Actions

Work Header

Chapter Text

Rainbow chodziła w tę i we w tę po zamkowej arenie. Czekała na Scootaloo, z którą chciała się zobaczyć przed zjawieniem się Blueblooda, do czego ten się specjalnie nie śpieszył. Bez wątpienia bał się ubrudzić kopyta podczas spaceru, ale jej to nie obchodziło. Właściwie cieszyła ją ta zwłoka, bo jej asystentki wciąż nie było. Wtem usłyszała szybkie kroki i pomyślała, że to może być Scootaloo, ale ku swemu zaskoczeniu, zobaczyła zadyszanego Spike’a.

– Spike? Co, do licha? Gdzie Scootaloo?

– O-o… Cz-Czy jej dzisiaj potrzebujesz? – Smok zadrżał ze strachu.

– Tak! Jasne, że jej dziś potrzebuję, żeby pomogła mi odegrać się na Bluebloodzie za to, co zrobił Rarity!

– Co?! Co takiego zrobił?!

– Powiem ci później. Teraz naprawdę potrzebuję Scoot. Gdzie ona jest?

– Em… właśnie o to chodzi… – Zaczął się pocić.

– Co?

– Applejack dała jej wolny dzień! – powiedział szybko, osłaniając się dłońmi przed spodziewanym uderzeniem.

– CO?! Nie pytając mnie najpierw o zgodę?! Czemu to zrobiła?!

Przełknąwszy ślinę, odpowiedział:

– Była… znaczy oboje byliśmy w kuchni…

Gdy opowiadał, co działo się wcześniej tego poranka, Rainbow zrobiła łagodniejszą minę i westchnęła. Zapomniała, że Scootaloo wciąż jest dzieckiem i potrzebuje wolnego czasu.

Przypomniała sobie, że gdy była w wieku Scoot, zawsze chciała wyrwać się z zamku, a jej ojciec zawsze był gotowy się z nią bawić. Uwielbiała, gdy tata podrzucał ją w powietrze, żeby mogła sama polatać. To on pokazał jej szermierkę, potyczki rycerskie i wszystkie te rzeczy, które zwykle robiły ogiery; ale że była bardzo niezależną dziewczyną, nigdy nie pociągało jej bycie damulką, w przeciwieństwie do większości jej sióstr, głównie Rarity i Fluttershy. Brakowało jej ojca. Przecież to właśnie król Sombra przedstawił ją Wonderboltom i to wtedy spotkała młodego Soarina.

„Soarin…” – pomyślała smutno, przypominając sobie rozmowę sprzed paru dni, ale naraz wpadła na pomysł, od którego jej oblicze się rozpromieniło. Ponownie obróciła się do Spike’a.

– Dzięki, że mi o tym powiedziałeś, Spike, i przekaż Applejack, że wyświadczyła mi przysługę! – Podfrunęła w górę.

– Co…? – Zdezorientowany Spike podrapał się po głowie.

– Teraz lepiej stąd zmykaj, zanim pojawi się Blueblood.

– Dobra… – Wciąż nic z tego nie rozumiał, ale odszedł; akurat w chwili, gdy Blueblood zrobił swoje wielkie wejście.

Blueblood zatrzymał się, by spojrzeć na swoje kopyto, jakby sprawdzając, czy jego kopytokiur jest wciąż nienaruszony.

– Lepiej, byś miała dobry powód, byśmy… uch, spotykali się w tym brudnym miejscu…

– No… chciałam ci pokazać moje świetne zdolności pojedynkowe, ale nieco zmieniłam plany. Zamiast tego pójdziemy na derby Wonderbolts.

– Och, no dobrze… skoro musimy. – Zadarł głowę i już jej nie opuścił.

Rainbow przewróciła oczami i ruszyła przodem.

– Soarin! – zawołała Spitfire przez drzwi szatni. – Bierz ogon w troki i wyłaź już stamtąd! Mamy brać udział w wyścigu!

Z drugiej strony odezwał się przytłumiony głos:

– Po co?! Wiesz, że nie będę w stanie wygrać!

– Przestań się w końcu nad sobą użalać! Tak, wiem, że inspirowała cię do latania z prędkością światła, ale dobrze zrobiłeś, odpuszczając ją sobie! Przecież to księżniczka!

– Była kimś znacznie więcej! Była… niesamowita… – Ogier leżał na sofie w szatni, brzuchem do góry, zakrywając twarz kopytami.

Fleetfoot podeszła do pani kapitan.

– Dalej tam siedzi?

