Actions

Work Header

In the Light of The Five Gods

Chapter Text

Gerard zaczesał długie włosy do tyłu i naciągnął na głowę kaptur. Poranna modlitwa wymagała skromności, a czerwień raczej się z nią kłóciła. Cieszył się, że wybrał akurat to miejsce. Zgromadzenie było mało restrykcyjne w kwestiach wyglądu. Póki nosił habit, mógł mieć na głowie co chciał, sam ojciec przełożony szczycił się potężną czupryną. Gerard nie był naturalnie rudy, ale paranie się niektórymi odłamami magii robiło z jego włosami dziwne rzeczy - siwiał, by zaraz potem wrócić do naturalnie brązowych, robiły mu się czarne i zielonkawe odrosty, które za chwilę znikały na rzecz blondu - a czerwień była jedynym kolorem, który to maskował. Oczywiście mógł jeszcze użyć czerni, ale nie chciał być posądzany o czarną magię, która co prawda w dzisiejszych czasach nie kończyła się stosem, ale wciąż ryzykowało się większą kontrolą, której Way chciał uniknąć. Chociaż... Ray go lubił, może nikt by się nie czepiał.

Wszedł do wspólnej sali, płucząc uprzednio ręce w misie przy wejściu. Woda zabarwiła się delikatnie od tuszu, startych ziół i węgla, którymi ubrudzone były dłonie mężczyzny. Wybrał to życie - życie bez rodziny, seksu i przyziemnych dóbr materialnych, aby być bliżej sztuki i magii. Jak do tej pory, żałował tego tylko raz - gdy zmarli rodzice, a on nie mógł jechać na pogrzeb wspomóc brata. Na szczęście Mikey ma przyjaciół.

Przy długim stole siedziała już większość członków zgromadzenia. Minął milczących mnichów i zajął miejsce u boku ojca przełożonego. Dzień jak co dzień. Odmówili modlitwę, która jak zwykle trwała według Gerarda za długo. Mógłby w tym czasie skończyć tę ikonę z wczoraj. W połowie modłów, Ray wyciągnął pod stołem dłoń i musnął pocieszająco udo Gerarda w wyrazie zrozumienia i solidarności - podobnie jak Way, wybrał tę ścieżkę ze względu na możliwości jakie dawała, a nie z powodu religijnego powołania. Rozmawiali o tym wielokrotnie, zatajając ten fakt przed resztą braci, którzy w Pięciu Bogach widzieli jedyny sens życia. Ray'owi było trudniej. Przewodniczył zgromadzeniu, więc musiał być najbardziej oddany wierze, a zachowanie tego pozoru bywało niezwykle trudne, ale było warto - funkcja ta dawała dostęp do wyższych poziomów magii, którego mógł udzielać także wybranym braciom, mógł uczyć ich zaklęć, które poznawało się jedynie w Głównej Szkole i miał prawo opuszczać klasztor, z czego chętnie korzystał - odwiedzał pałac królewski, rodziny niektórych mnichów i miasto, zapewniając im kontakt ze światem zewnętrznym, plotkami, zmianami i nastrojami politycznymi. Nie miał własnej rodziny, a będąc serdecznym przyjacielem Gerarda, zazwyczaj zatrzymywał się u Way'ów, toteż Mikey i jego żona traktowali go jak kolejnego brata.

Po zakończonej modlitwie rozdano skromny posiłek i Gerard mógł zdjąć kaptur. Czerwone włosy spadły mu na twarz, ściągając tym krzywe spojrzenia części bardziej ortodoksyjnych braci. Zjedli w ciszy, mimo że nie musieli milczeć. Po skończonym śniadaniu, pomodlili się raz jeszcze. Wstali od stołu i rozeszli się do swoich zajęć, jak co dzień. Gerard skierował kroki do swojej pracowni, był wystarczająco zdolny, by nie otrzymywać przydziału zwyczajnych obowiązków, co sprawiło, że - nie licząc Ray'a - nie miał tu przyjaciół. Cholerni religijni hipokryci. Gerard wierzył w Pięciu Bogów, oczywiście, że wierzył, ale nie udawał, że żyje w całkowitej zgodzie z ich zasadami, nie był zaślepiony, a co najważniejsze - wątpił w prawdziwość niektórych dogmatów. Był na przykład przekonany, że każdy z bogów przyzwalał na homoseksualizm - przestudiował wystarczająco dużo ksiąg by mieć pewność, ale król Peter wciąż nie zniósł kary za sodomię, prawdopodobnie ze strachu przed reakcją ludu, który w dużej części składał się z zapatrzonych w fałszerstwa idiotów. Był też pewien, że Pateden nie jest jedynie bogiem dnia i nocy, ale także rozpusty, a Gaad - nie jedynie magii, ale też równowagi między złem, a dobrem, którą mylnie przypisywano Top, w rzeczywistości będącemu opiekunem cierpiących, a nie tylko wojny i pokoju. Fallen One patronował tylko i aż żywiołom, nie mając nic wspólnego z przypisywanym mu cierpieniem. Był też Maecore, do którego Gerard czuł największe przywiązanie. Według niego i wielu innych wyznawców był to opiekun miłości, zmarłych i życia po śmierci. Według mitów sam bóg jest martwy, więc łatwiej mu pomagać tym, którzy odeszli z tego świata.

Dlatego Gerardowi najłatwiej było w niego uwierzyć. Kiedyś był na granicy śmierci, jeśli już nie za nią. I nie chciał doświadczać tego ponownie.

 

Chapter Text

Piątek był dniem wolnym, więc większość braci oddawała się swoim zajęciom i hobby, a tylko Gerard siedział w pracowni. Większość traktowała to zajęcie jak pracę i obowiązek, ale nie on - w końcu tylko dla sztuki wdział habit. W piątki nie mieli też żadnych mieszczan przyjeżdżających po nauki i rady, choć nawet gdyby byli, Gerard rzadko się tym zajmował. Był kiepskim nauczycielem.

Way po całym dniu spędzonym w dusznej sali poszedł tylko na kolację, a po niej od razu wrócił do pracowni. Miał kiepski nastrój, a praca go uspokajała, więc często spędzał tutaj cały swój czas, nie wychodząc nawet na posiłki.

Dźwięk otwieranych drzwi wyrwał go z twórczego otępienia. Gerard zdziwił się, że ktokolwiek tu zagląda w wolny dzień, ale zaskoczenie osłabło gdy zobaczył Ray'a. Chociaż on z racji swojego stanowiska bywał tu jeszcze rzadziej.

- Co cię sprowadza? - zapytał Way.

- Siedzisz tutaj od rana. Pewnie tego nie czujesz, ale udusisz się przez ten zapach. Wyjdź, pooddychaj - powiedział spokojnym, ale nieznoszącym sprzeciwu głosem. Zapach ziół był intensywny, a Gerard nawet nie wpadł na to, żeby wywietrzyć pracownię.

- Dobrze... - westchnął Way. Wytarł ręce i wsadził pędzle do wody, leniwie stosując się do polecenia.

- Daj sobie na dzisiaj spokój - dodał mężczyzna, widząc, że Gerard zostawia rzeczy do ponownego użytku. - Zrobiłeś dzisiaj więcej niż inni w ciągu tygodnia.

Way spojrzał na niego z miną cierpiętnika, ale zaczął chować sprzęt.

Ray tylko pokręcił głowa i poczekał aż Gerard wszystko schowa i wyjdzie. Byłoby to do niego podobne, gdyby wrócił do pracy gdy tylko Ray spuści go z oczu.

Pracownia miała drzwi wychodzące na część klasztornego ogrodu zamkniętej dla zwykłych ludzi. Ogród był mały, bardzo zarośnięty, było w nim mnóstwo ziół, których używano do tworzenia farb, leków i rytuałów. To było jedyne miejsce bez murów, jedyny kontakt z wolnością, ale wokół nie było niczego. Klasztor znajdował się na granicy z Eastgroom, w którym od kilkudziesięciu lat toczyła się wojna domowa, a ogród był otwarty właśnie na tę stronę. Przez swoje położenie byli narażeni na ewentualny atak, a król poprosił ich, by w razie zagrożenia jak najszybciej dali znać. Do najbliższych domów w kraju było pół dnia pieszej wędrówki, a do zabudowań za granicą pół dnia szybkiej jazdy konnej przez mało przyjazne, dzikie tereny.

Gerard przeszedł się wzdłuż ogrodu, aż doszedł do kamieni, na których można było usiąść i skąd było widać rozległe łąki z lasami po jednej stronie. Księżyc oświetlał trawy, nadając wszystkiemu trochę upiorny wygląd.

Gerard schylił się po zwiędnięty listek, który leżał przy głazie i delikatnie pogładził jego powierzchnię opuszkami. Ciekawe czy pamiętał jeszcze to, czego nauczył się przez te wszystkie lata... Ukrył listek między dłońmi, przymknął oczy i spróbował się skupić. Przez jego ciało przeszła fala, która zatrzymała się przy skórze głowy. Ta sama energia, to samo uczucie, które przez wiele lat bawiło się kolorem jego włosów. Teraz prawdopodobnie też by na niego wpłynęła, ale farba, którą sam stworzył, była odporna na każdy rodzaj magii.

Rozdzielił dłonie i wcześniej suchy, brązowy liść wyprostował się i nabrał zielonej barwy. Czyli dalej pamiętał jak to się robi... Wspomnienie wczesnej młodości zalały jego umysł. Uczucie satysfakcji jakiej nigdy wcześniej i później nie czuł, poczucia siły i niezwyciężoności przeplatały się z bólem i koszmarem jakiego nie chciał więcej doświadczyć.

Kątem oka dostrzegł ruch od strony pola. Ciemna sylwetka zbliżała się w stronę klasztoru i nie była daleko. Gerard poczuł narastającą panikę. Co jeśli widział, co zrobił? Magia nie wszędzie była akceptowana, nigdy też nie korzystano z niej publicznie, tylko w jakichś drobnych pracach, a użyty przez Way'a rodzaj był surowo zakazany, nawet po reformach króla Petera, bo naruszał naturalne prawa. Był gorszy od najczerniejszej z czarnych magii, włosy po nim były białe jak śmierć we własnej osobie. Starał się uspokoić - osoba była zbyt daleko, by coś zauważyć... prawda? Nie był w stanie dostrzec twarzy postaci, ale poruszała się ona ciężko, jakby ten ktoś był ranny.

Człowiek podszedł wystarczająco blisko i Gerard rozpoznał, że to mężczyzna. Im bliżej był klasztoru, tym bardziej się potykał, aż w końcu upadł. Way podbiegł do niego, gdy przybysz dalej usiłował się podnieść. Przestraszył się, gdy Gerard spróbował mu pomóc, ale dostrzegłszy habit, uspokoił się.

Gerard zarzucił sobie ramię mężczyzny na szyję i zaprowadził go do ogrodu, niemalże go niosąc. Niedaleko siedziska paliła się latarnia, więc dopiero wtedy mógł przyjrzeć się obcemu. Posadził go na jednym z płaskich kamieni.

Był zakrwawiony. Czarny materiał miał w wielu miejscach ciemniejsze plamy, był sztywny od zaschniętej posoki. Przez ramię miał przewieszony sznur, na którym wisiała giterna, ale w dziwny sposób przerobiona. Ciemne włosy zakrywające mu pół twarzy były posklejane i potargane.

Gerard poczuł się zagubiony. Co powinien teraz zrobić? Zawołać kogoś czy najpierw mu pomóc, a potem iść do Ray'a?

- To nie moja krew - powiedział słabo przybysz, podnosząc piwno-zielone oczy na Way'a.

- Chyba jednak twoja - stwierdził i lekko dotknął barku mężczyzny. Przez zagłębienie przy szyi przechodziła długa rana, której kolor zlewał się w czarnym ubraniem i wszechobecną krwią. Obcy sięgnął w stronę wskazanego miejsca i syknął, gdy go dotknął.

- Poczekaj - powiedział Gerard i szybko pobiegł do pracowni. Wziął misę z czystą wodą, kawałek materiału, kawałek chleba i wrócił do ogrodu.

Nieznajomy odstawił instrument na ziemię z pilną ostrożnością i zbolałym jękiem wywołanym tym ruchem. Spojrzał pustym, zmęczonym wzrokiem na trzymającego misę Gerarda.

- Zdejmij, jakbyś mógł - poprosił go czerwonowłosy, wskazując na koszulę. Mężczyzna z trudem wykonał polecenie. Unoszenie rannego ramienia sprawiało mu dużo bólu.

Dopiero teraz Gerard dostrzegł tatuaże. Obcy miał je na klatce piersiowej i całych ramionach, wcześniej zakrytych rękawami. Kolorowe wzory pokrywały większą część ciała przybysza, kończyły się dopiero na palcach, czego wcześniej nie zauważył, bo uznał je za plamy krwi. Mężczyzna przeczesał włosy odsłaniając kolejny tatuaż, na szyi. Inni mnisi nie będą zadowoleni z jego obecności. Way zagryzł z niepokojem wargi.

Najpierw napoił obcego i dał mu chleba, a następnie zmoczył materiał i delikatnie przetarł ranę. Z krzewu obok nich zerwał kilka liści, porozrywał je na małe kawałki, położył na rozcięciu i pokropił wodą. Potem zaczął wycierać zaschniętą na całym ciele nieznajomego krew, a mężczyzna nie protestował. Był tak zmęczony i słaby, że siedząc, zaczął się chwiać i Gerard bał się, że zaraz zaśnie albo zemdleje.

- Hej, nie śpij - powiedział głośno, gdy mężczyzna niebezpiecznie się przechylił. - Jak masz na imię?

- Frank. - Zamrugał kilkakrotnie oczami.

- Gerard. Skąd jesteś? - Ostrożnie obmył mniejsze zadrapania na żebrach.

- Nie stąd. - Uśmiechnął się tajemniczo. Następnie kiwnął lekko głowę w stronę granicy. - Nie stamtąd. Znikąd. Zewsząd.

Gerard przełknął ślinę. Mnisi zdecydowanie go nie polubią. Zacisnął szczękę i po chwili milczenia postanowił zapytać o co innego.

- Ktoś cię zaatakował?

- Było dwóch rycerzy, zwolenników Bride... Ale byli pijani i bez zbroi, więc udało mi się uciec. Chyba jednego zabiłem... nie pamiętam. Chyba wzięli mnie za kogoś z Groom i zaatakowali. Jakby ktokolwiek w tym zapchlonym, pełnym hipokrytów państwie nosił tyle tatuaży - prychnął gniewnie. - Ten drugi przez jakiś czas mnie gonił, nie wiem kiedy odpuścił, czy w ogóle odpuścił - starał się utrzymać dziarski ton głosu i wyglądać w miarę pozytywnie i nawet mu się to udawało. - Nawet nie wiem skąd dokładnie przyszedłem.

- Nie masz domu? - Gerard zmarszczył lekko brwi. Podobało mu się to coraz mniej, ale klasztor nie mógł odmówić pomocy proszącym o nią. Chociaż w sumie... mężczyzna o nią nie poprosił. Way sam mu jej udzielił, całkowicie odruchowo i co najdziwniejsze, coś w tym mężczyźnie nie pozwalało mu postępować inaczej. Zupełnie jakby był pod wpływem jakiegoś lekkiego uroku, ale było to niemożliwe, miał za duże doświadczenie, aby nie odczuć czaru rzucanego przez rannego, przemęczonego kurdupla.

- Jestem wędrownym bardem. Rodzinę straciłem dawno temu i podróżuję gdzie popadnie - powiedział zwyczajnie, jakby o rodzinie już dawno nie pamiętał. Było to dziwne, bo nie mógł być dużo starszy od Gerarda, prawdopodobnie byli w zbliżonym wieku, a 32 wiosny to nie jest wiek, w którym jest się aż tak pogodzonym ze stratą, chyba że doszło do niej, gdy Frank miał tylko kilka lat.

Gerard wyczyścił największe plamy krwi, zebrał listki z rany i wrócił do pracowni po czysty materiał. Zebrał kolejne liście i zrobił mały opatrunek na rozcięciu. Frank zadrżał przy mocniejszym podmuchu i Way uświadomił sobie, że nie może go tu zostawić mokrego i nie powinien go prowadzić w takim stanie po klasztorze. Inni bracia mogliby protestować na widok jego tatuaży. Gerard zdjął swój habit zostając jedynie w spodniach i pomógł Frankowi go narzucić. Czerwone włosy łaskotały go w nagi kark. Poczuł na sobie palące spojrzenie i zdał sobie sprawę, że mężczyzna gapi się na jego nagą, bladą, pokrytą ledwo widocznymi bliznami klatkę piersiową i nagle się zawstydził. Otrząsnął się jednak szybko i przypomniał sobie wszystkie rzeczy, za które można wylecieć z klasztoru. Nie było tam nic o chodzeniu bez habitu, a i tak mają go za dziwaka, więc co mu za różnica, czy będą uważać go za jeszcze większego?

- Jesteś w stanie iść? - zapytał.

- Chyba tak. Weź proszę moją giternę, nie lubię się z nią rozstawać.

Gerard pomógł mu wstać, chwycił instrument i szedł wystarczająco blisko, by w razie potrzeby złapać Franka, gdyby ten zasłabł. Otworzył drzwi do pracowni i dopiero wtedy Way zrozumiał, co Ray miał na myśli, mówiąc o zapachu. Nie zamknął ich, żeby się wywietrzyło i następnego dnia nikt nie marudził, że nie powinien pracować w takich warunkach. Wyszli na korytarz, kierując się powoli w stronę gabinetu Ray'a, który znajdował się w przeciwległym skrzydle.

Frank trzymał się całkiem dobrze. Szedł powoli i lekko przygarbiony, ale prostował się gdy tylko kogoś mijali. Gerard całkiem ignorował krzywe spojrzenia współbraci kierowane w ich stronę.

- Dobrze podejrzewam, że cię tu nie lubią? - zauważył Frank, gdy mijali kolejnego mnicha.

- Niezbyt - przyznał z uśmiechem Way. - Głównie przez plotki, inne podejście do wiary i włosy.

- Co jest niby nie tak z twoimi włosami?

- Kolor. Musiałem zakryć przedwczesne siwienie. Pechowe geny, dużo stresów - zaśmiał się.

- Mnie tam się podobają.

- Dzięki - wymamrotał, nagle zakłopotany.

- Jakie plotki? - zapytał Frank po chwili milczenia.

- W większości prawdziwe - odpowiedział tylko Gerard, gryząc się w język zanim dodałby coś zbyt osobistego. - Nieważne.

- Jesteś wampirem, czy jak?

- Jesteś świadom, że wampiry nie istnieją, prawda? - Z niezrozumiałych przyczyn, Way'owi rozmawiało się z mężczyzną bardzo łatwo, jakby znali się dużo dłużej, niż te kilka niezręcznych minut. A może Gerard był po prostu zbyt samotny.

- Jasne - prychnął.

- Zachowujesz się jak mój brat podczas rozmowy o jednorożcach.

Dotarli do ciężkich, dębowych drzwi. Gerard zastukał prostą kołatką, nagle się stresując.

- Proszę! - Głos Ray'a był spokojny, ale silny. Way nacisnął klamkę i pchnął drewno, wchodząc tym samym do niedużej celi pełnej książek z wielkim biurkiem po środku. W drewnianym, ciemnym krześle siedział Ray, z lokami swobodnie opadającymi na ramiona okryte habitem. Przed nim leżała księga, którą zamknął widząc gości. - Gee, czy ty nie możesz nawet jednego dnia spędzić spokojnie?

- Ray... to znaczy... Ojcze przełożony - poprawił się słysząc kroki w końcu korytarza. - Mamy rannego proszącego o azyl.

No właśnie, czy aby na pewno? Mężczyzna otwarcie o nic nie poprosił, co jeśli Gerard wszystko nadinterpretował i Frank go wyśmieje, podziękuje za bandaż i wyjdzie? Way zaniepokoił się. Sporo ryzykował prowadząc wytatuowanego obcego przez cały klasztor, w dodatku będąc półnago. Oficjalnie nic mu za to nie groziło, ale nie był zbyt lubiany, a gdyby ktoś zaczął grzebać w jego przeszłości... Chociaż Ray obiecał go chronić... Tak czy inaczej lepiej było nie ryzykować. Ale teraz czasu już nie cofnie. Chociaż w sumie trochę by się pomęczył i mógłby cofnąć, ale to byłoby jeszcze większe ryzyko niż to co zrobił.

- Niech wejdzie. - Odsunął księgę na bok biurka, a Gerard przepuścił Franka w wejściu. Korytarzem przeszedł kolejny mnich, który obrzucił ich pogardliwym spojrzeniem, więc Way z satysfakcją zatrzasnął przed nim drzwi.

Ray obrzucił strój muzyka zmęczonym wzrokiem jakby nie było to dla niego nic dziwnego i wskazał krzesło. Gerard stanął obok niego, nie tylko dlatego, że inne krzesło stało pod ścianą i musiałby je przynosić, co będąc sam na sam z mężczyzną by zrobił, a po to, aby przed Frankiem uwydatnić autorytet Ray'a. Skoro przełożony jemu nie kazał usiąść, to nie usiądzie. Odstawił jedynie giternę.

- Co cię tu sprowadza?

- Tak jak Gerard powiedział... Chciałbym prosić o azyl. Odkąd straciłem rodzinę bez przerwy podróżuję, ostatnio zostałem zaatakowany, a Gerard mi pomógł...

- Rozumiem, że chciałbyś tu zostać na stałe?

Na sekundę zapadła cisza jakby Frank analizował zadane pytanie.

- Jeśli bym mógł to przynajmniej na jakiś czas. Kilka miesięcy. Nie mam aktualnie siły żyć w drodze i chciałbym się gdzieś zatrzymać na dłużej niż kilka dni. Nikogo nie znam, a nie wiem, gdzie mógłbym zostać.

- Mamy parę wolnych miejsc, więc nie widzę przeszkód. - Ray zmierzył obu mężczyzn badawczym spojrzeniem. - Podejrzewam, że nie widzi ci się chodzenie w habicie?

- Jeśli mógłbym tego uniknąć...

- Powinniśmy mieć jakieś zwykłe ubrania. Gerard, zaprowadziłbyś go do celi? Z tego co pamiętam to koło ciebie były wolne.

- Jestem tak lubiany, że wszyscy zostawiają mi dużo miejsca do życia. - Uśmiechnął się trochę smutnym uśmiechem, ale chyba nie chciałby tego zmieniać. Tak było lepiej i bezpieczniej dla obu stron.

- I weź ubrania. Są tam gdzie wszystkie. I ubierz się - rzucił na koniec. - Przyjdź później - dodał ciszej, gdy Frank wyszedł z pomieszczenia i nie mógł go usłyszeć.

Gerard wyszedł na korytarz i zamknął drzwi.

- Teraz kolejny spacer - zapowiedział.

- Daleko? - zapytał mężczyzna z nadzieją na przeczącą odpowiedź w głosie.

- Nie, ale będą schody do pokonania. Słabo ci?

- Nie. - Wziął głęboki oddech, zaprzeczający jego słowom.

Szli wolniej, a Way trzymał się jeszcze bliżej, bo Frank chwiał się coraz bardziej. Na schodach chciał go wziąć na ręce i przenieść, ale powstrzymał się, gdy usłyszał w oddali echo kroków. W klasztorze było na tyle mało osób, że wszyscy dobrze się znali, więc zagadka, jaką był Gerard, budziła niepokój, a po takiej scenie tym bardziej ktoś mógłby zacząć szukać o nim informacji.

Dotarli na szczyt. Frank prawdopodobnie miał coś z nogą, bo zaczął kuleć. Gerard nie chciał, żeby dalej się męczył. Na korytarzu panowała cisza, a do celi, do której chciał dojść, było blisko.

- Podskocz trochę, już cię zaniosę - nakazał i ku jego zaskoczeniu mężczyzna nie zaprotestował i od razu wykonał polecenie. Oparł się głową o jego ramię jakby miał zaraz zasnąć.

- Nie śpij jeszcze. Kiedy ostatnio spałeś?

- Jak uciekałem... to w jakieś trzy dni może będzie godzina. - Gwałtownie podniósł głowę, powieki same mu opadały.

- A wcześniej?

- Zwykle sypiam po parę godzin. Życie w ruchu nie sprzyja długiemu leżakowaniu.

- Może teraz zaczniesz normalnie sypiać.

Dotarli do celi. Frank był lekki, ale Gerard spodziewał się tego po wzroście mężczyzny. Powoli opuścił go na ziemię.

- To twoje mieszkanie. Ja mieszkam obok. - Wskazał na sąsiednie drzwi. - Najbliższych sąsiadów mamy naprzeciwko schodów.

- Sześć wolnych pokoi - policzył Frank. - Rzeczywiście cię lubią.

- Ma to swoje plusy.

Frank wszedł do celi i upadł na łóżko. Powstrzymywał się ze wszystkich sił, by natychmiast się nie położyć i nie zasnąć i było to widać.

- Zaraz przyniosę ci ubrania i jutro spojrzę na twoją nogę, bo wydaje mi się, że coś z nią nie tak. I pogadamy porządniej, nie tak jak teraz. - Obaj uśmiechnęli się. - Jakbyś w nocy czegoś potrzebował albo coś z raną było nie tak, to wiesz gdzie mnie szukać. Ale opatrunek powinien do rana dotrwać i rana nie wyglądała na poważną. - Za długo gadał, bo Frank powoli zaczynał odpływać. - Zaraz wrócę.

Wyszedł z celi i poszedł do pokoju, w którym trzymali zapasowe habity, lekkie spodnie i koszule. Nie bawił się we wracanie do siebie po ubranie tylko wolnym truchtem przebiegł w obie strony. Wziął pięć zestawów ubrań, ale nikt nie powinien odczuć straty - prawie nigdy nie były używane, a w razie potrzeby zostało jeszcze trochę. Wrócił do Franka, ale ten już zasnął. Oddychał ciężko i głęboko. Odłożył ubranie na ławę obok łóżka, przykrył mężczyznę kocem i po cichu wyszedł.

Zgodnie z poleceniem Ray'a wrócił do niego, ale wcześniej ubrał się w swój drugi habit. Zapukał do gabinetu i po zaproszeniu wszedł.

- Chciałeś żebym przyszedł.

- Chyba mi się nie dziwisz, to dosyć nietypowa sytuacja.

- Wiem. Jak wyszedłem to zobaczyłem jak idzie, a bardziej próbuje iść... Był ranny, więc go opatrzyłem i cały był we krwi...

- Ale musiałeś latać półnago po klasztorze? Już i tak mają cię za dziwaka...

- Nie mogłem go zostawić mokrego na dworze, bo by zamarzł. Chciałem od razu przyprowadzić go do ciebie, a nie biegać tam i z powrotem. Poza tym był ścigany, było ryzyko, że go znajdą.

- Ścigany?

- Mówił, że go zaatakowano i potem, jak uciekł, ścigano. Nie chciałem wyciągać z niego teraz więcej informacji, bo jest wyczerpany i jak poszedłem po ubrania to zasnął. Porozmawiam z nim o wszystkim jutro, jak odpocznie.

- Dobrze... Następnym razem, proszę cię, nie zwracaj na siebie aż takiej uwagi. Już wystarczająco niektórzy cię nie lubią.

- Wiem, Ray, wiem... Ale nawet jakbym chciał ocieplić z kimś relacje to prawdopodobnie nikogo by nawet to nie interesowało.

- Miej na niego oko. To, że może wyglądać miło nie znaczy, że taki jest. Uważaj na niego przynajmniej przez pierwsze tygodnie. Bądź jego przewodnikiem tutaj.

- Oczywiście. Coś jeszcze?

- Powiedz mu żeby chował tatuaże. Szczególnie te na dłoniach.

- Powiem.

- I zabierz stąd giternę.

Gerard chwycił instrument. Wracając do cel przewiesił go przez głowę i lekko trącał struny. Brzmiała jak zwykła giterna, miała tylko udziwniony kształt pudła, trochę bardziej okrągły, z lekkim wygięciem po jednej stronie. Zostawił ją obok ubrań w pokoju mężczyzny, który dalej spał w pozycji, w jakiej go zostawił i wrócił do siebie. Musi przyciąć włosy i zafarbować odrosty przed wieczorną modlitwą.

 

 

Chapter Text

- Ryan, kochany, widziałeś mój czarny cień?

- Zostawiłeś za barem, Brendon - rzucił obojętnie Ross. Wycierał cierpliwie stoły, bo mimo bycia właścicielem tego szatańskiego padołu, a więc i jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych osób w mieście, lubił przykładać rękę do wyglądu lokalu. Spencer zawsze się temu dziwił i próbował uczyć go rachunkowości, odciągając go od przebywania za ladą, ale Ryan wolał się nie mieszać do cyferek. Przynajmniej Walker go rozumiał.

- Jon, przynieś jeszcze jedną beczkę - rzucił do pracownika. - Czuję, że dzisiaj będziemy mieć ruch.

- Oczywiście, że będziemy mieć ruch. Występuję dzisiaj - powiedział Brendon z irytującą pewnością siebie. W tej swojej błyszczącej koszuli z dekoltem i ciasnych, wiązanych spodniach wyglądał naprawdę dobrze. Nic dziwnego, że był jedną z najdroższych męskich kurtyzan w mieście. Ryan miał szczęście, że Urie pracował akurat u niego.

- Harfa, fletnia czy lutnia?

- Lutnia. - Brendon nawet nie uniósł wzroku znad swoich paznokci. Ryan westchnął i poszedł na zaplecze po instrument, po czym postawił go na niewielkim podniesieniu, które służyło za scenę. Kurtyzana i muzyk w jednym, skąd on się wziął. Zerknął na mężczyznę ze zmęczoną ciekawością. Wielokrotnie próbował coś z niego wyciągnąć i nigdy nie dowiedział się niczego konkretnego. Próbował nawet dotrzeć przez swoje kontakty do królewskich archiwów, ale nic to nie dało. Brendon Boyd Urie, znany szerzej jako Beebo - albo Najlepsza Męska Kurtyzana W Stolicy - był jedną wielką zagadką.

- Ryan, założyć czerwień czy złoto? - zapytał nagle brunet, dopijając wino.

- Czerń - odpowiedział mechanicznie. - Pasuje ci do oczu.

Brendon uśmiechnął się, traktując to jak komplement i przesunął wzrokiem po ciele Ryana, który poczuł się nagi i bezbronny. Jak on tego nienawidził. Ross zacisnął gniewnie szczęki, gdy Urie wrócił do piłowania paznokci z tym swoim kpiącym wyrazem twarzy. Zero szacunku i zahamowań. Jak on go nienawidził.

- Ryan. - Spencer wychylił głowę z zaplecza. - Chodź na chwilę.

Mężczyzna skinął głową i poszedł do gabinetu Smitha. Jon ścierał drewnianą podłogę, a Beebo wciąż piłował w skupieniu pazokcie. Gdy Ross wyszedł, spojrzał za nim smutno. Jego szef był zdolny, bogaty, miał możliwości, znajomości i wystarczającą urodę by osiągnąć wielkie rzeczy na skalę kraju, ale tego nie dostrzegał. Wolał żyć komfortowo z tym, co miał. Brendon był przekonany, że w wolnym czasie użala się nad sobą i płacze w poduszkę. Nie żeby on sam tak nie robił. Lubił swoją pracę, każdy jej aspekt, nawet jeśli była ryzykowna, ale ile można tak żyć? Był jeszcze młody, ale zaczął bardzo wcześnie i szczerze mówiąc, bycie burdelpapą i najlepszą dziwką zaczynało go nudzić. Było go stać na więcej, a już na pewno był w stanie kochać, wbrew temu, co sądzono o takich jak on.

Brendon spojrzał na paznokcie. Ryan go nie lubi, wręcz nienawidzi. Nie wywalił go ze swojego życia tylko dlatego, że przynosi największe dochody. Nie umiał sprawić, żeby Ross był wobec niego ciut cieplejszy, niekoniecznie aby traktował go jak klienci, ale żeby był w stosunku do niego równie przyjazny jak wobec Spencera czy nawet Jona. Brendon nie umiał przekonać do siebie swojego szefa, a zachowywał się przecież w sposób, który każdego innego mężczyznę lub kobietę owinąłby wokół palca. Skorzystał już chyba ze wszystkich swoich umiejętności, a Ryan jak go nie cierpiał, tak dalej nie cierpi. Jeśli nie bardziej.

Do drzwi ktoś zapukał. Zapadał zmrok. Pierwsi klienci. Brendon poszedł do swojej niewielkiej garderoby się przygotować, a Jon po Ryana, żeby ten otworzył i rozdzielił pracownikom zadania.

Brendon, zgodnie z radą Ryana, założył najlepsze czarne ubranie jakie znalazł. Słyszał jak w głównej sali schodzi się coraz więcej ludzi. Pomalował oczy czarnym cieniem najlepiej jak potrafił. Jego makijaże nie mogły się równać z charakteryzacjami robionymi przez Ryana na specjalne okazje, ale nie były najgorsze.

Do garderoby wszedł Ross. Na moment znieruchomiał, przyglądając się Brendonowi od stóp do głów z delikatnie zaciśniętą szczęką.

- Możesz wychodzić - powiedział martwym tonem i wyszedł.

Urie poczuł się przybity, że Ross nie zareagował na jego wygląd i to, jak bardzo się postarał. Nie umiał do niego dotrzeć, nie umiał sprawić, żeby Ryan chociaż trochę go polubił. Z poczuciem porażki spojrzał na siebie w lustrze ostatni raz, poprawiając opadające na czoło ciemne włosy i wyszedł na scenę. Rozległy się głośne brawa od strony widowni. Brendon usiadł między dwoma trójnogami z latarniami, rzucającymi ciepłe światło i dodającymi występowi intymnej atmosfery.

Urie nie miał dzisiaj humoru na bycie przyjaznym showmanem. Wolał zostać tajemniczym uwodzicielem. Bez słowa wziął instrument i zajął swoje miejsce. Obrzucił widownię spojrzeniem i złapał kontakt wzrokowy z Ryanem. Zaczął grać spokojną melodię i śpiewać. Usłyszał zachwycony szmer widowni, westchnięcia, momentalnie uciszone szepty. Cała sala była jego. Ale Ross patrzył na niego bez wyrazu jeszcze tylko chwilę, po czym opuścił wzrok, odwrócił się i wrócił do pracy.

Brendon poczuł się pokonany.

Ryan uwielbiał słuchać występów Brendona, ale nigdy by się do tego nie przyznał. Długo mu zajęło przyznanie tego nawet przed samym sobą. W trakcie koncertu starał się być gdzieś w głównej sali i obserwować scenę kątem oka. Urie miał niesamowity głos, potrafił grać na chyba każdym istniejącym instrumencie, był charyzmatyczny i wszyscy go lubili, a wyglądem przypominał boga. Mógł porozmawiać z każdym i każdy wspominałby to bardzo miło. A na scenie kradł uwagę wszystkich, nawet tych, którzy przyszli do lokalu tylko się napić, początkowo niezainteresowani jego występem. W kwestii seksualnej był wystarczająco dobry, by wielu klientów do niego wracało, jeśli tylko było ich na niego stać. Wydawał się ideałem mężczyzny, ale to, co Ryana odrzucało to jego arogancja i skrajna pewność siebie. Pomimo tego, że Brendon był inteligentny i utalentowany, wydawał mu się pozbawiony głębi. Jakby cała jego tajemniczość skrywała pustą skorupę człowieka bez wartości. Nie chciał tak o nim myśleć, lubił wierzyć, że jego najlepsza kurtyzana jest kimś więcej, niż kolejną dobrą dziwką, ale Urie nigdy nie dał się poznać, a swoim zachowaniem utrwalał wizję pustego dupka.

Mieli chwilę przerwy, bo niewiele osób coś zamawiało czy kogoś wynajmowało. Wszyscy byli skupieni na grze Brendona, więc przy ladzie pojawiało się może pięciu klientów w trakcie całego występu. Osoby do wynajęcia stały w oświetlonych kątach i czekały, aż gwiazda wieczoru skończy. Chyba że Brendon miał wesoły nastrój i grał skoczną muzykę - wtedy widownia tańczyła, często biorąc kurtyzany do tańca.

Ryan stał przy barze i obsłużył dopiero trzy osoby, które chciały coś zamówić do umilenia występu. W pewnym momencie podszedł do niego jakiś arystokrata, lub może wyjątkowo bogaty mieszczanin, którego Ross nie znał, mimo swoich licznych kontaktów. Był bardzo wysoki i szczupły, z twarzą pozornie bez wyrazu. Delikatne, wąskie usta wykrzywione były w lekkim, nerwowym uśmiechu, mającym sprawiać wrażenie obojętności, ale w błękitnych oczach skrywał się mroczny upór, mimo którego facet wydawał się sympatyczny, co było zadziwiająco przerażającą kombinacją. Ryana zmroziło. Mężczyzna był przystojny, ale nie wulgarnie seksowny jak Brendon, a bardziej pociągająco tajemniczy. Mógł się podobać. Oj, zdecydowanie mógł się podobać.

- Czy można wynająć tego mężczyznę? - zapytał wskazując skinieniem głowy w stronę sceny. Brązowe, przydługie włosy zatańczyły mu przy tym wokół twarzy.

Ross poczuł nagłe ukłucie zazdrości. Nigdy nie będzie tak atrakcyjny.

Gdy przychodził ktoś nowy, zawsze pytano przy barze o to samo. Stali bywalcy często podchodzili od razu do Brendona, więc osoby pytające o wynajęcie przy ladzie miały pierwszeństwo.

- Można - odpowiedział ignorując uporczywe uczucie. - Ale jest najdroższy ze wszystkich dostępnych u nas osób...

- Cena nie jest dla mnie istotna. Wynająłbym go na dwie-trzy godziny.

