Actions

Work Header

Dziesięć lat

Chapter Text

Wszystko było winą Li Thompson. Li Thompson powiedziała Rosie, że rodzice powinni być razem. Dlatego teraz Rosie stała pośrodku salonu i gapiła się na Johna spode łba w sposób, którego z pewnością nauczyła się od Sherlocka. Już sobie później John porozmawia z Sherlockiem na temat uczenia ich dzieciaka wyrazów twarzy, którymi jest w stanie zmuszać swojego ojca do robienia głupich rzeczy.

Ale teraz John miał bardziej pilne problemy na głowie.

Na przykład: dlaczego, do ciężkiej cholery, powiedział Rosie, że oczywiście, że jej rodzice są razem.

- Ale Li powiedziała – Rosie zmrużyła oczy w bardzo znajomy i bardzo przerażający sposób – że wtedy rodzice się całują. To znaczy, jeśli są razem. Wy nie jesteście razem.

- Koteczku – powiedział John, nie mając zielonego pojęcia, dokąd zmierza. - Nawet jeśli Li mówi... nawiasem mówiąc, kim jest Li?

- Moją najlepszą przyjaciółką na zawsze. Ale tatusiu, jestem najnieszczęśliwszą dziewczynką na świecie – powiedziała Rosie z pewnością siebie godną dziesięciolatki. - Nie chcesz kupić mi kucyka, i jeszcze do tego moi rodzice nie są nawet razem.

- Rosie, ja i Sherlock...

- Wszyscy mają rodziców, którzy są razem. - Rosie zamrugała. Pojawiło się prawdziwe niebezpieczeństwo, że dzieciak zaraz się rozpłacze. - Dlaczego moi rodzice nie są razem?

- Ale jesteśmy, skarbie – powiedział John, po czym przygryzł wargę. Za późno. Rosie otworzyła usta. Niebezpieczeństwo łez przeminęło, podobnie jak ponura mina. Dzieciak pewnie już myślał, w jaki inny sposób wymusić tego kucyka.

John westchnął. On z kolei wpadł w bardzo poważne kłopoty.

- Naprawdę? - Rosie usiadła na fotelu Sherlocka. - Jesteście razem?

- Jasne. - Krzywda już się stała. Teraz nie miał drogi odwrotu. Rosie Watson mogła być najbystrzejszym i najkochańszym dzieckiem, które kiedykolwiek pojawiło się na Ziemi, ale była też dzieckiem najbardziej upartym. Częściowo odziedziczyła to po matce, a częściowo nauczyła się od człowieka, którego całe życie nazywała tatą.

- Ale wy się nie całujecie. - Rosie lekko zmarszczyła czoło.

John przełknął ślinę.

- Całujemy. Całujemy. Po prostu... niezbyt często.

- Nigdy się nie całujecie.

- Całujemy się bez przerwy – zapewnił ją John i urwał, zastanawiając się, jakim cudem to ma mu pomóc wybrnąć z tej sytuacji. - To znaczy, jak jesteśmy sami. I czasem... w salonie. Tylko ciebie tu wtedy nie ma.

- Tato. - Rosie westchnęła. John doskonale znał to westchnięcie. Tym westchnięciem jego dziecko komunikowało mu, że o niczym nie ma pojęcia. Kiedyś wierzył, że takie dźwięki wydają tylko nastolatki, ale Rosie miała za ojca Sherlocka Holmesa. John mógł się spodziewać, że przejmie jego nawyki. - Masz pewność, że jesteście razem? Jesteś zaledwie przeciętnie inteligentny.

John zgrzytnął zębami. Zamierzał jeszcze raz grzecznie poprosić Sherlocka, by był łaskaw nie obrażać jego inteligencji w obecności ich córki, albo nigdy więcej nie przygotuję ci herbaty.

- Jestem pewien. Spytaj Sherlocka.

Rosie skinęła głową.

„Cholera” - pomyślał John, gdy zdał sobie sprawę, co właśnie powiedział.

