Actions

Work Header

Ku wschodzącemu słońcu

Chapter Text

I need to live life
Like some people never will
So find me kindness
Find me beauty
Find me truth
When temptation brings me to my knees
And I lay here drained of strength
Show me kindness
Show me beauty
Show me truth

***

Powoli by nie spaść, co w ich obecnym stanie nie byłoby specjalnie trudne, zeszli w dół zbocza, po kilku minutach zostawiając górę za sobą i wchodząc do ciemnego lasu. Do poranka jeszcze parę godzin, był środek nocy, ale nie mogli czekać aż tyle, nawet jeśli bardzo chcieli, bo rany zadane im przez Micah doskwierały im z każdą chwilą coraz bardziej.

John prowadził, potykając się co chwilę o kamienie, wystające korzenie czy o własne nogi. Arthur szedł tuż za nim, trzymając go za karabin, by go nie zgubić. Gdyby się rozdzielili, to byłby koniec, w obecnym stanie mogli liczyć na przeżycie tylko pilnując siebie nawzajem przed omdleniem.

Był tylko jeden plus ciemności, mniej kręciło im się dzięki niej w głowie.

- Musimy zdobyć konie – wyszeptał do niego John, zatrzymując się przy jednym z wielu mijanych drzew. – Na piechotę nie damy rady.

- Nie musisz mi tego mówić – odparł, rozglądając się bezradnie po panujących ciemnościach. Nie wiedzieli nawet dokładnie, gdzie są. – Potem musimy znaleźć jakaś kryjówkę i opatrzyć rany.  

- Cholera, to będzie trudne – zauważył załamany. – Cała okolica jest pewnie patrolowana przez Pinkertonów. Pieprzony Micah.

- Może to nam właśnie pomoże – zasugerował Arthur. Jego chwyt na broni Johna osłabł, gdy ukochany obrócił się, zakładał, że w jego stronę. – Pinkertoni mają konie.

To była ich jedyna szansa na zdobycie wierzchowców albo chociaż jednego. Nie mogli nikogo napaść, nawet najbardziej strachliwy pastuch się ich nie przestraszy, chyba że ich wyglądu. Mogli by z powodzeniem straszyć na bagnie z całą tą krwią, którą byli pokrycie.

- Arthur, jesteś geniuszem – pochwalił John i na ślepo złapał go za rękę, doprowadzając ją z powrotem do karabinu. – Chodźmy.

Wydawało im się, że przedzierają się przez las przez dobrych kilka godzin. Z każdym kolejnym krokiem byli coraz słabsi, wlekli się jak żółwie i choć szli bardzo niepewnie, oddychali przy tym jakby właśnie skończyli ścigać się z koniem. Gdy w pewnym momencie przystanęli, by odpocząć, Arthur zgiął się w pół i zwymiotował na ziemię przed sobą, omal przy tym nie mdlejąc z wysiłku. Po czymś takim zaczęło mu się jeszcze bardziej kręcić w głowie i znów zebrało mu się na mdłości.

- Nic ci nie jest? – spytał John, bełkocąc strasznie. Albo nie mógł normalnie mówić, albo to Arthur nie potrafił go dobrze zrozumieć. 

- Nie – odparł szczerze, samemu mówiąc niewyraźnie. – Cholera, wszystko się kręci.

- Nie wiedziałem, że ziemia może tak wirować – zgodził się z nim John, kładąc mu dłoń na ramieniu, po chwili obejmując go. – Nie umieraj tylko teraz. Żałosnym byłoby, gdyby Micah zabił nas zza grobu.

- Nigdzie się nie wybieram – obiecał i wziął parę głębokich wdechów, by zażegnać mdłościom. – Okej, chodźmy dalej.

Więc poszli, wcale nie czując się przy tym lepiej. Wkrótce po nim, John też zwymiotował, omal nie osuwając się po pniu drzewa, o które się oparł. Było z nimi bardzo źle, po tym całym okładaniu się pięściami z pewnością mieli jakiś uraz. Arthur przypomniał sobie jak powrócił po porwaniu przez Colma. Wtedy też było to samo i potrzebował kilku dni, by przestać się czuć jakby miał zaraz zwymiotować duszę razem z zawartością żołądka.

Ale nawet Colm nie urządził go tak jak Micah. Wciąż dzwoniło mu w uszach, przed oczami pojawiały się białe plany, które po chwili znikały, co jakiś czas tracił też poczucie czasu. Nie zemdlał jeszcze tylko dlatego, bo nie chciał by John musiał się nim zajmować, gdy sam potrzebował pomocy i to nawet pilniejszej.

Gdy okazjonalnie wpadali na siebie, Arthur czuł jak ukochany drży. Istniała duża szansa, że w ranę po postrzale wdało się już zakażenie i jego ciało trawiła gorączka. Arthur miał nadzieję, że nie jest jeszcze tak źle, bo nie miał pojęcia co by zrobili bez lekarza, a sam nie byłby w stanie odciąć Johnowi całego ramienia i potem zatamować krwawienia. W ogóle nie chciał go pozbawiać kończyny, już bardziej humanitarnie byłoby go zabić.

Włóczyli się po lesie jeszcze chwilę, aż w końcu szczęście się do nich uśmiechnęło. Szli kompletnie na ślepo, kiedy nagle usłyszeli parskanie konia. Arthur pożałował tego jak szybko odwrócił głowę w kierunku znajomego dźwięku, bo od razu żołądek podszedł mu do gardła. Czuł już palenie w ustach, ale przełknął żółć z powrotem i poklepał Johna po ramieniu.

- Słyszałem – odpowiedział John i z nowymi siłami ruszyli w stronę hałasu, który robił koń.

Znaleźli go już po kilku krokach. Drzewa nieco się przerzedziły, księżyc dawał trochę światła, widzieli więc zwierze już z kilku kroków. Było osiodłane i spokojne, nie bało się ich, gdy podeszli bliżej.

- Cześć, piękna – przywitał się z nią łagodnie Arthur, nie chcąc jej przestraszyć. Trochę zaniepokoił ją zapach krwi, ale nie na tyle, by uciec. Musiała należeć do któregoś z Pinkertonów, masa koni zapewne rozbiegła się po okolicy, gdy ich jeźdźcy ginęli od kul. – Chcesz nas podwieźć?

Klacz parsknęła i obwąchała go ciekawsko. Arthur uznał to za dobry znak i wspiął się ostrożnie na siodło, stękając z bólu przy każdym gwałtownym ruchu. Koń nie spłoszył się tylko stał spokojnie, przystępując z nogi na nogę.

- Zaklinacz koni się znalazł – skomentował to wszystko John. Arthur podał mu rękę i pomógł mu usiąść za swoimi plecami. – To dokąd jedziemy?

- Cholera, sam nie wiem – przyznał i ukuł klacz ostrogami. Koń ruszył powoli przed siebie, samemu wymijając drzewa na swojej drodze. Arthur miał nadzieję, że jeśli da jej prowadzić, to nie doprowadzi ich do jakiegoś obozu Pinkertonów. – Musimy określić północ, gdzie dokładnie jesteśmy i wtedy zdecydować, ale do tego potrzebne mi jest niebo.

Po krótkiej jeździe znaleźli drogę, a Arthur rozpoznał okolicę po kilku charakterystycznych pniach drzew, które mijał już wielokrotnie podczas swoich samotnych podróży. Ostatnia raz gdy tędy jechał, spotkał samotnie żyjącą wdowę, która nie bardzo wiedziała jak przetrwać w dziczy.

Charlotte. Charlotte im pomoże.  

Wyjechali też w końcu na otwarty teren, od razu spojrzał w niebo, szukając gwiazdy polarnej.

- Tam – powiedział i wskazał ją Johnowi. – Chyba. Widzę dwie.

- Ja cztery.

Arthur zamknął oczy i potrzymał je tak chwilę, nim znów spojrzał w niebo. Nie poprawiło się ani trochę, gwiazdy zaczęły wręcz wirować.

- Czy one zawsze poruszały się tak szybko? – zapytał ukochanego, który praktycznie pokładał się na jego plecach.

- Jestem pewien, że nie – odparł i zakrztusił się, zapewne mdłościami, które powstrzymał.

- Pieprzyć to, uznajmy, że to gwiazda polarna – zdecydował i ruszył na północ. – Jeśli dobrze pamiętam, niedaleko mieszka moja znajoma.

- Ładna?

- Nie masz kiedy być zazdrosnym?

- Tylko pytam – wyjaśnił. Arthur doceniał jego próby poprawienia im obu humoru. – Obyśmy dotarli tam szybko. Nie czuję się najlepiej.

- Ja też nie.

Gdyby nie Micah i jego układ z Pinkertonami, musieliby tylko uciekać przed Dutchem, nie zostaliby zagonieni na tamtą górę, nie straciliby koni i nie zostaliby tak pobici. Niesamowite jak jeden człowiek potrafił wszystko zepsuć i doprowadzić do katastrofy.

Sporo ryzykowali jadąc po drodze, ale tak Arthur miał pewność, że dotrą na miejsce. Spokojny chód konia usypiał, ale nie pozwolił sobie na sen, nawet jeśli całe ciało, a także umysł prosiły go odpoczynek.

John też nie spał, choć miał taką możliwość. Arthur czuł jak ukochany co chwilę porusza palcami, które zaplótł na jego brzuchu, by się go trzymać i nie spaść w czasie jazdy.

Gdy dostrzegł w oddali znajomą chatę, Arthur omal się nie rozpłakał na jej widok. Pospieszył konia i po chwili byli już pod budynkiem. W środku było ciemno, ale z komina unosił się dym.

- Charlotte? – Starał się ją zawołać, ale nie potrafił unieść głosu ani się dobrze wysłowić, gubił litery. Mimo to miał nadzieję, że go usłyszy. – Charlotte.

John ostrożnie spróbował zejść z konia, co w końcu mu się udało. Gdy był już na ziemi, Arthur do niego dołączył i podpierając się nawzajem, doczłapali do drzwi chaty. Arthur oparł się o ścianę obok i zapukał lekko, by przypadkiem nie wystraszyć kobiety.

- Charlotte – odezwał się znowu.

W końcu ze środka dobiegł hałas. Arthur wyprostował się, starając się zetrzeć nieco krwi z twarzy, by jakoś się prezentować, żeby biedna Charlotte nie padła na serce na widok dwóch zakrwawionych i uzbrojonych mężczyzn.

Drzwi w końcu się uchyliły, w środku nadal było ciemno, ale pomimo urazu głowy i braku źródła światła, Arthur od razu rozpoznał znajome oczy.

- Witaj, Charlotte – przywitał się z nią, siląc się na radosny ton.

