich wcześniejszymi wątpliwościami, które obaj okazywali mu już od dawna.

Czuł się przez to jak pies na długim łańcuchu, którego ktoś ciągle drażni i prowokuje, bo wie że łańcuch go ochroni.

- Brzmi równie dobrze, jak za każdym poprzednim razem – odpowiedział John, gdy po rzucie okiem na Arthura zrozumiał, że ten nie odpowie.

- Abigail pewnie nie może się doczekać, już się spakowała – zauważył Micah. Arthur miał wrażenie, że zaraz zemdleje. Wiedzieli wszystko! – Już ją widzę w krótkiej spódniczce z trawy.

Wciąż liczył na to, że Micah wie o planie ucieczki, że ułożyli go razem, ale nie o ich związku. Może tak jak Dutch nie chciał jeszcze tracić sposobu do szantażu i kompletnie ich przestraszyć, wyjawiając wszystko reszcie, dlatego wspomniał o Abigail, a nie o czymś sugestywnym dotyczącym ich dwóch. Mógł zaatakować Johna w dowolny sposób, uderzając w Jacka, blizny, naśmiewając się z jego nieistniejącej głupoty, czy pobytu w więzieniu. Wybrał Abigail, z którą przecież nic poza dzieckiem Johna nie łączyło.

Może Micah uważał inaczej. Chciał, by tak było.

- Nie rozmawiaj ze mną, skurwysynu – odwarknął groźnie John, dając się ponieść emocjom. Arthur natychmiast skarcił go wzrokiem. John nie czuł się winny, ale może zamknie chociaż jadaczkę.

Nie mogli robić czegoś takiego, nie oni rozdawali karty.

- Chłopaki, chłopaki, bez nerwów – utemperował ich Dutch, ale bez większego przekonania. Może nie w samym  środku miasta, ale byłoby mu na rękę, gdyby doszło do walki pomiędzy Johnem a Micah. – Nie chcemy tędy jechać i zwracać na siebie uwagi. Powolutku przez miasto, panowie.

Jakby to miało jakkolwiek pomóc, gdy dziewięcioosobowa grupa uzbrojona po zęby, która nie tak dawno temu napadła tu na bank i zamordowała jedną z grubych ryb, przyjechała tu sobie jak na wycieczkę. Dziwne, że jeszcze żaden policjant się nie zorientował co się święci.

- Saint Denis – westchnął z nostalgią Micah. Arthur miał już dość tego głosu. – Miło tu wrócić. Tyle radosnych wspomnień, prawda, John?

- Zamkniesz się wreszcie, Micah? – uniósł się, nim John zdążył odpowiedzieć, na co ewidentnie miał ochotę.

Oczywiście, że atakował Johna, a nie jego. Micah zawsze był konfliktowy. Gdy tylko dołączył, pierwsze co zrobił, to sprawdził z kim może sobie pozwolić na sprzeczki, żeby nie skończyć bez zębów. Nikt mu nigdy tego nie zabronił, bo Dutch uznał to za zwykłe, niegroźne przepychanki, które zacieśniają więzi wśród takiej bandy degeneratów.

Micah nie miał problemu z wypatrzeniem, kto jest na jakim miejscu w obozowej hierarchii. Zaczął zaczepiać dziewczyny, Swansona, Wujka, Straussa czy Pearsona – wszystkich tych, którzy nie mogli mu oddać. Nawet Grimshaw się nie bał.

Do Maca i Davey’ego nawet nie podskakiwał, tych dwóch wariatów nie strzelało może tak dobrze jak Micah, ale byli od niego więksi i silniejsi, wgnietliby go w ziemię. Bill był łatwym celem. Głupim. Łatwo było go obrażać tak, że nawet się nie orientował. Z Seanem kłócił się prawdopodobnie najwięcej, jak najszybciej doprowadzając do fizycznej bójki, bo w obrażaniu nie miał z dzieciakiem szans, gdy ten zaczynał się rozkręcać i co drugie słowo wychodzące z jego ust było pochodnym słowa „kurwa” czy „jebać”.

Javiera zaczepiał, gdy naprawdę nie miał już kogo, ale Javier potrafił o siebie zadbać, więc Micah z niego kpił, ale nie za mocno, by we śnie nie dostać nożem między żebra. Lenny był zdecydowanie częstszym celem ataków i to tylko ze względu na kolor skóry. Młody nie chcąc się pokazać jako łatwy do sprowokowania, z marzeniami o byciu kimś wielkim w gangu, zazwyczaj się dawał. 

Dutcha oczywiście nigdy nie odważyłby się obrazić, wręcz mu się podlizywał od pierwszego dnia. Zaczepiał za to Hoseę, ale ten zwykle był za mądry, by dać się wciągnąć w głupią sprzeczkę. Trelawny, gdy już przebywał w obozie, chyba też go zniechęcał, ale nie ignorowaniem, a swoim ekscentrycznym zachowaniem i słownictwem.

Gdy niedługo po Micah dołączył Charles, też stał się celem ataków. Czarny i Indianin w jednym? To było aż zbyt kuszące. Micah nie przewidział tylko, że Charles nie będzie potulny. Szybko go sobie odpuścił.

Zdarzało się, że Micah zaczepiał i jego, ale od samego początku Arthur wiedział, że ten szczur się go po prostu boi. Szybko wybadał teren i zauważył, że sprowokowany Arthur mu odda, a nie dało się ukryć, że Micah był od niego słabszy fizycznie, w gorszej formie. Tam gdzie Micah miał miękki i odstający nieco brzuch, Arthur miał twarde mięśnie. Drobne zaczepki, jasne, ale nigdy nic poważnego.

No i był jeszcze mały Johnny Marston. Czwarty w hierarchii, jeden z dwóch ukochanych synów Dutcha, złoty chłopiec. Micah sprawiał wręcz wrażenie zazdrosnego o te tytuły, często próbował nazywać się trzecim bratem, ale ani John, ani Arthur nigdy go za takiego nie uważali.

John był łatwym celem. Trzeba go było co prawda naprawdę mocno rozwścieczyć, by wyskoczył na kogoś z pięściami, a Micah zazwyczaj nie miał na to czasu, bo John sam odchodził od kłótni, zresztą nie o bójkę na pięści mu chodziło w tym wszystkim. John był idealny z innego powodu. Zawsze odpowiadał. Nie potrafił trzymać języka za zębami, gdy go obrażano, nigdy się nie hamował i odwdzięczał się tym samym, jakby już dawno miał przygotowaną obelgę. Potrafił bardzo długo przerzucać się z rozmówcą obelgami i dawać prowokować, nigdy nie robiąc nic konkretnego, by się obronić i to zakończyć, choć był dość silny, by rozprawić się z Micah. Wolał odejść i nie marnować sił, ale przedtem rzucając tyle inwektyw, ile tylko znał.   

Micah to uwielbiał, bo mógł go do woli obrażać i nie dostać za to w twarz, a każde odejście Johna zawsze traktował jak zwycięstwo. Niewiele też było trzeba, by Johna zmusić do sprzeczki, był wrażliwy na punkcie wszystkiego, jeśli użyło się odpowiedniego tonu, można go było nawet obrazić wytykając mu, że źle siedzi. A Micah był dobry w wynajdowaniu tego, co złości ludzi najbardziej.

Przez te pół roku nic się nie zmieniło, poza tym, że Micah mógł ich oficjalnie traktować jak wrogów. Ale nawet teraz bał się zaczepiać Arthura otwarcie. Nic dziwnego, że także teraz obierał łatwiejszy cel. Nie spodziewał się pewnie tylko, że Arthur stanie w obronie Johna. Albo spodziewał się i tego właśnie oczekiwał.

Nie powinien był się na niego wydzierać, ale nie zamierzał słuchać bezczynnie, jak Micah obraża mu najbliższą w życiu osobę. Jeśli się tym ujawnił, jeśli Bell coś podejrzewał teraz, trudno. I tak już siedzieli po uszy w gównie.

- Wystarczy. Zamknijcie się wszyscy – uciszył ich znowu Dutch.

Dojechali w końcu do stacji kolejowej i zatrzymali się przed nią, zwracając na siebie tylko niepotrzebną uwagę. Dutch zsiadł z konia i zaczął rozdawać zadania. O tyle dobrze, że nie wsiadali wszyscy jednocześnie. Arthur był też zdziwiony, że Dutch wyznaczył jego i Johna do jednego zadania. Kiedyś nie byłoby to żadnym zaskoczeniem, byli najlepsi, ale teraz? Teraz wyglądało to tak, jakby chciał ich sprowokować do zrobienia czegoś głupiego i dania mu pretekstu do pozbycia się ich. Mógł im też dawać najtrudniejszą robotę, żeby zobaczyć czy przetrwają, a jeśli tak, to wtedy ich dobić.

Arthur nawet się nie łudził, ze Dutch czegoś takiego nie planuje. To było zbyt oczywiste. Jeśli dodatkowo to Micah go namawiał… Podczas napadu będą musieli mieć oczy z tyłu głowy, robiło się niebezpieczniej niż wcześniej.

Musieli poczekać chwilę na pociąg. Arthur i John stanęli obok siebie, nawet nie próbując się kryć z tym, że nie są po tej samej stronie. Nikt poza Micah i Dutchem tego nie zauważył.

Oczekiwanie było najgorsze, bo w każdej chwili mogli zwrócić uwagę policji. Arthur rozglądał się niespokojnie, ale póki co nikogo nie dostrzegał. John dyskretnie trącał jego dłoń swoją, by podnieść go na duchu, ale niewiele to pomagało.

Już za kilka minut rozpoczną ostatni napad wżyciu. I najważniejszy. Póki co nic nie szło dokładnie zgodnie z ich planem, o którym wszyscy zdawali się wiedzieć, a wiele jeszcze może się popsuć. Oby tylko konie nie zawiodły, bo to głównie od nich będzie zależało, czy w odpowiednim momencie ujdą z życiem.   

Pociąg w końcu zaczął się zbliżać, dym widać było już z daleka, a i lokomotywa wkrótce pojawiła się na horyzoncie. Zbliżyli się wszyscy do torów, patrzyli jak pociąg podjeżdża i tak po prostu ich mija, nawet nie zwalniając.

- To tego… Mam wsiadać? – zapytał sarkastycznie Arthur.

Nie mógł w to uwierzyć. Nie, w zasadzie to mógł. Oczywiście, że nic z planu Dutcha nie wyszło, od cholernego zatrzymania się pociągu poczynając! Tylko niepotrzebnie się narazili przyjeżdżając do miasta, nie dostając nic w zamian.

Teraz nawet plan jego i Johna wymagał zmian. Jeśli nie pieniądze z pociągu, to te należące do gangu muszą świsnąć i się z nimi zmyć, zanim ktokolwiek się zorientuje.

Nawet się cieszył, że z pociągu nic nie wyszło. Nie zabiją bezsensownie innych ludzi, ani nikt od nich nie zginie. Wyszło na dobre dla wszystkich. Poza Dutchem.

- Cholera – przeklął. Arthur uważnie go obserwował, wyczekując jego następnego ruchu i czy będzie skierowany na niego i Johna, który niewzruszony obserwował pociąg. – No to… Wszyscy na koń!

Co?

Arthur złapał Dutcha za ramię i zatrzymał, nim ten zdążył wsiąść na własnego wierzchowca.

- Dalej mamy zamiar to zrobić?

To było szaleństwo! Pociąg przepadł, nawet gdy go dogonią, to w życiu nie wejdą na niego niezauważeni jak zamierzali, a już na pewno nie uda im się go zatrzymać przed patrolem, który czekał na trasie! Dutch chciał ich wszystkich zabić!

- Rób co mówię – rozkazał, znów tylko sugerując groźbę, ale to wystarczyło, by Arthur wsiadł na konia i popędził obok Johna za pociągiem.

Może powinien się po prostu postawić. Może nikt Dutchowi nie uwierzy, nie miał dowodów, a nie zamierzali mu ich dostarczać całując się na oczach wszystkich albo wyznając sobie miłość. Nie miał jak udowodnić, że są homoseksualistami.

Tylko czy inni faktycznie nie uwierzą? Wszyscy którzy ślepo nie podążali za Dutchem albo już uciekli, albo nie żyli. Zostali tylko najwierniejsi.

I najbardziej zdesperowani.

- No już, Arthur! – poganiał go John. – Musimy się dostać do tego pociągu. Możemy wskoczyć od tej strony.

Szaleństwo! Głupota! Powinni byli zostawić pieniądze i uciekać! Zawrócić, gdy tylko John powiedział mu o ukrytej gotówce w Beaver Hollow, której pilnowała teraz tylko Susan. Wystarczyłoby im. Mogliby za to przeżyć. Na pewno by przeżyli. W tej chwili nie był już tego taki pewny.

Konie dobrze się spisywały, doganiały pociąg, który nie zdążył się jeszcze dobrze rozpędzić po przejechaniu przez miasto. Sadie i koleżka Micah – Cleet, jechali z drugiej strony wagonów.

John dostał się do ostatniego jako pierwszy, zręcznie przeskakując z konia, który wiernie biegł dalej. Arthur po chwili do niego dołączył i też skoczył.

- Wszystko gra? – zapytał od razu John, ściągając karabin z pleców.

- Tak – odparł i zrobił to samo.

- Pieniądze są w pierwszym wagonie. Musimy się tam dostać zanim skończą się tory.

Które sami wysadzili. Dlatego trzeba było zatrzymać pociąg najpierw, a nie przedzierać się przez całą jego długość. Zrobić tak jak podczas napadu w Scarlet Meadows, zwłaszcza że dobrze wiedzieli, że będą musieli walczyć z czasem.

Szli metodycznie, ale szybko, nie chcąc skończyć na dnie rzeki, gdy spadną razem z całym tym złomem. Strażnicy szybko się zorientowali o ich obecności i zaczęli bronić pociągu. Wykonywali tylko swoją pracę, a oni zabijali każdego na swojej drodze, wagon po wagonie zostawiając kolejne trupy. Wymiana ognia trwała praktycznie cały czas, ale póki co udało im się uniknąć kul.

Pociąg pędził, nie zwalniał. Zaczynał się martwić, czy zatrzymają go na czas.

Zaczynali ostrzeliwać ludzi w następnym wagonie. John trafił jakiegoś odważnego, który wyszedł na przód. W niekontrolowanym odruchu, żołnierz upadając nacisnął spust, a kula z jego pistoletu trafiła prosto w lampę nad jego głową. Snop iskier posypał się na łatwopalny ładunek i po chwili całe wejście było w płomieniach, szybko rozprzestrzeniając się na resztę wagonu.

Wszystko co mogło pójść źle, szło źle. Brakowało tylko tego, by pociąg się zaraz wykoleił.

Przeskoczyli z powrotem na konie – Bill złapał Johna, a Dutch Arthura. Bał się wskoczyć, przez moment miał wrażenie, że Dutch nagle wyhamuje konia, a on zabije się spadając z pędzącego pociągu. Odetchnął z ulgą, gdy bezpiecznie wylądował na zadzie.

Podjechali do kolejnego wagonu, gdzie czekali już Sadie i Cleet i znów wskoczyli. Zwykle starali się tego nie robić przy takich prędkościach, skok do lub z pędzącego pociągu zawsze był ryzykowny, tymczasem zostali do tego zmuszeni już trzy razy. Dziwił się, że jeszcze żyli, choć lądowanie na wagonie i tak było bolesne.

John od razu chciał sprawdzić, czy nic mu nie jest, ale wstał nim zdążył to zrobić.

- Odłącz ten wagon, zanim wszyscy wylecimy w powietrze! – polecił mu szybko. Kto wie co było w środku, a co zaraz pochłoną płomienie.

- Robi się!

John nawet nie zdążył dobiec do złączenia, gdy na jednym z mijanych urwisk pojawił się żołnierz, który wykrzykiwał coś do pozostałych. Teraz już armia wiedziała o napadzie. Szlag!

- Obsadź karabin, Arthur! – zawołał John.

- Jasne!

Składał Gatlinga najszybciej jak się da, żeby być gotowym zanim cała armia zacznie ich gonić. John w tym czasie odłączał podpalony wagon. Jak Dutch sobie wyobrażał uciec po czymś takim? Jeśli cały kraj się nie dołączy do ściganie ich, to będzie cud! Nawet na tej wymarzonej przez Dutcha wyspie o tym usłyszą.

Spieprzyli. Spieprzyli tak bardzo, że bardziej się nie dało. Zadarli z każdym, kim się dało, nawet w ich plan zaczął teraz wątpić. To miała być stosunkowo cicha robota, mieli uciec zanim wojsko się zorientuje, że ich obrabowano, zanim wyślą pościg. Nie miał pojęcia jak teraz uciekną, jak zdołają się ukryć.

Chyba jednak nie zasługiwali na to drugie życie, a Bóg robił wszystko, by im to pokazać.

- Dobra robota – pogratulował Arthur, gdy Johnowi w końcu udało się odczepić wagon. Po chwili wszystkie wpadły na siebie i z hukiem wypadły z torów.

- A teraz wskakujcie! – krzyknął do pozostałych John.

Bill wskoczył pierwszy, ale nim ktokolwiek zdążył do niego dołączyć, rozległ się huk wystrzału. W tym samym momencie Arthur zobaczył rozbryzg krwi z ramienia Johna, który zachwiał się pod wpływem trafienia i wypadł z pociągu, prawie wpadając pod końskie kopyta.

- John!

Nie, nie, nie, nie! Chciał wyskoczyć za nim, pomóc mu, ale tylko patrzył, jak John stacza się po zboczu, wkrótce znikając mu z oczu, gdy pociąg się oddalił.

Zszokowany odwrócił się za siebie, skąd nadszedł kolejny strzał. Na dachu następnego wagonu stał żołnierz, do którego wszyscy już celowali. Arthur błyskawicznie wyciągnął rewolwer i strzelił mężczyźnie prosto w głowę pomimo trzęsącej się dłoni.

Nie pomogło ani trochę. Był przerażony, nie wiedział czy John jeszcze żyje, było mu niedobrze i wzbierała w nim wściekłość. Nie tak to się miało skończyć, do diabła!

- Zajmę się Johnem! – krzyknął Dutch, jadący dalej obok pociągu. – Ty broń pieniędzy!

W dupie miał teraz te pieniądze, musiał sprawdzić co z Johnem, ale jego koń został w tyle, wyraźnie nie mogąc dogonić pociągu jak pozostałe wierzchowce. Musiał zostać, choć jedyne czego teraz chciał, to wyskoczyć. Nie zrobił tego tylko dlatego, bo pewnie by zginął, a martwy nie pomoże Johnowi.

Dutch, Javier oraz Micah i jego koleżka zawrócili po Johna. Najbardziej z nich wszystkich ufał Javierowi, reszcie nie pozwoliłby się nawet zbliżyć do rannego i prawdopodobnie nieprzytomnego Johna. Dutch już raz udowodnił, że nie ma problemu z zostawieniem go na śmierć, czemu miałby tego teraz nie powtórzyć?

Nie ufał mu. Dutch pewnie robił to tylko po to, by dalej utrzymać go w ryzach, ale nie miał wyboru w obecnej sytuacji. Sam nie mógł nic zrobić, pozostało mu tylko mieć nadzieję, że John nie upadł niefortunnie i przeżył, nie jechali już tak szybko. To co go martwiło, to że John nie krzyknął, nawet przy postrzale. Nie wydał też z siebie żadnego dźwięku, gdy upadł, ale to jeszcze nic nie znaczyło.

Musiał przeżyć, po prostu musiał. To był jego cholerny plan! To on to wszystko zaczął, on opowiadał jak to niedługo będą wolni! Tyle na to czekał, tyle zrobił, by to się udało. Nie mógł dać się zabić, gdy byli tak blisko!

Złapał za magazynek Gatlinga i obsadził go, strzelając do każdego, kto ich gonił i każąc Billowi nie zatrzymywać pociągu. Wystawiliby się na kule jak kaczki, musieli dalej jechać i w odpowiednim momencie uciec, zanim cała ta maszyna runie z mostu.

Razem z Sadie i Cleetem pozbyli się całego pościgu i przeszli dalej, do pierwszego wagonu. Pieniądze były teraz ostatnim z jego zmartwień, ale musiał trzymać się planu. W końcu John przeżył. Nie dopuszczał do siebie innej możliwości, więc dalej potrzebowali tych pieniędzy. Dlatego je zdobędzie, wyskoczy z tego cholernego pociągu i odnajdzie Johna. Postrzelonego, ale żywego.

John żył, czuł to.

Wysadzili ścianę pancernego wagonu dynamitem. Arthur wszedł do środka, święcie przekonany, że natrafią co najwyżej na korespondencję albo kompletną pustkę, skoro los póki co ich nie zawodził i dawał im wszystko co najgorsze, ale o dziwo w środku były pieniądze. Dużo pieniędzy, w sam raz, by kupić kawałek ziemi i zacząć żyć jak normalni ludzie.

Musieli tylko przenieść to wszystko. Nie mieli dużo czasu, pociąg się nie zatrzymywał, a byli już blisko zniszczonego mostu.

Zaczął rzucać Sadie i Cleetowi wszystko wartościowe, co miał pod ręką, worki wypchane po brzegi pieniędzmi. Bill też dostał swój bagaż, gdy przyszedł im powiedzieć, że na pewno się już nie zatrzymają.

Pociąg jechał wolniej niż wcześniej, mogli bezpiecznie wyskoczyć. Arthur popatrzył w stronę zarwanego mostu i to mu wystarczyło, by podjąć decyzję. Wyrzucił worek z pieniędzmi i opuścił wagon, nawet nie próbując lądować na nogach, a jedynie starając się zamortyzować upadek. Poharatał sobie dłonie, ale nic nie złamał, a co najważniejsze przeżył. John też na pewno przeżył podobny upadek. Skoro jemu się udało…

Patrzyli jak pociąg spada w dół klifu, z całą resztą tej cholernej forsy, której nie zdążyli zabrać. Worek pieniędzy, który trzymał Arthur ciążył mu na ramieniu bardziej niż powinien. Jeszcze nigdy wcześniej zdobyte pieniądza tak go nie brzydziły, tak mu nie przeszkadzały. Chętnie wyrzuciłby je żeby spadły jak pociąg. Zamiast tego poprawił wór na ramieniu i odwrócił się.

- Żyjemy – powiedział Bill.

- Taa, ledwo – odpowiedział mu Arthur, rwąc się do tego, by sprawdzić co z Johnem. Ledwo mógł ustać w miejscu, był gotowy choćby biec cały ten kawał na własnych nogach. Musiał wiedzieć, czy z Johnem wszystko w porządku.

- Cóż… Ruszajmy.

- No – przytaknął i ruszyli we czwórkę z powrotem w stronę torów.

Micah wraz z kolegą oraz Dutch i Javier dogonili ich w końcu po tym jak wrócili się po Johna.

Arthur popatrzył na każdego, u konia żadnego z nich nie było dodatkowego pasażera. Ani na jego koniu, którego przyprowadzili. Wierzchowca Johna w ogóle nie było z nimi.

- Gdzie John? – zapytał z trudem, gdy gardło samo mu się zacisnęło.

Javier popatrzył na Dutcha i Micah, a potem na niego, nie kryjąc żalu w swoim spojrzeniu.

- Próbowałem – odparł Dutch. Arthurowi zaszumiało w uszach, a w oczy zaczęły szczypać. Zamrugał kilka razy, ale nie chciały przestać. – Próbowałem.

- Nie przeżył – dodał Micah. Nie. To niemożliwe. Nie John. Nie mógł… Kłamał. – Zabił go patrol. Musieliśmy uciekać.

Kłamał, obaj kłamali. Cały czas to robili, czemu teraz mówiliby prawdę?

Opuścił wór z pieniędzmi na ziemię, nie potrafiąc go dłużej utrzymać. Trząsł się, zwłaszcza ręce.

- Chodźmy – zarządził Dutch niewzruszony. – Zanim pojawi się kolejny patrol.

Tak po prostu? Właśnie stracił człowieka, którego znał czternaście lat i tylko tyle miał do powiedzenia? Żadnego przykro mi, żadnego przepraszam. Po prostu chodźmy.

Odjechali nie czekając na niego. Została z nim tylko Sadie, ale nawet nie zwracał na nią uwagi. Jeśli coś do niego mówiła, to jej nie słyszał, zagłuszało ją dudnienie jego własnego serca. Nie rozumiał do końca, co Dutch właśnie do niego powiedział, nie chciał rozumieć.

Nieobecny podszedł do konia i zarzucił mu wór z pieniędzmi na zad, samemu siadając w siodle i jak gdyby nigdy nic ruszając za resztą, próbując przetworzyć to co przed chwilą usłyszał. „Nie przeżył.” Może się mylili. Może nie sprawdzili dokładnie i zostawili Johna rannego i bez pomocy. Może go tylko aresztowali. Tylko czy ktoś kłopotałby się z aresztowaniem bandyty, który napadł na wojskowy pociąg?

Dotarło do niego powoli, że John nie przeżył. Arthur wciąż miał przed oczami moment, kiedy jeden z żołnierzy postrzelił go w ramię, jego upadek z pociągu. To był ostatni raz, kiedy widział go żywego. Jego ostatnim wspomnieniem Johna była jego śmierć, jego wykrzywiona bólem twarz.

Nawet nie był zrozpaczony tylko po prostu wściekły. Wściekły na siebie, bo na to pozwolił, na Dutcha, bo prawdopodobnie znowu nic nie zrobił choć mógł. Wściekły na Johna, bo idiota dał się postrzelić. Był wściekły i… Zaczęło się. Przez parę sekund nie czuł nic, nie wiedział gdzie jest i gwizdało mu w uszach. Czuł pustkę, a potem w jednej chwili jego klatkę piersiową rozdarł najgorszy ból jaki w życiu poczuł. Zabrakło mu tchu, pochylił się nad końskim karkiem i zakasłał, czując w gardle mdłości, które na szczęście szybko minęły, ale ból pozostał.

Palił, siekał, miażdżył – zupełnie jakby każdy możliwy rodzaj cierpienia zaatakował go w jednej chwili. Miał ochotę strzelić sobie w łeb albo rozciąć pierś i odrzucić serce jak najdalej od siebie.

John…

Sadie oglądała się na niego co chwilę. Rozumiała jak nikt inny co przeżywał i nawet nie próbowała z nim rozmawiać na ten temat. Nie mówiła, że będzie dobrze, bo wiedziała, że tak się nie stanie. 

John odszedł. Arthur nie wiedział co się z nim teraz stanie. Był sam, nie miał już nikogo. Stracił nie tylko ostatnią osobę, która coś dla niego znaczyła, stracił osobę, która była dla niego wszystkim.

Co on teraz zrobi? Miał masę pieniędzy, ale teraz nie miały żadnego znaczenia, bo wszystkie plany z nimi związane dotyczyły Johna.

To nie tylko bolało, ale i przerażało. Nie pamiętał czasów, kiedy Johna nie było jeszcze w jego życiu. Miał wręcz wrażenie, że czas przed Johnem nie istniał, tak słabo go pamiętał. Nawet gdy ten uciekł na rok, Arthur zawsze łudził się, że kiedyś wróci, wybaczy mu odrzucenie i wszystko będzie jak dawniej.

I wrócił, i na szczęście nic nie było jak dawniej tylko lepiej.