 

*

 

- Sherlock – powiedział John w tej samej chwili, w której Sherlock otworzył drzwi. Od dwóch godzin z nieszczęśliwą miną siedział na fotelu, gapił się w drzwi i miał nadzieję, że kiedy Sherlock dotrze do domu, Rosie nadal będzie w swoim pokoju, zajęta czytaniem, bawieniem się z wyobrażonymi końmi w internecie czy czymkolwiek, co w tych czasach interesuje dzieciaki. A ponieważ zupełnie nie mógł się skupić na niczym innym, cały czas myślał o tym, jak Rosie pierwsza zaczepi Sherlocka, stanie przed nim z najbardziej przerażającą miną i zapyta: „Czy wy jesteście razem?”.

John się rozkaszlał. Sherlock zmarszczył brwi.

- John?

- Wychodzimy. Natychmiast.

Sherlock nie ruszył się z miejsca. John pchnął go lekko, a Sherlock obdarzył go swoim typowym spojrzeniem mówiącym: „Czemu ja się zadaję z tym idiotą”.

- Już – powiedział John.

- Dlaczego? Gdzie jest Rosie?

John pchnął go mocniej, a Sherlock ani drgnął. John wziął głęboki wdech.

- Powiedziałem jej, że jesteśmy razem.

- Co?

­Być może wykorzystanie zdumienia Sherlocka, by przepchnąć go przez otwarte drzwi, było nieuczciwe. John miał to gdzieś. Zamknął za nimi drzwi najciszej jak tylko mógł i zszedł po schodach. Sherlock ruszył za nim, zapewne zastanawiając się, czy jego przyjaciel wreszcie postradał zmysły.

- John.

John zatrzymał się i odwrócił. Sherlock stał w korytarzu z rękami w kieszeniach i patrzył na niego spode łba. Dzisiaj często patrzono na Johna spode łba, ale jakoś sądził, że tym razem na to zasłużył.

- O ile dobrze zrozumiałem – powiedział, próbując nie brzmieć na zbyt zrozpaczonego. Nie wyszło mu to za dobrze – ktoś jej powiedział, że rodzice powinni być razem.

Sherlock patrzył na niego nieco za bardzo niepewnie. John zerknął na swoje stopy. Miał na nogach dwie różne skarpetki, jedną szarą, a drugą czarną. Cholera.

- Więc powiedziałem, że jesteśmy.

- John...

- Powiedziałem naszej córce, że jesteśmy razem.

- Tak, już to zrozumiałem. - Sherlock zrobił krok w jego stronę. John opierał się o zamknięte drzwi. - John, ona ma dziesięć lat. Połowa jej genów pochodzi o ciebie. Z pewnością nie rozumie całej idei zbyt dobrze.

- Powiedziałem jej, że się całujemy – powiedział John cichutkim głosem. - Nie uwierzyła mi, że jesteśmy razem, bo się nie całujemy. Więc jej powiedziałem, że to nieprawda.

Sherlock otworzył usta, a potem je zamknął. John czuł się zupełnie bezradny.

- I powiedziałem, żeby cię zapytała – dokończył John bardzo cicho. - O nas. Czy jesteśmy razem.

Sherlock westchnął głęboko.

- Och, John.

- Przepraszam.

- Jesteś kretynem. Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że nie, w ten konkretny sposób nie jesteśmy razem? Tak jak zrobiłeś wtedy, kiedy chodziło o tego kucyka. „Nie, Rosie, nie kupię ci kucyka, nawet jeśli każde dziecko na świecie będzie miało kucyka. Nie, Rosie, nie całujemy się, ale strzelałem do ludzi, żeby uratować twojego tatę, a on czasem sprząta dla mnie kuchnię”.

- Nie powiem mojej córce, że strzelałem do ludzi z twojego powodu. A ty nigdy nie sprzątasz kuchni. Ale rozumiem, o co ci chodzi. Przepraszam, naprawdę przepraszam. Spanikowałem.

- Jesteś lekarzem wojskowym! Nie powinieneś panikować, kiedy dziesięciolatka groźnie na ciebie spojrzy.

- Ma to spojrzenie po tobie. A poza tym teraz nie mogę tego odwołać. Stało się. Co z tym zrobimy?

