Actions

Work Header

Chapter Text

PAŹDZIERNIK 2016, ALASKA

Chuck nie był zaskoczony, że po przebudzeniu nie zastał w pokoju ojca. W zasadzie przyzwyczaił się już do tego, że Hercules tylko sypiał w ich kwaterze, chociaż i na noc zdarzało mu się nie wracać. Usiadł na łóżku, przeciągnął się i zerknął na zegarek. Dziesiąta. O czternastej miał pojawić się w hangarze, gdzie Cath załatwiła mu pracę. No, pracę to trochę za dużo powiedziane - miał się po prostu uczyć od mechaników, ale to i tak było coś. Każda okazja na to, żeby zbliżyć się do Jaegerów była dla niego na wagę złota. Może był jeszcze za młody, żeby dołączyć do akademii i szkolić się na pilota, ale nie ma przecież przeciwwskazań, żeby nauczył się wszystkiego zawczasu.

Zszedł z łóżka i ruszył w stronę łazienki. Nie zdążył jednak pokonać nawet połowy dystansu dzielącego go od drzwi, kiedy podbiegł do niego Max i zaczął biegać wokół radośnie szczekając.

- Cześć, maluchu - Chuck schylił się i pogłaskał psa po głowie - zaraz pójdziemy na spacer i śniadanie, okej? Wezmę tylko prysznic i się trochę ogarnę.

Max zaskomlał, ale posłusznie wrócił na swoje posłanie i wlepił w Chucka wyczekujące spojrzenie. Chłopak faktycznie uwinął się z prysznicem, założył świeże ubranie i razem ze szczeniakiem wyszedł z kwatery. Śniadania teoretycznie były serwowane między szóstą a dziewiątą, ale w kuchni na pewno coś się znajdzie. Zresztą, Chuck nie był specjalnie wybredny.

W sumie cieszył się, że nie musiał z samego rana rozmawiać z ojcem. Nie był w stanie znieść jego obecności w tym samym pomieszczeniu. Nie umiał też z nim normalnie rozmawiać. Od razu zaczynały się jakieś pretensje, wyrzuty i narzekania. Owszem, był na ojca permanentnie wściekły. Nie mógł doczekać się momentu, w którym zacznie naukę w akademii i się od niego uwolni. Póki co niestety musiał jeździć z nim wszędzie tam, gdzie był potrzebny, czy tego chciał, czy nie. Nie miał innej rodziny, która mogłaby się nim zaopiekować, a paradoksalnie to w bazie było najbezpieczniej - na pewno bezpieczniej, niż w Australii.

Ojciec próbował mu wytłumaczyć, jak to się stało, że nie zdążył uratować jego matki, ale Chuck nie rozumiał. Miałem wybór, mówił ojciec. Byłeś bliżej. Wyciągnąłem cię ze szkoły w ostatniej chwili. Gdybym szukał jeszcze twojej matki, wszyscy byśmy zginęli. Teraz przynajmniej mamy siebie.

Prychnął. Mamy siebie . Doskonale pamiętał, jak ojciec kłócił się z matką. Widział, że już od dawna przestawało im się układać. Matka miała pretensje, że ojciec non stop wyjeżdża, że nadal walczy, że angażuje się w konflikty zbrojne, w sprawy PPDC. Mamy tylko siebie, mówiła. On tłumaczył, że to jego obowiązek wobec kraju, który kocha, i że w ten sposób ich chroni. Kłócili się. Wychodził trzaskając drzwiami. Matka płakała. A Chuck stał za framugą i udawał, że go nie ma. Nie wie, czy wiedzieli, że on to wszystko słyszy. W sumie teraz nieszczególnie go to obchodziło.