Teraz John nie wróci. I to bolało, to była agonia.

- Trzeba było uciekać, kiedy mieliśmy okazję. – Chrzanić pieniądze, niewygody, przynajmniej obaj by żyli. Razem, jak pragnęli. – Byliśmy głupcami, Marston. Ja byłem głupcem.

Gdyby tylko nie dał się Johnowi przekonać, że powinien być częścią napadu. Trzeba go było odesłać siłą wraz z Abigail i Jackiem. Do ostatniej chwili miał szansę. Nie skorzystał. To była jego wina. Miał chronić Johna i zawiódł.

Jego wina. Nie Dutcha, nie Micah czy żołnierza, który trafił Johna. To była wina Arthura, bo to on pozwolił Johnowi na to ryzyko. Może Dutch i Micah mogli zrobi coś więcej, by mu pomóc, o ile w ogóle spróbowali tak jak mówili, ale to nie miało znaczenia, bo gdyby John nie brał w ogóle udziału w tej misji samobójczej, nic by się nie stało. Arthur wracałby teraz do niego z pieniędzmi, nie kłopocząc się nawet z powrotem do obozu. A nawet gdyby zajął miejsce Johna, przynajmniej z nich dwóch przeżyłby ten, który na to bardziej zasłużył.

Co on powie Jackowi i Abigail? Jak im to powie, gdy na samą myśl o powiedzeniu tego na głos, urzeczywistnieniu tego co się stało, chciało mu się wymiotować?

- Wracasz do obozu? – zapytała go Sadie. Zgodnie z dawnym planem, już dawno powinni… powinien odjechać. Miał okazję, jego obawy się nie sprawdziły. Tylko że nie było już sensu w uciekaniu. Dutch nic mu już nie zrobi, nie będzie w ogóle miał powodu. Teraz gdy został sam, nie był już dla niego zagrożeniem. – Zabiją cię.

- Nie obchodzi mnie, co się ze mną stanie – powiedział jej. Nie chciał umierać, przynajmniej tak mu się wydawało, ale śmierć nie wydawała się już taka straszna.

- Znam to uczucie.

Wiedział. I miał kiedyś nadzieję nigdy go nie poznać na własnej skórze. Widział w swoim życiu już wiele śmierci, ale żadna nigdy nie dotknęła go tak jak ta Johna. Śmierć zwykłych towarzyszy to zawsze był szok, ale tutaj, to był po prostu ciągły ból, który nie chciał się zakończyć.  

- Jak można je zabić? – zapytał zdesperowany. Doświadczał go dopiero kilku minut, a już miał wrażenie, że lada moment od niego zwariuje.

- Nie da się – odpowiedziała z przykrością. Jej żal w niczym mu nie pomagał, nie łagodził bólu. – Trzeba po prostu nauczyć się z tym żyć.

Przytaknął ze zrozumieniem, znów czując szczypanie w oczach. Przetarł je szybko, czując wilgoć pod palcami.

- Mam żyć ze świadomością, że mężczyzna którego kocham umarł na moich oczach?

Co to za życie? Widział co to zrobiło z Sadie. Uczyniło ją nieustraszoną, ale gdy w jej oczach nie było złości, zawsze był tam smutek, którego nawet zemsta nie potrafiła ugasić. Był świadkiem tego, jak w końcu przestała trzymać to wszystko w sobie. Płakała za mężem, podczas gdy krew jego mordercy była na jej rękach, a jego ciało leżało u jej stóp. Nie było żadnej ulgi, nieważne ilu o’driscolli zabiła. Jake’a jej to nie zwróciło. Nic tego nie zrobi. Mogła go tylko wspominać.

Czy jego też to teraz czekało? Będzie łaknął zemsty? Ale na kim? Żołnierz, który postrzelił Johna już nie żył, a ci którzy ponoć go dobili, ich nigdy nie spotka, chyba że zdecyduje się wypowiedzieć wojnę całej armii Stanów Zjednoczonych. Kto wie, czy już nie zabił tego jednego mężczyzny, gdy gonił ich patrol.

Nie mógł mieć nawet pewności, że to żołnierze zabili Johna. Nie miał wątpliwości, że Dutch i Micah byliby zdolni do tego, by go dobić. Zwłaszcza ten drugi. Po co czekać na wojsko, gdy można samemu i bez świadków załatwić zdrajcę? Był z nimi Javier, ale mógł być po ich stronie, choć gdy wrócili po nich, jako jedyny z nich wszystkich wyglądał jakby było mu przykro.  

Mógłby teraz wrócić do obozu, by zabić Micah i Dutcha. Za to wszystko, do czego ostatnio doprowadzili, nie tylko za śmierć Johna. Dokonanie zemsty jak Sadie byłoby dziecinnie proste, może by nawet przy tym zginął i zakończył ten ból zanim na dobre się zaczął. Tylko czy było warto mścić się dla paru sekund satysfakcji, którą znów przysłoni cierpienie?

Zamiast bezsensownie zabijać w ramach zemsty, powinien wrócić po ciało Johna i gdzieś go pochować. W jakimś ładnym miejscu, gdzie miałby spokój do końca świata. Nie potrafił się jednak zmusić, by zmienić kierunek. Nie chciał widzieć ciała. Co zrobili z nim żołnierze lub Dutch i Micah. Wtedy to wszystko okaże się prawdą.

Nie łudził się, że John przeżył. Po prostu nie chciał, by ten widok został z nim do końca życia. Chciał pamiętać ukochanego całego i zdrowego. Może wtedy to wszystko co go czekało będzie choć łatwiejsze.

Wrócili do obozu całą grupą. Prawie całą. Arthur łapał się na tym, że odwracał się co chwilę za siebie, będąc pewny, że zobaczy jadącego za nim Johna, który uśmiechnie się do niego głupkowato albo rzucił jakimś żartem. Nawet słyszał parę razy tętent końskich kopyt, ale za każdym razem Johna za nim nie było. I już nigdy nie będzie.

Nigdy już nie pojadą obok siebie, nie będą dzielić papierosa, nie podroczą się ze sobą, nie urżną do nieprzytomności. Nigdy już go nie pocałuje, nie obejmie, nie zaśnie obok niego.

Gdy John był jeszcze młody, łaził za Arthurem wszędzie do tego stopnia, że było to irytujące. Kochał tego dzieciaka, ale każdy by miał dość. Teraz wiele by dał, by choć jeszcze raz usłyszeć „Mogę jechać z tobą?”

Siostra Calderon nie miała racji. Bóg go nienawidził. Nie widział innego wyjaśnienia na to, że co chwilę zadawał mu kolejny ból. Wiedział od razu, że znów jest coś nie tak, gdy tylko Tilly wyszła im na spotkanie z Jackiem siedzącym przed nią w siodle. Drugi koń, ten przeznaczony Abigail, podążał za nią, obładowany ich spakowany rzeczami.

- Zabrali Abigail!

To było niesprawiedliwe. Dostał już nauczkę, czemu jeszcze Abigail musiała płacić za ich grzechy?

- Przykro mi to słyszeć – powiedział Dutch, gdy Tilly skończyła odpowiadać na pytanie Arthura o to, gdzie ją zabrali.

Miał nadzieję, że Dutch pokaże jeszcze resztki człowieczeństwa. Bez względu na to, jak on i John się z nim poróżnili, Abigail nie była niczemu winna. Nie chciał ratować ich, ale niech chociaż uratuje kobietę, na litość boską! Jej chyba nie zostawi na pewną śmierć?

- Trzeba ją odpuścić – wtrącił się Micah. Arthur z radością przywitał złość, która zagłuszyła tymczasowo ból. – John nie… Wybacz, młody.

Jack nawet nie rozumiał co się stało. Był przerażony, właśnie zabrali mu matkę, a teraz jeszcze Micah mówił coś o jego ojcu.

- Bez Johna jest tylko przynętą – mówił dalej Bell. – Siedzimy na mamonie, Dutch. To byle dziewczyna, nic takiego jej nie zrobią. Chłopaki i ja dobrze wiemy, że musimy wykorzystać tę szansę, Dutch. I ty też wiesz, wszyscy tu to wiedzą.

Być może, ale nawet gdyby mieli ją tylko połaskotać, Dutch powinien jej pomóc. Mieli zasady, do cholery! Wcześniej zostawiał ludzi, gdy nikt nie mógł tego zobaczyć, a teraz na oczach innych? Tak chciał podtrzymać lojalność? 

- Czyli po prostu pozwolimy, żeby dzieciak został sierotą? – zapytał rozjuszony.

- T-to nie tak! – tłumaczył się Dutch.

- Więc niby jak?!

Nie bał się już. Dutch może powiedzieć wszystkim, ze jest homoseksualistą, nie zrani go już tym. Zrobił to wystarczająco mocno w ostatnich tygodniach.

Czemu w ogóle tu jeszcze stali? Powinno już dawno być w drodze do Van Horn, ratować Abigail. Nikt nie zostaje porzucony, tak brzmiała jedna z zasad. Teraz to wyglądało jak zwykły żart.

- Ja chcę żyć, pastuchu! – odpowiedział mu Micah. – Nadal mam taką możliwość. Dutch, to tylko dziewczyna…

Arthur popatrzył zdesperowany na Dutcha, błagając go, by ruszył po Abigail tak jak powinien to zrobić bez zastanowienia. Tracili tylko cenny czas!

- Masz rację…

W Arthurze coś pękło. Wściekły zszedł konia i doskoczył do Dutcha.

- Dutch…

- Micah… Arthurze, przyznaję to z bólem, ale on ma rację.

- Dutch!

To tylko niewinna dziewczyna! Dutch sprzed lat nigdy by jej tak nie zostawił. Jeszcze nie tak dawno bez zastanowienia szedł odbić jej syna, a teraz zostawiał ją na pastwę Pinkertonów? Mogli jej zrobić wszystko, a śmierć byłaby najłagodniejszą z opcji.

- Ruszamy, chłopcy! – ponaglił ich Dutch. Jego koń omal nie przewrócił Arthura, który stał blisko, obserwując jak ich lider oraz reszta towarzyszy wraca do obozu jakby nic się nie stało.

Chciałby powiedzieć, że jest zaskoczony, ale był tylko wściekły. Najpierw John, teraz Abigail…

- Czyli chyba to by było na tyle – westchnął. – Wszystkie te pieprzone lata.

- Chodźmy, Arthurze – zwróciła się do niego Sadie. Jako jedyna została. – Chodźmy ją odbić. Nikogo więcej nie potrzebujemy.

Wyjęła mu to z ust. Uratują Abigail, nie pozwolą by Jack jednego dnia stracił i ojca, i matkę. Tym razem zrobi co do niego należało.

- Panno Tilly – odezwał się do dziewczyny, nim podszedł do konia i ściągnął z niego pieniądze, przekładając je na jej wierzchowca. Jemu już nie będą potrzebne. – Proszę. Weź to. Weź też te pieniądze. Zabierz Jacka i czekajcie w Copperhead Landing tak jak planowaliśmy, na Abigail i panią Adler.   

Jeszcze nie wiedział co zamierza zrobić ze sobą, ale gdyby miał zginąć w trakcie tego odbicia, chciał by jego przyjaciele mieli wszystko cenne, co mu zostało. Podał więc Tilly resztki pieniędzy, jakie miał. Może się jeszcze spotkają, może nie, nie wiedział tego jeszcze. W obecnej chwili nic nie miało sensu bez Johna przy jego boku.

- Dziękuję, Arthurze.

- Dobra z ciebie dziewczyna – powiedział jej. Też zasługiwała na drugą szansę. – Więc prowadź od teraz dobre życie, jasne?  

- Jasne, Arthurze – odparła. Czuła, że to prawdopodobnie pożegnanie. – Będę… Będę za tobą…

- Ja za tobą też, słońce – zapewnił ją. Żegnanie się z nią tak krótko po utracie Johna tylko potęgowało ból, ale nie chciał odchodzić bez pożegnania, gdyby to miała być ostatnia chwila, kiedy się widzą. – Ja też.

Spojrzał na przestraszonego Jacka. Wydawał się jeszcze mniejszy niż był, delikatny. Nie zasłużył na to, co go teraz spotykało. Dlatego zrobi wszystko, by sprowadzić do niego jego matkę.

- Jack, chodź no. – Wyciągnął do niego ręce i złapał go za przedramiona. – Bądź dzielny, synu. Jadę po twoją mamę.

Chciał go trochę uspokoić, zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Za nim też będzie tęsknił. Był tylko dla chłopca wujkiem, ale Jack… Jack był dla niego jak syn, którego już kiedyś stracił. Wyglądało na to, że nie zasługiwał na rodzinę. Najpierw Isaac i Eliza, teraz John. Odebrano mu wszystkich.

- Pani Adler… - Wsiadł na konia, znów czując gniew. Przyda mu się, gdy wpadną do Van Horn, by rozprawić się z tymi, którzy porwali Abigail. – Jedziemy!

Konie ruszyły pełnym galopem. Sadie już planowała jak najlepiej wejść do Van Horn. Nie wtrącał się, nie był już pewny niczego, chciał tylko uratować Abigail. Obawiał się tylko tego, że tak jak nie uratował Johna, tak i jej teraz nie pomoże.

Sadie zapewniała go, że się uda. Tak samo jak wtedy, gdy odbijali Johna z więzienia. Nawe tamta akcja wydawała się prostsza niż to, co zamierzali zrobić. Teraz po tylu rozczarowaniach ze strony Dutcha, po tylu niepowodzeniach, czuł się jakby znów miało się wszystko nie udać. Cały ten dzień był pełen porażek i nic już tego nie zatrzyma.

I wszystko przez Dutcha. Sadie siedziała w tym wszystkim przez nich, ale zarzekała się, że nie obwinia ich o nic. Zawdzięczała im życie, jemu i Dutchowi. W noc kiedy ją uratowali, jeszcze można było na nim polegać, wierzyć mu, choć już wtedy opowiadał same kłamstwa. Całe ich życie było jednym wielkim kłamstwem.

Mieli uciec z tego bagna. Zacząć nowe życie. Najwyraźniej bagno nie wypuszcza tak łatwo, gdy za długo się w nim siedzi i pochłonęło już za dużo ofiar. Sean, Mac, Davey, Jenny, Hosea, Kieran, Lenny. John… Więcej nie będzie. John będzie ostatni.

Odstrzelił z karabinu wyborowego każdego sukinsyna, który stanął Sadie na drodze, gdy ta w pojedynkę przedzierała się przez Van Horn, ufając że nie pozwoli, by coś jej się stało. Prawie mu się udało. Prawie choć jedna rzecz poszła dobrze tego dnia. Do czasu aż Pinkertoni złapali Sadie.

- Okej, panie Milton – warknął, ciskając karabinem o podłogę. – Chyba będziemy musieli przedyskutować to jak dżentelmeni.

Milton nie zdąży nawet pożałować tego co zrobił. Ukrywał się za zakładnikiem jak zwykły tchórz, zamiast zostawić to tylko pomiędzy nimi. To ich chciał dopaść. Arthur naprawdę nie był w nastroju na bycie miłym i dobrym. Był wściekły i zrozpaczony, a ten drań zaatakował niewłaściwą osobę.

Z kryjówki Miltona wychodzili kolejni, nie było mowy, by dotarł tam bez brania udziału w strzelaninie. Na szczęście był na nią przygotowany.

Wystrzelał każdego, kto próbował mu stanąć na drodze, nie zamierzał znowu zawalić jak w pociągu. Nie wybaczyłby sobie kolejnej porażki. Jeśli oni nie mogli, to chociaż Abigail i Jack dostaną życie, na jakie zasłużyli. Nie pozwoli, by wszyscy poszli na dno z Dutchem, który pewnie dalej się łudził, że wszystko szło zgodnie z planem, dopingowany ochoczo przez Micah. Gdy obaj zorientują się w jakie gówno wdepnęli, będzie już za późno.

Udało mu się w końcu przedostać do budynku, w którym ukrywał się Milton, o ile wciąż tam był. To jeszcze nie był koniec, na pewno Pinkertoni kręcili się też w pobliżu i zmierzali w tym kierunku zwabieni strzałami, które ostrzegły pewnie nawet policję w Saint Denis.

Przeładował rewolwer i wyważył drzwi, wchodząc od razu do środka. Jego oczy natychmiast namierzyły dwóch Pinkertonów, a ręka automatycznie nakierowała na nich broń. Dwa szybkie strzały w głowy i było po wszystkim. Nie zdążyli nawet do niego strzelić. 

- Czas się stąd zabierać, moje panie – powiedział do obu kobiet. Sadie szamotała się w więzach na podłodze, a Abigail na krześle.

Podszedł najpierw do tej drugiej, zdejmując jej szybko knebel z ust. Zaczął już rozcinać linę wokół jej nadgarstka, gdy usłyszał za sobą dźwięk odciąganego kurka.

Szlag. Wściekłość i rozpacz uczyniły go nieostrożnym. Zapomniał całkiem o Miltonie, ale prawdę mówiąc, nie patrzył szczególnie na twarzy mężczyzn, których zastrzelił. Był pewien, że jeden z nich to właśnie Milton albo że w ogóle go nie było, jak zwykle zresztą.

- Bez nerwów, panie Morgan – polecił mu mężczyzna. Arthur nie był zdziwiony, gdy przez krótką chwilę poczuł się skuszony, by zareagować gwałtownie i dostać kulkę. Zdusił w sobie to pragnienie i po wypuszczeniu noża powoli odwrócił się do agenta. – Nie wygląda pan najlepiej.

Musiał wyglądać okropnie. Blady, z podkrążonymi z niewyspania i czerwonymi od niewypłakanych łez oczami, po prostu wykończony tym wszystkim. Nic dziwnego, że śmierć wydawał mu się teraz dobrym rozwiązaniem. 

- Czuję się jakbym umierał od środka – wyznał szczerze. To chyba było najbardziej właściwe określenie tego co przeżywał, a mimo to i tak nie opisywało tego w pełni. – Kto wie, może niedługo strzelę sobie w łeb. Ale najpierw umieszczę kulę w twojej głowie.

- Umrzesz, pewnie, ale ja będę chodził zdrów – odparł pewny siebie Milton, celując do niego z pistoletu. Był zrelaksowany, opierał się o ścianę obok siebie jakby prowadzili zwykłą rozmowę towarzyską. – Mieliśmy dla pana propozycję, panie Morgan i trzeba ją było przyjąć.

- Głupiec ze mnie, panie Milton.

Będzie sobie wypominał każdy błąd ostatnich tygodni aż do końca życia, nieważne jak długiego. Może wcale nie tak długiego. Ale odrzucenie oferty Pinkertonów nigdy nie będzie żałował. Nie przyjąłby jej nawet teraz. Był zdrajcą, ale nie takim zdrajcą.

- Nie każdy z was wykazuje się takimi skrupułami – powiedział ze szczerym podziwem. – Stary Micah Bell.

- Micah? – zdziwił się. Można się aż tak przejęzyczyć? – Znaczy Molly?

- Molly O’Shea? Kilka razy braliśmy ją w magiel, nigdy nie pisnęła, trzeba ją było puścić – wyznał zaskoczonemu Arthurowi. Wiedzieli, że jest jeszcze jeden kret, ale nie wiedzieli, że Molly nigdy nic nie pisnęła. Kłamała, żeby odegrać się na Dutchu. – Micah Bell. Przechwyciliśmy go, kiedy wasza ekipa wróciła z Karaibów i od tej pory był grzeczny i układany.

To było aż nazbyt oczywiste, a mimo to zaskakujące. Micah był sukinsynem i dbał przede wszystkim o siebie, ale naprawdę sądził, że chociaż w kwestii lojalności można mu ufać, że nie zdradzi grupy, którą pewnie chciał przejąć dla siebie.

- Dobra… - Czuł się jakby wściekłość miała go zaraz rozsadzić. – Dobra.

Micah. To cały czas był Micah. Zniszczył ich gang od środka, namieszał Dutchowi w głowie, a potem ściągnął na nich Pinkertonów, którzy cholera wie co mu obiecali w zamian.

I John… Teraz był bardziej niż pewien, że Micah maczał palce w porzuceniu go. Zawsze go nienawidził, zawsze mu przeszkadzał. Zostawienie go na łaskę żołnierzy było mu na rękę i wpasowywało się też w działania Pinkertonów. Nawet jeśli Dutch albo Javier chcieli pomóc, Micah na pewno nie miałby problemów by przekonać ich do zostawienia Johna. Choć Arthur był pewien, że Dutcha nawet nie trzeba było przekonywać. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy zostawiał swoich synów na śmierć.   

Nie zważając na swoje bezpieczeństwo, wściekły rzucił się na Miltona, odginając jego rękę tak, by nie mógł w niego strzelić. Zaczęli się siłować o rewolwer, o to kto przeżyje to spotkanie. Arthur był zdziwiony tym, jak silny jest Milton, a może to on był za słaby? To by się zgadzało. W końcu ostatnio ciągle czegoś mu brakowało, by ocalić innych. Teraz nie potrafił nawet ocalić siebie, ale może to i dobrze. Śmierć nigdy nie była tak kusząca jak teraz.

- Jest pan zbyt rozjuszony, panie Morgan – wytknął mu Milton, zdobywając przewagę. – Zbyt wielka furia tylko przeszkadza.

- A pan ciągle tylko ujada, panie Milton – wydyszał. Lufa była już niemal na wysokości jego oczu, a mimo to był spokojny. Nie bał się, nie miał czego. Nie miał już nic cennego do stracenia.

Gdy usłyszał huk, był pewien, że to rewolwer Miltona już wypalił, a on jakimś cudem nie umarł od razu od dostania kulki w głowę. Poczuł ciepło krwi na twarzy, a agent Milton padł nagle, upuszczając rewolwer. Arthur zachwiał się i oparł o ścianę, sapiąc z wysiłku i patrząc na dziurę po pocisku, który wbił się w bok głowy mężczyzny.   

Zaskoczony odwrócił wzrok, łudząc się przez moment, że zobaczy Johna, ale po jego lewej stała tylko Abigail, drżącymi rękoma trzymając broń.

- Straszny człowiek. – Była w lekkim szoku, ale nie widać było u niej żalu po popełnionym morderstwie. Szybko doszła do siebie, zabrała nóż Arthura z podłogi i uwolniła szybko Sadie. –  No już. Chodźcie.

Wyszli z budynku, znów musząc walczyć z Pinkertonami, którzy przybyli już na miejsce. Zamiast ich wszystkich wybić, wsiedli jak najszybciej na konie i zaczęli uciekać zanim ta cała banda mogła się zorganizować.

Niektórzy ich gonili i próbowali zatrzymać, ale Arthur powystrzelał tych niedobitków, podczas gdy Sadie prowadziła jego konia. Bardzo szybko pozbyli się ogona i zmienili kierunek, by zmylić tych, którzy mogliby ich jeszcze ścigać.

Nie zwalniali, jechali tak długo, aż poczuli się bezpiecznie. Dopiero wtedy Sadie skierowała ich w stronę Copperhead Landing – do Jacka i Tilly. Musiał ją zatrzymać, on wybierał się gdzieś indziej. Najpierw Beaver Hollow, potem odjedzie. Gdziekolwiek, bez różnicy. Chciał opłakiwać Johna w samotności.

- Dajcie mi chwilę – powiedział im i zsunął się z konia, gdy tylko Sadie zwolniła.

- Arthur, nie ma czasu – przypomniała mu zirytowana.

- Właśnie, że jest.

Podszedł do konia Abigail i wyciągnął ręce w jej stronę, by pomóc jej zsiąść. Nie ruszyła się, popatrzyła tylko na niego z niepokojem.

- Co się stało z Johnem? – zapytała w końcu. Ścisnęło go w sercu, gdy usłyszał jej niepewny, pełen przerażenia głos. – Gdzie jest John?

Spodziewał się, że o to zapyta. Nie zostawiłby jej bez pomocy, nawet gdy wciąż byli w konflikcie. Wiedziała to. Musiała oczekiwać, że John przybędzie razem z nim, albo że chociaż czeka gdzieś w pobliżu i ubezpiecza tyły.

Musiał jej przekazać złe wieści. Tylko jak to zrobić, gdy sam nie chciał ich słyszeć ani o nich myśleć?

- Ja nie… Może… - Nie mógł się wysłowić, ból znów rozrywał mu klatkę piersiową, a do oczu napływały łzy.

Złapała go w końcu za ręce i pozwoliła mu ściągnąć ją z konia, stawiając ją przed sobą. Sadie także zsiadła.

- Arthurze…

- On… - Głos mu zadrżał i coś stanęło mu w gardle.

John nie żyje. Nie żyje, powiedz to w końcu, głupcze! Pogódź się z tym!

- Co? – Słychać już było zbliżający się płacz w jej głosie.

Nie było mowy, że nie wiedziała. Domyślała się, choćby po jego wyrazie twarzy, po prostu wypierała to tak samo jak on.

- Zabili go albo złapali – wyrzucił w końcu z siebie, omal nie dławiąc się powietrzem, gdy poczuł jakby ktoś go uderzył w grdykę.  

Wciąż była nadzieja. Musiała być, ale jak długo mogli ją mieć?

- Nie – zaprzeczyła natychmiast Abigail, cofając się nieco.

- Bardzo mi przykro, Abigail – wyznał jej. Dostrzegł w jej oczach moment, kiedy coś w niej umarło. Jak wielka pustka była teraz w jego oczach? – Ja…

- Nie.

Nie wierzyła w to, nie chciała w to uwierzyć. Broniła się przed bólem jak tylko mogła i gdyby mógł, zrobiłby wszystko, by jej w tym pomóc, ale jedyne co mógł zrobić, to sprowadzić na nią to cierpienie jak najdelikatniej, o ile to w ogóle możliwe. Nie mogli się oboje ukrywać przed prawdą, nawet jeśli bardzo chcieli i sam robił dokładnie to samo aż do teraz. Już ich bolało, ale będzie boleć jeszcze bardziej, im dłużej będą zwlekać.

- Byłem w pociągu i nie widziałem.

Powinien tam być. Nie zważając na własne życie wyskoczyć i sprawdzić co z Johnem. Może wtedy by żył. John by tak zrobił. Zawsze był lekkomyślnym durniem.

- Nie – załkała, a Sadie przysunęła się do niej, oferując wsparcie.

Zaczęła płakać. Też chciał to zrobić, pozwolić sobie na ten komfort. Może wypłakałby choć trochę bólu tak jak teraz ona. Nie tylko on stracił dziś osobę, którą kochał. Śmierć Johna dotknęła Abigail równie mocno, co jego. Sam nie chciał pocieszenia, ale nie mógł tak po prostu patrzeć, jak ta biedna dziewczyna cierpi.

- Słuchaj. Mamy Jacka, jest bezpieczny. – Jedyne, co jej pozostało po Johnie. Do końca życia będzie widziała go w oczach syna. – Pani Adler zabierze cię do niego, ale John… Chcę żebyś wiedziała, on cię kochał. Naprawdę kochał ciebie i Jacka. Nie mógł ci dać takiej miłości, jakie pragnęłaś, ale was kochał.

John był upartym durniem i nie zawsze dobrym człowiekiem, ale jednego nie można mu było odmówić – kochał szczerze i troszczył się o swoich najbliższych. Może nie zaczął najlepiej z Abigail, może żarli się ze sobą bardziej niż powinni i nie byliby przez to dobrą parą, ale kochał ją. Była jego przyjaciółką, matką jego dziecka. Nigdy jej tego nie powiedział, ale zwierzył się Arthurowi. Abigail musiała to wiedzieć.