- Arthur? – zapytał zszokowana i otworzyła szerzej drzwi, wreszcie mogąc mu się lepiej przyjrzeć. Natychmiast zasłoniła usta prawie krzycząc na jego widok. Gdy jej wzrok powędrował na stojącego za nim Johna, aż cofnęła się przerażona. – Arthur, o mój Boże, co się… Co ci się stało?

- Mała potyczka ze żmiją – odparł i złapał ręką futryny, by się podeprzeć. – Wybacz najście, ale nie mieliśmy dokąd iść. Potrzebujemy pomocy.

Charlotte wciąż była w szoku, ale już po chwili zaczęła działać. Otworzyła drzwi jeszcze szerzej i zeszła im z drogi, poganiając ich, by szybko weszli do środka. Chętnie skorzystali z zaproszenia, zamykając za sobą drzwi, podczas gdy Charlotte rozpaliła kilka lamp i zaczęła dorzucać drewna do ognia.  

- Usiądźcie przy stole – poleciała im, stawiając krzesła obok siebie, nim zaczęła ganiać w tę i z powrotem po izbie, zbierając różne rzeczy.

John i Arthur z ulgą usiedli, czy może raczej opadli na krzesła, bo nogi się ugięły pod nimi obydwoma.

- Naprawdę przepraszamy za najście i to w środku nocy, proszę pani – odezwał się John, oddychając ciężko i trzymając się za ranę.

- W porządku, potrzebujecie pomocy – zapewniła go, wyjmując z szafy apteczkę i naręcze szmat. – I żadna pani, po prostu Charlotte. Przyjaciele Arthura są też moimi przyjaciółmi.

- Nie masz nawet pojęcia jak się cieszę, że cię widzę – wyznał Arthur.

- Domyślam się – odparła z łagodnym uśmiechem, który szybko zniknął z jej twarzy, gdy znów na nich popatrzyła i przypomniała sobie w jakim są stanie. Podeszła do nich szybko i rozłożyła apteczkę na stole, nim zbliżyła się do pieca, rozpalając w nim ogień i stawiając gar z wodą na palniku, drugi przynosząc do nich. – Dobry Boże, wyglądacie jakbyście zderzyli się z pociągiem.

- Żeby tylko – westchnął Arthur i dotknął jednego z zębów w tylnej części ust. Poruszył nim parę razy, aż ząb wypadł. Wrzucił go do ognia, obok którego siedział. – To była szalona noc, Charlotte.

- Zdążyłam zauważyć. – Charlotte chwyciła jeszcze wiadro i postawiła je między nimi, samej stając zaraz obok. – Banda jakichś Pinkertonów przejeżdżała tu wieczorem, strasznie im się spieszyło.

Arthur wyczuł spojrzenie Johna, który popatrzył na niego zmartwiony. Uspokoił szybko ukochanego, by się niepotrzebnie nie martwił. Charlotte nie zrobi im krzywdy.

Obaj patrzyli jak wypłukuje kawałek białej szmatki w wodzie, a następnie unosi ją do twarzy Arthura, delikatnie zaczynając zmywać z niej krew. Choć starał się nie sprawić mu bólu i tak syknął, gdy dotknęła go w kilku miejscach. Złapał ją szybko za nadgarstek i zatrzymał, żałując swojego ruchu, gdy zobaczył jaki krwawy ślad zostawił na jej skórze. 

- Zajmij się najpierw Johnem – poprosił, widząc już jak ukochany chce protestować. – Chodzi z raną po kuli pół dnia i pół nocy, nie chcę żeby wdało się zakażenie.

- Z tyloma ranami co ty masz też może się wdać – zauważyła, ale odwróciła się do Johna, przyglądając się z niepokojem jego ramieniu. Cały materiał koszuli i płaszcza były nasiąknięte krwią. Chyba już nie leciała, ale nie wiadomo było jak wygląda to pod spodem. – Możesz odsłonić ranę?

- Spróbuję – wybełkotał w odpowiedzi.

Podczas gdy John walczył z ubraniem i własnymi łzami, które zbierały mu się w oczach, Arthur sięgnął po drugą szmatkę i zaczął nią wycierać twarz. Rana nad okiem już nie krwawiła, ale była bardzo delikatna  i musiał zaciskać zęby, gdy ją przemywał.

Woda w garnku robiła się coraz bardziej czerwona, gdy zarówno on jak i Charlotte płukali w niej szmatki. Bardzo szybko nie widać było w ogóle, że to kiedyś była woda. 

- Jezu Chryste – westchnęła z przejęciem Charlotte, gdy John w końcu zdjął z siebie koszulę. Całą pierś miał poobijaną, wszędzie były czerwone plamy lub jakieś zadrapania. Plecy pewnie wcale nie wyglądały lepiej sądząc po reakcji Charlotte także na tę stronę ciała. – Na pewno nie zderzyłeś się z pociągiem?

- Nie, ale wypadłem z jednego, kiedy jechał – wyznał i skrzywił się, gdy Charlotte zaczęła uciskać sińce. – Coś jest złamanego?

- Nie jestem lekarzem, ale nie wydaje mi się – odparła, przyglądając się ranie postrzałowej. – Kula przeszła na wylot.

- Dzięki Bogu – stwierdził Arthur. – Grzebanie w ranie, by ją znaleźć, to nic przyjemnego.

- Nie zapytam skąd wiesz – zażartowała Charlotte i podeszła do garnka z gotującą się wodą i zabrała go z ognia, przynosząc na stół. Wyplukała w nim kolejna szmatkę, nim przy jej użyciu zaczęła oczyszczać dziurę po kuli. – Nie wygląda na zakażoną i kość jest chyba cała. Ale na pewno trochę potrwa zanim odzyskasz pełną kontrolę.

- Tak wiem – przytaknął jej, zaciskając zęby z bólu, gdy delikatnie oczyszczała ranę z wszelkiego brudu i zaschniętej krwi. Arthur dopiero teraz widział, jak przez całą lewą stronę piersi Johna ciągnie się smuga krwi, aż do spodni. – Nie pierwszy raz oberwałem kulkę.

- Więc który to już? – spytała zaciekawiona.

- Cholera, nie mam pojęcia – odparł i popatrzył na Arthura. – Arthur?

- Nie liczyłem – przyznał i wzruszył ramionami, co było bardzo złym pomysłem, bo potworny ból rozsadził mu brak. – Pierwszy raz chyba się zdarzyło gdy miałeś ile? Szesnaście lat?

- Szesnaście? – powtórzyła zdumiona Charlotte.

- Tak, coś około tego – zgodził się z nim John i zaczął oglądać swoje prawe ramię. – Wciąż mam bliznę, o tutaj.

Wskazał jeden punkt zaraz przy wewnętrznej stronie łokcia.

- Ciekawe wiedziecie życie, chłopcy – skomentowała Charlotte, nie wypytując o szczegóły i nie oskarżając ich o nic.

- Prowadziliśmy – poprawił ją Arthur, wyrzucając zużytą szmatę do podstawionego wiadra. – Rzuciliśmy to.

- Ale chyba to życie nie rzuciło was – zauważyła i stanęła znów przed Johnem, by oczyścić ranę z drugiej strony.

- Jeszcze nie – stwierdził John i jęknął.

- Przepraszam – powiedział od razu. – Chcę jak najlepiej to oczyścić.

- W porządku – zapewnił ją i przez zaciśnięte zęby wziął kilka głębokich wdechów. – Musisz też zajrzeć do środka.

- Jeśli nie czujesz się na siłach, ja to zrobię – zaoferował Arthur.

- Odpoczywaj – poleciła mu i wyciągnęła z apteczki niewielkie szczypce, których chyba nie spodziewała się użyć. Potrzymała je chwilę drżącą ręką nad ogniem i wróciła do Johna. – Jakieś inne rany?

- Nie sądzę – odparł i z całej siły zacisnął palce na blacie, gdy Charlotte niepewnie włożyła szczypce do rany i wyciągnęła ze środka kawałek materiału, zapewne z płaszcza. Kolor się zgadzał.  

- Arthur?

- Poza moją twarzą, to jestem tylko poobijany – odpowiedział, kończąc czyszczenie swojej twarzy. Przynajmniej tak mu się wydawało.

- Zaraz cię obejrzę – obiecała.

Powoli ale bardzo dokładnie doprowadziła Johna do porządku, oczyściła ranę po kuli alkoholem i słuchając ich instrukcji, drżącą ręką zaszyła ranę wlotową i wylotową, natarła maścią, a następnie zabandażowała czystym bandażem, który od razu nasiąkł krwią.

Umyła mu też w końcu twarz, odkrywając stare blizny po ataku wilka, ale żadnych nowych ran, które później by się zabliźniły i pozostawiły trwały ślad.

John dostał też coś na ból, jakiś tonik, który miał chyba inny skład niż te, których używali zazwyczaj. Charlotte pewnie same je zrobiła. Popijał go, gdy innym przemywała mu obtarcia i zadrapania, tak na wszelki wypadek, powiedziała.

Nie dał jej obejrzeć kolana, głównie dlatego, bo nie chciał się przed nią całkowicie rozbierać. Gdy tylko z nim skończyła, odwróciła się do Arthura. Wyczyściła dokładnie całą jego twarz, bo niezbyt dobrze sobie z tym poradził, zabandażowała mu też głowę, żeby nie otworzyła mu się znowu rana nad okiem.

Tak jak w przypadku Johna, obejrzała jego klatkę piersiową i plecy. Gdy zdjął przed nią koszulę, aż sapnęła z wrażenia na widok tych wszystkich sińców. On i John nie wyglądali wcale tak różnie od siebie, każdy upadek jakiego doświadczyli nieźle ich urządził, a jeszcze Micah musiał coś od siebie dorzucić.

- Arthurze, twoja szyja – powiedziała Charlotte, gdy zdjął bandanę. – Ktoś cię…

- Tak – potwierdził, dotykając się w miejscu, gdzie Micah zostawił odciski swoich łap. John patrzył na nie wściekły. Kilka dni minie zanim znikną, jak wszystkie te sińce i stłuczenia.

- Z kim wy się biliście? – zapytała ich przejęta. Smucił ją ich widok, to jaki ból znosili cały ten czas. – Z całym plutonem?

- Ze zdrajcą – odpowiedział jej z odrazą Arthur. – Sukinsyn próbował nas zabić.

- Przykro mi.

- Nie żyje, nie ma się już czym przejmować – dodał John, ledwo będąc już przytomnym. Nawet uniesienie kubka z wodą, który dała mu do picia Charlotte, było dla niego ciężkim wysiłkiem.

- To naprawdę był szalony dzień – zauważyła, kończąc już z ranami Arthura. Nie znalazła żadnego złamania czego trochę się obawiał cały ten czas.

- Ja wypadłem z pociągu, obaj spadliśmy z koni oraz z klifu i daliśmy się pobić jednemu człowiekowi – wyliczył po kolei John. – Najgorszy dzień w naszym życiu, a miał naprawdę ogromną konkurencję.

