Actions

Work Header

Jesień pachnie mi dziś wiosną

Chapter Text

„Maybe we’re supposed to be together. Maybe you and I are meant to share the same sky.”
r.m. drake

Prolog
Raz, dwa, trzy, cztery…

Minęło zaledwie pół godziny, a on już nie mógł doczekać się telefonu, jaki wykona za kilka chwil. Odliczał w myślach sekundy, mierząc swój czas i zastanawiając się, czy przypadkiem nie pobije ostatniego rekordu.

Światło księżyca padało na polną drogę niedaleko granic miasta, oświetlając spokojny, rzadko uczęszczany kawałek szosy prowadzącej do Los Angeles. Adam Johansson pomyślał, że to jeden z jego ulubionych widoków i żałował ludzi, którym nie będzie dane go zobaczyć.

Tak jak tym dwóm nieszczęśnikom leżącym w jego bagażniku.

Siedem, osiem, dziewięć…

Chwycił ich za kołnierze marynarek, po czym wyciągnął z samochodu na pobocze. Nie czekał nawet sekundy, nie chciał słuchać płaczu i bezsensowych błagań; nie miał na to czasu.

Bang! Bang!

Ciepła lufa pistoletu była miłym ciężarem na jego udzie, jeszcze bardziej poprawiając Adamowi humor. Nucił wesoło pod nosem, kiedy przygotowywał nóż i palnik, a potem również gdy sięgał po telefon do tylnej kieszeni spodni. Wybrał numer zapisany na liście kontaktów jako „Mrs Silverstone”, a po drugiej stronie słuchawki niemal od razu rozległ się dźwięk sygnalizujący odebranie telefonu.

- Załatwione, madame. Czekam na przelew.

Rozdział 1

Stiles pamiętał każdą sekundę tamtej chłodnej, listopadowej nocy.

Gorzką whisky, którą popijał zbyt słodkim, kolorowym drinkiem, postawionym mu przez jakiegoś małolata w nadziei na to, że noc spędzi u starszego od siebie faceta, a rano pochwali się o tym w statusie na Facebooku. Pulsujące, neonowe światła pełzające po atramentowo czarnych ścianach i srebrzystym parkiecie, rozświetlające gęsty mrok panujący w najmodniejszym w tym miesiącu klubie w West Hollywood. Roziskrzone entuzjazmem i podekscytowaniem oczy Danny'ego, który tym razem nie szalał razem z tłumem na parkiecie, a flirtował z przystojnym, czarnoskórym DJ’em, którego dłoń – na tyle, na ile Stiles mógł to z okolic baru dojrzeć – spoczywała właśnie na dole jego pleców.

Najbardziej jednak zapamiętał długie, ciemne rzęsy okalające bladozielone oczy, które patrzyły na niego z zainteresowaniem przez pół wieczoru z drugiego końca pomieszczenia, zanim ich tajemniczo seksowny, wysoki właściciel nie podszedł do niego z dwoma szklankami szkockiej. Brunet podał mu jedną, a Stiles nie mógł oderwać wzroku od jego dłoni; były silne, męskie, ale jednocześnie fantastycznie delikatne. I niezwykle utalentowane, o czym Stiles miał się krótko potem przekonać.

Steven, jak przedstawił mu się potem pomiędzy pospiesznymi, gorączkowymi pocałunkami, wyglądał jak grecki bóg, facet wyjęty prosto z magazynu GQ lub ucieleśnienie marzeń każdej kobiety i każdego mężczyzny - niezależnie od ich orientacji. Albo wszystko to naraz.

Stiles nie miał pojęcia, czym zasłużył sobie na zainteresowanie takiego faceta.

Musiał przyznać, że rozmawiało im się co najmniej dobrze – przynajmniej z tego, co udało mu się zapamiętać. Żadnych niezręcznych momentów ciszy, durnych pytań czy nerwowego chichotu. Siedzieli blisko, nachyleni ku sobie, aby słyszeć się nawzajem ponad ogłuszającą wręcz muzyką i głośnymi rozmowami innych. Mniej skupiony był na ich konwersacji (zapytany potem przez Carrie nie umiał nawet powiedzieć, o czym tak naprawdę rozmawiali), a bardziej na zmysłowych ustach, silnej szczęce pokrytej kilkudniowym zarostem i palcach gładzących wnętrze jego uda.

