Actions

Work Header

Odnalazłeś mnie.

Chapter Text

Przyszedł na świat burzowej nocy, a jego matka śmiała się, że to z tego powodu jego oczy przypominały niebo tuż przed ulewą. Był długo wyczekiwanym dzieckiem, dziedzicem jednego z największych i najpotężniejszych królestw na kontynencie, wymodlonym nie tylko przez rodziców, ale też przez ich poddanych. W momencie, w którym wszyscy zwątpili, Starożytni pobłogosławili jego matkę i dziewięć miesięcy później dziedzic tronu oznajmił swoje narodziny głośnym wrzaskiem. Będąc jedynym dzieckiem, był rozpieszczany przez wszystkich, począwszy od rodziców, przez pałacowych doradców, kończąc na służbie i poddanych.
Być może dlatego Książę Aomine Daiki wyrósł na mężczyznę silnego i przystojnego, ale jednocześnie leniwego i upartego. Nie był podobny do swojego ojca, dobrego i mądrego Króla, ale miał w sobie coś, przez co nikt nie mógł się na niego złościć dłużej niż pięć minut. Dyplomaci, kobiety, mężczyźni, pracownicy pałacu i goście – wszyscy ulegali jego urokowi osobistemu.

Wszyscy, za wyjątkiem najbliższych, którzy doskonale wiedzieli, jaki jest Aomine Daiki.

 

Era Yami, rok 37.
Królestwo Touou.

 