- Musisz jej to wyjaśnić.

- Naprawdę? Co mam jej niby powiedzieć?

- Że się nie całujemy – powiedział Sherlock. - Ale poza tym...

John zamknął na chwilę oczy, kiedy Sherlock urwał.

- Sherlock.

- John. Nie.

- To nic wielkiego. A ty masz rację. Ona nie wie, co to znaczy być razem. Nie jestem pewien, czy sam to wiem, ale ona na pewno nie. Regularnie ryzykuję życiem, żeby wyciągać cię z tarapatów. Myślę, że to zastępuje całowanie.

- Tyle tylko, że nie. - Głos Sherlocka był cichy i jakiś inny. John zdecydował się to zignorować.

- Od dziesięciu lat wychowujemy razem to dziecko – mówił dalej – a teraz jej koledzy mówią jej, że nie jesteśmy razem, bo się, kurwa, nie całujemy. Szlag mnie trafia. Ona i tak ma najbardziej pokręconą rodzinę na świecie. Nie zniosę tego, że będzie nieszczęśliwa, bo nie jesteśmy razem.

- Co więc zamierzasz zrobić, pocałować mnie?

- Tak – odparł John i zamarł.

Sherlock wbił w niego wzrok. John się wyprostował i czekał na coś, zapewne na zjadliwy komentarz o tym, że jest kretynem. Kiedyś Sherlock dodałby jeszcze pytanie o kobiety, czy jesteś zupełnie pewien, że nie powinieneś znaleźć kogoś, żeby, no wiesz, to już dwa tygodnie, a potem rok a potem dwa lata. Po pięciu latach przestał pytać. Zjadliwe komentarze oczywiście się nie skończyły, ale Sherlock przestał twierdzić, że John powinien sobie kogoś znaleźć.

No cóż, teraz Johnowi przyszło do głowy, że może to dlatego, że skończył pięćdziesiąt lat. Każdego dnia znajdował nowe siwe włosy. Wyglądałby jak idiota, podrywając kogoś w klubie.

Poza tym nie mógłby tego zrobić. Był niemal całkowicie pewien, że nawet nie rozważał takiej opcji po śmierci Mary, po tym, jak we trójkę zamieszkali na Baker Street i zaczęli zupełnie nowe życie.

- Nie – powiedział, kiedy Sherlock ciągle milczał. - To było głupie. Wybacz.

- To byłoby w porządku, wiesz?

John przełknął ślinę.

- Co byłoby w porządku?

- Możesz mnie pocałować, jeśli chcesz. - Sherlock brzmiał na spiętego, ale z drugiej strony John czuł się, jakby zaraz miał zacząć panikować. I to ostro. - Jeśli uważasz, że tak będzie najlepiej. Dla Rosie.

- Ja... - John urwał. Cała sytuacja zaczynała się wymykać spod kontroli. - Ja nie...

- Nie chcesz, żeby coś ją omijało. - Sherlock przygryzł wargę. - I słusznie. Po co mi całowanie, skoro ty pilnujesz, żeby przestępcy mnie nie zabili, kiedy ich łapię?

- To nie to samo.

- Ona ma dziesięć lat. Nie rozumie różnicy.

- Myślę, że rozumie.

- No cóż, już i tak ją okłamałeś. Gorzej nie będzie.

- To prawda – zgodził się John, chociaż miał mgliste pojęcie, że może powinien powiedzieć Z całą pewnością będzie gorzej i nie ma mowy, żebym okłamał moje dziecko, że jej ojcowie są razem, skoro nie są. Bo naprawdę nie są. Przełknął ślinę i skinął głową.

- A zatem – powiedział Sherlock wolno – kilka pocałunków. Ona zostawi ten temat w spokoju i będzie zadowolona.

- Myślałem, że nie znosisz takich rzeczy. - John odchrząknął.

- Nie, nie myślałeś.

- Ależ tak, ja... - Cholera. - No dobrze, nie myślałem. Ale będzie dziwnie.

- Zacząłem regularnie jeść. To dopiero jest dziwne.

- Jedzenie jest dla twojego zdrowia. A to jest... osobiste.