Nigdy wcześniej nie stanął w tak ekspresowym tempie.

Nie był typem, który szedł do łóżka na pierwszej randce (czy przypadkowe spotkanie w klubie można było w ogóle nazwać randką?), choć nie potępiał tych, którzy byli fanami takiego rozwoju wydarzeń. Teraz jednak dopuszczał możliwość, że po prostu nie spotkał jeszcze nikogo, komu nie umiałby się oprzeć, komu nie potrafiłby odmówić. Po prostu nie spotkał jeszcze Stevena.

Jakby czekał właśnie na niego.

Wiedział, że przemawia przez niego wypity tego wieczoru alkohol, ale nie dbał o to. Był młodym singlem bez zobowiązań, siedział przy barze modnego klubu w Los Angeles i właśnie zabiegał o niego najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widział. Świat – a przynajmniej rozporek spodni Stevena – stał przed nim otworem.

Kiedy dotknął jego ręki, aby zaprowadzić go do łazienki przez pulsujący muzyką tłum, przeszedł go gorący dreszcz, niemal elektryczna iskra, paląca skórę i spajająca ich w jedno, przyprawiająca o zawroty głowy.

Czuł się jak na haju.

Drzwi toalety zamknęły się za nimi z trzaskiem, a Steven opadł przed Stilesem na kolana; jednym szybkim ruchem pozbawił go spodni razem z bielizną, obiema rękoma chwycił za wąskie biodra unieruchamiając je przy ścianie i pocałował wnętrze szczupłego, bladego uda. Kiedy gorący oddech omiótł rozpaloną skórę jego podbrzusza, Stiles zupełnie stracił zdolność do jakiegokolwiek myślenia. Bardzo możliwym też było, że tak po prostu, w jednej sekundzie stracił dla tego faceta głowę.

Był na krawędzi spełnienia, kiedy Steven wstał i przeniósł usta na obojczyk, nieśmiało wyłaniający się zza bladopomarańczowej koszulki. Po tym, z jakim entuzjazmem brunet składał tam kolejne pocałunki, Stiles wiedział, że tego siniaka będzie musiał ukrywać w biurze przez co najmniej tydzień.

Gdyby nie to, że pachniał wprost nieziemsko jakimiś klasycznymi, bardzo męskimi perfumami, Stiles dopuszczałby możliwość, że to wszystko mu się śni. Albo powinien wziąć w pracy kilka dni urlopu, bo najwyraźniej miał omamy z przemęczenia. Nawet kiedy pół godziny później szczupłe dłonie Stilesa wędrowały po nagim, opalonym, doskonale idealnym ciele Stevena, nadal uważał to za zbyt surrealne, aby w ogóle było możliwe.

Steven szeptał mu do ucha słowa, których Stiles wstydził się potem nawet wspominać. Przygryzał mocno dolną wargę, aby tylko nie wyrwał mu się z gardła żaden głośniejszy jęk. Jakąś resztą świadomości pamiętał, że byli w miejscu publicznym – a nie chciał, aby ta chwila między nimi stała się erotycznym show na żywo.

Czuł, jak zapach perfum bruneta wsiąka w jego koszulkę, jak osiada na włosach, wnika w głąb rozpalonej skóry. Jak miesza się z wonią jego własnych perfum i słodkim, zmysłowym zapachem seksualnego napięcia.

Rewanżując się Stevenowi krótko po tym, jak ten zafundował mu spektakularne spełnienie, Stiles pomyślał, że w życiu nie spotkał piękniejszego mężczyzny. Był nie tylko seksowny w jakiś tajemniczy, nieco mroczny sposób i fantastycznie umięśniony – o czym przekonał się Stiles, kiedy podwinął luźną, intensywnie niebieską koszulkę do góry, aby przesunąć językiem po każdym załamaniu idealnej rzeźby jego brzucha – ale także nadzwyczaj piękny; ciemny, kilkudniowy zarost podkreślał silną linię szczęki, długie, gęste rzęsy trzepotały z emocji na pokrytych rumieńcem, opalonych policzkach, a wilgotne usta rozchylone były w ekstazie niczym zroszony południowym deszczem dziki, egzotyczny kwiat.

Był zjawiskowy.