-Co za buc – jęknął Imayoshi Shouichi, prawa ręką i doradca Króla Touou, Aomine Takeshiego. Oczywiście, nie wygłaszał tego typu uwag przy swoim pracodawcy i nie odnosiły się też do niego, ale do jego syna, Księcia Aomine Daikiego, który właśnie leżał na szezlongu i zajadał się winogronami.
Stojący obok Imayoshiego Wakamatsu, przełożony Gwardzistów, westchnął ciężko.
-Zawsze taki był – mruknął. -Odkąd pamiętam.
-Jako dziecko przynajmniej był uroczy – Imayoshi pokręcił głową, widząc jak Aomine drapie się w głowę a potem ziewa szeroko, pokazując wszystkim stan swojego uzębienia i resztki owoców. -W tym tempie nigdy nie przygotujemy go na bal.
Na samo wspomnienie o nadchodzącej imprezie, Wakamatsu wzdrygnął się nieprzyjemnie.
-To będzie okropne. Współczuję każdej Omedze, która będzie zmuszona go poślubić. Nawet korona Królestwa nie jest tego warta.
-Prawda? - westchnął tamten. -Ale co poradzimy. Królewski rozkaz i inne takie.
Imayoshi chrząknął cicho i wystąpił do przodu. To nie tak, że nie lubił Aomine. Na swój sposób nawet go kochał, upartego i głupiego, gdyż nie sposób było nie docenić tego, jak wiele pracy wkłada w obronę Królestwa, ale bywały takie dni, że miał ochotę wywiesić go za jaja za oknem.
Z najwyższej wieży.
Na tydzień.
-Panie – zaczął, a Aomine odłożył winogrono, które właśnie wkładał do ust i otarł usta wierzchem dłoni.
-He? - burknął, mrużąc swoje granatowe oczy.
-Król i Królowa oczekują twojej obecności na dzisiejszym balu – oznajmił prosto z mostu. Reakcję zobaczył niemal od razu.
Panika.
-Nie – powiedział krótko Aomine, podnosząc się. W przeciwieństwie do innych członków panującej dynastii, nie przepadał za noszeniem szat, preferował proste spodnie i tuniki, opadające mu do połowy bioder. -Nie. Ha, ha, nie.
-Książę…
-Nie. Po prostu nie. Powiedziałem raz i nie będę się powtarzać. Nie szukam żony – oznajmił twardo, odstawiając misę na stolik z głośnym hukiem. Imayoshi wzdrygnął się lekko. -I nie będę brał udziału w żadnej imprezie, która ma temu służyć.
-Wasza Wysokość – Alfa ugryzł się w język, żeby nie zakląć. -Dobrze wiesz, że Jego Miłość, Król Takeshi, ma już swoje lata i oczekuje…
-I niech sobie oczekuje – warknął. -Nie będę płodził dzieci dla zadowolenia ludzi. I nie poślubię jakiejś wyfryzowanej, wypachnianej Omegi tylko po to, żeby moi rodzice byli zadowoleni.
Imayoshi nawet nie wiedział, od czego zacząć. Od przypomnienia mu o obowiązkach wobec Królestwa czy od tego, że używał słów, które nie istniały. Wiedział jednak, że wdawanie się teraz w dyskusję nie miało żadnego sensu. Jeśli Aomine uparł się na coś, łatwiej byłoby przenieść górę niż przekonać go. Oczywiście, mógł próbować pokierować nim tak, by młody Książę myślał, że sam wpadł na ten pomysł.
-Doskonale cię rozumiem – zaczął, przyjmując inną taktykę. -W końcu sam zbuntowałem się, kiedy rodzice próbowali mnie ożenić na siłę.
-No właśnie! Gdybyś ich posłuchał, nigdy nie poznałbyś Ryo!
Na sam dźwięk tego imienia, Imayoshi poczuł, jak jego wewnętrzna Alfa się uspokaja. Sakurai Ryo, jego Partner i od paru lat małżonek. Omega, czekająca na niego w domu wraz z ich dwuletnim synkiem. Powód, dla którego Imayoshi zerwał kontakt ze swoją rodziną i na własną rękę wspinał się po szczeblach kariery, aż został doradcą samego Króla. Najcudowniejsza istota na tym świecie; mógł spędzać całe dnie, po prostu na niego patrząc.
-Tak, nie poznałbym – przyznał. -Ale jeśli nie będziesz wychodzić z komnaty, również nikogo nie poznasz. Nikt nie każe ci brać pierwszej lepszej Omegi i ciągnąć ją przed ołtarz, Daiki – zwrócił się do niego po imieniu. -A to, że przyjdziesz, naprawdę ucieszy twoich rodziców.
-Wiem – mruknął, drapiąc się w kark. -Kurwa mać. No dobra. Przyjdę. Ale nie ubiorę tej strojnej szaty!
Imayoshi spojrzał na wspomnianą szatę, prezent od babki Aomine. Klasyczny krój, typowy dla ich kraju, oczywiście w królewskich barwach czerni i czerwieni. Starożytni jednakże wiedzieli dlaczego Jej Wysokość uznała, że jej wnukowi do twarzy będzie w brokatowym atłasie.
-Starożytni nie, w tym odstraszyłbyś każdą Omegę – zaśmiał się. -Może po prostu załóż mundur. Wiesz, ludzie lubią, jak ubierasz się skromnie, bo to podkreśla to, jak jesteś przystojny – dodał, łechcząc jego ego.
Aomine zamyślił się, co było rzadkim widokiem. Odwrócił się w stronę okna i tę okazję wykorzystał Wakamatsu, by pokazać Imayoshiemu uniesiony kciuk. W tym tempie może faktycznie uda im się coś osiągnąć.
-Poza tym, zmusimy Kagamiego, by też przyszedł – dodał Gwardzista. -I jemu też każemy się ładnie ubrać.
Aomine odwrócił się, nagle szczerząc zęby w wrednym uśmieszku.
-Zgoda!

 

