Actions

Work Header

Ku wschodzącemu słońcu

Chapter Text

Followed the track of my needle
Tried to be good to my people
So why's there no peace?
No break no relief

Can I be blamed if I'm angry?
Can I be saved if I'm barely clinging to hope?
I'm clinging to hope

***

Obudziło go szturchanie w ramię. Delikatne, ale bardzo natarczywe. W pierwszej chwili po prostu odtrącił od siebie rękę i wtulił się mocniej w plecy Johna, by dalej spać, ale szturchanie powróciło, tym razem z większą siłą, ale nadal bardzo lekkie. Za lekkie na dorosłego człowieka.

- Wujku Arthurze – usłyszał przejęty szept.

Jack był ostatnią osobą, jakiej się tu spodziewał. Zdziwiony podniósł się do siadu, czując protestujące mięśnie, które były trochę spięte po tylu godzinach snu.

Nie miał pojęcia, która jest godzina, ale nie obudził się ani razu. Dalej chciało mu się spać, ale zmęczenie ostatnich dni zniknęło jak ręką odjął. Nie czuł się może jak nowo narodzony, ale nie padał już na twarz i był gotowy na napad. Ostatni już.

Jak tylko wypije kawę.

- Czego chcesz, Jack? – zapytał, może trochę za ostro, ale był w kiepskim nastroju po byciu obudzonym.

Chłopiec klęczał obok niego, ale wpatrywał się w swojego ojca, który oczywiście spał jakby był martwy.

- Mama kazała was obudzić – wyjaśnił, kierując swój wzrok na Arthura przecierającego zaspane oczy. – Dlaczego spałeś z papą, wujku Arthurze?

Popatrzył na chłopca zmieszany, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć, czego chciałaby Abigail. Skoro go wysłała, to chyba nie miała nic przeciwko, by Jack poznał ich tajemnicę, ale i tak wolałby się najpierw z nią rozmówić.

Nigdy nie powiedzieli Jackowi o ich relacji. Nie było potrzeby. Chłopak nie rozumiał, czemu jego ojciec go nie chce, nie zastanawiał się też czemu nagle zmienił zdanie, był po prostu szczęśliwy, że w końcu ma ojca. Abigail i John zakładali, że wyjaśnią mu to wszystko jak podrośnie, taki mieli plan nawet gdyby John nie zmienił zdania co do ojcostwa.

Nie było więc powodu, by mówić chłopcu, że jego rodzice nie są razem, bo ojciec jest zakochany w jednym z wujków i co to oznacza. Pewnie nawet by się tym nie przejął jeśli jego teraźniejsza reakcja o czymś świadczyła, ale nie potrzebował po prostu tego wiedzieć. Arthur i John i tak woleli to trzymać w tajemnicy, nieważne przed kim. Nawet jeśli dla Jacka nie byłoby to nic dziwnego, choć spotykał się do tej pory tylko z normalną miłością, to nie chcieli ryzykować, że chłopak się kiedyś wygada, wspominając nieodpowiedniej osobie, że jego papa i wujek Arthur lubią się czasami całować w usta jak niegdyś Sean i Karen albo Dutch i Molly.

Nie miał pojęcia co teraz kierowało Abigail, by go tu wysłać, żeby na własne oczy zobaczył co się dzieje, ale najwyraźniej chciała to mieć za sobą, skoro niedługo będą wszyscy w podróży i Jack prędzej czy później zauważyłby, że coś jest nie tak. Ryzyko, że chłopiec się wygada też zniknie, bo z obcymi nie rozmawiał, a nikogo innego znajomego już z nimi nie będzie. 

- Czasami tak lubimy – wyjaśnił w końcu Jackowi, gdy zdał sobie sprawę, że trochę odpłynął myślami, a młody Marston dalej czekał na odpowiedź. – Lepiej się nam wtedy śpi.

Jak to dobrze, że zrobili to dziś w nocy. Gdyby nie to, pewnie dalej wyglądałby jak upiór.

- Oh, okej – przytaknął niewzruszony. – Mnie też się lepiej śpi z mamą. Nie mam wtedy złych snów.

- Twojemu ojcu też to zawsze pomagało – zdradził chłopcu i potrząsnął Johnem, który fuknął ze złością, ale na szczęście nie trzeba go było siłą budzić. – Ruszaj tyłek, bliznowaty.

John podniósł się i odgarnął włosy z twarzy, spoglądając z pretensją na Arthura i szybko przenosząc wzrok na Jacka, którego właśnie dostrzegł.

Komicznie wyglądała jego reakcja, Arthur parsknął rozbawiony, gdy John zamarł niczym zaniepokojony  jeleń i z takim samym tępym wyrazem twarzy patrzył na syna, który uśmiechał się do niego niewinnie. Wyglądał jak w dniu, kiedy Abigail powiedziała mu, że jest w ciąży – szok mieszał się niedowierzaniem i przerażeniem, ale tym razem nie podążyła za nimi wściekłość jak wtedy.

- Cześć, Jack – przywitał się niezręcznie, szukając ze wzrokiem pomocy u Arthura. Gdy zauważył, że ten jest spokojny, też się rozluźnił.

- Cześć, papo! – Jack przeczołgał się po kolanach Arthura i dotarł do Johna, wciskając się pomiędzy ich obu. – Lubisz spać z wujkiem Arthurem, papo?

John zaczerwienił się jak niewinna panienka i spanikowany popatrzył na Arthura, który zagryzał wargę, by nie zacząć się śmiać na głos i nie ogłosić całemu obozowi, że siedzą razem w zamkniętym namiocie.

- Ja…

Biedactwo, nie wiedział co odpowiedzieć, co Jack dokładnie widział, co o tym myśli i jak mu to wyjaśnić bez wdawania się w szczegóły.

- To lubisz czy nie? – popędził go Arthur, chcąc się z nim trochę podroczyć.

John odchrząknął i wziął się szybko w garść, nie chcąc wyjść przed własnym synem na słabego i zawstydzonego.

- Czasami – odpowiedział. Jeśli to miał być jego stanowczy głos, to coś mu nie wyszło.

- Czy to miłe?

- Bardzo.

Arthur uśmiechnął się do ukochanego złośliwie, gdy ten znowu na niego popatrzył. John wyglądał, jakby miał ochotę go zabić.

- Idź powiedz mamie, że już wstaliśmy – powiedział Jackowi, klepiąc go delikatnie po plecach.

- Okej – zgodził się i wypełzł dołem z namiotu, zostawiając ich samych.

- Nienawidzę cię. – To było pierwsze, co powiedział John, gdy Jack zniknął. – Co on tu robił? Jak dużo widział?

- Nic co by go zaskoczyło, najwyraźniej. – Jackowi nawet powieka nie drgnęła, gdy Arthur dwojako wyjaśnił czemu śpią razem. Dla niego to nie było nic niezwykłego. Ciekawego, owszem, ale nie niezwykłego. Gdyby zobaczył ich całujących się, pewnie też nie zwróciłby na to większej uwagi. Nikt mu jeszcze nie zdążył powiedzieć, że takich mężczyzn jak oni powinno się wieszać. W jego oczach nie robili nic złego. – Abigail go tu przysłała, pewnie już zbliża się czas na napad.

Spojrzał na zegarek, by się upewnić. Zdecydowanie już czas. Jedenasta.

- Jak ci się spało? – zapytał go John, o wiele spokojniejszy niż jeszcze przed chwilą.

- Jak niemowlę – odparł i przeciągnął się. – To był dobry pomysł, John.

- Ty mi go wczoraj podsunąłeś – przyznał szczerze i usiadł wygodniej, ale nie wyglądał wcale na rozluźnionego, znów zrobił się spięty. – Już niedługo.

- Wiem – przytaknął, czując emanujące z Johna zdenerwowanie.

- Jestem podekscytowany i przerażony jednocześnie – wyznał i zaśmiał się nerwowo pod nosem. – To jest ten dzień. Albo się nam uda, albo nie.

- Bardzo głębokie – stwierdził, chcąc jakoś rozładować atmosferę.

John prychnął i trącił go ramieniem.

- Wiesz co miałem na myśli.

- Wiem – zapewnił i popatrzył Johnowi w oczy. Był w nich strach, o którym mówił, ale i radość. Obaj wyczekiwali tego, o czym marzyli już od dawna i wreszcie mieli to na wyciągniecie ręki. Za kilka godzin będą wolni. Wolni od Dutcha, od gangu, od starego życia. Będą mogli zacząć na nowo jako zupełni inni, lepsi ludzie.

Ich podekscytowanie wyrwało się chwilowo spod kontroli strachu i momentalnie uderzyło im do głowy. John ruszył się pierwszy, a Arthur wyszedł mu naprzeciw i po chwili całowali się za bezpiecznymi ścianami namiotu.

Nie było żadnego pośpiechu, żadnego wielkiego pożądania w ich pocałunku. Cieszyli się po prostu sobą, starając się jak najlepiej zapamiętać tę chwilę, by jakoś zaspokajać swoją tęsknotę, gdy w podróży nie będzie czasu na takie rzeczy.

Przemęczą się z tym układem jeszcze tylko trochę. Wytrzymali ponad trzy lata, byli nawet gotowi wytrzymać choćby do końca życia, to wytrzymają jeszcze kilka tygodni. A potem w końcu nie będą musieli się kryć, bo nie będzie przed kim. Wreszcie nie będą musieli sobie odmawiać tego wszystkiego co do tej pory. Przyszłość prezentowała się naprawdę wspaniale.

Zbliżyli się jeszcze bardziej do siebie. Odrobina bliżej i któryś z nich musiałby wejść drugiemu na kolana. Arthur położył Johnowi dłonie na ramionach, gdy ten ujął czule jego twarz w swoje, rozkoszując się szorstkością zarostu pod palcami.

Nie chcieli tego przerywać, choć powinni. Było im jednak zbyt dobrze w tej chwili, tylko oni dwaj, bez żadnych trosk, które powrócą, gdy tylko opuszczą namiot. Mając do wyboru to, albo całowanie się bez końca, nie trudno było podjąć decyzję.

- John, Arthur, mam wam… oh.

Oderwali się od siebie jak oparzeni, gdy usłyszeli głos dobiegający od wejścia do namiotu. To była tylko Abigail, ale przez moment napędziła im niezłego stracha. Arthur był pewien, że jego serce nigdy tak szybko nie biło jak teraz.

W mgnieniu oka zrobiło się niezręcznie. Nigdy nie całowali się przed kimś, z oczywistych względów. Nie licząc Sadie ten jeden raz, ale nawet na nich wtedy nie patrzyła. Abigail teraz to robiła, z otwartymi w pół słowie ustami i cała zszokowana. Nie spodziewała się ich zastać w takiej sytuacji. Policzki miała całe czerwone od rumieńców i oni pewnie też. Jeden rzut oka na Johna potwierdził jego przypuszczenia. 

Abigail odchrząknęła i odwróciła wzrok, choć nie całowali się już przecież. Cieszył się jednak, że to zrobiła. Nie potrafił jej spojrzeć w oczy.  

- Wybacz, Abigail, nie spodziewaliśmy się, że ktoś tu zajrzy – wytłumaczył ich Arthur, gdy nie mógł już znieść ciszy, która zapadła i zdał sobie sprawę, że nikt inny się nie odezwie. Abigail dalej patrzyła w bok, z ręką na połach namiotu i gotowa w każdej chwili do ucieczki, a John chowając twarz za włosami zrywał z palców naskórek, który pozdzierał sobie podczas jazdy konno.

- W porządku – zapewniła, odwracając się znowu w ich stronę. Uśmiechała się, ale w jej oczach widział smutek wywołany widokiem, jaki zastała. Podziwiał ją za to, że pomimo złamanego serca dalej chciała im pomagać. Gdyby był na jej miejscu i miał oglądać Johna z kimś innym, już dawno by nie wytrzymał. Miał nadzieję, że kiedyś jej to minie i spotka kogoś, kto ją uszczęśliwi tak jak John nie mógł tego zrobić. Zasługiwała na to. – Tilly zastąpiła Pearsona i przygotowała wszystkim coś do zjedzenia. Dutch chce, żeby wszyscy zjedli razem. Żeby podnieść morale.

John i Arthur popatrzyli na siebie i przewrócili oczami. Ich morale już nic nie pomoże, chyba tylko pieniądze spadające z nieba. Niestety jak głupi by ten pomysł nie był, musieli się zjawić na wspólnym posiłku i odegrać swoją rolę jak artysta na scenie. Margaret byłby dumny z aktorstwa Arthura.

- Więc nie każmy im czekać – zdecydował i podniósł się, podając rękę Johnowi, by pomóc mu wstać.

Abigail przytaknęła, znów z uśmiechem, ale gdy już miała wyjść, odwróciła się jeszcze szybko do nich zanim rozsunęła poły.

- Oh, jeszcze jedno, Arthurze – powiedziała i zbliżyła się, nim kontynuowała bardzo cicho. – Dutch nie wie, że jesteś w obozie. Sadie powiedziała mu, że Jackowi i mnie było gorąco w namiocie, dlatego spaliśmy u ciebie, gdy ty po powrocie do obozu wyszedłeś kawałek poza niego. Nie możesz wyjść normalnie, wszyscy od razu zauważą, a są przekonani, że John spał sam.

- Okej, jak mam to niby zrobić? – zdziwił się. Z namiotu było tylko jedno wyjście.

- Rozetnij tył namiotu i tak nie będzie mi już potrzebny – zaproponował John, sięgając po swoje buty stojące pod jedną ze ścian.

- Rozetnij tył namiotu – powtórzył zaskoczony, pilnując się by nie podnieść głosu. – Przecież to gruby materiał, w Annesburg będzie słychać jak go przecinam.

- Więc zrób to jak najciszej – poradził mu John, podchodząc blisko, za blisko jak na sytuację, gdy nie byli sami. – Cichuteńko, Arthurze.

Abigail popatrzyła na nich zaskoczona, gdy John z zadowolonym uśmieszkiem odwrócił się i przysiadł by założyć buty, a on starał się walczyć z własnym ciałem, by się nie czerwienić.

Nie udało mu się. Policzki wręcz go paliły, więc by jakoś ukryć swoje zażenowanie, też skupił się na założeniu butów.

- Powiem Dutchowi, że John zaraz wyjdzie – postanowiła Abigail, nadal nie bardzo rozumiejąc co Johna tak rozbawiło, a Arthura zawstydziło.

Ostrożnie opuściła namiot, a gdy tylko zniknęła, John popatrzył na Arthura, dalej szczerząc się jak głupek.

- Ani słowa – ostrzegł go.

Powstrzymując się od śmiechu, John pokręcił głową, po czym przyłożył palec do ust.

- Cii – przypomniał i podniósł się na nogi, podnosząc z ziemi pas z bronią i zapinając go wokół bioder. – Do zobaczenia za parę minut. I pamiętaj, bądź cicho.

- Wynoś się stąd – popędził go zażenowany, ale nie mogąc mimo to powstrzymać się od uśmiechu.

- Nie możesz mnie wygonić z mojego własnego namiotu – zauważył, ale wyszedł, zostawiając poły opuszczone.

Arthur skończył zakładać buty, uzbroił się i po założeniu kapelusza podszedł do tylnej ściany namiotu. Nadal nie był przekonany do tego planu, ale nie miał innego wyjścia. Wyciągnął nóż z pochwy i ostrożnie dotknął czubkiem płachty, napierając na nią powoli. Nawet jej nie naciął, jak tylko spróbuje, od razu będzie słychać.

- Cichuteńko – powtórzył zirytowany. – Chciałbym widzieć jak próbujesz, Marston.

- Na co się gapisz?! – usłyszał nagle krzyk Sadie.

Zdziwiony spojrzał w stronę wyjścia z namiotu, zastanawiając się co się teraz dzieje przy ognisku.

- Nic nie zrobiłem! – To był jeden z koleżków Micah.

- Spójrz w moim kierunku jeszcze raz, a wyłupię ci oczy tą łyżką! – zagroziła Sadie.

Nie miał pojęcia co się tam dzieje, ale nigdy tak bardzo się nie cieszył z donośnego głosu pani Adler. Zagłuszył kompletnie hałas rozcinanego materiału.

- Pani Adler, proszę się uspokoić! – rozkazał Dutch, też nie oszczędzając gardła. – Jesteśmy po tej samej stronie, na litość boską!

- Nawet nie znam tych wsiurów! I ani trochę im nie ufam!

Jeszcze troszeczkę i powinien się zmieścić. Ciął tak szybko jak tylko potrafił, pomimo wrzasków na zewnątrz starając się robić jak najmniej hałasu. Nie chciał ryzykować.

- Pani też nikt kiedyś nie znał, ale zaufaliśmy pani! Uspokójcie się wszyscy natychmiast! Mamy się zintegrować przed napadem. Musicie sobie ufać, jeśli to ma się udać!

Ufać, dobre sobie, pomyślał Arthur, przeciskając się przez rozdarcie w namiocie. Całe szczęście nie było widoczne z zewnątrz.

Przemknął przez krzaki i najciszej jak potrafił ześlizgnął się ze wzniesienia, na którym rozbili obóz, po czym przemieścił się w stronę głównego wjazdu i spacerkiem ruszył w stronę reszty. Nikt nie pełnił warty.

- Jezu, słychać was pewnie w samym Valentine, tak się drzecie – powiedział jak gdyby nigdy nic, zbliżając się do ogniska. – O co wam poszło?

- Cholera wie – odparł koleżka Micah, piorunując Sady wzrokiem.

- Miło, że dołączyłeś, Arthurze – odezwał się Dutch, robiąc obok siebie miejsce. Wolałby usiąść gdzie indziej, ale nie zamierzał nawet próbować ignorować tak oczywistego zaproszenia. Nałożył więc sobie potrawki, którą przygotowała Tilly i zasiadł obok lidera. – Gdzie byłeś całą noc?

- Kręciłem się po okolicy – odparł pomiędzy kęsami. Micah go obserwował, nawet nie patrząc, czy prosto wkłada łyżkę z jedzeniem do ust. – Nie mogłem zasnąć z nerwów.

- Nie widziałem, żebyś wychodził – zauważył Bill.

- Taki z ciebie wartownik.

- Nie ma powodu do zmartwień – zapewnił go Dutch, kładąc mu dłoń na ramieniu. Arthur musiał bardzo się kontrolować, by się nie wzdrygnąć. – Już za kilka godzin będziemy obrzydliwie bogaci i wolni.

- Dobrze mówisz, szefie – przytaknął mu Bill.

Arthur pokiwał głową i pochylił się nad miską z jedzeniem, zerkając jeszcze przez moment na Johna, który siedział naprzeciwko, pomiędzy Sadie i Abigail. Dutch nie mógł być chyba bliższy prawdy, a jednocześnie tak bardzo się mylić.

Zjedli w spokoju, bez żadnych kolejnych awantur, bo Dutch zaczął przypominać cały plan i kto jakie ma zadanie. Znali go już na pamięć, tak często go przerabiali. Już rozumiał, czemu John był tak zły, gdy jemu kazał powtarzać ich plan.

- A gdy będziemy mieli pieniądze, przyjedziemy po was i odjedziemy w siną dal – opowiadał z przekonaniem Dutch, zwracając się do Abigail, Tilly i Susan. – Bądźcie spakowane, drogie panie, bo będziemy musieli się spieszyć.

Dutch nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo ułatwił im ucieczkę.

Po posiłku dostali polecenie przygotowania się pod względem uzbrojenia. Każdy poszedł więc do swoich rzeczy, by wybrać odpowiednią broń, która może się przydać, resztę zostawiając do spakowania kobietom. Arthur nie był wyjątkiem i przysiadł na swoim łóżku, czyszcząc rewolwery, by go nie zawiodły w najważniejszym momencie. Wszystko inne czego potrzebował miał na koniu, a najcenniejsze rzeczy w torbie, więc gdy wyczyścił broń, miał jeszcze trochę wolnego czasu.

Rozejrzał się po swoich rzeczach, które towarzyszyły mu od lat, zwłaszcza ten stary, wysłużony wóz. Będzie mu tego trochę brakowała, nawet głupiego stolika. Wszystko inne, co dało się zabrać, zabierał ze sobą.

Popatrzył na zdjęcie matki, której nie pamiętał zbyt dobrze, ale lubił sobie wyobrażać, że mocno go kochała i byłaby dumna z tego, co zamierzał zrobić. Wcześniej oczywiście złamałby jej serce zostając zwykłym bandytą jak ojciec. Może by mu wybaczyła. Może.

Nad łóżkiem leżał wycinek z gazety opowiadający o jego pierwszym w życiu napadzie na bank. Kiedyś był z niego bardzo dumny, pamiętał też jak John cieszył się, gdy obrobił swój pierwszy bank. Teraz brzydził się tym wyczynem, dlatego bez żalu zgniótł wycinek i rzucił w bok.

Odwrócił się za siebie, gdzie znajdowały się inne zdjęcia. Miał je zostawić Abigail do spakowania, ale może weźmie je już teraz.

Wyjął najpierw zdjęcie matki z ramki, chowając je pomiędzy strony dziennika. Ze zdjęciem ojca i swojego psa zrobił to samo, aż została tylko jedna fotografia, przedstawiającą jego, Dutcha i Hoseę za młodu. Nie pamiętał kiedy zrobili to zdjęcie, ale miał pewnie z osiemnaście lat, może dwadzieścia. Na pewno Johna jeszcze nie było z nimi.

Był wtedy szczęśliwy. Nic im nie groziło, obrabiali bogatych, a Dutch wydawał się być kochającym ojcem, na którym zawsze może polegać. Jak wiele się zmieniło przez lata.

Miał ochotę wyrzucić to zdjęcie, ale nie potrafił. Hosea na nim był, jego jedyna pamiątka po nim. Nie miał innych zdjęć swojego drugiego ojca, tego który jako jedyny prawdopodobnie kochał go szczerze i traktował jak prawdziwego syna, a nie tylko marionetkę.

Nie mógł tego zrobić temu staruszkowi. Jeśli będzie trzeba, wytnie Dutcha ze zdjęcia, ale zachowa je. Wylądowało więc bezpieczne w dzienniku, który przejrzał pobieżnie, od pierwszego wpisu po przybyciu do Horseshoe, po aktualny.

W połowie natrafił na wpis o wypadzie w góry z Johnem. Wrócił do tego fragmentu, z uśmiechem czytając o tym co się wtedy wydarzyło. Zapatrzył się przez chwilę na rysunek nagiego Johna, przykrytego jedynie kocem. Lubił wracać do tamtego dnia. Po Blackwater, to było jedno z przyjemniejszych wspomnień z tego całego okresu, kiedy wszystko zaczęło się sypać.

Pomiędzy dwie następne strony wetknięte było zdjęcie Johna, które mu wtedy zrobił, zaraz po zabiciu bizona.