Po drugiej rundzie odpoczywali przytuleni, opierając się ścianę, a po trzeciej niemal wytoczyli się z kabiny, aby przemyć rozpalone policzki i naznaczone strużkami potu karki. Łazienka była cicha i niemal pusta, jeśli nie liczyć pary, która zatrzasnęła się w wolnej kabinie, kiedy tylko Steven i Stiles z niej wyszli.

Nadal starając się złapać oddech i dojść z powrotem do siebie, usiedli na szerokiej półce, w którą wbudowane były umywalki, opierając się o lustro. Nagle Steven nachylił się ku Stilesowi i przesunął palcem wzdłuż jego bijącego ciepłem policzka, a potem po szyi, ścigając zbłąkaną, słoną kroplę potu, która zniknęła nagle za nasyconym ich połączonymi zapachami materiałem koszulki. Brunet zahaczył palcem o jej kołnierzyk i z szelmowskim uśmiechem przyciągnął Stilesa bliżej siebie, aby zatopić się w jego wargach. Z gardła Stilesa wydobył się przytłumiony odgłos zaskoczenia, który szybko zginął jednak w przeplatających się westchnieniach i cichych jękach.

W momencie gdy Stiles poczuł, jak dłoń Stevena wślizguje się pod jego koszulkę i zaczyna przesuwać się w górę jego pleców, drzwi łazienki otworzyły się na oścież, a do środka wparował Danny – zakładający w pospiechu koszulkę i patrzący przepraszająco na Stilesa.

- Stiles… - Zaczął, jednak urwał na widok Stilesa machającego do niego ręką, aby sobie poszedł. Westchnął i pokręcił głową, jednak nie wyszedł. Nie tym razem. – Stiles. – Ręka jego przyjaciela fruwała w powietrzu jeszcze wścieklej w jasnym komunikacie: spadaj. Choć od jakiegoś czasu byli swoimi najlepszymi skrzydłowymi i Danny zawsze wspierał Stilesa, gdy temu udało się umówić z jakąś dziewczyną czy facetem, to tym razem nie mógł ustąpić. – Stiles! – Danny niemal krzyknął, co zwróciło wreszcie uwagę Stilesa na tyle, że oderwał usta od ciemnowłosego nieznajomego i spojrzał na Danny’ego, który z kolei zerknął chyłkiem na przystojniaka, którego wyrwał dzisiejszej nocy Stiles; Danny zapisał sobie w pamięci, aby później pogratulować mu połowu. - Carrie trochę przesadziła. – Powiedział, zwracając się do przyjaciela i jednocześnie obserwując, jak brunet pochyla się nad szyją Stilesa i robi mu ogromną malinkę. – Musimy ją odwieźć.

- A nie możesz… - Zaczął Stiles, wzdychając głośno i instynktownie przyciągając Stevena bliżej siebie.

Danny pokręcił przecząco głową i powiedział bezgłośnie przepraszam, po czym dodał normalnym tonem.

- Nie dam rady zająć się nią sam. Ona… - Zawahał się przez chwilę, czy powinien mówić mu, że ich świętująca swoje dwudzieste pierwsze urodziny przyjaciółka wypiła na raz tak ogromne ilości alkoholu, że teraz, zaledwie kilkanaście minut po północy, była praktycznie nieprzytomna? Wątpił, aby wyszło jej na dobre to, że Stiles znałby wszystkie szczegóły jej nietrzeźwego stanu. – Błagam cię. Zabierzmy ją po prostu do domu.

Stiles zamknął oczy, aby zebrać myśli. Powinien być odpowiedzialny, dorosły i zgodzić się z Dannym, aby zabrać Carrie do domu. Jednak z drugiej strony… Steven wyrażał właśnie chęć na rundę czwartą.

Ugh, czemu życie musi być takie trudne?

Westchnął i odsunął się od Stevena, który zmarszczył brwi, ale pokiwał w zrozumieniu głową. Stiles spojrzał na niego przepraszająco, jednak jego źrenice nadal były rozszerzone, a ogień, jaki rozniecił w nim Steven, nadal płonął.

Danny milczał z głową opuszczoną w dół. Nienawidził teraz samego siebie za to, że musiał przerwać Stilesowi dobrze rokującą znajomość. Jednak zrobił to, co musiał zrobić – obaj byli za Carrie odpowiedzialni. Wyciągnął do Stilesa rękę, w której trzymał wyciągnięty właśnie z kieszeni, zawsze trzymany pod ręką długopis.

