Actions

Work Header

Rok Węża/Year of the Snake

Chapter Text

- W tym roku musimy wygrać Puchar Domów – oświadczyła Pryce zgromadzonym w Pokoju Wspólnym Ślizgonom.

Odszukała wzrokiem Thrawna, kapitana ich drużyny Quidditcha. Jego genialne strategie przyczyniały się do kolejnych zwycięstw i Thrawn już trzeci rok z rzędu przewodził ich reprezentacji. Tylko raz przegrali z Gryfonami, prowadzonymi przez Herę Syndullę. Thrawn zamknął się wówczas w swoim dormitorium i długo studiował twi’lekańską sztukę, by zrozumieć przyczynę ich porażki.

Jednak nie tylko Quidditch decydował o tym, który Dom w danym roku był najlepszy. Krukoni prześcigali ich, zyskując punkty za osiągnięcia w nauce. Byli bystrzy. W dodatku czasem wyskakiwali na zajęciach z jakimiś dodatkowymi projektami, nad którymi ślęczeli po nocach, i dzięki temu cieszyli się szczególnym uznaniem nauczycieli.

- Gdybyśmy mieli w swoich szeregach taką maszynę nabijającą punkty jak Galen Erso – mawiał niekiedy Wilhuff Tarkin, ich prefekt – a trafił nam się Orson Krennic.

Zaletą Orsona było to, że „przyjaźnił się” z Erso, a w każdym razie często pracował z nim w parze i dzięki temu Ślizgoni również korzystali z niezwykłych umiejętności Krukona, zyskując punkty do ogólnego rankingu. Tarkin to wiedział i dlatego tylko tolerował Krennica, którego prywatnie szczerze nie znosił.

Arihnda również nie przepadała za Orsonem, ale w tak zwanym „stronnictwie Wilhuffa” znalazła się wyłącznie w jednym tylko celu – by zostać żeńskim prefektem ich Domu. Tarkin był od niej starszy i funkcję prefekta sprawował nieprzerwanie już od kilku lat, wiadome więc było to, że gdy Tarkin ukończy Hogwart, nadzór nad Ślizgonami przejdzie w ręce tego – bądź tej – kto zostanie przezeń przygotowany i niejako „namaszczony” do tej roli. Wilhuff nie lubił konkurencji – niszczył potencjalnych męskich prefektów – ale potrzebował partnerki. Prefektów zawsze było dwoje: każdy Dom reprezentowali mężczyzna i kobieta.

Pryce przekonała Tarkina, że to ona będzie lepszym wyborem niż Natasi Daala, która w zeszłym roku mu partnerowała. Jego poparcie bez wątpienia jej pomogło, ale musiała też sama zapracować sobie na tę funkcję, podciągając swoje oceny. Studiowała nocami, poza nią w Pokoju Wspólnym do tak późna pozostawały tylko trzy mole książkowe: Maketh Tua, chuderlawy Gallius Rax i oczywiście Thrawn.

Z Thrawnem zaprzyjaźniła się zupełnie przez przypadek. Nie mogła zrozumieć jednej lekcji i zwróciła się do niego o pomoc. Chiss dotychczas wydawał jej się kimś, z kim niełatwo się porozumieć. Z jednej strony był wspaniałym kapitanem drużyny, z drugiej zaś strony zamiast trzymać wyłącznie z Ślizgonami, kolegował się z Puchonem, Elim Vanto, a czasem nawet rozmawiał z „wrogiem”, czyli z Gryfonami. Niektórzy Ślizgoni mówili, że Thrawn lepiej by się czuł w wieży Krukonów. Ale, oczywiście, nie narzekali, kiedy ich drużyna Quidditcha pod wodzą Thrawna odnosiła spektakularne zwycięstwa. Mimo to, choć nikt nie mówił tego wprost, a szczególnie na głos w obecności Thrawna, problemem było jego pochodzenie.