Ryan skinął głową i machnął ręką, żeby zwrócić na siebie uwagę Brendona. Ten wiedział, że powinien być czujny na sygnały ze strony baru, który był naprzeciwko sceny, za widownią i od razu skinął kiwnął na znak, że rozumie znak.

- Gdy skończy, będzie można z nim porozmawiać - odpowiedział sucho Ryan. Nigdy nie zwracał się z należnym szacunkiem do osób z arystokracji, ale nie był też w stosunku do nich chamski. Starał się sprawiać wrażenie zimnego, wyrachowanego właściciela burdelu, świadomego swoich wpływów i znaczenia. Nigdy nikt się na to nie skarżył, więc nie widział powodu by się zmieniać.

Brendon zagrał jeszcze kilka utworów, ukłonił się i zszedł ze sceny. Widownia zaczęła klaskać, niektórzy podeszli do baru i pracownicy rzucili się do obsługi. Ryan widział jak Urie również kieruje się w jego stronę, ale ktoś go zatrzymał. Z przepraszającym uśmiechem odpowiedział rozmówcy i podszedł do nich. Pewnie ktoś chciał go wynająć, ale Brendon był już zajęty. Ross skinął w stronę mężczyzny, który z nim wcześniej rozmawiał i zajął się obsługiwaniem innych klientów. Kątem oka obserwował flirt Brendona z nieznajomym i potem jak znikali za drzwiami, za którymi były pokoje i poczuł zazdrość zalewającą mu żołądek. Jeden z młodszych pracowników szturchnął go w ramię, gdy wpatrywał się w przestrzeń o moment za długo.

- Szefie? Wszystko w porządku? - zapytał nieśmiało chłopak.

- Tak, wracaj do pracy. - Ryan wyszedł zza baru i wymknął się cicho na zaplecze. Po drodze zauważył, że Jon już usiadł w kącie i zaczął grać muzykę bez wyrazu, która miała stanowić przygrywkę do picia.

- Spencer - zawołał pracownika. - Przejdź się po pokojach i zobacz, czy nic się nie dzieje.

Smith kiwnął głową i wstał od drewnianego biurka, przy którym spędzał większość czasu.

Jak każdy szanujący się burdel, lokal Ryana miał specjalny korytarz, z którego można było podglądać pokoje wynajęte przez klientów. Kiedyś robił to Ross, bo czuł się w obowiązku pilnować interes i miał w tym krztynę własnej przyjemności. Poza tym czasami zdarzały się śmieszne sytuacje. Przykre było dla niego, jak klienci wynajmowali kogoś tylko po to, żeby porozmawiać o drobiazgach albo poleżeć w ciszy przytulonym do innego człowieka. Raz widział jak klient arystokratycznego pochodzenia siedział na podłodze przytulony do nóg kurtyzany i płakał opowiadając o tym, jak zniszczył sobie życie i nie ma prawdziwych przyjaciół, którzy nie przebywaliby w jego towarzystwie tylko ze względu na jego pozycję, a ona głaskała go po głowie i pocieszała. Ryan był bardzo wybredny, gdy zatrudniał kurtyzany. Poza seksem i wyglądem, zwracał uwagę na inteligencję i inne umiejętności. Przez jakiś czas obserwował jak sobie radzą. Jednak od dłuższego czasu jego życie seksualne nie było ani trochę bogate i chodzenie w tamto miejsce sprawiało, że czuł się lekko przybity, więc teraz zapuszczał się tam tylko gdy zatrudnił kogoś nowego. Chociaż nawet wtedy zwykle wyręczał się innymi, byle uniknąć tego obowiązku. Spencer albo Jon pilnowali porządku, a kontrolę jak sobie radzą nowi zostawił profesjonaliście, czyli Brendonowi. On jako jedyny z kurtyzan wiedział, że takie miejsce istnieje, chociaż reszta prawdopodobnie się tego domyślała, w każdym razie tylko on wiedział też jak tam wejść.

Spencer wrócił szybko, obchód nigdy nie zajmował mu dużo czasu, bo na każdy pokój poświęcał tylko tyle czasu, ile musiał, podglądanie innych nie sprawiało mu ani trochę radości. Nie wywoływało w nim też traumy, więc Ryan często to jego wysyłał. Przekazał, że nic specjalnego się nie działo. Rossa nieco uspokoiła ta wiadomość, więc wrócił na salę i z większym rozluźnieniem obsługiwał gości przy barze. Smith w tym czasie wrócił na zaplecze do papierkowej roboty, której zawsze mieli mnóstwo. Jon poszedł po kolejną beczkę, bo pierwszą opróżnili już do połowy, a o tej godzinie większość gości już nie przejmowała się muzyką w tle. Potem pomagał szefowi i dwóm innym pracownikom przy ladzie, bo ruch, zgodnie z przewidywaniami Ryana i Brendona, mieli bardzo duży.

Nagle z kolejki klientów obsługiwanych przez Rossa wyłonił się Urie oraz wysoki arystokrata, którego widział wcześniej.

- Nalej mi, proszę, dwa kufle piwa - rzucił Brendon do Jona, który zajął się nalewaniem napoju i podawaniem wszystkiego Ryanowi. Bez słowa spełnił prośbę mężczyzny i wrócił do obsługi innych klientów.

Wynajmując Brendona i płacąc tak wysoką cenę, można było skorzystać z darmowego alkoholu, ale tylko jeśli Brendon się na to zgodzi. Z reguły nie było to jego widzimisię tylko profesjonalnym, obiektywnym okiem oceniał, czy klient zasłużył. Nawet nie jakością seksu, tylko kulturalnym zachowaniem, okazywaniem zwyczajnego szacunku i po prostu nie byciem dupkiem Jeśli klient go wkurzył to nie proponował mu piwa, tylko żegnał się uprzejmie i czekał na decyzję Ryana, czy ma przyjąć dziś kogoś jeszcze.

Brendon i jego towarzysz usiedli przy barze na dwóch wysokich krzesłach i pogrążyli się w rozmowie. Ryan nieznacznie przesunął się w ich stronę i starał się podsłuchać chociaż fragment tego, co mówią, jednak zwracali się do siebie zbyt przyciszonymi głosami, a szum w lokalu skutecznie ich zagłuszał. Mimo ponadprzeciętnych zdolności Rossa w podsłuchiwaniu tego typu konwersacji - cichych, tłumionych przez innych - nie był w stanie zrozumieć ani słowa. Zresztą nic dziwnego, Brendon miał wprawę w prowadzeniu konfidencjonalnych rozmów. Był dziwką doskonałą - znający się na swoim fachu, dyskretny, charyzmatyczny, tajemniczy, co dodawało mu atrakcyjności, wszechstronnie utalentowany. Ryan czuł się szczęściarzem, że ma taki skarb w swoim przybytku. Jednocześnie jego obecność tutaj sprawiała, że czuł się na każdym kroku zazdrosny i niewystarczająco pociągający. Nie wiedział jak uwodzić, nie miał widowiskowych talentów. Miał tylko rękę do nawiązywania przydatnych znajomości i rozkręcania interesów, chociaż i do tego nie do końca, bo finansami zajmował się Spencer. Czuł się beznadziejne nawet we własnym domu, bo miał mieszkanie w tylnej części lokalu, jeszcze za zapleczem i garderobą Brendona.

- Do zobaczenia. Ręczę, że jeszcze się spotkamy. - Arystokrata nagle wstał i odezwał się głośniej, dzięki czemu Ryan był w stanie go zrozumieć.

- Mam taką nadzieję. - Uśmiechnął się promiennie Brendon. Przez ułamek sekundy obaj zawahali się, stając niezręcznie naprzeciw siebie. Po chwili przytulili się i Urie odprowadził spojrzeniem mężczyznę do wyjścia.

Brendon stał chwilę patrząc nieokreślonym wzrokiem w stronę drzwi i gwałtownie wyrwał się z otępienia, odwracając do Ryana.

- I jak poszło? - zapytał Ross najbardziej wypranym z emocji głosem, na jaki było go stać. Urie trochę zaskoczony tonem szefa stracił wcześniejszy entuzjazm.

- Dobrze. Myślę, że będzie mnie odwiedzał regularnie. - Dziwnie zraniony, ograniczył komentarz do zawodowego minimum. - A jak przy barze?

- Też dobrze.

Ryan nie zamierzał pozwalać Brendonowi w tym momencie na pozostanie w dobrym humorze. Czuł się beznadziejnie i to właśnie Beebo był głównym powodem, a ta głupia zawiść była łatwiejsza do zniesienia, gdy był dla Urie wredny.

- Mam jeszcze kogoś czy mogę iść? - zapytał brunet. Brendon miał zwykle jednego klienta na wieczór, chyba że czuł się na siłach lub miał ochotę na więcej, to już zależało od niego.

- Nikt mi nie zgłaszał chęci, więc masz wolne.

Mężczyzna kiwnął głową i sztywnym, szybkim krokiem, tak strasznie różniącym się od sprężystego chodu Beebo, ruszył do garderoby. Tego wieczoru Ryan widział go potem tylko raz - jak wrócił do wynajmowanych pokoi dla gości z jakąś strojną kobietą i później dawał Spencerowi zarobione pieniądze.

Ryan darzył nowego-stałego-klienta-Beebo, tego arystokratę, wyjątkową niechęcią, ale jednocześnie niewytłumaczalną sympatią. Wydawał się miły, inteligentny i tajemniczy, był cholernie atrakcyjny, a jego głos załatwiłby większość pracy jeśli chodzi o uwodzenie. Zawodowy zmysł Rossa od razu się obudził, mówiąc że byłby prawie - jeśli nie równie dobrą - kurtyzaną, co Brendon, ale nieuzasadniona niechęć wobec gościa, spowodowana tym, że zwrócił tak dużą uwagę Uriego, przytłumiła wszystkie pozytywne odczucia.

Ryan odgonił wszystkie myśli związane z tą dwójką i wrócił do pracy. Stanie za barem nie była jego znienawidzonym zajęciem, pomagało mu się wyłączyć i zautomatyzować. Dodatkowo nie było już tłumów, goście rozeszli się po pokojach albo rozsiedli przy stołach popijąc wcześniej zamówione rzeczy, więc nie było to męczące.

Tamten arystokrata... z jednej strony chciałby go poznać lub chociaż poobserwować jego zachowanie, bo wydawał się ciekawą osobą. Z drugiej, nie chciał go nigdy więcej widzieć. 

 

Chapter Text

Gerard zerwał się z łóżka budząc się z jednego z wielu koszmarów, w których cofa się do dawnych czasów. Nie było źle, obudził się przed najgorszym. Przetarł twarz, starając się wymazać obrazy ze snu i spróbował się uspokoić. Nie wiedział nawet, czy powinien się jeszcze na chwilę położyć, czego chętnie by nie robił z obawy na kontynuację koszmaru, ale nie miał pojęcia ile czasu zostało do budzenia. Wyjrzał przez małe okienko w murze - było jeszcze ciemno, musiało być bardzo wcześnie. Wczoraj zafarbował odrosty, przez co miał włosy w kolorze świeżej krwi, która z czasem nieznacznie ciemniała, ale był już zbyt zmęczony by je przyciąć. Usiadł po turecku na podłodze, zapalił świecę, wyjął kawałek wypolerowanego metalu, który miał mu służyć za lustro i przyjrzał się sobie. Wyglądał jak trup. Blada twarz i podkrążone oczy wywołane snem najprawdopodobniej będą straszyć współbraci przez resztę dnia, a świeżo farbowane włosy tylko dodadzą mu upiorności. Sięgały mu już do obojczyków.

Oparł prowizoryczne lustro o ścianę i siedząc na podłodze zaczął przycinać końcówki. Nie robił tego bardzo dokładnie, bo zawsze czochrały mu się od kaptura albo przeczesywania palcami, ale i tak wyglądały akceptowalnie.

Kiedy skończył, włosy z tyłu zakrywały mu tylko kark, z przodu zaś były jeszcze krótsze żeby zbytnio nie przeszkadzały w pracy. Całą klatkę piersiową i plecy miał w czerwonych ścinkach. Pomachał parę razy głową, jak pies otrzepujący się z wody, żeby resztki spadły albo na niego, albo na podłogę, a potem strzepał je z siebie. Zebrał wszystko na jedną kupkę i zawiesił nad nią dłoń. Wpatrywał się przez chwilę w swoje palce, które zaczęły dymić, aż przestrzeń między nimi zapłonęła, ale nie dotykając jego skóry, zostawiając ramkę wokół. Gerard poruszał palcami, a płomień w zależności od ruchu zmniejszał się lub powiększał. Odwrócił rękę i ogień otoczył mu dłoń, a potem zaczął wspinać się po nadgarstku i przedramieniu. Tę powolną wędrówkę zakończył na barku. Cała ręka Gerarda płonęła. Way siedział półnagi na kamieniu, a ogień przyjemnie go ogrzewał. Mężczyzna ruchami palców zwiększał go albo wypuszczał osobne płomyki.

Zabawę przerwał mu dźwięk dzwonu, którym wszystkich rano budzono. Ogień natychmiastowo zniknął. Gerard zadrżał z powodu nagłego chłodu, ale był do niego przyzwyczajony. W końcu spędził tutaj ostatnie cztery lata.

Wytworzył kolejny mały ogień, ale już się nim nie bawił. Pstryknął płomyczkiem w stronę kupki włosów, które od razu się spaliły, charakterystycznym dla mieszanki zawartej w farbie, ciemnym płomieniem.

Gerard szybko się ubrał i wziął dwa z kilku bandaży, które naszykował poprzedniego dnia. Podszedł do sąsiedniej celi, zapukał i wszedł, gdy usłyszał cichą odpowiedź.

- Jak się czujesz? - zapytał Franka, który wyraźnie zaspany siedział na łóżku.

- Lepiej. Zmieniłeś włosy - rzucił bez związku.

- Tak, musiałem zrobić z nimi mały porządek - odpowiedział Gerard powoli. - Opatrunek wytrzymał noc?

- Tak. - Mężczyzna zdjął z siebie powoli habit, a Way podszedł do łóżka. Niepewnie usiadł obok Franka i zsunął bandaż. Ostrożnie, żeby jak najmniej dotykać tkanki, zdjął liście i zawinął je w materiał.

- Nie wygląda to źle. Za jakiś czas powinno się zasklepić, ale nie obiecuję, że nie zostanie blizna.

- Podobno blizny dodają uroku. - Uśmiechnął się niewinnie.

- Podobno - zaśmiał się Gerard zawijając mu ramię czystym bandażem. - Po śniadaniu nałożę ci na to mieszankę, żeby szybciej się goiło. Teraz pokaż mi nogę, bo wczoraj kulałeś.

- Czym się w sumie tu zajmujecie? - zapytał.

- Pomagamy ludziom, szkolimy się, uczymy, egzystujemy, wykonując swój przydział obowiązków… To, co każdy klasztor. Nic wyjątkowego.

Gerard uklęknął naprzeciwko niego na podłodze, a Frank podciągnął nogawki do kolan. Na nich też miał wiele tatuaży i Way mimowolnie zaczął się zastanawiać, co one oznaczają. Obudził się w nim niespełniony artysta, który chciał się im przyjrzeć i poznać ich symbolikę.

Odgonił od siebie wszystkie myśli i starał się przyjrzeć kostkom mężczyzny. Jedna była napuchnięta, wyglądała na mocno stłuczoną albo skręconą. Dotknął ją w kilku miejscach, czując dziwne mrowienie, gdy tylko jego palce dotknęły ciepłej skóry. Obserwował reakcję Franka, starając się ukryć zmieszanie wywołane tym doznaniem. Mężczyznę bolało, ale starał się zgrywać twardego. Kostka nie była skręcona.

- Nic poważnego. Musisz tylko przeczekać aż przestanie boleć i trochę ją oszczędzać. - Gerard najchętniej wyleczyłby ją jednym prostym czarem, ale nie wiedział, jakie podejście do magii miał Frank. A nie wiedział jak o to zapytać, żeby go nie przestraszyć lub zrazić, jeśli był przeciwny czarom. - Miałeś ogromne szczęście. Z potyczki z dwoma rycerzami wyjść tylko z niegroźną raną, a po kilkudniowej ucieczce ze stłuczoną kostką i lekkim odwodnieniem.

- Widać coś nade mną czuwało - zażarował trochę pogardliwie.

- Bardzo skutecznie. - Zignorował jego ton. - Powinniśmy się zbierać i zejść. Jesteś gotowy czy przyjść za chwilę?

- Możemy iść. - Sięgnął po koszulę i założył ją z niewielką pomocą. Spodni postanowił nie zmieniać.

- Zapomniałbym. - Gerard nagle sobie przypomniał o wczorajszym poleceniu Ray’a. - Wystaw ręce.

Frank z pytającym spojrzeniem wyciągnął przed siebie dłonie, a Gerard zaczął je zawijać drugim bandażem. Rozerwał materiał i owinął drugą dłoń.

- Nie wszyscy tutaj akceptują tatuaże, a te na rękach w szczególności.

 

Tuż przed wejściem na salę, Gerard założył kaptur.

- Wolne miejsca są tu, przy końcu stołu. Ja mam, powiedzmy, strategicznie ustalone miejsce. Jakby ktoś pytał to powiedz, że to przez poparzenia. - Wskazał na jego dłonie. - Potem załatwię ci coś innego.

Frank usiadł niedaleko wejścia, a Gerard zajął miejsce obok Ray’a, na końcu sali. Panowała cisza, więc nie mogli teraz porozmawiać. Ojciec przełożony czekał jeszcze chwilę i wstał na znak rozpoczęcia modlitwy. Wszyscy mnisi równocześnie podnieśli się z miejsc i Frank, zagubiony i spóźniony, podążył w ich ślady. Obserwując ukradkiem co robią inni, starał się udawać, że uczestniczy w modlitwie. Gerard cały czas obserwował mężczyznę z lekkim uśmiechem, bo jego nagłe zagubienie wydawało mu się śmiesznie urocze. Po modlitwie usiedli i szmer przerodził się w ciszę przerywaną cichymi rozmowami.

- Przefarbowałeś - zauważył Ray, gdy Way zdjął kaptur. Zawsze to mówił, gdy Gerard nakładał nową farbę.

- Niestety nic nie poradzę na odrosty. A naturalne są gorsze od tego.

- Wiem - westchnął przełożony. - Jak poszło wczoraj?

- Niewiele wyciągnąłem, dzisiaj się tym zajmę.

- Skoro prosi o azyl, to nie ma problemu, żeby został i nikt nie ma też powodu, żeby u nas szpiegować, ale warto by było coś o nim wiedzieć. Więc dzisiaj możesz sobie odpuścić przepisywanie.

Gerard cały czas obserwował Franka kątem oka. Siedział z sporej odległości od wszystkich i bardzo wyróżniał się z tłumu. Nikt się do niego nie odzywał przez cały posiłek.

 

Way wyszedł szybko, jak to miał w zwyczaju i poczekał na niego przed wejściem. Frank opuścił salę krótko po nim. Chodził powoli, bardziej obciążając zdrową nogę.

- Chcesz od razu pozwiedzać czy później? - zapytał Gerard. - Na razie większość miejsc jest pustych, bo zajęcia zaczynają się za jakąś godzinę…

- Możemy się przejść. Rozumiem, że nie mogę się jeszcze umyć?

- Zaprowadziłbym cię do łaźni, ale chociaż do wieczora nie możesz moczyć rany. Co do klasztoru, prowadzimy tutaj, jak większość zakonów, nauki. Pisanie, czytanie, matematyka, historia, wszystko co się da. Oczywiście tylko dla tych, których na to stać. Poza tym, jak ktoś wstąpi do klasztoru, uczy się go dodatkowo, żeby później mógł przekazywać wiedzę innym. Zajmujemy się też przepisywaniem ksiąg i robieniem ikon, rzadziej obrazów. Okazjonalnie leczymy, ale nie specjalizujemy się w tym.

- Każdy zajmuje się wszystkimi z tych rzeczy?

- Zależy od osoby. Niektórzy ograniczają się tylko do nauczania albo przepisywania, bo największy nacisk kładziony jest właśnie na nauczanie, a księgi i ikony to tylko dodatkowy obowiązek. W leczeniu każdy ma podstawową wiedzę, ale głównych specjalistów jest pięciu.

- A ty czym się zajmujesz?

- Przyszedłem tu głownie dla sztuki, więc obrazy i księgi. Nauczycielem jestem kiepskim, ale jestem jednym z tych pięciu… - Nie wiedział czy dodawać tę ostatnią informację.

- To miałem szczęście, że trafiłem na ciebie - zaśmiał się Frank.

- Przyjmijmy, że tak, miałeś szczęście.

Doszli do pracowni malarskiej. Niewiele się zmieniło od poprzedniego dnia, wejście do ogrodu dalej było otwarte na oścież, ale lekki zapach ziół i papieru dalej się utrzymywał i nawet tygodnie wietrzenia nie pokonałyby tej woni.

- Tu byłeś. Tutaj zajmujemy się wszystkim, co związane ze sztuką. - Wyszli do ogrodu, z którego rozpościerał się widok na oświetlone wiosennym słońcem rozległe łąki. - Stamtąd przyszedłeś.

- Teraz wszystko wygląda inaczej - powiedział, zapatrzony w widok.

- To miejsce nigdy nie wygląda tak samo, a rzadko ktoś tu przychodzi. Czasami tylko po zioła do robienia pigmentów, ale tu jest za daleko ze skrzydła sypialnego, żeby chodzić się relaksować. Większość woli główny ogród.

 

Przeszli korytarzami do odpowiedniego skrzydła i przeszli przez duże, proste drzwi. Weszli do głównego ogrodu, zielonego, zadbanego, ale mimo wszystko skromnego. Usiedli na kamiennej ławce przy arkadach - Gerard po turecku, bokiem, aby być twarzą do Franka opierającego się o filar. Chwilę męczył się z ułożeniem habitu tak, żeby mu nie przeszkadzał, ale w końcu się udało. Paru braci kręciło się w okolicy, ale szli oni do którejś z sal na lekcje lub mieli wolne i szukali miejsca do zabicia czasu.

- Dlaczego cię nie lubią? - zapytał Frank, gdy zobaczył jak jeden mnich odwraca wzrok po zauważeniu Way’a.

- Mówiłem ci - zaczął Gerard ostrożnie. - Włosy, inne podejście do wiary…

- A bardziej szczegółowo?

- Zafarbowałem włosy, bo mogę. Nie ma zakazu ani wytycznych dotyczących koloru, a takie mi się podobają - odpowiedział wymijająco. - A nie zależy mi na kontaktach z innymi na tyle, żeby wrócić do naturalnych z powodu głupich konwenansów.

- Jakie masz naturalne?

- Brązowe. Trochę zlewały się z habitem. - Nie mógł powiedzieć, że jego włosy z dnia na dzień potrafiły zmienić kolor z czarnego na biały i w drugą stronę, a przez większość czasu były mieszanką różnych barw - wielokolorowych, nachodzących na siebie plam. Od razu było widać, że coś się z nim działo, a wynikało to z doświadczeń, o których poza Gerardem wiedziały tylko trzy osoby i lepiej dla wszystkich, żeby tak pozostało.

- Za coś jeszcze. Nie wierzę, że chodzi tylko o włosy.

- Mam własne teorie dotyczące bogów. Uważam, że niektórzy byli odpowiedzialni za inne dziedziny, niż przypisuje się im to teraz. I nie jestem jakimś zagorzałym wyznawcą, wstąpiłem tutaj żeby przepisywać księgi i dla… spokoju - dodał w ostatniej chwili przypominając sobie, że nie zna stosunku Franka do magii. W kraju, z którego przyszedł, wojna domowa została rozpętana między innymi przez problemy dotyczące czarów i wielu ludzi było przeciwnych praktykowania ich. A mówiąc o spokoju, nie kłamał. Musiał unikać rozgłosu, musiał zejść z radaru, a klasztor był do tego idealny.

- A te plotki, o których mówiłeś?

- Bzdury, które wymyślają. Nic ciekawego, wyssane z palca pomysły bez podłoża w rzeczywistości. Nie znają mnie, więc snują teorie - skłamał. Bał się, że Frank będzie ciągnął temat, ale ten umilkł i wbił wzrok w bandaże na rękach.

- Ja nie wierzę w Pięciu - powiedział cicho, bawiąc się materiałem na palcach. - Zbyt wiele widziałem, żeby wierzyć, że ktoś niby nad nami czuwa. Nie zastanawiam się nad tym, jak wszystko wokół nas powstało... po prostu nie umiem w nich uwierzyć.

- Rozumiem - odpowiedział spokojnie, ku zaskoczeniu Franka. - Też miałem kryzys. Też przeszedłem swoje, przestałem wierzyć, bo przestali mieć dla mnie sens. Ale potem pomogli mi się podnieść. Może to teraz brzmi strasznie religijnie, ale jakoś się w tym odnalazłem. Jednak nie w takim stopniu jak niektórzy - zaśmiał się nerwowo. - Lepiej się tym publicznie nie chwal.

Frank kiwnął głową i ponownie wbił wzrok w dłonie.

- Jakie masz podejście do magii? - zapytał nagle Gerard przerywając chwilową ciszę. Nie da rady dłużej unikać tego tematu, magia stanowiła za dużą część jego życia, by omijać ją w rozmowach w nieskończoność.

- Zawsze mnie fascynowała, ale nigdy nie miałem okazji poznać ani nawet zobaczyć jej z bliska. Uczycie jej tutaj? - zapytał z nadzieją w głosie.

- Nie, przykro mi… Uczą się tylko nieliczni mnisi. Ray jest po Tarium.

Frank lekko spochmurniał i znowu zaczął bawić się bandażem.

- Może kiedyś zaczniemy nauczać, ale nie obiecuję. Opowiedz coś o sobie. - Szybko zmienił temat.

- Co można chcieć o mnie wiedzieć?

- Wszystko, cokolwiek. Skąd pochodzisz? Jak wyglądały twoje podróże? Co się stało, że zacząłeś uciekać i cię zaatakowano? Jak i gdzie nauczyłeś się grać? Jaka była twoja rodzina? Co lubisz robić?

- Chwila, stop - zaśmiał się nerwowo. - To, że nazywam się Frank już wiesz. Moje pełne imię to Frank Anthony Iero.

- Gerard Arthur Way, miło mi - zaśmiał się czerwonowłosy i podał drugiemu mężczyźnie dłoń. Frank uścisnął ją z uśmiechem, po czym wrócił do opowieści.

- Rodzinę straciłem dawno, więc niewiele pamiętam. Mam zamglone wspomnienia, że najpierw straciłem ojca w walkach, potem nas zaatakowano i zostałem sam. - Mówił jakby nie miało to na niego żadnego wpływu. - Potem sam się nauczyłem grać, od zawsze kochałem muzykę i to była moja jedyna umiejętność. Najpierw kradłem żeby przeżyć, potem zostałem bardem. Ze śpiewem u mnie różnie, ale w grze mało kto mi dorówna - powiedział z komicznie wyolbrzymioną dumą. - Zarabiałem wystarczająco by przeżyć, czasami ktoś mi coś dał, ktoś przenocował. Nie było źle, aż jednej nocy front przeniósł się niebezpiecznie blisko. Wtedy próbowałem uciec, ale chyba pomieszały mi się kierunki. Trafiłem do małego obozu i wtedy już opowiadałem ci, co się stało. Prawdopodobnie wzięli mnie za szpiega i chyba po prostu potrzebowali czegoś do wyżycia się po pijaku, więc mnie zaatakowali. Miałem nóż, a tamten akurat zatoczył się na moją wysokość i ładnie mi się nastawił. Jestem za niski, żeby walczyć na miecze, więc to był naprawdę fart. Ten drugi zaczął mnie gonić. Strażnicy. Uciekałem jakieś 3 dni, ale on się poddał albo zgubił trop jakoś po dniu. Potem szedłem w jednym kierunku, bo już całkowicie się pogubiłem, byłem ranny, a po drodze nie spotkałem nikogo żywego, za to trupów całe stosy. Spijałem rosę, znalazłem trochę jagód, więc nie było tak źle. I oto jestem.

Gerard skinął głową, w milczeniu obserwując twarz Franka. Nie za bardzo wiedział co odpowiedzieć.

Pod arkadami obok nich przeszła trójka dzieci prowadzona przez jednego z mnichów. Młodzi spojrzeli na nich z zainteresowaniem, ale nie zwolnili kroku.

- Ty niczego nie prowadzisz? - zapytał Frank, gdy zniknęli za zakrętem.

- Mówiłem, kiepski ze mnie nauczyciel. Ray dał mi wolne, żebym mógł cię oprowadzić i zapoznać z miejscem.

- Miło. On chyba jako jedyny cię lubi?

- Tak.

- A jak długo tu jesteś?

- Tylko cztery lata - rzucił obojętnie, jakby mówił o dniach, a nie latach.

- I już siedzisz po prawicy ojca przełożonego - powiedział i gwizdnął z uznaniem.

- Tylko dlatego, że jak powiedziałeś, Ray mnie lubi. Jestem dla niego w pewnym sensie ucieczką od sztywnego trzymania się zasad. Dał mi to miejsce, żeby pokazać innym, że jestem istotny. Poza tym, bywam przydatny w niektórych sytuacjach.

- Masz jakąś rodzinę?

- Tak. Rodzice nie byli zadowoleni, że wstąpiłem do klasztoru zamiast zająć się domem, ale mój młodszy brat świetnie mnie zastąpił. Ma żonę i córkę. Rodzice zmarli trzy lata temu podczas epidemii, więc został panem na włościach.

- Pewnie rzadko się widujecie?

- Właściwie to w ogóle, bo Ray jako jedyny może jeździć do miasta. Zazwyczaj zatrzymuje się u Mikey’ego. Jest już trochę jak rodzina.

- W takim razie, skoro jesteś arystokratą i miałeś odziedziczyć dwór, mogłeś zająć się sztuką bez przeszkód. Nie przyszedłeś tu z powołania. Nikt cię nie lubi i pewnie byłeś na to gotowy. Dlaczego wstąpiłeś do klasztoru? Nie uwierzę w samo przepisywanie ksiąg.

- Dla magii - westchnął. - Miałem podstawowe umiejętności, a chciałem się dalej kształcić, a wiedziałem, że tutaj będę mieć możliwość nauki, nawet jeśli nie tak dogłębnej jak w Głównej Szkole - skłamał.

- Ale przecież mogłeś iść do Głównej Szkoły, do Tarium. Jeśli wbrew rodzicom wstąpiłeś do klasztoru, to do Szkoły też mogłeś pójść. I czemu przyszedłeś tu tak późno?

- Tak się życie potoczyło, matka chorowała, nie chciałem zostawiać Mikey’ego i tak dalej. Z Tarium jest ten problem, że pod zwierzchnictwem Pentonium obowiązuje cię zdecydowanie za dużo zasad - odpowiedział bez przekonania.

- Dalej mi coś nie pasuje - mruknął Frank z żartobliwie podejrzliwą miną, ale nie ciągnął tematu. Gerard zareagował udawaną niewinnością i nic więcej nie dodał.

 

Siedzieli w ciszy, Frank obserwując ogród, a Gerard obserwując Franka. Nie było niezręcznie ani dziwnie, co było miłym zaskoczeniem. Way nie próbował wyciągać z mężczyzny więcej informacji o przeszłości, to co miał wystarczało, a skoro brunet nie chciał mówić dokładniej, to nie ma sprawy. Tym bardziej, że Gerard nie mógł mu opowiedzieć właściwie nic. Trochę go kusiło, aby powiedzieć więcej, coś we Franku sprawiało, że czuł, że można mu ufać, ale znali się za krótko na niektóre historie. Części rzeczy nie opowiedziałby nikomu, nawet Mikey’emu, który zawsze wiedział o nim najwięcej. Zatęsknił za domem. Za jego zapachem, spokojem, ciszą, za Mikey’im siedzącym obok. Za ludźmi przychodzącymi w odwiedziny, którzy zdawali się szczerze przejmować jego losem, mimo że go prawie nie znali. Znali Mikey’ego i to wystarczało, by troszczyli się o jego starszego brata. Uśmiechnął się lekko.

- O czym myślisz? - zapytał nagle Frank. Gerard tak odpłynął we wspomnieniach, że nie zauważył, że chłopak na niego patrzy.

- O bracie. Tęsknię za nim - odparł spokojnie, otrzymując w odpowiedzi skinienie głowy.

- Ile lat jest młodszy?

- Tylko trzy. To niewiele, ale i tak zawsze był moim małym braciszkiem. - Gerard czuł, że robi się sentymentalny, ale nie mógł nic na to poradzić. Temat Mikey’ego prawie zawsze robił z nim takie rzeczy.

- Ile ty właściwie masz lat? - wypalił Frank.

- Trzydzieści dwa - odparł ze śmiechem Gerard. - Czuję się starzej. A ty?

Frank zamilkł na chwilę.
- Dwadzieścia osiem. Też czuję się starzej. - Jego głos był dziwnie napięty, ale uśmiechnął się i odchrząknął, więc Way nie przejął się tym nietypowym tonem.

- Gdzie pójdziesz później? - zapytał cicho.

- Później? - Frank zamrugał z konsternacją marszcząc brwi.

- Nie będziesz w klasztorze na zawsze, skoro nie chcesz przywdziać habitu. Gdzie pójdziesz gdy dojdziesz do siebie i wypoczniesz? - Gerard brzmiał smutno. Przyłapał się na tym i nie wiedział, co o tym myśleć. Lubił Franka, a on zdawał się lubić jego i mimo że spotkali się wczoraj, Way już wiedział, że będzie za nim tęsknił. Co prawda, jeszcze dużo mogło się zmienić, nie znali się i za jakiś czas mogło się okazać, że są całkowicie niedopasowani, ale nie zmieniało to faktu, że ten niski mężczyzna był miłą odmianą, odskocznią od codzienności. Kimś, z kim mógłby spędzić pół dnia, zamiast uciekać do celi albo pracowni żeby zabić czas. Poza tym, podobał mu się. Było w nim coś tajemniczego i fascynującego, miał przyjemną twarz i piękne oczy. [Gerard nie był pewien, czy obudziła się w nim dusza artysty, czy beznadziejny romantyk. Może oba.]

- Nie wiem. - Wzruszył ramionami, chcąc ukryć budzący się w nim smutek. Nie chciał stamtąd wyjeżdżać, ale habit odrzucał go bardziej niż wyjazd. Celibat, modlitwy, konieczność siedzenia w jednym miejscu? To nie było dla niego. - Pewnie znowu zacznę podróżować i grać dla ludzi. Tutaj zacznie mi tego brakować…

- Może... chcesz, żeby znaleźć ci uczniów, żebyś uczył muzyki?

- Chyba nie jestem dobrym nauczycielem.

- Próbowałeś kiedyś? - Frank pokręcił głową. - Jeśli chcesz możesz spróbować na mnie.

- Chcesz żebym nauczył cię grać? - zapytał z nieskrywanym zaskoczeniem.

- Tak. Mikey uczył mnie kiedyś grać, ale miałem naprawdę długą przerwę… - Chciał szybko zmienić temat z możliwego wyjazdu Franka. - Sprawdzisz, czy nadajesz się na nauczyciela, a potem porozmawiam z Ray’em czy dałoby się znaleźć jakichś chętnych.

- Jeśli jesteś gotowy na poznanie jak bardzo potrafię być niecierpliwy to czemu nie.

- W razie czego myślę, że jestem w stanie się obronić przed rannym dzieciakiem. - Uśmiechnął się złośliwie.

- Ej! W takim razie naucz mnie jakichś zaklęć. - Z obrażonego tonu przeszedł na proszący, ale przy obu brzmiał uroczo i dziecięco. Albo Gerardowi tylko tak się wydawało. - Nawet jakichś podstawowych, których uczą się dzieci.

Way nie wiedział jak na to zareagować. Nie umiał uczyć, szczególnie magii. Po czterech latach ograniczania się do drobnych zaklęć, nie czuł się pewnie. Kiedyś używał jej intensywniej i… zdarzało się, że tracił kontrolę. Co niosło ze sobą naprawdę poważne konsekwencje. Pamiętał jak… Jak nie zapanował nad żywiołem, bo dał się ponieść emocjom, a skutki były naprawdę straszne. Potem był dużo bardziej ostrożny, zaczął tłumić emocje i jakikolwiek brak kontroli, nawet minimalny, sprawiał, że zaczynał panikować. Wizja tego, że znów mógłby...

- Gerard? Co się dzieje? - Frank potrząsnął go za ramię. - Co się stało?

- Nie, nic…

- Jeśli nie chcesz to nie musisz…

- Nie, nic się nie stało - Zmusił się do uśmiechu. - Mogę cię czegoś nauczyć.

- Na pewno? Bo jeśli to...

- Tak - przerwał mu. - Nie będzie to bardzo profesjonalne, bo nie umiem uczyć magii.

- Nie szkodzi - powiedział podekscytowany. Naprawdę przypominał Gerardowi wytatuowanego dzieciaka. - Kiedy zaczynamy?

- Może najpierw poczekasz, aż zagoi ci się ręka? - zapytał nieco złośliwie.

- Jeśli to konieczne… - Naburmuszył się przesadnie, ale jego oczy błyszczały ekscytacją.

- Tylko… - Way odwrócił szybko wzrok, po czym zakłopotany znów spojrzał na Franka. - Nikt nie może wiedzieć. Nawet Ray. I Frank? Jeśli zmienię zdanie i powiem, że jednak nie mogę tego robić, to nie naciskaj. Nie zadawaj pytań. Nie nalegaj. Po prostu… temat nigdy nie istniał.

- Dlaczego? - zapytał Iero, teraz trochę wystraszony przejęciem, wręcz paniką starszego mężczyzny.

- O to też nie pytaj. - Odwrócił wzrok, stanowczo zarządzając zakończenie tematu. - Chodź, pokażę ci resztę klasztoru.