Stiles wziął pisak i zębami ściągnął jego skuwkę. Sięgnął rękę Stevena i chwycił go za nadgarstek, przyciągając go bliżej światła. Zapisał na gładkiej, opalonej na złoty brąz skórze przedramienia ciąg cyfr, po czym odrzucił mazak Danny’emu, który wymamrotał: - Czekam przy taksówce. – Po czym zniknął za drzwiami.

Stiles odwrócił się do Stevena i podniósł głowę, napotykając jego nieodgadnięty wzrok.

- Przepr…

Steven przerwał mu w pół słowa pocałunkiem, który szybko zresztą zakończył. Pożegnanie.

- Nie przejmuj się, ratuj tą swoją Carrie. – Niski, przyjemny baryton fantastycznie wibrował w uszach Stilesa.

- Zadzwonisz?

Steven pokiwał twierdząco głową i po raz ostatni pochylił się, aby złożyć na jego ustach krótki pocałunek. Stiles westchnął, po czym ciężkim krokiem ruszył w kierunku drzwi, wychodząc z łazienki bez zatrzymywania. Nie obejrzał się za siebie – wiedział, że zamiast dołączyć do Danny’ego i Carrie, w mgnieniu oka wróciłby do Stevena.

Wyszedł na zewnątrz, na rozjaśnioną neonowymi banerami i światłem latarni ulicę, wdychając głęboko świeże, nocne powietrze. Była to przyjemna odmiana po zatłoczonym, zadymionym klubie, gdzie w niezbyt dużym pomieszczeniu mieszały się zapachy setek perfum, lejącego się strumieniami alkoholu i świeżego potu tańczących na parkiecie młodych ludzi.

Stiles zadrżał i objął się ramionami. Święto Dziękczynienia było już za dwa dni, a pogoda zaczynała być typowo jesienna, nawet jak na ciepły, morski klimat Los Angeles.
Rozejrzał się wokół i niemal od razu zauważył po drugiej stronie ulicy opierającego się o taksówkę Danny’ego, który pomachał do niego ponaglająco. Stiles bez wahania ruszył w jego stronę, kiwając po drodze głową jednemu ze swoich przełożonych, mijającego go na przejściu dla pieszych. Roberts szedł ramię w ramię z szeroko uśmiechniętą nowo wybraną gubernator Teksasu, najprawdopodobniej wracając ze służbowej kolacji, o której mówił swojemu zespołowi kilka dni temu. Roberts wyglądał na całkowicie urzeczonego panią gubernator, a Stiles nie mógł właściwie się temu dziwić; smukła, piękna blondynka nie mogła mieć więcej niż trzydzieści pięć lat, a w spojrzeniu, którym obdarzyła Stilesa, było coś hipnotyzującego. Kątem oka Stiles zauważył, że wsiedli do osobnych samochodów zaparkowanych pod restauracją kilka bloków dalej i rozjechali się w przeciwne strony. Zaśmiał się pod nosem, kiedy wyobraził ich sobie zmierzających do klubu, z którego sam właśnie wyszedł.

Kiedy dotarł do taksówki, Danny przestępował już w stresie z nogi na nogę.

- Całe szczęście, że Roberts nie zauważył Carrie. – Powiedział, zerkając ostrożnie przez ramię, aby przez okno zajrzeć do środka samochodu.

Stiles oparł łokieć o dach auta. - Ciężko byłoby ją zauważyć, skoro leży nieprzytomna na tylnym siedzeniu taksówki. A poza tym, Roberts był tak zapatrzony w nową gubernator, że nie zauważyłby nawet, gdyby stanęła przed nim jego własna żona.

Danny parsknął śmiechem. – Nie dziwię mu się. Nawet ja nie mógłbym oderwać od niej wzroku.

- Mam nadzieję, że nie mówisz o jego żonie, bo spuściłby ci łomot. – Zaśmiał się Stiles, po czym otworzył drzwi taksówki i zajrzał do środka, krzywiąc się na widok leżącej tam nieprzytomnej brunetki. – Uch, zdecydowanie nie tak wyobrażałem sobie dzisiejszą noc.

Mina Danny’ego mogła być porównana jedynie do miny zbitego szczeniaczka. – Nawet nie wiesz, jak mi głupio, tak bardzo przepr…

- Daj spokój. – Stiles machnął ręką, przerywając mu w pół słowa. – Steven zadzwoni, a mamy tu teraz większe problemy. A właściwie jeden, nieprzytomną kłodę rozwaloną na tylnym siedzeniu naszej dzisiejszej karety. Jak ją tu w ogóle wniosłeś?