- Przepraszam – powiedziała zapłakana, ocierając łzy, które nie chciały przestać spływać. – Dotknęło cię to pewnie mocniej niż mnie. Przecież wy…

- Nie ma sensu się licytować, kto cierpi bardziej, Abigail. To boli, to jedyne co musimy wiedzieć – powiedział jej, nawet teraz czując ten potworny ból, który trawił jego ciało i umysł. Nie było przed nim ucieczki, nie dało się zagłuszyć. Zawsze już tam będzie. U nich obojga. – Teraz musisz iść po chłopaka. No dalej, zabieraj się stąd.

- Arthur, co ty robisz? – zapytała go Sadie, siedząc ją na swoim koniu.

- Muszę odbyć pewną rozmowę.

Czas się rozmówić z Dutchem. I Micah. Raz na zawsze.

- Nie, Arthurze – błagała Abigail. Nie chciała by jechał, nie chciała stracić i jego.

- Nie arthuruj mi tutaj. Ani ty, ani ona. Nie teraz – poprosił je. Podsadził Abigail, by mogła usiąść za Sadie i popatrzył na obie kobiety. – Będziecie już bezpieczne. Pinkertoni skupią się na nas, wy jedźcie. Macie pieniądze, postępujcie dalej zgodnie z naszym planem i wynoście się stąd, zacznijcie nowe życie, które wam się należy. Jesteście dobrymi kobietami. Dobrymi ludźmi. Najlepszymi.

- Co z tobą? – spytała Sadie.

- Nieważne czy zamierzałem uciec, nie zostawię Dutcha, Billa i Javiera z tym szczurem nie ostrzegając ich wcześniej – wyjaśnił im, czując obrzydzenie wzbierające w nim na myśl o Micah. Przebrzydły zdrajca! – Muszą się dowiedzieć kto nas sprzedawał.

- A potem co? – dopytywała Abigail, ocierając resztki łez z czerwonej od płakania twarzy.

- Chcę być sam – powiedział tylko. Nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. – Idźcie teraz po chłopaka. Na smutki będzie czas później.

- Jeśli tam wracasz, Arthur, weź to. – Abigail sięgnęła do rzemyka wokół szyi i wyciągnęła z dekoltu niewielki klucz, który zerwała i mu podała. – Ja już nie potrzebuję.

Odebrał klucz, oglądając go ze wszystkich stron, jakby miało mu to powiedzieć, do jakiego zamka pasuje.

- Co to jest?

- W jaskiniach znajduje się skrzynia. Z tyłu, po lewej. Ukryta pod wozem. Skrzynia Dutcha – wyjaśniła przebiegle, choć smutek w jej głosie psuł cały efekt. – Z naszymi pieniędzmi. John na pewno ci powiedział, że wiem gdzie ona jest.

A teraz miał klucz.

- Abigail Roberts – powiedział z podziwem i złapał ją za rękę, ściskając ją lekko.

- Zawsze byłam dobrą złodziejką – zapłakała.

- Ano byłaś – przyznał puszczając jej dłoń. – Dobra, uciekajcie stąd. Przywiozę wam te pieniądze do O’Creagh’s Run, upewnię się, że na pewno jesteście bezpieczni zanim was zostawię. John by tego chciał.

Patrzył jak odjeżdżają, dopiero gdy zniknęły mu z oczu odwrócił wzrok. Sprawdził jeszcze, czy oba rewolwery mają pełne bębenki i dopiero wsiadł na konia, ruszając z powrotem do obozu – zdeterminowany i zdecydowany.

Zakończy to dzisiaj, nawet jeśli miałby umrzeć. Micah zapłaci za wszystko.

Podróżował lasem, nie bojąc się, że spotka jakiś patrol Pinkertonów czy łowców głów. Może ich spotkać, nie obchodziło go to teraz. Był w takim stanie, że obojętna mu była śmierć czy życie. Jedyne co go jeszcze jako tako motywowało, to zdobycie pieniędzy dla dziewczyn.

Nawet zemsta niespecjalnie go interesowała. Jeśli będzie trzeba, z przyjemnością zabije Micah, ale jeśli tego nie zrobi, nie będzie rozpaczał. Wiedział, że ta zemsta da mu tylko chwilowe ukojenie. Ostatni raz czuł taką pustkę i brak sensu, gdy odwiedzając swoją rodzinę zastał tylko dwa krzyże przed domem. Miał nadzieję nigdy już tego nie poczuć, ale teraz bolało nawet bardziej.

To nie tak, że nie chciał żyć, nie dążył do śmierci, było mu to po prostu obojętne. Życie bez Johna było przerażające, ale był gotowy w nim wytrwać. John na pewno by tego chciał. Tyle tylko, że śmierć też była kusząca opcją, którą rozważał. Może nie teraz, może nawet nie za rok, ale kiedyś, by nie cierpieć zbyt długo. Nie widział po prostu powodu, by żyć bez niego.

Całe jego dotychczasowe życie kręciło się wokół gangu, nowe miało być skupione na Johnie. Nie ostało mu się ani jedno, ani drugie. Mógłby spróbować z Abigail, zadbać o nią i o Jacka, ale nie czuł żadnej motywacji. Chciał im pomóc, ale to wszystko. Nie obchodziło go już jego własne życie, własna radość, a cudza nie motywowała go dostatecznie, by miał zostać z kobietami.

Chciał być sam. Jeśli nie mógł spędzić reszty życia z Johnem, to chciał je spędzić w samotności. Nigdy nie był aż tak towarzyskim człowiekiem, a w naturze może znaleźć choć trochę ukojenia, nim to wszystko stanie się zbyt intensywne i palnie sobie w łeb albo pozwoli, by zażarł go jakiś niedźwiedź. Albo wilk. Wilk by lepiej pasował.

Prawdopodobnie nie zasługiwał na takie łatwe odejście. Za to co zrobił przez tyle lat, powinni go powiesić tak, by się udusił, a nie łatwo skręcił kark. Powinien umierać w cierpieniach, by choć trochę zadośćuczynić tym, których skrzywdził.

Był potworem, nie zasłużył na godną śmierć.

Robił co mógł w ostatnich tygodniach, by pomóc innym, ale nie zrobił dość, by odejść w spokoju albo tak jak sam chciał. Nawet nie potrafił uratować Johna. Jeśli on nie dostał godnej śmierci, to on też nie powinien.

Wspominanie Johna zawsze przynosiło ukojenie jego duszy. Nie był przyzwyczajony do tego, jak teraz to bolało. Każde wspomnienie – dobre czy złe – odczuwał jak pokryte solą ostrze noża wbijające się powoli w jego ciało. Nie potrafił zliczyć ile razy odebrało mu to dech, ile razy czuł żółć w gardle, która tylko dostarczała więcej bólu.

Las był zaskakująco spokojny. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, nie mieliby żadnego problemu, by uciekać. Jechaliby obok siebie w poszukiwaniu nowego życia. Mieli naprawdę wielkie nadzieje co do niego, ale teraz już nigdy się nie spełnią.

Nawet tych zwykłych chwil z ich życia już nie będzie. Żadnych. Zostały mu tylko wspomnienia, które przynosiły ból. Nie wyobrażał sobie życia w takim stanie latami. Powoli zmieniał się we wrak człowieka, jeden strzał odebrał mu wszystko. Tak po prostu. A do tego jednego strzału doprowadziła masa źle podjętych przez kogoś innego decyzji.

Zastanawiał się jak by się to wszystko potoczyło, gdyby nie napadli na ten prom w Blackwater. Albo gdyby nie ruszali pociągu Cornwalla, nie uratowałby Micah od powieszenia, uciekli gdzie indziej niż w pobliże Valentine czy nigdy nie pogrywali sobie z dwoma rodzinami w Rhodes.

Patrząc na te wszystkie wydarzenia z innej perspektywy, łatwo było zauważyć, że zawsze wybierali złe opcje. Nie wiedzieli tego wtedy, ale może powinni byli widzieć. To było aż dziwne, jak oczywiste było, że te plany nie mogły się nigdy udać. Nie bez konsekwencji.

On i John prędzej czy później i tak zdecydowaliby się w końcu opuścić gang. Może nie, może zamiast uciekać zdobyliby się na dowagę, by powiedzieć przyjaciołom o ich związku. Może zostaliby zaakceptowani, a nie wygonieni czy zabici na miejscu.

Nigdy już się tego nie dowie. Znalazł się w takim, a nie w innym miejscu. Wszystkie wydarzenia doprowadziły go z powrotem do Beaver Hollow, więc musiał dalej podążać tą drogą, a nie roztrząsać przeszłość. Ostatni raz spróbuje postąpić tak, jak należy. Uratuje to co zostało z gangu i przy okazji pomści Johna.

Potem niech się dzieje co chce. Spróbuje odpocząć i pogodzić się z tym, co się stało, a jeśli mu nie wyjdzie… Miał już gotową opcję.

Zmierzchało już, gdy dotarł z powrotem do Beaver Hollow. Obóz już się zwijał, każdy się pakował pod dyktando Micah, który sam nic nie robił, jak zwykle. Tyle zawsze gadał, że dba o dobro gangu, że boli go widok tylu głodnych towarzyszy, a rzadko kiedy robił coś, by temu zaradzić. Nawet jeśli nie był zdrajcą od samego początku, to na pewno był pasożytem, jak kleszcz wysysającym życie z ich gangu, li i jedynie dla własnych korzyści.

Gang i co się z nim stanie nigdy się dla niego nie liczyło. Tylko to, co on może z nim zyskać. 

- Pakuj bagaże szybciej, jeśli łaska, panno Grimshaw – popędził kobietę. Arthur podjechał powoli. – Ruszać się. Do was mówię.

- Cóż, robimy, co możemy – odparła zirytowana Susan, spoglądając na niego ostro.

- Prędzej, marnie z naszym czasem – poganiał dalej, jakby teraz to on był tu liderem. Żałosna kreatura. – Prędzej.

- Czasu to mamy w bród, Micah – odezwał się do niego Arthur, zatrzymując konia przy wjeździe do obozu i schodząc z niego. – Musimy sobie pogawędzić.

Nie szczędził jadu w swoim głosie. On i Micah nigdy nie byli w najlepszych stosunkach, starał się chociaż tolerować jego obecność w gangu, ale teraz skończyło się granie miłego. Ten zdrajca zasługiwał tylko na kulkę między oczy.

- O, jesteś, Morgan. Hura – zakpił Micah, ale Arthur nie dał się sprowokować.

Dutch wyszedł do nich ze swojego namiotu, by obserwować całe zamieszanie. Nawet nie zapytał jak poszło jemu i Sadie albo gdzie pani Adler się podziała. Arthur ruszył w jego stronę.  

- Dutch, dopiero co widziałem agenta Miltona. Abigail go zastrzeliła. Nic jej nie jest, nie żebyś się tym jakoś szczególnie przejmował – wytknął mu i spojrzał na Micah i jego dwóch kumpli, którzy byli u jego boku. Sam ich widok napawał go obrzydzeniem, nawet splunąć by na nich nie chciał. – Wy żmije. Cała banda. Wychodzi, że stary Micah blisko trzymał z Miltonem.

- O czym ty, u diabła, gadasz, pastuchu? – zapytał Micah udając, że się tym nie przejmuje. Ale Arthur widział nerwowość w jego oczach.

- Wsypałeś nas – oskarżył go. Molly zginęła za to, co cały ten czas robił Micah.

- To jebane kłamstwo – bronił się. Dłonie trzymał blisko kabur z rewolwerami i zrobił kilka kroków stronę Arthura, a jego koledzy poszli za nim, też gotowi na strzelaninę.

Nie bał się tych drani. Nawet jeśli go teraz zastrzelą, nawet im za to podziękuje. Kula będzie bolała mniej od tego, co teraz czuł. 

- Dutch.

- Dutch – powtórzył za nim Micah. – Pomyśl o przyszłości.

- Milton mi powiedział – wyjaśnił Arthur, kierując swe słowa do Dutcha, który słuchał tego wszystkiego i patrzył to na niego, to na Micah, ale nie komentował nic.

- I ty mu wierzysz? – zapytał go Micah. – Wierzysz mu?

Wierzył Miltonowi bardziej niż jemu kiedykolwiek. Agent nie miał powodu, by kłamać w takiej sytuacji, gdy był pewny swego.

- Wszystko teraz nabrało sensu.

Micah popatrzył na niego z furią w oczach. Tracił spokój. Jeszcze moment i dojdzie do rozlewu krwi. Arthur tylko na to czekał. Będzie miał pretekst, by zastrzelić sukinsyna, uratować co się dało, a potem zniknąć.

- Nie – odpowiedział Micah. – Za cholerę nie nabrało.

Wyciągnęli rewolwery w tym samym momencie, mierząc tylko do siebie. Arthur był sam na trzech, z czego może dwóch zastrzeliłby bez problemu, nim dostałby kulkę od trzeciego. O ile w ogóle strzeliłby do kogoś innego niż Micah. Miał ochotę władować w niego wszystkie sześć kul. Za to jaki był wobec innych, wobec jego przyjaciół i niewinnych osób. Za podsuwanie Dutchowi pomysłów, które doprowadziły do tylu tragedii. Za sprzedanie ich Pinkertonom. I za zostawienie Johna bez pomocy, być może nawet zabicie go. 

Był tam z Dutchem, miał przyprowadzić Johna, ale uciekł. Nie miał problemu z wybiciem połowy miasta w dwie osoby, żeby odzyskać parę głupich rewolwerów, ale czterech rewolwerowców przeciwko patrolowi wojskowemu, to już było za dużo.

Uwierzyłby, gdyby to był ktoś inny, ale nie Micah. Celowo go tam zostawili. Mogli coś zrobić, ale po co? Pozbyli się problemu. Własnymi rękoma czy nie, Micah i Dutch zabili Johna i zapłacą za to, albo zginie próbując do tego doprowadzić. Oba rozwiązania mu pasowały.

- Dutch… Myśl!

Wciąż nie było za późno. Nadal mógł się opamiętać, musiał tylko przestać słuchać podszeptów tego węża, zacząć myśleć za siebie, o tym jaki kiedyś był, jakiego udawał – bez różnicy! – niech ten ostatni raz zachowa się właściwie, pomyśli o ludziach, którzy mu ufali i oddali za niego życie, a nie o pieniądzach.

- Dutch - wtrącił się Micah, wciąż manipulując, wciąż pogrywając sobie z innymi. Nigdy nie poznał bardziej fałszywego człowieka, nawet w pieprzonym cyrku, gdzie przebierańców jest na pęczki! - Pamiętaj, praktyczność.

- Dutch!

Arthur poczuł się, jakby pierwszy raz w życiu naprawdę zaczerpnął powietrza, gdy usłyszał znajomy, zachrypnięty głos. Wszystkie inne dźwięki były nagle wygłuszone, jakby znajdowały się w oddali. Głośny i wyraźny był tylko ten jeden głos, który rozbrzmiewał mu w uszach i napełniał go nieopisaną radością oraz ulgą.

- John? – zapytał zaskoczony Bill.

Też chciał to zrobić, ale odebrało mu mowę, gdy na moment odwrócił głowę i zobaczył, jak jego ukochany kuśtykając i trzymając się za ramię powoli zmierza w ich stronę. Ranny i wyczerpany, ale żywy.

John żył.

Żył!

- Zostawiłeś mnie – oskarżył wściekle Dutcha. – Zostawiłeś mnie, żebym zdechł!

Czy to się naprawdę działo? Może źle zobaczył, nie miał czasu patrzeć, musiał obserwować Micah, choć ciężko się było na tym skupić w obliczu takiego cudu.

Dutch spoglądał na niego w szoku, nie wiedząc co powiedzieć, gdy John piorunował go wzrokiem. Nie udawał tym razem, że nic wielkiego się nie stało jak w dniu, kiedy odbili go z więzienia. Nie hamował się. Poprzednie zdrady dało się pewnie jeszcze jakoś usprawiedliwić, ale teraz? John nie zamierzał nawet szukać usprawiedliwienia. Ani słuchać żadnego.

- Chłopcze… - Głos Dutcha był pełen zdumienia, nie wierzył własnym oczom jak pewnie każdy z nich. Arthur też nie mógł uwierzyć, że to nie jest halucynacja. – Nie miałem wyboru. John, ja…

- Ty! – warknął, sapiąc z wściekłości.

- Nie miałem wyboru – tłumaczył się dalej Dutch.

- Zostawiłeś mnie! – powtórzył, powoli stawiając kolejne kroki w stronę Arthura, nie spuszczając jednak Dutcha i pozostałych z oczu.

- Słuchajcie wszyscy! – zakrzyknął Arthur, z trudem powstrzymując się, by nie zerkać zbyt często na ukochanego, dalej niedowierzając, że to naprawdę on. Niczego nie pragnął teraz bardziej niż tego, by objąć go i już nigdy go nie wypuszczać, ale to nie był dobry moment i towarzystwo na powitania. – Czas wybrać po której jesteście stronie, bo to koniec. Dutch, te wszystkie lata dla takiego węża?

- Oj, ucisz się, pastuchu. Cichaj, bo nie stąpasz twardo po ziemi.

- Nie, niech pan ucichnie, panie Bell. – Arthur zerknął na Susan, która zbliżyła się do niego ze strzelbą w dłoni. Celowała do Micah. Dobrze, była ich już trójka. On, Susan… John. Boże, John też tu był. Nie mógł w to uwierzyć, bał się, że to tylko sen albo przedśmiertne majaki. – I proszę odłożyć broń.

Atmosfera była napięta, Bill wciąż się wahał, nie mierzył do nikogo, a każdy poza Johnem i Dutchem trzymał broń, gotowi w każdej chwili wystrzelić w siebie nawzajem. Jeden niewłaściwy ruch, jedno złe słowo i rozpęta się tu prawdziwe piekło. Ludzie, którzy kiedyś byli dla siebie jak rodzina, zaczną strzelać do siebie nawzajem jak do wrogów.

Przygnębiające było, jak w kilka miesięcy ich gang upadł, z jednego z najgroźniejszych i zżytych stał się parodią, domem dla żądnych pieniędzy najemników.

Stali tak naprzeciw siebie, nikt nic nie mówił, nikt nawet nie mrugnął. W obozie panowała przerażająca cisza, którą w każdej chwili mogły przerwać huki wystrzałów. Wcześniej zakłóciły ją jednak kroki.

- Zbliżają się Pinkertoni i to szybko! – zawołał Javier, wbiegając do obozu.

Susan odwróciła się w jego stronę i w tym samym momencie jedna z broni wystrzeliła. Kobieta padła z krzykiem na ziemię, trzymając się za brzuch i zawodząc w agonii. Arthur spuścił Micah z oczu na moment i popatrzył na Susan w szoku, jak na jej sukni błyskawicznie pojawiła się ciemna plama krwi, która wypływała spomiędzy palców.

Micah był tym, który nacisnął spust. Źle wybrał. Powinien był strzelić do niego, póki miał okazję.

Nim Arthur zdążył odpowiedzieć ogniem, Dutch błyskawicznie sięgnął po rewolwery i wymierzył do obu grup. Jeden skierowany na Arthura i Johna, drugi na pozostałych, krok po kroku wchodząc pomiędzy wszystkich. Arthur zaczął się wycofywać, dalej mierząc do Micah. Każdy celował teraz do każdego.

- A teraz! Kto z was jest ze mną? – John zaczął podążać za Arthurem, wyraźnie zaznaczając po czyjej stronie staje. I po tym jak Susan zaczęła konać na ziemi, był też jednym. – A kto chce mnie zdradzić?

Zabolało to, jak szybko skierował na nich lufy rewolwerów, bez żadnego zawahania czy wątpliwości. Pierwszy raz odkąd się znali celował w ich kierunku. Nawet jeśli nie zamierzał ich zastrzelić, ten gest mówił wszystko o jego „miłości” do nich. Nigdy jej nie było.

Co to w ogóle było za pytanie? Miał odpowiedź podaną na tacy, ale czy powinno go w ogóle dziwić, że Dutch im nie wierzył? W jego oczach Micah był czysty, to oni od dawna już go kwestionowali i planowali ucieczkę. Nic dziwnego, że wolał ufać swojemu nowemu ulubieńcowi, który ciągle mu przytakiwał, niż dotychczasowym synom, którzy opowiadali mu kłamstwa jakiegoś rządowego agenta.

Kiedyś Dutch liczył się z ich zdaniem, a przynajmniej udawał. Teraz wszystko co mu mówili, było dla niego kłamstwem, nawet szczera prawda.

Pozostali przesuwali się powoli w stronę Dutcha. Wcześniejsze wątpliwości Billa odeszły w niepamięć, z niezwykłym zapałem do niego dołączy, u boku Micah i jego koleżków. Javier stał z tyłu, skonfliktowany, ale nie ruszył się, by zmienić strony.

- Bill, Javier – zwrócił się do dawnych kompanów, którzy powoli spychali ich w stronę jaskiń, zaganiali w kozi róg jak bydło do uboju. – Myślcie za siebie.

Mierzyli do nich całą grupą, poza Javierem, który jako jedyny celował powietrze, nie chcąc ich zastrzelić. Powinien być po ich stronie. Bill też, ale obaj woleli zaufać pieskowi Pinkertonów oraz komuś, kto właśnie powiedział co znaczy dla niego lojalność. Jak mogli ufać komuś, kto zostawił ich przyjaciół na śmierć i nawet nie mrugnął, gdy kobieta którą znał od kilkudziesięciu lat została zastrzelona na jego oczach?

Tyle dowodów, tylu porzuconych towarzyszy, a oni wciąż byli zaślepieni i głusi na oskarżenia.  

To mogli być oni. Mógł być z Johnem na ich miejscu, gdyby się nie opamiętali, gdyby nie zaczęli myśleć o sobie. 

- Kłamie – powiedział Micah, wyraźnie zadowolony z obrotu spraw. O ile wcześniej Arthur miał jeszcze nadzieję na zabicie go, może nawet na wyjście cało z tego wszystkiego, teraz nie miał żadnej. Dwóch na sześciu, a John nawet nie miał wyciągniętej broni, bo doskwierało mu postrzelone ramię. Zginą tu, Sadie miała rację, zabiją ich, a ten szczur dalej będzie oddychał choć już dawno powinien dyndać na sznurze. Trzeba go było zostawić w Strawberry. Gdyby tylko wiedział… – On kłamie!

- Odłóżcie broń! – rozległ się nagle krzyk. Dochodził z pomiędzy drzew.

Pinkertoni. Z tej radości z powrotu Johna i przez cały ten burdel, który miał teraz miejsce, całkiem zapomniał, że pół kraju chce ich dopaść.

Agenci nawet nie dali im dużo czasu na poddanie się, od razu otworzyli ogień, wylali się pieszo i na koniach z lasu, praktycznie od razu zaczynając strzelać do każdego, nawet do Micah. Oby go trafili. Ironia byłaby piękna.

- Szlag by to, ruchy! – zarządził Dutch, a jego grupka uciekła kryć się za czymkolwiek, co się dało, odpowiadając ogniem.

Arthur zrzucił pospiesznie prowizoryczny blat ze skrzyni i schował się za nią, a John za kamieniem u wejścia do jaskini.  

- Jesteś gotów, John? – zapytał ukochanego, który z bólem na twarzy sięgnął po broń.

- Tak – odparł napinając kurek swojego rewolweru.                  

Ich plan nie wypalił tak jak chcieli, ale przynajmniej znowu są razem i tak czy inaczej doprowadzą go do końca.  

Pinkertoni zaatakowali obóz kim tylko się dało, a agent Ross dowodził całą akcją. Oczywiście. Milton nie żył, ale jego partner wciąż miał się dobrze i najwyraźniej zamierzał zmieść ich z powierzchni ziemi. Nie zwracali uwagi do kogo strzelali, wrogami byli dla nich wszyscy, a Arthur i John musieli się też martwić, czy ktoś z bandy Dutcha nie postanowi wykorzystać sytuacji i ich nie zastrzelić, gdy oni zabijali Pinkertonów.

Jaskinia okazała się zbawienna. Jej ściana osłania ich od prawej, Micah i Dutch nie mieli jak w nich strzelić nawet gdyby chcieli, ale to nie sprawiało, że nie mieli kłopotów. Byli w potrzasku, nie mogli uciec przedzierając się przez sam środek obozu, musieli znaleźć inną drogą.

- Dutch, musimy iść, no dalej! – usłyszał pomimo ogromnego hałasu Arthur. – Są twoi, Morgan!

Sukinsyn.

Dutch i Micah byli w lepszej sytuacji, mieli dokąd zwiewać, ich konie na nich czekały. Może odwrócą tym samym uwagę Pinkertonów, ale nic takiego się nie zapowiadało, zamiast tego więcej agentów zaczęło strzelać i kierować się do nich. Nie mieli szans, by zabić ich wszystkich.

- Chodź Arthurze! – zawołał John, zarzucając karabin na ramię i zamieniając go znowu na szybszy rewolwer. – Do jaskiń, szybko!

Do jaskiń? Były za płytkie, by wymanewrować Pinkertonów, gdy ci wejdą za nimi całą grupą. Chyba że John wiedział o jakimś innym wyjściu z tej dziury.

Nie pytał, ufanie podążył za ukochanym, który pomimo bólu w nodze i ramieniu, za które znów się trzymał, zakrwawiając dłoń i broń, biegł najszybciej jak mógł po nierównym podłożu jaskini. W środku nie było całkowicie ciemno, gdzieniegdzie paliły się niedogaszone przez gang ogniska, a w sklepieniach były dziury przepuszczające coraz słabsze światło dnia. Zapadł zmrok.

Pinkertoni wbiegli za nimi do jaskini, słyszeli ich, wystrzały ich broni i krzyki każące reszcie podążać za uciekinierami. Arthur spodziewał się rano wielkiej ucieczki, ale nie aż takiej. Dzisiejszy dzień był najbardziej szalonym w całym jego dotychczasowym życiu, był wyczerpany napadem, odbijaniem Abigail, a teraz jeszcze to. Zmuszał się jednak do szybszego biegu, gdy John go popędzał, prowadząc go przez jaskinię.  

- Te bydlaki zostawiły mnie na pewną śmierć! – odezwał się John, cały aż się gotował ze złości. Nic dziwnego, wcześniej obaj mogli mieć wątpliwości, czy Dutch ich porzucił, ale najwyraźniej teraz zrobił to wystarczająco otwarcie.

- Najwyraźniej tak teraz działają – odparł Arthur, dysząc ze zmęczenia, ale nie zwalniając mimo tego. Nie gdy za plecami wciąż słyszał Pinkertonów.

Dotarli na sam tył jaskini. Zakręcili za jedną ze ścian, Arthur od razu zauważył drabinę. Nawet nie wiedział, że tu jest, ale nigdy nie wchodził aż tutaj, a gdy uwalniali z Charlesem tę biedną dziewczynę, nie rozglądał się za bardzo.

- Micah był szpiegiem, John – poinformował go, gdy wspinali się po drabinie. Chciał żeby John wiedział, że nie musi się już powstrzymywać przed zastrzeleniem tego drania. – Milton mi powiedział.

