Actions

Work Header

Stan Szarikowa stabilny

Work Text:

Iwan Arnoldowicz Bormental siedział na podłodze w poczekalni przy słabym świetle jednej z żarówek, próbując zapisać w dzienniku to, co stało się tej nocy. Do mieszkania Filipa Filipowicza przyszła milicja, jakiś agent i Szwonder; wszyscy w przekonaniu, że profesor zabił Szarikowa. Po części było to prawdą - zabił istotę nazywająca się Szarikow. Czy raczej pomógł jej wrócić do poprzedniej postaci, do postaci psa. Profesor powiedział wtedy milicjantom, że to był atawizm, powrót do poprzedniego stanu, niezależny od kogokolwiek z zewnątrz. W rzeczywistości to on, Bormental, był świadkiem i asystentem w operacji, w trakcie której profesor Preobrażeński zwrócił Szarikowi jego własne narządy płciowe i przysadkę mózgową. Bormental był zadowolony, że zachował je w specjalnie przygotowanym płynie mimo, że nie dostał takiego polecenia. Nie miał pojęcia, jakim cudem Szarik przeżył drugą tak niebezpieczną operację, zwłaszcza przy gwałtownych emocjach ich obojga - wzburzeniu Filipa Filipowicza i pozostałości po furii Iwana Arnoldowicza, a jednak po kilku dniach stan psa się ustabilizował. Jego kości z powrotem się skróciły, pojawiły się włosy - sierść! - a gardło przestało wydawać dźwięki podobne do ludzkiej mowy. Profesor zakazał mu to dokumentować, więc Bormental nie miał żadnej notatki z tamtej operacji. Jednak wszystko doskonale utrwaliło się w pamięci i wiedział, że nie zapomni tego do końca życia.

Chciało mu się śmiać, gdy profesor poprosił go o pokazanie milicji Szarika, wmawiając im atawizm, ale sytuacja była zbyt poważna i zbyt zagrażała reputacji Filipa Filipowicza - oraz znacznie bardziej Bormentala. Zamiast śmiechu, był bliski paniki, że nie uwierzą im i uznają to za zabójstwo.

Teraz, w nocnej ciszy, z jego ust wydobył się cichy, nerwowy chichot, gdy rozejrzał się po pomieszczeniu. W jednym z rogów na kocu leżał Szarik, spokojnie śpiący, ignorujący obecność Bormentala tak, jak wcześniej ignorował go Szarikow, gdy musieli przebywać razem w poczekalni. Z racji spokojnego zachowania psa, Bormental pozwolił sobie na rozłożenie notatek, zdjęć i taśm z eksperymentu bez obawy, że Szarik mógłby to zniszczyć. Nie mógł się odważyć na odtworzenie taśm, na których jego głos był ledwie zrozumiały przez ekscytację - co za wstyd dla szanującego się doktora! - ale przeglądał notatki zapisane swoim drobnym, wtedy niewyraźnym pismem, które także przypominało mu jego nieprofesjonalne zachowanie. Wstydził się tego. Tak, eksperyment był nadzwyczajny. Profesor Preobrażeński odkrył coś, czego nawet nie podejrzewano wcześniej; że przysadka mózgowa uosabia charakter człowieka, jego istnienie i człowieczeństwo, oraz że wystarczy ją przeszczepić, by przedłużyć życie genialnych umysłów. W laboratorium profesora - czyli właściwie w pomieszczeniu, gdzie teraz przebywał Bormental - wciąż była gotowa do przeszczepu przysadka mózgowa Spinozy, schowana bezpiecznie w szafach, naprzeciw krzeseł dla pacjentów.

Bormental uważał, że powinni to wykorzystać, tą zdobytą dzięki Szarikowi wiedzę, ale Filip Filipowicz kategorycznie tego zabraniał. Nie chodziło o reputację ich obojga, ale o to, kim mógłaby się stać istota z przysadką geniusza, stworzona z pierwszego lepszego psa z ulicy - a nawet pierwszego lepszego człowieka. Iwan Arnoldowicz pomyślał, że byłby gotowy poświęcić siebie, położyć swoje ciało pod skalpel profesora, by sprawdzić, co by się stało z mózgiem zdrowego człowieka, gdyby wszczepić mu przysadkę kogoś innego. Eksperymentować na psie to jedno, ale eksperymentować na istocie całkowicie ludzkiej, zrodzonej z człowieka, to już coś innego, o wiele bardziej kontrowersyjnego i niebezpiecznego.

