Actions

Work Header

Chapter Text

15 MAJA 2016, ROSJA

Gdyby ktoś zapytał Jina, czy woli mróz na Alasce, czy na Syberii, chyba jednak wybrałby Alaskę.

Nie chodziło zresztą tylko o temperaturę. Nie znał rosyjskiego, a zanim się nauczy, minie pewnie dużo czasu. Z angielskim u zatrudnionych w bazie Rosjan też nie było zbyt dobrze. W większości porozumiewali się więc na migi lub za pomocą karteczek z rysunkami, jak dzieci w przedszkolu.

Niemniej jednak praca z Andre Moranem była na tyle satysfakcjonująca, że starał się tym nie przejmować i w większości przypadków faktycznie mu się to udawało. Zwłaszcza, że Andre znał rosyjski bardzo dobrze i czasem ratował Jina przed stresującymi konwersacjami.

Udany chrzest bojowy Brawlera Yukona przyniósł bardzo wymierne skutki - ONZ potężnie dofinansowało projekt i w ciągu roku powstało kilka kolejnych Jaegerów, które wymagały ciągłej obsługi. Na Alasce dodatkowo powstał ośrodek szkoleniowy dla pilotów i Cath donosiła, że w programie pojawiało się mnóstwo kandydatów. W Centrum wszyscy pracowali w pocie czoła, żeby stworzyć usprawnienia dla kolejnych wersji Jaegerów. Zdaniem Jina jednak póki co żaden nie mógł równać się z tym, przy którym pracował w Rosji - Cherno Alpha.

Pierwszy z rosyjskich Jaegerów został zaprojektowany z myślą o walce w niezwykle trudnych warunkach. Podczas produkcji wykorzystano specjalne stopy metali, które miały być odporne na największe wahania temperatury. Początkowo Jin nie był pewny, czy duża waga i niewielka zwrotność Cherno nie będzie jego poważną wadą, ale okazało się, że dają mnóstwo innych możliwości. Dzięki tej wadze każde uderzenie Jaegera miało nieporównywalnie większą moc, a specjalnie skonstruowane pięści pozwalały dodatkowo na posłanie w cielsko kaiju ogromnego ładunku elektrycznego. Pisanie oprogramowania dla tej konstrukcji było dla Jina i Andre sporym wyzwaniem, głównie przez to, że bazowało na innym języku, niż w przypadku pozostałych Jaegerów, ale z drugiej strony dawało mnóstwo możliwości na przetestowanie komponentów specyficznych dla Cherno.

- Pamiętaj, że musimy się skupić na mowie ciała - mówił Andre, rozpisując zadania dla Jina - każdy ruch musi mieć oparcie w kodzie źródłowym. Mamy tutaj cewki Tesli i musimy być pewni, że system je dobrze obsłuży. Wszystko opieramy na ciosach bokserskich i wrestlingowych.

Analizowali setki nagrań z walk bokserskich, żeby dopasować pasma mięśniowe do konkretnych ruchów. Na szczęście w Cherno wszystkie włókna były na tyle elastyczne, żeby wykonywać mocne ciosy i chociaż rozbieg zajmował trochę czasu, gigantyczne wstrząsy przy uderzeniach często przenosiły się na podłoże, na którym stał Jaeger. Przy odpowiednim wykorzystaniu nawet to mogło stanowić dużą przewagę w walce.

Praca była żmudna, bo każdy ruch i wykorzystanie każdej broni należało opisać odpowiednim kodem, żeby interfejs ruchowy dobrze je zidentyfikował po połączeniu z Dryfem. Wiele razy musieli zaczynać od początku tylko dlatego, że nie dopasowali obliczeń do konkretnego pasma mięśniowego. Jin miał nadzieję, że Cath i ekipa inżynierów rozwiążą kiedyś ten problem, a przynajmniej ujednolicą sposób zasilania poszczególnych typów pasm, bo takie działanie po omacku kosztowało ich mnóstwo czasu.