Chapter Text

Ryan otworzył oczy i owinął się szczelniej kocem. Siedział w lokalu do ostatniego klienta, co oznaczało, że wrócił do domu o świcie i jak co dzień odczuwał skutki braku snu. Wrócił tak późno, bo i tak nie mógłby zasnąć nie mając pewności, że wszystkie dziewczyny i chłopcy do towarzystwa mają się dobrze i śpią w pokojach do przyjmowania klientów, albo rozeszli się do domów - co starsze i lepsze kurtyzany było stać na własne mieszkanka niedaleko lokalu, ale niewiele się na to decydowało. Ze względów bezpieczeństwa wolały mieszkać w burdelu. Brendon, jako jeden z mniejszości, mieszkał w dwie kamienice od Pretty.Odd, więc w przypadku bogatych klientów o niezwykłej porze, Ryan mógł go po prostu wezwać. Chociaż Urie i tak spędzał w barze lub w pokojach na piętrze zdecydowaną większość dnia, więc zwykle nie było to konieczne.

Ross usiadł, przecierając zmęczoną niewielką ilością snu twarz dłońmi. Leniwie wstał, odsłonił okna i obmył się w misie z wodą. Ubrał się w luźne spodnie i lekką koszulę w ręcznie malowane kwiaty, którą kupił jeszcze w swoim rodzinnym mieście i którą zakładał tylko, gdy czuł się tak okropnie jak dzisiaj. Podnosiła go trochę na duchu, nawet jeśli z rodziną nie miał najlepszych wspomnień. Ułożył włosy, żeby nie wyglądać jak mokry kundel, do czego miał tendencję, bo brązowe pasma często kręciły mu się na końcach i nie chciały wyglądać przyzwoicie. Wyperfumował się, ale nie pomalował oczu, bo aż do dzisiejszego otwarcia nie miał zamiaru wychodzić z budynku, a na wieczory nigdy się nie malował, żeby nikt go nie pomylił z kurtyzaną. Raz się to zdarzyło i od tamtej pory był ostrożniejszy.

Wyjrzał przez okno znajdujące się obok zdobionych drzwi. Tyły budynku zajmował ogród, przypominający klasztorne dziedzińce. Przynależał do kilku pobliskich kamienic, należących do bogatych mieszkańców miasta. Takich jak on. Na zewnątrz świeciło już słońce, jakaś kobieta haftowała siedząc na kamiennej ławeczce. Wyszedł z sypialni do niewielkiego salonu, który teoretycznie służył mu do przyjmowania gości, a w rzeczywistości do nielicznych spotkań ze Spencerem, rzadziej Jonem. W centrum pomieszczenia znajdował się ażurowy, ozdobny stolik otoczony miękkimi sofami wyłożonymi poduszkami w jesiennych kolorach. Drzwi do łaźni były otwarte, wyłożone kamieniem pomieszczenie było ciemne i intymne, ale Ryan nie lubił tam przebywać. Gdy musiał wziąć kąpiel, zwykle robił to szybko i bez zbędnego marnowania czasu na wdychanie pary i rozkoszowanie się olejkami. Naprzeciw największej sofy znajdowało się przejście do lokalu. To z tych drzwi korzystał najczęściej, częściej nawet niż z wyjścia na ulicę, a mimo to wciąż zakrywał je dekoracyjnym arrasem. Nie zastanawiając się, podszedł do regału z książkami i sięgnął po leżący tam klucz. Odsłonił materiał, otworzył drzwi i wszedł na zaplecze, a właściwie coś, co czasem było nazywane kuchnią. Zszedł do piwnicy, sprawdzając stan zapasów i biorąc przy okazji kawałek chleba i pomidora, żeby mieć co zjeść. Wszedł z powrotem po schodach, skontrolował piec, dzień jak co dzień. W końcu zajrzał do garderoby. Rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu. Lustra zakrywały duży fragment ściany, a poniżej zwierciadeł ustawiony był elegancki stolik i małe, tapicerowane krzesełko. Ta kanciapa była bardziej luksusowa niż główna sala. Pokoje do przyjmowania klientów urządzone były w podobnym, eleganckim guście, ale dużo swobodniej - lekka pościel, zasłony, ażurowe ozdoby. Ryan lubił też kwiaty, więc umieszczał je w każdym z pokoi, co stało się znakiem rozpoznawczym jego burdelu. Stawiał głównie na męskie kurtyzany, bo takie było mu łatwiej wybrać, ze względu na własne upodobania, ale żeby nie podpaść władzy, a właściwie Pentonium, bo król Peter podobno próbował znieść kary za sodomię, miał też trochę kobiet. Prostytucja była jedyną formą homoseksualizmu, na którą przymykano oko. Gdyby nie jego zyski, pozycja i szansa na odcięcie się od przeszłości, Ross wróciłby do domu. Tam, skąd pochodził, nikt się nie przejmował. Tam, skąd pochodził, mógłby żyć z drugą osobą. Mógłby mieć kogoś, z kim zasypiałby codziennie i nikt nie miałby nic przeciwko, niezależnie od jej płci. Ale zaczynałby od zera. Tutaj przyjechał, żeby zacząć od nowa i mu się to udało - miał pieniądze, nieruchomości, znał liczne osobistości. Nie mógł z tego zrezygnować tylko dla nadziei, że ktoś chciałby wejść z nim w związek. Brak seksu aż tak mu nie przeszkadzał.

Ross wrócił do kuchni, zapamiętując, że trzeba dokupić błyszczących farb. Mógłby co prawda wyjść na główną salę przez garderobę, jako że było tam przejście bezpośrednio na scenę, ale chciał jeszcze zobaczyć czy pieniądze z wczoraj są na swoim miejscu. Przeszedł przez kolejne drzwi, znajdujące się dokładnie na przeciwległym końcu zaplecza i wszedł do niewielkiego gabinetu. Spencer siedział już za biurkiem i pisał coś w grubej księdze.

- Co ty tu robisz? - zapytał Ryan, przecierając ze zmęczeniem oczy.

- Ryan. - Spencer uśmiechnął się blado. - Wyszedłem niedługo po północy, a jest po trzynastej, przyszedłem podliczyć wczorajsze zyski.

- Już po trzynastej? - Spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem. - Potrzebujesz czegoś? Nikt o mnie nie pytał?

- Nie, wszystko mam. Brendon był tu jakoś pół godziny temu. Powiedziałem mu, że cię nie ma. Prosił, żebyś do niego przyszedł - odpowiedział zwyczajnie, po czym dodał zmartwiony - Jadłeś coś?

- Nie, zaraz zjem. - Uniósł trzymany kawałek chleba.

- Czemu nie zatrudnisz służby? Gotowaliby ci.

- Wiesz, że nie chcę - warknął zirytowany.

- Przepraszam - rzucił od razu Spencer. - Ale zjedz coś.

Ryan kiwnął głową i przechodząc znowu przez kuchnię, wszedł do lokalu. Główne drzwi były zamknięte, a wszystkie światła zgaszone, ale przez niewielkie okna wpadało do środka trochę dziennego światła. Usiadł na wysokim krześle przy ladzie i zjadł śniadanie, pogrążając się we własnych myślach.

Nie miał pojęcia, czego Brendon mógł od niego chcieć. Wątpił, żeby chodziło o pieniądze, bo Urie zarabiał naprawdę spore sumy i nigdy się nie skarżył. Znużonym krokiem wszedł za bar i ściankę działową, za którą znajdował się niewielki przedpokój i boczne wyjście dla pracowników. Wyszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz, który nosił na szyi. Identyczne mieli też Spencer, Jon i Brendon. Reszta pracowników musiała pukać. Znalazł się na ulicy. Dzień jak co dzień, brud i hałas, tłumy ludzi przekrzykujących się nawzajem. Jak dobrze, że magia umożliwiła stworzenie kanalizacji - kanałów odprowadzających nieczystości - i nikt już nie wylewał zawartości nocników na ulice, jak to miało podobno miejsce kilkaset lat wcześniej. Skręcił za róg, jako że jego kamienica znajdowała się na skrzyżowaniu i była właściwie dwoma budynkami, które połączył, gdy tylko udało mu się je kupić. Przeszedł kawałek mijając szyld burdelu. Zżółknięty napis “Pretty. Odd.” otoczony był kwiatami i liśćmi, sprawiając wrażenie delikatnego, co ściągało porządnych klientów, ceniących sobie dyskrecję i elegancję, na czym Rossowi bardzo zależało. Minął ładną kamienicę, w której na parterze znajdował się sklep z materiałami i podszedł do drzwi kolejnego budynku, będącego całkowicie mieszkalnym. Wszedł do środka i wspiął się po schodach na ostatnie piętro i zapukał do drewnianych drzwi z dziwną niepewnością.

- Otwarte! - zawołał Brendon ze środka. Ryan się napiął. Do tej pory był tu tylko dwa razy. Raz, kiedy Urie się wprowadzał i drugi raz, gdy był chory i nie mógł kupić sobie jedzenia, a Jon i Spencer byli zbyt zajęci, żeby mu coś przynieść i Ross postanowił być dobrym człowiekiem i pomóc bliźniemu, nawet jeśli tego bliźniego szczerze nie znosił.

- Chciałeś, żebym przyszedł - rzucił, przekraczając próg. Zdał sobie sprawę, że brzmi to tak, jakby to Brendon był szefem, ale nie umiał się tym przejąć. Wielkie rzeczy. Obaj są ludźmi.

Ryan rozejrzał się po niewielkim mieszkaniu. Pod dużym oknem stało dwuosobowe łóżko, na którym leżała idealnie ułożona, lekka pościel. Kiedy był tu ostatnio, miejsce było w kiepskim stanie, a Brendon leżał pod stertą koców trzęsąc się w gorączce. Teraz było inaczej. Pomieszczenie było zadbane, drewniane, ażurowe szafki pasowałyby do mieszkania Ryana, a odgradzający część toaletową parawan w kwiaty niepokojąco przypominał mu jego własny styl.

- Ładnie tu - rzucił zaskoczony, zanim zdążył się powstrzymać.

- Dziękuję. Przepraszam za bałagan - powiedział Brendon wstając od stołu i wskazując na rozrzucone wokół stojącej w kącie harfy kartki papieru. Ross dopiero teraz je zauważył.

- Masz własną harfę? - spytał głupio, wpatrując się w czarny, zdobiony instrument. Wyglądał na naprawdę drogi.

- Tak - odpowiedział zwyczajnie. Odchrząknął i wskazał na jedno z krzeseł przy niedużym stole. - Usiądziesz?

Ryan bez słowa podszedł do mężczyzny i usiadł, a Brendon zajął miejsce naprzeciw niego.

- Pamiętasz mojego klienta z wczoraj?

- Tak. - Ross się napiął. Oczywiście, że pamiętał. Tak zjawiskowych i niepokojących osób się nie zapomina. - Co z nim?

- Byłem u niego dzisiaj i…

- Słucham? - przerwał agresywnie. - Znasz zasady, żadnych spotkań z klientami poza pracą.

- Daj mi skończyć, proszę - rzucił Brendon wyjątkowo łagodnie. Ryan, zaskoczony jego uległością i brakiem arogancji, zamilkł i skinął głową. To był zupełnie inny Brendon niż ten, do którego przywykł i którego widywał w Pretty.Odd.

- Wczoraj się z nim umówiłem, że spotkamy się wcześnie rano porozmawiać. Chce być stałym klientem i zależało mu na dogadaniu szczegółów.

- Po to mnie wzywałeś? Brendon, wiesz jak to działa, więc w czym problem?

- Dallonowi bardzo zależy na dyskrecji. Co prawda nie jest stąd, więc to nie kwestia prawa. Ani kobiety, jego żona podobno nie ma nic przeciwko tak długo, aż kocha tylko ją... nie wiem, mają dziwny układ. Nie to jest istotne. Zależy mu na tym, żeby nie spotykać się w Pretty.Odd. A chciałbym, by był moim klientem. Tu pojawia się pytanie, czy się na to zgodzisz?

- Mówisz mi, że chcesz z nim po prostu sypiać, prawda? A ja mam się pod tym podpisywać, twierdząc, że to tylko prostytucja, żebyś nie został oskarżony o stosunki sodomiczne?

- Płaciłby. - Brendon nie zaprzeczył. Ryana coś ukłuło w żołądku. Czy dla niego ktokolwiek by tak kombinował? Oczywiście, że nie.

- Tak długo, jak płaci, nie ma problemu. Spencer będzie tylko potrzebował ilości godzin. Podniesiemy też cenę, bo to wyjątek, dodatkowy problem. Nie może być liczone zwykłą stawką. - Wstał, kierując się do wyjścia. Nagle zatrzymał się i spoglądając krótko na Urie z martwym wzrokiem, dodał - Aha i bądź ostrożny. Nie chcę stracić najlepszej dziwki przez jej wygórowane libido.

Wyszedł, nie spoglądając na Urie już ani razu, zostawiając go z własnymi myślami.

 

***

 

Beebo grał. Siedział nago przy swojej harfie i szturchał struny z niemym namaszczeniem. Normalnie od dawna siedziałby w Pretty.Odd, ale dziś potrzebował samotności. Ryan się zgodził. To znaczyło, że gdy miejski zegar wybije piętnastą, Urie zobaczy swojego wczorajszego klienta po raz kolejny. Nie wiedział co myśleć o zachowaniu szefa. Gdy wszedł do pokoju, zdawał się bardziej ludzki i przyjazny, niż kiedykolwiek był wobec Brendona. Spodobał mu się wystrój i przez chwilę zdawał się zaskoczony, pełen podziwu i melancholii, tak że brunet myślał, że Ross zrzucił maskę, którą zakładał w Pretty.Odd. Wtedy jednak znów stał się zimny, oschły. W miarę rozmowy było tylko gorzej, choć wyraźnie zbił go z tropu proszący ton Brendona. Może to jest na niego sposób? Przestać stosować sztuczki i po prostu ulec?

Urie pierwszy raz miał klienta, którego polubił po pierwszym spotkaniu. Polubił na tyle, żeby naginać dla niego zasady. Nie chodziło tylko o seks. Zeszłego wieczoru stało się coś więcej, coś, czego nie umiał wyjaśnić, ale czuł, że potrzebuje tego mężczyzny w swoim życiu. Coś w jego dotyku, słowach, postawie, łamało Brendona na małe kawałki, a następnie składało w lepszą całość. Prośba o to, żeby to nie był ostatni raz, wydała mu się całkowicie na miejscu. Dallon uśmiechnął się, skinął głową i zaproponował spotkanie następnego dnia. Rano dogadali szczegóły - seks u któregoś z nich w mieszkaniu, pełna dyskrecja, Ryan musi wiedzieć o sytuacji, kwestie płatności i harmonogramu. Umówili się na piętnastą, pod warunkiem, że Ross przystanie na warunki. Jeśliby odmówił, Brendon miał nie przychodzić.

Grał w hałasie własnych myśli. Co on najlepszego wyprawia?

Zegar wybił czternastą. Wstał od instrumentu i przeszedł za parawan. Obmył się, wyperfumował, wymalował lekko oczy. Z komody wyjął błyszczącą koszulę i lekkie spodnie, które szybko założył. Opuścił mieszkanie, wyszedł na ulicę i powolnym spacerem, okrężną drogą, poszedł do miejsca, w którym aktualnie mieszka Dallon. Niepozorny budynek prawie na przedmieściach wewnątrz był ekstrawagancko luksusowy, o czym przekonał się rano. Nie wiedział, czy arystokrata jest właścicielem, czy tylko go wynajmuje i szczerze mówiąc nie obchodziło go to. Zapukał do drzwi, otworzyła mu uśmiechnięta służąca.

- Domyślam się, że szanowny pan Urie?

- Żaden ze mnie pan - rzucił odruchowo. Nic nie znaczył, był nikim, kolejną dziwką, nie potrzebował tytułów i zwrotów grzecznościowych.

- Pan Weekes pana oczekuje - odpowiedziała niezrażona kobieta. wpuściła Brendona do mieszkania, prowadząc go na piętro i wskazując na grube, ciemne drzwi.

Urie zapukał w nie pewnie, poprawiając drugą dłonią włosy.

- Wejść. - Ciepły głos przyprawił go o dreszcze. Pchnął drzwi i wszedł do ciemnej, ale nie przytłaczającej sypialni. Dallon leżał na łóżku z książką. Kasztanowe włosy opadały mu na czoło. Widząc gościa, odłożył lekturę na stolik.

- Zgodził się. - Brendon spojrzał na wyższego mężczyznę i uśmiechnął się zaczepnie, na co ten jedynie przewrócił oczami.

- Chodź tutaj - powiedział spokojnie, ale nie brzmiało to jak rozkaz, a bardziej jak uprzejma sugestia. Urie posłusznie podszedł do łóżka i wpełzł na miejsce przy boku Dallona, wtulając się w niego, jakby byli kochankami, którzy zbyt długo się nie widzieli. Częściowo odruch dziwki, częściowo potrzeba, by być blisko tego wysokiego, pięknego człowieka. Szatyn objął go ramieniem, a drugą dłoń wplątał w ciemne włosy. - Wiesz, zdążyłem popytać ludzi i z zaskoczeniem zauważyłem, że jesteś znany z pieprzenia, a nie bycia pieprzonym.


- ‎To źle? - zapytał, spoglądając niepewnie w błękitne oczy.


- ‎Nie. Po prostu chciałbym się upewnić, że nasz układ ci pasuje. Jeśli czujesz się niekomfortowo, możemy się rozejść bez konsekwencji. Może i jesteś dziwką, ale też człowiekiem i nie mam zamiaru do niczego cię zmuszać tylko dlatego, że ci płacę. - Dallon mówił spokojnie i stanowczo, badawczo lustrując piękną twarz Beebo z nieskrywaną fascynacją, ale i troską.


- ‎Nie jesteś pierwszą osobą, która mnie wzięła, jesteś tego świadomy, prawda? - Zaskoczony Brendon usiadł, łapiąc jednak partnera za dłoń, żeby nie tracić kontaktu fizycznego. Robił tak z każdym klientem, ale tym razem nie wynikało to jedynie z przyzwyczajenia i profesjonalizmu. Lubił Dallona. Bardzo go lubił.


- ‎Domyślam się. Wciąż jednak pragnę, abyś szczerze mi odpowiedział na pytanie, czy odpowiada ci to, że będę cię pieprzył? - Weekes był dziwnym człowiekiem. Jego głos był spokojny, wręcz pozbawiony emocji, a mimo wszystko uspokajający, zaś jego postawa i spojrzenie budziły respekt. Kłamanie mu prosto w oczy wydawało się Brendonowi wręcz niemożliwe.

Urie westchnął i na chwilę wziął pociągłą twarz Dallona w dłonie. Wąskie usta wygięły się w lekkim uśmiechu, a błękitne oczy błysnęły wiedząco. Weekes znał odpowiedź. Był zbyt dobry, by nie wiedzieć.

- Nasz układ w pełni mi odpowiada. Będę przychodził raz w tygodniu, wejdziemy do ciebie lub pójdziemy do mnie, a po seksie płacisz. Ja się rozliczam z Ryanem, wszyscy są szczęśliwi. - Brzmiał bardzo profesjonalnie, ale mówiąc, rozwiązywał sznureczki ubrania Dallona, czego mężczyzna nie przerwał ani nie skomentował.


- ‎Dobrze. Jeszcze jedno pytanie - powiedział sucho. - Co byś zrobił, gdyby twój szef się nie zgodził na spotkania poza burdelem?


- ‎Przyszedłbym tu - szepnął, ściągając z Weekesa koszulę. - i prosiłbym cię, żebyś zrezygnował ze swoich zasad.


- ‎Żebym przychodził do lokalu?


- ‎Nie, żebyś pieprzył mnie za darmo. - Zdjął swoją własną koszulę, siadając okrakiem na Dallonie i poruszając powoli biodrami.


- ‎ Naprawdę mnie potrzebujesz, prawda? - Uśmiechnął się z satysfakcją i wreszcie dotknął Brendona. Urie czekał na dotyk tych dłoni na nagiej skórze odkąd Dallon wyszedł z Pretty. Odd. i teraz nawet gładzenie klatki piersiowej wydawało mu się cholernie podniecające.


- ‎Tak - szepnął, przymykając oczy. Nie przestawał symulować ruchów frykcyjnych i czuł, że ciało Dallona zaczyna na to odpowiadać. - Nie wiem jak to zrobiłeś, ale nigdy wcześniej nie pragnąłem spać z kimś więcej niż raz. Nawet moi ulubieni stali klienci są... obowiązkiem. Przyjemnym, ale obowiązkiem.


- ‎Czy inni klienci próbowali z tobą rozmawiać? Czy inni klienci potrafili sprawić, żebyś błagał? Nie żebyś udawał, ale naprawdę błagał. Czy inni klienci zostawali z tobą dłużej, skupiając się na tobie i tym, czego potrzebujesz, a nie na własnych problemach i zachciankach? - Beebo żywo pokręcił głową. Wciąż miał zamknięte oczy, a jego oddech przyśpieszył. Dallon uniósł się i pocałował klatkę piersiową Brendona, następnie wysunął język i polizał kolejno oba sutki wyciągając z Urie cichy jęk. - Czy potrafili robić to?


Po tych słowach złapał niższego mężczyznę w talii i uniósł go jakby nic nie ważył. Położył go na plecach, samemu unosząc się ponad nim. Zdjął z Brendona resztę ubrań, podczas gdy ten wpatrywał się w niego z mieszanką zaskoczenia, pożądania i strachu. Miał już agresywnych klientów, ale nikt go jeszcze nie podniósł z taką łatwością. Poza tym, Dallon tak naprawdę nie był agresywny. Nie był nawet typowo dominujący. Był dziwny.

Weekes zlustrował nagie ciało Brendona, po czym przyssał się do jego szyi, ale na tyle krótko, by nie zostawić śladu. Następnie, całując i liżąc, zaczął schodzić niżej. Najpierw obojczyki, sutki, granica żeber. Drżący z podniecenia brzuch, wystające kości bioder, podbrzusze. Nareszcie dotarł do penisa i wziął go do ust. Brendon był zaskoczony. Poprzedniej nocy nic nie wskazywało na to, by Dallon lubił to robić. Niewielu mężczyzn lubiło to robić, ba, nawet kobiety za tym nie przepadały i Urie nie był pewien, kiedy ostatnio trafił mu się klient, który chciałby ssać, a nie być ssanym. Dlatego Brendon był zaskoczony. Ale tuż po zaskoczeniu przyszła przyjemność uderzająca go przyjemnymi falami gorąca.

- Na Pięciu... - jęknął, wyginając się lekko w łuk. Dallon uniósł głowę, wypuszczając członek z ust z cichym dźwiękiem.


- ‎Ciii... To jeszcze nie pora na jęki. - To mówiąc, zaczął rozwiązywać swoje spodnie, nie przerywając kontaktu wzrokowego.

Chapter Text

- Mamy problem - oznajmił zrezygnowanym tonem mężczyzna. - Mamy za mało wojska, a zamieszki zaczynają się nasilać. Najwięcej oddziałów trzymamy przy granicy, więc jeśli dojdzie do ataku w stolicy, możemy mieć problem… Pete, słuchasz mnie?

- Tak, tak - mruknął mężczyzna, w skupieniu wpatrując się w mapę namalowaną na dużym, drewnianym stole. - Ile mamy sił? W sumie?

- Około 30 tysięcy żołnierzy i 10 magów.

Pete znieruchomiał na chwilę i spojrzał na rozmówcę z niedowierzaniem.

- Do cholery, Andy, kiedy my straciliśmy tylu ludzi?

- Podczas ostatnich zamieszek, w czasie pożaru koszar. Po zdradzie Raccine’a straciliśmy najwięcej. Kilka razy wysłaliśmy pomoc do Eastgroom, ale Groom i tak przegrywa tę ich cholerną wojnę. Bride wsparło rewolucjonistów u nas, doszło do ataków. Część żołnierzy zdezerterowała. Ogólnie jest źle. Poza tym Tarium nie przyśle więcej magów, Pentonium już chyba nie chce udawać, że są po naszej stronie. Boję się też, że ta dziesiątka, którą teraz mamy, prędzej czy później stanie po stronie purytan.

- Coś proponujesz? - westchnął Pete, przecierając oczy. Był zmęczony wojną, która bezpośrednio nie powinna go dotyczyć, ale dotyczyła. Przysparzała ogromnych problemów. I zaczynała mieć niebezpieczny wpływ na sytuację w kraju.

- Zmniejszyć ochronę granic i skupić większość wojska w stolicy. - Hurley sięgnął po figurki stojące z brzegu stołu i ustawił je na napisie Sagesval. Mniejszą postawił na granicy z Eastgroom. Pionki oznaczające armię Groom i wrogie wojska Bride już wcześniej stały w miejscu, gdzie znajdował się front. - Zamieszki są w tym momencie większym zagrożeniem, bo z tego co nam wiadomo, front w Eastgroom jest dość stabilny. Wciąż też obowiązuje umowa z przygranicznymi klasztorami, domostwami i zamkami, w razie ataku Bride będą nas informować.

- Są jakieś wieści od Ray’a?

- Nie rozmawiałeś z Billiem? - Pete mu nie odpowiedział. Nawet na niego nie spojrzał. Było mu głupio, bo nie orientował się w wielu sprawach państwa. Był zmęczony. Andy odchrząknął i podjął temat. - Jakoś tydzień temu napisał, że jest spokój. Na horyzoncie jest cicho, choć ostatnio przyszedł do nich ranny z tamtej strony, więc albo był bardzo wytrzymały i jakoś udało mu się dotrzeć, albo front jest bliżej niż sądziliśmy.

Zapadła chwila ciszy. Pete patrzył na mapę, próbując wymyślić coś sensownego.

- Tak jak wcześniej zacząłem - Andy wrócił do tematu. - przy granicy zostawimy niewielkie grupy, zwiększymy ochronę stolicy i spróbujemy rekrutować wojsko. Jest to kiepski plan, dalej będziemy w beznadziejnej sytuacji, ale nic innego nie mogę wymyślić. Ale to ty jesteś królem, ja tylko mogę ci zaproponować rozwiązania. Rozkazy i tak wydasz ty.

- Dobrze wiesz, że cenię twoje rady. Nie bez powodu to ty jesteś dowódcą armii.

Mężczyzna uśmiechnął się pocieszająco do króla, który odpowiedział słabym uniesieniem kącików ust. Pochylili się nad mapą, w milczeniu myśląc o tym, jak bardzo mają przejebane.

Andy był przyjacielem Pete’a, więc nie musiał się przejmować konwenansami, traktowali się jak równych. Hurley został wybrany na królewskiego doradcę jako jeden z ostatnich spośród zaufanych, ale nie umniejszało to jego znaczeniu. Zajmował się głównie wojskowością, ale należał też do Rady Pięciu, czyli najważniejszej niereligijnej, a więc niezwiązanej z Pentonium, grupy w państwie. Jednak Rada Pete’a nie cieszyła się sympatią ludu. Andy, żeby nie wywoływać jeszcze gorszego wrażenia, zawsze chodził w mundurach o wysokich kołnierzach i nigdy nie ścinał gęstej brody, aby zakryć tatuaż, który miał na szyi. Niestety długi rękaw nie był w stanie zasłonić dłoni, których wygląd nie uszedł uwadze poddanych. Oczywiście skojarzono to z Nelehe, plotki rozniosły się po całej stolicy, a później po dworach i klasztorach. Andy nigdy nie miał nic wspólnego z magią, nie licząc nielicznych sytuacji, gdy asystował Billiemu. Nawet z dostojnikami Pentonium czy wizytatorami z Tarium nie miał za dużo do czynienia. Ale ludzie gadali swoje.

Prawie cała rada była wytatuowana, tyle że nikt o tym nie wiedział. Publicznie nosili długie rękawy i zasłaniali całe ciało, a luźne ubrania zakładali jedynie w czasie spędzanym w części zamku, do której dostęp miał tylko król, Rada i ich rodziny i goście, a służba mogła wejść jedynie do jadalni, do której zanosili jedzenie o ustalonych godzinach. Dawniej, te prywatne komnaty były tylko dla rodziny królewskiej, ale ojciec Pete’a to zmienił pozwalając mieszkać tam swojemu namiestnikowi, który pochodził z The Kingdom of Sunlight i nie miał w stolicy swojego majątku. Wywołało to olbrzymią kontrowersję, ale król mawiał, że południowiec czy nie, namiestnikiem i przyjacielem jest znakomitym. To jego siostra została kochanką, a następnie drugą żoną króla, po tym jak matka Petera zmarła. To z nią ojciec był szczęśliwy i to ją Pete chętniej nazywał mamą. Poza tym urodziła najbliższego Wentzowi człowieka - Patricka, którego mianował swoim namiestnikiem.

- Jakie wieści, Joe? Może chociaż ty masz coś dobrego? - Pete podniósł wzrok pełen nadziei na przyjaciela, który dopiero co wszedł do sali. Za nim dreptał dużo niższy Patrick. - Patrick?

- Więc… - Joe otworzył i zamknął usta, jakby bał się, że nie powinien czegoś mówić. Zerknął na Andy’ego, który zmęczony kiwnął głową. - Część moich wtyczek w mieście się wykruszyła z różnych powodów. Ktoś albo ich likwiduje, albo uciekają.

Trohman zauważył, że Pete patrzy na niego bez życia, jakby był bliski rozpłakania się.

- Spokojnie, to nie problem załatwić nowych ludzi. Jeszcze dzisiaj się tym zajmę i siatka szpiegów będzie jeszcze lepsza niż…

- Nie tylko w tym tkwi problem - przerwał mu Andy. - Mamy za mało wojska. A lud, jestem pewien że podburzany przez Pentonium, zaczyna się szykować do rewolucji.

- Wiem - uciął szorstko Joe.

- Bywało gorzej. Pamiętacie przecież co się działo jak Pete zaczął wprowadzać nowe prawo magiczne… - Patrick starał się zachować wesoły ton.

- Tak, wtedy to był młyn, nie macie pojęcia jak trudno było znaleźć lojalnych ludzi… - podłapał Joe.

- Macie tak optymistyczne podejście… - Pete przeniósł wzrok na Patricka. - Mogłem ci jednak oddać ten tron… Byłoby dużo lepiej dla kraju.

- Gdybym to ja był królem, to od dawna bylibyśmy pod inną koroną, bo byśmy upadli. Pete - Podszedł do Wentza i położył mu rękę na ramieniu. - Jesteś świetnym władcą. Poradzisz sobie z tym wszystkim.

Pete został koronowany dość młodo. Ojciec zmarł, prawdopodobnie otruty, tylko kilka lat po kontrowersyjnym drugim ślubie. Trudno się dziwić, że Wentz na początku swojego panowania popadał w paranoję, bojąc się o swoje życie. Później otoczył się ludźmi, którym rzeczywiście ufał i się uspokoił. Patrick, jako nieślubne dziecko jego ojca, przed drugim małżeństwem nie miał szans na koronę, ale po nim, stali się prawie równi. Obaj mogli nosić nazwisko Wentz. Ale Patrick odmówił i zachował panieńskie nazwisko matki. Kiedyś przyznał, że to dlatego, że nigdy nie chciał władzy. Ani zapomnieć, że w gruncie rzeczy, jego korzenie sięgają do kraju słońca. Pete był pierworodnym dzieckiem, spłodzonym w pierwszym, zaaranżowanym małżeństwie, ale Patrick był synem wówczas żyjącej królowej, usynowionym przez zmarłego władcę. Gdyby nie kategoryczna decyzja Patricka, mogliby konkurować o tron.

- Przynajmniej dostawy broni mają się dobrze - zauważył Hurley. - Josh pilnuje interesu i mamy niemalże więcej sprzętu niż ludzi.

- Wciąż nie podoba mi się to, że kupujemy broń od kogoś z południa - rzucił Joe, krzywiąc się nieznacznie. Patrick przewrócił oczami.

- To, że Sunlight ma takie, a nie inne obyczaje, nie znaczy, że produkują złą broń - odpowiedział Stump.

- Dostawca jest z Moonlight - rzucił Andy.

- Co za różnica? Northern Autonomy of Moonlight leży w granicach The Kingdom of Sunlight od setek lat. Południowiec to południowiec. - Joe pozostawał nieugięty.

- Pamiętaj, że moja matka była południowcem - warknął niespodziewanie Patrick.

- Joe, uspokój się. - Pete zgromił go wzrokiem. - Patrick, ty też. Wiesz, że nie o to mu chodziło. Nie chciał cię urazić. Nikt nie obraża mamy. Niech Maecore nad nią czuwa.

Patrick skinął głową, wciąż nieco naburmuszony i poprawił swój niedorzeczny kapelusz, z którym się nie rozstawał. Po chwili niezręcznej ciszy, w czasie której Pete bez życia wpatrywał się w stół, a reszta zgromadzenia w niego, Andy i Joe wymienili znaczące spojrzenie. Patrick je zauważył i zmartwiony przysunął się do brata.

- Idź odpocząć albo zajmij się dziećmi - zaproponował Stump. Pete spojrzał na niego błędnym wzrokiem, potem omiótł resztę pomieszczenia. Westchnął i wyszedł z sali, w której jeszcze chwilę panowała cisza.

- Naprawdę z nim źle… - zauważył w końcu Andy. - Jest chodzącym wrakiem.

- Może zapytamy czy Billie byłby w stanie go jakoś uspokoić? - zaproponował Joe zrezygnowany.

- Raczej nie - odezwał się szorstki głos ze schodów.

Sala narad była piętrowa. Na dole znajdował się ogromny stół z mapą znanego im świata, na której ustawiano figurki symbolizujące wojska, obozy i ważne punkty. Na ścianach wisiały stare bronie, których nie używano od lat i kilka dekoracyjnych arrasów. W kącie poukładane były zwoje kolejnych map - aktualnych - które rozkładali, gdy potrzebowali lepszego widoku na daną okolicę. Drzwi w kącie pomieszczenia prowadziły do dostępnej dla wszystkich części zamku, ponieważ pokój narad był drugim i ostatnim miejscem, do którego w razie konieczności wpuszczano osoby z zewnątrz. Gdy sytuacja w kraju była poważna i Pete potrzebował jeszcze innych doradców, zbierali się tutaj. Jednak na wyższe piętro nie mieli dostępu. Na drugim końcu sali, na ścianie, była wymalowana kolejna mapa. Przypominająca bardziej artystyczny obraz, przedstawiała kontynent z czasów powstawania i tworzenia się poszczególnych państw. W lewym dolnym rogu, starym pismem, spisana był mit o stworzeniu świata, a bardziej na prawo, już innym stylem, o pierwszym władcy, który zabił ostatniego smoka, ratując tym samym ludzi przed śmiercią zadawaną przez bezlitosne bestie. Reszta ściany była bogato ozdobiona wizerunkami smoków, harpii, pegazów i innych mitycznych zwierząt, które wyginęły przed setkami lat. Przez to, że pomieszczenie było piętrowe, a w tym miejscu nie było już sufitu niższej kondygnacji, obraz sięgał sklepienia na górnym piętrze. Schody zabezpieczone surową, metalową barierką znajdowały się obok malowidła. Oparty o balustradę mężczyzna był ubrany w czerń. Koszula, spodnie, lekki płaszcz, nawet buty, były ciemniejsze od nocy. Miał też równie czarne włosy, lekko przydługie i nastroszone jak pióra mokrego kruka. Zielone oczy, obwiedzione kredką, przenikliwie wpatrywały się w zgromadzoną niżej trójkę.

- Mogę go jedynie oszołomić albo otępić, a na tym raczej nam nie zależy - zaczął kpiącym tonem, unosząc arogancko brwi. Zszedł do reszty, wolnym, pewnym krokiem. - Zajmuję się magią, ale nie ziołolecznictwem czy psychiatrią. Musicie poszukać jakiegoś zielarza. Albo nie. Mogę porozmawiać z Ray’em. W końcu w tym jego śmiesznym klasztorku na pewno jest ktoś, kto się na tym zna.

- Dobra, najpierw poszukam kogoś w mieście - rzucił Joe, zirytowany zachowaniem czarnowłosego. Szanował go, cenił jego zdolności i rozumiał, czemu Pete go chronił, trzymając go przy sobie w stolicy, mimo wyraźnej dezaprobaty Pentonium, ale arogancja, jaką zdarzało się mężczyźnie emanować, bywała naprawdę nieznośna.

- Jest aż tak źle? - zapytał mag, nagle poważniejąc.

- Mamy tylko 30 tysięcy ludzi i 10 magów w służbie koronie, Tarium odmówiło przysłania kolejnych. Twierdzą, że nowe pokolenie nie jest gotowe - odpowiedział Andy.

- Jedenastu, ja też jestem. Można też policzyć Ray’a, bo jakby było źle, to można go sprowadzić. Pentonium i tak jest przeciwko nam, dezercja jednego mnicha nie powinna zrobić im różnicy. Można też... - Urwał, przypominając sobie, że nie powinien o tym mówić, ale wszyscy patrzyli na niego wyczekująco, więc nie było już odwrotu. - Wciąż mamy tamtejszych mnichów. Myślę, że część poszłaby za Ray’em. Ci religijni skurwiele są dosyć lojalni, nie? - Wyratował się. Miał nadzieję, że nie wzbudził w nikim podejrzeń.

- 12 magów to wciąż mało - zauważył Joe.

- Nie tak tragicznie. Mamy więcej niż Bride. - Patrick znów próbował zachować optymizm, ale szło mu gorzej niż zwykle.

- Tak, bo oni nie mają ani jednego. Pamiętasz? Oni nie lubią magii. - Joe przewrócił oczami i założył ręce na piersi. Nie podobało mu się to wszystko.

- Ale wciąż mamy więcej - odgryzł się Stump.

- W razie czego zawsze możemy wynająć najemników, ale nie wiem, czy budżet to udźwignie. - Andy spojrzał na Joe.

