Actions

Work Header

Asystent profesora

Work Text:

Zaśnieżoną ulicą szedł szczupły mężczyzna, zgarbiony nad trzymanym w rękach zeszytem. Starał się rozczytać w świetle lamp ulicznych własne notatki. Pierwszy raz, odkąd zaczął pracę doktorancką, nie był pewny, czy dobrze zrozumiał to, co wykładowca mówił na wykładzie. Notował wszystko, a jednak w pewnym momencie stracił wątek i… i po prostu się zgubił. Było mu za to wstyd, że wystarczyła chwila nieuwagi, by potem kolejną godzinę wykładu siedzieć skonfundowanym i starać się zrozumieć, co profesor mówi.

Mężczyzna wydał z siebie zirytowane warknięcie, zatrzaskując zeszyt i sięgając do torby na ramieniu, by go schować. Przejrzy to w mieszkaniu albo jutro, gdy będzie znowu jasno. Teraz już był zbyt zdenerwowany, by o tym myśleć, i zbyt zmęczony, by próbować się uspokoić.

Zobaczył ruch na ulicy i podniósł wzrok znad torby. W jego stronę z naprzeciwka szedł starszy mężczyzna o znacznie zamożniejszym stanie, niż on sam - co szybko rzuciło mu się w oczy. Nieznajomy miał na sobie ciepłe futro, o wiele lepsze od starej kurtki, którą ubrał biedny student. Młodszy mężczyzna zmarszczył brwi. W postawie i twarzy wydało mu się coś znajomego, jakby gdzieś już spotkał tego człowieka - ale dopiero, gdy ten podszedł na tyle blisko, by mógł rozpoznać jego rysy, zrozumiał, kto go właśnie minął. Pobladł, zawahał się i zatrzymał, obracając na pięcie, by spojrzeć za odchodzącym nieznajomym.

Był prawie pewny, że to profesor Filip FIlipowicz Preobrażeński, jeden z najznamienitszych lekarzy w Moskwie, jak nie na świecie. Miał okazję widzieć jego zdjęcia w gazetach oraz w jednej z gablot na uczelni, gdzie przedstawione zostały jego dokonania medyczne oraz fragmenty z wywiadów z gazet, gdzie wyjaśniał, co sądzi o badaniu ludzkiego ciała.

Młody student wahał się tylko chwilę. Wcisnął zeszyt do torby i poderwał się do biegu, zamykając ją pospiesznie.

- Profesorze Preobrażeński! - zawołał. Mężczyzna spojrzał przez ramię zaskoczony. Wydawało się, że zignoruje go i pójdzie dalej, jednak zatrzymał się. Zaplótł ręce za plecami i pozwolił, by student stanął przed nim lekko zadyszany.

- Pro-profesorze! - wydusił, łapiąc oddech - To zaszczyt móc pana poznać!

Profesor przekrzywił głowę, przyglądając się z zaciekawieniem. Zlustrował go od dołu do góry, zauważając, że młodszy mężczyzna nie jest zbyt zamożnym studentem, co wywołało rumieniec wstydu na twarzy studenta.

- Nazywam się Iwan Arnoldowicz Bormental, jestem studentem - przedstawił się, poprawiając ubrania i torbę, aż nazbyt świadomy oceniającego spojrzenia profesora. Szybko przesunął dłonią po włosach z nadzieją, że to wystarczy, by choć minimalnie poprawić nieład, spowodowany wiatrem i całym dniem na uczelni - Podziwiam pana za pańskie dokonania i badania - dodał.

- Podziwiam pana za rozpoznanie mnie na środku ulicy, będąc zajętym notatkami - odparł spokojnie Filip Filipowicz. Bormental zaczerwienił się bardziej, słysząc lekkie rozbawienie w głosie profesora. Miał świadomość, że brzmi głupio i niedorośle, ale nie mógł nic na to poradzić. Był zbyt podekscytowany, że rozmawia z samym profesorem Preobrażeńskim.

- Przeczytałem pana artykuły i prace badawcze w trakcie nauki - były niezwykle przydatne do mojego referatu. Oczywiście zaznaczyłem, że to pana prace! Tak jak się powinno - powiedział szybko, chcąc się zrehabilitować, ale jego słowa znowu wywołały wyraz rozbawienia na stoickiej twarzy starszego mężczyzny. Iwan Arnoldowicz przestąpił z nogi na nogę niepewnie, odwracając na chwilę wzrok od przeszywającego spojrzenia profesora.

- Co pan referował? - spytał profesor i Bormental momentalnie się ożywił, odsuwając nerwy na bok. Już wystarczająco ośmieszył się przed profesorem i miał nadzieję, że chociaż w ten sposób uda mu się poprawić swój wizerunek.

- O wpływie hormonów na ciało człowieka i jego zachowanie, między innymi. To jest niezwykłe, że wystarczy podać kobiecie hormony z ciała mężczyzny, by zaczęła zachowywać się jak on. Słyszałem też, pan profesor wybaczy, to pewne plotki, że planuje pan przeszczepy związane z hormonami i płcią ludzi… - Bormental zmarszczył brwi - To prawda? Zamierza pan robić przeszczepy?

- Przygotowuję się do tego, zgadza się - odparł niewzruszony profesor, ale na studenta znowu padło oceniające spojrzenie. Bormental poczuł się nieswojo. Miło było móc spotkać i porozmawiać z tak znakomitą osobą, pomyślał, ale pora już iść w swoją stronę, zanim uzna mnie za-

- Nie szuka pan pracy?

Bormental urwał w połowie myśli i zamrugał zdezorientowany, spoglądając na profesora.

- S-słucham?