John się uśmiechał, z dumą pozując przy swojej zdobyczy, wyglądając w tamtej chwili znowu jak dwunastolatek, a nie dorosły mężczyzna, który kilka tygodni wcześniej ledwo uszedł z życiem będąc w tych samych górach co na zdjęciu.

Drugie takie zdjęcie, tylko z nim, John trzymał gdzieś u siebie. Obie fotografie były miłymi pamiątkami czegoś pięknego, czego nigdy nie chciał zapomnieć.

Długo przyglądał się zdjęciu. Chciał zapamiętać każdy szczegół, na wypadek gdyby stracił fotografię, a oni zostali rozdzieleni na dłużej, jeśli nie na zawsze. Miał nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale i tak się tego obawiał. To był jego problem od dawna. Zawsze martwił się o Johna, czy tego chciał czy nie. Martwił się, gdy ten był jeszcze dzieckiem i martwił teraz, gdy obaj byli dorośli i potrafili o siebie zadbać.

Z nich obu, John najbardziej zasługiwał na przeżycie. Miał rodzinę, do ciężkiej cholery, nie powinien ryzykować zostawienia jej, powinien uciekać jak Abigail i Jack, a nie brać udział w misji samobójczej.

Zamiast brać go pod uwagę w całym planie, Arthur powinien go odesłać już dawno. Sam, nie musząc się martwić o Johna i to jeszcze bardziej niż zwykle, miałby większe szansę na wyjście cało po tym napadzie. Wiedząc że ktoś na niego czeka, miałby też większą motywację, by przeżyć. Nie że jej nie miał w ogóle, ale bezpieczeństwo Johna zawsze będzie jego priorytetem. Nie musząc się o niego martwić, mógłby się skupić tylko na własnym przetrwaniu.

Nie było jednak mowy, by to teraz naprawić. John się nie zgodzi nie brać udziału w napadzie. Dutch zresztą też nie pozwoli mu zrezygnować. Chyba że go przekona. Może nie było jeszcze za późno, by naprawić swój błąd i zapewnić Johnowi bezpieczeństwo. Dutch może i jest niezrównoważony, ale wiedział jak to jest stracić bliską osobę. Z pewnością odpuści Johnowi, jeśli przypomni mu to, że John ma dziecko i kobietę na utrzymaniu. Nie dopuści do tego, by obydwoje cierpieli, odbierając im jedyną rodzinę, jaką posiadali.

Nie pozwoli Johnowi tak ryzykować. Nie pozwoli mu zginąć, gdy może coś z tym zrobić. On może zginąć, nikt go aż tak nie potrzebował jak Johna. Jeśli coś mu się stanie… Nie chciał nawet o tym myśleć, ale mimowolnie wrócił pamięcią do dnia sprzed miesięcy, kiedy John nie wracał ze zwiadu. Aż poczuł chłód tamtego dnia i śnieg na policzkach, tak jak wtedy gdy razem z Javierem wspinali się na zaśnieżone szczyty w poszukiwaniu zaginionego towarzysza.

Wszyscy byli już gotowi do wyjazdu. Micah, jego kumple oraz Bill byli podekscytowani. Javier nie wyglądał na przekonanego, ale nie sprawiał też wrażenia, jakby miał zaprotestować. Sadie była pewna siebie, cała w gotowości, a John… John udawał, że się nie boi. Nie samego napadu, ale tego co będzie potem.

To jeszcze bardziej przekonało Arthura, by jakoś go wyciągnąć z tej sytuacji, póki jeszcze mógł. Poszedł więc do Dutcha, układając na szybko w głowie co mu powie i jak, licząc na to, że go przekona.

Mógł się spodziewać, że to nie będzie nic prostego.

Zaślepiony. Obłąkany. Inaczej nie dało się teraz opisać Dutcha, kiedy znów streszczał ten swój genialny ponoć plan, opowiadając o tym jak ważne jest, by wszyscy byli mu lojalni i jak to przechytrzą wszystkich i wyniosą się na jakąś rajską wyspę.

Kiedyś poszedłby za nim w ogień, kiedyś te plany miały sens, teraz przynosiły tylko śmierć. Ten też ją przyniesie, nie miał co do tego wątpliwości. Pogrywanie z bogaczami i policją w mieście to jedno, ale pogrywanie z całym wojskiem? Tylko szaleniec by się na coś takiego decydował.

Dutch spełniał wszystkie kryteria już od dawna.

- Brzmi wspaniale. – Nie kłamał. Na papierze plan wydawał się doskonały, ale Arthur dobrze wiedział, że nie skończy się dobrze i nie wylądują na wymarzonym Tahiti. Wylądują co najwyżej w grobach. Wszyscy. Zdenerwowany popatrzył na Johna, który wraz z resztą siedział przy ognisku i był gotowy do napadu. Nie może pozwolić Johnowi zginąć. – Ja nie mam nic do stracenia, ale wiesz, chodzi o kobiety i dzieci. I Johna z rodziną, obawiam się, że muszę nalegać, musimy ich puścić. Bo jeśli Pinkertoni znów się pojawią, zabiją wszystkich.

Był zdesperowany, musiał się upewnić, że chociaż John nie przypłaci życiem tego szaleństwa. Miał rodzinę, którą musi się zaopiekować. Jeśli ktoś z całej ich bandy grzeszników  zasługiwał, by to wszystko przetrwać i zacząć nowe życie, to tylko John.

- John? – powtórzył Dutch. Było coś niepokojącego w jego głosie, nie potrafił powiedzieć co, ale dostał dreszczy. – Nalegasz?

Instynkt kazał mu zgiąć kark i odpuścić. Nie, nie instynkt. Wyuczona lojalność. Walczył z nią przez chwilę, by nie powiedzieć czegoś, co pogrzebie szansę ich wszystkich. Z wysoko uniesioną głową popatrzył na Dutcha, nie okazując strachu.

- Tak – potwierdził stanowczo. – Nalegam. 

Coś błysnęło w oczach Dutcha. To był ten sam błysk, który zawsze się tam pojawiał ilekroć Dutch wpadał na jakiś genialny szwindel, który pozwoliłby mu na zdobycie jakichś korzyści.

- Oczywiście, kolego. Cokolwiek uważasz za najlepsze, dopilnuje tego – zgodził się Dutch, ale po fałszywie słodkim tonie dało się zauważyć, że na nic się nie zgadza. John zostaje. Nawet po napadzie. Z uśmiechem położył mu dłoń na ramieniu. Niewinny dotyk, ale Arthur czuł się, jakby został właśnie uderzony. Wstrzymał oddech i zrobił się spięty. Nie podobało mu się to spojrzenie. Nie podobała mu się cała ta rozmowa. – Twój kochanek może odejść.

Arthura zmroziło i zakręciło mu się w głowie, gdy Dutch wypowiedział słowo „kochanek” z satysfakcją jak po złapaniu długo wyczekiwanej zwierzyny w pułapkę. Miał nadzieję, że nie pokazał na twarzy strachu, który go ogarnął, bo wtedy Dutch dostałby potwierdzenie tego, czego jakimś cudem się domyślał. Tylko czy było tu cokolwiek do potwierdzania? Dutch nie zgadywał, był pewny swoich słów. On się nie domyślał, on wiedział na pewno.

Od kiedy? Od dzisiaj? Od dawna? Od samego początku? Nie miał pojęcia, bo nigdy wcześniej nie pokazał, że czegoś się domyśla. Ale teraz wiedział, tak samo jak to, co z tą wiedzą zrobić.

- A teraz obrobimy sobie pociąg? – zapytał, robiąc to tylko dla pozorów. To nie było nawet pytanie tylko groźba. Dobrze wiedział, że Arthur mu w takiej sytuacji nie odmówi.

Poznał ich największy sekret i wykorzystywał go przeciwko nim, by robili dalej to co chce, by trzymać ich pod butem, a Arthur nie miał mu się jak sprzeciwić, jeśli nie chciał, by reszta wszystkiego się dowiedziała. Nawet jeśli sam Dutch nie miał nic przeciwko homoseksualistom, wątpił że stanie w ich obronie, gdy Micah albo Bill postanowią, że trzeba zastrzelić dwóch ciepłych zanim zarażą cały obóz.

Byli w potrzasku. Ich plan jeszcze się nie zaczął, a już mieli problemy. Skoro Dutch wiedział o ich związku, na pewno wiedział też o planowanej ucieczce i to już od jakiegoś czasu. Tylko czekał, na właściwy moment, aż kompletnie się od niego odwrócą, by dopiero wtedy wybić im zdradę z głowy i zmusić do posłuszeństwa, którego tak pragnął.

Wiedział, że im dłużej będzie zwlekał, tym mniej będą mieli czasu, by wymyślić drugi plan, a przy okazji pozbawi ich nadziei i wpędzi w panikę. Rozegrał ich jak dzieci, nie docenili go, poczuli się za pewnie. Myśleli, że skoro nie podejmuje ostatnio dobrych decyzji, to oślepł i stracił zdolność dedukcji, ale tak się nie stało. W ogóle nie przewidzieli, że może mieć na nich taki haczyk. Myśleli, że jeśli nawet podejrzewa zdradę albo jest jej pewny, to dalej będzie tylko próbował wzbudzić w nich poczucie winy jak do tej pory.

Byli głupcami. Po raz kolejny. Dutch już raz wykorzystał ich słabości i zrobił sobie z nich posłusznych żołnierzy. Teraz znowu dali mu to zrobić.  

Najgorsze było to, że nie wiedział co Dutch zamierza zrobić z tą informacją później, ale zapewne zabije ich, gdy już pomogą mu zdobyć pieniądze i przestaną mu być potrzebni. Wiedział przecież, że nie są już lojalni. Dwa razy już próbował się ich pozbyć cudzymi rękoma, to spróbuje i znowu. Tylko kiedy to nastąpi? Liczył na to, że nie zna całego planu i chciał z nimi wrócić do obozu, może nawet przeprowadzić jakąś pokazową egzekucję dla przykładu. W takim wypadku mieli jeszcze jakąś szansę. Musieli tylko zachować zimną krew, robić to, co Dutch im każe i udawać, że nie boją się tego, co z pewnością im zrobi. Bo jeśli znowu ich przejrzy, to na pewno nie będzie czekał z powrotem do obozu, żeby strzelić im w plecy.

- Jasne – zgodził się, nie mając innego wyboru.

Jego odpowiedź ucieszyła Dutcha, który z przebiegłym uśmiechem odszedł do reszty, oznajmiając, że wyjeżdżają.

Arthur zwlekał chwilę, nie mogąc się ruszyć. Oparł ręce o pas z bronią, by się tak nie trzęsły, przy okazji starając się uspokoić oddech.

Dutch wiedział. Dutch wiedział, do cholery! Jak mogli być tacy głupi?

- Arthur, idziesz? – zapytał John poprawiając swój płaszcz. Wszyscy już byli na koniach. Poza nimi dwoma.

Arthur zerknął na Dutcha, patrzącego na nich wyczekująco, ale bez żadnych obaw. Miał ich w szachu i będzie im teraz to cały czas przypominał. Będzie musiał ostrzec Johna.  

Mogliby uciec. Odłączyć się w czasie jazdy od reszty, zaryzykować i odjechać, ale nie ważne jak bardzo mu się ten cały napad nie podobał, zwłaszcza teraz, potrzebowali pieniędzy, które mogą dzięki niemu zdobyć. Bez nich, z tą niewielką ilością którą mieli schowaną w bezpiecznym miejscu, nie dadzą rady rozpocząć nowego życia. Przynajmniej nie osiadłego, a nie chcieli bez celu ciągać kobiet i dziecka po całej Ameryce.

Potrzebowali tych pieniędzy. I Dutch to wiedział. Spodziewał się ich zdrady, wyczekiwał jej, wiedział że wybiorą siebie, a nie jego jak do tej pory, ale nie odejdą wcześniej. Dlatego przesadnie się nie martwił. Nie dlatego, że był zaślepiony, ale właśnie dlatego, że widział wszystko.

Przerażało to Arthura. Przerażało go to, bo jeśli nie będą dość szybcy, jeśli się zawahają i przegapią okazję na ucieczkę, albo znowu nie docenią lidera –zginą. Dutch ich zabije, a potem odegra rolę zawiedzionego i zrozpaczonego ojca, którego zdradzili jego najukochańsi synowie. Byłby zaskoczony, gdyby do tego nie doszło.

Nieco się ociągając, ruszył do pozostałych. John uśmiechnął się do niego wspierająco, ale odsunął się nim mógł go dotknąć. Johna wyraźnie to zabolało, ale wyjaśni mu wszystko później. Teraz nie chciał dawać Dutchowi dowodów na to, że się nie myli.  

- Nowe konie? – zapytał ich Micah, gdy wsiadali na ogiery. – Co stało się z twoją wspaniałą Snowstorm i twoim wiernym Old Boyem?

Jeśli Dutch wiedział, to Micah też. Pytanie czy wiedział też o ich związku, czy Dutch mu powiedział. Miał nadzieję, że nie. Wszystko inne zniesie, tylko nie to. Micah zawsze wiedział, w jaki czuły punkt uderzyć, a ta amunicja byłaby wyjątkowo bolesna.

Na szczęście Bell nie wyglądał, jakby wiedział o wszystkim. O ich planie ucieczki, na pewno, ale o niczym więcej. Arthurowi trochę ulżyło.

- Koni nie weźmiemy na statek – wytłumaczył się, dobrze wiedząc, że nikt poza Billem tego nie kupuje, ale co innego miał powiedzieć? – Z ciężkimi sercami, ale sprzedaliśmy je. Zawsze to więcej pieniędzy. Arab i węgierski pół krwi zawsze schodzą drogo.

- Słusznie, Morgan, słusznie – pochwalił Micah z uśmiechem. Miał ogromną ochotę odstrzelić mu tę jego paskudną twarz.

W drodze czekała ich kolejna powtórka planu. Arthur nawet nie słuchał, w głowie miał milion myśli i wszystkie kręciły się tylko wokół tego, że ich tajemnica się wydała i w każdej chwili mogą zacząć walczyć o życie z ludźmi, którzy kiedyś byli ich towarzyszami broni. Zawsze się tego obawiał, czasami mu się to nawet śniło, a teraz stało się rzeczywistością w najgorszym możliwym momencie.

Został wyrwany z tego letargu dopiero gdy Dutch wspomniał imię Johna i kazał mu jechać po dynamit.

- Pojadę z nim – zaoferował natychmiast. Wiedział jak to wygląda, ale innej okazji do porozmawiania nie będą mieć. Dutch będzie przygotowany na zmianę planu, ale nie będzie znał szczegółów, więc dalej będą mogli go zaskoczyć.

- Jak sobie życzysz – zgodził się Dutch, w ogóle nieprzejęty tym, że mogą uciec w tej chwili. Wiedział, że tego nie zrobią. Był jednak trochę wściekły, że nawet pomimo groźby Arthur znów wybrał Johna.

- Chodź, tędy – pokierował go John. – Po tym jak wysadziliśmy most, zostawiłem dynamit niedaleko.

Arthur poczekał, aż oddalą się od reszty i będzie miał pewność, że nikt ich nie śledzi, nim przekazał złe wieści.

- Dutch wie – powiedział drżącym głosem. John obejrzał się za siebie, by na niego spojrzeć.

- O czym? – zapytał, mając zapewne nadzieję, że nie o tym, o czym myślał.

Gardło mu się zacisnęło i nie mógł od razu odpowiedzieć.

- O nas.

John zatrzymał gwałtownie konia i odwrócił się w stronę Arthura, cały blady na twarzy i ze strachem w oczach.

- Jak się dowiedział? Kiedy?

Było wiele możliwości i każda pokazywała tylko, jakimi durniami byli myśląc, że ujdzie im to na sucho.

- Nie wiem, ale nawet nie bawił się w subtelności, gdy mi to wytknął podczas rozmowy o tym, by puścić ciebie, Abigail i Jacka wolno – wyjaśnił spanikowany.

Dopiero teraz pozwolił sobie na pokazanie jak bardzo jest tym przerażony. Tylko w tej chwili czuł się jako tako bezpiecznie.

- Chciałeś żeby mnie puścił? – zapytał uniesionym głosem, zapominając chwilowo o strachu. – Odbiło ci?

Spodziewał się takiej reakcji. John nigdy nie lubił być zostawiany w tyle, wolał być w środku akcji. Od zawsze tak było.

- Słuchaj, John, jesteś ojcem, masz obowiązki wobec Jacka – próbował mu wytłumaczyć swój tok myślenia. – Nie zamierzałem pozwolić, by chłopak został pół sierotą. Musisz myśleć też o rodzinie.

- Właśnie o niej myślę, bo ty też do niej należysz. Jesteś głupszy ode mnie jeśli myślisz, że cię tak po prostu porzucę – odpowiedział mu ostro, patrząc na niego z wściekłością, ale jego twarzy po chwili złagodniała. – Przestań traktować się, jakbyś nic nie znaczył dla ludzi, bo to nieprawda. Nie dla mnie. Poza tym, może i pakuję się często w kłopoty, ale potrafię o siebie zadbać. Nie musisz mnie wiecznie chronić.

- To silniejsze ode mnie – wyznał. Nigdy nie potrafił z tym walczyć i nigdy nie zamierzał.

- Wiem – przyznał, już bez gniewu, za to z determinacją. – Robimy to razem, Arthurze. Abigail i Jackowi nic nie będzie. Obrobimy ten pociąg, zgarniemy pieniądze i odejdziemy. Nie zamierzam jak jakaś damulka czekać na powrót mojego męża z wojny.

- Uważasz mnie za męża? – zapytał złośliwie. Może odrobina humoru pomoże im zapomnieć o niebezpieczeństwie, w jakim się znaleźli.

Ruszyli powoli dalej, by zabrać dynamit. Jechali zaraz obok siebie, ale John próbował trochę go wyprzedzić, by ukryć rumieńce.

- Ja… - zaciął się na chwilę, by odkaszlnąć i doprowadzić głos do porządku. – Na pewno nie byłbyś zły w tej roli.

- Mogłeś poczekać z oświadczynami aż się stąd wyniesiemy, Marston – kontynuował droczenie. –  Nawet nie masz obrączki.

On miał, jedną, przeznaczoną kiedyś dla Mary. Teraz i tak nie mógłby jej użyć. Nikt na tym świecie nie udzieliłby ślubu dwóm mężczyznom. Jedyne obrączki, jakie by dostali, to kajdany na nogi i ręce, żeby nie uciekli jak będą ich prowadzić na szubienicę.

- Zamknij się – polecił mu John. Arthur postanowił dać mu spokój.

- Po prostu się o ciebie martwię, John – powiedział, wracając do poprzedniego tematu. Chciał, by ukochany to zrozumiał, że to wszystko to nie dlatego, bo nie wierzy w jego umiejętności.

- Ja o ciebie też – przyznał, uśmiechając się do niego. Policzki wciąż miał nieco czerwone. – Dlatego jedziemy razem. Tylko tak mogę mieć na ciebie oko.

Arthur prychnął.

- Raczej ja na ciebie – poprawił go. – Nie można cię nigdzie puścić samego. Albo wilki prawie cię zżerają, albo zostajesz zakładnikiem. Nawet aresztować się dajesz.

- Ale zawsze wychodzę cało z tych problemów – pochwalił się. – Mam szczęście.

- Gdyby nie to, że ratuję ci zawsze tyłek, to nic nie warte by było twoje szczęście.

- Może po prostu ty nim jesteś.

Teraz Arthur się zaczerwienił.

- Szlag by cię, Marston – przeklął zażenowany. John szczerzył się jak głupi. – Podkradłeś Mary-Beth jej romansidła, zanim uciekła? Skąd bierzesz te teksty?

- To ty mi dajesz do nich inspiracje – przyznał słodkim głosem, którym nie uwiódłby nawet młodej panienki nie wiedzącej jeszcze co to romans.  

- Boże, skończ z tym – poprosił i zaśmiał się.

Prawie zapomnieli o tym, że Dutch wie o nich i mogli teraz jechać na własną egzekucję. Prawie.

Dotarli wreszcie do wozu z dynamitem. John nie ukrył go zbyt dobrze, to był cud, że jeszcze tu był, zwłaszcza zawartość, która na pierwszy rzut oka nie wyglądała interesująco, ale ktoś wścibski na pewno by to sprawdził. On by tak zrobił.

Zabrał kilka lasek dynamitu ze skrzyni, resztę zostawiając w cholerę. Nie będą im już potrzebne.

- Mam go – oznajmił i zeskoczył z wozu.

- Dobra, miejmy to z głowy. Na koń, Arthur – popędził go. – Myślisz, że się uda?

- Kto wie – odparł wsiadając na konia. – Niczemu już nie ufam. Wtedy w rafinerii... Przysięgam, że spojrzał mi w oczy i zostawił.

- Jak mnie w banku.  

- A teraz jeszcze ta groźba w obozie.

- Dlatego byłeś taki blady – zauważył John. – Słuchaj, gdy się szykowałem, Abigail powiedziała mi, że pieniądze gangu schowane są w jaskiniach w Beaver Hollow.

- Co? – zapytał zaskoczony.

- Ano – potwierdził i pokręcił głową. – To tyle jeśli chodzi o nie chowanie pieniędzy blisko obozu. Dutch zrobił się jeszcze bardziej nieostrożny, niż sądziliśmy.

Szkoda tylko, że nie w każdym aspekcie.

- Okej. Przeprowadźmy ten napad i ułóżmy plan – zdecydował Arthur. I tak będą mieli dużo pieniędzy, gdy już napadną na pociąg, ale oszczędności gangu, to wszystko było też po części ich. Zdobyte w nieuczciwy, często okrutny sposób, ale ich. To oni narażali życie dla każdego dolara, podczas gdy Dutch często nawet nie kiwnął palcem. Poza tym, to będzie dobry sposób na odegranie się na nim. I opcja zapasowa, jeśli nic nie zdobędą z pociągu. – Zabierzemy pieniądze i wynosimy się stąd. Będziemy mieli więcej na nowe życie.

- Jeśli chcemy te pieniądze, będziemy musieli wrócić do obozu – zauważył zmartwiony John. – Nie taki był plan.

- Powiemy Sadie. Dyskretnie – polecił. – Może Abigail sama się domyśli i zgarnie wszystko. Coś wymyślimy. Niech Dutch obejdzie się smakiem.

Żałował, że nie będzie obecny, by zobaczyć wściekłość Dutcha, gdy dowie się, że go wykiwali, choć był taki pewny, że odzyskał nad nimi kontrolę.

- Myślisz, że to przeze mnie się dowiedział? – zapytał go John. – Że gdybym nie wziął cię do namiotu…

- Nie wiem – uciął go szybko. Nie chciał się bawić w obwinianie, to już niczego nie zmieni. Zresztą obaj byli jednakowo winni, jeśli to była wina któregoś z nich. Powinni byli się lepiej hamować i kontrolować drugiego. – Może dowiedział się dzisiaj, może przyłapał nas wtedy w Shady Belle. Może nawet wcześniej zobaczył nas kiedyś całujących się, jeszcze przed Blackwater. Miał mnóstwo okazji.

