Actions

Work Header

Lost me

Chapter Text

 

Tony się tego nie spodziewa.

Od powrotu z Nowego Jorku mija jakieś dwa tygodnie, a górne dziesięć, może piętnaście pięter Stark Tower jest w remoncie po wizycie Hulka. Pacyfik widoczny z okien rezydencji w Malibu o wiele bardziej odpowiada Tony’emu, podobnie jak stary, dobry warsztat. Działa uspokajająco, znajomy zapach oleju silnikowego, smaru i metalu koją zszargane nowojorskimi wydarzeniami nerwy i pozwalają zapomnieć o ciemnych snach.

O wiele prościej jest zamknąć się na dole, kazać Jarvisowi włączyć AC/DC i oddać się nauce. Nawet witaminowa papka, której ogromne ilości wlewa w siebie każdego dnia, smakuje jakoś lepiej w Malibu. Po krótkim romansie z koktajlem z chlorofilu Tony czasami wręcz z radością powraca do witaminek w płynnej formie – wszak wszystko jest lepsze od chlorofilu – szczególnie gdy zapomina o mniej-więcej regularnym odżywianiu się, a Pepper jest akurat zajęta lub poza krajem.

Dwa tygodnie od powrotu do Kalifornii są w gruncie rzeczy całkiem spokojne, a ten brzydki siniak na policzku, jaki zafundowała mu wściekła Potts, praktycznie już zniknął. Tony przyjął to z godnością, w duchu przyznając jej rację. Ego nie pozwoliło zrobić tego głośno. Kocha Pepper prawie tak samo mocno jak naukę, Jarvisa i okazjonalne włamywanie się do baz danych SHIELD, chociaż decyzja o trzymaniu się z dala od rządowego bałaganu wydaje się być bardzo oczywistym i jedynym słusznym wyjściem. Remont Tower i tak leży w kwestii jego portfela, a Fury za święty spokój zażyczył sobie kilku medialnych występów u boku Romanoff i Rogersa. Rozgrywają to na dobrego Kapitana Wcielenie Amerykańskiej Tradycji, oziębłą królową szpiegów i ekscentrycznego milionera, zbyt bogatego i znudzonego, żeby inwazji kosmitów nie zbagatelizować.

Oczarowują wszystkich, co do jednego, szczególnie Tony, czasami tylko potrzebując patriotycznego uśmiechu Rogersa.

Niestety kłamstwa są tylko kłamstwami, nie mającymi nic wspólnego z rzeczywistością. Prawda zaś powoduje u Tony’ego pewien rodzaj paranoi, potrzebę budowania zbroi za zbroją, wynalezienia wszystkiego, co mogłoby ochronić świat przed kolejną inwazją. To jedyny sposób na zabicie czasu i bezsenności, jedyny sposób, żeby może pewnego dnia poczuć się bezpiecznie.

Prawie udaje mu się być gotowym na wszystko.

Jedyna rzecz – cóż, właściwie osoba – na którą nie jest gotów, ma postać bladego jak ściany w gabinecie Pepper, wysokiego bruneta siedzącego z lekko ironicznym uśmiechem na oparciu sofy w rogu warsztatu.

– Jarvis, ile dziś wypiłem? – pyta zdezorientowany Stark, kiedy spostrzega owe zjawisko.

– Zanotowałem jeden i osiemdziesiąt sześć setnych litra koktajlu witaminowego oraz dwie szklanki whisky, sir – mechaniczny głos sztucznej inteligencji rozbrzmiewa nieznacznym niezrozumieniem, ale to nic. Tony też wielu rzeczy nie rozumie, na przykład widoku rozciągającego się przed nim.

Chciał jedynie przeszukać szafki w poszukiwaniu ukrytych tam dawno, dawno temu batoników proteinowych, a natrafił na niestabilne emocjonalnie nordyckie bóstewko.

– Ile czasu nie śpię? – zadaje kolejne pytanie. – Bo chyba mam omamy z niewyspania.

– Pięćdziesiąt trzy godziny. Pańskie funkcje życiowe są w normie, nic nie wskazuje na zaburzenia pracy mózgu, sir.

– Czy ty mnie skanujesz, Jarvis? – parska rozbawiony. – Jeśli nie mam omamów, na trzeźwo tego nie zdzierżę – rzuca, po czym rusza w stronę schodów prowadzących do salonu i przestronnego barku z alkoholami. Butelka szkockiej powinna wystarczyć, przynajmniej ma taką nadzieję. Bierze kilka łyków, po czym z płynną odwagą w dłoni wraca do warsztatu. – Okej, Reniferku, przybyłeś mnie zabić?

Odpowiada mu uniesieniem brwi ku górze z jawną pogardą.

– Pytam serio, zawsze lepiej przygotować testament. Jarvis, zanotuj, że przekazuję całe swoje zasoby alkoholu Bartonowi, a Natasha dostanie w prezencie zestaw kuchennych noży. Firma oczywiście dla Pepper, chociaż w gruncie rzeczy Pepper już od dawna ma moją firmę…

– Jesteś kretynem, Stark – przerywa mu cichy pomruk. Loki nie rusza się nawet o centymetr, ale to nie zmienia faktu, iż Tony jest przerażony. Nagła wizyta w warsztacie sojusznika kosmicznych potęg, korzystającego z technologii, która przerasta Starka, i rozumiejącego jej zawiłości – to zdecydowanie za dużo. Najprościej jest więc zagadać przybysza z Asgardu do tego stopnia, iż będzie znudzony lub zirytowany i sobie zniknie, a potem sprawdzić protokoły bezpieczeństwa Jarvisa.

– W gruncie rzeczy alkohol może lepiej zapiszmy kapitanowi, co myślisz, J? – kontynuuje pozornie beztrosko Stark, podchodząc do szafek, naprawdę blisko Lokiego, i stawiając tam butelkę. Potem wyciąga dwie szklanki z górnej szafki. – Drinka? – zwraca się do Asgardczyka, który przeczy nieznacznym ruchem głowy. – To już drugi raz, kiedy mi odmawiasz. Chyba powinienem poczuć się urażony. Jarvis, zapisałeś alkohol dla Rogersa? Bo właśnie wpadłem na nowy pomysł. Może zostałbyś częścią spadku dla doktora Bannera? On uwielbia z tobą pracować, co myślisz, Jarv?

Stark odwraca się w stronę Lokiego z pełną alkoholu szklanką i ze zdziwieniem spostrzega, iż pogarda w jego oczach zmieniła się w pełne politowania rozbawienie.

– Uważam, iż nic nie zagraża pana życiu, sir – odpowiada powściągliwie AI.

– Na pewno nie chcesz drinka, księżniczko? – zwraca się jeszcze raz do gościa. – Ani mnie nie zabijesz?

Na oba pytania odpowiada mu jedynie nieznaczny, prawie niezauważalny, przeczący ruch głowy. Bez ryzyka nie ma zabawy, więc Tony odważa się opaść ciężko na sofę zdecydowanie zbyt blisko Lokiego.

Tony Stark nie byłby Tonym Starkiem, gdyby nie podchodził do własnego bezpieczeństwa w idiotyczny sposób.

– Skończyłeś już gadać, Stark? – odzywa się Loki po kilku chwilach milczenia. Tony wzrusza ramionami i bierze kolejny łyk szkockiej.

– Mogę zagadywać cię jeszcze przez jakieś dziesięć minut, albo możesz te dziesięć minut zaoszczędzić, powiedzieć, co tu właściwie robisz, a potem sobie pójść w cholerę. Wybieraj, Rogasiu.

– Z każdym kolejnym określeniem tego typu żałuję coraz bardziej, że postanowiłem cię dziś nie zabijać – mruczy w odpowiedzi, wyraźnie niezadowolony, wstawszy z oparcia sofy. Ubrany w swoje skórzane wdzianko w odcieniach brązu i zieleni okrąża mebel w wyjątkowo dostojny sposób i siada obok Starka. Prawie na wyciągnięcie ręki, a jednak zachowując dystans.

– Nie podejrzewałem, że twoje słowo jest w ogóle wiążące – odpiera natychmiast Tony, nim zdąży się ugryźć w język. Ma obok siebie nordyckie bóstwo, które wydaje się być dość stabilne, a nawet całkiem chętne do współpracy, zaś w głowie już narodziło mu się z osiem planów, jakich na pewno nie powinien realizować, gdyby był rozsądny i zdrowy na umyśle.

Jak dobrze, że wcale nie jest.

– Zamknij się, Stark – słyszy tylko w odpowiedzi. Sam jest zdziwiony, że grzecznie na to przystaje i tak sobie siedzą w ciszy przez dobrych kilka minut, gdy Tony sączy whisky, a Loki wpatruje się w wyłączony telewizor.

– Powiesz mi wreszcie, co za diabeł cię tutaj przytargał? – pyta nareszcie, z odrobinę niecierpliwą nutką, bo zbyt długie siedzenie w ciszy w tak szczególnym towarzystwie staje się niezręczne. Albo stawałoby się, gdyby w słowniku Starka istniało takie pojęcie. – I dlaczego nie chcesz drinka?

Wszystko, co niekomfortowe, najłatwiej jest uciszyć lekkim flirtem. I to wcale nie tak, że Tony planował nagle trochę popodrywać Lokiego, co to, to nie. Po prostu tak jakoś samo wyszło. Im bardziej zbije z tropu bóstwo chaosu, tym większa szansa, że to przeżyje. Mógł chociaż kazać Jarvisowi wysłać jakąś wiadomość do Steve’a albo Clinta, albo kogokolwiek innego.

Głupi, głupi i bezmyślny Tony Stark.

– Jeszcze raz wspomnisz o drinku, a wsadzę ci mój własny hełm w tyłek – warczy Loki.

Zirytowanie nordyckiego bóstewka przy pomocy niewinnych uwag jest czymś, z czego Tony niewątpliwie powinien być dumny, byleby tylko nie dać tego po sobie poznać. Żywy geniusz jest lepszym geniuszem od martwego geniusza. Poza tym głupio by było przeżyć Afganistan, a zginąć, bo się dogryzło o jeden raz za dużo Lokiemu.

– Może po prostu twoje towarzystwo sprawia mi przyjemność? – odpowiada wreszcie na pytanie dnia z wyraźną drwiną. – Podobno jesteś najinteligentniejszym śmiertelnikiem na tym padole, zgadnij sam.

– Na tym padole? Coś ty, ze średniowiecza się urwał?

Wystarczy jedno groźne spojrzenie Lokiego, ażeby natychmiast spoważniał.

– Okej, okej, będę już grzeczny, nie chcę twoich rogów w swoim tyłku – po czym następuje chwila milczenia. Tony nie potrzebuje dużo czasu, ażeby zrozumieć motyw wizyty Lokiego. Właściwie, zrozumiał go jakieś dwa tygodnie temu, chwilę po tym, jak przestał jechać na adrenalinie.

– Chcesz wiedzieć, czemu twój magiczny kijek przeznaczenia nie zadziałał na mnie jak na Katniss.

– Katniss? – Loki spogląda na niego z niezrozumieniem.

– Taka laska z łukiem i strzałami, serio nic ci nie świta? Myślałem, że tylko twój brat i Kapitan Lodowy Sopel są beznadziejni w popkulturę – wzdycha ciężko.

– To nie jest mój brat – warczy ponownie Loki. Użyte określenie wydaje się działać na niego niczym płachta na byka.

– Hej, księżniczko, nie wnikam w wasze rodzinne patologie – ucina natychmiast temat. – Generalnie też się nad tym zamierzałem zastanowić, ale najpierw postanowiłem zrobić jakiś milion innych rzeczy.

– Stark – głos Lokiego jest głęboki, lodowaty, rozbrzmiewa groźbami, których nie trzeba ubierać w konkretne wyrażenia.

– Laska nie zadziałała, twoja kosmiczna armia przegrała, takie są fakty. Dlaczego tak się stało? Nie wiem, może pomyślę o tym za jakieś nigdy. Czy teraz mogę zaproponować ci drinka? – obdarza go promiennym uśmiechem.

Loki przewraca tylko oczami i chyba zamierza coś odpowiedzieć, lecz przeszkadza mu głos Jarvisa:

– Sir, dzwoni doktor Banner. Był z panem umówiony na telekonferencję.

Na oczach Tony’ego Loki rozpływa się w zielonej mgle z najbardziej niewinnym uśmiechem świata. Potrząsa głową i kilkukrotnie mruga, zastanawiając się, czy aby na pewno nie miał omamów, po czym uzupełnia szklankę bursztynowym płynem.