- Spytałem, czy nie szuka pan pracy - powtórzył cierpliwie Filip FIlipowicz, nieprzejęty zaskoczeniem rozmówcy. Bormental przełknął ślinę i pobladł, nie będąc pewnym, o co chodzi profesorowi. Zaryzykował.

- Ma pan- ma pan na myśli pracę... z panem?

- Oczywiście że ze mną, a z kim innym? - profesor Preobrażeński uniósł brwi - Zna się pan na hormonach, wygląda na to, że czytał pan moje prace, które będą przydatne w rozumieniu planu działania z przeszczepami. Mogę pana wziąć jako asystenta - na próbę. Jeśli pan się sprawdzi, zostanie pan na stałe, jeśli nie, to, cóż mogę poradzić, będzie pan musiał skupić się na studiach, by wyżyć - ostatnie słowa były okrutne, ale prawdziwe, i Bormental nie powstrzymał grymasu niezadowolenia pomieszanego ze wstydem.

- To będzie zaszczyt móc dla pana pracować, profesorze - powiedział poważnie.

- Proszę przyjść do mnie jutro. Obojętnie o której, może być wieczorem, jeśli ma pan zajęcia na uczelni.

Bormental pokiwał głową z zapałem i pozwolił, by profesor wpisał swój adres do jego zeszytu - profesor Preobrażeński zostawiający notatkę u zwykłego studenta, jakim był Bormental! To było nie do uwierzenia.

Pożegnał się podekscytowany i szybkim krokiem, prawie biegiem, ruszył do domu. Oparł się pokusie obejrzenia przez ramię.

 


 

Następnego dnia Bormental nie miał wykładów, więc mógł bardzo szybko pojawić się u profesora. Ubrał swoje najlepsze ubrania - szary garnitur używany tylko przy nadzwyczajnych okazjach i jedną z nowych koszul.

Zabrał ze sobą zeszyt, pióro i ołówek. Nie wiedział, czego się spodziewać po roli asystenta. Czasem w trakcie wykładów był obecny asystent wykładowcy - podaj to, podaj tamto, zapisz to, zapisz tamto. A Bormental, chociaż miał wyższe aspiracje, nie miał nic przeciwko nawet, jeśli polegałoby to na tym. Asystent osławionego profesora Preobrażeńskiego!

Gdy stanął przed drzwiami pod podanym adresem, nerwowo wygładził ubrania, sprawdził czy krawat jest dobrze zawiązany i przygładził włosy, obawiając się, że wiatr je poruszył, i wyglądają jak poprzedniego dnia wieczorem. Dopiero wtedy zapukał do drzwi.

Otworzyła mu młoda kobieta, służąca profesora. Najpierw się zdziwił,  ale potem skarcił się za to. Oczywiście, że profesor ma służącą, dlaczego tak znamienity człowiek miałby wszystko sam robić?

- Doktor Bormental? - spytała spokojnie - Profesor pana oczekuje.

- Nie... nie doktor - odparł zmieszany, wieszając płaszcz na wskazanym przez kobietę miejscu - Dopiero robię doktorat.

- Profesor uważa, że jest pan doktorem - odparła zmieszana.

- Naprostuję to - obiecał, czując potrzebę usprawiedliwienia się, jakby to była jego wina. Kiwnęła głową i bez słowa poprowadziła go w głąb mieszkania. Bormental starannie ignorował bogactwo tego miejsca - żyrandol pod sufitem, niezniszczone pomalowane ściany i inne szczegóły, na które nie mógł sobie pozwolić w swojej kawalerce.

Gdy wszedł do gabinetu, profesor podniósł głowę znad dokumentów i na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.

- Ah, jest pan, doktorze - powiedział, po czym spojrzał na służącą, która stanęła trochę za Bormentalem, czekając na polecenia - Dziękuję, Zino. Możesz wrócić do siebie.

Kobieta wyszła z pokoju, zamykając za sobą cicho drzwi. Bormental zgniótł nerwowo pasek torby w dłoni.

- Profesorze, chciałbym tylko zaznaczyć - powiedział z lekkim rumieńcem - że nie jestem doktorem.

- Nie jest pan? - Filip Filipowicz spojrzał zdziwiony - Sądziłem, że rozmawiam z doktorem!

- W przyszłym roku będę bronić pracy doktorskiej - wyjaśnił Bormental czując, jakby się pogrążał. Z łatwością mógłby teraz zostać odprawiony, bo profesor mógłby stwierdzić, że nie chce współpracować z kimś, kto nie jest nawet doktorem.

- Czy… czy wciąż chce pan mnie jako asystenta?

- Dlaczego miałbym nie chcieć? - Filip Filipowicz uśmiechnął się znowu i wstał zza biurka.

- Zrozumiem, jeśli nie będzie chciał, ale obiecuję, że będę dobrym asystentem. I- i obronię doktorat, by nie musiał pan się za mnie wstydzić.

- Doktorze Bormental - powiedział poważnie profesor, stając przed nim. Student drgnął, znowu słysząc nieprzysługujący mu się tytuł - Będę pana nazywał doktorem, nawet jeśli nie ma pan tego tytułu. Mojemu asystentowi się on należy. Widzę w panu potencjał, który mówi mi, że na pewno obroni pan swoją pracę. W moich oczach już jest pan doktorem. Niech pan mnie nie zawiedzie, doktorze Bormental.

Młodszy mężczyzna kiwnął sztywno głową, delikatnie pobladły z wrażenia. Nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

- Dziękuję, profesorze.

- Jest pan gotowy pracować dla mnie od teraz? - spytał profesor, uśmiechając się do niego.

- Oczywiście - znowu kiwnął głową.

- Proszę się rozluźnić, nie gryzę - Filip Filipowicz ominął go i otworzył drzwi na przedpokój - Proszę za mną, pokażę panu, jak pracuję.