- Powinniśmy byli zabić go wiele miesięcy temu – stwierdził w odpowiedzi. – Za mną, Arthur!

Byli coraz wyżej, John wyglądał na pewnego siebie, więc musiała tu być droga ucieczki na zewnątrz, którą przygotował wcześniej. Wspinali się po skałach, John z ogromnym trudem z powodu ran, ale ignorował ból, byle tylko się nie zatrzymać.

- Ty pierwszy, Arthur – polecił mu, gdy znaleźli się przed kolejną drabiną. Z góry wpadało jasne światło księżyca. Ściemniło się szybciej, niż się spodziewał, ale przynajmniej będą na zewnątrz.

Agent Ross dalej wykrzykiwał rozkazy, by ich dopaść, żywych lub martwych, co w praktyce oznaczało, że nikt nie będzie się męczył z obezwładnianiem ich. Pinkertoni też chcieli żyć, więc jeśli mogli zabić zbiegów, to na pewno to zrobią. Nawet nie było co liczyć na coś innego.

Arthur wskoczył na drabinę i pospiesznie zmierzał do góry, oglądając się czy John na pewno za nim idzie. Powinien go puścić przodem, ale ukochany pewnie nie chciał go spowalniać, wspinał się wyraźnie wolniej, pojękując z bólu. Gdy tylko będą bezpieczni, będzie musiał obejrzeć jego nogę i ramię.

Wydostali się przez dziurę u zbocza góry i zbiegli po nim aż do drogi. Nikogo nie było w pobliżu, wszyscy Pinkertoni byli dalej w pobliżu jaskini, ale kwestią czasu było, aż wyjdą tą samą drogą, albo pozostali zawrócą, by ich dopaść.

Arthur zagwizdał na swojego konia, mając nadzieję, że usłyszy i zareaguje. John zrobił to samo. Czekając, powoli łapali oddech.

- Abigail… - zaczął Arthur ciężko dysząc – Abigail jest bezpieczna, tak samo jak Jack i Tilly.

- Gdzie oni są – zapytał zmartwiony.

- Z Sadie, W Copperhead Landing, tak jak ustaliliśmy. Działamy dalej zgodnie z planem.

Nic innego nie mogli teraz zrobić. Muszą uciekać, a potem spotkać się z resztą w umówionym miejscu. Wszyscy będą przeszczęśliwi, gdy wróci z Johnem, tak jak on teraz był.

- Arthur…

- Nie teraz – przerwał mu, gdy John usiłował go pocałować. – Później.

Ich konie właśnie przybyły i czekały obok, ale niepokojące było to, że wciąż słyszeli tętent kopyt. Ktoś zmierzał w ich stronę i kto by to nie był – Pinkertoni czy Dutch – na pewno był to wróg.

Wsiedli pospiesznie na wierzchowce i pogonili je, zmuszając do galopu. Rozległy się strzały, kule przemknęły tuż obok nich. Arthur obejrzał się za siebie i zobaczył Dutcha oraz resztę jego bandy wyłaniającą się na własnych koniach z mgły, która zaległa w lesie.

Skończyła się zabawa z zostawianie ich na śmierć i liczenie, że ktoś inny załatwi robotę. Teraz chcieli ich zabić sami. Nawet Dutch. Człowiek, który niegdyś uratował im życie, teraz zamierzał je odebrać. Byłoby to poetyckie, gdyby nie było takie chore.

- Obaj jesteście martwi! – krzyknął do nich Micah, podkreślając to kolejnym strzałem.

- Chyba nie żartują! – zauważył John. Jechał pierwszy i kierował ich w prawie kompletnych ciemnościach, jakie spowijały las. Jeszcze ta mgła. Gdyby nie wystrzały, konie pewnie nawet by się nie ruszyły z miejsca. – Uwaga, Pinkertoni są między drzewami!

Jeszcze ich tu brakowało. Niech jeszcze wojsko się dołączy, Pomioty Murphy’ego i będzie komplet. To będzie cud, jeśli wyjdą z tego żywi.

Przeprawili się w pośpiechu przez rzekę, unikając kul nie tylko byłych towarzyszy, ale i agentów.

- Tych sukinsynów jest cała armia! – odezwał się znowu John.

Koń Arthura w ostatniej chwili ominął kamień na poboczu drogi, nim wyjechali na nieco bardziej otwartą przestrzeń, gdzie księżyc dawał trochę światła. Niestety Pinkertoni też ich przez to widzieli, a nawet na nich czekali.

Zatrzymali gwałtownie konie, gdy na drodze wyłonił się z mgły wóz stojący na samym środku i dwóch jeźdźców po bokach. Arthur i John wyciągnęli pospiesznie bronie i zastrzelili ich, sami o włos dostając. Nim reszta mogła ich dogonić, zawrócili wierzchowce i ruszyli inną drogą, znów wjeżdżając pomiędzy drzewa.

Arthur czuł, jak wali mu serce. Ucieczka, to jakieś czyste szaleństwo, był śmiertelnie przerażony jak nigdy, a wielokrotnie spoglądał śmierci w oczy. Było ich tylko dwóch, sami przeciwko całej armii Pinkertonów. Jeśli to przeżyją, to chyba zacznie się modlić do Boga, bo tylko on mógł im teraz pomóc to przetrwać. Oby te wszystkie modlitwy siostry Calderon, które mu obiecała na coś się zdały.

Strzały zdawały się dobiegać ze wszystkich stron, zwłaszcza z lewej strony. Spojrzeli w tamtym kierunku i przez rozrzedzającą się mgłę dostrzegli znajomą sylwetkę ogiera Dutcha.

- Z lewej, Arthur, Dutch ich załatwi! – zawołał do niego John, skręcając. Ich pościg lada moment powinien się zderzyć z bandą Dutcha.

- Obaj jesteście cholernymi zdrajcami! – krzyczał Micah. Arthur aż się zaśmiał. Może i byli zdrajcami, ale nie takimi jak on. Przynajmniej nie zamierzali sprzedać Dutcha oraz niewinnych kobiet i dziecka Pinkertonom, żeby ocalić własną skórę. Chcieli po prostu spokojnie odejść i żyć, czy to coś złego?

- Po tym wszystkim, co dla was zrobiłem!

Co takiego zrobił? Uczynił z nich morderców nieliczących się z życiem innych. Marionetki, którymi mógł dowolnie sterować i roztaczać swoją chorą wizje świata bezprawia. Cokolwiek cennego im dał, odebrał im dwa razy więcej. Nie byli mu nic winni. Nawet nie czuli się już źle z tym, że go zostawiają. Nie miał już nad nimi kontroli. Żadnej.

Zostawili obie grupy w tyle, byli pewni, że mają już trochę spokoju, ale kolejni Pinkertoni wyjeżdżali na wprost nich. Ile ludzi może mieć jedna agencja?! Z całych Stanów ich pościągali?

- Są wszędzie! Musimy się zbierać!

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Skręcili gwałtownie, w kierunku wzgórza. Konie popędziły pod górę, ale ledwo nabrały rozpędu, a Arthur poczuł, jak jego wierzchowiec upada pod nim. Przeleciał przez siodło jak zrzucony z niego i wylądował boleśnie na ziemi, czując jak potworny ból ogarnia mu biodro.

Pierwsze co zrobił, gdy przestało mu dzwonić w uszach, to wyszukał wzrokiem Johna, który z bólem podnosił się na nogi. Jego koń leżał obok, martwy.

Nie mieli chwili na sprawdzenie czy nic im nie jest, bo dranie którzy zastrzelili im konie, próbowali teraz zrobić to samo z nimi. Chwycili znów za rewolwery i zaczęli się bronić, strzelając do każdego, kto pojawił się na horyzoncie. Arthur miał nadzieję, że w końcu jedną z osób będzie Micah.

Kule świstały tuż obok nich, byli odsłonięci ze wszystkich stron, idealnie wystawieni na ogień. Arthur nawet nie słyszał co się dzieje, bo w uszach miał tylko szum i uderzenia własnego serca, które obijało mu klatkę piersiową. Gdyby nie lata doświadczenia, pewnie trzęsłaby mu się ręką, a tak była tylko cała morka od potu, podobnie jak czoło, po którym spływały jego krople, wpadając do oczu i przeszkadzając mu w celowaniu.

Pinkertoni padali jeden po drugim od ich kul i póki co nie pojawiali się kolejni. Wszystko nie trwało nawet minuty, ale on miał wrażenie, że walczą już kilka godzin. Obaj byli obolali, Arthur po upadku poczuł silny ból w biodrze, miał obdarte ręce i obite ramię, ale nie przeszkadzało mu to tak, jak powinno. Jeszcze godzinę temu czuł gorszy ból, teraz nawet tych kilka różnych było niczym w porównaniu do tamtego.

Ostatni Pinkerton padł od kuli Johna, który natychmiast złapał się za postrzelone ramię i odciążył zranioną nogę. Nie dostał nigdzie, dobrze.

Arthur odwrócił się do swojego konia, który dalej dychał, ale na pewno nie pozostało mu wiele czasu. Ukłuło go serce na widok biednego zwierzęcia oddychającego ostatkiem sił. Stało się to, czego się obawiał, przywiązał się do konia, które nie miał nawet tak długo. A najgorsze było to, że to mogła być Snowstorm, gdyby jej nie zostawił w stajni.

Przeczucie go nie myliło.  

- Chodź, Arthur – popędzał go John. – Ruszajmy.

- Daj mi chwilę – poprosił i przyklęknął przy ogierze, gładząc go delikatnie po łbie.

- Miałeś tego konia dwa dni! – przypomniał mu.

John nie chciał go urazić, chciał po prostu, żeby przeżyli. Arthur dobrze wiedział, że to co teraz robi jest głupie i niebezpieczne, ale nie mógł się powstrzymać.

- Dziękuję – powiedział zwierzęciu. – Dobry był z ciebie konik.

Poczuł pod dłonią, którą trzymał na szyi ogiera, gdy ten przestał oddychać. Z ciężkim sercem wstał z ziemi i dołączył do ukochanego, który natychmiast się odwrócił, by mogli uciekać dalej, tym razem pieszo.

- Chodź, Arthurze – powiedział mu, oglądając się za nim i patrząc na niego współczująco. – Idziemy.

- A co z forsą? – zapytał podnosząc z ziemi swój kapelusz i zakładając go na głowę. – Abigail dała mi klucz.

- Jeśli tam pójdziemy, to będziemy martwi w ciągu pięciu minut – zauważył John i z pewnością się nie mylił. Na pewno roiło się tam wciąż od Pinkertonów, nie wszyscy ruszyli za nimi i Dutchem. – Poradzimy sobie bez tych pieniędzy.

John nawet nie wiedział, że pieniądze z pociągu są w ich posiadaniu, a mimo to nie chciał ryzykować. Cała ta forsa nie była dla niego ważna.

- Może i masz rację, ale…

- Zrobisz choćby krok w stronę tych pieniędzy, a zabiję cię osobiście – ostrzegł go John i coś Arthurowi mówiło, że nie żartował. – Zostajesz ze mną.

Miał rację, co on sobie myślał? To przez pieniądze mieli w ogóle teraz kłopoty. Nie warto było znowu ryzykować rozdzielenia, nawet dla pokaźnej sumy. Mieli już dość, a nawet gdyby nie, to czego najbardziej potrzebował zostało mu już zwrócone. John znów z nim był. Żadne pieniądze nie mogły się z tym równać.

- Masz rację – przyznał i ruszył za ukochanym, który ucieszony zaczął się wspinać po zboczu. – Zostawmy ten burdel i wynośmy się stąd raz na zawsze.

- Dobrze prawisz, kowboju – pochwalił go John.

Gdy tylko zaczęli się wspinać wyżej, rozległy się znowu strzały. Kolejni Pinkertoni ich znaleźli.

Kiedy to się skończy? Ile jeszcze będą drżeć o swoje życie? Cały dzień o nie walczyli, wycierpieli w niecałą dobę więcej niż niektórzy ludzie przez całe życie, a los wciąż udowadniał im, że ma jeszcze dla nich parę niespodzianek.

Oby tylko Dutch i reszta nie zdecydowali się za nimi gonić. Jeśli będą mieli szczęście, to oni wrócą po forsę, nadzieją się na Pinkertonów i pomogą odwrócić ich uwagę.

Wbieganie pod górę wyczerpywało ich tak już i gasnące siły. Nie byli przygotowani na tyle wysiłku, a to jeszcze nie był koniec. Jakoś udało im się dostać do małego przesmyku pomiędzy dwoma górami, mieli z niego widok na pobliską drogę, po której przemieszczali się kolejni Pinkertoni. Oni się po prostu nie kończyli.

- Szlag – przeklął John i rozejrzał się zdesperowany. – Dawaj na klif.

To szaleństwo, nie wiedzieli nawet, czy nie idą w ślepy zaułek, czy dadzą radę stamtąd zejść albo czy nie spadną z samej góry i się nie zabiją, gdy będą próbować. W dodatku Pinkertoni ich zauważyli i zaczęli znów strzelać. Nie dadzą rady przeżyć tego obaj. Nie bez rozdzielania się i odciągnięcia pościgu od siebie nawzajem.

Znów zaczęli się wspinać, ślizgając się po kamienistym podłożu i prawie dostając odłamkami skał, które rozpryskiwały się wszędzie, gdy Pinkertoni trafiali w klif tuż obok nich. Udało im się jakimś cudem dotrzeć na szczyt i schować za głazy, z których zaczęli ostrzeliwać agentów. Znajdowali się na drugim klifie, ale nie było ich tak wielu, jak się obawiał. Będzie jednak więcej i Arthur wiedział już, że nie mogą dłużej zostać razem jeśli chcieli mieć jakąś szansę na przeżycie.

Nie zastrzelili wszystkich, tak jak się obawiał, pojawiali się nowi i kto wie jak długo będzie to jeszcze trwało. Skupili na sobie ogromną grupę, z którą nie mieli żadnych szans. Z mniejszą, tak, ale nie z taką.

Arthur popatrzył na Johna przed sobą, gdy przemykali dalej. Nie chciał go zostawiać, to ostatnie czego teraz pragnął po tym jak myślał, że go stracił, ale nie było innego wyjścia. Jednemu człowiekowi łatwiej się przekraść niż dwóm, zmylą przy okazji Pinkertonów. Narażą się też oczywiście bardziej, nie będą się nawzajem osłaniać, ale i tak będą mieli większą szansę. Zwłaszcza jeśli Arthurowi uda się zwrócić na siebie uwagę jak największej grupy i odciągnąć ją od Johna, dając mu czas i okazję na przemknięcie się.

Tylko wtedy to on będzie miał kłopoty, ale lepiej on niż John. Jakoś się z nich wykaraska i dołączy do niego i reszty, a jeśli nie… Przynajmniej będzie miał pewność, że John wyszedł z tego cało.

Szybko podjął decyzję i zatrzymał się, od razu zwracając uwagę Johna.

- Arthur, chodźmy – popędził go, choć sam ledwo stał na nogach i łapał powietrze.

- Ty idź – polecił mu, zbierając w sobie choć trochę sił, póki miał okazję.

- Arthurze, nie zatrzymuj się – poprosił, podchodząc do niego. Jego rana na ramieniu wciąż krwawiła. To tylko utwierdziło Arthura w przekonaniu, że muszą się rozdzielić. Niedługo John nie będzie mógł walczyć z taką ręką, potrzebował wolnej drogi do ucieczki, nie kolejnej strzelaniny.

- Nie zatrzymuję się – obiecał. Nie zamierzał się poświęcać, nie jeśli nie będzie to absolutnie konieczne. Dalej będzie walczył, dopóki starczy mu sił. Dopóki będzie miał pewność, że John będzie na niego czekał, bezpieczny. – Przytrzymam ich w miejscu, a ty uciekaj.

- Nie. – Nawet się nie zawahał się przed odpowiedzią, jakby wiedział co Arthur zamierza mu powiedzieć.

- Obaj nie damy rady – tłumaczył mu zdesperowany. John musiał to przeżyć. – Tylko tak będziemy mieli szansę.

- Chyba tylko ja, bo wiem co zamierzasz zrobić – przejrzał go bez problemu. Mógł się tego spodziewać, znali się przecież tyle lat, widzieli swoje reakcje na różne sytuacje. Nie potrafili się nawzajem przechytrzyć.

Co nie znaczy, że nie zamierzał przemówić ukochanemu do rozumu.

- John…

- Nie, nigdzie nie zostajesz, idziemy razem, choćbym miał cię związać i nieść przez całą drogę – zagroził, podchodząc do niego na tyle blisko, by dzióbnąć go palcem w pierś, zostawiając mu na koszuli czerwony ślad. – Nie zostawię cię, żebyś mógł bohatersko zginąć w mojej obronie. Przestań zachowywać się, jakbyś nie zasługiwał na drugą szansę. Obaj chcemy się zmienić i zacząć nowe życie, i obaj na nie zasłużyliśmy. Jesteśmy razem i idziemy razem.

Widział ogień w jego oczach, gdy John tak przemawiał – pewny swego i zdeterminowany. Arthur nie miał wątpliwości, że naprawdę go zwiąże, jeśli będzie trzeba i nie było żadnego sposobu, by go przekonać do zmiany zdania. Rana po postrzale czy osłabiona noga też go nie powstrzymają. John potrafił być uparty, a teraz naprawdę mu zależało, by ruszyć razem, mimo że słyszał strzały w oddali i wiedział, że Pinkertoni znów ich zaatakują.

Wolał zginąć z Arthurem niż przeżyć bez niego. Sam wiedział jak to boli, jak mógł w ogóle uznać, że zmuszenie Johna do przeżycia tego samego będzie dobrym pomysłem, jakimś cholernym darem, a nie przekleństwem?  

- Okej – przytaknął, a John momentalnie się rozluźnił, ale w żadnym wypadku nie odsunął. – Razem.

- Już na zawsze. To koniec.

- Jeszcze nie, ale jesteśmy blisko – obiecał, choć nie mógł mieć pewności. Równie dobrze za chwilę mogą zginąć, ale tylko nadzieja im jeszcze dawała sił. – Jeszcze będziemy bezpieczni, John.

- Wiem. – John uśmiechnął się do niego ciepło. Jeszcze niedawno bał się, że już nigdy nie zobaczy tego uśmiechu. – Pamiętasz co zawsze mówił Dutch?

- Razem jesteśmy nie do powstrzymania – powtórzył standardową formułkę, którą Dutch lubił ich komplementować. – Być może była to jedyna prawdziwa rzecz, jaką kiedykolwiek powiedział.

- I tego się trzymajmy. – John poklepał go po ramieniu. – A teraz ruszaj się.

Musieli iść w którąś ze stron, słychać już było kroki zbliżających się Pinkertonów, którzy ich doganiali.

- Strasznie władczy się zrobiłeś – zauważył i przeładował szybko rewolwer. John robił to samo, pokrywając krwią każdy pocisk.

- Nadrabiam za inne sytuacje z naszego życia – zażartował i złożył rewolwer. – Mówię poważnie, Arthurze. Nie rozdzielamy się. Mam gdzieś, że trudniej się wtedy kryć. Uciekamy razem i jeśli nie będzie wyjścia, giniemy razem.

Wyciągnął zakrwawioną dłoń w jego stronę, którą Arthur pewnie uścisnął, przypieczętowując to postanowienie.

- Jak romantycznie.

- Zamknij się i pokażmy Pinkertonom na co nas stać.

Czyli walczą. Arthur uśmiechnął się i sięgnął po drugi rewolwer. Jak odejść, to w walce. Zawsze mu się wydawało, że tak właśnie zginie, ale w tym przypadku nie miał takiego zamiaru. Zamierzali to przeżyć.  

Cofnęli się i wspięli wyżej na górę, by mieć przewagę wysokości. Część Pinkertonów wciąż była na klifie, pozostali podchodzili do nich. Nim zorientowali się, że mają Arthura i Johna na widoku, ci już otworzyli ogień i załatwili pierwszy trzech, chowając się za skałami przed ogniem zwrotnym.

Agenci nadchodzili od strony, z której oni sami przyszli, szli jeden po drugim i tak samo padali od kul. Arthur i John strzelali w idealnym zgraniu, gdy jeden z nich ładował, drugi osłaniał i tak na przemian, nie dając Pinkertonom praktycznie żadnych szans na obronę. Nie czuli się dumni z zabijania tylu ludzi, ale walczyli o swoje życie, gdyby mieli wybór, zostawiliby tych wszystkich Pinkertonów w spokoju.

Nie mogli jednak tego zrobić. Gdyby spróbowali uciekać, pewnie w końcu by ich dogonili, Pinkertoni mieli konie. Zanim zaczną się kryć i unikać całej reszty, muszą zgubić ogon, żeby nikt nie wiedział w jaką stronę uciekają. Wciąż liczyli na to, że Dutch ściągnie część pościgu na siebie. Przynajmniej na coś by się przydał.

Pinkertoni w końcu przestali się pojawiać, ciało ostatniego stoczyło się w dół zbocza, gdzie dołączyło do wielu innych. W pojedynkę, Arthur już dawno by tu zginął, a nawet jeśli nie, to na pewno byłby ranny. We dwóch jednak mieli większe szanse. Zawsze tak było, głupio zakładał, że może być inaczej. 

Nie byli jeszcze bezpieczni, z pewnością nadejdą kolejni wrogowie, ale póki co ucichły nawet strzały w oddali. Pinkertoni pewnie się przegrupowują, może wybili wszystkich, któż to wie. Na pewno nikt się póki co nie zbliżał w ich kierunku.

Wspięli się jeszcze kawałek na górę, by nie być tak bardzo na widok. Chyba będą w stanie zejść po drugiej stronie, w razie czego cofną się do półki, na której byli wcześniej. Może zdążą przed powrotem Pinkertonów, którzy pewnie będą podążać za szlakiem z trupów. Choć może nikt nie pomyśli, by szukać ich tutaj, jeśli zwłok nie widać z dołu.

- Zatrzymajmy się na chwilę – zasugerował Arthur i przysiadł na ziemi, schowany za głazem. –Jestem wykończony.

- Ty wykończony? – John przystanął i usiadł zaraz obok niego, krzywiąc się, gdy musiał zgiąć nogę. – To nie ty wypadłeś z jadącego pociągu.

- A ty nie ganiałeś po całym Van Horn, żeby odbić Abigail – zrewanżował się, zdając sobie po chwili sprawę, że John nie miał pojęcia co się działo cały ten czas.

- Co? – zapytał, nie wiedząc czy być po prostu zaskoczonym, czy przerażonym. – Zostawić was na pięć minut, słowo daję.

- Później ci opowiem – obiecał i popatrzył na lewą nogę ukochanego. –  Jak twoja noga?

- Nie jest złamana ani skręcona jeśli o to pytasz. Chyba ją tylko mocno obiłem – odparł i pomógł sobie ręką, by ją lepiej ułożyć nim popatrzył ze strachem w oczy Arthura. – Słyszałem jak żołnierze mówili, że pociąg spadł, nie wiedziałem, czy zdążyliście wyskoczyć. Byłem pewny, że wracam do pustego obozu. Myślałem, że już cię nie zobaczę.

- Ja ciebie też – wyznał i dotknął palcami małego otarcia na policzku ukochanego. – Dutch powiedział…

- Chyba ustaliliśmy, by nie wierzyć w to, co mówi Dutch – przypomniał mu z uśmiechem, zbliżając swoją twarz do jego. – Myślałeś, że nie żyję.

Chciał za to przeprosić, bo gdyby od razu ruszył szukać Johna, już dawno by się zjednoczyli. Zrobi to jednak później, teraz chciał się nacieszyć tym, że znów są razem. Wciąż trudno było mu uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, a nie we śnie. Potrzebował dowodu.

- Najgorsze godziny mojego życia – wyznał i położył dłoń na policzku ukochanego, który musnął ją ustami. Była prawdziwa, ale skąd mógł mieć pewność?

- Jestem już z tobą – zapewnił. Arthur westchnął i zamknął oczy, czując oddech Johna na ustach. – I nigdzie się nie wybieram.

Pocałowali się czule i niespiesznie, ciesząc się swoją bliskością, tym że żyją, choć nadal wydawało się to nierealne. Arthur znów poczuł łzy w oczach, ale tym razem nie były to łzy smutku. Zdesperowany i spragniony tego, co prawie stracił, pogłębił nieco pocałunek, chwytając ukochanego za kark i przyciągając go do siebie. John chętnie wyszedł mu naprzeciw. Spróbował jeszcze bardziej się zbliżyć, ale gdy się poruszył, odsunął się szybko i jęknął z bólu, po chwili upadając na tyłek, nie wiedząc czy trzymać się za nogę, czy ramię.

- Szlag, nic ci nie jest? – zmartwił się Arthur.

- W porządku – uspokoił go i rozmasował obolałe kolano, śmiejąc się pod nosem. – To był głupi pomysł.

- Tak – zgodził się i dźwignął się na nogi. On też nie był bez bólu, biodro wciąż mu doskwierało, chyba też było obite jak noga Johna. Obie były też mocno zmęczone, czuł jak mięśnie drżą pod skórą z wysiłku od jazdy konnej i biegania po górach. Poobcieranymi rękoma zostawił nawet na policzku Johna trochę krwi. Jak tylko będą bezpieczni, będą musieli się opatrzyć. Całe szczęście trochę lekarstw miał w torbie, reszta została na koniu razem z częścią broni. Resztę ekwipunku i medykamentów powinny mieć dziewczyny. – Chodź, wilkołaku. Zbierajmy się stąd. Dość już się nasiedzieliśmy.

- Na pewno nie chcesz więcej odpocząć, staruszku? – zakpił, przyjmując ofiarowaną mu dłoń. Nie bolało go aż tak bardzo, gdy Arthur podtrzymywał część jego ciężaru.

- Ja ci dam staruszka – zagroził.

John uśmiechnął się i ramię w ramię wyszli ze swojej kryjówki, rozglądając się uważnie i z bronią w pogotowiu. Gdzieś dalej w lesie było widać światła, najpewniej patroli, ale w pobliżu nikogo nie było, a przynajmniej nikogo nie widzieli ani nie słyszeli. Panowała wręcz upiorna cisza.

- Chyba czysto – wyszeptał Arthur, przesuwając się powoli do przodu, na drugą stronę góry. Stamtąd zejdą i przemkną lasem tak daleko jak tylko się da, aż zdobędą jakieś konie. Na piechotę nawet nie mieliby siły iść.

Przesunęli się zaledwie kawałek, gdy nagle coś zaszurało za ich plecami. Odwrócili się błyskawicznie, gotowi strzelać, ktokolwiek by to nie był – człowiek czy dzikie zwierzę – ale nie zdążyli. Arthurowi udało się tylko zauważyć znienawidzoną mordę Micah, nim ten wpadł na nich z impetem i całą trójką spadli z klifu.

Upadli na półkę poniżej, prosto na twarde, kamieniste podłoże. Arthurowi zadzwoniło w uszach, a tył czaszki rozerwał pulsując ból. Gwiazdy nad jego głową rozmywały się i rozdwajały, a cały nieboskłon wirował szybko, doprowadzając go do mdłości, co nie ułatwiło łapania powietrza, które zostało praktycznie wyciśnięte z jego płuc przy upadku. Stękając z bólu, z trudem przewrócił się na bok i dotknął tyłu głowy, na całe szczęście nie wyczuwając krwi.