Spitfire skinęła głową i zdjęła swoje ciemne okulary.

– Stracił wolę latania… Bez księżniczki Rainbow Dash nie ma już motywacji, żeby wzbić się w przestworza.

– No, to powinno pocieszyć was oboje… – Zapukała do drzwi. – Soarin? To ja, Fleetfoot! Chcę ci powiedzieć, że zajrzałam na trybuny i zgadnij, kogo zobaczyłam w loży! Księżniczkę Rainbow Dash!

Przez chwilę dwie klacze z Wonderboltów nic nie słyszały. Potem z pomieszczenia niespodziewanie wyleciała niebieska smuga.

Klacze zawirowały. Gdy się zatrzymały, poczuły, że kręci się im w głowach.

– To go zdecydowanie… ożywiło – powiedziała Spitfire, po czym zemdlała.

Soarin nie mógł w to uwierzyć; była tutaj! Leciał z ogromną prędkością, ale nagle zatrzymał się w powietrzu, gdy zobaczył, kto jej towarzyszył: ten słynny, tajemniczy książę Blueblood. Bez wątpienia był jednym z zalotników. Dash wiele mu opowiadała o dorastaniu z Bluebloodem. Ponoć był nieprzyjemny i irytujący, ale skoro tak, to czemu spędzała z nim czas? Może musiała? Jeśli był zalotnikiem i Rainbow nie miała wyboru… ale wtedy nawiedziła go straszna myśl: a co, jeśli była z nim dlatego, że sama chciała? Musiał się tego dowiedzieć, więc podleciał do boku jej loży, i psyknął na nią z ukrycia.

Znudzony Blueblood wykonał gest w stronę Rainbow Dash, mówiąc:

– Derby Wonderboltów to nie jest coś, co nazwałbym wydarzeniem sportowym.

– O, no cóż, skoro ich nie lubisz, to na pewno znajdę innego kandydata na męża, który będzie chciał ze mną na nie chodzić. – Wiedziała, że wzbudzi zainteresowanie Blueblooda, pozwalając mu myśleć, że to najlepszy sposób, by się z nią ożenić.

Istotnie, przyciągnęło to jego uwagę.

– Miałem na myśli, że to nie jest wydarzenie sportowe, tylko styl życia – poprawił się, a na jego twarzy pojawił się dumny uśmieszek, jak gdyby gratulował sobie powiedzenia tego, co trzeba.

Klacz przewróciła tylko oczami, myśląc:

„Jeny, on naprawdę jest gotowy na wszystko, byle tylko zbliżyć się do tronu…”

Naraz postawiła uszy na sztorc, bo usłyszała psykanie Soarina. Obróciwszy się, ujrzała w otwartym oknie jego głowę.

„Oto i ogier, którego najbardziej chciałam zobaczyć.”

Odwróciła się do Blueblooda i powiedziała mu:

– Przelecę się po jakieś przekąski dla nas, zanim zacznie się wyścig.

– Nie zawracaj sobie głowy. Mnie nie wolno dotykać, ych, pospolitego jedzenia…

– Skoro tak mówisz… – Sfrunęła w dół schodów, mamrocząc: – Przysięgam, jeszcze raz zacznie narzekać, a nie będę już taka miła…

Gdy dołączyła do czekającego na nią Soarina, oboje weszli pod trybuny. Przez chwilę stali w milczeniu, aż wreszcie Soarin, pocierając kark, powiedział:

– Jak… cudownie cię znów widzieć…

– Serio? Bo o ile pamiętam… to ze mną zerwałeś! – wykrzyczała mu w twarz, przez co aż zadrżał.

– Ze… zerwałem? Przecież ze sobą nie chodziliśmy!

– Ta, ale moglibyśmy! Złamałeś mi serce! – Odwróciła się od niego.

– Dash… – Wyciągnął do niej kopyto.

– O, więc teraz jestem Dash? Nie żadną „księżniczką” ani „Waszą Wysokością”?

– T-to chcesz, żebym…

– Nie! Wolę, żebyś mi mówił po imieniu, tak jak zawsze!

– No, to czemu…

– Bo gdy ostatni raz rozmawialiśmy, powiedziałeś, że już więcej się nie spotkamy! No i udowodniłam, że się myliłeś, nie?

– Nie bardzo! – zdołał wreszcie odkrzyknąć. – Przyszłaś tu z kimś innym! I to ma być spotykanie się?!