- Będziecie mieli co opowiadać wieczorami przy ognisku.

Uśmiechnęli się w odpowiedzi na ten żart. Teraz gdy już odpoczywali, a ich rany zostały opatrzone, czuli się nieco lepiej i wrócił im humor. Arthurowi wciąż kręciło się w głowie i było mu niedobrze, przypuszczał, że John czuje się podobnie, ale z tym już sobie poradzą. Gdyby nie pomoc Charlotte, byliby w znacznie gorszym stanie.

Tak jak John dostał tonik do wypicia, a potem trochę wody. Charlotte zostawiła ich wtedy na chwilę i wyszła na zewnątrz, by wylać tą, w której płukała szmaty. Gdy wróciła, miała już kolejną porcję wody, ale świeżą.

- Powinniście się trochę przemyć – zasugerowała im, podając im dwa kawałki materiału. – Oczyściłam ile mogłam, ale z oczywistych względów nie schodziłam poniżej pasa.

- Dziękuję, Charlotte – powiedział jej Arthur, stając na niepewnych nogach i łapiąc ją za dłonie. – Prawdopodobnie uratowałaś nam życie.   

- Ty uratowałeś moje – przypomniała mu i ucałowała go w policzek tak jak ostatnim razem. John przyglądał się temu zaciekawiony, ale nieprzejęty. – Zaniosę wodę do jednej z sypialni. Mam nadzieję, że nie przeszkadza wam spanie w jednym łóżku?

- Wychowaliśmy się razem i jesteśmy bliskimi przyjaciółmi, nic nam nie będzie – zapewnił ją John. – Jesteśmy wdzięczni za twoją pomoc.

- To naprawdę nic takiego. – Poszli za nią do wolnej sypialni, gdzie zostawiła im wiadro z wodą na środku pokoju. – Przyniosę wam ubrania mojego męża. Może coś będzie pasować, żebyście nie musieli spać w tych zakrwawionych spodniach.

- Jesteś aniołem – stwierdził Arthur. Charlotte uśmiechnęła się do niego i wyszła, zostawiając ich samych.

- Nie łam jej serca – ostrzegł go John. To było pierwsze co powiedział.

- Nie jest mną zainteresowana – zapewnił i zdjął pas z bronią, a potem rozpiął spodnie. Musiał usiąść, by je ściągnąć, bo nie był w stanie ustać nawet przez chwilę na jednej nodze.

John zrobił to samo i z trudem zaczęli zmywać z siebie resztki krwi i brudu. Kąpali się nie tak dawno, a wyglądali jakby ostatni raz byli w wodzie ze dwa tygodnie temu. Korzystając z okazji, obejrzeli się nawzajem szukając kolejnych ran.

Kolano Johna było spuchnięte i bolało gdy je zginał lub prostował, ale był w stanie to zrobić, więc nie martwili się o nie zbytnio. Podobnie było z biodrem Arthura. Nogi mieli w porządku, co nie znaczyło, że też nie mieli tam sińców.

Gdy tak stali nago obok siebie, zdał sobie sprawę z tego, jak mocno dziś oberwali. Arthur nie pamiętał, by kiedykolwiek wyglądali aż tak źle, a przez lata wpakowali się w naprawdę wiele różnych kłopotów i brali udział w wielu bójkach. Pierwszy raz ktoś ich tak urządził, ale też pierwszy raz byli tak osłabieni przed walką. Gdyby nie to, Micah nie miałby z nimi szans w pojedynkę, a co dopiero gdyby walczyli obaj tak jak tej nocy. Większych od niego i siebie pokonywali, a Micah nie był wcale taki silny, był po prostu bardziej wypoczęty niż oni i poza upadkiem chwilę przed walką nic mu nie dolegało.

Micah sam wiedział, że nie ma z nimi szans, dlatego nigdy wcześniej ich nie zaatakował. Nie dopóki nie był pewny, że może ich pokonać, a i tak się przejechał na swojej pewności siebie. Dwaj homoseksualiści go załatwili, a taki był pewny swego.

Woda była cała różowa, gdy skończyli się przemywać. Chwilę później Charlotte zapukała do drzwi, ale nie otworzyła ich.

- Mam dla was ubrania – poinformowała ich. John dokuśtykał do drzwi i uchylił je lekko, przyjmując ciuchy, a potem znów ich odcinając.

- Dziękuję.

- Chcecie może coś zjeść?

John popatrzył na Arthura, który ostrożnie pokręcił głową. Nie utrzyma nic w żołądku, nie gdy co chwilę zbierało mu się na wymioty. Ledwo wypił tonik.    

- Nie teraz – odpowiedział jej i odkaszlnął.

- Dajcie znać, jak się ubierzecie – poprosiła jeszcze i odeszła od drzwi. Słyszeli jak zaczęła sprzątać izbę. Miał nadzieję, że nie zakrwawili jej za bardzo podłogi.

Ubrania, które im przyniosła były za duże na nich obu, nawet na niego, ale trzymały się i zapewniały ciepło, a przede wszystkim były czyste, więc nie narzekali. Arthur pomógł Johnowi założyć koszulę, gdy ten nie radził sobie sam ze swoją ręką. Całe szczęście ucierpiała lewa, a nie prawa – dominująca. Wciąż mógł strzelać jeśli trzeba, co już zdążył dzisiaj udowodnić.

Czyści i ubrani, dołączyli ponownie do Charlotte, która nucąc cicho chowała lekarstwa i narzędzie do apteczki. Usłyszała ich od razu i popatrzyła na nich z uśmiechem.

- Ubrania w porządku? – zapytała sprzątając dalej.

- Jak najbardziej – zapewnił ją Arthur. – Jeszcze raz dziękujemy za pomoc.

- Musisz przestać mi dziękować, jak ktoś jest w potrzebie, to się pomaga – wyjaśniła mu i minęła ich, by wejść do pokoju, który mieli zajmować. Wyszła z niego z ich spodniami, które wrzuciła do niewielkiej balii, gdzie były już ich pozostałe ubrania. – Wypiorę je rano. Zaceruję wszystkie dziury.

- Charlotte, nie musisz tego robić - powiedział jej John. – Chodziliśmy w gorszych ubraniach.

- To żaden problem – powtórzyła po raz kolejny. – Jesteście ranni, nie będziecie chodzić w brudnych ubraniach. Zanim będą gotowe, to akurat dojdziecie do siebie.

- Zamierzaliśmy ruszyć po południu dalej – poinformował ją Arthur. Musieli się spotkać z pozostałymi jak najszybciej, zapewnić ich, że żyją, a przede wszystkim przekazać Abigail, że John przeżył.

- Wykluczone – zabroniła im. – Arthurze, nie jesteście w stanie podróżować, musicie najpierw wypocząć.

- Trochę się nam spieszy – wyjaśnił John.

- Chyba do grobu – zauważyła i podeszła ciężkim krokiem do stołu, gdzie stały dwie buteleczki kolejnych medykamentów. Podała je im. – Proszę. Wypijecie je jak wstaniecie. Najlepiej wieczorem, wcześniej nie chcę was widzieć na nogach.

- Charlotte…

- Nie będę się z tobą kłócić, Arthurze – przerwała mu szybko. – Może jak to mężczyźni macie w zwyczaju sądzić, że jesteście niezwyciężeni i nic was się nie ima, ale jesteście w naprawdę kiepskim stanie. Ledwo was rozumiem przez większość czasu, kiedy się odzywacie, John się trzęsie i obaj się chwiejecie. Zostańcie kilka dni, wydobrzyjcie. Podróżowanie w takim stanie, nawet we dwójkę, nie skończy się dobrze. Mam ci przypomnieć, Arthurze, że po okolicy kręcą się wilki?

- Pamiętam – przyznał z uśmiechem i popatrzył na Johna, który nie wyglądał na zbyt chętnego do jazdy, choć pewnie stęsknił się już za resztą. Może zostanie dłużej w jednym miejscu im nie zaszkodzi. Sadie pewnie i tak jeszcze nie ruszyła z resztą do ich kryjówki, w pobliżu Copperhead Landing zapewne wciąż jest sporo Pinkertonów. Aktualnie byli bliżej O’Creagh’s Run niż kobiety, dojechaliby na miejsce jako pierwsi. – W porządku, zostaniemy trochę.

Charlotte ucieszyła się i odwróciła, wracając do swoich zajęć.

- Zajęłam się waszym koniem, nakarmiłam go – powiedziała im, podnosząc z ziemi ich karabiny oraz kapelusz i torbę Arthura. Podała im wszystkie rzeczy i wygoniła w stronę sypialni, nie dając im zaprotestować. – Idźcie spać i nie przejmujcie się niczym. Zajrzę do was rano zobaczyć, czy nie umarliście.

- Na pewno nic nam nie będzie. – Gdy Charlotte miała już zamknąć za nimi drzwi, Arthur zatrzymał ją i popatrzył jej w oczy. – Wiem, że nie chcesz tego słyszeć, ale naprawdę dziękuję. Obaj dziękujemy.

Nie musiała wcale im pomagać, nie gdy stanęli pod jej drzwiami cali we krwi podczas gdy po okolicy ganiali Pinkertoni szukający bandytów. Bez względu na to, że Arthur jej pomógł, mogła ich zbyć i nie można by było mieć do niej pretensji, że nie chciała się w to mieszać. Za pomoc zbiegom sama mogłaby zawisnąć.

Ale pomogła im. Zaprosiła do swojego domu, opatrzyła, dała lekarstwa, które sama musiała robić. Wykorzystała na nich cenne bandaże i wciąż ofiarowała pomoc. Arthura wzruszenie ściskało za gardło, gdy razem z Johnem doświadczali całej tej dobroci, na którą nawet nie zasługiwali. Nie doznali czegoś podobnego od lat. Coś mniejszego – owszem, zdarzało się, ale ostatni taki akt bezinteresowności miał miejsce, gdy Dutch ich przygarnął. Tylko teraz okazało się, że to nie było takie bezinteresowne z jego strony.

Charlotte pomagała im dla samego pomagania. Bo jak sama powiedziała, tak trzeba. Pomagała im, bo sam jej kiedyś pomógł, też zupełnie bezinteresownie. Jeden akt dobroci zrodził drugi i w dodatku ocalił ich życia. Gdyby więcej ludzi myślało tak jak ona, może ten świat nie byłby taki zgniły.

- Nie ma za co – odpowiedziała im obu. Arthur zerknął na ukochanego, który przyglądał się Charlotte w szoku, chyba też nie mogąc uwierzyć, że ktoś im pomaga od tak, nie oczekując niczego w zamian i nawet nie chcąc słuchać pochwał. – Dobranoc.

- Dobranoc, Charlotte.

- Dobranoc.