- Dalibyśmy radę. Nie na dużą grupę, ale w razie naprawdę kiepskiej sytuacji możemy zapłacić oddziałowi, może nawet dwóm.

- Gorzej, jeśli oprócz Bride, zaatakuje Pentonium. Nie wiemy ilu ortodoksyjnych magów mają w Tarium, nawet wtyczki Joe nam tu nie pomogą. Boję się, że zagrożenie zewnętrzne ze strony tych staroświeckich idiotów okaże się niczym w porównaniu z masakrą, jaką urządzi nam nasz własny kościół, jeśli Pete nie załagodzi stosunków. - Andy przetarł ze zmęczeniem oczy. Naprawdę mu się to wszystko nie podobało. Sytuacja była wręcz tragiczna, bo nie byli bezpieczni właściwie z żadnej strony. Od wschodu wojna domowa w Eastgroom, od południa, mimo pokoju z Sunlight, zdarzały się grabieże, bo ludy żyjące na preriach miały w głębokim poważaniu jakiekolwiek sojusze. Od północy i zachodu otaczał ich ocean, ale Andy, szczególnie po reakcji dostojników na jego tatuaże, nie śmiał zapomnieć o jeszcze jednym zagrożeniu, niebezpiecznie majaczącym gdzieś na horyzoncie. Nelehe. Co prawda od kilku lat napaści na nadmorskie wioski zdarzały się wyjątkowo… właściwie to w ogóle się już nie zdarzały, ale czy to na pewno dobry znak? Co jeśli ci popaprańcy doszli do takiej wprawy, że właśnie szykują się do podboju świata?

- Proszę cię. Pentonium? Świętojebliwe jaskółeczki nie wyściubią nosa z tej ich szkoły. Owszem, dostojnicy rzeczywiście podburzają lud przeciwko liberalizacji prawa, bo zagraża ona ich prestiżowi, ale magami się nie przejmujcie. Oni za bardzo boją się nawet pierdnąć, a co dopiero walczyć. Problem tkwi w ludzie. - Billie rozsiadł się na jednym z krzeseł stojących wokół stołu. Zwykle przy nich nie siadali, bo wszyscy potrzebowali rozchodzić emocje towarzyszące naradom, ale Pete’a nie było, a co za tym idzie - jego królewskie krzesło było wolne. A Billie Joe nie mógł się powstrzymać. - To co robimy z naszą jego wysokością?

- Może… wiecie… możemy sprowadzić… - zaczął Patrick, ale Joe od razu mu przerwał.

- Nie. Równie prawdopodobne, że to by pomogło, jest to, że miałoby całkowicie przeciwny skutek i się nam chłopak jeszcze bardziej załamie.

- Ale ostatnio… - spróbował znowu Patrick.

- Joe ma rację. Ostatnio Pete był stabilny psychicznie. Teraz nie jest - poparł wysokiego bruneta Andy.

- Jako jego brat, wciąż uważam, że Pete potrzebuje… - podjął na nowo Stump.

- Nie. - Billie spojrzał na niego stanowczo. Patrick się zmieszał i poprawił kapelusz.

 

***

 

Pete wszedł do komnaty, którą dzielił z żoną. Rozejrzał się ślepo po pomieszczeniu, które urządzone było niezbyt bogato, ale z rozmachem, w jasnych kolorach. Rzucił się twarzą na łóżko, próbując się uspokoić.

To wszystko go przerastało. Wojna, problemy z wojskiem, wrogość Tarium i Pentonium, niebezpieczna cisza Nelehe, a dodatkowo poddani, którym starał się iść na rękę, dla których starał się być dobrym władcą, a oni szykują się do rewolucji i prawdopodobnie detronizacji. To go przerastało. Nie sypiał, przez co w ciągu dnia się wręcz słaniał. Nie był w stanie ogarnąć spraw państwa, nie wiedział co się działo w świecie, ciągle brakowało mu czasu i nawet nie potrafił powiedzieć, co tak naprawdę mu go zabierało. Miał wszystkiego dosyć, chciał to rzucić i uciec od tego, co go otaczało, pojechać na drugi koniec świata i nigdy więcej nawet nie zbliżać się do władzy. Albo po prostu ze sobą skończyć.

Nie wiedział co powinien zrobić. Zrzucenie korony i oddanie władzy Pentonium stawało się coraz bardziej pociągającym wyjściem, które coraz częściej rozważał, nikomu o tym nie mówiąc.

Usłyszał jak za drzwiami obaj jego synowie zaczynają krzyczeć w zabawie. Szybko przerodziło się to w śmiech. Chciał do nich wejść, jak kiedyś robił, ale nie znalazł w sobie siły na wstanie z łóżka. Udawanie szczęśliwego ojca bez problemów nie było teraz czymś do czego był zdolny. Ale to właśnie synowie powstrzymywali go przed skończeniem ze sobą. Świadomość, że miał dla kogo żyć, że musi się kimś opiekować podtrzymywała go na duchu.

Po chwili do dziecięcych głosów dołączył trzeci. Meagan albo próbowała ich uspokoić, albo przyłączyła się do ich zabawy, ale nie potrafił usłyszeć co mówiła. Była dobrą żoną. Wziął ślub poniekąd z konieczności, ale zależało mu na tej kobiecie, może nawet ją kochał.

Podniósł się z łóżka, obawiając się, że żona zaraz tu przyjdzie, a nie chciał jej martwić swoim stanem. Wyszedł na korytarz, wszedł na piętro i skierował się do biblioteki. Poza ogromnym zbiorem książek mieli tam różne instrumenty. Od dziecka uczył się grać. Gdy tylko był w stanie, poświęcał się muzyce, dlatego często wspomagał finansowo miejskich muzyków, których zapraszał na niektóre uroczystości. Nie zdarzało się to często, budżet na to nie pozwalał. Z instrumentami wiązało się wiele wspomnień. Przede wszystkim dzieciństwo spędzone na zabawie i nauce z Patrickiem. No i to poniekąd dzięki muzyce poznał… Nie, nie powinien o tym myśleć. Nie teraz. Zamknął za sobą drzwi biblioteki i westchnął ciężko. Był zmęczony.

 

***

 

- Czyli jaki ostatecznie jest plan? - zapytał Billie prostując się w fotelu.

- Wydam zaraz rozkaz przemieszczenia wojsk do stolicy i zobaczymy ile z raportowanych 30 tysięcy rzeczywiście zostało. Potem ogłosimy pobór do wojska i zobaczymy jak się wszystko potoczy. - Andy nie czuł był optymistyczny. Wątpił, czy ktokolwiek będzie chciał wstąpić do armii i czy w ogóle będą w stanie jakoś rozlokować ludzi, których mają.

- Spróbuję znaleźć jakieś wtyczki w mieście. Obserwatorzy, szpiedzy… - zaczął Joe.

- Można też zwerbować jakiegoś ważniejszego człowieka, który zna miasto i ludzi - zaproponował Patrick, a Trohman wyglądał jakby nagle doznał olśnienia.

- To jest świetny pomysł. Patrick, jesteś genialny! - Widać było, że myślami był już gdzieś daleko.

- Świetnie, wszystko ustalone. To ja pójdę pogadać z Ray’em i ostrzec, że w razie czego ma honorowe miejsce w armii. - Mag szybkim ruchem podniósł się z fotela i wyszedł z sali.

- Poszukam Pete’a… Może czegoś potrzebuje - mruknął Patrick, poprawiając kapelusz.

- Idź. Ja jeszcze chwilę zostanę - odpowiedział Andy, zgarniając ze stołu figurki i ustawiając je na nowo, w trochę innym układzie. Stump skinął głową i opuścił pomieszczenie.

- Andy… - zaczął Joe. - Jak bardzo złym pomysłem jest zwerbowanie właściciela burdelu pochodzącego z Moonlight?

Chapter Text

Tej nocy mieli potworny ruch, bo snobistyczny arystokrata - właściciel ziemski i producent jednego z lepszych win w okolicy - spędzał swój ostatni dzień przed ślubem na biesiadowaniu z rozmachem. Zaproszona przez niego grupa bogaczy - przekonanych o swojej wyższości i wpływach - właściwie rządziła burdelem. Momentami aż brakowało prostytutek, goście znikali w pokojach i po chwili wracali by zabrać inną dziewczynę lub chłopaka. Niektórzy pracownicy obsługiwali więcej klientów niż wynosił ich dzienny limit - wyznaczony przez Ryana, żeby ułatwić rozliczanie się i zapewnić pracownikom godziwe warunki - ale nikt nie narzekał, wiedząc że takie sytuacje są dobrą okazją by więcej zarobić. Ross zatrudniał uczciwe osoby, które starały się w pracy, były dobre w tym, co robią i zależało im na dobrej opinii, więc jedynie dwie dziewczyny skończyły wcześniej, bo klienci nieźle je wymęczyli i nie miały sił na kolejne osoby.

Gdy zaczynało świtać, Jon zaczął prosić gości o opuszczenie lokalu, uprzejmie zwracając uwagę na porę i stan zarówno gości, jak i zatrudnionych. Udało im się wypędzić wszystkich klientów, pracownicy rozeszli się do domów lub poszli spać do pokojów na piętrze. W głównej sali została tylko najważniejsza czwórka, trzymająca ten lokal w ryzach. Mimo trudnego wieczoru, pomieszczenie było w dobrym stanie, więc podzielili się zadaniami. Brendon sprzątał scenę i dekoracje, Spencer zajął się zamiataniem, Jon czyszczeniem kuchni, a Ryan barem i stołami. Działali sprawnie i metodycznie, toteż już po kilkunastu minutach, lokal wyglądał przyzwoicie. Ross podziękował w duchu Pięciu Bogom, że ma na kim polegać. Spojrzał na Brendona, przesuwającego harfę w głąb sceny. Poruszał się żwawo, mimo że w nocy przyjął co najmniej trzy osoby, co na jego standardy było sporą ilością. Na szyi miał girlandę ze zrobionych z kawałków materiału kwiatów, a rozpięta, błękitna koszula była potwornie wymięta. Patrząc na niego, nie dało się dostrzec żadnego zmęczenia, ale też nie był energiczny w typowy dla siebie, przebojowy sposób. Miał sprężyste ruchy, ale jednocześnie... mechaniczne i otępiałe. Ryan wbrew sobie się tym zmartwił. To nie było normalne. Po takiej nocy każdy byłby zmęczony. Spencer nie miał siły na rachunkowość, co było do niego niepodobne, a Jon ledwo stał na nogach, nawet sam Ryan czuł się okropnie. A Brendon? Prawie skakał odnosząc dekoracje do garderoby, a jednocześnie prawie się nie odzywał. To nie było normalne. Ryan już wielokrotnie widział go zmęczonego i tym razem coś było nie tak.

- Brendon? - zawołał Ross stając nieruchomo za ladą. - Pozwól na chwilę.

Urie posłusznie przeszedł przez salę i podszedł do blatu, pytająco unosząc brwi.

- Coś nie tak, złotko? - Przez jego zwyczajną arogancję przebijała się nuta zniecierpliwienia.

- Co ci jest? - zapytał cicho i podejrzliwie Ryan. - Nie jesteś zmęczony?

- Co ma mi być? - Wzruszył ramionami. - Oczywiście, że jestem zmęczony. Nie widać po mnie zmęczenia, gdy mam dobry humor, to wszystko. Czemu w ogóle pytasz?

- Nic nie brałeś? - Zmrużył oczy, uważnie badając twarz Urie w poszukiwaniu jakiegoś śladu kłamstwa. Ale ta arogancka pewność siebie maskowała każdy przejaw ludzkich uczuć, jeśli Beebo w ogóle je miał. - Opium? Wynalazki z południa?

- Na Pięciu Bogów, Ryan, oczywiście, że nie. - Obejrzał się nerwowo na Spencera, zamiatającego podłogę na tyle niedaleko, że na pewno słyszał całą cichą rozmowę. Ross bez emocji wpatrywał się w niego oczekująco, jakby wiedział, że to nieprawda. Po chwili napiętego kontaktu wzrokowego, Beebo przymknął z rezygnacją oczy. - Mleko makowe.

Ryan przełknął ślinę.  Był skłonny uwierzyć, że Brendon mówi prawdę, ale przeczucie jednak się sprawdziło. Blef się opłacił.Poczuł supeł zawiązujący mu się na żołądku. Każdy z jego pracowników musiał być czysty od substancji odurzających, dopuszczał jedynie niewielkie ilości alkoholu, to był bezwzględny warunek. Powinien go zwolnić. Natychmiastowo. Po chwili zdał sobie sprawę, że czuje coś jeszcze oprócz złości. Rozczarowanie. Spojrzał twardo na Brendona, tym razem nie chowając się za zimną maską. Może dlatego Urie w odpowiedzi wyglądał na szczerze skruszonego.

- Idź do domu. Już - wysyczał przez zęby.

- Szefie...? Czy...? - Urie wyglądał jakby się bał. Zbiło to Rossa z tropu. Dlaczego Brendon miałby się bać? Nawet jakby Ryan go wyrzucił, z łatwością znalazłby pracę w każdym innym burdelu.

- Nie wyrzucam cię. Ale oby to był ostatni raz i wiesz, że się dowiem, jeśli będziesz próbował czegoś za moimi plecami. A teraz zejdź mi z oczu. - Odprowadził speszonego bruneta wzrokiem do wyjścia.

- Ryan? - Spencer przerwał zamiatanie. - Co się stało?

- Kazałem mu coś załatwić, nic o czym musiałbyś wiedzieć. - Smith skinął ze zrozumieniem głową, udając, że wierzy. Wrócili do swoich zajęć, a lokal wyglądał już prawie idealnie, gdy nagle w pustym, cichym pomieszczeniu rozniosło się echem skrzypnięcie otwieranych drzwi wejściowych. Zatrzymali się wpół ruchu.

- Zamknięte - powiedział głośno Ryan do przybysza.

Mężczyzna miał na sobie czarny płaszcz z narzuconym na głowę kapturem i materiałową maskę na nosie. Wyglądał jak złodziej lub zabójca, ale dzisiejszy dzień należał do chłodniejszych, więc dziwny ubiór miał uzasadnienie.

- Wiem, dlatego przyszedłem. Chciałbym porozmawiać z właścicielem. - Mówiąc to odsłonił twarz. Nie wyróżniał się wyglądem, ale Ryan uznał go za dość atrakcyjnego. Miał ciemne oczy i przycięte krótko, prawie czarne włosy.

Ross zlustrował go zmęczonym wzrokiem i skinął głową. Ustawił dwa krzesła przy stoliku pod ścianą i zaprosił gościa gestem ręki. Spencer domyślnie zniknął na zapleczu, pociągając za sobą zaglądającego z kuchni Jona. Ryan zajął miejsce naprzeciw przybysza i bez słowa czekał, aż nieznajomy powie w jakiej sprawie przyszedł. Nie zamierzał rozpoczynać rozmowy, czując konieczność podkreślenia swojej pozycji.

- Z tego co wiem, jest pan z południa? - odezwał się obcy po chwili ciszy.

- Tak, z Moonlight, to nie jest tajemnica - przyznał Ryan.

- A jednak mało kto o tym wie. - Ross wzruszył ramionami. Nie rozmawiał z ludźmi o swojej przeszłości, nawet ze Spencerem i Jonem. Nie czuł takiej potrzeby. Niektórych rzeczy nie zdradziłby nikomu, ale z większości nie robił umyślnej tajemnicy. Po prostu nikt go o nic nie pytał. - Kiedy pan tu przyjechał?

- Mniej więcej 5 lat temu. - Odpowiadał lakonicznie, wciąż nie wiedząc jakie zamiary ma przybysz. Jeśli to kontrola z Pentonium, musi być ostrożny. Homoseksualizm wciąż jest karany, a burdele nie są lubiane przez bogobojnych dostojników i każdy nieodpowiedni ruch mógł kosztować Ryana utratę lokalu, albo i wolności. Może by go nie spalili na stosie, w końcu nie był w regularnym związku. Cholera, nawet nie miał jednonocnych przygód.

- Co spowodowało tak daleką podróż?

- Sprawy rodzinne i interesy. - Zmrużył oczy. Coraz mniej mu się to podobało.

- Czyli gdyby nie kontrowersyjne zmiany w prawie sprzed kilku lat to nie osiągnąłby pan takiego sukcesu, prawda? Złagodzenie kar za stosunki jednopłciowe i całkowite przyzwolenie w prostytucji z pewnością przyczyniły się do pańskich osiągnięć. Tak młodo i w tak krótkim czasie zdobyć takie wpływy? Musi pan być zdolny.

- Czego pan ode mnie chce? - zapytał w końcu Ryan, zmęczony tymi podchodami.

Zapadła chwila ciszy kiedy to przybysz i Ross mierzyli się wzrokiem. Mężczyzna nie wyglądał na zirytowanego tym ponagleniem, dalej był spokojny.

- Mamy dla pana propozycję. Zna pan wielu ludzi, słyszy pan różne rozmowy. Chcielibyśmy, by dostarczał pan nam informacji.

- Kim jest "wam"? Jakie informacje?

- O rodzącej się rebelii. Na tym etapie rozmowy nie mogę wprost powiedzieć dla kogo by pan pracował, ale nietrudno się domyślić.

- Korona. - Zgadł Ryan, a mężczyzna przytaknął, minimalnie kiwając głową.

- Chcecie, żebym był waszym szpiegiem?

- Nie szpiegiem. Informatorem. Informowałby nas pan o ważnych sprawach - sprecyzował grzecznie.

- Coś z tego będę miał? - Ross położył dłonie płasko na stole, oczekując jakiejś oferty.

- To jest coś, co musi pan ustalić z ludźmi postawionymi wyżej niż ja. Nie kryję jednak, że na pewno będzie czerpał pan z tego zyski.

- Kiedy? I gdzie?

- W zamku królewskim, oczywiście. Czas wskazany przez pana.

Ryan spodziewał się tej odpowiedzi, a mimo to zamurowało go. To wszystko było... duże. Unikał mieszanie się w politykę, nie lubił być na salonach, załatwiał to, co musiał załatwić, a resztę zostawiał Spencerowi, którego większość bogaczy znała lepiej, niż Ryana, który wolał pozostać w cieniu. Co wcale nie umniejszało jego wpływom, wręcz przeciwnie, wielu arystokratów szanowała go za tajemniczość i umiejętność zachowania prywatności. Myśleli, że jest na tyle bogaty i dumny, że w prawie każdej sytuacji może wysługiwać się innymi. Co nie było kłamstwem, ale Rossem nie kierowała pycha, a zwyczajna niechęć do wychodzenia z cienia.

- Z początkiem tygodnia w południe. - Zmusił się by odpowiedzieć. W głosie wyraźnie było słychać zaskoczenie, które usiłował ukryć, jednak obcy mężczyzna nie wyglądał jakby zwracał uwagę na to, jak Ross brzmi.

- Wspaniale. Przekażę pana decyzję i będziemy czekać. - Odsunął krzesło wstając.

- Jaką mam gwarancję, że nie należysz do rebelii, lub nawet samego Pentonium i nie zabijecie mnie za wspieranie króla gdy tylko wyjdę z domu?

- Nie masz. Ale może to ci wystarczy. - Maska formalnego, profesjonalnego negocjatora ustąpiła miejsce złośliwemu uśmiechowi, gdy podawał mu zwinięty w rulon papier. Ryan zauważył królewską pieczęć, bez wątpienia autentyczną. Przełamał lak i zaczął czytać niedługą wiadomość w oficjalnym tonie. Zapraszano go, w terminie przez niego wyznaczonym, na negocjacje, gwarantowano nietykalność w samym zamku oraz zalecano wzięcie tego listu na spotkanie. Podpis nie należał do króla, ale do jednego z członków jego Rady.

W czasie gdy Ryan czytał, obcy mężczyzna zdążył wyjść. Ross, dalej w małym szoku, poszedł do kuchni. Spencer i Jon siedzieli przy stole, wesoło o czymś rozmawiając. Gdy tylko pojawił się Ryan, zamilkli i spojrzeli na niego wyczekująco.

- Jon, skończ sprzątać za barem, proszę.. - Zarządził i machnął głową w stronę drzwi na salę. Pracownik skinął głową, podniósł się z miejsca i wyszedł.

Spencer też wstał, chcąc wyjść za przyjacielem, ale Ross go zatrzymał.

- Muszę z tobą pogadać.

***

W gabinecie Smitha pokazał mu list. Mężczyzna dokładnie obejrzał pieczęć i kilka razy przeczytał treść.

- Co powiedział? - zapytał.

- Chce, żebym był ich informatorem. Wiesz, rebelia, Pentonium, te sprawy. - Przypomniał sobie jak mężczyzna poprawił go, gdy użył określenia "szpiegować".

- Ale to chyba nic złego? Władza Petera jest nam na rękę, więc opłaca nam się go wspierać. - Spencer usiadł za swoim biurkiem, a Ryan zajął miejsce naprzeciw.

- Wiem. Chcę się zgodzić, ale to duża sprawa, która wymaga pewnych ustaleń. Nie chcę iść tam sam. - Przetarł ze zmęczeniem oczy. Powinien iść spać. Wszyscy powinni się położyć, a nie martwić się zbliżającą się wojną domową.

- W liście zwracają się tylko do ciebie, nie ma mowy o towarzystwie - zauważył Spencer zerkając na papier.

- To oni mają do mnie interes, tak? Jeśli bym się zgodził, to i tak sam nie będę słuchał, bo nie zawsze jestem wśród ludzi i potrzebuję czyichś uszu. Jesteś moim najbliższym współpracownikiem, to jest nasz interes, którego oficjalnie jestem właścicielem, ale... Spencer, wiesz jak bardzo cię cenię, zarówno jako moją prawą rękę, jak i przyjaciela.

- Na kiedy się umówiłeś? - westchnął Smith. Wiedział, że Ryan mówi szczerze i nie mówi tego aby nim manipulować, więc naprawdę chciał mu pomóc rozwiązać tę sytuację.

- Początek tygodnia. - Ross spojrzał na niego z nadzieją.

- Nie mogę. Jadę na północ. Zaręczam się, pamiętasz? - Przygryzł ze zmartwieniem wargę, rozważając inne możliwości.

- Rzeczywiście. Przepraszam, wyleciało mi z głowy przez ten ruch i... - Urwał, kręcąc ze zmęczeniem głową. Nie chciał iść sam, ale chyba będzie do tego zmuszony. Nie zabroni przecież Spencerowi wyjazdu, Smith i tak już wystarczająco dużo dla niego robi.

- Porozmawiaj z Jonem albo Brendonem. Przecież oni też należą do stałej grupy pracowników. Jon pracuje tu prawie od początku, Brendon nawet dłużej niż on. No i jako Beebo ma największy kontakt z ludźmi, najłatwiej mu się czegoś dowiedzieć. I wychodzi z domu. - Zażartował, ale Ryan tego nie podłapał.

- Założyliśmy ten lokal wspólnie, nie liczysz się jako zwykły pracownik. - Ryan patrzył tępo w biurko. Chciał iść ze Spencerem. To było dziecinne, bo Jonowi ufał właściwie tak samo bardzo jak Smithowi, a Brendon rzeczywiście byłby najbardziej logicznym partnerem do szpiego.... zdobywania informacji, ale Ross i tak chciał iść ze Spencerem.

- Dla postronnych osób, owszem, liczę. Dla wszystkich to ty jesteś szefem i właścicielem, ja jedynie cię reprezentuję, a dla przeciętnego klienta jestem niewidzialny. - Ryan chciał mu coś odpowiedzieć, ale mężczyzna natychmiast uniósł dłoń by go uciszyć. - Pogadaj z Jonem. Albo z Brendonem. Niech któryś z nich idzie.

Ross skinął głową z poczuciem porażki. Bardziej zniechęcała go myśl pójścia samotnie do królewskiego zamku, niż konieczność rozmowy z Jonem lub Brendonem, więc musiał posłuchać Spencera. Wrócił do głównej sali, gdzie Jon właściwie już skończył sprzątać. Spojrzał na Walkera, zastanawiał się chwilę, po czym szybko, zanim zdążyłby zmienić zdanie, wyszedł z Pretty.Odd. i skierował swe kroki w stronę mieszkania najlepszej dziwki w mieście.

***

Gdy stanął przed drzwiami mieszkania, nagle dopadły go wątpliwości. Czy to dobry pomysł? Nie ufał Brendonowi w kwestiach prywatnych, ale był pewien jego lojalności. Czy powinien przychodzić już dziś? Urie pewnie śpi. Poza tym Ryan wyrzucił go z lokalu, to pewnie nie był dobry moment...

Dalsze rozmyślania przerwało mu otworzenie drzwi. Brendon wyglądał dużo gorzej niż jeszcze godzinę temu. Przebrał się w mniej wyjściowe ciuchy, na twarzy widać było zmęczenie. Skóra mu poszarzała, oczy nie błyszczały, a ruchy były ospałe, ale kontrolowane. Mleko makowe już nie działało.

- Długo miałeś zamiar tak stać? - zapytał grubiańsko, gestem zapraszając Ryana do środka.

- Brendon, możemy porozmawiać? - spytał Ross, gdy tylko przekroczył próg. - To nie ma związku z dzisiejszym... incydentem.

Urie usiadł przy swoim niewielkim stole, Ryan zajął więc miejsce naprzeciwko. Ostatnim razem rozmawiali tu o Dallonie, czy jak mu tam było. Niesamowite, że przez ponad 4 lata Ross był w tym mieszkaniu jedynie trzy razy. A teraz między czwartą, a poprzednią, trzecią wizytą minęły nawet nie dwa tygodnie.

- O co chodzi? - zapytał pogodnie Urie swoim zawodowym głosem, uśmiechając się kącikiem ust.

- Do lokalu przyszedł pewien mężczyzna. Chce mojej pomocy, ale szczegółów dopiero mam się dowiedzieć. Dostałem zaproszenie do zamku i...

- Do zamku? - Gwizdnął z kpiącym uznaniem Brendon.

- Przestań robić z siebie durnia - burknął Ryan. Chyba za ostro niż zamierzał, bo Urie momentalnie zamilkł i zacisnął usta. Nie odezwał się ani nie okazał emocji, aż Ross nie skończył wyjaśniać mu sytuacji.

- Czego ode mnie oczekujesz? - zapytał sucho, gdy Ryan zamilkł.

- Chciałbym, żebyś poszedł ze mną. - Brendon zamrugał kilkakrotnie zaskoczony tą propozycją. Zastanawiał go cel tej rozmowy, ale nie oczekiwał takiego obrotu sprawy. Patrzył na Rossa, jakby widział go po raz pierwszy w życiu, ale twarz jego szefa była nieprzenikniona. Może nuta nadziei w spojrzeniu, ale...

Ryan poruszył się niespokojnie, rozglądając się pobieżnie po schludnym mieszkaniu.

- Masz doświadczenie z ludźmi - wyjaśnił Ross, gdy po kilkunastu sekundach wciąż nie doczekał się reakcji. - Rozmawiasz z nimi częściej niż ja... no i wychodzisz z domu.

Uśmiechnął się słabo, lekko zażenowany własnymi słowami, tym razem patrząc na Urie ze szczerą nadzieją i oczekiwaniem.

- Jasne, nie ma problemu. - wyrzucił z siebie na wydechu Brendon, śmiejąc się krótko, szczerze rozbawiony słowami Ryana. Było mu... miło z powodu tej propozycji. Szczególnie po tym, jak Ross wyrzucił go z lokalu za to cholerne mleko, którego nie powinien był pić, ale którego z powodu pychy i ambicji sobie nie odmówił. Bał się, że szef go wyrzuci, a żaden inny burdel w mieście nie zatrudniłby go na tak dobrych warunkach jak Pretty.Odd., żaden też nie szanowałby jego prywatności - sprawdzał to, a to oznaczało, że musiałby albo opowiedzieć rzeczy, o których nie chciał mówić obcym, albo... wrócić do domu. Nie był pewien, który scenariusz był gorszy. Dlatego cieszył się, że Ryan jedynie odesłał go do mieszkania, nawet jeśli oznaczało to ochłodzenie ich stosunków jeszcze bardziej. A teraz Ross przyszedł tu i... Brendon nie wiedział, jakiego dnia mieli tam iść, ale byłby w stanie odwołać każde plany jakie miał, żeby towarzyszyć Ryanowi w zamku. Nawet spotkanie z Dallonem. Weekes by zrozumiał, Urie zbyt dużo mu opowiedział o swoim pracodawcy, by nie zrozumiał. Ryan był zagadką, którą Brendon chciał rozwiązać. Nieosiągalnym króliczkiem, którego musiał dogonić, żeby ukoić swoje ego.

Pierwszy raz negatywne napięcie panujące między nimi jakby osłabło. Dyskomfort prawie zniknął, obaj poczuli zawiązującą się nić porozumienia, której brakowało im przez lata współpracy. Nareszcie rozmawiali jak równy z równym, bez sztucznego dystansu i udawania, i o ile Brendon czuł z tego powodu zaskoczenie i satysfakcję, Ryana ogarnęła niepewność i chęć wycofania się. Mimo tego, zupełnie nieświadomie, uśmiechnął się do Urie delikatnym, psotnym uśmiechem, którego nie używał od lat.

***

Następnego dnia po tym dziwnym, piątkowym przełomie, Brendon miał zaplanowane spotkanie z Dallonem. Spencer wyliczył, że zyski przy stawce jaką mężczyzna musiał płacić za takie spotkania, były na tyle wysokie, że Urie nie musiał tego dnia pracować w Pretty. Odd. Spędziłby w lokalu niecałe dwie godziny, więc Ryan machnął na to ręką i pozwolił mu zająć się tylko klientem specjalnym.

Znajdowali się znów w domu Weekesa, ale nie mieli w tym momencie humoru na zajęcie się sobą. Poza tym, Dallon na kogoś czekał. Od ich drugiego spotkania obowiązywała niepisana zasada, że nie muszą się one opierać tylko na seksie. Robią to, na co mają akurat chęć i o dziwo, zwykle obaj mieli ochotę na to samo. A może dziwkarski zmysł Urie sprawiał, że umiał się szybko dostosować.

Dallon leżał na brzuchu na łóżku, podpierając się łokciami i tasował karty, bo początkowo planowali grać, ale ostatecznie zrezygnowali. Brendon siedział naprzeciwko niego po turecku i bawił się sznureczkami koszuli mężczyzny. Nie było w tym geście nic erotycznego, owijał sobie materiał między palcami jak dzieci, bawiące się znalezioną linką.

- Spokojnie, dasz radę. To tylko zwykła rozmowa o biznesie. On pewnie przeprowadził ich setki, a ty potrafisz rozmawiać z ludźmi niezależnie od sytuacji. - Dallon starał się uspokoić Brendona, który przedstawił mu ogół sprawy. Nie powiedział, że idą do zamku ani czego ma to dotyczyć. Weekes wiedział tylko, że Ryan poprosił go o towarzyszenie przy ważnej rozmowie o interesach i że Urie panikuje z tego powodu.

- Ale... to jest Ryan, on mnie nienawidzi. Pozbyłby się mnie lata temu, gdyby nie to, że co najmniej jedna trzecia dochodów jest dzięki mnie. I to, jak mnie o to zapytał... Wydawało mi się, jakby nagle przestał mną gardzić.

- A to źle? Po prostu byłeś sobą, a nie Beebo. Zachowuj się przy nim tak, jak przy mnie. No, prawie - dodał zwracając uwagę na palce Brendona, lekko ciągnące jego koszulę.

- To jest trudne... - powiedział cicho.

- Wierzę. Ale zostaw Beebo w Pretty. Odd. i niech stamtąd nie wychodzi. Ryan go nienawidzi, a ciebie, prawdziwego ciebie, nie zna. - Dallon badawczo wpatrywał się w Brendona, który bał się spojrzeć mu w oczy.

- Problem tkwi w tym, że byłem Beebo zbyt długo i bardzo trudno mi nad tym zapanować. Przez ostatnie lata to dzięki niemu udawało mi się funkcjonować i dojść do miejsca, w którym jestem. Wszedł we mnie i stał się częścią mnie. Pojawia się gdy jestem w Pretty. Odd., gdy czuję się niepewnie lub gdy muszę porozmawiać z kimś obcym. A przy Ryanie zawsze... - uciął, szukając słowa.

- Panikujesz - dokończył za niego Dallon, a Brendon skinął głową. - Ty jako ty też potrafisz rozmawiać z ludźmi. Musisz z siebie wykorzenić tę cholerną postać i ubierać ją tylko do pracy. Przy Ryanie masz się pilnować, a Beebo zostaw tylko do seksu.

Na ustach Brendona momentalnie pojawił się jego firmowy uśmiech i pociągnął mocniej za sznurek. Dallon westchnął i wyciągnął mu rzemyk z rąk.

- Nie ze mną. Nie chcę widzieć Beebo w swoim domu nigdy więcej. Masz się pilnować - powiedział ostro i od razu dodał łagodniejszym tonem, jak do niesfornego dziecka. - Naprawdę będę się musiał z tobą namęczyć.

- Dziękuję... - szepnął Urie. Dziękował arystokracie właściwie na każdym spotkaniu, a że zwiększyli ich częstotliwość do dwóch tygodniowo, był to już piąty raz, nie licząc tego w lokalu.

Dallon nie odpowiedział, tylko wbił wzrok w trzymaną talię kart, zaciskając szczękę.

- Jesteś pierwszą osobą od niepamiętnych dla mnie czasów, przy której nie mam oporów być sobą... Z którą nie boję się rozmawiać o sobie i swojej przeszłości albo o teraźniejszości, która mnie w danym momencie nurtuje. Osobą, która wie o mnie więcej, niż ktokolwiek żyjący na świecie. I która w jakiejś kwestii się dla mnie stara. I to wszystko w tak krótkim czasie.

- Bo jestem pierwszą osobą, która widzi w tobie człowieka, a nie produkt - odpowiedział cicho Dallon, wyrzucając z siebie ostatnie słowo z ostrą złością. Był równie równie poruszony co Brendon.

Urie przeniósł wzrok ze swoich dłoni na mężczyznę. Nie pamiętał, żeby ktoś powiedział mu coś, co uderzyłoby go tak mocno, co odebrałby za tak miłe i rzeczywiście szczere. Wielu ludzi mówiło mu różne rzeczy, ale kiedy go wynajmowano, nie było w ich słowach żadnej prawdy. Dallon był prawdziwy. Spał z nim, bo chciał spać akurat z nim, nieważne czy musiał za to płacić czy nie. Zgoda Ryana na tę relację była konieczna ze względów prawnych, nie chcieli żadnych kłopotów, ale Weekes nie wynajmował dziwki, a raczej płacił za czas Brendona, by ten mógł pobyć sobą.

Chwilę patrzyli sobie w oczy, obaj zestresowani i poruszeni sytuacją. Brendon niepewnie pochylił się i pocałował Dallona w czoło. Delikatnie, w niemym podziękowaniu, na co ten westchnął smutno. Nagłe pukanie do drzwi zniszczyło atmosferę. Dallon szybko wstał z łóżka i wyszedł na korytarz, po czym zszedł raźnie po schodach. Brendon również się podniósł i poszedł za nim. Stanął u stóp schodów, skąd widział drzwi, ale sam nie rzucał się w oczy. Weekes otworzył i wpuścił gościa do domu.

- Poczekaj, zaraz ci to przyniosę. Wejdź, chwilę mi to zajmie - powiedział Dallon i wymijając Brendona, który podszedł bliżej blokując korytarz, poszedł do innego pokoju.

Urie został sam z obcym i poczuł, że zaczyna panikować. Powinien się odzywać? Bał się, że Beebo wyszedłby z ukrycia i zacząłby bajerować mężczyznę. Swoją drogą, mężczyznę o bardzo niecodziennym wyglądzie. Lekko skośne oczy były czasem spotykane w mieście, ale przekłute uszy i nos oraz czerwone, rozczochrane włosy zaczesane na bok, były rzadkim widokiem. Dodatkowo jedna ręka przybysza pokryta była kolorowymi tatuażami. Brendona trochę zaskoczyło, że Dallon zna takich ludzi. Ludzi zdecydowanie nie lubianych przez Pentonium.

- Jestem Brendon. - Odważył się w końcu. Starał się być jak najbardziej naturalny i przypomnieć sobie jak rozmawiał z ludźmi lata temu, jeszcze zanim zniszczył sobie życie i wyjechał.

- Josh. - Uśmiechnął się mężczyzna. - Dallon mi o tobie mówił. Między innymi to, że jesteś bardzo utalentowany muzycznie.

- Podobno. - Zaśmiał się nerwowo. - A ty? Co cię łączy z Dallonem?

- Pracujemy razem. Znam tę cholerę od tylu lat i...

- Czyżbyście mnie obgadywali? - Dallon wyszedł z pokoju i podał Joshowi zapieczętowaną kopertę.

- Niedługo widzę się z Tylerem, więc mu przekażę. Będzie szybciej, niż jakbym to ja miał z tym jeździć. - Josh przyjął z powrotem neutralny, profesjonalny ton.

- Może wejdziesz? Dawno nie rozmawialiśmy, a przy okazji się poznacie - zaproponował Weekes, patrząc na obu mężczyzn.

Josh skinął głową i podążył za gospodarzem do salonu. Brendon szedł za nimi, wciąż zdenerwowany, ale uśmiechnięty. Usiedli na wygodnych kanapach, a służąca przyniosła im napar z ziół.

- W ogóle, co u Tylera? Długo go nie widziałem - spytał Dallon po chwili grzecznościowej wymiany zdań.

- Dalej mieszkamy niedaleko siebie, ale przy jego pracy rzadko bywa w domu. Ciągle jest w drodze. Teraz miał sprawy do załatwienia w mieście, wiesz, przydział odgórny, ale za parę dni znów wyjeżdża. - Josh wzruszył ramionami, ale w spojrzeniu widać było lekki smutek.

