Actions

Work Header

Dla większego dobra

Chapter Text

„Gdybym Ci powiedziała, że istnieje inny sposób? Inny sposób, żebyś mógł z nim zostać na zawsze?”

Alexander Lightwood leżał w łóżku w swojej sypialni w instytucie i wpatrywał się w sufit rozpamiętując rozmowę z wampirzycą Camille.

„Nie ma sposobu, by uczynić cię nieśmiertelnym. Nie bez czarnej magii, lub zmiany w wampira, a Ty odrzucasz te opcje.”

Przewrócił się na brzuch ukrywając twarz w poduszce. Jęknął cicho, gdy poczuł pieczenie na policzku. Pragnął żyć razem z Magnusem jak najdłużej, jednak dobrze zdawał sobie sprawę ze swojej pozycji. Już teraz ludzie patrzyli na niego z pogardą z powodu jego związku z podziemnym. Nie mógł liczyć na to, że jeśli zdecyduje się na przemianę rodzina i wszyscy Nocni Łowcy tak po prostu to zaakceptują. Jednak chciał spróbować przygotować bliskich na taką ewentualność, może wtedy łatwiej by im było to zaakceptować. Może gdyby się zdecydował mógłby wciąż odwiedzać rodzinę. Postanowił zacząć od rozmowy z rodzicami. Nie zdążył dotrzeć do sedna sprawy, gdy w oczach Mary's pojawiła się wściekłość. Wymierzyła mu tak silny policzek, że aż odwrócił głowę. Zaczęła krzyczeć, że już nie będzie ich synem, że Clave go wygna i już nigdy nie pozwoli wrócić do domu. A może nawet skażą go na śmierć. Powiedziała, że powinien zapomnieć o tym przeklętym czarowniku, albo o nich.

Załkał cicho w poduszkę. Matka boleśnie uświadomiła go, że jeśli przekroczy granicę już nie będzie miał, dokąd wrócić. Znów dopadły go słowa Camille.

„Może nie jesteś w stanie dać sobie nieśmiertelności, mały Nephilim, w sposób, jaki zaakceptuje twoja rodzina. Ale możesz ją zabrać Magnusowi.”

Chłopak poderwał się z łóżka. Włożył buty i wyszedł z pokoju kierując się do sali ćwiczeń. Nie mógł zasnąć z powodu wszystkich uczuć, które szamotały się w jego sercu. Kiedy zaczął okładać worek tak jak to robił tysiące razy przedtem wracało do niego to, o czym nie chciał myśleć

Zaczął mocniej uderzać w swój cel wyobrażając sobie twarz Camille.

Sama powiedziała, że była gotowa powiedzieć wszystko byleby się uratować. Czarownik ostrzegał go, że wampirzyca jest doskonałą manipulatorką. Wiedziała, że Alec’a dręczy myśl, że pewnego dnia on umrze i zostawi Magnusa samego. Zawsze myślał, że jedynym sposobem na to by mogli pozostać razem było stanie się nieśmiertelnym. Dlatego na własną rękę próbował się dowiedzieć, czy istnieje na to sposób. Jednak nigdy nawet nie przyszło mu do głowy by szukać informacji o tym jak pozbawić tej nieśmiertelności swojego ukochanego. Nie wiedział, że istnieje inny sposób. Dopiero Camille zaszczepiła w nim tę wiedzę sugerując, że to on tego pragnie. Nienawidził jej za to. I nienawidził siebie za to, że o tym rozmyślał nawet przez sekundę.

Wampirzyca doskonale wiedziała, że Alexander za bardzo kochał czarownika by kiedykolwiek się na to zgodzić, jednak posiadała coś, czego chłopiec pragnął równie mocno jak wiecznego życia. Posiadała wiedzę na temat Magnusa. Wiedzę, której on nie miał. Mogła dręczyć Nocnego Łowcę strzępkami informacji na temat jego ukochanego i manipulować nim dopóki był jej przydatny. Chłopak zdobywał dla niej informacje i wykonywał inne drobne usługi, które nie przekraczały porozumienia. W zamian za to zostawał nagrodzony kolejną nową historią.

Wciąż na własną rękę próbował znaleźć sposób na zdobycie nieśmiertelności jednak za każdym razem spotykało go rozczarowanie. Camille tylko się z niego śmiała, przypominając o tym, że zawsze może zostać wampirem.

Po jakimś czasie zrozumiał, dlaczego Magnus pokochał tę kobietę. Dzięki jej nieśmiertelności miał pewność, że zawsze będzie przy nim.

Dlatego zdecydował się przyjąć jej propozycje.

Po godzinie -spędzonej na intensywnym okładaniu worka treningowego- wziął szybki prysznic ubrał się. Czując, że mimo wysiłku, jaki włożył w uspokojenie się i tak nie zaśnie, postanowił się przejść.

Wciąż było ciemno, gdy dotarł do najbliższego parku i opadł na ławkę. Nie wiedział, co miał ze sobą zrobić. Nie zabrał telefonu, więc nie mógł umówić się z Camille w jej kryjówce. A u Magnusa nie był od kilku dni. Gdy o tym pomyślał uświadomił sobie z ironią, że od dłuższego czasu wolał słuchać opowieści Camille o Magnusie niż się z nim spotkać.

Ta wiedza wstrząsnęła nim do głębi. Skulił się na ławce objął kolana ramionami i ukrył twarz nie chcąc by ktoś zobaczył jak płacze. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co robił. Magnus zawsze mówił, że przeszłość nie ma znaczenia i przez dłuższy czas Alec uważał tak samo. Jednak Camille zaczęła mu opowiadać o życiu Magnusa, którego on nie znał. Mimo wszystkich zapewnień, że przeszłość nie ma znaczenia, Alec chciał wiedzieć. Wciąż łapał się na tym, że gdy nasuwało mu się jakieś pytanie, które chciałby zadać czarownikowi, przychodził do Camille, ponieważ ona zawsze mu odpowiadała, natomiast Magnus zbywał go lub zmieniał temat. Kochał go. Jednak wszystkie te tajemnice zaczęły ich od siebie oddalać.

Nie miał pojęcia jak długo przebywał poza instytutem. Wiedział jednak, że w tym momencie nie obchodzi go gniew rodziców, chciał się zobaczyć z Magnusem. Przetarł oczy rękawem i wstał kierując się w stronę Brooklynu. Nie zabrał z domu portfela nawet stelli, więc całą drogę musiał pokonać pieszo. Co pozwoliło mu się trochę uspokoić.

Gdy znalazł się na ulicy, na której mieszkał czarownik znów miał postawę Nocnego Łowcy, pewnego siebie wojownika i tylko podpuchnięte i zaczerwienione od płaczu oczy zdradzały prawdę.

Był kilka kroków od bramy, gdy nagle drzwi otworzyły się i wybiegł z nich, rozczochrany czarownik bez makijażu i w odpiętym płaszczu, pod którym zauważył tylko cienką białą koszulę. W prawej dłoni trzymał błękitny satynowy szalik, który podarował Alec’owi jakiś czas temu, lewą natomiast przytrzymywał przy uchu telefon. Wyglądał na zaniepokojonego.

„Mówiliście, że powinienem dać mu trochę czasu na uspokojenie, zgodziłem się, ponieważ znacie go dłużej. A teraz dzwonisz do mnie w środku nocy mówisz, że zniknął zostawiając w domu telefon i stellę. Ze wszystkich rzeczy na świecie akurat stellę. Po tym jak znów pokłócił się z rodzicami o mnie i ty śmiesz kazać mi się uspokoić Jonathanie?!”

Wrzasnął zanim się rozłączył. Schował telefon do kieszeni i ruszył w kierunku oniemiałego chłopaka skupiając całą uwagę na szaliku i mamrocząc zaklęcie tropiące. Zanim skończył je wypowiadać dostrzegł przed sobą cień postaci. Był gotów rzucić urok na każdego, kto próbowałby go teraz zatrzymać.

Podniósł oczy, w których gniew mieszał się z niepokojem i zamarł, gdy spotkał znajome niebieskie tęczówki.

Gniew zniknął zastąpiony ulgą, ale niepokój pozostał.

“Nic Ci nie jest Alexandrze?” Zapytał cicho czarownik robiąc niepewny krok w stronę Nocnego Łowcy. Dostrzegł zaczerwienione oczy i policzek jakby po uderzeniu. Ten widok wywołał u niego gniew na osobę, która śmiała skrzywdzić jego chłopaka.

Alec zadrżał na dźwięk głosu Magnusa. Dopiero w tym momencie uświadomił sobie jak bardzo za nim tęsknił. Cały wysiłek, który włożył w uspokojenie okazał się daremny. Fasada Nocnego Łowcy opadła ukazując mężczyźnie całą tęsknotę i cierpienie, jakie w sobie nosił od ich ostatniego spotkania.

Magnus wciągnął gwałtownie powietrze, gdy pierwsze łzy wypłynęły z ukochanych oczu. Wystarczyły dwa kroki, by chłopak znalazł się w jego objęciach. Nephilim natychmiast się w niego wtulił a mężczyzna aż się wzdrygnął, gdy poczuł zimne ręce zaciskające się na jego koszuli.

„Na miłość boską Alec jesteś przeraźliwie zimny.” Jęknął Magnus. „Wejdźmy do środka.”

„Nie…” Usłyszał zdławiony szloch.

„Nie? Ale…”

„Przepraszam.” Powiedział głosem pełnym poczucia winy. „Przepraszam Magnusie. Tak bardzo przepraszam.”

„Nie musisz mnie przepraszać Alexandrze.” Oznajmił czarownik. „Nie zrobiłeś nic złego.”

Poczuł, że chłopak kiwa przecząco głową i próbuje się odsunąć. Magnus poluźnił trochę uścisk, ale nie na tyle by go puścić.

„Nie złego. Zrobiłem coś strasznego Magnusie.” Szepnął Alec wpatrując się w guziki na koszuli czarownika byleby tylko nie patrzeć mu w oczy.

„Wystarczy Alexandrze.” Powiedział stanowczo. „Wejdźmy do środka wtedy możesz mi o wszystkim opowiedzieć. I chcę żebyś wiedział, że nie ma na świecie rzeczy, która mogłaby sprawić abym Cię znienawidził.”

Poczuł jak po jego słowach mięśnie chłopaka zaczęły drżeć. Czyżby właśnie tego się obawiał?

‘Och Alexandrze, co takiego zrobiłeś?’ Pomyślał Magnus znów go obejmując. Stali tak jeszcze przez chwilę w milczeniu, które przerwał Nocny Łowca.

„Jestem tak bardzo zmęczony…” Szepnął.

Magnus zaśmiał się objął chłopaka jedną ręką w pasie i zaczął go prowadzić w stronę wejścia do kamienicy.

„Nie dziwię się. Jest po czwartej. Niedługo wstanie słońce.”

„Mam wrażenie, że nie spałem od wieków…”

„A dokładniej to od jak dawna?” Zapytał starając się ukryć zaniepokojenie.

„Może kilka…” Zanim dokończył zaczął się osuwać na ziemię.

Magnus był przerażony jeszcze nigdy nie widział go w takim stanie. Jednym szybkim ruchem wziął chłopaka na ręce i zaniósł do swojego mieszkania.

Gdy znalazł się w sypialni położył Nocnego Łowcę na łóżku. Wciąż wyczuwał bijący od niego chłód. Zdjął z niego buty i nakrył kołdrą. Na wszelki wypadek rzucił na pomieszczenie zaklęcie ogrzewające. Wrócił do przedpokoju by odwiesić płaszcz. Wracając usłyszał szloch Alec’a.

„Magnusie…” Czarownik doskoczył do otwartych drzwi chcąc jak najszybciej pokazać się ukochanemu, który jak się okazało wciąż spał najwyraźniej dręczony jakimś koszmarem. Podszedł do łóżka i położył się obok chłopaka, z którego oczu spływały łzy.

Magnus dotknął delikatnie jego czoła odgarniając na bok grzywkę. Skóra ogrzała się, jednak daleko jej było do uzyskania naturalnej temperatury.

„Tak mi przykro.” Jęknął Nocny Łowca. „Nigdy nie chciałem…”

Czarownik podniósł się gwałtownie. Po śmierci Max’a Alec’a często dręczyły koszmary. Płakał wtedy nie wydając żadnego odgłosu lub nagle budził się z krzykiem, jednak nigdy nie mówił przez sen.

„Nie chciałem…” Kolejny szloch nieco głośniejszy i powieki chłopca otwarły się ukazując błękitne tęczówki.

Nocny Łowca usiadł zaciskając prawą rękę na bluzce w okolicy serca drugą natomiast objął kolana, które przyciągnął do piersi. Drżał na całym ciele i miał problem ze złapaniem oddechu.

Magnus natychmiast rozpoznał objawy ataku paniki, których Alec nigdy nie miewał. Albo nigdy mu o nich nie wspominał?

Nie wiedział, co wywołało atak, dlatego obawiał się użyć magii, aby mu pomóc. Chłopak wciąż próbował złapać oddech. Magnus położył mu rękę na plecach, chcąc w ten sposób okazać wsparcie i zwrócił się do drżącego Alec’a.

“Hej oddychaj, jestem tutaj nic Ci nie grozi”.

Jeśli myślał, że to pomoże był w błędzie. Nocny Łowca zadrżał i zerwał się z łóżka tak jakby przed czymś uciekał. Zatrzymał się pod ścianą obejmując się ramionami tak, że aż zbielały mu knykcie. W jego oczach czarownik dostrzegł strach. Nogi drżały tak mocno, że nie były w stanie dłużej go utrzymywać. Zaczął osuwać się po ścianie na ziemię.

Czarownik uklęknął przed chłopakiem, nie próbował go już dotknąć, mimo że całe jego ciało pragnęło objąć tę drżącą przerażoną masę.

„Alexander. Już dobrze…” Starał się mówić spokojnie. „To był tylko sen. Zły sen. Słyszysz mnie?”

Niebieskie oczy przeniosły się z ziemi na jego twarz. Usta otworzyły się i wydusiły z siebie jedno słowo:

„Mag… nus…”

„Ciiii już dobrze. Jestem tutaj.” Miał nadzieję, że Alexander nie zapamięta tego, że zwracał się do niego jak do dziecka. „To był tylko sen. Jesteś w moim mieszkaniu na Brooklynie. Jest prawie piąta rano. „Szeptał tak jeszcze przez chwilę. Zauważył, że drżenie ustało i z oczu chłopaka powoli zniknęła panika.

„Alec?” Niebieskie oczy uniosły się na twarz czarownika z niemym pytaniem. „Mogę usiąść koło Ciebie?”

Odpowiedziało mu lekkie skinienie głową. Magnus natychmiast przysiadł pod ścianą na tyle, blisko że wyczuwał chłód bijący od skóry chłopaka a jednocześnie wystarczająco daleko by go nie dotykać. Siedzieli tak przez kilka minut. Czarownik starał się miarowo oddychać, licząc na to, że chłopak instynktownie zrówna z nim swój oddech. I tak się stało. Gdy Nocny Łowca wyraźnie się uspokoił zaczął zbierać w sobie siłę by zapytać o cały incydent, jednak Lightwood go wyprzedził.

„Przepraszam.” Szepnął zduszonym głosem.

Magnus spojrzał na niego obawiając się, że w jego oczach dostrzeże łzy. Na szczęście tak nie było.

„Już Ci powiedziałem, że nie musisz przepraszać.”

Czarownik wyciągnął ramię, aby objąć Alec’a, jednak zatrzymał się, gdy przypomniał sobie, że mimo tego, że chłopak wyglądał na spokojnego wciąż mógł wrócić do stanu z przed chwili, jeśli zrobiłby coś nieodpowiedniego.

Dlatego zapytał niepewnie:

„Mogę Cię objąć?”

Gdy dostrzegł reakcję Nocnego Łowcy ucieszył się, że najpierw zapytał o pozwolenie. Niebieskie tęczówki wpatrywały się w niego z przerażeniem. Magnus nie rozumiał, co się dzieje. Przez głowę przemknęło mu wiele wyjaśnień i żadne mu się nie spodobało, dlatego zdecydował się zapytać wprost.

„Nie mogę Ci pomóc dopóki mi nie powiesz, co się stało.” Zauważył. „Chcę tylko żebyś wiedział, że nigdy bym Cię nie skrzywdził.”

Alec wciągnął gwałtownie powietrze, w jego oczach znów można było dostrzec strach.

„Magnus, ja…”

„Jeśli ktoś Cię skrzywdził wskaż tylko palcem, a dopilnuje by dzisiejszy wschód słońca był ostatnim jaki zobaczy w swoim życiu” oznajmił stanowczo czarownik a między palcami przebiegły mu błękitne iskry.

„Nie Magnusie…” szepnął zmęczony nastolatek. „To nie tak…”

„A jak?! Nie odzywałeś się przez kilka dni. Twoje rodzeństwo próbowało mi wmówić, że potrzebujesz czasu po tym, co się stało z Camille, a później…”

Czarownik zamilkł, gdy dostrzegł jak jego młody kochanek skulił się na wypowiedziane przez niego imię wampirzycy.

„A więc chodzi o NIĄ?” Stwierdził smutno. „Myślałem, że już wyjaśniliśmy sobie, że zamknąłem za sobą ten rozdział mojego życia. Czemu tak trudno Ci w to uwierzyć? Dlaczego nie możesz mi zaufać?!”

„Ufam Ci.” Szepnął Nocny Łowca.

„Najwyraźniej nie, skoro znów wałkujemy ten temat.”

Czarownik wstał i ruszył w stronę kuchni. Był wzburzony, potrzebował chwili na uspokojenie by nie powiedzieć czegoś, czego mógłby żałować.

Nie kłamał, gdy mówił, że nie jest w stanie znienawidzić Alec’a, jednak w tym momencie czuł przepełniające go rozczarowanie. Z początku zazdrość chłopaka mu schlebiała. Sądził, że to oznaka przywiązania. Nie pamiętał, kiedy zaczęło mu to przeszkadzać.

Magnus westchnął ciężko i sięgnął po wysoką szklankę z szafki nad zlewem. Miał zamiar nalać sobie wody, gdy dotarł do niego dźwięk, którego wolałby nigdy nie słyszeć.

Odstawił drżącą ręką szklankę na blat i podszedł cicho do drzwi sypialni.

Nocny Łowca siedział tam gdzie go zostawił. Objął ramionami kolana i ukrył w nich twarz starając się stłumić szloch, który wstrząsał całym jego ciałem.

Magnus nienawidził, gdy jego chłopak płakał. Tym razem robił to przez niego. Miał ochotę urwać sobie ten durny łeb. Aleksander przyszedł do niego najwyraźniej dręczony czymś, co zrobił. Sam powiedział, że zrobił coś strasznego. A jak Magnus mu pomógł? Oskarżając o brak zaufania.

'Pięknie Bane.'

„Więc… Powiesz mi co takiego zrobiłeś?” Zapytał Magnus nie ruszając się z pod drzwi.

Alec otarł łzy wierzchem dłoni i wyszeptał coś niedosłyszalnie nie patrząc na Magnusa.

„Mógłbyś powtórzyć?”

„Wypiłem krew Camille” Powiedział głośniej i skulił się instynktownie.

Magnus zbladł.

„Co zrobiłeś?!”

„Wypiłem jej…” Alec próbował powtórzyć, ale Magnus szybko mu przerwał.

„Słyszałem Cię. Ale dlaczego? Dlaczego do diabła zrobiłeś coś tak głupiego?”

„Ponieważ, to był jedyny sposób.”

„Na co?” Magnus podszedł do chłopaka, klęknął przed nim kładąc jednocześnie dłonie na jego kolanach. „Kochanie…”

„Camille była uwięziona, pomogłem jej uciec a ona w zamian obiecała zdradzić jak mogę zostać z Tobą na zawsze.” Wymamrotał na jednym oddechu. „Oczywiście mnie okłamała. Stwierdziła, że jedyny sposób to odebranie Ci nieśmiertelności. Nie mógłbym Ci tego zrobić. Byłbym w stanie zaakceptować wszystko gdybym to ja musiał ponieść konsekwencje tej decyzji. Próbowałem znaleźć inny sposób, Przeczytałem mnóstwo książek i nic.”

Magnus był w szoku.

„Zrobiłeś to dla mnie?” Zapytał cicho.

Alec nareszcie spojrzał na Magnusa.

“Kiedy spotkałem Camille zrozumiałem dlaczego ją kochałeś. Jest piękna, mądra a przede wszystkim nieśmiertelna, po prostu idealna.” Wyliczył szybko. „Kiedy z nią byłeś nie musiałeś obawiać się tego, że kiedyś się zestarzeje i umrze. Już nigdy nie musiałbyś być samotny.”

Chapter Text

 

Magnus  wpatrywał  się  w twarz śpiącego ukochanego, który po wcześniejszym wyznaniu całkowicie opadł z sił.
Po  chwili,  która  trwała  dla  czarownika  wieki,  pozwolił  się  wreszcie  dotknąć  i  położyć  ponownie do łóżka.
Magnus szybko napisał wiadomość do  Jace’a i Izzy  informując  ich,  że  Alec  jest  u  niego.  Teraz   leżał   koło
chłopaka rozmyślając nad jego słowami.

Głupi Nephilim był gotów poświęcić dla niego swoją karierę, rodzinę, nawet życie, nie żądając niczego w zamian.
Jednak  nie  to  zdziwiło  Magnusa  najbardziej.  Alec,  który  uważał  Camille  za  swoją  rywalkę,  który  jeszcze
kilka   tygodni   temu   był   o   nią   wściekle   zazdrosny,   jakimś   cudem  spędził  z  nią  wystarczająco  czasu,
by dać się jej zmanipulować.

