Actions

Work Header

Chapter Text

CZERWIEC 2016, ALASKA

 

Cath obudziła się z wyjątkowo nieprzyjemnym bólem głowy. Nie wysypiała się od kilku dni i nie zanosiło się, żeby to miało się niedługo zmienić. Od kiedy Schoenfeld zostawił pod jej opieką większość swoich codziennych obowiązków czuła, że powoli zaczyna ją to przerastać. Na szczęście dodatkowo obiecał jej wsparcie w osobie nowych rekrutów. Nie wiedziała jednak, kiedy mają pojawić się w bazie, a w dodatku tego dnia miała spotkanie raportowe, na którym miał być nie tylko marszałek i jej szef - jeden z pilotów z akademii miał pojawić się tam razem z nimi, żeby omówić modyfikacje w programie szkoleniowym. Na samą myśl o tych wszystkich dyskusjach czuła przemożną chęć, żeby jednak zostać w łóżku i na chwilę się wyłączyć, bo wiedziała, że po tym spotkaniu prawdopodobnie dojdzie jej jeszcze więcej obowiązków i tym bardziej będzie miała wszystkiego dość. Owszem, nadal bardzo entuzjastycznie podchodziła do stawianych przed nią zadań, ale mniej więcej od trzech miesięcy zajmowała się tak wieloma tematami, które Schoenfeld stopniowo na nią przerzucał, że na samą myśl o tym wszystkim ból głowy jeszcze się wzmagał.

Zebrała się jednak w sobie, ubrała się, uczesała i umyła zęby. Szybkie spojrzenie w lustro uświadomiło jej, że cienie pod oczami na szczęście trochę się zmniejszyły. Westchnęła i wróciła do pokoju, gdzie na jednej z szafek trzymała kilka teczek z dokumentami i tabletów. Sięgnęła po jeden z nich i postanowiła na wszelki wypadek jeszcze raz sprawdzić ostatnie raporty. Na szczęście mogła to zrobić podczas śniadania.

W stołówce siedziało zaledwie kilka osób, ale to akurat bardzo jej odpowiadało. Nie lubiła wymuszonych rozmów o życiu i pogodzie, w związku z czym cieszyło ją to, że może zjeść w samotności. Podeszła do bufetu i przyjrzała się ladzie chłodniczej.

- Co dla ciebie, kochana? - Maria, jedna z kucharek, zazwyczaj o tej porze wydawała śniadania. Do każdego zwracała się per “kochana” lub “cukiereczku”.

- Poproszę owsiankę - odpowiedziała, zmuszając się do uśmiechu - z bananami i orzechami.

- Już się robi.

Cath zabrała miskę z czymś, co w zasadzie tylko przez grzeczność można było nazwać owsianką, wodą z podgrzewacza zalała herbatę i usadowiła się przy jednym ze stołów. Do spotkania miała niecałą godzinę, a musiała jeszcze przejrzeć raporty i upewnić się, że o niczym nie zapomniała. Im więcej Jaegerów pojawiało się w hangarach, tym trudniej było jej za wszystkim nadążyć, ale na szczęście jej umiejętności organizacji póki co wystarczały, żeby sobie z tym poradzić.

Specjalnie wybrała stół, przy którym nikt nie siedział. To nie tak, że nie lubiła rozmawiać z ludźmi. Po prostu trudno było jej rozmawiać o czymkolwiek innym, niż jej aktualne obowiązki. Zawsze bardzo głęboko angażowała się we wszystkie powierzone zadania, co powodowało, że trudno było jej się skupić na tematach, które od nich odbiegały. Wiele razy była przez to uważana za oschłą lub zarozumiałą, ale starała się tym nie przejmować. Od kiedy przestała się uczyć, a zaczęła pracować bardziej samodzielnie, nikt nie użył w odniesieniu do niej żadnego z podobnych określeń. Wręcz przeciwnie - była powszechnie uważana za bardzo wartościowego członka zespołu inżynierów, co tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że podjęła słuszną decyzję przylatując na Alaskę.

