Actions

Work Header

Zapomniany bohater

Chapter Text

Rok 840.

Trójka przybyszy z Podziemia stała w równym rządku na drewnianych panelach. Na potężnym, dębowym biurku siedziały dwie osoby. Dwaj dowódcy.

Niebieskie oczy Erwina Smitha mierzyły rozbawionym wzrokiem trzy szczupłe, poobijane postacie. A wyjątkową radość sprawiało mu nienawistne spojrzenie jego nowego, lecz ulubionego zwiadowcy, Levia. Niski młodzieniec, najczystszy z całej trójki, nie był zadowolony z sytuacji, w jakiej się znalazł razem z towarzyszami.

Flagon Darlett patrzył groźnie na podopiecznych ze swojego pułku. Kiedy zobaczył ich pierwszy raz, był pewien tego, że będą problematyczni. Bo czego się spodziewać po złodziejach z Podziemia? Wszystkiego. 

Ale żeby tydzień po dołączeniu do Zwiadowców samozwańczy przywódca tej małej bandy, który zawsze był najbardziej opanowany, wywołał bójkę?

— Spodziewałem się, że to zrobicie — odezwał się Erwin Smith. — Aż byłem zdziwiony, że nie było żadnej burdy wcześniej.

Wpatrywał się w Levia, który stał dumnie między swoimi towarzyszami z zakrwawionymi knykciami i w jasnym mundurze nieco poplamionym krwią — zarówno cudzą, jak i swoją, płynącą z wargi i przeciętej przez nóż brody.

— A jednak nas nie powstrzymałeś — warknął młodzieniec. Jego kobaltowe oczy widziały oceniające spojrzenie pułkownika i odpowiadały czystą, wyrazistą pogardą. 

— A po co miałbym to robić? Jeszcze ktoś uznałby, że was faworyzuję i staram się uniknąć razem z wami kary.

— I tak wszyscy tak myślą — rzucił sucho Flagon. — Co my mamy z nimi zrobić?

— Wysłuchać. — Erwin poklepał Darletta po ramieniu. — Ta bójka odbyła się nie bez powodu.

Obaj dowódcy przenieśli wzrok na trójkę Zwiadowców. Isabel Magnolia miała zrujnowaną fryzurę, ubrania w nieładzie i wściekłość w oczach. Farlan Church wydawał się bardziej opanowany, choć i on patrzył na wszystko ze złością; jego mundur był ubłocony, zaplamiony krwią i nieco rozszarpany, jakby ktoś ciągnął go ze wszystkich stron. I był jeszcze Levi, wyglądający najlepiej z nich wszystkich, jednak również niekorzystnie. Stał z miną dumnego kota, który musi poczekać, zanim dostanie swoje mleko. 

Ale w tym przypadku nie miał najmniejszych szans na otrzymanie żadnego smakołyku.

— Dlaczego pobiliście się z tamtymi Zwiadowcami, Levi? — spytał spokojnie Erwin. 

— Bo byli frajerami! — krzyknęła Isabel ze złością. Wysunęła się z szeregu, tupiąc nogą. Jej kucyki podskoczyły lekko.

— Cicho, idiotko — burknął Farlan, trzymając ją za ramię. 

— Nie ciebie pytam. Levi?

Zwiadowca przekrzywił głowę, patrząc uważnie na Erwina. Wiedział, czego chciał blondyn. Obiektywnej prawdy. I wiedział, że uzyska ją tylko od niego. 

Nie miał ochoty siedzieć tu w nieskończoność. Musiał szybko sprać krew z munduru. Swojego i Farlana. I wyprać mundur smarkuli, bo ona sama zostawi resztki błota.

— Możemy być przestępcami — zaczął lakonicznie — jednak nasza trójka ma jakieś zasady, bez względu na wszystko. Pierwszą z nich jest szacunek do innych kobiet. O ile nie próbują wyciągnąć twojego portfela ze spodni. Nazywanie dziewczyny z Podziemia "dziwką", jeśli nią nie jest i "wszą" oraz próby molestowania jej są dla nas karygodne, dlatego winowajcy zostali ukarani. Prawie. Bo nam przeszkodziliście.

