Actions

Work Header

Ku wschodzącemu słońcu

Chapter Text

Staring at the empty page before me
All the years of wreckage run through my head
Patterns of my live have thawed and torn me
Revealing hurtful shame and deep lament
Overwhelming sorrow now absorbs me
As the pen begins to trace my darkest past
Signs throughout my life that should have warned me
Of all the wrongs I've done for which I must repent

***

Arthur był zmęczony. Zmęczony ciągłym uciekaniem, zmęczony bezsensownym zabijaniem, kolejnymi planami Dutcha, które przysporzą tylko kolejne kłopoty tej małej grupce, która ich pozostała. Pearson, Wujek, Mary-Beth i Karen uciekli dziś rano. Słusznie zrobili, nie było sensu zostawać dłużej na tym tonącym statku.

Kiedyś myślał, że ich gang przetrwa wszystko, że jeśli tylko będą się trzymać razem, to nic im nie zagrozi. Okazało się, że nie trzeba wiele, by wszystko poszło w diabły. I to nawet nie nielojalność zniszczyła wszystko. Jedna pomyłka, która pociągnęła za sobą kolejne. Tyle wystarczyło, by ich zgrana banda zaczęła się rozpadać jeden po drugim. Topniejąca lojalność była tylko konsekwencją tych pomyłek.

Nigdy nie powinni byli napadać na ten pociąg Cornwalla.

Usłyszał czyjeś kroki za sobą, ale nie zareagował. Był blisko obozu, więc nie mógł to być wróg. Siedział więc spokojnie i czekał, aż ten ktoś się dosiądzie, co w końcu się stało. 

- Masz. – John podstawił mu butelkę burbona pod nos. – Wyglądasz jakbyś tego potrzebował.

Przyjął alkohol z wdzięcznością, w ogóle niezaskoczony obecnością ukochanego. John wyczekiwał jego powrotu, ale Arthur nie dał mu okazji do przywitania, uciekając kawałek od obozu od razu po zejściu z konia. Chciał być sam, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo nie narzekał teraz na towarzystwo.

- Dzięki – wychrypiał i wziął kilka porządnych łyków. Alkohol od razu zaczął palić gardło.

- Długo nie wracałeś – zauważył John. – Już myślałem, że znowu stało się to samo, gdy Colm cię porwał.

- Musiałem zebrać myśli – wyjaśnił, ścierając resztki burbona z zarostu.

Siedzieli przez jakiś czas w milczeniu, nasłuchując otaczającej ich przyrody. Arthur znieczulał się przy okazji alkoholem, co chwilę pił z butelki, by chociaż przez parę sekund poczuć coś więcej niż tylko przygnębienie i złość.

- Słyszałem co się stało – odezwał się w końcu John. – Z Szybującym Orłem. Przykro mi.

Jemu też. Naprawdę lubił tego dzieciaka. Był odważny, miał szlachetny cel do zrealizowania, tylko źle się za niego zabrał. Niepotrzebnie pozwolił emocjom wziąć nad nim górę.

- Był tylko cholernym dzieciakiem – westchnął i przetarł zmęczoną twarz. – Wściekłym na całym świat, podatnym na najmniejszą sugestię.

Gdyby tylko rad dotyczących uległych rozwiązań słuchał równie chętnie, co tych namawiających do agresji. Może dzieciak jeszcze był żył. Poczułby się upodlony i zhańbiony, ale by żył. Tylko że był na to zbyt rozgniewany i zdrowy rozsądek poszedł w odstawkę.

- Dutch owinął go sobie wokół palca.

Wykorzystał niewinnego dzieciaka. To było podłe nawet jak na Dutcha. Zagrał na emocjach Szybującego Orła i podsycił tylko jego nienawiść. Może nie nacisnął spustu osobiście, nie zaciągnął dzieciaka siłą do walki, ale był w jakimś stopniu odpowiedzialny za jego śmierć. Pozwolił, by młody chłopak, który miał jeszcze całe życie przed sobą, zginął w imię jego chorej dywersji, która pewnie i tak tylko ściągnie na ich głowę więcej wojska, a nie odwróci jego uwagę.

Szybujący Orzeł umarł na marne. A on na to pozwolił. 

- Obiecałem jego ojcu, że przyprowadzę go żywego – wyznał. Nigdy nie zapomni głosu Padającego Deszczu, gdy ten błagał swego syna i innych młodych z plemienia, by nie ruszali na tę samobójczą misję. Nie przemawiał wtedy jako wódz, ale jak zatroskany ojciec, któremu pękało serce. – To moja wina.

Obwiniał Dutcha, ale sam też nie był bez winy. Mógł zrobić coś więcej.

- Zrobiłeś, co mogłeś – zapewnił go John, choć nawet nie był wtedy na miejscu by wiedzieć, co dokładnie się stało. Czy Arthur rzeczywiście zrobił wszystko co się dało.

Jeśli Dutch cokolwiek mu powiedział, to pewnie same bzdury o tym, jak cały atak na rafinerię zakończył się ogromnym sukcesem. Nie dla Indian. Nie dla Szybującego Orła. Nawet nie dla nich. Nie zginęli, ale nie osiągnęli też nic. Urządzili tylko kolejną masakrę, dodali sobie kolejne grzechy do i tak długiej listy.

Sukces jak cholera.

- Uratował mi życie. – John spoglądał na niego współczująco, gdy na niego popatrzył. – Tylko dlatego zginął. Bo postanowił mi pomóc. Gdyby nie on, nie byłoby mnie już tutaj. Nie zasłużył na taki los. Bezsensowna strata ludzkiego życia. Gdyby tylko posłuchał mnie i swojego ojca, zamiast z gorącą głową lecieć na wojsko…

- Zbyt wiele złości nazbierało się w nim przez lata, a Dutch to wykorzystał – zauważył John pocieszająco. – Ten chłopak pewnie nawet nie znał innego życia niż tego spędzonego pod wojskowym butem. Wątpię, że dało się go w ogóle przekonać. Ale próbowałeś i to jest najważniejsze. Nie powinieneś mieć sobie nic do zarzucenia. 

- Gdyby to tylko było takie proste. – Próbował, całą drogę do obozu powtarzał sobie, że zrobił, co się dało. Nie przekonał się. – Tego dało się uniknąć.

Na pewno można było zrobić coś inaczej, chociażby nie doprowadzić do sytuacji, w której potrzebował pomocy. Choć na to akurat nie miał za dużego wpływu. Nie mógł przewidzieć tego, co się stanie, ale mógł zrobić wiele innych rzeczy, od związania Szybującego Orła i zabrania go z powrotem do rezerwatu poczynając.

- Może – zgodził się John. – Teraz już się tego nie dowiemy.

Ukochany położył mu dłoń na karku, gładząc kciukiem spięte mięśnie. Arthur odetchnął głęboko, pochylając głowę i ściągając kapelusz.   

- Wiesz co jest najgorsze? – zapytał, przecierając spocone i brudne czoło. – Że my też kiedyś tacy byliśmy. Dutch znalazła nas obu, gdy byliśmy na dnie, wściekli na wszystko i wszystkich. Tak jak Szybujący Orzeł i wykorzystał nas w ten sposób. Mieliśmy tylko więcej szczęścia trafić na czasy, kiedy wszystko się Dutchowi układało i zamiast zrobić z nas jednorazową zasłonę dymną, postanowił nas przygarnąć, by mieć nas na dłużej.

Ciężko być osieroconym dzieckiem żyjącym na ulicach, traktowanym jak zaraza i walczącym o najmniejszy kawałek chleba. W najgorszych dla nich momentach życia pojawił się Dutch i obiecał im lepszą przyszłość. Najlepszą. Od samego początku nastawił ich przeciwko reszcie społeczeństwa, które tylko ich krzywdziło i nienawidziło. Łatwo było uwierzyć, że są lepsi od innych i zasługują na wszystko co najlepsze, a żeby to dostać, muszą użyć siły. W końcu zwykli ludzie nic im nigdy nie dali, dopiero Dutch. Wybór komu bardziej ufać nie był dla nich trudny.

Gdyby w tym samym momencie co Dutch, rękę do nich wyciągnął jakiś dobroduszny braciszek z klasztoru, ktoś taki jak siostra Calderon, odtrąciliby ją natychmiast. Nie byli wtedy w nastroju na wyciąganie ręki do ludzi, którzy ich skrzywdzili, chcieli się tylko zemścić, pokazać kto naprawdę będzie pewnego dnia lepszy. Dobroć nie ukoiłaby lat zgorzknienia, jakiego doświadczyli. Nie wierzyli w nią, bo nigdy jej nie doświadczyli. Za to agresji tak. I widzieli jaka potrafi być skuteczna i łatwa w użyciu.

- Myślisz, że kiedykolwiek coś dla niego znaczyliśmy tak jak mówił?

Usłyszał w głosie Johna nadzieję. Wiedział skąd się bierze, bo też ją miał. Obaj chcieli wierzyć, że nie wszystko w ich życiu było kłamstwem. Że gdy Dutch z dumą nazywał ich synami, to naprawdę tak uważał, a nie tylko manipulował nimi, by byli mu lojalni.

- Nie wydaje mi się – odpowiedział z ciężkim sercem. John westchnął rozczarowany, ale pokiwał głową ze zrozumieniem. – Nie wiem czy poza Annabelle i Hoseą ktokolwiek z gangu znaczył dla niego tyle, ile on dla nas. Wszyscy byliśmy tylko pionkami, lojalnymi żołnierzami, których można zastąpić, gdy coś pójdzie nie tak. Nie dziwne jest teraz to, że nigdy nie miał takiej grupy jak Colm. Mniejszą, bardziej lojalną grupę łatwiej kontrolować. I naprawdę mu się to udało. Naprawdę byliśmy lojalni i wierzyliśmy w każdej jego słowo.

Dali się porobić jak dzieci, nawet gdy już byli dorośli.

- Nie było to trudne. Uratował nas. Zadbał o nas, nakarmił, dał schronienie, nauczył czytać i pisać – wymieniał John. Zawdzięczali mu tak wiele. – Jak mogliśmy mu nie wierzyć, gdy jako jedyny z całego świata okazał nam miłosierdzie?

- Nie mogliśmy – zgodził się z nim. – Byliśmy mu to winni. Czułem że muszę być lojalny, bo nie chciałem stracić tego, co nagle dostałem od losu. Wciąż czuję się lojalny. To silniejsze ode mnie.  

Czuł tę lojalność cały czas, siedziała mu w głowie i mąciła w niej, gdy tylko jej na to pozwalał. Nie znał innej rzeczywistości niż bycie lojalnym wobec Dutcha. Odczuwał dyskomfort, gdy z nią walczył. Tak został nauczony i nawet mając szeroko otwarte oczy nie mógł powstrzymać starych nawyków.

- Wiem. Ja też to czuję. To zawsze w nas już będzie. – Tego się obawiał. Nie chciał spędzić reszty życia czując, że coś go ciągnie do Dutcha.– Walczę z tym, ale to wciąż we mnie siedzi, wciąż każe mi porzucić nasze plany.

- Nie rób tego – poprosił natychmiast. Nie mogli zostać, było na to zbyt niebezpiecznie, musieli myśleć przede wszystkim o sobie, nieważne jak głęboko sięgała ich lojalność wobec Dutcha.

- Nie zrobię – obiecał równie szybko. Gdy popatrzyli na siebie, Arthur dostrzegł w oczach Johna lęk i sądząc po jego minie, musiał mieć takie samo spojrzenie.

- Jeśli je porzucisz, pójdę za tobą, a wtedy obaj zginiemy.

Nie zostawiłby Johna w takiej chwili, a nie miałby dość własnej siły, by go powstrzymać.

- Nie porzucę ich, obiecuję. Wiem czego chcę. I nie jest to bycie lojalnym wobec Dutcha. Jak powiedziałeś, trzeba być lojalnym wobec tego co ważne – przypomniał mu ich ostatnią rozmowę. – Nie mogę uwierzyć, że Dutch tak bardzo się zmienił. Gdy zabił tamtą dziewczynę na promie, był jak nie on.

- W tym problem, wątpię, że to zmiana – zmartwił się, biorąc kolejny spory łyk alkoholu. – Raczej pokazał, kim naprawdę jest, gdy grunt zaczął mu uciekać spod nóg.

- Megalomanem z kompleksem władzy?

Nie był w najlepszym nastroju, ale uśmiechnął się w odpowiedzi na słowa Johna.

- Coś w tym stylu. Wszystkie te gadki o rodzinie, to były tylko sposób, by wzmocnić naszą lojalność. Chciał byśmy byli lojalni wobec niego, a sam nigdy nie był lojalny wobec nas. Nie potrzebował do swoich planów rodziny, potrzebował popleczników, którzy nie będą za wiele myśleć i skoczą za nim w ogień. – I skoczyli. Nawet gdy większość wątpiła w jego plany i tak za nim poszli. Bo tak ich nauczył. Ludzie przez to zginęli, oddali życie za plany, w które nawet nie wierzyli. Ale wierzyli w Dutcha i to wystarczyło. – Naopowiadał nam o raju i byliśmy na tyle głupi i zaślepieni, by mu uwierzyć. By go nie kwestionować.

- A gdy zaczęliśmy, przestaliśmy być ukochanymi synami.  

Z lojalnych synów stali się potencjalnymi zdrajcami. Tylko dlatego, bo chcieli przeżyć i nie chcieli dłużej ginąć za sprawę. Nawet nie chcieli wydać Dutcha i oczyścić się ze wszystkich zarzutów. Po prostu chcieli żyć wolni.

- I tak długo jak wiodło nam się dobrze, nie musiał posuwać się do szantażu emocjonalnego, by nas przy sobie zatrzymać. Do diabła, był nawet czas, kiedy byłem gotowy mu dziękować za bycie w gangu. Nie musiał się nawet wysilać. Wystarczyło parę pustych frazesów o lojalności i rodzinie, i byliśmy na każde jego skinienie. Zrobił z nas sektę, jak ci cholerni chelonianie.

Nikt tego tak dobrze nie rozumiał jak John, bo nikt w gangu nie był tak wpatrzony w Dutcha jak niegdyś oni. Pozostali też byli lojalni, może nawet bardziej niż oni, a na pewno nie stracili nic z tej lojalności, nawet teraz. Ale to on i John byli w gangu najdłużej, nasłuchali się najwięcej o byciu niezastąpionymi, najlepszymi, najwierniejszymi, tymi na których zawsze można polegać.

Nie chcieli go zawieść, przestać słuchać tych pochwał, więc robili wszystko co kazał i nie zastanawiali się nad tym nawet chwilę. Chcieli po prostu, by był z nich dumny jak prawdziwy ojciec, którego brakowało im w życiu.

Teraz musiał się bardziej starać. Próbował wzbudzać w nich poczucie winy, by nie uciekali. Inni mogli wątpić, ale jego wierni synowie? Jak mogli mu tak ranić serce, gdy już inni to robili? Najstraszniejsze było to, że ta strategia pewnie by zadziałała, gdyby Dutch nie popełnił największego błędu. Gdyby nie zostawił wtedy Johna w Saint Denis, a potem w więzieniu, Arthur prawdopodobnie dalej czułby się zobowiązany do pozostania.

Ale Dutch popełnił błąd i nie mógł wybrać gorszego. Może i wciąż czuł wobec niego lojalność, ale ta do Johna była silniejsza. Z chwilą, kiedy Dutch go zdradził, zdradził i Arthura. Chciał uciec już dawno, tak jak namawiał go do tego John, ale dopiero po pobycie na Guarmie podjął decyzję i zaczął układać plan, by ich i kogo tylko się da wydostać z gangu. Arthur mógł udawać, że nie widzi co się dzieje i wybaczać głupie plany, pochopne decyzje czy bezsensowne morderstwa z zimną krwi jak do tej pory, ale zostawienia Johna na śmierć nie wybaczy nigdy. Nie przymknie oka na próbę zamordowania najważniejszej osoby w jego życiu.

Wszystko inne też przeważyłoby w końcu szalę, zwłaszcza śmierć Szybującego Orła lub to co do niej doprowadziło, tego nie dało się już zatrzymać, pasmo rozczarowań było zbyt długie, ale to co się stało w Saint Denis zrobiło to znacznie szybciej i dało im więcej czasu na ułożenie planu, który był im potrzebny jeśli chcieli na pewno przeżyć.

- Byliśmy tacy głupi.

- Byliśmy dziećmi – usprawiedliwił ich Arthur, choć nie bardzo poprawiało mu to humor. Dziecko czy nie, dał się oszukiwać przez ponad dwadzieścia lat, choć po drodze nauczył się każdej możliwej sztuczki, by rozpoznać nieprawdę. Nawet jeśli zdawał sobie z niej sprawę, musiał ją natychmiast negować. – Trudno nas winić, że mu uwierzyliśmy, że poczuliśmy się dla niego ważni, gdy nikt inny nas nie chciał. Potem już było za późno, by się zorientować w co wdepnęliśmy. Dostał czego szukał.  

- Parę rewolwerów do użycia, kiedy sobie tego zażyczy. Zawsze pod ręką. Cenne póki nie zawodziły. – John splunął z obrzydzeniem. – Ale gdy rewolwery zaczęły się zacinać i samodzielnie myśleć jak ja…

- Porzucił cię jak śmiecia. – Po co mu ktoś, kto może go w każdej chwili zdradzić, kto podkopie jego autorytet przed resztą? Nie warto nawet ryzykować, by ratować syna, który w niego nie wierzy i który następnego dnia może mu wbić nóż w plecy. Nie są przecież niezastąpieni, dobry strzelec zawsze się znajdzie, a skuszony pieniędzmi będzie na czas roboty bardziej lojalny niż oni. – Ciebie i mnie.

John obrócił gwałtownie w jego stronę i zmrużył oczy, próbując sobie przypomnieć sytuację, kiedy Dutch otwarcie zostawił Arthura na śmierć.

- O czym ty mówisz? Kiedy Dutch…

- W rafinerii – odpowiedział szybko. Żeby tylko wtedy. To zostawienie w łapach Colma też wyglądało teraz jak porzucenie. – Gorąca para oślepiła mnie na moment i odrzuciła. Jeden za strażników chciał mnie zabić, a Dutch tylko się przyglądał. Potem się wypierał, mówił że wcale mnie nie zostawił, ale wiem co widziałem. Po prostu sobie poszedł, gdy chcieli mnie zadźgać nożem.

Nie potrafił sobie jakiś czas temu wyobrazić, co przeżył John, gdy na jego oczach Dutch go porzucił. Teraz wiedział jakie to uczucie zostać zdradzonym przez osobę, której się bezgranicznie ufało ze swoim życiem przez lata. Nigdy wcześniej nie poczuł takiej zdrady.

- Jezu.

John położył mu dłoń na kolanie, pokazując, że wciąż tu jest i że słucha.

- Gdyby nie Szybujący Orzeł, zginąłbym wtedy – wyznał drżącym głosem. Musiał znów się napić, nim kontynuował. – Dutch tak po prostu mnie zostawił. Tyle właśnie znaczy dla niego lojalność. Dałem mu wszystko co miałem, ale gdy tylko przestałem za nim ślepo podążać, gdy nie widział już we mnie kogoś, w kim jego poglądy będą żyć dalej, nagle moje życie przestało być ważne. Poczułem się, jakbym jednak został dźgnięty nożem.