-Nienawidzę cię.
Tymi słowami powitał go Kagami Taiga, gdy zajmował miejsce po jego prawej stronie. Aomine uniósł dumnie nos i wykrzywił usta w lekkim uśmiechu.
Znali się tak długo, odkąd Aomine sięgał pamięcią. Kagami był sierotą, którą jego ojciec przywiózł z jednej z wypraw wojennych, głównie dlatego, że był w wieku jego własnego syna. Dorastali razem, goniąc się po zamkowych korytarzach i prześcigając się w coraz głupszych i bardziej szalonych pomysłach. Obaj jako giermkowie służyli temu samemu rycerzowi i obaj uczyli się walki od tych samych nauczycieli i od siebie nawzajem. I jedyne to szło im dobrze, gdyż obaj dzielili tą samą niechęć do jakichkolwiek nauk akademickich.
Wkrótce Kagami był dla niego jedynym rywalem godnym uwagi, podobnie jak Aomine dla swojego przyjaciela. Na polu walki stanowili duet nie do pokonania. Jedyne, co ich różniło, to zainteresowanie Omegami. Kagami wolał drobne i delikatne, podczas gdy Aomine szukał silnej Omegi, podświadomie pragnąc kogoś, kto wraz z nim będzie niósł brzemię rządzenia krajem.
Teraz przyjaciel, czy też bardziej brat, stał obok niego, w swoim galowym mundurze i pelerynie przewieszonej przez jedno ramię. Czujnym wzrokiem rozglądał się dookoła, gdyż od kiedy został pasowany na rycerza, jego zadaniem było przede wszystkich ochranianie pleców Aomine.
-Myślałeś, że sam będę to znosił? - prychnął Aomine, ujmując w dłoń kielich z winem. -Mowy nie ma.
-Gdybym chciał iść na targ, wolałbym iść oglądać konie, nie Omegi – zauważył Kagami, patrząc na Omegi, które z daleka posyłały Aomine zainteresowane spojrzenia. Świadomość, że jest dla nich potencjalnie równo atrakcyjny (protegowany samego Króla Touou i najbliższy przyjaciel Księcia i Dziedzica Tronu!) sprawiała, że aż cały się pocił. Nie miał ochoty na kolejne umizgi Omegi, która została do tego nakłoniona przez rodziców.
W sumie Kagami nie wiedział, co gorsze: Omegi, które zbliżały się do niego, by dostać się do Aomine czy te, które uważały go za wystarczającą nagrodę pocieszenia.
-No nie? - westchnął ze znudzeniem Książę Aomine. -Żadna nie wpadła mi w oko, a nie mogę wyjść. Matka co chwila przyprowadza mi kolejną córkę lub syna Lorda albo innego Hrabiego, w nadziei, że coś zaiskrzy. To upokarzające.
-Dla was obojga – przyznał. Oczywiście, jemu również Królowa sprawiła kazanie o tym, że czas znaleźć sobie Omegę i ustatkować się, oczywiście dając tym samym przykład jej synowi.
-Za młody jestem na małżeństwo – powiedział cicho. -Chcę wpierw zwiedzić resztę kontynentu, może popłynąć do Shinzen, gdyż zawsze chciał je zwiedzić. Chciał też zobaczyć Shiratorizawę i od paru miesięcy namawiał Kagamiego na wyprawę.
-Wiem. Uwierz, mnie też się nie spieszy…
Obaj westchnęli ciężko, razem, jak na zawołanie. Aomine rozsiadł się wygodniej, podpierając brodę na ręce. Doceniał to, gdzieś w głębi serca rozumiejąc, dlaczego rodzice próbują go ożenić. Oboje byli już w starszym wieku i wnuki nie były jedną ich motywacją. Nie chcieli, by Aomine został kiedyś sam. Nie potrafił się jednak zmusić. Być może, gdy nadejdzie taki dzień, poślubi Omegę, z którą się zaprzyjaźni i która nie będzie go zanudzać. Na razie jednak cały czas żył w przeświadczeniu, że kiedyś uda mu się spotkać kogoś, kto zmieni jego życie tak, jak pojawienie się Ryo zmieniło życie zgorzkniałego Imayoshiego.
-Królowa idzie w naszą stronę – ostrzegł go Kagami. -Prowadzi jakąś Omegę. Tańczyłeś już dziś?
-Trzy razy – jęknął. -Nie dam rady znów.