Dziennik uderzył w ścianę naprzeciwko, rzucony bezmyślnie, gdy wezbrała w doktorze złość. Złość na profesora, na Szarika, na Klima, że był pijakiem i przestępcą, ale przede wszystkim na siebie, że nie sprawdził się jako asystent i pozwolił takiej szansie przepaść. Filip Filipowicz nie zgodził się na dalsze badania ze względu na niego, do niedawna studenta, którego kiedyś zgodził się przyjąć jako pomocnika, na jego reputację, nic nie znaczącą przy reputacji sławnego profesora Preobrażeńskiego.

Szarik poruszył głową - łbem! - obudzony przez hałas. Spojrzał na Bormentala z zaciekawieniem, ale zaraz potem z powrotem ułożył głowę na łapach i zasnął. Więcej było w nim psa, niż człowieka. Bormental wstał z westchnieniem i wziął zmaltretowany dziennik z podłogi. Wiedział, że nie powinien go tak traktować - poza własnymi przemyśleniami doktora, były tam zapisane ważne notatki z badań, które mogły być potem przydatne. Zgarnął ołówek z szafki i wrócił na swoje miejsce, układając się wygodniej do pisania. Otworzył dziennik na pustej stronie, zapisał datę i godzinę, po czym zatrzymał koniec ołówka kilka milimetrów nad kartką i popatrzył w ścianę naprzeciwko. Chciał coś zapisać, tylko nie wiedział co. Prawdziwe podsumowanie eksperymentu, które nie powstało ze względu na tajemniczy atawizm Szarikowa? Nie mógł tego napisać, a jeśli by napisał, musiałby natychmiast to zniszczyć, by nie było żadnych, ale to żadnych dowodów przeciwko ich czwórce na rozprawie.

Nagle, zupełnie bez powodu, przypomniał sobie, jak trafił pod skrzydła Filipa Filipowicza, kiedy nawet nie spodziewał się, że jego energiczność i zapał mogą do tego doprowadzić. Spotkał profesora na ulicy, dosłownie na ulicy, minął go, idąc z uczelni. Rozpoznał go mimo wieczornego półmroku, znał jego twarz z gazet i z uczelni. Najpierw bał się zawrócić i go dogonić, ale coś go do tego zachęciło.

Profesor wydawał się zaskoczony, ale spokojny, gdy obrócił się do wołającego go młodego studenta w dość zniszczonych ubraniach. Bormental obawiał się, że natychmiast zostanie odprawiony w swoją stronę z racji różnicy stanu - już wtedy Filip Filipowicz Preobrażeński był wybitnym profesorem i nosił się tak, jak wypadało na bogatego mieszkańca Moskwy. Różnica w ich zamożności była kolosalna.

A jednak Filip Filipowicz zatrzymał się i pozwolił, by zadyszany Bormental go dogonił. Pozwolił też, by student zaczął do niego mówić w stresie, ale z zapałem i pasją. W tej zwykłej paplaninie, którą Bormental uraczył profesora, Filip Filipowicz wyczuł potencjał młodego studenta - wtedy jeszcze nie doktora - i spokojnie spytał, czy nie chciałby pracować dla niego.

Bormental był wtedy w siódmym niebie.

Teraz też by był, gdyby mógł zrobić coś, co pomoże profesorowi odzyskać nadszarpniętą reputację, wywołaną błędem Bormentala - wystarczyło wtedy pilnować Szarikowa lepiej, nie pozwolić mu na rozmowy ze służbą, nauczyć ogłady oraz uwięzić go, gdy próbował dobrać się do Ziny i Darii Pietrowny. Mógł z nim zostać resztę nocy, albo zatrzasnąć w pomieszczeniu, z którego by nie uciekł. Mógł zabrać te przeklęte klucze do drzwi frontowych! Jakie to było głupie, zostawić Szarikowa samego sobie!

Wtedy Szarikow nie zostałby zwykłym pracownikiem w Moskwie, nikt by go nie znał oraz - co najważniejsze - jego znajomość z tym głupcem, Szwonderem, nie nabrałaby takiego charakteru. Bormental był świadom, że Szarikow ma kontakt z tą czwórką, nowym zarządem domu profesora, i wiedział, że to się może źle skończyć - uświadomił mu to Filip Filipowicz tego dnia, gdy Daria Pietrowna przyłapała pijanego Szarikowa w służbówce.