W zasadzie Jin był jej jedynym prawdziwym przyjacielem. Poznali się w szkole i bardzo szybko znaleźli wspólny język, a później nawet wynajmowali razem mieszkanie. Poza tym, że pracowali razem nad szkolnymi projektami, to Jin był pośrednikiem między Cath i resztą świata, co było dziewczynie bardzo na rękę - jego optymizm był zaraźliwy, dzięki czemu i ona lepiej czuła się w sytuacjach, które normalnie byłyby dla niej bardzo stresujące ze względu na obecność dużej grupy nieznajomych. Gdyby to od niej zależało, nie wychodziłaby na żadne większe spotkania, ale Jin zawsze ją do tego motywował.

Westchnęła. Teraz to Jin potrzebował jej pomocy, a ona nie mogła nic zrobić. Nie mogła po prostu rzucić wszystkiego i do niego pojechać, choć gdzieś tam w głębi serca bardzo chciała. Miała tutaj za dużo obowiązków i wymagano od niej, żeby przedkładała je nad wszystko inne. Na logikę było to słuszne posunięcie - losy świata są przecież ważniejsze od losów jednostki, a przynajmniej wszyscy tak twierdzili. Ona akurat myśląc o tym czuła tylko narastającą irytację.

Postanowiła skupić się na pracy, żeby odsunąć od siebie te szare myśli. Dokończyła owsiankę, spojrzała na zegarek i ruszyła powoli w stronę gabinetu Pentecosta. Nie do końca wiedziała, czego spodziewać się po nadchodzącym spotkaniu, ale miała nadzieję, że przynajmniej nie namiesza zbytnio w jej harmonogramie.

 

***

 

Stacker Pentecost nie czuł się dobrze. Towarzyszący mu ból brzucha i trudności w oddychaniu niestety nie nastrajały go optymistycznie. Zwłaszcza zważywszy na to, że u jego drugiego pilota, Tamsin Sevier, jakiś czas wcześniej zdiagnozowano złośliwy nowotwór. Podczas budowy pierwszych Jaegerów ochrona pilotów przed promieniowaniem rdzenia nuklearnego nie była priorytetem - musieli złożyć je jak najszybciej i stawić czoła kaiju. Tak naprawdę dopiero niedawno na poważnie zajęli się tym tematem, ale Stacker nie mógł pozbyć się wrażenia, że dla niego może być już za późno. Coyote Tango, podobnie zresztą jak kilka innych początkowych modeli, był wyposażony jedynie w symboliczne tarcze ochronne, które i tak przepuszczały ponad 40% promieniowania. Tyle wystarczyło, żeby wydać wyrok śmierci na Tamsin. Na niego pewnie ostatecznie też.

Rozmyślania przerwało mu na szczęście pukanie do drzwi jego kwatery. Dokładnie wiedział, kto za nimi stoi, w związku z czym postarał się na tyle zebrać w sobie, żeby nie okazywać żadnych oznak słabości. Kiedy otworzył, po drugiej stronie drzwi zobaczył wysokiego mężczyznę o rudawych włosach lekko przyprószonych siwizną.

- Stacker - Hercules Hansen, do niedawna pilot australijskich sił powietrznych, postanowił darować sobie formalności i poklepał starego znajomego po plecach - nic a nic się nie zmieniłeś przez te trzy miesiące.

- Ty też, Herc - Pentecost uśmiechnął się pod nosem i odwzajemnił gest - dobrze znowu cię tu widzieć. Mam nadzieję, że tym razem lot nie był szczególnie męczący.

- Jakoś bardzo źle nie było - Herc usiadł na jednej z kanap stojących wokół niewielkiego stołu - ale minie jeszcze dużo czasu, zanim skończą budować bazę w Australii. Podejrzewam, że będę musiał odbyć jeszcze kilka takich wycieczek.