– Blueblood był tylko wymówką, żeby wymknąć się z pałacu, gdy… – zrobiła kopytami cudzysłów manualny – spędzałam z nim czas. Najpierw planowałam stoczyć przed nim pokazowy pojedynek ze Scootaloo, a potem go namówić do stanięcia ze mną w szranki, żeby się przekonać, z jakiej jest gliny.

– Raczej nie z twardej, więc czemu…?

– Z dwóch powodów. Po pierwsze, by wykurzyć go z zamku, żeby żadna z nas nie została jego narzeczoną. A po drugie, skrzywdził Rarity, będąc… uch, jestem na niego tak wściekła, że nawet nie potrafię na to znaleźć słów.

– Więc to też odwet… ło… cieszę się, że to nie ja ci podpadłem. Ee, bo nie podpadłem, po tym, co się…?

– Jakoś to zniosłam, ale wciąż jestem zła, że chciałeś mnie tak zostawić. Zakładam, że nic tylko latałeś, żeby o tym nie myśleć.

– Właściwie… to wcale nie latałem, odkąd powiedziałem, że już się nie spotkamy… Nie mogłem latać, dopóki Fleetfoot nie powiedziała mi, że cię tu zobaczyła i podniosłem się po to, by móc cię znów zobaczyć… – Oblał się wstydliwym rumieńcem i odwrócił się od niej, by nie zobaczyła jego policzków.

Z zaskoczenia szeroko rozdziawiła usta, a potem rzuciła mu gniewne spojrzenie i zbeształa:

– Wyjaśnijmy to sobie: nie mogłeś przeze mnie latać? Nie wytrzymam… Soarin! Odmawiam wzięcia na siebie winy za to, że Wonderbolt nie był w stanie wykonywać swojej pracy bycia najlepszym lotnikiem Equestrii! Skoro jestem dla ciebie taka ważna, to powinieneś był mi powiedzieć! A najlepiej nigdy nie mówić mi o tym, że się więcej nie zobaczymy! – Jej twarz złagodniała. – To teraz powiedz, jak jestem dla ciebie ważna, a ja powiem ci to samo…

Zaskoczony ogier podniósł głowę, a jego oczy wypełniły się nadzieją.

– N-naprawdę?

– E-e. Nic ze mnie nie wyciągniesz, póki nie powiesz tego, co masz do powiedzenia.

– Dobra… skoro naprawdę chcesz wiedzieć… – Uśmiechnął się. – Jesteś niesamowita. Jesteś wspaniałą lotniczką i nie sądzę, bym kiedykolwiek mógł za tobą nadążyć… może i jesteś księżniczką, ale nie zachowujesz się jak one i mi to wcale nie przeszkadza… I trochę się boję ci to powiedzieć, żebyś mi nie podbiła oka, ale… jesteś najpiękniejszą klaczą, jaką kiedykolwiek widziałem… wiem, straszna sztampa, ale tak właśnie cię widzę… – Niepewny jej reakcji, schylił głowę, by uniknąć jej spojrzenia.

Nagle poczuł, że ktoś unosi jego głowę i dostrzegł, jak jej usta spotykają się z jego własnymi. Powoli zamknął oczy z rozkoszy. Po tym, co zdawało się tylko chwilą, w końcu oderwali się od siebie i wpatrywali w siebie z miłością.

– Teraz moja kolej… – powiedziała mu z uśmiechem. – Soarin, jesteś pierwszym ogierem, z którym się w ogóle zaprzyjaźniłam… nigdy nie lubiłam żadnych, póki nie poznałam ciebie… może ci się wydawać, że za mną nie nadążysz, ale się mylisz. Jesteś jedynym gościem, który potrafi dotrzymać mi kroku… I to mi się w tobie podoba… i chociaż tekst, że jestem piękna, był sztampowy, to ty też nie jesteś taki zły. – Świsnęła mu ogonem przed twarzą.

Zaczął szczerzyć się jak idiota, aż przypomniał sobie, dlaczego w ogóle musiał pozwolić jej odejść.

– Ale, Dash… Nie mogę ci dać tego, co książę… czy to nie dlatego twoja matka…

– Co tam książęta! Moje siostry i ja mamy plan, by pozbyć się wszystkich zalotników, jacy się u nas zjawią. I kto powiedział, że nie dasz mi tego, co da książę? Dajesz mi coś lepszego, niż ci książęta mogliby sobie wymarzyć!

– Tak myślisz?

– Oczywiście, że tak! Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy w ostatecznym pozbyciu się Blueblooda.

– Co tylko chcesz.