Zamknęli za sobą drzwi, odłożyli rzeczy byle gdzie i od razu skierowali się do łóżka. Dawno już nie spali na żadnym porządnym, a to wyglądało naprawdę zachęcająco.

Wcześniej przytomnych trzymała ich jedynie wola przetrwania, potem dyskomfort przy opatrywaniu ran, teraz nic już ich nie powstrzymywało przed zaśnięciem. Bolało ich, gdy się kładli, ale gdy już się położyli, okryci szczelnie kołdrą, wreszcie ich ciała poczuły ulgę i odetchnęli głęboko.

Leżeli na bokach, John nie chciał nadwyrężać lewego ramienia i nogi. Patrzyli na siebie, po raz pierwszy przyglądając się swoim twarzom. Arthur nie mógł znieść tego, jak wygląda John. Krew już dawno została zmyta, a jego twarz wciąż była czerwona od opuchlizny. Prawe oko ledwo się otwierało, takie było spuchnięte, lewy policzek był napęczniały jakby John miał wypchane usta, a wargi były pęknięte w kilku miejscach.

Nigdy nie powinien tak wyglądać. To co zrobił mu Micah było niewybaczalne i Arthur żałował, że nie mógł bardziej tego drania skrzywdzić. Pocieszało go jedynie to, że też zdążył mu oszpecić buźkę.

Nie przeglądał się jeszcze w lustrze, ale pewnie wyglądał bardzo podobnie do Johna, cały obity i spuchnięty gdzie się dało. W ogóle nie przypominali teraz siebie, bardziej jakieś karykatury, które można znaleźć na kartach w paczkach papierosów, albo dziwadła w cyrku.

Powinni byli po prostu zastrzelić Micah.

Na szczęście to wszystko kiedyś zniknie. Opuchlizna zacznie schodzić, ale do tego czasu Arthur będzie musiał patrzeć na twarz ukochanego i ciągle dostawać przypomnienie tego, jak został skrzywdzony i jak bardzo go to wszystko bolało – nie tylko moment uderzeń, bo ich konsekwencje obaj będą odczuwać jeszcze przez kilka dni.

John na pewno myślał teraz podobnie. Wyciągnął rękę w stronę Arthura i delikatnie zbadał jego twarz, gładząc każde obolałe miejsce z czułością, jakby miało to jakoś pomóc w ich gojeniu się. Dotknął bandaża, który zakrywał jego czoło, wyraźnie zaniepokojony jego obecnością.

Arthur chwycił jego dłoń i przeniósł ją niżej, by pocałować jego zranione zadanymi ciosami knykcie. John mruknął i cały się trzęsąc przysunął się bliżej, tak że Arthur mógł go objąć, uważając na postrzelone ramię.  

- Kocham cię – wyszeptał Arthur, patrząc ukochanemu w oczy.

- Ja ciebie też – odpowiedział John i zamknął oczy. Zasnął momentalnie, oddychając powoli i spokojnie, całkowicie zrelaksowany pomimo tego przez co dopiero co przeszedł.

Po wielu godzinach walki o życie, nie tylko swoje, ale i innych, Arthur też w końcu mógł sobie pozwolić na relaks. Wszelki ból zniknął, czy może raczej został chwilowo zagłuszony przez potworne zmęczenie, które w sekundę uśpiło Johna, a teraz równie szybko usypiało i jego. Wiedząc, że obaj są bezpieczni, że Charlotte jest tuż obok, gdyby jej potrzebowali, Arthur odpuścił wreszcie i poddał zmęczeniu.

Zasnął gdy tylko zamknął oczy.

Nie pamiętał o czym śnił, nie miał też pojęcia ile spał, gdy się w końcu obudził, czy może raczej został obudzony przez potrząsanie. Zdezorientowany otworzył oczy i spojrzał w górę.

- Hej – przywitała się łagodnie Charlotte. – Wstawaj, Arthurze, już druga po południu.

- Nie miałaś nas obudzić rano? – zapytał i uniósł rękę, by przetrzeć posklejane powieki. Wszystko nadal go bolało, chciał wrócić do spania, by nie czuć się jakby przebiegło po nim stado koni.

- Obudziłam was – zapewniła rozbawiona. – Nie wiedzieliście co się dzieje i od razu wróciliście do spania. Nic dziwnego, że tego nie pamiętasz.

Starał się to sobie przypomnieć, ale miał pustkę w głowie. Nawet wspomnienia z nocy wracały do niego powoli, sprawiały wręcz wrażenie wymyślonych, ale obolałe ciało było dowodem tego, że to wszystko to nie był tylko jakiś dziwny sen.

- Która, mówiłaś, jest godzina? – zapytał ją. Już mu umknął ten szczegół.

- Druga po południu – powtórzyła i przyłożyła mu dłoń do czoła, sprawdzając temperaturę. Mruknęła po chwili z aprobatą i przeniosła dłoń za niego. – Nie macie gorączki. Myślisz, że dacie radę coś zjeść? Nie wiem kiedy ostatnio jedliście, ale chyba powinniście to zrobić.

Był głodny, czuł ssanie w żołądku, teraz nawet jeszcze intensywniej niż chwilę wcześniej, zanim Charlotte wspomniała o jedzeniu, ale jakoś nie potrafił się zmotywować. Chciał i jednocześnie nie chciał jeść, ale miała rację, powinni chociaż spróbować.

- Zobaczymy – odparł i ostrożnie podparł się na łokciu. Podnoszenie się nigdy nie było takie wymagające.

- Obudź Johna i przyjdźcie do mnie – poleciła mu, wstając z łóżka. – Bez pośpiechu, jak nie dacie rady, to przyniosę jedzenie do was.

Charlotte wyszła chwilę po tym, a on odwrócił się za siebie i spojrzał na wciąż śpiącego ukochanego.

John.

Naprawdę tu był. To też nie był sen, John przeżył. Poprzedniej nocy nie miał zbyt wiele czasu, by się z tego cieszyć, ciągle coś się działo, musieli uciekać i starać się przeżyć. Po prostu zaakceptował to, że John jest obok niego i walczy u jego boku, nie roztrząsał tego, nawet specjalnie nie celebrował.

Teraz, kiedy emocje już opadły, a cała sytuacja przestała wydawać się tylko pięknym snem, Arthur wreszcie uświadomił sobie, że John naprawdę jest tu teraz z nim, nie zginął, przeżył i wrócił do niego. John który przed nim leżał nie był tylko jednym z wielu wspomnień, które prawie zostały jedyną rzeczą, jaka mu po nim pozostała. Był prawdziwy tak samo jak on, poruszał się, oddychał spokojnie, czuł na biodrze ciężar jego dłoni, jej ciepło. Był ranny, ale żył, mogli dalej być razem jak planowali i nic innego nie miało teraz dla Arthura większego znaczenia.

Jeszcze nie tak dawno był pewien, że stracił najważniejszą osobę w swoim życiu. Teraz gdy ją odzyskał, cały świat mógłby się za chwilę skończyć, a on nie bałby się ani trochę. Przyszłość nie wydawała się już taka straszna, a jego cel znów był jasny. Pragnienie śmierci musiało jeszcze trochę poczekać na swoją kolej.

Obrócił się na lewy bok i oczarowany popatrzył na ukochanego. Wyglądał jeszcze gorzej niż w nocy, ale to było tylko przejściowe, nie miało żadnego znaczenia i nie osłabiło ani trochę radości Arthura z odzyskania Johna. Wątpił, że cokolwiek będzie mu to w stanie zepsuć. Euforia, którą teraz odczuwał, była równie silna co cierpienie, które najpierw musiał znieść. Tak jak wtedy tylko jedna rzecz mogła je zatrzymać, tak i teraz było tak samo.

Wyciągnął dłoń w kierunku Johna i dotknął delikatnie jego twarzy, przejeżdżając palcami po policzku, przy oku i po czole, powoli schodząc na nos, który zmarszczył się pod wpływem jego dotyku. Powieki Johna zaczęły drżeć, aż w końcu uniosły się, odsłaniając jego zaspane oczy.

- Co ty robisz? – wychrypiał zmęczony i na powrót zamknął oczy, poddając się dotykowi Arthura.

- Nie miałem jeszcze okazji się nacieszyć twoim zmartwychwstaniem – wyjaśnił. Starał się zabrzmieć, jakby go to już nie ruszało, ale głos mu się załamał, a słowa niemal utknęły w gardle. John znów na niego popatrzył, już bardziej przytomnie. Arthur zdał sobie sprawę, że pociekły mu łzy, gdy ukochany starł mu je z kącików oczu. Nie potrafił dłużej nad sobą panować. Ignorując ból całego ciała, przyciągnął Johna do siebie i objął go mocno. – Myślałem, że nie żyjesz.

John natychmiast odwzajemnił uścisk i wtulił się mocno w pierś Arthura, jakby chciał wejść do środka i już tam zostać.

- Byłem pewien, że zginąłeś w pociągu albo Dutch załatwił sprawę sam – wyznał, a jego głos drżał. Obaj teraz płakali z ulgi, wreszcie dając upust emocjom, które trzymali w ryzach całą ostatnią noc. – Byłem gotowy po powrocie do opuszczonego obozu zobaczyć twoje ciało.

To były prawdopodobnie najbardziej przerażające chwile w ich życiu. Przez kilka godzin byli sami i przekonani, że zostaną tacy już zawsze i będą musieli nauczyć się z tym żyć, czy im się podobało czy nie.

Wciąż czuli ten strach, gdy o tym myśleli, dlatego nie przestali się obejmować. Musieli poczuć siebie nawzajem, przekonać nie tylko oczy ale i ciała, że wszystko jakoś się ułożyło, że przetrwali i znów są razem.

Arthur nie miał pojęcia jak długo leżeli w swoich objęciach, mogąc się znowu rozkoszować swoją bliskością po tym, jak wyobrażali sobie świat bez niej. Byli jej złaknieni i powoli zaspokajali to pragnienie. Stęsknili się za nią tak mocno, że poczuli fizyczne ukojenie, gdy mogli jej znowu bez przeszkód doświadczyć.

Gdy w końcu się od siebie odsunęli, Arthur od razu pocałował Johna ostrożnie, ledwie musnął jego usta swoimi. Ich ostatni pocałunek wydawał się nierealny. Ten był tak rzeczywisty, że musiał się wstrzymywać, by go nie pogłębić.

Westchnęli z rozkoszą, odsuwając się niespiesznie od siebie.

- Żałuję, że nie możemy sobie pozwolić na więcej – powiedział Arthur, dotykając policzka Johna i przejeżdżając kciukiem po purpurowym sińcu pod jego okiem.

- Oczywiście, że nie – zgodził się z nim John, łapiąc go za dłoń i uśmiechając się na tyle, na ile aktualnie mógł. – Charlotte jest tuż za drzwiami.