Nigdy nie zapomni tego bólu, gdy z nadzieją wołał Dutcha i prosił go o pomoc, pewny że ten zaraz go uratuje, tylko po to, żeby zobaczyć jak odchodzi bez żadnego zawahania.

Powinien był się tego spodziewać, w końcu kilkadziesiąt dni wcześniej John przyznał mu się, że Dutch zostawił go na śmierć w Saint Denis. Mimo to nie był przygotowany na coś takiego. Ani trochę. Wciąż miał wrażenie, że to tylko sen.  

- Wiem jakie to uczucie – zapewnił John. Dlatego Arthur mu w ogóle o tym powiedział. Tylko on rozumiał przez co teraz przechodzi. – To boli, bo my nigdy go nie zawiedliśmy, nawet w chwilach wątpliwości. Zawsze byliśmy lojalni, tak jak sobie tego życzył. Nigdy się nie zmieniliśmy, wierzyliśmy w jego obiecany raj.

- I nic dobrego nam z tego nie przyszło – zauważył wściekle. Wściekły na Dutcha, wściekły na siebie i Johna. – Świat poszedł do przodu, a my wciąż trwaliśmy w niespełnionym śnie. Straciliśmy przez to przyjaciół, bo nie odpuściliśmy w odpowiednim momencie, nie usunęliśmy się w cień, gdy zachód zaczął być ujarzmiany. Nie ma już dla takich jak my miejsca na tym świecie.

- O ile kiedykolwiek było – stwierdził ze smutkiem John. – Dutch kreował nas na współczesnego Robin Hooda, a od samego początku byliśmy tylko zwykłymi bandytami i mordercami, okradającymi tak biednych, jak i bogatych, mordującymi konkurencyjne gangi i niewinnych ludzi. Nie byliśmy najgorsi…

- Ale nie byliśmy też krystalicznie czyści – dokończył za niego.

John przytaknął.   

- Wolni ludzie, tak nas zawsze nazywał – mówił dalej. – Brzmiało lepiej niż bandyta, jakbyśmy byli lepsi od reszty społeczeństwa. I naprawdę czułem się wolny. Mogliśmy w końcu robić, co nam się żywnie podoba, obrabiać kogoś chcemy, zabijać kogoś chcemy. Bez konsekwencji.

- Ale pod dyktando Dutcha. Nigdy nie byliśmy w pełni wolni.

Zawsze w końcu natrafiliby na kraty, nieważne w jakim kierunku by poszli.

- Zabijamy kogo trzeba zabić i inne takie dyrdymały. – John prychnął z pogardą. – Aż trudno mi uwierzyć, że brałem te bzdury na poważnie. Jak wielu niewinnych ludzi zabiliśmy przez te wszystkie lata tylko dlatego, bo Dutch wmówił nam, że zasłużyli na śmierć?

- Zbyt wielu – odparł drżącym głosem. Rzucił wciąż do połowy pełną butelkę na ziemię i na moment schował twarz w dłoniach, zawstydzony swoimi czynami. – A krzywdziliśmy też w inny sposób. Wdowa po Downesie, której zabraliśmy ostatnie pieniądze, gdy jej mąż dopiero co zmarł, zaczęła sprzedawać własne ciało, by utrzymać siebie i syna. A to tylko jedna osoba z wielu dłużników Straussa, których zostawiliśmy za sobą bez pieniędzy.

- Nigdy nie zastanawiałem się co się dzieje z dłużnikami, gdy już odbierzemy pieniądze – wyznał niepewnie. Gdy Arthur na niego popatrzył, pochylał głowę we wstydzie.

- Ja też nie. Pierwszy raz spotkałem jednego już po fakcie. Wiedziałem, że lichwiarstwo jest czasami paskudniejsze od zastrzelenia człowieka, ale pierwszy raz zobaczyłem to na własne oczy i poczułem się z tym źle. Jak najgorszy sukinsyn. – Wciąż się tak czuł, nawet pomimo udzielenia jej pomocy. – Odebraliśmy jej wszystko, John. Wszystko, nawet godność, a nam wpadło do kieszeni parę drobnych.

Zniszczyli komuś życie dla kilkudziesięciu dolarów. To była aż żałosne.

- Chciałbym móc wrócić do tamtego momentu i postąpić inaczej. To było nie w porządku. – John nawet nie spotkał ponownie pani Downes, a mimo to gryzło go to równie mocno, co jego. – Równie dobrze na jej miejscu mogłem być ja, też przecież potrzebuję pieniędzy.

- Ja praktycznie byłem.

John popatrzył na niego zmieszany.

- Co masz na myśli?

- Ostatni dłużnicy Straussa, jeden z nich miał na imię Arthur – powiedział i zadrżał, gdy znów sobie to przypomniał. – Strauss uznał to za zabawne.

- Ale nie ty.

- Po raz pierwszy spojrzałem na wszystko z czyjejś perspektywy. – I potrzeba było do tego jego imiennika, by wreszcie przejrzał na oczy. – Jak mówiłeś, to mogliśmy być my. To ja mogłem zaharować się na śmierć w kopalni, by spłacić dług i mieć jeszcze coś, by utrzymać żonę i dziecko. Wiesz co wdowa zaproponowała mi zamiast pieniędzy, których nie miała? – zapytał i zaśmiał się nerwowo, czując żółć w gardle. – Własne ciało. Nigdy nie czułem się tak brudny jak w tamtym momencie. Odmówiłem jej. Dałem jej część pieniędzy, które miałem. Wiem, że ich potrzebujemy, ale nie mogłem jej zostawić bez pomocy.

Nie wybaczyłby sobie, gdyby po prostu anulował dług, nie dając nic w zamian za cierpienia, które przysporzył jej ze Straussem. To i tak było mało i nie zwróci jej męża, ale tylko tyle mógł w tamtym momencie zrobić. Gdyby był jakiś sposób, by pomóc jej bardziej, zrobiłby to bez zawahania.

John złapał go za rękę i popatrzył na niego z dumą.

- Zrobiłbym to samo.

Gdyby tylko mogli zrobić coś więcej.

- Następny dłużnik, dezerter z ciężarną Indianką. – Pokręcił głową. Ten człowiek już i tak miał dość problemów na głowie, a Strauss dorzucił mu jeszcze pieniądze. – Też im pomogłem. Takich ludzi cały czas okradaliśmy oprócz bogaczy. Zdesperowanych, biednych. A potem dawaliśmy te pieniądze, te ochłapy, innym biednym, żeby poczuć się lepiej z tym co robimy. Udawać, że jesteśmy kimś więcej niż zwykłymi złodziejami.

Uważali się za szlachetnych, pomagając nikomu innemu tylko samym sobie.

John pokiwał w zgodzie głową.

- Kradnąc od kogokolwiek zawsze byliśmy taki samymi szujami – zrozumiał. – Czy to od biednych, czy od bogatych.  Nawet przekazując część łupu potrzebującym.

- Nie mogłem patrzeć na Straussa po tym wszystkim – wyznał z obrzydzeniem. Strauss i jego lichwiarstwo zawsze wydawało mu się oślizgłe, ale po tych ostatnich dłużnikach wyjątkowo zbrzydli mu tacy ludzie jak on. – Z premedytacją wykorzystywał desperację ludzi, by raz na jakiś czas do obozowej skrzynki wpadło pięćdziesiąt dolarów. – Zawahał się przez moment i ze łzami w oczach spojrzał na Johna. – Moja rodzina zginęła przez dziesięć. A ten drań mordował regularnie pięć takich rodzin. Dla pieprzonych dziesięciu dolarów. I my mu pomagaliśmy. Czuliśmy się z tym źle, ale czy przestaliśmy?

Cały roztrzęsiony złapał się za włosy i szarpnął za nie mocno, by poczuć coś więcej niż tylko złość i obrzydzenie do samego siebie. Chowali się za prawem, gdy odbierali pieniądze, a nie byli wcale lepsi od włóczęgów, którzy zamordowali mu kobietę i dziecko.

John przysunął się bliżej. Złapał go za dłonie, odsunął od głowy i objął go mocno, powstrzymując przed zadawaniem sobie bólu. Arthur zdał sobie sprawę, że obaj płakali.

- Nigdy – wyszeptał, całując go w skroń. – Boże, Arthurze, tak mi przykro. Cośmy narobili przez te wszystkie lata?

Nie chciał nawet o tym myśleć, choć pewnie powinni, by nigdy nie zapomnieli jakimi sukinsynami się stali pod wpływem Dutcha. I z własnej głupoty.

- Coś, czego już nie powtórzymy – postanowił. Głos wciąż mu drżał z emocji. Wyprostował się i wziął głęboki wdech, by się uspokoić. John został tam gdzie był, siedział blisko, ramię przy ramieniu i wycierał łzy z twarzy. – Nigdy już nie tknę lichwy, nigdy już nikogo nie okradnę. Ten ostatni skok? Naprawdę jest ostatni. Chętnie bym go pominął, ale potrzebujemy pieniędzy. Zwiniemy je wojskowym i uciekniemy, zaczniemy od nowa, choć pewnie na to nie zasłużyliśmy po tym co zrobiliśmy. – Powinni zawisnąć. Tylko tak jakoś zapłacą za wszystkie krzywdy jakie wyrządzili ludziom. Nie chcieli jednak umierać. Nie gdy byli tak blisko ucieczki. Egoizm był wciąż zbyt silny. – Dutch wmówił nam, że jesteśmy inni. Nie byliśmy. Nigdy. Naprawdę nie byliśmy. Jedyne czym byliśmy, to zawszonymi złodziejami mordującymi dla zabawy ludzi, którzy tak jak prosty ranczer robili po prostu to, za co im płacono. Łapali takich jak my.

- Nie możemy nawet winić Dutcha za to wszystko – zauważył słusznie John. – Mieliśmy własny rozum, nie chcieliśmy go po prostu użyć, zaślepieni obiecaną przyszłością. Za późno zaczęliśmy myśleć samodzielnie. Za późno otworzyliśmy oczy.

Byli zwykłymi głupcami. Naiwnym dzieciakami, którym dorosły mężczyzna wmówił, że zasługują na coś więcej niż reszta świata. Zbyt późno zaczęli to kwestionować.

- Gdy ludzie wokół nas zaczęli ginąć – zauważył z żalem Arthur. Tyle niepotrzebnej śmierci i po co to wszystko? Żeby wcielić w życie plan, który nigdy nie mógł się udać. Nie w tych czasach. – Sean pierwszy stracił życie, byśmy ruszyli mózgownicami.

- Potem Kieran, Hosea, Lenny – wymieniał dalej John. Każde kolejne imię tylko potęgowało ból. Na Seanie powinno się było skończyć, jeśli nie na Jenny i braciach Callander. – Żałuję, że nie zaplanowaliśmy wszystkiego wcześniej. Zabralibyśmy ich ze sobą.

Arthur poczuł się jak jeszcze większy przygłup niż już był. Zbyt długo wierzył, że ten gang da się jeszcze uratować, że Dutch wróci do bycia sobą, choć to właśnie podczas całego tego bajzlu dopiero zaczął zachowywać się jak on. Za długo pozwalał, by strach przed nieznanym, przed rozczarowaniem własnego ojca, trzymał go w ryzach.

- Ty już byłeś zdecydowany – przypomniał. Popatrzyli sobie w oczy. – To ja głupio się wahałem.

- Myślisz, że mnie było łatwiej podjąć decyzję o zdradzie? – zapytał go John. – Byłeś dłużej pod wpływem Dutcha, Arthurze. Mnie nie było łatwo, a co dopiero tobie? Zresztą, wiedziałeś, że coś jest nie tak. Widziałeś sygnały, ale lojalność i honor nie pozwoliły ci uciec.

- I omal nie przypłaciłeś tego życiem. – Gdyby nie fura szczęścia, która zawsze trzymała się Johna, zginąłby już w czasie napadu na bank w Saint Denis. Albo później w więzieniu. – A ja razem z tobą.

- Nic mi nie jest. I tobie też nie – zapewnił go z uśmiechem, którym chciał go podnieść na duchu. – A już pojutrze będziemy wolni.

Całe szczęście ci którzy jeszcze żyli, a nie byli tacy zdesperowani jak oni, zdążyli już prysnąć. Źle by się czuł zostawiając ich z szalonym Dutchem. Miał tylko nadzieję, że są bezpieczni.

- Oby.

- Nie oby, na pewno – zaznaczył pewny siebie, znów łapiąc go za dłoń. Arthur ścisnął ją mocno, momentalnie czując choć trochę spokoju. – Wszystko jest już zaplanowane, to się nie może nie udać.

- Napad na bank w Saint Denis też miał być planem bez wad. Wszystko w każdej chwili może pójść nie tak.

Zbyt wiele rzeczy było zależnych od innych osób, a nawet gdyby, to jeden niewłaściwy ruch i skończą z kulami w plecach.

- Więcej wiary, Arthurze – poradził mu John. Arthur prychnął.

- Nawet brzmisz jak Dutch – zauważył rozbawiony. Czuł się już lepiej. Dobrze było wyrzucić z siebie to wszystko, opowiedzieć o tym co go trapiło, zwłaszcza ostatnimi czasy. Świadomość, że nie był w tym sam bardzo podnosiła go na duchu.

- Może trochę – zgodził się, patrząc na Arthura z czułością. – Naprawdę chcę, by nam się udało.

- Ja też – przytaknął i westchnął. Już niedługo. Zrobi wszystko, by im się udało. By chociaż Johnowi się udało. Odda nawet własne życie.

- Nie mogę się już doczekać posiadania własnego rancza – wyznał John. Wciąż trzymali się za ręce, tak obaj czuli się spokojniejsi.  

- Jeszcze nawet nie mamy na nie pieniędzy, wstrzymaj się fantazjami – zauważył, ale rozumiał o czym mówił John. Nigdy nie widział się jako ranczera, choć imał się trochę tego zawodu za młodu. Sporo już pozapominał, wtedy nawet go ta praca nie bawiła, ale teraz brzmiała wspaniale. Miła odmiana po tym szalonym życiu jakie przeżył jako bandyta.

- Nie mogę – wyznał podekscytowany. – Nigdy nie sądziłem, że kiedyś się wyrwę z tego gangu.

- Ja także – przyznał i zerknął na zegarek, ten sam, który John podarował mu już jakiś czas temu. Siedzieli tu już dobrą godzinę, zbliżała się siódma. Powinien już ruszać, ale nie chciał zostawiać Johna. – Hej, chcesz się ze mną przejechać?

John popatrzył na niego zdziwiony.

- Nie będzie to zbyt podejrzane? – zmartwił się. – Co jak Dutch uzna, że uciekliśmy?

- Zostawiamy nasze graty. I Abigail z Jackiem – uspokoił go i wstał, otrzepując spodnie z kory i zakładając kapelusz. – Nic nie będzie podejrzewał.

- Okej – zgodził się i dołączył do niego. Ruszyli z powrotem w stronę obozu. – Nie musisz mnie namawiać. Dokąd jedziemy?

- Do stajni na południe od Rancza Emerald.

- Tak daleko? Przy dobrych wiatrach wrócimy dopiero pojutrze o świcie.  

- W sam raz na napad – zauważył. Wszystko miał obliczone, planował ten wyjazd już od kilku dni.

- Po co w ogóle chcesz tam jechać?

- Mam złe przeczucia.

- Nie zaczynaj znowu – poprosił zmęczony.

- Nie chcę by Snowstorm stała się krzywda – wyjaśnił, uśmiechając się na widok swojej ukochanej klaczy. Nie zdążył jej rozsiodłać po tym jak wrócił do obozu, była gotowa do drogi. – Zostawię ją z innymi moimi końmi.

- Czemu nie zostawiłeś ich gdzieś bliżej? – John poszedł szybko do swojego namiotu po siodło.

Arthur zaczekał na niego nim odpowiedział:

- Jeśli ten napad się uda, okolice Annesburg i van Horn zaroją się od Pinkertonów, wojska i łowców głów. Jak sobie wyobrażasz wyprowadzanie trzech koni w takich warunkach?

- Prawda – zgodził się i szybko osiodłał Old Boya. Micah i jego koledzy obserwowali ich ze swojego miejsca przy stole gdzie grali w karty, ale nic nie powiedzieli ani nie zwrócili uwagi Dutcha. Jeden rzut oka na wszystko co zostawiali i tak jak Arthur się spodziewał, nic nie zaczęli podejrzewać. – Dobra, jedźmy.

Arthur dosiadł konia i razem z Johnem wyruszył na południe. Robiło się już ciemno, ale póki co jeszcze widzieli szlak, więc zwlekali z wyciągnięciem lamp. Nie chcieli ryzykować, byli poszukiwani przez każdego stróża prawa i każdego łowcę głów w okolicy. Światło tylko ściągnęłoby na nich uwagę, której chcieli za wszelką cenę uniknąć nim znajdą się dalej od Annesburg, gdzie raczej nikt ich aż tak bardzo nie szukał.

Z tego powodu na pewno nie rozbiją obozowiska na noc, będą jechać aż do rana, gdy będą mogli sobie pozwolić na spanie bez ognia. To oznaczało też zimne jedzenie z puszki, ale woleli to niż zostać zaatakowanymi w każdej chwili.

- Pamiętasz plan? – zapytał Johna, gdy oddalili się już spory kawałek od obozu. – Przekazałeś go Abigail?

- I Sadie oraz Tilly – dodał. Nie powiedzieli Susan. Po tym jak zabiła Molly za zdradę, Arthur wolał nie ryzykować. – Nie zdążyłem z Mary-Beth i Karen nim uciekły. Wiedzą co mają robić. Ucieczka pozostałych bardzo ułatwiła cały plan.

Nie zamierzali brać pozostałych ze sobą, aktualna grupa i tak będzie rzucała się w oczy, ale planowali im dać część pieniędzy i ostrzec, by też nie zostawały. Na szczęście obie kobiety były wystarczająco sprytne, by samym zauważyć, że najwyższy czas uciekać. Podobnie jak Pearson, Swanson i Wujek. Miał nadzieję, że są już gdzieś bezpieczni i że kiedyś się jeszcze spotkają.

- Dobra, powtórzmy wszystko, na wszelki wypadek.

- Naprawdę się martwisz – zauważył John. Trochę go to bawiło.

- Nie chcę ryzykować nawet najmniejszego błędu – wytłumaczył się.

Byli zbyt blisko wyrwania się z tego bagna, by zaprzepaścić taką szansę jakimś głupim błędem. To była prawdopodobnie ich jedyna szansa, jeśli po napadzie na pociąg nie uciekną, kto wie co zrobi Dutch. Jaki kolejny, genialny plan wymyśli, żeby uciec na Tahiti czy inną Guarmę. Obawiał się nawet tego, że może ich zastrzelić, gdy już mu pomogą w osiągnięciu celu. W końcu podejrzewał ich o zdradę, wiedział że mu nie ufają, ale póki mógł ich wykorzystać, nic im nie zrobi. Ale w końcu przestaną być przydatni, a wtedy kto wie do czego się posunie.