Wszedł do kuchni i otworzył lodówkę. W środku zauważył kilka półproduktów, jakieś naleśniki i dwa kartony soku pomarańczowego, ale po chwili jego wzrok przykuł plastikowy pojemnik z karteczką z jego imieniem. Wyjął go z lodówki i zdjął wieczko. W środku znajdowały się cztery kanapki z kurczakiem i awokado, banan, batonik zbożowy i dwa czekoladowe cukierki. No i oczywiście kolejna kartka, ale jeszcze zanim na nią spojrzał wiedział, że to od Cath. “Ostatni raz robię ci śniadanie” - głosił napis - “zacznij w końcu wstawać o normalnej porze i przychodzić na stołówkę”. Uśmiechnął się i usiadł przy stole. Cath zawsze się odgrażała, że to “ostatni raz”, ale jednak robiła mu śniadania nie widząc go rano przy żadnym ze stołów. Czasem wydawało mu się, że dziewczyna dba o niego bardziej niż ojciec. Miała na głowie mnóstwo obowiązków, a mimo to zawsze znajdowała czas, żeby o nim pomyśleć. Co prawda ojciec mówił mu, że ma jej nie przeszkadzać, ale musiał przyznać, że czasem robił to specjalnie. Miał wrażenie, że tylko ona go tu zauważa. No i nie da się ukryć, trochę mu to schlebiało. Nigdy by jej tego nie powiedział, ale bardzo ją podziwiał. Chyba nawet trochę bardziej, niż swoich ulubionych pilotów.

Śniadanie zjadł szybko, nakarmił też Maxa, po czym ruszył z nim na spacer. Miał jeszcze dużo czasu, zanim będzie musiał pojawić się u mechaników. Postanowił pójść na siłownię i trochę poćwiczyć. Jeśli miał w planach jak najszybciej wstąpić do akademii i zostać pilotem, musiał się skupić nie tylko na Jaegerach, ale też na swojej kondycji fizycznej. A do tego pewnie lepiej się odżywiać, pomyślał. Przez chwilę jeszcze się wahał, ale ostatecznie zostawił czekoladowe cukierki na stole i szybkim krokiem ruszył przed siebie.

 

***

 

Stacker Pentecost siedział przy stole w swoim gabinecie, popijał kawę i z niechęcią spoglądał na leżący przed nim stos dokumentów. Pozwolenia, petycje, prośby, zgłoszenia, procesy zakupowe, wnioski… jeśli chcieli oficjalnie otworzyć bazę na Alasce, musiał się z tym wszystkim pospieszyć. Prowizoryczne bazy były teraz sukcesywnie przekształcane w tak zwane Kopuły, które były dodatkowo wyposażone w systemy obronne i hangary do serwisowania Jaegerów na miejscu. Do tej pory wszystkie trzeba było na poważniejsze naprawy transportować na Alaskę i to bardzo utrudniało pracę. Pentecost musiał przyznać, że sam się nie spodziewał, że projekt tak się rozrośnie, że założą tyle baz i że będą musieli stale ulepszać arsenał. Jak zapewne wszyscy miał nadzieję, że wojna szybko się skończy. Że kaiju ustąpią. Niestety tak długo, jak Wyłom w dnie Pacyfiku był otwarty, nie spodziewali się żadnej poprawy. Nie udało im się też nadal zrozumieć, jak ten wyłom w ogóle powstał.

Westchnął, zamknął oczy i odchylił się na krześle. Nastroje w ONZ były bardzo napięte. Program Jaegerów pochłaniał mnóstwo pieniędzy i zasobów i nie dało się ukryć, że na długi czas przyhamował wiele innych inicjatyw, jak na przykład walka z zanieczyszczeniem środowiska. Każdorazowe sprzątanie po zabitym kaiju wymagało zaangażowania pięciu gigantycznych zespołów, podczas gdy przy wycieku oleju standardowo wystarczał jeden. Temat pozyskiwania energii solarnej w zasadzie utknął w martwym punkcie. Nie wspominając już o tym, że wszystkie porozumienia klimatyczne zupełnie straciły priorytet. Złośliwi komentowali, że wystarczy jeszcze trochę poczekać, żeby zobaczyć, co zabije nas pierwsze - kaiju czy my sami.

Na początku wszyscy byli zachwyceni. Kiedy pierwsze Jaegery pokonywały pierwsze kaiju, opinia publiczna szalała z radości. Urządzano parady, płomienne przemówienia i wielkie imprezy za każdym razem, kiedy padał kolejny potwór. Negatywne komentarze praktycznie się nie pojawiały. Teraz nawet duże opiniotwórcze media zastanawiały się, czy warto finansować tak rozbuchany program wojskowy jak Jaegery - głównie w kontekście tego, które obszary życia codziennego na tym traciły. Co nam po programie, który zabiera finansowanie akcjom humanitarnym, mówili, co nam po Kopułach, których budowa i działanie totalnie zanieczyszczają środowisko? Stacker nie umiał odpowiedzieć na te pytania. Nie potrafił określić, co jest ważniejsze. Wiedział tylko, że bez Jaegerów koniec ludzkości byłby szybki i bardzo brutalny. Wiedział to każdy, kto widział kaiju w akcji. Dlatego tak ważne było dla niego, żeby utrzymywać dobry PR całego przedsięwzięcia. Żeby pokazywać, jak dobrymi i bezinteresownymi ludźmi są piloci Jaegerów. Tymczasem ostatnie popisy Becketów prawie przyprawiły go o zawał serca i gdyby nie to, że mieli rewelacyjną synchronizację, wywaliłby ich z programu na zbity pysk.