Jeśli naprawdę nie miał omamów, spędził jakieś piętnaście minut na niegroźnym droczeniu się z facetem, który nie tak dawno wyrzucił go przez okno penthouse’a Tower.

Dziwniejsze rzeczy się zdarzały.

– Jasne, Jarvis – rzuca, wstaje z sofy i zaczyna bawić się jednym z hologramowych projektów. – Cześć, Bruce, nie zepsułeś mi jeszcze bardziej wieży?

 

 

Cztery dni później Tony’emu udaje się wmówić sobie, że Loki był koszmarem sennym albo omamem, albo czymkolwiek tam innym. W każdym razie na pewno nie był prawdziwy. W międzyczasie sprawdza też protokoły bezpieczeństwa Jarvisa. Dokładnie siedem razy sprawdza, przekopując się przez cały jego kod, i nie znajduje ani jednego błędu. Systemy nie zarejestrowały niczego niepokojącego podczas wizyty Lokiego, jakby doskonale wiedziały, iż Asgardczyk zamierza grzecznie siedzieć na sofie, odmawiać whisky i dopuścić się może ze dwóch gróźb, obu stosunkowo nieistotnych, spojrzawszy na fakt, że dwa tygodnie wcześniej wyrzucił go przez okno.

Tony nie jest pewien, co o tym myśleć.

Nie wspomina nikomu o niezapowiedzianej wizycie – jest mu prościej bez epickich kłótni z Pepper, bo znów zachowuje się nieodpowiedzialnie, naraża swoje życie i tak dalej. Bez SHIELD i nowych tak zwanych super-przyjaciół też. Clint na dzień dobry poczęstowałby go strzałą w oko za brak zaproszenia na kameralne spotkanie z Lokim. Tony nie musi doskonale znać Clinta, żeby wiedzieć, iż na pewno by to zrobił.

Cztery dni po cholernej, niespodziewanej wizycie Tony siedzi na podłodze w warsztacie i jedną ręką bawi się holograficznym projektem nowej rękawicy do zbroi, a w drugiej trzyma kawałek pizzy, kiedy słyszy:

– Nie powinieneś pracować nad tym, dlaczego berło nie miało na ciebie wpływu?

Tony zaklina szpetnie i bardzo głośno, po czym mamrocze:

– Jarvis, kurwa, znowu? Ile jeszcze razy mam sprawdzać twoje protokoły bezpieczeństwa?

– Nie wykrywam żadnego zagrożenia na terenie domu, sir – odpowiada mu natychmiast AI. Świetnie, zdradzony przez własną sztuczną inteligencję, według której Loki jest równie niebezpieczny co Happy. A Happy jest niebezpieczny tylko wtedy, gdy ktoś zagraża życiu Tony’ego, o ironio.

– Jesteś głodny, Rogasiu? – rzuca beztrosko, stosując jedyną znaną sobie i w miarę skuteczną linię obrony. Może Loki nie zauważy tych trzech szybszych wdechów i zaciśnięcia pięści w holograficznym modelu. – Pizza jest już co prawda trochę zimna i nie wiem, czy lubisz pepperoni, ale podobno trzeba być miłym dla gości. Nawet jeśli nie bardzo się ich chciało.

– Nie bądź wredny, Stark – prycha Loki, pojawiając się tuż przed nim, znów w tych asgardzkich skórach. Dobrze, że chociaż nie ma ze sobą złotego poroża.

– Nie jestem wredny – odpiera natychmiast, obdarzając Królową Jeleni zachęcającym, zbyt szerokim, by był szczery, uśmiechem.

Loki unosi znacząco brwi, milcząc.

Po chwili zawahania siada jednak niedaleko Starka, zachowując chłodny dystans i ironiczny półuśmiech. Po pizzę nie sięga, chociaż Tony przesuwa kartonowe pudło w jego stronę.

– Nie jest zatruta. Patrz, ja ją jem i nie umieram. Na takie jelenie jak ty też nie będzie toksycznie wpływać – prycha z irytacją. Niedoszły zabójca nawiedza go we własnym warsztacie, odmawia alkoholu, a teraz jeszcze nie chce cudu, jakim jest pizza. Jak tu się nie zirytować.

Loki odpowiada ciszą. Bo jakżeby inaczej.

– Serio, Bambi, czuję się niezręcznie z całym tym twoim milczeniem i upiornym pojawianiem się znikąd. Z całą resztą też tak w sumie, a ty nawet nie doceniasz mojego bycia miłym, co jest trudne w cholerę, ale Pepper każe mi być miłym, więc się staram, bo ona prowadzi moją firmę i robi te milion rzeczy, które powinienem robić ja, ale jest w tym…

– Udław się, Stark – przerywa mu nader subtelnie.

Tony nie może się nie roześmiać, co wywołuje jedynie pełne pogardy prychnięcie ze strony asgardzkiej gwiazdeczki.

– Wiesz, Bambi, ja tak w sumie mam imię – wzrusza nieznacznie ramionami, przeżuwając w międzyczasie pizzę. Może i gości, bardzo nie z własnej woli, asgardzkie książątko, ale nikt nie mówił, że musi przy tym zachować jakiekolwiek maniery albo oznaki dobrego wychowania. Na wszelkich bogów, jest Tonym Starkiem, nie musi absolutnie niczego.

Z drugiej strony, skąd, do cholery, ma wiedzieć, jaki protokół obowiązuje wśród asgardzkiej rodziny królewskiej? Z trudem przyswoił fragmenty brytyjskiego, gdy przyszło mu spotkać się – Pepper go zmusiła – z księciem Charlesem na popołudniową herbatkę i rozmowę o energii odnawialnej.

– Jestem tego w pełni świadom, Stark – bóstewko uśmiecha się jadowicie, a Tony nie jest już nawet pewien, co może się ukrywać pomiędzy jego wąskimi, zaciśniętymi wargami. Na pewno jednak nic dobrego.

Mimo wszystko zdobywa się na wręcz idiotyczną beztroskę, zbyt idiotyczną, ażeby nie dać się przejrzeć na wylot, nieuważnie protestując:

– Tony. Mam na imię Tony, Reniferku.

Loki przewraca oczami.

– Skup się na tym, dlaczego berło nie zadziałało, Anthony – syczy bardzo blisko jego ucha. Zbyt blisko, by nie przeszedł go lodowaty dreszcz.

Po tych słowach ponownie ma zaszczyt obserwować krótki spektakl rozpływania się w chmurze szmaragdowej mgły.

 

Chapter Text

Tony się tego nie spodziewa.

To wcale nie tak, że nie czuje nienawiści do Lokiego. Mniej za rozwalony Nowy Jork, bardziej za zniszczoną Stark Tower, a przede wszystkim za morderstwo Coulsona. W Tonym jest mnóstwo nienawiści, całe, całe mnóstwo, bo lubił pierwszy projekt Tower i lubił Coulsona, szczególnie kiedy zachowywał się w towarzystwie Rogersa jak zakochana piętnastolatka. To było urocze i zabawne, a sam agent był naprawdę równym gościem, zasługiwał na coś więcej niż śmierć poprzez rozerwanie klatki piersiowej halabardą zagłady, bo Lokiemu zachciało się dramatyzmu.

Nienawiści jest więc w Starku naprawdę wiele, a jednak nie nakazuje Jarvisowi uruchomić alarmu albo chociaż wezwać Bartona, kiedy słyszy niezbyt głośne, lodowate:

– Nie powinieneś pracować nad moim berłem, Anthony?

Uśmiech Lokiego, który zmaterializował się kilka metrów od niego przy jednym ze stołów, jest trujący, podobnie jak przenikliwa zieleń jego oczu. Przez chwilę rozważa telefon do Bartona, to byłaby krótka i prawie bezkrwawa zemsta.

Jest tylko jeden problem, jakim można wszystko uzasadnić – naukowa ciekawość Starka niebezpiecznie granicząca z głupotą. Jest zbyt mocno zaintrygowany obecnością najgroźniejszego przeciwnika, z jakim miał kiedykolwiek styczność, uzbrojonego jedynie w lodowaty uśmiech, dużą dawkę sarkazmu i zielone szaleństwo; zbyt mocno nakręcony na jakieś osiem czy dziewięć mniej lub bardziej sprecyzowanych wynalazków, które mógłby stworzyć z lekką pomocą asgardzkiego czary-mary. Loki będzie wręcz zbawieniem, jeśli przełoży Tony’emu magię na język nauki, czego nigdy nie potrafił zrobić Thor, zapewne dlatego, iż sam jej nie rozumiał.

– Mam jakiś milion innych rzeczy do zrobienia, kijek przeznaczenia nie jest jedną z nich – prycha, nawet nie obdarzając Lokiego pojedynczym spojrzeniem. Jeśli jednak liczy, iż w ten sposób pozbędzie się bóstewka chaosu, jest w błędzie.

Loki bowiem zbliża się do Tony’ego, wciąż z zachowaniem odpowiedniego dystansu, po czym siada gdzieś z boku i milczy.

Nienawiść jest wyczuwalna w powietrzu, jest pełną żalu aurą, którą Tony postanawia odrzucić dla wyższego, naukowego dobra, dla zaspokojenia swojej ciekawości i nauczenia się czegoś nowego, całkowicie odmiennego. Odrzuca ją też z powodu niejasnej fascynacji, o której zdecydowanie woli nie myśleć, zachowując ciszę i stawiając ją ponad nieznaczny flirt, jakiego na pewno prędzej czy później się dopuści. Inaczej nie byłby Tonym Starkiem.

Milczenie tym razem jest najlepszym wyborem. Podobnie jak przy trzech kolejnych wizytach Lokiego, cichych, wypełnionych obojętnością i perfekcyjnie ukrytym zaciekawieniem, podczas gdy Tony konstruuje Marka VIII. Nie można tego nie docenić, szczególnie kiedy faktycznie chce się skupić przede wszystkim na pracy, na kolejnych projektach, na tej cholernej zbroi, jedynej rzeczy, która może faktycznie, bardzo realnie ochronić Pepper, Tony’ego, cały pieprzony świat.

Trzy ciche wizyty Lokiego oswajają Starka z nową rzeczywistością, której na pewno się nie spodziewał, z fascynacją osobą szalonego boga pozbawionego magicznego berła, władzy i sprzymierzeńców, lecz tym razem w pełni świadomego swoich czynów, bez objawów skrajnego szaleństwa. Kontrast wobec Lokiego, którego po raz pierwszy spotkał, wariata na czele kosmicznych jaszczurek, jest ogromny i zaskakujący. Kilka razy Tony’emu zdarza się spojrzeć na Lokiego i pomyśleć, że może któregoś razu wyciągnie z niego jakieś szczegóły na temat inwazji albo magicznej laski przeznaczenia, którą zabrał Fury, mając głęboko w dupie głośne protesty Starka. Nikt nie był na tyle uprzejmy, by przypomnieć Thorowi, iż powinien zabrać do Asgardu nie tylko wyrodnego brata i niebieską kostkę, ale także halabardę zagłady.

Potem Pepper każe mu jechać na konferencję do Norwegii. Wraca po trzech dniach pozbawionych Lokiego, za to wypełnionych lizodupstwem i toną kwiatów, pseudomądrego pieprzenia, wszystkiego, co charakteryzuje konferencje naukowe. Dobrze, że Potts nie wysłała go na naukowo-biznesową, tam pewnie by mu nie wybaczyli kompletnej ignorancji. Dziękuje wszystkim bóstwom za tłumacza, bowiem zna tylko dwa języki obce – zaawansowaną matematykę i podstawy hiszpańskiego, których z nudy uczył się jakieś trzydzieści lat temu na któryś wakacjach z rodzicami w Meksyku, kiedy częściej od ojca widywał Edwina Jarvisa.

Wraca po trzech dniach i jego drugą czynnością, zaraz po przebraniu garnituru na dżinsy i stary t-shirt, jest wejście do warsztatu.

– Jarvis, pobudka, tatuś wrócił! – woła, obdarzając czułym spojrzeniem ekrany i porzucone projekty. Domem jest to zabałaganione pomieszczenie wypełnione zapachem oleju silnikowego i spokoju. Dom brzmi ostrym rockiem i, cholera, to naprawdę jedyne miejsce na świecie, w którym czuje się w pełni bezpiecznie, nawet kiedy tuż obok znajduje się Loki.