Dlatego tak bardzo ważne było, by Abigail i Tilly były już spakowane i gotowe do drogi, gdy oni wyruszą na napad. Każdy z nich musiał działać szybko, dać jak najmniej czasu Dutchowi na odwet, jeśli jakiś szykował, spodziewając się ich ucieczki.

- Okej – zgodził się John, poprawiając się w siodle. – Napadamy na pociąg, zabieramy tyle forsy ile możemy i uciekamy od razu, zwłaszcza jeśli stróże prawa się włączą i zaczną nas ostrzeliwać.

Zamierzali wykorzystać zamieszanie jako zasłonę dymną, łatwiej będzie się wtedy w tajemnicy oddalić. Jeśli jakimś cudem unikną pościgu po kradzieży, po prostu się dyskretnie odłączą od reszty, gdy będą wracać do obozu.

- Jeśli się rozdzielimy…

- Spotykamy się w Butcher Creek – odpowiedział bez zawahania. Dobrze, miał wszystko zapamiętane. – Czekamy tam dzień na siebie nawzajem, jeśli się nie pojawimy, to znaczy, że jeden z nas umarł.

Miał nadzieję, że do tego nie dojdzie i nie będą w ogóle musieli pojawiać się w Butcher Creek. Arthur nie był nawet pewny, czy to miejsce będzie bezpieczne, ale może dziwna atmosfera tego miejsca odstraszy stróżów prawa.

- Dziewczynom podałeś inne miejsce, prawda? – zapytał dla pewności.

- Copperhead Landing – potwierdził i westchnął. – Arthur, pamiętam to wszystko, nie musisz mnie przepytywać.

- Tylko sprawdzam – uspokoił go.

- Bo jestem za głupi, żeby zapamiętać prosty plan?

- Nie, bo się denerwuję – wyznał bez wstydu. – Jesteśmy tak blisko, John, nie mogę dopuścić, by coś się nie udało.

- Wszystko będzie w porządku – zapewnił go. Był zaskakująco opanowany, Arthur był wręcz pewien, że jeśli ktoś tu będzie się denerwował, to John, który marzył o tej ucieczce już od dawna. – Zobaczysz. Uciekniemy bez problemu i wszyscy spotkamy się w chacie tego twojego przyjaciela. A potem mamy już cały świat przed sobą. Widzisz? Pamiętam wszystko.

- Widzę – potwierdził z uśmiechem. – Dziękuję, że ze mną jedziesz. Gdybym jechał sam, pewnie bym się za bardzo denerwował.

- Nie ma za co. I tak chciałem się wyrwać z obozu. Ci koledzy Micah doprowadzają mnie do szału.

- Jak każdego – stwierdził. Nie podobali mu się ci dwaj. Nie dlatego, że coś było z nimi widocznie nie tak, po prostu byli po stronie Micah i to go martwiło. Jeśli podczas ucieczki coś niespodziewanego się wydarzy, tych dwóch może im przeszkodzić. – Dziwię się, że Micah w ogóle ma jakichś kolegów.

- Prawda? Może im zapłacił.

- To bardzo możliwe – zaśmiał się nim znowu spoważniał. – Musimy na nich uważać.

- Bez obaw, mam na nich oko – zapewnił John. – Nie zauważyłem, żeby coś knuli, ale jedno słowo Micah i mogą coś zrobić.

- Teraz raczej i tak nic nie zrobią, ale uważałbym na nich w czasie napadu – poradził mu Arthur.

- Myślisz, że byliby zdolni strzelić nam w plecy, gdyby nadarzyła się taka okazja?

- A ty nie? – zdziwił się. – Sam powiedziałeś, słuchają Micah, a ja jemu nie ufam, więc nie ufam tym bardziej jego koleżkom, których nawet nie znam.

- I takim sposobem znowu zamartwiasz się napadem – zażartował John.

- Daj mi spokój – poprosił. Wiedział, że za bardzo się martwi, ale nie potrafił inaczej.

- Trochę mi się to podoba – wyznał John. Arthur popatrzył na niego zmieszany. – To znaczy, że bardzo ci zależy, A jeśli ci zależy, to znaczy, że chcesz ze mną uciec.

- Wiesz to już od tygodni – przypomniał, czując że nieco się czerwieni. Całe szczęście miał aktualnie tak bujną brodę, że nie było widać rumieńców. – Sam mnie namawiałeś.

- Ano wiem – potwierdził zadowolony. – Ale lubię słuchać potwierdzenia, gdy wcześniej tak strasznie długo się wahałeś.

To prawda, wahał się. Po porwaniu przez Colma zaczęły go nachodzić coraz większe wątpliwości, a John jeszcze zasiał w nim wizję innego życia. Nie potrafił się jej pozbyć i już wtedy zapragnął ucieczki, a z każdym kolejnym dniem to pragnienie tylko rosło, głównie dzięki kolejnym niepowodzeniom gangu.

Już wtedy był gotowy, za bardzo po prostu się bał porzucić stare życie, gang który przez tyle lat dawał mu wszystko, ale chciał tego. Z Johnem chciałby uciec zawsze, nie miał co do tego wątpliwości. To nie brak chęci by go powstrzymał, ale wszystko inne.

Nie mogli tak po prostu zostawić reszty, a nie wiedział jak mieliby zabrać połowę gangu ze sobą, nie narażając się na wywołanie wojny z coraz bardziej niezrównoważonym Dutchem. Więc musieli czekać, każdego dnia ryzykując swoje życie.

Teraz tego żałował. Może gdyby już wtedy się odważył, Lenny i inni wciąż by żyli.

- Przepraszam – odparł, znów zawstydzony, tym razem z innego powodu. – Byłem zbyt wielkim tchórzem i za bardzo wierzyłem, że da się jeszcze wszystko naprawić.

- Wiem, nie musisz mi się tłumaczyć. Też się bałem zmiany, wciąż się boję – zapewnił go John. – Naciskałem na ciebie, ale prawda jest taka, że nie miałem żadnego planu. Byłem po prostu przerażony tym co się dzieje i zdesperowany. Gdybyśmy wtedy spróbowali, pewnie nawet by nam się nie udało. Wiele razy chciałem uciekać razem z tobą na ślepo, byle tylko być bezpiecznym. Ale wtedy przypominałem sobie o pozostałych, których byśmy porzucili i wiedziałem, że nie możemy tak po prostu uciec.  

- Chciałem uciec od dawna – wyznał i popatrzył na Johna, oczekując zaskoczenia, ale nic takiego nie znalazł na jego twarzy. – Nie jesteś zdziwiony.

- Wiedziałem o tym – przyznał z uśmiechem. – Po tym jak dochodziłeś do siebie po spotkaniu z Colmem, gdy wieczorami rozmawialiśmy o niczym w twoim namiocie, widziałam w twoich oczach, że chcesz tego co ja. Czekałem tylko aż się zdecydujesz zrobić ten krok, ale wiedziałem, że to nastąpi. Za bardzo mnie kochasz.

Arthur uśmiechnął się i pochylił głowę, naciągając kapelusz na oczy, by nie musieć patrzeć na szczerzącego się dumnie Johna.

Ściemniało się coraz bardziej. Póki było jeszcze jasno, wykorzystali to i jechali jak najszybciej mogli, by oddalić się od kryjówki gangu. Potem zrobiło się już za ciemno, by bezpiecznie prowadzić konie bez dodatkowego oświetlenia, więc oba wierzchowce zwolniły, a John i Arthur wyciągnęli bronie. Pumy lubiły polować w nocy w tej okolicy, a mieli od nich gorszy wzrok, by jakąś wypatrzeć, chcieli więc być gotowi.

Jechali praktycznie na pamięć, bo noc była pochmurna i księżyc nie dawał żadnego światła, o ile przez korony drzew w ogóle by się jakiekolwiek przedarło. Mocno polegali też na koniach, licząc na to, że Snowstorm i Old Boy będą wiedziały, żeby iść po wydeptanej drodze, a nie zawędrować pomiędzy drzewa.

W takich ciemnościach czuli się zaszczuci. Zwykle mieliby jakieś źródło światła do oświetlania drogi, ale ponieważ nie mogli go użyć, nie widzieli nawet jednego zwierzęcia z całej gromady, która dookoła nich wydawała najróżniejsze dźwięki. Co chwilę słyszeli szelest poszycia, tupanie, szczekanie kojotów czy pohukiwanie.

Gorsze od nocnej jazdy po lesie było już chyba tylko przedzieranie się tą porą przez bagna. Tam nawet lampa nie pomagała, by nie czuć zdenerwowania, było nawet jeszcze gorzej, bo ślepia aligatorów świeciły od niej w ciemnościach. No i był jeszcze ten cały Nocny Lud, który Arthur miał nieszczęście spotkać.

Do dzisiaj nie wiedział kim dokładnie są ci ludzie, o ile to w ogóle ludzie, ale przerażali go bardziej niż Pomioty Murphy’ego, na których teraz musieli uważać. Obaj mieli nadzieję, że ich nie spotkają, bo nie obeszłoby się bez strzelaniny, a naprawdę nie chcieli robić hałasu.

Jechali blisko siebie, na tyle na ile mogli, by cały czas wiedzieć gdzie są. Nie odzywali się, zbyt skupieni na wypatrywaniu w ciemności potencjalnych zagrożeń. Co jakiś czas coś im przebiegało przed oczami, prosto po drodze, ale wierzyli, że to tylko jeleń lub królik, a nie nic niebezpiecznego. Puma raczej by się tak z nimi nie droczyła tylko od razu rzuciła do gardła.

Gdyby szli pieszo, byłoby jeszcze gorzej. Ich konie lepiej widziały w ciemnościach, a już na pewno miały lepszy węch. Jeśli ktoś miał wyczuć zbliżające się zagrożenie, to ich wierzchowce, a nie oni sami, ledwo widzący wyciągniętą przed sobą dłoń. Nie mogli się już doczekać, kiedy wyjadą na otwarte tereny, gdzie drzewa nie będą potęgowały panującego mroku, ale do tego jeszcze daleka droga. O ile w ogóle jechali właściwie.

Konie prowadziły ich raczej dobrze, nie powpadali jeszcze na drzewa, ale nie wiedzieli kompletnie gdzie są. Nie podobało im się to ani trochę, ale nie mieli innego wyboru, jak zdać się na swoje wierne wierzchowce. Arthur wierzył, że skoro Snowstorm sama wróciła do obozu niosąc go nieprzytomnego, to i z lasu go wyprowadzi.

Im dłużej nic złego nic się nie działo, tym bardziej byli zdenerwowani. Las wciąż się nie przerzedzał, nie wiedzieli ile czasu już upłynęło, bo tarczy zegarka i tak by nie zobaczyli. Równie dobrze mogli kręcić się w kółko albo zmierzać w innym kierunku, ale żadna z tych rzeczy nie przeraziła ich tak, jak pojawienie się w oddali kilku pomarańczowych punktów.

Natychmiast zatrzymali konie, spoglądając na źródło światła, które poruszało się powoli i wyglądało na to, że zmierza w ich stronę.

- Coś za dużo tych świateł jak na zwykłych podróżnych. – wyszeptał John. Arthur naliczył osiem punktów. Może to był tylko dyliżans z obstawą, ale coś mu mówiło, że żaden dyliżans, nawet z taką ochroną, nie przejeżdżałby nocą w takiej okolicy.

- Pinkertoni albo łowcy głów – zgodził się z nim Arthur. Ktokolwiek by to nie był, zdecydowanie jechali w ich stronę. Na razie nie byli dla nich widoczni, ale jeśli się zbliżą, sierść Snowstorm odbije ich światło jak lustro, jeśli będzie zbyt blisko. – Musimy się ukryć.

- Gdzie? – John był zdenerwowany, co udzieliło się też jego wierzchowcowi. Old Boy zaczął przebierać niespokojnie nogami, robiąc przy tym trochę hałasu. John musiał go uspokoić, nim mówił dalej: - Nie możemy się cofnąć, jadą w naszą stronę, a wokoło tylko drzewa.

I tylko drzewa mogły ich póki co ocalić.

- Więc chodźmy pomiędzy nie – zdecydował Arthur i skierował Snowstorm w stronę pni. Prowadził ją tylko chwilę, potem oddał jej kontrolę i klacz sama omijała drzewa na swojej drodze.

Słyszał, że John podążył za nim, przeklinając co chwilę, gdy dostawał gałęziami po twarzy. Odjechali tylko kawałek od drogi nim zeskoczyli z koni.

- Co teraz? – zapytał John. Arthur nawet go nie widział, ale wiedział ze słuchu, że jest zaraz obok. – Co jak światło nas dosięgnie?

- Schowamy się za drzewami.

- A konie?

Arthur odwrócił się do Snowstorm, na ślepo wyszukując jej pyska, po którym ją pogłaskał.

- Idź, mała – powiedział jej, puszczając wodze. – Uciekaj, zaraz się zobaczymy.

Klacz prychnęła, buchając mu prosto w twarz gorącym powietrzem, nim odwróciła się i powoli oddaliła.

- Idź za nią – powiedział do Old Boya John i poklepał go po boku. – Idź, już.

Ogier też się oddalił i po chwili ani jego ani Snowstorm nie było już słychać. Mieli nadzieję, że nie zatrzymały się tylko uciekły po prostu tak daleko.

Bez łatwych do wypatrzenia koni, John i Arthur przylgnęli do drzew i obserwowali jak grupa jeźdźców zbliża się coraz bardziej, aż można było już rozpoznać kształty. Arthur nie pomylił się w liczeniu, ośmiu uzbrojonych strzelców przemieszczało się konno, rozglądając się przy tym uważnie. Światło ich lamp dotarło nawet do niego i Johna, ale schowani za drzewami byli bezpieczni.

Łowcy głów robili sporo hałasu jadąc taką grupą, ale mimo to Arthur i John starali się oddychać jak najciszej. Nie próbowali nawet wyglądać zza swoich osłon, w takim świetle byliby zbyt widoczni, od razu by ich zauważono. Pewnie poradziliby sobie w walce, łowcy byli w końcu dobrze oświetleni, ale zabicie ich przysporzyłoby tylko kłopotów.

Czekali więc aż cała banda pojedzie dalej, co w końcu nastąpiło. Coraz gorzej było słychać ich konie, a światło znikało w oddali. Odczekali aż będzie naprawdę daleko, nim cicho zagwizdali na swoje konie, które w kilkadziesiąt sekund były już przy nich, gotowe wyprowadzić ich wreszcie z tego lasu, co nastąpiło dopiero jakieś pół godziny później.

Na otwartej przestrzeni było już więcej widać, światło księżyca choć przytłumione przez chmury, dawało trochę światła. Znowu przyspieszyli i nie zwolnili aż do wczesnego ranka, kiedy zatrzymali się na mały postój, by dać odpocząć koniom i samym sobie.

- Wezmę pierwszą wartę – zaoferował od razu John, wyciągając karabin, który trzymał przy siodle. – Ty jesteś zmęczony po całym tym ataku na rafinerię. Sen jest ci bardziej potrzebny.

Nie zamierzał się nawet kłócić jak zawsze, bo naprawdę był zmęczony i prawie usypiał na siedząco w siodle.

- Obudź mnie za godzinę, to cię zmienię.

Wcisnął się pomiędzy skały, obok których się zatrzymali i usiadł wygodnie, zsuwając kapelusz na oczy. Osłonięty z trzech stron i pilnowany przez stojącego nieopodal Johna, poczuł się na tyle bezpiecznie, że zasnął momentalnie.

Spał zbyt krótko nawet jak na jego potrzeby, dlatego niechętnie otworzył oczy, gdy poczuł szturchnięcie w nogę.

- Arthur, wstawaj – popędził go stojący nad nim John.

- Wstaję, wstaję – uspokoił go, prostując kapelusz. – Daj mi karabin, teraz ty się zdrzemnij.

- Spałeś dwie godziny, musimy jechać – powiedział mu John i podszedł do konia, by schować broń.

Arthur popatrzył na niego zaskoczony. Podniósł się szybko z ziemi i podszedł do ukochanego, powstrzymując go przed wspięciem się na konia.

- Mówiłem ci, żebyś mnie obudził po godzinie – przypomniał mu zły. Nie chciał kraść Johnowi cennego czasu przeznaczonego na spanie, też potrzebował wypoczynku.

- Ja przespałem ostatnią noc – wyjaśnił mu, odwracając się w jego stronę. – Zanim się zdrzemnąłeś na te dwie godziny, ostatni raz spałeś dobre trzydzieści godzin temu. Nie potrzebuję tego snu tak bardzo jak ty.

- Co nie znaczy, że nie potrzebujesz go wcale – zauważył. John miał rację, ale i tak czuł się winny, że on spał podczas gdy ukochany musiał się męczyć.

- Jak wrócimy do obozu, to wtedy obaj się prześpimy – obiecał mu, już łagodniejszym głosem niż przed chwilą. – Tylko kilka godzin, ale to zawsze coś. Potem nadrobimy to w czasie ucieczki.

- Obawiam się, że przez najbliższych kilka tygodni mało będziemy mieli okazji na sen – westchnął wsiadając na konia. Snowstorm zaprotestowała głośno. Nie tylko oni narzekali na brak odpoczynku, ich wierzchowce także.

Bycie poszukiwanym za zrabowanie wojskowego żołdu i wiele innych przestępstw, to nie będzie nic łatwego. Przez lata byli ścigani wielokrotnie, ostatnio nawet częściej niż kiedykolwiek. Byli przyzwyczajeni do uciekania, oglądania się za plecy i do nieprzespanych nocy spędzonych na warcie, ale to będzie coś zupełnie innego. Nie będzie ich kilkudziesięciu do ochrony całej karawany, tylko mała grupka, z czego połowa, choć nie kompletnie bezbronna, nie zastąpi dziesięciu wytrenowanych strzelców z refleksem tak szybkim, że atakujący grzechotnik byłby zazdrosny.

- Mamy przecież wóz – przypomniał John, ruszając za Arthurem i zrównując się z nim. – Sadie może trzymać wartę, gdy my w końcu odpoczniemy bez zatrzymywania się na postój.  

Spanie w podróży nie było dla niego niczym nowym, ale teraz wydawało się wręcz niemożliwe. Nawet gdyby ich gang był w komplecie, przy takim skoku jakiego zamierzali dokonać, bałby się spać nawet otoczony przez najlepszych z najlepszych. Już teraz ledwo spał, nawet będąc w obozie. Było po prostu zbyt wiele stresu w ich życiu, by mógł normalnie wypocząć jak kiedyś. Często się budził w nocy, a nawet jeśli nie, to i tak był zmęczony, ciągle wyczerpany.

Gdy do stanu ściągnie jeszcze więcej łowców głów i Pinkertonów, już w ogóle nie będzie w stanie spać.

- Nie wiem czy zasnę w takich warunkach – zwierzył się ze swoich obaw Arthur. – Będziemy ścigani gorzej niż w Blackwater.

- Poradzimy sobie. – John uśmiechnął się do łagodnie, co trochę pomogło ukoić mu nerwy. – Zobaczysz, padniesz jak kłoda, gdy tylko będziesz miał okazję.

- Nie. – Był co do tego pewny. – Nawet gdy już będziemy bezpieczni, to jeszcze przez jakiś czas będę przewrażliwiony. Nigdzie nie jesteśmy bezpieczni, wszędzie nas ścigają, a z tymi kumplami Micah boję się spać nawet w obozie.