- Wiem, ale czuję, że to moja wina – wyznał z żalem. – To ja zazwyczaj naciskałem.

- A ja miałem własny rozum i mogłem się postawić, ale nie robiłem tego. Nie ma znaczenia, kto zawinił i kiedy, Dutch wie i musimy to jakoś przetrwać. Niedługo i tak już nam nie zagrozi, nawet z tą wiedzą. Ale najpierw mamy ostatni pociąg do obrabowania.

- Ostatni pociąg – powtórzył z nadzieją w głosie.

Dotarli do Saint Denis dwie godziny później. Dutch i reszta czekali na nich na głównej drodze prowadzącej do miasta, praktycznie prosząc się o kłopoty, nawet jeśli czekali tylko pół godziny.

- Ah, tu jesteście – ucieszył się na ich widok Dutch. W ogóle się nie przejmował tym, że mogli coś knuć, wierzył, że się nie odważą. Niech wierzy, to ich jedyna szansa na uratowanie się. – Macie wszystko?

Bo jeśli nie… Nie musiał tego mówić, Arthur wyczuł tę groźbę od razu i John także. Popatrzyli na siebie niespokojni, świadomi wzroku Micah na swoich plecach. Bardzo kusiło, by odpowiedzieć coś sarkastycznego, postawić się, ale to byłby zły pomysł. Musieli grać zastraszonych. Niespecjalnie nawet musieli grać, bo byli zastraszeni, ale wierzyli też w swój plan.

- Mam – odpowiedział mu potulnie Arthur.

- No to w drogę – nakazał dumnie.

- Ano, w drogę – wymamrotał pod nosem, nie mogąc się powstrzymać.

- Ostatni raz, panowie – oznajmił im Dutch. – Załatwiłem nam łódź. Popłyniemy do Nowego Jorku albo Chicago, a stamtąd prawdziwym statkiem do tropików.

Bo tak dobrze to wyszło ostatnim razem.

- Byle nie Guarmy – odezwał się Javier.

- To będzie raj, synu.

Synu. Ich też kiedyś tak nazywał. Wszystko to tylko kłamstwa.

- Wszystko idzie jak należy, Dutch – przechwalał się Micah. Gdyby Dutch już nie wierzył w swój plan, to przez tego złotoustego węża na pewno by uwierzył. – Dokładnie tak jak zaplanowaliśmy.

Oni zaplanowali. Zabolało go w sercu, gdy przypomniał sobie, że dotychczas Dutch planował wszystko z Hoseą. Teraz miał jego marną, mniej inteligentną imitację. Kto wie czy gdyby nie Micah i jego impulsywna natura, Dutch nie podejmowałby lepszych decyzji.

Zaczęło się od „rozejmu” z Colmem, potem było już tylko gorzej.

- Nie masz nic przeciwko, John? Arthur? – zapytał ich sugestywnie Dutch, gdy wjeżdżali do miasta. – Czy może nalegacie na coś innego?

Arthur zacisnął zęby ze złości tak mocno, że aż go zabolały. Bawił się z nimi, ich wcześniejszymi wątpliwościami, które obaj okazywali mu już od dawna.

Czuł się przez to jak pies na długim łańcuchu, którego ktoś ciągle drażni i prowokuje, bo wie że łańcuch go ochroni.

- Brzmi równie dobrze, jak za każdym poprzednim razem – odpowiedział John, gdy po rzucie okiem na Arthura zrozumiał, że ten nie odpowie.

- Abigail pewnie nie może się doczekać, już się spakowała – zauważył Micah. Arthur miał wrażenie, że zaraz zemdleje. Wiedzieli wszystko! – Już ją widzę w krótkiej spódniczce z trawy.

Wciąż liczył na to, że Micah wie o planie ucieczki, że ułożyli go razem, ale nie o ich związku. Może tak jak Dutch nie chciał jeszcze tracić sposobu do szantażu i kompletnie ich przestraszyć, wyjawiając wszystko reszcie, dlatego wspomniał o Abigail, a nie o czymś sugestywnym dotyczącym ich dwóch. Mógł zaatakować Johna w dowolny sposób, uderzając w Jacka, blizny, naśmiewając się z jego nieistniejącej głupoty, czy pobytu w więzieniu. Wybrał Abigail, z którą przecież nic poza dzieckiem Johna nie łączyło.

Może Micah uważał inaczej. Chciał, by tak było.

- Nie rozmawiaj ze mną, skurwysynu – odwarknął groźnie John, dając się ponieść emocjom. Arthur natychmiast skarcił go wzrokiem. John nie czuł się winny, ale może zamknie chociaż jadaczkę.

Nie mogli robić czegoś takiego, nie oni rozdawali karty.

- Chłopaki, chłopaki, bez nerwów – utemperował ich Dutch, ale bez większego przekonania. Może nie w samym  środku miasta, ale byłoby mu na rękę, gdyby doszło do walki pomiędzy Johnem a Micah. – Nie chcemy tędy jechać i zwracać na siebie uwagi. Powolutku przez miasto, panowie.

Jakby to miało jakkolwiek pomóc, gdy dziewięcioosobowa grupa uzbrojona po zęby, która nie tak dawno temu napadła tu na bank i zamordowała jedną z grubych ryb, przyjechała tu sobie jak na wycieczkę. Dziwne, że jeszcze żaden policjant się nie zorientował co się święci.

- Saint Denis – westchnął z nostalgią Micah. Arthur miał już dość tego głosu. – Miło tu wrócić. Tyle radosnych wspomnień, prawda, John?

- Zamkniesz się wreszcie, Micah? – uniósł się, nim John zdążył odpowiedzieć, na co ewidentnie miał ochotę.

Oczywiście, że atakował Johna, a nie jego. Micah zawsze był konfliktowy. Gdy tylko dołączył, pierwsze co zrobił, to sprawdził z kim może sobie pozwolić na sprzeczki, żeby nie skończyć bez zębów. Nikt mu nigdy tego nie zabronił, bo Dutch uznał to za zwykłe, niegroźne przepychanki, które zacieśniają więzi wśród takiej bandy degeneratów.

Micah nie miał problemu z wypatrzeniem, kto jest na jakim miejscu w obozowej hierarchii. Zaczął zaczepiać dziewczyny, Swansona, Wujka, Straussa czy Pearsona – wszystkich tych, którzy nie mogli mu oddać. Nawet Grimshaw się nie bał.

Do Maca i Davey’ego nawet nie podskakiwał, tych dwóch wariatów nie strzelało może tak dobrze jak Micah, ale byli od niego więksi i silniejsi, wgnietliby go w ziemię. Bill był łatwym celem. Głupim. Łatwo było go obrażać tak, że nawet się nie orientował. Z Seanem kłócił się prawdopodobnie najwięcej, jak najszybciej doprowadzając do fizycznej bójki, bo w obrażaniu nie miał z dzieciakiem szans, gdy ten zaczynał się rozkręcać i co drugie słowo wychodzące z jego ust było pochodnym słowa „kurwa” czy „jebać”.

Javiera zaczepiał, gdy naprawdę nie miał już kogo, ale Javier potrafił o siebie zadbać, więc Micah z niego kpił, ale nie za mocno, by we śnie nie dostać nożem między żebra. Lenny był zdecydowanie częstszym celem ataków i to tylko ze względu na kolor skóry. Młody nie chcąc się pokazać jako łatwy do sprowokowania, z marzeniami o byciu kimś wielkim w gangu, zazwyczaj się dawał. 

Dutcha oczywiście nigdy nie odważyłby się obrazić, wręcz mu się podlizywał od pierwszego dnia. Zaczepiał za to Hoseę, ale ten zwykle był za mądry, by dać się wciągnąć w głupią sprzeczkę. Trelawny, gdy już przebywał w obozie, chyba też go zniechęcał, ale nie ignorowaniem, a swoim ekscentrycznym zachowaniem i słownictwem.

Gdy niedługo po Micah dołączył Charles, też stał się celem ataków. Czarny i Indianin w jednym? To było aż zbyt kuszące. Micah nie przewidział tylko, że Charles nie będzie potulny. Szybko go sobie odpuścił.

Zdarzało się, że Micah zaczepiał i jego, ale od samego początku Arthur wiedział, że ten szczur się go po prostu boi. Szybko wybadał teren i zauważył, że sprowokowany Arthur mu odda, a nie dało się ukryć, że Micah był od niego słabszy fizycznie, w gorszej formie. Tam gdzie Micah miał miękki i odstający nieco brzuch, Arthur miał twarde mięśnie. Drobne zaczepki, jasne, ale nigdy nic poważnego.

No i był jeszcze mały Johnny Marston. Czwarty w hierarchii, jeden z dwóch ukochanych synów Dutcha, złoty chłopiec. Micah sprawiał wręcz wrażenie zazdrosnego o te tytuły, często próbował nazywać się trzecim bratem, ale ani John, ani Arthur nigdy go za takiego nie uważali.

John był łatwym celem. Trzeba go było co prawda naprawdę mocno rozwścieczyć, by wyskoczył na kogoś z pięściami, a Micah zazwyczaj nie miał na to czasu, bo John sam odchodził od kłótni, zresztą nie o bójkę na pięści mu chodziło w tym wszystkim. John był idealny z innego powodu. Zawsze odpowiadał. Nie potrafił trzymać języka za zębami, gdy go obrażano, nigdy się nie hamował i odwdzięczał się tym samym, jakby już dawno miał przygotowaną obelgę. Potrafił bardzo długo przerzucać się z rozmówcą obelgami i dawać prowokować, nigdy nie robiąc nic konkretnego, by się obronić i to zakończyć, choć był dość silny, by rozprawić się z Micah. Wolał odejść i nie marnować sił, ale przedtem rzucając tyle inwektyw, ile tylko znał.   

Micah to uwielbiał, bo mógł go do woli obrażać i nie dostać za to w twarz, a każde odejście Johna zawsze traktował jak zwycięstwo. Niewiele też było trzeba, by Johna zmusić do sprzeczki, był wrażliwy na punkcie wszystkiego, jeśli użyło się odpowiedniego tonu, można go było nawet obrazić wytykając mu, że źle siedzi. A Micah był dobry w wynajdowaniu tego, co złości ludzi najbardziej.

Przez te pół roku nic się nie zmieniło, poza tym, że Micah mógł ich oficjalnie traktować jak wrogów. Ale nawet teraz bał się zaczepiać Arthura otwarcie. Nic dziwnego, że także teraz obierał łatwiejszy cel. Nie spodziewał się pewnie tylko, że Arthur stanie w obronie Johna. Albo spodziewał się i tego właśnie oczekiwał.

Nie powinien był się na niego wydzierać, ale nie zamierzał słuchać bezczynnie, jak Micah obraża mu najbliższą w życiu osobę. Jeśli się tym ujawnił, jeśli Bell coś podejrzewał teraz, trudno. I tak już siedzieli po uszy w gównie.

- Wystarczy. Zamknijcie się wszyscy – uciszył ich znowu Dutch.

Dojechali w końcu do stacji kolejowej i zatrzymali się przed nią, zwracając na siebie tylko niepotrzebną uwagę. Dutch zsiadł z konia i zaczął rozdawać zadania. O tyle dobrze, że nie wsiadali wszyscy jednocześnie. Arthur był też zdziwiony, że Dutch wyznaczył jego i Johna do jednego zadania. Kiedyś nie byłoby to żadnym zaskoczeniem, byli najlepsi, ale teraz? Teraz wyglądało to tak, jakby chciał ich sprowokować do zrobienia czegoś głupiego i dania mu pretekstu do pozbycia się ich. Mógł im też dawać najtrudniejszą robotę, żeby zobaczyć czy przetrwają, a jeśli tak, to wtedy ich dobić.

Arthur nawet się nie łudził, ze Dutch czegoś takiego nie planuje. To było zbyt oczywiste. Jeśli dodatkowo to Micah go namawiał… Podczas napadu będą musieli mieć oczy z tyłu głowy, robiło się niebezpieczniej niż wcześniej.

Musieli poczekać chwilę na pociąg. Arthur i John stanęli obok siebie, nawet nie próbując się kryć z tym, że nie są po tej samej stronie. Nikt poza Micah i Dutchem tego nie zauważył.

Oczekiwanie było najgorsze, bo w każdej chwili mogli zwrócić uwagę policji. Arthur rozglądał się niespokojnie, ale póki co nikogo nie dostrzegał. John dyskretnie trącał jego dłoń swoją, by podnieść go na duchu, ale niewiele to pomagało.

Już za kilka minut rozpoczną ostatni napad wżyciu. I najważniejszy. Póki co nic nie szło dokładnie zgodnie z ich planem, o którym wszyscy zdawali się wiedzieć, a wiele jeszcze może się popsuć. Oby tylko konie nie zawiodły, bo to głównie od nich będzie zależało, czy w odpowiednim momencie ujdą z życiem.   

Pociąg w końcu zaczął się zbliżać, dym widać było już z daleka, a i lokomotywa wkrótce pojawiła się na horyzoncie. Zbliżyli się wszyscy do torów, patrzyli jak pociąg podjeżdża i tak po prostu ich mija, nawet nie zwalniając.

- To tego… Mam wsiadać? – zapytał sarkastycznie Arthur.

Nie mógł w to uwierzyć. Nie, w zasadzie to mógł. Oczywiście, że nic z planu Dutcha nie wyszło, od cholernego zatrzymania się pociągu poczynając! Tylko niepotrzebnie się narazili przyjeżdżając do miasta, nie dostając nic w zamian.

Teraz nawet plan jego i Johna wymagał zmian. Jeśli nie pieniądze z pociągu, to te należące do gangu muszą świsnąć i się z nimi zmyć, zanim ktokolwiek się zorientuje.

Nawet się cieszył, że z pociągu nic nie wyszło. Nie zabiją bezsensownie innych ludzi, ani nikt od nich nie zginie. Wyszło na dobre dla wszystkich. Poza Dutchem.

- Cholera – przeklął. Arthur uważnie go obserwował, wyczekując jego następnego ruchu i czy będzie skierowany na niego i Johna, który niewzruszony obserwował pociąg. – No to… Wszyscy na koń!

Co?

Arthur złapał Dutcha za ramię i zatrzymał, nim ten zdążył wsiąść na własnego wierzchowca.

- Dalej mamy zamiar to zrobić?

To było szaleństwo! Pociąg przepadł, nawet gdy go dogonią, to w życiu nie wejdą na niego niezauważeni jak zamierzali, a już na pewno nie uda im się go zatrzymać przed patrolem, który czekał na trasie! Dutch chciał ich wszystkich zabić!

- Rób co mówię – rozkazał, znów tylko sugerując groźbę, ale to wystarczyło, by Arthur wsiadł na konia i popędził obok Johna za pociągiem.

Może powinien się po prostu postawić. Może nikt Dutchowi nie uwierzy, nie miał dowodów, a nie zamierzali mu ich dostarczać całując się na oczach wszystkich albo wyznając sobie miłość. Nie miał jak udowodnić, że są homoseksualistami.

Tylko czy inni faktycznie nie uwierzą? Wszyscy którzy ślepo nie podążali za Dutchem albo już uciekli, albo nie żyli. Zostali tylko najwierniejsi.

I najbardziej zdesperowani.

- No już, Arthur! – poganiał go John. – Musimy się dostać do tego pociągu. Możemy wskoczyć od tej strony.

Szaleństwo! Głupota! Powinni byli zostawić pieniądze i uciekać! Zawrócić, gdy tylko John powiedział mu o ukrytej gotówce w Beaver Hollow, której pilnowała teraz tylko Susan. Wystarczyłoby im. Mogliby za to przeżyć. Na pewno by przeżyli. W tej chwili nie był już tego taki pewny.

Konie dobrze się spisywały, doganiały pociąg, który nie zdążył się jeszcze dobrze rozpędzić po przejechaniu przez miasto. Sadie i koleżka Micah – Cleet, jechali z drugiej strony wagonów.

John dostał się do ostatniego jako pierwszy, zręcznie przeskakując z konia, który wiernie biegł dalej. Arthur po chwili do niego dołączył i też skoczył.

- Wszystko gra? – zapytał od razu John, ściągając karabin z pleców.

- Tak – odparł i zrobił to samo.

- Pieniądze są w pierwszym wagonie. Musimy się tam dostać zanim skończą się tory.

Które sami wysadzili. Dlatego trzeba było zatrzymać pociąg najpierw, a nie przedzierać się przez całą jego długość. Zrobić tak jak podczas napadu w Scarlet Meadows, zwłaszcza że dobrze wiedzieli, że będą musieli walczyć z czasem.

Szli metodycznie, ale szybko, nie chcąc skończyć na dnie rzeki, gdy spadną razem z całym tym złomem. Strażnicy szybko się zorientowali o ich obecności i zaczęli bronić pociągu. Wykonywali tylko swoją pracę, a oni zabijali każdego na swojej drodze, wagon po wagonie zostawiając kolejne trupy. Wymiana ognia trwała praktycznie cały czas, ale póki co udało im się uniknąć kul.

Pociąg pędził, nie zwalniał. Zaczynał się martwić, czy zatrzymają go na czas.

Zaczynali ostrzeliwać ludzi w następnym wagonie. John trafił jakiegoś odważnego, który wyszedł na przód. W niekontrolowanym odruchu, żołnierz upadając nacisnął spust, a kula z jego pistoletu trafiła prosto w lampę nad jego głową. Snop iskier posypał się na łatwopalny ładunek i po chwili całe wejście było w płomieniach, szybko rozprzestrzeniając się na resztę wagonu.

Wszystko co mogło pójść źle, szło źle. Brakowało tylko tego, by pociąg się zaraz wykoleił.

Przeskoczyli z powrotem na konie – Bill złapał Johna, a Dutch Arthura. Bał się wskoczyć, przez moment miał wrażenie, że Dutch nagle wyhamuje konia, a on zabije się spadając z pędzącego pociągu. Odetchnął z ulgą, gdy bezpiecznie wylądował na zadzie.

Podjechali do kolejnego wagonu, gdzie czekali już Sadie i Cleet i znów wskoczyli. Zwykle starali się tego nie robić przy takich prędkościach, skok do lub z pędzącego pociągu zawsze był ryzykowny, tymczasem zostali do tego zmuszeni już trzy razy. Dziwił się, że jeszcze żyli, choć lądowanie na wagonie i tak było bolesne.

John od razu chciał sprawdzić, czy nic mu nie jest, ale wstał nim zdążył to zrobić.

- Odłącz ten wagon, zanim wszyscy wylecimy w powietrze! – polecił mu szybko. Kto wie co było w środku, a co zaraz pochłoną płomienie.

- Robi się!

John nawet nie zdążył dobiec do złączenia, gdy na jednym z mijanych urwisk pojawił się żołnierz, który wykrzykiwał coś do pozostałych. Teraz już armia wiedziała o napadzie. Szlag!

- Obsadź karabin, Arthur! – zawołał John.

- Jasne!

Składał Gatlinga najszybciej jak się da, żeby być gotowym zanim cała armia zacznie ich gonić. John w tym czasie odłączał podpalony wagon. Jak Dutch sobie wyobrażał uciec po czymś takim? Jeśli cały kraj się nie dołączy do ściganie ich, to będzie cud! Nawet na tej wymarzonej przez Dutcha wyspie o tym usłyszą.

Spieprzyli. Spieprzyli tak bardzo, że bardziej się nie dało. Zadarli z każdym, kim się dało, nawet w ich plan zaczął teraz wątpić. To miała być stosunkowo cicha robota, mieli uciec zanim wojsko się zorientuje, że ich obrabowano, zanim wyślą pościg. Nie miał pojęcia jak teraz uciekną, jak zdołają się ukryć.

Chyba jednak nie zasługiwali na to drugie życie, a Bóg robił wszystko, by im to pokazać.

- Dobra robota – pogratulował Arthur, gdy Johnowi w końcu udało się odczepić wagon. Po chwili wszystkie wpadły na siebie i z hukiem wypadły z torów.

- A teraz wskakujcie! – krzyknął do pozostałych John.

Bill wskoczył pierwszy, ale nim ktokolwiek zdążył do niego dołączyć, rozległ się huk wystrzału. W tym samym momencie Arthur zobaczył rozbryzg krwi z ramienia Johna, który zachwiał się pod wpływem trafienia i wypadł z pociągu, prawie wpadając pod końskie kopyta.

- John!

Nie, nie, nie, nie! Chciał wyskoczyć za nim, pomóc mu, ale tylko patrzył, jak John stacza się po zboczu, wkrótce znikając mu z oczu, gdy pociąg się oddalił.

Zszokowany odwrócił się za siebie, skąd nadszedł kolejny strzał. Na dachu następnego wagonu stał żołnierz, do którego wszyscy już celowali. Arthur błyskawicznie wyciągnął rewolwer i strzelił mężczyźnie prosto w głowę pomimo trzęsącej się dłoni.

Nie pomogło ani trochę. Był przerażony, nie wiedział czy John jeszcze żyje, było mu niedobrze i wzbierała w nim wściekłość. Nie tak to się miało skończyć, do diabła!

- Zajmę się Johnem! – krzyknął Dutch, jadący dalej obok pociągu. – Ty broń pieniędzy!

W dupie miał teraz te pieniądze, musiał sprawdzić co z Johnem, ale jego koń został w tyle, wyraźnie nie mogąc dogonić pociągu jak pozostałe wierzchowce. Musiał zostać, choć jedyne czego teraz chciał, to wyskoczyć. Nie zrobił tego tylko dlatego, bo pewnie by zginął, a martwy nie pomoże Johnowi.

Dutch, Javier oraz Micah i jego koleżka zawrócili po Johna. Najbardziej z nich wszystkich ufał Javierowi, reszcie nie pozwoliłby się nawet zbliżyć do rannego i prawdopodobnie nieprzytomnego Johna. Dutch już raz udowodnił, że nie ma problemu z zostawieniem go na śmierć, czemu miałby tego teraz nie powtórzyć?

Nie ufał mu. Dutch pewnie robił to tylko po to, by dalej utrzymać go w ryzach, ale nie miał wyboru w obecnej sytuacji. Sam nie mógł nic zrobić, pozostało mu tylko mieć nadzieję, że John nie upadł niefortunnie i przeżył, nie jechali już tak szybko. To co go martwiło, to że John nie krzyknął, nawet przy postrzale. Nie wydał też z siebie żadnego dźwięku, gdy upadł, ale to jeszcze nic nie znaczyło.

Musiał przeżyć, po prostu musiał. To był jego cholerny plan! To on to wszystko zaczął, on opowiadał jak to niedługo będą wolni! Tyle na to czekał, tyle zrobił, by to się udało. Nie mógł dać się zabić, gdy byli tak blisko!