Erwin i Flagon z każdym zimnym słowem wypowiadanym przez Levia unosili brwi coraz wyżej. A kiedy niski brunet zakończył swoją wypowiedź, jednocześnie skierowali swoje spojrzenia na Isabel. Krwisty rumieniec na drobnej buzi utwierdził ich w tym, że usłyszeli wyłącznie prawdę.

— Nikt nie będzie próbował krzywdzić naszej siostrzyczki — odezwał się butnie Farlan, trzymając dziewczynę obok siebie. — Nie pozwolimy na to.

— Po dzisiejszym pokazie nikt nawet nie spróbuje — skomentował to Erwin. — Jednak nie musieliście tak szybko rzucać się do mordobicia. 

— Gdybym spróbował pobawić się w pierdolonego dyplomatę, następnym razem mogłoby być tylko gorzej — warknął Levi. Jego oczy płonęły złością. 

— Uważasz, że nasi dowódcy nie poradziliby sobie z problemem?— wycedził Flagon.

— Nie, uważam, że nawet by się za niego nie wzięli. Traktujecie nas jak dzieci ulicy, więc załatwiliśmy to jak dzieci ulicy. 

Erwin Smith najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem. Co za dwuznaczność, mówić o dzieciach, kiedy samemu ma się zaledwie metr sześćdziesiąt.

Erwinowi nierzadko zdarzało się, że przez jakieś słowo lub gest przypominało mu się... coś. Widok peleryny ze Skrzydłami Wolności niemalże natychmiast wywoływał wspomnienie sztandarów Zwiadowców, które zobaczył pierwszy raz jako dziecko. 

Beznamiętne słowa Levia nagle coś mu przypomniały. Nie musiał zamykać oczu. Ciepły uśmiech i lśniące tęczówki pamiętał zawsze. W jego umyśle zrodził się genialny plan kary. Bo niesubordynacja nie może zostać zignorowana. A niech tylko brunet zobaczy, co będzie robić...

— Pozostali uczestnicy bójki czekają w sąsiednim pokoju. Zostaną surowo ukarani za napaść na Isabel i bójkę — poinformował wszystkich. — Jednak wy nie jesteście bez winy i również zostaniecie ukarani.

Flagon zerknął na Erwina z dezorientacją i irytacją. Dlaczego decydujesz beze mnie?, pytał bezgłośnie.

— Wojsko szykuje nas do wielu rzeczy — mówił Smith. — Między innymi do samodzielności. Nie można całe życie polegać na sile drugiego człowieka. Nieraz stajemy w sytuacji, gdzie jesteśmy sami i musimy samodzielnie poradzić sobie z problemem, Isabel. Wiem, że nagły naskok kilku chłopaków mogła cię zdenerwować i przerazić, więc zaczęłaś krzyczeć o pomoc. Jednak czas, abyś nauczyła się, jak radzić sobie z wieloma rzeczami bez Levia i Farlana. 

— Co to ma znaczyć? — zapytał gniewnie Farlan. 

— Rozdzielamy was. Na miesiąc. Isabel, pojedziesz do Trostu. Stacjonuje tam jeden z naszych oddziałów, który na razie ma przerwę od wyjazdów poza mury. Praca w mieście nauczy cię trochę powściągliwości, do tego ci Zwiadowcy mogą pokazać ci kilka ruchów, których możesz użyć w swojej obronie. Uwierz mi, że zadziałają. Farlanie — zwrócił się do Churcha — w lesie na terenach Marii znajdują się różne... wioski. Uczciwa i cicha praca z pewnością cię wyciszy i sprawi, że przestaniesz rzucać się z wściekłym wrzaskiem na wszystko.

— Co ty odpierdalasz? — mruknął Flagon. Erwin posłał mu uspokajający uśmiech.

— Spokojnie, będzie dobrze.

— A co z braciszkiem? — spytała Isabel.

— Levi. Właśnie. Twoje słowa sprawiły, że przypomniała mi się pewna osoba. Ma wielkie serce i z pewnością przyjmie cię do siebie na miesiąc. Przygotuj potrzebne rzeczy, bo jutro jedziemy do Shiganshiny.  

Levi powoli wykonał trzy kroki w przód. Erwin zszedł z biurka, kiedy zobaczył idącego w jego kierunku młodzieńca. Miał ochotę uśmiechnąć się, kiedy zobaczył furię w kobaltowych oczach. Doskonale wiedział, jakie kompleksy ma Levi przez swój wzrost, a to, że dowódca wstał i górował nad nim o prawie dwie głowy, doprowadzało żołnierza do białej gorączki.