Wykorzystanie cewek Tesli również świetnie się sprawdzało w przypadku Cherno. Nawet chwilowe ogłuszenie kaiju silnym ładunkiem pozwalało na wyprowadzenie mocnego uderzenia, które dobrze wycelowane potrafiło dosłownie zmiażdżyć czaszkę potwora. Dodatkowe cylindry parowe w ramionach również pomagały w stworzeniu silnego wstrząsu.

Jina co prawda nie było już na miejscu, kiedy PPDC powołało do życia akademię, ale cały czas dostawał informacje o tym, co dzieje się w centrali. Dodatkowe fundusze przyznane projektowi przez ONZ pozwoliły na rozbudowanie infrastruktury, zatrudnienie nowego personelu i wdrożenie programu szkoleniowego. Oczywiście forma szkoleń cały czas ewoluowała, niemniej jednak od czasu, kiedy Caitlin i Sergio przez przypadek osiągnęli synchronizację w Dryfie, bardzo wiele aspektów działania Jaegerów udało się usystematyzować. Cath narzekała tylko w mailach na to, że Schoenfeld zrzuca na nią coraz więcej bieżącej roboty, a sam skupia się na szkoleniu kadetów.

Pod koniec poprzedniego roku marszałek Pentecost został jednym z pilotów nowych Jaegerów zbudowanych na wzór Brawlera Yukona. Wszystkie kolejne konstrukcje były ulepszone względem pierwszego modelu, ale Jin czuł, że przed nimi nadal długa droga. Zwłaszcza jeśli chodziło o odpowiednie zabezpieczenie pilotów przed radioaktywnym promieniowaniem rdzenia. Inżynierowie intensywnie pracowali nad bardziej sprawnymi osłonami, ale jeszcze żaden z nowych projektów nie przeszedł testów na tyle pomyślnie, żeby można było go zaimplementować w masowej produkcji.

Z rozmyślań wyrwała Jina dłoń, którą nagle poczuł na swoim ramieniu. Odwrócił się, zaskoczony, i zauważył za sobą jednego z pilotów Cherno Alpha, Aleksisa.

- Cześć, młody - odezwał się mężczyzna - widziałeś Saszę? Nie odpowiada na telefony, a zaraz mamy mieć testy.

- Niestety nie - odpowiedział Jin - ale możemy spróbować ją wywołać.

- Będę wdzięczny.

Aleksis i Sasza Kaidonowscy, młode rosyjskie małżeństwo, byli wcześniej strażnikami w syberyjskim więzieniu o zaostrzonym rygorze. Świetnie wyszkoleni przez wojsko i bardzo zdeterminowani wydawali się być idealnymi kandydatami na pilotów. Póki co to właśnie do nich należał rekord świata w synchronizacji w Dryfie - udało im się wytrzymać osiemnaście godzin przy stuprocentowej synchronizacji. Mało której parze pilotów udało się osiągnąć nawet jedną trzecią tego czasu.

Jin bardzo lubił Aleksisa i Saszę. Mimo tego, że mieli trochę przerażającą aparycję i dość surowe wyrazy twarzy, traktowali go trochę jak młodszego brata. Miało to jednak również swoje minusy. Jin nieszczególnie przepadał za mocnym alkoholem, a Aleksis nie przepuścił żadnej okazji do świętowania, podczas której mógłby podsunąć chłopakowi pod nos kieliszek wódki. Cóż, przynajmniej działała rozgrzewająco, co wydawało się zbawienne w rosyjskiej bazie.

Sasza trochę matkowała Jinowi, ale nieszczególnie mu to przeszkadzało. To paradoksalnie dzięki niej i Aleksisowi czuł się w Rosji trochę jak w domu. Nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy Sasza dopytywała, czy na pewno zjadł odpowiednie śniadanie i czy pamiętał, żeby odpowiednio ciepło się ubierać.