- Ta, ja też – przyznał. – Pół nocy spędzam na niespokojnym śnie, a drugie pół na pilnowaniu ciebie, Abigail i Jacka.

Arthur zaśmiał się nagle.

- Jak myślisz, jak często przez ostatnie kilka dni obaj byliśmy obudzeni i pilnowaliśmy siebie nawzajem?

- Założę się, że każdej nocy – odparł rozbawiony i po chwili westchnął. – Chciałbym się wreszcie porządnie wyspać jak kiedyś.

- Mówię ci, jeszcze przez dobry miesiąc jak nie więcej nie przypomnisz sobie co to porządny sen.

- Jak położysz się na porządnym łóżku, to na pewno zaśniesz – upierał się. – A ja razem z tobą.

Może tego im było potrzeba. Wspólnego spania, jak ostatnio w Shady Belle. To był ostatni raz, kiedy dobrze się wyspali i obudzili wypoczęci, a wcale nie byli mniej zestresowani niż teraz. Nawet najwygodniejsze łóżko w najlepszym hotelu nie pomoże mu teraz wypocząć, ale leżenie z Johnem, choćby i na twardej ziemi – kto wie? Oddałby całe swoje pieniądze za możliwość, by to sprawdzić.

- Zobaczymy – odparł i pospieszył konia. Musieli wykorzystać to, że w dzień łatwiej jest podróżować. – Brakuje mi spania z tobą.

Nawet zwykłe leżenie obok siebie, ramię przy ramieniu byłoby teraz jak zbawienie. Chciał zasnąć ze świadomością, że John jest na wyciągnięcie ręki i obudzić się zaraz obok niego. Nie chciał jednak jeszcze bardziej ogłaszać reszcie gangu, że są ze sobą w zmowie. Każdy już się pewnie domyślał, ale nie było potrzeby, by dawać im dodatkowe dowody.

Poza tym, o ile w najbliższym czasie nie będzie pustynnych temperatur, nie sądził, że uniknąłby mimowolnego przysunięcia się we śnie do Johna, objęcia go. To był już instynkt, którego obaj nie mogli zwalczyć jeśli nie było potwornie gorąco, a gdyby pokazali się reszcie w takiej sytuacji, mogliby od razu dać Micah pistolet do ręki i kazać mu ich zastrzelić. Nikt nie uwierzyłby, że nie ma pomiędzy nimi nic dziwnego, nawet jeśli męska przyjaźń nie znała granic i pozwalała na naprawdę wiele.

Zapowiadał się ponury dzień. Niebo nad New Hanover zaszło szarymi chmurami i zerwał się mocny wiatr. Nie padało, ale zrobiło się chłodno jak na tę porę roku. Na tyle chłodno, że kusiło, by nałożyć na siebie płaszcz, ale nie chcieli się niepotrzebnie zatrzymywać. Im szybciej załatwią sprawę, tym szybciej wrócą do obozu i więcej wypoczną przed napadem.

Okradanie pociągu, nawet pasażerskiego, a co dopiero strzeżonego przez wojskowych, to zawsze ciężka sprawa. Musieli nazbierać jak najwięcej sił, jeśli po całym tym wysiłku mieli jeszcze uciekać. Nawet jeśli nie spali ostatnio dobrze, to godzina lub dwie snu zawsze będzie lepsza niż żadna. Potem – miał nadzieję, że John się co do tego nie mylił – odeśpią te wszystkie nieprzespane noce. Z tydzień będą dochodzić do siebie.

Galopowali na koniach z dala od głównej drogi, nie chcąc zbliżać się do Rancza Emerald czy zwykłych podróżnych. Zbyt duże ryzyko, że któryś z mijanych mężczyzn może się okazać łowcą głów, który natychmiast rozpozna ich twarze, zwłaszcza Johna z jego charakterystycznymi bliznami. Nawet zaleczone i blade wciąż były widoczne. Zostaną z nim już na zawsze, ale dodawały mu charakteru i groźnego wyglądu. Arthur nigdy nie powiedział tego głośno, ale podobały mu się.

Ich wierzchowce ledwo wytrzymywały narzucane im tempo. Snowstorm była wytrzymała, ale nawet ona miała swoje granice, a przez ostatnich kilka dni woziła go wszędzie na duże odległości, do rezerwatu Indian i z powrotem, a także na zwykłe wyprawy, by oczyścić umysł ze wszystkich trosk i spędzić trochę czasu na łonie natury. Była zmęczona do takiego stopnia, że spodziewał się zrzucenia z grzbietu w każdej chwili.

- Jeszcze trochę, maleńka – wyszeptał do niej czule, klepiąc ją po karku. Gdy spojrzał w bok, zauważył że John także uspokaja Old Boya, który wyglądał jakby miał lada chwila zacząć sapać z wywieszonym jęzorem.

Dobrze, że byli już blisko i oba konie odpoczną jak nigdy.

Dzięki narzuconemu przez nich tempu, dojechali na miejsce szybciej niż się spodziewali, jeszcze przed południem i na szczęście bez żadnych niespodzianek. Konie już jakiś czas temu przeszły z galopu na kłus, nawet nie próbowali ich dalej popędzać, obaj wiedzieli, że to nic nie da, że więcej już z tych zwierząt nie wycisną, a jeśli spróbują, to wylądują na tyłkach szybciej, niż zdążą w ogóle krzyknąć. Nie byli zresztą tacy okrutni. Ich konie same wiedziały, kiedy mają dość.

Zajechali pod stajnie, gdzie na beli siana przy drzwiach siedział wysoki, wąsaty mężczyzna – właściciel. Po całym terenie kręciło się jeszcze kilku pomocników, ale to właśnie właściciel wyszedł im na spotkanie, gdy podjechali bliżej.

- Oh, panie Morgan, szmat czasu minął od pana ostatniej wizyty – przywitał się z nimi mężczyzna.

- Byłem trochę zajęty – odparł, razem z Johnem szybko schodząc z biednych koni, gdy tylko się zatrzymały. Podziękował jeszcze Snowstorm za bycie dzielną dziewczynką, nim wskazał ręką na ukochanego. – John Marston, mój przyjaciel.

- Czołem – przywitał się John i skinął kapeluszem.

- Witam – odpowiedział właściciel. Arthur nigdy nawet nie poznał jego imienia i teraz też go niespecjalnie interesowało. Przyjeżdżał tu tylko dlatego, bo nie chciał zostawiać swoich koni w miejskich stajniach, na wypadek sytuacji takich, jaka wynikła niegdyś w Valentine, a teraz i w Saint Denis.  – W czym mogę pomóc, panowie?

- Chcemy przechować konie – wyjaśnił mu Arthur, od razu prowadząc Snowstorm do stajni. Biedna klacz cała była rozgrzana po takim wyczerpującym biegu.  

- Kolejne? – zaśmiał się właściciel. – Ma pan tu już dwa.

- I wszystkie bardzo kocham – zapewnił z uśmiechem.

- Aż za bardzo – rzucił złośliwie John prowadzący swojego konia zaraz obok.

- Przymknij się, złapałem je i wytrenowałem, są jak moje dzieci – usprawiedliwiał się. John przewrócił oczami.  

- Rozumiem pana bardzo dobrze, panie Morgan. – Chociaż jedna osoba była po jego stronie. – Zabiera pan któregoś?

- Nie, chcielibyśmy kupić dwa konie.

Zatrzymali się przed otwartymi drzwiami do stajni, z której wyszedł młody chłopak. Musiał być nowy, Arthur go nie poznawał, ani dzieciak jego. Zląkł się trochę na widok ich i ich uzbrojenia, i pomimo tego, że prowadzili przyjazną konwersację z jego szefem, był wobec nich nieufny.  

- Żaden problem. Zaopiekujmy się najpierw tymi wierzchowcami. – Właściciel odwrócił się do chłopaka. – Josiah, zajmij się końmi obu panów.

- Tak, szefie – przytaknął i odebrał wodze od nich obu, prowadząc wierzchowca do boksów.  

Właściciel upewnił się jeszcze, czy jego pracownik dobrze wykonuje swoje zadanie, po czym odwrócił się w ich stronę i klasnął w dłonie.

- To co panów interesuje? – zapytał podekscytowany. – Ostatnio kupiłem wspaniałego ogiera pełnej krwi angielskiej. Może któryś z panów się skusi.

- Wolimy coś mniej wymagającego – wyjaśnił mu John, podchodząc już do padoku, gdzie przechadzały się akurat tańsze rasy, ale niemniej piękne od tych droższych. – Wyruszamy na niebezpieczne polowanie w góry.

Żeby tylko. Polowanie na niedźwiedzia byłoby bezpieczniejsze niż to co zamierzali zrobić. Przynajmniej mieliby pewność, że bestia nie zabije ich lub ich koni z dystansu. 

- No to tym bardziej przyda się odważny koń – zachęcał dalej, chcąc ich nakierować do stajni, gdzie trzymał droższe konie.

- Przywiążę się do każdego tak czy inaczej, więc jeśli go stracę, to niech chociaż wydane pieniądze mnie nie bolą – stwierdził Arthur. Żal mu było zabijania nawet cudzych koni. Utrata własnego, nawet takiego, którego będzie miał kilka dni, może będzie mniej bolesna niż byłaby utrata Snowstorm czy innych koni które posiadał, ale i tak będzie bolała. Tego się nie dało uniknąć.

- Jak pan sobie życzy – odpuścił właściciel i ruszył wraz z nim do wybiegu. John już opierał się o płot i oglądał konie. – Zapraszam na padok, mamy tam tańsze okazy. Coś wpadło panom w oko?

Nie przyglądał się koniom zbyt długo, bo to w niczym by nie pomogło. Potrzebował po prostu zastępczego konia, nie szukał kompana na długie podróże. Wygląd wierzchowca i tak nigdy nie miał dla niego wielkiego znaczenia. Koń to koń – kochał każdego.

- Wezmę tego – powiedział i wskazał na karego konia pasącego się na samym końcu padoku. Wyglądał na silnego, nie miał pojęcia jak z odwagą, ale może nie zrzuci go, gdy żołnierze zaczną strzelać.

- Tennessee Walker, świetny wybór – pochwalił mężczyzna. – Przyniosę papiery i każę komuś go przyprowadzić.

Właściciel odszedł, a Arthur oparł się o płot obok Johna, który intensywnie oglądał wszystkie konie.

- John? Wybrałeś któregoś? – zapytał. Nie mieli za bardzo czasu, by długo tu zostawać. Nadrobili trochę czas poganiając swoje wierzchowce jak wariaci, nie chciał tego teraz zaprzepaścić. Naprawdę chciał mieć więcej czasu na wypoczynek przed ostatni skokiem.

- Dziwnie będzie nie jechać na Old Boyu – stwierdził nerwowy. – Zawsze mogłem na nim polegać.

- Możesz go zatrzymać, żaden problem.

Może te jego przeczucia, to tylko głupie nerwy, nic więcej i niepotrzebnie pozbywali się zaufanych koni zahartowanych w walce i które nie spłoszą się od strzałów. To niespokojne uczucie nie dawało mu jednak spokoju.

- Nie, ufam twoim przeczuciom. Jeśli coś mu się stanie… - John pokręcił głową. Naprawdę kochał tego konia. – Tylko czy te nowe konie zdążą do nas przywyknąć i będą się nas słuchać?

- To mądre zwierzęta, na pewno nie zawiodą – zapewnił i poklepał go po plecach.

John znów zaczął oglądać konie, poświęcając temu wyborowi więcej czasu, niż Arthur się po nim tego spodziewał, zważywszy na to, że Old Boya wybrał przed laty w pięć sekund, podobnie jak swojego pierwszego w życiu konia. Nigdy nie przywiązywał wagi do samego wyboru, za to bardzo się przywiązywał do swoich wierzchowców.  

- Wezmę tego – zdecydował w końcu, wskazując na kasztanowatego ogiera, który właśnie próbował odstraszyć królika kicającego obok ogrodzenia. – Wygląda na odważnego.

Raczej na głupiego, pomyślał Arthur i uśmiechnął się wrednie do ukochanego.

- Morgan? – zapytał i parsknął, gdy rozpoznał rasę. – Nigdy nie masz dość ujeżdżania jednego, co?

John zaczerwienił się tak szybko i tak intensywnie, że Arthur przestraszył się, że biedak mu zaraz zemdleje od nadmiaru ciepła, które uderzyło mu do głowy. 

- Zamknij się – warknął i szybko się ulotnił. Arthur poszedł za nim.

- Coś taki czerwony, Marston? – dokuczał dalej.

- Od słońca – odparł od razu, nawet nie odwracając się w jego stronę. Zamiast tego cały czas uciekał.

Arthur popatrzył na zachmurzone od rana niebo.

- Jasne – powiedział z sarkazmem, odpuszczając w końcu ukochanemu, który schował się do stajni.

Dobrze było tak się trochę podroczyć, jakby widmo stryczka wcale nie wisiało im nad głową.

Właściciel był w środku razem z Josiah, który z trudem odkładał siodła zdjęte ze Snowstorm i Old Boya. Inny pomocnik wprowadzał konia wybranego przez Arthura.

- Oto papiery – powiedział właściciel, przekazując dokumenty. Arthur nawet do nich nie zajrzał tylko wrzucił je do torby, zbyt skupiony na swoim nowym koniu, który został mu właśnie podprowadzony. – To dobry koń. Pracował do tej pory jako wierzchowiec kowboja. Nie wiem na co panowie będziecie polować, ale wilków na pewno się nie boi.

- Dobrze wiedzieć. – Arthur odebrał wodze od pomocnika i wyprowadził ogiera poza stajnię, by się z nim lepiej zapoznać. – Cześć, maleńki. Gotowy na przygodę życia?

Koń obwąchał go dokładnie, szczególnie dużo uwagi poświęcając jego torbie, gdzie trzymał parę kostek cukru. Wyciągnął jedną i podał swojemu nowemu wierzchowcowi.

- Dobry, chłopiec – pochwalił z uśmiechem. Niedobrze, już zaczynał się przywiązywać. Konie zawsze były jego największą słabością. Po tym jak skończył na ulicy jako sierota, zdarzało mu się zakradać do stajni i tam nocować razem z końmi. Kojarzyły mu się ze spokojem i bezpieczeństwem. Był taki czas, kiedy marzył o własnej stajni. Teraz mógłby być nawet blisko spełnienia tego marzenia, jeśli tylko ich plan się uda.

- Zakochałeś się już? – zapytał go John, wyprowadzając własnego konia. Ogier gdy tylko się zatrzymał, zaczął ryć ziemię kopytem.

- Bardzo śmieszne – odparł i popatrzył na nowego wierzchowca ukochanego. – Jak twój koń? Dalej chce ganiać króliki?

- Zgadnij co? – zapytał i uśmiechnął się złośliwie. – Nazwałem go Arthur. Bo jest wredny jak sukinsyn i ał! – John odsunął się szybko, gdy ogier złapał go zębami za mały palec. – Ciągle mnie gryzie. To potwór, nie koń.

- Albo mu się po prostu nie podobasz – zauważył rozbawiony, oglądając jak John usiłuje uniknąć kolejnego ugryzienia. – Ty albo twój zapach. Raczej zapach. Cuchniesz jak zwykle.

- Odezwał się ten, co pachnie różami – odgryzł się i spojrzał z niechęcią na swojego konia. Chyba już żałował tego wyboru, ale pewnie był zbyt dumny, by go zmienić. Ogier tymczasem bawił się wspaniale i zamienił gryzienia na popychanie głową. – Konie zazwyczaj bardziej mnie lubią. Poza tym to jest morgan. Morgany mnie uwielbiają.

- Jak widać tylko jeden Morgan był na tyle głupi, by cię pokochać  – zażartował, ale z czułością, by John tego źle nie odebrał. Nie stało się tak, ukochany uśmiechnął się do niego i nawet kolejne popchnięcie przez konia nie zepsuło mu humoru. – Dasz sobie radę, John. Masz już wprawę.

- Więcej niż bym chciał – stwierdził i pomimo niemiłego pierwszego spotkania, poklepał nowego konia po karku. – Ujarzmiłem jednego Morgana, to ujarzmię i kolejnego.

Arthur naciągnął bardziej kapelusz na głowę, gdy John puścił mu oczko.

- Jesteś niemożliwy – stwierdził i ukrywając swój głupi uśmiech, ruszył z powrotem do stajni.

- Sam zacząłeś – zauważył z dumą w głosie, podążając za nim.

- Mam nadzieję, że konie będą się dobrze spisywać – powiedział im właściciel, który załatwiał ostatnie szczegóły do papierów Johna, które następnie mu podał.

- My też – odparł Arthur i popatrzył w głąb stajni, gdzie z jednego z boksów wystawał znajomy, szary łeb bardzo podekscytowanego konia.

- Osiodłać?

- Jasne – zezwolił i ruszył do przodu, aż stanął przed pyskiem swojego mustanga. – Hej, Valkyrie. Dawnośmy się nie widzieli, co?

Klacz zarżała radośnie i wypchnęła łeb w jego stronę, prosząc o pieszczoty. Zaśmiał się i pogłaskał ją po pysku, nim przysunął się bliżej. Valkyrie obwąchała go porządnie i przy tym obśliniła, strącając mu kapelusz z głowy.

- Okej, wystarczy – powiedział jej, gdy skubnęła go za włosy. – Też się cieszę, że cię widzę, ale nie wybieramy się na przejażdżkę.

Valkyrie poruszała się niespokojnie w boksie, wyraźnie chcąc z niego wyjść. Przed odjazdem powie właścicielowi, by ją wypuścił na padok. To mustang, musi się porządnie wybiegać.

Dał jej jeszcze przysmak i podniósł swój kapelusz, nim poszedł do następnego konia – Buella, bardzo upartego holenderskiego gorącokrwistego, który nawet niespecjalnie zwrócił na niego uwagę. Nie zdziwiło go to ani trochę, ale też nie powstrzymało przed poklepaniem tej upartej bestii.

- Pewnie tęsknisz za swoim panem – powiedział ogierowi, wspominając Hamisha i ich wspólne polowania. Żałował, że tak krótko się znali. – Niedługo znowu zobaczysz znajomą okolicę.

Tak jak Valkyrie, tak i jemu też dał coś do zjedzenia, nim przeszedł do Snowstorm.

Klacz posilała się, ale uniosła głowę, gdy zaklikał na nią językiem.

- Wrócę po ciebie – obiecał jej, patrząc jej w oczy. Słuchała go uważnie, przebierając niespokojnie nogami. – Wrócę po każde z was, to nie jest pożegnanie, rozumiesz?

Snowstorm parsknęła i trąciła go pyskiem w twarz, wywołując u niego śmiech. Wątpił, że rozumiała jego słowa, ale na pewno czuła co chce jej przekazać. Popatrzyła na niego jeszcze raz i powróciła do jedzenia.

Źle się czuł zostawiając ją, jakby ją zdradzał. Odkąd tylko ją znalazł, zawsze wszędzie z nim jeździła, nawet gdy trenował z pozostałymi wierzchowcami. To one zawsze ostatecznie zostawiał w stajni, nigdy ją. Nie miał pojęcia kiedy ją znowu zobaczy. Nie licząc pobytu na Guarmie, pierwszy raz rozstawali się na tak długo i było mu z tym nieswojo, ale miał nadzieję, że niedługo znowu będzie mógł jej dosiąść. 