Arthur parsknął, czując szczypanie wargi, gdy to zrobił, ale było warto.

- Jesteś durniem – stwierdził z czułością, ściskając dłoń ukochanego i splatając ich palce razem.

- To co mamy mi wystarcza – zapewnił John, spoglądając na niego z zachwytem, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. – Mogliśmy nie mieć nawet tego.

John miał rację. Jeden z nich mógłby być martwy, albo obaj. Zamiast tego przeżyli i powoli zmierzali do upragnionej wolności i nowego życia. W takiej sytuacji narzekanie na cokolwiek było proszeniem się o kłopoty. Los wciąż mógł się jeszcze od nich odwrócić.

- Chcesz spróbować coś zjeść? – zapytał ukochanego, przypominając sobie czemu w ogóle nie śpią. Charlotte pewnie już się niecierpliwiła. Albo myślała, że znowu zasnęli.

- Chcę spać – wyznał z westchnieniem, naciągając na nich kołdrę i wtulając się w poduszkę. – Ale mogę spróbować.

- Więc chodź – polecił i rozpoczął powolny proces zwlekania się z łóżka. Nie był pewny, czy ciało boli go od ostatnich upadków czy od spania tak długo. Bał się przeciągnąć, by sprawdzić, czy po tym by mu przeszło. – Może nam się polepszy po posiłku.

Arthur z przyjemnością odkrył, że choć głowa wciąż go bolała, to już nie tak bardzo jak wczoraj, a co najważniejsze, nie nękały go mdłości. Każdy ruch wywoływał ból, ale jakoś udało mu się usiąść, a potem stanąć na nogach, pewniejszych niż jeszcze kilkadziesiąt godzin temu. Zdecydowanie nie był jeszcze w najlepszej formie, ale przynajmniej nie czuł się już jakby umierał, był tylko cały czas zmęczony i senny, i najchętniej nie wstawałby z łóżka.

John również poruszał się lepiej, może nie szybciej, ale sprawniej. Tak jak Arthur bolało go podczas ruchu, złapał się też za głowę, gdy podniósł się zbyt szybko, ale już po chwili stał i nawet się nie zachwiał. Jutro lub pojutrze powinno być już z nimi dobrze.  

Powoli, ale już nie kulejąc, doszli do drzwi i wyszli do głównej izby. Charlotte natychmiast odwróciła się od garnka, w którym coś gotowała, ale Arthur nie był w stanie powiedzieć co, bo zapachy były dziwnie niewyraźne.

- Dzień dobry – przywitała się z nimi, wskazując na stół. – Jak się czujecie?

- Dalej wszystko boli – odpowiedział Arthur i usiadł wraz z Johnem do stołu.

- Przynajmniej przespaliście noc bez żadnych problemów – ucieszyła się i podała im po jednym kubku z wodą. Arthur od razu zaczął łapczywie pić, spragniony jak po pobycie na pustyni w Nevadzie. Poczuł ulgę, gdy tylko chłodna woda spłynęła w dół wysuszonego gardła. – Ilekroć do was zaglądałam, wyglądaliście na spokojnych.

- Nie spałaś przez resztę nocy? – zapytał ją zmieszany John, odrywając usta od kubka. Pił tak szybko, że woda pociekła mu po brodzie.

- To nic takiego – zapewniła, ale Arthur i tak czuł się winny, że tak do niej wpadli w środku nocy i zaburzyli cały jej spokój i normalny sen. – Nie potrzebuję snu aż tak bardzo, za to wy w tym stanie już tak.

- Też powinnaś była spać – upierał się John, z zawstydzeniem chowając się znów za kubkiem z wodą, którą popijał już nieco wolniej.

- Nic mi nie jest. – Charlotte wróciła do kuchni i zdjęła garnek z ognia, przekładając jego zawartość na dwie miski. Przyniosła je obie do stołu i postawiła przed nimi wraz z dwiema łyżkami. – Proszę. Owsianka, nic więcej pewnie nie przełkniecie.

- Będzie dobrze jeśli zjemy chociaż to – stwierdził Arthur.

Razem z Johnem niepewnie wzięli łyżki do ręki i nabrali pierwsze porcje owsianki. Charlotte obserwowała ich uważnie, jakby czekała na moment, kiedy będzie musiała im pomóc, gdy zaczną się krztusić.

Arthur pierwszy zaczął jeść. Owsianka jak to owsianka, była praktycznie bez smaku, kleiła się, ale mimo to bez problemu ją przełknął, czując bardzo dokładnie jak powoli dociera do pustego żołądka. Gardło mu się zacisnęło, gdy przez nie przelatywała, ale nie dostał odruchu wymiotnego, choć i bez tego owsianka była niedobra. Smakowała jak wióry bardziej niż zwykle i miał ochotę czym prędzej czymś ją popić, najlepiej whisky.

John aż się wykrzywił, gdy zjadł swoją porcję. Przełykanie owsianki przychodziło mu z trudem, ale jadł mimo to. Obaj powoli zapełniali żołądki, musieli odzyskać siły jak najszybciej, a na głodnego proces leczenia będzie trwał jeszcze dłużej.

Po kilku razach, owsianka nawet nie była już taka zła, prawdopodobnie przez głód, który nasilił się, gdy organizm zorientował się, że właśnie jest karmiony więc odciął wszystkie zmysły, byle tylko na pewno się najeść.

Dobrze wiedzieli co to głód i jaki potrafi być okrutny. Głodowali już nie raz, a uczucie zaspokajania tego pragnienia nie można było porównać do czegokolwiek innego na świecie. Nagle twoje ciało dostaje to czego potrzebuje, skupiasz się tylko na tym, by jak najszybciej zjeść i przestać czuć tę pustkę w żołądku. Nic innego się wtedy nie liczy.

Zignorowali wszelki dyskomfort i zaczęli szybciej jeść, nie pamiętając już o tym, że jeszcze przed chwilą nie chcieli tego w ogóle robić, choć ich organizmy się tego domagały. Owsianka nagle zaczęła smakować jak najlepsza pieczeń.

To nawet nie był największy głód, jaki kiedykolwiek czuli, nie jedli zaledwie jedną dobę, zdarzały się dłuższe okresy bez jedzenia, ale możliwość najedzenia się była czymś tak niesamowitym, że nieważne było jak długo nic nie jedli. Najważniejsze było to, że głód powoli mijał, żołądki uspokajały się, a zmęczenie słabło, gdy w ciała wstępowała nowa energia.

- Dołożę wam jeszcze – zaoferowała z uśmiechem Charlotte, gdy tak patrzyła jak bez żadnych manier pochłaniają jedzenie. Zwykle nie jedli w tak obrzydliwy sposób, ale pustych żołądków nie obchodziło dobre wychowanie.

Gdy miski mieli prawie psute, dorzuciła im kolejną porcję, tym razem wrzucając do środka trochę malin, by dodać owsiance smaku. Zwykle był to jedyny sposób, by uczynić ją jadalną. To i dodanie cukru. W przypadku, gdy owsianka była już jadalna, teraz stała się ambrozją. Gdyby nie duma, wylizaliby pewnie naczynia do czysta.

- Zdecydowanie byliście głodni – zaśmiała się Charlotte zabierając miski i wrzucając je do balii z wodą, po czym z szafki nad kuchnią wyciągnęła buteleczki toniku takie jak wczoraj. – Wypijcie. Działają przeciwbólowo. Przynajmniej tak mi powiedziała pewna starsza kobieta, która mi kiedyś pomogła.

- Poprzednie nas nie otruły, więc chyba nie kłamała – stwierdził Arthur i odkorkował butelkę, duszkiem wypijając cały tonik. Miał gorzki i nieprzyjemny smak różnych ziół, ale jeśli miało to pomóc, to nie zamierzał narzekać.

Już czuł się dużo lepiej. Sen i jedzenie zdecydowanie im pomogły. Całe szczęście zanim cały ten cyrk z napadem i uciekaniem się zaczął, byli w pełni sił. Osłabieni chorobą czy ranni nie dochodziliby do siebie aż tak szybko, o ile w ogóle by przeżyli.

Ale nawet w pełni sił nie poradziliby sobie bez Charlotte. W takim stanie, w jakim byli wczoraj, pewnie porządnie by nie oczyścili ran, dostaliby w końcu gorączki, zemdleliby gdzieś w środku lasu i albo Pinkertoni by ich znaleźli albo pożarłyby ich dzikie zwierzęta. Nie obroniliby się nawet przed głupią wiewiórką, gdyby te jadły mięso. Jeśli nawet by to jakimś cudem przeżyli, to i tak dochodziliby do siebie przez wiele dni. A tak przy dobrych wiatrach będą zdolni do drogi już pojutrze.

Dobrze zrobili słuchając się Charlotte. Nawet jeśli daliby już radę się obronić i wytrzymać długą podróż, nie było sensu ryzykować. Mieli czas, lepiej w spokoju dojść do siebie niż głupio się pospieszyć i zmarnować ten dar od losu, jaki dostali.

Zwłaszcza że leczyli się bardzo szybko. Ból mięśni okazał się być po części wynikiem długiego snu, a nie tylko obijania się o powierzchnię planety. Głowa wciąż Arthurowi pulsowała, ale to pewnie przejdzie z czasem, podobnie jak nietypowe wyczerpania, jakby wcale nie przespał właśnie dobrych dwunastu godzin.

- Szybko do siebie dochodzicie – pochwaliła ich Charlotte zmywając naczynia.  

- Lata praktyki, od tego zależało przeżycie – wyjaśnił John, rozmasowując ranę po kuli i po chwili dodając zgorzkniale: – Zwłaszcza ostatnio.  

- Jeśli nie zdrowiejesz zbyt szybko, narażasz resztę na niebezpieczeństwo – dodał Arthur. Starał się nie używać słowa „gang”, choć Charlotte pewnie domyślała się tego co robili. – Nikt nie był porzucany…

- Kiedyś – przerwał mu John z pogardą do ich byłej „rodziny”.

- Kiedyś – zgodził się Arthur i westchnął.

Wspaniałe czasy, kiedy nie bali się, że jeśli będą ranni zbyt długo, to gang ich zostawi i spieszyli się ze zdrowieniem tylko dlatego, bo chcieli być znów użyteczni. Nawet Wujka nikt by nie porzucił, bo był po prostu rodziną. 

- Nie musicie się spieszyć teraz – przypomniała im Charlotte, wycierając mokre ręce. – Możecie tu zostać tak długo jak potrzebujecie.

- Dziękujemy za twoją gościnność, ale musimy dołączyć do naszych przyjaciół – powiedział jej z wdzięcznością John. – Nie wiedzą co się z nami stało ani my nie wiemy czy są cali. Nie możemy zostać zbyt długo.