Wyszeptała mu na ucho swój plan.

Pinkie skakała sobie ulicami Canterlotu, szczęśliwa dzięki wspomnieniom ostatniej tanecznej nocy w podziemnym królestwie. Nie mogła się doczekać, by zobaczyć się z Cheesem i powiedzieć mu, jaka jest szczęśliwa, ale bez ujawniania sekretnego zamku. Bardzo chciałaby mu powiedzieć, ale ona i jej siostry dały sobie stworzone przez nią samą Pinkie-słowo, że nikomu o tym nie wspomną. A przecież nie można złamać Pinkie-słowa. To ojciec pomógł jej je stworzyć.

Nauczył ją, że kucyki zawsze powinny kierować się honorem i dotrzymywać obietnic bez względu na wszystko. Pamiętała jego serdeczny śmiech i jak śmiała się razem z nim, dzięki czemu zapragnęła rozsiewać radość jak on. Nuciła sobie do chwili, kiedy zatrzymała się, by spojrzeć na sklep przed nią.

– To dziwne… – zastanowiła się. – Sklep Cheese’a zawsze tu był…

Nad nią wisiał nowy znak, na którym napisano: „Pożyczki i bankowość”. Gdy pchnęła drzwi i weszła, jej oczom ukazały się puste półki, na których kiedyś znajdowały się rzeczy do płatania psikusów i zabawne gry imprezowe. Na podłodze dostrzegła zaklejone taśmą pudła. Potem podeszła do lady i zobaczyła równiutki stosik papierów.

Tymczasem z zaplecza wyszedł Cheese, ale wydawał się jakiś inny. Na nosie miał okulary i nosił prostą koszulę z czerwonym krawatem. Nie zauważył jej, dopóki nie powiedziała:

– Cheese? Co… co się dzieje?

– Pinkie? – Poprawił okulary, a na jego twarzy pojawił się mały uśmiech. – N… nie sądziłem, że jeszcze się zobaczymy! Myślałem, że będziesz w pałacu, zajęta poznawaniem zalotników…

– No, książę Blueblood odpowiedział na wezwanie, ale mamy plan, by pozbyć się i jego, i innych zalotników, bo zgodziłyśmy się, że nie zmuszą nas do małżeństwa!

– Łał! Serio?

– Ehę. I chciałam, byś to wiedział, bym mogła ci coś powiedzieć.

– Co?

– Ale po pierwsze: zdejmij te głupie okulary, a po drugie… powiedz mi, co tu się, na wszystkie różowości, dzieje?! Czemu sklep z żartami jest taki szary i nudny?!

– O, Pinkie… – westchnął i zdjął okulary, jak prosiła. – Pomyślałem, że skoro masz wziąć ślub, to nie będę już miał serca, by czuć jakąkolwiek radość… więc stwierdziłem, że lepiej będzie otworzyć nowy interes, by jakoś odciągnąć myśli od ciebie…

– Co?! – Jej grzywa nieco oklapła. – Ale… już mnie nie lubisz?

– Tak! Nie! Oczywiście, że cię lubię. Po prostu… bez ciebie nie ma zabawy… zawsze rozjaśniasz kucykowi dzień. Rozjaśniasz… mój dzień… Wiedząc, że cię stracę, nie wiedziałem, co innego zrobić… – Patrzył na nią błagalnie.

– Cheese… – Niemal rozpłakała się z radości. Zbliżyła się do niego i trąciła nosem jego głowę, zaskakując go pocałunkiem w policzek. – Wiesz, co do ciebie czuję?

– Nie… co do mnie czujesz? – zapytał z ciekawością.

Dała mu znać, by poczekał chwilę i wystrzeliła na zewnątrz, by wrócić z klaczą imieniem Octavia, która miała ze sobą wiolonczelę. Wyszeptała jej do ucha zamówienie i Octavia zaczęła grać, a Pinkie – śpiewać.

– Kiedyś on spotkał ją… Lubię ciebie, czy ty też? Mówiąc mi także to, na pewno tego chcesz… Miłość swą składasz mi, że prawdziwą, wierzyć chcę…

Na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech. Chwyciwszy ją za kopyto, dołączył do piosenki:

– Chciałbym też wierzyć w to, że kochasz tylko mnie…

Zaczęli chodzić po Canterlocie, a ona śpiewała:

– Czy to mnie od dawna szukasz? Marzysz o mnie cały czas? Czy twe serce dla mnie stuka? Masz dla mnie w oczach blask…

– „Duszą patrz” maksyma stara, prawda głębiej kryje się…

– A z nadzieją kwitnie wiara…

…że serce wszystko wie! – zaśpiewali oboje.