- To co z Jenną? - Weekes rozsiadł się wygodniej, ale zmarszczył lekko brwi przyglądając się czerwonowłosemu. Brendon patrzył to na jednego, to na drugiego, nie mając pojęcia o czym mówią. Czuł jednak, że nawet gdyby zapytał, to niewiele by się dowiedział. Celowo mówili ogólnikami. Najwyraźniej były to sprawy, o których nie mógł się dowiedzieć. Na pewno miało to związek z tym, czym zajmował się Dallon, bo mężczyzna nie poruszał również i tego tematu, a gdy Urie raz zapytał, w odpowiedzi otrzymał jedynie tajemniczy uśmiech.

- Nic. Mają się dobrze, nie zamierzają się rozstawać - zażartował. - A jak z Breezy?

- Niedawno dostałem list, że przyszła powódź i część miasta była zalana, ale nic się nie stało. Choć misjonarze z Pentonium próbowali nastraszyć ludność, że to kara za rozpustę.

- Południowy klimat... - Josh wesoło mrugnął do gospodarza.

- Jesteś z południa? - wtrącił nagle zaskoczony Brendon, a Dallon skinął głową. - To dlatego nie macie z tym problemu...

Josh zmarszczył zdezorientowany brwi, zerkając to na jednego, to na drugiego.

- Tak, z Moon.  - odpowiedział brunetowi Dallon. Urie wiedział o żonie arystokraty, ale nigdy nie poznał szczegółów ich relacji. - Często muszę wyjeżdżać, więc mam z Breezy taki układ, że gdy mnie nie ma, mogę sypiać z kim chcę, ona również. Jesteśmy ludźmi i mamy własne potrzeby. Jednakże pozostajemy sobie wierni, ufamy sobie, a gdy wracam, to wszystkie te relacje są przerywane. Wiem, że dla was, ludzi północy, to może być dziwny układ, ale...

- Dla mnie nie jest - wypalił. - Też jestem w południa. Z Sun.

Czuł się dziwnie, bo to była pierwsza osoba odkąd tu przyjechał, której powiedział o swoim pochodzeniu. Nawet Ryan i Spencer o tym nie wiedzieli.

- Cóż, to wyjaśnia kilka kwestii - wymamrotał Dallon pod nosem.

- Dal? Naprawdę chciałbym zostać dłużej i poznać Brendona lepiej, ale właśnie dostałem wiadomość, że muszę wracać. Tyler wyjeżdża wcześniej. - Josh podniósł się pospiesznie i skierował w stronę wyjścia.

Dallon ze zrozumieniem podążył za nim i odprowadził gościa do drzwi, zostawiając skonfundowanego Brendona na kanapie. Wrócił do niego po chwili, badawczo lustrując jego twarz.

- Dostał wiadomość? - zapytał marszcząc brwi. Jedyną możliwością, aby dostał wiadomość, była magia, a Josh nie wyglądał na osobę pracującą z Pentonium. Dallon, jako południowiec, też raczej za nimi nie przepadał. A to pozostawiało tylko jedną możliwość. Korona. - Pracujesz dla władzy, prawda?

- Brendon, przykro mi, ale naprawdę nie wolno mi rozmawiać o tym, czym się zajmuję. - Weekes patrzył na niego zimno, bez emocji.

- Dobrze, nie patrz tak na mnie. Przypominasz mi wtedy Ryana. - Wzdrygnął się lekko.

- Przepraszam. To... - Zawiesił głos i usiadł obok Brendona. - Posłuchaj, wiesz, że Moonlight od setek lat leży w granicach Sunlight, prawda? Nie sprawiło to jednak, że te dwa państwa mają jednolitą kulturę. Nie mieszkasz tam od dawna, więc możesz być tego nieświadomy, bo północ postrzega wszystkich południowców tak samo. Rozpustni, lekkie obyczaje, kochają ażurowe meble i kwiaty. A na wschodzie mają pełno dzikich plemion. Ale to nie do końca tak wygląda. Owszem, dużo nas łączy i różnice są coraz mniej widoczne, ale... O ile w Sunlight energia i emocje w kwestiach biznesowych są czymś pożądanym, o tyle w Moonlight odcina się życie prywatne od pracy. To dlatego czasem reaguję tak oschle, odruch. Przepraszam.

Brendon wpatrywał się w mężczyznę zaskoczony. Nie oczekiwał przeprosin.

- Nic się nie stało, ja nie... - Chciał go przytulić. Okazywał mu tyle dobroci, że Brendona to przytłaczało. Wziął głęboki wdech. - Odkąd ojciec wyrzucił mnie na bruk, nie czułem się tak bardzo... zrozumiany.

Dallon przełknął ślinę. Brendon znowu się przed nim otworzył, powiedział coś o swojej przeszłości i Weekes nie miał zamiaru tego wykorzystać. Na pewno nie po to, żeby mu zaszkodzić.

 

Chapter Text

Ray stał przy masywnych drzwiach, ukryty w cieniu i na tyle daleko, żeby nie mogli go zauważyć. Gerard i Frank siedzieli po turecku naprzeciwko siebie w ogrodzie na tyłach klasztoru, tym rzadziej odwiedzanym, a pomiędzy nimi stała misa z wodą i piaskiem.

- Nie będę w stanie cię wiele nauczyć, bo sam nie jestem jakimś mistrzem i mało potrafię... - zaczął Way, przełykając wyrzuty sumienia, że musi okłamywać człowieka, który w ciągu dwóch tygodni stał mu się bliższy, niż większość mnichów przez cztery lata. - Ale podstawy mogę ci pokazać. Zawsze zaczyna się od opanowania jednego żywiołu, a dopiero potem rozwija się inne dziedziny. Najprościej jest nauczyć się wpływać na ogień, bo jest... żywy i bardzo podatny na energię, ale jest też bardzo trudny do kontrolowania. Wymaga dużo ćwiczeń i ogromnego skupienia, łatwo coś spalić. Powietrze, nawet jeśli uda ci się nim poruszyć, jest niewidoczne przy prostych zaklęciach i trudno zauważyć, czy rzeczywiście na nie wpływasz. Dlatego zajmiemy się wodą i ziemią, które są trudniejsze do wzbudzenia, ale łatwiejsze do kontroli i obserwacji. Największym problemem na samym początku, jest odkrycie w sobie dostępu do magii. Nie ma na to złotego środka, bo u każdego działa to w inny sposób. Jedni wyobrażają sobie, jak energia przepływa do rąk, a potem do celu, inni włączają w umyśle specjalne miejsce, które sami sobie stworzyli, inni mają jeszcze inne metody.

- Jaką ty masz?

- Nie mam - odpowiedział szybko. - Przychodzi mi to naturalnie, po prostu to robię. Nie pamiętam, jak się nauczyłem, jako dziecko podglądałem podróżnych magików i magów, jeśli jacyś byli w okolicy i później, w tajemnicy, próbowałem ich naśladować. W końcu się udało. Z czasem nabiera się wprawy i przestajesz być świadomy tego, jak właściwie to robisz. Wracając do sedna - musisz spróbować różnych metod, odkryć swoją własną. Nie pomogę ci w tym, ale będziemy tu siedzieć, aż ci się uda. Choćby i całą noc. - Zaśmiał się na niepewną minę Franka. - Dobra. Używanie rąk pomaga w skupieniu energii i utrzymaniu kontroli. Wystaw rękę nad misę i staraj się tym poruszyć. Ruszaj lekko dłonią i palcami. Skup się, poczuj energię. Magia jest wszędzie wokół, tak naprawdę się jej nie wytwarza. Nawet ta zakazana, wykraczająca poza prawa natury, jest czerpaniem z dostępnej energii. Tyle, że w nadmiarze.

Mężczyzna wykonał polecenie. Przez kilka minut, intensywnie wpatrując się w wodę, próbował wpłynąć na płyn.

- To mi chyba nie wyjdzie - mruknął, ale nie przestawał próbować. - Pokaż mi jak ty to robisz.

Gerard niepewnie wyciągnął drżącą rękę nad misę i rozłożył palce. Gdy napiął dłoń, wykrzywiając je lekko do góry, woda momentalnie wystrzeliła w stronę jego ręki, ale nie dotknęła jej, tylko przeleciała między palcami. Zawisła w bezkształtnej formie, a mężczyzna przez sekundę wpatrywał się w nią. Potem przeniósł wzrok na misę i krótkim ruchem przekręcił nadgarstek, a piasek się podniósł. Zaczął płynnie ruszać palcami, a drobinki rozsypały się w powietrzu i zaczęły krążyć wokół wody, aż ułożyły pierścień. Gdy zacisnął pięść, a piasek opadł do misy, Frank zauważył, że lewa ręka Gerarda była tak mocno zaciśnięta, że pobielały mu kostki. Nagle rozluźnił rękę, a woda zbiła się w kulę i gwałtownie opadła, prawie wracając do misy. Zawisła ponownie, tym razem poruszając się, a nie lewitując nieruchomo jak wcześniej. Mężczyzna wyciągnął obie dłonie przed siebie, a woda zawirowała, krople tworzyły kształty i aureole wokół kuli, tańcząc w powietrzu. Gerard rozprostował szybko palce, a ciecz, ponownie zbita w kulę, leniwie popłynęła w stronę twarzy Franka i dotknęła jego nosa, mocząc go. Mężczyzna zaśmiał się z niedowierzaniem, a Way jedynie uniósł kąciki ust, dalej skupiony. Machnął dłońmi na boki, a woda z jednolitej kuli zaczęła rozpływać się na mniejsze kuleczki, które krążyły wokół siebie do tego stopnia, że nie dało się nadążyć z obserwowaniem ich. Ręce Way'a się nie ruszały, zawisły nieruchomo skierowane w stronę wirującej cieczy, jakby podtrzymywał misę, a nie urządzał magiczny spektakl. Gerard zamknął oczy i uśmiechając się lekko, obrócił dłonie wierzchem do dołu. Wszystko zamarło. Woda bardzo powoli zaczęła się do siebie zbliżać i opadać, aż wróciła do misy, gdzie raz gwałtownie zawirowała i zatrzymała się.

Ray dawno nie widział czarującego Gerarda, a te kilka razy, kiedy dane mu było to oglądać, były prawdziwymi arcydziełami. Way to artysta, a magia to sztuka, więc to, co robił, musiało być piękne. Jeśli nawet zwykły, drobny popis podstawowych umiejętności, budził taki zachwyt, to co dopiero pokaz pełnometrażowej magii, do jakiej Gerard był zdolny. Toro to widział. I były to jedne z piękniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek oglądał. Nikt z Tarium, nawet najwyżsi dostojnicy Pentonium, nie czarował z taką finezją.

Way, przeczesując włosy, które w czasie rzucania zaklęć spadły mu na twarz, przekręcił lekko głowę w stronę pracowni i Ray'owi wydawało się, że ich spojrzenia się skrzyżowały. Mimo swojej ciekawości, jak potoczy się ta lekcja, chciał dać im trochę prywatności, a obawiał się, że skoro Gerard mógł go zauważyć, będzie bardziej spięty. Wrócił więc do swojego gabinetu, zostawiając ich samych.

- Mam rozumieć, że to było twoje "mało potrafię"? - zapytał oniemiały Frank, wpatrując się w Gerarda z błyszczącymi z zachwytu oczami.

- To było niewiele. Mam rozbujałą wyobraźnię i fantazję, to wszystko. Jak nabierze się wprawy, to takie rzeczy nie są trudne. Próbuj.

Frank ponownie wyciągnął rękę i spróbował wydobyć z siebie energię na różne sposoby. Zajęło im to kilkanaście minut, ale Gerard w końcu wyczuł słabą, ale jednak aktywność. Chwilę później woda zaczęła się drżeć, ale po przyjrzeniu się to wiatr nią poruszał. Za to piasek, niewielka kupka ziarenek, uniósł się i szybko opadł.

- Udało ci się - powiedział uradowany Gerard. - Szybko. Masz talent. Jaką masz metodę?

- Przestałem o czymkolwiek myśleć i po prostu wyobraziłem sobie, co ma się stać.

- Każdy ma inny sposób. Spróbuj kilka razy i na pierwszą styczność z magią to wystarczy. Za dużo na raz byłoby niezdrowe. Pierwsze czary powinno poznawać się z dużymi przerwami, żeby nie obciążać organizmu, bo w przeciwnym razie człowiek staje się chodzącym wrakiem. - Pamiętał to po sobie. Ambicja często doprowadzała go do skrajnego wycieńczenia. Chciał wiedzieć więcej, zawsze więcej i zawsze jak najszybciej. - Później można się uczyć kilku na raz, ale trzeba pamiętać, by ćwiczyć poprzednie, przyswajać je i uczyć się je kontrolować. Dzięki temu jest później łatwiej je łączyć i jest mniejsze ryzyko, że coś pójdzie nie tak.

Frank, po chwili wpatrywania się w misę, ponownie uniósł piasek, tym razem wyżej i na dłużej. Z każdą kolejną próbą szło mu lepiej, aż spróbował nim zakręcić, co poskutkowało rozsypaniem się go po ziemi. Sfrustrowany wypuścił gwałtownie powietrze, ale był zbyt uparty żeby odpuścić. Way obserwował go z przejętym skupieniem. Dobrze mu szło. Starał się, ale nie było w tym niezdrowej zawziętości, która mogłaby mu zaszkodzić. Słuchał drobnych uwag, które Gerard rzucał od czasu do czasu na temat ułożenia rąk, gdy unosił pojedyncze grupki ziarenek i zbijał je w jedną całą. Nie zapowiadało się, by miał ćwiczyć po nocach, zakradać się do biblioteki, szukać informacji o zakazanej magii. To było uspokajające. Ostatnie, czego czerwonowłosy chciał, to to, żeby Frank skończył tak jak on. Z zamyślenia wyrwał go wesoły śmiech Iero.

- Patrz! - zawołał z niedowierzaniem, wpatrując się w piaskowy pierścień unoszący się nad misą.

Gerard uśmiechnął się ciepło i wystawił dłoń, unosząc z misy trochę wody. Delikatnymi ruchami nadgarstka stworzył strumień oplatający pierścień niczym pnącze owijające ogrodowy łuk altany. Woda nie stała w miejscu, a raczej płynęła zawieszoną w powietrzu, krętą rzeką, co dawało piękny efekt. Otulała ziarenka, łasiła się jak kot. Było w tym coś bardzo intymnego i Gerard zdał sobie sprawę, że pozwolił swojej... sympatii do Franka wpłynąć na zaklęcie. Iero spojrzał na Way'a i stracił koncentrację, przez co piasek spadł do misy i na ziemię.

- Uznajmy, że to był znak, żeby wracać - zaśmiał się nerwowo Gerard, uprzednio pozwalając wodzie opaść. - Jest już późno, a ty prawdopodobnie padniesz trupem, jak tylko zbliżysz się do łóżka.

- Możliwe... - Był osowiały. Albo już zaczął czuć zmęczenie wywołane magią, albo coś go zaczęło nagle trapić.

Way wylał wodę, wysypał piach z naczynia pod najbliższą roślinkę i wstał. Frank też się podniósł i obaj udali się w stronę swoich cel. Całą drogę Iero był milczący i zamyślony, wpatrywał się w podłogę.

- Żyjesz? - zapytał w końcu Gerard, ale za odpowiedź otrzymał jedynie krótkie skinienie.

***

Cienki metalowy przedmiot błysnął w świetle ustawionej na środku pokoju świecy. Czyjeś ciche kroki dobiegały z niedaleka i Gerard momentalnie się spiął, przygotowując się do szybkiej obrony. Wtedy wszystko ucichło. Mężczyzna starał się wyłapać jakikolwiek dźwięk, ale jedyne, co usłyszał, to swój przyspieszony, tłumiony oddech i walące w piersi serce. Zacisnął kilka razy spocone ze strachu dłonie i zrobił kilka małych kroków w stronę świecy. Nie widział nic poza jej słabym światłem, które rozjaśniało jedynie część podłogi i stołka. Nie wiedział, jak duży jest pokój, ani co się w nim znajduje. Zrobił jeszcze kilka ostrożnych kroków w stronę światła, gdy nagle poczuł przeszywający, ostry ból w kręgosłupie, który przewrócił go na ziemię i wywołał konwulsyjne skurcze.

Zerwał się z łóżka, łapiąc gwałtownie powietrze. Ból w plecach szybko znikał i nie był tak paraliżujący jak w trakcie snu, ale poczucie strachu pozostało. Gerard odgarnął mokre włosy z czoła i przetarł oczy, próbując się rozbudzić. Nie wiedział która godzina, ale nawet jakby był jedynie po pół godzinie snu, nie zamierzał się kłaść z powrotem.

Wstał, zrobił parę kroków po celi żeby się rozruszać, po czym usiadł na podłodze. Od kiedy wstąpił do klasztoru, rzadko używał magii. Głównie z Ray'em, ale to i tak było niewiele, a bez niego używał tylko pojedynczych zaklęć, jak w noc przybycia Franka albo gdy spalał ścinki włosów.

Frankowi najlepiej szło z ziemią, a to nie był ulubiony żywioł Way'a, więc postanowił trochę poćwiczyć. Wyciągnął przed siebie ramię z dłonią zwróconą ku podłodze i przymknął oczy. Po chwili zwątpienia, zacisnął palce i rozprostował je ponownie, a z całej powierzchni ręki zaczął sypać się piasek. Po jego ciele rozeszła się znajoma energia, która działała na niego niemal jak narkotyk, przyjemnie łaskocząc skórę głowy i pobudzając umysł. Na ziemi powstała niewielka kupka piachu i wtedy Gerard otworzył oczy i zacisnął pięść. Wypuścił powietrze, które cały czas wstrzymywał, a ziarenka rozsypały się płasko na ziemi, tworząc koło. Rozprostowując kolejno palce, rysował linie odchodzące od centrum kształtu, aż otrzymał coś przypominającego dziecinne rysunki słońca. Poruszając lekko dłonią, uniósł piasek przed siebie, tworząc obrazy w powietrzu. Bawił się, zmieniając ustawienie ziarenek tak, żeby ukazywały Mikey'ego, dom, Franka, stolicę, kwiaty z ogrodu. Nie były to dzieła sztuki, a raczej improwizowane szkice. Po chwili wyciągnął drugą rękę w stronę stolika, na którym trzymał miednicę z wodą i nawet nie spoglądając w jej kierunku, przywiódł do siebie strumień wody. Zmieszał go z piachem, tworząc grudę błota i rzeźbiąc w niej jak w glinie, uśmiechnął się do siebie. Znów oddzielił od siebie żywioły i odtworzył układ, który osiągnął wcześniej z Frankiem, tym razem jednak piasek również owijał się wokół wody. Gwałtownie usztywnił dłoń, odsyłając wodę do misy. Drugą zacisnął w pięść i wygiął nadgarstek, a piasek poszybował pod sufit. Gdy rozluźnił dłoń, ułożył się w faliste linie, tworząc florystyczne malowidło. Gerard obniżył rękę i podkurczył palce, a ziarenka posłusznie zawisły wokół jego głowy, przypominając pyłki wiosennych kwiatów. Ze skupieniem zebrał piasek na powrót w jedną kulę, próbując jednak zrobić z niej pustą w środku sferę.

Nagły dźwięk dzwonu sprawił, że Way stracił panowanie, a piasek wystrzelił na różne strony. Nie poleciał z dużą mocą, ale rozsypał się po całej celi. Tego się obawiał. Jednak tracił panowanie, a poprzednie zabawy z ogniem, nie zakończone pożarem, były tylko szczęśliwym trafem. Potrzebował powrotu do ćwiczeń.

Dotknął obiema dłońmi podłogi, a drobinki piasku zaczęły po kolei znikać jako czarny dym, który natychmiastowo się rozwiewał, nie pozostawiając po sobie śladu.

Ubrał się i poszedł do celi Franka. Zawsze schodzili na posiłki razem, mimo że Iero już po tygodniu wydobrzał na tyle, by nie potrzebować niczyjej pomocy. Choć rana na ramieniu wciąż się całkowicie nie zabliźniła. Tym razem po zapukaniu do drzwi nikt mu nie odpowiedział. Uchylił drzwi i zajrzał do pomieszczenia - Frank spał otulony kocem, zwinięty w małą kulkę. Jednak wczorajsze czarowanie na niego zadziałało.

Way, najciszej jak potrafił, zatrzasnął drzwi i zszedł do sali. Po drodze zaczesał włosy i schował je pod kapturem. Podczas śniadania Ray nie pytał o nieobecność Franka, ale dlaczego by miał? Gerard wziął muzykowi trochę jedzenia, które później zostawił w jego celi. Powinien mu jakoś dać znać, że dzisiaj wraca do pracy przy przepisywaniu ksiąg, ale nie chciał go budzić. Mógł mu napisać wiadomość na kawałku pergaminu, który trzymał w swoim pokoju, żeby w wolnym czasie coś narysować albo napisać, ale zużywanie papieru na tak niewielką sprawę wydało mu się marnotrawstwem.

Wtedy wpadł na inne rozwiązanie. Wyciągnął rękę nad podłogą, obok jedzenia i stworzył sporą kupkę piasku. Rozsypał ją dłonią i napisał w nim "Pracuję. Będę na obiedzie". Uśmiechnął się, zastanawiając się nad pogłębiającą się między nim, a Frankiem, intymnością relacji i wyszedł z pomieszczenia.

Od razu poszedł do pracowni. Zawsze zjawiał się tam jako jeden z pierwszych, bo omijał prywatną modlitwę w celach, którą prawie każdy odbywał.
Obowiązkowych było pięć modlitw - zaraz po przebudzeniu, podczas posiłków i przed snem, jednak bardziej zaangażowani mnisi modlili się przed pracą, naukami lub nabożeństwami. Gerard z racji swojego podejścia do wiary omijał wszystkie. Wierzył w Pięciu - widział zbyt wiele i był zbyt blisko nich, żeby nie wierzyć. Jednak nie prosił i nie dziękował im wymyślnymi wersetami, bo nie sądził żeby w jego przypadku coś to zmieniło. W razie problemów zawsze polegał i będzie polegać na swoich umiejętnościach. A na wybaczenie Bogów nie miał co liczyć, bo nic nie usprawiedliwiało jego czynów i nic nie było w stanie ich odkupić.

W pracowni przez pierwsze minuty był sam, szybko jednak zaczęli pojawiać się kolejni mnisi, ale Gerard był już w swoim świecie i nawet ich nie zauważał.

- Bracie? - Usłyszał w pewnym momencie, ale nie zwrócił na to uwagi, bo często rozmawiano cicho w czasie pracy lub w czymś sobie pomagano.

Skupiony, nawet nie uniósł wzroku, skutecznie ignorując wszelkie bodźce z zewnątrz.

- Gerard? - powtórzył niepewnie głos, a mężczyzna się wzdrygnął i spojrzał w stronę źródła dźwięku.

- Tak? - zapytał, maskując zaskoczenie. Jeszcze nigdy żaden z braci go o nic nie pytał w trakcie pracy.

- Mógłbym trochę twojej czerwonej farby? Mam mały fragment do zrobienia, a nie... - zaczął, ale Way mu przerwał, podając spodek z pigmentem. - Dziękuję.

Gerard wrócił do pracy. Znał go. Znał każdego w klasztorze, jak każdy. Był mniej więcej w jego wieku, bardziej krępy i wyższy, miał jasne włosy i zarost, a niebieskie oczy zawsze patrzyły na wszystko w obojętny sposób.

- Dziękuję - powtórzył, oddając mu barwnik, a Gerard odebrał go ze skinieniem głowy. - Mógłbyś pokazać jak robisz farby? Mają cudowny kolor, a moje zawsze są bardziej wyblakłe i bez życia.

- Tak, nie ma problemu - powiedział po chwili bezmyślnego wpatrywania się w mnicha. Był zaskoczony, że ktoś go o coś takiego prosił, ale z drugiej strony było to bardzo miłe.

- Tak, dobry pomysł - entuzjastycznie głos z innej strony pracowni dotarł do uszu Gerarda. Rozejrzał się. Bracia patrzyli na niego wyczekująco, niektórzy z ciekawością, inni z niepewną nieufnością. Way westchnął, nerwowo uniósł kącik ust i sięgnął po swoją miseczkę z bazową papką.

- Wszystkie barwniki robię na tej samej, podstawowej bazie, ale w zależności od koloru dodaję innych składników. Do czerwonego najlepsza jest krew, a nie rośliny...

***

Nie miał pojęcia jak dawno temu budzono, ale patrząc po ilości światła, wpadającego do pomieszczenia małym okienkiem, to dawno. Frank usiadł na łóżku, rozprostowując kręgosłup i kark. Dopiero po chwili dostrzegł w kącie celi talerz z jedzeniem i kubek, a obok rozsypany piasek. Zanim zdążył się całkowicie rozbudzić i zdziwić, skąd się wziął, siedział już na podłodze. Przeczytał wiadomość.

Nie wiedział, co miał do tego czasu robić. Ray nic nie powiedział na temat propozycji nauki muzyki i Frank nie miał tutaj żadnych obowiązków. Do tej pory zawsze szwędali się z Gerardem po klasztorze, żeby mógł całkowicie nauczyć się rozkładu budynku, w którym dalej się gubił.

Nie chciał niszczyć wiadomości, dzięki której mógł popatrzeć na pismo Gerarda, więc oddzielił trochę piasku z krawędzi kupki i spróbował ją unieść. Po kilku próbach się udało.  Kilka razy wykonywał trudniejsze ruchy, które nawet wychodziły, ale nie udało mu się ponownie stworzyć pierścienia. Próbował kilka minut, aż poczuł silny ból głowy. Przypomniał sobie słowa Gerarda o tym, że nie powinien przesadzać z ćwiczeniami, szczególnie na początku i postanowił, że na razie wystarczy - podobała mu się magia, ale nie miał zamiaru poświęcać dla niej swojego zdrowia.

Nie mając nic innego do roboty, wziął giternę i poszedł do głównego ogrodu, zdając sobie sprawę, jak dawno nie grał. Dopiero od kilku dni miał wystarczająco sprawną rękę.

Dziedziniec był pusty, większość mnichów prawdopodobnie była w salach. Usiadł na ławce, na której najczęściej siedział z Gerardem, nastroił instrument i zaczął grać. Zatracił się w dźwiękach, stracił rachubę czasu i ocknął się dopiero, gdy zauważył dwójkę dzieci, które szły pod arkadami i wyprzedziły starego mnicha, z którym pewnie miały lekcje. Zauważyły go i zainteresowane, zatrzymały się. Zaczęły się powoli do niego zbliżać, a Frank, nie przestając grać, uśmiechnął się do nich. Zaciekawione niecodziennym widokiem, podeszły szybciej i usiadły na ziemi. Mężczyzna zaczął grać żywszy i weselszy utwór, a dzieci, patrząc po sobie niepewnie z nieśmiałymi uśmiechami, kołysały się do rytmu. Stary mnich zatrzymał się niedaleko, obserwując całą sytuację. Po jego twarzy błąkał się lekki uśmiech. Pozwolił Frankowi zagrać jeszcze dwie piosenki, po czym zawołał dzieci ostrym, ganiącym tonem i odprowadził je do klasy.

***

Gerard skończył równo ze wszystkimi i tym razem nie planował spędzać w pracowni więcej czasu. Pojawiła się alternatywa na spędzanie czasu wolnego i nie zamierzał jej tracić, co było zastanawiające, zważywszy na to, jak kochał możliwość pracy z farbami.

Z pracowni poszedł od razu do jadalni. Bracia powoli się schodzili. Jedni kończyli pracę wcześniej, inni później, zależało to od wykonywanego zajęcia. Frank przyszedł jako jeden z ostatnich. Posłał mu uśmiech, jak tylko ich spojrzenia się skrzyżowały i Gerarda zaskoczyło, że zamiast stałego miejsca w kącie sali, mężczyzna usiadł obok jednego ze starszych mnichów.

- Po obiedzie przyjdź do mnie. - Ray wyrwał go z zamyślenia. - Potrzebuję paru rad, które muszę omówić na spokojnie.

Gerard skinął głową, spoglądając na niego przelotnie. Przez większość posiłku obserwował Franka rozmawiającego przyciszonym głosem ze starym mnichem i kilkoma innymi braćmi siedzącymi niedaleko, a gdy tylko obiad dobiegł końca, wyszedł szybkim krokiem, idąc z Ray'em do jego gabinetu, ignorując Iero patrzącego za nim ze zmarszczonymi brwiami.

- Potrzebuję twojej rady w kwestii ziół - zaczął Ray, gdy już zamknął za nimi ciemne drzwi. - Wiem, że znasz się na wielu miksturach, a potrzebuję czegoś skutecznego i bezpiecznego w użyciu. Pamiętam, że przez jakiś czas sam to stosowałeś. Potrzebne jest coś na uspokojenie, wspomagające koncentrację i pomagające na sen.

- Nie działa na koszmary, przynajmniej nie na moje. Nie wiem też, jak bardzo pomaga w bezsenności. Jeśli to bardzo potrzebne, to mogę spróbować coś opracować, ale to zależy od nasilenia problemu. Mój stary eliksir raczej nie pomoże i...

- Nie, sny nie są problemem. - Ray mu przerwał. - Wydaje mi się, że ten, którego kiedyś używałeś byłby wystarczająco dobry. Głównymi problemami są stres i brak koncentracji, zaburzenia snu są tego konsekwencją.

- Domyślam się, że mają wyciszać, ale nie otumaniać? - dopytał, zamyślając się i drapiąc się po pokrytym bliznami karku.

- Tak. To pilne, więc dobrze by było, żebyś zajął się tym jeszcze dzisiaj. - Ray spojrzał wymownie na swoje biurko, na którym leżał przygotowany zestaw do rytuału umożliwiającego przesłanie ważnej, szyfrowanej wiadomości.

- Dlaczego nie wzięli kogoś z bliska? - Spojrzał na Toro, domyślając się odpowiedzi. Mimo wszystko wolał to usłyszeć.

- Próbowano znaleźć kogoś w mieście, ale większość zielarzy i magów, którzy nie podlegają całkowitej kontroli Pentonium, zniknęło. Ukrywają się albo są wybijani, nie ma pewności. Woleli zwrócić się do kogoś zaufanego.

- Korona? Jest aż tak źle? - Toro kiwnął głową. - Pete?

- Tak. Ma na głowie spór w Eastgroom i rodzącą się groźbę wojny domowej u nas, a Pentonium obraca się przeciw niemu coraz bardziej otwarcie. - Ray oparł się o biurko. - Billie zdawał się zmartwiony, a jeśli Billie się kimś martwi, to musi być naprawdę źle.

- Zapiszę ci skład tego, którego używałem, ale jeśli dasz mi kilka dni to mogę spróbować opracować coś nowego. - Gerard lubił pracować z ziołami. Zaczął od trucizn i podstaw uzdrawiania, ale później nauczył się wytwarzania wielu mocnych środków uspokajających, otumaniających, narkotyzujących. Sytuacja to na nim wymogła, a gdy odszedł od regularnego używania zaklęć, sporządzanie mikstur, barwników i leków, zapewniało mu jakikolwiek kontakt z magią, karmiąc jego umysł przyjemnym mrowieniem w zadowalającym stopniu.

- Z tego co pamiętam, tamto ci pomagało, więc jemu też powinno. Byłeś wtedy w dużo gorszym stanie, niż ktokolwiek z nas będzie miał okazję być, Gee. Przekażę im ten środek, a jeśli okazałoby się, że nie pomaga, to poproszę cię o opracowanie czegoś nowego. - Ray podsunął mu kawałek papieru i pióro. Gerard zapisał wszystkie składniki i instrukcje, dodając krótką notkę o czystości naczyń i innych uwagach, wiedząc, że Billie Joe zwykle nie przywiązuje wagi do procedur, które dla większości osób są oczywiste. - Przekażę i dam znać jak zadziałało.

***

Gerard wyszedł od Ray'a pochmurny i zmartwiony. Wiadomość, że w Sagesval jest źle, była jedną z rzeczy, których obawiał się, odkąd trafił do klasztoru. Peter był dobrym władcą, który podobnie jak Way, był świadomy zepsucia moralnego toczącego Pentonium, które w pełnym świetle hipokryzji udawało ortodoksyjnych i upierało się przy karach za sodomię, rozpustę czy nadużywanie magii, w rzeczywistości będąc po prostu chciwymi, pysznymi dupkami.

Postanowił znaleźć Franka, którego tak nieuprzejmie zostawił na obiedzie z powodu ukłucia żalu, jaki poczuł, widząc, że Iero - będący całkowicie obcym - znalazł kogoś do rozmów, a on - żyjący tu od czterech lat - wciąż unikał ludzi jak ognia. Wiedział, że tak naprawdę był sam sobie winien, ale...

Wyszedł przez pracownię do tylnego ogrodu, biorąc po drodze misę i umieszczając w niej piach. Wiedział, że to najprawdopodobniej na tyłach zastanie mężczyznę. W końcu dzisiaj znów mieli poćwiczyć. Tak jak oczekiwał, Iero siedział już na ich miejscu, grając cicho na giternie melancholijną melodię. Gerard przystanął, nie chcąc przerywać mężczyźnie utworu. Piosenka była smutna i pełna napięcia, drżąca i niepewna. Way uniósł dłoń i sprawnym ruchem zbił wilgoć z powietrza w małe kropelki. Ze skupieniem posłał je w stronę Franka, zawieszając je wokół mężczyzny, pozwalając im krążyć wokół niego w rytm melodii. Iero przestał grać i odwrócił się w stronę Way'a z lekkim, pełnym zachwytu uśmiechem.

- Wszystko w porządku? Wybiegłeś z obiadu razem z Ray'em i... - zapytał, kiedy Gerard pozwolił kroplom upaść na ziemię i podszedł bliżej Franka.

- Już w porządku - odpowiedział bez przekonania z obojętną miną, aby Iero nie drążył tematu. Uśmiechnął się nagle, siadając na swoim zwyczajowym miejscu. - Jak się spało po wczorajszym zmęczeniu?

- Długo - przyznał Frank, rozluźniając się. - Dzięki za śniadanie rano.

- Nie ma za co. Zrozumiałeś przekaz i coś poćwiczyłeś?

- Trochę. Nie chciałem niszczyć twojej wiadomości - zażartował, nie patrząc Way'owi w oczy.

Gerard wykrzywił usta w nerwowym, speszonym uśmiechu. Chociaż był to żart, to słowa mężczyzny zadziałały na niego jak pochlebstwo i... i sam nie widział co jeszcze, ale zaczynały go martwić ciepłe uczucia, które zaczął żywić do tego mężczyzny w ciągu zaledwie dwóch tygodni.

- Dobra, pokaż coś - powiedział cicho, przerywając ciszę.

Frank, pewniejszym niż wieczór wcześniej ruchem, wyciągnął rękę nad naczynie i lekko nią poruszył. Piasek drgnął, a gdy obrócił dłoń, drobinki się uniosły. Zafalował palcami, a ziarenka zaczęły krążyć, by po chwili zatrzymać się pod wpływem nieznacznego ruchu nadgarstka. Lekkie spięcie palców sprawiło, że piasek zaczął tworzyć pierścień, który uniósł się na wysokość twarzy i zawisł między mężczyznami tak, że patrzyli przez niego na siebie. Udało mu się.

- Ładnie - przyznał Gerard. - Na razie będziemy pracować nad kontrolą i oswojeniem się z magią. Na ten moment, może ci się wydawać, że to opanowałeś, ale przy braku treningu trudniejsze i bardziej wymagające czary mogą być niebezpieczne. Szczególnie, jeśli zajmiesz się innym żywiołem albo spróbujesz innych stylów.

- Jakie są inne style? - wtrącił gwałtownie Iero.

- Iluzja, uzdrawianie, telekineza... Telekineza jest szczególnie trudna, bo najczęściej opanowuje się przedmioty martwe. Przy żywiołach jest to prostsze, ponieważ są podatne na działanie energią. Uniesienie czegoś wytworzonego przez człowieka jest trudniejsze, bo trzeba użyć większej ilości energii, żeby wyrównać braki. Jeszcze gorzej jest przy istotach żywych, bo trzeba wpłynąć na ich własną wolę, ale to nie temat na dziś. Spróbuj zrobić z pierścienia sferę.

Po kilku minutach skupionej walki z samym sobą, Iero z frustracją rzucił piaskiem o ziemię. Wziął kilka głębszych oddechów i spróbował znowu, ale wciąż nie wychodziło tak jak chciał - kształt wybrzuszał się, uciekał lub miał dziury.

- Pokaż jak ty to robisz, może będzie mi łatwiej - poprosił w końcu Iero, usypując piach w jedną kupkę. Spojrzał na nią z dumą, gdy mu się to udało.

- Nie, Frank. Odradzam naśladowanie ruchów innych osób. Magia to żywioł, to sztuka i każdy powinien mieć swój styl. Jedni są bardziej energiczni, inni raczej spokojni, wszystko zależy od charakteru albo po prostu tego, jak kto się czuje. Są jednak zaklęcia, które mają ustalone rytuały i wtedy nie ma innej możliwości niż postępowanie zgodnie ze schematem, ale w tym momencie, ucząc się podstaw i wiedząc już jak czerpać energię, powinieneś pracować nad tym sam.

- A jak to jest z wytwarzaniem żywiołów? - zapytał nagle.

Gerard zamilkł i spojrzał na niego zdziwiony. Nie spodziewał się tego pytania, było jednak ono dość... intuicyjne.