- Ja nie dałem rady, dosłownie wyślizgiwała mi się z rąk. – Przyznał Danny, drapiąc się ze zmieszaniem po głowie. – Trzech barmanów ją tu niosło, a tylko jeden taksówkarz zgodził się ją przewieźć.

Stiles zerknął na kierowcę taksówki, który spoglądał na Carrie z rozbawieniem i błyskiem w oku. Pomyślał, że taksówkarz pewnie nie raz już widział taką sytuację, może nawet sam miał córki czy siostrzenice, które dowoził w podobnym stanie do domu.

Przeczesał palcami roztrzepane, nieco jeszcze wilgotne od potu włosy, po czym westchnął głęboko i skinął głową na przyjaciela. – Ruszajmy, nie ma na co czekać. – Niezgrabnie wgramolił się na tylne siedzenie samochodu, kładąc głowę Carrie na swoich kolanach. Westchnął i podał kierowcy adres jej mieszkania, podczas gdy Danny siadał na siedzeniu pasażera i zapinał pasy.

Jechali w ciszy, przerywanej jedynie kolejnymi piosenkami nocnej audycji w lokalnej radiostacji. Stiles wyglądał przez okno i niewidzącym wzrokiem obserwował mijanych przechodniów, bezwiednie głaszcząc Carrie po długich, ciemnych włosach. Ich kolor przyniósł mu na myśl niemal kruczoczarne, miękkie pod jego dotykiem włosy Stevena. Westchnął na myśl o tym, co właśnie mogliby robić w którymś z ich mieszkań, albo nawet w darkroomie w piwnicy klubu. Stiles nie był wybredny. Przeszło mu przez myśl, że Steven najwyraźniej też, skoro z całego klubu wybrał właśnie jego, choć mógł mieć każdą i każdego. Szybko jednak przegonił tę myśl, przypominając sobie zachwyt Stevena nad jego – Stilesa – bursztynowymi oczami, jasną cerą, długimi i całkiem nieźle utalentowanymi palcami. Zarumienił się, kiedy wrócił do niego obraz półnagiego, klęczącego przed nim na kolanach, wyprawiającego cuda swoim językiem Stevena i pomyślał, że zwariuje do czasu, kiedy zobaczą się ponownie.

Nagle taksówka skręciła ostro w prawo, a poddana raptownemu, niespodziewanemu ruchowi Carrie otworzyła nieco nieprzytomne oczy i ramach protestu zwróciła resztki alkoholu wprost na kolana Stilesa.

- Kurwa, Carrie…

- O Chryste… - Wydusił z siebie Danny, podczas gdy Stiles starał się zetrzeć śmierdzącą maź z jeansów, samemu powstrzymując odruch wymiotny. Carrie natomiast spała już z powrotem, oparta o drzwi samochodu.

- Lepiej jedźmy do mnie, mieszkam najbliżej. – Powiedział Stiles. Jedną ręką otwierał okno, a drugą nadal próbował oczyścić spodnie, podczas gdy Danny podał kierowcy nowy adres docelowy w dzielnicy Sherman Oaks, przepraszając go jednocześnie za całą sytuację.

Choć pędzili na złamanie karku, dotarcie do mieszkania Stilesa zajęło im kolejny kwadrans, a do tej pory cały samochód cuchnął tak bardzo, że nawet otwarte okna na niewiele się zdały. Stiles ledwie zdążył wynieść śpiącą dziewczynę z samochodu, a Danny zapłacić z nawiązką za kurs i obiecać, że pokryje też rachunek za pralnię, zanim wściekły taksówkarz odjechał z piskiem opon, nie słuchając ani słowa z tego, co mówił do niego chłopak.

Carrie obudziła się w momencie, gdy zamknęli za sobą drzwi do mieszkania, a z sypialni wybiegł im na powitanie ogromny, puszysty pies, wyglądający jak ogromny wilk z syndromem ADHD. Omijając skaczącego wokół nich zwierzaka, Carrie chwiejnym krokiem poszła do łazienki, gdzie zaczęła zwracać kolejne porcje wypitego przez nią tego wieczoru alkoholu. Stiles westchnął i kręcąc głową ruszył w kierunku salonu z podążającym za nim jak cień Keno, po drodze wyjmując z szafy zapasową poduszkę i koc, aby przygotować na kanapie posłanie dla Danny’ego ( choćby nie wiadomo ile razy Stiles proponował, Danny uparcie odmawiał zajmowania jego łóżka), który z kolei krzątał się po kuchni, przygotowując herbatę dla ich niedomagającej przyjaciółki.