Sama   myśl,   że   po   przemianie   Alec   zostałby   jej   podwładnym   do  końca  swojej  egzystencji  sprawiała,
że po plecach przebiegały mu ciarki. Chłopak najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji swojej decyzji.

Alec  mruknął  coś  przez  sen,  Magnus  zauważył  jak  przez  jego  twarz  przemyka  cień. Znów dręczył go jakiś
koszmar.  Delikatnie  objął  chłopaka,  którego  skóra  mimo zaklęcia wciąż była przeraźliwie zimna.  Był to jeden
z efektów ubocznych wypicia krwi wampira.

Magnus  nigdy  nie  słyszał  o  Nocnym  Łowcy,  który  został  wampirem.   Właśnie   ze   względu   na   możliwość
ewentualnej  przemiany  po  ataku  wampira  zawsze  palono  zwłoki.  Żaden  Nephilim,  którego  znał do tej pory,
nie  mógłby  żyć  ze  świadomością,  że musiałby  się  żywić  krwią  niewinnych,  których  miał  za  zadanie bronić.
Ze wszystkich Nocnych Łowców na świecie musiał zakochać się akurat w tym jedynym wyjątku.

“Czy  kiedykolwiek  przestaniesz  mnie  zadziwiać  Alexandrze  Lightwoodzie?”   szepnął   Magnus   czule,  całując
czoło chłopaka.

Wpatrywał się w niego jeszcze przez kilka minut zanim sam odpłynął.

***

‘Co  ja  tu  znów  robię’   Pomyślał  Alec,  przemierzając  opuszczoną  stację  metra  w której ukrywała się Camille.
Nie miał pojęcia jak się tu znalazł. Ostatnie co pamiętał, to silne ramiona Magnusa, które niosły go do łóżka.

Przypomniał  sobie  jak  krew  Raphaela  przyciągała  Simona  do  Hotelu  Dumort.  I  ostatecznie to ona  stała   się
przyczyną  jego  śmierci.  To  prawda,  że  wypił  krew  Camille  ale   nie   sądził   by  był   gotów   już   tego   dnia
zamienić runy na kły.

“Alexandrze” cmoknęła wampirzyca uradowana na jego widok. “WIdzę, że łowy były owocne.”

'Łowy?’  Uświadomił sobie, że cały czas coś ze sobą  niósł.  Ruszył  w  jej  stronę,  nogi  poruszały  się  bez  udziału
jego woli. Gdy znalazł się wystarczająco blisko wyciągnął przed siebie  zakrwawioną  rękę  pokazując  Camille  swą
zdobycz.

Kobieta  aż  klasnęła  z  zachwytu,  gdy  przed  jej  twarzą  pojawiła  się oderwana głowa, którą Alec trzymał mocno
za kruczoczarne włosy. Słyszał krew, która spływała z rozerwanej szyi i uderzała o ziemię u stóp wampirzycy.

“Dorzucę ją do reszty twoich trofeum.” Powiedziała odbierając mu jego łup  i  odrzucając  na  stertę,  znajdującą się
obok niej.

Alec rozpoznał niektóre twarze, które po śmierci wciąż patrzyły na niego jakby  niedowierzając,  że  mógłby  zrobić
coś takiego.

Były tam głowy jego najbliższych. Izzy, Jace’a, Clarry, Maryse i Roberta, również inne których nie rozpoznawał

“Teraz mój wojowniku” Szepnęła mu do ucha. “Bądź tak miły i przynieś mi głowę Magnus’a.”

Bez słowa protestu zaczął kierować się w stronę wyjścia.

***

Magnusa obudził blask promieni słonecznych  wpadających  do  pokoju  przez  szparę  między  zasłonami.  Mruknął
niezadowolony odwracając się by wtulić twarz w szyi swego kochanka.

Usiadł gwałtownie, gdy okazało się, że druga połowa łóżka jest pusta.

Spojrzał na zegarek i jęknął, była już prawie 16. Z ociąganiem podniósł się z łóżka.

Najchętniej zostałby tu gdzie jest, zwłaszcza po tym co działo się w nocy.

Sięgnął po  telefon  przy  okazji  rozciągając  zaspane  mięśnie.  Jego  oczy  rozszerzyły  się  szeroko  ze  zdziwienia
gdy zobaczył ile miał nieodebranych połączeń i wiadomości. Wszystkie należały do rodzeństwa Alec’a

Szybko przejrzał wiadomości i jeszcze bardziej się zdziwił.

Isabelle:

Czy Alec jest wciąż z Tobą? Nie wrócił jeszcze do domu. Rodzice są wściekli.

14:21

Blondas:

Nie wiem o co Alec pokłócił się wczoraj z rodzicami, ale radzę mu wracać. Nie ważne czy jesteście w trakcie CZEGOŚ.
Maryse grozi, że sama po niego przyjdzie jak zaraz nie wróci do instytutu

15:03

Isabelle:

Będę  go  kryła jeszcze przez jakiś czas, ale powiedz mu, żeby przestał się wygłupiać i wracał. Rozumiem, że jest zły
ale jeśli zostanie u Ciebie tylko pogorszy swoją sytuację.

15:25

Ostatnia wiadomośc była z przed zaledwie kilku minut.

Blondas:

MAGNUS! ODBIERZ TELEFON! CO SIĘ DZIEJE! COŚ JEST NIE TAK! ZADZWOŃ DO MNIE!

15:49

Ostatnia wiadomość go wystraszyła, wstał szybko i ruszył w stronę kuchni jednocześnie wybierając numer do Jace’a.

“Alec!” zawołał w głąb mieszkania, jednak nie otrzymał żadnej odpowiedzi.

“Magnus!”

Czarownik aż podskoczył na dźwięk głosu blondyna, już zdążył zapomnieć, że do niego dzwonił.

“Magnus gdzie ON jest!”

“Musiał wyjść, nie wiem kiedy. Dopiero wstałem.” Oznajmił przejęty czarownik.

“Magnus, musisz go znaleźć, coś się z nim dzieje. Moja runa Parabatai…”

Magnus wszedł znowu do sypialni i dostrzegł leżące  koło  łóżka  buty,  które  w  nocy  zdjął  z  nóg  chłopaka  zanim
położył go spać.

‘Musisz tu być’ Pomyślał i doskoczył do drzwi łazienki. Otworzył je i zamarł w progu. Telefon wypadł mu z drżącej ręki
uderzając z hukiem o posadzkę po której rozrzucone było ubranie Nocnego Łowcy.

“ALEC!” Zawołał  podbiegając  do  wanny.  Jednym  szarpnięciem  wyciągnął  głowę  chłopaka  nad  powierzchnię  wody.
Jego twarz była bielsza niż zwykle.

Magnus myślał, że serce mu pęknie, gdy przyciągnął do siebie bezwładne ciało chłopaka, chcąc wydostać go z wody.

Gdzieś  z  daleka  dochodził do niego głos przerażonego Jace’a. Słyszał codzienny zgiełk na ulicy przed jego kamienicą.
Jednak nic w tym momencie nie miało znaczenia.

Całkowicie stracił poczucie rzeczywistości. Nie zauważył nawet, że przez całe jego ciało przeskakiwały błękitne iskry.

Magnus wyrwał się z otępienia dopiero gdy ciałem Aleca wstrząsnął silny kaszel.

“Alexander!” wydusił z siebie. Głos ugrzązł mu w gardle.

Chłopak kurczowo trzymał się jego ramienia gdy cały czas kaszlem próbował pozbyć się wody, która nagromadziła  się
w jego płucach.

“C,,,co  si...się stało?” zapytał Alec zachrypniętym głosem. Całe jego ciało drżało. Gdy nie otrzymał odpowiedzi podniósł
głowę by spojrzeć na Magnusa. Przestraszył się widząc pustkę w złoto-zielonych kocich oczach mężczyzny. “Magnus…”

Czarownik zamrugał kilka razy, starając się odpędzić zbierające się w kącikach jego oczu łzy.

“Nigdy więcej mi tego nie rób.” załkał wtulając twarz w ramię bruneta. “Myślałem…”

“Ciiii  już  dobrze.  Nic  mi  nie  jest.” Zapewniał wciąż zachrypniętym głosem jednocześnie zaczął miarowo gładzić plecy
czarownika wiedząc, że to może pomóc mu się uspokoić.

Magnus oderwał się od chłopaka i pstryknął palcami. W jego dłoni pojawił się niesamowicie puszysty i wzorzysty ręcznik,
którym delikatnie osuszył twarz a później całą resztę jego ciała.

“Dasz radę wstać?” zapytał cicho czarownik.

Alec  nie  był pewny. Z pomocą Magnusa podniósł się na nogi, które wciąż mocno drżały. Magnus zawinął szybko ręcznik
na biodrach chłopaka i objął go w pasie by odciążyć jego osłabione nogi.

Czarownik poprowadził Alec’a do pokoju i posadził go na brzegu  łóżku.  Chłopak  wciąż  widział  czający  się  w  oczach
Magnusa strach.

Magnus się bał się, że gdy tylko pozwoli sobie mrugnąć to okaże się, że nie zdołał wyciągnąć go na czas.

Poczuł  chłodną dłoń, która delikatnie złapała jego i gładziła kciukiem wierzch jego dłoni chcąc w ten sposób pokazać mu,
że nadal tu jest, że nie ma się czego bać.

“Przepraszam.” usłyszał cichy głosik. Magnus spojrzał w błękitne oczy swojego kochanka. “Nie mam pojęcia co się  stało.”
zauważył zmieszany. “Obudziłem się b...bo...“ Na wspomnienie koszmaru, który wyrwał go ze snu  całe  ciało  pokryła  mu
gęsia skórka.

“Zobaczyłem, że jest jasno, więc postanowiłem zrelaksować się w wannie. Musiałem zasnąć. Przepraszam.” zakończył cicho.

“Mogłeś umrzeć. Wiesz  jakby  to  się  skończyło?”  Zapytał  Magnus  głosem  przepełnionym  cierpieniem.  Alec  nie  chciał
by Magnus cierpiał. nie przez niego. “W twoich żyłach krąży krew  wampira.  Nie  byle  jakiego  wampira.  Camille  Belcourt
to nie Raphael, Alexandrze. Jest okrutna i mściwa. Po przemianie musiałbyś słuchać jej rozkazów. Musiałbyś robić wszystko
czego by od Ciebie zażądała. Nawet jeśli nie chciałbyś tego robić.” Jego głos choć spokojny w  głowie  Aleca  rozbrzmiewał
niczym huragan. Gdyby zginął, jego sen mógłby stać się jawą.

Zrobiło mu się niedobrze. Zakrył usta dłonią, drugim ramieniem objął swój brzuch jakby to mogło powstrzymać wzbierają-
cą się w jego gardle żółć.

Poczuł na twarzy ciepłą dłoń. Otworzył oczy by ujrzeć przed sobą zmartwione spojrzenie Magnusa.

“Obiecaj mi, że będziesz na siebie uważał. Przynajmniej dopóki nie pozbędziesz się z ciała  krwi  tej  wariatki.”  Alec  kiwnął
tylko głową na potwierdzenie, gdy nagle po mieszkaniu rozległo się głośne pukanie do drzwi.

“Jeśli już o wariatach mowa.” Mruknął magnus i pstryknięciem palców przywołał z instytutu ubrania Aleca. “Ubierz się zanim
Twój Parabatai wyważy drzwi mojego mieszkania.”

“Jace?! Co on tu robi?” Zdziwił się Alec szybko naciągając na siebie bluzkę.

“Rozmawiałem z nim przez telefon zanim Cię znalazłem.” Stwierdził Magnus kierując się  w  stronę  drzwi.  “Dziwisz  mi  się,
że kompletnie o nim zapomniałem?” Chłopak spojrzał na niego przepraszająco zanim dodał. “Wygląda na to,  że  poczuł  się
urażony.”

Alec zaśmiał się zapinając spodnie.

“Wpuść go.”

“Jesteś pewny? Zawsze możemy udawać, że go nie usłyszeliśmy.” W tym momencie pukanie jeszcze bardziej się nasiliło.

“MAGNUS TY DUPKU WPUŚĆ MNIE! CHCĘ ZOBACZYĆ SIĘ Z MOIM BRATEM!”

“Jak tak dalej pójdzie usłyszą go nawet w instytucie.” skwitował Alec i uśmiechnął się, gdy Magnus z westchnieniem udał  się
otworzyć drzwi.

Chapter Text

Te łowy nie były podobne do pozostałych. Musiał się skupić jeśli nie chciał zginąć. Jego kolejnym celem był Wysoki Czarownik Brooklynu,
którego nie tak łatwo było podejść.

W  jego głowie wciąż rozbrzmiewał rozkaz jego Pani. Nie mógł jej rozczarować. Nic nie było w stanie go powstrzymać, nawet jego własna
świadomość, która błagała by się opamiętał póki jeszcze nie było za późno.

Im dłużej pozostawał pod kontrolą Camille, tym ciężej było mu wrócić do własnej świadomości, która  przebijała  się  do  niego  z  oddali
z okrzykiem rozpaczy za każdym razem, gdy z jego rąk zginął ktoś kogo kochał. Została już tylko  jedna  osoba,  która  byłaby  w  stanie
zakończyć tą rzeź. Dziś i ona miała umrzeć.

Szybko znalazł się w znajomej dzielnicy. Gzymsy oświetlane  przez  latarnie  rzucały  na  kamienice  wydłużone  cienie.  Nie  spieszył  się,
noc była jeszcze młoda. Wciąż miał dużo czasu.

Już z daleka dostrzegł znajomy budynek, który przez dłuższy czas nazywał domem. Drzwi na klatkę schodową  były  otwarte.  Wzbudziło
to trochę jego podejrzenie, jednak nawet jeśli czarownik zastawił pułapkę nie mógł się teraz cofnąć.

W  kilka sekund stanął pod drzwiami mieszkania, które natychmiast się przed nim otworzyły. Wszedł do środka rozglądając się ostrożnie.
W pomieszczeniu  było  ciemno.  Jedynie  światła  uliczne  dawały  niewielką  poświatę,  sprawiając,  że  znajdujące  się  w  pokoju  meble
rzucały na ściany groteskowe cienie.

Wszystkie jego mięśnie  były  napięte  do  granic  możliwości.  Szósty  zmysł  ostrzegał  przed  niebezpieczeństwem,  kazał  odwrócić  się
na pięcie i uciekać.

“Wiedziałem, że w końcu do mnie przyjdziesz, Alexandrze.”

Gdy spojrzał w stronę z której dobiegł głos, jedyne  co  zobaczył  to  znajomą  parę  żółto-zielonych  kocich  oczu,  które  połyskiwały  w
ciemności.

Na przekór swojemu instynktowi zrobił kilka kroków w głąb mieszkania podchodząc bliżej do siedzącego w fotelu mężczyzny.  Im  bliżej
się znajdował tym głośniejsze stawało się ostrzegawcze brzęczenie rozbrzmiewające w jego głowie. Czarownik nie ruszył się  nawet  gdy
stanął tuż przed nim.

‘Nie rób tego!’ zamrugał zdziwiony słysząc głos, który jakimś cudem przebił  się  przez  mur,  który  Camille  zbudowała  w  jego  głowie.
Minęło sporo czasu, od kiedy pozwolił dojść mu do słowa. Nagle rozkaz spłynął na drugi plan zagłuszony przez jego własną świadomość,
która nie zamierzała się poddać dopóki na ziemi żyła choćby jedna osoba na której mu zależało.

Nagle poczuł falę zmęczenia i bezbrzeżnej  rozpaczy.  Upadł  na  kolana  u  stóp  czarownika,  ukrywając  twarz  w  dłoniach.  Brzęczenie
momentalnie ucichło.

“To nie tak miało wyglądać.” załkał “Wszystko miało być inaczej.”

Poczuł ciepłe dłonie obejmujące czule jego twarz.

“Wiem, najmilszy.”

Odsłonił twarz by móc jeszcze raz spojrzeć w oczy mężczyzny, którego kochał ponad swoje własne życie, dla którego postanowił stać się
tym czym był teraz. Cena jaką mu przyszło zapłacić za nieśmiertelność była jednak zbyt wysoka.

Twarz mężczyzny przysunęła się bliżej i po chwili ich usta złączyły się w pocałunku. Wciąż pamiętał jego smak, mimo,  że  od  ostatniego
razu minęło bardzo dużo czasu. Wplótł swoje dłonie we włosy czarownika, które dla odmiany nie nosiły śladu, żadnego  żelu  czy  innego
kosmetyku. Oderwał się od niego dopiero gdy usłyszał syknięcie, gdy jego kły przygryzły wargę mężczyzny.

Krew czarowników nie smakowała jak wszystkie inne, było tak, gdyż przepełniała ją magia, jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna.

Jego oczy natychmiast przeniosły się na kroplę krwi, która powiększała się na ustach mężczyzny by w końcu  cienką  strużką  spłynąć  po
jego brodzie.

“Alec.” Głos czarownika docierał do niego z oddali. Wrócił do niego rozkaz, którego nie chciał wykonywać ale  musiał.  “Już  dobrze,  Alec.
Nie musisz się dłużej  powstrzymywać. Zrób to.”

Oderwał wzrok od czerwonego płynu, by ponownie utkwić spojrzenie w kocich tęczówkach. Oczy mężczyzny były  pełne  łez,  miłości  i…
Wybaczenia? Gdyby mógł sam również by zapłakał. Powoli przyłożył wargi do szyi czarownika pod którą pulsowała tętnica.

“Magnusie, proszę…” błagał gdy resztka jego świadomości walczyła z dudniącym w jego głowie głosem Camille. “Nie mogę, nie chcę…”

“Ciii najdroższy. Wszystko będzie dobrze. Już niedługo…” Przerwał gdy kły przecięły jego skórę. Ból został  szybko  ukojony  z  pomocą
jadu, który w zastraszającym tempie rozniósł się po ciele czarownika  sprawiając,  że  opuściła  go  cała  wola  walki.  Zanim  całkowicie
opadł z sił zdołał jeszcze wymamrotać. “Kocham Cię.” Poczuł jak ciało mężczyzny wiotczeje, gdy opuściła  go  iskra  życia.  Oderwał  się
od jego szyi i pustym wzrokiem wpatrywał się w bladą twarz miłości swojego życia. Żółto zielone oczy skryły  się  pod  powiekami  i  już
nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego.

***

Alec poderwał się z łóżka z okrzykiem rozpaczy  i  łzami  spływającymi  po  policzkach.  Nie  mógł  złapać  oddechu.  ‘Co  ja  zrobiłem?’
pomyślał przerażony. Z jego ust wydostał się zduszony szloch.

“Alexandrze.” usłyszał znajomy głos i zacisnął mocniej powieki z których popłynęła następna fala łez. “Alec już dobrze.” poczuł jak ktoś
kładzie dłonie na jego ramionach pocierając je lekko w geście pocieszenia. “To był tylko sen. Tylko zły sen.”

“M… Mag…”

“Jestem tu. Nic Ci nie grozi, najmilszy.” Powiedział nie przerywając delikatnego  gładzenia.  Magnus  próbował  oddychać  trochę  głębiej
licząc na to,  że  Alec  instynktownie  zrówna  swój  oddech  z  jego.  “Alexander,  musisz  oddychać.”  Powiedział,  gdy  tym  razem  trik
nie zadziałał i chłopak wciąż miał problem ze złapaniem oddechu. “Zrób to dla mnie. Wsłuchaj się w mój oddech kochanie.”  Przez  kilka
minut mamrotał pochwały i zachęcał do tego by dalej próbował zanim Alecowi udało się w końcu trochę uspokoić.

Alec nie wiedział co wywoływało te koszmary. Zrobiłby wszystko byle tylko się skończyły. Zdawał sobie sprawę z tego,  że  to  był  tylko
sen, ale wszystko wydawało się takie realne. Wciąż miał wrażenie, że czuje metaliczny posmak w ustach tak jakby naprawdę  pił   czyjąś
krew.

Był głupi myśląc, że kiedykolwiek poradzi sobie z myślą, że zostanie wampirem. Do tego te sny  wcale  mu  nie  pomagały.  Za  każdym
razem gdy zamykał oczy widział uśmiechniętą twarz Camille i stos głów które sam uzbierał. Wampirzyca nazywała je jego trofeami.

“Alexander.” Zmartwiony głos Magnusa wyrwał go z zamyślenia. Alec spojrzał przepraszająco na swojego chłopaka.

Znów obudził go w środku nocy, który to już raz? Nie potrafił zliczyć. Koszmar ciągle do niego wracał, czasami się  zmieniał  pokazując
mu jak zabija kolejne osoby na których mu zależy.
‘To tylko sen’ Powtarzał w myślach czując jak ponownie wzbiera w nim panika.

“Tak bardzo chciałbym Ci jakoś pomóc.” wyznał Magnus, nigdy nie czuł się tak bezsilny jak teraz. “Z tego co mówili  Sheldon  i  Raphael
zrozumiałem, że wszystko powinno niedługo minąć.”

Alec kiwnął głową. Nie powiedział tego jeszcze Magnusowi, ale po rozmowie z Simonem i Raphael'em z każdym  dniem  coraz  bardziej
uświadamiał sobie, że jego objawy nie były w niczym podobne do tego przez co przechodzili inni po wypiciu krwi wampira.