Niektórzy mieli manię na punkcie „czystości krwi”, a do tego także dochodziło chlubienie się arystokratycznym rodowodem. Arihnda nie należała do tej grupy, jej rodzice – magowie – nie byli szczególnie bogaci, a wśród jej przodków, gdyby poszukać dokładnie, z pewnością znalazłby się jakiś Mugol. Mimo to w „hierarchii” była wyżej od Thrawna, Chissa z Nieznanych Regionów, gdzie ponoć magów było jak na lekarstwo. Zrządzeniem losu zdarzyło się tak, że Thrawn miał magiczne zdolności. Ponoć sam napisał do Hogwartu list z prośbą o przyjęcie go do szkoły, a potem przeszedł testy, by udowodnić, że podoła nauce magii. Vanto, chłopak z Rubieży, początkowo mu pomagał odnaleźć się w nowym środowisku, bo Thrawn słabo znał język, jednak Chiss zaskakująco szybko przyswoił sobie basic i z czasem zaczął radzić sobie całkiem dobrze.

Arihnda obserwowała z dystansu jego próby rzucania zaklęć. Z obcym akcentem wypowiadał przeróżne zaklęcia i podpalał zasłony. Ślizgoni podśmiewali się z niego, ale Thrawn uparcie powtarzał ruchy różdżką i szeptał zaklęcia, a potem w ogóle przestał je wypowiadać na głos. Zaskoczył nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią tym, że sam nauczył się rzucania niewerbalnych zaklęć. Od tej pory żaden Ślizgon nie odważył się już drwić z Chissa. Zresztą, nawet wcześniej nie było to rozsądne, bo Thrawn miał budowę idealnego zawodnika Quidditcha: był wysoki, silny i szybki. Już na pierwszym roku został obrońcą ich drużyny. „Nikt nie złamie mojej blokady”, zwykł mawiać. I najczęściej miał rację. Tylko Syndulla wbijała mu gole, ale też nie zawsze jej się to udawało. Thrawn postawił sobie za punkt honoru, by stać się obrońcą niemożliwym do pokonania.

Niewątpliwie potencjał Chissa dostrzegał opiekun ich Domu, profesor Palpatine. To on wyznaczył Thrawna na kapitana ich drużyny. I miał rację. Thrawn w tej roli sprawdził się znakomicie. Choć często kłócił się z jednym z ścigających: z Anakinem Skywalkerem, Lordem Vaderem, jak wszyscy w Slytherinie zwykli go tytułować. Vader chciał grać siłowo, Thrawn stawiał na taktykę. Potrafili niemal przed każdym treningiem pokłócić się o jakiś drobiazg. Czasem zaczynali się pojedynkować i reszta drużyny w oniemieniu oglądała, jak Vader celuje w obręcz, a Thrawn wybija kafel. Raz nawet Vader wbił kafel do bramki razem z trzymającym ów kafel Thrawnem. O dziwo, oboje wyglądali na zadowolonych, kiedy taki pojedynek wygrywał Vader. Thrawn twierdził, że nie wystawiłby jako ścigającego zawodnika, który nie potrafił wbić mu przynajmniej jednego gola.

Vader był przerażający nie tylko na boisku. Nikt zdrowo myślący nie chciałby mierzyć się z nim na różdżki. Plotkowano, że był Wybrańcem, tym, który przywróci równowagę Mocy. Część grona profesorskiego była zaszokowana, kiedy Tiara przydzieliła jedenastoletniego Anakina do Slytherinu. Jak to możliwe, że Wybraniec nie był Gryfonem?

O Ślizgonach mówiono, że mieli skłonność do Czarnej Magii. Tak naprawdę uczniowie Domu Węża tak samo chętnie studiowali „niedozwolone zaklęcia” jak Krukoni, tylko tamtych rzadziej na tym przyłapywano. Ślizgon przecież musiał pokazać innym, co umie. Po co uczyć się zaklęcia, jeśli nie można było go użyć? Dlatego kolekcjonowali szlabany jak ordery, ale przy tym, niestety, tracili też punkty.

Thrawn miał niebywałą zdolność zdobywania szlabanów. Spośród nauczycieli praktycznie tylko Palpatine mu pobłażał, bo Ślizgoni potrzebowali czasem widywać swojego kapitana na treningach. Ilością szlabanów Chissa przebijał jedynie Vader. Czasem można było odnieść wrażenie, że i pod tym względem ze sobą rywalizowali.