Czekając na Saszę, Aleksis usiadł przy biurku i podsunął chłopakowi pod nos bliżej niezidentyfikowaną czarkę.

- Aleksis, nie będę pił alkoholu podczas pracy.

- To nie alkohol, młody, tylko herbata. Za kogo ty mnie masz?

Jin odpowiedział lekkim uśmiechem i z wdzięcznością przyjął czarkę herbaty. Była mocna, ale przynajmniej trochę go rozgrzała. Nadal jednak podchodził nieufnie do napojów serwowanych przez Aleksisa i przed wypiciem sprawdził, czy herbata nie jest czasem z wkładką.

Sasza pojawiła się w centrum kilka minut później; po jej zaczerwienionej twarzy i ręczniku przewieszonym przez ramię Jin wywnioskował, że była na siłowni.

- Cześć, Sasza - powiedział, sięgając po tablet - gotowi na test nowych ciosów? Oprogramowaliśmy dzisiaj dwa, dobrze byłoby je sprawdzić.

- Jasne - odpowiedziała kobieta, całując męża w czoło na powitanie - przebiorę się i możemy zaczynać.

Swoją posturą zarówno Sasza, jak i Aleksis budzili ogromny respekt. Ich siła była widoczna już z daleka, a ponadto trzymali się bardzo prosto, jakby patrząc na wszystkich z góry. Jin podejrzewał, że to naleciałości z czasów pracy w więzieniu, bo ich charaktery zupełnie nie odzwierciedlały wyglądu. Byli niezwykle sympatyczni, choć łatwo wpadali w zniecierpliwienie i czasem nie do końca odpowiadało mu ich poczucie humoru.

Po założeniu kombinezonów i zbroi Kaidonowscy ustawili się w symulatorze. Na tym etapie Jin nie chciał jeszcze testować nowego oprogramowania w faktycznym Jaegerze. Poza tym, umieszczanie pilotów w Cherno samo w sobie było wyzwaniem - przez specyficzną konstrukcję kokpit nie był umieszczony w głowie robota, a w jego klatce piersiowej. Z jednej strony wymagało to większych nakładów pracy przy zakładaniu uprzęży, ale z drugiej - piloci byli chronieni przed niebezpieczeństwem o wiele lepiej, niż w przypadku standardowego rozwiązania. Jin podejrzewał jednak, że przez swoje skomplikowanie nie będzie ono wdrażane w kolejnych modelach Jaegerów.

Podczas testów Kaidonowscy działali bardzo sprawnie, nie tracąc czasu i energii na niepotrzebne ruchy. Przy każdym teście Jin coraz lepiej rozumiał, dlaczego to właśnie oni idealnie nadawali się na pilotów Cherno. Dyscyplina i precyzja, z jaką działali, była czymś niespotykanym. Przy tym systemie operacyjnym i mowie ciała wydawali się wręcz idealnym wyborem. Zwłaszcza, że byli tak skoncentrowani na swoich działaniach, że absolutnie nic nie było w stanie ich rozproszyć i zaburzyć synchronizacji w Dryfie.

Pilotowanie Cherno mogło być sporym wyzwaniem, ale nie dla Kaidonowskich. Mimo tego, że test bazował tylko na podstawowych ruchach, doskonale widać było, że Rosjanie są stworzeni dla tej maszyny. Każdy cios, każde pchnięcie i każdy unik wykonywali z taką dokładnością, że nieprawdopodobnym wydawało się, żeby Jaeger o gabarytach Cherno był w ogóle w stanie się tak poruszać. Podążali dokładnie za ścieżkami wytyczonymi przez programowanie i bardzo szybko przyswajali wszystkie nowe ruchy. Potrafili też świetnie łączyć je w przeróżne mordercze kombinacje.