- Ale i nie za krótko. Najwyższy czas wyzdrowieć dla samych siebie, a nie z poczucia obowiązku – poradziła im.

Arthur nie potrafił sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek tak zrobili. Zawsze trzeba było się spieszyć, pomagać, wracać do rabowania szybciej niż mogli, byle tylko nie być kulą u nogi. Nawet teraz gonił ich trochę czas, ale po raz pierwszy nikt im nie stał nad głową i nie wpędzał w poczucie winy mówiąc, że bez nich sobie nie poradzą. Mogli w końcu pomyśleć o sobie. Sadie i reszta, do których tak im się spieszyło, też by tak im poradzili.

- Zostaniemy jeszcze trochę – obiecał jej. Wspaniale będzie choć raz na spokojnie wyzdrowieć. Zamierzali wyruszyć szybciej tak czy inaczej, ale przynajmniej nie od razu jak by to zrobili, gdyby nie posłuchali Charlotte.

- Dobrze – ucieszyła się i zbliżyła, podchodząc najpierw do Arthura. Zdjęła mu bandaż z głowy i obejrzała ranę nad okiem. – Goi się czysto, ale raczej zostanie blizna.

- Będziemy do siebie pasować – zażartował John, rozpinając koszulę, gdy Charlotte odwróciła się teraz do niego.

- Już pasujemy – zauważył z uśmiechem Arthur. – Dostałeś w to samo ramię, co ja. Wcześniej też miałem blizny na twarzy.

Podrapał się po podbródku, gdzie znajdowała się blizna po nożu.

- Zawsze chciałem być taki jak ty – wyjaśnił, krzywiąc się gdy musiał mocniej poruszyć ramieniem. Charlotte zaczęła zdejmować mu bandaż. – Jaka diagnoza, doktorze?

- Schlebiasz mi. – John uśmiechnął się do niej, gdy się zarumieniła. – Bez waszych instrukcji babrałabym się z tym pewnie do teraz.

- Masz talent – zauważył Arthur.

- Nauczyłam się skórkując zwierzęta.

- Powinienem się bać? – zapytał John. Charlotte w końcu odkryła ranę. Czerwoną, trochę od krwi, trochę od obrzęku, ale czystą, w powietrzu nie było czuć smrodu gnijącego mięsa.

- Taki wielkolud z ramieniem grubszym niż moja szyja? Raczej nie – uspokoiła go, przyglądając się ranie. – Nie wdało się zakażenie.

- Parę tygodni i będę jak nowy – ucieszył się John, uśmiechając się do Arthura. – Zrobiliśmy to, Art.

- Nie dziel skóry na niedźwiedziu, póki go nie upolowałeś – poradził mu. Charlotte czyściła Johnowi ranę przed ponownym zabandażowaniem.

- Najgorsze jest za nami – zauważył zadowolony.

Arthur wątpił, że tak jest, po ucieczce Pinekrtonom też mogło się tak wydawać, a potem pojawił się Micah. Nie będą w pełni bezpieczni dopóki nie uciekną do stanu, gdzie nie są ścigani. Rozumiał jednak ekscytację ukochanego, sam też ją czuł tylko starał się ją hamować, choć John bardzo mu to utrudniał. Naprawdę byli już bliżej niż dalej i nie musieli się już martwić Dutchem, który miał własne problemy. Arthur czuł, że mają już więcej kontroli nad tym, co może się wydarzyć, a to dobrze wróżyło.

Ich dobre humory popsuł hałas dochodzący z zewnątrz. Charlotte aż zamarła z przerażenia w połowie bandażowania.

- Konie – wyszeptał Arthur. Chciał sięgnąć instynktownie po rewolwer, ale natrafił tylko na powietrze. Ich pasy z bronią były w sypialni.

- Dużo – dodał John i wstał, nie czekając aż Charlotte dokończy bandażowanie albo się odsunie. Musiał ją złapać za ramiona, by jej nie przewrócić. – Może to jacyś podróżnicy.

- Nikt tędy nie przejeżdża, to odludzie. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam tu Arthura po raz pierwszy. – Charlotte ruszyła się w końcu z miejsca i cała blada ruszyła w stronę okna. Nie zdążyła się nawet zbliżyć, gdy rozległo się głośne pukanie. – Schowajcie się, szybko.

Arthur podniósł się po cichu z krzesła i razem z Johnem ruszyli w stronę drzwi sypialni. Całe szczęście okna były zasłonięte i osoby na zewnątrz nie mogły zajrzeć do środka, ale w tak małym domu wszystko było słychać.

- W razie czego krzycz – polecił jej John.

- Poradzimy sobie z nimi.

Arthur nie był pewien, czy z takim bólem głowy da radę strzelać, czy nie dostanie zawrotów głowy, ale jeśli będą zmuszeni się bronić, to zrobią to.

- Idę! – zawołała niewinnie Charlotte i narobiła trochę hałasu, dopóki Arthur i John nie schowali się w drugim pomieszczeniu. Zostawili drzwi uchylone, by słyszeć co się dzieje. Charlotte popatrzył na nich jeszcze ostatni raz i otworzyła w końcu drzwi, tylko trochę. – Tak?

- Dzień dobry, proszę pani – przywitał się uprzejmie jakiś mężczyzna. – Przepraszamy za najście, jesteśmy a Agencji Detektywistycznej Pinkertona.

Cholera, tego właśnie się obawiali. Po tej masakrze jaką urządzili niedaleko Beaver Hollow, patrole Pinkertonów wyrosły jak grzyby po deszczu. Szukali Dutcha, ale ich niestety też. Spodziewali się natrafić na jakąś grupkę, ale nie aż tutaj. 

- Miło poznać. – Charlotte zachowywała spokój choć pewnie była teraz śmiertelnie przerażona. Od niej teraz zależało czy poleje się jakakolwiek krew. – Czego panowie potrzebują?

- Zobaczyliśmy dym, więc postanowiliśmy sprawdzić skąd się bierze – wyjaśnił drugi głos. Pinkertonów było przynajmniej dwóch, ale na pewno nie tylko tyle. Za dużo kopyt słyszeli. – Pewnie to do pani nie dotarło, tak daleko pani mieszka od miasta, ale wczoraj, gdy pociąg przejeżdżał przez Annesburg, napadła na niego grupa bandytów.

- Dobry Boże – westchnęła z przejęciem. John i Arthur popatrzyli na siebie zaniepokojeni. Charlotte im do tej pory pomagała, ale nie wiadomo było czy nie wygoni ich, gdy dowie się w szczegółach co takiego zrobili.

- To bardzo niebezpieczny gang – mówił dalej jeden z agentów. – Zabili wiele osób podczas tego napadu, skradli żołd jadący do żołnierzy w Forcie Wallece i rozpłynęli się, zabijając znowu, tym razem wielu naszych kolegów.

- O mój Boże – komentowała przerażona. Nie byli w stanie stwierdzić, czy to udawany strach czy prawdziwy. – Czy są teraz w okolicy?

- To próbujemy ustalić – wyjaśnił Pinkerton. – Mogą być wszędzie, więc wszędzie szukamy. Nie widziała pani nic podejrzanego?

Arthur i John wstrzymali oddech. Nawet nie mieliby Charlotte za złe, gdyby teraz ich wydała. Obserwowali ją uważnie ze swojej kryjówki, gotowi w każdej chwili rzucić się do ucieczki przez tylne wyjście gdyby było trzeba.

- Nie, nikt tędy nie przejeżdża – odpowiedziała nerwowo. – Całe szczęście, inaczej bałabym się tutaj mieszkać.

- Mieszka pani sama? – zainteresował się mężczyzna. Charlott przymknęła nieco drzwi.

- Jestem wdową, mieszkałam tu z mężem i nie chciałam się wyprowadzać po jego śmierci – wyjaśniła. – Wie pan, wspomnienia. Tak czasami wciąż czuję, że mąż jest przy mnie.

- Rozumiem, proszę pani. – Przez chwilę każdy był cicho, słychać było tylko konie na zewnątrz. – Czyli nikogo pani nie widziała?

- Żadnej żywej duszy poza panami i wczorajszego wieczora pana kolegami – skłamała zręcznie. – Myśli pan, że bandyci mogą się tu zjawić?

- Niewiadomo, ale lepiej niech pani będzie ostrożna – poradził jej uprzejmie. – Możemy zajrzeć do środka?

Arthur poczuł, jak John stojący za nim zamiera, po chwili słysząc kliknięcie odciąganego kurka rewolweru.

- Nie – odmówiła bardzo szybko Charlotte. Może nawet za szybko.

- Dlaczego? – zapytał podejrzliwie agent.

- Proszę wybaczyć, panowie, ale jestem samotnie mieszkająca kobietą – przypomniała. – A panowie zjawiają się całą grupą opowiadając o bandytach i teraz prosicie o wejście do środka. Ufam, że mówicie panowie prawdę i jesteście tymi, za kogo się podajecie, ale wolałabym, żeby pozostały pomiędzy nami drzwi.

Przez kilka sekund Arthur był pewien, że Pinkertoni zaraz je wyważą. Zacisnął mocniej dłoń na rewolwerze i skupiony czekał na to co się wydarzy, czując krew pulsującą w głowie i potęgującą ból.

- Pani wybaczy – odpowiedział w końcu Pinkerton. – Ma pani rację, to było niestosowne.

- Nic nie szkodzi – zapewniła znów pogodnie Charlotte. – Wykonujecie panowie tylko swoją pracę.

- Jesteśmy po prostu ostrożni – wyjaśnił drugi agent. – Zdarzało się, że bandyci trzymali ludzi jako zakładników tylko po to, by ci mogli otwierać drzwi i ich kryć pod groźbą śmierci.

- Czy wyglądam panom na przerażoną?

O dziwo nawet nie brzmiała, jakby się bała. Nie tak bardzo, jak by się bała, gdyby ktoś do niej celował z broni. 

- Nie, proszę pani – odpowiedział jeden z mężczyzn. – Jeszcze raz przepraszamy za najście.

- I tak nie byłam zajęta – uspokoiła go. – Dziękuję za ostrzeżenie, będę uważać na ten cały gang.  

- Proszę pod żadnym pozorem się do nich nie zbliżać – ostrzegł ją agent, tak jakby byli jak Colm i jego banda, którzy mordowali każdego na swojej drodze. Może nie byli niewinni, ale nie zabiliby bezbronnej kobiety, która tylko sobie tu mieszka. – Są naprawdę niebezpieczni i nieobliczalni.

- Będę pamiętać.

- To żeby wiedziała pani, kogo unikać.

Charlotte dostała zrolowane plakaty, najpewniej listy gończe.

- Dziękuję. Za to i za bronienie zwykłych ludzi przed bandytami.

- Wykonujemy tylko swoją pracę. Dobrego dnia, proszę pani.

- I nawzajem.