Pogłaskał ją jeszcze po raz ostatni i odwrócił się w stronę wyjścia. John stał przy drzwiach i opierając się o ścianę przyglądał mu się z uśmiechem. Wziąłby go za prześmiewczy, ale za dobrze znał ukochanego i wiedział, że John jest rozczulony tym małym pokazem, który miał okazję oglądać. Ile by się nie naśmiewał z jego miłości do koni, podobała mu się ta strona Arthura, bez względu na żarty.

- Nie będziesz płakał? – zapytał go John. O wilku mowa.

Arthur prychnął i uderzył rozbawionego ukochanego w ramię.

- Możemy ruszać w drogę powrotną – powiedział mu. Powinni ruszać. Ich nowe konie już czekały osiodłane i gotowe do drogi.   

- Jeszcze chwilę – poprosił i podszedł do boksu Old Boya. Arthur przystanął w miejscu i tak jak wcześniej John, obserwował moment pożegnania. – Bądź grzeczny, dobra? I trzymaj formę, będziesz mi potrzebny.

To nie były czułe słowa, ale ton głosu wszystko nadrabiał i przekazywał to, czego nie były w stanie zrobić słowa – będzie tęsknił. John popatrzył ogierowi w oczy i po chwili oparł czoło o jego pysk, szepcząc mu coś jeszcze i z desperacją zaciskają palce na jego grzywie, jakby widział go teraz ostatni raz. Arthur zrobiło się ciepło na sercu i uśmiechnął się, nie mogąc przestać patrzeć. Nic dziwnego, że John też się wcześniej przyglądał.

Jakby mieli już mało powodów do przeżycia tej całej farsy, która rozegra się jutro, teraz mieli jeszcze jeden. Muszą wrócić do swoich ukochanych koni i im też zapewnić na starość spokojne i bezpieczne życie.

Old Boy wyciągnął jeszcze szyję w kierunku Johna, gdy ten odchodził, zwlekając z zabraniem dłoni z jego pyska. Szybko się znowu uspokoił, ale ewidentnie wyczuwał, że jest zostawiany na dłużej.

- Nie będziesz płakał? – zapytał go o to samo Arthur, co ukochany jego.

John szturchnął go łokciem i obaj wyszli przed stajnię, gdzie czekał na nich zadowolony ze sprzedaży właściciel.

- Może chcą panowie jeszcze kupić trochę zapasów? – zaproponował im, wyraźnie licząc na jeszcze jakiś interes. Arthur znał tego człowieka już od wielu tygodni, ale wcale go nie dziwiło, że ich relacja w dalszym ciągu była czysto biznesowa.

- Nie trzeba, mamy wszystko – odpowiedział mu Arthur i wyciągnął pieniądze z torby.

Zapłacił za nowego konia i za miejsce w stajni dla Snowstorm. Niestety musiał też opłacić dalszy pobyt reszty koni. Zostało mu nieco ponad sto dolarów. Gdyby nie wcześniej uzbierane przez Johna pieniądze i potencjalny łup z napadu, uciekaliby praktycznie spłukani. Sto dolarów – dwieście przy dobrych wiatrach – to niewiele, by wykarmić sześć osób przez dłuży czas. Miałby więcej, gdyby nie przekazał części pani Downes i dwóm dłużnikom Straussa.

Nie żałował. I tak mieli z Johnem i resztą większe szanse na przeżycie bez pieniędzy niż tamci ludzie.

Gdy John też już zapłacił i obaj ubrali się cieplej, wsiedli czym prędzej na konie i ruszyli w drogę powrotną do Beaver Hollow. Od razu narzucili szybkie tempo, nie chcąc marnować cennego czasu. Krajobrazy przemijały tak szybko, że nie można się było nimi nacieszyć. Gdy jeszcze mieszkali w Horseshoe i wybierał się tu po raz pierwszy, rozległe tereny przypomniały mu zachód, który musieli chwilowo porzucić. Ilekroć wracał na Ranczo Emerald albo w stronę Valentine, zachwycał się mijanymi widokami, celowo zwalniając, by dłużej się nimi nacieszyć.

Teraz rozglądał się tylko po to, by wypatrywać zagrożeń. Nigdzie już nie byli bezpieczni, ani w Lemoyne, ani w New Hanover. Nie licząc Blackwater, może tylko w okolicach Zachodniego Elizabeth ich nie szukali, ale nie było powiedziane, że nie zaczną po ostatnim napadzie. Jeszcze nigdy nie czuł się tak zaszczuty jak teraz. Złota era bandytów w Ameryce przeminęła, naprawdę nie było już miejsca dla takich ludzie jak oni.

- Zapomniałem spytać – odezwał się niespodziewanie John. Od wyjazdu ze stajni nie zamienili ani słowa. – Gdzie jest Charles? Nie wrócił z Dutchem, a Sadie powiedziała, że pojechał z tobą do rezerwatu Indian.

- I tam został – odparł, odrobinę zawiedziony tym, że Charles ich zostawił. Liczył, że do nich dołączy, nawet z nim o tym rozmawiał, ale nie winił go, że chce pomóc swojemu ludowi. – Pomaga plemieniu się przenieść.

- Dobrze, że ominie go ten cały burdel – wyznał i popatrzył na Arthura. – Choć dodatkowy strzelec by nam się przydał.

- Gdy mu powiedziałem o planie ucieczki, ulżyło mu, że nie zostajemy – opowiedział ukochanemu. – Chętnie by się z nami zabrał, ale tam go bardziej potrzebują. Życzył nam powodzenia i obiecał, że nas odnajdzie, gdy wszystko trochę ucichnie.

- Oby.

Też miał taką nadzieję. Gdy Charles dołączył do gangu, nie spodziewał się, że zostaną takimi bliskimi przyjaciółmi. Szybko znaleźli wspólną nić porozumienia, nie musieli dużo ze sobą rozmawiać, by się rozumieć i polubić. Szanował Charlesa, za jego umiejętności i za to jakim jest człowiekiem.

Ich konie były zdecydowanie szybkie, ale nieprzyzwyczajone do przebywania długich dystansów. Po godzinie musieli zwolnić tempo, którego już nie zwiększyli. Zaoszczędzili już dość czasu, nie ma sensu bardziej męczyć koni.

Pod wieczór dojechali znów na skraj lasu. Najbezpieczniej byłoby przenocować i nie podróżować nocą, ale byli już tak blisko, że chcieli jak najszybciej wrócić do obozu. Zdecydowali się tylko na krótki postój nad brzegiem rzeki Kamassa, by konie zregenerowały siły. Znaleźli miejsce z dala od drogi i usiedli na dwóch głazach, obaj z puszką fasoli w dłoni. Nie jedli od wczoraj, Arthur nie zjadł nawet wiele, tylko kawałek solonej wołowiny, gdy wracał do obozu. Nie jadłby i tego, nie miał ochoty na jedzenie, ale głodówka w obecnej sytuacji byłaby głupim pomysłem, więc trochę się zmuszał.

- Nienawidzę zimnej fasoli – poskarżył się Johnowi, z niechęcią nabierając kolejną porcję na łyżkę, nim włożył ją do ust. Smakowała obrzydliwie.

- Jeśli życie ci niemiłe, to możesz rozpalić ogień – zaproponował John, też krzywiąc się z powodu smaku. – Jak wrócimy do obozu, to zjemy coś porządnego.

- Powodzenia, bez Pearsona będzie ciężko – przypomniał mu, na siłę napychając się konserwą.

- Przynajmniej będę mógł tam odgrzać fasolę – zauważył i spojrzał w częściowo zasłonięte przez drzewa niebo. Słońce wyszło w końcu około pierwszej po południu i świeciło aż do tej pory, powoli zachodząc za horyzont. – Może będziemy mieli szczęście i o drugiej będziemy już na miejscu.

- Bardziej trzecia, może nawet czwarta – poprawił go z pełnymi ustami. – Dutch chce wyruszyć w południe do Saint Denis.

Zostawiało im to naprawdę mało czasu na sen. Oby nie odbiło się to na nich w czasie napadu.

- Co to w ogóle za głupi pomysł? – zapytał go John. – Wszyscy policjanci tam znają nasze gęby, od razu nas rozpoznają.

- Mnie nie pytaj, nie ja wymyślałem ten plan.

Też mu się nie podobał. Wracanie do Saint Denis było wystarczająco ryzykowne w pojedynkę, gdy udawał się tam spotkać z Sadie omawiać plan odbicia Johna. Teraz zamierzali tam wjechać całą grupą. Dutch chyba do końca stracił cały zdrowy rozsądek. Tak jakby nie mogli załatwić tego jak zawsze w przypadku pociągu, zmusić go do zatrzymania się w dziczy. Ukradłby nawet drugi wóz z ropą jeśli byłoby trzeba, teraz byłoby to nawet dziecinnie proste po tej masakrze w rafinerii.

- Będzie dobrze, jak nie zastrzelą nas już po wjeździe do miasta. – John prychnął i pokręcił głową. – Dureń z Dutcha. A z nas jeszcze więksi, bo bierzemy w tym udział.

- Masz lepszy pomysł na zdobycie takiej ilości pieniędzy?

- Nie – odparł pokonany i popatrzył na niego z żalem. – Przepraszam, jestem po prostu zdenerwowany. I wściekły, że Dutch tak lekkomyślnie ryzykuje życie nas wszystkich. Znowu.

W końcu i on zaczął się stresować tym wszystkim. A zestresowany John, to nieznośny John niestety.

- Wiem – przytaknął i przełożył łyżkę do drugiej ręki, by złapać ukochanego za nadgarstek.

Chciał go nieco tym uspokoić, przypomnieć że siedzą w tym razem. John wziął głęboki wdech i popatrzył na jego dłoń, a potem na niego. Arthur był świadkiem momentu, kiedy jego źrenice rozszerzyły się z pożądania. Tylko przez prosty dotyk. 

Tak dawno nie mieli chwili dla siebie. Ostatni raz, wydawało się, wieki temu. Tęsknił za tym, brakowało mu tego, ale nie mogli. Z wielu powodów.

- Myślisz, że mamy czas żeby…

- Obaj śmierdzimy – przerwał mu, nie mogąc oderwać wzroku od wypełnionych żądzą oczu Johna. Przełknął ciężko ślinę. – Jestem pewien, że odstraszamy nawet muchy.

- Zatrzymaliśmy się nad rzeką, czyż nie? – zapytał i wstał, porzucając swoją obrzydliwą kolację. – Chodź. Umyjemy się. Chcę z tobą spędzić ostatnią noc przed napadem.

- Myślałem, że jesteś pewny, że nam się uda – przypomniał, ale mimo to też wstał. – Nagle chcesz poczuć jak to jest po raz ostatni?

- To nie będzie ostatni raz, wiem że nam się uda i jeszcze wiele nocy spędzimy ze sobą w przyszłości. – John stanął tuż przed nim i włożył mu dłonie pod płaszcz, prawie zsuwając mu go z ramion. – Stęskniłem się po prostu za tobą, a gdy zaczniemy uciekać, nie będziemy mieli ani czasu, ani prywatności na takie rzeczy.

- Teraz jeszcze bardziej chcę tego domu tylko dla nas – wyznał i złapał za klamrę pasa z bronią ukochanego, rozpinając ją powoli.

John uśmiechnął się i złapał go za rękę, ciągnąc w stronę rzeki, po drodze porzucając własny płaszcz.  

- Chodź, Morgan – popędził go. – Odświeżmy się trochę.  

Naprawdę nie powinni. Nie tutaj, nie w środku lasu, po którym kręcili się łowcy głów i Pomioty Murphy’ego. I dzikie zwierzęta. Powinni zjeść do końca tę paskudną fasolę, wsiąść na konie i wrócić do obozu. Jeszcze będą mieli czas, by się sobą nacieszyć.

Tylko że nie mogli czekać. Byli spragnieni siebie, chcieli znów poczuć swoje nagie ciała, pocałować się, doprowadzić się nawzajem do rozkoszy. Ciężko było się postawić tym pragnieniom i je zwalczyć. Więc Arthur tego nie zrobił i dał się prowadzić.

- Pierwszy raz widzę cię tak entuzjastycznie idącego do wody – zażartował. Powinien był się ugryźć w język, bo John zatrzymał się nagle tuż przed wodą, ale po chwili okazało się, że zrobił to tylko po to, by zacząć się rozbierać.

Podążył jego przykładem i po chwili obaj byli nadzy. Zostawili ubrania i pasy z bronią przy koniach, z juków zabierając niewielką kostkę mydła. Jedyne co zostawił blisko, to torbę, bo jej zawartość będzie mu niedługo potrzebna.

Arthur wszedł do rzeki, zanurzając się w niej do pasa. Była chłodna, ale kąpał się już w gorszych warunkach. I tak chciał się tylko szybko obmyć, więc od razu zabrał się do roboty. John oczywiście jak zwykle wahał się przed wejściem i podchodził do tego dwa razy, choć prąd był spokojny i na pewno by go nie porwał.

W końcu odnalazł w sobie odwagę, by wejść głębiej, cały czas trzymając się blisko Arthura, który podał mu mydło.

- Dzięki – powiedział John i zaczął się szybko myć, sycząc z zimna ilekroć polewał się wodą.

Choć kąpiel nie należała do najprzyjemniejszych, Arthur od razu poczuł się lepiej, gdy zmył z siebie cały bród ostatnich dni. Było go tyle, że mógłby przysiąc, że zrobiło mu się lżej. Dobrze było znów być czystym po  tylu dniach lepienia się we wszystkich możliwych miejscach, które teraz dokładnie wymył, nie zapominając o żadnym fragmencie ciała.

Jako ostatnie przemył zakurzone włosy i posklejaną brodę, która była już tak długa, że swobodnie mógł za nią złapać. Podczas gdy John nieudolnie nacierał swoje włosy mokrymi dłońmi z odrobiną mydła, nie mając odwagi na nic więcej, Arthur praktycznie zanurzył pod wodę całą głowę, szorując skórę pod włosami tak mocno, aż poczuł ból.

Gdy się wyprostował, biorąc głęboki wdech i wycierając oczy z wody, zauważył że John podszedł w tym czasie bliżej. W pierwszej chwili pomyślał, że może czegoś się przestraszył, ale John szybko ujawnił swoje prawdziwe intencje.

Patrząc Arthurowi w oczy, zanurzył palce w jego przydługie włosy i przyciągnął go bliżej, jednocześnie nachylając się, by go pocałować. Ich usta były już bardzo blisko siebie, gdy Arthur odwrócił głowę. John popatrzył na niego zdziwiony, ale nie zniechęcony, oczy mu wręcz błysnęły, myślał pewnie, że to tylko droczenie. Ponowił próbę, ale gdy mieli się już pocałować, Arthur znów się wycofał i usta ukochanego natrafiły tylko na powietrze.

- Przestań – nakazał mu. John momentalnie puścił jego włosy i odsunął się o krok. 

- Dlaczego? – zapytał wyraźnie zraniony odmową. – Nikogo tu nie ma.

- Jestem zarośnięty jak drwal – wyjaśnił i podrapał się po podbródku. Nie znosił długiej brody, była irytująca i wyglądał w niej gorzej niż bez niej, a to był wyczyn.

John prychnął po usłyszeniu jego wytłumaczenie i ponownie się zbliżył.

- Gdybym chciał czuć gładką skórę podczas całowania, wziąłbym sobie kobietę do łóżka – powiedział nim spróbował po raz trzeci.

Tym razem Arthur pozwolił mu na pocałunek, ale bardzo krótki, bo gdy tylko ich usta się zetknęły, gdzieniegdzie poczuł pomiędzy nimi sztywne włoski zarostu, które psuły całe doznanie i odwracały uwagę od tego, co najważniejsze. Pomimo protestów ukochanego, odsunął się, ledwo wytrzymując jego zawiedzione spojrzenie.

Rozumiał go, wyjątkowo byli sami i tak jak mówił John, nie wiadomo kiedy znów nadarzy się podobna okazja, ale raczej nieprędko. Nie gdy będą podróżować z trzema kobietami i dzieckiem, uciekając przy okazji przed prawem.

- Taka broda, to za dużo nawet dla mnie – powiedział mu i odgarnął wstrętne kłaki z ust.

- Mogę cię ogolić – zaoferował niemal natychmiast John.

- Masz ze sobą brzytwę? – zapytał sceptycznie, nieco tym zdziwiony. Kto normalny, do licha, nosi ze sobą brzytwę w krótkiej podróży?

John wzruszył ramionami.

- Nigdy nie wiesz kiedy się przyda – odparł i zrobił już pierwszy krok w stronę brzegu. – Nadaje się też do obrony.

Pewnie nie powinni tracić czasu na takie pierdoły, ale skoro i tak zatrzymali się już żeby się umyć i przespać ze sobą, zamiast wykorzystać cenny czas na odpoczynek, to mogą poświęcić dziesięć dodatkowych minut na golenie. Z radością skróci brodę, w obecnej sytuacji ucieszy się z tego nawet bardziej niż ze stosunku.

- Niech ci będzie – zgodził się, odwzajemniając ucieszony uśmiech Johna.

- Usiądź na kamieniu, zaraz wrócę – polecił i pospiesznie wyszedł z rzeki. Trudno było powiedzieć, czy zrobił to tak szybko, bo bał się wody, czy po prostu chciał normalnie pocałować Arthura, który posłusznie przysiadł na kamieniu zaraz przy korycie rzeki. John wrócił już po chwili. – Ufasz mi?

- Bezgranicznie – odparł i rozchylił nieco nogi, by John mógł pomiędzy nimi swobodnie stanąć, brodząc po kostki w wodzie.

- Dobrze, bo nie jestem zbyt dobry z brzytwą – zażartował i użył mydła, by skóra oraz zarost były bardziej śliskie. – Nie obraź się jeśli poderżnę ci gardło.

Arthur prychnął w odpowiedzi i zamknął oczy, ufając ukochanemu kompletnie. Nawet się nie wzdrygnął, gdy John po raz pierwszy przyłożył ostrze brzytwy do jego twarzy. Nie miał się czego bać, osobiście nauczył go jak się golić.

John ostrożnie i powoli naciął pierwsze, gęste włosy, ścinając je kawałek po kawałku. Brzytwa była ostra, ale nie było dzięki temu łatwiej, nie przy takim zaroście. Co chwilę trzeba ją było oczyszczać z włosów, które zostawały na niej wraz z pianą, ale Arthur czuł z każdą kolejną sekundą, że jest ich coraz mniej, a jego skóra może znowu oddychać.

Kompletnie znieruchomiał na czas golenia, unosiła się tylko jego klatka piersiowa. John na wszelki wypadek trzymał go palcami za podbródek, obracając jego twarz tak, by mieć jak najlepszy dostęp do golonego akurat miejsca i naciągając skórę gdy tego potrzebował.  

Miał twarz Arthura na idealnej dla siebie wysokości, znajdował się nieco niżej od niego, nie musiał się więc pochylać, dlatego Arthur był trochę zdziwiony, gdy w pewnym momencie poczuł oddech ukochanego na nagim już policzku.