Po zakończonych testach Kaidonowscy udali się do szatni, a Jin szybko podsumował wyniki w specjalnym skoroszycie i wyłączył komputer. Była niedziela, czyli jego ulubiony dzień tygodnia. W każde niedzielne popołudnie wszyscy pracownicy rosyjskiej bazy spotykali się w stołówce, gdzie serwowano smaczny obiad i specjalnie przygotowany deser, a dodatkowo na jednym z wielkich ekranów puszczano film lub jakiś program rozrywkowy. Jin z niecierpliwością czekał na te dni; bardzo się wtedy odprężał, a do tego miła, domowa atmosfera pomagała mu na chwilę zapomnieć o tym, co się dzieje na świecie. W zasadzie wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali tych dni; pozwalały oderwać się od rzeczywistości i przynajmniej przez chwilę udawać, że są po prostu dobrymi znajomymi, a nie grupą desperatów walczącą z gigantycznymi potworami, które chcą zniszczyć naszą planetę.

Kiedy Jin znalazł się w stołówce, Andre siedział już przy jednym ze stołów i energicznie do niego machał. Kiedy chłopak usiadł na jednej z ław, Andre podał mu koszyk z pieczywem.

- Dzisiaj same dobroci - uśmiechnął się, nalewając sobie i Jinowi herbaty z dużego dzbanka - pielmieni, bliny z łososiem, pierogi… żyć, nie umierać! A do tego na deser mamy prawdziwe pierniki!

W istocie, stoły zdawały się wręcz uginać pod aromatycznymi potrawami. Jin musiał przyznać, że kuchnia rosyjska bardzo mu smakowała. Kiedyś myślał, że nic na całym świecie nie może się równać z kuchnią japońską i że nigdy nie znajdzie niczego równie wyrafinowanego w wyglądzie i smaku. Tutejsze potrawy może nie wyglądały jak małe arcydzieła, ale smakiem przebijały wszystko, co rodzice próbowali w niego wmuszać w domu.

Sasza i Aleksis usiedli naprzeciwko Jina i Andre. Zadowolony Aleksis nałożył sobie ogromną porcję pierogów, a do tego jeszcze kilka sałatek i bułek na osobny talerz.

- No, i to ja rozumiem! - zawołał zadowolony, sięgając jeszcze po herbatę - A nie mamy tutaj może czegoś mocniejszego?

- Ani mi się waż - Sasza spojrzała na niego spode łba - nie będę cię znowu nieść do naszej kwatery, a potem siłą wciskać pod prysznic.

Aleksis posłał jej całusa i zajął się zawartością swojego talerza. Jin uśmiechnął się pod nosem. Lubił obserwować ich razem. Imponowało mu to, w jak subtelny sposób potrafią okazywać sobie uczucia.

Wieczór upływał w spokojnej atmosferze, przepełnionej mniej lub bardziej śmiesznymi żartami i nawet jakimiś ludowymi piosenkami. Jin rozsiadł się wygodnie na ławie i zerkał na ekran zawieszony nad głównym wejściem. Siedział za daleko, żeby słyszeć, co się dzieje, ale kilka osób siedzących na podłodze uważnie śledziło fabułę jakiegoś filmu kostiumowego. Przez moment pomyślał, żeby może się do nich dosiąść, ale w tym momencie do stołówki wpadł zziajany technik komunikacji. Jin nie pamiętał, jak chłopak się nazywał. Chyba Artem, albo Adam.

-  Wyłączcie to! - krzyknął głośno, sięgając po pilot – Mamy kaiju w Wyłomie! Kryptonim Onibaba! Włączcie wiadomości!

Dopiero wtedy w całej bazie rozległ się dźwięk sygnałów ostrzegawczych. Jin przez moment obawiał się, że ogłuchnie. W wiadomościach na bieżąco relacjonowano położenie potwora i ewidentnie było widać, że kieruje się w stronę Japonii.