Były oczywiście i normalne objawy. Jego skóra stała się nienaturalnie zimna i nadal był  przerażony  za  każdym  razem  gdy  siedząc  z
Magnusem, Izzy lub Jace’m zaczynał wpatrywać się w żyłę pulsującą na szyi, któregokolwiek z  nich gdy  słyszał  przepływającą  w  niej
krew, która go przyciągała mimo, że nadal był człowiekiem. Nie miał pojęcia jak  Simon  to  znosił.  Z  każdym  mijającym  dniem  czuł,
że zaczyna go coraz bardziej podziwiać. Alec myślał,  że  nawet  byłby  w  stanie  się  z  nim  zaprzyjaźnić,  gdyby  tylko  nie  próbował
dobierać się do jego młodszej siostry.

Otrząsnął się z zamyślenia nie  chcąc  dłużej  zamartwiać  czarownika.  Spojrzał  na  niego  i  zauważył,  że  Magnus  najwyraźniej  sam
pogrążył się we własnych przemyśleniach.

Alec pogładził czubkiem nosa podbródek mężczyzny w sekundę zdobywając całą jego uwagę.

“Gdzie   byłeś?”   zapytał   Nocny   Łowca   zaczepnie,   wciąż  trochę  roztrzęsiony  po  wcześniejszym  ataku.  Czarownik  wyglądał  na
zaskoczonego nagłym pytaniem.

“Nigdzie najdroższy. Cały czas byłem przy Tobie.” odpowiedział a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.

Alec   szturchnął  go  lekko  w  ramie.  “Owszem,  jednak  tylko  ciałem.  Twoje  myśli  natomiast  zrobiły  sobie  wycieczkę  po  świecie.
Gdzie byłeś?”

Magnus uśmiechnął się zagadkowo. “Odwiedzałem siostrę.” Zaśmiał się gdy na twarzy chłopaka pojawiło się zaskoczenie.

“Nie wiedziałem, że masz siostrę. Nigdy wcześniej mi o niej nie opowiadałeś. Dlaczego?”  Alec był naprawdę ciekawy, jaką  osobą  może
być ta kobieta. Czy w jakiś sposób ona i Magnus byli do siebie podobni?

“Nigdy nie było okazji. Poza tym, Megi jest… jakby  to  powiedzieć…”  Zastanowił  się  przez  chwilę  nad  słowami,  którymi  mógłby  ją
najlepiej określić. W końcu uśmiechnął się i stwierdził. “Jest bardzo podobna do Ciebie.”

Oczy Aleca zrobiły się większe, jeśli to w ogóle było możliwe. “Do mnie?”

“Owszem. Jest odważna, zawsze stawia dobro innych nad swoje własne. A przede wszystkim kocha swojego młodszego braciszka i  jest
gotowa poświęcić dla niego własne życie. Brzmi znajomo?” Każde słowo wypowiadał z wielką  miłością  nawet  na  chwilę  nie  odrywając
wzroku od błękitnych tęczówek chłopaka.

“Musi być wspaniałą osobą.” Stwierdził Alec, którego twarz pokryła się pięknym rumieńcem. “Bądź co bądź to Twoja siostra.”

Serce Magnusa wrzuciło wyższy bieg, gdy  dotarł  do  niego  ukryty  w  wypowiedzi  chłopaka  komplement.  Uśmiechnął  się  szeroko  i
wychylił w przód by delikatnie ucałować czoło Nocnego Łowcy.

Nagle pokój zawirował przed oczami czarownika. Gdy  poczuł  chłodne  usta  na  swoich  i  miękkość  pościeli  pod  plecami  zrozumiał,
że został po prostu zaatakowany przez swojego ukochanego, w najlepszy z możliwych sposobów.

Mimo, że Alec dopiero od niedawna poznawał świat aktu miłosnego, był w tym zadziwiająco dobry, potrzebował  tylko  znaleźć w  sobie
odrobinę odwagi.

Magnus miał wrażenie, że  Alec  wolałby  walczyć  z  całą  hordą  demonów  niż  zrobić  pierwszy  krok  w  łóżku.  Stąd  wzięło  się  jego
zaskoczenie, gdy chłopak sprawnie i szybko przygwoździł go do materaca własnym ciałem.

Na usta czarownika cisnął się komentarz odnoszący się do całej sytuacji, jednak zanim zdołał się odezwać ugryzł się w język.

Nie często zdarzało się, żeby  jego  uroczy  kochanek  przejmował  inicjatywę  i  nie  chciał  swoimi  podtekstami  zburzyć  tej  odrobiny
pewności siebie jaką udało się chłopakowi  zebrać.  Zwłaszcza  po  ataku  paniki,  który  dopiero  co  przeszedł.  Zamiast  tego,  Magnus
zamruczał z zadowoleniem w usta Nocnego Łowcy i wplótł palce we włosy na jego karku, próbując przyciągnąć go jeszcze bliżej.

Usta chłopaka  przeniosły  się  na  szyję  czarownika  na  przemian  całując  i  liżąc  nagrzaną  skórę  tuż  pod  uchem.  Dłonie  Magnusa
przeniosły się na plecy bruneta. Tak bardzo chciał dotknąć jego nagiej skóry, jednak na drodze stało mu zbyt wiele ubrań.  Sfrustrowany
już chciał pstryknięciem palcy sprawić, żeby upierdliwa garderoba zniknęła, gdy jego oczy rozszerzyły się zaskoczone nagłym  ukłuciem
bólu.

Alec go ugryzł. Normalnie Magnusowi by to nie przeszkadzało -nie było chyba niczego, czego chociaż raz w życiu by nie spróbował- ale
pierwsza fala adrenaliny i podniecenia, którą na początku odczuł szybko zniknęła, gdy zęby chłopaka przebiły skórę.

“Alec!” syknął Magnus czując, że w kącikach oczu zbierają mu się łzy.

Nocny Łowca oderwał się od niego i spojrzał w żółto-zielone tęczówki  z  niemym  pytaniem.  Jego  usta  nabrały  mocnego  czerwonego
odcienia zabarwione krwią czarownika. Ręka Magnusa instynktownie podążyła do szyi by ukryć miejsce po ugryzieniu.

“O boże! Przepraszam, ja…” Głos chłopaka zadrżał gdy uświadomił sobie co właśnie zrobił.

Magnus zaniepokoił się gdy twarz chłopaka zbladła, jednak przeraził się  jeszcze  bardziej  gdy  sekundę  później  nabrała  niezdrowego
zielonego koloru i Alec zerwał się z  łóżka  i  pobiegł  do  łazienki.  Do  uszu  czarownika  dotarł  bulgoczący  dźwięk,  gdy  Alec  zwrócił
zawartość żołądka do toalety.

Magnus bardzo powoli wyplątał się z pościeli, chcąc dać chłopakowi  czas  na  uspokojenie,  zanim  podszedł  do  drzwi  łazienki.  Przez
chwilę zastanawiał się czy nie będzie lepiej zostawić go samego, gdy usłyszał stłumiony szloch.

Delikatnie otworzył drzwi. Serce mu się ścisnęło na widok ukochanego.

Alec klęczał na podłodze  obiema  rękami  kurczowo  trzymając  się  muszli.  Całym  jego  ciałem  wstrząsały  drgawki  a  po  policzkach
spływały łzy. Próbował stłumić płacz przygryzając wargę.

“Alexandrze.” szepnął Magnus i z zamiarem objęcia chłopaka zrobił krok w przód.

“NIE PODCHODŹ!” Czarownik podskoczył zaskoczony. Alec nigdy wcześniej nie podnosił na niego głosu.

Po chwili ciszy, która nastała między nimi Alec odezwał się cicho łamiącym się głosem.

“W moich snach… a raczej koszmarach, jestem wampirem.” Wziął głęboki oddech chcąc nabrać siły  zanim  kontynuował.  “Camille  każe
mi zabijać ludzi dla własnej chorej rozrywki. A ja nie jestem w stanie jej odmówić.”

Magnus przypomniał sobie, jak kilka  dni  temu  powiedział  chłopakowi  dlaczego  wypicie  krwi  Camille  było  złym  pomysłem.  Gdyby
wiedział, że jego słowa będą go prześladować, ugryzłby się w język.

Alec usiadł na ziemi opierając plecy o ścianę, spojrzał na czarownika i widząc poczucie winy wymalowane na jego twarzy jęknął.

“Nie rób tego.” Mężczyzna wyrwał  się  z  odrętwienia  spotykając  błękitne  oczy  chłopaka  tylko  po  to  by  za  chwilę  uciec  wzrokiem,
nie mogąc dłużej znieść ich intensywnego koloru. “Magnus, spójrz na mnie.” Zażądał Alec i kim on był, żeby mu odmawiać.

Gdy ich oczy znów się spotkały Nocny Łowca zaczął mówić.

“Te sny zaczęły się zanim powiedziałeś mi co zrobiłaby ze mną Camille, gdybym faktycznie stał się wampirem.”

Magnus wiedział, że Lightwood'a dręczą koszmary jednak chłopak z jakiegoś powodu nigdy nie chciał o nich rozmawiać.

“Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?” zapytał cicho wpatrując się w bose stopy Alexandra.

“Myślałem, że to normalne. Simon mówił, że czasami śniły mu się różne dziwne rzeczy przed przemianą.  I  jakoś  nigdy  nie  widziałem,
żeby przez to wpadał w panikę lub tracił kontrolę i zagryzał ludzi, których kocha. Jestem żałosny.”

“Och Alec. Przestań się zadręczać, Nie zrobiłeś tego świadomie.” Magnus chciał go pocieszyć jednak chłopak wzdrygnął się na jego słowa.

Alec podniósł się szybko i wyminął czarownika starając się go nie dotknąć.

“W tym tkwi problem!” Warknął.

Magnus widział, że Alec był z jakiegoś powodu zły. Nie był tylko pewny dlaczego a przede wszystkim, którego z nich.

“W tym śnie Camille każe mi zabijać ludzi na których mi zależy. Z każdą kolejną osobą mam coraz mniej sił by się jej opierać. W  którymś
momencie wydaje mi się, że to wszystko co każe mi robić, robię z własnej woli. Stoję cały umazany we krwi z uśmiechem  przyjmując  jej
każde kolejne polecenie. A najgorsze jest to, że nikt nawet nie próbował mnie powstrzymać. Wszyscy wykrwawiali  się  na  moich  oczach
cały czas patrząc na mnie z niedowierzaniem. A Ty…” Jęknął, odwrócił się gwałtownie patrząc na Magnusa oczami przepełnionymi bólem.
“Wiedziałeś, że w końcu przyjdę i po Ciebie. Więc oczywiście czekałeś na mnie.  Przyjąłeś  mnie z  otwartymi  ramionami  i  zamiast  mnie
powstrzymać, dałeś się zabić.” Alec zacisnął mocno powieki czując jak łzy spływają mu po policzkach. Po chwili poczuł  jak  obejmują  go
silne ramiona czarownika. “Naprawdę  byś  mi  na  to  pozwolił?”  zapytał  chłopak  wtulając  twarz  w  bluzkę  Magnusa,  która  pachniała
drzewem sandałowym.

“Zrobiłbym to.” Szepnął cicho w jego włosy. Alec natychmiast podniósł głowę wpatrując się w niego z przerażeniem. “Wiem, że wydaje się
to dla Ciebie straszne...” zaczął, ale przerwał mu drżący głos Nocnego Łowcy.

“Pozwoliłbyś mi żyć ze świadomości, że zabiłem wszystkich, których kochałem?” Chłopak czuł, że każdy oddech sprawia mu ból.

“Nie najmilszy.” Zaprotestował delikatnie Magnus. “Znam zaklęcie podobne do tego, którego Lilith użyła na  Twoim  parabatai.  To  klątwa
więc ma trochę spóźnioną reakcję, ale w  końcu  by  na  Ciebie  zadziałała.”  Alec  wpatrywał  się  w  niego  z  szeroko  otwartymi  oczami.
“Więc odpowiadając na twoje pytania, kochanie. Tak, pozwoliłbym Ci się zabić, bo nie byłbym w stanie Cię skrzywdzić ale nie pozwoliłbym
Ci żyć wiecznie i zadręczać się do końca świata tym co kazała Ci zrobić Camille.”

Chapter Text

Magnus obudził się koło siódmej rano. Koszmary Aleca wytrącały go z równowagi, z każdym dniem było ich coraz więcej i stawały się brutalniejsze. Nie o wszystkich Nocny Łowca mu opowiadał ale z czasem sam mógł zauważyć różnicę. Minęły trzy tygodnie więc wampirza krew powinna niedługo zaniknąć a z nią koszmary.

Magnus bał się o Aleca. Chłopak coraz bardziej przypominał zaszczute zwierze, które boi się własnego cienia. Najgorsze było to, że przestał jeść i Magnus nie wiedział co z tym zrobić.

Czarownik westchnął ciężko i delikatnie odgarnął czarne włosy z czoła chłopaka. Skóra Aleca wciąż była bardzo zimna, pod oczami miał fioletowe sińce, do tego wszystkiego pojawiły się pierwsze oznaki niedożywienia. Zapadnięte oczy i policzki, poszarzała skóra. Alec był z każdym dniem coraz słabszy.

Magnus zamknął oczy i nachylił się by delikatnie pocałować czoło Nocnego Łowcy. Poczuł nagłe zmęczenie gdy część jego sił życiowych powoli przenosiła się do ciała Aleca. Kiedy otworzył oczy zniknęły sińce i zapadnięte policzki a skóra chłopaka znów nabrała zdrowego koloru.

Opadł wykończony na poduszki, mimo zmęczenia na twarzy miał szeroki uśmiech. Był w szoku, że zaklęcie zadziałało kiedy użył go pierwszy raz. Niedawno znalazł je w białej księdze i nie był pewny efektu. Gdy tylko przeczytał co może z nim zdziałać postanowił je przećwiczyć i użyć na swoim niesfornym kochanku. Zaklęcie miało dla niego akceptowalne efekty uboczne, między innymi wydłużając życie Aleca skracał swoje, a skoro był nieśmiertelny, był gotów to robić choćby do końca życia.

Magnus wiedział, że powinien najpierw porozmawiać o tym z Nocnym Łowcą, ale nie mógł po prostu patrzeć na to jak cierpi skoro znał sposób na to by mu ulżyć. Wszystko tylko po to by móc zostać z nim na zawsze. Nie miał pojęcia czym zasłużył na takiego wspaniałego chłopaka.

Czarownik wrócił myślami do dnia, w którym Alec powiedział mu co zrobił. Był w szoku, gdy zrozumiał, że chłopak był gotowy zrobić dla niego wszystko, nawet zmienić samego siebie w coś, czym jego rodzaj gardził. Był zadowolony, że chłopak to dla niego zrobić ale jednocześnie wiedział, że nie mógł się na to zgodzić. Alec, jego silny acz zarazem wrażliwy chłopak, nie poradziłby sobie z ciągłym pragnieniem krwi jakie niesie ze sobą bycie wampirem, z czasem zacząłby nienawidzić samego siebie i mogłoby się to skończyć tylko w jeden sposób. I chociaż wizja spędzenia z Lightwood’em wieczności była kusząca, Magnus nie mógł się na to zgodzić.

Czarownik wyrwał się z zamyślenia, gdy poczuł jak oplatają go silne ramiona.

“Długo nie śpisz?” zapytał Alec zaspanym głosem. “Wyglądasz na zmęczonego.”

“Dobry.” Uśmiechnął się Magnus obracając się na bok. Zarzucił nogę na biodro Nocnego Łowcy przyciągając go jeszcze bliżej. Gdy dostrzegł przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu, nie mógł się powstrzymać i pocałował ich właściciela w czubek nosa. “Nic mi nie jest.”

“Hm.” mruknął chłopak. Magnus nigdy go nie okłamał ale też zdarzało mu się nie mówić mu całej prawdy. “Ustalmy, że Ci wierzę.” Stwierdził i przeciągnął się na tyle na ile pozwalały mu owinięte wokół niego nogi i ręce czarownika.

“Hej, jesteś ostatnią osobą, która może zwracać mi uwagę.” mruknął Magnus bez zastanowienia i od razu zapragnął walnąć głową w ścianę, gdy poczuł jak chłopak tężeje w jego ramionach.

“T...to nie t...tak, że robię to, żeby C...Cię zdenerwować lub z...zamartwiać.” Wyjąkał Alec, próbując wyplątać się z ramion czarownika. “Prze...przepraszam, że n...nie potrafię tego k...kontrolować.” Próbował wstać ale Magnus go zatrzymał łapiąc go za rękę i przyciągając do siebie tak, że dotykał plecami nagiej piersi czarownika.

“Alexander.” szepnął Magnus we włosy chłopaka. “Już dobrze, przepraszam.” Splótł ich palce w uścisku. “Wiem, że nie robisz tego specjalnie. Nie chciałem w żaden sposób cię urazić. I na pewno nie chciałem, żeby zabrzmiało to w taki sposób jakbym miał do Ciebie pretensje. Bo nie mam. Kiedy to mówiłem po prostu nie myślałem. Wiem, że wolałbyś, żeby to wszystko się już skończyło. Przepraszam.”

Alec wziął głęboki wdech i nie uszło uwadze czarownika delikatne drżenie, które chłopak próbował przed nim ukryć. Magnus delikatnie podniósł podbródek Nocnego Łowcy chcąc spojrzeć mu w oczy. Ścisnęło mu się serce widząc łzy spływające po bladych policzkach.

“Och, Alec.” Czarownik odwrócił chłopaka w ramionach. “Spójrz na mnie.” Alec otworzył oczy ale uparcie wpatrywał się w swoje dłonie, które leżały na jego kolanie. Magnus położył rękę na jego policzku i uniósł lekko twarz tak by ich oczy się spotkały. “Tak lepiej.” Uśmiechnął się, twarz chłopaka pokryła się szkarłatnym rumieńcem tak bardzo widocznym na jego bladej skórze. Magnus przetarł delikatnie łzy z twarzy Alec’a i mocniej go objął. “Zapomniałem Ci powiedzieć, że próbowałem zadzwonić wczoraj do Megi.”

“Twojej siostry?” zapytał Alec zachrypniętym głosem.

Magnus kiwnął głową. “Wiele lat temu przyjaźniła się z dziewczyną, która była Nephilim tak jak Ty.” Chłopak podniósł jedną brew.

“Ona również chciała zostać wampirem?” Chłopak domyślił się dlaczego czarownik o niej wspomniał. Magnus w odpowiedzi tylko się do niego uśmiechnął.

“Wtedy Nocni Łowcy dopiero raczkowali i nie mieli takiej wiedzy o świecie przyziemnych jak teraz. A nawet teraz są dziedziny w których wciąż mają braki. Właśnie jedną z nich zgłębia Megi.” Magnus wpatrywał się w ścianę nieobecnym spojrzeniem jednocześnie cały czas nieświadomie gładząc ramię Aleca.

“Mamy dużo ksiąg o wampirologii.” zauważył Alec, który rozluźnił się w ramionach kochanka.

“Megi studiowała jaki wpływ ma krew wampirów na przyziemnych, podziemnych i Nocnych Łowców.” Alec wyprostował się i spojrzał na mężczyznę, jego oczy promieniały zaciekawione.

“To dlatego wtedy o niej wspomniałeś?” Magnus kiwnął głową.

“Zastanawiałem się czy potrafiłaby Ci jakoś pomóc. Dlatego postanowiłem się z nią skontaktować. Mówiłeś mi, że sobie poradzisz, ale ostatnio chyba trochę wymknęło Ci się to spod kontroli.” Zauważył Magnus posępnie. Zobaczył jak chłopak otwiera usta więc szybko dodał chcąc uniknąć nieporozumień. “Nie sypiasz zbyt dużo i do tego przestałeś jeść.” Usta Aleca zamknęły się a oczy powędrowały w dół chcąc ukryć emocje, które w nich szalały. “Sądziłeś, że nie zauważę?”

“Czuję się dobrze. Naprawdę.” Chłopak skrzyżował wzrok z czarownikiem, który wyglądał na zmieszanego. “Magnus?”

“Wiem, że powinienem był Ci powiedzieć wcześniej…”

“O czym?”

Czarownik przełknął ciężko ślinę i zaczął bawić się nogawką swoich spodni od piżamy. “Od tygodnia uparcie powtarzałeś, że nic Ci nie jest. Ja jednak widziałem, jak z każdym dniem słabniesz. Bałem się, że chcąc udowodnić coś całemu światu zrobisz sobie krzywdę.”

“Więc co? Używałeś magii by mnie uśpić?”

“Tylko raz to zrobiłem.” Magnus burknął pod nosem. “Ale to nic nie dało bo po dziesięciu minutach obudziłeś się z krzykiem.”

“Magnus, po prostu mi powiedz. Nie będę się wkurzał o coś co zrobiłeś, żeby mi pomóc.” Czarownik spojrzał na zachęcający uśmiech, który pojawił się na twarzy chłopaka.

“Znalazłem w Białej Księdze zaklęcie… Pozwala ono w prosty sposób zwiększyć czyjeś siły życiowe.” Nocny Łowca zamyślił się na chwilę, wyglądał jakby próbował sobie coś przypomnieć.

“Wydłużyłeś moje życie skracając własne.” Bardziej stwierdził niż zapytał patrząc na czarownika, którego wyraz twarzy można było opisać jednym słowem, bezcenny. Alec skwitował to śmiechem. “Czytałem Białą Księgę doskonale wiem, które zaklęcie masz na myśli.”

“Czytałeś… Czekaj ona jest w innym języku, jakim cudem?” Magnus nie był w stanie przetworzyć tej informacji, dlatego Alec pospieszył z wyjaśnieniem.

“Pierwszy regał, druga półka od góry, zielona książka ze złotym napisem Słownik . Wszyscy mi mówią, że szybko się uczę.” Wzruszył ramionami.