Zanim dostarczył jej herbatę, Carrie spała już głębokim snem sprawiedliwych, przytulając sedes jak najwygodniejszą poduszkę. Postawił kubek z parującym napojem na podłodze, na której leżała już mała poduszka i koc, przyniesione chwilę temu przez Stilesa. Danny przygasił światło, zostawiając włączoną jedynie małą lampkę, po czym zamknął drzwi i skierował swe kroki ku salonowi. Wczołgał się na kanapę i otulił kocem, sięgnąwszy uprzednio po pilota, aby znaleźć w telewizji coś, co mogliby jeszcze przed snem obejrzeć. Stiles wrócił z kuchni z dwoma butelkami piwa, a następnie wpełzł pod koc i oparł się nieco o Danny’ego wręczając mu jedną butelkę. Ogromny pies położył się z drugiej strony Stilesa, niemal od razu zapadając w sen. Co jakiś czas tak właśnie spędzali nudne wieczory, oglądając odcinki Prawa i Porządku na kanapie w mieszkaniu jednego z nich, popijając piwo i wytykając kolejne błędy w scenariuszu.

Dobiegała trzecia, kiedy Stiles, ziewając raz po raz, pożegnał się z Dannym, po czym ruszył w kierunku swojej sypialni na końcu korytarza. Po drodze zerknął do łazienki, sprawdzając jak czuje się Carrie; dziewczyna leżała na podłodze łazienki, zwinięta w kłębek pod kocem. Opróżniony do połowy kubek z herbatą stał na szafce obok umywalki. Zamykając za sobą drzwi najciszej jak umiał, Stiles wycofał się na korytarz i poszedł na palcach do swojej sypialni. Nie trudząc się zapalaniem światła, rzucił ubrania na podłogę i położył się do łóżka, zagrzebując w miękkiej pościeli. Nie trwało długo zanim zasnął kamiennym snem, przed oczami ciągle mając obraz zniewalającego, zielonookiego bruneta, dochodzącego z imieniem Stilesa na zmysłowych ustach nie dłużej niż trzy godziny temu.

*

Rano obudził go jednak nie jego wczorajszy niedoszły kochanek, a liżący go po twarzy i miażdżący brzuch mieszaniec husky i wilczaka Saarloosa. Stiles jedną ręką odpędzał się od wielkiego, mokrego jęzora, a drugą sięgnął po budzik. Zegar wskazywał kwadrans po siódmej.

Stiles jęknął i ukrył twarz w dłoniach. Dał sobie kilka minut na ubolewanie nad swoim strasznym życiem, po czym odrzucił na bok kołdrę i sięgnął po leżące w nogach łóżka dresy. Jego stara uniwersytecka bluza leżała na krześle nieopodal, więc chwycił ją i założył na nagie ciało. Korytarz przeszedł niemal na palcach (Carrie i Danny najprawdopodobniej nadal spali) i chwytając po drodze klucze, smycz oraz sportowe buty, wyszedł wraz z Keno na zewnątrz, zamykając za sobą cicho drzwi.

Był niedzielny poranek, więc na ulicach osiedla, na którym mieszkał, nie było żywej duszy. Nadal ziewając szeroko, zrobił kilka ćwiczeń rozgrzewających, po czym zaczął biec kolejnymi alejkami z pędzącym psem u boku.

Poranny jogging był jego ulubioną częścią dnia. Było w bieganiu coś niezwykłego, wyzwalającego, coś oczyszczającego. Katharsis. Szybkie, mocne bicie serca, przyspieszone tętno, czysty umysł. Biegł szybkim, równym tempem i nie odpuszczał dopóki nie poczuł spływających po jego ciele strużek potu i delikatnego kłucia w płucach przy każdym wdechu i wydechu. Była to dla niego łatwa i szybka ucieczka od często stresującej pracy czy jakichkolwiek problemów, a nawet swoich własnych myśli. Czuł się wtedy prawdziwie silny, beztroski i wolny.

