Actions

Work Header

Dwadzieścia jeden powodów

Chapter Text

 - Za dokładnie sto pięćdziesiąt metrów będziesz mógł zgubić go przed światłami – mówi Q do słuchawki, jednocześnie patrząc na monitor po lewej – Trzy, dwa, jeden…

Światła zmieniają się zaraz po tym, jak samochód mija skrzyżowanie. Czerwone BMW gwałtownie hamuje, a Bond na pełnym przyśpieszeniu wchodzi w zakręt, zamiast jechać prosto, co rekomendował mu Q.

Q mieli w głowie kilka przekleństw i przesuwa mapę, przybliżając fragment dwoma palcami.

- Zastanawiam się po co w ogóle mówię do twojej słuchawki? – pyta uprzejmym tonem, jednocześnie analizując siatkę miasta.

- Lubię słuchać twojego głosu – mówi Bond, a Q słyszy w jego głosie cień uśmiechu.

- Jeśli nadal masz zamiar zgubić swój pościg, to przyśpiesz, za kilometr będzie rozgałęzienie, masz szansę tam skręcić.

W kamerze monitoringu ulicznego Q widzi, jak samochód Bonda przyśpiesza, ale w innej kamerze zauważa, że pościg też nie próżnuje.

- Zaraz będą siedzieć ci na ogonie, spróbuje ich zablokować – mówi Q, namierzając najbliższą sterownie ruchu drogowego.

Bond oczywiście nie ma zamiaru czekać na jego ruch, na pełnej prędkości hamuje, a w słuchawkach Q rozlega się ogłuszający dźwięk zginanej blachy.

- Dzięki za współpracę – mówi Q, przypatrując się, jak 007 przyśpiesza i hamuje, pozwalając, żeby ścigający go samochód niszczył mu tył.

Tył samochodu, nad którym Q pracował przez kilka miesięcy w wolnych chwilach.

- Uwierz mi – odpowiada Bond, ale urywa na chwilę, gdy samochodem rzuca – Cała przyjemność po mojej stronie.

Zanim Q zdąży coś odpowiedzieć Bond wchodzi w zakręt, i celowo, czego Q jest pewien, skręca kierownicą, a samochód obraca się kilka razy wokół własnej osi z ogromną prędkością, by potem wbić się w przód ścigającego go samochodu.

Choć Q nigdy by tego nie przyznał, to w takich momentach przestaje być profesjonalistą, przez kilka cichych, martwych sekund błaga w myślach, żeby agent przeżył. Bezruch na ekranie jest wręcz przytłaczający, aż w końcu tylne drzwi samochodu od strony pasażera otwierają się i powoli wytacza się z nich Bond.

Q wypuszcza powietrze, które musiał zatrzymać w płucach i patrzy, jak Bond otrząsa się, ściera rękawem marynarki krew ściekającą po twarzy i podchodzi do drugiego samochodu.

- Status? – pyta wreszcie Q, starając się okazać resztki profesjonalizmu.

Bond go ignoruje, otwiera kopniakiem bagażnik drugiego samochodu i wślizguje się do środka.

- 007 – niemal warczy z irytacją Q.

Znowu zostaje zignorowany, ale wykorzystuję tę chwilę dobrze, sprawdzając pobliskie kamery, czy ktoś nie zauważył wypadku. Dostrzega aktywność jakiegoś telefonu w pobliżu, więc szybko go blokuje, a potem obserwuje jak Bond wyślizguje się z bagażnika, prostuje się, chowa coś do kieszeni i patrzy przed siebie, prawdopodobnie usiłując stwierdzić, skąd obserwuje go Q.

- Jeśli jesteś w stanie iść to skręć w lewo za 500 metrów, tam jest parking. Status?

- Jak widzisz, bez jednej skazy – mówi Bond, a Q mieli w głowie przekleństwa.

Czeka, aż Bond zdoła dojść do parkingu, pomaga mu się włamać do jednego z samochodów. Kończy pracę dopiero dwie godziny później, gdy Bond jest w drodze na lotnisko.