“Alexander...” Chłopak położył jeden palec na jego ustach.

“Siedzę tu od trzech tygodni bo nie pozwalasz mi nigdzie wychodzić. Rozumiem, nie chcesz by coś mi się stało, gdy mam w sobie krew Camille. Jednak po trzech dniach w domu myślałem, że umrę z nudów. Książek masz w domu prawie tyle samo co ubrań, a że te drugie niespecjalnie mnie interesują skupiłem się na tych pierwszych.” Wziął głęboki oddech chcąc kontynuować dalej, jednak usta czarownika mu to skutecznie uniemożliwiły. Lekkie cmoknięcie szybko zmieniło się w głęboki pocałunek. Ręce Magnusa objęły twarz Nocnego Łowcy starając się przyciągnąć go jeszcze bliżej. Alec instynktownie za nim podążył i po chwili klęczał nad mężczyzną dłońmi gładząc jego szyję. Chłopak przerwał pocałunek chcąc nabrać powietrza, którym omal się nie zadławił widząc płonące pragnieniem spojrzenie czarownika. “Magnus.” Jęknął Alec i nachylił się po kolejny pocałunek tym razem bez oporów wsunął język w usta kochanka za co został nagrodzony pomrukiem zadowolenia.

Magnus szybko przejął kontrolę nad pocałunkiem i nie tylko. Złapał jedną ręką blade biodro z taką siłą, że na pewno zostawił ślad i szybkim ruchem zamienił ich miejscami. Alec upadł na pościel z cichym uff. Zanim zdołał się zorientować głowa Magnusa znalazła się pod jego koszulką. Alec zaśmiał się na ten widok, lecz śmiech szybko zastąpił jęk, gdy język czarownika wsunął się w jego pępek by po chwili powędrować wyżej.

“Magnus, proszę…” jęknął chłopak czując jak mężczyzna delikatnie przygryzł jeden sutek. “Chcę Cię widzieć…”

Czarownik pstryknął palcami i bluzka zniknęła, a z nią reszta jego ubrań.

“Magnus!” Twarz Aleca stała się niemal cała czerwona. “Prosiłem Cię, żebyś tak nie robił.” Alec nie miał nic przeciwko temu, że Magnus widział go nago, ale nie mógł powstrzymać zażenowania gdy mężczyzna sprawiał, że wszystkie jego ubrania znikały w sekundę.

Magnus spojrzał na niego spod rzęs, na twarzy igrał mu zaczepny uśmiech, nachylił się by ponownie przygryźć napięty sutek. Plecy chłopaka wygięły się w łuk odrywając się od pościeli w momencie, gdy usta czarownika zaczęły całować runę uniku mieszczącą się na jego szyi.

“Magnus… proszę.” szepnął Alec omal nie zadławiając się powietrzem, gdy Magnus otarł się o jego krocze. Wciąż miał na sobie ubranie, które nieprzyjemnie ocierało jego nagą skórę. Chłopak wydał z siebie jęk niezadowolenia a jego dłonie momentalnie powędrowały do paska czarownika. Magnus jednak miał inne plany. Złapał obie dłonie Aleca i przeniósł je na swoją głowę, sam powędrował swoimi wcześniejszymi śladami by za chwilę całować wewnętrzną stronę drżącego bladego uda.

“Wszystko w porządku?” zapytał czarownik wpatrując się w twarz chłopaka, który w którymś momencie zamknął oczy. “Alexander, spójrz na mnie.” zażądał.

Alec zamrugał kilka razy próbując skupić się na przystojnej twarzy swojego kochanka. Żółto-zielone kocie oczy Magnusa wpatrywały się w niego z taką intensywnością, że chłopak przez chwilę zapomniał jak się oddycha, gorący oddech czarownika na jego nabrzmiałym członku wcale mu tego nie ułatwiał.

“Proszę…” załkał cicho. Dłonie Nocnego Łowcy wplątane w czarne kosmyki włosów mężczyzny, zaciskały się i otwierały starając się powstrzymać od przyciągnięcia jego głowy w miejsce w którym pragnął by znalazły się jego usta. “Magnus…”

“Ciii, mój miły. Zajmę się Tobą.” Usta czarownika delikatnie objęły wrażliwą część ciała Alec’a, któremu z głębi gardła wyrwał się cichy okrzyk zaskoczenia.

Nocny Łowca szybko zabrał dłonie z włosów kochanka wiedząc, że nie byłby w stanie powstrzymać się od przyciągnięcia go bliżej, tylko po to by poczuć na sobie jeszcze więcej tego wilgotnego ciepła.

Magnus mruknął niezadowolony z ustami wciąż na jego członku sprawiając, że biodra chłopaka poderwały się z materaca.

“MAGNUS!” krzyknął chłopak dochodząc w ustach czarownika nim ogarnęła go chwilowa ciemność. Czuł, że całe jego ciało drży, z oczu natomiast popłynęły łzy, które znikały w jego czarnych potarganych włosach tuż koło uszu.

Alec czuł się przytłoczony tym jak wielką Magnus miał nad nim kontrolę. Wystarczyło jedno spojrzenie jego kocich oczu i Alec był gotów zrobić dla niego wszystko, nawet zrezygnować z tego kim był mimo, że do niedawna nie wyobrażał sobie swojego życia bez walki z demonami i prowadzenia instytutu. Gdy był na misji z Jace’m i Izzy zawsze ich chronił, bojąc się, że mogłoby im się coś stać, że któreś z nich mogłoby umrzeć przed nim.

Alec raz jeden chciał zrobić coś dla siebie, nie myśląc o konsekwencjach, które ostatecznie i tak stanęły mu na drodze. Chciał zostać z Magnusem na zawsze. Kochać go tak długo jak będzie mu dane. Jednak wszystko co robił sprawiało jego bliskim same problemy.

Rodzice się go wstydzili.

Rodzeństwo nie mogło liczyć na jego wsparcie, ponieważ był za słaby by udać się z nimi na misję.

No i Magnus, który opiekował się nim przez cały ten czas, skracając swoje własne życie tylko po to by przedłużyć jego bezsensowną, nic niewartą egzystencję…

Usłyszał głośny szloch i poczuł ciepłe dłonie czule obejmujące jego twarz zanim uświadomił sobie, że płacz należał do niego samego i że totalnie się rozkleił na oczach Magnusa.

“Alexander.” czarownik brzmiał na zmartwionego. Zanim jednak zdołał powiedzieć coś więcej dłonie chłopaka owinęły się wokół jego ciała, przyciągając Magnusa tak by mógł ukryć swoją twarz na jego piersi. “Hej, Alec. Co jest?”

“Przepraszam.” sapnął chłopak nie wypuszczając czarownika z uścisku. “Jestem ostatnio strasznie przewrażliwiony. Nie przejmuj się. Było cudownie, dziękuję.”

“O nie, nie, nie mój drogi. Tak to my się bawić nie będziemy.” Sapnął Magnus próbując uwolnić się z żelaznego uścisku.

“Proszę… zostańmy tak na chwilę. Proszę Magnusie.”

Czarownik bał się, że przekroczył jakąś granice. Nigdy wcześniej tego nie robili i teraz miał do siebie pretensje, że nie spytał najpierw Aleca czy tego chce.

Chłopak wciąż cicho płakał a Magnus nie mógł go nawet przytulić ze względu na pozycję w jakiej się znajdowali. Wyprostowane ręce Magnusa zaczęły sią trząść próbując utrzymać ich wspólny ciężar.

“Alec, zrobiłem coś nie tak?” zapytał szeptem czarownik obawiając się odpowiedzi.

“Na Anioła, nie!” Alec opadł na poduszki wpatrując się w Magnusa szerokimi oczami pełnymi łez. Jego ręce natychmiast objęły twarz czarownika. “To nie twoja wina.” powiedział stanowczo.

“Ale…”

“Żadnego ale. Kocham Cię. Po prostu ostatnio tyle się dzieje… I miałeś wcześniej rację. Zaczynam tracić nad tym kontrolę. Przeraża mnie to.” Słowa chłopaka brzmiały na szczere. “Wszystkie moje uczucia… Obawy... mam wrażenie, że jeszcze się podwoiły.  Czuję się…” Przerwał próbując znaleźć odpowiednie słowo.

“Przytłoczony?” podpowiedział Magnus.

“Tak.” Alec przyciągnął czarownika tak by leżał koło niego. Ich nogi wciąż były splątane. “Miałem dużo czasu by przemyśleć to co zrobiłem i jaki ma to wpływ na moją rodzinę, a przede wszystkim na Ciebie.” westchnął ciężko wpatrując się w sufit. Magnus przetarł kciukiem łzy z twarzy chłopaka. Alec odwrócił się chcąc spojrzeć w oczy czarownika. “Przepraszam, że poszedłem do Camille. Przepraszam, że nie powiedziałem Ci o moich obawach i o tym co zamierzam zrobić.”

“Alexander…”

“Nie, proszę. Pozwól mi skończyć.” powiedział kładąc palec na ustach mężczyzny. “Z początku pragnąłem nieśmiertelności ponieważ byłem zazdrosny o każdą osobę, która pojawiłaby się w twoim życiu po mojej śmierci.” W oczach Alec’a Magnus dostrzegł uczucie, którego nie potrafił określić “Camille uświadomiła mi jakie to było dziecinne… Chciałem ją nienawidzić bo posiadała dwie rzeczy których ja pragnąłem a nie mogłem mieć, nie ważne jak bardzo się starałem.”

“Rozumiem, że chodzi Ci o nieśmiertelność, jednak nie mam pojęcia czym jest ta druga rzecz.” Zastanawiał się głośno czarownik.

Alec spojrzał w żółto-zielone kocie oczy mężczyzny uśmiechając się smutno. “Znała Ciebie.” Nie musiał mówić więcej, wiedział, że Magnus zrozumie. “Gdy przyszedłem do niej pierwszy raz… Camille cały czas mówiła mi o Tobie. Dla niezainteresowanych były to drobne nic nie znaczące informacje, dla mnie jednak… Były bezcenne. Dlatego do niej wracałem. Żałuję tego bardziej niż jestem w stanie wyrazić.”

“Dlaczego?” Zapytał cicho czarownik. “To nie tak, że robiłeś coś złego.”

“Potajemne schadzki z Twoją byłą, która jest ścigana przez Clave za złamanie Porozumienia tylko po to by zdobyć informacje na Twój temat… Spójrz mi w oczy i powiedz to jeszcze raz.” burknął ponuro Alec. “Nocni Łowcy powinni żyć i walczyć dla większego dobra. A co ja robię?”

“Ty, mój drogi, jesteś jednym z niewielu Nocnych Łowców, którzy faktycznie poświęcili się by żyć zgodnie z tą zasadą.” Alec zaczął kręcić przecząco głową ale Magnus nie dał mu dojść do słowa. “Nie poszedłeś do Camille by spiskować z nią przeciwko Clave. Zrobiłeś to bo chciałeś mnie lepiej poznać. To tylko moja wina, że poczułeś się jakbyś nie mógł przyjść z tym do mnie i za to Cię przepraszam.” Oczy chłopaka patrzyły na niego z niedowierzaniem.

“Nie jesteś na mnie zły?” zapytał cichutko spuszczając wzrok unikając spojrzenia czarownika.

Magnus przypominał sobie słowa Alec’a z przed chwili. Skoro jego obawy się podwoiły to samo musiało się tyczyć wszystkiego czego był w swoim życiu niepewny. Magnus uświadomił sobie boleśnie, że w tym momencie Alec był najmniej pewny tego co Magnus do niego czuł. Mógł winić za to tylko samego siebie. Od ich powrotu z wakacji czarownik starał się jeszcze bardziej ukryć swoją przeszłość przed Nocnym Łowcą obawiając się tego, że te informacje źle wpłyną na jego nastoletniego kochanka. Nie zauważył, że w ten sposób sprawił, że zaczęli się od siebie oddalać. Magnus domyślił się, że chłopak zdał sobie z tego sprawę wcześniej i chcąc jakoś ratować ich związek udał się do jedynej osoby, która mogła mu pomóc zrozumieć Magnusa.

Alec spojrzał w oczy czarownika gdy cisza zaczęła się przedłużać. Znów zaczął się trząść bojąc się jego odpowiedzi.

“Jestem zły. Ale nie na Ciebie kochanie.” powiedział Magnus całując delikatnie drżące usta chłopaka. “Przepraszam, że Cię odtrąciłem. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Kocham Cię i nie wybaczyłbym sobie gdyby coś Ci się stało przez moją głupotę.”

Chapter Text

Alec wskoczył na peron opuszczonej stacji metra i ruszył w stronę schodów. Przeklinał się w myślach za to, że po tym wszystkim co się ostatnio działo znów tu przyszedł. Gnał go jakiś wewnętrzny instynkt, każąc mu się spieszyć. Serce dudniło mu w piersi, sprawiając, że jedyne co słyszał w tym opuszczonym tunelu to szum jego własnej krwi.

Wszedł po schodach, wyciągając ostrze Serafickie zza pasa. Światło tutaj było słabe i migotało leniwie – ruszył w stronę półpiętra poniżej stacji, gdzie przyciemnione, szklane świetliki rzucały mroźne promienie. Wsunął magiczny kamień do kieszeni i uniósł sztylet.

“Amriel.” szepnął, a miecz zabłysnął, jakby wystrzelił z jego ręki piorun.

Podniósł brodę, ogarniając spojrzeniem hol. Zauważył sofę z wysokim oparciem, ale Camille nie było na niej. Spojrzał w bok, gdzie w jego śnie zawsze leżał stos głów, chcąc upewnić się, że tym razem nie śnił. Odetchnął z ulgą, gdy nic tam nie znalazł.

Powoli podszedł bliżej sofy starając się dostrzec coś w głębi pomieszczenia gdzie, światło Amriela nie docierało.

“Camille!” zawołał. Odpowiedziało mu tylko echo jego własnego głosu. Wyciągnął telefon, żeby napisać do niej gdy nagle zza rogu pomieszczenia rozbrzmiał dźwięczny śmiech, niczym poruszające się dzwoneczki. Alec szybko skierował płonący miecz w tamtą stronę. Śmiech nie należał do Camille. Spędził z nią wystarczająco dużo czasu, by go rozpoznać.

“Znam cię.” usłyszał cichy głosik. Z cienia wyszła dziewczynka, która mogła mieć nie więcej niż dwanaście, trzynaście lat. “Alec Lightwood.” Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Gdy mówiła, widział jak błyszczą jej kły. Wampir. “Jesteś przyjacielem Simona. Widziałam cię na koncertach.”

Alec obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Była szczupła, miała na sobie podarte dżinsy i różową koszulkę z jednorożcem. Światło serafickiego noża odbijało się od cekinów na jej bluzce rzucając dokoła kolorowe plamki. Przez szyje przerzucony miała różowy szalik. Dostrzegł, że jej ubranie ubrudzone było brązowymi i czerwonymi plamami, śladami zaschniętej i świeżej krwi. Rozpoznał ją z opowieści Simona o tym jak chcąc przezwyciężyć naturę wampira, jeden jedyny raz stracił nad sobą kontrolę.

“Maureen” powiedział. “Maureen od Simona.”

Uśmiechnęła się zadowolona jak kotka, która dopiero co zjadła miskę śmietany.

“Tak, to ja! Maureen od Simona!” Spojrzała w dół na swoje dłonie, które błyszczały od krwi. Ale to nie była ludzka krew , pomyślał Alec. Ciemna, o rubinowym kolorze, jak u wampirów. “Szukasz Camille.” powiedziała śpiewnym głosem. “Trochę się spóźniłeś. Twoja Pani nie żyje. Ja ją zabiłam!” Zaśmiała się na całe gardło.

Wzdrygnął się na ten dźwięk.

“Ona nie była moją Panią.”

“Nie oszukasz mnie Nocny Łowco. W Twoich żyłach płynie jej krew.” Uśmiechnęła się złowrogo. “Wszyscy, którzy byli pod jej kontrolą przybyli by ją pomścić. Zabiłam wszystkich. Ty jesteś ostatni.” Zrobiła krok w jego stronę.

Alec przełknął ślinę i złapał pewniej miecz nie chcąc go upuścić, gdyby wampirzyca się na niego rzuciła. Dlaczego nie napisał do Magnusa, jak tylko ocknął się z transu w połowie drogi do kryjówki Camille, wtedy przynajmniej miałby nadzieję, że czarownik go znajdzie zanim Maureen go wykończy.

“Z Camille łączyły mnie tylko interesy. Nie chcę jej pomścić.” powiedział spokojnie łapiąc się ostatniej szansy na przetrwanie. Wampirzyca przestała wpatrywać się w niego jak kotka w mysz. Wyprostowała się zaciekawiona.

“Jakie interesy mogły łączyć Nocnego Łowcę i wampira.”

“Zdobywałem dla niej informację, w zamian miałem stać się nieśmiertelny.” Wiedział, że dużo ryzykuje mówiąc jej o tym, ale nie widział innego wyjścia z tej sytuacji.

Wampirzyca w sekundę znalazła się przy nim całkowicie go zaskakując. Złapała go za rękę w której trzymał Serafickie ostrze wykręcając mu ją do tyłu i przygważdżając go do ziemi z siłą, której nie spodziewałby się u trzynastolatki.

“Masz w sobie krew wampira. Gdy Cię zabiję, spełni się Twoje marzenie.” szepnęła rozbawiona wprost do jego ucha, sprawiając, że po plecach przebiegły mu ciarki.

“Jeśli to zrobisz będę wreszcie wolny.” sapnął starając się wymyślić jakiś plan B. “Nie będę nikomu podwładny.”

“Hm. Trochę szkoda. Mógłbyś mi się przydać.” brzmiała niemal na rozczarowaną. Odsunęła się na chwilę poluźniając uścisk na nadgarstku Nocnego Łowcy.

Alec wykorzystał moment nieuwagi wampirzycy, by się oswobodzić i przewrócić ją na plecy kopnięciem w klatkę piersiową. Usłyszał trzask łamanych kości. To była jego jedyna szansa. Poderwał się szybko na nogi. Zostawił miecz, nie miał czasu się po niego cofać. Biegnąc w stronę stacji sięgnął po telefon i wybrał na ślepo numer z listy szybkiego wybierania. Nie miał czasu sprawdzać do kogo dzwoni, na liście były tylko numery alarmowe. Na zewnątrz był dzień, gdyby udało mu się dobiec do stacji mógłby tam spokojnie przeczekać do nadejścia wsparcia oświetlony słońcem ze świetlików w dachu.

“Alexander?” usłyszał głos dobiegający z telefonu. Nie zdążył nic powiedzieć, gdy w tym samym momencie poczuł silne uderzenie w prawe ramię, krzyknął gdy zaślepiła go fala bólu. Upadł na ziemię, telefon wypadł mu z ręki i poleciał gdzieś w kąt. Miał tylko nadzieję, że się nie rozłączył. To była jego jedyna szansa.

“Nie ładnie się bawisz Nocny Łowco.” dziewczyna zawisła nad nim z szerokim uśmiechem. Wampirzyca złapała go za ramię, w które wcześniej czymś rzuciła. Zagryzł zęby chcąc powstrzymać się od krzyku nie chcąc dawać jej satysfakcji.

“Alec, Alec, Alec.” Powiedziała niemal karcąco. “Nie wybrałeś sobie pięknego miejsca na swój grób.”

“Opuszczona stacja City Hall Park ma swój urok!” Krzyknął, gdy znów przycisnęła zranione miejsce. Jeśli telefon się rozłączył to już po nim. Jedyne co mu pozostawało to grać na zwłokę.

“Może kiedyś miała ten urok. Teraz podziwiają ją tylko szczury i uciekinierzy tacy jak Camille.” Złapała go wolną ręką za włosy odciągając szarpnięciem jego głowę w bok by odsłonić szyję. “Nie martw się Nocny Łowco. Nie powinno boleć.”

“Nie…” jęknął próbując się wyrwać, ale wampirzyca uwięziła jego lewą rękę pod swoim kolanem uniemożliwiając jakikolwiek ruch, natomiast prawą wciąż ściskała, gdy tylko próbował się ruszyć. Jak taka mała osóbka mogła z taką siłą przytrzymywać go przy ziemi. Miał wciąż wolne nogi i czekał tylko na moment, aż nachyli się wystarczająco nisko...

“ALEC!” wampirzyca podniosła gwałtownie głowę znad jego szyi chcąc zobaczyć, kto śmie jej przerywać, co Alec natychmiast wykorzystał zrzucając ją z siebie.

Przeturlał się na brzuch i jęknął gdy wstając oparł się na zranionej ręce. Nie zdążył się podnieść gdy poczuł, że został szarpnięty za włosy do tyłu. Upadł niezgrabnie na tyłek. Mała zimna dłoń ponownie zacisnęła się na jego przedramieniu powodując, że z ust Nocnego Łowcy wyrwał się zduszony okrzyk.

“Puść go!” Alec otworzył powoli oczy, nie pamiętał kiedy je zamknął. Ból i strach sprawiły, że po policzkach spłynęły mu łzy, przez które z trudem dostrzegł czerwone iskry tańczące pomiędzy dłońmi czarownika. Żółto-zielone kocie oczy błyszczały złowrogo w ciemności.

“Magnus…” spróbował się znów wyrwać ale dłoń wampirzycy mocniej ścisnęła zranione ramię.

“Ciiii, dokąd się wybierasz moja mała myszko.” Szepnęła i oblizała jego szyję.

Alec postanowił, że jeśli jakimś cudem z tego wyjdzie, wykąpie się we wrzątku by zmyć z siebie cały brud dzisiejszego dnia.