- To należy do zakazanej magii. Są dwa typy magii, za którą Pentonium może cię skazać. Czarna i biała, inaczej zwana magią śmierci. Polega ona na manipulowaniu życiem. Przywracanie z martwych, natychmiastowe uleczanie, cofanie starzenia się, takie rzeczy. Nekromancja jest najtrudniejszą formą i dobrze, bo gdyby kilku uzdolnionych magów postanowiło podbić świat, to mogliby narobić bałaganu, tworząc armię bezmyślnych trupów. Ale no właśnie, jest ich niewiele, jeśli w ogóle jacyś są i z tego co wiem, nauka trwa bardzo długo i miesza w głowie. Więc jeśli są, to są starzy i są odludkami. Pewnie czarując czułeś mrowienie na głowie. Biała magia zmienia włosy na białe. Czarna magia polega bardziej na łamaniu praw natury, nie manipulowaniu życiem. Tworzenie żywiołów, zmienianie fizycznej formy, naruszanie wolnej woli drugiego człowieka, zaklęcia czysto torturujące i zabawa czasem. Nie wiem jak wygląda prawo w krajach, w których mieszkałeś. Za czarną magię można stracić wolność, a w drastycznych przypadkach zabijają. Za białą nie ma wyjątków, od razu skazują na śmierć. Za zabicie przy użyciu legalnej magii wytaczany jest proces na zasadach zwykłego morderstwa.

- Umiesz wytwarzać żywioły? - zapytał niepewnie.

- Skąd to pytanie? - odpowiedział wymijająco.

- Nie wmówisz mi, że nie jesteś uzdolniony. Nie mam z magią w zasadzie nic wspólnego, ale to, co mi wczoraj pokazałeś, jest widowiskowe. Podejrzewam, że ukrywasz przede mną dużą część swoich umiejętności i...

- Nie, nie potrafię - przerwał mu szykujący się wywód. - Nie znam się na zakazanej magii, nie wiem jak wytworzyć żywioł. Słyszałem kiedyś, jak to powinno się robić, ale pozostałem przy legalnej.

Gerard miał świadomość, że zachowuje się podejrzanie i zbyt ostro odpowiadał. Chciał uciąć temat czarnej magii. Wolał, żeby Frank nie miał dowodów, że cokolwiek mu o niej wiadomo.

- Dobra, przepraszam. - Iero uniósł ręce w obronnym geście, a głos miał żartobliwy i przepraszający, żeby rozluźnić zagęszczającą się atmosferę. - Widziałem raz w Eastgroom jak dwóch magów walczyło. Obaj używali tylko ziemi... Jest jakaś specjalny styl do walki, przepis?

- Nie, ale to jest najpraktyczniejszy żywioł. Czarna magia jest zbyt energo- i czasochłonna, a w walce liczą się ułamki sekund, na których utratę najczęściej nie można sobie pozwolić. Ogień jest bardzo pomocny, ale zwykle pozbawia się magów jego źródła i armie dbają o to, by nie było niczego w pobliżu. Powietrze, żeby było niebezpieczne i użyteczne w walce, wymaga ogromnych ilości energii. Czasem wykorzystuje się wodę z powietrza, ale nie zawsze się to udaje i też trzeba się namęczyć i potrzeba dużej wprawy, żeby było to czymś więcej niż dekoracją. Jest szybsze niż stworzenie wody od zera, ale przydatne, bo często przeciwnik nie spodziewa się nagłego ataku wodą, tylko trzeba się liczyć z ryzykiem, że się nie uda. Dlatego najczęściej walczy się ziemią.

- Masz swój ulubiony żywioł? - dopytywał dalej Iero.

- Ogień. - Gerard uśmiechnął się półgębkiem. - Myślałem, że domyślisz się po włosach.

- Pokażesz mi coś? - Oczy mężczyzny znów błyszczały w ekscytacji.

- Jak się nauczysz kontrolować wodę. Próbuj dalej ze sferą.

Frank udał, że się obraża, ale posłusznie wyciągnął przed siebie dłoń, unosząc piasek w powietrze.

 

Chapter Text

Brendon nie wiedział, jak przygotować się na to spotkanie. Nie przejmował się tym, jak powinien się ubrać, aby dobrze wypaść w zamku, ale tym, jak zrobić dobre wrażenie na swoim pracodawcy. Ostatecznie zdecydował się na eleganckie, ale nie wyzywające ubranie - wybielaną koszulę, niezbyt obcisłe spodnie i brązowy, długi płaszcz ze złotymi zdobieniami na rękawach i klapach, który wszystkim, z którymi rozmawiał o ubiorze, kojarzył się z Sunlight.

Umówił się z Ryanem przy Pretty. Odd.  skąd mieli pójść do zamku. Mieszkali i pracowali w bogatej dzielnicy, a jak to bogate dzielnice mają w zwyczaju, znajdowała się ona blisko królewskiego lokum. Ciągnęła się pasem na zachód, zahaczając o przedmieścia - to tam mieszkał Dallon - ale najwięcej działo się w okolicach serca stolicy i to w tym regionie stała kamienica Rossa.

Brendon jeszcze zaczesał włosy, przeglądając się w niewielkim lustrze z pewną siebie miną. Wyszedł z mieszkania, a następnie z kamienicy, starając się zachować optymizm i nadzieję na awans w oczach Ryana. Sylwetkę mężczyzny dostrzegł już po kilku krokach. Stał, oparty plecami o mur Pretty. Odd.  i obserwował mijających go ludzi, a zauważywszy Brendona od razu się wyprostował i spiął, wciąż bez emocji na twarzy. Urie uśmiechnął się do niego, ale to chyba nie był uśmiech, który odpowiadałby Rossowi, bo mężczyzna zacisnął usta i bez słowa skinął mu głową na powitanie. Brendon nerwowo oblizał usta i poczuł, że niepewność wywołana wrogą reakcją Ryana, zaczyna budzić w nim Beebo. Poczuł palącą potrzebę grania pewnego siebie, flirtowania bez umiaru, popisywania się. Wziął kilka głębszych wdechów i przyśpieszył kroku, a gdy już doszedł do Rossa, ten skinął jeszcze raz głową i ruszył w stronę zamku. Zrównali krok i przez chwilę szli w milczeniu, które stresowało Brendona bardziej niż czekająca ich rozmowa. Starał się uspokoić i przypomnieć sobie wszystkie rady, jakie dał mu Dallon na temat bycia sobą.

- Co… - zaczął Urie, ale urwał, bo głos mu się dziwnie załamał. Odchrząknął i ponowił pytanie. - Co dokładniej powiedział ci ten koleś?

- Tylko to, jak ma z grubsza wyglądać zadanie i że możemy negocjować jakieś wynagrodzenie. Przecież ci to mówiłem - zauważył podejrzliwie Ryan, zerkając na Uriego z ukosa.

- Tak, wybacz - powiedział szybko, poprawiając gwałtownym ruchem włosy.

- Hej, co ci jest? - Ross spojrzał na niego, zwalniając nieco kroku.

- Nic, denerwuję się. Nie codziennie ma się audiencję u Rady Królewskiej. - Starał uspokoić głos. - Jesteś pewien, że nie będziesz mieć problemów przez to, że ja też idę? W końcu zaprosili tylko ciebie.

- Nie pracowałbym dla nich sam. Nie przebywam wśród ludzi na tyle często, żeby wiedzieć wystarczająco i… - niespodziewanie urwał, po czym wziął gwałtowny wdech. - Potrzebuję cię.

Urie milczał chwilę, idąc obok Ryana ze ściśniętym żołądkiem.

- To najmilsza rzecz jaką od ciebie usłyszałem - wyrzucił z siebie po chwili, śmiejąc się nerwowo. Zerknął na Rossa, który spuścił wzrok, uśmiechając się.

Dalsza droga minęła im w mniej napiętej atmosferze. Najpierw omówili temat spotkania i jak powinni negocjować. Potem chwilę rozmawiali o lokalu i jakie plany na przyszły rozwój ma Ryan. W końcu przerzucili się na niezobowiązujące tematy, plotki i sytuację w mieście. Obaj chcieli zapytać drugiego o życie i przeszłość, ale żaden z nich się nie odważył. Brendon wiedział o pracodawcy tylko to, że był o rok od niego starszy i pochodził z południa, a lokal rozruszał z pomocą Spencera - to dlatego tak bardzo mu ufał i traktował jak współwłaściciela, mimo że prawnie Smith nim nie był. Ryan za to nie wiedział o swoim pracowniku kompletnie nic. Pojawił się znikąd, twierdząc, że podejmie się każdej pracy, że może grać, śpiewać i zabawiać klientelę, jednocześnie sypiając z kobietami. Szybko okazało się, że z mężczyznami również. To był jeszcze czas przed reformą, gdy homoseksualna prostytucja była równie nielegalna, co związki. Przez tak luźne podejście do seksu, Ryan podejrzewał, że Urie też mógł być z południa, ale równie dobrze mógł po prostu taki być i pochodzić z Emoros albo Eastgroom. Chociaż ta ostatnia opcja, przy takiej rozwiązłości, była mało prawdopodobna. Owszem, większość dziewczyn i chłopców do towarzystwa pracujących u Ryana nigdy nie widziało innego miasta, niż Sagesval, ale oni nie byli rozwiąźli. Pracowali, żeby mieć za co żyć. A Brendon? Spokojnie mógł się utrzymać z muzyki. Właśnie to sprawiało, że Ross podejrzewał, że mężczyzna jest z Sunlight - na Moonlight okazywał za dużo emocji - ale nie mógł mieć pewności. Z Uriem nic nie było pewne. Ryan nie zmuszał nikogo do opowiedzenia o swojej przeszłości, zwykle chciał znać tylko podstawowe fakty i umiejętności, ewentualnie jakieś doświadczenie, ale i tak obchodziło go głównie to, na co potencjalny pracownik był gotowy. Tyle, że pracownicy i tak opowiadali skąd są i dlaczego chcą sprzedawać swoje ciała. Dzięki temu czuli się lepiej. Brendon był wyjątkiem. Ross nie naciskał, zakładając, że to cena, którą płaci za własną prywatność. Nie opowiadał niczego o sobie. Co prawda nie robił z tego tajemnicy, ale nie rozpowiadał na prawo i lewo o swoim pochodzeniu. Było mało ludzi, którym ufał na tyle, żeby rozmawiać o swojej przeszłości, nawet Spencer nie wiedział wszystkiego, mimo że znali się od dawna, jeszcze z Sunlight. Smith wyjechał z rodzicami - jego ojciec pochodził z Emoros i chciał wrócić na stare włości - gdy byli jeszcze dziećmi, ale kiedy Ross pojawił się w stolicy i go odnalazł - żyjącego skromnie, pracującego przy szpitalnych statystykach - mężczyzna pomógł mu w pierwszych tygodniach w nowym mieście. Nigdy nie nalegał, aby Ryan opowiedział mu, dlaczego w ogóle opuścił dom. Później, dzięki wytrwałości, odrobinie szczęścia i pieniądzom, które ze sobą przywiózł Ryan, otworzyli Pretty. Odd.  i teraz, pięć lat później, biznes wciąż się kręcił, a Ross był postrzegany jako szczęściarz. Taki majątek i renoma w tak krótkim czasie, były naprawdę imponującym osiągnięciem. I pomyśleć, że do Sagesval przyjechał zniszczony psychicznie, z jedną, kradzioną szkatułą złota, w brudnych ubraniach i zmarnowanym ciele.

Po dwudziestu minutach stanęli przy bramie zamku. Ryan podał list strażnikowi, który zmarszczył brwi, spojrzał na Rossa, potem na Brendona, potem znów na Rossa, ale nie odezwał się. Wpuścił ich za pierwszą bramę, wskazując drzwi, przy których stał kolejny strażnik. Jemu też pokazali list, a ten wpuścił ich do środka. Podszedł do nich młody lokaj, który uprzejmie zadał im kilka pytań potwierdzających cel ich przybycia i zaprowadził ich w głąb zamku. Ryan nigdy tu nie był, ale wnętrze wyglądało inaczej, niż się spodziewał. Owszem, było bogato udekorowane, ale nie z przepychem czy kiczem. Wszystko było zaprojektowane z rozmysłem i wyczuciem stylu. Ross, słysząc plotki dotyczące króla, spodziewał się tandetnego, przesadzonego wystroju, a to, co widział, było od tego dalekie.

Skręcili w bardzo długi korytarz. Po prawej stronie były wielkie okna, a po lewej wisiały w równych odstępach obrazy. Ściany pomalowane na ciemny fiolet kontrastowały ze srebrem ram obrazów i framug okien. Na końcu korytarza znajdowały się wielkie drewniane drzwi niepasujące do całego stylu.

W końcu dotarli do jedynych drzwi na lewej ścianie. Lokaj grzecznie pchnął je i gestem zaprosił ich do środka.

- Panowie raczą uzbroić się w odrobinę cierpliwości, rada niedługo się zbierze i przyjdzie. Przygotowano dla państwa jedzenie, proszę się częstować - powiedział grzecznie i zamknął za nimi drzwi.

Rozejrzeli się po pomieszczeniu. Ogromny stół z mapą na środku przestronnego pokoju, mury obwieszone innymi planami i bronią, pod ścianą ustawiony nieduży stół, całkowicie zastawiony jedzeniem. Ryan podszedł do obrazu przy schodach i zaczął czytać mit. Mimo że na południu ani wiara Pięciu Bogów, ani legenda o pierwszym władcy nie były zbyt powszechne, znał obie historie doskonale. Było w nich coś takiego, że żyjąc wśród mieszkańców Emoros, obie opowieści stawały się czymś równie znajomym, co wygląd własnej dłoni. Chaos, narodziny pierwszych bogów, Gaad stwarzający ludzkość, upadek One’a i śmierć Maecore’a leżały u podstaw religijnej i kulturowej świadomości obywateli, a legenda o wojowniku, który zabił ostatniego smoka, dając całemu ludowi dom - prostą, heroiczną wykładnią patriotyzmu. Brendon z uwagą oglądał mapy, z zachwytem przyglądając się artystycznym zdobieniom. Zwiedzanie przerwał im dźwięk otwieranych drzwi znajdujących się na przeciwległej ścianie od strony, z której przyszli.

Do pomieszczenia weszło sześciu mężczyzn. Brendon domyślał się, że jeden z nich, ten, który nie należał do Rady Pięciu, musiał być pośrednikiem, z którym rozmawiał Ryan.

Urie i Ross pochylili się odrobinę niżej i dłużej, niż przy normalnych formalnych spotkaniach. Król po kilku latach rządzenia zmienił zwyczaj bicia przed nim pokłonów na każdym kroku i pozostawił jedynie formę grzecznościowego powitania. Padanie na kolana się zdarzało, ale w innych sytuacjach - podczas wydawania wyroków, przeprowadzania egzekucji, przesłuchań.

Władca usiadł na końcu głównego stołu, reszta Rady i pośrednik po jednej stronie, a Brendon i Ryan po drugiej, zostawiając jedno krzesło od strony króla wolne.

- Dziękuję, że jednak zdecydował się pan przybyć. Nie było żadnych problemów z wejściem? - zaczął uprzejmie król. - Zaproszenie skierowane było do jednej osoby…

- Nie, nie było problemu. - Ryan pospieszył z wyjaśnieniem. - W przypadku podjęcia się zadania i tak musiałbym prosić kogoś o pomoc, a…

- Rozumiem, nie winię cię - powiedział Peter uspokajającym tonem, uprzednio przerywając mężczyźnie uniesieniem dłoni. Ryan się stresował. Starał się to ukryć, ale wciąż był widocznie nerwowy. - Doskonale rozumiem takie podejście. Aktualna sytuacja jest trudna, więc wzięcie ze sobą współpracownika jest całkowicie akceptowalne.

Brendon, starając się zrelaksować, obserwował członków rozmowy, próbując określić, jakimi ludźmi są. To była naprawdę ciekawa mieszanka. Najdalej od króla, prawie u szczytu stołu, siedział człowiek, który już na pierwszy rzut oka wyglądał na osobę, znającą magię. I to nie do końca aprobowaną przez Pentonium. Z tego, co Brendon wiedział, musiał to być Czarny Mag - wyrzucony z Tarium, chroniony przez Petera ze względu na jego umiejętności, wiedzę i zapewne osobistą sympatię. Czarna szata, włosy i przenikliwe oczy podkreślone węglem nadawały mu tajemniczy, niepokojący wygląd i sądząc po jego postawie, mężczyzna był tego świadomy. Pentonium silnie protestowało, gdy Peter włączył go do Rady. Powszechnie nie było też wiadome, jak ma na imię i ile ma lat, niektórzy twierdzili, że jest nieśmiertelny, albo że kontaktował się z Nelehe. Równie wielu negowało istnienie tego miejsca i uważało, że Czarny Mag to zwykły czarownik z talentem, któremu się poszczęściło. Kolejny przy stole zasiadał groźnie wyglądający brodacz. Zarost zasłaniał tatuaż na szyi, który wywołał wiele kontrowersji. Miasto huczało o tym miesiącami, więc Urie miał pewność, że to dowódca armii. Dalej wysoki, szczupły mężczyzna z charakterystycznym, długim nosem i burzą loków na głowie, pozornie wyglądający na znudzonego, ale po przyjrzeniu się był jedną z dwóch najbardziej skupionych osób. Drugą był, siedzący obok niego, niepozorny brunet, ubrany na czarno. Do nich Brendon nie potrafił dopasować roli, przynajmniej na razie, ale z pewnością łączyła ich bliska współpraca, sądząc po porozumiewawczych spojrzeniach i wypracowanej postawie. Jeden z nich należał do Rady, drugi musiał być łącznikiem. Niestety Ryan nie opisał wyglądu pośrednika, więc Urie nie mógł stwierdzić, który był którym. Najbliżej króla siedział niski, krępy blondyn z dziwacznym kapeluszem na głowie, uśmiechający się miło i emanujący niewinnym, pozytywnym ciepłem. Brendon dopiero po chwili zauważył, że o kołnierz koszuli mężczyzna miał zapiętą niewielką broszkę namiestnika królewskiego. Sam król wyglądał na zmęczonego, miał podkrążone oczy i ziemistą cerę, jednak zachowanie i głos wydawały się normalne. Siedział wyprostowany, poważny i dostojny. Urie jednak znał się na ludziach na tyle, żeby dostrzec, że to wypracowana od dziecka poza, a nie jego natura.

- Chciałbym tylko dowiedzieć się kim jest twój wspólnik, skoro już mamy okazję go poznać - powiedział Pete spokojnie, przenosząc wzrok z Ryana na Brendona.

Urie wyprostował się wywołany.

- Brendon Boyd Urie. Powszechniej znany jako Beebo. - Drugie zdanie wypowiedział z niechęcią i jakby wstydem. Rossa to zaskoczyło, zawsze myślał, że Brendon lubi swoją pracę na tyle, by nie mieć żadnych oporów przed mówieniem o niej, a teraz ma problem ze swoim pseudonimem? - Pracuję u Ryana od ponad czterech lat. Mam dużo częstszy kontakt z klientami niż Ryan, ponieważ pracuję tam jako… osoba do towarzystwa.

- Jest, można powiedzieć, twarzą lokalu - wtrącił Ross neutralnym tonem. Zdążył się już opanować i zarówno jego twarz, jak i głos, nie zdradzały żadnych emocji.

Urie poczuł jak mimowolnie unoszą mu się kąciki ust. Może to był dziwny komplement, ale był to komplement z ust Ryana. To rzadkość.

- Dużo rozmawiam z klientami w lokalu - kontynuował Urie. - Nie tylko gdy jestem wynajmowany. Pełnię też rolę muzyka, więc bywało, że zatrudniano mnie poza Pretty. Odd.  na różne biesiady czy przyjęcia.

- Dlatego też poprosiłem Brendona, żeby ze mną przyszedł. Możliwe, że to on będzie głównym źródłem informacji i uznałem, że jest w stanie powiedzieć coś więcej na temat praktycznego zbierania wiadomości. Ponadto jest jednym z moich najbardziej zaufanych pracowników - dodał, a Urie spojrzał na niego, nie mogąc ukryć zaskoczonego, dziecięcego uśmiechu, który rozjaśnił mu twarz i poprawił humor prawdopodobnie na kilka najbliższych tygodni. Trzy dni temu bał się, że Ross go wyrzuci, a on...

Ryan nie widział jego reakcji, patrząc na króla, odwrócony tyłem głowy do Brendona.

- Dobrze, przechodząc do szczegółów. Jeśli wykorzystacie informacje, których się tu dowiecie lub zadziałacie na niekorzyść korony, nie będziemy mieć problemu z odnalezieniem was - powiedział spokojnie król. - Nie traktujcie tego jako groźby, to jedynie ostrzeżenie, którego nie chcemy musieć spełniać.

- Jesteśmy po waszej stronie - zapewnił z uśmiechem Brendon.

- Joe. - Król oparł się i ułożył ręce na stole. - Twoja kolej.

- Mamy niewielu informatorów - odezwał się mężczyzna z afro, któremu teraz Urie przypisał imię Joe. Wyglądał na całkowicie szczerego, jakby zapewnienie muzyka było gwarancją uczciwości, dzięki której pozbył się wszelkich uprzedzeń. - Nawet bardzo mało. Dlatego w ogóle prosimy was o pomoc. Normalnie korzystamy ze szczegółowo rozplanowanej siatki mniej istotnych osób, ale w tej sytuacji potrzebujemy kogoś z dostępem do dużej grupy ludzi. W centrum, ale jednocześnie niezbyt zauważalnego.

- Jednak ze względu na charakter prowadzonego przeze mnie lokalu, mogę być w gronie podejrzanych o współpracę z wami. Nie zdziwiłbym się, gdyby Pentonium już miało Pretty.Odd. na oku. Mamy prawdopodobnie najwięcej męskich kurtyzan w mieście, a wszyscy znamy stosunek Pentonium do homoseksualizmu. - Ryan mówił rzeczowo, bez osobistego zabarwienia, jednak wewnątrz, pod maską profesjonalisty, był wściekły. Męczyło go to, że kogokolwiek to obchodzi. Na południu było inaczej. - Ktoś mógłby dowiedzieć się o tym, co dla was robimy.

- Jesteśmy świadomi tego ryzyka - wtrącił brodacz. - Jeśli wyrazi pan zgodę, zapewnimy wam ochronę w postaci dwóch, trzech kontaktów, których głównym zadaniem będzie wykrywanie potencjalnych zagrożeń konkretnie w tej sprawie. Jeden byłby stale w waszym pobliżu. W lokalu lub sąsiednich kamienicach. Z tego, co nam wiadomo, mieszkacie w tej samej okolicy, więc to nie problem.

- Zaraz, chcecie też pilnować nas jako osób? Stale? - zapytał nagle zaniepokojony Brendon.

- To niemożliwe, szczególnie w pana przypadku - odezwał się Joe. - Andy raczej mówi o Pretty.Odd., a to, że większość czasu spędzacie w pobliżu, to tylko dodatkowy plus.

Brodacz skinął głową na potwierdzenie.

- To dobrze - rzucił Brendon, rozluźniając się. Ryan spojrzał na niego z ukosa, zastanawiając się, z czego wynika tak ostra reakcja.

- Co dokładniej mielibyśmy wam przekazywać? - Ross wrócił do tematu.

- Nie wiem, ile dokładnie wam powiedziano. - Joe zerknął na siedzącego obok niego bruneta - pośrednika. - Plotki dotyczące zamachu stanu i korony, co mieszkańcy myślą o władzy, nastroje wobec wojny w Eastgroom, stosunek ludności do Pentonium, co dostojnicy głoszą podczas piątkowych nabożeństw. Wszystko co może mieć z nami związek.

- Czasami mam kontakt z ważniejszymi osobistościami. W razie potrzeby mogę próbować wyciągać konkretne informacje, zazwyczaj chętnie mi się zwierzają - zaproponował Brendon.

- Jak mielibyśmy przekazywać wam wiadomości? - zapytał nagle Ryan. Nie wiedział dlaczego, ale nagle świadomość kontaktów Uriego z klientami zaczęła go drażnić. - Przyjeżdżanie do zamku raz na jakiś czas nie byłoby zbyt dyskretne.

Brendon na moment się wyłączył, bo jego uwagę przyciągnął ubrany na czarno mag. Przenikliwe zielone oczy wpatrywały się uważnie w niego i Rossa. Brendonowi wydawało się, że jest to zbyt intensywne spojrzenie jak na kogoś, kto normalnie słucha rozmowy. Nie miał za wiele styczności z magią i nie umiał powiedzieć, czy mężczyzna używa na nich jakiegoś zaklęcia, czy zwyczajnie próbuje ich rozszyfrować.

- Tyler ma opracowany plan. - Brendon usłyszał znajome imię i gwałtownie wyrwał się z zamyślenia. Od razu przypomniał sobie o znajomym Dallona i Josha, ale czy to mógłby być on? Na świecie jest wielu Tylerów, prawda?

- Tak - odezwał się mężczyzna. - Dosyć prosty. Raz na jakiś czas będzie przychodził do was człowiek i pytał o informacje. Nie będą to regularne wizyty, a miejsce i czas będzie wybierany za każdym razem na nowo, ale tak, by wam w danym momencie nie przeszkadzać. Jednak gdybyście to wy chcieli przekazać coś pilnego, albo mielibyście jakąś sprawę, to połóżcie na ladzie białe pióro do pisania. Wygląda to naturalnie, ale nie jest czymś, co robicie nieświadomie, bo pióra trzymacie na zapleczu. Obserwator skontaktuje się z wami jak najszybciej. Znakiem rozpoznawczym informatorów korony jest tatuaż przy nadgarstku w kształcie trapezu równoramiennego. Po tym nas rozpoznacie. I jeszcze jedna bardzo istotna kwestia - nie używajcie mojego imienia. Zwykłe kontakty go nie znają i wolałbym, żeby tak zostało. Poza tą salą i stosunkami prywatnymi, jestem Blurryface.

Dosyć długo dyskutowali o szczegółach, wynagrodzeniu, a później zostali wypytani o szczegóły z ich życia, mimo że Tyler zdawał się znać działanie lokalu lepiej, niż oni sami. Brendon nie był pewien, czy obserwował ich też poza godzinami pracy, bo z jednej strony wydawało mu się, że to logiczne i konieczne, ale z drugiej brunet nie wspomniał na przykład o Dallonie. Brendon i Ryan nie mówili o przeszłości przed Pretty. Odd., obaj unikali tego tematu odpowiadając na pytania, ale spodziewali się, że władza wie więcej, niż się wydawało. I wtedy padło pytanie, którego Brendon bał się najbardziej.

- Dlaczego zajmujesz się tym, czym się zajmujesz? - Joe patrzył na niego wyczekująco. Urie skrzywił się i odwrócił wzrok.

- Ja… - zaczął, ale niespodziewanie przerwał mu Ryan.

- Myślę, że wystarczy - powiedział stanowczo, prawie gniewnie. - Wiecie wystarczająco dużo.

Brendon zerknął na niego z wdzięcznością, a Joe uniósł ręce w obronnym geście, zmieniając temat, na innych pracowników Pretty.Odd.

Po jeszcze chwili rozmowy, król zarządził koniec spotkania. Pożegnali się i wyszli. Odprowadził ich ten sam chłopak, który przyprowadził, a strażnicy grzecznie kiwali głowami w geście pożegnania. Mężczyźni szli powolnym krokiem w stronę lokalu w ciszy, ale nie tak niezręcznej jak rano.

- Czyli co? - Brendon przerwał milczenie, nerwowo przełykając ślinę. - Nieoficjalnie współpracujemy z koroną. Kto by się spodziewał.

Ryan tylko kiwnął z głową, nie słuchając go. Miał okazję dowiedzieć się czegoś o Brendonie i jej nie wykorzystał. Dlaczego więc wybrał bycie wobec niego uczciwym, mimo że nie zrobienie tego, nic by go nie kosztowało?

- Ryan? - odezwał się znowu Urie. Tym razem Ross na niego spojrzał. - Dziękuję. Za tamto. Naprawdę.

- Nie ma sprawy. - Ryanowi było miło, że Urie to docenił, nawet jeśli teoretycznie to, co zrobił, powinno być uznane za zwykły wyraz grzeczności. Nawet pozwolił sobie na niewielki uśmiech. Ta lekka radość pchnęła go ku szczerości, westchnął więc, zatrzymał się, chwytając Uriego za ramię by ten też stanął. Spojrzał na Brendona ze smutkiem. - Wiesz, że jesteś jedynym pracownikiem, o którym właściwie nic nie wiem? A pracujesz najdłużej, nie licząc Spencera. Wiesz, jak bardzo szanuję prywatność. Zarówno swoją, jak i innych. Ale… Nic? Po ponad czterech latach?

Brendon stał nieruchomo. Patrzył na Ryana w szoku, poruszony ilością emocji na twarzy i w głosie mężczyzny. Zupełnie jakby rozmawiał z innym człowiekiem. Smutek, gniew, rozczarowanie, coś na kształt nadziei… to było coś zupełnie innego, niż Ryan, którego znał. Poczuł się strasznie niepewnie. Do tej pory sądził, że chce poznać swojego szefa i sprawić, żeby ten go polubił. Obojętność lub niechęć raniła jego ego. A teraz, gdy Ross się tak niespodziewanie odsłonił, pokazując, że żywi wobec Brendona coś oprócz nienawiści, której najwyraźniej jednak tam nie było, Urie już nie był taki pewny swoich intencji. Odkrycie, że szef widział go jako zagadkę, schlebiało mu, ale też go przerażało, bo znaczyło, że całkowicie się pomylił oceniając stosunek Ryana do siebie. Wierzył w to, że mężczyzna szczerze go nie cierpi, ale jego wyznanie świadczyło o tym, że był nim zaintrygowany. Że szukał w nim osoby, a nie widział jedynie dziwkę, czy kolejnego pracownika. Nagle przestał traktować ich relacji jako wyzwania, mającego uspokoić ego. Jedynym sposobem na poznanie Ryana, okazało się otworzenie się przed nim. Dallon próbował mu to powiedzieć wcześniej, każąc mu zachowywać się naturalnie, ale dopiero teraz Brendon zrozumiał, co to znaczyło. I spanikował.

- Nawzajem - rzucił w końcu. Uśmiechnął się krzywo, z aroganckim błyskiem w oku i odszedł szybkim, sprężystym krokiem, tak charakterystycznym dla Beebo, zostawiając oniemiałego Ryana samego.

***

W prywatnej części zamku panował spokój. Andy i Joe zajęli się rozplanowaniem poboru do wojska, Tyler wrócił do domu, Patrick czytał, a Billie siedział bezczynnie w swojej pracowni. To znaczy nie bezczynnie, on medytował. Pete jako jedyny nie mógł znaleźć sobie miejsca. Chodząc korytarzami tam i z powrotem, szukał czegoś, co pomogłoby mu się odprężyć. Ale dzieci odbierały nauki, Meagan tkała, a biblioteka wydawała się za cicha, nawet jeśli miałby w niej grać. Ostatecznie zapukał w ciężkie, ciemne drzwi okute żelaznymi wzmocnieniami.

- Wejdź, Pete - zawołał ze środka mag. Prawie zawsze wiedział, kto do niego przyszedł.

- Przeszkadzam? - zapytał król, wchodząc do dusznego, ale przestronnego pomieszczenia.

- Tak, ale kogo to obchodzi. - Billie Joe wzruszył nonszalancko ramionami, zeskakując ze stołu, na którym siedział. - Przyszedłeś porozmawiać o naszych nowych informatorach, zgadłem?

- Tak, nie jestem pewien, co sądzić o tym całym Brendonie, a Joe i Patrick są zajęci, więc przyszedłem do ciebie.

- Jakby nie byli zajęci to też byś przyszedł - prychnął mężczyzna. - Patrick jest zbyt dobroduszny, żeby zauważyć, czy ktoś ma dobre czy złe intencje, a opinia Joe i tak ci zwykle nie wystarcza. A Andy nie wychwytuje szczegółów.

- Dobra, nie popisuj się - westchnął z irytacją. - Nie masz przed kim.

- Nie popisuję się, po prostu ci coś udowadniam. - Przewrócił oczami. - Siadaj sobie gdzieś. Co chcesz wiedzieć?

Pete rozejrzał się po chaotycznym pokoju, szukając choć trochę niezagraconego i czystego miejsca. W końcu usiadł na krześle stojącym pod ścianą, wcześniej ściągając z niego stos ksiąg.

- Czy na pewno możemy im ufać? Co o nich sądzisz? - rzucił bez przekonania. Nie wiedział, co chce wiedzieć. Chciał wiedzieć coś.

- Dobra. - Billie znów usiadł na stole. Sięgnął po leżący na nim rulonik z jakiegoś dziwnego liścia, wypchany ziołami. Pstryknął palcami, a ze stojącej pod oknem świecy odłączył się mały płomień. Przyciągnął go do siebie i podpalił zawiniątko, zaciągając się dymem. - Ten cały Ryan jest z Moon, to dlatego starał się nie okazywać emocji. Zależy mu na sprawie, inaczej w ogóle by nie przyszedł. Sądząc po jego dotychczasowej działalności w Sagesval, unika rozgłosu, zbytnio się nie angażuje, więc możesz mieć pewność, że traktuje sprawę poważnie i jest zmotywowany do działania, skoro w ogóle podjął się zadania. Jest skryty i nie powinniśmy naciskać na to, aby mówił o przeszłości. To, że stanął w obronie Brendona, gdy Joe poruszył niewygodny temat, też świadczy o nim dobrze. Szanuje pracowników i ich życie prywatne. Nie jestem tylko pewien jaki stosunek ma konkretnie do Brendona, ludzi z Moonlight trudno się czyta, a on… cóż, kiedy się odsłaniał, wysyłał dość sprzeczne sygnały. Próbowałem wyszperać coś z jego umysłu, ale wiesz, że staram się unikać nadużyć, a obaj byli dość silnie zamknięci, pewnie przez to, że obaj mają sekrety i nauczyli się ich pilnować. Wychwyciłem tylko to, co i tak wywnioskowałem z ich zachowania. Podsumowując, Ryanowi można zaufać.

- A Brendon? - Pete zmarszczył brwi. Część z tych rzeczy zauważył sam, ale dobrze je było usłyszeć od kogoś innego.

- Z nim jest problem. Znaczy… - zawahał się chwilę. - Też jest zaangażowany i chętny, co było po nim wyraźnie widać. Ma tajemnice, o których nie chce mówić. Potrzebuje uwagi i dowartościowania. Pewnie zauważyłeś, jak czujny był na reakcje Ryana. Z pewnością jest wobec niego bardzo lojalny, ślepy by zauważył, tylko…

- Tylko co? - ponaglił go Peter, gdy Billie przerwał, żeby znów zaciągnąć się dymem.

- Człowiek zraniony szybko przekuwa lojalność w nienawiść i chęć zemsty. A zranić zakochanego człowieka jest niezwykle łatwo.

 

 

Chapter Text

Wpływali na jego umysł i wiedział, że już za późno, aby się uwolnić. Czar był zbyt potężny, a on nie miał już siły, żeby chociaż próbować walczyć. Zresztą, nawet gdyby spróbował, to to i tak prawdopodobnie nic by nie dało. Był w celi Franka, który spokojnie spał, nieświadomy jego obecności. Chciał krzyczeć, by ostrzec mężczyznę, by kazać mu uciekać, ale jego usta były zaciśnięte, a każda próba wydania z siebie dźwięku sprawiała mu ogromny ból, dławiący go w gardle i uciskający płuca. W oczach stały mu łzy, był przerażająco bezradny i pozbawiony kontroli, nienawidził nie mieć kontroli, potrzebuje kontroli, on...
Gerard wyciągnął rękę i obrócił nadgarstek, sprawiając, że Iero spadł z łóżka, uderzając o podłogę, a następnie gwałtownie się uniósł, wisząc nieprzytomnie w powietrzu. Machnął palcami, a Frank uderzył plecami o ścianę z takim impetem, że na moment stracił oddech. W tym momencie był już świadomy, ale nie mógł krzyczeć. Patrzył na Way’a ze strachem i niezrozumieniem w oczach. Nie dotykał ziemi, wisiał pół metra nad podłogą i nie był w stanie się ruszyć. Gerard też nie.

- Nie… - zaczął, pokonując wreszcie zaklęcie uciszające, ale momentalnie poczuł kolejny bolesny ucisk w gardle i płucach, który zabrał mu oddech. Patrzył, jak zginają mu się palce, wyciągając z Franka przeciągły, bolesny jęk.

Wiedział do jakiego czaru go zmuszają. Chcieli, żeby zabił go jedną z okrutniejszych metod, która wymagała tylko jednego zaklęcia, a wywoływała ból porównywalny do wielogodzinnych tortur. Musiał to przerwać. Czuł walkę z obcym wpływem w całym ciele. Ból rozchodził się aż do czubków palców, mrowił u nasady włosów, które - jak zdał sobie sprawę - były długie i oślepiająco białe. Kontrola z zewnątrz niespodziewanie zelżała, jakby rzucający zaklęcie zasłabł lub się zawahał i Gerardowi udało się wyrwać spod wpływu. Zgiął się wpół, padając na kolana w konwulsyjnych drgawkach i usłyszał, jak Frank upada na ziemię z bolesnym jękiem. Way szybko do niego podpełzł, uspokajając oddech. Chciał pomóc mężczyźnie wstać, jednak ten, przestraszony wcześniejszym atakiem, odsunął się nerwowo od wyciągniętej ku niemu dłoni. W tym samym momencie czar wrócił i Way znów stracił panowanie nad swoim ciałem. Złapał Franka za gardło i przycisnął go do ściany. Najpierw Iero miał zaciśnięte powieki, ale po chwili, gdy zaczynał już sinieć, otworzył je i spojrzał Gerardowi prosto w oczy.