Wzrok powoli wracał do normy, gdy tylko przestał widzieć podwójnie, odszukał Johna, który skulony leżał zaraz obok, sapiąc głośno.

- John? – odezwał się do niego, próbując wstać pomimo protestów obolałego ciała.

Chyba wszystko go teraz bolało, zwłaszcza plecy, na których wylądował, a w które wbił się karabin zawieszony przez ramię. Gdyby nie to, że mógł się ruszać, byłby pewny, że ma złamany kręgosłup.

- Żyję – odparł szybko, próbując się podnieść.

Całe szczęście.

Jego radość nie trwała długo, gdy obolały jęk za plecami przypomniał mu, że nie są sami. Podparł się szybko na rękach i klepiąc Johna w ramię, by go popędzić, podniósł się najpierw do klęczek, a potem na nogi, obserwując uważnie Micah, który stał już na wprost nich i patrzył na nich z odrazą.  

- Dopadłem was, zdrajcy – powiedział i splunął w ich stronę.

Arthur cofnął się o krok i nie spuszczając tego szczura z oczu nawet na moment, wyciągnął ramię w stronę ukochanego, pomagając mu podnieść się na nogi.

- Zdrajcy? – powtórzył John, stając niepewnie na drżących nogach i od razu odciążając lewą. – Popatrz lepiej w lustro.  

- Przynajmniej gdy w nie patrzę, to widzę normalnego mężczyznę – odpowiedział im i znowu splunął, chwiejąc się nieco i nie mogąc utrzymać ciała prosto. – A nie parę sodomitów.

Arthur zazgrzytał zębami, a John warknął jak dzikie zwierzę.

- Pomyśleć – mówił dalej – że byłem pewny, że Dutchowi się coś pomyliło. Ale ten pokaz, który urządziliście przed chwilą na górze? Byłoby to nawet urocze, gdyby nie było obrzydliwe. Prawie zwymiotowałem przez was.

- Zawsze do usług – odparł mu Arthur, analizując całą sytuację.

Micah był uzbrojony, jego rewolwery spoczywały w kaburach, gotowe do użycia. Rewolwery jego i Johna leżały z boku, wypuścili je przy upadku i nie mieliby szans do nich dopaść. Mogli użyć tylko karabinów, ale te na bliski dystans nie były najlepszym wyborem. Zanim je zdejmą, Micah ich zastrzeli, choć póki co nie trzymał nawet rąk blisko broni. Być może dlatego, że też ucierpiał przed chwilą. Garbił się nieco jakby coś go bolało i pochylał do przodu, ale i tak wyglądał lepiej od nich i na pewno dalej był niebezpieczny.

- To który z was jest dziewczyną w tym związku? – zapytał ich i uśmiechnął się wrednie. – Założę się, że mały Johnny Marston. Pasuje z tymi swoimi włosami i smukłą talią.

John zdążył zrobić tylko jeden krok do przodu, nim Arthur powstrzymał go, przytrzymując go ręką.

- Zostań – nakazał mu. Nie dadzą się wciągnąć w te gierki.

- Dokładnie, Morgan, trzymaj swoją księżniczkę w ryzach – zakpił Micah. – Chyba trafiłem w czuły punkt, nieprawdaż?

- Idąc twoim tokiem rozumowania, ty też nadawałby się na dziewczynę, złotowłosa – odgryzł się Arthur. – Nawet wyglądasz jakbyś był w ciąży.

Micah zaśmiał się pod nosem i wskazał na Arthura palcem, po chwili mu nim grożąc.

- Dobre, Morgan – pochwalił, ale widać było, że go ta uwaga zdenerwowała. Arthur już dawno się nauczył, że nic tak nie denerwuje typów takich jak Micah, niż choćby zasugerowanie, że mogą mieć coś z homoseksualisty. – Humor się ciebie trzyma. Jak na umarlaka.

- Jeszcze nie umarłem, Micah.

I nie zamierzał tego robić, zwłaszcza z rąk kogoś takiego.

- Ale umrzesz – zagroził. – Taki los spotyka zdrajców. Złamaliście zasady.

Dutch złamał je już dawno sam. Skoro on się z nimi nie liczył, czemu oni mieliby?

- Może i jesteśmy zdrajcami, ale przynajmniej nie sprzedaliśmy się Pinkertonom – zauważył John. – Co ci obiecali za informacje, co? Wolność?

- Nieważne, co mi obiecali – odwarknął w ich stronę. – Pinkertoni i tak by nam nic nie zrobili, mówiłem im tylko to, co chcieli usłyszeć.

- Jakoś ci nie wierzę – stwierdził Arthur. Pinkertoni wiedzieli o ich kryjówce w Lakey, a dziś nie mieli problemu z porwaniem Abigail, wiedzieli, że obóz nie będzie chroniony jak zawsze. Micah wszystko im powiedział i pewnie gdyby było trzeba, sprzedałby też w końcu Dutcha.

- Wierz sobie w co chcesz, pastuchu, nie obchodzi mnie to. – Micah zrobił krok w ich stronę, więc od razu się cofnęli. Jak bardzo by nie chcieli zabić tego skurczybyka, nie nadawali się teraz zbytnio do walki, byli wyczerpani i ranni, a Micah przez cały dzień praktycznie nic nie robił. Nie chcieli sprawdzać, czy ma przez to przewagę. – Wszystko było pod kontrolą, Pinkertoni nawet nie wiedzieli o napadzie na pociąg, a zanim by się zorientowali, my bylibyśmy już w drodze do Nowego Jorku.

- Dzięki twojej uprzejmości znali każdy nasz ruch. Myślisz, że nie podążyliby za nami do Nowego Jorku? – zapytał go wściekły Arthur. – Sprzedałeś nas.

- Robiłem co trzeba, żeby przeżyć, na tym to polega – wytłumaczył się. – Nigdy nie zamierzałem pomóc Pinkertonom aresztować nas wszystkich. Myśleli, że jestem posłuszny, a tak naprawdę urabiałem ich jak mi się podobało. Nigdy nie zdradziłem. Za to wy… Wy uciekliście, gdy tylko zrobiło się ciężko. Jak tchórze.

- Chcieliśmy przeżyć – wyjaśnił mu John. – Nie było już bezpiecznie w gangu.

- Więc postanowiliście, że zamiast o niego walczyć, lepiej będzie uciec – wytknął im z obrzydzeniem. – Wasza lojalność i wiara w lidera są żałosne. Jakim cudem byliście ukochanymi synami Dutcha, nigdy nie zrozumiem.

- Nic o nas nie wiesz, ty sukinsynu – zauważył wściekle John. – Poświęciliśmy całe nasze życie temu gangowi. Ktoś niebędący w nim nawet roku nie ma prawa nas pouczać. Zwłaszcza taki sprzedawczyk jak ty.

- Wiem to, że od tygodni knuliście przeciwko Dutchowi po czym daliście nogę. Wyszło na to, że ten nowy człowiek jest bardziej lojalny i zaufany od starej gwardii – zaśmiał się Micah. – Kiepsko to o was świadczy, panowie. Oh, przepraszam. Panie.

Te porównania do kobiet zaczynały mu działać na nerwy i nie tylko jemu, John też się już się gorączkował, zwłaszcza że jemu oberwało się bardziej.

- Po prostu nas zastrzel, skoro po to tu przyszedłeś – powiedział mu Arthur. Miał już dość słuchania tych bzdur. – Czy może zamierzasz tak stać i zagadać nas na śmierć?

- Zastrzelenie was byłoby zbyt proste, Morgan. – Micah wyciągnął rewolwery, ale od razu je odrzucił za siebie. – Tacy zdrajcy jak wy zasługują na bardziej bolesną śmierć. Za sodomię też wam się coś należy.

- Jeden na dwóch? – zdziwił się Arthur, przygotowując się do walki. Kątem oka zauważył, że John też przybrał pozycję do ataku. – Chyba za mocno uderzyłeś się w głowę podczas tego upadku, Micah.

- Nie boję się dwóch ciepłych – odparł pewny siebie i ruszył w ich stronę. – Pewnie bijecie się jak baby.

- To chodź i się przekonaj – zachęcił go John z aroganckim uśmiechem. – Tylko nie płacz za bardzo, gdy tych dwóch ciepłych wgniecie cię w ziemię.

Micah rzucił się na nich z rykiem, lecąc do przodu gdy odsunęli mu się z drogi. Arthur od razu do niego doskoczył, nie pozwalając mu się odwrócić i po złapaniu go za bety, popchnął go na ścianę klifu. Micah odbił się od niego twarzą, ale zachował równowagę. Z rozkrwawionym nosem odwrócił się w ich stronę i zaśmiał.

- Miałeś szczęście, Morgan.

- Wolę to nazywać umiejętnościami – odparł i skinął na drania palcem. – No chodź. Pokaż co potrafisz.

Powinni wykorzystać sytuację, sięgnąć po broń i zastrzelić sukinsyna, ale Micah miał rację. Zdrajcy zasługiwali na bardziej upokarzającą śmierć. Zbicie go na kwaśne jabłko będzie przyjemnością, której zbyt długo już sobie odmawiali. Poza tym, strzał mógłby ściągnąć im problemy na głowę.

Micah skoczył na niego z pięściami, ale cofnął się przed ciosem, od razu ustępując miejsca Johnowi, który odpowiedział własnym uderzeniem. Bell odleciał do tyłu z jękiem, ale na długo go to nie powstrzymało i zaatakował znowu.

Arthur zblokował cios, szybko wyprowadzając własny. Satysfakcja jaką poczuł czując jak jego pięść zderza się z twarzą tego zdrajcy była nie do opisania i czym prędzej wyprowadził kolejne uderzenie. Głowa Micah odskoczyła w bok, a z jego ust pociekła krew.

- Wystarczająco mocno dla ciebie? – zapytał John i dołączył, też uderzając Micah, nim ten zdążył się obronić czy odpowiedzieć atakiem. – Może chcesz jeszcze, żeby mieć pewność?

Uderzali go na przemian, wyładowując na nim całą swoją nienawiść do niego i zadając mu ten sam ból, jaki on na nich sprowadził. Zgrali się idealnie, on uderzał mocno i silnie, a John szybko i gwałtownie, skupiając się na zadaniu jak największych obrażeń gdzie popadnie. Nie pozwalali Micah na nic, gdy próbował się obronić, Arthur złapał go za nadgarstek i odciągnął mu rękę od twarzy, która z każdym uderzeniem wyglądała coraz gorzej.

Zagonili go pod ścianę klifu, przypierając go do niej i dalej okładając pięściami. Arthur dawno nie czuł takiej furii jak teraz, nie żałował ani jednego ciosu, ten sukinsyn zasługiwał nawet na więcej, ale już samo patrzenie jak wije się bezradnie w jego uścisku, z desperacją drapiąc skały za sobą, było wystarczająco satysfakcjonujące. Byli tak nakręceni, że nie czuli nawet całego dotychczasowego bólu, John bez problemu stawał na zranionej nodze i uderzał nawet tą ręką, którą miał postrzeloną. Byli jak w transie, znieczuleni lepiej niż po morfinie i pełni energii, choć jeszcze chwilę temu ledwo trzymali się na nogach. Byli zmotywowani, by wreszcie się odegrać i to im wystarczyło.

Gdy John zadał swój cios, używając do tego praktycznie całego swojego ciała, Arthur znów uniósł pięść w górę. Micah szarpnął nagle całym swoim ciałem, a on kątem oka zauważył rękę zmierzającą w jego stronę.

Nie zdążył się uchylić i dostał czymś ciężkim i ostrym w głowę. Kamień. Uderzenie go otumaniło, zrobiło mu się ciemno przed oczami, ciało skuliło się instynktownie, a nogi same wycofały się jak najdalej od zagrożenia. Złapał się za zranione miejsce nad okiem, czując pod palcami krew, która szumiała mu w uszach i zagłuszała to co się działo dookoła.

Pierwszym co po chwili usłyszał, był krzyk Johna. Nie do końca jeszcze otrzeźwiony spojrzał w kierunku zamieszania. Micah był wolny i przyciskał stękającego z bólu Johna do ściany, z zadowoleniem okładając go raz po raz pięścią po twarzy, drugą ręką wbijając mu palec w ranę po kuli. John rzucał się i szarpał, nawet nie próbował się bronić przed uderzeniami, zbyt zdesperowany by oderwać dłoń od zranionego miejsca.

- Nie ruszaj się, John – odezwał się ze śmiechem Micah i ponownie uderzył Johna, gdy ten tylko wyprostował głowę. – Może wybiję ci tak z głowy ochotę na bycie jebanym w dupę. Jeszcze mi za to podziękujesz.

Potykając się o własne nogi, Arthur dopadł do Micah i zarzucił mu ramiona na szyję, ściskając mu mocno gardło i szarpiąc go do tyłu, odciągnął go kopiącego od Johna.

- Pożałujesz, że go dotknąłeś, ty sukinsyn! – warknął mu do ucha Arthur.

- Niczego nie będę żałował – wycharczał w odpowiedzi, drapiąc Arthura po przedramionach, by jakoś się uwolnić.

John potrzebował tylko paru sekund, by dojść do siebie. Z furią w oczach odepchnął się od ściany i ruszył w ich stronę z krwią na twarzy jak jakąś farbą wojenną. Z całej siły uderzył Micah w brzuch. Jego ciało zwiotczało znacząco w uścisku Arthura. Szybko je wyprostował i nadstawił ukochanemu na kolejny cios, tym razem w twarz.

- Szkoda że tobie z głowy nie można wybić bycia dwulicowym szczurem – powiedział mu John, okładając go pięściami tak szybko, że aż się zasapał.   

- Zabiję was obu – obiecał im Micah i wyrzucił nogę w przód.

John wrzasnął z bólu, gdy został trafiony w ranne kolano, a potem jeszcze raz. Upadł na ziemię jak rażony piorunem. Arthur w odpowiedzi ścisnął mocniej gardło Micah, zamierzając udusić sukinsyna tu i teraz, ale ten nagle odrzucił głowę do tyłu, trafiając go w nos.

Arthur natychmiast poluźnił uścisk i zatoczył się do tyłu, dostając z łokcia w brzuch, a chwilę później prosto w podbródek. Zęby zadzwoniły mu w ustach, a siła uderzenia powaliła go na ziemię. Próbował się jak najszybciej podnieść, ale Micah rzucił się na niego i zaczął zasypywać kolejnymi ciosami.

- Powinienem był już dawno powiedzieć reszcie, kim jesteście – podjudzał go Micah. Arthur zablokował jego kolejny cios i udało mu się zadać własny, nim znów oberwał. – Mielibyśmy masę zabawy pozbywając się dwóch sodomitów z obozu. Coś takiego zacieśnia więzy.

Złapał pięść Micah, gdy ten znów zamierzał go uderzyć.

- Za dużo gadasz – powiedział mu.

Szybko zarzucił mu nogę na biodro i obrócił ich, tak że teraz on był na górze. Wykorzystując chwilowe zaskoczenie Micah, wymierzył mu kilka silnych ciosów w i tak już pokiereszowaną twarz, która wreszcie zaczęła jakoś wyglądać.

Micah wrzasnął rozjuszony i zaczął na ślepo go atakować, wijąc się pod nim jak żmija, którą był. Arthur przypierał go do ziemi ciężarem własnego ciała i siłą ciosów, starając się go raz na zawsze uciszyć, ale Micah ani myślał się poddawać. Machał łapami aż w końcu trafił go jedną w twarz, wsadzając mu palec do oka.

Arthur krzyknął z bólu, a potem znowu, gdy Micah przyłożył mu w twarz i powalił z powrotem na ziemię, siadając mu na biodrach i natychmiast zaciskając dłonie na gardle.

- Może to nie stryczek, ale wystarczająco podobne, co Morgan? – zaśmiał się, próbując mu zmiażdżyć grdykę.

Kopiąc bezradnie i drapiąc, Arthur usiłował się uwolnić. Gdy tylko Micah to zobaczył, zabrał jedną rękę i zaczął go bić po twarzy, pozbawiając i tak już brakującego tchu. Robiło mu się już ciemno przed oczami, zarówno od ciosów, jak i dłoni na gardle, gdy Micah został nagle z niego ściągnięty.

Arthur nabrał szybko powietrza i zakasłał, przesłoniętym przez krew wzrokiem patrząc jak John staje przed nim i uderza tego sukinsyna raz, a potem drugi. Szybko wstał, by mu pomóc, ale Micah już odzyskał kontrolę. Uniknął kolejnego ciosu, złapał Johna za poły płaszcza i rzucił nim prosto w podnoszącego się z ziemi Arthura.

Wpadli na siebie z impetem i upadli boleśnie. John leżał na nim przygniatając go, ale szybko został z niego zabrany i ciśnięty o ziemię, tuż przy urwisku. Arthurowi serce podeszło do gardła, gdy ukochany prawie spadł.

Wypluwając krew z ust, dźwignął się na dłoniach i znów zakasłał, co zatrzymało go na chwilę w miejscu.

- Marzyłem o tym od dawna – wyznał Micah, ledwo się już wysławiając po tylu ciosach otrzymanych w twarz. Podszedł do Johna i kopnął go w żebra, aż ten skulił się z bólu, nim popatrzył z nienawiścią na mężczyznę nad sobą.

- Zabawne – wychrypiał John, obejmując się za zranione miejsce. – My o zabiciu ciebie też.

- Wygląda na to, że pozostanie to już tylko niespełnionym marzeniem – zaśmiał się.

- Zamkniesz się w końcu? – zapytał i kopnął drania w piszczel.

Nogi się pod nim ugięły i Micah padł prosto na Johna, który nie zwlekając zaczął go uderzać w twarz. Micah warknął sfrustrowany, co z całą tą krwią w jego ustach brzmiało bardziej jak bulgotanie.

Arthur podniósł się wreszcie i na drżących nogach zrobił kilka kroków w ich kierunku, by pomóc ukochanemu.

- Zdechłbyś w końcu! – wydarł się Micah na Johna, gdy udało mu się w go w końcu uderzyć.

- Posłuchaj własnej rady i sam zdechnij, sukinsynu! – odpowiedział John i zacisnął mu dłoń na gardle, drugą kładąc mu na twarzy i wbijając palce w oczy.

Micah zacharkał i w mgnieniu oka sięgnął po nóż przy pasie. John momentalnie puścił jego gardło i zabrał obie dłonie, w ostatniej chwili drżącym rękoma zatrzymując ostrze tuż przed swoją twarzą.

Na widok przerażenia w oczach ukochanego i niebezpieczeństwa w jakim się nagle znalazł, w Arthurze zagotowała się krew i wstąpiły w niego nowe siły. Biegiem ruszył w stronę śmiejącego się obłąkańczo Micah i rzucił się na niego, z sukcesem ściągając go z Johna. Obaj polecieli w stronę krawędzi klifu, Micah zleciał od razu, Arthur złapał się występu, ale zaraz potem został pociągnięty za nogę w dół i stracił chwyt na szczelinie.

- Arthur!

Serce mu zamarło z przerażenia, gdy przez ułamek sekundy spadał, nim poczuł silny uścisk na nadgarstku. Zaskoczony spojrzał w górę na Johna, który wychylał się przez krawędź, usiłując go utrzymać i nie dać mu spaść.  

- Zabiorę cię ze sobą, Morgan! – wrzasnął uczepiony jego nogi Micah, po czym zaśmiał się i rozhuśtał.

John krzyknął z bólu, gdy zsunęli się nieco w dół, ciągnąc go z nimi. Spanikowany Arthur popatrzył na Micah i pod niego, gdzie kilkadziesiąt stóp w dole czekały na nich ostre jak brzytwa skały. Pewna śmierć.

- Nie dam rady was obu utrzymać! – wystękał John. Łzy ciekły mu po policzkach, gdy trzymał ich postrzeloną ręką, która cała drżała jak w febrze. Arthur czuł, jak chwyt ukochanego słabnie z każdą chwilą.   

- Nie wygracie! – odzywał się dalej Micah, nie przestając się śmiać. Arthur nawet nie próbował go strząsnąć, tylko zaszkodziłby tym Johnowi, którego dłoń przesunęła się w kierunku jego, niemal tracąc chwyt na jego nadgarstku. – Nie pozwolę się pokonać dwóm obrzydliwym sodomitom!

Micah znów pociągnął go w dół, trzymając go za łydkę. John poleciał do przodu, ale utrzymał się na klifie, walcząc z ciężarem Arthura i tego sukinsyna jak tylko mógł, ale długo tak nie wytrzyma.

Arthur bez zastanowienia sięgnął po nóż i choć słabo widział przez krew cieknącą mu po twarzy, skupił się jak tylko mógł, wiedząc że ma tylko jedną szansę. Micah przestał się w końcu śmiać i popatrzył na niego przerażony. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie dał mu takiej okazji. Rzucił w jego kierunku nożem, trafiając go idealnie w rękę, którą się go trzymał.

Ciężar uwieszony jego nogi zniknął w mgnieniu oka, gdy uścisk Micah osłabł, a on sam runął z wrzaskiem w dół, nim w zaledwie sekundę zamilkł raz na zawsze, roztrzaskując się o skały pod nim.

Chętnie by dłużej popatrzył na ten obrazek, ale nie chciał dołączyć. Znów spojrzał w górę, gdzie John wyciągnął w jego kierunku drugą dłoń.

- Podaj mi drugą rękę! – polecił.

Arthur podciągnął się nieznacznie i chwycił ukochanego za dłoń, który od razu wciągnął go kawałek do góry, aż mógł złapać się krawędzi sam. Stękając z wysiłku wspiął się na klif z pomocą ciągnącego go za płaszcz Johna, a gdy tylko był już bezpieczny, obaj padli na ziemię ciężko dysząc, a John oprócz tego także szlochając z bólu.

- Cholera – przeklął Arthur i nie czekając na odnowienie się sił, obrócił się w stronę ukochanego. – John, nic ci nie jest?

Wiedział, że to głupie pytanie, oczywiście, że coś mu było, nawet wiedział co, ale zadał to pytanie tak szybko, że nie zdążył się ugryźć w język.

- Przeżyję – zapłakał, ale mimo to uśmiechnął się przez łzy do Arthura. – Musiałeś pobić mój dzisiejszy wyczyn, co?

Arthur popatrzył na niego zaskoczony po czym roześmiał się i nachylił nad nim, opierając swoje zakrwawione czoło o jego.

- Przejrzałeś mnie – przyznał, nie mogąc przestać się śmiać, nie bardzo wiedząc, czy to żart był aż tak śmieszny, czy po prostu odbiło mu z powodu ulgi.

- Wiedziałem – zaśmiał się i otoczył Arthura ramionami, niemal od razu pojękując z bólu. – Ał, ał!

John szybko zabrał ręce z powrotem, zwłaszcza tą zranioną.

- Ty durniu – zauważył Arthur. Śmiali się jak dwa głupki, jakby wcale przed chwilą nie walczyli o życie.

- Boli nawet gdy się śmieję – wyznał John, ale nie potrafił przestać chichotać jakby był pijany. 

- Więc przestań – poradził mu Arthur, samemu wciąż się śmiejąc. Ledwo oddychając dźwignął się na kolana i uklęknął. – Chodź, zmywajmy się stąd.

- Tylko nie tą samą drogą, co Micah – poprosił i obaj parsknęli śmiechem.

Pomogli sobie nawzajem wstać, zabrali swoją broń i dokuśtykali do drogi prowadzącej w dół góry, dopiero wtedy umilkli, by przypadkiem nie ściągnąć tu zaraz Pinkertonów, którzy wciąż mogli być w pobliżu. Mieli już dość przygód jak na jeden dzień. Ale chociaż się nie śmiali, to uśmiechali się dalej, choć twarze mieli zakrwawione, obolałe i spuchnięte od ciosów, wargi popękane i rozcięte, a ich uśmiechy były czerwone, bo zęby były całe we krwi. Byli jednak zbyt szczęśliwi z tego, że przeżyli, by przejmować się takimi trywialnymi rzeczami. Mieli ważniejsze rzeczy na głowie, jak dotrzeć do swoich przyjaciół i zacząć nowe życie, które było już bliżej niż dalej. 

***

It always rains down on us
And like an old dog lying by a new gravestone
It's still our home
It's still our home

So if you ever feel like you are alone
After the night
The morning comes

Chapter Text

I need to live life
Like some people never will
So find me kindness
Find me beauty
Find me truth
When temptation brings me to my knees
And I lay here drained of strength
Show me kindness
Show me beauty
Show me truth

***

Powoli by nie spaść, co w ich obecnym stanie nie byłoby specjalnie trudne, zeszli w dół zbocza, po kilku minutach zostawiając górę za sobą i wchodząc do ciemnego lasu. Do poranka jeszcze parę godzin, był środek nocy, ale nie mogli czekać aż tyle, nawet jeśli bardzo chcieli, bo rany zadane im przez Micah doskwierały im z każdą chwilą coraz bardziej.

John prowadził, potykając się co chwilę o kamienie, wystające korzenie czy o własne nogi. Arthur szedł tuż za nim, trzymając go za karabin, by go nie zgubić. Gdyby się rozdzielili, to byłby koniec, w obecnym stanie mogli liczyć na przeżycie tylko pilnując siebie nawzajem przed omdleniem.

Był tylko jeden plus ciemności, mniej kręciło im się dzięki niej w głowie.

- Musimy zdobyć konie – wyszeptał do niego John, zatrzymując się przy jednym z wielu mijanych drzew. – Na piechotę nie damy rady.

- Nie musisz mi tego mówić – odparł, rozglądając się bezradnie po panujących ciemnościach. Nie wiedzieli nawet dokładnie, gdzie są. – Potem musimy znaleźć jakaś kryjówkę i opatrzyć rany.  

- Cholera, to będzie trudne – zauważył załamany. – Cała okolica jest pewnie patrolowana przez Pinkertonów. Pieprzony Micah.

- Może to nam właśnie pomoże – zasugerował Arthur. Jego chwyt na broni Johna osłabł, gdy ukochany obrócił się, zakładał, że w jego stronę. – Pinkertoni mają konie.

To była ich jedyna szansa na zdobycie wierzchowców albo chociaż jednego. Nie mogli nikogo napaść, nawet najbardziej strachliwy pastuch się ich nie przestraszy, chyba że ich wyglądu. Mogli by z powodzeniem straszyć na bagnie z całą tą krwią, którą byli pokrycie.

- Arthur, jesteś geniuszem – pochwalił John i na ślepo złapał go za rękę, doprowadzając ją z powrotem do karabinu. – Chodźmy.

Wydawało im się, że przedzierają się przez las przez dobrych kilka godzin. Z każdym kolejnym krokiem byli coraz słabsi, wlekli się jak żółwie i choć szli bardzo niepewnie, oddychali przy tym jakby właśnie skończyli ścigać się z koniem. Gdy w pewnym momencie przystanęli, by odpocząć, Arthur zgiął się w pół i zwymiotował na ziemię przed sobą, omal przy tym nie mdlejąc z wysiłku. Po czymś takim zaczęło mu się jeszcze bardziej kręcić w głowie i znów zebrało mu się na mdłości.

- Nic ci nie jest? – spytał John, bełkocąc strasznie. Albo nie mógł normalnie mówić, albo to Arthur nie potrafił go dobrze zrozumieć. 

- Nie – odparł szczerze, samemu mówiąc niewyraźnie. – Cholera, wszystko się kręci.