Nagle poczuł, że robi mu się słabo. Patrzył na ekran, gdzie wiadomości i paski w różnych językach przesuwały się w zawrotnym tempie. Gigantyczny stwór podobny do kraba - a może homara? – bardzo szybko dotarł do tokijskiego wybrzeża, gdzie rozwalał najwyższe budynki swoimi wielkimi szczypcami, grzebiąc pod gruzami setki cywili.

Jin musiał wyglądać na naprawdę przerażonego, bo po chwili poczuł na swoim nadgarstku silny uścisk. Odwrócił się. Sasza.

- Wszystko w porządku, Jin - powiedziała do niego ciepłym, spokojnym głosem. Jak ona to robiła? - dostaliśmy informację, że na miejsce wysyłają Coyote Tango. Marszałek Pentecost załatwi tego gnojka. Wszystko będzie dobrze.

Przez chwilę prawie jej uwierzył, ale potem zobaczył, z jaką prędkością stwór rozwala Tokio i zrozumiał, że nic nie będzie dobrze. Po raz kolejny poczuł narastającą panikę, bezsilność i rozpacz. Poczuł też, że głos dosłownie uwiązł mu w gardle i że nie może ruszyć się z miejsca, mimo, że bardzo chciał się wyrwać i biec przed siebie.

Jego rodzice dwa dni wcześniej pojechali do Tokio na wycieczkę.

 

***

 

17 MAJA 2016, ROSJA

Jin siedział na fotelu w świetlicy i nerwowo ściskał w dłoniach swój telefon. Minęły dwa dni od ataku kaiju nazwanego Onibaba na Tokio, a on nadal nie wiedział, co dzieje się z jego rodzicami. Nie miał z nimi żadnego kontaktu, nie był w stanie się do nich dodzwonić. Miał wrażenie, jakby to wszystko wydarzyło się bardzo dawno temu i czas rozciągał się niemiłosiernie, żeby jeszcze pogorszyć mu samopoczucie.

Na dźwięk dzwonka telefonu prawie podskoczył. Z nadzieją spojrzał na ekran, ale niestety, nie był to telefon od rodziców.

Dzwoniła Cath.

- Jin - zaczęła mówić od razu, kiedy tylko odebrał - właśnie usłyszałam, co się stało. Aleksis powiedział mi, że nie masz kontaktu z rodzicami. Chciałam ci tylko powiedzieć, że z naszej strony zrobimy wszystko, żeby pomóc ich zlokalizować, okej? Zaangażowaliśmy już nasze grupy poszukiwawcze, a poza tym…

- Cath - przerwał jej w pół słowa, nie chciał o tym rozmawiać - w porządku. Dzięki. Co u ciebie?

Chyba zrozumiała tę aluzję, bo momentalnie zmieniła temat.

- Dużo pracy. Nic nowego. Wiesz już, kiedy wrócisz na Alaskę?

- Nieprędko. Nie skończyliśmy jeszcze pracy nad Cherno. Potem być może polecimy z Andre gdzieś dalej, gdzie będziemy bardziej potrzebni.

Cisza. Trwała pewnie tylko kilka sekund, ale Jin miał wrażenie, że minęła cała wieczność.

- Chcesz, żebym przyjechała?

Zaskoczyła go. Wiedział, że to nie było łatwe przedsięwzięcie, zwłaszcza zważywszy na to, ile obowiązków teraz na niej ciążyło. Owszem, chciał, żeby przyjechała, ale wiedział, że w obecnej sytuacji nie może być samolubny i nie może jej o to prosić.

-  Nie, w porządku - powiedział, wzdychając głęboko - mam dużo pracy, zajmę się nią i spróbuję o tym wszystkim nie myśleć. Pogadamy później, okej?

- Okej - Cath odpowiedziała ostrożnie - daj znać, gdybyś zmienił zdanie. Zadzwonię jutro.

- Okej.