“Puść go.” wycedził ponownie czarownik przez zaciśnięte zęby. Mierzył Maureen morderczym wzrokiem, Alec pierwszy raz go takim widział. Wampirzyca najwyraźniej wyczuła wyzwanie i mocniej odchyliła głowę Nocnego Łowcy żeby mieć lepszy dostęp do jego szyi. Magnus zrobił krok w przód. “Jeśli coś mu zrobisz, Clave będzie Twoim najmniejszym zmartwieniem.” Głos czarownika stał się głębszy bardziej złowrogi. Alec poczuł jak całe jego ciało pokrywa się gęsią skórką. Omal się nie roześmiał na to, jak jego ciało reagowało na tego mężczyznę nawet w takim momencie.

“Jaką mam gwarancję, że jeśli go zostawię i tak nie będziecie mnie ścigać?” zapytała podejrzliwie.

“C-clave nie interesują przepychanki wampirów o władzę.” zaczął Alec cicho, wiedząc, że wampirzyca i tak go usłyszy. “Nie mają żadnych dowodów na to, że zabijałaś przyziemnych. Ale jeśli zabijesz jednego z nich…”

“Niech będzie.” oznajmiła rozczarowana natychmiast go puszczając i oddalając się na bezpieczną odległość. Alec sapnął gdy stracił oparcie i upadł na plecy. “Jeśli znów się spotkamy Lightwood, nie licz na łaskę.” usłyszał jeszcze oddalający się głos, zanim poczuł ciepłe dłonie czarownika dotykające jego twarz.

“Alexander.” usłyszał w jego głosie strach. Był taki zmęczony. Wiedział, że musi to przezwyciężyć i dla dobra czarownika otworzył oczy. “Tu jesteś.” dostrzegł delikatny uśmiech na jego twarzy, który jednak nie sięgał jego oczu, wciąż mógł dostrzec strach w ukochanych tęczówkach.

Spróbował się podnieść, Magnus natychmiast mu pomógł starając się nie dotknąć zranionego miejsca.

“Przepraszam.” jęknął gdy znalazł się w ramionach czarownika.

“Ostatnio często to robisz.” Zauważył ponuro Magnus. Przykładając dłoń do ramienia Nocnego Łowcy. Ciemność rozświetliło niebieskie światło leczącej magii. “Jak właściwie się tu znalazłeś?” zapytał po chwili, gdy upewnił się, że ręka Aleca jest już cała. “Z tego co pamiętam, mówiłeś, że idziesz do instytutu.”

“Bo szedłem.” Powiedział Alec wzruszając ramionami. “W którymś momencie urwał mi się film. Nie mam pojęcia jak się tu znalazłem. Ale czułem, że coś jest nie tak. Gnał mnie tu jakiś wewnętrzny niepokój. Wiedziałem, że to niebezpieczne ale nie byłem w stanie zawrócić. Domyśliłem się, że chodzi o Camille, że to jej krew mnie wzywa, ale to co tu zastałem.” Zadrżał co nie uszło uwadze Magnusa. Alec spojrzał na czarownika z nadzieją, że zrozumiał cokolwiek z jego nerwowego paplania.

Magnus rozejrzał się uważnie jakby próbował dostrzec co kryje się w ciemności. “Lepiej będzie jeśli się stąd zabierzemy.” Oznajmił wstając ciągnąc za sobą Nocnego Łowcę, któremu zakręciło się w głowie od nagłej zmiany pozycji.  Magnus złapał go za ramię podtrzymując go jedną ręką, gdy drugą formował portal.

“Poczekaj.” powiedział Alec. “Na dole został mój miecz. Jeśli ktoś go znajdzie mogę mieć kłopoty.” Stwierdził. Na twarzy Magnusa można było dostrzec niezadowolenie. “Poszukaj mojego telefonu, powinien gdzieś tutaj leżeć, zaraz wrócę.” zbiegł po schodach nie czekając na odpowiedź czarownika. Już z daleka dostrzegł Serafickie ostrze leżące na brudnej ziemi. Podniósł je i miał już wracać, gdy wyczuł zapach krwi. Instynktownie ruszył w kierunku z którego dochodził. Gdy w ciemności zamajaczyły mu zarysy porozrywanych ciał, zatrzymał się. Wciągnął głośno powietrze i wydał z siebie dźwięk bardziej przypominający skowyt niż jęk. Jakby ktoś przydeptał psu ogon. Odwrócił się na pięcie i wpadł na Magnusa, który przyszedł go szukać w dłoni trzymał jego telefon.

Alec spojrzał na twarz czarownika, która wpatrywała się w to co zostało z wampirzycy i jej świty. Dostrzegł ból w jego oczach. Alec spuścił wzrok wpatrując się w bluzkę Magnusa, na której widniał napis “Trust me I’m a Jedi”. Nocny Łowca nie darzył wampirzycy żadnym uczuciem a jednak stał tu i czuł, że po policzkach spływają mu łzy. Nie życzył nikomu takiej śmierci, nawet najgorszemu wrogowi. Próbował wziąć się w garść w końcu to Magnus cierpiał bardziej. Camille była kiedyś jego dziewczyną i mimo, że nie byli już razem wiedział, że uczucia, które ich kiedyś łączyły nigdy tak do końca nie wygasły.

“Tak mi przykro.” Alec był zaskoczony brzmieniem swojego własnego głosu. Czarownik oderwał wzrok od makabrycznej sceny i spojrzał uważnie na swojego chłopaka, który cały się trząsł próbując powstrzymać łzy napływające mu do oczu. “T-tak bardzo mi przykro.” wyjąkał znów, zaciskając dłonie na materiale swoich spodni.

“Hej.” Magnus objął chłopaka ramionami. “Już dobrze.”

“Ale…”

“Żadnego ale, Alexandrze.” oznajmił stanowczo czarownik delikatnie unosząc palcem podbródek Aleca tak by spojrzeć w jego błękitne oczy pełne łez. “Bardziej bym się zmartwił, gdyby to Twoje ciało tam leżało. Wracajmy dobrze?”

Alec kiwnął głową chowając twarz w zgięciu szyi czarownika.

Chapter Text

Ostatni miesiąc Alec w większości spędził na Brooklynie w mieszkaniu swojego chłopaka. Lightwood nie mógł przestać się uśmiechać wspominając ten czas. Mimo wszystkiego przez co przeszli był to najlepszy miesiąc jego życia. Nigdzie nie czuł się tak bezpiecznie jak w mieszkaniu Magnusa, które szybko zastąpiło mu dom. Alec wiedział, że nie miałby problemu z przyzwyczajeniem się do takiego stylu życia.

Krew Camille sprawiła, że ostatni tydzień był udręką dla nich obu a w szczególności dla Magnusa. Alec praktycznie nie wstawał z łóżka, czuł się jakby opuściły go wszystkie siły życiowe. Chłopak dopiero po długiej kłótni zgodził się na to by Magnus ponownie użył na nim zaklęcia z Białej Księgi. Na samą myśl o tamtej kłótni skręcało go w żołądku. Alec nigdy nie widział Magnusa tak przybitego.

Mężczyzna chyba zrozumiał, że nic nie osiągnie ukrywając swoje prawdziwe uczucia i pozwolił by całe zmęczenie i ból ostatnich tygodni ukazały się na jego twarzy, momentalnie ucinając dalszą kłótnię.

“Kocham Cię… Dlaczego tak trudno ci pojąć, że nie mogę… nie jestem w stanie patrzeć na to jak cierpisz. Zwłaszcza, że wiem jak Ci pomóc.” Alec słyszał zrezygnowanie w głosie czarownika. “Proszę, pozwól mi...”

Alec westchnął ciężko. Cieszył się, że mieli to już za sobą i okres jego kwarantanny dobiegł końca. Nie mógł się doczekać wyjścia w teren z Izzy i Jace’m. Jednak najpierw czekała go rozmowa z rodzicami.

Alec czuł się niepewnie stojąc przed drzwiami gabinetu ojca. Czego rodzice mogli od niego chcieć. Ostatni raz był w tym gabinecie, gdy mówił im o tym, że wypił krew wampira. Wciąż pamiętał jak zakończyła się ta rozmowa i wolałby jeszcze przez jakiś czas unikać tego gabinetu. Nie mógł niestety zignorować bezpośredniego wezwania szefa instytutu.

Alec odetchnął kilka razy i zapukał. Drzwi otworzyły się przed nim ukazując twarz Maryse Lightwood. Wpuściła go do środka nie odzywając się do niego. Coś było nie tak. Jego matka nie wyglądała jakby była zadowolona perspektywą rozmowy z własnym synem. Chłopak zmarszczył brwi przenosząc spojrzenie na siedzącego za wielkim mahoniowym biurkiem Roberta Lightwood’a. Mężczyzna wyglądał jakby nad czymś myślał nie zauważając nawet, że Alec już przyszedł.

“Robert.” Mruknęła Maryse wyrywając męża z zamyślenia. Mężczyzna podniósł wzrok na syna. Patrzył na niego w sposób, którego Alec nie potrafił określić.

Chłopak mógł się domyślić po sposobie w jaki Maryse wykręcała nerwowo palce, że to co usłyszy wcale mu się nie spodoba.

“Widzę, że poszedłeś po rozum do głowy.” Zauważył Robert wskazując na runę na szyi Alec’a. “Zmieniłeś zdanie odnośnie swojej przemiany .” Ostatnie słowo starszy mężczyzna prawie wypluł z obrzydzeniem.

Alec nie musiał na to odpowiadać i nie miał zamiaru. Wpatrywał się w niebieskie oczy ojca, które były pełne odrazy.

“Rozmawiałem z Twoją matką odnośnie przyszłości instytutu.” Robert zmienił temat widząc, że nie uzyska od syna żadnej odpowiedzi. “Wspólnie zdecydowaliśmy, że to Isabelle będzie po mnie kierowała Nowojorskim konklawe.”

“Słucham?!” Alec zbladł. Całe życie przygotowywał się do tego by przejąć po ojcu prowadzenie instytutu. Wiedział, że rodzice byli na niego wściekli za to, że spotykał się z Magnusem, nigdy nie sądził, że posuną się do tego by odebrać mu coś co było jego życiowym celem. Jego dziedzictwem. “Wiem, że to co zrobiłem ostatnio było głupie i nieodpowiedzialne…” powiedział Alec starając się ukryć drżenie swojego głosu. “Zrozumiałem swój błąd…” spojrzał na matkę, która wyglądała na nieszczęśliwą. “Jestem waszym najstarszym dzieckiem i według prawa…”

“Nie jesteś moim synem.” wycedził Robert przez zaciśnięte zęby. Jego słowa sprawiły, że ręce chłopaka zaczęły drżeć.

Ok. Alec był przygotowany na to, że ojciec będzie chciał go wydziedziczyć za to, że spotykał się z podziemnym. Ostatnio uświadomił im, że czarownik nie był tylko chwilową zachcianką czy przejawem buntu. Alec traktował go poważnie i był gotów się dla niego poświęcić. Przerażało ich to i najwyraźniej rodzice w ten sposób mieli zamiar go ukarać. Grożąc mu utratą stanowiska, jeśli on nie zdecyduje się zerwać z Bane'em.

“Rozumiem, że przeszkadza Ci mój związek z Magnusem ale nie sądzisz że przesadzasz ojcze?” Zapytał z westchnieniem cały czas wędrując wzrokiem między Maryse i Robertem. Zamiast odpowiedzi zobaczył jak wymieniają zakłopotane spojrzenia i wtedy to do niego dotarło.

Spojrzał na Maryse nie ukrywając poczucia zdrady jakie go momentalnie wypełniło i wybiegł z biura kiedy kobieta zrobiła krok w jego stronę. Nie mógł znieść przebywania z nimi w jednym pomieszczeniu.

Pobiegł do swojego pokoju i zatrzasnął za sobą z hukiem drzwi, modląc się w duchu, żeby nikt za nim nie przyszedł. Z pod łóżka wyjął sportową torbę, otworzył szafę i zaczął wrzucać do niej swoje rzeczy nie przejmując się tym by je układać. Nie obchodziło go to, ani to dokąd pójdzie. Wiedział tylko, że nie może zostać w instytucie.

Miał wrażenie, że ściany budynku zaczynają się do niego przybliżać sprawiając, że zaczęło mu brakować powietrza. Nigdy nie czuł się tu tak obco jak w tym momencie. Nogi miał jak z waty, gdy szedł w stronę łazienki. Stanął w progu podtrzymując się framugi. Próbował się uspokoić. Każdy oddech sprawiał mu ból. Zrobił jeszcze jeden krok i oparł się dłońmi o umywalkę. Z jego ust wydobył się zdławiony szloch. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze i dostrzegł w swoich błękitnych oczach tylko ból i poczucie zdrady.

Chłopak zastanawiał się co musiał czuć Robert patrząc na niego i nie dostrzegając w nim żadnych swoich cech poza niebieskimi oczami, które najwyraźniej musiał odziedziczyć po Maryse. Z goryczą uświadomił sobie, że nie ważne co by zrobił nigdy nie byłby w stanie sprostać chorym wymaganiom Roberta. Mężczyzna nigdy nie zaakceptowałby go jako syna, nigdy nie okazałby, że jest z niego dumny. Wszystkie te lata ciężkiego treningu tylko po to by przypodobać się człowiekowi, któremu nigdy na nim nie zależało.

Alec uderzył z całej siły pięścią w lustro sprawiając, że podłoga w łazience pokryła się drobnymi odłamkami szkła. Spojrzał na swoją poharataną rękę z której zaczęła spływać krew rozpryskując się na posadzce tworząc makabryczną mozaikę. Nagle oddychanie stało się odrobinę łatwiejsze, ból w klatce piersiowej zelżał przenosząc się w nowe miejsce.

Wykorzystując chwilowe skupienie jakie uzyskał po wcześniejszym wybuchu, szybko spakował resztę potrzebnych rzeczy i przerzucił torbę przez ramię wychodząc z pokoju. Na zewnątrz omal nie wpadł na swojego parabatai, który wpatrywał się w niego z niepokojem wymalowanym na twarzy.

“Hej stary, wszystko w porządku?” zapytał. Alec zagryzł dolną wargę i w odpowiedzi potrząsnął głową.

“Idę do Magnusa i nie wiem kiedy wrócę.” wydusił z siebie i wyminął oszołomionego blondyna.

“Zaczekaj! Twoja ręka!” zawołał za nim Jace.

“Nic mi nie będzie.” Odpowiedział mu szybko brunet. Nie mógł zostać tu ani chwili dłużej. Poczuł jak na jego zdrowej ręce zaciska się silna dłoń blondyna.

“Nie będę Cię zatrzymywać jeśli czujesz, że nie możesz tu zostać.” Stwierdził poważnie Jace. “Nie mam pojęcia co powiedzieli Ci Robert i Maryse ale chcę żebyś wiedział, że jestem i zawsze będę po twojej stronie. W końcu jesteśmy nie tylko parabatai ale również braćmi.”

Alec poczuł ucisk w klatce piersiowej. Tak bardzo chciał mu powiedzieć prawdę. Wiedział, że jeśli ktoś go zrozumie to właśnie Jace, w końcu sam też przez to przechodził. W tym momencie jednak nie był w stanie tego powiedzieć bez kolejnego ataku. Jedyne co w tym momencie potrzebował to wyjść z tego budynku i znaleźć się jak najdalej od Maryse i Roberta.

“Dzięki.” Rzucił tylko chcąc uwolnić się z żelaznego uścisku chłopaka. Gdy Jace nadal go trzymał odwrócił się w jego stronę. “Powiedziałeś, że nie będziesz mnie zatrzymywał.” Zauważył cicho, nie był w stanie spojrzeć w jego złote oczy.

“Nie mam zamiaru.” Wzruszył ramionami i dodał. “Jednak jako Twój brat nie mogę puścić Cię z taką raną. Pozwól mi nałożyć iratze i możesz iść.” Alec westchnął ciężko i wyciągnął prawą rękę w stronę Jace’a. Blondyn nie marnował czasu, szybko podwinął rękaw koszulki Lightwood’a i na nadgarstku narysował stellą odpowiednią runę. “Daj mi znać jak dotrzesz do Magnus’a, albo będę musiał go męczyć swoją osobą jak ostatnio.”

Alec kiwnął tylko głową i poszedł. Modlił się do aniołów by nikt więcej go nie zatrzymywał.

Gdy był już w holu dostrzegł kątem oka zbliżającą się do niego Maryse. I przeklął w myślach.

“Alexander…”

“Przestań…” rzucił w jej stronę ostrym tonem sprawiając, że momentalnie się zatrzymała. Wyglądała na zagubioną. “To Ty powinnaś mi była o tym powiedzieć, nie ON.” Jej oczy się zaszkliły. “A może Ty też masz mi coś do powiedzenia, mamo ?” Maryse zaprzeczyła wciąż nie mogąc wydobyć z siebie głosu. “Wychodzę. Nie dzwoń do mnie. Nie chce z Tobą teraz rozmawiać lub wcale.” Oświadczył ruszając w stronę drzwi. Zarzucił na siebie płaszcz i wyszedł na chłodne grudniowe powietrze.

Całe swoje życie chciał zaimponować ojcu. Przez wiele lat męczył się myśląc, że nigdy nie sprosta jego wymaganiom. Sprawiało mu ból patrzenie jak Robert chwali Isabelle przed znajomymi nigdy nie wspominając o nim. Z czasem zaczął chwalić również Maxa. Ojciec cały czas powtarzał jaki jest z nich dumny.

Gdy pojawił się Jace, Alec myślał, że coś się zmieni w jego relacji z ojcem. W końcu Alec był jego synem, nie mógł traktować go gorzej niż syna Waylanda. Nie mógł się bardziej mylić. Jace był synem najlepszego przyjaciela Roberta, jego parabatai. Oczywiście, że był dla niego ważniejszy niż Alec, który był dla niego nikim. Nie mógł zrobić nic by być dla Roberta wystarczająco dobrym synem.

Alec zatrzymał się w połowie mostu Brooklyńskiego. Od mieszkania Magnusa dzieliło go kilkaset metrów. Czuł, że znów zaczyna mieć problem ze złapaniem oddechu więc nie zastanawiając się dłużej ruszył biegiem przed siebie.

W płucach go paliło gdy wspinał się w górę po schodach do mieszkania czarownika. Nie wiedział co zrobi jeśli Magnus nie zgodzi się na to by został. Poczuł ukłucie w sercu na myśl, że mógłby zostać przez niego odtrącony. Nagle przypomniał sobie jak szybko ten wyimaginowany ból w sercu zelżał, gdy zastąpił go prawdziwy dochodzący z jego rozciętej dłoni. Jak jego szare beznadziejne życie nabrało cudownego rubinowego koloru. Koloru krwi .

Zatrzymał się przed drzwiami i jęknął cicho “Nie,” uświadamiając sobie co te ponure myśli mu przypominają. Czyżby krew Camill wciąż płynęła w jego żyłach? Przecież czuł się znacznie lepiej.

Alec usłyszał ciche uderzenie, gdy torba spadła z jego ramienia na wycieraczkę. Złapał się obiema dłońmi za głowę wplątując palce we włosy. Chciał żeby to się skończyło. Miał dosyć. Chciał, aby głosy w jego głowie przestały szeptać jaki jest beznadziejny, że nigdy nie będzie wystarczająco dobry. Ani dla rodziny, ani dla Magnusa.

Alec upadł na kolana i uderzył czołem w drzwi chcąc w ten sposób zagłuszyć szalejący w jego głowie hałas.

Chwilę później poczuł dwie ciepłe dłonie obejmujące jego twarz. Dochodził do niego z oddali znajomy głos, którego nie potrafił skatalogować z żadną twarzą. Mógłby się łatwo dowiedzieć, kto to gdyby tylko otworzył oczy, ale nie potrafił zebrać w sobie wystarczająco siły.

“Alexander…” dłonie delikatnie gładziły jego twarz, cały czas słyszał głos osoby do której należały. “Słyszysz mnie?”

“Mag..” zdołał z siebie wydusić nie do końca świadom co to słowo oznacza.

“Jestem tutaj. Jesteś bezpieczny.” Powoli zaczęło docierać do niego coraz więcej. “Alec, postaraj się brać głębsze oddechy.” słyszał jak mężczyzna, nie , Magnus zmienił oddech tak by ułatwić mu dopasowanie swojego. Pierwsze podejście nie do końca mu wyszło ale za każdym razem było coraz lepiej. Magnus cały czas do niego mówił, chwaląc za to, że tak dobrze sobie radzi. Po dłuższej chwili udało mu się otworzyć oczy i natychmiast spotkał żółto-zielone kocie tęczówki wpatrujące się w niego z troską.

***

Jace zadzwonił do Magnus uprzedzając, że jego parabatai jest w drodze do jego mieszkania i że nie ma najlepszego humoru ponieważ znów pokłócił się z rodzicami. Słowa blondyna były nieporozumieniem roku. Gdy Magnus usłyszał uderzenie w drzwi a po nim kolejne i kolejne, każde w równym odstępie czasu, nie był przygotowany na to co znajdzie po ich drugiej stronie.

Alec klęczał na wycieraczce, dłonie miał wplątane we włosy zaciskał je z taką siłą, że zbielały mu kostki. Z czoła płynęła krew i Magnus natychmiast zrozumiał, że wcześniejszy dźwięk musiał być spowodowany tym, że uderzał głową w drzwi.