Charlotte delikatnie zamknęła drzwi i oparła się o nie z ulgą, plakaty rzucając na stół przed sobą. Arthur i John nie wyszli, dopóki nie usłyszeli odjeżdżających koni, dopiero wtedy też się rozluźnili na tyle, by odłożyć broń. Nie chcieli jeszcze bardziej stresować Charlotte.

- Dobrze, że rano uprzątnęłam krew, którą zostawiliście pod drzwiami. – Zwracała się do nich, ale patrzyła w sufit.

Arthur i John podeszli powoli do stołu i wzięli po jednym plakacie. Tak jak się spodziewali, były na nich twarze członków gangu van der Lindego. Był Javier, Charles, Bill, Dutch we własnej osobie, oraz oni – wszyscy poszukiwani żywi lub martwi.

Brakowało Micah, więc pewnie odnaleźli jego ciało. Nie było też listów gończych Abigail, Sadie i Tilly, albo Pinkertoni nie mieli ich podobizn i nie do końca wiedzieli kim są jeśli je chociaż kojarzyli, albo nie uznawali ich za zagrożenie. Obstawiali to drugie. Kobiety rzadko zostawały bandytkami, Black Belle czy Sadie były wyjątkami. Kobiety były raczej poszukiwane za zabójstwo agresywnych i niewiernych mężów niż za rabowanie dyliżansów czy pociągów.

- Charlotte…

- Nie tłumacz się – przerwała mu szybko. – Nie musisz mi nic tłumaczyć, Arthurze, twoja przeszłość i co robiłeś mnie nie obchodzą. Znam cię jako człowieka szlachetnego i dobrego, który pomógł mi, choć mógł mnie obrabować przy pierwszej okazji. Jestem pewna, że nie tylko ja mogę to o tobie powiedzieć.

- Jesteśmy złymi ludźmi, Charlotte – wyjaśnił jej pomimo jej prośby. – Pinkertoni nie kłamali.

- Ale całej sytuacji sami nie znają. Jak mówiłam, nie liczy się dla mnie wasza przeszłość – powtórzyła stanowczo. – Przeszłość, którą jak sami powiedzieliście, postanowiliście rzucić. Więc jeśli mogę wam w tym pomóc, to zrobię to. Każdy powinien mieć szansę odpokutować swoje grzechy.

Nie spodziewali się po niej takiego oddania, nawet Arthur, nawet po tym co już dla nich zrobiła. Wiele osób na jej miejscu już dawno by ich wydało, gdyby poznało prawdę. Ona nie tylko tego nie zrobiła, ale wiedząc czym się zajmowali uznała, że zasługują na drugą szansę.

Arthur zdał sobie sprawę, że gdyby jej nie pomógł tych kilka tygodni temu, gdyby spotkał ją z Johnem dopiero teraz, to chociaż może i tak by im pomogła, to na pewno nie broniłaby ich przed Pinkertonami.

- Powtórzę się, ale jesteś aniołem, Charlotte – powiedział jej znowu i uśmiechnął się do niej.  

- Jestem tylko zwykłą kobietą, która stara się czynić dobrze. – Zabrała im listy gończe z rąk i razem z resztą wrzuciła do ognia, nawet nie patrząc na to ile pieniędzy mogłaby dostać za dostarczenie dwóch bandytów władzom. – Wracajcie do łóżka i prześpijcie się znowu. Ja pójdę zająć się waszymi ubraniami i złapać nam coś na kolację.

- Arthur ma rację, jesteś aniołem – przyznał John, z chęcią wycofując się w stronę sypialni, łapiąc Arthura za rękę, by pociągnąć go za sobą.

- Przestańcie albo naprawdę w to uwierzę – zaśmiała się i podniosła z ziemi balię z ich zakrwawionymi ubraniami. – Dobranoc, panowie.

Charlotte wyszła, a oni wrócili do łóżka. Nie byli jeszcze w pełni wypoczęci, więc niezapowiedziana wizyta Pinkertonów i chwila strachu, a wcześniej też nawet głupie jedzenie potwornie ich wymęczyły. Arthur jeszcze dokończył bandażowanie ramienia Johna i dopiero się położyli, zwróceni przodem do siebie.

Nie mogli się powstrzymać i z całej tej ulgi pocałowali się krótko i delikatnie, by wargi im znowu nie krwawiły.

- Myślisz, że przyjadą jeszcze jacyś? – zapytał John układając się wygodniej. – Albo łowcy głów?

- Pinkertoni? Wątpię. Ale łowcy głów mogą się pojawić – odparł, trochę się obawiając tej możliwości. Tych drugich nie będzie tak łatwo zbyć jak agentów, którzy mniej lub bardziej przestrzegali prawa w czasie swoich poszukiwań bandytów. Nie można było tego samego powiedzieć o łowcach głów. – Nie powinno nas tu być nim ktoś się tu zacznie kręcić.

- Mam tylko nadzieję, że Charlotte się nic nie stanie, jeśli tu przyjdą, a nas nie zastaną – wyznał John i westchnął. – Uratowała nam skórę już dwa razy. Wspaniała kobieta.

- Byłaby świetną żoną – zgodził się Arthur.

- Wiedziałem. – Popatrzył na ukochanego zaskoczony. – Podoba ci się.

Arthur parsknął.

- Za mało blizn jak na mój gust – odpowiedział i dotknął tej, która była na nosie Johna, przyglądając się jej chwilę nim skupił się na całej twarzy. – Nie mówiłeś jeszcze jak udało ci się przeżyć po wypadnięciu z pociągu.

- Nie upadłem aż tak mocno – wyjaśnił, potwierdzając przypuszczenia Arthura z wczoraj. – Bolało i trochę mnie otumaniło, ale czułem, że nigdzie się nie wybieram. Nie mogłem się jednak podnieść, było mi niedobrze i słabo. Wtedy pojawił się Dutch i Micah.

Arthur spiął się, gdy miał właśnie usłyszeć o tej „pomocy”, której niby nie mógł udzielić Johnowi ich przybrany ojciec.

- Nie było obok żadnego patrolu, prawda? – zapytał ukochanego ze złością.

- To ci powiedział? – John pokręcił głową. – Nie było nikogo, w dodatku leżałem w krzakach, nikt by mnie nie znalazł. Dutch ledwo to zrobił, słyszałem przez chwilę jak się kręcą po okolicy wraz z resztą. Próbowałem ich zawołać, ale nie mogłem. Ta jego wredna chabeta prawie na mnie nadepnęła. Pewnie żałował, że tak się nie stało.

- Wiedział, że nic poważnego ci nie jest?

- Oczywiście, że wiedział – odpowiedział pewny siebie. – On i Micah popatrzyli mi prosto w oczy, podczas gdy ja na granicy omdlenia prosiłem ich o pomoc. Nie wiem czego się spodziewałem po ostatnim razie, ale chyba trochę liczyłem na to, że mi pomogą. Wtedy Micah zaczął gadać, że będę was tylko spowalniać, że ranny nie przydam się już gangowi, a nie mamy czasu, by mnie niańczyć jak ostatnim razem.

- Dutch mu przytaknął – domyślił się. Odkąd umarł Hosea, często to robił.

- Żeby tylko, gdyby milczał miałbym chociaż jakieś wątpliwości co do tego, czy chciał mojej śmierci. – John opowiadał to ze złością, która udzielała się też Arthurowi do tego stopnia, że żałował, że Dutcha nie było z Micah, gdy ten ich zaatakował. – Patrząc mi prosto w oczy, Dutch powiedział, że ma rację i że zdrajcy i tak nie warto ratować. O tyle dobrze, że mnie nie zastrzelił na miejscu, choć Micah miał na to ochotę. Może obecność Javiera ich wystraszyła, słyszałem jak ich woła i pyta czy ze mną dobrze, ale tak czy inaczej, musiałem patrzeć drugi raz jak Dutch mnie zostawia, żebym umarł.

- Cholerne sukinsyny – wycedził Arthur.

Nawet nie próbowali coś zdziałać, po prostu zostawili towarzysza w potrzebie, bo ośmielił się pragnąć innego, bezpieczniejszego życia. A najgorsze było to, że nawet już to nie dziwiło. Obaj spodziewali się takiego zachowania po Dutchu.

- Straciłem potem przytomność – mówił dalej. – Obudziłem się, gdy mój koń zaczął mnie znowu gryźć. Znalazł mnie i pierwsze co zrobił, to prawie odgryzł mi palec.

Arthur zaśmiał się.

- Dobry konik.

John przewrócił oczami.

- Przynajmniej ze mną został – stwierdził po chwili. – Gdyby nie on, pewnie dotarłbym do obozu dużo później i nie zastał cię żywego czego i tak cały czas się obawiałem. Co się tam w ogóle wydarzyło?

- Próbowałem przekonać Dutcha, że Micah to zdrajca, ale nie chciał mi wierzyć – wyjaśnił pokrótce. – Potem zjawiłeś się ty. Myślałem, że zobaczyłem ducha.

- Gdy ignorowałem to, że możesz nie żyć, zastanawiałem się czemu sam mnie wcześniej nie odnalazłeś – wyznał rozbawiony z jakiegoś powodu John. – Gdy zaginąłem w górach, ruszyłeś mnie szukać od razu.

Ścisnęło go w żołądku po przypomnieniu, że tak bezmyślnie zaufał Dutchowi, choć była to ostatnia rzecz, jaką powinien robić. Zamiast szukać ciała albo jak się okazało, żywego Johna, wolał zacząć rozpaczać bez żadnych dowodów tylko wierząc na słowo.

- Przepraszam.

- Hej, nie mam o nic żalu – zapewnił szybko John, dotykając jego twarzy. – Później coś się stało Abigail, tak? Gdybyś mnie szukał, być może coś stałoby się jej.

- Mimo to powinienem był sam sprawdzić – upierał się, patrząc ukochanemu w oczy, mając nadzieję, że ten dostrzegał w nich jak bardzo żałuje swojego zachowania. – Po prostu… Bałem się zobaczyć twoje ciało. Nie chciałem, by zostało mi to w pamięci.

Gdyby tylko tam wtedy pojechał, znalazłby Johna nieprzytomnego. Pewnie by wtedy uciekli i dopiero później dowiedzieliby się, że coś w ogóle stało się z Abigail. Koniec końców wyszło na lepsze, ale wcześniej, przez kilka godzin żył ze świadomością, że stracił Johna i nawet nie próbował go szukać.

- W porządku – uspokoił go, czule gładząc jego policzek wierzchem dłoni. Arthur złapał ją i przyłożył sobie do niego, wzdychając gdy poczuł ciepło Johna. – Najważniejsze, że wszystko się ułożyło.

- Tak – zgodził się, choć nie osłabiło to jego poczucia winy.