- Miejmy nadzieję, że jak najmniej - Pentecost również usiadł - potrzebujemy cię tu. Razem ze Scottem jesteście chwilowo naszą najlepszą drużyną.

- Dobra, nie ściemniaj. Powiedz lepiej, jak się czujesz i co tam u Mako.

Stacker nie chciał odpowiadać na to pytanie i z wielką ulgą przyjął kolejne pukanie do drzwi. Za nimi stał Schoenfeld z dwoma tabletami w jednej ręce i kubkiem kawy w drugim.

- Widzę, że panowie już na miejscu - westchnął, sadowiąc się naprzeciwko Herculesa i kiwając do niego głową na powitanie - dobrze, to załatwmy to szybko, żebym mógł wrócić do pracy.

- Sympatyczny jak zawsze - Pentecost wrócił do stolika i postawił na nim kilka butelek wody - a ty nie miałeś czasem pojawić się z tą swoją młodą?

- Miałem - Schoenfeld sięgnął po jedną z butelek - kazałem jej przyjść piętnaście minut później, bo mam z wami do omówienia jedną sprawę, zanim tu przyjdzie.

Stacker i Hercules wymienili spojrzenia, ale nic nie powiedzieli.

- Spokojnie, to nic strasznego - Jasper podłączył tablet do ekranu po drugiej stronie pomieszczenia i wyświetlił coś, co przypominało plany wielkiego silnika - po prostu chciałem, żebyśmy wszyscy byli odpowiednio zbriefowani. Oto przed wami projekt stuprocentowo skutecznej osłony przeciw promieniowaniu, którą będziemy wdrażać we wszystkich kolejnych modelach. Prace nad nią zostały ukończone wczoraj wieczorem.

Ani Stacker, ani Hercules nie udawali, że w pełni rozumieją zaprezentowany rysunek techniczny.

- To świetna informacja - Stacker wychylił się odrobinę do przodu - ale dlaczego nie mogłeś poczekać z tą wiadomością?

- Bo chciałem wam powiedzieć, że Keats zaprojektowała tę osłonę zupełnie samodzielnie, bez żadnego wsparcia z mojej strony.

- No i…?

- No i uważam, że powinna awansować i przestać pracować dla mnie, a raczej na równi ze mną. Nie mam drugiego tak zdolnego inżyniera. No i jest jeszcze jedna sprawa.

Pentecost zmarszczył brwi.

- To znaczy?

- To znaczy, że ja się stąd wynoszę. ONZ powołało mnie do Komisji Wojskowej. Nie dostałeś maila?

Tego marszałek się nie spodziewał. Nie, nie dostał maila. Ani telefonu. Nie wspominając już o tym, że nikt z nim tego nie skonsultował.

-  I rozumiem, że chcesz, żeby ona zajęła twoje miejsce?

- Tak, dokładnie tego chcę. W sumie to nie wiem, kto inny mógłby to zrobić. Ale chciałbym, żebyś to ty jej o tym powiedział.

Pentecost bardzo nie lubił być stawiany przed faktem dokonanym. Zwłaszcza, jeśli chodziło o podział obowiązków wśród jego ludzi. A teraz nie dość, że Schoenfeld bez jego wiedzy został powołany do Komisji, to jeszcze widział na stanowisku głównego inżyniera swojego najmłodszego pracownika. Świetnie. Tylko tego brakowało.

- Możemy ją wziąć na okres testowy. Teraz tylko tyle mogę ci obiecać. Rozumiem też, że poręczysz za nią.

- Tak, tak - Jasper przewrócił oczami - wszystkie dokumenty będziesz miał dzisiaj na biurku. Przez najbliższe dwa tygodnie przekażę jej wszystkie obowiązki, a potem spadam do Nowego Jorku.