Złapał za magazynek Gatlinga i obsadził go, strzelając do każdego, kto ich gonił i każąc Billowi nie zatrzymywać pociągu. Wystawiliby się na kule jak kaczki, musieli dalej jechać i w odpowiednim momencie uciec, zanim cała ta maszyna runie z mostu.

Razem z Sadie i Cleetem pozbyli się całego pościgu i przeszli dalej, do pierwszego wagonu. Pieniądze były teraz ostatnim z jego zmartwień, ale musiał trzymać się planu. W końcu John przeżył. Nie dopuszczał do siebie innej możliwości, więc dalej potrzebowali tych pieniędzy. Dlatego je zdobędzie, wyskoczy z tego cholernego pociągu i odnajdzie Johna. Postrzelonego, ale żywego.

John żył, czuł to.

Wysadzili ścianę pancernego wagonu dynamitem. Arthur wszedł do środka, święcie przekonany, że natrafią co najwyżej na korespondencję albo kompletną pustkę, skoro los póki co ich nie zawodził i dawał im wszystko co najgorsze, ale o dziwo w środku były pieniądze. Dużo pieniędzy, w sam raz, by kupić kawałek ziemi i zacząć żyć jak normalni ludzie.

Musieli tylko przenieść to wszystko. Nie mieli dużo czasu, pociąg się nie zatrzymywał, a byli już blisko zniszczonego mostu.

Zaczął rzucać Sadie i Cleetowi wszystko wartościowe, co miał pod ręką, worki wypchane po brzegi pieniędzmi. Bill też dostał swój bagaż, gdy przyszedł im powiedzieć, że na pewno się już nie zatrzymają.

Pociąg jechał wolniej niż wcześniej, mogli bezpiecznie wyskoczyć. Arthur popatrzył w stronę zarwanego mostu i to mu wystarczyło, by podjąć decyzję. Wyrzucił worek z pieniędzmi i opuścił wagon, nawet nie próbując lądować na nogach, a jedynie starając się zamortyzować upadek. Poharatał sobie dłonie, ale nic nie złamał, a co najważniejsze przeżył. John też na pewno przeżył podobny upadek. Skoro jemu się udało…

Patrzyli jak pociąg spada w dół klifu, z całą resztą tej cholernej forsy, której nie zdążyli zabrać. Worek pieniędzy, który trzymał Arthur ciążył mu na ramieniu bardziej niż powinien. Jeszcze nigdy wcześniej zdobyte pieniądza tak go nie brzydziły, tak mu nie przeszkadzały. Chętnie wyrzuciłby je żeby spadły jak pociąg. Zamiast tego poprawił wór na ramieniu i odwrócił się.

- Żyjemy – powiedział Bill.

- Taa, ledwo – odpowiedział mu Arthur, rwąc się do tego, by sprawdzić co z Johnem. Ledwo mógł ustać w miejscu, był gotowy choćby biec cały ten kawał na własnych nogach. Musiał wiedzieć, czy z Johnem wszystko w porządku.

- Cóż… Ruszajmy.

- No – przytaknął i ruszyli we czwórkę z powrotem w stronę torów.

Micah wraz z kolegą oraz Dutch i Javier dogonili ich w końcu po tym jak wrócili się po Johna.

Arthur popatrzył na każdego, u konia żadnego z nich nie było dodatkowego pasażera. Ani na jego koniu, którego przyprowadzili. Wierzchowca Johna w ogóle nie było z nimi.

- Gdzie John? – zapytał z trudem, gdy gardło samo mu się zacisnęło.

Javier popatrzył na Dutcha i Micah, a potem na niego, nie kryjąc żalu w swoim spojrzeniu.

- Próbowałem – odparł Dutch. Arthurowi zaszumiało w uszach, a w oczy zaczęły szczypać. Zamrugał kilka razy, ale nie chciały przestać. – Próbowałem.

- Nie przeżył – dodał Micah. Nie. To niemożliwe. Nie John. Nie mógł… Kłamał. – Zabił go patrol. Musieliśmy uciekać.

Kłamał, obaj kłamali. Cały czas to robili, czemu teraz mówiliby prawdę?

Opuścił wór z pieniędzmi na ziemię, nie potrafiąc go dłużej utrzymać. Trząsł się, zwłaszcza ręce.

- Chodźmy – zarządził Dutch niewzruszony. – Zanim pojawi się kolejny patrol.

Tak po prostu? Właśnie stracił człowieka, którego znał czternaście lat i tylko tyle miał do powiedzenia? Żadnego przykro mi, żadnego przepraszam. Po prostu chodźmy.

Odjechali nie czekając na niego. Została z nim tylko Sadie, ale nawet nie zwracał na nią uwagi. Jeśli coś do niego mówiła, to jej nie słyszał, zagłuszało ją dudnienie jego własnego serca. Nie rozumiał do końca, co Dutch właśnie do niego powiedział, nie chciał rozumieć.

Nieobecny podszedł do konia i zarzucił mu wór z pieniędzmi na zad, samemu siadając w siodle i jak gdyby nigdy nic ruszając za resztą, próbując przetworzyć to co przed chwilą usłyszał. „Nie przeżył.” Może się mylili. Może nie sprawdzili dokładnie i zostawili Johna rannego i bez pomocy. Może go tylko aresztowali. Tylko czy ktoś kłopotałby się z aresztowaniem bandyty, który napadł na wojskowy pociąg?

Dotarło do niego powoli, że John nie przeżył. Arthur wciąż miał przed oczami moment, kiedy jeden z żołnierzy postrzelił go w ramię, jego upadek z pociągu. To był ostatni raz, kiedy widział go żywego. Jego ostatnim wspomnieniem Johna była jego śmierć, jego wykrzywiona bólem twarz.

Nawet nie był zrozpaczony tylko po prostu wściekły. Wściekły na siebie, bo na to pozwolił, na Dutcha, bo prawdopodobnie znowu nic nie zrobił choć mógł. Wściekły na Johna, bo idiota dał się postrzelić. Był wściekły i… Zaczęło się. Przez parę sekund nie czuł nic, nie wiedział gdzie jest i gwizdało mu w uszach. Czuł pustkę, a potem w jednej chwili jego klatkę piersiową rozdarł najgorszy ból jaki w życiu poczuł. Zabrakło mu tchu, pochylił się nad końskim karkiem i zakasłał, czując w gardle mdłości, które na szczęście szybko minęły, ale ból pozostał.

Palił, siekał, miażdżył – zupełnie jakby każdy możliwy rodzaj cierpienia zaatakował go w jednej chwili. Miał ochotę strzelić sobie w łeb albo rozciąć pierś i odrzucić serce jak najdalej od siebie.

John…

Sadie oglądała się na niego co chwilę. Rozumiała jak nikt inny co przeżywał i nawet nie próbowała z nim rozmawiać na ten temat. Nie mówiła, że będzie dobrze, bo wiedziała, że tak się nie stanie. 

John odszedł. Arthur nie wiedział co się z nim teraz stanie. Był sam, nie miał już nikogo. Stracił nie tylko ostatnią osobę, która coś dla niego znaczyła, stracił osobę, która była dla niego wszystkim.

Co on teraz zrobi? Miał masę pieniędzy, ale teraz nie miały żadnego znaczenia, bo wszystkie plany z nimi związane dotyczyły Johna.

To nie tylko bolało, ale i przerażało. Nie pamiętał czasów, kiedy Johna nie było jeszcze w jego życiu. Miał wręcz wrażenie, że czas przed Johnem nie istniał, tak słabo go pamiętał. Nawet gdy ten uciekł na rok, Arthur zawsze łudził się, że kiedyś wróci, wybaczy mu odrzucenie i wszystko będzie jak dawniej.

I wrócił, i na szczęście nic nie było jak dawniej tylko lepiej.

Teraz John nie wróci. I to bolało, to była agonia.

- Trzeba było uciekać, kiedy mieliśmy okazję. – Chrzanić pieniądze, niewygody, przynajmniej obaj by żyli. Razem, jak pragnęli. – Byliśmy głupcami, Marston. Ja byłem głupcem.

Gdyby tylko nie dał się Johnowi przekonać, że powinien być częścią napadu. Trzeba go było odesłać siłą wraz z Abigail i Jackiem. Do ostatniej chwili miał szansę. Nie skorzystał. To była jego wina. Miał chronić Johna i zawiódł.

Jego wina. Nie Dutcha, nie Micah czy żołnierza, który trafił Johna. To była wina Arthura, bo to on pozwolił Johnowi na to ryzyko. Może Dutch i Micah mogli zrobi coś więcej, by mu pomóc, o ile w ogóle spróbowali tak jak mówili, ale to nie miało znaczenia, bo gdyby John nie brał w ogóle udziału w tej misji samobójczej, nic by się nie stało. Arthur wracałby teraz do niego z pieniędzmi, nie kłopocząc się nawet z powrotem do obozu. A nawet gdyby zajął miejsce Johna, przynajmniej z nich dwóch przeżyłby ten, który na to bardziej zasłużył.

Co on powie Jackowi i Abigail? Jak im to powie, gdy na samą myśl o powiedzeniu tego na głos, urzeczywistnieniu tego co się stało, chciało mu się wymiotować?

- Wracasz do obozu? – zapytała go Sadie. Zgodnie z dawnym planem, już dawno powinni… powinien odjechać. Miał okazję, jego obawy się nie sprawdziły. Tylko że nie było już sensu w uciekaniu. Dutch nic mu już nie zrobi, nie będzie w ogóle miał powodu. Teraz gdy został sam, nie był już dla niego zagrożeniem. – Zabiją cię.

- Nie obchodzi mnie, co się ze mną stanie – powiedział jej. Nie chciał umierać, przynajmniej tak mu się wydawało, ale śmierć nie wydawała się już taka straszna.

- Znam to uczucie.

Wiedział. I miał kiedyś nadzieję nigdy go nie poznać na własnej skórze. Widział w swoim życiu już wiele śmierci, ale żadna nigdy nie dotknęła go tak jak ta Johna. Śmierć zwykłych towarzyszy to zawsze był szok, ale tutaj, to był po prostu ciągły ból, który nie chciał się zakończyć.  

- Jak można je zabić? – zapytał zdesperowany. Doświadczał go dopiero kilku minut, a już miał wrażenie, że lada moment od niego zwariuje.

- Nie da się – odpowiedziała z przykrością. Jej żal w niczym mu nie pomagał, nie łagodził bólu. – Trzeba po prostu nauczyć się z tym żyć.

Przytaknął ze zrozumieniem, znów czując szczypanie w oczach. Przetarł je szybko, czując wilgoć pod palcami.

- Mam żyć ze świadomością, że mężczyzna którego kocham umarł na moich oczach?

Co to za życie? Widział co to zrobiło z Sadie. Uczyniło ją nieustraszoną, ale gdy w jej oczach nie było złości, zawsze był tam smutek, którego nawet zemsta nie potrafiła ugasić. Był świadkiem tego, jak w końcu przestała trzymać to wszystko w sobie. Płakała za mężem, podczas gdy krew jego mordercy była na jej rękach, a jego ciało leżało u jej stóp. Nie było żadnej ulgi, nieważne ilu o’driscolli zabiła. Jake’a jej to nie zwróciło. Nic tego nie zrobi. Mogła go tylko wspominać.

Czy jego też to teraz czekało? Będzie łaknął zemsty? Ale na kim? Żołnierz, który postrzelił Johna już nie żył, a ci którzy ponoć go dobili, ich nigdy nie spotka, chyba że zdecyduje się wypowiedzieć wojnę całej armii Stanów Zjednoczonych. Kto wie, czy już nie zabił tego jednego mężczyzny, gdy gonił ich patrol.

Nie mógł mieć nawet pewności, że to żołnierze zabili Johna. Nie miał wątpliwości, że Dutch i Micah byliby zdolni do tego, by go dobić. Zwłaszcza ten drugi. Po co czekać na wojsko, gdy można samemu i bez świadków załatwić zdrajcę? Był z nimi Javier, ale mógł być po ich stronie, choć gdy wrócili po nich, jako jedyny z nich wszystkich wyglądał jakby było mu przykro.  

Mógłby teraz wrócić do obozu, by zabić Micah i Dutcha. Za to wszystko, do czego ostatnio doprowadzili, nie tylko za śmierć Johna. Dokonanie zemsty jak Sadie byłoby dziecinnie proste, może by nawet przy tym zginął i zakończył ten ból zanim na dobre się zaczął. Tylko czy było warto mścić się dla paru sekund satysfakcji, którą znów przysłoni cierpienie?

Zamiast bezsensownie zabijać w ramach zemsty, powinien wrócić po ciało Johna i gdzieś go pochować. W jakimś ładnym miejscu, gdzie miałby spokój do końca świata. Nie potrafił się jednak zmusić, by zmienić kierunek. Nie chciał widzieć ciała. Co zrobili z nim żołnierze lub Dutch i Micah. Wtedy to wszystko okaże się prawdą.

Nie łudził się, że John przeżył. Po prostu nie chciał, by ten widok został z nim do końca życia. Chciał pamiętać ukochanego całego i zdrowego. Może wtedy to wszystko co go czekało będzie choć łatwiejsze.

Wrócili do obozu całą grupą. Prawie całą. Arthur łapał się na tym, że odwracał się co chwilę za siebie, będąc pewny, że zobaczy jadącego za nim Johna, który uśmiechnie się do niego głupkowato albo rzucił jakimś żartem. Nawet słyszał parę razy tętent końskich kopyt, ale za każdym razem Johna za nim nie było. I już nigdy nie będzie.

Nigdy już nie pojadą obok siebie, nie będą dzielić papierosa, nie podroczą się ze sobą, nie urżną do nieprzytomności. Nigdy już go nie pocałuje, nie obejmie, nie zaśnie obok niego.

Gdy John był jeszcze młody, łaził za Arthurem wszędzie do tego stopnia, że było to irytujące. Kochał tego dzieciaka, ale każdy by miał dość. Teraz wiele by dał, by choć jeszcze raz usłyszeć „Mogę jechać z tobą?”

Siostra Calderon nie miała racji. Bóg go nienawidził. Nie widział innego wyjaśnienia na to, że co chwilę zadawał mu kolejny ból. Wiedział od razu, że znów jest coś nie tak, gdy tylko Tilly wyszła im na spotkanie z Jackiem siedzącym przed nią w siodle. Drugi koń, ten przeznaczony Abigail, podążał za nią, obładowany ich spakowany rzeczami.

- Zabrali Abigail!

To było niesprawiedliwe. Dostał już nauczkę, czemu jeszcze Abigail musiała płacić za ich grzechy?

- Przykro mi to słyszeć – powiedział Dutch, gdy Tilly skończyła odpowiadać na pytanie Arthura o to, gdzie ją zabrali.

Miał nadzieję, że Dutch pokaże jeszcze resztki człowieczeństwa. Bez względu na to, jak on i John się z nim poróżnili, Abigail nie była niczemu winna. Nie chciał ratować ich, ale niech chociaż uratuje kobietę, na litość boską! Jej chyba nie zostawi na pewną śmierć?

- Trzeba ją odpuścić – wtrącił się Micah. Arthur z radością przywitał złość, która zagłuszyła tymczasowo ból. – John nie… Wybacz, młody.

Jack nawet nie rozumiał co się stało. Był przerażony, właśnie zabrali mu matkę, a teraz jeszcze Micah mówił coś o jego ojcu.

- Bez Johna jest tylko przynętą – mówił dalej Bell. – Siedzimy na mamonie, Dutch. To byle dziewczyna, nic takiego jej nie zrobią. Chłopaki i ja dobrze wiemy, że musimy wykorzystać tę szansę, Dutch. I ty też wiesz, wszyscy tu to wiedzą.

Być może, ale nawet gdyby mieli ją tylko połaskotać, Dutch powinien jej pomóc. Mieli zasady, do cholery! Wcześniej zostawiał ludzi, gdy nikt nie mógł tego zobaczyć, a teraz na oczach innych? Tak chciał podtrzymać lojalność? 

- Czyli po prostu pozwolimy, żeby dzieciak został sierotą? – zapytał rozjuszony.

- T-to nie tak! – tłumaczył się Dutch.

- Więc niby jak?!

Nie bał się już. Dutch może powiedzieć wszystkim, ze jest homoseksualistą, nie zrani go już tym. Zrobił to wystarczająco mocno w ostatnich tygodniach.

Czemu w ogóle tu jeszcze stali? Powinno już dawno być w drodze do Van Horn, ratować Abigail. Nikt nie zostaje porzucony, tak brzmiała jedna z zasad. Teraz to wyglądało jak zwykły żart.

- Ja chcę żyć, pastuchu! – odpowiedział mu Micah. – Nadal mam taką możliwość. Dutch, to tylko dziewczyna…

Arthur popatrzył zdesperowany na Dutcha, błagając go, by ruszył po Abigail tak jak powinien to zrobić bez zastanowienia. Tracili tylko cenny czas!

- Masz rację…

W Arthurze coś pękło. Wściekły zszedł konia i doskoczył do Dutcha.

- Dutch…

- Micah… Arthurze, przyznaję to z bólem, ale on ma rację.

- Dutch!

To tylko niewinna dziewczyna! Dutch sprzed lat nigdy by jej tak nie zostawił. Jeszcze nie tak dawno bez zastanowienia szedł odbić jej syna, a teraz zostawiał ją na pastwę Pinkertonów? Mogli jej zrobić wszystko, a śmierć byłaby najłagodniejszą z opcji.

- Ruszamy, chłopcy! – ponaglił ich Dutch. Jego koń omal nie przewrócił Arthura, który stał blisko, obserwując jak ich lider oraz reszta towarzyszy wraca do obozu jakby nic się nie stało.

Chciałby powiedzieć, że jest zaskoczony, ale był tylko wściekły. Najpierw John, teraz Abigail…

- Czyli chyba to by było na tyle – westchnął. – Wszystkie te pieprzone lata.

- Chodźmy, Arthurze – zwróciła się do niego Sadie. Jako jedyna została. – Chodźmy ją odbić. Nikogo więcej nie potrzebujemy.

Wyjęła mu to z ust. Uratują Abigail, nie pozwolą by Jack jednego dnia stracił i ojca, i matkę. Tym razem zrobi co do niego należało.

- Panno Tilly – odezwał się do dziewczyny, nim podszedł do konia i ściągnął z niego pieniądze, przekładając je na jej wierzchowca. Jemu już nie będą potrzebne. – Proszę. Weź to. Weź też te pieniądze. Zabierz Jacka i czekajcie w Copperhead Landing tak jak planowaliśmy, na Abigail i panią Adler.   

Jeszcze nie wiedział co zamierza zrobić ze sobą, ale gdyby miał zginąć w trakcie tego odbicia, chciał by jego przyjaciele mieli wszystko cenne, co mu zostało. Podał więc Tilly resztki pieniędzy, jakie miał. Może się jeszcze spotkają, może nie, nie wiedział tego jeszcze. W obecnej chwili nic nie miało sensu bez Johna przy jego boku.

- Dziękuję, Arthurze.

- Dobra z ciebie dziewczyna – powiedział jej. Też zasługiwała na drugą szansę. – Więc prowadź od teraz dobre życie, jasne?  

- Jasne, Arthurze – odparła. Czuła, że to prawdopodobnie pożegnanie. – Będę… Będę za tobą…

- Ja za tobą też, słońce – zapewnił ją. Żegnanie się z nią tak krótko po utracie Johna tylko potęgowało ból, ale nie chciał odchodzić bez pożegnania, gdyby to miała być ostatnia chwila, kiedy się widzą. – Ja też.

Spojrzał na przestraszonego Jacka. Wydawał się jeszcze mniejszy niż był, delikatny. Nie zasłużył na to, co go teraz spotykało. Dlatego zrobi wszystko, by sprowadzić do niego jego matkę.

- Jack, chodź no. – Wyciągnął do niego ręce i złapał go za przedramiona. – Bądź dzielny, synu. Jadę po twoją mamę.

Chciał go trochę uspokoić, zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Za nim też będzie tęsknił. Był tylko dla chłopca wujkiem, ale Jack… Jack był dla niego jak syn, którego już kiedyś stracił. Wyglądało na to, że nie zasługiwał na rodzinę. Najpierw Isaac i Eliza, teraz John. Odebrano mu wszystkich.

- Pani Adler… - Wsiadł na konia, znów czując gniew. Przyda mu się, gdy wpadną do Van Horn, by rozprawić się z tymi, którzy porwali Abigail. – Jedziemy!

Konie ruszyły pełnym galopem. Sadie już planowała jak najlepiej wejść do Van Horn. Nie wtrącał się, nie był już pewny niczego, chciał tylko uratować Abigail. Obawiał się tylko tego, że tak jak nie uratował Johna, tak i jej teraz nie pomoże.

Sadie zapewniała go, że się uda. Tak samo jak wtedy, gdy odbijali Johna z więzienia. Nawe tamta akcja wydawała się prostsza niż to, co zamierzali zrobić. Teraz po tylu rozczarowaniach ze strony Dutcha, po tylu niepowodzeniach, czuł się jakby znów miało się wszystko nie udać. Cały ten dzień był pełen porażek i nic już tego nie zatrzyma.

I wszystko przez Dutcha. Sadie siedziała w tym wszystkim przez nich, ale zarzekała się, że nie obwinia ich o nic. Zawdzięczała im życie, jemu i Dutchowi. W noc kiedy ją uratowali, jeszcze można było na nim polegać, wierzyć mu, choć już wtedy opowiadał same kłamstwa. Całe ich życie było jednym wielkim kłamstwem.

Mieli uciec z tego bagna. Zacząć nowe życie. Najwyraźniej bagno nie wypuszcza tak łatwo, gdy za długo się w nim siedzi i pochłonęło już za dużo ofiar. Sean, Mac, Davey, Jenny, Hosea, Kieran, Lenny. John… Więcej nie będzie. John będzie ostatni.

Odstrzelił z karabinu wyborowego każdego sukinsyna, który stanął Sadie na drodze, gdy ta w pojedynkę przedzierała się przez Van Horn, ufając że nie pozwoli, by coś jej się stało. Prawie mu się udało. Prawie choć jedna rzecz poszła dobrze tego dnia. Do czasu aż Pinkertoni złapali Sadie.

- Okej, panie Milton – warknął, ciskając karabinem o podłogę. – Chyba będziemy musieli przedyskutować to jak dżentelmeni.

Milton nie zdąży nawet pożałować tego co zrobił. Ukrywał się za zakładnikiem jak zwykły tchórz, zamiast zostawić to tylko pomiędzy nimi. To ich chciał dopaść. Arthur naprawdę nie był w nastroju na bycie miłym i dobrym. Był wściekły i zrozpaczony, a ten drań zaatakował niewłaściwą osobę.