-W porządku – powiedział Kagami, przeczesując palcami włosy. -Wycofujemy się…
Obaj spojrzeli na siebie i gdy tylko do Królowej zagadał jeden z Hrabiów, a tłum tańczących przesłonił podium, na którym się znajdowali, wiedzieli, że to ich szansa. Wymknęli się, oddychając z ulgą dopiero wtedy, gdy znaleźli się na tarasie.
Aomine oparł się o barierki i spojrzał z góry na miasto, które nigdy nie zasypiało. Nawet z oddali widział ludzi, którzy wciąż bawili się na ulicach i światła, które wydawały się lekko poruszać na wietrze.
-Wiesz, że znajdzie nas tutaj – powiedział Kagami, oglądając się za siebie, nim oparł się plecami o barierkę.
-Wiem. I będzie nam miała za złe to, że daliśmy nogę – westchnął ciężko. -Szkoda, że nie ma żadnego poważnego powodu…
-Bo wtedy mielibyście wytłumaczenie!
Obaj poderwali się, stając niemal na baczność. Chociaż Królowa sięgała im czubkiem głowy do połowy torsu, potrafiła jak nikt inny sprawić, by zarówno jej syn, jak i jego najlepszy przyjaciel, w ułamku sekundy stali się potulni jak baranki.
-Mamo – jęknął Aomine, zupełnie jak wtedy, gdy był dzieckiem.
-Wasza Wysokość – zawtórował mu w podobnym tonie Kagami.
-Co ja z wami mam, o Starożytni! - sapnęła, kładąc dłonie na biodrach. -Daiki, Taiga, czemu uciekliście? Córka Lorda Koukiego nie jest taka zła!
-Wiem, mamo, po prostu… Potrzebowaliśmy trochę świeżego powietrza – to nie do końca było kłamstwo.
-Daiki, skarbie, wiem że myśl o małżeństwie cię przeraża. Podobnie jak ciebie, Taiga, ale zrozumcie, że w końcu nadejdzie ten dzień, a my po prostu chcemy wam ułatwić poszukiwania…
-Wiem, mamo. Wiem – powiedział, trąc palcami oczy. Książę Aomine czuł, że nadchodzący ból głowy niestety nie będzie wynikiem wypicia zbyt wielkiej ilości alkoholu. -Ale…
-Ale to górale na skale! - przerwała mu. Po chwili odetchnęła jednak głęboko, uspokajając się. Przypomniała sobie, jak dwa bale temu Aomine udawał ból brzucha (Kagami uznał, że zjadł to samo i zaszkodziło im obu), a poprzednio po prostu obaj uciekli. Musiała postąpić z nimi po dobroci, chociaż Starożytni jej świadkiem, że obydwaj wystawiali jej cierpliwość na próbę. -Dobrze. Dobrze – powtórzyła. -Rozmawiałam o tym z twoim ojcem.
-I? - zapytał Aomine bez cienia nadziei w głosie. -Mam być gotów na najbliższa sobotę, wybrankę poznam w Świątyni?
-Ciesz się, że masz ten sarkazm po mnie, inaczej umyłabym ci tę buzię szarym eliksirem – warknęła. -Nie. Rozmawialiśmy o tym, by dać wam rok.
-Rok? - uniósł brwi, a Kagami przechylił lekko głowę.
-Tak. Rok. Dwanaście miesięcy, zaczynając od twoich najbliższych urodzin aż do kolejnych. W tym czasie my nie ingerujemy. Robicie co chcecie, oczywiście w granicach waszego… rozsądku – westchnęła, wiedząc że nie bardzo ma na co liczyć. -Za rok, w twoje urodziny, chcielibyśmy, żebyście przedstawili nam Omegi, które sami wybraliście. To nie muszą być Omegi – dodała – chociaż wiecie, że pragniemy wnuków. Od ciebie też, Taiga.
-Wasza Wysokość…
-Nic nie mów – przerwała mu cicho. -Wychowałeś się razem z Daikim i chociaż nie możesz odziedziczyć Królestwa, jesteś naszym synem tak samo, jak nasz pierworodny. Twoje dzieci będziemy traktować tak, jak dzieci Daikiego.
-Wybiegasz do przodu, mamo – mruknął Aomine. -Rozumiem małżeństwo, ale żeby od razu dzieci? Nie poganiaj nas tak…
-Wiem, wiem – uśmiechnęła się i czule założyła mu za ucho kosmyk granatowych włosów. -Rok, Daiki, Taiga. Dajemy wam rok. Wykorzystajcie go na to, by dorosnąć, dobrze?