- Radzę sobie z kwestiami osobistymi, jeśli dotyczą ciebie. Musisz to wiedzieć po dziesięciu latach.

John przełknął ślinę.

- Tak. Przepraszam. Wiem, że sobie radzisz. Po prostu... ja nie...

Drzwi po jego prawej stronie otworzyły się. John przygryzł wargę i starał się wyglądać jak ktoś, kto po prostu spędza czas na korytarzu ze swoim najlepszym przyjacielem i/lub współrodzicem i/lub kolegą z pracy i/lub partnerem we wszystkim poza całowaniem. Pani Hudson westchnęła głęboko.

- Chłopcy, bardzo was przepraszam – syknęła. - Wiem, że zdrowie to bardzo ważna rzecz, a ty, Sherlocku, naprawdę powinieneś jadać więcej, ale mam gościa, więc może pójdziecie porozmawiać na górze?

- My nie rozmawialiśmy o... - zaczął John, a potem ugryzł się w język.

- Pani gość wyczynia niezbyt legalne rzeczy w internecie – powiedział Sherlock – więc naprawdę macie szansę.

- Och, dziękuję, skarbie – uśmiechnęła się pani Hudson. - To bardzo miłe i dość do ciebie niepodobne. No już, idźcie.

Zamknęła drzwi. John chciał coś powiedzieć, bo to chyba jasne, że jeszcze nic nie zostało ustalone, nie mogli po prostu pójść i się pocałować, i oszukać własną córkę, i tyle. Ale Sherlock obrócił się dookoła w swoim czarnym płaszczu – trzecim w serii czarnych płaszczy, jeśli John dobrze liczył. Było dość oczywiste, że Sherlock nie chce więcej na ten temat rozmawiać, a kiedy John usiłował powiedzieć coś, cokolwiek, słowa utkwiły mu w gardle i musiał się rozkaszleć. Kiedy wrócili do mieszkania, Sherlock zdjął płaszcz, usiadł w swoim fotelu i dzięki Bogu, że Rosie nadal była w swoim pokoju.

- Odpręż się – powiedział Sherlock.

- Jestem odprężony – warknął John. Być może byłby bardziej przekonujący, gdyby nie stał na środku pokoju i nie zgrzytał zębami.

 

*

 

- Tato – powiedziała Rosie tonem, którego miała zwyczaj używać w chwilach, kiedy zamierzała poprosić o coś, czego z pewnością nie dostanie. John zamarł z filiżanką herbaty w jednej dłoni i do połowy zjedzoną kanapką w drugiej. - Czy wy jesteście razem?

- Oczywiście, skarbie. - Sherlock nawet nie podniósł wzroku. - Nie bądź głupiutka.

- Chodzi mi o to, czy jesteście razem.

- Mieszkamy w tym mieszkaniu od dziesięciu lat, to znaczy od śmierci twojej matki. Mieszkaliśmy tu też przez kilka lat, zanim twój ojciec poznał twoją matkę. Wychowujemy cię i czasem powstrzymujemy przed zrobieniem czegoś głupiego. John pilnuje, żebym jadł, a ja pilnuję, żeby najobrzydliwsze ubrania Johna lądowały w śmieciach. Zdarzało się, że zabił...

John odchrząknął bardzo głośno.

- ...moją potrzebę, aby zamknąć się na wiele dni i koncentrować na szczególnie interesującym artykule. Nikomu innemu bym na to nie pozwolił. Każdym innym człowiekiem byłbym też znudzony w ciągu trzydziestu minut.

- Tak – przyznała Rosie. - Ale Li powiedziała...

- Cicho, kotku. - Sherlock wbijał wzrok w artykuł, który czytał. Opowiadał o nim Johnowi minionego wieczora, zanim John poszedł do swojej sypialni. Artykuł był o czymś, czego John nie rozumiał i nie chciał zrozumieć. Życzył Sherlockowi dobrej nocy, a potem zaczął się zastanawiać, jak długo jeszcze ten człowiek będzie go przekonywał, że nie potrzebuje normalnego łóżka. - Tata czyta bardzo ciekawy artykuł. Poszukaj sobie czegoś do roboty. Przeczytałaś tę książkę, o której rozmawialiśmy?