Czarownik natychmiast przed nim klęknął próbując tak jak zawsze go uspokoić. Z początku wypowiadane przez niego słowa nie docierały do chłopaka. Odetchnął z ulgą, gdy Alec zaczął reagować na polecenia i zaczął nabierać coraz głębsze oddechy. W którymś momencie zobaczył, że powieki Nephilim się otwierają i Magnus omal się nie rozpłakał widząc ile bólu i cierpienia kryło się w oczach jego ukochanego. Nigdy wcześniej go takim nie widział.

“Przepraszam.” Usłyszał cichy zachrypnięty głos Alec’a. “Nie mogłem zostać w instytucie. Nie wiedziałem dokąd pójść. Mogę zostać?”

Nigdy wcześniej nie było problemu z tym by Alec u niego nocował, Magnus nie rozumiał skąd wzięła się ta niepewność.

Pomógł chłopakowi wstać i widząc jak bardzo trzęsą mu się nogi złapał mocniej jedną ręką jego ramiona a drugą włożył pod jego kolana szybkim ruchem unosząc go z ziemi. Alec wciąż nie był do końca świadom tego co się działo wokół niego bo na pewno by się zarumienił.

Magnus przycisnął mocniej ciało chłopaka do swojej piersi i szepnął uspokajająco delikatnie całując jego czoło. “Śpij mój dzielny Nocny Łowco. Tutaj nic Ci nie grozi.” Chłopak nie potrzebował nic więcej. Gdy Magnus układał go chwilę później do łóżka już spał.

Chapter Text

Alec’a obudziło słońce, które przebijało się przez szparę między zasłonami. Mruknął niezadowolony z pobudki i odwrócił się chcąc objąć Magnus’a jednak druga strona łóżka była pusta i zimna. Poduszka wyglądał tak jakby nikt na niej nie spał.

Chłopak usiadł próbując przypomnieć sobie co się stało dzień wcześniej. W głowie miał mętlik.

“Magnus!” Zawołał w głąb mieszkania ale odpowiedziała mu tylko cisza. Czyżby czarownik gdzieś wyszedł?

Chciał wstać, gdy do pokoju wbiegł Prezes Miau. Wskoczył na łóżko zostawiając za sobą czerwone ślady łapek. Krew.  

“MAGNUS!” Alec szybko wyskoczył z łóżka i pobiegł wzdłuż śladów do salonu, gdzie na fotelu siedział blady czarownik. Głowę miał odchyloną na bok, oczy zamknięte. Jego koszulę była cała we krwi, która sączyła się z rany na szyi. “MAGNUS!” Chłopak doskoczył do mężczyzny. Chciał zatamować krwawienie jednak zdziwił się gdy zobaczył, że na szyi czarownika znajdowały się tylko dwie dziurki po kłach wampira. “Nie, nie, nie, nie, nie.” Alec powtarzał ciągle jak w amoku, próbując ocucić ukochanego. “Magnus otwórz oczy! Obiecałeś mi… Obiecałeś, że nie pozwolisz mi z tym żyć! MAGNUS!”

***

Alec poderwał się z łóżka ze zdławionym okrzykiem. Oddychał ciężko a jego oczy błądziły w panice po znajomym pokoju. To był sen. Tylko zły sen. Powtarzał w myślach próbując uspokoić swoje szalejące serce. Spojrzał w miejsce gdzie powinien spać czarownik i zamarł gdy zobaczył, że łóżko jest puste. “Nie, nie, to nie może być prawda.” Złapał się obiema rękami za głowę. Czuł jak po policzkach zaczęły spływać mu łzy. “Magnus.” wysapał między jednym zdesperowanym oddechem a drugim. “Magnus! MAGNUS!”

Drzwi od sypialni otworzyły się gwałtownie ukazując zmartwionego czarownika.

Alec wpatrywał się w niego z niedowierzaniem i przerażeniem wymalowanym na twarzy. “O boże.” Załkał chowając twarz w dłoniach. Poczuł jak chwilę później materac ugina się pod ciężarem starszego mężczyzny, który objął go ramionami przyciskając do siebie.

“Hej, jestem tutaj. To był tylko zły sen.” Szeptał mu cicho do ucha.

Nocny Łowca ukrył twarz na piersi czarownika. Odczuł ulgę gdy poczuł na skórze ciepłe dłonie Magnus’a. To był sen. Tylko sen. Nie zabiłeś go. Magnus jest bezpieczny. Powtarzał w myślach, mimo to nie potrafił się uspokoić.

“Wszystko wróciło…” załkał nie odrywając się od mężczyzny. “Koszmary, pragnienie krwi i te głosy. Cały czas słyszę je w głowie.” Mógł wyczuć jak ciało mężczyzny zesztywniało na jego słowa.

“Jakie głosy? Czemu mi o nich nie powiedziałeś?” zapytał zmartwiony.

“Cały czas siedzą mi w głowie i w kółko powtarzają to samo…” Alec nie chciał, żeby Magnus o tym wiedział ale w tym momencie nie do końca zdawał sobie sprawę z tego co mówił. “Mówią mi, że nie powinienem walczyć ze swoją nową naturą. Że moje życie stanie się lepsze jeśli pozwolę się jej ponieść. Że nigdy nie będę wystarczająco dobry jeśli ją odrzucę.” Powiedział to tak szybko, że czarownik potrzebował chwili by zrozumieć co chłopak właśnie powiedział.

“Alexander.” dłonie Magnus’a powędrowały do twarzy Nocnego Łowcy podnosząc ją tak by mógł spojrzeć w jego zapłakane błękitne oczy. “Byłeś i zawsze będziesz wystarczająco dobry.” Chłopak próbował zaprzeczyć ale usta czarownika mu to uniemożliwiły. “Będę to tak długo powtarzać, aż w to uwierzysz.” Stwierdził uśmiechając się do Alec’a z miłością. “Nie musisz walczyć z tym sam. Nie ukrywaj przede mną swoich problemów. Tylko razem będziemy w stanie stawić im czoła,” szepnął czarownik całując czoło, następnie oczy, nos i policzki Nocnego Łowcy jednocześnie ścierając kciukami łzy z jego twarzy.

“Kocham Cię,” powiedział cicho chłopak, jego oczy znów wypełniły się łzami.

“Och, Alec. Ja też Cię kocham.” Odpowiedział mocniej go do siebie przytulając. Siedzieli tak chwilę nic nie mówiąc. Oboje myśleli o czymś innym. W końcu Magnus przerwał ciszę. “Alexander?”

“Hm?”

“Co się wczoraj stało?” Alec przez chwilę zastanawiał się co czarownik ma na myśli i zamarł gdy przypomniał sobie rozmowę z Robertem i Maryse. Jego oddech momentalnie przyspieszył. “Alexander…”

“Nie! Nie mogę…” wysapał przyciskając twarz do zgięcia szyi Magnus’a.

“Hej, spokojnie. Oddychaj.” W głosie mężczyzny można było dosłyszeć niepokój. Nie potrafił sobie wyobrazić co takiego rodzice chłopaka mogli powiedzieć by doprowadzić go do takiego stanu. “Nie musisz mi mówić, jeśli nie chcesz.” stwierdził spokojnie czarownik z ulgą zauważając, że chłopak momentalnie się rozluźnił. “Jeśli będziesz chciał o tym porozmawiać, wiesz gdzie mnie szukać. Zawsze Cię wysłucham i zawsze będę po Twojej stronie.” Zapewnił go i pocałował w czubek głowy.

“Dziękuję.” 

Magnus uśmiechnął się delikatnie czując jak Alec powoli zasypia.

***

Przez zasłony w mieszkaniu na Brooklynie zaczęło prześwitywać słońce, które oświetlało twarz Nocnego Łowcy. Długie rzęsy, rzucały cienie na blade policzki. Czarne włosy na głowie chłopaka w porannym świetle miały delikatny granatowy odcień.

Magnus mógł całymi godzinami wpatrywać się w śpiącą twarz Aleksandra. W momentach takich jak ten, miał przynajmniej pewność, że jego osiemnastoletni chłopak był bezpieczny z dala od wszelkiego zła na tym okrutnym świecie. Gdyby mógł, trzymałby go zamkniętego w sypialni i nie pozwalał nikomu się do niego zbliżać.

Czoło Alec’a zmarszczyło się, natomiast usta wygięły w podkówkę. Magnus delikatnie musnął palcami czoło ukochanego. Błękitne iskierki, które przebiegły po palcach czarownika szybko odegnały przykry sen, który zaczął formować się w głowie chłopaka, zmarszczka na czole zniknęła.

Magnus westchnął i przysunął się bliżej by musnąć ustami miejsce, które wcześniej dotknął.

“Mhm.” Chłopak odwrócił się na plecy i przeciągnął rozprostowując ręce i nogi.

“Dzień dobry.” powiedział Magnus zadowolony z porannego pokazu.

Alec otworzył powoli oczy i spojrzał na czarownika na którego twarzy igrał łobuzerski uśmiech. Kocie oczy wędrowały po jego nagim ciele sprawiając, że się rumienił.

“Widzisz coś, co Ci się podoba?” zapytał Nocny Łowca obserwując mężczyznę spod rzęs. Źrenice Magnus’a zwęziły się w wąskie szparki, wyglądał jak drapieżnik czający się na swoją ofiarę. Alec zaskomlał, gdy ciało czarownika przyszpiliło go do łóżka, sprawny język szybko wkradł się w jego usta, zachłannie spijając z niego każdy jęk, który wydobywał się z gardła chłopaka za każdym razem, gdy Magnus ocierał się kroczem o jego nabrzmiałego członka.

“Magn…” wysapał Alec między jednym a drugim pocałunkiem. Nagle rozległ się dźwięk dzwonka, oboje zamarli. Leżeli chwilę nasłuchując. Gdy ponownie usłyszeli dzwonek mieli pewność, że ktoś stoi pod drzwiami. “Jesteś na dzisiaj z kimś umówiony?” zapytał Alec niezadowolony, że ktoś im przerywa. 

“Jestem Wysokim Czarownikiem Brooklynu, zawsze jestem z kimś umówiony.” Odpowiedział zrezygnowany czarownik i zaczął się podnosić, ostatni raz ocierając się o chłopaka, który zakrył usta dłonią chcąc stłumić odgłos, który  się z niego wydobył.

Magnus zarzucił na siebie fioletowy satynowy szlafrok i ruszył w stronę drzwi, chcąc powiedzieć niechcianemu gościowi, że przeszkodził w czymś ważnym i jak najszybciej zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. Ale gdy otworzył drzwi, przełknął gniewne słowa i pstryknięciem palcy zamienił szlafrok na codzienny (jak dla Magnusa) strój.

“Maryse Lightwood, czym zasłużyłem sobie na twą wizytę?” zapytał starając się ukryć gniew jaki w nim buzował na wspomnienie stanu, do jakiego ta kobieta doprowadziła jego chłopaka.

“Chciałabym porozmawiać z Aleksandrem.” zaczęła pewna siebie.

“Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.” Odpowiedział czarownik ściszając swój głos. Niebieskie oczy kobiety wpatrywały się w niego z intensywnością, którą Magnus doświadczył wcześniej u jej syna. “Myślę, że jedna awantura już mu wystarczy.”

“Nie przyszłam się kłócić. Chcę z nim tylko porozmawiać, Magnusie.” oznajmiła kobieta. Magnus oniemiał. Maryse nigdy nie zwracał się do niego po imieniu, cały czas nazywała go czarownikiem lub podziemnym. 

Kobieta wyglądała jakby mówiła szczerze. Magnus przez chwilę rozważał wpuszczenie jej do środka, gdy za plecami usłyszał oburzony głos Alec’a.

“Co tu robisz?! Mówiłem Ci…”

“Że nie mam do Ciebie dzwonić, bo nie chcesz ze mną rozmawiać.” dokończyła za niego patrząc mu głęboko w oczy. “Nie mówiłeś nic o tym, że nie chcesz mnie słuchać, tak jak i o tym, że nie mogę tu przyjść. Więc ja będę mówić a Ty posłuchasz. Proszę.” Magnus nigdy nie widział tej kobiety tak… bezbronnej.

Chłopak patrzył na nią oczami pełnymi udręki. Jednak nie powiedział jej, że ma odejść, dlatego Magnus odsunął się wpuszczając Maryse do środka. Kobieta spojrzała na niego z wdzięcznością i ruszyła w stronę syna, który zrobił krok w tył i objął się obronnie ramionami.

“Wybacz mi. Wczorajsza rozmowa miała wyglądać zupełnie inaczej.” oświadczyła zmęczonym głosem. Alec prychnął mocniej zaciskając palce na ramionach. “Wiem, że jesteś na mnie zły…”

“Dziwisz mi się?” Przerwał jej gwałtownie, zaskakując i ją i Magnusa, który starał się przemknąć niezauważalnie do sypialni, zostawiając matkę z synem samych. “Jestem wściekły, a przede wszystkim zawiedziony i rozczarowany,” powiedział a każde jego słowo było jak nóż, który zagłębiał się w serce Maryse Lightwood. “Nie rozumiem jak mogłaś mu na to wszystko pozwolić… Po tym co Ci zrobił. Zniszczył Ci życie… Naprawdę się na to zgadzasz?”

“Aleksander…”

“Nie nazywaj mnie tak…” warknął przerywając jej. “Wykreowaliście w mojej głowie przyszłość do której miałem dążyć. Od początku wiedzieliście, że nie mam żadnych szans, więc po co to było?! Sprawiało wam radość patrzenie jak się motam, chcąc sprostać waszym chorym wymaganiom?! Dobrze się przy tym bawiliście?!” Maryse milczała pełna poczucia winy. “ODPOWIEDZ MI!”

“Alexander.” Głos Magnus’a był stanowczy ale spokojny. Objął ramionami drżącego ze wściekłości chłopaka chcąc dać mu jakieś wsparcie. Nie rozumiał o co chodziło w całej tej rozmowie, ale nie mógł patrzeć jak jego chłopak z minuty na minutę pogrąża się w nienawiści, która nie leżała w jego spokojnej naturze. “Spójrz na mnie, kochanie.” Szepnął czekając aż oczy Alec’a skupią się na nim. “Musisz oddychać. Zrób to dla mnie, dobrze?”

Alec nabrał kilka głębszych oddechów. Drżenie powoli ustało.

“Lepiej?” zapytał czarownik cicho. Odetchnął z ulgą gdy Alec przytaknął, głowa opadła mu na ramię Magnus’a.

Maryse przyglądała się im wielkimi oczami pełnymi łez. Alec rzadko się denerwował ale kiedy już się to działo, trudno było mu się uspokoić. Zazwyczaj kończyło się to sparingiem z Jace’m. Kobieta nie sądziła, że kiedyś zobaczy swojego najstarszego syna oddającego komuś kontrolę w ten sposób. Był to wyższy poziom zaufania. Nawet Jace nie był dla niego tak bliski.

“Przepraszam, że Cię krzywdziłam… Myślałam, że jeśli będziesz żył zgodnie z zasadami Clave, będę mogła Cię dłużej chronić,” szepnęła nie potrafiąc spojrzeć synowi w oczy. Alec patrzył na nią niedowierzająco, że usłyszał od swojej matki przeprosiny. “Mogłam się domyślić, że nic z tego nie wyjdzie.” uśmiechnęła się gdy to mówiła i powoli podniosła twarz by spojrzeć na parę stojącą przed nią. “Jesteś tak bardzo podobny do ojca.” Chłopak zamarł wciąż otoczony ramionami czarownika, który nie mógł uwierzyć, że Maryse w takim momencie porównuje syna do Roberta. “Kiedyś zostaniesz wielkim przywódcą i całe zastępy będą pod Twoimi rozkazami. To Twoje słowa będą prawem, nie ten stek bzdur, który każe nam przestrzegać Clave.” Kiedy to mówiła oczy jej promieniały pewnością siebie i czymś, co Alec zawsze pragnął dostrzec u Roberta, gdy na niego patrzył. “Jestem dumna z tego jakim mężczyzną się stałeś. Wiem również, że będę dumna z tego kim staniesz się w przyszłości, nie ważne, którą ścieżkę wybierzesz.”

“Nie rozumiem.” stwierdził Alec zmieszany. “Byłoby łatwiej, gdybyś od razu powiedziała mi to, co chcę wiedzieć zamiast kluczyć, zbywając mnie miłymi słówkami.” Maryse cały czas się uśmiechając, powoli podeszła do syna. Kiedy Alec tym razem się od niej nie odsunął, położyła mu rękę na policzku.

“Chciałabym Ci powiedzieć wszystko. Odpowiedzieć na każde pytanie, ale złożyłam kiedyś przysięgę i nie mogę jej zerwać. Jednak nie martw się mój synku, już niedługo wszystkiego się dowiesz.” Pocałowała go w policzek i zwróciła się do Magnus’a. “Wiem, że moje zachowanie w stosunku do Ciebie było karygodne. Nic nie jest w stanie mnie usprawiedliwić. Bardzo Cię za to przepraszam.” Maryse wyglądała jakby mówiła szczerze. “Alec, to moje pierworodne dziecko i byłam pewna że nikt nigdy nie będzie dla niego wystarczająco dobry.” Chłopak zarumienił się na jej słowa. “Ty jednak, Magnusie Bane sprawiłeś, że zmieniłam zdanie. Cieszę się, że Alec Cię spotkał i dziękuję, że się nim opiekujesz.” Gdy skończyła mówić podeszła do czarownika i pocałowała go w policzek tak jak wcześniej swojego syna. “Pójdę już. Gdybyście czegoś potrzebowali dzwońcie. Miłego dnia wam życzę.” Po tych słowach wyszła z mieszkania zostawiając oniemiałą parę.

“O co w tym chodziło?” zapytał Magnus starając się otrząsnąć z szoku.

“Nie mam pojęcia.” Odparł szczerze Alec, wciąż wpatrując się w drzwi od mieszkania za którymi zniknęła jego matka. Nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu, który wkradł się na jego usta.

Magnus przyglądał się temu z ulgą. Nie dowiedział się, co zaszło między Lightwoodami a ich synem, ale przynajmniej w ostatecznym rozrachunku wyglądało na to, że wyszło im to na dobre. Czarownik wzruszył ramionami i klasnął w dłonie strasząc przy tym Alec’a. “Co powiesz na późne śniadanie?” zapytał radośnie i udał się do kuchni gdy Alec kiwnął głową. Miał nastrój na gotowanie, więc zamiast używać magii wyciągnął z szafy patelnię. “Francuskie tosty?” 

“Brzmi świetnie.” 

***

W mieszkaniu Magnusa leciała cicha muzyka, według jej autora miała być kojąca. Alec leżał na kanapie w salonie starając się czytać książkę, którą znalazł na półce w gabinecie czarownika. Gdy po raz trzeci zaczął czytać tę samą stronę nadal nie pamiętając co było w niej napisane, westchnął zrezygnowany i przykrył książką twarz. 

Magnus musiał wyjść na spotkanie z klientem pozostawiając Nocnego Łowcę w domu. Alec dostał od niego oficjalne pozwolenie na czytanie czego tylko chciał, więc chłopak czytał, ale jego myśli ciągle powracały do rozmowy z Maryse.

Wszystko co powiedziała jego matka brzmiało jak coś surrealistycznego. Nie wiedział co ma z tą wiedzą zrobić.

Robert nie był jego ojcem, ale człowiek, który nim był, musiał być świetnym przywódcą. Przynajmniej tyle wywnioskował ze słów Maryse. Musiał mieć też posłuch wśród ludzi. Alec zastanawiał się czy znajdzie coś na jego temat w bibliotece instytutu. Osoba do której porównała go matka musiała być bardzo charyzmatyczna, na pewno napisano o niej coś w kronice Nocnych Łowców.

Wstał odłożył księgę na stolik kawowy i wyszedł z mieszkania zamykając za sobą drzwi. Dopiero w połowie drogi zastanowił się czy to dobry pomysł by wracać do Instytutu dwa dni po tym jak odszedł z postanowieniem, że nigdy więcej tam nie wróci. Co jeśli spotka tam Roberta? Wolałby tego uniknąć. Zaczął zwalniać by po chwili całkowicie się zatrzymać. Jesteś lepszy od niego. Nie musisz się go bać. Nie wstydź się tego kim jesteś . Starał się przekonać sam siebie. Potrząsnął głową wdzięczny za runę niewidzialności. Gdyby przyziemni go teraz widzieli pewnie zastanawialiby się czy nie potrzebuje jakiejś terapii.

Alec postanowił, że jeśli spotka Roberta, wtedy zastanowi się nad tym co powinien zrobić. W tym momencie chciał tylko znaleźć informacje na temat swojego biologicznego ojca.

Dotarł do instytutu i przez nikogo niezauważony wszedł do biblioteki. Rozejrzał się wkoło i oczami wyobraźni mógł dostrzec Hodge’a siedzącego przy biurku i czarnego kruka Hugina, który siedząc na oparciu jego krzesła, obserwował wszystko co się działo w koło by później donosić o tym do Valentine’a.

Mimo, że od zdrady Hodge’a minęło już kilka miesięcy, Alec wciąż odczuwał ból na wspomnienie byłego nauczyciela. Zginął z ręki Sebastiana w tym samym dniu co jego młodszy brat Max.

Alec pozwolił sobie by przez chwilę umysł przyćmił mu żal po stracie brata. Nie mógł sobie pozwolić na to by w pełni go opłakać. Dla Nocnych Łowców nie ma czasu na żałobę, a tym bardziej nie podczas wojny.

Chłopak odetchnął kilka razy i ruszył wzdłuż półek. Na samym środku regału stała przepięknie zdobiona złota księga. Alec wyciągnął ją powoli i spojrzał na okładkę. Zdobiły ją czarne litery układające się w słowo ‘Kronika’ . Alec podszedł do biurka i usiadł otwierając księgę. 