Z kryjówki Miltona wychodzili kolejni, nie było mowy, by dotarł tam bez brania udziału w strzelaninie. Na szczęście był na nią przygotowany.

Wystrzelał każdego, kto próbował mu stanąć na drodze, nie zamierzał znowu zawalić jak w pociągu. Nie wybaczyłby sobie kolejnej porażki. Jeśli oni nie mogli, to chociaż Abigail i Jack dostaną życie, na jakie zasłużyli. Nie pozwoli, by wszyscy poszli na dno z Dutchem, który pewnie dalej się łudził, że wszystko szło zgodnie z planem, dopingowany ochoczo przez Micah. Gdy obaj zorientują się w jakie gówno wdepnęli, będzie już za późno.

Udało mu się w końcu przedostać do budynku, w którym ukrywał się Milton, o ile wciąż tam był. To jeszcze nie był koniec, na pewno Pinkertoni kręcili się też w pobliżu i zmierzali w tym kierunku zwabieni strzałami, które ostrzegły pewnie nawet policję w Saint Denis.

Przeładował rewolwer i wyważył drzwi, wchodząc od razu do środka. Jego oczy natychmiast namierzyły dwóch Pinkertonów, a ręka automatycznie nakierowała na nich broń. Dwa szybkie strzały w głowy i było po wszystkim. Nie zdążyli nawet do niego strzelić. 

- Czas się stąd zabierać, moje panie – powiedział do obu kobiet. Sadie szamotała się w więzach na podłodze, a Abigail na krześle.

Podszedł najpierw do tej drugiej, zdejmując jej szybko knebel z ust. Zaczął już rozcinać linę wokół jej nadgarstka, gdy usłyszał za sobą dźwięk odciąganego kurka.

Szlag. Wściekłość i rozpacz uczyniły go nieostrożnym. Zapomniał całkiem o Miltonie, ale prawdę mówiąc, nie patrzył szczególnie na twarzy mężczyzn, których zastrzelił. Był pewien, że jeden z nich to właśnie Milton albo że w ogóle go nie było, jak zwykle zresztą.

- Bez nerwów, panie Morgan – polecił mu mężczyzna. Arthur nie był zdziwiony, gdy przez krótką chwilę poczuł się skuszony, by zareagować gwałtownie i dostać kulkę. Zdusił w sobie to pragnienie i po wypuszczeniu noża powoli odwrócił się do agenta. – Nie wygląda pan najlepiej.

Musiał wyglądać okropnie. Blady, z podkrążonymi z niewyspania i czerwonymi od niewypłakanych łez oczami, po prostu wykończony tym wszystkim. Nic dziwnego, że śmierć wydawał mu się teraz dobrym rozwiązaniem. 

- Czuję się jakbym umierał od środka – wyznał szczerze. To chyba było najbardziej właściwe określenie tego co przeżywał, a mimo to i tak nie opisywało tego w pełni. – Kto wie, może niedługo strzelę sobie w łeb. Ale najpierw umieszczę kulę w twojej głowie.

- Umrzesz, pewnie, ale ja będę chodził zdrów – odparł pewny siebie Milton, celując do niego z pistoletu. Był zrelaksowany, opierał się o ścianę obok siebie jakby prowadzili zwykłą rozmowę towarzyską. – Mieliśmy dla pana propozycję, panie Morgan i trzeba ją było przyjąć.

- Głupiec ze mnie, panie Milton.

Będzie sobie wypominał każdy błąd ostatnich tygodni aż do końca życia, nieważne jak długiego. Może wcale nie tak długiego. Ale odrzucenie oferty Pinkertonów nigdy nie będzie żałował. Nie przyjąłby jej nawet teraz. Był zdrajcą, ale nie takim zdrajcą.

- Nie każdy z was wykazuje się takimi skrupułami – powiedział ze szczerym podziwem. – Stary Micah Bell.

- Micah? – zdziwił się. Można się aż tak przejęzyczyć? – Znaczy Molly?

- Molly O’Shea? Kilka razy braliśmy ją w magiel, nigdy nie pisnęła, trzeba ją było puścić – wyznał zaskoczonemu Arthurowi. Wiedzieli, że jest jeszcze jeden kret, ale nie wiedzieli, że Molly nigdy nic nie pisnęła. Kłamała, żeby odegrać się na Dutchu. – Micah Bell. Przechwyciliśmy go, kiedy wasza ekipa wróciła z Karaibów i od tej pory był grzeczny i układany.

To było aż nazbyt oczywiste, a mimo to zaskakujące. Micah był sukinsynem i dbał przede wszystkim o siebie, ale naprawdę sądził, że chociaż w kwestii lojalności można mu ufać, że nie zdradzi grupy, którą pewnie chciał przejąć dla siebie.

- Dobra… - Czuł się jakby wściekłość miała go zaraz rozsadzić. – Dobra.

Micah. To cały czas był Micah. Zniszczył ich gang od środka, namieszał Dutchowi w głowie, a potem ściągnął na nich Pinkertonów, którzy cholera wie co mu obiecali w zamian.

I John… Teraz był bardziej niż pewien, że Micah maczał palce w porzuceniu go. Zawsze go nienawidził, zawsze mu przeszkadzał. Zostawienie go na łaskę żołnierzy było mu na rękę i wpasowywało się też w działania Pinkertonów. Nawet jeśli Dutch albo Javier chcieli pomóc, Micah na pewno nie miałby problemów by przekonać ich do zostawienia Johna. Choć Arthur był pewien, że Dutcha nawet nie trzeba było przekonywać. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy zostawiał swoich synów na śmierć.   

Nie zważając na swoje bezpieczeństwo, wściekły rzucił się na Miltona, odginając jego rękę tak, by nie mógł w niego strzelić. Zaczęli się siłować o rewolwer, o to kto przeżyje to spotkanie. Arthur był zdziwiony tym, jak silny jest Milton, a może to on był za słaby? To by się zgadzało. W końcu ostatnio ciągle czegoś mu brakowało, by ocalić innych. Teraz nie potrafił nawet ocalić siebie, ale może to i dobrze. Śmierć nigdy nie była tak kusząca jak teraz.

- Jest pan zbyt rozjuszony, panie Morgan – wytknął mu Milton, zdobywając przewagę. – Zbyt wielka furia tylko przeszkadza.

- A pan ciągle tylko ujada, panie Milton – wydyszał. Lufa była już niemal na wysokości jego oczu, a mimo to był spokojny. Nie bał się, nie miał czego. Nie miał już nic cennego do stracenia.

Gdy usłyszał huk, był pewien, że to rewolwer Miltona już wypalił, a on jakimś cudem nie umarł od razu od dostania kulki w głowę. Poczuł ciepło krwi na twarzy, a agent Milton padł nagle, upuszczając rewolwer. Arthur zachwiał się i oparł o ścianę, sapiąc z wysiłku i patrząc na dziurę po pocisku, który wbił się w bok głowy mężczyzny.   

Zaskoczony odwrócił wzrok, łudząc się przez moment, że zobaczy Johna, ale po jego lewej stała tylko Abigail, drżącymi rękoma trzymając broń.

- Straszny człowiek. – Była w lekkim szoku, ale nie widać było u niej żalu po popełnionym morderstwie. Szybko doszła do siebie, zabrała nóż Arthura z podłogi i uwolniła szybko Sadie. –  No już. Chodźcie.

Wyszli z budynku, znów musząc walczyć z Pinkertonami, którzy przybyli już na miejsce. Zamiast ich wszystkich wybić, wsiedli jak najszybciej na konie i zaczęli uciekać zanim ta cała banda mogła się zorganizować.

Niektórzy ich gonili i próbowali zatrzymać, ale Arthur powystrzelał tych niedobitków, podczas gdy Sadie prowadziła jego konia. Bardzo szybko pozbyli się ogona i zmienili kierunek, by zmylić tych, którzy mogliby ich jeszcze ścigać.

Nie zwalniali, jechali tak długo, aż poczuli się bezpiecznie. Dopiero wtedy Sadie skierowała ich w stronę Copperhead Landing – do Jacka i Tilly. Musiał ją zatrzymać, on wybierał się gdzieś indziej. Najpierw Beaver Hollow, potem odjedzie. Gdziekolwiek, bez różnicy. Chciał opłakiwać Johna w samotności.

- Dajcie mi chwilę – powiedział im i zsunął się z konia, gdy tylko Sadie zwolniła.

- Arthur, nie ma czasu – przypomniała mu zirytowana.

- Właśnie, że jest.

Podszedł do konia Abigail i wyciągnął ręce w jej stronę, by pomóc jej zsiąść. Nie ruszyła się, popatrzyła tylko na niego z niepokojem.

- Co się stało z Johnem? – zapytała w końcu. Ścisnęło go w sercu, gdy usłyszał jej niepewny, pełen przerażenia głos. – Gdzie jest John?

Spodziewał się, że o to zapyta. Nie zostawiłby jej bez pomocy, nawet gdy wciąż byli w konflikcie. Wiedziała to. Musiała oczekiwać, że John przybędzie razem z nim, albo że chociaż czeka gdzieś w pobliżu i ubezpiecza tyły.

Musiał jej przekazać złe wieści. Tylko jak to zrobić, gdy sam nie chciał ich słyszeć ani o nich myśleć?

- Ja nie… Może… - Nie mógł się wysłowić, ból znów rozrywał mu klatkę piersiową, a do oczu napływały łzy.

Złapała go w końcu za ręce i pozwoliła mu ściągnąć ją z konia, stawiając ją przed sobą. Sadie także zsiadła.

- Arthurze…

- On… - Głos mu zadrżał i coś stanęło mu w gardle.

John nie żyje. Nie żyje, powiedz to w końcu, głupcze! Pogódź się z tym!

- Co? – Słychać już było zbliżający się płacz w jej głosie.

Nie było mowy, że nie wiedziała. Domyślała się, choćby po jego wyrazie twarzy, po prostu wypierała to tak samo jak on.

- Zabili go albo złapali – wyrzucił w końcu z siebie, omal nie dławiąc się powietrzem, gdy poczuł jakby ktoś go uderzył w grdykę.  

Wciąż była nadzieja. Musiała być, ale jak długo mogli ją mieć?

- Nie – zaprzeczyła natychmiast Abigail, cofając się nieco.

- Bardzo mi przykro, Abigail – wyznał jej. Dostrzegł w jej oczach moment, kiedy coś w niej umarło. Jak wielka pustka była teraz w jego oczach? – Ja…

- Nie.

Nie wierzyła w to, nie chciała w to uwierzyć. Broniła się przed bólem jak tylko mogła i gdyby mógł, zrobiłby wszystko, by jej w tym pomóc, ale jedyne co mógł zrobić, to sprowadzić na nią to cierpienie jak najdelikatniej, o ile to w ogóle możliwe. Nie mogli się oboje ukrywać przed prawdą, nawet jeśli bardzo chcieli i sam robił dokładnie to samo aż do teraz. Już ich bolało, ale będzie boleć jeszcze bardziej, im dłużej będą zwlekać.

- Byłem w pociągu i nie widziałem.

Powinien tam być. Nie zważając na własne życie wyskoczyć i sprawdzić co z Johnem. Może wtedy by żył. John by tak zrobił. Zawsze był lekkomyślnym durniem.

- Nie – załkała, a Sadie przysunęła się do niej, oferując wsparcie.

Zaczęła płakać. Też chciał to zrobić, pozwolić sobie na ten komfort. Może wypłakałby choć trochę bólu tak jak teraz ona. Nie tylko on stracił dziś osobę, którą kochał. Śmierć Johna dotknęła Abigail równie mocno, co jego. Sam nie chciał pocieszenia, ale nie mógł tak po prostu patrzeć, jak ta biedna dziewczyna cierpi.

- Słuchaj. Mamy Jacka, jest bezpieczny. – Jedyne, co jej pozostało po Johnie. Do końca życia będzie widziała go w oczach syna. – Pani Adler zabierze cię do niego, ale John… Chcę żebyś wiedziała, on cię kochał. Naprawdę kochał ciebie i Jacka. Nie mógł ci dać takiej miłości, jakie pragnęłaś, ale was kochał.

John był upartym durniem i nie zawsze dobrym człowiekiem, ale jednego nie można mu było odmówić – kochał szczerze i troszczył się o swoich najbliższych. Może nie zaczął najlepiej z Abigail, może żarli się ze sobą bardziej niż powinni i nie byliby przez to dobrą parą, ale kochał ją. Była jego przyjaciółką, matką jego dziecka. Nigdy jej tego nie powiedział, ale zwierzył się Arthurowi. Abigail musiała to wiedzieć.

- Przepraszam – powiedziała zapłakana, ocierając łzy, które nie chciały przestać spływać. – Dotknęło cię to pewnie mocniej niż mnie. Przecież wy…

- Nie ma sensu się licytować, kto cierpi bardziej, Abigail. To boli, to jedyne co musimy wiedzieć – powiedział jej, nawet teraz czując ten potworny ból, który trawił jego ciało i umysł. Nie było przed nim ucieczki, nie dało się zagłuszyć. Zawsze już tam będzie. U nich obojga. – Teraz musisz iść po chłopaka. No dalej, zabieraj się stąd.

- Arthur, co ty robisz? – zapytała go Sadie, siedząc ją na swoim koniu.

- Muszę odbyć pewną rozmowę.

Czas się rozmówić z Dutchem. I Micah. Raz na zawsze.

- Nie, Arthurze – błagała Abigail. Nie chciała by jechał, nie chciała stracić i jego.

- Nie arthuruj mi tutaj. Ani ty, ani ona. Nie teraz – poprosił je. Podsadził Abigail, by mogła usiąść za Sadie i popatrzył na obie kobiety. – Będziecie już bezpieczne. Pinkertoni skupią się na nas, wy jedźcie. Macie pieniądze, postępujcie dalej zgodnie z naszym planem i wynoście się stąd, zacznijcie nowe życie, które wam się należy. Jesteście dobrymi kobietami. Dobrymi ludźmi. Najlepszymi.

- Co z tobą? – spytała Sadie.

- Nieważne czy zamierzałem uciec, nie zostawię Dutcha, Billa i Javiera z tym szczurem nie ostrzegając ich wcześniej – wyjaśnił im, czując obrzydzenie wzbierające w nim na myśl o Micah. Przebrzydły zdrajca! – Muszą się dowiedzieć kto nas sprzedawał.

- A potem co? – dopytywała Abigail, ocierając resztki łez z czerwonej od płakania twarzy.

- Chcę być sam – powiedział tylko. Nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. – Idźcie teraz po chłopaka. Na smutki będzie czas później.

- Jeśli tam wracasz, Arthur, weź to. – Abigail sięgnęła do rzemyka wokół szyi i wyciągnęła z dekoltu niewielki klucz, który zerwała i mu podała. – Ja już nie potrzebuję.

Odebrał klucz, oglądając go ze wszystkich stron, jakby miało mu to powiedzieć, do jakiego zamka pasuje.

- Co to jest?

- W jaskiniach znajduje się skrzynia. Z tyłu, po lewej. Ukryta pod wozem. Skrzynia Dutcha – wyjaśniła przebiegle, choć smutek w jej głosie psuł cały efekt. – Z naszymi pieniędzmi. John na pewno ci powiedział, że wiem gdzie ona jest.

A teraz miał klucz.

- Abigail Roberts – powiedział z podziwem i złapał ją za rękę, ściskając ją lekko.

- Zawsze byłam dobrą złodziejką – zapłakała.

- Ano byłaś – przyznał puszczając jej dłoń. – Dobra, uciekajcie stąd. Przywiozę wam te pieniądze do O’Creagh’s Run, upewnię się, że na pewno jesteście bezpieczni zanim was zostawię. John by tego chciał.

Patrzył jak odjeżdżają, dopiero gdy zniknęły mu z oczu odwrócił wzrok. Sprawdził jeszcze, czy oba rewolwery mają pełne bębenki i dopiero wsiadł na konia, ruszając z powrotem do obozu – zdeterminowany i zdecydowany.

Zakończy to dzisiaj, nawet jeśli miałby umrzeć. Micah zapłaci za wszystko.

Podróżował lasem, nie bojąc się, że spotka jakiś patrol Pinkertonów czy łowców głów. Może ich spotkać, nie obchodziło go to teraz. Był w takim stanie, że obojętna mu była śmierć czy życie. Jedyne co go jeszcze jako tako motywowało, to zdobycie pieniędzy dla dziewczyn.

Nawet zemsta niespecjalnie go interesowała. Jeśli będzie trzeba, z przyjemnością zabije Micah, ale jeśli tego nie zrobi, nie będzie rozpaczał. Wiedział, że ta zemsta da mu tylko chwilowe ukojenie. Ostatni raz czuł taką pustkę i brak sensu, gdy odwiedzając swoją rodzinę zastał tylko dwa krzyże przed domem. Miał nadzieję nigdy już tego nie poczuć, ale teraz bolało nawet bardziej.

To nie tak, że nie chciał żyć, nie dążył do śmierci, było mu to po prostu obojętne. Życie bez Johna było przerażające, ale był gotowy w nim wytrwać. John na pewno by tego chciał. Tyle tylko, że śmierć też była kusząca opcją, którą rozważał. Może nie teraz, może nawet nie za rok, ale kiedyś, by nie cierpieć zbyt długo. Nie widział po prostu powodu, by żyć bez niego.

Całe jego dotychczasowe życie kręciło się wokół gangu, nowe miało być skupione na Johnie. Nie ostało mu się ani jedno, ani drugie. Mógłby spróbować z Abigail, zadbać o nią i o Jacka, ale nie czuł żadnej motywacji. Chciał im pomóc, ale to wszystko. Nie obchodziło go już jego własne życie, własna radość, a cudza nie motywowała go dostatecznie, by miał zostać z kobietami.

Chciał być sam. Jeśli nie mógł spędzić reszty życia z Johnem, to chciał je spędzić w samotności. Nigdy nie był aż tak towarzyskim człowiekiem, a w naturze może znaleźć choć trochę ukojenia, nim to wszystko stanie się zbyt intensywne i palnie sobie w łeb albo pozwoli, by zażarł go jakiś niedźwiedź. Albo wilk. Wilk by lepiej pasował.

Prawdopodobnie nie zasługiwał na takie łatwe odejście. Za to co zrobił przez tyle lat, powinni go powiesić tak, by się udusił, a nie łatwo skręcił kark. Powinien umierać w cierpieniach, by choć trochę zadośćuczynić tym, których skrzywdził.

Był potworem, nie zasłużył na godną śmierć.

Robił co mógł w ostatnich tygodniach, by pomóc innym, ale nie zrobił dość, by odejść w spokoju albo tak jak sam chciał. Nawet nie potrafił uratować Johna. Jeśli on nie dostał godnej śmierci, to on też nie powinien.

Wspominanie Johna zawsze przynosiło ukojenie jego duszy. Nie był przyzwyczajony do tego, jak teraz to bolało. Każde wspomnienie – dobre czy złe – odczuwał jak pokryte solą ostrze noża wbijające się powoli w jego ciało. Nie potrafił zliczyć ile razy odebrało mu to dech, ile razy czuł żółć w gardle, która tylko dostarczała więcej bólu.

Las był zaskakująco spokojny. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, nie mieliby żadnego problemu, by uciekać. Jechaliby obok siebie w poszukiwaniu nowego życia. Mieli naprawdę wielkie nadzieje co do niego, ale teraz już nigdy się nie spełnią.

Nawet tych zwykłych chwil z ich życia już nie będzie. Żadnych. Zostały mu tylko wspomnienia, które przynosiły ból. Nie wyobrażał sobie życia w takim stanie latami. Powoli zmieniał się we wrak człowieka, jeden strzał odebrał mu wszystko. Tak po prostu. A do tego jednego strzału doprowadziła masa źle podjętych przez kogoś innego decyzji.

Zastanawiał się jak by się to wszystko potoczyło, gdyby nie napadli na ten prom w Blackwater. Albo gdyby nie ruszali pociągu Cornwalla, nie uratowałby Micah od powieszenia, uciekli gdzie indziej niż w pobliże Valentine czy nigdy nie pogrywali sobie z dwoma rodzinami w Rhodes.

Patrząc na te wszystkie wydarzenia z innej perspektywy, łatwo było zauważyć, że zawsze wybierali złe opcje. Nie wiedzieli tego wtedy, ale może powinni byli widzieć. To było aż dziwne, jak oczywiste było, że te plany nie mogły się nigdy udać. Nie bez konsekwencji.

On i John prędzej czy później i tak zdecydowaliby się w końcu opuścić gang. Może nie, może zamiast uciekać zdobyliby się na dowagę, by powiedzieć przyjaciołom o ich związku. Może zostaliby zaakceptowani, a nie wygonieni czy zabici na miejscu.

Nigdy już się tego nie dowie. Znalazł się w takim, a nie w innym miejscu. Wszystkie wydarzenia doprowadziły go z powrotem do Beaver Hollow, więc musiał dalej podążać tą drogą, a nie roztrząsać przeszłość. Ostatni raz spróbuje postąpić tak, jak należy. Uratuje to co zostało z gangu i przy okazji pomści Johna.

Potem niech się dzieje co chce. Spróbuje odpocząć i pogodzić się z tym, co się stało, a jeśli mu nie wyjdzie… Miał już gotową opcję.

Zmierzchało już, gdy dotarł z powrotem do Beaver Hollow. Obóz już się zwijał, każdy się pakował pod dyktando Micah, który sam nic nie robił, jak zwykle. Tyle zawsze gadał, że dba o dobro gangu, że boli go widok tylu głodnych towarzyszy, a rzadko kiedy robił coś, by temu zaradzić. Nawet jeśli nie był zdrajcą od samego początku, to na pewno był pasożytem, jak kleszcz wysysającym życie z ich gangu, li i jedynie dla własnych korzyści.

Gang i co się z nim stanie nigdy się dla niego nie liczyło. Tylko to, co on może z nim zyskać. 

- Pakuj bagaże szybciej, jeśli łaska, panno Grimshaw – popędził kobietę. Arthur podjechał powoli. – Ruszać się. Do was mówię.

- Cóż, robimy, co możemy – odparła zirytowana Susan, spoglądając na niego ostro.

- Prędzej, marnie z naszym czasem – poganiał dalej, jakby teraz to on był tu liderem. Żałosna kreatura. – Prędzej.

- Czasu to mamy w bród, Micah – odezwał się do niego Arthur, zatrzymując konia przy wjeździe do obozu i schodząc z niego. – Musimy sobie pogawędzić.

Nie szczędził jadu w swoim głosie. On i Micah nigdy nie byli w najlepszych stosunkach, starał się chociaż tolerować jego obecność w gangu, ale teraz skończyło się granie miłego. Ten zdrajca zasługiwał tylko na kulkę między oczy.

- O, jesteś, Morgan. Hura – zakpił Micah, ale Arthur nie dał się sprowokować.