- Nawigowałeś Bonda? – zagaduje go jeden z jego pracowników, gdy Q czeka w kuchni, aż zaparzy się jego herbata.

Q patrzy na niego ze zdziwieniem.

- Zawsze wyglądasz na cholernie zmęczonego, gdy musisz to robić. Choć i tak nie wiem jakim cudem w ogóle jesteś w stanie z nim pracować.

Q wzrusza ramionami, zbyt zmęczony, by odpowiedzieć.

Gdy w domu zagląda do zamrażalnika i okazuje się, że jego ulubione lody właśnie się skończyły obiecuje sobie, że tym razem Bondowi nie ujdzie to na sucho.

 

Kiedy Q zaczął pracować dla MI6 miał spory problem z przyzwyczajeniem się do pracy w otwartej przestrzeni. Jego współpracownicy byli z reguły bardzo miłymi ludźmi, ale te wszystkie kontakty międzyludzkie sprawiały, że wychodził z pracy znacznie bardziej zmęczony, niż gdyby pracował sam. To  wtedy odkrył liczne zalety zostawania do nocy w pracy. Teraz, gdy posiadał swój niewielki gabinet czasem jednak tęsknił za byciem jednym z nich , a niekiedy rano przyłapywał się na myśli, że ktoś nagle zapyta go, co robi w gabinecie ich szefa.

Jednak jeśli chodziło o Bonda, Q był więcej niż zadowolony, że posiada swój doskonale wyciszony pokój. Najczęściej przybycie Bonda do Q Brunch poznawał po tym, że Suzann, jego niezwykle miłej asystentce drżały dłonie, gdy przynosiła mu herbatę. Q, gdy awansował wyjaśnił jej w rozmowie na osobności, że nie musi tego robić, tym bardziej, że miała mnóstwo innych obowiązków, ale ona z jakiegoś powodu nalegała. Teraz, gdy spodek pod filiżanką cichutko drżał Q posłał w jej stronę jeden ze swoich najbardziej pokrzepiających uśmiechów, a potem wrócił do monitora.

Ciche trzaśniecie usłyszał kilka minut później, ale nie odwrócił się. Gdyby nawet nie usłyszał wejścia Bonda, to pewnie i tak po chwili wyczułby jego zapach w pomieszczeniu. Q składał to na karb nadwrażliwości węchowej, ale z jakiegoś powodu perfumy Bonda wyczuwał bezbłędnie, dokładnie w momencie, kiedy agent przekraczał próg pomieszczenia, w którym znajdował się Q.  

- 007 – powiedział po chwili, nie odwracając się i nie przestając pisać – Raport możesz położyć na biurku po prawej.

Bond oczywiście zignorował go, podchodząc obok jego fotela i opierając się o biurko niedaleko Q .Q gratulował sobie tempa wklepywania danych do komputera, które nie zawodziło nawet w takich chwilach. Bond po prostu tam stał, nie ruszając się ani o milimetr, aż w końcu Q zapytał, zwracając nieco głowę w jego stronę.

- Masz jakiś problem z raportem?

Brak odpowiedzi w końcu zmusił Q na spojrzenie na niego, co chyba usatysfakcjonowało Bonda, bo wreszcie odpowiedział.

- Potrzebuje danych samochodu.

- Tego, którego zniszczyłeś? Jestem całkowicie pewny, że znajdziesz je w systemie.

Q czuje na sobie wzrok Bonda, ale zmusza się, by dalej na niego nie patrzeć, dodając kolejną relację do bazy danych.

Bond w końcu odrywa się od biurka i rusza, a Q rzuca za nim.

- Przypominam, że zgodnie z procedurami agent powinien złożyć raport w formie pisemnej najpóźniej czterdzieści osiem godzin po powrocie, jeśli jest w stanie pozwalającym na to.

Bond nie odpowiada, a Q pozwala sobie na lekki uśmiech, zanim pociągnie pierwszy łyk herbaty.