- To jasne, że ona jest dla dorosłych – powiedziała Rosie, a John wyprostował się gwałtownie. - Jest o astrofizyce. Nie interesuje mnie astrofizyka.

- Jeszcze zainteresuje – stwierdził Sherlock. - Któregoś dnia.

- Nie ma mowy – zadeklarowała Rosie głośno, odwróciła się i poszła do swojego pokoju, który niegdyś należał do Sherlocka. Przez kilka lat John powtarzał, że nic nie szkodzi, przecież dzieciak może dzielić pokój ze swoim ojcem, a potem przez kilka lat kłócił się, że to on powinien oddać Rosie sypialnię i zacząć sypiać w salonie. Oczywiście przegrał obie kłótnie.

- Teraz możesz mi podziękować.

John odetchnął głęboko. Salon ucichł. Sherlock wciąż wbijał wzrok w artykuł, a Rosie, sądząc po hałasach z jej pokoju, zaczęła tańczyć.

- Dziękuję – powiedział. - Poradziłeś sobie o wiele lepiej niż ja.

- Jak zwykle. - Sherlock zerknął na niego znad gazety i się uśmiechnął. John odpowiedział mu uśmiechem.

- Przepraszam, że cię w to wciągnąłem.

- Uratowałeś mnie od szaleństwa. Dosłownie ocaliłeś mi życie. Ale teraz, skoro spędziłem dwie minuty opowiadając twojej córce, jak dzielę sporą część mojego życia z tobą, myślę, że spłaciłem swój dług.

- Naszej córce – poprawił go John. - I to działa w dwie strony, wiesz?

Sherlock zmarszczył brwi.

- Słucham?

- Ocalenie ci życia. Uratowanie cię od szaleństwa.

- John, ja nie...

- Nie powiedziałeś tego, żebym cię komplementował – uzupełnił John. - Ale to nie komplement. To prawda. Powinieneś to wiedzieć.

- John. - Sherlock przewrócił stronę. - Wiem.

 

*

 

Po czterech dniach John był niemal pewien, że wszyscy zapomnieli o całowaniu. Czekał tylko, aż Rosie spojrzy na niego spode łba z niewypowiedzianym pytaniem wymalowanym na twarzy: Dlaczego nigdy się nie całujecie? Wszystkie inne dzieci mają rodziców, którzy się całują. Kup mi kucyka, a nigdy więcej nie spojrzę na ciebie spode łba. Ale to nigdy się nie wydarzyło. Rosie, oczywiście, patrzyła na niego spode łba, ale tym razem chodziło o to, że zmuszał ją do odrabiania lekcji. John zaczął podejrzewać, że może jednak jako rodzic nie jest tak bezradny, jak mu się zawsze wydawało, i może jego córka ten jeden, jedyny raz uwierzyła w to, co jej powiedział.

Sherlock też nie wspominał o całowaniu. Gdyby John był ze sobą zupełnie uczciwy, musiałby przyznać, że przez ostatnie cztery dni drgał za każdym razem, kiedy Sherlock się do niego zbliżał. Był dość głęboko przekonany, że Sherlock nie pocałuje go tak po prostu. Będzie jakiś znak ostrzegawczy. Pewnie sam będzie musiał to zrobić. Będzie musiał chwycić kołnierz koszuli Sherlocka, stanąć na palcach, i nawet wtedy Sherlock spojrzy na niego ze zdumieniem, a John będzie musiał przycisnąć swoje wargi do warg Sherlocka i wsunąć palce w te porąbane włosy, które ani trochę nie przerzedziły się w ciągu mijających lat. Sherlock nie odwzajemni pocałunku. Potem będzie trochę niezręcznie, ale Rosie będzie mogła powiedzieć Li Thompson, że jej rodzice się pocałowali.

Ale tak się nie stało. John zaczął oddychać nieco swobodniej. Nie drgał, kiedy Sherlock dotykał jego ramienia w drzwiach. Czuł taką ulgę, że miał wrażenie, że ściska mu się żołądek, jakby z rozczarowania, tylko że wcale nie był rozczarowany, to po prostu napięcie w końcu go opuszczało.