- Będziemy mogli nadal liczyć na jakiekolwiek wsparcie z twojej strony?

- No przecież nie zostawię jej zupełnie samej z tym bałaganem.

Marszałek nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Niestety, wobec mocy sprawczej ONZ nie miał zbyt wiele do gadania. Musiał uwierzyć, że Schoenfeld wie, co robi. W sumie nie miał powodu, żeby w niego wątpić. Nie był co prawda najbardziej sympatyczną osobą, jaką znał, ale nigdy nie zaniedbał swoich obowiązków. No i sam najlepiej wiedział, jak wiele potrafią jego inżynierowie.

W kwaterze ponownie rozległo się pukanie do drzwi. Zanim Pentecost zdążył zareagować, Schoenfeld wstał i je otworzył, wyłączając przy okazji prezentację planów tarczy. Do środka weszła młoda, niewysoka dziewczyna, którą często widywał w ekipie inżynierów. Wyglądała na zestresowaną i zmęczoną. Stacker naprawdę miał nadzieję, że Schoenfeld wie, co robi.

- Dzień dobry - odezwała się, wchodząc do środka. Zauważyła Herculesa i podała mu dłoń - Catherine Keats, do usług. Dobrze, że już pan wrócił.

- Dzień dobry - Herc uścisnął jej dłoń - chyba już się spotkaliśmy?

- Tak, owszem. Pracowałam trochę przy Lucky Seven jakoś na początku roku. Wprowadzaliśmy modyfikację systemu zasilania prawej ręki.

- Faktycznie - Hansen uśmiechnął się - pamiętam, świetna robota.

- Dziękuję.

Spojrzenie, które Schoenfeld posłał w tym momencie Stackerowi, można było ewidentnie odczytać jako “a nie mówiłem?”.

- Dobra, dobra - Jasper wpadł im w słowo - posłodzicie sobie potem, teraz do rzeczy. Keats, masz ostatni raport z testów tarczy?

- Mam rzucić na ekran?

- Poproszę. Powiedz nam proszę, jak to działa.

Cath wyświetliła na ekranie najnowszy raport, po czym odłożyła tablet na stół i zaczęła mówić.

- Zastosowanie innego stopu metali pomogło nam stworzyć powierzchnię na tyle wytrzymałą, że po pierwsze nie topi się w otoczeniu rdzenia działającego na pełnych obrotach, a po drugie chroni nie tylko przed promieniowaniem, ale również zmianą temperatury. Musieliśmy w kokpicie zastosować system podobny jak w samolotach pasażerskich, żeby zadbać o zapas tlenu. Piloci będą w stu procentach odporni na promieniowanie. Proponuję rozpoczęcie modyfikacji w kokpitach od razu po zakończeniu testów w przyszłym tygodniu.

- Ja też - Schoenfeld odwrócił się w stronę Pentecosta i Herculesa - a teraz marszałek ma ci coś do powiedzenia.

Pentecost spojrzał na Schoenfelda spode łba, ale tego nie skomentował. Uznał, że nie warto wzbudzać konfliktów tuż przed odejściem głównego inżyniera.

- Schoenfeld został powołany przez ONZ do Komisji Wojskowej - odezwał się po kilku dłuższych chwilach - w związku z czym niedługo nas opuści, a ty zajmiesz jego miejsce. Oczywiście dostaniesz awans, a dodatkowo nową kwaterę z biurem.

W pokoju zapadła cisza. Cath nie miała pojęcia, co powiedzieć. Nie tego spodziewała się po tym spotkaniu. Dyskusji o nowych programach szkoleniowych, jasne. Przejścia przez ostatnie raporty. Ale nie tego.

- Ale… jak to?