Way wciągnął ostro powietrze, dociskając mniejszego mężczyznę do ściany. Nie robił tego pierwszy raz. Umiał to zrobić. Doskonale pamiętał, kiedy jego prawdziwe oblicze i nietłumione niczym instynkty brały górę, przynosząc cierpienie innym. Palce na gardle Franka zaciskały się coraz mocniej, wbijając paznokcie w wytatuowaną szyję. Potrzeba zadawania bólu i niepohamowana agresja zabiła w Gerardzie strach i dobre uczucia, przestał walczyć z zaklęciem. Naparł na rękę całym swoim ciężarem, przyciskając mężczyznę do ściany jeszcze bardziej, wpatrując się zimno w szukające pomocy, wystraszone, zielone oczy.

Obcy wpływ zniknął. W tym momencie nic go nie zmuszało do odebrania Frankowi życia.

 

Gerard zerwał się z łóżka, dysząc ciężko. Rozejrzał się po celi w panice, ale wszystko wydawało się w porządku. Nie czuł prawej dłoni, która była mocno zaciśnięta w pięść i nie mógł jej rozluźnić. Twarz miał mokrą od potu i… łez?

Wziął głęboki oddech i powoli rozmasowując rękę, rozluźnił palce. Nie wiedział, która jest godzina - mógł spać kilka minut, ale równie dobrze i godzin. Koszmary zawsze zostawiały go w nieświadomości, ile właściwie czasu przespał. Chciał - nie, musiał - zajrzeć do Franka, ale mógłby go obudzić, a tego nie chciał. Nerwowo chodził chwilę po celi, aż gwałtownie usiadł po turecku na ziemi. Zamknął oczy i starał się skupić na otaczającej go energii. Zajęło mu to kilkanaście długich sekund, ale w końcu poczuł siłę życiową Franka, przebijającą zza ściany. Uspokoiło go to na tyle, że po chwili medytacji odczuwał ją tak wyraźnie, że był w stanie zobaczyć, w jakiej pozycji znajdował się Iero. Leżał na łóżku, prawdopodobnie spał. Gerard otworzył oczy i podkurczył kolana, obejmując je. Oparł na nich głowę, zwijając się w kłębek. Chyba znowu było z nim gorzej i nie rozumiał dlaczego. Może powinien rozważyć przeniesienie Franka do innej celi, żeby go przypadkiem którejś nocy nie obudzić.

Nie zamierzał ryzykować, że sen powróci, więc nie położył się z powrotem. Na zewnątrz było ciemno, co znaczyło, że nie zbliżała się pora budzenia, a nie chciał też siedzieć w celi, więc ubrał habit i wyszedł na korytarz. To nie było pierwsze nocne spacerowanie po klasztorze w jego życiu i poszedł w to samo miejsce co zawsze. Główna kaplica.

Pchnął drzwi i minął ołtarz, szybko zszedł z podwyższenia dla prowadzącego nabożeństwo.

Lubił tę kaplicę. Zazwyczaj nie przychodził na nabożeństwa, ale bywało, że się zjawiał, głównie w ważniejsze święta, tylko po to, żeby popatrzeć na skromne, ale efektowne dekoracje. Ogromna sala w kształcie pięciokąta foremnego była wysoka jak cały klasztor. Sklepienie tworzyła wielobarwna szyba, która dodawała wnętrzu kolorów. Ściany były z ciemnozielonego i miejscami przybrudzonego, białego kamienia, ozdobione wielobarwnymi materiałami, drewnianymi i kamiennymi rzeźbami, w niektórych miejscach suszonymi roślinami. Ławki z czarnego drewna, ustawione w jodełkę wzdłuż dwóch ścian, kontrastowały z jasną podłogą. Między siedzeniami było przejście, by wierni - dojeżdżający na nabożeństwa z miasta i okolicznych wiosek, jako że było to jedyne miejsce kultu religijnego w okolicy - mogli dojść do ołtarza, który znajdował się pomiędzy wierzchołkiem poświęconemu Gaadowi, a tym dedykowanym Maecore’owi.

W trakcie nabożeństw zapalano wszystkie ogniska i świece, jakie znajdowały się w pomieszczeniu. Mniej więcej na wysokości pierwszego piętra, pomiędzy dwoma wierzchołkami pięciokąta i wychodzącymi z nich ścianami, ciągnęły się trzy poprzeczne belki, na których ustawione były rzędy świec. Najczęściej zapalał je Ray, który, ukończywszy Tarium, dobrze panował na ogniem i mógł dosięgnąć knotów. W razie jego niedyspozycji, któryś mnich musiał wspinać się na drabiny, bo nawet ci, którzy znali trochę magii, bali się używać ognia, który był trudny do kontrolowania. Za ołtarzem znajdowała się wnęka na ognisko umiejscowiona w taki sposób, że gdy kapłan rozkładał ramiona, dawało to efekt płonących rąk.

Serce każdej dużej kaplicy stanowił Ogień Pięciu i tak było też tutaj. Przed ołtarzem, w podłodze, znajdował się spory, pięciokątny dół, wyłożony kamieniem w taki sposób, by zawierał się w nim wyraźny pentagram. Do każdego z pięciu trójkątnych otworów wsypywano innej mieszanki ziół, by płomienie były w różnych kolorach, odpowiadających kolejnym Bogom - zielonym dla Gaada, złocistym dla Patedena, fioletowym dla Fallen One’a, czerwonym dla Topa i czarnym dla Maecore’a.

Gerard uwielbiał siedzieć w kaplicy wtedy, kiedy wszystkie paleniska były podpalone. W nocy, gdy panował mrok, a zimna tarcza księżyca rzucała słabe, rozmyte światło - kolorowe przez witraż - wszystko wyglądało dużo piękniej, niż gdy słońce rozświetlało każdy zakamarek.

Rozpalił słaby płomyk na dłoni i spokojnie nakierował go na belkę na suficie. Nie spieszył się, bo wolał nie podpalić przypadkiem którejś z ozdób. Gdy zapalił wszystkie świece na dwóch belkach, odwrócił się do trzeciej. Przymknął oczy i rozruszał palce, a gdy gwałtownie zgiął łokcie, wszystkie świece zapłonęły z charakterystycznym sykiem. Gerard chwilę obserwował ogień, ale dziś nie potrafił się nim cieszyć. Często zostawiał wszystko zapalone, bo obserwowanie, jak mnisi przychodzący przed śniadaniem do kaplicy na poranną modlitwę są zdziwieni lub zirytowani, że jakiś żartowniś marnuje wosk, sprawiało mu złośliwą przyjemność, ale... nie dziś. Westchnął i machnął niedbale rękoma rysując w powietrzu iks, a mocny podmuch wiatru zgasił wszystkie świeczki.

Często chodził do pracowni, aby w półmroku malować kolejne ikony i własne obrazy, ale na to też nie miał tej nocy ochoty. Był zmęczony, ale jednocześnie nie mógł wrócić do swojej celi, bo bał się zaśnięcia i kolejnych koszmarów. Wyśnił ich już za dużo. Poszedł do pracowni, ale tylko po to żeby przejść do tylnego ogrodu. Jednak tam też się nie zatrzymał. Przeszedł obok muru i skręcił w odosobniony wyłom klasztornego terenu. Cmentarz. Gerard zatrzymał się kilka metrów przed pierwszymi grobami i wyciągnął przed siebie dłoń.

- Pokażcie się - szepnął ledwo słyszalnie, ale stanowczo i już po kilku sekundach pojawiły się przed nim niewyraźne sylwetki. Jedne były większe, drugie mniejsze, ale bez wątpienia wszystkie ludzkie. Duchy chodziły po cmentarzu bez celu, nie mogąc wyjść poza jego granice.

Groby pamiętały jeszcze czasy, gdy w okolicach klasztoru stały domy, a o wojnie w Eastgroom nawet nie myślano. Gerard nie chciał widzieć wyraźniejszych form duchów ani poznawać ich osobowości, a tym bardziej się z nimi porozumiewać. Wystarczały mu niewyraźne cienie. Nie wiedział, kiedy otaczające go osoby umarły, chociaż przychodził tu na tyle często, żeby potrafić rozpoznać, które duchy były stare, może jeszcze z czasów powstawania budynku, a które należały do mnichów, którzy zmarli w klasztorze. Najstarsze zjawy zachowywały się jak obłąkani ludzie. Lata, stulecia przywiązania do małego terenu, nawet w towarzystwie innych duchów, doprowadzały do szaleństwa. Tym bardziej, że często nie widziały się nawzajem, będąc tym samym istotami całkowicie samotnymi. Dusze z czasem tracą rozum. Utknięcie po tej stronie niszczy je tak, że stają się zjawami powoli tracącymi swój kształt, aż w końcu rozpływają się na wietrze. Gerard wiedział, że najprawdopodobniej taki los czeka i jego. Nie zasłużył na spokój.

Way usiadł przy murze i rozejrzał się po cmentarzu, który tworzyły półokrągłe, tradycyjne nagrobki z wykutymi nazwiskami. Obok każdego z nich znajdowała się kamienna płyta z pięcioma ostrymi palami mającymi wskazywać duszy drogę do Maecore’a. Duchy, które błąkały się między grobami, nie dostały się do zaświatów. Dla nich, z nieznanych żywym przyczyn, królestwo Martwego Boga było zamknięte.

Zjawy go znały i wiele z nich wiedziało, że je widzi. Jedna usiadła obok niego i początkowo wyglądała, jakby chciała się z nim porozumieć, ale Gerard ją zignorował. Domyślał się, że robił im nadzieję na uniknięcie pośmiertnego szaleństwa, jednak nie chciał wzmacniać czaru, żeby móc je usłyszeć. Potrzebował ciszy. W końcu duch dał za wygraną i jedynie siedział obok niego. Way dojrzał kilka małych cieni biegających między nagrobkami. Dawna zaraza zebrała swoje żniwo, uśmiercając wiele dzieci. Właśnie wtedy okoliczne wioski opustoszały i klasztor pozostał jedynym zabudowaniem w okolicy. Dzieci zmarły prawdopodobnie w tamtym czasie. Co mogło sprawić, że zostały uwięzione na ziemi? Gerardowi było ich szkoda, ale niewiele mógł zrobić.

Wyciągnął przed siebie rękę, nad którą pojawiła się brązowo-szara mgła. Zaczęła się kłębić i formować, aż na palcu wskazującym pojawił się wróbel. Wyglądał zwyczajnie, ale od zwykłych ptaków tego gatunku odróżniał go ciemny pasek na oczach, wyglądający jak maska. Cienie dzieci zatrzymały się i niepewnie zbliżyły do Gerarda. Duch siedzący obok mnicha, poruszył się i usiadł na kolanach, by być bliżej, zupełnie jak zaciekawiony człowiek. Iluzja wyglądała jak żywe zwierzę, ale Way zawdzięczał to głównie swoim umiejętnościom artystycznym, bo zaklęcie nie było skomplikowane.

Gerard wstrzymał oddech. Kusiło go, by zrobić coś jeszcze, ale bał się spróbować. Przygryzł wargę, walcząc ze sobą. Nic się nie powinno stać, prawda?

Przejechał drżącym palcem po przedramieniu wyciągniętej ręki, a na skórze pojawiło się cienkie rozcięcie, z którego zaczęła ciec krew. Starł tworzący się strumyczek i wtarł pachnącą życiem i śmiercią krew w otwartą dłoń. Zerwał trochę trawy i położył ją w plamie, szepcząc zaklęcia w starej mowie. Przez jego ciało przeszedł znajomy, uzależniający dreszcz, posyłając silne mrowienie do skóry głowy. Nie było widać żadnych zmian, poza jednym małym szczegółem - pazurki ptaszka zaczęły wbijać się w palec Gerarda. Zwierzę znieruchomiało, gdy krew i trawa zamieniły się w biały pył i uniosły się w stronę stworzenia. Ruszyło się dopiero, gdy obie substancje całkiem zniknęły.

Way wpatrywał się w ptaka z szeroko otwartymi oczami, łapiąc ciężko oddech. To przerażające, ale udało mu się. Dawno nie próbował tworzyć życia i nie sądził, że mu się uda, a jednak… wciąż pamiętał, jak to robić.

Duch zbliżył się do ptaka i wyciągnął rękę w jego stronę. Zwierzę wyczuło go, wzniosło się gwałtownie i odleciało kawałek. Gerard syknął w jego stronę, wykrzywiając przesadnie twarz, a ptak wydał z siebie niezadowolone ćwierki, ale grzecznie usiadł z powrotem na palcu i dał się dotknąć duchowi. Stworzenie miało własny rozum, ale było posłuszne rozkazom stwórcy. Dlatego biała magia i nekromanci byli niebezpieczni. Możliwość stworzenia inteligentnej, ale posłusznej armii, to coś, czego Pentonium bało się najbardziej. Na szczęście nawet taki mały organizm zabierał dużo energii, więc coś dużo większego mogłoby zabić maga. Chyba, że udałoby się ulepszyć zaklęcia, połączyć siłę wielu magów, czy też wykorzystać zewnętrzne źródła energii. Na przykład z masowych mordów.

Kilka duchów niebezpiecznie się poruszyło przy krawędzi cmentarza i Gerard usłyszał w oddali biegnącego konia. Powoli zaczął kurczyć palce, a ptak zbladł i rozproszył się w czarnej mgle. Za coś takiego Pentonium prawdopodobnie skazałoby go na śmierć, ale nie mógł zostawić ptaka, stworzonego w sztuczny sposób, w naturze. Ten czar zadawał błyskawiczną i bezbolesną śmierć.

Wstał i szybko ruszył w stronę nadjeżdżającego od strony Eastgroom przybysza, po drodze naciągając kaptur i chowając dłonie w rękawy, by jeszcze bardziej przypominać bogobojnego, niewinnego mnicha. Zacisnął lewą dłoń, używając czaru, który kilkukrotnie uratował mu życie w podobnych sytuacjach. Poczuł jak skóra staje się twarda, a palce i nadgarstek usztywnione. Dzięki temu zaklęciu ręka miała wytrzymałość stali i można było się nią obronić przed ciosem miecza. Uderzenie zwykle boli, ale nie pozbawia ręki. Miał tylko nadzieję załatwić to na spokojnie, bez konieczności użycia tego wzmocnienia.

Jeździec, dostrzegłszy Gerarda, zwolnił i zbliżył się do niego powoli. Uniósł ramię na znak powitania, ale nie zszedł z konia.

- Witaj, mnichu. Przybywam z pokojowymi zamiarami. - odezwał się, widząc, że Way odsunął się, gdy ten za bardzo się zbliżył. - Przepraszam za porę, ale w drodze spotkało mnie kilka przygód. Myślałem, że będę zmuszony poczekać do wschodu, ale skoro ojciec tu jest, to bardzo dobrze się składa.

- Niech Pięciu będzie z tobą w twej podróży. - Przybrał postawę pobożnego mnicha, kłaniając się minimalnie na znak szacunku. - Potrzebujecie pomocy?

- Informacji. Poszukuję pewnego człowieka. Niebezpieczny, prawdopodobnie jest szpiegiem. Niskiego wzrostu, czarne włosy, ranny, ma tatuaże na dłoniach. Możliwe, że jest z Nelehe.

- Jeśli takowe w ogóle istnieje - zauważył Gerard, ale mężczyzna zignorował jego komentarz.

- Jest niebezpieczny i zbiegł.

- Dosyć długo go szukacie. - Zbyt długo jak na kogoś, kto tylko zabił jakiegoś żołnierza… To wydało mu się podejrzane. - Jakiś czas temu trafił do nas człowiek pasujący do opisu, ale rana, która wydawała się niegroźna, okazała się śmiertelna i szybko po przybyciu zmarł z powodu zakażenia.

Gerard spróbował wniknąć w umysł posłańca, żeby dowiedzieć się, co takiego wydarzyło się w dniu, kiedy Frank został ranny i dlaczego go poszukują, ale...

- Dziękuję za wie… - Mężczyzna nagle urwał i zmarszczył brwi.

...albo wyjście z wprawy i zmęczenie poprzednimi zaklęciami osłabiło jego zdolność maskowania czarów, albo przybysz był bardzo wrażliwy, bo musiał wyczuć próbę czytania w myślach.

- Czy ty próbujesz mi wejść do głowy? - ryknął i zeskoczył z konia. Wyjął miecz i zamachnął się na głowę Gerarda, ale ten zdążył zakryć się wzmocnioną ręką. Ostrze odbiło się, a zaskoczony mężczyzna odskoczył. Way to wykorzystał, zrobił szybki krok do przodu i przyłożył sprawną dłoń do jego skroni. Jednak, pewnie przez nagłość ataku, zmęczenie i silny skok adrenaliny, zwykły czar obezwładniający wyciągnął z niego więcej energii, niż by chciał i rozsadził mężczyźnie mózg. Rycerz padł na ziemię, a z oczu, nosa i uszu pociekła gęsta krew. Koń wyczuł, że coś się stało, zaczął nerwowo rżeć i przebierać nogami. Way pogłaskał zwierzę po chrapach i szyi, by jakoś je uspokoić, bez używania magii. To, ile czarował w tak krótkim czasie, po kilku latach ograniczania się do drobnych zaklęć, wyssało z niego tak dużo energii, że ledwo trzymał się na nogach, więc mimo że normalnie potrafił odzyskać wspomnienia świeżo zmarłej osoby, wiedział, że teraz nie będzie w stanie.

Nie mógł stać z koniem i trupem do samego rana. Mogło być więcej zwiadowców i gdyby go znaleźli, to nie byłby już w stanie się obronić. Nie miał też siły by skontaktować się z Ray’em, który pewnie od dawna spał. Zostawała jedna możliwość.

Rozsiodłał konia, zostawiając mu tylko uprząż, rzucił sprzęt na zwłoki obcego i odszedł ze zwierzęciem kawałek dalej, by nie odczuło skutków czarnej magii i opierając się o nie, wyciągnął rękę w stronę ciała. Powoli zaczęło się rozsypywać i po kilku minutach nie było po nim śladu. Gdyby nie to, że Gerardowi trudno było nawet utrzymać rękę w powietrzu, trwałoby to krócej.

Zaletą czarnej magii było to, że przy niszczeniu zużywała najmniej energii. Tworzenie było potwornie męczące, ale zamienienie w pył już nie.

Opierając się o konia, doszedł do klasztoru. Przy wejściu do ogrodu zostawił zwierzę, klepiąc je po zadzie. Koń odbiegł kawałek, ale za chwilę wrócił z powrotem, strzyżąc uszami.

- Idź sobie, wracaj do domu. - Gerard machnął na niego ręką, przekazując ten prosty komunikat wprost do zwierzęcego umysłu. To było za dużo. Osunął się na kolana i padł na ziemię, w ostatniej chwili unikając uderzenia głową o kamień.

***

Otworzył oczy, czując ból w każdym możliwym miejscu. Potrzebował chwili, żeby przypomnieć sobie, co się stało i jak znalazł się na zewnątrz klasztoru w środku nocy. Nie był zdziwiony swoim stanem. Spojrzał na księżyc, który przemieścił się jedynie mały kawałek na widnokręgu, więc musiał stracić przytomność na dosyć krótko. Dźwignął się z ziemi i ostrożnie wrócił do klasztoru. Opierał się o ściany, aby utrzymać równowagę, cały czas starając się być jak najciszej. Tylko tego by mu brakowało, żeby któryś z mnichów zobaczył go w takim stanie. W swojej celi zdążył tylko zamknąć drzwi, zrzucić habit i paść na łóżko. Ledwo położył głowę na szorstkiej poduszce, zasnął.

***

Frank wszedł do jadalni i od razu spojrzał na główny stół. Way podobno miał problemy ze snem i często wychodził ze swojej celi wcześniej, więc już po kilku dniach przestali chodzić na posiłki wspólnie, spotykając się dopiero w sali, ale tym razem czerwonowłosego tu nie było. Miejsce obok ojca przełożonego było puste. Zaczął się zastanawiać, czy nie podejść do Ray’a i nie zapytać, co się dzieje, ale uznał, że Toro mógłby uznać go za natrętnego. Po śniadaniu pospiesznie wyszedł z jadalni, jednak zatrzymał go nie kto inny, jak właśnie ojciec przełożony.

- Frank? Coś się stało? Gdzie Gerard? - zapytał cicho, odciągając go na stronę.

- Nie wiem. - Pokręcił głową. Skoro Ray się zainteresował, to to, że Gerard nie przyszedł, nie mogło być normalne. - Myślałem, że będzie tutaj, nie byłem u niego.

- Sprawdzisz? Zrobiłbym to sam, ale skoro i tak tam idziesz…

- Oczywiście - zapewnił Frank. - To aż tak niepokojące, że nie przyszedł na śniadanie? W końcu to tylko posiłek…

Ray milczał chwilę, patrząc jak ostatni mnisi opuszczają jadalnię. Gdy zostali na korytarzu sami, rozluźnił ramiona i oparł się o ścianę ze zmęczeniem bijącym z całej jego postawy.

- Lubię cię. W dodatku dzięki tobie Gerard wydaje się być w lepszym stanie psychicznym, niż kiedykolwiek. Przynajmniej odkąd go znam. Ale… są rzeczy, które musi wyjaśnić ci sam. - Spojrzał Iero w oczy z dziwnym przejęciem. - Zdarzało się już wcześniej, że nie przychodził na śniadanie i właściwie zawsze znaczyło to, że miał naprawdę ciężką noc. Znajdź go i powiedz mu, żeby do mnie przyszedł, proszę. A jeśli go nie znajdziesz w ciągu godziny to ty do mnie przyjdź. Muszę… muszę do kogoś napisać.

Frank poruszył się niespokojnie, niepewny jak zareagować. Skinął głową, martwiąc się jeszcze bardziej. Ray przetarł twarz dłońmi.

- Dobrze się czujesz? - zapytał Iero.

- Nie. Ostatnio dużo się dzieje. - Toro prawie szeptał. - Oczywiście nie tutaj. Zresztą, nie twoja sprawa. Nie jesteś z Emoros.

- Z Eastgroom i z południa też nie - odpowiedział z tajemniczym błyskiem w oku. - Nie czuję się lojalny wobec żadnego państwa. Aktualnie mój dom jest tutaj. Jutro może być gdzieś indziej. - Zamilkł na chwilę po czym dodał niechętnie. - Chyba, że się przywiążę.

- Gerard? - Bardziej oznajmił, niż zapytał Ray, uśmiechając się wiedząco kącikiem ust. - Nie jestem zaskoczony. Pozwolił ci się zbliżyć, nie skrzywdź go. On jest naprawdę samotnym człowiekiem. Idź, naprawdę martwi mnie to, że nie przyszedł na śniadanie. I daj mu to.

Iero, nieco speszony, wziął od Toro małą torbę z jedzeniem, którą ojciec przełożony musiał przygotować specjalnie dla Gerarda. Frankowi zrobiło się głupio, że sam o tym nie pomyślał. Nim zdążył się odezwać, wysoki mnich zniknął za zakrętem.

 

Iero zatrzymał się niepewnie przy drzwiach do celi Gerarda. Zapukał cicho, a gdy nie otrzymał odpowiedzi, wszedł. Way leżał na łóżku zwinięty w kulkę i dyszał ciężko.

- Gerard? - zapytał cicho i po chwili powtórzył głośniej, a mężczyzna drgnął.

- Co się dzieje? - mruknął zaspany, siadając i rozprostowując kręgosłup. Zawinął się szczelnie kocem i odwrócił się do Franka, który dopiero wtedy zobaczył jego twarz. Miał ciemne wory pod oczami, trupio bladą skórę, a czerwone włosy były rozczochrane i poplątane.

- Wyglądasz strasznie - stwierdził bez namysłu.

- Tak, wiem. - Przetarł oczy i przeczesał włosy, żeby je jakoś przyklepać.

- Nie przyszedłeś na śniadanie. Martw… Ray się martwił. To dla ciebie. - Wyciągnął przed siebie dłoń z torbą, podchodząc bliżej łóżka. - Prosił, żebyś do niego przyszedł.

Gerard skinął nieprzytomnie głową, sięgając po pakunek. Wysypał zawartość na łóżko. Rozsunął jedzenie drżącymi dłońmi, sięgając po małą fiolkę. Odkręcił ją i wypił niebieskawą zawartość jednym haustem. Zamknął oczy, dysząc i ściskając przy tym buteleczkę tak mocno, że pękła z cichym trzaskiem. Zaniepokojony Frank stał w miejscu, obserwując go uważnie.

- Wszystko w porządku? - zapytał cicho Frank po chwili.

- Bywało lepiej, ale zaraz mi przejdzie. Muszę iść do Ray’a, a potem trochę popracować. Jeśli nie masz co robić, to słyszałem, że szukają pomocy w kuchni, bo ktoś się rozchorował. Właśnie, tym też muszę się dzisiaj zająć - mówił szybko i chaotycznie, rozglądając się po pokoju rozbieganym wzrokiem. - Spotkamy się wieczorem z tyłu.

- Jesteś pewien, że jesteś w stanie czarować? - Frank mówił łagodnie i niepewnie, powstrzymując się od zadawania pytań, które cisnęły mu się na usta. Co się stało? Czemu Gerard tak wygląda? Czemu źle sypia? O co chodziło Ray’owi?

- Nic mi nie będzie. To naprawdę zaraz minie, po to Ray dał mi eliksir. Jeśli nie będę tak robił codziennie, to nic się nie stanie.

Wstał gwałtownie, zrzucając z ramion pled i stając przed Frankiem w samych spodniach. Iero już go widział bez koszuli, a tym bardziej bez habitu, ale mimo wszystko przeszedł go dreszcz. Gerard nawet w takim stanie był piękny. W słabym świetle wpadającym przez okno widać było trochę bladych blizn połyskujących na jasnej skórze, a żebra zdawały się wystawać nieco za bardzo. Frank nie był pewien czy jest bardziej zmartwiony, czy zafascynowany, ale z całą pewnością Way go pociągał. Westchnął lekko, zirytowany własną reakcją. W końcu mnich naprawdę źle się czuł, to nie był odpowiedni moment na fantazjowanie.

- Pomóc ci z czymś, czy…? - zapytał, odwracając nerwowo wzrok od szczupłej klatki piersiowej.

- Możesz iść - powiedział miękko Gerard, sięgając po koszulę ze złośliwym, ledwo widocznym uśmieszkiem. - Później porozmawiamy.

Frank wyszedł z celi i poszedł do siebie.

Way spojrzał na jedzenie, które przekazał mu Iero, ale nic nie zjadł. Nie chciał iść do Ray’a, ale wiedział, że powinien. Nie tylko żeby wytłumaczyć się z powodu swojej nieobecności. Musiał mu opowiedzieć o nocnym spotkaniu i tym, że po dwóch tygodniach dalej szukają Franka.

 

 

Chapter Text

Wszedł do gabinetu pewnym krokiem po usłyszeniu krótkiego zaproszenia. Toro siedział za biurkiem, pisząc list czarnym atramentem, który znikał po kilku sekundach od zapisania. Obok stała specjalna, pokryta obrzydliwą, przypominającą smarki mazią, drewniana miseczka, w której płonął niewielki, zielono-czerwony płomień.

- Jestem - rzucił Gerard, siadając na krześle dla gości.

- Co się stało? - zapytał prosto Ray, odkładając pióro i przeszywając mnicha zmartwionym, ale surowym wzrokiem. - Znowu masz koszmary?

- Tak, ale to nie jest największy problem - odpowiedział, opierając ręce o masywne biurko. - W nocy miałem sen, jeden z tych gorszych. Wiesz, że zazwyczaj nie idę z powrotem spać, jak zwykle poszedłem do kaplicy, później na cmentarz.

Ray spojrzał na niego karcąco, ale nie przerwał opowieści. Wiedział, co Gerard robił po nocach. No, może nie wszystko. Był jedynie świadomy, że to czerwonowłosy podpala świeczki i że to on niepokoi cmentarne duchy.

- I wtedy usłyszałem konia od strony Eastgroom. Zwiadowca. Pytał o kogoś pasującego do opisu Franka.

- Zwiadowca? W środku nocy? - Ray wyraźnie się zaniepokoił. Sięgnął po czysty pergamin i nakreślił kilka znaków runicznych w rogach kartki. - Mów.

- Minęły prawie trzy tygodnie, a oni nadal go szukają? Wydało mi się to dziwne. Powiedziałem mu, że owszem, była tu osoba pasująca do opisu, ale zmarła. Nie był zbyt rozmowny, więc chciałem wejść mu do umysłu, ale mnie wyczuł. Wiesz, dawno tego nie robiłem…

- Mam nadzieję, że nie, zabroniłem ci. Miałeś się trzymać podstaw - wtrącił Ray ojcowskim tonem. Gerard uśmiechnął się lekko, niezrażony komentarzem.

- Wyczuł mnie i zaatakował, ale zdążyłem się obronić. Nic mi nie jest, zanim zapytasz. Jestem tylko zmęczony.

- Gdzie on jest? - zapytał Ray, notując kilka słów na pergaminie.

- Zabiłem go. Przez przypadek, w samoobronie. Ciała się pozbyłem. - Wzruszył ramionami, mimo że w środku coś w nim krzyczało, że miał już nie zabijać. Że przelał dość krwi.

- Gerard… - Ray oparł się na krześle i spojrzał w sufit. - Co ja z tobą mam.

- Przepraszam, Ray. Nie miałem siły, aby go przenieść, jedyną opcją było spopielenie. Wiem, że wolałbyś, abym w ogóle nie używał czarnej magii, ale czasem nie widzę innego wyjścia.

- To nawet z Billiem było łatwiej się dogadać - wymamrotał pod nosem wyższy mężczyzna. Spojrzał na czerwonowłosego i dodał - Na pewno nikt cię nie widział?

- Koń, ale go przepędziłem. Albo dalej stoi na tyłach, ale i tak mało kto tam chodzi, więc najwyżej przegonię go dzisiaj, gdy pójdę poćwiczyć z Frankiem.

- Dalej chcesz go uczyć? Mimo że nie wiesz, czemu tak długo go szukają? - Ray popatrzył na niego uważnie, wiedząc jaka jest odpowiedź. Gerard speszył się pod tym spojrzeniem, wstając i kierując się do wyjścia.

- Ufam mu, Ray. Porozmawiam z nim. Masz więcej serum? Mogę go znów potrzebować…

- Spodziewasz się pogorszenia swojego stanu? - Toro wstał, sięgając na półkę na ścianie za biurkiem po małą buteleczkę. Wyglądał na zmartwionego.

Way skinął głową, wziął od niego eliksir i wyszedł, wahając się krótką chwilę w progu.

- Gerard? - zawołał za nim Ray.

- Tak? - Odwrócił się, spoglądając na ojca przełożonego z niepewnością.

- Weź jeszcze to. - Toro rzucił mu skórzane rękawiczki bez palców.



Ray wrócił za biurko. Nie umiał nie ufać Frankowi, mimo że mało z nim rozmawiał. Wiedział, że po tym, co powiedział mu Gerard, powinien się bardziej niepokoić, a był właściwie spokojniejszy niż wcześniej. Way ufał Frankowi i przyznał to na głos, a po tym, co Gerard przeszedł, po tym, jak Ray tygodniami próbował przekonać go, że nie chce zrobić mu krzywdy, po tym jak Billie musiał używać zaklęć otępiających by w ogóle móc do niego podejść - co i tak nie było prostym wyzwaniem ze względu na talent Way’a do magii, a Mikey jako jedyny mógł go dotykać bez krzyku paniki rozdzierającego pomieszczenie, deklaracja zaufania to było naprawdę dużo. Martwiło go to, że koszmary wróciły. Wydawało się, że jest dobrze, a teraz Way poprosił o eliksir i pewnie nawarzy go więcej, sądząc po tym, jak zareagował na pytanie, czy spodziewa się pogorszenia stanu. Od początku nie potrafili dociec przyczyny tych zmian. Najpierw myśleli, że wystarczy czas i unikanie magii. Później jednak, gdy trochę się poprawiło, Gerard wrócił do czarowania, dopuszczając się też niekiedy zakazanych praktyk, a stan wciąż był stabilny. Po wywołaniu niewielkiego pożaru w pracowni stracił wiarę w siebie i znów ograniczył się do drobnych zaklęć. Od tamtej pory zdarzały się pojedyncze okresy złego stanu, ale w ostatnich miesiącach było wyjątkowo dobrze.

Ray westchnął i sięgnął po pióro. Musi zawiadomić koronę o zwiadowcach węszących przy granicy.



***

 

Gerard miał intensywny dzień. Zrezygnował z codziennych zajęć na rzecz produkcji lekarstwa dla mnicha leżącego w gorączce, a później próbował poradzić sobie z maścią dla Franka. Chciał ułatwić mężczyźnie życie, aby ten mógł się kąpać wraz z innymi, w normalnych porach, a nie na końcu, bojąc się, że ktoś zauważy tatuaże. Stworzenie odpowiedniego barwnika nie było trudne, problemem była jedynie jego trwałość. Kolor nie mógł zmywać się od gorącej wody i najlepiej, żeby nie trzeba było go nakładać codziennie. Poświęcił na to kilka godzin, ale zwykle przepisywał i rysował ponad normę, więc nikt nie zwrócił mu uwagi, że zaniedbuje obowiązki. Wieczór przyszedł szybko, słońce powoli zbliżało się do horyzontu, aż w końcu został w pracowni sam. Przeszedł do ogrodu i naszykował miejsce na lekcję z Frankiem. Usiadł w ich zwyczajnym punkcie i zamknął oczy, czekając na Iero.

- Jak się czujesz? - Głos niższego mężczyzny wybudził go z transu.

- Dobrze. Nie musisz się martwić - odpowiedział, poprawiając włosy. - Mam coś dla ciebie.

Podał mu czarne rękawiczki bez palców. Frank odłożył trzymaną giternę i wziął je, marszcząc brwi.

- Ray mi je dzisiaj przekazał. - Way uśmiechnął się ciepło, widząc zmieszany wzrok muzyka. - Zrobiłem też barwnik, więc nie będziesz musiał chodzić w bandażach i będzie ci łatwiej grać.

Frank odwinął materiał, którym zakryte miał ręce aż do łokci. Założył rękawiczki, które zasłaniały palce do zgięcia, ale tatuaże wciąż były widoczne. Zdjął prezent i odłożył go na bok, a Gerard przysunął się bliżej do mężczyzny i wyciągnął ręce. Iero na początku nie zrozumiał jego intencji, ale po chwili podał mu jedną dłoń. Gerard sięgnął do miseczki pełnej mazi i zaczął wcierać cienką warstwę w palce Franka. Poczuł to samo dziwne mrowienie, co za każdym razem, gdy go dotykał. Gerard był cholernie wrażliwy, jeśli chodziło o wyczuwanie magii. Potrafił ją zauważyć nawet gdy była słaba lub zamaskowana. Kiedy dotykał Franka, nie czuł magii samej w sobie, to coś nie miało z czarami nic wspólnego. Przynajmniej nie z takimi znanymi Way’owi, a miał spore pojęcie o każdym współcześnie używanym rodzaju. Czuł to Coś w ten sam sposób, co magię, ale magią to nie było. Nie wiedział, co o tym myśleć, a z tego, co wiedział o Franku, chłopak albo nie miał o tym pojęcia, albo skrzętnie coś ukrywał. Gerard czuł, że pytanie o to byłoby niewłaściwe, więc nigdy nie poruszył tego tematu. Jednak tym razem Frank zauważył lekkie drżenie jego dłoni i zamyślony wzrok wywołany tym odczuciem.

- Wszystko w porządku? - zapytał z konsternacją.

- Tak. - Gerard zmieszał się i uciekł wzrokiem. - To tylko… nieważne.

Podwinął mężczyźnie rękaw koszuli, muskając jego skórę opuszkami, chcąc sprawdzić w jaki sposób pojawia się to dziwne uczucie. Przy każdym dotyku.

- Co znaczą twoje tatuaże? - zapytał w końcu, odganiając myśli o mrowieniu.

- Mają różne znaczenia. Ludzki umysł nie umie ich ogarnąć - odparł tajemniczo mężczyzna, poruszając zabawnie brwiami.

- Mam bogatą wyobraźnię, sprawdź mnie - zaśmiał się Gerard.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a Way znieruchomiał z maścią na palcach.

- Wiele ma liczne znaczenia, których nawet nie pamiętam. - Spuścił wzrok, jakby się poddał. - Robili mi je ludzie w różnych miejscach świata, wyrażając bardziej siebie, niż robiąc coś dla mnie. Niektórzy mówili, że widzieli je w wizjach, inni że to symbole z innego świata. Po prostu pozwalałem im je robić.

Gerard nie wiedział, czy wierzyć w jego odpowiedź. Brzmiało nieprawdopodobnie, a wzory były tak niewytłumaczalne i niespotykane, że dziwił się, że ktoś na nie wpadł. Z drugiej strony, sensowniejszej historii niż przypadkowi ludzie o dziwnych pomysłach, nie potrafił wymyślić.

Rozsmarował barwnik aż do łokcia i przeniósł się na drugą rękę.

- Dam ci tę maść, żebyś mógł posmarować resztę ciała. Powinno być wodoodporne, więc będziesz mógł się kąpać z innymi, ale najpierw to sprawdź, na wszelki wypadek. Pamiętaj też, żeby nosić rękawiczki, bo na dłoniach barwnik najszybciej się zetrze. Będzie wygodniejsze niż to… - Wskazał ruchem głowy zwinięte w kulkę bandaże leżące obok Franka.

- Nie będą mieć problemu, że rękawiczki to brak szacunku?

- Będą mieć mniejszy problem niż o tatuaże - powiedział cicho, wzruszając ramionami. Puścił rękę Franka i wtarł resztkę barwnika we własne nadgarstki.

- Dlaczego tatuowanie jest aż tak źle widziane? - Frank zmarszczył brwi, jakby oburzała go niesprawiedliwość świata. Wziął giternę i ułożył ją na kolanach, bezwiednie układając palce na strunach, ale nie uderzając w nie. - Mam wrażenie, że tutaj macie z tym nawet większy problem niż w Bride.