Zaciekawiony otworzył jedno oko i zauważył, że John przygląda się z bardzo bliska i z uwagą ogolonemu miejscu, nim mruknął zadowolony i obrócił jego twarz w drugą stronę, zabierając się za drugi policzek.

- Nigdy cię nie zapytałem, jak się teraz golisz z tymi bliznami – wymamrotał Arthur, starając się nie poruszać za bardzo szczęką. Oczy miał na powrót zamknięte i po prostu poddawał się ukochanemu.

- Nie gadaj, bo cię zatnę – ostrzegł, z premedytacją dociskając mu żuchwę do reszty czaszki, by nie mógł mówić.

- Nie zatniesz – udało mu się mimo to powiedzieć, ale nie odezwał się więcej.

Przez jakiś czas było słychać tylko chrobotanie brzytwy, gdy John pewną ręką przesuwał ją po skórze, zaraz przy uchu Arthura, który zadrżał. Robiło mu się gorąco od tej bliskości i całej sytuacji. Czuł zapach ukochanego otaczający go zewsząd oraz ciepło nagiego ciała, tak bliskie jego własnego.

- Na samych bliznach włosy nie rosną – odpowiedział mu w końcu John. Arthur znów uchylił powieki, by na niego spojrzeć. W ostatniej chwili powstrzymał się przed uśmiechnięciem, gdy zobaczył, że ukochany ma w skupieniu wystawiony język. – Trochę się muszę namęczyć, żeby ściąć włosy wokół nich, ale nie jest to znowu takie trudne.

Mruknął w odpowiedzi, dając znać, że zrozumiał. Na tym skończyła się ich rozmowa. John w milczeniu kontynuował golenie, delikatnie ścinając kolejne włoski, które następnie zgarniał kciukiem. Oddech Arthura przyspieszył pod wpływem tego dotyku, a palce bezwiednie zaciskał na kolanach, nie wiedząc co innego mógłby złapać, gdy z każdą kolejną chwilą było mu coraz goręcej, a cała skóra drżała jak w febrze, zwłaszcza tam, gdzie John akurat go dotykał.

Stał naprawdę blisko, jego nogi ocierały się przy najmniejszym ruchu o uda Arthura, który starał się zachować spokój póki brzytwa była tak blisko jego gardła. Nigdy nie przypuszczał, że golenie może być takie podniecające, ale też nigdy wcześniej nie golił go John.

Przez moment popatrzyli na siebie, gdy trzeba było oczyścić brzytwę i nanieść więcej mydła. Oczy Johna były niemal czarne, źrenica zlewała się z brązem tęczówek. Zaparło im obu dech w piersi, gdy tak wpatrywali się w siebie, nim John pierwszy odwrócił wzrok.

- Napnij skórę nad górną wargą – poprosił i odkaszlnął z powodu nagłej suchości w gardle.

Arthur wykonał polecenie, chwilę później wstrząsnął nim silny dreszcz, gdy John położył dwa palce na jego wargach. Nie mogąc się powstrzymać, wystawił język i liznął je oba, gdy John miał już przyłożyć brzytwę. Nie spodziewał się tego, ręka mu zadrżała, z ostrzem tuż przy skórze. Zaskoczony wstrzymał oddech i popatrzył zirytowany na Arthur, który uśmiechnął się złośliwie.

- Napnij, powiedziałem – upomniał go John po odzyskaniu z powrotem oddechu.

Potrzebował chwili, by się opanować, ale zrobił o co został poproszony, a John szybko uwinął się ze zgoleniem mu wąsów, nim zabrał się za podbródek. Arthur wreszcie nie czuł włosów w ustach i zadowolony oblizał wargi, gdy John wypłukiwał ostrze, zapewniając mu przy okazji przyjemny widok. Nie był nawet pewny, czy to nie dlatego zwilżył usta.

- Głowa do góry. – John trącił go palcem w podbródek, a Arthur natychmiast zadarł głowę, odsłaniając szyję.

Serce mu waliło jak oszalałe, gdy poczuł zimne ostrze brzytwy tuż przy tętnicy. Nie ze strachu, z podniecenia. Uniósł rękę i oparł ją na biodrze Johna, ściskając je mocno, gdy dotyk brzytwy poczuł aż w podbrzuszu, gdzie nagle wszystko się zacisnęło. Raz po raz, John przejeżdżał ostrzem po delikatnej skórze i Arthur za każdym razem dostawał dreszczy, tym intensywniejszych im dłużej to trwało. A trwało długo, bo John się nie spieszył, ostrożny by go nie zranić tam, gdzie narobiłby największych szkód.

Powoli przesuwał brzytwą od góry do dołu, cal po calu, trzymając podbródek Arthura palcami, by nie ruszył przypadkiem głową. Jego dotyk był jednak tak delikatny, że gdyby nie należał do niego, Arthur nawet by go nie poczuł, a tak czuł go bardzo wyraźnie, podobnie jak gorąco skóry w miejscu, gdzie stykały się z nią palce.

Mógłby w dowolnym momencie się uwolnić gdyby chciał, ale sama obecność dłoni ukochanego trzymała go w miejscu i zniechęcała do ruchu lepiej niż najpewniejszy chwyt.  Nie pozwalała mu nawet drgnąć, gdy z ufnością odsłaniał gardło przed jego ostrą brzytwą.

Gdy John przeciągnął ostrzem po skórze po raz ostatni, Arthur przełknął ciężko ślinę, wprawiając w ruch grdykę po raz pierwszy od kilkudziesięciu sekund. Powoli opuścił głowę i wypuścił z drżeniem powietrze, wciąż nie panując nad oddechem.

John dalej stał pomiędzy jego nogami, bawiąc się brzytwą i czekając na werdykt. Arthur potarł więc policzki i podbródek dłonią, czując pod palcami wyłącznie krótką i drapiącą szczecinę, tak jak lubił. Nareszcie nie czuł się jakby miał na brodzie coś obrzydliwego.

Uśmiechnął się z wdzięcznością do ukochanego, który wyciągnął dłoń w stronę jego twarzy i też sprawdził długość zarostu, mrucząc przy tym  z aprobatą. Na tym nie skończył jednak podziwiać efektów swojej pracy. Gdy parokrotnie przejechał drżąca dłonią po drapiących włoskach, znów złapał Arthura za podbródek i odwrócił jego twarz najpierw prawym policzkiem do siebie, a potem lewym, przyglądając im się krytycznie.

Arthur złapał go bez ostrzeżenia za nadgarstek, aż John podskoczył i popatrzył na niego wielkimi oczami. Utrzymując kontakt wzrokowy, odsunął dłoń ukochanego od swojej twarzy i ucałował jego palce. Drugą ręką zabrał mu brzytwę, odrzucając ją na ślepo za siebie, nim ujął policzek Johna i przyciągnął go do czułego pocałunku, pogłębiając go gdy tylko wargi rozchyliły się przed jego językiem. Nic mu tym razem nie zepsuło wrażeń.

John jęknął cicho. Wolną rękę wplótł we włosy Arthura i usiadł mu na kolanach, z ochotą odpowiadając na pocałunek. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że obaj są twardzi.

Puszczając nadgarstek ukochanego, Arthur przeniósł dłoń na jego biodro i popchnął go w bok, chcąc zmienić ich pozycje. John w pierwszej chwili nie zareagował, zbyt skupiony na całowaniu go, co robił coraz zachłanniej, spragniony intymności.

Trzymając go teraz za włosy obiema rękami, John przesunął się w końcu tam, gdzie Arthur tego chciał i nie przerywając pocałunku nawet na chwilę padł na trawę, a on zawisł nad nim, dłonią przejeżdżając mu od brzucha aż do szyi, rozkoszując się dreszczami ukochanego, gdy trącił jeden z jego sutków.  

- Mam nadzieję, że nie przyciągniemy tym żadnego kuguara – wyszeptał Arthur, odrywając się od ust Johna, momentalnie za nimi tęskniąc.

- Przynajmniej nie poczujemy bólu – odparł i znów złączył ich wargi w krótkim, ale intensywnym pocałunku, który pozostawił ich tylko z ochotą na więcej. – To byłaby piękna śmierć.

Arthur uśmiechnął się i powrócił do całowania Johna, dotykając go gdzie tylko mógł by nasycić się nim na najbliższe tygodnie.  

- Musimy się z tym pospieszyć – przypomniał z żalem ukochanemu, gdy przechodził z pocałunkami na szyję, którą John hojnie mu oferował. – I być tak cicho jak tylko możemy. Dasz sobie radę, chłopcze?

- Tak, proszę pana – odparł z westchnieniem, rozkładając bezradnie ręce na boki.

- Dobrze – pochwalił i wyciągnął się nad Johnem, by sięgnąć do torby, która leżała nieopodal. Wyjął ze środka niewielką, cynową puszkę i odkręcił ją, nakładając na palce wazelinę.

- Tym razem jesteś przyszykowany – zauważył z uśmiechem John, ochoczo rozkładając przed nim nogi.

Przez moment, Arthur miał problem ze skupieniem się. Po odsiadce w więzieniu, John dalej był chudszy niż być powinien, ale trochę doszedł już do siebie, a wraz z nim jego mięśnie, które teraz mógł podziwiać przy nikłym świetle zachodzącego słońca.

Naprawdę żałował, że nie mieli więcej czasu, by móc nacieszyć się tym widokiem, dotknąć i obcałować każdy fragment skóry ukochanego, sprawić mu jak największą rozkosz. Bardzo chciał zaryzykować, ale już wystarczająco kusili los robiąc to w takim miejscu, odsłonięci ze wszystkich stron i zupełnie bezbronni, bo ich bronie zostały przy koniach.

Nie mogli się jednak oprzeć, ostatni raz kiedy spali ze sobą, było krótko po przybyciu do Clemens Point. Potem zadziało się tyle rzeczy na raz, że nie mieli czasu na nic więcej poza tęsknymi pocałunkami tu i ówdzie. Stęsknili się za sobą za mocno, by teraz przegapić taką okazję.

- Staram się ją teraz zawsze nosić przy sobie – wyjaśnił, rozcierając wazelinę między palcami, by dobrze je nią pokryć i przy okazji rozgrzać.

Ani na chwilę nie odrywając oczu od Johna, patrzył jak ukochany układa się wygodnie, nie szczędząc własnych spragnionych spojrzeń. Chciał dotknąć Arthura równie mocno, co on jego, przedłużyć tę chwilę i Arthur prawie się na to zgodził, opamiętując się w ostatniej chwili.

Uklęknął pomiędzy rozłożony nogami Johna i jeszcze bardziej je rozchylił, wsuwając palce pomiędzy jego pośladki. John odetchnął głęboko w odpowiedzi na dotyk, ale poza tym był cicho i cały czas obserwował Arthura spod przymkniętych powiek.

- Chciałbym, żebyśmy mieli więcej czasu – powiedział na głos to, co siedziało im obu w głowach. Arthur usiadł okrakiem na jego prawej nodze, pochylił się nad nim i pocałował go, wsuwając w niego pierwszy palec i pochłaniając jęk, który wyrwał mu się z gardła. – Robimy to zdecydowanie zbyt rzadko.

Czoło Johna było zmarszczone, a całe ciało spięte z powodu dyskomfortu. Arthur pocałował go jeszcze raz, starając się go rozproszyć ustami, bo w tej pozycji nie mogąc użyć drugiej ręki. A chciał. Chciał tego tak bardzo, poczuć twarde mięśnie pod palcami, owłosioną pierś. Chciał objąć Johna, całować go aż zabraknie im obu tchu, powoli doprowadzić do takiej rozkoszy, aż zacznie drżeć i nie będzie w stanie hamować nawet najcichszych jęków i westchnięć. Aż będzie błagał o koniec.

Chciał ich obu doprowadzić do takiego stanu, że zapomną o wszystkim tylko nie o sobie nawzajem, zatraceni w swoich objęciach i kolejnych pocałunkach, a już po wszystkim będą zbyt zmęczeni, by nawet kiwnąć palcem.

Chciał wrócić do dnia, kiedy byli w chatce w górach, tylko oni dwaj. 

- Już niedługo będziemy to robić wystarczająco często – zapewnił go, poruszając palcem szybko, nie mając czasu na delektowanie się tym, jak ciasny jest John po tak długiej przerwie.

- Może tak często, że nie będziesz mnie musiał rozciągać następnego dnia – zasugerował i skrzywił się z bólu. Arthur zwolnił nieco. Musieli się spieszyć, ale nie było powodu, by John przez to niepotrzebnie cierpiał. – Zazdroszczę kobietom. Są mokre na zawołanie.

- Widać, że nie byłeś ze zbyt wieloma kobietami – zaśmiał się cicho Arthur, dokładając drugi palec.

John ugryzł się w rękę, by nie jęknąć, ale głośnego sapnięcia już nie był w stanie powstrzymać. Jego klatka piersiowa unosiła się szybko i gwałtownie, czerwona od rumieńców, pośród których wyróżniały się białe blizny po licznych ciosach nożem czy jedna po kuli. Arthur patrzył na to wszystko jak zahipnotyzowany, niczego nie pragnąc teraz bardziej niż skosztować tego pięknego ciała, oferowanego tylko jemu.

- Spałem z wieloma, dziękuję za troskę – odparł obrażony, rozluźniając się nieco.

- Prostytutki, które odpowiednio się do tego przygotowują się nie liczą – droczył się z nim dalej Arthur. Miał nadzieję, że to tylko pomoże mu lepiej znosić pośpiech, bo znów narzucił szybsze tempo.

- Liczą się – upierał się, z każdą chwilą oddychając coraz ciężej.

Arthur zaśmiał się i pochylił, obejmując ustami jeden z sutków ukochanego. John syknął i złapał go szybko za włosy, szarpiąc za nie, ale nie odciągając jego głowy od siebie, tylko przyciągając jeszcze bliżej.

- Szlag, Arthurze – westchnął z rozkoszą.

To miało trwać tylko chwilę, nie dłużej, ale gdy już zaczął ssać brodawkę, Arthur nie mógł przestać. Nie gdy John wił się przez to pod nim coraz mocniej, wypychając pierś do góry. Jego ciało było rozgrzane, pokrywało się potem, a nogi wierzgały nieco, aż w końcu John otarł się kolanem o jego męskość.

Arthur jęknął, oderwał się od sutka i popatrzył w zamglone oczy ukochanego. John uśmiechnął się wrednie i znów ruszył nogą, wywołując u niego dreszcz i prawie znów doprowadzając go do jęku.

- Grabisz sobie, chłopcze – ostrzegł go, ale nie zrobił nic, by mu przerwać tylko sam zaczął poruszać biodrami, nadstawiając się do ruchów Johna. Było mu tak dobrze w tej chwili, prawie zapomniał, że byli w lesie i nie mieli czasu na zabawy.

- Zawsze tak reagujesz, gdy ktoś robi dla ciebie coś miłego? – zapytał John i zacisnął mocno zęby na dolnej wardze, gdy Arthur trafił go palcami w czuły punkt.  

- Tylko gdy ten ktoś kusi mnie czymś, czego nie mogę w danej chwili mieć – odparł, przez chwilę wyobrażając sobie Johna klęczącego między jego nogami, pieszczącego go dłońmi i ustami jednocześnie, podczas gdy on trzymałby go za włosy, by nie wchodziły mu w drogę i żeby móc czasami za nie szarpnąć, tak jak ukochany lubił najbardziej.

Następnym razem od tego właśnie zaczną.

Poczuł przyjemny dreszcz przebiegający mu po plecach na samą myśl o tym. Ochoczo wypchnął biodra do przodu, ocierając się jeszcze raz o nogę Johna i całując go z pożądaniem. Od razu poczuł ramiona obejmujące go za szyję, palce we włosach i język błagający o dostęp do ust, którego udzielił, wzdychając z zadowoleniem, gdy John zaczął pieścić jego własny, dopóki nie oderwali się od siebie, nieco bez tchu, ale pobudzeni bardziej niż jeszcze przed chwilą.

- Nie mieliśmy się spieszyć? – zapytał go John, znów kładąc ręce na trawie.

Arthur rozejrzał się niespokojnie po okolicy, ale ich dotychczasowa aktywność nie ściągnęła żadnych zwierząt ani ludzi. Był wręcz pewien, że cała fauna wyniosła się z okolicy, gdy tylko zwęszyła co się dzieje.

- I kto teraz narzeka? – odparł złośliwie i pocałował Johna jeszcze jeden raz, nie mogąc się powstrzymać.

Wyjmując palce, przeniósł się z powrotem pomiędzy uda ukochanego, który poruszył się zniecierpliwiony, wpatrzony w niego szeroko otwartymi oczami i oddychając ciężko przez usta. Arthur znów miał ochotę go pocałować, ale tym razem się powstrzymał i zamiast tego sięgnął po wazelinę, pokrywając nią szybko swoją męskość.

- Gotowy? – zapytał jeszcze, pochylając się nad członkiem ukochanego i biorąc go do ust na krótką chwilę, ssąc główkę i cudem powstrzymując się przed wzięciem go całego.

- Zawsze jestem – zapewnił drżącym głosem i pozwolił sobie unieść biodra, tak że spoczęły na kolanach Arthura, którego oplótł nogami w pasie.

Nieważne ile razy to robili, zawsze czuł równie silną ekscytację, gdy miał już wejść w Johna. To było jedno z najlepszych doznań, jakich doświadczył w życiu i tym razem nie było inaczej. Przed zamknięciem oczu i rozkoszowaniem się tym momentem połączenia, powstrzymał go tylko widok Johna, który przestał być w końcu cichy. Jęknął głośno i gardłowo, wbijając palce w miękką ziemię i zaciskając je na źdźbłach trawy, aż wyrwał je wraz z korzeniami.

- Arthur – wyjęczał, co od razu rozniosło się echem po lesie.

Nigdy nie znudzi mu się słuchanie własnego imienia z ust ukochanego, gdy ten był w takim stanie. Z trudem dusząc w sobie własny jęk, Arthur wszedł do końca i znieruchomiał, bardzo chcąc się poruszyć. John był na nim zaciśnięty tak mocno, że ledwo myślał o czymkolwiek innym niż otaczającym jego męskość cieple, tej cudownej ciasnocie, w którą chciał wchodzić raz po raz, ocierając się o nią z każdym, nawet najmniejszym ruchem.

Ale zanim będzie mógł to zrobić, musiał najpierw uciszyć Johna, który objął go mocniej nogami, próbując go poczuć jeszcze głębiej w sobie.

- Cii – upomniał go. Puścił biodra ukochanego i podpierając się na rękach, zawisł nad nim i ucałował go w kącik ust. – Musisz być cicho, Johnny boy.

Wycofał się powoli, czując jak ciało Johna zaciska się na nim mocniej w odpowiedzi, próbując go w sobie zatrzymać. 

- Nie mogę. Wiesz, że nie potrafię – wysapał szybko i z desperacją, jęcząc znowu, gdy Arthur wysunął swoją męskość prawie w całości. – Arthurze…

- Cii – powtórzył i wszedł w niego szybko z powrotem. John otworzył usta, ale jęk nie wydostał się nigdy z gardła. – Właśnie tak.

Zaczął się poruszać stałym rytmem, drżąc za każdym razem, gdy wchodził do końca, a ciało Johna zaciskało się mocno na jego męskości.

- Arthur… - wyjęczał cicho.