- No tak to - Schoenfeld się wtrącił - zarekomendowałem cię na moje stanowisko, bo muszę zająć się innymi rzeczami. Dostaniesz ludzi do pomocy i w ogóle. A razem z Herculesem - wskazał kciukiem w stronę mężczyzny siedzącego po przeciwnej stronie stołu - będziecie musieli ustalić zakres nowego programu szkoleniowego. Będę tu jeszcze dwa tygodnie, więc to ogarniemy, a potem lecę do Nowego Jorku. Jakby co będę pod telefonem. Czasem.

Cath nie była zmieszana. Była przerażona. Nie dość, że teraz miała przejąć wszystkie obowiązki Schoenfelda, to jeszcze nowy program szkoleniowy miał być na jej głowie? Poczuła, że kręci jej się w głowie, a w żołądku formuje się gigantyczna kula lodu. Musiała jak najszybciej wyjść z tego pomieszczenia, bo bała się, że zaraz zwymiotuje na własne buty.

- Nowi rekruci pojawią się w piątek - odezwał się Hercules, próbując najwyraźniej jakoś rozładować atmosferę - a jutro usiądziemy razem na spokojnie i przejdziemy przez program szkoleniowy. Jasper, jesteś wolny?

- Jutro tak. Umówmy się na popołudnie. Keats, spakuj się, rano przeniesiesz się do mojego starego biura. A teraz możesz iść, daję ci wolne na resztę dnia. I zjedz coś. Prześpij się może. Dobra?

Cath chciała coś powiedzieć, ale nie mogła znaleźć odpowiednich słów, a do tego bała się otworzyć usta. Kiwnęła więc głową, zabrała swoje rzeczy i wyszła z pomieszczenia, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

Pentecost spojrzał na Schoenfelda, który wydawał się być w doskonałym humorze.

- Rozumiem, że wiesz, co robisz. Ona nie wyglądała, jakby była na to gotowa.

- Jest gotowa - Jasper zaczął przyglądać się swoim paznokciom - nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że już od dawna pracuje głównie samodzielnie. Jakbym jej nie rzucił na głęboką wodę, to pewnie do końca życia konsultowałaby ze mną każdą najmniejszą decyzję. Już od jakiegoś czasu jej pomysły są o wiele bardziej innowacyjne od moich. To nawet dobrze, że biorą mnie do Komisji, bo mam pretekst, żeby jej odciąć pępowinę. Jasne, na początku pewnie będzie się bała kiwnąć palcem, ale przystosowanie się do nowej sytuacji nie zajmie jej dużo czasu. Śledziłem jej drogę od samego początku i nauczyłem ją wszystkiego, co sam umiem. Więc z całym szacunkiem, ale nikogo lepszego nie mam i nie będę miał.

Hercules spojrzał na Schoenfelda. Wydawał się być pewny tego, co mówi. Zaczął się zastanawiać, czy jego przejście do Komisji nie odbyło się przypadkiem celowo za plecami Pentecosta.

- No dobrze - odezwał się po chwili - to może pogadamy o nowych rekrutach na pilotów. Mam kilka rekomendacji, a Stacker mówił, że wpadło trochę nowych zgłoszeń.

- Owszem - Pentecost zdjął z szafki teczkę dokumentów - a nawet kilkadziesiąt. Bierzmy się do roboty.

 

***

 

Cath szybkim krokiem przeszła do hangaru i zwolniła dopiero przy wnęce na automaty z napojami. Musiała napić się czegoś zimnego, bo czuła dziwne uderzenia gorąca. Do tego kręciło jej się w głowie i miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Oparła czoło o chłodną szybę jednego z automatów i odetchnęła głęboko. Musiała się uspokoić. Przecież nic się nie stało. Dostała awans. Dostanie nową kwaterę i własne biuro. Będzie głównym inżynierem.

O matko.