- Nie wiedziałem, że ziemia może tak wirować – zgodził się z nim John, kładąc mu dłoń na ramieniu, po chwili obejmując go. – Nie umieraj tylko teraz. Żałosnym byłoby, gdyby Micah zabił nas zza grobu.

- Nigdzie się nie wybieram – obiecał i wziął parę głębokich wdechów, by zażegnać mdłościom. – Okej, chodźmy dalej.

Więc poszli, wcale nie czując się przy tym lepiej. Wkrótce po nim, John też zwymiotował, omal nie osuwając się po pniu drzewa, o które się oparł. Było z nimi bardzo źle, po tym całym okładaniu się pięściami z pewnością mieli jakiś uraz. Arthur przypomniał sobie jak powrócił po porwaniu przez Colma. Wtedy też było to samo i potrzebował kilku dni, by przestać się czuć jakby miał zaraz zwymiotować duszę razem z zawartością żołądka.

Ale nawet Colm nie urządził go tak jak Micah. Wciąż dzwoniło mu w uszach, przed oczami pojawiały się białe plany, które po chwili znikały, co jakiś czas tracił też poczucie czasu. Nie zemdlał jeszcze tylko dlatego, bo nie chciał by John musiał się nim zajmować, gdy sam potrzebował pomocy i to nawet pilniejszej.

Gdy okazjonalnie wpadali na siebie, Arthur czuł jak ukochany drży. Istniała duża szansa, że w ranę po postrzale wdało się już zakażenie i jego ciało trawiła gorączka. Arthur miał nadzieję, że nie jest jeszcze tak źle, bo nie miał pojęcia co by zrobili bez lekarza, a sam nie byłby w stanie odciąć Johnowi całego ramienia i potem zatamować krwawienia. W ogóle nie chciał go pozbawiać kończyny, już bardziej humanitarnie byłoby go zabić.

Włóczyli się po lesie jeszcze chwilę, aż w końcu szczęście się do nich uśmiechnęło. Szli kompletnie na ślepo, kiedy nagle usłyszeli parskanie konia. Arthur pożałował tego jak szybko odwrócił głowę w kierunku znajomego dźwięku, bo od razu żołądek podszedł mu do gardła. Czuł już palenie w ustach, ale przełknął żółć z powrotem i poklepał Johna po ramieniu.

- Słyszałem – odpowiedział John i z nowymi siłami ruszyli w stronę hałasu, który robił koń.

Znaleźli go już po kilku krokach. Drzewa nieco się przerzedziły, księżyc dawał trochę światła, widzieli więc zwierze już z kilku kroków. Było osiodłane i spokojne, nie bało się ich, gdy podeszli bliżej.

- Cześć, piękna – przywitał się z nią łagodnie Arthur, nie chcąc jej przestraszyć. Trochę zaniepokoił ją zapach krwi, ale nie na tyle, by uciec. Musiała należeć do któregoś z Pinkertonów, masa koni zapewne rozbiegła się po okolicy, gdy ich jeźdźcy ginęli od kul. – Chcesz nas podwieźć?

Klacz parsknęła i obwąchała go ciekawsko. Arthur uznał to za dobry znak i wspiął się ostrożnie na siodło, stękając z bólu przy każdym gwałtownym ruchu. Koń nie spłoszył się tylko stał spokojnie, przystępując z nogi na nogę.

- Zaklinacz koni się znalazł – skomentował to wszystko John. Arthur podał mu rękę i pomógł mu usiąść za swoimi plecami. – To dokąd jedziemy?

- Cholera, sam nie wiem – przyznał i ukuł klacz ostrogami. Koń ruszył powoli przed siebie, samemu wymijając drzewa na swojej drodze. Arthur miał nadzieję, że jeśli da jej prowadzić, to nie doprowadzi ich do jakiegoś obozu Pinkertonów. – Musimy określić północ, gdzie dokładnie jesteśmy i wtedy zdecydować, ale do tego potrzebne mi jest niebo.

Po krótkiej jeździe znaleźli drogę, a Arthur rozpoznał okolicę po kilku charakterystycznych pniach drzew, które mijał już wielokrotnie podczas swoich samotnych podróży. Ostatnia raz gdy tędy jechał, spotkał samotnie żyjącą wdowę, która nie bardzo wiedziała jak przetrwać w dziczy.

Charlotte. Charlotte im pomoże.  

Wyjechali też w końcu na otwarty teren, od razu spojrzał w niebo, szukając gwiazdy polarnej.

- Tam – powiedział i wskazał ją Johnowi. – Chyba. Widzę dwie.

- Ja cztery.

Arthur zamknął oczy i potrzymał je tak chwilę, nim znów spojrzał w niebo. Nie poprawiło się ani trochę, gwiazdy zaczęły wręcz wirować.

- Czy one zawsze poruszały się tak szybko? – zapytał ukochanego, który praktycznie pokładał się na jego plecach.

- Jestem pewien, że nie – odparł i zakrztusił się, zapewne mdłościami, które powstrzymał.

- Pieprzyć to, uznajmy, że to gwiazda polarna – zdecydował i ruszył na północ. – Jeśli dobrze pamiętam, niedaleko mieszka moja znajoma.

- Ładna?

- Nie masz kiedy być zazdrosnym?

- Tylko pytam – wyjaśnił. Arthur doceniał jego próby poprawienia im obu humoru. – Obyśmy dotarli tam szybko. Nie czuję się najlepiej.

- Ja też nie.

Gdyby nie Micah i jego układ z Pinkertonami, musieliby tylko uciekać przed Dutchem, nie zostaliby zagonieni na tamtą górę, nie straciliby koni i nie zostaliby tak pobici. Niesamowite jak jeden człowiek potrafił wszystko zepsuć i doprowadzić do katastrofy.

Sporo ryzykowali jadąc po drodze, ale tak Arthur miał pewność, że dotrą na miejsce. Spokojny chód konia usypiał, ale nie pozwolił sobie na sen, nawet jeśli całe ciało, a także umysł prosiły go odpoczynek.

John też nie spał, choć miał taką możliwość. Arthur czuł jak ukochany co chwilę porusza palcami, które zaplótł na jego brzuchu, by się go trzymać i nie spaść w czasie jazdy.

Gdy dostrzegł w oddali znajomą chatę, Arthur omal się nie rozpłakał na jej widok. Pospieszył konia i po chwili byli już pod budynkiem. W środku było ciemno, ale z komina unosił się dym.

- Charlotte? – Starał się ją zawołać, ale nie potrafił unieść głosu ani się dobrze wysłowić, gubił litery. Mimo to miał nadzieję, że go usłyszy. – Charlotte.

John ostrożnie spróbował zejść z konia, co w końcu mu się udało. Gdy był już na ziemi, Arthur do niego dołączył i podpierając się nawzajem, doczłapali do drzwi chaty. Arthur oparł się o ścianę obok i zapukał lekko, by przypadkiem nie wystraszyć kobiety.

- Charlotte – odezwał się znowu.

W końcu ze środka dobiegł hałas. Arthur wyprostował się, starając się zetrzeć nieco krwi z twarzy, by jakoś się prezentować, żeby biedna Charlotte nie padła na serce na widok dwóch zakrwawionych i uzbrojonych mężczyzn.

Drzwi w końcu się uchyliły, w środku nadal było ciemno, ale pomimo urazu głowy i braku źródła światła, Arthur od razu rozpoznał znajome oczy.

- Witaj, Charlotte – przywitał się z nią, siląc się na radosny ton.

- Arthur? – zapytał zszokowana i otworzyła szerzej drzwi, wreszcie mogąc mu się lepiej przyjrzeć. Natychmiast zasłoniła usta prawie krzycząc na jego widok. Gdy jej wzrok powędrował na stojącego za nim Johna, aż cofnęła się przerażona. – Arthur, o mój Boże, co się… Co ci się stało?

- Mała potyczka ze żmiją – odparł i złapał ręką futryny, by się podeprzeć. – Wybacz najście, ale nie mieliśmy dokąd iść. Potrzebujemy pomocy.

Charlotte wciąż była w szoku, ale już po chwili zaczęła działać. Otworzyła drzwi jeszcze szerzej i zeszła im z drogi, poganiając ich, by szybko weszli do środka. Chętnie skorzystali z zaproszenia, zamykając za sobą drzwi, podczas gdy Charlotte rozpaliła kilka lamp i zaczęła dorzucać drewna do ognia.  

- Usiądźcie przy stole – poleciała im, stawiając krzesła obok siebie, nim zaczęła ganiać w tę i z powrotem po izbie, zbierając różne rzeczy.

John i Arthur z ulgą usiedli, czy może raczej opadli na krzesła, bo nogi się ugięły pod nimi obydwoma.

- Naprawdę przepraszamy za najście i to w środku nocy, proszę pani – odezwał się John, oddychając ciężko i trzymając się za ranę.

- W porządku, potrzebujecie pomocy – zapewniła go, wyjmując z szafy apteczkę i naręcze szmat. – I żadna pani, po prostu Charlotte. Przyjaciele Arthura są też moimi przyjaciółmi.

- Nie masz nawet pojęcia jak się cieszę, że cię widzę – wyznał Arthur.

- Domyślam się – odparła z łagodnym uśmiechem, który szybko zniknął z jej twarzy, gdy znów na nich popatrzyła i przypomniała sobie w jakim są stanie. Podeszła do nich szybko i rozłożyła apteczkę na stole, nim zbliżyła się do pieca, rozpalając w nim ogień i stawiając gar z wodą na palniku, drugi przynosząc do nich. – Dobry Boże, wyglądacie jakbyście zderzyli się z pociągiem.

- Żeby tylko – westchnął Arthur i dotknął jednego z zębów w tylnej części ust. Poruszył nim parę razy, aż ząb wypadł. Wrzucił go do ognia, obok którego siedział. – To była szalona noc, Charlotte.

- Zdążyłam zauważyć. – Charlotte chwyciła jeszcze wiadro i postawiła je między nimi, samej stając zaraz obok. – Banda jakichś Pinkertonów przejeżdżała tu wieczorem, strasznie im się spieszyło.

Arthur wyczuł spojrzenie Johna, który popatrzył na niego zmartwiony. Uspokoił szybko ukochanego, by się niepotrzebnie nie martwił. Charlotte nie zrobi im krzywdy.

Obaj patrzyli jak wypłukuje kawałek białej szmatki w wodzie, a następnie unosi ją do twarzy Arthura, delikatnie zaczynając zmywać z niej krew. Choć starał się nie sprawić mu bólu i tak syknął, gdy dotknęła go w kilku miejscach. Złapał ją szybko za nadgarstek i zatrzymał, żałując swojego ruchu, gdy zobaczył jaki krwawy ślad zostawił na jej skórze. 

- Zajmij się najpierw Johnem – poprosił, widząc już jak ukochany chce protestować. – Chodzi z raną po kuli pół dnia i pół nocy, nie chcę żeby wdało się zakażenie.

- Z tyloma ranami co ty masz też może się wdać – zauważyła, ale odwróciła się do Johna, przyglądając się z niepokojem jego ramieniu. Cały materiał koszuli i płaszcza były nasiąknięte krwią. Chyba już nie leciała, ale nie wiadomo było jak wygląda to pod spodem. – Możesz odsłonić ranę?

- Spróbuję – wybełkotał w odpowiedzi.

Podczas gdy John walczył z ubraniem i własnymi łzami, które zbierały mu się w oczach, Arthur sięgnął po drugą szmatkę i zaczął nią wycierać twarz. Rana nad okiem już nie krwawiła, ale była bardzo delikatna  i musiał zaciskać zęby, gdy ją przemywał.

Woda w garnku robiła się coraz bardziej czerwona, gdy zarówno on jak i Charlotte płukali w niej szmatki. Bardzo szybko nie widać było w ogóle, że to kiedyś była woda. 

- Jezu Chryste – westchnęła z przejęciem Charlotte, gdy John w końcu zdjął z siebie koszulę. Całą pierś miał poobijaną, wszędzie były czerwone plamy lub jakieś zadrapania. Plecy pewnie wcale nie wyglądały lepiej sądząc po reakcji Charlotte także na tę stronę ciała. – Na pewno nie zderzyłeś się z pociągiem?

- Nie, ale wypadłem z jednego, kiedy jechał – wyznał i skrzywił się, gdy Charlotte zaczęła uciskać sińce. – Coś jest złamanego?

- Nie jestem lekarzem, ale nie wydaje mi się – odparła, przyglądając się ranie postrzałowej. – Kula przeszła na wylot.

- Dzięki Bogu – stwierdził Arthur. – Grzebanie w ranie, by ją znaleźć, to nic przyjemnego.

- Nie zapytam skąd wiesz – zażartowała Charlotte i podeszła do garnka z gotującą się wodą i zabrała go z ognia, przynosząc na stół. Wyplukała w nim kolejna szmatkę, nim przy jej użyciu zaczęła oczyszczać dziurę po kuli. – Nie wygląda na zakażoną i kość jest chyba cała. Ale na pewno trochę potrwa zanim odzyskasz pełną kontrolę.

- Tak wiem – przytaknął jej, zaciskając zęby z bólu, gdy delikatnie oczyszczała ranę z wszelkiego brudu i zaschniętej krwi. Arthur dopiero teraz widział, jak przez całą lewą stronę piersi Johna ciągnie się smuga krwi, aż do spodni. – Nie pierwszy raz oberwałem kulkę.

- Więc który to już? – spytała zaciekawiona.

- Cholera, nie mam pojęcia – odparł i popatrzył na Arthura. – Arthur?

- Nie liczyłem – przyznał i wzruszył ramionami, co było bardzo złym pomysłem, bo potworny ból rozsadził mu brak. – Pierwszy raz chyba się zdarzyło gdy miałeś ile? Szesnaście lat?

- Szesnaście? – powtórzyła zdumiona Charlotte.

- Tak, coś około tego – zgodził się z nim John i zaczął oglądać swoje prawe ramię. – Wciąż mam bliznę, o tutaj.

Wskazał jeden punkt zaraz przy wewnętrznej stronie łokcia.

- Ciekawe wiedziecie życie, chłopcy – skomentowała Charlotte, nie wypytując o szczegóły i nie oskarżając ich o nic.

- Prowadziliśmy – poprawił ją Arthur, wyrzucając zużytą szmatę do podstawionego wiadra. – Rzuciliśmy to.

- Ale chyba to życie nie rzuciło was – zauważyła i stanęła znów przed Johnem, by oczyścić ranę z drugiej strony.

- Jeszcze nie – stwierdził John i jęknął.

- Przepraszam –powiedział od razu. – Chcę jak najlepiej to oczyścić.

- W porządku – zapewnił ją i przez zaciśnięte zęby wziął kilka głębokich wdechów. – Musisz też zajrzeć do środka.

- Jeśli nie czujesz się na siłach, ja to zrobię – zaoferował Arthur.

- Odpoczywaj – poleciła mu i wyciągnęła z apteczki niewielkie szczypce, których chyba nie spodziewała się użyć. Potrzymała je chwilę drżącą ręką nad ogniem i wróciła do Johna. – Jakieś inne rany?

- Nie sądzę – odparł i z całej siły zacisnął palce na blacie, gdy Charlotte niepewnie włożyła szczypce do rany i wyciągnęła ze środka kawałek materiału, zapewne z płaszcza. Kolor się zgadzał.  

- Arthur?

- Poza moją twarzą, to jestem tylko poobijany – odpowiedział, kończąc czyszczenie swojej twarzy. Przynajmniej tak mu się wydawało.

- Zaraz cię obejrzę – obiecała.

Powoli ale bardzo dokładnie doprowadziła Johna do porządku, oczyściła ranę po kuli alkoholem i słuchając ich instrukcji, drżącą ręką zaszyła ranę wlotową i wylotową, natarła maścią, a następnie zabandażowała czystym bandażem, który od razu nasiąkł krwią.

Umyła mu też w końcu twarz, odkrywając stare blizny po ataku wilka, ale żadnych nowych ran, które później by się zabliźniły i pozostawiły trwały ślad.

John dostał też coś na ból, jakiś tonik, który miał chyba inny skład niż te, których używali zazwyczaj. Charlotte pewnie same je zrobiła. Popijał go, gdy innym przemywała mu obtarcia i zadrapania, tak na wszelki wypadek, powiedziała.

Nie dał jej obejrzeć kolana, głównie dlatego, bo nie chciał się przed nią całkowicie rozbierać. Gdy tylko z nim skończyła, odwróciła się do Arthura. Wyczyściła dokładnie całą jego twarz, bo niezbyt dobrze sobie z tym poradził, zabandażowała mu też głowę, żeby nie otworzyła mu się znowu rana nad okiem.

Tak jak w przypadku Johna, obejrzała jego klatkę piersiową i plecy. Gdy zdjął przed nią koszulę, aż sapnęła z wrażenia na widok tych wszystkich sińców. On i John nie wyglądali wcale tak różnie od siebie, każdy upadek jakiego doświadczyli nieźle ich urządził, a jeszcze Micah musiał coś od siebie dorzucić.

- Arthurze, twoja szyja – powiedziała Charlotte, gdy zdjął bandanę. – Ktoś cię…

- Tak – potwierdził, dotykając się w miejscu, gdzie Micah zostawił odciski swoich łap. John patrzył na nie wściekły. Kilka dni minie zanim znikną, jak wszystkie te sińce i stłuczenia.

- Z kim wy się biliście? – zapytała ich przejęta. Smucił ją ich widok, to jaki ból znosili cały ten czas. – Z całym plutonem?

- Ze zdrajcą – odpowiedział jej z odrazą Arthur. – Sukinsyn próbował nas zabić.

- Przykro mi.

- Nie żyje, nie ma się już czym przejmować – dodał John, ledwo będąc już przytomnym. Nawet uniesienie kubka z wodą, który dała mu do picia Charlotte, było dla niego ciężkim wysiłkiem.

- To naprawdę był szalony dzień – zauważyła, kończąc już z ranami Arthura. Nie znalazła żadnego złamania czego trochę się obawiał cały ten czas.

- Ja wypadłem z pociągu, obaj spadliśmy z koni oraz z klifu i daliśmy się pobić jednemu człowiekowi – wyliczył po kolei John. – Najgorszy dzień w naszym życiu, a miał naprawdę ogromną konkurencję.

- Będziecie mieli co opowiadać wieczorami przy ognisku.

Uśmiechnęli się w odpowiedzi na ten żart. Teraz gdy już odpoczywali, a ich rany zostały opatrzone, czuli się nieco lepiej i wrócił im humor. Arthurowi wciąż kręciło się w głowie i było mu niedobrze, przypuszczał, że John czuje się podobnie, ale z tym już sobie poradzą. Gdyby nie pomoc Charlotte, byliby w znacznie gorszym stanie.

Tak jak John dostał tonik do wypicia, a potem trochę wody. Charlotte zostawiła ich wtedy na chwilę i wyszła na zewnątrz, by wylać tą, w której płukała szmaty. Gdy wróciła, miała już kolejną porcję wody, ale świeżą.

- Powinniście się trochę przemyć – zasugerowała im, podając im dwa kawałki materiału. – Oczyściłam ile mogłam, ale z oczywistych względów nie schodziłam poniżej pasa.

- Dziękuję, Charlotte – powiedział jej Arthur, stając na niepewnych nogach i łapiąc ją za dłonie. – Prawdopodobnie uratowałaś nam życie.   

- Ty uratowałeś moje – przypomniała mu i ucałowała go w policzek tak jak ostatnim razem. John przyglądał się temu zaciekawiony, ale nieprzejęty. – Zaniosę wodę do jednej z sypialni. Mam nadzieję, że nie przeszkadza wam spanie w jednym łóżku?

- Wychowaliśmy się razem i jesteśmy bliskimi przyjaciółmi, nic nam nie będzie – zapewnił ją John. – Jesteśmy wdzięczni za twoją pomoc.

- To naprawdę nic takiego. – Poszli za nią do wolnej sypialni, gdzie zostawiła im wiadro z wodą na środku pokoju. – Przyniosę wam ubrania mojego męża. Może coś będzie pasować, żebyście nie musieli spać w tych zakrwawionych spodniach.

- Jesteś aniołem – stwierdził Arthur. Charlotte uśmiechnęła się do niego i wyszła, zostawiając ich samych.

- Nie łam jej serca – ostrzegł go John. To było pierwsze co powiedział.

- Nie jest mną zainteresowana – zapewnił i zdjął pas z bronią, a potem rozpiął spodnie. Musiał usiąść, by je ściągnąć, bo nie był w stanie ustać nawet przez chwilę na jednej nodze.

John zrobił to samo i z trudem zaczęli zmywać z siebie resztki krwi i brudu. Kąpali się nie tak dawno, a wyglądali jakby ostatni raz byli w wodzie ze dwa tygodnie temu. Korzystając z okazji, obejrzeli się nawzajem szukając kolejnych ran.

Kolano Johna było spuchnięte i bolało gdy je zginał lub prostował, ale był w stanie to zrobić, więc nie martwili się o nie zbytnio. Podobnie było z biodrem Arthura. Nogi mieli w porządku, co nie znaczyło, że też nie mieli tam sińców.

Gdy tak stali nago obok siebie, zdał sobie sprawę z tego, jak mocno dziś oberwali. Arthur nie pamiętał, by kiedykolwiek wyglądali aż tak źle, a przez lata wpakowali się w naprawdę wiele różnych kłopotów i brali udział w wielu bójkach. Pierwszy raz ktoś ich tak urządził, ale też pierwszy raz byli tak osłabieni przed walką. Gdyby nie to, Micah nie miałby z nimi szans w pojedynkę, a co dopiero gdyby walczyli obaj tak jak tej nocy. Większych od niego i siebie pokonywali, a Micah nie był wcale taki silny, był po prostu bardziej wypoczęty niż oni i poza upadkiem chwilę przed walką nic mu nie dolegało.

Micah sam wiedział, że nie ma z nimi szans, dlatego nigdy wcześniej ich nie zaatakował. Nie dopóki nie był pewny, że może ich pokonać, a i tak się przejechał na swojej pewności siebie. Dwaj homoseksualiści go załatwili, a taki był pewny swego.

Woda była cała różowa, gdy skończyli się przemywać. Chwilę później Charlotte zapukała do drzwi, ale nie otworzyła ich.

- Mam dla was ubrania – poinformowała ich. John dokuśtykał do drzwi i uchylił je lekko, przyjmując ciuchy, a potem znów ich odcinając.

- Dziękuję.

- Chcecie może coś zjeść?

John popatrzył na Arthura, który ostrożnie pokręcił głową. Nie utrzyma nic w żołądku, nie gdy co chwilę zbierało mu się na wymioty. Ledwo wypił tonik.    

- Nie teraz – odpowiedział jej i odkaszlnął.

- Dajcie znać, jak się ubierzecie – poprosiła jeszcze i odeszła od drzwi. Słyszeli jak zaczęła sprzątać izbę. Miał nadzieję, że nie zakrwawili jej za bardzo podłogi.

Ubrania, które im przyniosła były za duże na nich obu, nawet na niego, ale trzymały się i zapewniały ciepło, a przede wszystkim były czyste, więc nie narzekali. Arthur pomógł Johnowi założyć koszulę, gdy ten nie radził sobie sam ze swoją ręką. Całe szczęście ucierpiała lewa, a nie prawa – dominująca. Wciąż mógł strzelać jeśli trzeba, co już zdążył dzisiaj udowodnić.

Czyści i ubrani, dołączyli ponownie do Charlotte, która nucąc cicho chowała lekarstwa i narzędzie do apteczki. Usłyszała ich od razu i popatrzyła na nich z uśmiechem.

- Ubrania w porządku? – zapytała sprzątając dalej.

- Jak najbardziej – zapewnił ją Arthur. – Jeszcze raz dziękujemy za pomoc.

- Musisz przestać mi dziękować, jak ktoś jest w potrzebie, to się pomaga – wyjaśniła mu i minęła ich, by wejść do pokoju, który mieli zajmować. Wyszła z niego z ich spodniami, które wrzuciła do niewielkiej balii, gdzie były już ich pozostałe ubrania. – Wypiorę je rano. Zaceruję wszystkie dziury.

- Charlotte, nie musisz tego robić - powiedział jej John. – Chodziliśmy w gorszych ubraniach.

- To żaden problem – powtórzyła po raz kolejny. – Jesteście ranni, nie będziecie chodzić w brudnych ubraniach. Zanim będą gotowe, to akurat dojdziecie do siebie.

- Zamierzaliśmy ruszyć po południu dalej – poinformował ją Arthur. Musieli się spotkać z pozostałymi jak najszybciej, zapewnić ich, że żyją, a przede wszystkim przekazać Abigail, że John przeżył.

- Wykluczone – zabroniła im. – Arthurze, nie jesteście w stanie podróżować, musicie najpierw wypocząć.

- Trochę się nam spieszy – wyjaśnił John.

- Chyba do grobu – zauważyła i podeszła ciężkim krokiem do stołu, gdzie stały dwie buteleczki kolejnych medykamentów. Podała je im. – Proszę. Wypijecie je jak wstaniecie. Najlepiej wieczorem, wcześniej nie chcę was widzieć na nogach.

- Charlotte…

- Nie będę się z tobą kłócić, Arthurze – przerwała mu szybko. – Może jak to mężczyźni macie w zwyczaju sądzić, że jesteście niezwyciężeni i nic was się nie ima, ale jesteście w naprawdę kiepskim stanie. Ledwo was rozumiem przez większość czasu, kiedy się odzywacie, John się trzęsie i obaj się chwiejecie. Zostańcie kilka dni, wydobrzyjcie. Podróżowanie w takim stanie, nawet we dwójkę, nie skończy się dobrze. Mam ci przypomnieć, Arthurze, że po okolicy kręcą się wilki?

- Pamiętam – przyznał z uśmiechem i popatrzył na Johna, który nie wyglądał na zbyt chętnego do jazdy, choć pewnie stęsknił się już za resztą. Może zostanie dłużej w jednym miejscu im nie zaszkodzi. Sadie pewnie i tak jeszcze nie ruszyła z resztą do ich kryjówki, w pobliżu Copperhead Landing zapewne wciąż jest sporo Pinkertonów. Aktualnie byli bliżej O’Creagh’s Run niż kobiety, dojechaliby na miejsce jako pierwsi. – W porządku, zostaniemy trochę.

Charlotte ucieszyła się i odwróciła, wracając do swoich zajęć.

- Zajęłam się waszym koniem, nakarmiłam go – powiedziała im, podnosząc z ziemi ich karabiny oraz kapelusz i torbę Arthura. Podała im wszystkie rzeczy i wygoniła w stronę sypialni, nie dając im zaprotestować. – Idźcie spać i nie przejmujcie się niczym. Zajrzę do was rano zobaczyć, czy nie umarliście.

- Na pewno nic nam nie będzie. – Gdy Charlotte miała już zamknąć za nimi drzwi, Arthur zatrzymał ją i popatrzył jej w oczy. – Wiem, że nie chcesz tego słyszeć, ale naprawdę dziękuję. Obaj dziękujemy.

Nie musiała wcale im pomagać, nie gdy stanęli pod jej drzwiami cali we krwi podczas gdy po okolicy ganiali Pinkertoni szukający bandytów. Bez względu na to, że Arthur jej pomógł, mogła ich zbyć i nie można by było mieć do niej pretensji, że nie chciała się w to mieszać. Za pomoc zbiegom sama mogłaby zawisnąć.