Dutch wyszedł do nich ze swojego namiotu, by obserwować całe zamieszanie. Nawet nie zapytał jak poszło jemu i Sadie albo gdzie pani Adler się podziała. Arthur ruszył w jego stronę.  

- Dutch, dopiero co widziałem agenta Miltona. Abigail go zastrzeliła. Nic jej nie jest, nie żebyś się tym jakoś szczególnie przejmował – wytknął mu i spojrzał na Micah i jego dwóch kumpli, którzy byli u jego boku. Sam ich widok napawał go obrzydzeniem, nawet splunąć by na nich nie chciał. – Wy żmije. Cała banda. Wychodzi, że stary Micah blisko trzymał z Miltonem.

- O czym ty, u diabła, gadasz, pastuchu? – zapytał Micah udając, że się tym nie przejmuje. Ale Arthur widział nerwowość w jego oczach.

- Wsypałeś nas – oskarżył go. Molly zginęła za to, co cały ten czas robił Micah.

- To jebane kłamstwo – bronił się. Dłonie trzymał blisko kabur z rewolwerami i zrobił kilka kroków stronę Arthura, a jego koledzy poszli za nim, też gotowi na strzelaninę.

Nie bał się tych drani. Nawet jeśli go teraz zastrzelą, nawet im za to podziękuje. Kula będzie bolała mniej od tego, co teraz czuł. 

- Dutch.

- Dutch – powtórzył za nim Micah. – Pomyśl o przyszłości.

- Milton mi powiedział – wyjaśnił Arthur, kierując swe słowa do Dutcha, który słuchał tego wszystkiego i patrzył to na niego, to na Micah, ale nie komentował nic.

- I ty mu wierzysz? – zapytał go Micah. – Wierzysz mu?

Wierzył Miltonowi bardziej niż jemu kiedykolwiek. Agent nie miał powodu, by kłamać w takiej sytuacji, gdy był pewny swego.

- Wszystko teraz nabrało sensu.

Micah popatrzył na niego z furią w oczach. Tracił spokój. Jeszcze moment i dojdzie do rozlewu krwi. Arthur tylko na to czekał. Będzie miał pretekst, by zastrzelić sukinsyna, uratować co się dało, a potem zniknąć.

- Nie – odpowiedział Micah. – Za cholerę nie nabrało.

Wyciągnęli rewolwery w tym samym momencie, mierząc tylko do siebie. Arthur był sam na trzech, z czego może dwóch zastrzeliłby bez problemu, nim dostałby kulkę od trzeciego. O ile w ogóle strzeliłby do kogoś innego niż Micah. Miał ochotę władować w niego wszystkie sześć kul. Za to jaki był wobec innych, wobec jego przyjaciół i niewinnych osób. Za podsuwanie Dutchowi pomysłów, które doprowadziły do tylu tragedii. Za sprzedanie ich Pinkertonom. I za zostawienie Johna bez pomocy, być może nawet zabicie go. 

Był tam z Dutchem, miał przyprowadzić Johna, ale uciekł. Nie miał problemu z wybiciem połowy miasta w dwie osoby, żeby odzyskać parę głupich rewolwerów, ale czterech rewolwerowców przeciwko patrolowi wojskowemu, to już było za dużo.

Uwierzyłby, gdyby to był ktoś inny, ale nie Micah. Celowo go tam zostawili. Mogli coś zrobić, ale po co? Pozbyli się problemu. Własnymi rękoma czy nie, Micah i Dutch zabili Johna i zapłacą za to, albo zginie próbując do tego doprowadzić. Oba rozwiązania mu pasowały.

- Dutch… Myśl!

Wciąż nie było za późno. Nadal mógł się opamiętać, musiał tylko przestać słuchać podszeptów tego węża, zacząć myśleć za siebie, o tym jaki kiedyś był, jakiego udawał – bez różnicy! – niech ten ostatni raz zachowa się właściwie, pomyśli o ludziach, którzy mu ufali i oddali za niego życie, a nie o pieniądzach.

- Dutch - wtrącił się Micah, wciąż manipulując, wciąż pogrywając sobie z innymi. Nigdy nie poznał bardziej fałszywego człowieka, nawet w pieprzonym cyrku, gdzie przebierańców jest na pęczki! - Pamiętaj, praktyczność.

- Dutch!

Arthur poczuł się, jakby pierwszy raz w życiu naprawdę zaczerpnął powietrza, gdy usłyszał znajomy, zachrypnięty głos. Wszystkie inne dźwięki były nagle wygłuszone, jakby znajdowały się w oddali. Głośny i wyraźny był tylko ten jeden głos, który rozbrzmiewał mu w uszach i napełniał go nieopisaną radością oraz ulgą.

- John? – zapytał zaskoczony Bill.

Też chciał to zrobić, ale odebrało mu mowę, gdy na moment odwrócił głowę i zobaczył, jak jego ukochany kuśtykając i trzymając się za ramię powoli zmierza w ich stronę. Ranny i wyczerpany, ale żywy.

John żył.

Żył!

- Zostawiłeś mnie – oskarżył wściekle Dutcha. – Zostawiłeś mnie, żebym zdechł!

Czy to się naprawdę działo? Może źle zobaczył, nie miał czasu patrzeć, musiał obserwować Micah, choć ciężko się było na tym skupić w obliczu takiego cudu.

Dutch spoglądał na niego w szoku, nie wiedząc co powiedzieć, gdy John piorunował go wzrokiem. Nie udawał tym razem, że nic wielkiego się nie stało jak w dniu, kiedy odbili go z więzienia. Nie hamował się. Poprzednie zdrady dało się pewnie jeszcze jakoś usprawiedliwić, ale teraz? John nie zamierzał nawet szukać usprawiedliwienia. Ani słuchać żadnego.

- Chłopcze… - Głos Dutcha był pełen zdumienia, nie wierzył własnym oczom jak pewnie każdy z nich. Arthur też nie mógł uwierzyć, że to nie jest halucynacja. – Nie miałem wyboru. John, ja…

- Ty! – warknął, sapiąc z wściekłości.

- Nie miałem wyboru – tłumaczył się dalej Dutch.

- Zostawiłeś mnie! – powtórzył, powoli stawiając kolejne kroki w stronę Arthura, nie spuszczając jednak Dutcha i pozostałych z oczu.

- Słuchajcie wszyscy! – zakrzyknął Arthur, z trudem powstrzymując się, by nie zerkać zbyt często na ukochanego, dalej niedowierzając, że to naprawdę on. Niczego nie pragnął teraz bardziej niż tego, by objąć go i już nigdy go nie wypuszczać, ale to nie był dobry moment i towarzystwo na powitania. – Czas wybrać po której jesteście stronie, bo to koniec. Dutch, te wszystkie lata dla takiego węża?

- Oj, ucisz się, pastuchu. Cichaj, bo nie stąpasz twardo po ziemi.

- Nie, niech pan ucichnie, panie Bell. – Arthur zerknął na Susan, która zbliżyła się do niego ze strzelbą w dłoni. Celowała do Micah. Dobrze, była ich już trójka. On, Susan… John. Boże, John też tu był. Nie mógł w to uwierzyć, bał się, że to tylko sen albo przedśmiertne majaki. – I proszę odłożyć broń.

Atmosfera była napięta, Bill wciąż się wahał, nie mierzył do nikogo, a każdy poza Johnem i Dutchem trzymał broń, gotowi w każdej chwili wystrzelić w siebie nawzajem. Jeden niewłaściwy ruch, jedno złe słowo i rozpęta się tu prawdziwe piekło. Ludzie, którzy kiedyś byli dla siebie jak rodzina, zaczną strzelać do siebie nawzajem jak do wrogów.

Przygnębiające było, jak w kilka miesięcy ich gang upadł, z jednego z najgroźniejszych i zżytych stał się parodią, domem dla żądnych pieniędzy najemników.

Stali tak naprzeciw siebie, nikt nic nie mówił, nikt nawet nie mrugnął. W obozie panowała przerażająca cisza, którą w każdej chwili mogły przerwać huki wystrzałów. Wcześniej zakłóciły ją jednak kroki.

- Zbliżają się Pinkertoni i to szybko! – zawołał Javier, wbiegając do obozu.

Susan odwróciła się w jego stronę i w tym samym momencie jedna z broni wystrzeliła. Kobieta padła z krzykiem na ziemię, trzymając się za brzuch i zawodząc w agonii. Arthur spuścił Micah z oczu na moment i popatrzył na Susan w szoku, jak na jej sukni błyskawicznie pojawiła się ciemna plama krwi, która wypływała spomiędzy palców.

Micah był tym, który nacisnął spust. Źle wybrał. Powinien był strzelić do niego, póki miał okazję.

Nim Arthur zdążył odpowiedzieć ogniem, Dutch błyskawicznie sięgnął po rewolwery i wymierzył do obu grup. Jeden skierowany na Arthura i Johna, drugi na pozostałych, krok po kroku wchodząc pomiędzy wszystkich. Arthur zaczął się wycofywać, dalej mierząc do Micah. Każdy celował teraz do każdego.

- A teraz! Kto z was jest ze mną? – John zaczął podążać za Arthurem, wyraźnie zaznaczając po czyjej stronie staje. I po tym jak Susan zaczęła konać na ziemi, był też jednym. – A kto chce mnie zdradzić?

Zabolało to, jak szybko skierował na nich lufy rewolwerów, bez żadnego zawahania czy wątpliwości. Pierwszy raz odkąd się znali celował w ich kierunku. Nawet jeśli nie zamierzał ich zastrzelić, ten gest mówił wszystko o jego „miłości” do nich. Nigdy jej nie było.

Co to w ogóle było za pytanie? Miał odpowiedź podaną na tacy, ale czy powinno go w ogóle dziwić, że Dutch im nie wierzył? W jego oczach Micah był czysty, to oni od dawna już go kwestionowali i planowali ucieczkę. Nic dziwnego, że wolał ufać swojemu nowemu ulubieńcowi, który ciągle mu przytakiwał, niż dotychczasowym synom, którzy opowiadali mu kłamstwa jakiegoś rządowego agenta.

Kiedyś Dutch liczył się z ich zdaniem, a przynajmniej udawał. Teraz wszystko co mu mówili, było dla niego kłamstwem, nawet szczera prawda.

Pozostali przesuwali się powoli w stronę Dutcha. Wcześniejsze wątpliwości Billa odeszły w niepamięć, z niezwykłym zapałem do niego dołączy, u boku Micah i jego koleżków. Javier stał z tyłu, skonfliktowany, ale nie ruszył się, by zmienić strony.

- Bill, Javier – zwrócił się do dawnych kompanów, którzy powoli spychali ich w stronę jaskiń, zaganiali w kozi róg jak bydło do uboju. – Myślcie za siebie.

Mierzyli do nich całą grupą, poza Javierem, który jako jedyny celował powietrze, nie chcąc ich zastrzelić. Powinien być po ich stronie. Bill też, ale obaj woleli zaufać pieskowi Pinkertonów oraz komuś, kto właśnie powiedział co znaczy dla niego lojalność. Jak mogli ufać komuś, kto zostawił ich przyjaciół na śmierć i nawet nie mrugnął, gdy kobieta którą znał od kilkudziesięciu lat została zastrzelona na jego oczach?

Tyle dowodów, tylu porzuconych towarzyszy, a oni wciąż byli zaślepieni i głusi na oskarżenia.  

To mogli być oni. Mógł być z Johnem na ich miejscu, gdyby się nie opamiętali, gdyby nie zaczęli myśleć o sobie. 

- Kłamie – powiedział Micah, wyraźnie zadowolony z obrotu spraw. O ile wcześniej Arthur miał jeszcze nadzieję na zabicie go, może nawet na wyjście cało z tego wszystkiego, teraz nie miał żadnej. Dwóch na sześciu, a John nawet nie miał wyciągniętej broni, bo doskwierało mu postrzelone ramię. Zginą tu, Sadie miała rację, zabiją ich, a ten szczur dalej będzie oddychał choć już dawno powinien dyndać na sznurze. Trzeba go było zostawić w Strawberry. Gdyby tylko wiedział… – On kłamie!

- Odłóżcie broń! – rozległ się nagle krzyk. Dochodził z pomiędzy drzew.

Pinkertoni. Z tej radości z powrotu Johna i przez cały ten burdel, który miał teraz miejsce, całkiem zapomniał, że pół kraju chce ich dopaść.

Agenci nawet nie dali im dużo czasu na poddanie się, od razu otworzyli ogień, wylali się pieszo i na koniach z lasu, praktycznie od razu zaczynając strzelać do każdego, nawet do Micah. Oby go trafili. Ironia byłaby piękna.

- Szlag by to, ruchy! – zarządził Dutch, a jego grupka uciekła kryć się za czymkolwiek, co się dało, odpowiadając ogniem.

Arthur zrzucił pospiesznie prowizoryczny blat ze skrzyni i schował się za nią, a John za kamieniem u wejścia do jaskini.  

- Jesteś gotów, John? – zapytał ukochanego, który z bólem na twarzy sięgnął po broń.

- Tak – odparł napinając kurek swojego rewolweru.                  

Ich plan nie wypalił tak jak chcieli, ale przynajmniej znowu są razem i tak czy inaczej doprowadzą go do końca.  

Pinkertoni zaatakowali obóz kim tylko się dało, a agent Ross dowodził całą akcją. Oczywiście. Milton nie żył, ale jego partner wciąż miał się dobrze i najwyraźniej zamierzał zmieść ich z powierzchni ziemi. Nie zwracali uwagi do kogo strzelali, wrogami byli dla nich wszyscy, a Arthur i John musieli się też martwić, czy ktoś z bandy Dutcha nie postanowi wykorzystać sytuacji i ich nie zastrzelić, gdy oni zabijali Pinkertonów.

Jaskinia okazała się zbawienna. Jej ściana osłania ich od prawej, Micah i Dutch nie mieli jak w nich strzelić nawet gdyby chcieli, ale to nie sprawiało, że nie mieli kłopotów. Byli w potrzasku, nie mogli uciec przedzierając się przez sam środek obozu, musieli znaleźć inną drogą.

- Dutch, musimy iść, no dalej! – usłyszał pomimo ogromnego hałasu Arthur. – Są twoi, Morgan!

Sukinsyn.

Dutch i Micah byli w lepszej sytuacji, mieli dokąd zwiewać, ich konie na nich czekały. Może odwrócą tym samym uwagę Pinkertonów, ale nic takiego się nie zapowiadało, zamiast tego więcej agentów zaczęło strzelać i kierować się do nich. Nie mieli szans, by zabić ich wszystkich.

- Chodź Arthurze! – zawołał John, zarzucając karabin na ramię i zamieniając go znowu na szybszy rewolwer. – Do jaskiń, szybko!

Do jaskiń? Były za płytkie, by wymanewrować Pinkertonów, gdy ci wejdą za nimi całą grupą. Chyba że John wiedział o jakimś innym wyjściu z tej dziury.

Nie pytał, ufanie podążył za ukochanym, który pomimo bólu w nodze i ramieniu, za które znów się trzymał, zakrwawiając dłoń i broń, biegł najszybciej jak mógł po nierównym podłożu jaskini. W środku nie było całkowicie ciemno, gdzieniegdzie paliły się niedogaszone przez gang ogniska, a w sklepieniach były dziury przepuszczające coraz słabsze światło dnia. Zapadł zmrok.

Pinkertoni wbiegli za nimi do jaskini, słyszeli ich, wystrzały ich broni i krzyki każące reszcie podążać za uciekinierami. Arthur spodziewał się rano wielkiej ucieczki, ale nie aż takiej. Dzisiejszy dzień był najbardziej szalonym w całym jego dotychczasowym życiu, był wyczerpany napadem, odbijaniem Abigail, a teraz jeszcze to. Zmuszał się jednak do szybszego biegu, gdy John go popędzał, prowadząc go przez jaskinię.  

- Te bydlaki zostawiły mnie na pewną śmierć! – odezwał się John, cały aż się gotował ze złości. Nic dziwnego, wcześniej obaj mogli mieć wątpliwości, czy Dutch ich porzucił, ale najwyraźniej teraz zrobił to wystarczająco otwarcie.

- Najwyraźniej tak teraz działają – odparł Arthur, dysząc ze zmęczenia, ale nie zwalniając mimo tego. Nie gdy za plecami wciąż słyszał Pinkertonów.

Dotarli na sam tył jaskini. Zakręcili za jedną ze ścian, Arthur od razu zauważył drabinę. Nawet nie wiedział, że tu jest, ale nigdy nie wchodził aż tutaj, a gdy uwalniali z Charlesem tę biedną dziewczynę, nie rozglądał się za bardzo.

- Micah był szpiegiem, John – poinformował go, gdy wspinali się po drabinie. Chciał żeby John wiedział, że nie musi się już powstrzymywać przed zastrzeleniem tego drania. – Milton mi powiedział.

- Powinniśmy byli zabić go wiele miesięcy temu – stwierdził w odpowiedzi. – Za mną, Arthur!

Byli coraz wyżej, John wyglądał na pewnego siebie, więc musiała tu być droga ucieczki na zewnątrz, którą przygotował wcześniej. Wspinali się po skałach, John z ogromnym trudem z powodu ran, ale ignorował ból, byle tylko się nie zatrzymać.

- Ty pierwszy, Arthur – polecił mu, gdy znaleźli się przed kolejną drabiną. Z góry wpadało jasne światło księżyca. Ściemniło się szybciej, niż się spodziewał, ale przynajmniej będą na zewnątrz.

Agent Ross dalej wykrzykiwał rozkazy, by ich dopaść, żywych lub martwych, co w praktyce oznaczało, że nikt nie będzie się męczył z obezwładnianiem ich. Pinkertoni też chcieli żyć, więc jeśli mogli zabić zbiegów, to na pewno to zrobią. Nawet nie było co liczyć na coś innego.

Arthur wskoczył na drabinę i pospiesznie zmierzał do góry, oglądając się czy John na pewno za nim idzie. Powinien go puścić przodem, ale ukochany pewnie nie chciał go spowalniać, wspinał się wyraźnie wolniej, pojękując z bólu. Gdy tylko będą bezpieczni, będzie musiał obejrzeć jego nogę i ramię.

Wydostali się przez dziurę u zbocza góry i zbiegli po nim aż do drogi. Nikogo nie było w pobliżu, wszyscy Pinkertoni byli dalej w pobliżu jaskini, ale kwestią czasu było, aż wyjdą tą samą drogą, albo pozostali zawrócą, by ich dopaść.

Arthur zagwizdał na swojego konia, mając nadzieję, że usłyszy i zareaguje. John zrobił to samo. Czekając, powoli łapali oddech.

- Abigail… - zaczął Arthur ciężko dysząc – Abigail jest bezpieczna, tak samo jak Jack i Tilly.

- Gdzie oni są – zapytał zmartwiony.

- Z Sadie, W Copperhead Landing, tak jak ustaliliśmy. Działamy dalej zgodnie z planem.

Nic innego nie mogli teraz zrobić. Muszą uciekać, a potem spotkać się z resztą w umówionym miejscu. Wszyscy będą przeszczęśliwi, gdy wróci z Johnem, tak jak on teraz był.

- Arthur…

- Nie teraz – przerwał mu, gdy John usiłował go pocałować. – Później.

Ich konie właśnie przybyły i czekały obok, ale niepokojące było to, że wciąż słyszeli tętent kopyt. Ktoś zmierzał w ich stronę i kto by to nie był – Pinkertoni czy Dutch – na pewno był to wróg.

Wsiedli pospiesznie na wierzchowce i pogonili je, zmuszając do galopu. Rozległy się strzały, kule przemknęły tuż obok nich. Arthur obejrzał się za siebie i zobaczył Dutcha oraz resztę jego bandy wyłaniającą się na własnych koniach z mgły, która zaległa w lesie.

Skończyła się zabawa z zostawianie ich na śmierć i liczenie, że ktoś inny załatwi robotę. Teraz chcieli ich zabić sami. Nawet Dutch. Człowiek, który niegdyś uratował im życie, teraz zamierzał je odebrać. Byłoby to poetyckie, gdyby nie było takie chore.

- Obaj jesteście martwi! – krzyknął do nich Micah, podkreślając to kolejnym strzałem.

- Chyba nie żartują! – zauważył John. Jechał pierwszy i kierował ich w prawie kompletnych ciemnościach, jakie spowijały las. Jeszcze ta mgła. Gdyby nie wystrzały, konie pewnie nawet by się nie ruszyły z miejsca. – Uwaga, Pinkertoni są między drzewami!

Jeszcze ich tu brakowało. Niech jeszcze wojsko się dołączy, Pomioty Murphy’ego i będzie komplet. To będzie cud, jeśli wyjdą z tego żywi.

Przeprawili się w pośpiechu przez rzekę, unikając kul nie tylko byłych towarzyszy, ale i agentów.

- Tych sukinsynów jest cała armia! – odezwał się znowu John.

Koń Arthura w ostatniej chwili ominął kamień na poboczu drogi, nim wyjechali na nieco bardziej otwartą przestrzeń, gdzie księżyc dawał trochę światła. Niestety Pinkertoni też ich przez to widzieli, a nawet na nich czekali.

Zatrzymali gwałtownie konie, gdy na drodze wyłonił się z mgły wóz stojący na samym środku i dwóch jeźdźców po bokach. Arthur i John wyciągnęli pospiesznie bronie i zastrzelili ich, sami o włos dostając. Nim reszta mogła ich dogonić, zawrócili wierzchowce i ruszyli inną drogą, znów wjeżdżając pomiędzy drzewa.

Arthur czuł, jak wali mu serce. Ucieczka, to jakieś czyste szaleństwo, był śmiertelnie przerażony jak nigdy, a wielokrotnie spoglądał śmierci w oczy. Było ich tylko dwóch, sami przeciwko całej armii Pinkertonów. Jeśli to przeżyją, to chyba zacznie się modlić do Boga, bo tylko on mógł im teraz pomóc to przetrwać. Oby te wszystkie modlitwy siostry Calderon, które mu obiecała na coś się zdały.

Strzały zdawały się dobiegać ze wszystkich stron, zwłaszcza z lewej strony. Spojrzeli w tamtym kierunku i przez rozrzedzającą się mgłę dostrzegli znajomą sylwetkę ogiera Dutcha.

- Z lewej, Arthur, Dutch ich załatwi! – zawołał do niego John, skręcając. Ich pościg lada moment powinien się zderzyć z bandą Dutcha.

- Obaj jesteście cholernymi zdrajcami! – krzyczał Micah. Arthur aż się zaśmiał. Może i byli zdrajcami, ale nie takimi jak on. Przynajmniej nie zamierzali sprzedać Dutcha oraz niewinnych kobiet i dziecka Pinkertonom, żeby ocalić własną skórę. Chcieli po prostu spokojnie odejść i żyć, czy to coś złego?