Dlaczego Schoenfeld nie powiedział jej o tym wcześniej? Przecież na pewno nie podjął tej decyzji z dnia na dzień. Musiał się nad tym dobrze zastanowić. Czasem sprawiał wrażenie, jakby działał trochę od niechcenia, ale ona wiedziała, że tak naprawdę długo rozmyśla nad każdym możliwym scenariuszem działania. Dlaczego więc trzymał to w tajemnicy aż do ostatniej chwili? Może myślał, że będzie jej łatwiej się dostosować? No cóż, jeśli tak, to bardzo się mylił.

A co, jeśli sobie nie poradzi? Owszem, była całkiem niezła w swojej pracy, ale zarządzanie całym procesem i zespołem to zupełnie coś innego. Stawką było przecież bezpieczeństwo całego świata. Bała się myśleć o tym, co będzie, jeśli się nie sprawdzi. Do tej pory Schoenfeld był dla niej parasolem ochronnym, a teraz sama będzie musiała podejmować decyzje, które kiedyś zostawiała jemu. Co jeśli będą błędne? Co jeśli jej usprawnienia nie okażą się wystarczające? Co jeśli przez jej błąd zdarzy się jakiś wypadek? Co jeśli nie będzie w stanie dogadać się z zespołem?

Uderzyła pięścią w automat i to przyniosło jej chwilową ulgę. Gonitwa myśli nie pozwalała jej się skupić, więc uderzyła jeszcze raz. Wtedy usłyszała za sobą głos.

- Ej, wszystko w porządku?

Zamarła z pięścią w powietrzu i powoli się odwróciła. Za nią stał dzieciak. Wysoki, chudy, rudowłosy i trochę piegowaty, w ewidentnie za dużej kurtce. Na rękach trzymał psa. Szczeniaka, który wyglądał jak pomarszczona kulka. Gdyby nie to, że było widać jego nos, Cath pomyślałaby, że to jakaś zabawka.

Skąd wziął się tutaj dzieciak?

- Słucham?

- Pytałem, czy wszystko w porządku. Od kilku minut stoi pani przed tym automatem i wali w niego głową albo pięścią. Nie boli to pani?

Cath spojrzała na swoją dłoń i rozprostowała palce. Trochę bolała.

- Trochę tak, ale zaraz przejdzie.

- Jak ma pani zły humor, to mogę dać pani potrzymać psa. Mi to zawsze pomaga.

Ta cała sytuacja była tak absurdalna, że Cath nawet nie zauważyła, kiedy dzieciak wcisnął jej na ręce szczeniaka. Podniosła go na wysokość twarzy i uważnie obejrzała. Buldog angielski, jeszcze bardzo młody.

-  Jak się wabi?

- Max. Dostałem go od taty. Na razie jest jeszcze mały, ale jak urośnie, będzie dużo większy i na pewno bardzo groźny.

Cath poczuła, że napięcie faktycznie ją trochę opuszcza. Przytuliła psa do piersi i pogłaskała po grzbiecie. Przymknął oczy i cicho zaskomlał. Od razu przypomniał jej się kundelek, którego w dzieciństwie razem z rodzicami traktowała jak członka rodziny.

- Słuchaj - odezwała się w końcu do dzieciaka - co ty tu w ogóle robisz? Nie powinieneś być w jakimś… bezpieczniejszym miejscu?

- Nie - chłopak usiadł na ławie pod ścianą i poprawił kołnierz za dużej kurtki - mój tata jest na spotkaniu i kazał mi się stąd nie ruszać, aż się nie skończy. I nikomu nie przeszkadzać. Ale pani chyba nie przeszkadzam.

- Nie, skąd - Cath również usiadła na ławce razem z psem, którego położyła sobie na kolanach; przekręcił się na bok i zasnął - a twój tata mówił, kiedy wróci?

- Powiedział tylko, że ma ważne sprawy na głowie i że będzie bardzo zajęty.

Ojciec roku, pomyślała Cath. Zostawia dzieciaka samego w hangarze i nie mówi, kiedy wróci. Brawo.