Będę twój… – zaśpiewał. – Gdy powiesz, że masz mojej duszy część, że za to kochasz mnie…

– Nie wiem, co da nam los…

– Będę twój…

– To, co jeszcze zdarzy się…

– Gdy powiesz…

– Dobrze mi, bo już wiem…

– Że masz mojej duszy część…

Że kochasz tylko mnie… Że kochasz… tylko mnie… – skończyli śpiewać, wpatrując się w siebie z miłością.

Powoli się pocałowali, a potem pocierali nosami, zapominając o bożym świecie.

Twilight bez celu szukała książek i burknęła sfrustrowana:

– Uch! Spike! Że też akurat dzisiaj musiałeś mnie zostawić i iść pomagać Applejack! A chciałam znaleźć sposób, by udowodnić matce, że aranżowane małżeństwa dla nas to nie jest dobry pomysł!

Odłożyła kolejną książkę, która nie była w stanie jej pomóc, i postanowiła zrobić sobie przerwę.

Wystawiła kopyto poza bibliotekę i zaraz wpadła na jakiegoś kucyka. Nie był to byle kto, lecz ten sam kucyk, którego spotykała każdego wieczora przed snem. Albo – jak ostatniej nocy – przed udaniem się do magicznego podziemnego królestwa.

– Flash! – Zachłysnęła się oddechem.

– Twily! – Rozpromienił się na jej widok. – Nie sądziłem, że cię spotkam w tej części zamku.

– To dlatego, że… że… – Szybko wymyśliła dobrą wymówkę. – Jestem tu z księżniczką!

– Najmłodszą? Tą, z którą się przyjaźnisz?

– Właśnie tą! – Zachichotała nerwowo, rumieniąc się.

– Łał, sądzisz, że mógłbym się z nią spotkać? – Wychynął w stronę biblioteki, by zobaczyć, czy księżniczka tam jest.

– O nie, nie możesz! – Klacz zasłoniła mu widok. – Ona… jest bardzo zajęta! No wiesz, przygotowaniami do zamążpójścia.

– No tak, słyszałem o tym… szkoda mi księżniczek… nigdy nie mieć szansy znaleźć tego jednego jedynego…

– Mnie to mówisz… – wymamrotała.

– No, przynajmniej ty masz szczęście. Jesteś pokojówką księżniczki i w ogóle, więc takie zasady cię nie dotyczą.

– O! Racja… oczywiście…

Zmusiła się do uśmiechu, myśląc:

„Chciałabym, by to była prawda… gdybym faktycznie była pokojówką, mogłabym przy tobie być sobą zamiast ukrywać prawdę…”

Jej głośne westchnienie przykuło jego uwagę.

– Czy… wszystko w porządku? – zapytał z troską.

Spojrzała na niego z poważną miną i w końcu wypaliła:

– Nie, nic nie jest w porządku! Szczerze mówiąc, wszystko jest nie tak! – Pociągnęła nosem i zaczęła uciekać.

– Co… Twily! – zawołał za nią, ale nie odpowiedziała ani nie wróciła.

Wczesnym popołudniem, skończywszy zmienianie pościeli, Applejack zawołała radośnie:

– Iii-ha! Jeszcze nigdy nie uwinęłam się z niczym tak szybko!

Spike chwycił pusty koszyk i powiedział:

– Mówiłem, że wszystko pójdzie łatwiej, gdy będziemy pracować razem.

– Niech mnie! Nie wierzę, że nie posłuchałam cię wcześniej. Jesteś świetnym pomocnikiem do każdej roboty… – uśmiechnęła się do niego promiennie, sprawiając, że nieco się zarumienił.

– A tam, to nic. I tak większość ciężkiej pracy wykonałaś sama.

– Ale jednak jeszcze nigdy nie uwinęłam się tak szybko z obowiązkami. Czy… chciałbyś coś porobić przed przygotowaniem kolacji?

Smok się rozpromienił.

– Jasne! A co byś chciała robić? – spytał.

– No, ee… nie jestem pewna. Jakieś pomysły?

– Hmm… – Zamyślił się głęboko, a potem spojrzał na znaczek Applejack i doznał olśnienia. – Wiem!

– Co?

– Po prostu chodź za mną. – Kiwnął na nią łapą i ruszył przodem.

Spojrzała na niego zdezorientowana, ale i tak za nim poszła.