W dniu, kiedy Szarikow wrócił jako kierownik poddodziału oczyszczania miasta - z kotów! - wiedział, że jest już za późno na naprostowanie jego myślenia. Że mózg przestępcy i pijaka zmieszał się z mózgiem psa i nie zapomni o głupich kotach, wbrew temu, co przewidywał Bormental. Wtedy musiał się zgodzić z profesorem, że jedynym sposobem na naprawienie całej sytuacji, jest zwrócenie Szarikowowi jego poprzedniej postaci, zwykłego psa. Widział, że profesor przywiązał się do kundla - który jako człowiek wywoływał w ich obu najróżniejsze uczucia, zaczynając od rozbawienia i niedowierzania, a kończąc na wściekłości. Więc z uwagi na profesora, doktor zaproponował, by Szarik został jako pies, sądząc, że to pomoże profesorowi odzyskać spokój ducha.

W trakcie tego eksperymentu widział Filipa Filipowicza rozstrojonego emocjonalnie jak nigdy wcześniej. W czasie całego eksperymentu, nie tylko operacji. Bormentalem też targały emocje i nie wiedział, co będzie dalej, ale… ale ostatecznie wszystko się naprawiło.

No, prawie wszystko. Jeszcze czekała ich sprawa, którą Szwonder własnoręcznie wytoczył przeciw nim, o zabicie kierownika poddodziału oczyszczania miasta, Poligrafa Poligrafowicza Szarikowa, mimo że jasno pokazali, że to rzekomy atawizm, nie morderstwo.

Kierownik oczyszczania miasta!

Bormental pokręcił głową z chrapliwym śmiechem, widząc jak los drwi z ich sytuacji.

Głupie koty. Głupi psi umysł nienawidzący kotów. To przez koty został kierownikiem oczyszczania, a to przez zostanie kierownikiem znalazł sobie kolejną ofiarę swoich kradzieży - tę maszynistkę, która poszła za nim z powodu jego stanowiska. A ten idiota, Szarikow, zamiast powiedzieć jej prawdę, obiecał się z nią ożenić - i zabrał pierścionek! Bormental nie był pewny, czy Szarikow nie wiedział, że powinien dać prezent, a nie zabierać, czy po prostu z winy przysadki Klima okradł biedną kobietę.

Cóż, to przynajmniej doprowadziło do końca historii i do ujęcia Szarikowa.

Westchnął ciężko, przecierając twarz dłonią i odgarniając włosy z oczu. Spojrzał na pustą kartkę i uśmiechnął się słabo, po czym przyłożył ołówek do papieru.

 

15 luty 1925 3:00

Dziesięć dni temu profesor Preobrażeński zauważył u Szarikowa zmiany - pojawiły się gęstsze włosy tam, gdzie ich wcześniej nie było, a sposób mówienia wskazywał na zanik ludzkich strun głosowych - zaczął seplenić i niewyraźnie wymawiać niektóre głoski.

Profesor postawił wniosek - atawizm. Ciało Szarika nie wytrzymało zmiany w człowieka i cofa się do swojego poprzedniego stanu. Profesor postanowił zatrzymać Poligrafa Poligrafowicza Szarikowa w swoim domu, a do oczyszczalni wysłać notatkę, że kierownik jest chory i nie przyjdzie do pracy w najbliższym czasie. Sądząc po zachowaniu zarządu domowego oraz milicji, notatka nie dotarła na miejsce.

 

Bormental urwał i znowu zaśmiał się cicho. Notatka, która nigdy nie została nawet napisana, ani nikt nie zamierzał jej napisać. Od początku Filip Filipowicz planował nie ogłaszać światu, że Szarikow stał się na powrót Szarikiem, chyba że ktoś zauważyłby jego zniknięcie - co właśnie się stało.

 

Dzisiejszego dnia przyszła do profesora milicja, oskarżając Filipa Filipowicza, mnie, Zinę oraz Darię o zamordowanie Szarikowa. Śmieszne! To prawda, wysunąłem taką propozycję Filipowi Filipowiczowi, ale stanowczo zakazał mi jakkolwiek krzywdzić Szarikowa. Jeśli ktoś miałby zostać oskarżony o morderstwo, to tylko ja.