I mniej więcej wtedy Sherlock go pocałował.

Przygotowywał herbatę. Rosie siedziała w salonie, zajmując się własnymi sprawami – tak odpowiadała, kiedy któryś z nich pytał, co robi. „I, proszę, czy moglibyście robić to samo” - dodawała przerażająco upartym głosem. I dokładnie to robił John – przygotowywał herbatę. Patrzył na kubek, w którym zaparzała się herbata i myślał o zmianach klimatycznych i o tym, jak uprzejmie zapytać panią Hudson, czy nie potrzebuje pomocy w robieniu zakupów albo zmywaniu naczyń, i wtedy Sherlock stanął obok niego.

- Dziękuję, John – powiedział Sherlock i wziął kubek z herbatą.

John obrócił się, żeby na niego spojrzeć. To była jego herbata. Sherlock był dorosłym, pięćdziesięcioletnim mężczyzną i mógł sobie zrobić własna herbatę. Zamierzał to wszystko powiedzieć, ale nie miał na to czasu.

Sherlock położył dłoń na jego ramieniu, pochylił się i pocałował go w usta.

- Co wy robicie? - zapytała Rosie z kanapy. - To ohydne.

- Nie, to tylko dwie pary ludzkich ust przyciśnięte do siebie na półtorej sekundy – odparł Sherlock, odchodząc od Johna z jego kubkiem z herbatą. - Trzymaj się faktów, dziecko.

- Nie jestem dzieckiem.

- Oczywiście, że nie, dziecino. Nawiasem mówiąc, pokaż mi te ćwiczenia, które pominęłaś na matematyce, kiedy rozmawiałaś o czymś dotyczącym popkultury, zapewne o jakimś nowym zespole, którego słuchasz, z koleżanką siedzącą po twojej prawej. Jak doskonale wiesz, jestem zdecydowanie inteligentniejszy od któregokolwiek z twoich nauczycieli. Mogę ci pomóc.

- Odwal się. - Rosie wstała.

- Rosamund Mary Watson, masz dziesięć lat. Nie wolno ci odzywać się tak do ojca, dopóki nie skończysz lat osiemnastu.

- Och, błagam – westchnęła Rosie.

- Usiądź – powiedział Sherlock. - Równania, prawda?

- Myślisz, że to jest cool – sarknęła Rosie. - Ale nie jest. To tylko wkurza. Nikt inny nie ma taty, który mówi, co jadł na lunch, patrząc na palce. Albo na błoto na butach. To nie jest cool. Tatusiu, powiedz mu.

John zamrugał.

- Tatusiu, powiedz mu, że nie jest cool – powiedziała Rosie, patrząc wprost na Johna, a John odkrył, że dotyka warg palcami. Jak najszybciej opuścił rękę i, na wszelki wypadek, zacisnął dłoń w pięść.

- Sherlock – powiedział słabym głosem – nie jesteś cool.

- Kłamca – odparł Sherlock, a John spojrzał mu w oczy, chociaż wiedział, że to błąd.

Sherlock uśmiechnął się do niego przelotnie.

John miał wrażenie, że jego kolana są miękkie.

- Nienawidzę was obu – stwierdziła Rosie. - Niszczycie moje życie.

- Nie powinnaś tego mówić jeszcze przynajmniej przez dwa lata – odparł Sherlock nieobecnym głosem.

- Szybko się uczę. Mam to po tobie. Mogę czekolady?

- Jasne. Wystarczy, że pozwolisz, że ci pokażę, jaki jestem świetny w równaniach.

Rosie westchnęła głęboko.

- Jesteś nie do zniesienia.

- To brzmi lepiej niż „odwal się”. - Sherlock usiadł na kanapie obok Rosie. - John, chyba zużyłem całe mleko. Nie poszedłbyś na zakupy?