To już nawet nie chodziło o to, że Yancy poderwał Raleigh’owi dziewczynę i młody zobaczył to w Dryfie. Nawet nie o to, że się straszliwie pokłócili i ich synchronizacja spadła poniżej dziesięciu procent. Nie - oni musieli jeszcze zrobić scenę w pubie i pobić się na oczach innych rekrutów, okolicznych mieszkańców i, jak się później okazało, dwóch dziennikarzy szukających sensacji. Stacker musiał tym dziennikarzom sporo zapłacić, żeby następnego dnia zdjęcia “złotych chłopców PPDC” nie obiegły całego Internetu. Becketowie niby się pokajali i obiecali poprawę, ale podejrzewał, że jeśli nie oni, to znajdą się inni piloci, którzy prędzej czy później sprowadzą na PPDC PR-ową klęskę. A z obecnym nastawieniem ONZ dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby nikomu nie powinęła się noga.

Zwłaszcza, że to właśnie Becketom chciał oddać do pilotowania Gipsy Danger, Jaegera wyposażonego w najnowsze zdobycze technologiczne, o którym było głośno już teraz, mimo że miał być gotowy dopiero w następnym roku. Jego główny projektant, Patrick Fawkes, pojawił się na Alasce już jakiś czas temu, żeby nadzorować budowę. Poza tym głośno mówiło się o kategorii czwartej, która miała być jeszcze bardziej zaawansowana zwłaszcza w kwestii zasilania i hydrauliki, a co za tym idzie - o wiele droższa. Nie mogli sobie pozwolić na żadne potknięcia. Co znaczyło, że będzie musiał wnieść o zatrudnienie większego PR-owego sztabu kryzysowego. Westchnął i pomasował skronie opuszkami palców. Nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Poprawił się na krześle, sięgnął po kubek z kawą i szybkim ruchem przesunął część teczek z dokumentami przed siebie. Zapowiadało się kolejne długie popołudnie.

 

***

 

Hercules Hansen siedział na jednym z mostów w głównym hangarze, spoglądając w dół i popijając z puszki napój energetyczny. Ponieważ aktualnie nikt nie pracował na tej wysokości, mógł w spokoju odpocząć i chociaż spróbować wyrwać jakąś chwilę dla siebie. Miał nadzieję, że tym razem naprawdę się odpręży, że napięcie w mięśniach trochę zmaleje. Ale nic z tego. Kiedy był sam na sam ze swoimi myślami, w sumie było jeszcze gorzej.

Nie potrafił spojrzeć Chuckowi w oczy. Nie potrafił normalnie z nim rozmawiać. Owszem, kilka razy próbował, ale chłopak wzniósł wokół siebie tyle murów, że absolutnie nie wiedział, z którym się zmierzyć jako pierwszym. Zresztą, dzieciak ewidentnie nie chciał go w żaden sposób do siebie dopuścić. Może powinien był to inaczej rozegrać. Może nie powinien był mówić mu wszystkiego.

Do tej pory pamiętał tamten dzień, jakby to było wczoraj. Był akurat w sztabie generalnym w Sydney, kiedy po raz pierwszy zobaczył na ekranie kaiju zbliżającego się do wybrzeża. W ogólnej panice i wrzawie mógł myśleć tylko o jednym - o tym, z jaką prędkością porusza się potwór, co oznaczało, że miał bardzo mało czasu, jeśli chciał ocalić rodzinę. Jak się później okazało, miał go nawet mniej, niż przypuszczał.

Jak przez mgłę pamiętał, że poleciał do miasta śmigłowcem, w ostatniej chwili wymijając kaiju już przy samym wybrzeżu. I właśnie wtedy dotarło do niego, że nie zdąży. Że musi dokonać wyboru, który będzie go prześladował przez całe późniejsze życie. Że da radę uratować tylko jedno z nich. Chuck był bliżej, w szkole. Miał osiemdziesiąt procent szans, że zdąży go zgarnąć zanim potwór go wyprzedzi. Angela była w domu. Trzydzieści procent. Nie mógł podjąć takiego ryzyka, bo obawiał się, że wtedy straciłby ich oboje.

