Actions

Work Header

Fake Dating

Chapter Text

- Musimy przestać spotykać się w ten sposób, komandorze – powiedziała.

- W ten sposób, panno Pryce? – uniósł brew ponad ciemnymi okularami przysłaniającymi jego czerwone oczy.

- Doskonale wie pan, o czym mówię – przysunęła się bliżej.

Siedzieli naprzeciwko siebie przy wąskim stoliku w knajpce o przeciętnej reputacji, jednej z wielu, do jakich można było zbłądzić przypadkiem, włócząc się bez celu po Coruscant. Oni zaś miejsca swoich spotkań wybierali bardzo ostrożnie, nigdy przypadkowo. Żadne ekstrawaganckie restauracje nie wchodziły w grę. Podobnie jak speluny, w których pojawiało się szemrane towarzystwo. Przeciętność miejsca była tym, czego potrzebowali. Przeciętność zapewniała anonimowość. Rzadko też umawiali się dwa razy w tym samym lokalu. Nie chcieli, by ktokolwiek ich rozpoznał.

A komandora Thrawna, wchodzącą gwiazdę Imperialnej Floty, trudno było pomylić z kimkolwiek innym. Był jedynym nieczłowiekiem zajmującym tak wysokie stanowisko. Był jedynym Chissem, jakiego Arihnda kiedykolwiek spotkała. Ona zaś, prawdopodobnie, była jedną z niewielu osób, które znały nazwę rasy Thrawna. A z pewnością, była jedną z niewielu osób, które odważyły się go o to zapytać wprost.

- Sama pani zaproponowała tę formę spotkań – wytknął jej Thrawn.

- Ponieważ wiadomości tekstowe łatwo przechwycić. Nawet te zakodowane. Gdyby tak nie było, nie prowadzilibyśmy tej rozmowy – przypomniała mu.

Doskonale wiedział, czym się zajmowała. Gromadziła informacje. Nie dla swoich przełożonych, adwokatury Higher Skies, w każdym razie nie tylko dla nich. Arihnda Pryce znała cenę informacji. Wiedziała jak je zdobyć i w jaki sposób ich użyć. Nie miała pod tym względem żadnych oporów. Informacje były dla niej środkiem do celu.

- Dlaczego zmieniła pani zdanie? – zapytał.

Był tak cudownie nieświadomy niektórych mechanizmów rządzących Coruscant. Prawdziwym światem, a nie scenerią filmową.

- Dlatego – wskazała na jego długą szatę z kapturem. – Stał się pan zbyt rozpoznawalny. To nie jest zarzut, ale błyskawiczne awanse przyciągają uwagę. I nie można wówczas po prostu ukryć się pod kapturem, za ciemnymi okularami.

Zastanowił się nad jej słowami.

- To, czego nie można dobrze schować, najlepiej pozostawić na wierzchu – odrzekł. – Najciemniej jest pod latarnią.

Uśmiechnęła się po niego.

- Nikt nas nie widzi, bo nikt się nas tu nie spodziewa – powiedziała. – Ale taki stan nie potrwa wiecznie. Ktoś w końcu nas zauważy. Potrzebny nam powód, żeby się spotykać. Ja jako ja i ty jako ty. Coś, co nie wzbudzi podejrzeń.

Spojrzała na parę siedzącą przy pobliskim stoliku. Mężczyzna opowiadał coś, zamaszyście gestykulując. Kobieta śmiała się w odpowiedzi.

Thrawn podążył za jej wzrokiem.

- Wyglądamy bardzo podobnie – stwierdził. – Pijemy kaf i rozmawiamy.

- A różnice?

- Mężczyzna się denerwuje. Chce zrobić dobre wrażenie na kobiecie. Ona nie uważa tego, co powiedział za zabawne, ale śmieje się, bo chce podtrzymać rozmowę. Powoli jednak zaczyna się irytować. Prawdopodobnie szuka wymówki, żeby wcześniej zakończyć to spotkanie. On zdaje się tego nie zauważać. Jest skupiony wyłącznie na sobie.

Arihnda westchnęła.

- Podstawowa różnica: oni są na randce.

- Nieudanej – zaznaczył. – Do czego pani zmierza?

- Na początek – uśmiechnęła się szelmowsko – chcę zaprosić pana na randkę.

Uniósł brew.

- Proszę zdefiniować „randkę” – rzekł.

Zupełnie jakby chciał powiedzieć: „podaj swoje warunki i będziemy negocjować”.

- Będziemy robić to, co zawsze. Tylko zamiast spotykać się po kryjomu, będziemy widywać się oficjalnie – zachłysnęła się swoim pomysłem. – To doskonały kamuflaż.

Thrawn nie wyglądał jednak na zachwyconego.

- W takiej sytuacji może stać się pani celem ataków – stwierdził. – Co pani przez to zyska?

 Nie wierzył, by jej oferta była bezinteresowna. Słusznie.

- Pana wspaniałe towarzystwo – odparła ironicznie. – Jest pan komandorem na dobrej drodze do kolejnego awansu. W niektórych kręgach taka pozycja robi wrażenie.

- Rozumiem – powiedział powoli. – Chce pani przekonać te kręgi, że niezależnie od zaistniałej sytuacji będę po pani stronie.

- Wcale pan nie rozumie – pokręciła głową. – Nie proponuję panu przyjaźni, tylko fikcyjny związek. Oparty na obopólnych korzyściach.

Zauważyła jego zainteresowanie, co zachęciło ją, by mówić dalej:

- Status singla niekiedy może być niewygodny – oświadczyła. – Niewygodny politycznie. Jest pan atrakcyjny - zignorowała jego drwiący uśmiech – a mimo to, nikogo pan nie ma.

- Nie odczuwam takiej potrzeby – oznajmił. – Związki są… czasochłonne. Odwracają uwagę od ważniejszych zadań.

Arihnda doskonale go rozumiała.

- Życie prywatne dowódców wojskowych nie powinno nikogo interesować. Oczywiście – pozwoliła sobie na wyćwiczony gest dłonią dla zwiększenia efektu – to fikcja. Im bardziej coś odbiega od normy, tym większą przyciąga uwagę.

- Chce pani przez to powiedzieć, że odbiegam od normy? – usłyszała chłód w jego głosie.

Zły ruch. Musiała natychmiast sprostować:

- Chcę przez to powiedzieć, że niektórzy będą dociekać, dlaczego jest pan sam. Będą się zastanawiać nad pana seksualnością i przypiszą panu tuzin sekretnych kochanek i kochanków.

- I pani jest rozwiązaniem mojego problemu? – kolejne pytanie zadane tym samym ostrzegawczym tonem.

- Tak – powiedziała pewnie. – Podobnie jak pan jest rozwiązaniem mojego. Podobnie jak pan nie potrzebuję prawdziwego związku. Wystarczy mi pozór, że kogoś mam. Kogoś z odpowiednią pozycją społeczną.

Przez chwilę przyglądał jej się uważnie. Mógł wstać i wyjść. Prawdopodobnie go obraziła. Sugestią, że powinien kogoś mieć. Sugestią, że nie potrafi samodzielnie sobie kogoś znaleźć.

- Dobrze – rzekł w końcu, ku jej zdumieniu. – Jakie są pani oczekiwania?

Arihnda poprawiła się na swoim krześle. Czuła się jakby podpisywała kontrakt i negocjowała właśnie wyjątkowo korzystne warunki. Była w swoim żywiole.