Arihnda stawała na głowie, by kryć Thrawna. Gdy zaleziono przy nim jaszczurki, przestudiowała uważnie regulamin szkoły i udowodniła, że żaden jego punkt nie zabraniał hodowania ysalamirów, choć, po prawdzie, żaden punkt też na to nie zezwalał. Przekonała dostateczną ilość nauczycieli, w tym nauczyciela Opieki nad Magicznymi Stworzeniami, że badanie zachowań ysalamirów przyczyni się do rozwoju nauki, i ostatecznie pozwolono Thrawnowi zatrzymać te jego jaszczurki.

Potem Pryce zaciekle walczyła o to, by Ślizgoni mogli latać na „odrobinę poprawionych” miotłach TIE. Gryfoni mieli swoje x-wingi, dlaczego więc reprezentanci innych Domów mieliby latać na gorszych miotłach? Znów odbyła się głośna debata: tym razem dotyczyła ona tego, czy można korzystać z eksperymentalnego sprzętu. A jeśli czyjaś miotła wybuchnie podczas meczu? Ostatecznie jednak uznano, że świat należy do odważnych. Jeżeli, oczywiście, ci odważni przeżyją. Profesor Palpatine poręczył za nich i profesor Yoda, dyrektor szkoły, machnął tylko ręką. „Niech się pozabijają, ambitni idioci”.

Byli ambitni i żądni sukcesów, ale nie byli idiotami. No dobrze, może paru idiotów – jak Kassius Konstantine – trafiło przez przypadek do ich Domu. Większość jednak była w porządku. Zdarzali się narwańcy, lecz ci z kolei byli albo szczególnie uzdolnieni, albo piekielnie inteligentni. Thrawn należał do rzadkiej kategorii szalonych geniuszy i Arihnda wiedziała, że dobrze robi, zadając się z nim. Przyjaźniła się też z dziewczynami, z którymi dzieliła pokój w dormitorium: z „kujonką” Maketh Tuą i ze „sportsmenką” Rae Sloane, dogadywała się z „artystką” Everi Chalis, a nawet z „wiedźmą” Asajj Ventress. Z innymi również, w razie potrzeby, była w stanie znaleźć wspólny język.

Nawet jeśli nie lubiła Krennica czy Daali, to mimo wszystko pamiętała, że tak, jak i ona byli oni Ślizgonami, a dla dobra Domu walczyć należało nie ze sobą, lecz z całą resztą. Większość to rozumiała, poza paroma wyjątkami. Thrawn aż nazbyt chętnie przysiadał się do obcych stolików. Vader deklarował wszystkim nie-Ślizgonom otwartą wrogość, ale w schowkach na miotły romansował z Krukonką, Padmé Amidalą. Krennic „romansował” z Erso nie tylko w schowkach. Inni, jak chociażby Alexsandr Kallus, wychodzili z lochów późną porą i czasem wracali dopiero nad ranem. Może nie należało nazywać takiej postawy od razu „zdradą Slytherinu”, ale ewidentnie ujawniało to brak dyscypliny.

Można było rozmawiać z Puchonami czy Krukonami, można było z nimi współpracować, ale trzeba było pozostać wiernym Slytherinowi i podejmować działania przede wszystkim z myślą o dobru swojego Domu. To właśnie Arihnda starała się tłuc Thrawnowi do głowy. Nie miał przyjaciół w Slytherinie? Ona mogła być jego przyjaciółką! Czy potrzebował kogoś innego?

Może była przewrażliwiona na tym punkcie, ale dla niej przynależność do danego Domu znaczyła wiele. Czuła się dumna z bycia Ślizgonką. Wiedziała, że jej Dom jest najlepszy i chciała udowodnić to innym. Jako nowa prefekt wprowadziła niemal wojskową musztrę. Musiała motywować swoich kolegów i swoje koleżanki, by przykładali się i zdobywali punkty dla ich Domu, a przynajmniej – by nie tracili już zebranych punktów tak lekkomyślnie. Tarkin straszył – i mógł to robić, bo przyjaźnił się z Vaderem – Pryce natomiast próbowała sprytnej manipulacji: odwoływała się do poczucia wspólnoty, do ambicji i dumy Ślizgonów. Urządzała „bale tematyczne”, których celem była integracja. Źle reagowała, gdy ktoś nie chciał uczestniczyć w owych zabawach. Co z tego, że niektórzy woleli zaszyć się w miękkim fotelu z książką? Od czasu do czasu mogli jednak otworzyć do kogoś usta.