- Tatuaże kojarzy się z czarną i białą magią. W Emoros jest dużo więcej osób wierzących w istnienie Nelehe, bo to przy naszej granicy leżą wyspy. Ludzie uznają, że zdobienie ciała to część rytuałów, przez to tatuaże są uznawane za symbol kogoś niegodnego zaufania. A to, że południowcy dość często się tatuują, nie poprawiło sytuacji, bo mimo że z magią mają niewiele wspólnego, to, jak pewnie wiesz, mają… naprawdę lekkie obyczaje.

- Wiem… Południe było przyjemne. Byłem zarówno w Sun, jak i w Moon i wbrew pozorom, te dwa miejsca naprawdę się od siebie bardzo różnią, ale w obu było.. interesująco. Później udało mi się zaciągnąć na statek płynący wokół kontynentu na daleki wschód, stamtąd wróciłem do Eastgroom i teraz tu. Zawsze prędzej czy później wracam w te regiony, ale nigdy nie zostaję na długo. To bardziej… baza wypadowa, niż dom - powiedział z rozmarzeniem, jakby już tęsknił za życiem w drodze. Gerard zdał sobie sprawę, że możliwe, że niedługo przyjdzie im się rozstać i ku własnej irytacji, nie spodobała mu się ta myśl.

- A gdzie będzie twój kolejny przystanek? - zapytał z lekko ściśniętym gardłem.

- Myślałem, żeby pojechać na północ - Rozmarzenie lekko osłabło, jakby zauważył zmianę w nastroju Gerarda. - Jeszcze w Eastgroom słyszałem plotki, że szykuje się wyprawa za wyspy, żeby odkryć lądy za znaną granicą.

- Trochę ryzykowna podróż…

- Nic mnie tu nie trzyma - rzucił. Way spiął się, by nie pokazywać, że te słowa go zabolały. Dlaczego Frank miałby dla niego zostać? Całe życie jeździł po świecie, poznawał najróżniejszych ludzi, a tutaj jest odcięty od wszystkiego, otoczony średnio przyjaznymi mnichami, skazany na ograniczenia. - W sensie… rodzinę straciłem, ukochanej osoby nie znalazłem, przyjaciół zbytnio nie mam. Nikt nie będzie tęsknił, jeśli nie wrócę.

- Ja bym tęsknił - wymamrotał niespokojnie, ustawiając przed niższym mężczyzną miskę z wodą.

Iero spojrzał na niego zaskoczony, a Gerard starał się wyglądać jak najbardziej naturalnie i obojętnie. Nie chciał wywierać na nim presji, nie zamierzał przekonywać go do zostania, ale chciał też, żeby mężczyzna wiedział, że tym razem kogoś zostawi. Way nie chciał czuć, że niczego nie zrobił, by go zatrzymać.

- Nie myślałeś żeby wyjechać? Nikt cię tu nie trzyma, a nie jest to też twoje powołanie. Jesteś dobrym artystą, więc na pewno znalazłbyś możliwość żeby tworzyć i mógłbyś spróbować nauczać…

Nie, nie, nie, znowu zbliżają się do tego tematu.

- Mam tutaj Ray’a. Niedaleko stolicy mieszka Mikey, nie mógłbym go zostawić.

- Nie mówię o wyjechaniu z kraju. Poza tym teraz nawet go nie widujesz, nie kontaktujesz się z…

- Skończ - powiedział ostro, ale potem dodał miękko, głosem odsłaniającym tęsknotę i niezrozumiały dla Franka ból, wbijając pusty wzrok w ziemię przed sobą. - Proszę…

- Dobrze. Przepraszam - odpowiedział łagodnie. Chciał mu obiecać, że nie wyjedzie, ale nie przeszłoby mu to przez gardło. Nie wiedział czy byłaby to prawda. Część jego, ta artystyczna, marzycielska cząstka, chciała zostać i nie opuszczać Gerarda aż do końca, ale druga część chciała dalej uciekać. Kiedyś zbyt dużo czasu spędził w jednym miejscu i miał wewnętrzny strach przed osadzeniem się, poza tym nie znali się wystarczająco długo by można było mówić o jakimś szczerym, głębokim przywiązaniu.

- Przejdźmy do lekcji - zaproponował Way, wracając do normalnego tonu.

- A może dzisiaj pokażę ci jak się gra? W końcu miałem się odwdzięczyć za lekcje magii… - Frank wciąż miał w pamięci słaby stan mężczyzny, który był tak widoczny rano.

- Jeśli chcesz. - Uśmiechnął się lekko, wyciągając szczupłą dłoń po giternę. Iero podał mu instrument, momentalnie się rozpromieniając.

- To dużo prostsze niż się wydaje - obiecał, przesuwając się tak, by siedzieć obok mnicha, a nie naprzeciw.

- Frank… - zaczął Gerard, czując mrowienie na skórze w miejscu, gdzie mężczyzna musnął jego ramię podczas zmiany pozycji. Nie chciał znów wprowadzać nerwowej atmosfery, nie kiedy Iero siedział tak blisko i był tak ciepły i… zachwycający, ale nie miał innego wyjścia. Obiecał Ray’owi. - Musimy jeszcze o czymś porozmawiać.

- O czym? - zapytał swobodnie.

- Wciąż cię szukają - wyrzucił z siebie Gerard, uważnie obserwując reakcję Iero. Mężczyzna zmarszczył lekko brwi w niezrozumieniu, jednak stopniowo jego czoło się wygładzało, ale za to w spojrzenie wkradł się niepokój.

- Z Bride? - zapytał ze ściśniętym gardłem.

- Tak. Widziano zwiadowcę, pytał o ciebie. Ufam ci, ale…  Co tak naprawdę się stało, Frank? - mówił cicho, niepewny czy chce znać odpowiedź. Bard drgnął na słowa o zaufaniu i odwrócił wzrok, kiedy Gerard wlepił w niego czujne spojrzenie piwnych oczu.

- To, co powiedziałem - odpowiedział bez przekonania. Way odwrócił wzrok, wyraźnie urażony brakiem szczerości. Spiął się i odłożył giternę, po czym wystawił przed siebie dłoń i zgiął palce unosząc z miski przed nimi strumień wody. Bawił się nim w milczeniu, nie patrząc na Franka. Po długiej chwili, mężczyzna westchnął i odwrócił się przodem do Way’a.

- Gerard…  - zaczął. Czerwonowłosy uparcie wpatrywał się w wodę, na co Frank nerwowo szarpnął go za ramię i strumień uderzył o ziemię. - Nie zachowuj się jak dziecko.

Way w końcu na niego spojrzał. Nie był zły, a bardziej smutny. Iero ponownie westchnął.

- Jeśli ci powiem to będziesz się śmiał - wymamrotał, unikając wzroku mężczyzny.

- Śmiał? - zapytał zaskoczony. Nagły błysk ciekawości przemknął po jego twarzy.

- Tak - Frank niespodziewanie zachichotał. - Naprawdę stało się to, co mówiłem. Bójka z dwójką strażników. Tylko… zaczęło się od tego, że wygrałem z dowódcą w karty. Oskarżył mnie o czary, ale uciekłem, spodziewałem się tego. Wtedy nasłał tych dwóch strażników i resztę znasz.

- Szukaliby cię z powodu urażonej dumy dowódcy? - zapytał Gerard z niedowierzaniem.

- Jeśli by wygrał, miałem wręcz niewolniczo służyć mu za obozowego błazna przez miesiąc - oznajmił Frank, wzruszając ramionami jakby była to gra o kawałek chleba. - Jeśli ja, miał ze mną spędzić noc. Przegrał ze mną w obecności wszystkich najbliższych żołnierzy.

Gerard patrzył na niego z niedowierzaniem. Iero odpowiedział szczerym, otwartym spojrzeniem, z uśmieszkiem błąkającym mu się na ustach.

- Czy ty chcesz mi powiedzieć, że prawie doprowadziłeś oficera armii z Bride, w obecności jego podwładnych, do stosunku homoseksualnego? - zapytał w końcu, czując jak rozluźniają mu się mięśnie twarzy. Wybuchnął śmiechem, a Frank do niego dołączył, uciekając jednak ze zmieszaniem wzrokiem. - Będziesz musiał to powtórzyć Ray’owi pod wpływem eliksiru prawdomówności, bo mi nie uwierzy.

- Nie będzie problemu z… - zaczął Iero. Nie wykazał obaw względem spożycia mikstury i konieczności mówienia prawdy, co uspokoiło Gerarda jeszcze bardziej.

- Nie. Ray nie powie nikomu, kto mógłby mieć z tym problem - odrzekł Gerard, biorąc giternę na powrót w ręce. Frank uśmiechnął się lekko, z ulgą, ale zdawało się, że coś jeszcze go męczy.

- A ty? - zapytał po krótkiej chwili milczenia.

- Ja? - Gerard oderwał wzrok od swoich palców, podrywając głowę tak, że kosmyki włosów spadły mu na twarz. Frank uśmiechnął się na ten widok, ale powstrzymał się od poprawienia ich. To by było zdecydowanie zbyt ckliwe.

- Nie masz z tym problemu?

- Ja? - Way zaśmiał się krótko. Spojrzał na Iero nieco pobłażliwie, po czym oblizał wargę, lustrując przy tym wzrokiem całą sylwetkę Franka, siedzącego tak blisko, że prawie się dotykali. - Najmniejszego.

Chapter Text

Brendon wyszedł z Pretty. Odd. uważając, by nie natknąć się na Ryana. Jego szef miał dzisiaj naprawdę podły humor i Urie wolał jak najszybciej zniknąć mu z pola widzenia i pójść do Dallona. Nie wiedział, co ugryzło Rossa i nie domyślał się, że za agresją i chłodem krył się smutek. Urie nie był głupi, widział, że Ross zachowuje się inaczej od wizyty na zamku i obarczył winą stres. Nie chciał myśleć o tym, co działo się między nimi, dopóki nie porozmawia z Weekesem. Mężczyzna był jedyną osobą, która naprawdę chciała go słuchać i do tego mu pomógł - w końcu pilnowanie, by nie grać przed Ryanem Beebo, rzeczywiście coś zmieniło. Fakt, że jego szef okazał się być zainteresowany nim jako osobą przerażał go i sprawiał, że Brendon próbował wyprzeć problem, zamiast go rozwiązać. Nie był już nawet pewien, czy wciąż chce poznać sekrety Rossa. Nie, skoro ceną były jego własne. Wiedział, że to było niesprawiedliwe podejście, ale strach skutecznie zepchnął ten fakt w podświadomość. Przez wrogość Ryana był przekonany, że wrócili do punktu wyjścia, że szef rzeczywiście go po prostu nie lubi.

Gdyby nie to, że musiał porozmawiać ze Smithem o finansach, Brendona w ogóle by tu nie było. Spędził w budynku ledwie pół godziny, a zdążył wejść w konflikt z Ryanem dwa razy i Jon musiał interweniować, żeby nie doszło do większej kłótni.

Idąc przez miasto starał się uspokoić. Oddychał głęboko, wciągając chłodne, wilgotne powietrze i usiłował skupić się na czymkolwiek innym, byle nie na analizowaniu zachowania i słów Ryana skierowanych w jego stronę. Niby nie były dramatycznie bolesne, ale go zirytowały. Sprawiły, że czuł się… brudny. Samotny. Gorszy. Mimo, że Ross tak naprawdę traktował go tak samo jak kiedyś, tylko nieco bardziej agresywnie, było to dużo bardziej nieprzyjemne teraz, kiedy Brendon przekonał się, że Ryan potrafił być inny. Starał się skoncentrować na tym, co będzie dzisiaj robił z Dallonem. Czy on miał na coś ochotę? Na pewno chciał się wyżyć, bo konflikt z Rossem sprawił, że stłumił w sobie całe mnóstwo emocji. Wizja różnych scenariuszy poprawiła mu humor. W środę nie zastał Dallona w domu, ale służąca przekazała mu liścik, że i tak mu zapłaci, skoro nie poinformował go wcześniej i że Brendon może zostać u niego na noc, jeśli chce. W domu Weekesa czuł się swobodnie i odpoczywał od bycia Beebo, został więc, czytając w łóżku. Obudził się przed świtem, a arystokraty wciąż nie było, wrócił więc do domu, sfrustrowany tym, że nie udało im się porozmawiać. Przez to jeszcze bardziej nie mógł doczekać się dzisiejszego spotkania.

Gdy Brendon dotarł na miejsce, zapukał do drzwi, ale nikt mu nie odpowiedział przez dłuższy czas. Gdy uniósł rękę, by jeszcze raz uderzyć w drewno, drzwi się otworzyły.

- Wejdź - powiedział szybko Dallon. Wyglądał na zestresowanego.

- Coś się stało? - zapytał Brendon ściągając z siebie płaszcz.

- Zapomniałem poinformować cię wcześniej… znowu - zaczął przepraszającym głosem. - Będę miał dzisiaj gości. Zapowiedzieli się w ostatniej chwili, a nie ma szans na inny termin, bo zaraz muszą na jakiś czas wyjechać, a chcieliśmy się spotkać. Co prawda to Josh i Tyler, więc jeśli chcesz to możesz zostać, ale nie zmuszam cię, nie po to tu przyszedłeś. Zostaną pewnie cały wieczór, prawdopodobnie do rana, więc jeśli chcesz iść to nie ma problemu. Oczywiście zapłacę, umowa to umowa. Przepraszam, że tak wyszło. Najpierw nie było mnie w środę, teraz to… nie myśl, że się tobą znudziłem po pięciu spotkaniach.

Po chwili obserwacji Urie zauważył, że Dallon był spokojny, ale jego ruchy były zbyt energiczne. Nie wyglądał na zmartwionego pieniędzmi, ale coś się działo. Prawdopodobnie coś, o czym nie mogli porozmawiać.

- Zostanę, jeśli ci to nie przeszkadza - zdecydował Brendon. Nie zamierzał wracać do Pretty. Odd., w którym grasował wściekły Ryan ani do domu, w którym nic nie rozpraszałoby jego myśli. Towarzystwo Josha mu nie przeszkadzało, a Tylera chętnie pozna. Co prawda będzie się to łączyło z walką z Beebo, ale to dobry trening.

- Niedługo powinni przyjść.

W trakcie rozmowy weszli do salonu. Urie usiadł na kanapie, a Dallon przenosił z kuchni jedzenie i naczynia, stawiając je na stoliku, który średnio nadawał się do jedzenia obiadu, ale najwyraźniej nikomu to nie przeszkadzało.

- Dlaczego nie wynajmiesz służby żeby się tym zajęła? - zapytał Brendon, biorąc od Weekesa talerz z warzywami i pomagając mu zmieścić go na niewielkiej powierzchni stołu.

- Po co, skoro sam sobie z tym radzę? Jedna służąca do pomocy i otwierania drzwi, gdy jestem na górze, w zupełności mi wystarcza. Służba to tylko problem. W domu, jak jestem razem z Breezy, mamy tylko niańkę. Resztę robimy sami. Gdy wyjeżdżam, zatrudnia jeszcze jedną kobietę. - No tak, Urie czasem zapominał, jak praktyczni bywają ludzie z Moonlight.

Dallon przyniósł ostatnie talerze w momencie, gdy do drzwi wejściowych ktoś zapukał. Weekes poszedł otworzyć, a Brendon wstał i ruszył za nim, zatrzymując się jednak w korytarzu. Usłyszał znajome głosy, ale nie był w stanie rozróżnić słów.

- Będziemy mieć towarzystwo, mam nadzieję, że nie macie z tym problemu? - Urie usłyszał, że się zbliżają, wrócił więc do salonu.

- Nie, spokojnie - odpowiedział mu Josh.

Pierwszy do pokoju wszedł Dallon, zaraz za nim znajomy Brendonowi czerwonowłosy, a za nim…

- Brendon, Tyler, poznajcie się. - Przedstawił ich sobie Weekes.

To był ten Tyler. Informator, który przyszedł do Ryana. Ten, z którym rozmawiali w zamku. Szpieg korony. Blurryface.

Tyler zbladł, gdy zobaczył Brendona i kiedy ten rozchylił wargi, jakby chciał coś powiedzieć, minimalnie pokręcił głową i wystawił dłoń, którą Urie natychmiast uścisnął, uśmiechając się.

- Miło w końcu cię poznać. Sporo o tobie słyszałem - powiedział, puszczając dłoń bruneta. Mignął mu trapez na nadgarstku.

- Ja o tobie też się trochę nasłuchałem. - Spojrzał na Josha z udawanym wyrzutem.

Usiedli przy stole, a Dallon przyniósł kufle z piwem.

- To jakie plotki Josh o mnie rozpowiada? - zaśmiał się Brendon, maskując nerwy.

- Mówił, że zajmujesz się muzyką, tak? - upewnił się szpieg, po czym spojrzał na Josha z ukosa.

- Tak, pracuję w lokalu w okolicach centrum. - Brendon nie wiedział, jak do końca się przy nim zachować. Najprościej było udawać, że nic o sobie nie wiedzą, ale z powodu wagi sprawy, którą się zajmowali, czuł presję. Tyler wyglądał zaś tak naturalnie, że Urie sam by się nabrał, że nigdy wcześniej się nie widzieli.

- Którym?

- Pretty. Odd. U Ryana Rossa - odpowiedział, zmuszając się by nie zabrzmieć gorzko wspominając imię pracodawcy.

- Brendon, tak? Wydaje mi się, że Josh przekręcił imię, gdy mi o tobie mówił. Byłem przekonany, że nazywasz się Brandon. - Josh wyraźnie się zakłopotał po tej uwadze, ale Urie uśmiechnął się szeroko.

- Częsty błąd. -  Machnął ręką, biorąc łyk piwa. Josh drgnął, jakby nagle go olśniło.

- Pretty. Odd.? To nie jest przypadkiem burdel? - Zmarszczył brwi, zerkając to na przyjaciela, to na Brendona. W tym momencie do salonu wszedł Dallon, ściągając na siebie uwagę gości.

- Też - przyznał niechętnie Urie, nie ciągnąc tematu. Tyler spojrzał na niego wiedząco, co sprawiło, że poczuł się niekomfortowo, ale Weekes zaczął jakąś niezobowiązującą rozmowę, do której Brendon nie przywiązywał większej uwagi. Po kilkunastu minutach temat zszedł na Jennę, żonę Tylera i Urie musiał przyznać, że sposób w jaki o niej mówił był wyjątkowo… miły do słuchania. Nie miał zbyt wielu okazji do poznania szczęśliwych małżeństw, większość klientów skarżyła się na swoich współmałżonków, zwykle nie można było mówić o żadnej miłości. Wyjątkiem był oczywiście Weekes, ale mieli ciekawsze zajęcia od rozmów o Breezy, nawet jeśli Brendonowi to nie przeszkadzało - w końcu był z południa. Bywał zazdrosny o Dallona, bo dzięki niemu poczuł się lepiej, ale nie było to uczucie sprawiające, że z góry nie lubił jego żony, czy że nie życzył im szczęścia. Raczej zazdrościł jej samego faktu, że znalazła kogoś takiego.

- Znowu zostanie sama - powiedział smutno Tyler, po czym spojrzał na Brendona i wyjaśnił - Mieliśmy wyjechać później, żeby dopilnować dostaw na południu, ale okazało się, że pojawiły się problemy, które trzeba załatwić osobiście, a nie przez pośredników. Przez to nie będzie nas dłużej. Zazwyczaj, kiedy wyjeżdżam, robię to sam i Josh wpada do Jenny co kilka dni, ale teraz… cóż, trochę inna sytuacja. Szkoda, że Dallon z nami nie pojedzie, byłoby łatwiej się dogadać.

- Wiesz, że bym chciał - odpowiedział Weekes bez emocji. Maska biznesowa. Brendon już się nauczył to zauważać. Było łatwiej odkąd Dallon powiedział mu o tym, że to odruchowa reakcja wynikająca z wychowywania się w Moon. To samo starał się obserwować patrząc na Ryana, ale było to trudne, zważywszy na to, że rzadko widywał go w innym humorze, niż chłodna obojętność czy wrogość.

Urie skinął głową, wiedząc, że nie może pytać o szczegóły, bo i tak ich nie pozna, a zepsuje atmosferę. Zaczynało mu się wszystko mieszać. Czy Dallon wiedział, czym zajmuje się Tyler i jego rola w spółce Weekesa była tylko przykrywką? Czy rzeczywiście z nim pracował? Josh wiedział, czym Joseph zajmuje się dla korony? Czy którykolwiek z nich wiedział o drugiej tożsamości Tylera? Czym właściwie do cholery się zajmują, czym handluje Dallon i co ważniejsze z kim?

***

Piętrowe mieszkanie Dallona było bardzo przestronne, ale miało mało pomieszczeń. Typowe lokum dla bogatych samotników. Ogromny salon i kuchnia zajmowały prawie pół powierzchni całego domu, a w łaźni zmieściłyby się trzy, może cztery osoby. Poza tym, na piętrze była ogromna sypialnia Dallona i jego gabinet, w którym Brendon nigdy nie był oraz jedna sypialnia z podwójnym łóżkiem dla ewentualnych gości.

Po kilku godzinach picia i długich rozmów, kiedy za oknem było już ciemno, wszyscy zgodnie stwierdzili, że powinni się położyć. Josh i Tyler wyjeżdżali około południa, ale chcieli wcześniej wrócić do swoich domów i przygotować ostatnie rzeczy. Weekes poprosił więc służącą, by wstała wcześniej i przygotowała im śniadanie, a teraz poszła już spać, bez sprzątania. Mimo bycia wzorowym gospodarzem, Dallon nie planował zrywać się o świcie i najwyraźniej goście nie mieli z tym problemu - po prostu pożegnali się przed rozejściem się do pokoi. Podobnie nie próbował szukać innego rozwiązania, niż skazywanie przyjaciół na spanie w jednym łóżku - widać, wiedział już, że to dla nich nie problem.

- Zaraz, a gdzie śpi Brendon? - zapytał Josh, kiedy odsunął się od Dallona po krótkim uścisku.

- Na kanapie, ale pewnie wyjdę przed wami. Muszę załatwić kilka rzeczy do lokalu - wtrącił szybko Urie, zerkając na Weekesa, a następnie na Tylera, który właśnie przysuwał się bliżej. Gospodarz skinął w potwierdzeniu głową.

Kiedy Brendon uścisnął dłoń Tylera, mężczyzna spojrzał mu przenikliwie w oczy z dziwnym błyskiem i uśmiechnął się kącikiem ust, zerkając na Dallona. Wiedział. Świadomość, że domyślił się, co tu się dzieje, sprawiła, że Brendon poczuł się jak dziwka, którą był. Dlaczego w ogóle pozwalał sobie na to, by o tym zapominać w tym domu? Weekes był jedynie klientem. Tyler musiał zauważyć zmianę jego nastroju, bo nieco złośliwa iskra w oku zmieniła się w przepraszającą. Jakim cudem potrafił wyrażać tyle emocji bez odzywania się? Wszyscy szpiedzy tak mieli, czy to jakiś jego naturalny talent? Brendon odpowiedział smutnym uśmiechem i uciekł wzrokiem. Cała ta wymiana spojrzeń nie zajęła im więcej niż kilkadziesiąt sekund. Tyler i Josh zniknęli w sypialni dla gości, a Dallon i Brendon w pokoju Weekesa. Ze zmęczeniem zrzucili z siebie spodnie i koszule, obmyli się w stojącej w kącie misie i siedli na łóżku, opierając się o wezgłowie.

- Naprawdę nie zostanę na noc, bo rano zauważą, że wcale nie śpię na kanapie. Nie chcę ryzykować. Wyjdę jak zaśniesz - powiedział cicho Brendon, opierając głowę o nagie ramię Dallona. Mężczyzna objął go w talii i westchnął cicho.

- Przepraszam za to wszystko, nie to powinniśmy robić - odpowiedział, przyciągając Urie leniwie bliżej siebie.

- Przestań, nigdy nie byłeś typowym klientem, przecież o tym wiesz. Traktujesz mnie normalnie i jestem ci za to naprawdę wdzięczny. Co prawda, dzisiaj liczyłem na trochę rozrywki, ale…

- Właśnie, co się stało? Widzę, że coś się stało - przerwał mu Dallon, przyglądając się uważnie twarzy Brendona, który wyprostował się by spojrzeć na Weekesa. Mężczyzna uniósł wolną dłoń i pogładził gładko ogolony policzek chłopaka. Miał zmęczone ruchy, ale wciąż widać było, że szczerze się przejął. Urie poczuł przyjemne ciepło. - Nie mam siły na pokazanie ci, że nie powinieneś się niczym martwić, ale możemy porozmawiać. Zanim wyjdziesz.

- Jesteś pewien? - zapytał Brendon, próbując nie brzmieć na zbyt pełnego nadziei. Nie lubił wychodzić na desperata, ale tym właśnie był - czuł się samotny i zagubiony, a Dallon go słuchał. Naprawdę słuchał.

- Brendon… - Weekes przewrócił oczami, poprawiając się na łóżku i przyciągając Urie tak, że ten wpełzł mu na kolana i usiadł na nich okrakiem.

- Mówiłem ci o tym, że Ryan poprosił mnie o pomoc w interesach, prawda? - zaczął chłopak, kładąc dłonie na biodrach arystokraty. Ten skinął głową, czekając na ciąg dalszy z nieprzeniknioną miną. - Poszło dobrze. Tak myślę. Tylko… Chcieli wybadać kim jestem i zadawali niewygodne pytania, a Ryan stanął w mojej obronie.

Przerwał, oblizał usta i spojrzał na Dallona niepewnie, ale mężczyzna nie reagował, dając mu czas na zebranie myśli.

- Podziękowałem mu po wszystkim. Wtedy on wytknął mi, że jestem pracownikiem z naprawdę długim stażem, a mimo to właściwie nic o mnie nie wie. - Znów przerwał i westchnął z irytacją. - Powiedział to tak, że spanikowałem i pozwoliłem Beebo przejąć kontrolę i teraz nie wiem jak się zachować. Ryan ma na głowie dużo stresu i chodzi wściekły, cały czas się z nim kłócę. Spencer nie chce mi powiedzieć o co właściwie mu chodzi, ale jestem pewien, że przekreśliłem szanse na dowiedzenie się czegoś o nim.

Chłopak zamilkł, patrząc na płaski brzuch Dallona, a gdy mężczyzna nie odzywał się przez dłuższą chwilę, uniósł wreszcie oczy i spojrzał w błękitne, zimne, a jednak pełne ciepła tęczówki. Weekes uśmiechał się nieznacznie, jakby znał jakąś tajemnicę. Po kilku długich sekundach, przyciągnął Brendona do siebie, tuląc go do piersi.

- Co ja z tobą mam… - szepnął w ciemne włosy, uspokajająco gładząc Urie po plecach. - Boisz się przed nim otworzyć, czy nie chcesz tego zrobić?

- Jaka różnica - wymamrotał brunet w szyję arystokraty.

- Duża. Zastanów się.

Brendon przywołał w myślach Ryana. Ross był zagadką, która go frustrowała, bo potrafił w jakimś stopniu rozgryźć każdego, tylko nie jego. Przynajmniej w to właśnie chciał wierzyć do niedawna. Co właściwie wiedział o swoim pracodawcy? Nie o jego życiu, tylko o nim, jako o człowieku? Był zimny i oschły, umiał robić makijaż sceniczny, był genialnym przedsiębiorcą. Tak go postrzegał, a mimo to czuł, że musi być więcej i po szczerym wyznaniu Ryana, upewnił się w tym, że tak naprawdę wie o nim bardzo niewiele, niewystarczająco. Ross go fascynował i przyciągał, jednocześnie odpychając swoją niechęcią. Wdychając przyjemny zapach Dallona, Brendon pozwolił sobie ściągnąć bariery z własnego umysłu, które sam stworzył, wypierając to, co niewygodne. Ryan był… tajemnicą, ale jawiącą się gdzieś na krawędzi pojmowania, jak mistyczna postać, której Brendon nie jest w stanie dosięgnąć. Ross był niezdobywalny. Inteligentny, zaradny, uprzejmy, ale pełen dystansu. Potrafił być niesamowicie nieprzyjemny, ale Brendon widział w tym coś intrygującego, jeśli nie dotyczyło to jego osoby. Bywał nieśmiały w zabawny, nieprzystający osobie jego pokroju sposób. Miał piękny uśmiech, gdy rozmawiał z kimś, kogo lubi i marszczył nos, kiedy pił wino. Ludzie go szanowali, nawet ci, którzy go nie znali osobiście. Ryan był dziwny, zagadkowy, piękny, pociągający i cholernie nieosiągalny. Cholernie, boleśnie nieosiągalny.

- Boję się - odpowiedział w końcu Brendon. - Boję się, że mnie nie polubi. Boję się, że ja nie polubię jego, gdy go naprawdę poznam.

- Tak myślałem - szepnął Dallon, tuląc go mocniej. - Jeśli będziesz przy nim Beebo, wciąż będzie cię nienawidził i trzymał na dystans, a ty będziesz bezpieczny. Daleko, odcięty od wiedzy o nim, ale bezpieczny. To twoja decyzja, Bren. Nie mogę jej podjąć za ciebie. Powiem ci jeszcze, że jestem przekonany, że jego wrogość wynika z tego, że w poniedziałek się odsłonił, a ty to odrzuciłeś. Jego oschłość jest dla niego tym, czym dla ciebie jest Beebo. Przemyśl to. Któryś z was prędzej czy później będzie musiał zacząć rozmowę.

- Dziękuję.

- Nie ma za co.

***

Jon przygrywał gościom ze sceny. Klienci popijali alkohol, śmiejąc się i zaczepiając pracowników. Pod nieobecność Brendona, Ryan zajmował się wynajmem osobiście, pilnując by zarówno rozbawieni mężczyźni, jak i wystraszone żony, zakradające się do lokalu z niepokojem pierwszej wizyty, znaleźli odpowiednią kurtyzanę. Był to kolejny tydzień, w którym kilka osób pytało o Beebo, odpowiadał więc grzecznie, że ten nie pracuje w lokalu w środy i soboty, na co goście reagowali rozczarowaniem, ale nie złością, co było znaczną ulgą, tym bardziej, że Ryan nie radził sobie z własnymi emocjami i presja ze strony klientów byłaby dolaniem oliwy do ognia. Jedyną osobą, która wiedziała, że jego wrogość wobec Brendona wynikała ze smutku, był Spencer, na którego spadł nieszczęsny przywilej wysłuchiwania ryanowych zmartwień i frustracji. Poniedziałkowa wizyta na zamku nie tylko dołożyła Rossowi stresu, ale też wpłynęła na jego stosunek do chłopaka, o czym odważył się powiedzieć Smithowi dopiero w środę, kiedy Beebo odwiedzał Weekesa. Przyjaciel próbował go uspokoić, ale na próżno. Fakt, że Urie zachowywał się tak, jakby nic się nie stało, nie pomagał. W piątek mieli oczywiście wolne, więc Ryan miał dużo czasu na rozmyślanie i teraz, w sobotę, czyli dzień, kiedy Brendon znikał z lokalu, czuł się jeszcze bardziej zirytowany. Wiedział, że powinien po prostu z nim pomówić, ale nie potrafił. Całą noc starał się nie myśleć o poniedziałku, ale nie mógł zapomnieć o konieczności zwracania uwagi na to, co się dzieje. W końcu został szpiegiem. Od wizyty na zamku zauważył jedynie, że jego klienci nie przepadają za Pentonium, ale z tego co mówili - duża część klasy średniej i biedoty wierzy ślepo w piątkowe kazania. I o dziwo, nikomu nie chodziło o wartości moralne - arystokracja wcale nie kochała korony dlatego, że czuli większą swobodę - a o stosunek do wojny. Bogaci wierzyli w Petera. Znali sytuację polityczną i wiedzieli, że jest dobrym władcą, a jego Rada Pięciu jest jedną z najskuteczniejszych od lat, mimo wszystkich plotek. Biedniejsi zaś wyładowywali frustrację i strach w nienawiści. Wystarczyło im powiedzieć, że mniej ortodoksyjne prawo sprawi, że Bogowie się od nich odwrócą. Ryan musiał przyznać, że był zaskoczony - to, co się tu działo, było dziwne. Na południu to bogaci byli skorumpowani i zepsuci, a biedni pełni szczerej miłości. Pierwszą ważną różnicą pomiędzy domem, a Eastgroom, jaka mu się nasunęła, była religia, ale wątpił by chodziło o wiarę samą w sobie, niewiele osób było niewierzących. Sam chciałby w coś wierzyć, mieć coś, co nadałoby życiu więcej sensu. Problemem było Pentonium. Dostojnicy wymawiający się posłannictwem Pięciu Bogów, byli tym, czym w Sunlight stała się większość arystokracji. Tym, czym pewnie byłby Ryan, gdyby jego ojciec był trochę lepszym człowiekiem i wychował go na swojego następcę. Ross zatrzymał się wpół kroku ze szmatką w dłoni. Czy powinien być wdzięczny rodzicom za to, co mu zrobili? Gdyby nie to, stałby się potworem, którym jego współczesna osoba nie chciałaby być. Nigdy nie myślał o tym w ten sposób.

- Wszystko w porządku? - zapytał Spencer, wychodząc z zaplecza i widząc przyjaciela zastygniętego w transie. Ryan pokręcił głową, wciąż nie ruszając się z miejsca. - Co się stało?

- Zaraz zamykamy, posprzątam później. Możesz się wszystkim zająć? Muszę się położyć - powiedział drżącym głosem, odkładając szmatkę na bar.

- Oczywiście, ale… Ryan? - Smith podszedł bliżej i zatrzymał mężczyznę kładąc mu ręce na rozdygotanych ramionach. - Na pewno nie chcesz porozmawiać?

- Spencer, ja nie mogę. Nie o tym. Nie z tobą. Nie rozmawiam o tym nawet z samym sobą - wymamrotał, chwytając ciężko powietrze i czując zbierające mu się w oczach łzy.

- Rozumiem. - Mężczyzna skinął smutno głową. Nigdy nie mówili o tym, co się działo pomiędzy wyjazdem Smitha z Moon, a pojawieniem się Rossa w Sagesval, ale musiało to być coś naprawdę traumatycznego. Stan, w jakim był Ryan, kiedy zapukał do drzwi przyjaciela, to, że nie chciał o tym rozmawiać, nawet po tych kilku latach… Spencer nie naciskał. Nie mógłby. Za bardzo kochał tego pozornie zimnego geniusza biznesu, żeby przywoływać te wspomnienia z powodu własnej ciekawości. Oczywiście próbował z nim o tym rozmawiać, sugerował, że to może pomóc, ale Ryan nigdy się nie zdecydował na otworzenie się w tym aspekcie.

Ryan prawie wybiegł na zaplecze. Chciał iść do siebie, ale nogi zaczynały odmawiać mu posłuszeństwa. Oparł się o kuchenną ścianę i rozejrzał po pomieszczeniu, zdając sobie sprawę, że brakuje mu tylko kilku kroków do mieszkania.

- Szefie? - Któryś z młodszych pracowników odłożył kosz z węglem, który dosypywał do pieca i podszedł niepewnie do Ryana. - Coś się stało?

- Otwórz mi drzwi - szepnął, wyciągając przed siebie drżącą dłoń z kluczem. Chłopak posłusznie sięgnął po klucz i otworzył drzwi mieszkania. Gwizdnął, zobaczywszy wystrój.

- Ładne - powiedział, odkładając klucze na szafkę. Stał w progu, zmieszany, obserwując jak Ross nerwowym krokiem wchodzi do salonu.

- Zachowaj to dla siebie - rzucił jeszcze, nim zatrzasnął drzwi przed nosem pracownika i wreszcie osunął się na ziemię. Wciąż nie przekroczył granicy, będzie gorzej, a już miał dość. Dyszał ciężko, próbując się uspokoić, ale niewiele to dawało. Objął chude kolana ramionami, tuląc sam siebie jak małe dziecko. Co by było, gdyby wrócił do domu? Czy w ogóle może nazywać Moon domem? Czy rodzice chcieli dobrze? Czy zachował się niewdzięcznie uciekając? Zdał sobie sprawę, że płacze, dopiero gdy łzy zmoczyły rękaw koszuli w miejscu, o które się oparł. Pokój był zamazany, a myśli zmieniały się tak szybko, że sam za nimi nie nadążał. Czuł, że się trzęsie i poci, ale walka z nierównym oddechem wydawała mu się najgorsza. Miał za mało powietrza. Dusił się. Wiedział, że się udusi. Udusi się i nikt go nie znajdzie. Nikt. Nikomu na nim nie zależało i był sam sobie winien. Gwałtowny szloch sprawił, że położył się na boku na podłodze. Serce biło mu tak mocno, że był pewien, że je widać. Było mu zimno, ale nie mógł przejmować się mniej. Lepiej, żeby się udusił. Był złamanym człowiekiem noszącym maskę, bo nauczono go, że emocje są złe, a potem spotkały go rzeczy, które odarły go z resztek zaufania, jakim obdarowywał ludzi. Lokal… Spencer… Myśl o Spencerze była jak pochodnia w ciemności. Zmusił się do policzenia do dziesięciu. Rozejrzał się po pokoju, zatrzymując wzrok na kilku rzeczach, umyślnie omijając kąt z harfą. Poczuł, jak się rozluźnia, oddech powoli wracał do normy. Zamknął oczy, wdychając zapach mieszkania. Domu. Tu jest dom. Wciągnął powietrze nosem i wypuścił ustami, otarł twarz z łez. Po kilku minutach spokojnego siedzenia, zaryzykował i spróbował wstać. Nogi wciąż miał miękkie, ale udało mu się dotrzeć do sypialni. Padł na łóżko, nie zdejmując z siebie ubrań i zawinął się lekkim pledem, tuląc twarz do kwiecistego materiału. Dom.