 

W zasadzie Q miał nie nawigować tej misji, ale dziecko Tima złamało rękę, więc Q wysłał go do szpitala, przejmując ją. Żałował, że nie miał czasu przygotować sobie herbaty, bo po całym dniu pracy czuł się już nieco zmęczony.

Jednak w momencie, w którym założył słuchawki jego zmysły wyostrzyły się.

- 007, tu Q. Zmiana nawigatora.

- Rodzice pozwolili ci później wrócić do domu? – w głosie Bonda brzmiało rozbawienie, a Q starał się nie zirytować.

Od ich pierwszego spotkania w muzeum Bond nieco zmienił do niego podejście, zwłaszcza po tym, jak zaprojektowany przez niego pistolet uruchamiający się tylko na odciski palców właściciela praktycznie uratował życie Bonda na jednej z pierwszych misji pod dowództwem Q, jednak nieustannie pozwalał sobie na przytyki odnośnie młodego wyglądu Kwatermistrza.

- Tak, pod warunkiem, że grzecznie odrobię zadania domowe – odparł Q i mógł przysiąc jak niemal słyszy uśmiech Bonda, który właśnie wchodził do holu hotelu.

Q obserwował, jak agent przemierza korytarz w stronę baru, jednocześnie analizując plany hotelu, przygotowane przez Tima. Była to krótkoterminowa misja, przeznaczona na rozeznanie, a jeśli będzie możliwość, to zdobycie danych, które miała przy sobie ambasadorka Norwegii przebywająca aktualnie w hotelu.

Na razie jednak przez dłuższy czas Q zmuszony był oglądać Bonda popijającego przy barze.

- Coś ciekawego, chłopcze? – zapytał, zbliżając szklankę do ust.

- Wygląda na to, że nic się nie dzieje.

Bond pociągnął łyk i nieznacznie wzniósł szklankę w stronę kamery. Q przewrócił oczami.

- Pewnie nie możesz się doczekać, aż będziesz mógł legalnie napić się whisky?

- To jest właśnie to, o czym marze przed snem, 007.

Bond zamówił jeszcze jednego drinka i odwrócił się w stronę sali, obserwując drzwi. Po chwili musiał coś zauważyć, bo wziął szklankę i powolnym krokiem ruszył w drugą stronę. Q przeskoczył na drugą kamerę, znajdującą się bliżej stolika, przy którym zatrzymał się agent.

- Mogę przeszkodzić? – zapytał, stojąc nad mężczyzną w garniturze, wpatrującego się w drinka, którego sączył.

Q zmarszczył brwi, a potem zbliżył obraz. Drugą ręką uruchomił rządową wyszukiwarkę i wpisał dane osoby, której Bond powinien szukać. Wyszukiwanie zakończyło się sukcesem, a Q lekko otworzył usta, przeklinając się w duchu. To, że przejął misję zaraz przed jej rozpoczęciem nie zwalniało go z przygotowania.

Które obejmowało przeanalizowanie obiektu akcji, który okazał się być mężczyzną, do którego stolika przysiadł się Bond.

Q lekko odchylił się na krześle. O podbojach Bonda na misjach krążyły plotki i legendy, ale Q był pewny, że dotyczyły one kobiet. Chociaż, z drugiej strony, Bond był cholernym agentem, więc musiał robić to, czego wymagało dobro misji.

W tym wypadku, znając Bonda, dobro misji zakładało zaciągnięcie mężczyzny o jasnych włosach do łóżka i zdobycie danych, zapewne w tej kolejności.

Bond zdążył się już przysiąść do stolika i postawić mężczyźnie drinka. Q był zmuszony jednym uchem  wysłuchać cholernie dobrych, jak musiał przyznać w duchu przyznać, tekstów Bonda, jednocześnie grzebiąc w aktach ambasadora.

Informację na temat jego domniemanej orientacji znalazł dopiero w nieoficjalnej części akt, które Bond musiał przeczytać przed misją. Wychodziłoby na to, że to pierwszy raz, kiedy Bond zrobił jakikolwiek research.