Zaczął biegać półtora roku temu, kiedy Keno przybłąkał się do niego jako mikroskopijny, chudziutki szczeniak, a Scott – jako świeżo upieczony weterynarz – powiedział, że musi zapewnić mu mnóstwo ruchu, aby spożytkować chociaż część ogromnej energii, którą małe ciało zwierzaka niemal wibrowało. Spacery, nawet wielogodzinne, nic nie dały, więc Stiles zaczął zabierać Keno na jogging. Początkowo przebiegali razem dwa lub trzy kilometry, a z czasem, kiedy pies rósł, a kondycja Stilesa się poprawiała, udało im się pokonać magiczną barierę dziesięciu kilometrów. Obecnie biegali co najmniej piętnaście, a czasem jeszcze kilka dodatkowych wieczorem, kiedy Stilesowi nie chciało się iść na siłownię.
Dochodziła ósma, kiedy zlany potem Stiles i dyszący głośno Keno wrócili do mieszkania, w którym unosił się zapach świeżo sparzonej kawy. Poszedł do kuchni, aby sięgnąć z lodówki butelkę wody. W pomieszczeniu zastał krzątającego się Danny’ego, który do trzech kubków rozlał już gorącą, aromatyczną kawę, a teraz wykładał na talerz świeże, jeszcze ciepłe pączki, które nabył zaledwie kilka minut temu w piekarni po drugiej stronie ulicy.

Szum prysznica słyszalny nawet w kuchni jednoznacznie potwierdzał też powrót Carrie do świata żywych.

- Powiedz mi, że są z nadzieniem ananasowym. – Wyszczerzył zęby Stiles, wskazując na małe, okrągłe pączki, ułożone w piramidkę na talerzu. Nigdy nie przepuścił okazji, by nawiązać do hawajskich korzeni swojego partnera w zbrodni.

Danny zaśmiał się i kręcąc głową, trzepnął przyjaciela ścierką, którą akurat trzymał w ręku.

Stiles sięgnął po kawę i ciastko, uważając, że przebiegnięte niecałe jedenaście kilometrów w pełni upoważniają go do słodkiego śniadania. Keno wypił już ze swojej miski wodę i położył się na podłodze, aby ochłodzić się na zimnych płytkach.

- Jak czuje się nasza imprezowiczka? – Zapytał pomiędzy kolejnymi kęsami pączka.

Danny wzruszył ramionami. – Sam nie wiem. Jeszcze spała kiedy schodziłem do piekarni, a jak wróciłam to już się kąpała.

Jakby na znak, właśnie w tym momencie szum wody umilkł, a po kilku minutach z łazienki wyczłapała ledwie żywa dziewczyna o orzechowo-zielonych oczach, teraz podkrążonych i bez swojego zwykłego blasku. Krople wody spływały z jej ciemnych włosów na ramiona i atletyczne ciało, skryte pod nieco za dużym, starym T-shirtem Stilesa.

Usiadła na krześle i spojrzała nieco melancholijnie na postawiony przed nią talerz z pączkami i kubek z kawą. Stiles popatrzył na nią bacznie, niemal w ogóle nie widząc jakichkolwiek objawów kaca.

- A więc żyjesz. – Powiedział z czającym się w kącikach ust uśmiechem. – Wczorajsza noc wskazywała na coś zupełnie innego.

Carrie zamknęła oczy i zmarszczyła brwi, ukrywając twarz w dłoniach. – Shhh… Nie tak głośno, błagam.

Na ustach Stilesa pojawił się złośliwy uśmiech, a Danny parsknął śmiechem i założył ręce na piersi.

- Błagać, ale o wybaczenie, będziesz za chwilę. – Pomiędzy zakrywającymi zmęczoną twarz palcami pojawiło się jedno ciekawskie oko. Danny wskazał na Stilesa. – Ten oto dżentelmen poświęcił seks z najgorętszym facetem jakiego każde z nas może sobie wyobrazić, aby odwieźć swoją nieprzytomną przyjaciółkę do własnego mieszkania. – Dziewczyna w popłochu zasłoniła dłońmi usta, a w szeroko otwartych oczach pojawił się podziw połączony ze wstydem za swoje własne zachowanie. Jednak Danny był bezlitosny. – A poczekaj jak usłyszysz, co zrobiłaś z jego spodniami!