To był najdłuższy i najbardziej nerwowy lot w jego życiu. Miał wrażenie, że ciągnie się godzinami, a szkoły nadal nie było na horyzoncie. Na szczęścia placówka rozpoczęła procedury ewakuacji i udało mu się szybko przechwycić chłopaka. Nic nie mówił, tylko chwycił go mocno i wniósł do śmigłowca, po czym momentalnie odleciał. Bał się pytań. Wiedział, że Chuck rozumie, co się właśnie stało.

- Dlaczego nie lecimy po mamę? - zapytał w końcu. Hercules spojrzał w jego stronę i zauważył ślady łez na jego brudnych policzkach. Ta twarz, z tymi śladami, też będzie go prześladować do końca życia. Podobnie jak fakt, że nie miał pojęcia, co mu powiedzieć. Bardzo długo milczał, a Chuck nie dopytywał. Nie mógł jednak milczeć w nieskończoność.

- Mama została w domu, Charlie. Nie zdążyłbym po nią polecieć. Ty byłeś bliżej.

Zobaczył strach na jego twarzy i już wiedział, że źle to ujął. “Ty byłeś bliżej”. Co to w ogóle miało znaczyć?

Pociągnął łyk napoju energetycznego i poczuł mrowienie bąbelków na języku. Wiele razy zastanawiał się, co innego mógłby powiedzieć, gdyby miał na to więcej czasu, gdyby mógł się dobrze zastanowić. Nie potrafił jednak znaleźć dobrej odpowiedzi na to pytanie. Nic nie zmieniłoby faktu, że Angela zginęła. Nic, co mógłby powiedzieć, nie przywróciłoby jej życia.

Westchnął i dokończył napój, po czym zerknął na zegarek i powoli się podniósł. Czas wracać do pracy. Przynajmniej pracując będzie mógł na chwilę zająć myśli czymś, co nie było obezwładniającym poczuciem winy.

 

***

 

Kiedy Chuck pojawił się u mechaników, z zaskoczeniem zauważył, że na jednym z rusztowań siedziała Cath. W pierwszym odruchu chciał się z nią przywitać i ruszył ochoczo w jej stronę, ale zatrzymał się, kiedy zobaczył wyraz jej twarzy. Pierwszy raz widział ją tak zmęczoną i zniechęconą. Dodatkowo była bardzo blada i sprawiała wrażenie rozdrażnionej. Trzymała w dłoni duży klucz francuski i krzyczała na jednego z inżynierów, pokazując mu na zmianę jedną z konstrukcji gigantycznego ramienia i coś, co było rozrysowane na skomplikowanym planie przed nimi. Zanim Chuck zdążył zdecydować, czy chce jej w tym momencie przeszkadzać, poczuł, że ktoś kładzie mu dłoń na ramieniu.

- Cześć, młody - usłyszał po chwili i odwrócił się w stronę głosu jednego z mechaników - Jestem James. Dobrze, że jesteś. Chodź, zejdziemy na dół i pokażę ci stawy hydrauliczne. Właśnie miałem tam schodzić.

Chuck kiwnął głową i rzucił w stronę Cath ostatnie spojrzenie, po czym posłusznie ruszył za Jamesem. Miał nadzieję, że z dziewczyną wszystko w porządku. Widząc ją w takim stanie poczuł lekki niepokój.

Mechanik sprowadził go na dół jedną z drabin i przedstawił pozostałym członkom ekipy. Chuck grzecznie się przywitał i obiecał, że nie będzie sprawiał problemów, bo chce tylko popatrzeć, jak pracują. Bardzo się zdziwił, gdy jeden z mężczyzn podał mu skrzynkę z narzędziami.

- Obserwacja to jedno - powiedział mężczyzna, który wcześniej przedstawił się jako Jasper - ale weź to na wszelki wypadek, może będziesz mógł nam z czymś pomóc. Umiesz czytać plany?

- Tak - Chuck kiwnął głową - chyba umiem.

- Doskonale. Przyda nam się pomoc kogoś, kto jest mniejszy od nas. Zwłaszcza przy wiązkach w stawach kolanowych, bo te wszystkie kołtuny to jakaś masakra.

- Jasne. Chętnie pomogę.