Mina Thrawna mówiła jej wyraźnie, że Chiss nie miał ochoty brać w tym udziału. Przyszedł do Pokoju Wspólnego, ubrał się nawet w mundur – obecnie tematem była „wojna” – tylko dlatego, że Pryce go do tego zmusiła. Jego mundur miał kolor biały, podobnie jak mundur Sloane – być może próbowali w ten sposób manifestować jedność ich drużyny Quidditcha. Jeśli nawet umówili się, że wszyscy zawodnicy będą nosić biel, Vader zupełnie to zignorował. Jakby na przekór Thrawnowi wdział czarną zbroję.

Arihnda skrzywiła się. Czy nie wspomniała wcześniej, że mają być jedną armią; że mają nosić mundury? Jej był popielaty, Tarkina – oliwkowy, ale nawet jeśli nie potrafili się zgodzić co do koloru, mimo wszystko reprezentowali to samo wojsko. Vader zaś wyglądał jak jakiś najemnik. Tym samym tropem, ku oburzeniu Arihndy, poszła także Ventress, chociaż zamiast maski wybrała krzykliwy makijaż, „barwy wojenne”. To była jakaś komedia.

- A ty, co masz na sobie? – Pryce obsztorcowała Kallusa.

- To hełm – odrzekł.

- Naprawdę? – spojrzała na garnek na jego głowie. – Nie zgadłabym.

Krennic, jak zwykle, postanowił wszystkich przebić i do swojego munduru przyczepił długą pelerynę.

- Dlaczego on ma na sobie biel? – Pryce zapytała Thrawna teatralnym szeptem. – Przyjęliście go do drużyny?

- Chyba żartujesz – odparł Chiss.

Arihnda otaksowała go wzrokiem i uznała, że w mundurze prezentował się znacznie lepiej niż w swoich zwykłych ubraniach. Ale nie powiedziała tego na głos. Jeszcze Thrawn pomyślałby, że… że nie podobał jej się jego unikalny styl.

W połowie imprezy odwiedził ich profesor Palpatine, by – oficjalnie – skonfiskować alkohol i odesłać wszystkich do łóżek, a nieoficjalnie – by sprawdzić, czy dobrze rzucili zaklęcia wyciszające ściany. Wypili jego zdrowie.

- Za naszego Imperatora – zaintonował Rax.

Palpatine tylko się uśmiechnął. Po jego wyjściu Pryce stwierdziła, że nadszedł właściwy moment, by rozpocząć tańce. Teraz albo nigdy. Póki byli na tyle trzeźwi, by utrzymać pion i powłóczyć nogami, a zarazem na tyle wstawieni, by dobrać się w pary i kołysać w rytm muzyki.

Złapała Thrawna za rękę.

- Tańczysz ze mną – oświadczyła – albo rzucę cię piraniom na pożarcie.

Miała na myśli pierwszoroczne, które skrycie się w nim podkochiwały.

Ktoś musiał wkroczyć na parkiet jako pierwszy. Ona – prefekt i on – kapitan drużyny Quidditcha powinni dać dobry przykład. A właściwie – powinni zostać królem i królową parkietu.

- Musimy wygrać – szepnęła Thrawnowi do ucha.

- To jakiś konkurs? – zdziwił się.

- Oczywiście – odrzekła. – Przecież nie ma dobrej zabawy bez elementu współzawodnictwa.

Thrawn wymruczał coś, niezadowolony, że nie wybrała sobie konkurencji, która nie wymagałaby jego zaangażowania jako jej partnera. Mogłaby, na przykład, bez trudu wygrać konkurs karaoke… więc co to byłoby za wyzwanie?