- Jeśli nie będziemy cicho, znajdą nas – przypomniał mu, nachylając się nad nim jeszcze bardziej. John popatrzył mu błagalnie w oczy. Na ten widok, Arthur poczuł ścisk w żołądku i przyspieszył ruchy. –  Nawet nie wzdychaj zbyt głośno.

- Nie potrafię – wysapał, odchylając głowę, z czego Arthur natychmiast skorzystał, całując go po szyi.

- Potrafisz – wymamrotał i przejechał językiem aż do ucha ukochanego. – Wiem, że potrafisz. Zrób to dla mnie, Johnny, proszę.

John pokręcił głową, uciszanie się sprawiało mu spore problemy, co tylko bardziej podniecało Arthura i zachęcało do mocniejszych pchnięć, na które ukochany nie potrafił odpowiedzieć inaczej jak tylko jękiem. Schlebiało mu to.

- Arthur…

- Cii. – Będzie to powtarzał tak długo, aż nie trzeba tego będzie Johnowi przypominać. – Cicho, Johnny, cicho.

Przyspieszał coraz bardziej. Widok ledwo kontrolującego się Johna, wijącego się z rozkoszy, której nie mógł okazać w najlepiej sobie znany sposób, doprowadzał go do szaleństwa. Wiele by dał, by pozwolić mu być głośnym, słyszeć każdy jęk i krzyk jaki u niego wywoływał, ale ta wymuszona cisza też miała swoje zalety, a ryzyko przyłapania dodawało dreszczyk emocji.

John robił co mógł, by spełnić jego prośbę i go zadowolić. Zagryzał usta, dłoń, hamował się jak tylko potrafił, ale co jakiś czas wciąż wyrywał mu się z gardła jęk, którego nie stłumił dość szybko. Zawsze patrzył wtedy przerażony na Arthura, jakby ten miał zaraz przestać w ramach kary.

Arthur nie miał takiego zamiaru. To był zbyt wspaniały widok, by go stracić. Ilekroć John mimowolnie robił się głośny, Arthur czuł mocny skurcz w podbrzuszu. John nie potrafił się z nim kontrolować. Nie gdy go do tego nie zachęcał pochwałami. Świadomość, że nawet bardzo skupionego potrafił doprowadzić ukochanego do jęku ot tak, niespecjalnie się starając, napawała go nieopisaną dumą.

- Cichutko, skarbie – przypomniał mu, gdy kolejny jęk był nieco za głośny. Następny znowu taki był, tym razem w odpowiedzi na jego słowa, ale ten po nim był już cichszy, a za czwartym razem nie było żadnego. – Właśnie tak, dobry chłopiec, cii.

- Szlag – przeklął i na ślepo sięgnął po puszkę z wazeliną, niezgrabnie nabierając nieco na dłoń, którą zaczął szybko pocierać swoją męskości. – Arthurze… Mocniej.

- Cii – uciszył go znowu i syknął, gdy poczuł silniejszy ucisk na swoim członku.

Przestał się podpierać na jednej z rąk i otrzepał nieco dłoń z ziemi, po czym wsunął ukochanemu dwa palce do ust, gdy ten miał znowu jęknąć.

John i tak to zrobił, ale dźwięk był przytłumiony, a po chwili i zastąpiony przez mlaskanie, gdy zaczął ssać palce, wpatrując się przy tym centralnie w Arthura, który poczuł jak fala gorąca przetoczyła się przez jego ciało.  

- Widzisz? – odezwał się zdyszany i uśmiechnął. – Potrafisz być cicho. Bardzo ładnie, Johnny, jestem z ciebie dumny. Cichutko, cichuteńko.

Następne pchnięcie było mocne, wymierzone idealnie w ten jeden punkt, który zawsze doprowadzał Johna do krzyku. Arthur sam musiał się uciszyć, gdy ukochany wygiął się w łuk, bezradnie zaciskając dłoń na jego ramieniu, drugą pieszcząc swoją męskość w desperackim tempie.

Nawet nie pisnął. Otworzył szeroko usta i wstrzymał oddech, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku, tylko wypuścił z drżeniem powietrze. Arthur patrzył na niego w zdumieniu, jak z zapałem ssie jego palce, jakby były czymś innym. Włosy kleiły mu się do czoła z tego całego wysiłku, oczy miał mocno zamknięte, a całą twarz pokrywał intensywny rumieniec sięgający nawet do klatki piersiowej, gdzie sutki aż prosiły się o trochę uwagi. Zaparło mu dech w piersi na ten widok.

Powoli wyciągnął palce z ust Johna, który pozostał cicho, choć Arthur wchodził w niego mocno i szybko, nie dając ani chwili wytchnienia. Przejechał nimi od podbródka, po szyi, aż do piersi, zataczając niewielkie okręgi wokół jednego z sutków, ale nie dotykając go.

John zakwilił cicho, prawie niesłyszalnie. Arthur popatrzył na niego i zobaczył desperację w jego oczach.

- Chcę być głośny – wysapał i na chwilę odrzucił głowę do tyłu przy mocniejszym pchnięciu. – Pokazać ci jak mi dobrze.

Rozumiał go doskonale, też nie znosił być cicho, hamować się. Zawsze chciał pokazywać partnerom, że jest mu z nimi wspaniale, nie ukrywać nic. Teraz nie mieli takiego luksusu.

- Wiem, że ci się podoba – zapewnił go i złapał za brodawkę, pocierając ją parokrotnie. John stęknął i zadrżał. Był blisko, Arthur także. – Niedługo będziemy mogli być tak głośno jak tylko zechcemy. Ale teraz musisz być cicho. Możesz to dla mnie zrobić?

- Spróbuję – obiecał zachrypnięty, prawie jęcząc te słowa.

- Chcesz znowu zająć czymś usta? – zapytał i już położył oba palce na wargach ukochanego.

- Poproszę – wyszeptał i sam wziął je do ust, na powrót zaczynając ssać. Teraz to Arthur zadrżał i znów poczuł mocny skurcz w podbrzuszu.

- Dobry chłopiec – pochwalił. Jego palce stłumiły kolejny jęk, nad którym John nie mógł zapanować. –Cii. Cii. Dobrze się spisałeś, skarbie.

Ruchy Arthura powoli nabierały jeszcze większego tempa, choć bardzo chciał sprawdzić, jak długo John będzie w stanie być tak cicho, kiedy w końcu go złamie. Chciał go męczyć tak długo, aż nie będzie miał wyjścia i dojdzie z krzykiem.

Kiedyś, postanowił i zabrał palce z ust ukochanego, by złapać go mocno za uda obiema rękoma, pewny że po wszystkim zostawi na nich ślady. John pozostał cicho, nawet gdy zaczął w niego wchodzić mocniej i szybciej, zdesperowany by obaj doszli.

John znów zacisnął jedną z dłoni na trawie, drugą dalej pocierając swoją męskość, aż zaczął bezwiednie próbować wypychać biodra w górę. Arthur mu na to nie pozwolił, trzymając go mocno i przyciągając na siebie, nabijając go mocno na swojego członka.

Skurcze były coraz silniejsze, całe jego ciało napinało się i rozluźniało się, gdy gonił za swoim spełnieniem, wpatrzony w pochłoniętego rozkoszą i cichego Johna jak w dzieło sztuki jakiegoś renesansowego mistrza. Ale w przeciwieństwie do dzieł Michała Anioła czy Botticielliego, ten obraz był wystawiony do podziwiania tylko dla niego.   

Gdy zaczął cały się trząść i tracić rytm, wiedział już, że długo nie wytrzyma. Nie gdy miał taki widok przed oczami. Gorąco w podbrzuszu zrobiło się nie do zniesienia, w głowie szumiało, a serce niemal galopowało mu w piersi, czuł każde jego uderzenie, gdy rozkosz wypełniała każdy kawałek jego ciała, jeden po drugim.

John wyczuł zmianę w rytmie i popatrzył na niego nieobecnym wzrokiem, sapiąc i dysząc, bezradnie ryjąc palcami w ziemi, gdy próbował się czegoś złapać, jakby nie mógł bez tego wytrzymać. Gdy ich spojrzenia się spotkały, nie przerywając tego kontaktu wzrokowego, Arthur wszedł w ukochanego mocniej. John zesztywniał cały w jednej chwili, jego ręka zamarła, a usta otworzyły się szerzej w bezdźwięcznym jęku, gdy doszedł nagle i intensywnie.

- Dobry chłopiec – wystękał Arthur, nie mogąc wytrzymać tego jak ciało Johna zacisnęło się na jego męskości, a nogi na biodrach, jakby chciał je nimi połamać.

Udało mu się wykonać jeszcze tylko kilka pchnięć i ostatni raz spojrzeć na będącego w błogim stanie ukochanego, nim zamknął oczy i pochylając głowę jęknął głośno, dochodząc wewnątrz niego.

Przez moment zrobiło mu się biało przed oczami i potrzebował chwili, by dojść do siebie, zwłaszcza uspokoić oddech. Miał nawet wrażenie, że zaraz się udusi, ale kilka głębokich wdechów załatwiło sprawę i mógł oddychać normalnie, choć nadal szybko.

Drżącymi rękoma ostrożnie opuścił biodra Johna na ziemię, którego nogi opadły bezwładnie, gdy przestał go nimi oplatać. Wciąż był zasapany tak jak Arthur, leżał bez sił na trawie, z rękoma przy głowie i ciężko oddychał wpatrując się w korony drzew nad nimi. Przez całą długość klatki piersiowej, która unosiła się i opadała gwałtownie, ciągnęły się strużki i krople nasienia, które dotarły aż do szyi.

Arthur z trudem podpierając się na rękach, pochylił się nad nimi i zlizał odrobinę. John westchnął głośno i popatrzył na niego, nim z uśmiechem przyciągnął go za włosy do głębokiego pocałunku.

Mrucząc z zadowolenia, skubnął parę razy wargę ukochanego zębami nim przeniósł się z ustami na lewy policzek, który pocałował raz i drugi, by po chwili otrzeć się o niego swoim, drapiąc ogoloną skórę własnym zarostem.

John zaśmiał się cicho, przeciągając się pod nim i rozciągając spięte mięśnie.

- Jęknąłeś – zauważył z satysfakcją w głosie. Arthur zmrużył oczy i popatrzył na niego spod byka, ale John tylko znów się zaśmiał. – Głośniej niż ja w jakimkolwiek momencie.

Nawet nie miał jak zaprzeczyć, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie powstrzymał się w kluczowym momencie. John pewnie będzie mu to wypominał jeszcze bardzo długo, ale jakoś to wytrzyma. Mimo wszystko był dumny z ukochanego, że tak dobrze nad sobą panował, choć na pewno nie było to dla takiej zwykle wokalnej osoby łatwe. Sam przecież miał z tym problemy.

Część zasług za sukces Johna brał na siebie. Gdyby mu nie przypominał o byciu cicho, pewnie już dawno ściągnęliby do siebie wszystkich łowców głów i każdą wygłodniałą pumę z okolicy.

- Chodź – powiedział i wstał, podając rękę ukochanemu. – Obmyjmy się znów szybko i wracajmy do obozu.

Nie chciał tu zostawać ani minut dłużej. W pewnym momencie przestał zwracać uwagę na otoczenie i choć wątpił, że ktoś się do nich zakradł, to i tak nie chciał ryzykować zostawania zbyt długo w jednym miejscu.

- Chciałbym, żebyśmy mogli uciec już teraz – wyznał John, podążając za nim do rzeki.

To byłoby wręcz dziecinnie łatwe, odwrócić się i odjechać w siną dalej. Dopiero potem zaczęłyby się schody.

- Ja też – odpowiedział i znów i podał mu rękę, by szybciej przekonać go do wejścia do wody niż ostatnio. – Niedługo.

- Już jutro – przypomniał podekscytowany, pospiesznie zmywając z siebie nasienie, swoje i Arthura.

Już jutro. Nie mógł się doczekać.

Narzucili na wciąż mokre ciała czyste ubrania, które wozili ze sobą. Arthur wolałby jechać nago niż założyć z powrotem te przepocone szmaty, które nosił od kilku dni.

Czuł się trochę spokojniejszy po spędzeniu kilku intymnych chwil z Johnem. Tego mu było trzeba. Nadal martwił się tym, co stanie się jutro i w przyszłości, ale chociaż przez jakiś czas cała ta presja nie będzie na nim dążyła jak do tej pory.

John też wyglądał na rozluźnionego. Swobodnie siedział w siodle, co jakiś czas nawet się uśmiechał, zwłaszcza gdy odwracał się w stronę Arthura, który nie mógł się powstrzymać i odwzajemniał każdy uśmiech, bez wyjątku.

Chciał zapamiętać tę chwilę, póki wciąż mieli okazję być jako tako radośni i beztroscy. Podobnie jak ze wszystkim innym, nie mieli pewności, kiedy znowu się taka okazja powtórzy.

Noc w lesie zawsze zapada wcześniej. W jednej chwili widzieli jeszcze wszystko, a w następnej pochłonęła ich ciemność. Konie odmówiły posłuszeństwa momentalnie, zatrzymując się gdy i dla nich zrobiło się za ciemno. Nieważne co robili nie mogli ich zmusić do ruszenia.

- Co teraz? – zapytał John. – Nie możemy tu zostać do rana.

Miał rację, coś takiego nawet nie wchodziło w grę, musieli dotrzeć do obozu przed świtem. Byli już stosunkowo blisko, nim się ściemniło zdążyli pokonać większą odległość niż w drugą stronę, zostało im co najwyżej pięć godzin drogi w kompletnych ciemnościach. Byłoby znacznie krócej, gdyby konie mogły galopować.

- Nie wiem – przyznał. Nie miał idealnego rozwiązania tej sytuacji, bo nie było takiego. Co by nie wybrali, ryzykowali życie w każdym przypadku. Wszystko rozstrzygało się już tylko pomiędzy tym, co będzie bardziej niebezpieczne.

- Musimy oświetlić sobie drogę – powiedział mu John. – Rozjaśni się około czwartej, zdążymy na czas do obozu, ale będziemy kompletnie wyczerpani. Nie ma mowy, że zaśniemy w takich ciemnościach, nie mogąc nawet rozpalić ognia do ochrony. 

- Wiem – zgodził się z nim. Nawet nie mógł na niego spojrzeć, ale po głosie słyszał, że jest niespokojny. Cały spokój, który udało im się uzyskać przepadł w jednej chwili. – Psia krew. Wyciągamy tylko jedną lampę. I jedziemy tak szybko jak się da.

Ostatnim razem taka strategia się sprawdziła, ale był wtedy sam, mógł udawać samotnego jeźdźca. Dwójka podróżnych wzbudzała większe zainteresowanie. 

John odczepił lampę przy swoim siodle i zapalił ją. Skrawek lasu wokół nich tonął teraz w pomarańczowym blasku, pozwalając w końcu zobaczyć drogę. Byli widoczni z daleka, wystawieni dla każdego łowcy głów i Pinkertona jak na widelcu. Sami też mogli zobaczyć kogoś w ciemności, ale jeśli trafią na sprytnych łowców, którzy przeczekują w ciemności by sprawdzać po kolei każdego podróżnika z lampą, to będą martwi w kilka sekund. Może uda im się wcześniej zabić dwóch czy trzech, ale nie wyjdą z tej potyczki żywi. Jeśli ostatnio spotkana grupa łowców czegoś ich nauczyła, to tego, że przy obecnej sytuacji, szukając całego gangu, na pewno nie działają w małych grupach.

Ruszyli najszybciej jak się dało. Konie dalej były niechętne, ale przynajmniej kłusowały. Gdyby to były ich normalne wierzchowce, ufnie przyspieszyłyby do galopu, ale nowe nie miał takiego zamiaru. Nie mieli jednak co narzekać, jechali szybciej niż w drugą stronę. Jeśli na nikogo nie wpadną, może uda im się dotrzeć do obozu trochę po północy, a nie dopiero nad ranem.

Pomimo światła, las nie wydawał się ani trochę mniej straszny, a oni nie byli wcale mniej podenerwowani. Zwykle nie bali się takich miejsc, ale w normalnych okolicznościach nie mieli na głowie trzech różnych grup, które chętnie by ich zabiły i nawet nie kłopotały się z łapaniem ich żywych. Czy martwi czy żywi, za Arthura Morgana i Johna Marstona i tak obiecywano łącznie dziewięć tysięcy dolarów. Tak długo jak będzie można ich po wszystkim rozpoznać, każdy łowca głów może ich sobie nawet podziurawić jak sito. 

Nie rozmawiali podczas jazdy, skupiali się tylko na prowadzeniu niespokojnych koni. John jechał przodem, jego wierzchowiec był nieco odważniejszy niż ten Arthura, w pewnym momencie nawet sam z siebie przyspieszył. Może nie był taki głupi, jak w pierwszej chwili się Arthurowi wydawało i teraz robił wszystko, by wydostać się z tego lasu jak najszybciej.

Drugi ogier podążył jego śladem i też zaczął galopować. Robili sporo hałasu, ale przynajmniej poruszali się szybciej. Gdyby udało im się utrzymać takie tempo, będą w obozie jeszcze wcześniej.

- Światło na horyzoncie – poinformował go nagle John i zatrzymał konia tuż przed tym, jak zgasił lampę i pogrążył ich znowu w mroku.

Oba konie zarżały przestraszone, uspokoili je szybko i nie ruszając się, obserwowali światło przemieszczające się z prawej strony. Nie było duże, tylko jedno źródło, więc raczej nie byli to łowcy głów czy Pinkertoni. Może zwykły podróżnik. Mimo to woleli nie ryzykować i postanowili poczekać, aż światło znajdzie się gdzieś dalej.

Zniknęło w pewnym momencie, ale nie dlatego, bo było już daleko. Zgasło, tak jak ich lampa. Obaj w tym samym czasie sięgnęli do rewolwerów.

- Droga była prosta. – John szeptał, ale i tak doskonale go było słychać, choć nocne zwierzęta dokazywały w najlepsze. – Jedziemy.

- Obawiam się, że ten ktoś zna teren lepiej od nas – zmartwił się Arthur, kłując boki konia ostrogami. Ogier ruszył niechętnie i powoli, ale przynajmniej szedł.

Światło, które widzieli było spory kawałek od nich. Nie byli w stanie powiedzieć, czy ten ktoś jechał konno czy szedł na piechotę, dlatego uważnie nasłuchiwali kroków, czy to końskich czy ludzkich. Cały czas trzymali dłonie na rewolwerach, paski zabezpieczające mieli już odpięte, w razie ataku po prostu wyciągną broń i strzelą jak najszybciej tylko potrafią. A potrafili strzelać szybko. Tylko czy to się do czegoś przyda w ciemnościach?

Gdy światło znowu pojawiło się w oddali i wszystko wskazywało na to, że nie zbliżyło się do nich, poczuli się nawet trochę bezpiecznie. Może komuś po prostu zgasła lampa, a oni niepotrzebnie spanikowali? Ktokolwiek to był, podróżował w zupełnie innym kierunku.

John na powrót zapalił swoją lampę, bo nie byli pewni jak dalej prowadzi ich droga. Chcąc nie chcąc, musieli znów zdradzić swoje położenie. Ich konie od razu przeszły do kłusa, równie zaniepokojone tym lasem co oni. Nie przejechali nawet połowy mili, gdy nagle spomiędzy drzew wypadło dwóch obdartusów z rewolwerami w dłoniach.