Kronika była spisem wszystkich Nocnych Łowców i zawierała krótki opis każdego z nich. Co ciekawszym osobom poświęcono całą stronę, jak to było w przypadku Jonathan’a Nocnego Łowcy. Postanowił zacząć swoje poszukiwania w najbardziej oczywistym miejscu i poszukał części poświęconej Lightwoodom. Szybko odnalazł wpisy poświęcone jego dalekim krewnym.

Gabriel Lightwood, urodzony w 1860 roku, ceremonia pierwszej runy w 1870 roku, członek Conclave Londyńskiego, syn Benedykta Lightwooda i Barbary Pangborn, mąż Cecily Herondale, ojciec Anny, Alexandra oraz Christophera;

Alec przewrócił kilka stron i znalazł wpis dotyczący jego bliskich.

Robert Lightwood, urodzony w 1965 roku, ceremonia pierwszej runy w 1977 roku, członek Conclave Nowojorskiego, syn Andrew Lightwooda i Phoebe Gladstone, mąż Maryse Trueblood, ojciec Isabelle oraz Maxwella;

Serce chłopaka zabiło mocniej. Nigdy nie zaglądał do Kroniki, nie miał takiej potrzeby. Teraz uświadomił sobie jak wiele informacji skrywać mogła jedna księga. 

Maryse Lightwood (z domu Trueblood), urodzona w 1968 roku, ceremonia pierwszej runy w 1978 roku, członek Conclave Nowojorskiego, córka Adama Trueblood i Marisy Trueblood, żona Roberta Lightwooda, matka Aleksandra, Isabelle oraz Maxwella;

Odetchnął z ulgą, gdy dostrzegł swoje imię. Nie miał pojęcia co by zrobił, gdyby okazało się, że Maryse nie jest jego matką. Spojrzał na swój wpis i zamarł. “Co do…”

Alexander Gideon Lightwood urodzony w 1989 roku, ceremonia pierwszej runy w 1989 roku, członek Conclave Nowojorskiego, Syn Maryse Lightwood;

Nigdy nie słyszał by jakiś Nocny łowca otrzymał swoją pierwszą runę tuż po urodzeniu. Przewertował całą księgę i nigdzie nie znalazł podobnego wpisu. Dzieci Nocnych Łowców otrzymywały swoją pierwszą runę po ukończeniu dziesięciu lat. Dlaczego ktoś ryzykował nakładanie run na noworodka? Alec domyślał się co może być powodem. Nie chciał jednak pytać Maryse. Bał się, że jej odpowiedź wcale mu się nie spodoba.

Zamknął księgę i odłożył ją na miejsce. Usłyszał jak drzwi do biblioteki otwierają się z hukiem. Alec stał za kolumną, która zasłaniała go przed nowo przybyłymi.

“Robercie!” usłyszał oburzony głos Maryse. “Nie możesz mu tego zrobić. To nasz syn, to my go wychowaliśmy…”

“Wystarczy!” Robert brzmiał na zirytowanego. “Zgodziłem się na to by udawać jego ojca bo mnie o to prosiłaś. Byłem głupi i żałuję tej decyzji.”

Serce chłopaka zabiło mocniej. Czuł, że zawartość żołądka podnosi mu się do gardła. Co innego gdy podejrzewał, że Robert nigdy go nie chciał, a co innego usłyszeć to z jego ust. Ręce zaczęły mu drżeć.

“Nie możesz go już dłużej bronić Maryse. Widziałaś jak Clave nas potraktowało po tym jak zajęliśmy się synem Valentina. Chcieli odebrać nam runy. Myśleli, że opiekowaliśmy się Jace’m dla niego.”

“To nie to samo!”

“Masz rację, to nie to samo. Jace jest dzieckiem Nocnych Łowców i ostatecznie okazało się, że nie jest synem Valentine’a. Dlatego Clave potraktowało nas łagodnie,” stwierdził zmęczony. “Co będzie jak dowiedzą się kim jest ojciec Alec’a? Ukrywamy to przed nimi od ponad osiemnastu lat. Takiej zdrady nigdy nam nie wybaczą,” syknął. “Kiedy nakładałem mu znak po urodzeniu liczyłem na to, że runa go zabije.” Maryse wydała z siebie okrzyk niedowierzania. “Nie patrz tak na mnie. Oszczędziłbym mu tylko cierpienia. Mimo, że nosi runy, nigdy nie będzie w pełni jednym z nas. Gdy Clave się dowie...”

“Nie możesz im nic powiedzieć!” Krzyknęła Maryse.

“Nie mam zamiaru. Jednak chłopak skończył osiemnaście lat. Zaklęcie ochronne, które rzucił na niego ojciec, powoli traci moc. Jak myślisz, ile czasu minie nim jego prawdziwa natura przejmie nad nim kontrolę?” Alec pobladł. Słowa Roberta przypominały mu to, co ciągle powtarzały mu głosy. Czym była jego prawdziwa natura? Jego biologiczny ojciec rzucił na niego czar? To znaczy, że był czarownikiem? Chłopak postanowił odłożyć analizę na później, gdy tylko dowie się czegoś więcej. Następne słowa Roberta przykuły jego uwagę. “Alec nigdzie nie będzie bezpieczny. Nawet Wysoki Czarownik Brooklynu nie ochroni go przed jego przeznaczeniem, co najwyżej zginie próbując. Nic nie możemy zrobić. Przez przysięgę nie możesz nawet go ostrzec przed zagrożeniem.” Po pomieszczeniu roznosił się szloch kobiety. “Wybacz mi Maryse. Musiałem go odtrącić. To był jedyny sposób. Muszę chronić resztę naszych dzieci. Dla dobra Isabelle i Jace’a, dla dobra wszystkich, Alec powinien trzymać się zdala.” Po tych słowach przekroczył bramę udając się zapewne do Alicante.

Maryse opadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach, wciąż głośno płacząc. 

Serce Alec’a biło w donośnym stakato. Przyszedł tylko przejrzeć kronikę Nocnych Łowców, a otrzymał więcej niż pragnął. Jego biologiczny ojciec był podziemnym. Nie. To jeszcze by przeżył, ale ze słów Roberta wywnioskował, że to bardzo optymistyczna wersja. Ojciec Alec’a musiał być demonem i to nie podrzędnym demonem. Możliwe, że nawet Wielkim Demonem. Tylko to mogło sprowadzić na Lightwoodów gniew Clave.

Na samą myśl, że miałby być synem Wielkiego Demona robiło mu się niedobrze. Całe życie walczył z demonami. Pierwszy, którego zabił był jednym z Wielkich Demonów. Abaddon. Co jeśli… Nie, nie myśl o tym Alec!  

Chłopak przygryzł wargę chcąc w jakiś sposób odegnać nagłą panikę, która zaczęła go obezwładniać. Nie mógł sobie teraz na to pozwolić.

Wyjrzał zza kolumny. Jego matka wciąż siedziała skulona na krześle przy biurku. Wyciągnął stelle i aktywował kilka run. Podszedł do kobiety i objął ją sprawiając, że podskoczyła zaskoczona.

“Alec? Co Ty tu robisz?” zapytała przerażona wycierając wierzchem dłoni łzy z twarzy.

“Chciałem poszukać jakichś informacji w Kronice Nocnych Łowców,” powiedział cicho. Kobieta zamarła, gdy dotarło do niej, że chłopak słyszał całą ich rozmowę.

“Alec…”

“Nic nie mów. Wszystko rozumiem,” szepnął. “Dziękuję za wszystko. Chciałem się tylko pożegnać.” Po tych słowach uciekł. Usłyszał jak Maryse woła go po imieniu, błagając by poczekał. Nie posłuchał jej. 

Dzięki runie szybkości był w ciągu chwili w połowie drogi do mieszkania Magnus’a. Zatrzymał się gdy przypomniał sobie słowa Roberta. ‘Nawet Wysoki Czarownik Brooklynu nie ochroni go przed jego przeznaczeniem, co najwyżej zginie próbując.’ Nie mógł narażać swoich bliskich. Magnus również się do nich zaliczał. Alec nie miał dokąd pójść. 

Objął się ramionami. Zostawił swój płaszcz w instytucie. Był początek stycznia i na dworze panował mróz. Jeśli chciał uciec, będzie potrzebował swoich rzeczy, które w większości wciąż były w torbie w mieszkaniu czarownika. Przez chwilę rozważał, czy nie powinien po nią pójść. Nie mógł tego jednak zrobić. Magnus od razu domyśliłby się, że coś jest nie tak i nie pozwoliłby mu odejść. Alec nie mógł ryzykować.

Zadrżał i wyciągnął stellę. Narysował na ręce runę ciepła i odetchnął z ulgą, gdy przenikliwy chłód przestał mu przeszkadzać.

Chapter Text

Mieszkanie Magnusa często robiło za bazę wypadową, gdy rodzeństwo Alec’a postanowiło zrobić coś głupiego. Tym razem również wszyscy zebrali się u niego w domu, jednak zamiast Alexandra -który często robił za głos rozsądku dla całej ekipy- tym razem na sofie w salonie Magnusa siedziała jego matka, Maryse Lightwood. Była roztrzęsiona i bardzo blada. Cały czas trzymała w dłoni srebrny wisiorek w kształcie pióra. Miała zamknięte oczy co sprawiało, że wyglądała jakby się modliła.

Myśli Magnusa cały czas wracały do momentu, gdy wrócił do domu i uświadomił sobie, że coś jest nie tak.

Było już późno gdy Magnus wrócił od klienta, Kiedy nie zastał Alec’a w mieszkaniu wystraszył się. Próbował do niego zadzwonić ale każde połączenie było od razu przekierowywane na pocztę głosową.

Magnus mając na uwadze nawrót koszmarów Aleksandra nie mógł czekać 24 godziny tak jak każą policjanci w każdym serialu.

Zanim mógł zastanowić się nad tym co powinien zrobić jego telefon zaczął dzwonić. Magnus modlił się, żeby to był Alec jednak jedno spojrzenie na ekran telefonu wystarczyło by z twarzy odpłynęła mu cała krew. Odebrał i przyłożył telefon do ucha.

“Jace?”

“Alec jest z Tobą?!” Magnus przez chwilę nie wiedział co odpowiedzieć. Pytanie blondyna brzmiał nagląco. “Magnus! Czy Alec jest z Tobą?!”

“Nie… Wróciłem jakieś dziesięć minut temu, nie wiem gdzie mógł pójść, nie mówił mi, że ma zamiar wychodzić,” odpowiedział czarownik zdziwiony brzmieniem własnego głosu. 

“Był w instytucie jakieś pół godziny temu,” poinformował go Nocny Łowca.

Magnus wciągnął głęboko powietrze zaskoczony. Nie przypuszczał, że Alec będzie chciał iść do Instytutu. “Co się stało?” zapytał domyślając się odpowiedzi.

“Nie mam pojęcia,” oznajmił Jace. “Usłyszałem krzyk Maryse więc zbiegłem na dół. Zapytałem ją co się stało ale wydusiła z siebie tylko jego imię i że to wszystko jej wina. Po tym zaczęła płakać. Izzy próbuje ją od tamtego czasu uspokoić.” Jace brzmiał na zmartwionego. “Maryse to najsilniejsza kobieta jaką znam. Nigdy nie widziałem jej w takim stanie.”

“Otwieram wam portal w holu. Przygotuję jej jakiś eliksir na uspokojenie.

Od tamtego momentu minęła jakaś godzina. Próbowali wyciągnąć Maryse z odrętwienia w jakim się znalazła ale nic nie pomagało.

Magnus próbował kilka razy namierzyć Alec’a, jednak za każdym razem uderzał o mur. Dlaczego chłopak go blokował? Co się stało? Jego oczy znów powędrowały do skulonej sylwetki kobiety. Podszedł do niej i uklęknął tak by spojrzeć jej w oczy.

“Maryse,” zaczął cicho mimo, że tak naprawdę pragnął złapać ją za ramiona potrząsnąć mocno i krzyknąć żeby się opamiętała. Wiedział jednak, że to nic nie da. Dlatego kontynuował spokojnym głosem. “Czy znów się pokłóciliście?”

Maryse potrząsnęła głową a jej oczy znów wypełniły się łzami, jej głos był zachrypnięty kiedy przemówiła. “Kłóciłam się z Robertem w bibliotece. Został wezwany do Alicante. Chciałam się upewnić, że…” głos jej się załamał. Przełknęła łzy i kontynuowała. “Że nie zrobi nic głupiego.”

“Głupiego? Co masz na myśli?” przerwała jej Isabelle ale zamilkła gdy dostrzegła uniesioną rękę czarownika.

“Kłóciliście się o Aleksandra?” zapytał, na co Maryse przytaknęła.

“Wiem, że Robert powiedział mu podczas ostatniej kłótni, że to była nasza wspólna decyzja, ale ja… Nie miałam pojęcia, że ma zamiar to zrobić. Nic mi nie powiedział…” załkała głośno.

“O czym Ty mówisz?” Serce czarownika biło bardzo szybko. Po kręgu, Robert próbował zrobić wszystko by przypodobać się Clave. Magnus był przerażony wizją tego co mógł zrobić. “Czy Alec jest z Robertem? Zabrał go do Alicante?”

Maryse potrząsnęła głową. “Alec był w bibliotece, kiedy się kłóciliśmy. Słyszał całą naszą rozmowę.”

“Mogę się domyślić co usłyszał,” powiedział z goryczą czarownik. “Robert nigdy nie ukrywał tego co myśli na temat naszego związku.”

“O boże.” Maryse złapała rękę Magnusa. “Nie powiedział Ci? Po tym jak zareagowałeś, kiedy przyszłam tu ostatnio byłam pewna, że Ci powiedział.”

“O czym?” Magnus czuł, że robi mu się niedobrze.

“Robert postanowił, że to Isabelle zostanie następnym szefem Instytutu.”

Wszyscy zamarli przerażeni. Wiedzieli co ta pozycja znaczy dla Aleca.

“Nie…” szepnęła przerażona dziewczyna. “Nie może tego zrobić. Według prawa, władzę nad instytutem przejmuje najstarsze dziecko… Alec jest najstarszy… Tata nie może…”

“Może,” zauważył ponuro Jace. Wszystkie oczy przeniosły się na niego. Blondyn lubił być w centrum uwagi ale nie w tym momencie. Tak bardzo chciałby się mylić. “Gdyby Robert wydziedziczył Aleca, wtedy to Ty jesteś następna w kolejce.”

Izzy zbladła. “Nie, on nie mógłby... Mamo?” Spojrzała na matkę szukając w jej niebieskich oczach wsparcia. Maryse westchnęła ciężko.

“Nie wydziedziczył go.” Wszyscy momentalnie się rozluźnili. Maryse pragnęła, żeby na tym zakończyła się rozmowa, ale była im winna prawdę. “Nie zrobił tego, ponieważ nie musiał. Alec nie jest jego synem.” Przez chwilę wszyscy patrzyli na nią jakby wyrosła jej druga głowa. 

Kiedy pierwszy szok minął Izzy i Jace zaczęli mówić jednocześnie. Przekrzykiwali się chcąc wyciągnąć od Maryse jak najwięcej informacji. Magnus natomiast wstał z podłogi i usiadł na fotelu. 

Wszystko nagle zaczęło się mu układać. Atak paniki jaki Alec miał po powrocie z Instytutu. Słowa Maryse z dzisiejszego ranka. Reakcja chłopaka kiedy Maryse porównała go do jego ojca. Nie do Roberta! Jego prawdziwego ojca! Ale… To było rano. Magnus spojrzał w szafirowe oczy kobiety, ich spojrzenia się spotkały.

“O co pokłóciłaś się z Robertem w bibliotece?” Powiedział cicho, jednak przelał w swój głoś trochę magii by zwrócić na siebie uwagę. Izzy i Jace natychmiast umilkli.

“Próbowałam przemówić mu do rozsądku. Przekonać do zmiany zdania... Może Robert nie jest biologicznym ojcem Alec’a, ale jest jedynym jakiego ma. Wychowywał go przez ostatnie osiemnaście lat. Nie mogłam zrozumieć jak mógł tak po prostu go porzucić.”

Magnus siedział wpatrując się w ścianę nad ramieniem Maryse z nieobecnym wzrokiem. Czarownik wiedział jak bardzo taka zdrada może boleć.

“Robert nic nie wie o biologicznym ojcu Alec’a, ma tylko swoje podejrzenia. I postanowił, że dzisiaj będzie najlepszy moment na to by mi je zdradzić.” Na twarzy kobiety pojawił się grymas niezadowolenia.

“Mówiłaś o przysiędze…” zaczął Magnus nie do końca pewny, czy powinien poruszać ten temat przy jej dzieciach. Kiedy kobieta kiwnęła głową kontynuował. “Jak bardzo wiążąca jest ta przysięga?”

Kobieta przez chwilę milczała, zastanawiając się nad odpowiedzią. “Jest tak wiążąca jak przysięga, którą Ty złożyłbyś Alec’owi.” Magnus zamarł przypominając sobie obietnice daną chłopakowi. “Obiecałam mężczyźnie, którego kocham, że nigdy nikomu nie wyjawię prawdy. Moja lojalność wobec niego…”

“A co z Twoim synem?!” zapytał szorstko czarownik, zaskakując wszystkich. “ Waszym synem. Czy złamałabyś tą przysięgę by go ratować?”

Maryse wyprostowała się w fotelu. “Jeśli ktoś się dowie… Jeśli Clave się dowie kim jest Alec…” zadrżała na samą myśl. “Od powstania Kręgu, Clave się zmieniło. Nie powinnam Ci tego mówić, ale nasze runy słabną z każdym dniem. Rada Clave jest gotowa poświęcić wszystko by wzmocnić pozycję Nocnych Łowców. Eksperymenty Morgensterna na jego dzieciach i ten z Mrocznymi Nocnymi Łowcami były dla nich jak pobudka. Zrozumieli, że mogą być silniejsi jeśli uda im się dowiedzieć w jaki sposób działają zdolności Clary i Jace’a. Gdyby udało im się powielić ten eksperyment...”

“Oni zdają sobie sprawę, że musieliby użyć krwi anioła?” zapytał Jace. Maryse spojrzała na niego z dziwnym wyrazem twarzy. “Chyba, że znaleźli inny sposób…”

“Rada zażądała od nas wydania Ciebie i Clary. Odmówiłam.” Dodała szybko widząc wyraz paniki na twarzy blondyna. “Jesteś moim synem i nikomu nie pozwolę na Tobie eksperymentować.” Kobieta znów chwyciła w dłoń wisiorek. “Clave straciło z oczu prawdziwy cel istnienia Nocnych Łowców. Właśnie przez takie myślenie tracimy nasze anielskie zdolności. Nocni Łowcy od wieków wywyższali się ponad wszystkie inne rasy, Valentine i Jonathan są kroplą, która przepełniła czarę.”

Byli zaskoczeni jej słowami. Zawsze sądzili, że Maryse jest wielkim wrogiem podziemnych.

“Rozumiem, ale gdzie w tym wszystkim pojawia się Alec?” zapytał sfrustrowany Magnus.

Kobieta uśmiechnęła się smutno. “Alec jest rozwiązaniem problemów Clave. Gdyby wiedzieli kim jest, poświęciliby go bez mrugnięcia okiem twierdząc, że robią to dla większego dobra .”

“Czekaj, co masz na myśli?!” zawołał Jace z kuchni sięgając po szklankę z szafki nad zlewem.

“Alec…” zaczęła ale przerwał jej dźwięk tłuczonego szkła i głośny jęk.

Spojrzenia wszystkich powędrowały w stronę kuchni. Izzy podeszła do brata, który stał w miejscu jak porażony. “Jace?” Chłopak zadrżał i przeniósł wzrok ze stłuczonej szklanki na pytające spojrzenie brunetki. Nie wiedział co się stało. W jednej chwili wszystko było w porządku, w drugiej przepełniła go fala paniki, która biła z jego runy parabatai. “Jace…” Otworzył usta by powiedzieć, że wszystko jest w porządku, ale zamiast słów usłyszał własny krzyk, gdy przeszyła go fala bólu. Złapał palącą runę parabatai i upadł na kolana starając się zachować przytomność. Jak z oddali słyszał głosy, ale nie był w stanie stwierdzić, kto do niego mówi ani co. Drżał czując ból swojego parabatai, swojego brata. Nigdy wcześniej nie odczuwał jego cierpienia tak intensywnie. Kolejna fala bólu niemal go oślepiła. 

Strach...

Cierpienie...

Panika...

I... 

Nic…

“Alec.” jęknął Jace zanim ogarnęła go ciemność.

Chapter Text

Gdy Alec postanowił, że nie może wrócić do mieszkania Magnus’a, głowę wypełniły mu głosy, które nękały go od kiedy wypił krew Camille. Wykorzystywały przeciwko niemu słowa Roberta i jego własną decyzję, próbując namówić go do zakończenia swojego życia.

Nie mógł wrócić do Magnus’a, a jego rodzina go nie chciała. W końcu kto by chciał kogoś takiego jak on. Był zagrożeniem dla swoich bliskich. Mógł oszczędzić im cierpienia. Wystarczyło żeby zakończył swoje życie. Wtedy Robert mogłby odetchnąć z ulgą wiedząc, że już nic nie zagraża jemu i jego rodzinie.