— Nie będziesz mi mówić, gdzie mam jeździć i pomagać — warknął. — Ty pieprzony brwiarzu.

— Istnieje takie słowo? Z gazet w Podziemiu nie nauczysz się za dużo — zakpił Erwin.

— Ty zadufany w sobie skurw... PUSZCZAJ MNIE, DO KURWY NĘDZY! 

Erwin uśmiechnął się do siebie, poprawiając niskiego Levia zwisającego mu z ramienia. Farlan i Isabel, którzy obserwowali scenę między bratem a pułkownikiem w milczeniu, znaleźli się w kropce — śmiać się czy bronić bruneta?

— Co ty, kurwa, robisz? — prychnął Flagon.

— Odprowadzam żołnierza do pokoju, aby się spakował — odparł beztrosko Smith, kierując się w stronę drzwi z przeklinającym Levim. — Załatw wszystko dla tych Zwiadowców. 

— Zostaw braciszka! — wrzasnęła Isabel. 

— Ale... — Wypowiedź Flagona przerwał trzask zamykanych drzwi. Biedak musiał użerać się z dwójką wściekłych "szczurów z Podziemia".

Erwin ruszył korytarzem w stronę kwater Zwiadowców. Wiedział, który pokój należy do Levia. I Farlana. I ośmiu innych żołnierzy. I był pewny tego, że zastanie tam pedantyczny wręcz porządek.

— Spokojnie, Levi.

— Spokojnie? — pieklił się młodszy Zwiadowca. —Trzymasz mnie jak jakiś jebany worek, debilu! Puszczaj, kurwa, albo przysięgam...

Levi nagle zwisł bezwładnie. Erwin westchnął ciężko, przewracając oczami i poruszył lekko ramieniem, kiedy ciało chłopaka zaczęło z niego zjeżdżać. Uśmiechnął się pogodnie do dwóch Zwiadowców, którzy minęli go na korytarzu, salutując, ale i patrząc na niego oraz Levia ze słabo ukrywanym zdziwieniem.

— Nic mi nie zrobisz. Nie bij mnie po plecach. I nawet nie próbuj sięgać po ten nóż w bucie, albo kara będzie gorsza.

W odpowiedzi usłyszał ciche "pierdol się".

— Levi, wiem, że jesteś świadomy wielu rzeczy. Musisz zrozumieć, że to jest dla waszego dobra. Izolowanie się od innych nie jest właściwe. Hange Zoe chciała nawiązać z tobą kontakt na pierwszych szkoleniach, a ty wypowiedziałeś do niej zaledwie kilka słów.

— Bo jest chorą maniaczką — burknął Levi. — Pytała, czy może pobrać próbki mojej krwi, moczu i spermy, żeby porównać je z próbkami żołnierzy z powierzchni. I ja mam z nią gadać?

— Cóż, po prawdzie to macie coś wspólnego. 

— Niby co?

— Nikt was nie rozumie. 

— Właśnie. A ja nie chcę ani jej rozumieć, ani być rozumiany.

— Dlaczego?

— No nie wiem, może dlatego, że mam na to wyjebane? — Głos Levia ociekał złośliwością.

Erwin, który właśnie stanął przed drzwiami do jego pokoju, stracił cierpliwość. Bez oporów wkroczył do pomieszczenia pełnego żołnierzy i przeszedł między nimi, kierując się do ostatniego łóżka. Rzucił Levia na materac i założył ręce na biodra. Jego nozdrza rozszerzyły się ze złości, a grube brwi zmarszczyły.

— Zmieniłem zdanie — wycedził. Zignorował wściekły syk Levia. — Pakuj się szybko. Wyjeżdżasz dziś, niedługo. Osobiście cię tam zaprowadzę. Mogę nawet zawlec. Za dwie godziny stawisz się w moim gabinecie. A skoro masz na wszystko wyjebane, to nie musisz żegnać się z przyjaciółmi przed wyjazdem.

Po tych słowach odwrócił się na pięcie i poszedł do wyjścia. Kiedy nacisnął na klamkę, usłyszał gniewne "Kto tu tak naświnił, do diabła?". Typowy Levi. Erwin pokręcił głową i wyszedł z pokoju.