Odłożył słuchawkę i ukrył twarz w dłoniach. Do tej pory to wszystko działo się poza nim. Vancouver, Cabo… to wszystko wydawało się tak daleko, że łatwo było mu udawać, że go to nie dotyczy. A teraz potwór zaatakował Japonię. Zaatakował Tokio, gdzie akurat byli jego rodzice. Nawet nie pamiętał ich ostatniej rozmowy. Nie kontaktowali się ze sobą chyba od dwóch tygodni, czyli od czasu, kiedy poinformowali go, że jadą na wycieczkę i tradycyjnie kazali mu na siebie uważać i się nie przepracowywać. A teraz co? Istniała realna szansa, że już nigdy ich nie zobaczy i już nigdy z nimi nie porozmawia. Musiał liczyć się z tym, że już im nie powie, jak bardzo ich kocha.

Ta myśl napawała go przerażeniem.

W tym momencie do świetlicy weszła Sasza. Uśmiechnęła się do niego i podeszła bliżej, siadając na jednym z foteli. Nie chciał z nią rozmawiać. Nie chciał z nikim rozmawiać.

- Jin - powiedziała miękko, ze spokojnym wyrazem twarzy - domyślam się, że chciałeś teraz pobyć sam. Ale to chyba nie jest najlepszy pomysł.

Nie odpowiedział. Nie dlatego, że był zły. Po prostu nie wiedział, co powiedzieć.

- Posłuchaj - przysunęła się do niego bliżej i położyła dłoń na oparciu jego fotela - jesteś jeszcze młody. W zasadzie to jeszcze dzieciak z ciebie i nie masz pojęcia, jak wygląda wojna. To właśnie to. Strach o własne życie, a nawet bardziej o życie bliskich, i ten ciągły niepokój, brak informacji, niepewność... Rozumiem to. Sama to przeżyłam i Aleksis też to przeżył. Ale nie możesz się poddawać. Potrzebujemy cię.

Spojrzał na nią, ale nadal nie potrafił znaleźć słów, żeby jej odpowiedzieć.

- Nie musisz ze mną rozmawiać - kontynuowała - ale chciałabym, żebyś mnie wysłuchał. Masz nas. I my będziemy cię chronić za wszelką cenę. Jesteśmy w tym wszyscy razem i tylko razem możemy stawić czoła tym potworom. Nie jesteś sam. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę.

Poczuł, że płacze. Takie dziwne uczucie. Bez żadnego ścisku w krtani, bez żadnej rozpaczy. Po prostu z oczu zaczęły mu płynąć łzy.

- PPDC zrobi wszystko, co w ich mocy, żeby odnaleźć twoich rodziców. A my zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby się tobą zaopiekować pod ich nieobecność. Rozumiesz? Nie zostawimy cię samego. Pomożemy ci przez to przejść.

Nie zauważył, w którym momencie całkiem się rozkleił. Sasza bez słowa usiadła na oparciu jego fotela i przytuliła go do siebie. Chyba właśnie wtedy pierwszy raz dotarło do niego, co naprawdę dzieje się dookoła i jak straszne są konsekwencje każdego z ataków. Zaginieni i zabici to nie tylko numerki podawane na ekranie telewizora. Każdy z nich jest czyjąś matką, czyimś ojcem, czyimś bratem lub siostrą. Każda bezsensowna śmierć tworzy w czyimś sercu jakąś wyrwę, której nie da się potem niczym zastąpić. Ale on przynajmniej ma nadzieję. Póki ciała rodziców nie zostały odnalezione, cały czas miał nadzieję.

Sasza pozwoliła mu wypłakać się w jej rękaw, co jakiś czas powtarzając ciche słowa otuchy. Był jej za to ogromnie wdzięczny, choć nigdy tego nie powiedział. Ona też więcej do tego nie wracała. W tamtym momencie zrobiła po prostu wszystko, co mogła, żeby przynajmniej trochę mu pomóc, żeby zdjąć z jego barków przynajmniej część tego ciężaru.