 

Zamrugał, gapiąc się na to, co napisał, a potem błyskawicznie zamazał ołówkiem ostatnie dwa zdania tak, by nie dało się ich odczytać. Gdyby sąd dorwał się do tego notatnika, byliby zgubieni za same planowanie zabójstwa. Już Szwonder by tego dopilnował.

Odetchnął kilka razy głęboko, odsuwając rozbawienie pomieszane ze strachem na bok, po czym zaczął z powrotem pisać, tym razem ostrożniej.

 


 

Następnego dnia obudził go Szarik, trącając go ręką - teraz bliższą łapie niż ludzkiej ręce.

- Won ode mnie - warknął Bormental, spoglądając krzywo na psa. Zasadniczo lubił Szarikowa - dopóki nie zrobił się uciążliwy dla otoczenia. Mimo okazywanej irytacji, lubił uczyć go zachowania i manier przy stole, których brak tak bardzo denerwował zarówno Filipa Filipowicza, jak i jego samego.A pies… pies był psem. Chciał być głaskany, dostawać jedzenie i po prostu nie musieć się martwić o przetrwanie następnego dnia. To wszystko. Bormental nie miał prawa denerwować się ani na Szarika, ani na Szarikowa.

Westchnął i ostrożnie pogłaskał psa po plecach. Na głowie Szarik miał świeżą bliznę, pokrywającą się z poprzednią, która łatwo mogła zgubić ich obu, gdyby ktoś zauważył, że nie jest stara.

- Iwanie Arnoldowiczu, spał pan w ogóle?

Bormental poderwał głowę zaskoczony na dźwięk głosu profesora. Obok niego stał Filip Filipowicz z jego dziennikiem w ręce. Doktor rozejrzał się zdezorientowany, jakby spodziewał się znaleźć dziennik obok siebie, ale oczywiście nie znalazł. Spojrzał na żarówkę, która służyła mu w nocy za światło, a teraz została zgaszona przez profesora.

Bormental podniósł się na nogi i wygładził pidżamę, by chociaż trochę wyglądać na obudzonego. Profesor nie pierwszy raz go budził go osobiście, ale tym razem Bormental czuł się trochę inaczej, niż zazwyczaj - pewnie z powodu nocnych wydarzeń. Był zmęczony i roztargniony. Zmarszczył brwi, pocierając twarz.

- Przepraszam, chyba pana nie usłyszałem - stwierdził przepraszająco, spoglądając na profesora - Mógłby pan powtórzyć pytanie, Filipie Filipowiczu?

Profesor zaśmiał się ciepło i wręczył mu dziennik.

- Pisał pan po tym, jak ta banda poszła, prawda? Trzecia w nocy… powinien pan się wyspać, doktorze, na pisanie jest czas w dzień.

Bormental uśmiechnął się, podnosząc ołówek z podłogi i ignorując krążącego wokół nich Szarikowa, który machał ogonem, by zwrócić ich uwagę. Pies był większy od swojej pierwotnej postaci, ale większość czasu spędzał na czterech łapach, co dobrze wróżyło.

Przy okazji, swoim zwyczajem, doktor wyjrzał przez okno.

- Dwójka - poinformował Filipa Filipowicza, uśmiechając się lekko - Długo tam stoją?

- Zina chwilę temu mówiła, że nikogo nie było - odparł profesor, wzruszając ramionami - Proszę iść się naszykować, doktorze. Za pół godziny jemy śniadanie, potem wszystko zgodnie z planem. Szarik! Do kuchni, Daria Pietrowna da ci jeść - profesor wskazał w kierunku kuchni, a pies, merdając ogonem, podreptał tam, obserwowany przez obu lekarzy.

W końcu Bormental spojrzał na profesora.

- Stan Szarika jest stabilny - powiedział trochę zmęczonym, ale zadowolonym głosem, w którym już pobrzmiewał jego zwyczajowy zapał - Wcześniej nie mogliśmy być pewni, ale teraz mogę panu spokojnie powiedzieć, Filipie Filipowiczu, że możemy wrócić do codzienności - klasnął w ręce, uśmiechnął się szeroko - Czas dalej spełniać marzenia bogatych ludzi.