- Po tym wszystkim, co dla was zrobiłem!

Co takiego zrobił? Uczynił z nich morderców nieliczących się z życiem innych. Marionetki, którymi mógł dowolnie sterować i roztaczać swoją chorą wizje świata bezprawia. Cokolwiek cennego im dał, odebrał im dwa razy więcej. Nie byli mu nic winni. Nawet nie czuli się już źle z tym, że go zostawiają. Nie miał już nad nimi kontroli. Żadnej.

Zostawili obie grupy w tyle, byli pewni, że mają już trochę spokoju, ale kolejni Pinkertoni wyjeżdżali na wprost nich. Ile ludzi może mieć jedna agencja?! Z całych Stanów ich pościągali?

- Są wszędzie! Musimy się zbierać!

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Skręcili gwałtownie, w kierunku wzgórza. Konie popędziły pod górę, ale ledwo nabrały rozpędu, a Arthur poczuł, jak jego wierzchowiec upada pod nim. Przeleciał przez siodło jak zrzucony z niego i wylądował boleśnie na ziemi, czując jak potworny ból ogarnia mu biodro.

Pierwsze co zrobił, gdy przestało mu dzwonić w uszach, to wyszukał wzrokiem Johna, który z bólem podnosił się na nogi. Jego koń leżał obok, martwy.

Nie mieli chwili na sprawdzenie czy nic im nie jest, bo dranie którzy zastrzelili im konie, próbowali teraz zrobić to samo z nimi. Chwycili znów za rewolwery i zaczęli się bronić, strzelając do każdego, kto pojawił się na horyzoncie. Arthur miał nadzieję, że w końcu jedną z osób będzie Micah.

Kule świstały tuż obok nich, byli odsłonięci ze wszystkich stron, idealnie wystawieni na ogień. Arthur nawet nie słyszał co się dzieje, bo w uszach miał tylko szum i uderzenia własnego serca, które obijało mu klatkę piersiową. Gdyby nie lata doświadczenia, pewnie trzęsłaby mu się ręką, a tak była tylko cała morka od potu, podobnie jak czoło, po którym spływały jego krople, wpadając do oczu i przeszkadzając mu w celowaniu.

Pinkertoni padali jeden po drugim od ich kul i póki co nie pojawiali się kolejni. Wszystko nie trwało nawet minuty, ale on miał wrażenie, że walczą już kilka godzin. Obaj byli obolali, Arthur po upadku poczuł silny ból w biodrze, miał obdarte ręce i obite ramię, ale nie przeszkadzało mu to tak, jak powinno. Jeszcze godzinę temu czuł gorszy ból, teraz nawet tych kilka różnych było niczym w porównaniu do tamtego.

Ostatni Pinkerton padł od kuli Johna, który natychmiast złapał się za postrzelone ramię i odciążył zranioną nogę. Nie dostał nigdzie, dobrze.

Arthur odwrócił się do swojego konia, który dalej dychał, ale na pewno nie pozostało mu wiele czasu. Ukłuło go serce na widok biednego zwierzęcia oddychającego ostatkiem sił. Stało się to, czego się obawiał, przywiązał się do konia, które nie miał nawet tak długo. A najgorsze było to, że to mogła być Snowstorm, gdyby jej nie zostawił w stajni.

Przeczucie go nie myliło.  

- Chodź, Arthur – popędzał go John. – Ruszajmy.

- Daj mi chwilę – poprosił i przyklęknął przy ogierze, gładząc go delikatnie po łbie.

- Miałeś tego konia dwa dni! – przypomniał mu.

John nie chciał go urazić, chciał po prostu, żeby przeżyli. Arthur dobrze wiedział, że to co teraz robi jest głupie i niebezpieczne, ale nie mógł się powstrzymać.

- Dziękuję – powiedział zwierzęciu. – Dobry był z ciebie konik.

Poczuł pod dłonią, którą trzymał na szyi ogiera, gdy ten przestał oddychać. Z ciężkim sercem wstał z ziemi i dołączył do ukochanego, który natychmiast się odwrócił, by mogli uciekać dalej, tym razem pieszo.

- Chodź, Arthurze – powiedział mu, oglądając się za nim i patrząc na niego współczująco. – Idziemy.

- A co z forsą? – zapytał podnosząc z ziemi swój kapelusz i zakładając go na głowę. – Abigail dała mi klucz.

- Jeśli tam pójdziemy, to będziemy martwi w ciągu pięciu minut – zauważył John i z pewnością się nie mylił. Na pewno roiło się tam wciąż od Pinkertonów, nie wszyscy ruszyli za nimi i Dutchem. – Poradzimy sobie bez tych pieniędzy.

John nawet nie wiedział, że pieniądze z pociągu są w ich posiadaniu, a mimo to nie chciał ryzykować. Cała ta forsa nie była dla niego ważna.

- Może i masz rację, ale…

- Zrobisz choćby krok w stronę tych pieniędzy, a zabiję cię osobiście – ostrzegł go John i coś Arthurowi mówiło, że nie żartował. – Zostajesz ze mną.

Miał rację, co on sobie myślał? To przez pieniądze mieli w ogóle teraz kłopoty. Nie warto było znowu ryzykować rozdzielenia, nawet dla pokaźnej sumy. Mieli już dość, a nawet gdyby nie, to czego najbardziej potrzebował zostało mu już zwrócone. John znów z nim był. Żadne pieniądze nie mogły się z tym równać.

- Masz rację – przyznał i ruszył za ukochanym, który ucieszony zaczął się wspinać po zboczu. – Zostawmy ten burdel i wynośmy się stąd raz na zawsze.

- Dobrze prawisz, kowboju – pochwalił go John.

Gdy tylko zaczęli się wspinać wyżej, rozległy się znowu strzały. Kolejni Pinkertoni ich znaleźli.

Kiedy to się skończy? Ile jeszcze będą drżeć o swoje życie? Cały dzień o nie walczyli, wycierpieli w niecałą dobę więcej niż niektórzy ludzie przez całe życie, a los wciąż udowadniał im, że ma jeszcze dla nich parę niespodzianek.

Oby tylko Dutch i reszta nie zdecydowali się za nimi gonić. Jeśli będą mieli szczęście, to oni wrócą po forsę, nadzieją się na Pinkertonów i pomogą odwrócić ich uwagę.

Wbieganie pod górę wyczerpywało ich tak już i gasnące siły. Nie byli przygotowani na tyle wysiłku, a to jeszcze nie był koniec. Jakoś udało im się dostać do małego przesmyku pomiędzy dwoma górami, mieli z niego widok na pobliską drogę, po której przemieszczali się kolejni Pinkertoni. Oni się po prostu nie kończyli.

- Szlag – przeklął John i rozejrzał się zdesperowany. – Dawaj na klif.

To szaleństwo, nie wiedzieli nawet, czy nie idą w ślepy zaułek, czy dadzą radę stamtąd zejść albo czy nie spadną z samej góry i się nie zabiją, gdy będą próbować. W dodatku Pinkertoni ich zauważyli i zaczęli znów strzelać. Nie dadzą rady przeżyć tego obaj. Nie bez rozdzielania się i odciągnięcia pościgu od siebie nawzajem.

Znów zaczęli się wspinać, ślizgając się po kamienistym podłożu i prawie dostając odłamkami skał, które rozpryskiwały się wszędzie, gdy Pinkertoni trafiali w klif tuż obok nich. Udało im się jakimś cudem dotrzeć na szczyt i schować za głazy, z których zaczęli ostrzeliwać agentów. Znajdowali się na drugim klifie, ale nie było ich tak wielu, jak się obawiał. Będzie jednak więcej i Arthur wiedział już, że nie mogą dłużej zostać razem jeśli chcieli mieć jakąś szansę na przeżycie.

Nie zastrzelili wszystkich, tak jak się obawiał, pojawiali się nowi i kto wie jak długo będzie to jeszcze trwało. Skupili na sobie ogromną grupę, z którą nie mieli żadnych szans. Z mniejszą, tak, ale nie z taką.

Arthur popatrzył na Johna przed sobą, gdy przemykali dalej. Nie chciał go zostawiać, to ostatnie czego teraz pragnął po tym jak myślał, że go stracił, ale nie było innego wyjścia. Jednemu człowiekowi łatwiej się przekraść niż dwóm, zmylą przy okazji Pinkertonów. Narażą się też oczywiście bardziej, nie będą się nawzajem osłaniać, ale i tak będą mieli większą szansę. Zwłaszcza jeśli Arthurowi uda się zwrócić na siebie uwagę jak największej grupy i odciągnąć ją od Johna, dając mu czas i okazję na przemknięcie się.

Tylko wtedy to on będzie miał kłopoty, ale lepiej on niż John. Jakoś się z nich wykaraska i dołączy do niego i reszty, a jeśli nie… Przynajmniej będzie miał pewność, że John wyszedł z tego cało.

Szybko podjął decyzję i zatrzymał się, od razu zwracając uwagę Johna.

- Arthur, chodźmy – popędził go, choć sam ledwo stał na nogach i łapał powietrze.

- Ty idź – polecił mu, zbierając w sobie choć trochę sił, póki miał okazję.

- Arthurze, nie zatrzymuj się – poprosił, podchodząc do niego. Jego rana na ramieniu wciąż krwawiła. To tylko utwierdziło Arthura w przekonaniu, że muszą się rozdzielić. Niedługo John nie będzie mógł walczyć z taką ręką, potrzebował wolnej drogi do ucieczki, nie kolejnej strzelaniny.

- Nie zatrzymuję się – obiecał. Nie zamierzał się poświęcać, nie jeśli nie będzie to absolutnie konieczne. Dalej będzie walczył, dopóki starczy mu sił. Dopóki będzie miał pewność, że John będzie na niego czekał, bezpieczny. – Przytrzymam ich w miejscu, a ty uciekaj.

- Nie. – Nawet się nie zawahał się przed odpowiedzią, jakby wiedział co Arthur zamierza mu powiedzieć.

- Obaj nie damy rady – tłumaczył mu zdesperowany. John musiał to przeżyć. – Tylko tak będziemy mieli szansę.

- Chyba tylko ja, bo wiem co zamierzasz zrobić – przejrzał go bez problemu. Mógł się tego spodziewać, znali się przecież tyle lat, widzieli swoje reakcje na różne sytuacje. Nie potrafili się nawzajem przechytrzyć.

Co nie znaczy, że nie zamierzał przemówić ukochanemu do rozumu.

- John…

- Nie, nigdzie nie zostajesz, idziemy razem, choćbym miał cię związać i nieść przez całą drogę – zagroził, podchodząc do niego na tyle blisko, by dzióbnąć go palcem w pierś, zostawiając mu na koszuli czerwony ślad. – Nie zostawię cię, żebyś mógł bohatersko zginąć w mojej obronie. Przestań zachowywać się, jakbyś nie zasługiwał na drugą szansę. Obaj chcemy się zmienić i zacząć nowe życie, i obaj na nie zasłużyliśmy. Jesteśmy razem i idziemy razem.

Widział ogień w jego oczach, gdy John tak przemawiał – pewny swego i zdeterminowany. Arthur nie miał wątpliwości, że naprawdę go zwiąże, jeśli będzie trzeba i nie było żadnego sposobu, by go przekonać do zmiany zdania. Rana po postrzale czy osłabiona noga też go nie powstrzymają. John potrafił być uparty, a teraz naprawdę mu zależało, by ruszyć razem, mimo że słyszał strzały w oddali i wiedział, że Pinkertoni znów ich zaatakują.

Wolał zginąć z Arthurem niż przeżyć bez niego. Sam wiedział jak to boli, jak mógł w ogóle uznać, że zmuszenie Johna do przeżycia tego samego będzie dobrym pomysłem, jakimś cholernym darem, a nie przekleństwem?  

- Okej – przytaknął, a John momentalnie się rozluźnił, ale w żadnym wypadku nie odsunął. – Razem.

- Już na zawsze. To koniec.

- Jeszcze nie, ale jesteśmy blisko – obiecał, choć nie mógł mieć pewności. Równie dobrze za chwilę mogą zginąć, ale tylko nadzieja im jeszcze dawała sił. – Jeszcze będziemy bezpieczni, John.

- Wiem. – John uśmiechnął się do niego ciepło. Jeszcze niedawno bał się, że już nigdy nie zobaczy tego uśmiechu. – Pamiętasz co zawsze mówił Dutch?

- Razem jesteśmy nie do powstrzymania – powtórzył standardową formułkę, którą Dutch lubił ich komplementować. – Być może była to jedyna prawdziwa rzecz, jaką kiedykolwiek powiedział.

- I tego się trzymajmy. – John poklepał go po ramieniu. – A teraz ruszaj się.

Musieli iść w którąś ze stron, słychać już było kroki zbliżających się Pinkertonów, którzy ich doganiali.

- Strasznie władczy się zrobiłeś – zauważył i przeładował szybko rewolwer. John robił to samo, pokrywając krwią każdy pocisk.

- Nadrabiam za inne sytuacje z naszego życia – zażartował i złożył rewolwer. – Mówię poważnie, Arthurze. Nie rozdzielamy się. Mam gdzieś, że trudniej się wtedy kryć. Uciekamy razem i jeśli nie będzie wyjścia, giniemy razem.

Wyciągnął zakrwawioną dłoń w jego stronę, którą Arthur pewnie uścisnął, przypieczętowując to postanowienie.

- Jak romantycznie.

- Zamknij się i pokażmy Pinkertonom na co nas stać.

Czyli walczą. Arthur uśmiechnął się i sięgnął po drugi rewolwer. Jak odejść, to w walce. Zawsze mu się wydawało, że tak właśnie zginie, ale w tym przypadku nie miał takiego zamiaru. Zamierzali to przeżyć.  

Cofnęli się i wspięli wyżej na górę, by mieć przewagę wysokości. Część Pinkertonów wciąż była na klifie, pozostali podchodzili do nich. Nim zorientowali się, że mają Arthura i Johna na widoku, ci już otworzyli ogień i załatwili pierwszy trzech, chowając się za skałami przed ogniem zwrotnym.

Agenci nadchodzili od strony, z której oni sami przyszli, szli jeden po drugim i tak samo padali od kul. Arthur i John strzelali w idealnym zgraniu, gdy jeden z nich ładował, drugi osłaniał i tak na przemian, nie dając Pinkertonom praktycznie żadnych szans na obronę. Nie czuli się dumni z zabijania tylu ludzi, ale walczyli o swoje życie, gdyby mieli wybór, zostawiliby tych wszystkich Pinkertonów w spokoju.

Nie mogli jednak tego zrobić. Gdyby spróbowali uciekać, pewnie w końcu by ich dogonili, Pinkertoni mieli konie. Zanim zaczną się kryć i unikać całej reszty, muszą zgubić ogon, żeby nikt nie wiedział w jaką stronę uciekają. Wciąż liczyli na to, że Dutch ściągnie część pościgu na siebie. Przynajmniej na coś by się przydał.

Pinkertoni w końcu przestali się pojawiać, ciało ostatniego stoczyło się w dół zbocza, gdzie dołączyło do wielu innych. W pojedynkę, Arthur już dawno by tu zginął, a nawet jeśli nie, to na pewno byłby ranny. We dwóch jednak mieli większe szanse. Zawsze tak było, głupio zakładał, że może być inaczej. 

Nie byli jeszcze bezpieczni, z pewnością nadejdą kolejni wrogowie, ale póki co ucichły nawet strzały w oddali. Pinkertoni pewnie się przegrupowują, może wybili wszystkich, któż to wie. Na pewno nikt się póki co nie zbliżał w ich kierunku.

Wspięli się jeszcze kawałek na górę, by nie być tak bardzo na widok. Chyba będą w stanie zejść po drugiej stronie, w razie czego cofną się do półki, na której byli wcześniej. Może zdążą przed powrotem Pinkertonów, którzy pewnie będą podążać za szlakiem z trupów. Choć może nikt nie pomyśli, by szukać ich tutaj, jeśli zwłok nie widać z dołu.

- Zatrzymajmy się na chwilę – zasugerował Arthur i przysiadł na ziemi, schowany za głazem. –Jestem wykończony.

- Ty wykończony? – John przystanął i usiadł zaraz obok niego, krzywiąc się, gdy musiał zgiąć nogę. – To nie ty wypadłeś z jadącego pociągu.

- A ty nie ganiałeś po całym Van Horn, żeby odbić Abigail – zrewanżował się, zdając sobie po chwili sprawę, że John nie miał pojęcia co się działo cały ten czas.

- Co? – zapytał, nie wiedząc czy być po prostu zaskoczonym, czy przerażonym. – Zostawić was na pięć minut, słowo daję.

- Później ci opowiem – obiecał i popatrzył na lewą nogę ukochanego. –  Jak twoja noga?

- Nie jest złamana ani skręcona jeśli o to pytasz. Chyba ją tylko mocno obiłem – odparł i pomógł sobie ręką, by ją lepiej ułożyć nim popatrzył ze strachem w oczy Arthura. – Słyszałem jak żołnierze mówili, że pociąg spadł, nie wiedziałem, czy zdążyliście wyskoczyć. Byłem pewny, że wracam do pustego obozu. Myślałem, że już cię nie zobaczę.

- Ja ciebie też – wyznał i dotknął palcami małego otarcia na policzku ukochanego. – Dutch powiedział…

- Chyba ustaliliśmy, by nie wierzyć w to, co mówi Dutch – przypomniał mu z uśmiechem, zbliżając swoją twarz do jego. – Myślałeś, że nie żyję.

Chciał za to przeprosić, bo gdyby od razu ruszył szukać Johna, już dawno by się zjednoczyli. Zrobi to jednak później, teraz chciał się nacieszyć tym, że znów są razem. Wciąż trudno było mu uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, a nie we śnie. Potrzebował dowodu.

- Najgorsze godziny mojego życia – wyznał i położył dłoń na policzku ukochanego, który musnął ją ustami. Była prawdziwa, ale skąd mógł mieć pewność?

- Jestem już z tobą – zapewnił. Arthur westchnął i zamknął oczy, czując oddech Johna na ustach. – I nigdzie się nie wybieram.

Pocałowali się czule i niespiesznie, ciesząc się swoją bliskością, tym że żyją, choć nadal wydawało się to nierealne. Arthur znów poczuł łzy w oczach, ale tym razem nie były to łzy smutku. Zdesperowany i spragniony tego, co prawie stracił, pogłębił nieco pocałunek, chwytając ukochanego za kark i przyciągając go do siebie. John chętnie wyszedł mu naprzeciw. Spróbował jeszcze bardziej się zbliżyć, ale gdy się poruszył, odsunął się szybko i jęknął z bólu, po chwili upadając na tyłek, nie wiedząc czy trzymać się za nogę, czy ramię.

- Szlag, nic ci nie jest? – zmartwił się Arthur.

- W porządku – uspokoił go i rozmasował obolałe kolano, śmiejąc się pod nosem. – To był głupi pomysł.

- Tak – zgodził się i dźwignął się na nogi. On też nie był bez bólu, biodro wciąż mu doskwierało, chyba też było obite jak noga Johna. Obie były też mocno zmęczone, czuł jak mięśnie drżą pod skórą z wysiłku od jazdy konnej i biegania po górach. Poobcieranymi rękoma zostawił nawet na policzku Johna trochę krwi. Jak tylko będą bezpieczni, będą musieli się opatrzyć. Całe szczęście trochę lekarstw miał w torbie, reszta została na koniu razem z częścią broni. Resztę ekwipunku i medykamentów powinny mieć dziewczyny. – Chodź, wilkołaku. Zbierajmy się stąd. Dość już się nasiedzieliśmy.

- Na pewno nie chcesz więcej odpocząć, staruszku? – zakpił, przyjmując ofiarowaną mu dłoń. Nie bolało go aż tak bardzo, gdy Arthur podtrzymywał część jego ciężaru.

- Ja ci dam staruszka – zagroził.

John uśmiechnął się i ramię w ramię wyszli ze swojej kryjówki, rozglądając się uważnie i z bronią w pogotowiu. Gdzieś dalej w lesie było widać światła, najpewniej patroli, ale w pobliżu nikogo nie było, a przynajmniej nikogo nie widzieli ani nie słyszeli. Panowała wręcz upiorna cisza.

- Chyba czysto – wyszeptał Arthur, przesuwając się powoli do przodu, na drugą stronę góry. Stamtąd zejdą i przemkną lasem tak daleko jak tylko się da, aż zdobędą jakieś konie. Na piechotę nawet nie mieliby siły iść.

Przesunęli się zaledwie kawałek, gdy nagle coś zaszurało za ich plecami. Odwrócili się błyskawicznie, gotowi strzelać, ktokolwiek by to nie był – człowiek czy dzikie zwierzę – ale nie zdążyli. Arthurowi udało się tylko zauważyć znienawidzoną mordę Micah, nim ten wpadł na nich z impetem i całą trójką spadli z klifu.

Upadli na półkę poniżej, prosto na twarde, kamieniste podłoże. Arthurowi zadzwoniło w uszach, a tył czaszki rozerwał pulsując ból. Gwiazdy nad jego głową rozmywały się i rozdwajały, a cały nieboskłon wirował szybko, doprowadzając go do mdłości, co nie ułatwiło łapania powietrza, które zostało praktycznie wyciśnięte z jego płuc przy upadku. Stękając z bólu, z trudem przewrócił się na bok i dotknął tyłu głowy, na całe szczęście nie wyczuwając krwi.

Wzrok powoli wracał do normy, gdy tylko przestał widzieć podwójnie, odszukał Johna, który skulony leżał zaraz obok, sapiąc głośno.

- John? – odezwał się do niego, próbując wstać pomimo protestów obolałego ciała.

Chyba wszystko go teraz bolało, zwłaszcza plecy, na których wylądował, a w które wbił się karabin zawieszony przez ramię. Gdyby nie to, że mógł się ruszać, byłby pewny, że ma złamany kręgosłup.

- Żyję – odparł szybko, próbując się podnieść.

Całe szczęście.

Jego radość nie trwała długo, gdy obolały jęk za plecami przypomniał mu, że nie są sami. Podparł się szybko na rękach i klepiąc Johna w ramię, by go popędzić, podniósł się najpierw do klęczek, a potem na nogi, obserwując uważnie Micah, który stał już na wprost nich i patrzył na nich z odrazą.  

- Dopadłem was, zdrajcy – powiedział i splunął w ich stronę.

Arthur cofnął się o krok i nie spuszczając tego szczura z oczu nawet na moment, wyciągnął ramię w stronę ukochanego, pomagając mu podnieść się na nogi.

- Zdrajcy? – powtórzył John, stając niepewnie na drżących nogach i od razu odciążając lewą. – Popatrz lepiej w lustro.  

- Przynajmniej gdy w nie patrzę, to widzę normalnego mężczyznę – odpowiedział im i znowu splunął, chwiejąc się nieco i nie mogąc utrzymać ciała prosto. – A nie parę sodomitów.