Nie zabił go jeszcze, a miał naprawdę sporo okazji, więc Stark postanawia przestać przejmować się swoim tak zwanym bezpieczeństwem. Nie ma ryzyka, nie ma zabawy, chociaż niestabilne bóstewko głównie milczy. Jakkolwiek dzięki ciszy Stark nie ma okazji go nadmiernie wkurwić, co jest plusem – chociaż nie naraża się bardziej niż zwykle.

Na wykładzie w Norwegii dali mu mnóstwo braw, wielki bukiet kwiatów i butelkę wina. O ile ogromne lilie przetrwały powrót do Malibu, o tyle trunek posłużył jako bardzo skuteczny środek nasenny, kiedy połączyło się go ze szkocką. Tony ma zatem przed sobą co najmniej pięćdziesiąt godzin cyklu twórczego, bowiem dawno nie czuł się tak wypoczęty.

– Dzień dobry, sir – wita się Jarvis, kiedy ekrany rozjaśniają się pięknym logiem Stark Industries. Tony za każdym razem czuje się niczym dumny ojciec obserwujący pierwsze kroki swojego dziecka, chociaż firmę założył Howard, a Jarvis ma ponad dwadzieścia lat na metaforycznym karku. – Jak minął panu lot?

– Niesamowicie, nic z niego nie pamiętam.

– Nie jestem w stanie uwierzyć, iż zasnął pan jeszcze przed startem, sir – odpiera natychmiast AI z charakterystyczną ironią.

– Oczywiście, że nie jesteś w stanie – śmieje się Tony. – Przerzuć na dysk nowy projekt repulsora w rękawicy, J, i załaduj go do projektu Marka IX. Nawet nie wiesz, jak mi za tobą się tęskniło – dodaje w nagłym przypływie czułości.

– Mnie również, sir. Czy życzy sobie pan wyświetlić poprawiony projekt?

– Jasne, czemu nie.

W powietrzu pojawia się model, którym przez kilka chwil Tony w milczeniu manipuluje.

– Jarv, zapuść muzykę – rzuca w przestrzeń. – Dummy, zostaw blender, inny robot zrobi to za ciebie – dodaje, spojrzawszy w stronę części kuchenno-barowej, gdzie jedno biedne urządzenie maltretuje drugie biedne urządzenie. – Właściwie nie potrzebuję tej okropnej papki, wyspałem się i zjadłem trzy posiłki w samolocie, prawie nie wypiłem żadnego alkoholu…

– Dwieście gram whisky ze Szkocji zalicza się jako suplement diety – wcina mu się Jarvis. – Nie jestem jednak pewien, jak zakwalifikować butelkę merlota rocznik dwa tysiące cztery.

Tony śmieje się głośno.

– To było wredne. Po prostu złe.

– Nie śmiałbym, sir – gdyby Jarvis był człowiekiem, albo chociaż jakimś androidem, uśmiechałby się teraz rozbrajająco, z szelmowskim błyskiem w oku. Tony kręci ze śmiechem głową, po raz kolejny, a następnie wraca do zbroi.

– Podciągnijmy zużycie mocy reaktora na repulsory o kilka procent obecnego przydziału, powiedzmy o jakieś trzy i osiem dziesiątych. Świetnie, zasymuluj mi to, żebyśmy niczego nie rozwalili przy testach. Nie chcę zdenerwować Pepper, chociaż ona już chyba podpisała stały kontrakt z ekipą remontową.

– Nie zarejestrowałem żadnego długoterminowego kontraktu budowlanego podpisanego przez pannę Potts. Jedynie umowy dotyczące jednorazowych napraw w Stark Tower.

– Dzięki, Jarvis, jesteś niezastąpiony. Jak moja symulacja? – Tony kręci się na krześle, kreśląc na ekranie StarkPada niedbale kolejny genialny pomysł.

Technicznie, każdy jego pomysł jest genialny. Jest Tonym Starkiem, geniusz to synonim jego nazwiska.

Dopiero po przeanalizowaniu zmian i wprowadzeniu do nich kolejnych trzech poprawek – w końcu decyduje się na powiększenie zużycia mocy o dwa i cztery dziesiąte procenta, dokładnie tyle, ile Jarvis uznaje za optymalne po całej serii skomplikowanych obliczeń – pozwala sobie wstać od jednego ze stołów i ruszyć w stronę nieskończonej butelki szkockiej.

– Jestem pod wrażeniem, że potrafisz myśleć przy takim hałasie, Anthony – dociera go niski głos z jednego z kabrioletów. Loki siedzi wygodnie rozparty na tylnym siedzeniu i uśmiecha się szeroko, choć trochę jadowicie.

– Jarvis, wycisz muzykę – natychmiast nakazuje. – Nie uśmiechaj się w ten sposób, przerażasz mnie. I wyglądasz jak pedofil w przedszkolu.

Bóg chaosu wydaje z siebie prychnięcie na granicy pogardy i rozbawienia. Chyba ma dobry humor, a Tony jest nadal na lekkim rauszu.

– Zaproponowałbym ci drinka, ale zakładam, że odmówisz.

Uśmiech Lokiego wcale nie robi się przyjemniejszy lub mniej psychopatyczny, a jednak traci na ostrości.

– Masz rację, Anthony – przytakuje, przyglądając mu się w sposób, który budzi niepokój. – Zdecydowanie odmówię.

Kiedy kilka chwil później znika, Tony jest w stu procentach pewien, że jeszcze tak krótkiej wizyty Asgardczyka nie doświadczył. I pewnie to już się nie stanie, chociaż Loki jest pełen niespodzianek, jakby za swoje największe osiągnięcie danego dnia uznawał zaskoczenie Starka odrobinę bardziej niż ostatnio.

Jakby Tony nie spodziewał się już absolutnie wszystkiego. Może z wyjątkiem Pepper wchodzącej nagle do warsztatu i jej pełnych słabo zamaskowanej złości słów:

– Czemu od razu ukrywasz się na dole?

– Cześć, kochanie – odpiera natychmiast, przywołując na usta szeroki, czuły uśmiech. – Jarvis, załaduj zmiany w programie zbroi i zamknij warsztat – dodaje, wiedząc, że tym razem nie wygra walki z Potts. O wiele łatwiej jest poddać się na samym początku, pozwolić zaciągnąć się na kolację i przy okazji podpisać kilka dziwnych dokumentów. Nie jest to zbyt wielka cena za brak konieczności uczestniczenia w okrutnie nudnych spotkaniach zarządu. Jeden taki zlot kosztuje Tony’ego jakieś trzy godziny nicnierobienia, kiedy Jarvis wyliczył, iż podczas samego śniadania statystycznie powstają trzy i sześćdziesiąt trzy setne wynalazku.

Kochanie jednak, zwane też panną Pepper Potts, jest groźne i odziane w garsonkę. Tym razem w firmie musiało naprawdę sporo się dziać, skoro Tony potrafi wyczytać z jej zmarszczonego czoła, iż nie życzy sobie protestów.

Pepper bardzo podobają się kwiaty z Norwegii i spokojny wieczór, podczas którego umiejętnie udaje, iż wcale nie zauważa tych kilku razy, gdy Tony przerzuca coś na StarkPadzie i przygryza wargę, zastanawiając się, jak ulepszyć kilka algorytmów przy zbroi.

 

 

– Nie wiedziałem, że jesteś w Malibu – rzuca Stark, kiedy Jarvis informuje go o wtargnięciu do warsztatu pułkownika Jamesa Rhodesa. Nie obdarza go spojrzeniem przez dobre kilka minut milczenia, i tak doskonale wie, gdzie Rhodey się kręci. A dokładniej w okolicach prawie opróżnionej butelki szkockiej i bardzo zimnej, bodajże wczorajszej pizzy. – Jest cała twoja, ale butelki nie ruszaj.

W odpowiedzi słyszy głośny śmiech przyjaciela.

– Mógłbyś zacząć wychodzić do ludzi, po konferencji w Oslo nagle o tobie ucichło.

Świetnie, Pepper już rozpoczęła krucjatę mającą na celu odciągnięcie Starka od swojej największej kochanki – nauki.

– Rogersowi należy się trochę świateł reflektorów po siedemdziesięciu latach w lodzie – odpiera, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. Rhodes wznosi oczy ku niebu. – Widzę to spojrzenie, Rhodey. Soplowi może przestanie być zimno, jak ogrzeją go reporterzy. I błagam, naprawdę zostaw moją whisky, na dolnym poziomie jest mnóstwo wina.

James okazuje się bardzo grzecznym chłopcem – w końcu jest żołnierzem – i zostawia butelkę, ażeby udać się na niższy poziom warsztatu. Piwniczka win nigdy nie należała do ulubionych miejsc i trunków Starka, dlatego jednej butelki absolutnie nie jest mu szkoda.

– Jarvis, myślę, że na dziś wystarczy pracy. Włącz muzykę, mam zamiar spić się z moim najlepszym kumplem.

– Nie będziemy się spijać! – gwałtownie protestuje Rhodey, na dowód czego dwie godziny później leży na sofie w salonie i ślini się we śnie. Tony natomiast jest załamany słabą głową przyjaciela i zagłębiony w rozmyślaniach, czy z Clintem Bartonem piłoby mu się lepiej. Na Rogersa alkohol nie działa, a ponadto zawsze będzie się Starkowi kojarzył z kawałkiem zamrożonego kija, z Romanoff natomiast wolałby nie kosztować alkoholu w trosce o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. Banner procentów nie ruszy, choćby mieli go zabić, a Tony prędzej już skontaktuje się z Lokim niż z Thorem, choć jasnowłosa księżniczka wikingów mogłaby być naprawdę niezłym materiałem na kompana do picia.

Jak na pieprzone zawołanie, Loki materializuje się w salonie z ironicznym uśmiechem, który gaśnie, kiedy spostrzega Rhodesa.

Dosłownie trzy sekundy później go już nie ma.

Jeśli Stark myślał, że ostatnia wizyta była najkrótsza na przełomie ich znajomości, bardzo mocno się pomylił.

Chapter Text

Tony się tego nie spodziewa.

Nadmiar możliwości zawsze go przerażał, czy to w menu restauracji, czy w życiu. Dlatego związał swoje życie z Pepper; Pepper, która nie pytała – ona oznajmiała, że Stark pojawi się na takim i takim balu, udzieli takiego a nie innego wywiadu i wygłosi tam i tam jakiś odczyt, wykład lub inne cholerstwo. W gruncie rzeczy Potts i Jarvis kontrolują jego życie do tego stopnia, iż jemu pozostaje jedynie zamartwianie się nowymi zabawkami w warsztacie oraz szybkimi samochodami, które ostatnio wpadły mu w oko, więc postanowił je sobie sprezentować z okazji braku okazji. Jak na przykład beżowy bentley, piękny, ustawiony w rogu warsztatu i zdecydowanie przepłacony. Tony’emu Starkowi należała się nagroda za bardzo grzecznie spędzoną konferencję w Norwegii i dwa dni picia z Rhodeyem.

Niestety Rhodes musi w końcu wytrzeźwieć i wrócić na Wschodnie Wybrzeże, tudzież trzeźwieć w trakcie drogi powrotnej. Piwniczka win nieźle na tej wizycie ucierpiała, czego nie można jednak powiedzieć o samopoczuciu Starka. Zdecydowanie potrzebował przerwy od warsztatu i osób oczekujących z jego strony wyjaśnienia nowojorskiej inwazji. Sam chciałby wiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło.

Fury wysłał Bartona na jakieś kompletne wypizdów, żeby ukryć go przed ewentualnymi oskarżeniami i niewygodnymi pytaniami, a Selvig zniknął bardzo niespodziewanie na oxfordzkim kampusie, rezygnując ze wszelkiej pracy dydaktycznej, po czym ściągnął do siebie też Foster. Nie żeby Stark to sprawdzał. Kazał jedynie Jarvisowi trzymać rękę na pulsie i pilnować SHIELD, czasami dla sportu kradnąc więcej danych niż by potrzebował. Fury to w gruncie rzeczy mądry facet, chroniący swoich ludzi z wyczuciem. Nikt nie został oskarżony o demolkę Manhattanu, zaś Pepper jeszcze wykorzystała sytuację i w porozumieniu z rządem utworzyła Damage Control, skupiając uwagę opinii publicznej na konieczności sprzątnięcia tego bałaganu, nie zaś poszukiwaniu winnych.