- Jak masz na imię? - zapytała po chwili. Pomyślała, że może uda jej się w jakiś sposób zidentyfikować ojca tego chłopaka i zwrócić mu uwagę, żeby lepiej pilnował swojego syna.

- Charles Hansen. Ale znajomi mówią na mnie Chuck. Też może pani mówić na mnie Chuck.

Otworzyła szeroko oczy. Syn Herculesa Hansena? Świetnie. Jemu raczej nie zwróci uwagi. Myślała jednak, że pilot jest bardziej odpowiedzialny.

- Dobrze, Chuck. Ja jestem Catherine Keats, znajomi mówią na mnie Cath. Więc przestań do mnie mówić per pani, okej?

- Dobrze, Cath.

- Właśnie. A teraz powiedz mi, co tu robisz?

- Tata zabrał mnie ze sobą, jak wracał z Australii. Powiedział, że teraz będę z nim na Alasce. Ale nie podoba mi się tu. Zimno jest i nikogo nie znam. No, ale mam Maxa, to będę się miał z kim bawić.

Westchnęła. Czy Hercules naprawdę uważał, że baza w Anchorage to dobre miejsce dla takiego młodzika? Z drugiej strony jednak podejrzewała, że mógł go tu przywieźć w ostateczności. Może nie chciał zostawiać go samego. Tutaj przynajmniej mógł być z ojcem, a w Australii? Podejrzewała, że pozostali członkowie rodziny mogli zginąć w atakach kaiju. Wolała jednak o to nie pytać. Może kiedyś pogada o tym z Herculesem, zwłaszcza, jeśli chłopak faktycznie będzie miał tu zostać.

- Ile masz lat? - zapytała po chwili, dalej głaszcząc leżącego na jej kolanach Maxa. Pies mocno spał i lekko pochrapywał.

- Trzynaście - odpowiedział Chuck z dumą - ale tata mówi, że jestem bardziej dojrzały niż trzynaście.

- No popatrz - Cath próbowała nadać swojemu głosowi bardziej sympatyczny ton - a co będziesz tu robił? Masz jakiś pomysł?

- Jak to co?! - Chuck nagle się oburzył - będę ćwiczył. Chcę być pilotem jak tata. I to najlepszym.

Uśmiechnęła się lekko. Młody faktycznie wyglądał na zdeterminowanego. W sumie miał rację; niewiele więcej mógł robić tu, na miejscu.

- Dobrze, dobrze - uspokoiła go gestem dłoni - będę trzymać kciuki, żeby ci się udało. Ja za to chcę być najlepszym inżynierem i zbudować najlepszego Jaegera na świecie.

- Jesteś inżynierem? Wow! - chłopakowi aż zaświeciły się oczy - Czyli budujesz te wszystkie maszyny?

- Owszem - Cath zaśmiała się pod nosem; jeszcze nigdy jej zajęcie nie spotkało się z taką reakcją - co prawda nie sama, ale można tak powiedzieć.

- Ale super - chłopak przysunął się bliżej - a Coyote Tango też budowałaś? To mój ulubiony.

- Nie budowałam, ale pracowałam przy nim, owszem.

- A zbudowałaś coś swojego?

Jej dłoń zatrzymała się na grzbiecie śpiącego psa. Swojego? Nigdy. Zawsze pracowała nad ulepszeniami, modyfikacjami i czymś, co rozkładała na czynniki pierwsze, żeby zrozumieć, jak ktoś inny to zbudował. Ale nigdy nie zbudowała ani nie zaprojektowała nic w całości swojego. Elementy, tak. Ale nie całość. Tylko pojedyncze komponenty.

- Nie - odpowiedziała cicho - jeszcze nie.

- To powinnaś - rezolutnie odparł Chuck - skoro jesteś taka mądra.