Wysiłki Bonda, jak zawsze, przyniosły rezultat, bo po czterdziestu minutach Bond ruszył za ambasadorem korytarzem, zmierzając prawdopodobnie na piąte piętro. Q mógł ich śledzić przez kamery na korytarzach i windzie, ale w pokoju był zdany jedynie na to, co słyszał.

A słyszał niestety wiele, w poprzednich tego typu sytuacjach starał się wyłączyć, ale teraz szło mu to dość trudno. Nawigatorzy raczej nie rozmawiali ze sobą o tym, co robią, gdy zmuszeni są wysłuchiwać lub oglądać seks agentów, a jeśli już, to jedynie w żartach. Teraz Q słyszał ciche śmiechy i pomruki, a potem coś, co brzmiało jakby coś miękkiego, ale ciężkiego upadło na podłogę i to, że ambasador powiedział jakieś zdanie po norwesku.

- Jeśli chcesz, żeby coś zrobił, to musisz mi to powiedzieć tak, żebym zrozumiał – wymruczał Bond nisko.

Q przygryzł wargę i nieco wyprostował się na krześle.

Tym razem zdanie było na tyle wyraźne, że Q automatycznie je przetłumaczył, nie zastanawiając się nad tym, co robi:

- Klęknij przede mną.

Zdał sobie sprawę ze swojego błędu już w momencie, w którym skończył je wypowiadać.

Zamarł, ale usłyszał, jak Bond roześmiał się cicho, a ambasador zapytał:

- Znasz norweski?

- Nie, po prostu patrzysz na mnie w taki sposób, że wiem, co robić.

Dalsza część potoczyła się w przewidywalny sposób, a Q starał się skupić swoją uwagę na planie hotelu, przeklinając się w duchu. Dalej poszło już przewidywalnie: Norweg poszedł do łazienki, a Bond, gdy tylko zamknęły się drzwi przemieścił się i prawdopodobnie wyszedł z pokoju.

- Jak stąd jak najszybciej wyjść?

Głos Bonda otrzeźwił go i Q zapytał:

- Gdzie dokładnie jesteś?

- Na bocznej klatce schodowej, po wyjściu z pokoju skręciłem w lewo.

Q szybko zanalizował sytuację.

- Jeszcze dwa piętra w dół, potem przejdź przez hol i wejdź do wejścia dla obsługi. Piętro w dół, potem główne wyjście. Nie ma szans ominąć kamer, zresztą i tak zarejestrowała cię w korytarzu po wyjściu z pokoju. Status danych?

- Trzymał pendrive'a w kieszeni spodni, trudno uwierzyć, że dalej to robią. Przydałby się transport na lotnisko.

Q nawigował Bonda przez labirynt uliczek po wyjściu z hotelu, aż do taksówki, którą skierował we właściwe miejsce po włamaniu się do centrali.

- Najbliższy samolot za półtorej godziny, jeśli zdążysz przejechać to postaram się go lekko opóźnić.

- Dzięki za pomoc – odpowiedział cicho Bond, takim tonem, że Q zaczął się zastanawiać o jaki rodzaj pomocy chodzi.

 

- Chciał mnie Pan widzieć?

Q stał w drzwiach gabinetu M na końcu korytarza.

- Q. Tak, proszę, wejdź i zamknij drzwi.

Q dopiero od niedawna przestał się obawiać spotkania z szefem sam na sam. M, nieodżałowana M bez wątpienia potrafiła być stanowcza, ale nie wywierała na nim tak chłodnego wrażenia jak obecny M. Z czasem jednak Q nabrał nieco pewności siebie, więc wizyty nie były nieprzyjemne, choć nadal obawiał się, że M odkryje, że Q nie powinien zajmować tego stanowiska i odeśle go do domu, pozbawiając funkcji.

M poczekał, aż zajmie miejsce po drugiej stronie biurka i zamknął teczkę, którą mam przed sobą.