Sami tworzymy własne demony, szczególnie przez nieuwagę, więc tym razem Tony próbuje do tego nie dopuścić, próbuje mieć wszystko pod kontrolą, razem z dwoma nowymi zbrojami trzymanymi pod kluczem. Przy okazji integrowania się z Rhodeyem i alkoholem obiecuje zrobić też aktualizację oprogramowania War Machine, co jest świetnym planem na następną, bezsenną noc.

Praca pozwala nie skupiać się na ciemnych, pustych snach, potrafiących w ułamku sekundy przerodzić się w manifestację potęgi ognia, palącego kontrastu czerwieni i czerni, a wszystko w przerażającym milczeniu i spadaniu w nicość.

Loki nie działa tak dobrze jak praca, Loki raczej irytuje i fascynuje, kiedy łaskawie pojawia się, a potem niespodziewanie znika. Budzi zbyt wiele pytań, ażeby mógł działać uspokajająco, chociaż jest w nim coś pokręconego, coś z pogranicza śmierci i wieczności, niepewność a zarazem gwarancja, iż Stark nie zginie z rąk asgardzkiego boga.

Loki zdecydowanie przeszkadza, ale Tony wciąż węszy w tym interes, odległego o całe galaktyki Nobla i takie pierdoły, dlatego nie krzyczy, nie protestuje, czasami tylko nieznacznie z nim flirtuje.

– Długo tutaj siedzisz, Bambi? – rzuca, wyciszając gestem muzykę.

– Wciąż nie potrafię wyjść z podziwu, że jesteś w stanie się skupić przy tym hałasie – odpowiada mu znudzone bóstewko. Tony unosi brwi ku górze w odpowiedzi.

Cisza ma w sobie coś niezrozumiałego, coś dobrego. Nie jest może uspokajająca czy motywująca, nie inspiruje, ale też nie irytuje. Po prostu sobie jest, a Tony ją prawie lubi. Może Loki też ją prawie lubi, a może po prostu jest wyjątkowo znudzony i bardzo nieusatysfakcjonowany przytarganym ze sobą tomiszczem oprawionym we wściekle czerwone skóry.

– Obserwowanie cię przy pracy jest doprawdy fascynujące – mamrocze. W jego głosie wyraźnie słychać, iż nie jest wybitnie szczęśliwy ze złamanego milczenia, ale nie potrafił się powstrzymać.

Tony jest świetny w czytaniu ludzi pomiędzy wierszami, nawet – a może szczególnie – niestabilnych emocjonalnie asgardzkich księżniczek dysponujących zielonkawą mgiełką robiącą czary-mary. Dzięki temu uśmiecha się krzywo do siebie i trzymanej w dłoniach wiertarki, po czym zaczyna głośno wiercić. Gdy kończy, Loki jest wybitnie zirytowany, Stark natomiast – rozbawiony.

– Nie zapytasz, jak działa wszystko dookoła ciebie? Thor zaczął krzyczeć, co to za czary, kiedy zobaczył ekspres do kawy na helicarrierze.

– Thor to młotek – kwituje dosadnie tonem nieznoszącym sprzeciwu. Następnie uśmiecha się trochę ironicznie, trochę jadowicie, a opuszki jego palców rozświetla zielonkawa poświata. – Ty masz swoją magię, ja mam swoją.

Stark nie może nie parsknąć śmiechem i nie potraktować jego słów dawką drwiny.

– To nie magia, to antynaukowe mambo-dżambo.

Loki zachowuje się absolutnie w swoim stylu – wciąż odziany w swój specyficzny, pełen wszystkiego i niczego uśmiech nieznacznie porusza nadgarstkiem, ażeby efekciarsko rozpłynąć się w chmurze szmaragdowego pyłu.

W sumie tego Tony się tak trochę spodziewał.

 

 

Nie jest mu dany nawet jeden cholerny spokojny wieczór. Pepper na szczęście wraca zmęczona z firmy i pojawia się w warsztacie na kilka chwil, ażeby skraść pocałunek, po czym zasnąć kamiennym snem, wyraziwszy uprzednio nadzieję, iż Tony do niej dołączy.

Nie robi tego. Jednakże ledwo skupia się na projekcie po jej wyjściu, a Jarvis już informuje go o telefonie od Bartona.

– Czego chcesz, wieśniaku jeden? – rzuca z wyraźną nutką niecierpliwości. Znając Clinta, kiedy już zacznie mu truć dupę, nie skończy do jutra.

– Stark – w pomieszczeniu rozbrzmiewa lodowaty głos na pewno nie należący do Bartona.

– Romanoff – rewanżuje się równie chłodnym tonem.

– Fury chce wiedzieć, kiedy będziesz w DC.

Może faktycznie walczyli razem z kosmiczną inwazją, współpracowali i nie było widać zgrzytów między nimi, ale wszystko to można zrzucić na karb stresu i zagrożenia, ogromnej ilości adrenaliny w krwioobiegu, która nie pozwalała patrzeć na pewne kwestie w miarę jasno. Tony wcale nie lubi Natashy, wcale Natashy nie ufa, doszukując się podświadomie w jej osobie cienia fałszu, kolejnej nieprawdziwej tożsamości, tajnej misji, czegokolwiek.

Poza tym w jakiś sposób się Natashy obawia. Jej domniemany związek z Bartonem czyni Clinta w oczach Starka najodważniejszym facetem, jakiego zna. Albo i na całej ziemi. A przecież Tony miał okazję blisko poznać kapitana Steve’a Sopla Rogersa, który bez zawahania samodzielnie rzucił się na bazę Hydry.

– Nie będę – odpowiada, jakby była to oczywista oczywistość. – Powiedz Bartonowi, że jego strzały są w produkcji.

Nie musi szczególnie wysilać wyobraźni, żeby połączyć słyszane prychnięcie ze zmarszczonym czołem i oczami, które nie wyrażają niczego i przez to są śmiertelnie groźne.

Loki może jest chaosem, może jest niestabilny emocjonalnie, ale wydaje się być tuż na wyciągnięcie ręki o wiele mniej groźny od Natashy znajdującej się po drugiej stronie kontynentu. Jego można poskromić, poznać, nauczyć się, jak poruszać się pomiędzy lekkim flirtem, sporą ilością ironii a niedenerwowaniem go.

To wręcz absurdalne, iż czuje się pewniej w towarzystwie Asgardczyka, który ma najgorsze wyczucie czasu w całej galaktyce i od kilku sekund przygląda mu się z wyraźnym rozbawieniem, a w jego dłoniach spoczywa zamknięte, bardzo grube tomiszcze.

– Fury pyta, kiedy łaskawie przytargasz swoją dupę do stolicy – powtarza lodowato Natasha. – Podaj termin. I postaraj się, żeby te strzały nie wybuchły przypadkiem Bartonowi w twarz.

Tony naprawdę nie potrzebuje większej zachęty, żeby natychmiast włączyć projekt sprzętu i postanowić przyjrzeć mu się jeszcze jakieś milion razy, chociaż jest pieprzonym geniuszem.

– Skontaktuj się z Pepper – kapituluje Tony. – Nie znam swojego kalendarza spotkań, nawet nie wiem, jaki jest dziś dzień. Twojemu chłopakowi nic się nie stanie z moim sprzętem – prycha buńczucznie.

Natasha odpowiada rozłączeniem się, co wcale Starka nie dziwi. Jest cholerną Czarną Wdową i wolno jej absolutnie wszystko, szczególnie wobec kogoś, kto jest świadom jej umiejętności przekształcenia zszywacza w śmiercionośną broń.

– Nie śmiej się ze mnie, księżniczko – syczy, gdy ma już stuprocentową pewność, że nikt poza Lokim go nie słyszy.

– Gdzieżbym śmiał, Anthony.

Tony obraca się w stronę uosobienia chaosu usadowionego jakiś kawałek od niego.

– Co za antyk żeś mi przytargał do warsztatu? – zmienia szybko temat, spoglądając znacząco na tomiszcze w bladych dłoniach Lokiego.

– Anthony, to jest książka – odgryza się natychmiast bóstewko. Tony nie może w odpowiedzi nie uśmiechnąć się ironicznie pod nosem, a następnie zatopić w rzędzie algorytmów wyświetlonych na jednym z ekranów. Praca jest jedynym sposobem na odgonienie niezrozumiałej siły przyciągania Lokiego, wszystkich jego tajemnic i niewypowiedzianej obietnicy, iż pewnego dnia chyba mu zaufa.

Tony ma problemy z zaufaniem, zawsze miał. Po wydarzeniach z Obim to się jedynie nasiliło, w pewnej chwili do tego stopnia, iż cholernej Romanoff nie potrafi w stu procentach zaufać. Jasne, zawierzyłby jej własne życie i ona zrobiłabym wszystko w swojej mocy, by go uratować, tego jest akurat pewien, ale z drugiej strony ciągle jest do niej zdystansowany, do całej pieprzonej SHIELD, ciągle węszy gdzieś podstęp, szuka ukrytych motywacji, czegokolwiek, co mogłoby zostać schowane nawet w prostej informacji, że Fury chce się z nim spotkać. I chociaż Tony wie, o co Nick będzie go wypytywał – zawsze pytają o to samo, o nową zbroję i nową broń – szuka w tym drugiego dna.

On, który przyzwyczaił się do odwiedzin jednego z bożków wikingów w swoim warsztacie, do drwienia z niego i prawie polubił jego śmiech.

Tony Stark jest geniuszem, ale jest też pokręcony, jest pieprzonym szaleńcem, czego ma pełną świadomość. Szaleńcem, który to uwielbia.

Cholera, naprawdę nie powinien spoglądać co kilka chwil na Lokiego, niby bardzo ukradkiem, a potem wracać do projektu i uśmiechać się pod nosem. Rola psychopaty w ich relacji zdecydowanie przypada Asgardczykowi, który albo doskonale udaje, iż tego nie widzi, albo jest naprawdę pochłonięty lekturą. Zapewne to pierwsze.

– J, uruchom sekwencję – prosi, wycierając z przyzwyczajenia dłonie o dżinsy. – Super – mamrocze pod nosem z nadmiarem samozadowolenia, ale, cholera, właśnie to go definiuje.

Bycie lekkomyślnym, bardzo nierozważnym i egocentrycznym to cechy charakterystyczne dla każdego Starka, nawet dla tego starego próchna, za jakie zawsze miał Howarda. Starego, na szczęście martwego próchna, które nigdy nie nadawało się na ojca.

– Czym się zajmujesz? – Loki nie może powstrzymać ciekawości, a to pochlebia Tony’emu. Jeszcze mocniej robi to fakt, iż bóstwo odziane w ciemne dżinsy i sweter z dekoltem w serek w odcieniu czekolady zbliża się do niego ze szczerym zainteresowaniem w zielonych oczach. Zielonych, szalonych, oczach.

Tony odwzajemnia szeroki uśmiech pozbawiony drwin, ażeby następnie zatopić się w technicznych szczegółach, które prowadzą do pierwszej z wielu rozmów o nauce, magii i wszędobylskiej fizyce.

Loki jest kurewsko inteligentny, zna się na rzeczy i, niech to szlag trafi, w jakiś popieprzony sposób, bardzo instynktowny i bardzo absurdalny, to cholernie kręci Starka.

Kurwa.

Chapter Text

 

Tony się tego nie spodziewa.

Wizyty Lokiego przestają być uciążliwe. Nie objawiają się już jako pokręcony przypadek, dziwaczne zrządzenie losu, z którego może uda się coś dobrego wydusić. Nadal jest cholernie nieprzewidywalny, pojawia się nieregularnie, czasami tylko na kilka chwil, czasami nawet nie wypowiada ani słowa, jedynie uśmiecha się jadowicie, psychopatycznie, w ten swój najbardziej specyficzny sposób. To przerażające, że czuje się komfortowo w otoczeniu mordercy setek ludzi, zdrajcy i boga kłamstw. Jednakże rozmowy o nauce, gdzieś na pograniczu flirtu, drwiny i inteligentnego poczucia humoru są świetne, są czymś nowym, najbardziej niespodziewanym. Są o wiele ciekawsze od kilku naukowych telekonferencji z Brucem i narzekającej na nadmiar obowiązków Pepper.