- Super. Chodź, pokażę ci, gdzie mamy największy problem.

Chuck podświadomie czuł, że spędzi czas na całkiem absorbującej pracy. Nie przeszkadzało mu to jednak. On też potrzebował czegoś, żeby zająć myśli. Poza tym miał nadzieję, że jeśli się sprawdzi, to Cath trochę poprawi się humor.

 

***

 

Wieczorem Cath wzięła szybki prysznic i postanowiła trochę pospacerować. Bolała ją głowa, czuła napięcie we wszystkich mięśniach, a do tego była zbyt zmęczona nawet na to, by się zdrzemnąć. Od kilku dni miała coraz większe problemy ze skupieniem i organizacją. Podejrzewała, że to się prędzej czy później wydarzy; nie myślała tylko, że tak szybko.

Zgarnęła z kuchni termos, zaparzyła herbatę, zarzuciła kurtkę i wyszła na zewnątrz bazy. Mimo pory roku było dość przyjemnie - wiatr był orzeźwiający, nie zimny, a ogólna temperatura nawet akceptowalna. Na ogół Cath była dość wrażliwa na temperatury poniżej osiemnastu stopni Celsjusza, ale w tym momencie było jej totalnie wszystko jedno. Podeszła do skraju lądowiska i usiadła, zapinając kurtkę pod samą szyję. Potrzebowała chwili dla siebie. Musiała znaleźć sposób, żeby zatrzymać gonitwę myśli.

Nie dość, że w ciągu dnia zrobiła awanturę mechanikowi, a potem okazało się, że nie miała racji, to dodatkowo pomyliła się przy obliczeniach i stracili dwie godziny pracy. Była na siebie zła, a do tego czuła ściskający w dołku wstyd i rozczarowanie. Nie powinna się mylić przy tak prostych rzeczach. Nie w sytuacji, kiedy tak wiele zależy od tempa i jakości ich pracy. Jakby jeszcze tego było mało, dwie godziny wcześniej dostała wiadomość od Pentecosta, który kazał jej się stawić w piątek na obowiązkową ewaluację psychologiczną. Nie potrafiła do końca wyjaśnić, dlaczego tak ją to rozdrażniło, ale może po prostu zbyt wiele rzeczy wydarzyło się akurat w tym konkretnym dniu. Dodatkowo od jakiegoś czasu czuła dziwny, nieuzasadniony lęk i ciągłe napięcie. Miała wrażenie, że zaraz, teraz, w każdym momencie może wydarzyć się coś złego, coś, czemu nie będzie potrafiła stawić czoła. Coraz częściej dopadały ją dziwne duszności i mrowienie w nogach, które stopniowo przechodziły w osłabienie, a nawet wycieńczenie. Doskonale wiedziała, że nie może cały czas działać na tak wysokich obrotach; zwłaszcza, jeśli chce być jeszcze przydatna.

Nalała sobie kubek herbaty z termosu i pociągnęła kilka łyków. Napój był przyjemnie ciepły, nie za gorący, co pomogło jej się trochę rozluźnić. Ewidentnie brała na siebie zbyt wiele obowiązków. Musiała się zastanowić nad tym, jak lepiej zorganizować sobie pracę albo przynajmniej oddelegować komuś część obowiązków, przez które zaczynała zawalać większe i ważniejsze projekty. Uśmiechnęła się na myśl o tym, że gdyby brała lepszy przykład z Schoenfelda, potrafiłaby zlecać innym zdecydowaną większość swoich zadań i nawet czasem trochę się obijać.

Nie dało się ukryć, że przyszedł czas na to, żeby podjąć zdecydowane kroki. Jeśli chciała dodatkowo mieć czas na to, żeby pracować nad projektem swojego własnego Jaegera, musiała jak najszybciej rozpisać sobie plan działań i wypatrywać momentu, kiedy będzie można zakładać zespoły projektowe i zgłaszać je do konkursu ofert. Dodatkowo musiała porozmawiać z Pentecostem, żeby trochę inaczej rozdzielić obowiązki. Może nawet wynegocjuje oddelegowanie kogoś innego na szkolenia w Akademii. Na to marszałek powinien się zgodzić.