Niedługo potem znaleźli się w tej części pałacowych ogrodów, w której rósł sad jabłkowy. Applejack natychmiast przypomniała sobie, jak w dzieciństwie bawiła się tu w chowanego z siostrami, a ich ojciec – król – im towarzyszył. Bardzo starała się ukryć w koronie drzewa, ale spadła i ojciec złapał ją w swoje mocne kopyta. Powiedział jej, by była ostrożniejsza, i nauczył, jak ważnym jest opiekowanie się swoją rodziną. Sombra nigdy nie chciał stracić swojej żony ani którejkolwiek z córek.

– W porządku? – spytał głos obok niej, sprowadzając ją ponownie do teraźniejszości.

– Wybacz, po prostu dawno mnie tu nie było… Chciałam tu przyjść, ale nigdy nie miałam czasu… Dzięki, że mnie tu przyprowadziłeś… – Posłała mu delikatny uśmiech.

Odwzajemnił go i odparł:

– Proszę bardzo…

– Może sobie odpoczniemy pod jedną z jabłonek? Przyda się to nam po całej ciężkiej pracy, jaką dziś wykonaliśmy.

– Jasne! – Smok podszedł do najbliższego drzewa, które rzucało dużo cienia, i położył się pod nim.

Klacz zachichotała i dołączyła do niego, kucając i kładąc głowę na ziemi. Gdy zamknęła oczy, Spike upewnił się, że już zasnęła, po czym przysunął się do niej i oparł na niej głowę. Westchnął i powoli zasnął.

Derby się skończyły i dzięki swej nowo odkrytej miłości do Rainbow Dash, Soarin wygrał! Ale choć księżniczka cieszyła się ze zwycięstwa swojego chłopaka, to nie mogli jeszcze tego świętować, póki mieli Blueblooda na ogonie. Plan był taki, że Soarin poleci za nimi z pojedynczą ciemną chmurą, którą przygotował i użyje jej na znak dany przez klacz.

Idąc główną ulicą ze swoim towarzyszem, Rainbow powiedziała na głos:

– No, bawiłam się wprost doskonale!

– Naprawdę? – Słysząc to, Blueblood był zaskoczony, ale jednak się ucieszył. – To z pewnością mój urok, czyż nie? – Uśmiechnął się.

– Ta… pewnie… skoro tak mówisz. – Puściła oko do Soarina, który zrozumiał, że ma się przygotować.

– Ależ oczywiście! Tak działam na klacze, choć zaskoczyło mnie, że skończyłem z tobą. Byłem pewien, że zdobędę Rarity. Choć właściwie liczyłem na twoją siostrę Fluttershy.

– Fluttershy? – zdziwiła się Rainbow i zapytała sceptycznym tonem: – A czemu chcesz Fluttershy?

Cóż, wieść niesie, że jest najpiękniejszą istotą w krainie, a z takim przystojnym ogierem jak ja, stworzyłaby doskonałą parę. Ale oczywiście, skoro tak pragniesz zostać moją żoną, to wezmę, co dają. – Chwycił jej kopyto.

„Ta, jasne… bo na pewno to pozwolę!” – pomyślała, krzywiąc się, gdy on zamknął oczy i pochylił się do pocałunku. Rozpaczliwie zaczęła machać kopytem, myśląc: – „Teraz, Soarin! Teraz!”

W ułamku sekundy piorun uderzył w ziemię za Bluebloodem, kompletnie go zaskakując, przez co książę zaczął krzyczeć jak baba i uciekł, zostawiając za sobą chmurę pyłu.

Ciemna chmura zleciała na dół razem z Soarinem, który powiedział:

– Fiu, jeszcze sekunda, a sam bym to zrobił, żeby nie mógł cię pocałować… – Zmarszczył brwi.

– Na szczęście swój pierwszy pocałunek miałam już z tobą.

– To był twój pierwszy raz?! Ło!

– Co niby w tym nie tak?!

– Nic, właściwie… dla mnie też to był pierwszy pocałunek!

– Nie może być! Taki przystojny Wonderbolt jak ty jeszcze nigdy dotąd nie był całowany?

– No… – Ogier potarł kark. – Nigdy wcześniej nie znalazłem nikogo odpowiedniego…

– Heh, ja tak samo… – Objęła go kopytem. – Słuchaj, mamy nieco czasu, zanim będę musiała wrócić do zamku na kolację. Spędzimy go razem?

– No, jasne!

Wznieśli się w przestworza i razem odlecieli w siną dal.