 

***

 

CZERWIEC 2016, ROSJA

Sasza jadła obiad w stołówce i przyglądała się siedzącemu po drugiej stronie pomieszczenia Jinowi. Razem z Andre spożywali posiłek w milczeniu, zapatrzeni w tablety. Teoretycznie dzieciak zachowywał się normalnie. Pracował zgodnie z ustalonym planem, dotrzymywał wszystkich terminów i był dla wszystkich tak samo miły, jak wcześniej. Ewidentnie jednak toczył jakąś wewnętrzną walkę. Minął już prawie miesiąc od ataku Onibaby na Tokio, ale w dalszym ciągu nie udało się ustalić, co stało się z rodzicami chłopaka. Niestety z każdym kolejnym dniem zwiększało się prawdopodobieństwo, że zginęli pod portowymi gruzami - zwłaszcza, że od czasu Onibaby Japonia została ponownie zaatakowana przez kaiju, tym razem o kryptonimie Itak.

Do walki z nim wystawiono po raz kolejny Coyote Tango oraz chlubę japońskich inżynierów, Tacit Ronina. Mimo tego, że Coyote mocno ucierpiał w walce, pilotom udało się uratować. Stacker Pentecost po raz pierwszy walczył u boku kogoś innego, niż Tamsin Sevier, u której zaledwie kilka tygodni wcześniej zdiagnozowano złośliwy nowotwór. Można było się spodziewać, że prędzej czy później nieostrożne postępowanie z rdzeniami nuklearnymi w jakiś sposób wpłynie na pilotów. Niestety, w przypadku konstrukcji pierwszych maszyn najbardziej liczył się czas, a nie odpowiednie zabezpieczenie kokpitu. Dopiero teraz PPDC mogło pozwolić sobie na stopniowe naprawianie swoich pierwszych błędów. Kolejne modele Jaegerów były lepiej zabezpieczone, ale nadal cały system był daleki od ideału.

Widać było, że trzymanie frontu odbija się na Jinie. Chłopak miał cienie pod oczami i mówił zdecydowanie ciszej, niż do tej pory. Saszę bolało serce, kiedy na niego patrzyła, ale wiedziała, że nikt nie przejdzie tej drogi za niego. Mogli go wspierać, owszem, ale musiał przeżyć to sam i jakoś sobie to poukładać.

Sasza też przeżyła niejedną stratę w swoim życiu i wiele razy musiała sobie radzić z utratą bliskich osób. Wojna z kaiju, rosyjskie prześladowania i walka z opresyjną władzą, którą pamiętała z dzieciństwa, odcisnęły piętno nie tylko na jej rodzinie, ale również na rodzinie Aleksisa. Dlatego też zdecydowali, że nie będą starali się o dzieci, póki sytuacja się nie unormuje. Jak tylko poradzą sobie z kaiju, pomyślą o stworzeniu bezpiecznej rodziny.

Westchnęła. Nie zanosiło się na to, aby konflikt zakończył się w najbliższej przyszłości. Mimo tego, że naukowcy próbowali jakoś zrozumieć fenomen kaiju i wyłomu w dnie oceanu, na razie pozostawali bez żadnych konkretnych odpowiedzi. Nie mieli też pojęcia, jaki jest cel i motywacja potworów. Samo sianie zniszczenia wydawało się niezbyt prawdopodobne - zwłaszcza, że stwory ewidentnie posiadały jakąś inteligencję, nawet jeśli nie była rozwinięta tak dobrze, jak ludzka. Mieli pewność w zasadzie tylko co do jednego - muszą zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby powstrzymać te gigantyczne bestie.

Sasza zabrała swoją tacę z obiadem i przeniosła się na ławę obok Jina. Andre już skończył posiłek i wrócił do pracy, ale chłopak nadal grzebał widelcem w talerzu.

- Zjedz warzywa, okej? - powiedziała, zerkając w jego talerz - Przydadzą ci się witaminy.