Z zamyślenia wyrwało ją ciche skomlenie za plecami. Kiedy się odwróciła, zobaczyła Maxa biegnącego w jej stronę. Uśmiechnęła się i wyciągnęła do niego dłoń. Pies radośnie do niej podbiegł, po czym bezceremonialnie wpakował jej się kolana i zaczął domagać się pieszczot. Poczuła, jak reszta napięcia również powoli ją opuszcza. Zwierzęta jednak miały w sobie coś takiego, co potrafiło skutecznie odwrócić uwagę od największych życiowych problemów. Co prawda tylko na chwilę, ale jednak.

Siedziała tak jeszcze jakiś czas, popijając herbatę i głaszcząc leżącego na jej kolanach psa. Już miała zbierać się z powrotem do środka i podjąć ponowną próbę zaśnięcia o normalnej godzinie, kiedy poczuła w kieszeni wibrację telefonu. Westchnęła i wyjęła urządzenie z kieszeni. Nieznany numer, ale wewnętrzny bazy. Odebrała.

- Catherine Keats, J-Tech - powiedziała szybko, chcąc mieć rozmowę jak najszybciej za sobą - co jest?

- Ładne powitanie, nie ma co - po drugiej stronie usłyszała śmiech, który zdążyła już doskonale poznać - pracujesz? Czy dla odmiany w końcu się obijasz?

- Yancy - westchnęła po raz kolejny, siląc się na neutralny ton głosu - nie masz co robić? Po co w ogóle do mnie dzwonisz?

- Bo stoję kilka metrów za tobą i zastanawiam się, czy pracujesz, czy po prostu tak siedzisz. Stwierdziłem, że lepiej sprawdzić, żeby wiesz… nie przeszkadzać ci w czymś ważnym.

- Głaszczę psa i piję herbatę. Bardzo wysoki priorytet.

- Czyli rozumiem, że nie strzelisz focha, jak się dosiądę?

- Właśnie miałam iść spać, a do tego...

Nie zdążyła dokończyć zdania, bo Yancy zakończył połączenie i w kilka sekund znalazł się obok niej. Uniósł brwi na powitanie, po czym usiadł obok Cath i uśmiechnął się.

- Czy dziś jest jakieś święto narodowe, że nie pracujesz? - zapytał, odruchowo drapiąc po głowie Maxa. Pies cicho zawarczał, więc szybko cofnął rękę, co wyraźnie rozbawiło Cath.

- Może nie uwierzysz, ale jestem zmęczona. Potrzebuję chwili relaksu.

Yancy spojrzał na nią z udawanym zaskoczeniem. To też trochę ją rozbawiło.

- Nie myślałem, że kiedyś usłyszę od ciebie takie słowa. Dobrze się czujesz? Może masz gorączkę?

- Gorączki nie mam, ale powoli mam dość. W sensie mój organizm ma dość.

- To znaczy?

- Nie mogę spać. Nie mam apetytu. Bolą mnie wszystkie mięśnie. Do tego jeszcze dzisiaj zrobiłam awanturę mechanikowi, po czym okazało się, że to on ma rację i poczułam się okropnie. I pomyliłam się przy banalnie prostej rzeczy. A jakby tego jeszcze było mało, to boli mnie głowa.

Yancy z niedowierzaniem pokręcił głową, ale po chwili na jego twarz ponownie wrócił uśmiech.

- Pomyślałaś może o tym, że, nie wiem… przydałaby ci się pomoc?

- Ale kto miałby mi pomóc? Nikt w bazie nie podejmie się takich obowiązków, a nie ma opcji na to, żeby ściągnąć dodatkowych inżynierów, bo są potrzebni w innych bazach. Poza tym…

- Ale Pentecost ci tak powiedział? Serio, jestem pewny, że gdybyś tylko dała znać, czego potrzebujesz, to stanąłby na głowie, żeby to dowieźć. Jesteś w końcu głównym inżynierem, masz pełne prawo narzekać, że potrzebujesz więcej ludzi, bo inaczej się nie da. Myślę, że masz zupełne prawo być tu trochę samolubną.

Zaskoczyło ją to stwierdzenie i sensowna logika, jaka za nim stała.

- Nie, nie rozmawiałam z nim o tym, ale widzę, jak wygląda praca w innych sektorach, nie chciałabym się wciskać z...

- To chyba powinnaś. W końcu mówimy o ratowaniu ludzkości, nie?

Nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. Wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale od zawsze prośby o pomoc kojarzyły jej się ze słabością, z przyznaniem się do porażki. Zawsze mówiła sobie, że to ostatnia deska ratunku, kiedy zawiedzie. Ale może to jednak nie było dobre podejście. Może nie musiała czekać na tragedię, żeby przyznać, że potrzebuje wsparcia.