John przełknął ślinę. Nadal stał pośrodku kuchni i zaczynało do niego docierać, że gdyby rodzice Rosie całowali się przed dniem dzisiejszym, on, jako jeden z nich, nie stałby skamieniały w kuchni, zastanawiając się, jak, do diabła, sobie z tym poradzić.

- Nie – powiedział, a potem odchrząknął. - To znaczy tak, pójdę. Mam kupić coś jeszcze?

- Chciałabym rodziców, którzy naprawdę są cool – mruknęła Rosie.

- Mogą ich nie mieć w Tesco – odparł John – ale poszukam.

Wziął kurtkę. Istniała opcja, że Sherlock na niego patrzy, ale nie sądził, że jest w stanie się teraz o tym przekonać. Zamknął za sobą drzwi i zszedł po schodach. Dopiero na ulicy zdał sobie sprawę, o co poprosiła go Rosie.

 

*

 

- John?

Usiadł na łóżku.

- Co się dzieje? Wszystko w...

- Tak – odparł stojący w drzwiach Sherlock. - Nie panikuj. Mogę wejść?

- Jasne. - John się wyprostował. Ostatecznie Sherlock bywał już wcześniej w jego sypialni. Sherlock widywał go też bez koszuli, także ostatnio, kiedy jego włosy na piersi posiwiały tak szybko, że w ogóle nie zdawał sobie z tego sprawy, dopóki było po wszystkim. Do kurwy nędzy, mieszkali pod jednym dachem od dziesięciu lat, to było zupełnie normalne, a John wcale nie panikował.

- Nie podobało ci się – powiedział Sherlock. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.

- Co?

- Kiedy cię pocałowałem.

John odetchnął głęboko.

- Chodź tu. Usiądź.

Sherlock usiadł na łóżku obok niego. W porządku. Wszystko było w porządku. Z całą pewnością mogli siedzieć obok siebie, nawet jeśli to było łóżko Johna, na którym Sherlock nigdy nie usiadł i nawet jeśli John wolałby mieć na sobie t-shirt.

- Zaskoczyłeś mnie, to wszystko. - Jego głos nie był nawet w połowie tak spokojny, jakby John sobie tego życzył.

- Ale kazałeś mi to zrobić. Zgodziliśmy się na to.

- Wiem. Tylko... chyba nie sądziłem, że naprawdę...

- Że naprawdę cię pocałuję.

- Tak. - John przełknął ślinę. Sherlock wbijał wzrok we własne dłonie leżące na kolanach. John odsunął udo od uda Sherlocka. - O mój Boże. Rosie... Rosie miała rację.

- Nie, nie miała – odparł Sherlock cichym, stanowczym głosem. - Jesteśmy razem. Jesteśmy. Byliśmy przez cały czas. Wróciłeś ze mną na Baker Street. Zostałeś, chociaż omal nas obu nie zabiłem. Kolejny raz.

- Wiesz, o czym teraz myślę? - zapytał John, chociaż nie powinien. - Myślę, że siedzimy tu na moim łóżku i po dziesięciu latach nie mam odwagi dotknąć twojego uda.

- Postaraj się chociaż nie być idiotą. Jesteś moim lekarzem. Dotykałeś mojego uda.

- Tak, ale teraz, to znaczy nie w ten sposób, kiedy jesteśmy...

John przygryzł wargę. Sherlock ścisnął lekko jego kolano, a potem zaczął je gładzić kciukiem okrężnymi ruchami. John usiłował nie przestać oddychać. A to on miał na sobie tylko bieliznę. Cholera.

- A ja tak – powiedział Sherlock. Możliwe, że jego dłoń delikatnie drżała. A może drżało kolano Johna. - Mam odwagę. Oddychaj, proszę cię.

John gwałtownie wciągnął powietrze. Co za idiotyzm. On był idiotą. Ale Sherlock się nie roześmiał.

- Musisz za tym tęsknić – powiedział Sherlock, nie patrząc na niego. - Za dotykiem. Przed tym wszystkim, przed Mary, zawsze miałeś jakąś dziewczynę. Nieważne, jak bardzo się starałem ich pozbyć, zawsze znajdowałeś kolejną.

John prychnął śmiechem.