Ale pomogła im. Zaprosiła do swojego domu, opatrzyła, dała lekarstwa, które sama musiała robić. Wykorzystała na nich cenne bandaże i wciąż ofiarowała pomoc. Arthura wzruszenie ściskało za gardło, gdy razem z Johnem doświadczali całej tej dobroci, na którą nawet nie zasługiwali. Nie doznali czegoś podobnego od lat. Coś mniejszego – owszem, zdarzało się, ale ostatni taki akt bezinteresowności miał miejsce, gdy Dutch ich przygarnął. Tylko teraz okazało się, że to nie było takie bezinteresowne z jego strony.

Charlotte pomagała im dla samego pomagania. Bo jak sama powiedziała, tak trzeba. Pomagała im, bo sam jej kiedyś pomógł, też zupełnie bezinteresownie. Jeden akt dobroci zrodził drugi i w dodatku ocalił ich życia. Gdyby więcej ludzi myślało tak jak ona, może ten świat nie byłby taki zgniły.

- Nie ma za co – odpowiedziała im obu. Arthur zerknął na ukochanego, który przyglądał się Charlotte w szoku, chyba też nie mogąc uwierzyć, że ktoś im pomaga od tak, nie oczekując niczego w zamian i nawet nie chcąc słuchać pochwał. – Dobranoc.

- Dobranoc, Charlotte.

- Dobranoc.

Zamknęli za sobą drzwi, odłożyli rzeczy byle gdzie i od razu skierowali się do łóżka. Dawno już nie spali na żadnym porządnym, a to wyglądało naprawdę zachęcająco.

Wcześniej przytomnych trzymała ich jedynie wola przetrwania, potem dyskomfort przy opatrywaniu ran, teraz nic już ich nie powstrzymywało przed zaśnięciem. Bolało ich, gdy się kładli, ale gdy już się położyli, okryci szczelnie kołdrą, wreszcie ich ciała poczuły ulgę i odetchnęli głęboko.

Leżeli na bokach, John nie chciał nadwyrężać lewego ramienia i nogi. Patrzyli na siebie, po raz pierwszy przyglądając się swoim twarzom. Arthur nie mógł znieść tego, jak wygląda John. Krew już dawno została zmyta, a jego twarz wciąż była czerwona od opuchlizny. Prawe oko ledwo się otwierało, takie było spuchnięte, lewy policzek był napęczniały jakby John miał wypchane usta, a wargi były pęknięte w kilku miejscach.

Nigdy nie powinien tak wyglądać. To co zrobił mu Micah było niewybaczalne i Arthur żałował, że nie mógł bardziej tego drania skrzywdzić. Pocieszało go jedynie to, że też zdążył mu oszpecić buźkę.

Nie przeglądał się jeszcze w lustrze, ale pewnie wyglądał bardzo podobnie do Johna, cały obity i spuchnięty gdzie się dało. W ogóle nie przypominali teraz siebie, bardziej jakieś karykatury, które można znaleźć na kartach w paczkach papierosów, albo dziwadła w cyrku.

Powinni byli po prostu zastrzelić Micah.

Na szczęście to wszystko kiedyś zniknie. Opuchlizna zacznie schodzić, ale do tego czasu Arthur będzie musiał patrzeć na twarz ukochanego i ciągle dostawać przypomnienie tego, jak został skrzywdzony i jak bardzo go to wszystko bolało – nie tylko moment uderzeń, bo ich konsekwencje obaj będą odczuwać jeszcze przez kilka dni.

John na pewno myślał teraz podobnie. Wyciągnął rękę w stronę Arthura i delikatnie zbadał jego twarz, gładząc każde obolałe miejsce z czułością, jakby miało to jakoś pomóc w ich gojeniu się. Dotknął bandaża, który zakrywał jego czoło, wyraźnie zaniepokojony jego obecnością.

Arthur chwycił jego dłoń i przeniósł ją niżej, by pocałować jego zranione zadanymi ciosami knykcie. John mruknął i cały się trzęsąc przysunął się bliżej, tak że Arthur mógł go objąć, uważając na postrzelone ramię.  

- Kocham cię – wyszeptał Arthur, patrząc ukochanemu w oczy.

- Ja ciebie też – odpowiedział John i zamknął oczy. Zasnął momentalnie, oddychając powoli i spokojnie, całkowicie zrelaksowany pomimo tego przez co dopiero co przeszedł.

Po wielu godzinach walki o życie, nie tylko swoje, ale i innych, Arthur też w końcu mógł sobie pozwolić na relaks. Wszelki ból zniknął, czy może raczej został chwilowo zagłuszony przez potworne zmęczenie, które w sekundę uśpiło Johna, a teraz równie szybko usypiało i jego. Wiedząc, że obaj są bezpieczni, że Charlotte jest tuż obok, gdyby jej potrzebowali, Arthur odpuścił wreszcie i poddał zmęczeniu.

Zasnął gdy tylko zamknął oczy.

Nie pamiętał o czym śnił, nie miał też pojęcia ile spał, gdy się w końcu obudził, czy może raczej został obudzony przez potrząsanie. Zdezorientowany otworzył oczy i spojrzał w górę.

- Hej – przywitała się łagodnie Charlotte. – Wstawaj, Arthurze, już druga po południu.

- Nie miałaś nas obudzić rano? – zapytał i uniósł rękę, by przetrzeć posklejane powieki. Wszystko nadal go bolało, chciał wrócić do spania, by nie czuć się jakby przebiegło po nim stado koni.

- Obudziłam was – zapewniła rozbawiona. – Nie wiedzieliście co się dzieje i od razu wróciliście do spania. Nic dziwnego, że tego nie pamiętasz.

Starał się to sobie przypomnieć, ale miał pustkę w głowie. Nawet wspomnienia z nocy wracały do niego powoli, sprawiały wręcz wrażenie wymyślonych, ale obolałe ciało było dowodem tego, że to wszystko to nie był tylko jakiś dziwny sen.

- Która, mówiłaś, jest godzina? – zapytał ją. Już mu umknął ten szczegół.

- Druga po południu – powtórzyła i przyłożyła mu dłoń do czoła, sprawdzając temperaturę. Mruknęła po chwili z aprobatą i przeniosła dłoń za niego. – Nie macie gorączki. Myślisz, że dacie radę coś zjeść? Nie wiem kiedy ostatnio jedliście, ale chyba powinniście to zrobić.

Był głodny, czuł ssanie w żołądku, teraz nawet jeszcze intensywniej niż chwilę wcześniej, zanim Charlotte wspomniała o jedzeniu, ale jakoś nie potrafił się zmotywować. Chciał i jednocześnie nie chciał jeść, ale miała rację, powinni chociaż spróbować.

- Zobaczymy – odparł i ostrożnie podparł się na łokciu. Podnoszenie się nigdy nie było takie wymagające.

- Obudź Johna i przyjdźcie do mnie – poleciła mu, wstając z łóżka. – Bez pośpiechu, jak nie dacie rady, to przyniosę jedzenie do was.

Charlotte wyszła chwilę po tym, a on odwrócił się za siebie i spojrzał na wciąż śpiącego ukochanego.

John.

Naprawdę tu był. To też nie był sen, John przeżył. Poprzedniej nocy nie miał zbyt wiele czasu, by się z tego cieszyć, ciągle coś się działo, musieli uciekać i starać się przeżyć. Po prostu zaakceptował to, że John jest obok niego i walczy u jego boku, nie roztrząsał tego, nawet specjalnie nie celebrował.

Teraz, kiedy emocje już opadły, a cała sytuacja przestała wydawać się tylko pięknym snem, Arthur wreszcie uświadomił sobie, że John naprawdę jest tu teraz z nim, nie zginął, przeżył i wrócił do niego. John który przed nim leżał nie był tylko jednym z wielu wspomnień, które prawie zostały jedyną rzeczą, jaka mu po nim pozostała. Był prawdziwy tak samo jak on, poruszał się, oddychał spokojnie, czuł na biodrze ciężar jego dłoni, jej ciepło. Był ranny, ale żył, mogli dalej być razem jak planowali i nic innego nie miało teraz dla Arthura większego znaczenia.

Jeszcze nie tak dawno był pewien, że stracił najważniejszą osobę w swoim życiu. Teraz gdy ją odzyskał, cały świat mógłby się za chwilę skończyć, a on nie bałby się ani trochę. Przyszłość nie wydawała się już taka straszna, a jego cel znów był jasny. Pragnienie śmierci musiało jeszcze trochę poczekać na swoją kolej.

Obrócił się na lewy bok i oczarowany popatrzył na ukochanego. Wyglądał jeszcze gorzej niż w nocy, ale to było tylko przejściowe, nie miało żadnego znaczenia i nie osłabiło ani trochę radości Arthura z odzyskania Johna. Wątpił, że cokolwiek będzie mu to w stanie zepsuć. Euforia, którą teraz odczuwał, była równie silna co cierpienie, które najpierw musiał znieść. Tak jak wtedy tylko jedna rzecz mogła je zatrzymać, tak i teraz było tak samo.

Wyciągnął dłoń w kierunku Johna i dotknął delikatnie jego twarzy, przejeżdżając palcami po policzku, przy oku i po czole, powoli schodząc na nos, który zmarszczył się pod wpływem jego dotyku. Powieki Johna zaczęły drżeć, aż w końcu uniosły się, odsłaniając jego zaspane oczy.

- Co ty robisz? – wychrypiał zmęczony i na powrót zamknął oczy, poddając się dotykowi Arthura.

- Nie miałem jeszcze okazji się nacieszyć twoim zmartwychwstaniem – wyjaśnił. Starał się zabrzmieć, jakby go to już nie ruszało, ale głos mu się załamał, a słowa niemal utknęły w gardle. John znów na niego popatrzył, już bardziej przytomnie. Arthur zdał sobie sprawę, że pociekły mu łzy, gdy ukochany starł mu je z kącików oczu. Nie potrafił dłużej nad sobą panować. Ignorując ból całego ciała, przyciągnął Johna do siebie i objął go mocno. – Myślałem, że nie żyjesz.

John natychmiast odwzajemnił uścisk i wtulił się mocno w pierś Arthura, jakby chciał wejść do środka i już tam zostać.

- Byłem pewien, że zginąłeś w pociągu albo Dutch załatwił sprawę sam – wyznał, a jego głos drżał. Obaj teraz płakali z ulgi, wreszcie dając upust emocjom, które trzymali w ryzach całą ostatnią noc. – Byłem gotowy po powrocie do opuszczonego obozu zobaczyć twoje ciało.

To były prawdopodobnie najbardziej przerażające chwile w ich życiu. Przez kilka godzin byli sami i przekonani, że zostaną tacy już zawsze i będą musieli nauczyć się z tym żyć, czy im się podobało czy nie.

Wciąż czuli ten strach, gdy o tym myśleli, dlatego nie przestali się obejmować. Musieli poczuć siebie nawzajem, przekonać nie tylko oczy ale i ciała, że wszystko jakoś się ułożyło, że przetrwali i znów są razem.

Arthur nie miał pojęcia jak długo leżeli w swoich objęciach, mogąc się znowu rozkoszować swoją bliskością po tym, jak wyobrażali sobie świat bez niej. Byli jej złaknieni i powoli zaspokajali to pragnienie. Stęsknili się za nią tak mocno, że poczuli fizyczne ukojenie, gdy mogli jej znowu bez przeszkód doświadczyć.

Gdy w końcu się od siebie odsunęli, Arthur od razu pocałował Johna ostrożnie, ledwie musnął jego usta swoimi. Ich ostatni pocałunek wydawał się nierealny. Ten był tak rzeczywisty, że musiał się wstrzymywać, by go nie pogłębić.

Westchnęli z rozkoszą, odsuwając się niespiesznie od siebie.

- Żałuję, że nie możemy sobie pozwolić na więcej – powiedział Arthur, dotykając policzka Johna i przejeżdżając kciukiem po purpurowym sińcu pod jego okiem.

- Oczywiście, że nie – zgodził się z nim John, łapiąc go za dłoń i uśmiechając się na tyle, na ile aktualnie mógł. – Charlotte jest tuż za drzwiami.

Arthur parsknął, czując szczypanie wargi, gdy to zrobił, ale było warto.

- Jesteś durniem – stwierdził z czułością, ściskając dłoń ukochanego i splatając ich palce razem.

- To co mamy mi wystarcza – zapewnił John, spoglądając na niego z zachwytem, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. – Mogliśmy nie mieć nawet tego.

John miał rację. Jeden z nich mógłby być martwy, albo obaj. Zamiast tego przeżyli i powoli zmierzali do upragnionej wolności i nowego życia. W takiej sytuacji narzekanie na cokolwiek było proszeniem się o kłopoty. Los wciąż mógł się jeszcze od nich odwrócić.

- Chcesz spróbować coś zjeść? – zapytał ukochanego, przypominając sobie czemu w ogóle nie śpią. Charlotte pewnie już się niecierpliwiła. Albo myślała, że znowu zasnęli.

- Chcę spać – wyznał z westchnieniem, naciągając na nich kołdrę i wtulając się w poduszkę. – Ale mogę spróbować.

- Więc chodź – polecił i rozpoczął powolny proces zwlekania się z łóżka. Nie był pewny, czy ciało boli go od ostatnich upadków czy od spania tak długo. Bał się przeciągnąć, by sprawdzić, czy po tym by mu przeszło. – Może nam się polepszy po posiłku.

Arthur z przyjemnością odkrył, że choć głowa wciąż go bolała, to już nie tak bardzo jak wczoraj, a co najważniejsze, nie nękały go mdłości. Każdy ruch wywoływał ból, ale jakoś udało mu się usiąść, a potem stanąć na nogach, pewniejszych niż jeszcze kilkadziesiąt godzin temu. Zdecydowanie nie był jeszcze w najlepszej formie, ale przynajmniej nie czuł się już jakby umierał, był tylko cały czas zmęczony i senny, i najchętniej nie wstawałby z łóżka.

John również poruszał się lepiej, może nie szybciej, ale sprawniej. Tak jak Arthur bolało go podczas ruchu, złapał się też za głowę, gdy podniósł się zbyt szybko, ale już po chwili stał i nawet się nie zachwiał. Jutro lub pojutrze powinno być już z nimi dobrze.  

Powoli, ale już nie kulejąc, doszli do drzwi i wyszli do głównej izby. Charlotte natychmiast odwróciła się od garnka, w którym coś gotowała, ale Arthur nie był w stanie powiedzieć co, bo zapachy były dziwnie niewyraźne.

- Dzień dobry – przywitała się z nimi, wskazując na stół. – Jak się czujecie?

- Dalej wszystko boli – odpowiedział Arthur i usiadł wraz z Johnem do stołu.

- Przynajmniej przespaliście noc bez żadnych problemów – ucieszyła się i podała im po jednym kubku z wodą. Arthur od razu zaczął łapczywie pić, spragniony jak po pobycie na pustyni w Nevadzie. Poczuł ulgę, gdy tylko chłodna woda spłynęła w dół wysuszonego gardła. – Ilekroć do was zaglądałam, wyglądaliście na spokojnych.

- Nie spałaś przez resztę nocy? – zapytał ją zmieszany John, odrywając usta od kubka. Pił tak szybko, że woda pociekła mu po brodzie.

- To nic takiego – zapewniła, ale Arthur i tak czuł się winny, że tak do niej wpadli w środku nocy i zaburzyli cały jej spokój i normalny sen. – Nie potrzebuję snu aż tak bardzo, za to wy w tym stanie już tak.

- Też powinnaś była spać – upierał się John, z zawstydzeniem chowając się znów za kubkiem z wodą, którą popijał już nieco wolniej.

- Nic mi nie jest. – Charlotte wróciła do kuchni i zdjęła garnek z ognia, przekładając jego zawartość na dwie miski. Przyniosła je obie do stołu i postawiła przed nimi wraz z dwiema łyżkami. – Proszę. Owsianka, nic więcej pewnie nie przełkniecie.

- Będzie dobrze jeśli zjemy chociaż to – stwierdził Arthur.

Razem z Johnem niepewnie wzięli łyżki do ręki i nabrali pierwsze porcje owsianki. Charlotte obserwowała ich uważnie, jakby czekała na moment, kiedy będzie musiała im pomóc, gdy zaczną się krztusić.

Arthur pierwszy zaczął jeść. Owsianka jak to owsianka, była praktycznie bez smaku, kleiła się, ale mimo to bez problemu ją przełknął, czując bardzo dokładnie jak powoli dociera do pustego żołądka. Gardło mu się zacisnęło, gdy przez nie przelatywała, ale nie dostał odruchu wymiotnego, choć i bez tego owsianka była niedobra. Smakowała jak wióry bardziej niż zwykle i miał ochotę czym prędzej czymś ją popić, najlepiej whisky.

John aż się wykrzywił, gdy zjadł swoją porcję. Przełykanie owsianki przychodziło mu z trudem, ale jadł mimo to. Obaj powoli zapełniali żołądki, musieli odzyskać siły jak najszybciej, a na głodnego proces leczenia będzie trwał jeszcze dłużej.

Po kilku razach, owsianka nawet nie była już taka zła, prawdopodobnie przez głód, który nasilił się, gdy organizm zorientował się, że właśnie jest karmiony więc odciął wszystkie zmysły, byle tylko na pewno się najeść.

Dobrze wiedzieli co to głód i jaki potrafi być okrutny. Głodowali już nie raz, a uczucie zaspokajania tego pragnienia nie można było porównać do czegokolwiek innego na świecie. Nagle twoje ciało dostaje to czego potrzebuje, skupiasz się tylko na tym, by jak najszybciej zjeść i przestać czuć tę pustkę w żołądku. Nic innego się wtedy nie liczy.

Zignorowali wszelki dyskomfort i zaczęli szybciej jeść, nie pamiętając już o tym, że jeszcze przed chwilą nie chcieli tego w ogóle robić, choć ich organizmy się tego domagały. Owsianka nagle zaczęła smakować jak najlepsza pieczeń.

To nawet nie był największy głód, jaki kiedykolwiek czuli, nie jedli zaledwie jedną dobę, zdarzały się dłuższe okresy bez jedzenia, ale możliwość najedzenia się była czymś tak niesamowitym, że nieważne było jak długo nic nie jedli. Najważniejsze było to, że głód powoli mijał, żołądki uspokajały się, a zmęczenie słabło, gdy w ciała wstępowała nowa energia.

- Dołożę wam jeszcze – zaoferowała z uśmiechem Charlotte, gdy tak patrzyła jak bez żadnych manier pochłaniają jedzenie. Zwykle nie jedli w tak obrzydliwy sposób, ale pustych żołądków nie obchodziło dobre wychowanie.

Gdy miski mieli prawie psute, dorzuciła im kolejną porcję, tym razem wrzucając do środka trochę malin, by dodać owsiance smaku. Zwykle był to jedyny sposób, by uczynić ją jadalną. To i dodanie cukru. W przypadku, gdy owsianka była już jadalna, teraz stała się ambrozją. Gdyby nie duma, wylizaliby pewnie naczynia do czysta.

- Zdecydowanie byliście głodni – zaśmiała się Charlotte zabierając miski i wrzucając je do balii z wodą, po czym z szafki nad kuchnią wyciągnęła buteleczki toniku takie jak wczoraj. – Wypijcie. Działają przeciwbólowo. Przynajmniej tak mi powiedziała pewna starsza kobieta, która mi kiedyś pomogła.

- Poprzednie nas nie otruły, więc chyba nie kłamała – stwierdził Arthur i odkorkował butelkę, duszkiem wypijając cały tonik. Miał gorzki i nieprzyjemny smak różnych ziół, ale jeśli miało to pomóc, to nie zamierzał narzekać.

Już czuł się dużo lepiej. Sen i jedzenie zdecydowanie im pomogły. Całe szczęście zanim cały ten cyrk z napadem i uciekaniem się zaczął, byli w pełni sił. Osłabieni chorobą czy ranni nie dochodziliby do siebie aż tak szybko, o ile w ogóle by przeżyli.

Ale nawet w pełni sił nie poradziliby sobie bez Charlotte. W takim stanie, w jakim byli wczoraj, pewnie porządnie by nie oczyścili ran, dostaliby w końcu gorączki, zemdleliby gdzieś w środku lasu i albo Pinkertoni by ich znaleźli albo pożarłyby ich dzikie zwierzęta. Nie obroniliby się nawet przed głupią wiewiórką, gdyby te jadły mięso. Jeśli nawet by to jakimś cudem przeżyli, to i tak dochodziliby do siebie przez wiele dni. A tak przy dobrych wiatrach będą zdolni do drogi już pojutrze.

Dobrze zrobili słuchając się Charlotte. Nawet jeśli daliby już radę się obronić i wytrzymać długą podróż, nie było sensu ryzykować. Mieli czas, lepiej w spokoju dojść do siebie niż głupio się pospieszyć i zmarnować ten dar od losu, jaki dostali.

Zwłaszcza że leczyli się bardzo szybko. Ból mięśni okazał się być po części wynikiem długiego snu, a nie tylko obijania się o powierzchnię planety. Głowa wciąż Arthurowi pulsowała, ale to pewnie przejdzie z czasem, podobnie jak nietypowe wyczerpania, jakby wcale nie przespał właśnie dobrych dwunastu godzin.

- Szybko do siebie dochodzicie – pochwaliła ich Charlotte zmywając naczynia.  

- Lata praktyki, od tego zależało przeżycie – wyjaśnił John, rozmasowując ranę po kuli i po chwili dodając zgorzkniale: – Zwłaszcza ostatnio.  

- Jeśli nie zdrowiejesz zbyt szybko, narażasz resztę na niebezpieczeństwo – dodał Arthur. Starał się nie używać słowa „gang”, choć Charlotte pewnie domyślała się tego co robili. – Nikt nie był porzucany…

- Kiedyś – przerwał mu John z pogardą do ich byłej „rodziny”.

- Kiedyś – zgodził się Arthur i westchnął.

Wspaniałe czasy, kiedy nie bali się, że jeśli będą ranni zbyt długo, to gang ich zostawi i spieszyli się ze zdrowieniem tylko dlatego, bo chcieli być znów użyteczni. Nawet Wujka nikt by nie porzucił, bo był po prostu rodziną. 

- Nie musicie się spieszyć teraz – przypomniała im Charlotte, wycierając mokre ręce. – Możecie tu zostać tak długo jak potrzebujecie.

- Dziękujemy za twoją gościnność, ale musimy dołączyć do naszych przyjaciół – powiedział jej z wdzięcznością John. – Nie wiedzą co się z nami stało ani my nie wiemy czy są cali. Nie możemy zostać zbyt długo.

- Ale i nie za krótko. Najwyższy czas wyzdrowieć dla samych siebie, a nie z poczucia obowiązku – poradziła im.

Arthur nie potrafił sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek tak zrobili. Zawsze trzeba było się spieszyć, pomagać, wracać do rabowania szybciej niż mogli, byle tylko nie być kulą u nogi. Nawet teraz gonił ich trochę czas, ale po raz pierwszy nikt im nie stał nad głową i nie wpędzał w poczucie winy mówiąc, że bez nich sobie nie poradzą. Mogli w końcu pomyśleć o sobie. Sadie i reszta, do których tak im się spieszyło, też by tak im poradzili.

- Zostaniemy jeszcze trochę – obiecał jej. Wspaniale będzie choć raz na spokojnie wyzdrowieć. Zamierzali wyruszyć szybciej tak czy inaczej, ale przynajmniej nie od razu jak by to zrobili, gdyby nie posłuchali Charlotte.

- Dobrze – ucieszyła się i zbliżyła, podchodząc najpierw do Arthura. Zdjęła mu bandaż z głowy i obejrzała ranę nad okiem. – Goi się czysto, ale raczej zostanie blizna.

- Będziemy do siebie pasować – zażartował John, rozpinając koszulę, gdy Charlotte odwróciła się teraz do niego.

- Już pasujemy – zauważył z uśmiechem Arthur. – Dostałeś w to samo ramię, co ja. Wcześniej też miałem blizny na twarzy.

Podrapał się po podbródku, gdzie znajdowała się blizna po nożu.

- Zawsze chciałem być taki jak ty – wyjaśnił, krzywiąc się gdy musiał mocniej poruszyć ramieniem. Charlotte zaczęła zdejmować mu bandaż. – Jaka diagnoza, doktorze?

- Schlebiasz mi. – John uśmiechnął się do niej, gdy się zarumieniła. – Bez waszych instrukcji babrałabym się z tym pewnie do teraz.

- Masz talent – zauważył Arthur.

- Nauczyłam się skórkując zwierzęta.

- Powinienem się bać? – zapytał John. Charlotte w końcu odkryła ranę. Czerwoną, trochę od krwi, trochę od obrzęku, ale czystą, w powietrzu nie było czuć smrodu gnijącego mięsa.

- Taki wielkolud z ramieniem grubszym niż moja szyja? Raczej nie – uspokoiła go, przyglądając się ranie. – Nie wdało się zakażenie.

- Parę tygodni i będę jak nowy – ucieszył się John, uśmiechając się do Arthura. – Zrobiliśmy to, Art.

- Nie dziel skóry na niedźwiedziu, póki go nie upolowałeś – poradził mu. Charlotte czyściła Johnowi ranę przed ponownym zabandażowaniem.

- Najgorsze jest za nami – zauważył zadowolony.

Arthur wątpił, że tak jest, po ucieczce Pinekrtonom też mogło się tak wydawać, a potem pojawił się Micah. Nie będą w pełni bezpieczni dopóki nie uciekną do stanu, gdzie nie są ścigani. Rozumiał jednak ekscytację ukochanego, sam też ją czuł tylko starał się ją hamować, choć John bardzo mu to utrudniał. Naprawdę byli już bliżej niż dalej i nie musieli się już martwić Dutchem, który miał własne problemy. Arthur czuł, że mają już więcej kontroli nad tym, co może się wydarzyć, a to dobrze wróżyło.

Ich dobre humory popsuł hałas dochodzący z zewnątrz. Charlotte aż zamarła z przerażenia w połowie bandażowania.

- Konie – wyszeptał Arthur. Chciał sięgnąć instynktownie po rewolwer, ale natrafił tylko na powietrze. Ich pasy z bronią były w sypialni.

- Dużo – dodał John i wstał, nie czekając aż Charlotte dokończy bandażowanie albo się odsunie. Musiał ją złapać za ramiona, by jej nie przewrócić. – Może to jacyś podróżnicy.

- Nikt tędy nie przejeżdża, to odludzie. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam tu Arthura po raz pierwszy. – Charlotte ruszyła się w końcu z miejsca i cała blada ruszyła w stronę okna. Nie zdążyła się nawet zbliżyć, gdy rozległo się głośne pukanie. – Schowajcie się, szybko.

Arthur podniósł się po cichu z krzesła i razem z Johnem ruszyli w stronę drzwi sypialni. Całe szczęście okna były zasłonięte i osoby na zewnątrz nie mogły zajrzeć do środka, ale w tak małym domu wszystko było słychać.

- W razie czego krzycz – polecił jej John.

- Poradzimy sobie z nimi.

Arthur nie był pewien, czy z takim bólem głowy da radę strzelać, czy nie dostanie zawrotów głowy, ale jeśli będą zmuszeni się bronić, to zrobią to.