Przede wszystkim są nowe, odświeżające, pozwalają Tony’emu spojrzeć na swoje projekty z odrobinę innej perspektywy, gdy Loki z czarującym, a jednocześnie wrednym uśmiechem delikatnie porusza nadgarstkiem, a przedmioty wokół niego zostają opanowane przez zieloną magię. Niszczy wszelkie teorie fizyki, a kiedy Stark o tym ironicznie wspomina, bóstwo wygląda jak sześciolatek, który znalazł pod choinką naprawdę ogromny, wspaniały prezent. Tony na święta od czasu swoich dwunastych urodzin dostawał butelkę whisky z dopiskiem – damską, delikatną dłonią jednej z asystentek – wesołych świąt, Howard Stark.

Szkocka jest w pewien ironiczny sposób lekiem na całe zło, szkocką zapijał śmierć rodziców i, łącząc ją z nadmiarem geniuszu twórczego, wszystkie bezsenne noce po Afganistanie. Próbował też zrobić to z Nowym Jorkiem, z bezustannym koszmarem o pustce i ciszy, o świecie zbyt martwym, by nie zginął.

Szkocka wcale nie pomaga na bezsenne noce, bo obecność asgardzkiego bóstwa jest fascynująca aż za bardzo. Nietrudno nie myśleć o koszmarach, o pustce i śmierci, kiedy Loki rusza palcami i raz po raz łamie prawa fizyki. Nie ma też pojęcia o rachunku różniczkowym, a o całkach mówi jako o piśmie runicznym, dzięki czemu Tony może trochę się popopisywać wiedzą, inteligencją, dosłownie wszystkim, co mogłoby uchodzić za jego zalety. Może trochę za wady, ten ich rodzaj, który wybacza się ekscentrycznym miliarderom-geniuszom.

Stark nie jest pewien, dlaczego obdarza go z czasem zaufaniem, ale być może ma na to wpływ absolutny brak pytań na temat błękitnego kręgu światła prześwitującego czarny materiał t-shirtów.

Ostatecznie jednak ciekawość Lokiego wygrywa:

– Do czego służy urządzenie w twojej piersi?

Wzdycha ciężko, odkładając na stół obok siebie przygotowywany jeden z wielu zapasowych reaktorów łukowych.

Przemyślał odpowiedź jakiś milion i trzy razy, wymyślił osiem fałszywych historyjek, sześć razy postanowił nie odpowiadać, gdy Loki wreszcie zapyta, a przy okazji stworzył też kilkadziesiąt planów na zmianę tematu. Temat reaktora jest niebezpieczny, zaś ciemnowłosy Asgardczyk szalony, zbyt szalony i nieprzewidywalny, ażeby móc powierzyć mu tak istotny szczegół, najlepszą możliwość na zniszczenie Starka bez zbytniego wysiłku, bez walki z jego umiejętnościami, jedynie za wykorzystaniem największej, najgorszej słabości.

A jednak jest trochę skonfundowany, trochę zagubiony i cholernie, cholernie lekkomyślny. Nie powinien był nawet pozwolić mu spostrzec reaktora, nie powinien z nim rozmawiać, a teraz, po może czterech, może sześciu tygodniach – Tony jakiś czas temu stracił rachubę w dniach, pewnie kiedy zakopał się w warsztacie i zbudował cztery nowe zbroje – nie bardzo podoba mu się perspektywa życia pozbawionego okazjonalnych wizyt nieprzewidywalnego bóstewka.

W dłonie bierze rękawice przygotowywane dla Natashy i przez chwilę w milczeniu przekłada je z jednej do drugiej. Następnie je odkłada i ponownie wzdycha.

– To trochę skomplikowane – mamrocze ostatecznie, niezbyt głośno, próbując zatuszować nutkę cierpienia, jakiej nie umiał się pozbyć przez lata. Odpuszcza sobie głupie żarty i nieudolnie próby zmiany tematu, zna Lokiego na tyle, by wiedzieć, iż ten nie odpuści.

Odpowiada mu cisza i zaciekawione spojrzenie.

Temat jest trudny, wciąż nieodpowiednio przepracowany, a blizny zagojone jedynie na zewnątrz. Ciężko jest opowiadać o zdradzie kogoś, komu ufało się ponad wszystko. Tony najchętniej zachowałby to tylko dla siebie, ale skoro już i tak obdarzył  Lokiego kredytem zaufania, nie ma chyba niczego do przegrania. Poza tym gdzieś w jego myślach czai się nadzieja, iż to będzie jak wyciągnięcie ręki, jak sprzedanie swojej historii, ażeby w zamian zdobyć opowieść o Asgardzie i kosmicznej inwazji.

Loki wcale nie jest zły, wydaje się być tylko smutny, bardzo głęboko pod wszystkimi maskami i jadowitymi uśmiechami bije w nim jedynie przerażający, pusty smutek i świadomość, iż zawiedli go dosłownie wszyscy.

Może właśnie dlatego Tony ufa mu nawet mocniej.

– Anthony – zachęca delikatnie.

Jeszcze jeden głęboki wdech, nim wreszcie znajduje w sobie odwagę:

– Trafiłem kiedyś do takiej jaskini w Afganistanie, idiotyczny wypadek, trochę nie z mojej winy, zresztą nieważne, w każdym razie wyszedłem z tego z małą pamiąteczką, czyli tym krążkiem światła – próbuje mimo wszystko zbagatelizować sprawę, jakby to był jakiś jego specjalny system obronny, jakby robił to wręcz nieświadomie i przeciwko siebie. Przecież chce być szczery, chce się otworzyć przed Lokim jeszcze mocniej, opowiedzieć mu o szczegółach – niektórych – o słowach i wydarzeniach, które miały nań tak ogromny wpływ.

A mimo tego nie potrafi.

– Dokładniej – prosi Loki, prawie miękko. Więc Tony bardzo mocno zaciska pięści i próbuje opowiedzieć, jakoś bardziej ogólnikami, pomijając sporo szczegółów, z Yinsenem na czele. Nie powiedział o tej śmierci nawet Pepper, nie powiedział nikomu i nikt nie spostrzegł, że Stark coś ukrył. Uwierzyliby we wszystko, co mówił, bo żył, bo przetrwał, czego nikt się nie spodziewał, i uciekł z piekła na ziemi.

Tony może tamtego dnia wygrał z terrorystami i ze złem, może tamtego dnia stworzył nową legendę, ale też bardzo, bardzo dużo stracił. Na przykład samego siebie.

 

 

Niespodziewane wejście Pepper do warsztatu jest czymś rzadkim, tym rzadszym, im więcej Starka w prasie, a ostatnio dla świętego spokoju wziął udział w dwóch bankietach, udzielił jakiegoś płytkiego wywiadu i zjadł charytatywną kolację z kołem pomocy na rzecz biednych, utopionych czy kogokolwiek tam innego. Na bankietach się zbyt mocno nie napił, w trakcie wywiadu nie pozwolili mu na zbyt wiele gorszących komentarzy, a na kolacji nie zasnął z twarzą w zupie, choć było okrutnie, okrutnie nudno. Dlatego zdecydowanie nie oczekuje bytności Pepper w warsztacie przez najbliższy czas. Natomiast gości tu Lokiego – od jakiś dwudziestu minut siedzi w ulubionym, czarno-czerwonym kabriolecie Tony’ego w ciszy i towarzystwie grubego tomiszcza zapełnionego szlaczkami. Obecność bóstwa chaosu jest jednak pewnego rodzaju rutyną, niczym zaskakującym, zdecydowanie nie przeszkadza Starkowi, czego nie można powiedzieć o niespodziewanym pojawieniu się Potts.

– Jarvis, wycisz muzykę – prosi zaraz po przekroczeniu progu. – Tony – domaga się jego uwagi autorytarnym tonem. Stark odwraca się od modelu super wypasionego miotacza gazu łzawiącego, o który bardzo długo błagał go Clint przez telefon. Pozwolił sobie nie zadawać pytań, na które nie chciałby znać odpowiedzi. Clint ma dziwne życie.

– Tak, skarbie?

Pepper wznosi oczy ku niebu.

– Pamiętasz, jaki dziś jest dzień?

Tony przez chwilę zastanawia się zdezorientowany.

– Twoje urodziny? Rocznica śmierci twojej mamy? Imieniny Rhodeya? Jakaś inna rocznica? – wymienia, szukając na jej twarzy jakiegokolwiek potwierdzenia, którego tam nie ma.

– Oczywiście, że nie wiesz – wzdycha ciężko Pepper, na co Stark może się tylko przepraszająco uśmiechnąć. Przy okazji obraca się do projektu, żeby przesunąć go nad inny stół i spostrzec, że Loki nie ruszył się z miejsca. Obserwuje ich z wystudiowanym wyrazem znudzenia na twarzy, w jednym z najmniej rzucających się w oczy miejsc warsztatu.

Szanse na to, żeby Pepper go zauważyła, wychodzą gdzieś pół na pół, zmuszając Tony’ego do rozpoczęcia w duchu modlitwy o jak najszybsze zakończenie wizyty rudowłosej w warsztacie.

– Wtorek, Tony. We wtorek miałeś być w Waszyngtonie u Fury’ego.

Natychmiast się krzywi, jak za każdym razem, gdy słyszy o SHIELD, Furym, Hill albo kosmicznych inwazjach, o jakich na pewno chcą z nim znów w stolicy rozmawiać. Wystarczy, że pieprzony portal do innej części kosmosu nie pozwala mu spać, a w przeciągu niespełna trzech miesięcy zbudował osiem nowych zbroi, w każdej robiąc prawie wszystko ręcznie, kiedy trzy czwarte produkcji mógł zlecić Jarvisowi.

Tony Stark powoli popada w szaleństwo, o którym Pepper nie wie, a któremu na pewno nie pomaga obecność Lokiego i jego częste, bardzo nieregularne odwiedziny.

– Kiedy ja nie lubię latać do Waszyngtonu, Pepper.

– Nie zachowuj się jak mały chłopiec, Tony – warczy ostrzegawczo. – Powiem Fury’emu, że się rozchorowałeś i też to potwierdzisz za tydzień, kiedy polecisz grzecznie do Waszyngtonu, rozumiemy się?

Tony obdarza ją kolejnym bardzo szerokim uśmiechem.

– Jarvis, zapisz proszę, że pan Stark ma za tydzień znaleźć się w biurze dyrektora Fury’ego pod groźbą utraty bardzo ważnych dla niego narządów – dodaje słodko.

– Oczywiście, panno Potts.

– Zdrajca – mamrocze Tony pod nosem. Kiedy znów przypadkiem-specjalnie spogląda na Lokiego, ten dławi się bezgłośnym śmiechem.

To wcale nie tak, że Starkowi przez głowę przechodzi myśl, iż Loki jest niesamowicie atrakcyjny, kiedy nie przypomina psychopaty. Ubrany w ciemne dżinsy i zielony sweter z dekoltem w serek zamiast asgardzkich wdzianek, szczerze rozbawiony Loki nigdy nie wydawał mu się właściwie przystojniejszy.

Tony zawsze uważał, że jest heteroseksualny w jakiś osiemdziesięciu sześciu procentach, nie więcej. Nigdy jednak bardziej się nie cieszył, słysząc sprowadzający go na ziemie głos Potts:

– Barry dzwonił, mówił, że będzie mieć mustanga z sześćdziesiątego szóstego w doskonałym stanie. Chcesz go, czy nie?

– Kolor?

– Kremowy, czarny, co za różnica. Cena jest okropnie wygórowana.

– Kup go i wyślij do Nowego Jorku. Jeszcze coś?

Pepper przez chwilę milczy, jakby sprawdzała w mentalnych notatkach, czy ma mu jeszcze cokolwiek do zakomunikowania.

– Widzimy się dziś na kolacji, prawda, Tony?

– Oczywiście, kochanie – przyciąga ją do siebie i krótko całuje. – Jesteś wspaniała! – woła jeszcze za odchodzącą rudowłosą.

Kiedy Pepper znika na schodach, on obraca się w stronę Lokiego prezentującego uśmiech, o który można się pociąć.

– Co się szczerzysz, królowo kamuflażu? – prycha Tony.

– Ta kobieta rozstawia cię po kątach, Anthony – odpowiada Loki, wzruszając ramionami. – To zabawne.

– Pepper pilnuje mojego życia, żebym ja mógł siedzieć tutaj i z tobą plotkować, Rudolfie. Co czytasz? – zbliża się, ale Loki szybko zatrzaskuje tomiszcze oprawione w ciemnoczerwoną skórę.

– Nie dotykaj, bo zepsujesz.

Tony unosi obie dłonie ku górze, demonstrując, że rączki będzie trzymał przy sobie.