Tańcząc, Arihnda podśpiewywała „C’est la vie” razem z Chuckiem Berry’m. Thrawn przez cały czas miał kamienny wyraz twarzy, który zupełnie nie pasował do jego dziwacznych tanecznych ruchów. Razem bez dwóch zdań wyglądali zjawiskowo. Dosłownie zgnietli konkurencję, choć ta, jak na razie, była nieliczna. Sloane i Ventress tańczyły ze sobą – ale każda w innym stylu. Tarkin na przekór żywiołowej muzyce pozostawał statyczny i pozwalał Daali szaleć wokół siebie. Kilka osób, jak choćby Tua, tańczyło solo, zachowując na tyle duży dystans od innych samodzielnych tancerzy, by nie dało się ich przez przypadek uznać za parę. Inni z kolei, jak Vader, potrzebowali przestrzeni dla siebie. Tańcząc, stwarzali śmiertelne zagrożenie dla całej reszty. Gdyby tylko zmienić muzykę na ostry metal, Vader i jemu podobni radośnie zaczęliby taranować pozostałych tańczących. Takie dantejskie sceny można było sobie darować… albo zostawić je na sam koniec imprezy.

Pryce przetańczyła z Thrawnem trzy piosenki, a potem łaskawie pozwoliła odholować się do stolika. Zrobili sobie przerwę w dobrym momencie, bo niedługo później Ventress zaczęła rozprowadzać mikstury, które uwarzyła wraz ze swoimi kumpelami, „siostrami nocy”. W zależności od tego, na jaką mieszankę się trafiło, można było na parę godzin zmienić swój wygląd albo „mieć wizję”, zobaczyć „przyszłość” lub wnętrze klozetu.

Po dość mocnym, soczyście zielonym drinku Arihnda zakomunikowała swojemu otoczeniu:

- Na brodę Merlina, Thrawn, jesteś niebieski.

- Zawsze byłem niebieski – odpowiedział ze spokojem.

- No może – przyznała niechętnie.

Przez chwilę przyglądała mu się uważnie. Była pewna, że coś zmieniło się w jego wyglądzie. Nie potrafiła jedynie ustalić, co.

Tymczasem do ich stolika przysiadł się Vader i dramatycznym głosem oznajmił, że musi uratować Padmé. Thrawn zmarszczył brwi.

- I co w związku z tym? – zapytał.

- Możesz mi towarzyszyć – rzekł wielkodusznie Vader. – Nasze cele są zbieżne.

- W jaki niby sposób?

Ale tego Vader nie umiał wyjaśnić.

Parę osób w międzyczasie ewakuowało się do dormitorium. Zmieniono muzykę i naprzemiennie serwowano takie przeboje jak: „Bushes of Love”, „Seagulls (Stop It Now)” czy „Hostiles on the Hill”.

- Tego nie znam – stwierdziła Pryce, wsłuchując się w nową melodię.

Orson swingował po parkiecie, wyśpiewując: „It’s not a Moon. It’s not a Moon”. Wilhuff posyłał mu jadowite spojrzenie z drugiego końca pomieszczenia.

Thrawn nagle nabrał ochoty na to, by dyskutować o doomium.

- Jestem królową doomium – ogłosiła Arihnda, wskazując na siebie palcem. – I królową parkietu. I czegoś jeszcze.

Chwyciła dłoń Chissa.

- Przejmiemy kontrolę nad światem – zaproponowała. – Ty i ja. Co ty na to?

Zapomniała zupełnie, że obok nich siedział Vader.

- Ja i Padmé zrobimy to wcześniej – poinformował ją. – Jak tylko uratuję Padmé. Będziemy rządzić nie tylko światem, ale całą galaktyką.

Pryce wyśmiała go. Kiedy odszedł werbować ochotników do planowanej misji ratunkowej, oświadczyła Thrawnowi:

- Jutro spróbujemy przejąć kontrolę nad światem. Pamiętaj. Jutro.

Pocałowała go w policzek i chwiejnie powlokła się w stronę damskiego dormitorium. Musiała zebrać siły. Jutro przecież był ich wielki dzień!