- Miałeś nosa do tych koni – pochwalił John, zmieniając temat i rozśmieszając go trochę. – Jakbyś widział przyszłość.

- Musi być w takim razie bardzo wybiórcza – stwierdził rozbawiony. – Pojedziemy po nasze konie zanim rusyzmy do reszty.

- Dobry pomysł – przytaknął mu John. – Tęsknię za Old Boyem.

- A ja za Snowstorm.

Całe szczęście obu koniom nic nie było. Pozostałe dwa które miał przydadzą się przy podróżowaniu.

- Myślisz, że będzie już bezpiecznie jechać? – zmartwił się nagle John.

- Największe poszukiwania już powinny się skończyć, zwłaszcza jeśli Dutch ucieknie, a Pinkertoni pójdą za nim. Powinniśmy dać sobie radę.

Muszą po prostu zachować spokój i nie robić niczego pochopnie. To przez pochopne decyzje w ogóle byli w tym bagnie, nie popełnią tych samych błędów co Dutch.

- Nie wiem jak ty – zaczął John i przerwał, by ziewnąć tak mocno, że aż rozkrwawił sobie wargę – ale ja jestem zmęczony. Zamierzam się przespać do rana.

- Popieram – zgodził się z nim, zamykając już oczy i na ślepo obejmując Johna. – Już niedługo.

- Niedługo – powtórzył sennym głosem John i tak jak w nocy, tak i teraz szybko zasnęli.

Zostali z Charlotte jeszcze dwa dni, aż poczuli się na tyle dobrze, że nie czuli już bólu podczas ruszania się. Sińce na ich ciałach mieniły się teraz różnymi kolorami – od purpury po zielony, ale przestały doskwierać.

Bólami głowy też już nie musieli się przejmować, przespali większość tych dwóch dni, a nawet gdy byli przytomni, to po prostu leżeli w łóżku. Na pewno pomogło im to w dojściu do siebie, gdy potrząsali głowami, nie mieli już ochoty zwymiotować zawartości żołądka wraz z nim samym.

Charlotte często dotrzymywała im towarzystwa. Czuli się dziwnie leżąc w łóżku podczas gdy ona siedziała na niewielkim taborecie i robiła coś, ale nie pozwalała im się niepotrzebnie ruszać. Potrafili godzinami tak rozmawiać, oni opowiadali różnorakie historie ze swoich podróży, a Charlotte opowiadała o mężu i o tym jakie wiodła z nim życie.

Wrócił im też apetyt, a dzięki regularnym posiłkom, które dostarczała im Charlotte, bardzo dobrym posiłkom w dodatku, za każdym razem zwierającymi mięso, przez te dwa dni nabrali sił. John dalej miał problemy z postrzelonym ramieniem, ale poza tym był zdrowy i gotowy nawet do długiej drogi. Nogę miał już całkowicie sprawną, porozciągał ją dokładnie, sprawdził też czy nic go nie zaboli przy skakaniu.

Arthur był już w stanie normalnie pracować następnego dnia i postanowił odwdzięczyć się za gościnę zbierając ich gospodyni spory zapas drewna na opał. Osobiście porąbał jedno drzewo i naznosił wszystkie kłody do chaty, za co dostał od Charlotte burę i został od razu wygoniony do łóżka.

Nie pozwalała im się przemęczać, ale gdy już zezwala im na opuszczenie łóżka, dawała im coś małego do roboty, by nie czuli się całkiem zależni. Ze swoją ręką, John pomagał w domu, Charlotte nauczyła go nawet cerować, gdy robiła to z ich ubraniami. Nawet cierpliwość miała anielską, on już dawno by ją stracił do Johna.

Nawet trochę pomagając nie czuli się, jakby właściwie odwdzięczyli się kobiecie, która choć sprawiała wrażenie szczęśliwej z tego, że ma co robić i dotrzymują jej towarzystwa, zdecydowanie nie powinna była marnować tyle energii na dwóch byłych bandytów, którzy niezapowiedziani zjawili się u niej w nocy.

Problem był taki, że nie mieli jak się odwdzięczyć. John miał przy sobie dwa dolary, a on nic, wszystko oddał kobietom. Jedyną cenną rzeczą, jaką posiadał, był zegarek, ale ten był prezentem od Johna i nie chciał go oddawać.

Wpadł więc na inny plan odwdzięczenia się, który i tak będzie niewystarczający, ale chociaż poczują się lepiej niż odchodząc bez dawania czegoś w zamian.

Nikt ich już nie odwiedził, w ogóle nikt nie przejeżdżał w okolicy, mogli więc w spokoju dochodzić do siebie, nie przejmując się, że zaraz stracą nagromadzoną energię na jakiś nagły atak.

Gdy nadszedł dzień wyjazdu, ciężko było się pożegnać. Przez te trzy dni, które spędzili z Charlotte, bardzo się przyzwyczaili do jej codziennej rutyny. Skosztowali normalnego życia, które już niedługo też będą mieli, ale żal im było zostawiać przyjaciółkę, która tak bardzo im pomogła.

Zjedli razem jeszcze ostatnie śniadanie, zaraz z samego rana, gdy dopiero świtało. Chcieli jak najszybciej ruszać w drogę i odzyskać konie. Ich tymczasowy wierzchowiec został szybko osiodłany i już po chwili był gotowy do jazdy.

Charlotte dała im na drogę trochę jedzenia, żeby nie musieli polować i ryzykować złapania. Sama potrzebowała jedzenia, a mimo to oddała im część i nawet nie chciała słuchać, że nie mogą tego przyjąć.

- Bezpiecznej podróży, chłopcy – życzyła im, ściskając najpierw jednego, potem drugiego i całując ich w policzki. – Obyście zaczęli to nowe życie, o którym tak marzycie.

- Dziękujemy, Charlotte – powiedział jej Arthur. – Za wszystko. Chcielibyśmy się jakoś odwdzięczyć za to, co dla nas zrobiłaś przez te trzy dni, ale nic nie wydaje się odpowiednią zapłatą.

- Jesteście przyjaciółmi, a nawet od obcej osoby nie żądałabym zapłaty – zapewniła ich. – Nawet nie wiecie jak bardzo mi pomogła sama wasza obecność tutaj. Zwykle nie przeszkadza mi samotność, ale miło było pomieszkać znów z kimś. Zwłaszcza z takimi zacnymi ludźmi jak wy.

- Przeceniasz nas – zaśmiał się John.

- Albo to wy się nie doceniacie.

- Bardzo możliwe – zgodził się z nią Arthur i sięgnął po dziennik, wyjmując go z torby. Charlotte popatrzyła na niego zainteresowana.

- Mimo wszystko mamy dla ciebie prezent – zaskoczył ją John i gdy Arthur otworzył dziennik, wyjął ze środka dwie złączone ze sobą strony, które podał Charlotte. – To od nas obu.

Oczy kobiety zaszkliły się, a ręka powędrowała do ust, gdy zobaczyła rysunek, który narysowali wspólnymi siłami. Charlotte wciąż kochała zmarłego męża, o czym świadczyły liczne jego zdjęcia znajdujące się w jej domu. Na niektórych mąż był sam, na innych z nią, ale wszystkie bardzo bez życia, w końcu wykonanie dobrego zdjęcia w ruchu było niemożliwe, ludzie musieli zamierać do zdjęć.

Byli szczęśliwi na fotografiach, to czego nie mogli pokazać ruchem, pokazywali oczami, które nawet w czerni i bieli lśniły radością. Charlotte zasługiwała jednak na coś, co pokaże ją i jej męża tak, jak nie mogły to zrobić zdjęcia – w ruchu.

Więc ostatniej nocy tutaj, gdy Charlotte już spała, John zabrał z izby jedno ze zdjęć, by Arthur mógł idealnie odwzorować twarz mężczyzny, tworząc rysunek, na którym razem z małżonką tańczą – oboje chwilę po ślubie, on wciąż w garniturze, ona w pięknej sukni, wpatrzeni w siebie jakby byli dla siebie całym światem.

- To… - zaszlochała i otarła łzy, które ciekły jej po policzkach. – Dokładnie tak to wyglądało. Jakbyście tam byli. Uchwyciliście coś, co było do tej pory tylko w mojej pamięci. Naprawdę to narysowaliście?

- Tak jakby – wyjaśnił zawstydzony John. – Ja trzymałem ołówek, a Arthur kierował moją dłonią, bo nie umiem kompletnie rysować.

To było wyzwanie dla niego, nigdy wcześniej nie kierował czyjąś ręką, samym ołówkiem było zdecydowanie łatwiej, ale przy odrobinie samozaparcia udało mu się utrzymać swój normalny poziom i ręką Johna stworzyć jedno ze swoich najlepszych dzieł odkąd zaczął amatorsko rysować.  

- To prawda, wystarczy popatrzeć na to, jak narysował bizona.

Arthur już szukał rysunku, który był gdzieś schowany pomiędzy kartkami, ale John szybko zamknął dziennik i mu go zabrał. Charlotte roześmiała się, wciąż wpatrzona w rysunek. Drżącą ręką dotykała go w miejscu, gdzie był jej mąż.

- Dziękuję wam obu – zaszlochała i uściskała ich znowu, tym razem dłużej niż za pierwszym razem. Odwzajemnili uścisk od razu.

- Nie, to my dziękujemy – poprawił ją Arthur, masując ją po plecach, gdy jej ciałem targał szloch. – Uratowałaś nas.

- Nie wiem czy jeszcze kiedyś się zobaczymy, ale jeśli będziecie kiedyś w pobliżu, musicie mnie odwiedzić – zażądała, gdy doszła powoli do siebie.

- Mamy umowę, proszę pani – obiecał jej zawadiacko John i wspiął się na konia. Arthur usiadł zaraz za nim. – Dbaj o siebie, Charlotte.

- Wy też.

Machała im dopóki nie zniknęli jej z oczu. Gdy ją opuścili, Arthur poczuł dziwną pustkę w sercu.

- Będę za nią tęsknić – wyznał Johnowi. Gdy ostatni raz ją zostawiał, przekonany, że już nigdy więcej jej nie spotka, nie czuł się aż tak źle.

- Ja też – przyznał i spiął konia ostrogami. – Ale odwiedzimy ją. Obiecaliśmy.

Arthur nie zamierzał w żadnym wypadku łamać tej obietnicy. Może nie za rok albo nawet dwa, ale odwiedzą jej, gdy już się gdzieś zadomowią. Prawdopodobnie będzie to gdzieś daleko, ale jeśli będzie trzeba, przemierzą cały kraj, by spotkać się znowu z Charlotte. Zawdzięczali jej w końcu życie.

***

Another chance to lift my life
Free the sensation in my heart
To ride the wings of dreams
Into changing horizons
It brings inner peace within my mind
As I'm lifted from where I spilt my life
I hear an innocent voice
I hear kindness, beauty and truth