- Przejdę od razu do rzeczy. W trakcie jednej z misji agentów przypadkowo weszliśmy w posiadanie cennych materiałów, z których wynika, że jesteś głównym celem jednej z niezbyt dużych, ale wydającej się mieć niezłe, zwłaszcza informatyczne, zasoby organizacji.

- Czy Q Branch jest zagrożone?

- Pośrednio tak. Nie chodzi im o wirtualne przejęcie MI6, ale o ciebie. Prawdopodobnie, gdyby udało im się zrealizować ten plan wykorzystaliby cię w jakiś sposób, żeby przejąć nasze dane. Czy odkąd zostałeś Q miałeś jakieś nielegalne propozycję współpracy?

- Nie – odparł do razu Q, a M przez chwilę się w niego wpatrywał, prawdopodobnie badając, czy jest szczery.

- Wszystkie ataki, które były podejmowane na MI6 są zewidencjonowane, a raporty do wglądu są do Pańskiej dyspozycji w każdej chwili, sir.

M skinął głową.

- Rzeczy w tym, że nie wiemy dokładnie jak miałby przebiegać atak, a nasi przeciwnicy nie wiedzą, że mamy wiedzę o ich planach.

W tym momencie drzwi do gabinetu otworzyły się, a Q automatycznie obrócił się w ich stronę. Bond wszedł do pomieszczenia, zamykając cicho drzwi i kiwając im głową. Pod okiem miał niewielkie, lekko opuchnięte rozcięcie.

M zwrócił się do niego:

- Spóźniłeś się.

Bond nie odpowiedział i siadł na krześle obok Q, zajmując nieco nonszalancką pozę.

- Jak właśnie mówiłem – ciągnął M – Wiemy, że grozi ci niebezpieczeństwo. W związku z tym musimy powziąć specjalne środki bezpieczeństwa. Od tej chwili będziesz bardziej chroniony.

Od czasu do czasu Q przeklinał swoja inteligencję, bo właśnie zdał sobie sprawę, co Bond robił na tym spotkaniu.

- Z całym szacunkiem, sir – Q wszedł mu w słowo – Ale jeśli jesteśmy zagrożeni, to powinienem skupić się na jak najszybszym znalezieniu źródła niebezpieczeństwa, poza tym moje mieszkanie jest odpowiednio zabezpieczone…

- Nie zrozumiałeś mnie. Nie będziesz pracował przy tej sprawie, właśnie dlatego, że nie chcemy w żaden sposób dać im znaku, że wiemy o ich planach.

- Potrafię być niewidoczny, jeśli zechce.

M krótko na niego spojrzał.

- Po zapoznaniu się z danymi podjąłem taką decyzję. Ufam, że twoi podwładni są odpowiednio wykwalifikowani, żeby rozwiązać ten problem. Wiemy, że w MI6 jesteś odpowiednio chroniony, ale zdecydowałem, że twoja ochrona powinna trwać całą dobę. Dlatego też będzie cię chronił agent.

Q na sekundę zamknął oczy, a kiedy je otworzył spojrzał prosto na M.

- Sir, rozumiem podstawy Pańskiej decyzji, ale nie uważam, żeby to było konieczne. Znam procedury, sam zabezpieczam swoje mieszkanie, na bieżąco dostosowując zabezpieczenia do sytuacji…

- Taka jest moja decyzja. Nie możemy narazić cię na jakiekolwiek bezpieczeństwo. Agent 007 będzie cię chronił aż do odwołania.

M nie mógł zignorować wyrazu twarzy Q, bo dodał z westchnieniem:

- Bond jest w pełni wykwalifikowany do tego zadania, a jego obecność w twoim życiu prywatnym nie będzie tak absorbująca, jak byłyby nieustanne kontrole ze strony zmieniającej się obstawy.

Q chciał zaprotestować, ale M uciął:

- To jest rozkaz, Kwatermistrzu. Do odwołania.

Być może Q zamknął za sobą drzwi gabinetu M nieco za głośno, ale ani trochę się tym nie przejmował. Nie bardziej niż tym, że wychodząc czuł na sobie wzrok Bonda.