- Nie lubię warzyw.

- Ja też ich nie lubię, ale jem. Czasem trzeba się trochę poświęcić, młody.

Spojrzał na nią i zauważyła na jego ustach delikatny uśmiech.

- Moja mama też tak mówiła.

- No to mówiła bardzo mądrze. A teraz wcinaj ten kalafior.

Jin niechętnie nabił na widelec jedną różyczkę kalafiora, którą najpierw dokładnie obejrzał z każdej strony, a potem w końcu włożył do ust, przeżuł i przełknął.

- Zadowolona?

- Jeszcze nie. Z tego, co widzę, masz na talerzu jeszcze trochę tego kalafiora.

Znów się uśmiechnął. Widocznie jej obecność trochę mu pomagała. Cieszyła się, że chociaż tak mogła go wspierać. Z jednej strony nie chciała narzucać się ze swoją obecnością, ale z drugiej miała wrażenie, że czasem Jin tego potrzebował.

Siedziała przy nim i starała się zabawiać swoimi komentarzami, dopóki nie zjadł całego posiłku. Teraz przynajmniej normalnie jadł. Przez pierwszy tydzień po tragedii nie był w stanie niczego przełknąć. To dobrze, że apetyt mu się poprawiał.

Po obiedzie Sasza wróciła do swojej kwatery, którą dzieliła z Aleksisem. Mężczyzna leżał na łóżku i czytał książkę. Usiadła obok niego i pogładziła go po ramieniu.

- Coś się stało? - podniósł wzrok znad lektury.

- Martwię się o Jina - odpowiedziała - nie wiem, dlaczego, ale w jakiś sposób czuję się za niego odpowiedzialna. Trudno mi patrzeć na to, jak cierpi.

Aleksis odłożył książkę i usiadł obok żony, obejmując ją ramieniem.

- Rozumiem - powiedział cicho, całując ją w policzek - też się o niego martwię. Ale to mądry chłopak. Nadal dzieciak co prawda, ale mądry. Ogarnie się.

- Mam taką nadzieję - westchnęła - dzisiaj przynajmniej zjadł obiad. Pilnowałam go i nawet trochę ze mną pożartował. Ale obawiam się, że takie życie w nieświadomości go wykańcza.

- No tak. Już lepiej byłoby wiedzieć, że rodzice żyją lub nie żyją, niż być tak zawieszonym bez konkretów.

- Właśnie. On nie jest na to psychicznie gotowy. Zastanawiam się, czy nie byłoby dobrze porozmawiać z psychologiem, żeby spróbował mu trochę pomóc.

- Można spróbować. Na pewno mu to nie zaszkodzi. Mamy psychologów na miejscu, niby są dedykowani do pilotów, ale dzieciaka pewnie też ogarną. Trzeba to wykorzystać.

Sasza wstała z łóżka i podeszła do komputera. Postanowiła od razu skontaktować się z grupą psychologów obecnych w bazie. Wysłała im krótkiego maila, po czym odchyliła się na krześle i sięgnęła po zapalniczkę i papierosa. Zapaliła szybkim ruchem ręki, zaciągnęła się dymem i zamknęła oczy.

Te dzieciaki nie były na to gotowe. Nie miały podstaw, żeby radzić sobie z takim stresem. Może byli młodymi geniuszami, ale nikt wcześniej nie nauczył ich życia, nikt im nie powiedział, jak radzić sobie w tak trudnych sytuacjach. PPDC nie pomyślało o tym, skupiając się głównie na atakach potworów i tym, jak z nimi walczyć. Słusznie, ale teraz trzeba było liczyć się z tym, że bez odpowiedniego wsparcia psychologicznego personel zaangażowany w tę wojnę może nie dać rady.

Będzie musiała zasugerować Pentecostowi, żeby coś z tym zrobił, zanim stracą swoich najlepiej rokujących kadetów.