Może masz rację, młody, pomyślała. Może powinnam. Może to jest właśnie to, po co tu jestem. Może powinnam stworzyć swój projekt, który będzie najlepszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek powstały. Może to właśnie ja zbuduję Jaegera, który będzie tym wyjątkowym. Może jednak Schoenfeld ma rację, powierzając mi tak odpowiedzialne zadanie. Może sprawdzę się w nim idealnie.

- Pewnie powinnam - odpowiedziała po chwili - i pewnie kiedyś zbuduję.

Max obudził się i ziewnął, po czym polizał ją po dłoni.

- O, lubi cię! - skomentował Chuck, przysuwając się bliżej na ławce.

- Ja też go lubię. A teraz mam jeszcze jedno pytanie.

- Dawaj.

- Jesteś głodny?

Chłopak zamyślił się.

- Trochę. W sumie dawno jadłem śniadanie.

- To chodź na stołówkę, zjemy jakiś lunch.

Podała chłopakowi psa, po czym wstała z ławki i przeciągnęła się. Szybko jeszcze napisała do Pentecosta wiadomość, że Hansen junior jest z nią, po czym ruszyła z dzieciakiem do stołówki. Oby tylko mieli coś zjadliwego, pomyślała. Lunche i obiady bywały na szczęście lepsze, niż śniadania.

Chuck usadowił się na jednej z długich ław, a Cath poszła wybrać dla niego jakieś jedzenie. Przy bufecie znów stała Maria, której uśmiech nadal nie schodził z twarzy.

- Co tam dla ciebie tym razem? - zapytała, sięgając po talerz.

- Dwie porcje naleśników poproszę. Osobno. I dwie lemoniady.

- Już się robi!

Przełożyła talerze na tacę i wróciła z nimi do stolika. Chuck bawił się z psem, a na widok Cath pomachał do niej dłonią.

- Proszę - położyła przed nim porcję naleśników i butelkę z lemoniadą - smacznego.

- Dziękuję i nawzajem!

Chłopak zajął się jedzeniem, a Cath ponownie zaczęła się zastanawiać nad tym, co zaczęło powoli kiełkować w jej głowie. W sumie dlaczego nie miałaby stworzyć czegoś swojego? Brakowało jej jeszcze trochę wiedzy, wiadomo, ale wiedzę przecież można zdobyć. Poza tym przecież nie musi tego robić już. Może rozłożyć pracę w czasie i zająć się projektem komponentów po kolei. No i to zasilanie, musi wymyślić coś, co sprawdzi się lepiej, niż rdzeń nuklearny. Kiedyś korespondowała z jednym silnikowcem, Jacobem Danversem. Musi z nim pogadać, może pracował ostatnio nad czymś nowym. Poza tym przecież jest jeszcze Gemma, która pewnie chętnie pomoże przy Moście Neuronowym. Właśnie, Gemma. Przecież Cath musi się spakować, bo przenosi się do nowej kwatery. Gemma pewnie się ucieszy, że będzie miała dla siebie więcej miejsca.

- Halo!

Głos Chucka wyrwał ją z zamyślenia.

- Co jest? - zapytała, zerkając w jego stronę.

- Nie jesz naleśników?

Spojrzała na swój talerz. Faktycznie, nie tknęła jeszcze swojej porcji.

- Jem - odpowiedziała po chwili - ale muszę przemyśleć kilka spraw.

- Nie możesz jeść i myśleć naraz?

Zaśmiała się. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała.

- Mogę, ale nie chcę.

- Bez sensu.

Ukroiła kawałek naleśnika i podniosła do ust. Pachniał nawet nieźle, widocznie kucharze nie żałowali nadzienia. Zjadła połowę i poczuła, że jest jej zdecydowanie lepiej. Niech Schoenfeld zrzuca na nią całą robotę. Nie dość, że da radę sobie z tym poradzić, to jeszcze zacznie projektować swojego Jaegera. Musi tylko opracować plan, jak się do tego zabrać.

Jeszcze pokaże wszystkim, na co ją stać.