Alec nie wiedział jak długo pozwolił głosom sobą kierować. Kiedy ucichły był na jakiejś ulicy, której nie rozpoznał. Słyszał głośną muzykę dobiegającą z jednego z barów i widział kilka osób stojących przy otwartych drzwiach. Dziewczyny miały na sobie krótkie spódniczki i Alec przez chwilę zastanawiał się czy nie jest im zimno. Ostatecznie wzruszył ramionami. I ruszył przed siebie.

Zastanawiał się co robi teraz Magnus. Czy wrócił już do domu i zauważył jego nieobecność. Czarownik opiekował się nim przez ostatni miesiąc, próbując podtrzymać go przy życiu, gdy wampirza krew robiła wszystko by je zakończyć. Co ja wyprawiam? pomyślał Alec. Magnus nigdy by go nie odtrącił, nie ważne kim był i jakie wiązałoby się z tym zagrożenie. Magnus go kochał i zrobiłby dla niego wszystko. Alec nie powinien uciekać, nie mógł porzucić Magnusa, nie w taki sposób. Bez słowa wyjaśnienia, czy pożegnania. Musiał wrócić. Musiał…

“Co mały Nephilim robi sam w środku nocy w takiej dzielnicy.” Usłyszał za sobą głos, który zmroził mu krew w żyłach. Jakby mówiła do niego nie jedna osoba a cały chór głosów. Miał wrażenie, że na ulicy zgasły wszystkie latarnie, jednak gdy tylko zmrużył oczy dostrzegł, że dookoła niego latały czarne drobinki przypominające sadzę. Demon! “Zadałem Ci pytanie!” Alec miał ochotę zatkać uszy. Głosy rezonowały mu w głowie, czuł jakby otaczał go rój pszczół. Nie był wstanie ruszyć się z miejsca. Słyszał kroki armii, lub jednej osoby? Nie potrafił ocenić. Nagle przed jego oczami pojawił się mężczyzna o czarnych jak smoła włosach i tęczówkach, które wyglądały jakby były wypełnione płynnym złotem. Jego skóra wyglądała, jakby właśnie wrócił z ciepłych krajów, opalona, niemal połyskująca złotymi drobinkami. Alec nie potrafił oderwać od niego wzroku. Jak ktoś taki mógł być demonem.

“Trafił nam się aniołek bez języka,” zauważył mężczyzna i tym razem przemówił głębokim barytonem, reszta głosów zniknęła. Alec odczuł ulgę ale nie mógł pozwolić sobie na rozluźnienie przy demonie, nie ważne jak bardzo był przystojny. “Patrzysz na mnie jak jeleń złapany w reflektory samochodu. Gdzie podział się Twój instynkt Nocnego Łowcy?” zapytał zaczepnie i wychylił się delikatnie w przód wciągając nosem powietrze. “Hm, wampirza krew… Wszystko jasne. Przyszedłeś tu szukać śmierci Nocny Łowco?” zapytał a na jego pięknej twarzy pojawił się okrutny uśmiech sprawiając, że Alec wyrwał się z dziwnego otępienia, które go ogarnęło od kiedy mężczyzna pierwszy raz się odezwał. “Trafiłeś w odpowiednie miejsce, we właściwym czasie.”

Alec nie czekał na jego ruch, wyciągnął serafickie ostrze i szybko wymówił jego imię Lotifar. Wiedział, że nie mierzy się ze zwykłym demonem i miał niewielkie szanse na przeżycie, co nie znaczyło, że miał zamiar poddać się bez walki. 

Przedłużasz tylko swoje cierpienie. 

Nie walcz. 

Poddaj się. 

Dzięki temu staniesz się kimś lepszym. 

Pozwól by Twoja prawdziwa natura przejęła kontrolę. 

Alec starał się ignorować głosy. Cały czas wpatrywał się w demona, który przyglądał się mu z fascynacją.

“Jesteś bardzo zabawny. Naprawdę wydaje Ci się, że jesteś w stanie mnie pokonać?” zaśmiał się pokazując dwa rzędy białych jak śnieg zębów. “Powiedz mi Nocny Łowco,” zaczął powoli okrążając chłopaka. “Słyszałeś legendę o Midasie?”

Alec odwracał się razem z mężczyzną starając się zwiększyć dystans tak by tego nie zauważył. 

“Był to król, bardzo chciwy król, a to czego dotknął zamieniało się w złoto,” kontynuował dalej demon kiedy nie uzyskał odpowiedzi. “Wyglądasz na mądrego chłopaka, pewnie już dawno zdałeś sobie sprawę z tego, że nie wyjdziesz z tego cało. Więc może chociaż zachowajmy pozory uprzejmości. Jak Cię zwą Nocny Łowco?”

“Alec,” odpowiedział zachrypniętym głosem uznając, że nie pogorszy to jego sytuacji. “Mam na imię Alec.”

Demon zatrzymał się i… zniknął. Alec szybko się rozejrzał. Ulica była pusta. Czuł narastającą panikę/ Nienawidził gierek demonów. Wiedział, że jak tylko się ruszy mężczyzna zaatakuje, więc został w miejscu. Jego oczy rozglądały się na boki próbując dostrzec zagrożenie. Zobaczył ruch z prawej strony ale zanim zdążył się obejrzeć został mocno pchnięty na ścianę. Uderzenie sprawiło, że na chwilę stracił oddech. Serafickie ostrze upadło w miejscu w którym wcześniej stał.

Przystojna twarz znajdowała się kilka centymetrów od jego.

“Miło Cię poznać, Alec.” uśmiechnął się pokazując ponownie zęby i przyłożył dłoń do twarzy chłopaka, zakrywając niemal jej całą lewą stronę. “Ja, jestem Midas.”

Przerażone oczy Nocnego Łowcy spotkały złote tęczówki, które wyglądały jakby ożyły. Dłoń, która znajdowała się na jego twarzy zaczęła się nagrzewać i Alec już wiedział co to znaczy. Próbował się wyrwać, ale jedno spojrzenie mężczyzny wystarczyło by ponownie zamarł niezdolny do dalszej walki. Dłoń bardzo szybko z ciepłej stała się gorąca sprawiając, że Nocny Łowca nie był w stanie powstrzymać krzyku gdy poczuł palącą ciecz wtapiającą się w jego twarz.

“Nie martw się, nie jestem taki jak król Midas z legendy. Nie zamienię Cię w złoty posąg, choć nie ukrywam byłbyś przepięknym wystrojem mojej komnaty,” jego głos chociaż cichy przebił się przez krzyk tak jakby przemawiał bezpośrednio w głowie Alec’a. Chłopak drżał i czuł jak jego runa pulsowała próbując przekazać część bólu do jego parabatai, jego brata. Alec nie chciał, żeby to czuł...

Strach...

Cierpienie...

Panika...

I... 

Nic…

Midas odsunął rękę od twarzy chłopaka i z zadowoleniem obserwował swoje dzieło. Ból sprawił, że Nocny Łowca stracił przytomność.

***

Ciemność… To pierwsze co Alec dostrzegł gdy odzyskał przytomność. Ból... Był jedyną rzeczą, którą był w stanie odczuwać w tym momencie. Spróbował odepchnąć go na drugi plan, aby skupić myśli na tyle by rozpoznać miejsce w którym się znalazł. Przede wszystkim starał się przypomnieć jak do tego doszło, że jego dłonie były zakute w łańcuchy i przypięte do sufitu podtrzymując go w niewygodnej pozycji. Stopy ledwo dotykały ziemi, a z nadgarstków spływała krew. 

Alec odetchnął kilka razy i rozejrzał się po pomieszczeniu. Była to prawdopodobnie cela. Nie był pewny, gdyż pomieszczenie było dość duże. Mógł to ocenić po oknach, które były zasłonięte ciężkimi czarnymi kotarami z pod, których emitowała delikatna rubinowa poświata, co nie wystarczyło by mógł wyraźnie dostrzec całość pomieszczenia. Pod stopami Alec wyczuwał miękki dywan, który był zdobiony ohydną sceną przedstawiającą hordę demonów rozrywającą kawał mięsa, którym musiał być kiedyś człowiek, patrząc na kończyny porozrzucane u ich stóp. Ktokolwiek umieścił tutaj ten dywan musiał być chory psychicznie.

Zastanawiał się jak długo był nieprzytomny. Po tym co zrobił mu Midas, miał nadzieję, że Jace i jego przyjaciele domyślą się, że ma kłopoty i będą próbowali go znaleźć.

Po co mieliby to robić?

Twoja obecność jest dla nich zagrożeniem.

Na pewno im ulżyło gdy dowiedzieli się, że zniknąłeś.

Demon obezwładnił Cię w sekundę.

Jesteś słaby, ponieważ odrzucasz swoją prawdziwą naturę.

Nie walcz.

Poddaj się.

Nie pożałujesz…

Alec próbował skupić się na swojej więzi parabatai. Mógł przekazać Jace’owi swoje uczucia jeśli wystarczająco mocno się na nich skupił. Jednak głosy nie dawały mu spokoju, tak samo jak ból promieniujący na niemal całą jego twarz. Nie chciał myśleć o przyszłości. Bał się tego co może przynieść.

“Widzę, że mój aniołek odzyskał przytomność.” Ciszę przeszył znajomy głęboki baryton. Alec nie tęsknił za jego poprzednim głosem ale też nie cieszył się na ten. Wolałby obudzić się słysząc mruczenie Prezesa Miau, który spał na jego brzuchu, kiedy on sam leżał w łóżku koło Magnusa w mieszkaniu czarownika. Tak bardzo pragnął, żeby to wszystko okazało się kolejnym okrutnym snem, halucynacją wywołaną przez krew Camille.

Alec jęknął z bólu, gdy gorące palce złapały go mocno za brodę przechylając twarz tak by odsłonić złote znamię w kształcie dłoni.

“Nigdy wcześniej nie piętnowałem nikogo w takim miejscu, zwłaszcza kogoś o tak cudnym obliczu.” Złote tęczówki demona spoczęły na błękitnych Alec’a. “Nie spodziewałem się tak wyśmienitego efektu. Twoje oczy pięknie podkreślają mój znak. Szczególnie wtedy gdy płoną z wściekłości jak w tym momencie.” Midas uśmiechnął się, a Alec dostrzegł zmianę w twarzy demona, gdy fascynacja przerodziła się w okrutne oczekiwanie. “Już nie mogę się doczekać chwili, gdy zniszczę Twoją wolę walki i resztki nadziei, które wciąż tlą się w tych błękitnych tęczówkach. Chcę zobaczyć jak gaśniesz z każdym dniem uświadamiając sobie, że nikt po Ciebie nie przyjdzie. Nie tutaj,” zaśmiał się a wraz z nim cały chór. Nocny Łowca skulił się nie mogąc w żaden sposób zablokować głosu Midasa. Mężczyzna machnął niedbale ręką i wszystkie zasłony zniknęły ukazując mu nieskończoną czarną pustynię nad którą rozciągało się czerwone niebo.

“Witaj w Otchłani, królestwie Lucyfera!”

Chapter Text

Magnus przeszedł przez portal w swoim salonie i tylko silne ramiona należące do Luke’a Garroway’a uratowały go przed upadkiem prosto na twarz.

“Odpocznij, Magnus,” powiedział cicho wilkołak pomagając mu usiąść w fotelu.

“Jak mam odpoczywać kiedy mój chłopak gdzieś tam cierpi i nikt nie może go znaleźć!” chciał krzyknąć ale nawet na to zabrakło mu siły. “Błagam Luke, powiedz mi, że coś macie. Cokolwiek.”

Mężczyzna nie potrafił spojrzeć w oczy czarownika. “Przykro mi. Wataha przeszukała całe miasto. Nie ma go w Nowym Jorku.”

“WIĘC GDZIE JEST!” Po ciele Magnusa przebiegły czerwone iskry. Wilkołak odskoczył na bok, gdy stojące na stole szklanki rozprysły się na miliony drobnych kawałeczków.

“Spokojnie, Magnus!” do pomieszczenia wbiegła Isabelle. Podeszła do czarownika nie zwracając uwagi na otaczający go szklany pył i mocno go objęła. “Znajdziemy go, wszystko będzie dobrze, Magnus,” szeptała słowa otuchy mimo, że sama ich potrzebowała.

Minęły dwa tygodnie od zniknięcia Alec’a. Dwa najgorsze tygodnie życia Magnusa, który namówił dużą część podziemia do pomocy w poszukiwaniach. Clave, jak to Clave, odmówiło współpracy z podziemnymi i ostatecznie nie wysłali nikogo, mimo usilnych próśb Maryse Lightwood.

Izzy co jakiś czas próbowała namierzyć brata za pomocą run, jednak wciąż spotykała się z blokadą. Clary starała się wymyślić jakąś runę, która pomogłaby im znaleźć Alec’a, ale anioły były głuche na jej prośby. A Jace…

Magnus wyswobodził się z objęć brunetki, wstał z fotela i skierował ociężałe nogi w stronę pokoju gościnnego, gdzie na wielkim łóżku leżała skulona postać Jace’a Herondale’a. Chłopak miał podkrążone oczy, a jego twarzy nie opuszczał grymas bólu, który napędzał ich do intensywniejszych poszukiwań. Pogarszający się z dnia na dzień stan blondyna tylko pogłębiał ich poczucie bezradności. Najgorsza była świadomość tego, że cierpienie Jace’a było tylko niewielką częścią tego co odczuwał jego parabatai…

Magnus opadł na krzesło przy łóżku Nocnego Łowcy ukrywając twarz w dłoniach. Dwa tygodnie nieustających poszukiwań, dwa tygodnie ciągłego cierpienia. 

Czarownik poczuł na ramieniu drobną dłoń dziewczyny.

“Alec…” jęknął blondyn, wciąż nieprzytomny.

Magnus odsłonił twarz, jego żółto-zielone kocie oczy płonęły rozpaczą i wściekłością.

“Ktokolwiek jest odpowiedzialny za cierpienie Alexandra i Jace’a, drogo za to zapłaci, Isabelle,” dziewczyna zadrżała słysząc mrok czający się w głosie czarownika. “Sam tego dopilnuję, choćby to miała być ostatnia rzecz jaką w życiu zrobię, obiecuję.”

***

Napięcie było ostatnio nieodłączną częścią mieszkania Magnusa. Wszyscy wykonywali polecenia czarownika, przygotowując to co było mu potrzebne do przywołania.

“Możecie mi wytłumaczyć dlaczego znowu wzywamy Wielkiego Demona?” zapytał Simon, którego po wezwaniu Azazela uratował tylko znak Kaina.

“Postaraj się tym razem nie wskakiwać do pentagramu a obejdzie się bez większych problemów,” zaproponowała zaczepnie Clary. “Poza tym robimy to dla Alec’a. Nie możemy pozwolić na to by dłużej cierpiał. Minęły trzy tygodnie i nikt nie znalazł żadnego śladu. Nie mamy wyjścia. Nikt nie zasłużył na szczęście tak jak on.”

Wszyscy przytaknęli głowami, jednak w duchu zastanawiali się jaką im przyjdzie zapłacić cenę i jak bardzo Alec będzie na nich wściekły kiedy się dowie co zrobili. Musieli myśleć, że wróci, ponieważ tylko cały i zdrowy Alec mógł się na nich wściekać za wezwanie Wielkiego Demona.

“Stańcie pod ścianą,” mruknął Magnus wystarczająco głośno by go usłyszeli.

Czarownik odesłał prawie wszystkich, zostali tylko Izzy, Clary, Simon, Maryse i Jace, który wciąż leżał półprzytomny w sypialni gościnnej.

 Magnus złożył ręce jak do modlitwy, wyczuwał na sobie spojrzenia obecnych osób. Tak długo ukrywał kim jest, czy po tym wszystkim wciąż będą traktować go jak przyjaciela? Potrząsnął głową chcąc odegnać czarny scenariusz, który go tylko rozpraszał.

“Ojcze mój,” zaczął inkantować, usłyszał za sobą jak ktoś gwałtownie wciąga powietrze. Magnus wiedział czego zażąda jego ojciec. Był gotów mu to oddać jeśli to zagwarantuje, że Alexander do niego wróci. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że jeśli to zrobi, chłopak mu tego nigdy nie wybaczy.

“Ojcze mój, 

któryś jest w piekle, 

niech się nie święci imię twoje. 

Przyjdź królestwo twoje, 

bądź wola twoja, 

jako w piekle, tak i w Edomie. 

Nie odpuszczaj mi grzechów, 

bo w tym ogniu ogni nie będzie miłosierdzia, 

ni współczucia, ni odkupienia. 

Ojcze mój, 

który toczysz wojnę na wyżynach i nizinach, 

przybądź do mnie teraz. 

Wzywam cię jako twój syn i biorę na siebie odpowiedzialność za to wezwanie.” 

Na chwilę zapadła nieprzyjemna cisza. Magnus przymknął oczy i westchnął zmęczony. Chciał mieć to już za sobą. Chciał poczuć ciepło ciała Alexandra w swoich ramionach, nawet jeśli tylko na chwilę. Usłyszał cichy okrzyk zaskoczenia rudowłosej i powoli otworzył oczy. Przed nim stał wysoki mężczyzna, blady jak śmierć, w białym garniturze. Na jego nadgarstkach lśniły srebrne spinki do mankietów, w kształcie much. Jego twarz była ludzka, skóra mocno naciągnięta na ostre kości policzkowe, oczy złoto-zielone o pionowych źrenicach takich jak Magnusa. Miał czarno-czerwone włosy, które wyglądały jakby zdobiła je korona z cierni.  

“Witaj ojcze,” powiedział cicho czarownik. Wzrok Asmodeusza przebiegł po twarzach zebranych i zamarł na sekundę, by po chwili zapłonąć uczuciem, którego Magnus nie potrafił rozpoznać. Szybko spojrzał za siebie podążając za wzrokiem ojca napotykając tuż za sobą niebieskie tęczówki, które promieniowały desperacją.

“Maryse Trueblood,” demon uśmiechnął się szeroko ukazując białe zęby. “Ile to lat minęło, dwadzieścia?”

“Osiemnaście,” poprawiła go automatycznie. 

Oczy Magnusa zrobiły się wielkie. Jego wzrok przemieszczał się z twarzy Maryse na Asmodeusza. To niemożliwe. Wiedział, że ojciec Alec’a był kimś wyjątkowym, ale to...  

“Rozumiem, że masz dobry powód by mnie wzywać, kiedy widzieliśmy się ostatnio nie pałałeś chęcią kolejnego spotkania,” mężczyzna zwrócił się do syna zatrzymując potok jego myśli, jednak to Maryse mu odpowiedziała.

“Aleksander, mój syn…” zaczęła znów skupiając na sobie całą uwagę demona. “Zniknął trzy tygodnie temu. Próbowaliśmy wszystkiego, żeby go znaleźć…”

“Wszystkiego mówisz?” Asmodeusz przez chwilę rozmyślał nad jej słowami. “Dlaczego nie wezwałaś ojca chłopaka?” Mówiąc to wskazał na wisiorek w kształcie piórka na jej szyi. “Mój brat , na pewno by się ucieszył mogąc Cię znów zobaczyć.”

Kobieta wyglądała na nieszczęśliwą, wszyscy wpatrywali się w nią jakby widzieli ją po raz pierwszy w życiu. Tylko Magnus odczuł ulgę. Przez chwilę był przerażony. Gdyby okazało się, że Alec jest synem jego ojca… Więzy krwi nic nie znaczyły dla demonów, ale dla niego… Dopiero po chwili dotarło do niego to co przeraziło innych. Ojcem Alec’a był demon.

“No dobrze, to czego ode mnie chcecie?” zapytał Asmodeusz litując się nad kobietą, która skuliła się pod naporem spojrzeń. “Jeśli chcecie bym sprowadził chłopaka, to muszę odmówić.”

“Dlaczego?!” odezwali się niemal wszyscy na raz, momentalnie zapominając o tajemnicach Maryse. Mężczyzna zmierzył ich wzrokiem i wzruszył ramionami, jego twarz nic nie zdradzała, jakby nałożył maskę.

“Magnus…” usłyszeli dochodzący zza pleców znajomy zachrypnięty z bólu głos. 

Wszystkie oczy powędrowały w stronę drzwi do gościnnej sypialni, w których stał Jace. Był bardzo blady ale to co zwróciło ich uwagę, to jego puste spojrzenie.

“Jest już za późno,” powiedział jednocześnie z Asmodeuszem odsłaniając miejsce w którym wcześniej miał runę parabatai. Znak zniknął.

Izzy upadła na kolana zakrywając usta dłonią, Simon natychmiast do niej doskoczył chcąc ją pocieszyć. Jednocześnie wiedząc, że nie jest w stanie powiedzieć nic co mogłoby w tej sytuacji pomóc.

Jace upadł ześlizgując się na ziemię po framudze. Czuł się jakby ktoś wydarł z jego ciała część duszy. Nie był w stanie obronić swojego parabatai, ostatnie tygodnie jego życia spędził leżąc w łóżku, niezdolny znieść odrobiny bólu.

“Sprowadź tu jego ciało,” zażądał pustym głosem Magnus. Asmodeusz zmierzył go uważnym spojrzeniem. Reszta wydawała się głucha na słowa czarownika zaślepiona własną rozpaczą. “Dam Ci co chcesz, tylko go tu sprowadź, proszę.” głos mu się załamał, po policzkach popłynęły łzy. “Błagam, ojcze,” załkał głośno chowając twarz w dłoniach.

“Niczego nie chcę...“ stwierdził beznamiętnie demon, jego oczy nawet na chwilę nie oderwały się od twarzy syna. “Wybacz mi mój synu, ale chłopak jest już poza moim zasięgiem. Nie mogę przyjąć tej umowy.” Po tych słowach zniknął rozpraszając się w ciemną mgłę.