- Rzeczywiście byłeś... byłeś poważną przeszkodą.

- Przepraszam. - Sherlock brzmiał na dość dumnego z siebie. - Chyba nie wiedziałem, jak się tobą dzielić.

- Już nie musisz. Wiesz o tym.

- Tak, ale nie rozumiem dlaczego. Zrezygnowałeś z tego wszystkiego. Z dotyku, pocałunków i, no wiesz... Z seksu.

- Tej rozmowy na pewno nie musimy prowadzić. Nie teraz, kiedy jakoś żyjemy razem od dziesięciu lat...

- Ale dlaczego miałbyś z tego zrezygnować? - Sherlock zmarszczył brwi, patrząc na ścianę. Jego palce zacisnęły się na kolanie Johna. John próbował nie zwracać na to uwagi. - I to dla mnie.

- Jesteś bardzo... - John przełknął ślinę i położył swoją własną dłoń na dłoni Sherlocka - ...bardzo... To znaczy, my jesteśmy... Myślę, że zrobiłem to dla... dla nas. I dla Rosie. I, no wiesz, dla Mary. Po tym, jak umarła, długo nie mogłem nawet myśleć... o tym, żeby być z kimś, kto nie jest nią. I ty byłeś... byłeś ze mną. I wszystko było... w porządku.

- Ale nie jest w porządku.

- Owszem, jest. - Dłoń Sherlocka pod jego własną wydawała się nieco dziwna. Ciepła, duża i w pewien sposób znajoma, ale i tak dziwna. - Nie ty decydujesz o tym, co nie jest w porządku, nie po dziesięciu latach, które przeżyliśmy. Po prostu nie.

- Nie próbuję. - Sherlock odetchnął głęboko. - Nie usiłuję...

- Odwal się. - Ścisnął dłoń Sherlocka leżącą na jego własnym kolanie.

Sherlock parsknął śmiechem. John ma moment zamknął oczy. Pewnie powinien teraz puścić dłoń Sherlocka, ale z jakiegoś powodu nie był w stanie. Dziesięć lat. Nikt go nie dotykał od dziesięciu lat.

- Twoje ubogie słownictwo krzywdzi naszą córkę.

- Nie wyśmiewaj się z mojego słownictwa. Jakoś z nim dotarłem aż tutaj.

Sherlock otworzył usta, zerknął na Johna, a potem odwrócił wzrok.

- Na pewno zdajesz sobie sprawę, że trzymam dłoń na twoim kolanie.

- Tak. I to jest w porządku. Bardziej niż w porządku. Wiesz, ze mógłbyś... To znaczy, gdybyś kiedyś chciał, żeby ktoś poklepał cię po ramieniu, możesz po prostu poprosić. Zrobię to. Oczywiście.

- Poklepiesz mnie po ramieniu.

- Albo pogłaszczę cię po ramieniu. Albo... cokolwiek byś chciał.

- Na pewno nie cokolwiek bym chciał.

- No... - John odchrząknął. - Nie chciałbyś... ty nie... już późno, prawda?

- Doskonale wiesz, która godzina, naprzeciwko ciebie wisi zegar – odparł Sherlock sucho, ale zabrał rękę. Kolano Johna wydawało się dziwnie puste.

- Sherlock...

- To ty możesz mnie pocałować następnym razem. - Sherlock wstał i podszedł do drzwi. - Żebyś wiedział, co się dzieje. Nie możesz wyglądać na tak przerażonego, to mało przekonujące.

- Sherlock.

- Chyba że chcesz to odwołać. No wiesz, oszukiwanie twojej córki, że mnie całujesz.

- Ona jest też twoja. Jest nasza.

- Wiem – odparł Sherlock. John patrzył, jak jego przyjaciel staje przy drzwiach i bierze głęboki wdech. - Dobranoc, John.

- Dobranoc – odpowiedział zamkniętym drzwiom.

Nie mógł zasnąć. Położył własne palce na swoim kolanie, ale to nie było to samo. O wpół do drugiej usłyszał kroki z dołu. Odrzucił kołdrę, podszedł do drzwi, a potem odwrócił się i wrócił do łóżka.