– Opowiedz mi o niej, Anthony – prosi po chwili Loki. Książka znika z jego dłoni i najbliższej okolicy, ale Stark już przyzwyczaił się do codziennej dawki zielonej magii, której nie rozumie.

– Opowiedz mi o tym, jak nagle sprawiasz, że rzeczy znikają – odpowiada natychmiast.

– To… skomplikowane, Anthony.

Stark przewraca niezadowolony oczami.

– Chcę, żebyś zrozumiał, a nie patrzył na mnie jak ta bezmyślna kupa mięsa – dodaje.

– Oh, nie mów tak o Thorze. To kochana kupa mięcha, był w depresji w Nowym Jorku. Zakładam, że kiedy nie jest smutny i trzeźwy, przypomina poczciwego wikinga.

– Bezmyślnego, poczciwego wikinga.

– O tym, dlaczego tak bardzo nienawidzisz swojego tak zwanego brata też mi nie opowiesz, dobrze zgaduję? – obojętny wyraz twarzy Lokiego jest bardzo jednoznaczny. – Boże, Loki, to ja ci nie powinienem ufać, nie ty mi. Jesteś pieprzonym bogiem kłamstw.

Asgardczyk krzywi się wyraźnie na te słowa.

– Nie jest to moje ulubione określenie – mamrocze.

– Kurwa mać, pieprzony asgardzki Mussolini – ignoruje go Stark. – Bierzesz wszystko, nie dajesz nic w zamian.

– Anthony – próbuje ponownie, bardzo powoli, ostrożnie Loki. – To skomplikowane, Anthony – dodaje, gdy wreszcie ciemne tęczówki spotykają się z jego oczami. Tony bierze głęboki wdech i nie wypowiada już ani słowa. – Proszę, nie nazywaj mnie uzurpatorem. Byłem prawowitym królem Asgardu, nikogo nie obaliłem, ażeby zasiąść na tronie.

– O czym też mi nie opowiesz ze szczegółami – prycha sarkastycznie Stark.

– Nie dziś. Nie mamy dziś na to czasu, jesteś omówiony na kolację z panną Potts, nieprawdaż?

Tony nigdy by się nie spodziewał, że Loki potrafi mówić tak spokojnym tonem, wyzbytym uczuć, żalu, wszystkiego, co może udowodnić, że ma uczucia. Nigdy też nie podejrzewał, iż spostrzeże w oczach o odcieniu trującej zieleni odrobię troski, takiej, której nie uroiłby sobie po zaledwie czterech kolejkach whisky.

Może rzeczywiście ma od jakiegoś czasu omamy. Przez koszmary i tak ledwo sypia, zaniedbuje odżywianie się jak w czasach swoich największych odkryć naukowych i jest nawiedzany przez asgardzkiego boga chaosu – w pełni zasłużony tytuł – nie wykazującego ani grama niestabilności emocjonalnej. Co gorsze, Tony potrafi spostrzec, jak ten dobrze wygląda bez swojego rogatego hełmu.

Naprawdę potrzebuje pomocy, która nie ma bursztynowego koloru i płynnej formy. Ostatecznie bardzo dużo bursztynowej, płynnej pomocy też może da radę.

– Opowiedz mi o Pepper, Anthony – dociera go niski głos. Przytakuje ruchem głowy, po czym idzie nalać sobie szklankę witaminkowego paskudztwa tak na wszelki wypadek. Po jednym łyku doprawia cudowny koktajl szkocką, inaczej nie da się tego pić.

– Pepper jest wszystkim, co mam – stwierdza bez namysłu. – Pepper i Jarvis, ale Jarvis się w pewien sposób nie liczy, i hej, nie gniewaj się, J, tatuś cię kocha. Jest królową organizacji, prezesem zarządu mojej firmy, chociaż zarządzała nią zza kulis przez jakieś dziesięć lat, od kiedy została moją sekretarką. I w sumie moim życiem. Zebrała mi w tym czasie pokaźną kolekcję sztuki współczesnej, a ja ją przekazałem jakiemuś domowi dziecka, bo miałem taki kaprys. Pepper to słońce. Jest cierpliwa, naprawdę kurewsko cierpliwa, bo ze mną wytrzymuje. I tylko trochę krzyczy, kiedy się bezmyślnie narażam. Za to nie krzyczy, kiedy zapominam o terminach, a ja bardzo często zapominam o terminach. Miałeś tego przykład przed chwilą. O jej urodzinach też ciągle zapominam, sama kupuje sobie ode mnie prezenty, co jest jakimś plusem, bo ma chociaż dobry gust. I zna numery moich kart kredytowych, mojego ubezpieczenia, zna wszystkie liczby, których ja nie znam.

– Musisz ją bardzo kochać, Anthony.

Tony uśmiecha się delikatnie, udając, że wcale ten uśmiech nie jest odrobinę gorzki.

Chapter Text

 

Tony się tego nie spodziewa.

Cisza jest czasami ciężka, zbyt męcząca, ażeby w niej wytrwać, zarazem jednak będąc przesadnie oczywistą, by umieć ją przerwać. Może bywa błogosławieństwem, może pozwala skupić się jedynie na rzeczach ważnych, ważniejszych, dotyczących zbroi, na obliczeniach, na symulacjach i rozwiązywaniu drobnych problemów, poprawianiu błędów, szlifowaniu niedociągnięć. Cisza pomaga pracować, choć technicznie nawet nie jest sobą w najprawdziwszej postaci – zakłócana przez Jarvisa, głośne komentarze Tony’ego, odgłosy spawania i uderzania palcami o metal, żarty z Dummy’ego; pozbawiona swej najczystszej formy przez naukowy szał, przez wenę twórczą i natchnienie charakterystyczne dla szalonego odkrywcy.

Cisza w wydaniu Tony’ego Starka ma formę chaosu, kakofonii dźwięków, definicji twórczego natchnienia geniusza, będąc prawdziwą sobą jedynie między nim a przybyszem z Asgardu. Jest może trochę niekomfortowa, może trochę absurdalna, bardzo rzadko przerywana pytaniami, uwagami, częściej może sarkastycznymi opiniami. Loki jest bardziej zdystansowany, Tony bardziej skupiony na bezsenności, na podświadomości, która krzyczy, że musi coś zrobić, musi chronić Pepper, siebie, cały cholerny świat.

Brakuje też odwagi na pytania, szczególnie o Asgard, o inwazję, o zielone, bolesne szaleństwo. Może trochę w myśl zasady, że są rzeczy ważne i ważniejsze – bezpieczeństwo, coś na kształt spokoju duszy Tony’ego pierwsze – albo ze zwykłego, ludzkiego przerażenia. Loki jest w miarę stabilny, nie grozi ludobójstwem czy zniszczeniem Ziemi, ale nie można być go pewnym; nie, chcąc pytać o jego rodzinę i wszystkie sprawy, które doprowadziły go do szaleństwa. Nie na jego skraj, nie na granice, lecz do samego centrum utraty zmysłów, utraty logicznego myślenia o skutkach, o konsekwencjach.

Jednak nawet Loki nie wydaje się być na tyle szalony, by sama jego obecność była częścią jakiegoś większego planu.

Czasami pojawia się bez słowa, rozsiada się z opasłym tomiszczem gdzieś z boku, żeby tylko nie przeszkadzać, a potem – niekiedy potem trwa i po kilka godzin – rozpływa się bez ostrzeżenia w chmurze zielonkawej mgły. Czasami zaś nie pojawia się wcale.

Kiedy go nie ma, Tony skupia się jedynie na pracy, zatraca się w nauce, w równaniach i teoriach, traktując technologię jako najważniejszy rodzaj sztuki. Na dłuższą metę jednak opanowuje go niepokój, specyficzny rodzaj ponowojorskiego szału, który potrafi łagodzić jedynie obecność wcielenia chaosu.

Chaos jest kapryśny, nieprzewidywalny i niemożliwy do okiełznania.

Kiedy go nie ma, nie ma też ciszy. Jest głośna muzyka albo miauczący o nowe strzały Clint. Barton całe życie albo miauczy, albo jęczy, w każdym razie truje dupę i nie chce dać Starkowi spokoju. Pewnie Wielce Szanowna Mademoiselle Rudy Szpieg zagroziła, iż pozbawi go którejś, niewątpliwie bardzo ważnej części ciała, jeśli nie przestanie do niej wydzwaniać, nudząc się.

Więc Clint Barton, znany też jako Najwyborniejszy Strzelec na Powierzchni Ziemi, znów blokuje Starkowi linię i jęczy, jęczy, miauczy, jęczy, generalnie jest okropnie wkurwiający.

– Ziiiiimnoooo tutaj – Tony słyszy to po raz ósmy, może dziewiąty w przeciągu ostatnich piętnastu minut. Barton marznięciem przez kolejny tydzień na Syberii, gdzie wydaje się nie robić kompletnie niczego poza siedzeniem, piciem spirytusu i dręczeniem Starka, prawie go rozczula.

Prawie to bardzo ważne słowo, może jakby pocierpiał tam jeszcze ze dwa miesiące, Tony miałby naprawdę dość, wbił się w zbroję i zabrał tego półgłówka do warsztatu, żeby uraczyć go gorącą czekoladą z whiskey, gdzie gorąca czekolada znajduje się jedynie w nazwie, żeby uzasadnić odpowiednio picie whiskey o szóstej nad ranem.

Jednakże Clint Barton sam pojawia się w warsztacie dwa dni później z uśmiechem zbyt szerokim, żeby nie zawierał w sobie jakiegoś interesu. Gdy tylko go spostrzega, Tony bez zawahania wyciąga dwie szklanki i butelkę whiskey, ażeby w ostateczności owe szklanki zamienić na drugą butelkę. Nie ma sensu brudzić naczyń, a może chociaż będzie miał fajne dwa wazony po Jacku Danielsie, które i tak rozbije za trzy dni, absolutnie przez przypadek, nie zastanowiwszy się, iż na stole może być coś, co nie przetrwa starcia z rzuconą byle jak, byle było, częścią zbroi.

Barton grzecznie nie zadaje pytań, nie odzywa się ani słowem, odbierając od Starka butelkę i biorąc spory łyk. Następnie się krzywi, demonstrując swoje upodobanie do alkoholi mniej szlachetnych i naturę wprost z Iowa. Wciąż bez słowa opada ciężko na sofę, wypija jakieś pół butelki, po czym zapada w drzemkę. Panie i panowie, Clint Barton w swej pełnej, niezmiennie czarującej osobie.

Obecność łucznika nie działa wcale uspokajająco, nie zabiera Tony’emu ani grama narastającego w nim z każdą chwilą szaleństwa. Nie jest Lokim, cholera, tak bardzo, bardzo Clint nie jest Lokim, Clint pewnie z radością umieściłby mu strzałę w tyłku, a najlepiej cały ich kołczan, gdyby się dowiedział o niewinnej, ale dość trwałej – chyba, tyle o ile można trwałym nazwać coś, co trwa od kilku tygodni w niezbyt regularnych odstępach i jest efektem nudy – relacji ze swoim byłym oprawcą. Z szaleńcem bez uczuć, bez serca, posiadającym jedynie lodowaty, cyniczny uśmiech i żądzę władzy nad całym światem.

Jakże fałszywie wszyscy dookoła postrzegają Króla Kłamstw i Mistrza Iluzji.

Budzi się jakąś godzinę później, o wiele bardziej gadatliwy i nadal jedynie lekko wstawiony. Tony woli nie wiedzieć, ile alkoholu trzeba po kilku miesiącach spędzonych szlag-wie-gdzie-ale-było-zimno, żeby Clint był faktycznie mocno nawalony, chociaż nie wątpi, iż pewien procent, bez wątpliwości dwucyfrowy, jego skromnej kolekcji powinien wystarczyć.

– Zrobisz mi nowe strzały?

Pierwsze słowa, jakie padają z ust Bartona, są aż nadto oczywiste.

– Jakieś takie zajebiście fajne, jakich nikt nie ma, proszę, proszę, proszę! – jęczy dalej, nie wstając na szczęście z sofy.

Jasnowłosa osoba Hawkeye’a niesie na sobą jęki, alkohol, czasami trochę słomy i ogromny, ogromny bałagan widoczny nawet w warsztacie Starka, z którego niejedna sprzątaczka uciekłaby z krzykiem.

– Jesteś takim zajebistym, geniuszowatym geniuszem, Toooonyyy – dodaje, próbując grać Starkowi na emocjach i wygórowanym już ego. Skutecznie oczywiście.