- Idę! – zawołała niewinnie Charlotte i narobiła trochę hałasu, dopóki Arthur i John nie schowali się w drugim pomieszczeniu. Zostawili drzwi uchylone, by słyszeć co się dzieje. Charlotte popatrzył na nich jeszcze ostatni raz i otworzyła w końcu drzwi, tylko trochę. – Tak?

- Dzień dobry, proszę pani – przywitał się uprzejmie jakiś mężczyzna. – Przepraszamy za najście, jesteśmy a Agencji Detektywistycznej Pinkertona.

Cholera, tego właśnie się obawiali. Po tej masakrze jaką urządzili niedaleko Beaver Hollow, patrole Pinkertonów wyrosły jak grzyby po deszczu. Szukali Dutcha, ale ich niestety też. Spodziewali się natrafić na jakąś grupkę, ale nie aż tutaj. 

- Miło poznać. – Charlotte zachowywała spokój choć pewnie była teraz śmiertelnie przerażona. Od niej teraz zależało czy poleje się jakakolwiek krew. – Czego panowie potrzebują?

- Zobaczyliśmy dym, więc postanowiliśmy sprawdzić skąd się bierze – wyjaśnił drugi głos. Pinkertonów było przynajmniej dwóch, ale na pewno nie tylko tyle. Za dużo kopyt słyszeli. – Pewnie to do pani nie dotarło, tak daleko pani mieszka od miasta, ale wczoraj, gdy pociąg przejeżdżał przez Annesburg, napadła na niego grupa bandytów.

- Dobry Boże – westchnęła z przejęciem. John i Arthur popatrzyli na siebie zaniepokojeni. Charlotte im do tej pory pomagała, ale nie wiadomo było czy nie wygoni ich, gdy dowie się w szczegółach co takiego zrobili.

- To bardzo niebezpieczny gang – mówił dalej jeden z agentów. – Zabili wiele osób podczas tego napadu, skradli żołd jadący do żołnierzy w Forcie Wallece i rozpłynęli się, zabijając znowu, tym razem wielu naszych kolegów.

- O mój Boże – komentowała przerażona. Nie byli w stanie stwierdzić, czy to udawany strach czy prawdziwy. – Czy są teraz w okolicy?

- To próbujemy ustalić – wyjaśnił Pinkerton. – Mogą być wszędzie, więc wszędzie szukamy. Nie widziała pani nic podejrzanego?

Arthur i John wstrzymali oddech. Nawet nie mieliby Charlotte za złe, gdyby teraz ich wydała. Obserwowali ją uważnie ze swojej kryjówki, gotowi w każdej chwili rzucić się do ucieczki przez tylne wyjście gdyby było trzeba.

- Nie, nikt tędy nie przejeżdża – odpowiedziała nerwowo. – Całe szczęście, inaczej bałabym się tutaj mieszkać.

- Mieszka pani sama? – zainteresował się mężczyzna. Charlott przymknęła nieco drzwi.

- Jestem wdową, mieszkałam tu z mężem i nie chciałam się wyprowadzać po jego śmierci – wyjaśniła. – Wie pan, wspomnienia. Tak czasami wciąż czuję, że mąż jest przy mnie.

- Rozumiem, proszę pani. – Przez chwilę każdy był cicho, słychać było tylko konie na zewnątrz. – Czyli nikogo pani nie widziała?

- Żadnej żywej duszy poza panami i wczorajszego wieczora pana kolegami – skłamała zręcznie. – Myśli pan, że bandyci mogą się tu zjawić?

- Niewiadomo, ale lepiej niech pani będzie ostrożna – poradził jej uprzejmie. – Możemy zajrzeć do środka?

Arthur poczuł, jak John stojący za nim zamiera, po chwili słysząc kliknięcie odciąganego kurka rewolweru.

- Nie – odmówiła bardzo szybko Charlotte. Może nawet za szybko.

- Dlaczego? – zapytał podejrzliwie agent.

- Proszę wybaczyć, panowie, ale jestem samotnie mieszkająca kobietą – przypomniała. – A panowie zjawiają się całą grupą opowiadając o bandytach i teraz prosicie o wejście do środka. Ufam, że mówicie panowie prawdę i jesteście tymi, za kogo się podajecie, ale wolałabym, żeby pozostały pomiędzy nami drzwi.

Przez kilka sekund Arthur był pewien, że Pinkertoni zaraz je wyważą. Zacisnął mocniej dłoń na rewolwerze i skupiony czekał na to co się wydarzy, czując krew pulsującą w głowie i potęgującą ból.

- Pani wybaczy – odpowiedział w końcu Pinkerton. – Ma pani rację, to było niestosowne.

- Nic nie szkodzi – zapewniła znów pogodnie Charlotte. – Wykonujecie panowie tylko swoją pracę.

- Jesteśmy po prostu ostrożni – wyjaśnił drugi agent. – Zdarzało się, że bandyci trzymali ludzi jako zakładników tylko po to, by ci mogli otwierać drzwi i ich kryć pod groźbą śmierci.

- Czy wyglądam panom na przerażoną?

O dziwo nawet nie brzmiała, jakby się bała. Nie tak bardzo, jak by się bała, gdyby ktoś do niej celował z broni. 

- Nie, proszę pani – odpowiedział jeden z mężczyzn. – Jeszcze raz przepraszamy za najście.

- I tak nie byłam zajęta – uspokoiła go. – Dziękuję za ostrzeżenie, będę uważać na ten cały gang.  

- Proszę pod żadnym pozorem się do nich nie zbliżać – ostrzegł ją agent, tak jakby byli jak Colm i jego banda, którzy mordowali każdego na swojej drodze. Może nie byli niewinni, ale nie zabiliby bezbronnej kobiety, która tylko sobie tu mieszka. – Są naprawdę niebezpieczni i nieobliczalni.

- Będę pamiętać.

- To żeby wiedziała pani, kogo unikać.

Charlotte dostała zrolowane plakaty, najpewniej listy gończe.

- Dziękuję. Za to i za bronienie zwykłych ludzi przed bandytami.

- Wykonujemy tylko swoją pracę. Dobrego dnia, proszę pani.

- I nawzajem.

Charlotte delikatnie zamknęła drzwi i oparła się o nie z ulgą, plakaty rzucając na stół przed sobą. Arthur i John nie wyszli, dopóki nie usłyszeli odjeżdżających koni, dopiero wtedy też się rozluźnili na tyle, by odłożyć broń. Nie chcieli jeszcze bardziej stresować Charlotte.

- Dobrze, że rano uprzątnęłam krew, którą zostawiliście pod drzwiami. – Zwracała się do nich, ale patrzyła w sufit.

Arthur i John podeszli powoli do stołu i wzięli po jednym plakacie. Tak jak się spodziewali, były na nich twarze członków gangu van der Lindego. Był Javier, Charles, Bill, Dutch we własnej osobie, oraz oni – wszyscy poszukiwani żywi lub martwi.

Brakowało Micah, więc pewnie odnaleźli jego ciało. Nie było też listów gończych Abigail, Sadie i Tilly, albo Pinkertoni nie mieli ich podobizn i nie do końca wiedzieli kim są jeśli je chociaż kojarzyli, albo nie uznawali ich za zagrożenie. Obstawiali to drugie. Kobiety rzadko zostawały bandytkami, Black Belle czy Sadie były wyjątkami. Kobiety były raczej poszukiwane za zabójstwo agresywnych i niewiernych mężów niż za rabowanie dyliżansów czy pociągów.

- Charlotte…

- Nie tłumacz się – przerwała mu szybko. – Nie musisz mi nic tłumaczyć, Arthurze, twoja przeszłość i co robiłeś mnie nie obchodzą. Znam cię jako człowieka szlachetnego i dobrego, który pomógł mi, choć mógł mnie obrabować przy pierwszej okazji. Jestem pewna, że nie tylko ja mogę to o tobie powiedzieć.

- Jesteśmy złymi ludźmi, Charlotte – wyjaśnił jej pomimo jej prośby. – Pinkertoni nie kłamali.

- Ale całej sytuacji sami nie znają. Jak mówiłam, nie liczy się dla mnie wasza przeszłość – powtórzyła stanowczo. – Przeszłość, którą jak sami powiedzieliście, postanowiliście rzucić. Więc jeśli mogę wam w tym pomóc, to zrobię to. Każdy powinien mieć szansę odpokutować swoje grzechy.

Nie spodziewali się po niej takiego oddania, nawet Arthur, nawet po tym co już dla nich zrobiła. Wiele osób na jej miejscu już dawno by ich wydało, gdyby poznało prawdę. Ona nie tylko tego nie zrobiła, ale wiedząc czym się zajmowali uznała, że zasługują na drugą szansę.

Arthur zdał sobie sprawę, że gdyby jej nie pomógł tych kilka tygodni temu, gdyby spotkał ją z Johnem dopiero teraz, to chociaż może i tak by im pomogła, to na pewno nie broniłaby ich przed Pinkertonami.

- Powtórzę się, ale jesteś aniołem, Charlotte – powiedział jej znowu i uśmiechnął się do niej.  

- Jestem tylko zwykłą kobietą, która stara się czynić dobrze. – Zabrała im listy gończe z rąk i razem z resztą wrzuciła do ognia, nawet nie patrząc na to ile pieniędzy mogłaby dostać za dostarczenie dwóch bandytów władzom. – Wracajcie do łóżka i prześpijcie się znowu. Ja pójdę zająć się waszymi ubraniami i złapać nam coś na kolację.

- Arthur ma rację, jesteś aniołem – przyznał John, z chęcią wycofując się w stronę sypialni, łapiąc Arthura za rękę, by pociągnąć go za sobą.

- Przestańcie albo naprawdę w to uwierzę – zaśmiała się i podniosła z ziemi balię z ich zakrwawionymi ubraniami. – Dobranoc, panowie.

Charlotte wyszła, a oni wrócili do łóżka. Nie byli jeszcze w pełni wypoczęci, więc niezapowiedziana wizyta Pinkertonów i chwila strachu, a wcześniej też nawet głupie jedzenie potwornie ich wymęczyły. Arthur jeszcze dokończył bandażowanie ramienia Johna i dopiero się położyli, zwróceni przodem do siebie.

Nie mogli się powstrzymać i z całej tej ulgi pocałowali się krótko i delikatnie, by wargi im znowu nie krwawiły.

- Myślisz, że przyjadą jeszcze jacyś? – zapytał John układając się wygodniej. – Albo łowcy głów?

- Pinkertoni? Wątpię. Ale łowcy głów mogą się pojawić – odparł, trochę się obawiając tej możliwości. Tych drugich nie będzie tak łatwo zbyć jak agentów, którzy mniej lub bardziej przestrzegali prawa w czasie swoich poszukiwań bandytów. Nie można było tego samego powiedzieć o łowcach głów. – Nie powinno nas tu być nim ktoś się tu zacznie kręcić.

- Mam tylko nadzieję, że Charlotte się nic nie stanie, jeśli tu przyjdą, a nas nie zastaną – wyznał John i westchnął. – Uratowała nam skórę już dwa razy. Wspaniała kobieta.

- Byłaby świetną żoną – zgodził się Arthur.

- Wiedziałem. – Popatrzył na ukochanego zaskoczony. – Podoba ci się.

Arthur parsknął.

- Za mało blizn jak na mój gust – odpowiedział i dotknął tej, która była na nosie Johna, przyglądając się jej chwilę nim skupił się na całej twarzy. – Nie mówiłeś jeszcze jak udało ci się przeżyć po wypadnięciu z pociągu.

- Nie upadłem aż tak mocno – wyjaśnił, potwierdzając przypuszczenia Arthura z wczoraj. – Bolało i trochę mnie otumaniło, ale czułem, że nigdzie się nie wybieram. Nie mogłem się jednak podnieść, było mi niedobrze i słabo. Wtedy pojawił się Dutch i Micah.

Arthur spiął się, gdy miał właśnie usłyszeć o tej „pomocy”, której niby nie mógł udzielić Johnowi ich przybrany ojciec.

- Nie było obok żadnego patrolu, prawda? – zapytał ukochanego ze złością.

- To ci powiedział? – John pokręcił głową. – Nie było nikogo, w dodatku leżałem w krzakach, nikt by mnie nie znalazł. Dutch ledwo to zrobił, słyszałem przez chwilę jak się kręcą po okolicy wraz z resztą. Próbowałem ich zawołać, ale nie mogłem. Ta jego wredna chabeta prawie na mnie nadepnęła. Pewnie żałował, że tak się nie stało.

- Wiedział, że nic poważnego ci nie jest?

- Oczywiście, że wiedział – odpowiedział pewny siebie. – On i Micah popatrzyli mi prosto w oczy, podczas gdy ja na granicy omdlenia prosiłem ich o pomoc. Nie wiem czego się spodziewałem po ostatnim razie, ale chyba trochę liczyłem na to, że mi pomogą. Wtedy Micah zaczął gadać, że będę was tylko spowalniać, że ranny nie przydam się już gangowi, a nie mamy czasu, by mnie niańczyć jak ostatnim razem.

- Dutch mu przytaknął – domyślił się. Odkąd umarł Hosea, często to robił.

- Żeby tylko, gdyby milczał miałbym chociaż jakieś wątpliwości co do tego, czy chciał mojej śmierci. – John opowiadał to ze złością, która udzielała się też Arthurowi do tego stopnia, że żałował, że Dutcha nie było z Micah, gdy ten ich zaatakował. – Patrząc mi prosto w oczy, Dutch powiedział, że ma rację i że zdrajcy i tak nie warto ratować. O tyle dobrze, że mnie nie zastrzelił na miejscu, choć Micah miał na to ochotę. Może obecność Javiera ich wystraszyła, słyszałem jak ich woła i pyta czy ze mną dobrze, ale tak czy inaczej, musiałem patrzeć drugi raz jak Dutch mnie zostawia, żebym umarł.

- Cholerne sukinsyny – wycedził Arthur.

Nawet nie próbowali coś zdziałać, po prostu zostawili towarzysza w potrzebie, bo ośmielił się pragnąć innego, bezpieczniejszego życia. A najgorsze było to, że nawet już to nie dziwiło. Obaj spodziewali się takiego zachowania po Dutchu.

- Straciłem potem przytomność – mówił dalej. – Obudziłem się, gdy mój koń zaczął mnie znowu gryźć. Znalazł mnie i pierwsze co zrobił, to prawie odgryzł mi palec.

Arthur zaśmiał się.

- Dobry konik.

John przewrócił oczami.

- Przynajmniej ze mną został – stwierdził po chwili. – Gdyby nie on, pewnie dotarłbym do obozu dużo później i nie zastał cię żywego czego i tak cały czas się obawiałem. Co się tam w ogóle wydarzyło?

- Próbowałem przekonać Dutcha, że Micah to zdrajca, ale nie chciał mi wierzyć – wyjaśnił pokrótce. – Potem zjawiłeś się ty. Myślałem, że zobaczyłem ducha.

- Gdy ignorowałem to, że możesz nie żyć, zastanawiałem się czemu sam mnie wcześniej nie odnalazłeś – wyznał rozbawiony z jakiegoś powodu John. – Gdy zaginąłem w górach, ruszyłeś mnie szukać od razu.

Ścisnęło go w żołądku po przypomnieniu, że tak bezmyślnie zaufał Dutchowi, choć była to ostatnia rzecz, jaką powinien robić. Zamiast szukać ciała albo jak się okazało, żywego Johna, wolał zacząć rozpaczać bez żadnych dowodów tylko wierząc na słowo.

- Przepraszam.

- Hej, nie mam o nic żalu – zapewnił szybko John, dotykając jego twarzy. – Później coś się stało Abigail, tak? Gdybyś mnie szukał, być może coś stałoby się jej.

- Mimo to powinienem był sam sprawdzić – upierał się, patrząc ukochanemu w oczy, mając nadzieję, że ten dostrzegał w nich jak bardzo żałuje swojego zachowania. – Po prostu… Bałem się zobaczyć twoje ciało. Nie chciałem, by zostało mi to w pamięci.

Gdyby tylko tam wtedy pojechał, znalazłby Johna nieprzytomnego. Pewnie by wtedy uciekli i dopiero później dowiedzieliby się, że coś w ogóle stało się z Abigail. Koniec końców wyszło na lepsze, ale wcześniej, przez kilka godzin żył ze świadomością, że stracił Johna i nawet nie próbował go szukać.

- W porządku – uspokoił go, czule gładząc jego policzek wierzchem dłoni. Arthur złapał ją i przyłożył sobie do niego, wzdychając gdy poczuł ciepło Johna. – Najważniejsze, że wszystko się ułożyło.

- Tak – zgodził się, choć nie osłabiło to jego poczucia winy.

- Miałeś nosa do tych koni – pochwalił John, zmieniając temat i rozśmieszając go trochę. – Jakbyś widział przyszłość.

- Musi być w takim razie bardzo wybiórcza – stwierdził rozbawiony. – Pojedziemy po nasze konie zanim rusyzmy do reszty.

- Dobry pomysł – przytaknął mu John. – Tęsknię za Old Boyem.

- A ja za Snowstorm.

Całe szczęście obu koniom nic nie było. Pozostałe dwa które miał przydadzą się przy podróżowaniu.

- Myślisz, że będzie już bezpiecznie jechać? – zmartwił się nagle John.

- Największe poszukiwania już powinny się skończyć, zwłaszcza jeśli Dutch ucieknie, a Pinkertoni pójdą za nim. Powinniśmy dać sobie radę.

Muszą po prostu zachować spokój i nie robić niczego pochopnie. To przez pochopne decyzje w ogóle byli w tym bagnie, nie popełnią tych samych błędów co Dutch.

- Nie wiem jak ty – zaczął John i przerwał, by ziewnąć tak mocno, że aż rozkrwawił sobie wargę – ale ja jestem zmęczony. Zamierzam się przespać do rana.

- Popieram – zgodził się z nim, zamykając już oczy i na ślepo obejmując Johna. – Już niedługo.

- Niedługo – powtórzył sennym głosem John i tak jak w nocy, tak i teraz szybko zasnęli.

Zostali z Charlotte jeszcze dwa dni, aż poczuli się na tyle dobrze, że nie czuli już bólu podczas ruszania się. Sińce na ich ciałach mieniły się teraz różnymi kolorami – od purpury po zielony, ale przestały doskwierać.

Bólami głowy też już nie musieli się przejmować, przespali większość tych dwóch dni, a nawet gdy byli przytomni, to po prostu leżeli w łóżku. Na pewno pomogło im to w dojściu do siebie, gdy potrząsali głowami, nie mieli już ochoty zwymiotować zawartości żołądka wraz z nim samym.

Charlotte często dotrzymywała im towarzystwa. Czuli się dziwnie leżąc w łóżku podczas gdy ona siedziała na niewielkim taborecie i robiła coś, ale nie pozwalała im się niepotrzebnie ruszać. Potrafili godzinami tak rozmawiać, oni opowiadali różnorakie historie ze swoich podróży, a Charlotte opowiadała o mężu i o tym jakie wiodła z nim życie.

Wrócił im też apetyt, a dzięki regularnym posiłkom, które dostarczała im Charlotte, bardzo dobrym posiłkom w dodatku, za każdym razem zwierającymi mięso, przez te dwa dni nabrali sił. John dalej miał problemy z postrzelonym ramieniem, ale poza tym był zdrowy i gotowy nawet do długiej drogi. Nogę miał już całkowicie sprawną, porozciągał ją dokładnie, sprawdził też czy nic go nie zaboli przy skakaniu.

Arthur był już w stanie normalnie pracować następnego dnia i postanowił odwdzięczyć się za gościnę zbierając ich gospodyni spory zapas drewna na opał. Osobiście porąbał jedno drzewo i naznosił wszystkie kłody do chaty, za co dostał od Charlotte burę i został od razu wygoniony do łóżka.

Nie pozwalała im się przemęczać, ale gdy już zezwala im na opuszczenie łóżka, dawała im coś małego do roboty, by nie czuli się całkiem zależni. Ze swoją ręką, John pomagał w domu, Charlotte nauczyła go nawet cerować, gdy robiła to z ich ubraniami. Nawet cierpliwość miała anielską, on już dawno by ją stracił do Johna.

Nawet trochę pomagając nie czuli się, jakby właściwie odwdzięczyli się kobiecie, która choć sprawiała wrażenie szczęśliwej z tego, że ma co robić i dotrzymują jej towarzystwa, zdecydowanie nie powinna była marnować tyle energii na dwóch byłych bandytów, którzy niezapowiedziani zjawili się u niej w nocy.

Problem był taki, że nie mieli jak się odwdzięczyć. John miał przy sobie dwa dolary, a on nic, wszystko oddał kobietom. Jedyną cenną rzeczą, jaką posiadał, był zegarek, ale ten był prezentem od Johna i nie chciał go oddawać.

Wpadł więc na inny plan odwdzięczenia się, który i tak będzie niewystarczający, ale chociaż poczują się lepiej niż odchodząc bez dawania czegoś w zamian.

Nikt ich już nie odwiedził, w ogóle nikt nie przejeżdżał w okolicy, mogli więc w spokoju dochodzić do siebie, nie przejmując się, że zaraz stracą nagromadzoną energię na jakiś nagły atak.

Gdy nadszedł dzień wyjazdu, ciężko było się pożegnać. Przez te trzy dni, które spędzili z Charlotte, bardzo się przyzwyczaili do jej codziennej rutyny. Skosztowali normalnego życia, które już niedługo też będą mieli, ale żal im było zostawiać przyjaciółkę, która tak bardzo im pomogła.

Zjedli razem jeszcze ostatnie śniadanie, zaraz z samego rana, gdy dopiero świtało. Chcieli jak najszybciej ruszać w drogę i odzyskać konie. Ich tymczasowy wierzchowiec został szybko osiodłany i już po chwili był gotowy do jazdy.

Charlotte dała im na drogę trochę jedzenia, żeby nie musieli polować i ryzykować złapania. Sama potrzebowała jedzenia, a mimo to oddała im część i nawet nie chciała słuchać, że nie mogą tego przyjąć.

- Bezpiecznej podróży, chłopcy – życzyła im, ściskając najpierw jednego, potem drugiego i całując ich w policzki. – Obyście zaczęli to nowe życie, o którym tak marzycie.

- Dziękujemy, Charlotte – powiedział jej Arthur. – Za wszystko. Chcielibyśmy się jakoś odwdzięczyć za to, co dla nas zrobiłaś przez te trzy dni, ale nic nie wydaje się odpowiednią zapłatą.

- Jesteście przyjaciółmi, a nawet od obcej osoby nie żądałabym zapłaty – zapewniła ich. – Nawet nie wiecie jak bardzo mi pomogła sama wasza obecność tutaj. Zwykle nie przeszkadza mi samotność, ale miło było pomieszkać znów z kimś. Zwłaszcza z takimi zacnymi ludźmi jak wy.

- Przeceniasz nas – zaśmiał się John.

- Albo to wy się nie doceniacie.

- Bardzo możliwe – zgodził się z nią Arthur i sięgnął po dziennik, wyjmując go z torby. Charlotte popatrzyła na niego zainteresowana.

- Mimo wszystko mamy dla ciebie prezent – zaskoczył ją John i gdy Arthur otworzył dziennik, wyjął ze środka dwie złączone ze sobą strony, które podał Charlotte. – To od nas obu.

Oczy kobiety zaszkliły się, a ręka powędrowała do ust, gdy zobaczyła rysunek, który narysowali wspólnymi siłami. Charlotte wciąż kochała zmarłego męża, o czym świadczyły liczne jego zdjęcia znajdujące się w jej domu. Na niektórych mąż był sam, na innych z nią, ale wszystkie bardzo bez życia, w końcu wykonanie dobrego zdjęcia w ruchu było niemożliwe, ludzie musieli zamierać do zdjęć.

Byli szczęśliwi na fotografiach, to czego nie mogli pokazać ruchem, pokazywali oczami, które nawet w czerni i bieli lśniły radością. Charlotte zasługiwała jednak na coś, co pokaże ją i jej męża tak, jak nie mogły to zrobić zdjęcia – w ruchu.

Więc ostatniej nocy tutaj, gdy Charlotte już spała, John zabrał z izby jedno ze zdjęć, by Arthur mógł idealnie odwzorować twarz mężczyzny, tworząc rysunek, na którym razem z małżonką tańczą – oboje chwilę po ślubie, on wciąż w garniturze, ona w pięknej sukni, wpatrzeni w siebie jakby byli dla siebie całym światem.

- To… - zaszlochała i otarła łzy, które ciekły jej po policzkach. – Dokładnie tak to wyglądało. Jakbyście tam byli. Uchwyciliście coś, co było do tej pory tylko w mojej pamięci. Naprawdę to narysowaliście?

- Tak jakby – wyjaśnił zawstydzony John. – Ja trzymałem ołówek, a Arthur kierował moją dłonią, bo nie umiem kompletnie rysować.

To było wyzwanie dla niego, nigdy wcześniej nie kierował czyjąś ręką, samym ołówkiem było zdecydowanie łatwiej, ale przy odrobinie samozaparcia udało mu się utrzymać swój normalny poziom i ręką Johna stworzyć jedno ze swoich najlepszych dzieł odkąd zaczął amatorsko rysować.  

- To prawda, wystarczy popatrzeć na to, jak narysował bizona.

Arthur już szukał rysunku, który był gdzieś schowany pomiędzy kartkami, ale John szybko zamknął dziennik i mu go zabrał. Charlotte roześmiała się, wciąż wpatrzona w rysunek. Drżącą ręką dotykała go w miejscu, gdzie był jej mąż.

- Dziękuję wam obu – zaszlochała i uściskała ich znowu, tym razem dłużej niż za pierwszym razem. Odwzajemnili uścisk od razu.

- Nie, to my dziękujemy – poprawił ją Arthur, masując ją po plecach, gdy jej ciałem targał szloch. – Uratowałaś nas.

- Nie wiem czy jeszcze kiedyś się zobaczymy, ale jeśli będziecie kiedyś w pobliżu, musicie mnie odwiedzić – zażądała, gdy doszła powoli do siebie.

- Mamy umowę, proszę pani – obiecał jej zawadiacko John i wspiął się na konia. Arthur usiadł zaraz za nim. – Dbaj o siebie, Charlotte.

- Wy też.

Machała im dopóki nie zniknęli jej z oczu. Gdy ją opuścili, Arthur poczuł dziwną pustkę w sercu.

- Będę za nią tęsknić – wyznał Johnowi. Gdy ostatni raz ją zostawiał, przekonany, że już nigdy więcej jej nie spotka, nie czuł się aż tak źle.

- Ja też – przyznał i spiął konia ostrogami. – Ale odwiedzimy ją. Obiecaliśmy.

Arthur nie zamierzał w żadnym wypadku łamać tej obietnicy. Może nie za rok albo nawet dwa, ale odwiedzą jej, gdy już się gdzieś zadomowią. Prawdopodobnie będzie to gdzieś daleko, ale jeśli będzie trzeba, przemierzą cały kraj, by spotkać się znowu z Charlotte. Zawdzięczali jej w końcu życie.

***

Another chance to lift my life
Free the sensation in my heart
To ride the wings of dreams
Into changing horizons
It brings inner peace within my mind
As I'm lifted from where I spilt my life
I hear an innocent voice
I hear kindness, beauty and truth