- Nie myślałam o tym w ten sposób.

- Jak dla mnie, to powinnaś powiedzieć Pentecostowi, że potrzebujesz kilku inżynierów do pomocy. Może nawet jakąś awanturę zrobić. Nawet ja widzę, że J-Tech ma coraz więcej pracy. Sama tego wszystkiego nie ogarniesz, a tylko się wykończysz takim trybem pracy i będziemy mieli o jednego inżyniera mniej. Taki masz plan?

Tym razem Cath poczuła narastające oburzenie.

- Oczywiście, że nie! Schoenfeld zostawił mnie z konkretnymi obowiązkami i nie mogę ich zaniedbywać. Nikt tego za mnie nie zrobi.

- Za ciebie nie. Ale z tobą jak najbardziej.

Chciała coś jeszcze powiedzieć i nawet otworzyła usta, ale ostatecznie nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Logicznie rzecz biorąc Yancy miał rację. Nie miała żadnych argumentów. Zresztą, do czego miałaby go przekonać? Że nie potrzebuje pomocy? Sama wiedziała, że to nieprawda.

W związku z tym, że nie miała nic innego do powiedzenia, nalała sobie jeszcze herbaty i pociągnęła kilka łyków. Yancy znowu się roześmiał.

- Zawsze tak robisz, jak nie masz racji? Włączasz tryb “nie widzę cię”?

Cath spojrzała na niego spode łba, po czym przewróciła oczami i wypiła kolejny łyk.

- Nie. Jak nie mam racji, po prostu przestaję mówić. Piloci powinni się tego nauczyć.

- Sama mówiłaś, że nie jestem jeszcze pilotem. Rozumiem, że wobec tego mam jeszcze czas, żeby to ogarnąć?

Tym razem to Cath się zaśmiała, a raczej prychnęła przed siebie herbatą.

- Dobra, masz mnie. Jestem zmęczona i nie mam siły na cięte riposty.

- Widzisz, kolejny dowód na to, że przyda ci się lekki odpoczynek. Cięte riposty są tego warte.

Uśmiechnęła się lekko pod nosem. Yancy miał rację. Nie tylko w kwestii ciętych ripost - powinna odpocząć. Nie mogła też cały czas pracować tak, jak do tej pory. Nagle jej plan najbliższej rozmowy z Pentecostem znacząco się zmienił. Chyba powinna podziękować chłopakowi. Nie wiedziała jednak do końca, jak się do tego zabrać, w związku z czym przelała do kubka resztę herbaty i podała mu bez słowa.

- To dla mnie? - zapytał, nieufnie przyglądając się napojowi. - Z jakiej niby okazji?

- Pij, nie gadaj - powiedziała zniecierpliwiona - póki ciepłe.

Przez chwilę Yancy wydawał się zaskoczony, ale po chwili najwyraźniej zrozumiał, co Cath chce mu przekazać. Na jego twarzy po raz kolejny pojawił się uśmiech, po czym sięgnął po kubek, podniósł go do ust i wypił zawartość kilkoma dużymi łykami.

- Dzięki - powiedział po chwili, oddając dziewczynie kubek.

- Ja też. W sensie też ci dziękuję.

- Nie ma za co.

Cath przeciągnęła się i ziewnęła, coraz bardziej odczuwając zmęczenie. Będzie musiała jeszcze odstawić Maxa do Hansenów. Z drugiej strony jednak musiała przyznać, że czuła się też dużo spokojniej. Miała wrażenie, że kiedy dotarło do niej, co musi zrobić i o co poprosić, zrobiło jej się trochę lżej na sercu.

- Lecę spać - powiedziała w końcu, wstając powoli i zakręcając pusty termos - wierz mi lub nie, ale mam wrażenie, że w końcu się dzisiaj wyśpię.

- Oby - Yancy zaśmiał się pod nosem, po czym również wstał - dobranoc.

- Dobranoc.

Cath ruszyła w stronę bazy z Maxem u boku. Po kilku krokach jednak odwróciła się i zauważyła, że Yancy nadal stoi w miejscu przy nabrzeżu. Powoli podniósł dłoń i pomachał do niej.

Odruchowo odwzajemniła ten gest i nawet lekko się uśmiechnęła.

Może niepotrzebnie była do niego uprzedzona.