Konie zatrzymały się gwałtownie i zarżały. Ogier Johna chciał zaszarżować na obu mężczyzn, ale udało mu się go powstrzymać.

Mogliby zastrzelić tych dwóch. Na pewno byli od nich szybsi, mieli lepsze rewolwery. Problemem był tylko hałas, którego by narobili. Nawet pojedynczy strzał ściągnie w ich stronę każdego człowieka z okolicy. Równie dobrze mogliby iść na posterunek w Saint Denis albo prosto na szubienicę i samemu założyć pętle na szyję.

- Nie wyglądają na łowców głów – odezwał się jeden z napastników i zaśmiał się głupkowato. Członkowie bandy Murphy’ego, nie mieli co do tego wątpliwości. – Mówiłem, że można ich bezpiecznie obrobić.

Gdyby tylko nie ta patowa sytuacja, pokazaliby im, jak łatwym celem są.

- Oddajcie nam wszystkie swoje pieniądze – zażądał drugi, ruszając nerwowo rewolwerem, celując to w jednego, to drugiego. – Może was wtedy nie zastrzelimy.

- Wiemy jak działacie, zabijecie nas tak czy inaczej – odezwał się John. Jego koń wycofał się i zrównał z ogierem Arthura. Coś knuł.

- Jeśli strzelicie, to zlecą się tu łowcy głów, których tak się boicie – powiedział im Arthur i zerknął kątem oka na Johna, który odwiesił lampę na siodło, by mieć obie wolne ręce. Ukochany spojrzał na niego, prosto w oczy, a potem w dół.

Arthur podążył za jego spojrzeniem i zauważył, że John podprowadził konia tak, że stał bok przy boku z jego ogierem, a pomiędzy oboma końmi nadstawił rękę. Wiedział już co chce zrobić.

- Uciekniemy! – odpowiedział pierwszy mężczyzna, gdy Arthur dyskretnie sięgał do juków po prawej stronie siodła. – Znamy ten las lepiej niż oni.

- Jest ich tyle, kolego, że w końcu was dopadną – powiedział John. Obaj mężczyźni zwracali teraz uwagę tylko na niego. Arthur szybko wyciągnął dwa noże do rzucania, jeden przekazując ukochanemu, a drugi chwytając pewnie za ostrze, gotowy do rzutu.

- Więc lepiej pozwólcie nam odejść, panowie – zaproponował Arthur. Patrzyli na niego, dając Johnowi czas potrzebny do przełożenia noża do prawej ręki. – To nikt nie zginie.

O dziwo ich ostrzeżenia wpłynęły jakoś na obu mężczyzna, ale nie na tyle, by zrezygnowali z napadu. To nie miało zresztą znaczenia, nie zamierzali pozwolić odejść zwykłym mordercom, którzy dla zabawy ćwiartują zwłoki i przetrzymują swoje ofiary w klatkach.

- Pieniądze – powtórzył drugi. – Dajcie je nam, albo zaczniemy strzelać. Wiemy, że nie odpowiecie ogniem. Też się boicie łowców głów.

- Ale my nie musimy strzelać – zauważył John.

Lata współpracy sprawiły, że innego sygnału Arthur już nie potrzebował. Rzucili nożami w tym samym momencie, oba Pomioty nawet nie zdążyły się zorientować co się dzieje, a już skończyły z przebitymi głowami. Całe szczęście rewolwery przypadkiem nie wypaliły.

- Ręka ci lata, Morgan – odezwał się John, gdy tylko ciała padły. – Trafiłeś tylko w oko, nie między oczy.

- Zamknij się i jedź – polecił mu i od razu ruszył za ukochanym.

Obeszło się bez dalszych niespodzianek, nie napotkali też żadnych innych podróżnych, nawet w oddali i około drugiej w nocy dotarli bezpiecznie do obozu.

- Odnalazły się zguby – skomentował ich powrót Bill, który akurat stał na warcie.

Zostawili konie na polanie do wypasu i zsiedli z nich. Kolana się Arthurowi ugięły, gdy wylądował na ziemi. Wszystko z powodu zmęczenia. Dwie godziny snu na trzy doby bycia na nogach, to było zdecydowanie za mało. Oczy mu się kleiły i ledwo kontaktował. Gdyby nie to, że w lesie musiał być uważny jak nigdy, pewnie już dawno padłby z wyczerpania. A John miał jeszcze czelność narzekać na jego celność.

On też nie wyglądał najlepiej. Był mniej zmęczony niż Arthur, ale mimo wszystko wyczerpany. Dużo ziewał i słaniał się na nogach. Nawet nie chodziło o brak snu – to stres i ta długa podróż ich najbardziej wyczerpały. Arthurowi marzył się cały dzień spania albo chociaż wypoczywania, bez konieczności wstawania.

Na szczęście wrócili do obozu wyjątkowo wcześnie. Jeśli teraz się położą, będą mogli przespać się nawet dziewięć godzin. O ile w ogóle będą w stanie zasnąć, bo Arthur już czuł, że nie prześpi tego całego czasu spokojnie i bez wybudzania się co pół godziny. 

- Gdzieście byli? – zapytała ich Sadie, obudzona ich przybyciem. – Dutch był wściekły, że urządzacie sobie wycieczki na dzień przed napadem.

Przynajmniej nie podejrzewał, że planują ucieczkę, a przynajmniej tego nie pokazywał.

- Musieliśmy coś załatwić – wyjaśnił jej Arthur, kierując się już do swojego namiotu. – Chętnie bym o tym więcej pogadał, ale padam z nóg.

- Nic dziwnego, kiedy ostatni raz spałeś?

Nie zamierzał liczyć tej krótkiej drzemki w podróży.

- O ósmej minie trzecia doba – odpowiedział jej, trochę się sepleniąc. Szlag, język mu się plątał jakby był po kilku głębszych. Musiał się położyć, już, zanim zacznie mieć też zwidy. Nie powinien był się nigdy doprowadzić do takiego stanu, nie przed najważniejszym napadem w swoim życiu. John i Sadie będą na nim polegać, a on świadomie sam siebie osłabił. Trzeba było się przespać w dziczy po odwiezieniu Szybującego Orła do domu, zamiast zadręczać się czymś, na co nie miał większego wpływu.

Gdy przechodził obok namiotu Johna, wyszła z niego Abigail. Ją też musiało obudzić całe zamieszanie.

- Wyglądasz okropnie – skomentowała go, odwracając się na moment do Johna, który się zbliżył wraz z Sadie.

- I czuję się okropnie – wyznał zmęczony, przecierając ciężkie powieki, nim rozejrzał się uważnie. – Jesteś gotowa, Abigail?

- Jestem – potwierdziła cicho. – Tilly też. Spakowałyśmy już część rzeczy, są w namiocie Johna. Twoją własność spakujemy jutro, gdy wyjedziecie. Masz coś jeszcze do dodania do listy?

- Nie, nie – zapewnił ją szybko. – Tylko to co mówiłem.

Gdyby nie to, że uprzątnięty przed napadem wóz byłby zbyt podejrzany, sam by się spakował, a tak musiał polegać na Abigail i Tilly, które były odpowiedzialne za wszystkie ich rzeczy, w tym broń, której nie zabierali ze sobą na napad.

- W obozie będziemy tylko my z panią Grimshaw, nie powinno być trudno – stwierdziła spokojnie Abigail. Zazdrościł jej tego spokoju. – Chyba że zastrzeli nas jak Molly.

- Róbcie swoje tak dyskretnie, jak tylko się da – poradził jej Arthur. – Bez Pearson i połowy kobiet, Susan będzie zajęta bardziej niż zwykle. Po prostu bądźcie z Tilly gotowe do odjazdu, bo gdy Sadie tylko wróci, zabieracie się stąd. Jak się da, spróbujcie namówić Susan do odejścia. Może się zgodzi.

- Będziemy na was czekać nad O’Creagh’s Run, albo wy na nas – przypomniał im John i popatrzył na Sadie. – Przyprowadź ich bezpiecznie.

- Nie denerwuj się, Marston, nic im przy mnie nie będzie – odparła pewna siebie.

- Jeszcze tylko parę godzin – westchnął Arthur i ziewnął. John zrobił to samo zaraz po nim, nie potrafiąc nad tym zapanować. – Nie zapomnijcie swoich ról, a powinno być dobrze. Przynajmniej taką mam nadzieję.

- Idź spać, Arthurze, bo bredzisz – poradziła mu Sadie.

- To dobry pomysł – przytaknął jej z uśmiechem. – Dobranoc.

- Arthur, czekaj – zatrzymał go John. Gdy Arthur na niego popatrzył, ukochany przyglądał mu się z nadzieją, przez moment zerkając na swój namiot. – Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy? Że nie będziemy w stanie zasnąć? Chyba że w konkretnych warunkach?

Arthur odwrócił się do niego przodem i zrobił krok w jego stronę. Naprawdę chciał to zrobić?

- Chcesz, żebyśmy spali razem pod samym nosem Dutcha i Micah? – zapytał go z niedowierzaniem. Na głos ten pomysł brzmiał jeszcze bardziej głupio.

- Już raz to zrobiliśmy – przypomniał. – I wyspaliśmy się. Co mamy do stracenia?

Popatrzył na Abigail i Sadie, które niewzruszone przysłuchiwały się ich rozmowie. Przynajmniej ta druga miała to gdzieś, Abigail już chyba zawsze będzie czuła jakiś ból w związku z nieodwzajemnionym uczuciem ze strony Johna.

- Nie wiem czy to dobry pomysł tak ryzykować – przyznał, choć bardzo chciał przystać na tę propozycję. Tylko tak mógł mieć pewność, że się wyśpi i choć trochę odpocznie, zamiast pół nocy marnować na przekładanie się z boku na bok.

- Proszę – nalegał łagodnym głosem John, wodząc wzrokiem po reszcie obozu, wypatrując czy nikt inny się nie obudził. – Połóż się ze mną. Obaj będziemy lepiej spać.

Chciał się zgodzić tak bardzo, że to aż bolało. Nie chodziło nawet o sen, po prostu chciał się znowu poczuć bezpiecznie jak wtedy w Shady Belle, gdy w chwili słabości przespał z Johnem całą noc. Tyle było w nich stresu ostatnio, potrzebowali tego. Obaj. Tylko czy mogą sobie na to pozwolić, na takie ryzyko?

Mogą się tłumaczyć, że są braćmi, ale widok ich śpiących razem tylko podsyci i tak już ogromną nieufność, jaką miał wobec nich Dutch, a komplikowanie swojego planu w dniu, w którym mieli go w końcu wprowadzić w życie, było naprawdę głupim pomysłem.

Ale i kuszącym.    

Jeszcze nie tak dawno temu wybiłby to Johnowi z głowy, wyjaśnił jakie to niewarte ryzyka i że na pewno będzie inna okazja, ale teraz był zbyt zmęczony, by walczyć z potrzebą bliskości, której coraz bardziej potrzebowali im więcej rzeczy się pieprzyło, a na którą wcale nie będzie później więcej czasu.

Nie potrafił odmówić nawet samemu sobie, a co dopiero Johnowi, któremu naprawdę na tym zależało i patrzył na niego zdesperowany.

- Wezmę Jacka do twojego namiotu – zawróciła się do Arthura Abigail i poszła po syna. Najwyraźniej podjęła już decyzję za niego. Cieszył się, że odebrała mu możliwość zrobienia tego samemu. Przynajmniej miał wymówkę.

- Mogę popilnować namiotu, jeśli chcecie – zaproponowała Sadie, wyjmując rewolwer, który zaczęła czyścić. – Dam wam znać, kiedy będzie bezpiecznie wyjść, a jeśli ktoś zapyta, gdzie jesteście, powiem że rozmawiacie w środku. Mam nadzieję, że nie chrapiecie.

I tak ktoś się zorientuje, że spali obok siebie. Obecności Abigail i Jacka w namiocie Arthura już Sadie nie wytłumaczy tak łatwo.

- Raczej nam się nie zdarza zbyt często – odpowiedział z uśmiechem John, patrząc znowu na Arthura. – Co ty na to?

Powinien odmówić, ale był słabym mężczyzną. Przytaknął i uśmiechnął się z wdzięcznością do Abigail, która wyniosła śpiącego Jacka z namiotu Johna i ruszyła do jego wozu.

- Dobranoc, chłopcy – życzyła im jeszcze.

- Dziękuję, Abigail – powiedział jej John. To ją zatrzymało.

- Potrzebujemy was wypoczętych – wytłumaczyła się i ruszyła dalej.

Patrzyli za nią przez chwilę, nim spojrzeli na siebie, niepewni tego co chcieli zrobić. Trochę się denerwowali, nawet w Horseshoe nie mieliby odwagi robić czegoś takiego, a wtedy nie byli tak uważnie obserwowani jak teraz przez Micah i jego kolegów. Ryzykowali naprawdę sporo, ale jeśli dzięki temu będą w lepszej formie na napad, to byli skłonni podjąć to ryzyko, także z egoistycznych pobudek.

John rozejrzał się i wszedł do namiotu pierwszy, opuszczając za sobą poły. Arthur odczekał chwilę, ledwo stojąc na nogach, ale musiał się upewnić, że nie zdradzą się już na początku. Zapalił papierosa i czekał, dyskretnie spoglądając na każdego śpiącego towarzysza. Dwaj koleżce Micah spali przy głównym ognisku, a on sam nieopodal wozu Pearsona. Dutch był u siebie, Javier też leżał na swoim zwyczajowym miejscu, podobnie jak Tilly i Susan.

Kiedyś było ich więcej. Więcej chrapania, niektórzy nawet o tej porze jeszcze nie spali tylko grali w pokera. Ich obóz wyglądał ponuro i pusto, i tak cicho, że aż dziwnie było tu spać i nie słyszeć towarzyszy wokół siebie. Nawet gdy była ich tylko garstka, jeszcze przed dołączeniem Johna, nigdy nie czuł takiej atmosfery w obozie jak teraz. Kiedyś czuł się w nich bezpiecznie, jak w domu. Teraz czuł tylko niepokój i niepewność, cały czas był w gotowości. To już nie była rodzina, tylko banda obcych sobie osób, która w każdej chwili może się nawzajem pozabijać.

Nie wyczuwając na sobie niczyjego wzroku, podał niedopalonego papierosa siedzącej na straży Sadie i z szybko bijącym sercem wszedł do namiotu, wiążąc za sobą poły. John już leżał i nawet może spał. Arthur nie winił go za to, że na niego nie poczekał, należał mu się odpoczynek.

Tak by go nie obudzić, ściągnął całe uzbrojenie wraz z płaszczem, butami i kapeluszem, nim położył się obok ukochanego. W namiocie było ciemno, światło ogniska praktycznie nie przenikało do środka, ale było go wystarczająco, by mógł zobaczyć twarz Johna.

Oczy same mu się zamykały, ale zmusił je do pozostania otwartymi i chwilę wpatrywał się w twarz przed sobą, nie mogąc uwierzyć, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to taki widok będzie miał już codziennie, każdego poranka i wieczora.

Była tylko jedna skaza na tym obecnym obrazku. Nawet śpiąc John nie był zrelaksowany i twarz miał napiętą. Zwykle sny pozwalają uciec od rzeczywistości, ale nie im. Nie teraz. To co działo się, gdy byli przytomni, podążało za nimi we śnie. Arthur wiedział o tym aż za dobrze.

Wyciągnął dłoń w stronę twarzy ukochanego, chcąc trochę załagodzić te wszystkie zmarszczki i spięte mięśnie. Przejechał palcami po bladych bliznach, po każdej jednej, nawet tej na nosie, najmniej widocznej. John otworzył wtedy oczy, spoglądając na niego ze zmęczeniem spod przymkniętych powiek.

- Wybacz – przeprosił go i wycofał rękę, ale John nie pozwolił mu jej zabrać. Złapał go za nią i splótł razem ich palce, kładąc złączone dłonie pomiędzy ich głowami.

- Nie spałem – zapewnił i niemrawo przysunął się bliżej. – Po prostu nie chciało mi się mówić ani otwierać oczu.

- Więc dlaczego zrobiłeś to teraz? – zażartował i odetchnął głęboko. Gdy zamknął przy tym oczy, już ich nie otworzył, nie miał na to siły.

- Połaskotałeś mnie – wyjaśnił i ziewnął. – Jutro o tej porze już będziemy bezpieczni.

- Wolni być może, ale nie bezpieczni – poprawił go. – Dopiero gdy uciekniemy gdzieś, gdzie nie jesteśmy poszukiwani.

John mruknął w odpowiedzi i nie powiedział nic więcej. Arthur był pewien, że w końcu zasnął, dlatego trochę się zląkł, gdy po dłuższej chwili usłyszał szept:

- Boję się.

Otworzył oczy i natychmiast natrafił na przerażone spojrzenie Johna, jakiego nie widział u niego już od bardzo dawna.

Przypomniały mu się takie same słowa, których użył w rozmowie z siostrą Calderon oraz jej odpowiedź. Że nie ma się czego bać, że bycie grzesznikiem nie wyklucza bycia dobrym człowiekiem ani dostania drugiej szansy jeśli tylko się żałuje i chce się wszystko naprawić. To był pierwszy raz, kiedy przyznał przed kimś innym niż przed bliskim swoje lęki. Siostra Calderon praktycznie go nie znała, ale zdążyła zauważyć w nim coś tak jak Mary, a co przez lata zakopywał pod stertą kolejnych grzechów i złych uczynków. Czuł się bezpiecznie zwierzając się jej ze swoich wątpliwości i w odpowiedzi dostał to, czego najbardziej teraz potrzebował – nadzieję.

- Ja też – wyznał.

Nie musieli mówić czego się boją, obaj to wiedzieli. Że coś pójdzie nie tak, zostaną aresztowani, nie uda im się uciec, zginą obaj albo tylko jeden z nich. Bali się porzucić jedyne życie, jakie pamiętali, a im bliżej było tego ostatecznego skoku, tym większy był strach, z którym nie mogli nic zrobić. Mogli tylko robić swoje i mieć nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, a nawet jeśli nie, to i tak uda im się uciec.

Przysunęli się do siebie w tym samym momencie, obejmując się mocno i ani myśląc o tym, by się puścić. To im pomogło trochę ukoić nerwy, zrelaksować się przed snem, który nadchodził wielkimi krokami.

John zasnął pierwszy, czuł jego spokojny oddech na szyi i jak jego ciało staje się mniej spięte. Nie trzeba było nic więcej, by Arthur też zasnął, już czując, że odzyskuje siły. Westchnął ukontentowany i zamknął oczy, zasypiając w parę sekund i śniąc o jeleniu spowitym w promieniach słońca.

***

Staring at the finished page before me
All the damage now so clear and evident
Thinking 'bout the dreaded task in store for me
A bitter fear at the thought of my amends
Hoping that the step will help restore me
To face my past and ask for forgiveness
Cleaning up my dirty side of this un-swept street
Could this be the beginning of the end?

I once thought it better to regret
Things that I have done, then haven't

Sometimes you've got to be wrong
Learn the hard way
Just when you're through hanging on
You're saved