 

Era Yami, rok 38.
Królestwo Touou.

 

Aomine Daiki siedział na grzbiecie konia, owijając się szczelniej szalem. Chociaż należał do wygodnych i leniwych osób, kiedy dowiedział się o tym, że zauważono żołnierzy Kirisaki w górach na południowym wschodzie ich kraju, wraz ze swoim oddziałem i wiernym przyjacielem Kagamim wyruszył, by bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Zimowa pogoda jednak nie sprzyjała temu, by zajmować się czymkolwiek, a śnieg, który wkrótce zamienił się w deszcz, rozmoczył wszystkie górskie szlaki i ich wozy grzęzły w błocie. Dlatego wraz z Kagamim udał się na czele mniejszego oddziału, zaledwie kilku konnych, na przód, by bliżej przyjrzeć się śladom, nim i te zostaną zmyte. Nie przypuszczał, że zastaną maruderów na miejscu, siedzących dookoła ogniska.
Po wojnie na sąsiednim kontynencie, wielu żołnierzy, zwłaszcza z kraju pokonanego przez Seirin, Kirisaki, przypływało tutaj, żeby odnaleźć swoje nowe miejsce. I o ile Aomine mógłby się na to zgodzić, tak żołnierzy nie interesowała żadna praca i legalny pobyt. Zajmowali się grabieżą i mordowaniem tych, którzy im się sprzeciwiali. Dlatego nie miał wobec nich łagodnych zamiarów.
Dyskretnie dał znak swoim ludziom, a sam wyjął miecz z pochwy. Zaczęli obchodzić obozowisko dookoła, zostając w zasięgu swojego wzroku. Oczywiście, o ile zamierzał pojmać maruderów żywcem, nie będzie przesadnie ostrożny. Nie chciał, by jego ludziom stało się coś złego, dlatego to on pierwszy wyskoczył z zarośli i rzucił się w stronę obozowiska.
Kilka sekund później walka trwała już w najlepsze, a Aomine czuł, że do jego pleców swoimi przywiera Kagami. Z uśmiechem rzucił się na kolejnego przeciwnika, nie musząc obawiać się o tyły.
Jedynym, czego się nie spodziewali było to, że Kirisaki zaczną uciekać. Gdy kilku z nich upadło na ziemię, wraz z upływem krwi tracąc swoje życie, reszta rzuciła się przed siebie. Aomine skinął na swoich ludzi, każąc im zabezpieczyć tych, których udało im się pojmać żywcem, a wraz z Kagamim i jeszcze dwójką zaufanych żołnierzy, pobiegł za resztą.

 

Kise Ryouta, Pan Północnej Wieży, spał niespokojnie. Udało mu się zasnąć dopiero godzinę temu, gdy w końcu skończył pisać jedną z nowych ksiąg, traktującą o alternatywnej metodzie leczenia chorób u dzieci. Był wyczerpany, zwłaszcza ze względu na to, że dwa dni wcześniej skończył kolejny (samotny) Heat i jego ciało jeszcze nie całkiem wróciło do równowagi. Wciąż miewał napady gorąca i zimna, dlatego miotał się pod przykryciem, to zrzucając je z siebie, to znów naciągając i dygocząc, jak gdyby znów przeżywał Heat na nowo.
Dlatego kiedy w środku ktoś załomotał to jego drzwi, niemal od razu usiadł na łóżku. Skinieniem dłoni wyczarował kulę ognia, która zalała zagraconą komnatę lekkim blaskiem.
-Kto tam? - zawołał, palcami wymacując pod poduszką sztylet.
-To ja, Panie – usłyszał głos Takao. -Jesteś potrzebny w infirmerii.
-Ja? Przecież dziś w nocy dyżur ma – zamyślił się na chwilę. Przecież sam układał grafik. -Dziś dyżur ma Izukicchi.
-Tak, ale.. - Takao chrząknął. -Mamy… kogoś specjalnego.
-Specjalnego? - Kise mimo niechęci do opuszczenia ciepłego łóżka, sięgnął po okrycie wierzchnie i narzucił je na siebie. Chwilę później otworzył drzwi i stanął twarzą w twarz z jedną z niewielu Bet, które pracowały w infirmerii.
-Panie – Takao szybko skinął mu głową, blady i niespokojny. -Żołnierze właśnie przywieźli rannego Księcia Touou. Nalegają, abyś to ty się nim zajął.