– Zrobię – burczy, udając zbyt zajętego, by nawet spojrzeć na Clinta, chociaż od piętnastu minut bawi się jednym schematem, już skończonym, i wciąż nieskończoną butelką szkockiej. – Jakieś specjalne życzenia? Tylko proszę, niech to będzie coś na tyle rozsądnego, żeby twoja ruda i wredna dziewczyna nie pozbawiła mnie bardzo lubianych przeze mnie narządów.

– Natasha jest zdania, że na twojej wątrobie na czarnym rynku nie ubije interesu, jest zbyt zniszczona alkoholem – odpiera trochę bezmyślnie Barton. Tony postanawia powstrzymać się od komentarza, nawet jeśli wzbiłby się na wyżyny sztuki posługiwania się ironią, Clint by tego nie zauważył.

Poza tym Tony naprawdę, naprawdę lubi swoją wątrobę, nawet jeśli jest zniszczona.

Loki też jest zniszczony.

 

 

– Właściwie, dlaczego jesteś tutaj, w moim warsztacie, a nie w Asgardzie? Thor twierdził, że zamierzają wsadzić cię za kratki za inwazję kosmicznych jaszczurek. O ile nie pozbawić głowy.

Loki uśmiecha się szyderczo.

– Podobno jestem bogiem oszustw, a oni pozwolili mi mówić.

– Wygadałeś się z egzekucji? – Tony dawno nie wydawał się aż tak rozbawiony. Aż zostawia w spokoju stelaż rękawicy Marka XIX, nad którym od dobrej godziny się znęcał ku niezadowoleniu Jarvisa.

Loki zmaterializował się niespodziewanie, a Tony nie spał trzech nocy z rzędu i skończyła mu się kawa. Zmęczenie zrobiło swoje, pozbawiło Starka ostatnich granic ostrożności, kiedy wypalił swoje bezmyślne, zabarwione nonszalancką ironią pytanie.

Naprawdę nie spodziewał się, że Loki odpowie słowami zamiast jakimś bardzo brutalnym czynem, na przykład urwaniem Tony’emu języka.

– Wsparcie ze strony matki było oczywiście nieocenione – dodaje wciąż z tym samym uśmiechem, do którego jednak wkrada się odrobina czułości.

– Thora nie nazwiesz nigdy bratem, Odyna ojcem, ale Frigga jest ukochaną mamusią? – dogryza mu Tony. – Jedyna życzliwa osoba w Asgardzie?

Chwila milczenia.

– Prawdopodobnie. Podarowała mi magię i nigdy nie traktowała jako gorszego syna – drugie zdanie wypowiada o wiele ciszej, choć nie można tego określić mianem złamanego szeptu. Nietrudno jednak doszukać się w głosie Lokiego smutku, cienia zawodu, jaki nigdy nie powinien się tam pojawić. Podobnie jak współczucie, od którego Tony nie potrafi się uwolnić.

Tony’ego przerasta sytuacja, nie jest w stanie jej zrozumieć. Matematyka, fizyka, wszystkie te ścisłe rzeczy są dla niego banałami, nawet uczucia wobec Pepper dał radę rozgryźć, rozłożyć na części pierwsze i zrozumieć, choć zajęło mu to jakieś dziesięć lat. Ale Loki jest skomplikowany, jest osobowością tak złożoną, tak pełną lustrzanych odbić i mniejszych lub większych kłamstw. To byłoby za wiele nawet dla wyspanego Tony’ego, który przez ostatnie dwa tygodnie odżywiał się czymś, co nie miało formy pizzy lub koktajlu z witamin.

– To absurdalne, że wierzę królowi kłamstw – mamrocze Stark po chwili namysłu.

– Ufasz mi, Anthony?

Chwila zawahania.

– A nie powinienem?

– Nie wiem. Dlatego pytam.

Głęboki wdech.

– Ufam. I to pewnie największy błąd, jaki w życiu popełniłem, a uwierz mi, popełniłem kurewsko dużo błędów, najwięcej tych spod znaku Pepper-mówiła-nie-ale-ja-i-tak-to-zrobię…

– Odpuść sobie gawędziarski ton, znam już tę sztuczkę.

Tony parska cichym śmiechem.

– Myślałem, że od sztuczek jesteś tutaj ty.

Jak na zawołanie Loki porusza nieznacznie dłonią, a stelaż rękawicy zmienia się w stertę szmaragdowych szali. Po ponownym ruchu wraca jednak do poprzedniej, właściwiej postaci.

– Sztuczki to drobiazgi. Iluzje, teleportacje są bardziej skomplikowane, wymagają większego skupienia się na energii wewnętrznej – mówi. – Załóżmy, że każda materia organiczna i nieorganiczna posiada pewien zasób energii, u was w Midgardzie niezauważalnej. Tesseract na przykład wytwarza mnóstwo energii, tego rodzaju, którego jeszcze nie potraficie odkryć. Ale nie w tym rzecz – przerywa na chwilę. Tony spostrzegł, iż Loki zawsze ostrożnie dobiera słowa, mówi powoli, uważnie, akcentując zdania w jakiś pokręcony sposób, który raz nadaje im całkiem niewinne brzmienie, a kiedy indziej są one największą z gróźb szaleńca, nawet jeśli dotyczą czegoś trywialnego. – Ta energia… Przy odpowiednich umiejętnościach niektórzy potrafią ją czerpać z innych obiektów. Ci, którzy mają do tego pewien rodzaj talentu i mnóstwo samozaparcia, wymaga to bowiem długich godzin medytacji, nauki. Na pewnym poziomie, co jest bardzo przydatne na polu walki, przy prostszych zaklęciach wystarczy siła umysłu, nie wymagają one wtedy już niepotrzebnie traconego czasu. Sprawa ma się inaczej z rzeczami wykraczającymi poza te proste granice, wtedy niezbędne są inkantacje, czasami chorobliwie długie, męczące.

– Ale każdy może przesuwać granicę pomiędzy siłą umysłu a inkantacjami – wcina mu się w słowa Tony. – Dlatego ty tak łatwo potrafisz teleportować się pomiędzy Zasiedmiogórogrodem a innymi magicznymi miejscami. Zakładając, że te podróże wymagają ogromnego nakładu energii i długiej inkantacji, musisz być jednym z najlepszych magów, co, Rogasiu?

Uśmiech Lokiego wytracił już całą swoją ostrość, teraz pozostało jedynie lekkie rozbawienie i dużo przekory.

– Umiem o wiele więcej.

 

Chapter Text

Tony się tego nie spodziewa.

Już różne dziwne rzeczy mu się śniły, z cholernym portalem, afgańską jaskinią i wybuchem szrapnela na podium, niekoniecznie w tej kolejności. Od czterech lat koszmary są normą, po prostu niekiedy ich nie ma, pozostaje czarna pustka, ciężki sen, jedyny dający jakikolwiek odpoczynek. Czasami też jest Yinsen podziurawiony kulami, a Tony musi patrzeć na jego śmierć. Albo lot w stronę Pepper i Tony naprawdę chce zdążyć, chce uratować ją przed wybuchem drona, ale ona jest coraz dalej i dalej, kiedy powinna być bliżej.

Kiedy ostatni raz śniło mu się to piekło z Pepper, zafundował Jarvisowi dokładną, trzydniową konserwację każdego możliwego kabelka.

Tony’emu dużo dziwnych rzeczy już się śniło, ale ogromnych, złotych przestrzeni, pełnych kolumn i unoszącej się w powietrzu podniosłości jeszcze nie miał okazji ujrzeć. Stoi samotnie pośród tej lśniącej pustki i nie ma bladego pojęcia, co tutaj robi.

Ktoś kiedyś powiedział, że śnimy o rzeczach i osobach, które już kiedyś widzieliśmy. Pamiętałby, gdyby miał okazję widzieć te pomieszczenia choćby na fotografiach, kącikiem oka.

Tony naprawdę nie wie, co tutaj robi. Jest tylko w pełni świadom, iż to sen, i wdzięczny za brak kolejnego koszmaru. Nieznane złote komnaty czegoś, co może być ogromnym pałacem, są o wiele bardziej komfortowe od ciemnych, zatęchłych jaskiń. Tej jednej jaskini, tak dokładniej.

Dezorientacja mija jednak szybko, wystarczy, iż spostrzega strażników ubranych w zbroje, które nasuwają mu myśl Thora.

– Okeeeej, co ja najlepszego robię w Asgardzie? – pyta samego siebie, nie oczekując wcale odpowiedzi ze strony Jarvisa. Ani nikogo innego.

W rzeczy samej i tak by jej nie otrzymał.

Zamiast tego otoczenia zaczyna falować, jakby ktoś przewijał film. Jest świadkiem przyspieszonej, nieudanej koronacji Thora, a potem jeszcze kilku rozmów, dopiero o wiele później spostrzegając, iż asgardzka sala tronowa stała się skarbcem lub obcymi komnatami. Widzi obrazy, do których nie ma żadnych praw, uczestniczy w tym, o czym nie powinien wiedzieć, i nie potrafi tego wyjaśnić nawet własną senną wyobraźnią.

Dane mu jest jedynie oglądać ten film w przyspieszonym tempie, film skupiony na Thorze, Odynie i, o wiele mniej, Lokim, film bez słów, bez jakiegokolwiek objaśnienia.

Wszystko to, czego Loki tak zazdrośnie strzegł.

Tony widzi to wszystko, ale nie rozumie. Spostrzega tylko akcje, czasami przebłyski emocji – pogardę, jaką Loki otrzymywał od wszystkich, cień Thora, tę satysfakcję z zemsty, gdy już mógł patrzeć na nich wszystkich z góry, a przede wszystkim cierpienie.

Jeśli myślał, że nie będzie w stanie bardziej współczuć nordyckiemu bóstewku, właśnie przekonuje się o swoim błędzie.

Film urywa się na tęczowym moście, kiedy Tony widzi w zielonych oczach rezygnację i obserwuje jego upadek w nicość.

– Anthony? – głos Lokiego rozbrzmiewa tuż obok niego. Obraca się, ażeby ujrzeć go w najlepszej formie i asgardzkich skórach, których dawno już na sobie nie miał, zagustowawszy w garniturach i lekkich swetrach w kolorach ziemi. – Usiądź, Anthony – prosi cicho, samemu usadowiwszy się na skraju mostu.

– To nie jest mój sen?

Dobrze jest ujrzeć szczere rozbawienie na jego twarzy po całej gamie bólu i ze świadomością ogromu ran, niewidocznych, krwawiących jadem ran.

– I tak, i nie. To skomplikowane. W ten sposób jest łatwiej – ostatnie zdanie dopowiada po chwili ciszy.

Na usta Tony’ego wkrada się blady uśmiech.

– Uważasz, że w każdy inny sposób bym ci nie uwierzył, Rogatku? Gdzie zgubiłeś swoje jelenie poroże?

Loki przewraca oczami.

– Zaiste jesteś upierdliwym dupkiem, Stark.

– No dobrze, dobrze, przepraszam, będę grzecznie słuchać – wzdycha Tony.

Przez chwilę milczy, może zbiera myśli, a może pragnie skumulować napięcie.

– Uważam, że w inny sposób dałbym ponieść się emocjom, a tego nie potrzebujemy.

– Opowiedz mi o tym – prosi delikatnie Stark. – Nie pokazuj, opowiedz.

– O życiu w cieniu Thora? Przecież to już widziałeś. Nie nadawał się na króla, chciałem odwlec o pewien czas jego idiotyczne rządy. Nie mogłem przewidzieć konsekwencji. Ani wizyty w Jotunheimie, tej, która wszystko odmieniła. Thor został wygnany, Odyn zapadł w sen, ktoś musiał przejąć władzę na ten czas. Nigdy nie pragnąłem tronu, Anthony, nigdy – podkreśla. – Ale go dostałem z rąk matki. Postanowiłem więc posprzątać ten bałagan po Thorze. Oczywiście nikt nie był w stanie zrozumieć mojego planu, wszyscy tęsknili za tym zakutym łbem, straciłem panowanie i o mało nie skończyłem z trupem zamiast brata.

– Musisz go szczerze nienawidzić.

– Kochałem go.

– Wasze więzi rodzinne zakrawają o niezłą patologię – parska sarkastycznie Tony.

