Actions

Work Header

Danse Macabre

Chapter Text

10 grudnia 1918 r.

Śnieg prószył, wolno opadając na spokojną, niezmąconą najmniejszym ruchem ziemię. Ulice Londynu były puste tej nocy. Stojące w miejscu powietrze przeszywało mrozem na wskroś. Ciemna postać stała na dachu teatru Finsbury, w którym niegdyś nauczała sztuki aktorskiej Doris Fletcher. Jonathan Reid patrzył w dal, zamyślony, przysłuchując się Czterem Porom Roku Vivaldiego. Przymknął oczy, wzdychając cicho gdy skrzypce zaczęły dąć Zimowym wiatrem. To był znak, że spektakl niedługo się zakończy - uczestnicy wyjdą z budynku i w ciągu kilku chwil zniszczą niewinność miasta, którą chciał pozostawić przy mocy jak najdłużej. Wyglądało wtedy na takie niewzruszone, potężne i surowe - czyste w swej szaleńczej formie - jakby każda z trosk tego świata była niczym wobec martwych murów, rzędów domów i spektakularnych budowli jakie pozostawił po sobie rozwój ludzkości. Zmarszczył brwi czując na twarzy ostry powiew północy, przyzwanej mocnymi dźwiękami instrumentów. Czuł głód, dający się we znaki z każdym, nawet najmniejszym drgnięciem ciała. Długo nie zabijał... W ostatnim tygodniu zmarnował zbyt dużo krwi na bezsensowne potyczki, których mógł łatwo uniknąć... Nie zrobił tego. Dlatego musi się zregenerować a to wymaga ofiar...

Było mu już obojętne kogo pozbawia życia. Krew miała go nasycić a suche skorupy, przechowujące jego pożywienie, zostawiał na pastwę grudniowego ziąbu. Upojony świadomością swojej siły, jakiej dostarczał sobie z każdym kolejnym morderstwem, powoli zapominał o poczuciu winy i wyrzutach sumienia wobec swoich czynów. Kruchość ludzkiego żywota zaczęła go bawić, a zwłaszcza aspekt, który bezprecedensowo go dotyczył - sam przyczyniał się do jego skracania. Z chwilą przemiany w wampira utracił szansę na prawdziwe człowieczeństwo. Było tak od samego początku, jednak nie zauważył tego... Był zbyt zagubiony i wystraszony by zrozumieć kim się stał. Umysł, pamiętając śmiertelne życie, upatrzył Elisabeth jako podporę moralności. Jak wielki to był błąd... Powstrzymywał dla niej pragnienie, przeczył dla niej swojemu przeznaczeniu! Odnalazł błąd swego wyboru między jej słowami pożegnania. Gdy płonęła dotarła do niego ciemność, której wcześniej nie dostrzegał, zasłaniająca widok na oślepiającą wręcz prawdę. Był potworem. Bestią. Bezwzględnym krwiopijcą. Tym, czego wszyscy się tak panicznie bali. Widzieli prawdę gdy on łgał, łudząc się, że dostanie szansę. Gdy odrzuciła jego świat, składany w miłosnym podarku, uzmysłowił sobie czym powinien być. Tak też się stało...

Ciemna mgła przecięła smugą ostre powietrze na dachu teatru. Pojawił się chwilę później na chodniku przed budynkiem, cofając o parę kroków by mrok uliczki objął go szczelnie w oczekiwaniu na ofiarę. Zamyślony spojrzał w dół na to co zrobił, krzywiąc usta w grymasie niezadowolenia i obserwował z żałością ślady, jakie sam zostawił na chudej warstwie śniegu. Zaśmiał się gorzko. Zepsuł to co sam chciał chronić - cóż za ironia...

Z letargu wybudziły go głośne rozmowy oraz smród ludzkiego potu wymieszany z perfumami i tytoniem. Momentami tęsknił za czasami, kiedy jego zmysły były mniej rozwinięte i nie czuł tak intensywnie każdego zapachu. Teraz nastał jeden z nich... Nie mógł nazbyt długo pozwolić sobie na umartwianie - musiał wybrać główną rolę do swojego spektaklu. Bez pośpiechu, miał dużo czasu... Prześlizgiwał wzrokiem między osobami, które, nieświadome swej zguby, rozmawiały radośnie o rzeczach mniej lub bardziej ważnych. Wtedy ją zauważył - samą, ubraną w grube, białe futro, przyozdobioną w obfity naszyjnik z prawdziwych diamentów - idealny cel na noc taką jak ta. Z odległości paru metrów, zza zasłony stworzonej z innych woni, zdołał wyłapać jej ślad - delikatny, niewinny, powabny i przysparzający prawdziwego apetytu, którego już nie powstrzyma do epilogu jej tchnienia. Będzie się nim upajał gdy ona ostatni raz tupnie obcasem. Musiał ją mieć. Musiał ją zjeść...

Niby cień, snuł się za nią, przemykając bezszelestnie między cieniami West End'u. Nie czekał długo na przychylną okazję dla jego wieczerzy...

Śnieżnobiałe kły zatopiły się w łabędziej szyi, pozwalając oprawcy w parę chwil pozbawić nieboszczkę gruntu pod stopami - osunęła się bezwiednie w jego ramiona, blada jak ściana, ze strachem wymalowanym na zastygłej w oddechu śmierci twarzy. Uchylił wargi, uwalniając struchlałe ciało od dwóch, śmiercionośnych ostrzy. Odchylił głowę, przymykając oczy z rozkoszy... Ten smak... Tego mu brakowało...

Wiosna towarzyszyła nastrojowi wampira, który, nucąc spokojnie pod nosem, obdzierał denatkę z kosztowności - zsunął z kredowych ramion futro, uwolnił piękną szyję z okowów diamentowej kolii... Tyle dla niego teraz znaczyło ludzkie życie. Nic. Ale nie frasował się tym zbytnio. Wszak sam już człowiekiem nie był. Myśl ta przyświecała jego działaniom i to ona nadawała słodyczy jego gorzkiej egzystencji...