Arthur zazgrzytał zębami, a John warknął jak dzikie zwierzę.

- Pomyśleć – mówił dalej – że byłem pewny, że Dutchowi się coś pomyliło. Ale ten pokaz, który urządziliście przed chwilą na górze? Byłoby to nawet urocze, gdyby nie było obrzydliwe. Prawie zwymiotowałem przez was.

- Zawsze do usług – odparł mu Arthur, analizując całą sytuację.

Micah był uzbrojony, jego rewolwery spoczywały w kaburach, gotowe do użycia. Rewolwery jego i Johna leżały z boku, wypuścili je przy upadku i nie mieliby szans do nich dopaść. Mogli użyć tylko karabinów, ale te na bliski dystans nie były najlepszym wyborem. Zanim je zdejmą, Micah ich zastrzeli, choć póki co nie trzymał nawet rąk blisko broni. Być może dlatego, że też ucierpiał przed chwilą. Garbił się nieco jakby coś go bolało i pochylał do przodu, ale i tak wyglądał lepiej od nich i na pewno dalej był niebezpieczny.

- To który z was jest dziewczyną w tym związku? – zapytał ich i uśmiechnął się wrednie. – Założę się, że mały Johnny Marston. Pasuje z tymi swoimi włosami i smukłą talią.

John zdążył zrobić tylko jeden krok do przodu, nim Arthur powstrzymał go, przytrzymując go ręką.

- Zostań – nakazał mu. Nie dadzą się wciągnąć w te gierki.

- Dokładnie, Morgan, trzymaj swoją księżniczkę w ryzach – zakpił Micah. – Chyba trafiłem w czuły punkt, nieprawdaż?

- Idąc twoim tokiem rozumowania, ty też nadawałby się na dziewczynę, złotowłosa – odgryzł się Arthur. – Nawet wyglądasz jakbyś był w ciąży.

Micah zaśmiał się pod nosem i wskazał na Arthura palcem, po chwili mu nim grożąc.

- Dobre, Morgan – pochwalił, ale widać było, że go ta uwaga zdenerwowała. Arthur już dawno się nauczył, że nic tak nie denerwuje typów takich jak Micah, niż choćby zasugerowanie, że mogą mieć coś z homoseksualisty. – Humor się ciebie trzyma. Jak na umarlaka.

- Jeszcze nie umarłem, Micah.

I nie zamierzał tego robić, zwłaszcza z rąk kogoś takiego.

- Ale umrzesz – zagroził. – Taki los spotyka zdrajców. Złamaliście zasady.

Dutch złamał je już dawno sam. Skoro on się z nimi nie liczył, czemu oni mieliby?

- Może i jesteśmy zdrajcami, ale przynajmniej nie sprzedaliśmy się Pinkertonom – zauważył John. – Co ci obiecali za informacje, co? Wolność?

- Nieważne, co mi obiecali – odwarknął w ich stronę. – Pinkertoni i tak by nam nic nie zrobili, mówiłem im tylko to, co chcieli usłyszeć.

- Jakoś ci nie wierzę – stwierdził Arthur. Pinkertoni wiedzieli o ich kryjówce w Lakey, a dziś nie mieli problemu z porwaniem Abigail, wiedzieli, że obóz nie będzie chroniony jak zawsze. Micah wszystko im powiedział i pewnie gdyby było trzeba, sprzedałby też w końcu Dutcha.

- Wierz sobie w co chcesz, pastuchu, nie obchodzi mnie to. – Micah zrobił krok w ich stronę, więc od razu się cofnęli. Jak bardzo by nie chcieli zabić tego skurczybyka, nie nadawali się teraz zbytnio do walki, byli wyczerpani i ranni, a Micah przez cały dzień praktycznie nic nie robił. Nie chcieli sprawdzać, czy ma przez to przewagę. – Wszystko było pod kontrolą, Pinkertoni nawet nie wiedzieli o napadzie na pociąg, a zanim by się zorientowali, my bylibyśmy już w drodze do Nowego Jorku.

- Dzięki twojej uprzejmości znali każdy nasz ruch. Myślisz, że nie podążyliby za nami do Nowego Jorku? – zapytał go wściekły Arthur. – Sprzedałeś nas.

- Robiłem co trzeba, żeby przeżyć, na tym to polega – wytłumaczył się. – Nigdy nie zamierzałem pomóc Pinkertonom aresztować nas wszystkich. Myśleli, że jestem posłuszny, a tak naprawdę urabiałem ich jak mi się podobało. Nigdy nie zdradziłem. Za to wy… Wy uciekliście, gdy tylko zrobiło się ciężko. Jak tchórze.

- Chcieliśmy przeżyć – wyjaśnił mu John. – Nie było już bezpiecznie w gangu.

- Więc postanowiliście, że zamiast o niego walczyć, lepiej będzie uciec – wytknął im z obrzydzeniem. – Wasza lojalność i wiara w lidera są żałosne. Jakim cudem byliście ukochanymi synami Dutcha, nigdy nie zrozumiem.

- Nic o nas nie wiesz, ty sukinsynu – zauważył wściekle John. – Poświęciliśmy całe nasze życie temu gangowi. Ktoś niebędący w nim nawet roku nie ma prawa nas pouczać. Zwłaszcza taki sprzedawczyk jak ty.

- Wiem to, że od tygodni knuliście przeciwko Dutchowi po czym daliście nogę. Wyszło na to, że ten nowy człowiek jest bardziej lojalny i zaufany od starej gwardii – zaśmiał się Micah. – Kiepsko to o was świadczy, panowie. Oh, przepraszam. Panie.

Te porównania do kobiet zaczynały mu działać na nerwy i nie tylko jemu, John też się już się gorączkował, zwłaszcza że jemu oberwało się bardziej.

- Po prostu nas zastrzel, skoro po to tu przyszedłeś – powiedział mu Arthur. Miał już dość słuchania tych bzdur. – Czy może zamierzasz tak stać i zagadać nas na śmierć?

- Zastrzelenie was byłoby zbyt proste, Morgan. – Micah wyciągnął rewolwery, ale od razu je odrzucił za siebie. – Tacy zdrajcy jak wy zasługują na bardziej bolesną śmierć. Za sodomię też wam się coś należy.

- Jeden na dwóch? – zdziwił się Arthur, przygotowując się do walki. Kątem oka zauważył, że John też przybrał pozycję do ataku. – Chyba za mocno uderzyłeś się w głowę podczas tego upadku, Micah.

- Nie boję się dwóch ciepłych – odparł pewny siebie i ruszył w ich stronę. – Pewnie bijecie się jak baby.

- To chodź i się przekonaj – zachęcił go John z aroganckim uśmiechem. – Tylko nie płacz za bardzo, gdy tych dwóch ciepłych wgniecie cię w ziemię.

Micah rzucił się na nich z rykiem, lecąc do przodu gdy odsunęli mu się z drogi. Arthur od razu do niego doskoczył, nie pozwalając mu się odwrócić i po złapaniu go za bety, popchnął go na ścianę klifu. Micah odbił się od niego twarzą, ale zachował równowagę. Z rozkrwawionym nosem odwrócił się w ich stronę i zaśmiał.

- Miałeś szczęście, Morgan.

- Wolę to nazywać umiejętnościami – odparł i skinął na drania palcem. – No chodź. Pokaż co potrafisz.

Powinni wykorzystać sytuację, sięgnąć po broń i zastrzelić sukinsyna, ale Micah miał rację. Zdrajcy zasługiwali na bardziej upokarzającą śmierć. Zbicie go na kwaśne jabłko będzie przyjemnością, której zbyt długo już sobie odmawiali. Poza tym, strzał mógłby ściągnąć im problemy na głowę.

Micah skoczył na niego z pięściami, ale cofnął się przed ciosem, od razu ustępując miejsca Johnowi, który odpowiedział własnym uderzeniem. Bell odleciał do tyłu z jękiem, ale na długo go to nie powstrzymało i zaatakował znowu.

Arthur zblokował cios, szybko wyprowadzając własny. Satysfakcja jaką poczuł czując jak jego pięść zderza się z twarzą tego zdrajcy była nie do opisania i czym prędzej wyprowadził kolejne uderzenie. Głowa Micah odskoczyła w bok, a z jego ust pociekła krew.

- Wystarczająco mocno dla ciebie? – zapytał John i dołączył, też uderzając Micah, nim ten zdążył się obronić czy odpowiedzieć atakiem. – Może chcesz jeszcze, żeby mieć pewność?

Uderzali go na przemian, wyładowując na nim całą swoją nienawiść do niego i zadając mu ten sam ból, jaki on na nich sprowadził. Zgrali się idealnie, on uderzał mocno i silnie, a John szybko i gwałtownie, skupiając się na zadaniu jak największych obrażeń gdzie popadnie. Nie pozwalali Micah na nic, gdy próbował się obronić, Arthur złapał go za nadgarstek i odciągnął mu rękę od twarzy, która z każdym uderzeniem wyglądała coraz gorzej.

Zagonili go pod ścianę klifu, przypierając go do niej i dalej okładając pięściami. Arthur dawno nie czuł takiej furii jak teraz, nie żałował ani jednego ciosu, ten sukinsyn zasługiwał nawet na więcej, ale już samo patrzenie jak wije się bezradnie w jego uścisku, z desperacją drapiąc skały za sobą, było wystarczająco satysfakcjonujące. Byli tak nakręceni, że nie czuli nawet całego dotychczasowego bólu, John bez problemu stawał na zranionej nodze i uderzał nawet tą ręką, którą miał postrzeloną. Byli jak w transie, znieczuleni lepiej niż po morfinie i pełni energii, choć jeszcze chwilę temu ledwo trzymali się na nogach. Byli zmotywowani, by wreszcie się odegrać i to im wystarczyło.

Gdy John zadał swój cios, używając do tego praktycznie całego swojego ciała, Arthur znów uniósł pięść w górę. Micah szarpnął nagle całym swoim ciałem, a on kątem oka zauważył rękę zmierzającą w jego stronę.

Nie zdążył się uchylić i dostał czymś ciężkim i ostrym w głowę. Kamień. Uderzenie go otumaniło, zrobiło mu się ciemno przed oczami, ciało skuliło się instynktownie, a nogi same wycofały się jak najdalej od zagrożenia. Złapał się za zranione miejsce nad okiem, czując pod palcami krew, która szumiała mu w uszach i zagłuszała to co się działo dookoła.

Pierwszym co po chwili usłyszał, był krzyk Johna. Nie do końca jeszcze otrzeźwiony spojrzał w kierunku zamieszania. Micah był wolny i przyciskał stękającego z bólu Johna do ściany, z zadowoleniem okładając go raz po raz pięścią po twarzy, drugą ręką wbijając mu palec w ranę po kuli. John rzucał się i szarpał, nawet nie próbował się bronić przed uderzeniami, zbyt zdesperowany by oderwać dłoń od zranionego miejsca.

- Nie ruszaj się, John – odezwał się ze śmiechem Micah i ponownie uderzył Johna, gdy ten tylko wyprostował głowę. – Może wybiję ci tak z głowy ochotę na bycie jebanym w dupę. Jeszcze mi za to podziękujesz.

Potykając się o własne nogi, Arthur dopadł do Micah i zarzucił mu ramiona na szyję, ściskając mu mocno gardło i szarpiąc go do tyłu, odciągnął go kopiącego od Johna.

- Pożałujesz, że go dotknąłeś, ty sukinsyn! – warknął mu do ucha Arthur.

- Niczego nie będę żałował – wycharczał w odpowiedzi, drapiąc Arthura po przedramionach, by jakoś się uwolnić.

John potrzebował tylko paru sekund, by dojść do siebie. Z furią w oczach odepchnął się od ściany i ruszył w ich stronę z krwią na twarzy jak jakąś farbą wojenną. Z całej siły uderzył Micah w brzuch. Jego ciało zwiotczało znacząco w uścisku Arthura. Szybko je wyprostował i nadstawił ukochanemu na kolejny cios, tym razem w twarz.

- Szkoda że tobie z głowy nie można wybić bycia dwulicowym szczurem – powiedział mu John, okładając go pięściami tak szybko, że aż się zasapał.   

- Zabiję was obu – obiecał im Micah i wyrzucił nogę w przód.

John wrzasnął z bólu, gdy został trafiony w ranne kolano, a potem jeszcze raz. Upadł na ziemię jak rażony piorunem. Arthur w odpowiedzi ścisnął mocniej gardło Micah, zamierzając udusić sukinsyna tu i teraz, ale ten nagle odrzucił głowę do tyłu, trafiając go w nos.

Arthur natychmiast poluźnił uścisk i zatoczył się do tyłu, dostając z łokcia w brzuch, a chwilę później prosto w podbródek. Zęby zadzwoniły mu w ustach, a siła uderzenia powaliła go na ziemię. Próbował się jak najszybciej podnieść, ale Micah rzucił się na niego i zaczął zasypywać kolejnymi ciosami.

- Powinienem był już dawno powiedzieć reszcie, kim jesteście – podjudzał go Micah. Arthur zablokował jego kolejny cios i udało mu się zadać własny, nim znów oberwał. – Mielibyśmy masę zabawy pozbywając się dwóch sodomitów z obozu. Coś takiego zacieśnia więzy.

Złapał pięść Micah, gdy ten znów zamierzał go uderzyć.

- Za dużo gadasz – powiedział mu.

Szybko zarzucił mu nogę na biodro i obrócił ich, tak że teraz on był na górze. Wykorzystując chwilowe zaskoczenie Micah, wymierzył mu kilka silnych ciosów w i tak już pokiereszowaną twarz, która wreszcie zaczęła jakoś wyglądać.

Micah wrzasnął rozjuszony i zaczął na ślepo go atakować, wijąc się pod nim jak żmija, którą był. Arthur przypierał go do ziemi ciężarem własnego ciała i siłą ciosów, starając się go raz na zawsze uciszyć, ale Micah ani myślał się poddawać. Machał łapami aż w końcu trafił go jedną w twarz, wsadzając mu palec do oka.

Arthur krzyknął z bólu, a potem znowu, gdy Micah przyłożył mu w twarz i powalił z powrotem na ziemię, siadając mu na biodrach i natychmiast zaciskając dłonie na gardle.

- Może to nie stryczek, ale wystarczająco podobne, co Morgan? – zaśmiał się, próbując mu zmiażdżyć grdykę.

Kopiąc bezradnie i drapiąc, Arthur usiłował się uwolnić. Gdy tylko Micah to zobaczył, zabrał jedną rękę i zaczął go bić po twarzy, pozbawiając i tak już brakującego tchu. Robiło mu się już ciemno przed oczami, zarówno od ciosów, jak i dłoni na gardle, gdy Micah został nagle z niego ściągnięty.

Arthur nabrał szybko powietrza i zakasłał, przesłoniętym przez krew wzrokiem patrząc jak John staje przed nim i uderza tego sukinsyna raz, a potem drugi. Szybko wstał, by mu pomóc, ale Micah już odzyskał kontrolę. Uniknął kolejnego ciosu, złapał Johna za poły płaszcza i rzucił nim prosto w podnoszącego się z ziemi Arthura.

Wpadli na siebie z impetem i upadli boleśnie. John leżał na nim przygniatając go, ale szybko został z niego zabrany i ciśnięty o ziemię, tuż przy urwisku. Arthurowi serce podeszło do gardła, gdy ukochany prawie spadł.

Wypluwając krew z ust, dźwignął się na dłoniach i znów zakasłał, co zatrzymało go na chwilę w miejscu.

- Marzyłem o tym od dawna – wyznał Micah, ledwo się już wysławiając po tylu ciosach otrzymanych w twarz. Podszedł do Johna i kopnął go w żebra, aż ten skulił się z bólu, nim popatrzył z nienawiścią na mężczyznę nad sobą.

- Zabawne – wychrypiał John, obejmując się za zranione miejsce. – My o zabiciu ciebie też.

- Wygląda na to, że pozostanie to już tylko niespełnionym marzeniem – zaśmiał się.

- Zamkniesz się w końcu? – zapytał i kopnął drania w piszczel.

Nogi się pod nim ugięły i Micah padł prosto na Johna, który nie zwlekając zaczął go uderzać w twarz. Micah warknął sfrustrowany, co z całą tą krwią w jego ustach brzmiało bardziej jak bulgotanie.

Arthur podniósł się wreszcie i na drżących nogach zrobił kilka kroków w ich kierunku, by pomóc ukochanemu.

- Zdechłbyś w końcu! – wydarł się Micah na Johna, gdy udało mu się w go w końcu uderzyć.

- Posłuchaj własnej rady i sam zdechnij, sukinsynu! – odpowiedział John i zacisnął mu dłoń na gardle, drugą kładąc mu na twarzy i wbijając palce w oczy.

Micah zacharkał i w mgnieniu oka sięgnął po nóż przy pasie. John momentalnie puścił jego gardło i zabrał obie dłonie, w ostatniej chwili drżącym rękoma zatrzymując ostrze tuż przed swoją twarzą.

Na widok przerażenia w oczach ukochanego i niebezpieczeństwa w jakim się nagle znalazł, w Arthurze zagotowała się krew i wstąpiły w niego nowe siły. Biegiem ruszył w stronę śmiejącego się obłąkańczo Micah i rzucił się na niego, z sukcesem ściągając go z Johna. Obaj polecieli w stronę krawędzi klifu, Micah zleciał od razu, Arthur złapał się występu, ale zaraz potem został pociągnięty za nogę w dół i stracił chwyt na szczelinie.

- Arthur!

Serce mu zamarło z przerażenia, gdy przez ułamek sekundy spadał, nim poczuł silny uścisk na nadgarstku. Zaskoczony spojrzał w górę na Johna, który wychylał się przez krawędź, usiłując go utrzymać i nie dać mu spaść.  

- Zabiorę cię ze sobą, Morgan! – wrzasnął uczepiony jego nogi Micah, po czym zaśmiał się i rozhuśtał.

John krzyknął z bólu, gdy zsunęli się nieco w dół, ciągnąc go z nimi. Spanikowany Arthur popatrzył na Micah i pod niego, gdzie kilkadziesiąt stóp w dole czekały na nich ostre jak brzytwa skały. Pewna śmierć.

- Nie dam rady was obu utrzymać! – wystękał John. Łzy ciekły mu po policzkach, gdy trzymał ich postrzeloną ręką, która cała drżała jak w febrze. Arthur czuł, jak chwyt ukochanego słabnie z każdą chwilą.   

- Nie wygracie! – odzywał się dalej Micah, nie przestając się śmiać. Arthur nawet nie próbował go strząsnąć, tylko zaszkodziłby tym Johnowi, którego dłoń przesunęła się w kierunku jego, niemal tracąc chwyt na jego nadgarstku. – Nie pozwolę się pokonać dwóm obrzydliwym sodomitom!

Micah znów pociągnął go w dół, trzymając go za łydkę. John poleciał do przodu, ale utrzymał się na klifie, walcząc z ciężarem Arthura i tego sukinsyna jak tylko mógł, ale długo tak nie wytrzyma.

Arthur bez zastanowienia sięgnął po nóż i choć słabo widział przez krew cieknącą mu po twarzy, skupił się jak tylko mógł, wiedząc że ma tylko jedną szansę. Micah przestał się w końcu śmiać i popatrzył na niego przerażony. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie dał mu takiej okazji. Rzucił w jego kierunku nożem, trafiając go idealnie w rękę, którą się go trzymał.

Ciężar uwieszony jego nogi zniknął w mgnieniu oka, gdy uścisk Micah osłabł, a on sam runął z wrzaskiem w dół, nim w zaledwie sekundę zamilkł raz na zawsze, roztrzaskując się o skały pod nim.

Chętnie by dłużej popatrzył na ten obrazek, ale nie chciał dołączyć. Znów spojrzał w górę, gdzie John wyciągnął w jego kierunku drugą dłoń.

- Podaj mi drugą rękę! – polecił.

Arthur podciągnął się nieznacznie i chwycił ukochanego za dłoń, który od razu wciągnął go kawałek do góry, aż mógł złapać się krawędzi sam. Stękając z wysiłku wspiął się na klif z pomocą ciągnącego go za płaszcz Johna, a gdy tylko był już bezpieczny, obaj padli na ziemię ciężko dysząc, a John oprócz tego także szlochając z bólu.

- Cholera – przeklął Arthur i nie czekając na odnowienie się sił, obrócił się w stronę ukochanego. – John, nic ci nie jest?

Wiedział, że to głupie pytanie, oczywiście, że coś mu było, nawet wiedział co, ale zadał to pytanie tak szybko, że nie zdążył się ugryźć w język.

- Przeżyję – zapłakał, ale mimo to uśmiechnął się przez łzy do Arthura. – Musiałeś pobić mój dzisiejszy wyczyn, co?

Arthur popatrzył na niego zaskoczony po czym roześmiał się i nachylił nad nim, opierając swoje zakrwawione czoło o jego.

- Przejrzałeś mnie – przyznał, nie mogąc przestać się śmiać, nie bardzo wiedząc, czy to żart był aż tak śmieszny, czy po prostu odbiło mu z powodu ulgi.

- Wiedziałem – zaśmiał się i otoczył Arthura ramionami, niemal od razu pojękując z bólu. – Ał, ał!

John szybko zabrał ręce z powrotem, zwłaszcza tą zranioną.

- Ty durniu – zauważył Arthur. Śmiali się jak dwa głupki, jakby wcale przed chwilą nie walczyli o życie.

- Boli nawet gdy się śmieję – wyznał John, ale nie potrafił przestać chichotać jakby był pijany. 

- Więc przestań – poradził mu Arthur, samemu wciąż się śmiejąc. Ledwo oddychając dźwignął się na kolana i uklęknął. – Chodź, zmywajmy się stąd.

- Tylko nie tą samą drogą, co Micah – poprosił i obaj parsknęli śmiechem.

Pomogli sobie nawzajem wstać, zabrali swoją broń i dokuśtykali do drogi prowadzącej w dół góry, dopiero wtedy umilkli, by przypadkiem nie ściągnąć tu zaraz Pinkertonów, którzy wciąż mogli być w pobliżu. Mieli już dość przygód jak na jeden dzień. Ale chociaż się nie śmiali, to uśmiechali się dalej, choć twarze mieli zakrwawione, obolałe i spuchnięte od ciosów, wargi popękane i rozcięte, a ich uśmiechy były czerwone, bo zęby były całe we krwi. Byli jednak zbyt szczęśliwi z tego, że przeżyli, by przejmować się takimi trywialnymi rzeczami. Mieli ważniejsze rzeczy na głowie, jak dotrzeć do swoich przyjaciół i zacząć nowe życie, które było już bliżej niż dalej. 

***

It always rains down on us
And like an old dog lying by a new gravestone
It's still our home
It's still our home

So if you ever feel like you are alone
After the night
The morning comes