– Odyn na tytuł ojca roku raczej nigdy nie zasłuży – przyznaje z podobną, nieznacznie ironiczną nutką. – Pierworodnemu dał wszystko, a ja miałem być łupem wojennym, czymś, co powinno stać w skarbcu zaraz obok szkatuły, albo zostać w Jotunheimie. Kiedy ma ochotę, uznaje mnie za swojego syna, a kiedy nie – wypomina, że mnie przygarnął. Nigdy o to nie prosiłem, nigdy nie prosiłem o jego łaskę, o tron, o nic poza byciem na równi z Thorem. Wtedy, w Jotunheimie, zaszczepiło się we mnie szaleństwo. Lodowi Olbrzymi to potwory, wasze matki straszą dzieci na dobranoc wiedźmami, nasze Lodowymi Olbrzymami. Potwory trzeba zabijać, Anthony, każda baśń tak twierdzi.

– Postanowiłeś zabić ich wszystkich, bo może wtedy uwierzyłbyś, że nie jesteś jednym z nich. Nie jesteś potworem.

– Postanowiłem dopuścić się królobójstwa, ojcobójstwa i mordu na całym Jotunheimie. I za to zostałem potępiony, choć Odyn ma więcej dusz na sumieniu niż ja. Lub Thor, nawet Thor zabił więcej. To wojownik, nie król, zrobiłem coś dobrego dla Asgardu, moim jedynym błędem było to, iż wyprowadzony z równowagi postąpiłem pochopnie i wysłałem do Midgardu Destroyera.

– Nie mogłeś przejąć władzy w Jotunheimie?

Loki uśmiecha się gorzko.

– Taki był pierwotny zamysł Odyna, prawdopodobnie. Mógł tylko nie okłamywać mnie przez ponad tysiąc lat i nie wmawiać mi, że mogę zostać królem Asgardu.

Tony skina w milczeniu głową na znak zrozumienia, po czym spogląda na swoje dłonie. Na jedną, splecioną w uścisku z białymi palcami Lokiego. Nawet nie zauważył, kiedy to się stało i chociaż jakaś – duża – część niego krzyczy, iż to bardzo zły pomysł, na pewno nie zamierza tego kontaktu fizycznego przerywać.

– Zawsze masz takie zimne ręce?

– Niestety. Jedyna rzecz, której nie można zamaskować, moje przeklęte dziedzictwo.

– Nie zrobisz tego fajnego numeru z przemienianiem się w Hulka tylko niebieskiego i niemającego ochoty niczego rozwalić? – pyta Tony, znając doskonale odpowiedź.

– Pogardzam tą formą. Kolejny powód, dla którego władanie Jotunheimem to zły pomysł, nawet jeśli, o ironio, chociaż tam jestem prawowitym dziedzicem korony.

– Ale kiedyś zrobisz dla mnie kiedyś tę niebieską sztuczkę, prawda?

– Kiedyś – przytakuje. Przez chwilę w jego głosie nie ma goryczy, lecz spojrzenie wciąż jest smutne, można doszukać się w nim każdej zadanej rany, każdego dnia cierpienia w cieniu, po cichu, braku zrozumienia, wszystkiego, czego nigdy nie powinien poznać.

Tony naprawdę nie chce wiedzieć, co nim kieruje, kiedy obraca się twarzą w stronę Lokiego i przez chwilę podziwia zachodzące słońce – czy w Asgardzie mają w ogóle słońce? – odbijające się w lśniących oczach, bladej cerze i kontrastujących z nią czarnych, opadających na ramiona miękką falą włosach. Loki nie tylko jest przystojny, Loki jest w swej zadziwiającej, boskiej urodzie piękny.

Nie chce też wiedzieć, dlaczego w pewnej chwili przenosi dłoń na jego policzek i postanawia go pocałować.

Wie natomiast, że budzi się ułamek sekundy później w sypialni w Malibu, a obok śpi Pepper. Wie też, że na pewno już nie zaśnie. Bierze długi prysznic i butelkę szampana z barku, po czym celebruje w warsztacie w towarzystwie Jarvisa swoje przerażenie.

 

Nie jest w stanie spojrzeć Pepper w oczy bez wyrzutów sumienia, których nie ma nawet siły analizować, dlatego decyduje się na wyjazd do Nowego Jorku. Pepper bez słowa protestu akceptuje pomysł sprawdzenia, jak idą prace remontowe w Tower, i odwiedzenia Bruce’a.

Tony spędza dziesięć dni pomiędzy laboratorium Bannera a klubami, dokąd wyskakuje z Rhodeyem na drinka – dwa lub osiem – zaś bezsenne noce przesiaduje na tarasie penthouse’a, szukając w pamięci każdego krytycznego momentu bitwy o Nowy Jork.

Nie potrafi uporać się z jednym, głupim snem, nim nie wmawia sobie, że wytworzony został przez jego chorą, przemęczoną wyobraźnię. W inny sposób nigdy sobie z tym nie poradzi.

Loki nie wraca przez dwa i pół tygodnia.

 

Kiedy wraca, Tony jest już w Malibu.

– J, załaduj dane do modelu, sprawdzimy, czy to cudeńko będzie działało.

– Zamierza pan pogwałcić wszelkie przepisy bezpieczeństwa, sir?

– Jasne, skąd wiedziałeś?

Tony bardzo uparcie ignoruje Lokiego, pozwalając Jarvisowi założyć na siebie zbroję, sprawdzić wszystkie systemy, po czym ją ściągnąć.

– Odłóż dwudziestkę czwórkę do piwnicy i uruchom nowy projekt Mark XXV.

– Długo będziesz jeszcze zachowywał się jak dziesięciolatek? – dociera go sarkastyczny ton Lokiego.

– Cześć, księżniczko, nie zauważyłem cię – rzuca pozornie lekko, nawet nie odwracając wzroku od hologramu. Kłamstwo jest równie dobrą linią obrony jak wszystko inne, kiedy nie jest w stanie zrozumieć własnych uczuć. – Jarv, daj podstawowy szkielet zbroi.

Zamiast podstawowego szkieletu dostaje bóstewko chaosu siadające na stole przed nim. Loki zachowuje jednak dystans, Tony nie da rady go dotknąć, jeśli wyciągnie rękę przed siebie. Tym razem znów w sweterku z dekoltem w serek i z brakiem szaleństwa – jakby zniknęło na dobre gdzieś pomiędzy czytaniem nordyckich encyklopedii w kabriolecie a drobnymi drwinami – uśmiecha się odrobinę smutno.

– Teraz to ty oszalałeś, bo pokazałem ci Asgard?

Stark o mało nie dławi się powietrzem.

– Jak? – pyta słabo, nie potrafiąc nawet odpowiednio skleić dłuższego zdania. Wszystko brzmi zbyt tandetnie, za bardzo zakrawa o banały. Banały nie są cool, a Tony Stark zawsze musi być cool.

– To skomplikowany rodzaj magii, Anthony. Wyczerpujący.

– Opowiedz mi o tym, gdzie się znalazłeś, kiedy spadłeś z mostu – wypala szybko Stark, bo łapie się na przyglądaniu wargom Lokiego. Nie może sobie pozwolić nawet na cholerną myśl na ten temat, nie ma takiej, kurwa, opcji.

Jeśli Loki był obecny w śnie, którego Tony wolałby nie pamiętać, jest też świadom tego niedoszłego pocałunku, którego nie powinno być. Nigdy.

– Widziałeś to miejsce, prawda? Martwe, ciemne, nie mogłem uciec, nie miałem możliwości ani magii. Więc poszedłem na współpracę, dali mi berło, dali mi armię, w zamian chcieli Tesseract.

– Kostka dla nich, ziemia dla ciebie?

– To bardziej… skomplikowane – wstaje ze stołu i robi kilka kroków ku kolejnemu kołczanowi strzał. Tony zawsze ma jakieś strzały w trakcie produkcji, bo Barton jest upierdliwy, a Loki posiada naprawdę piękne dłonie. – Thor zapewne odebrał to bardzo osobiście, oczywiście błędnie. Gdyby inny naukowiec pracował nad sześcianem, nie ruszyłbym Selviga. Ale to Selvig dostał propozycję, a ja nie mogłem uciec. Więc postanowiłem zrobić z tego teatrzyk, jak ten w Stuttgarcie.

– Byłeś kurewsko przekonujący, Loki.

Wzrusza lekko ramionami.

– Nie bez powodu zwą mnie bogiem kłamstw. Barton potrzebował dywersji, nie miałem nic do stracenia. Celem było was skłócić, nigdy budzić zielonej bestii w doktorze Bannerze.

– Dlaczego nie mogłeś uciec, Loki? – przerywa Tony. – Z tej mrocznej pustki, z drugiej strony portalu.

Owocuje to bardzo gorzkim uśmiechem Asgardczyka.

– On, władca tamtej części kosmosu, ma wiele adoptowanych dzieci, przede wszystkim córek. Czy wystarczy ci, jeśli zdradzę, iż proces adopcji zawiera w sobie tortury?

Tony’emu przypominają się te wszystkie razy pod wodą w Afganistanie i nie zastanawia się długo. Podchodzi do Lokiego, nim ten to spostrzega, i chce ułożyć jedną dłoń na jego policzku, chce jeszcze raz spróbować, tym razem w swoim warsztacie, bo myślenie jest przereklamowane, a destrukcja zawsze niesamowicie go pociągała.

Dłoń przechodzi przez powietrze, postać boga chaosu miga przez chwilę czymś na kształt zakłóceń sygnału telewizyjnego w zielonym kolorze.

– Przepraszam, Anthony – słyszy złamany szept.

Loki wygląda, jakby chciał się rozpłakać.

 

Chapter Text

 Tony się tego nie spodziewa.

Loki – iluzja Lokiego – siedzi znów na stole i wpatruje się we własne dłonie, czekając, aż Stark złamie ciężar ciszy.

– Zastanawiałem się, jak zwiałeś z więzienia. Bo jesteś przecież Lokim, na pewno im zwiałeś, zadrwiłeś z nich, pokazałeś, że nigdy cię nie przechytrzą, bo zawsze będziesz trzy kroki przed nimi. Ale ty nie uciekłeś. Ty wciąż tam jesteś – mamrocze, śmiertelnie znużony, pozbawiony nadziei i nadal nierozumiejący, dlaczego to jest aż tak ważne. – Ty wciąż tam, kurwa, jesteś, niech szlag trafi Asgard.

– Przepraszam, Anthony – odpowiada mu ten sam cichy szept Lokiego.

– Już to mówiłeś.

– Wiem.

Kolejna długa chwila milczenia. Jak dobrze, że Pepper pojechała na tę konferencję do Szwajcarii, Szwecji, gdziekolwiek. Ważne, że daleko.

– Nie kłamałem, Anthony. Ani razu. Wygadałem się z egzekucji, albo zrobiła to matka. Nie pytałeś nigdy o ucieczkę.

– Przesyłanie tutaj iluzji musi być cholernie wyczerpujące – mamrocze Tony, trochę nie na temat. – Jest, prawda? Nie kłam.

Loki wzdycha.

– Zamknij oczy, proszę.

Zamyka.

– Już możesz otworzyć.

Stoi przed nim Loki w swoich czarno-zielonych skórach, ale jego cera nie jest już mlecznobiała, o idealnej fakturze. O wiele bardziej przysuwa mu na myśl kolor kartki papieru poddanej recyklingowi, w akompaniamencie potężnych, sinych cieni pod oczami.

Tony głośno przełyka ślinę, kiedy napotyka spojrzenie zmęczonych oczu pozbawionych nadziei. Zaciska pięści, żeby przypadkiem nie zrobić niczego głupiego.

– Dlaczego po prostu nie uciekłeś? Dlaczego w ogóle się tutaj pojawiasz? I… Och. Jarvis nigdy mnie nie ostrzegał przed twoimi wizytami. Pepper cię nie zauważyła.

– Bo mnie tutaj fizycznie nie ma. Tylko ty widzisz moją iluzję – długa pauza. – Nie mogę uciec, Anthony. Nie mogę. To wykracza poza zasób posiadanej przeze mnie energii i… zdolności. Przykro mi.

– A już mi się wydawało, że polubię to twoje całe mambo-dżambo.

Loki uśmiecha się blado, co jest jakimś drobnym sukcesem.

– Mambo-dżambo – powtarza z lubością. – Jesteś zabawny, Anthony.

Tony uśmiecha się szeroko.

– Też cię lubię, Rogatku.

Chciałby zapytać o wiele rzeczy. O proces, o warunki, o to, czy planował tak niefortunny rozwój zdarzeń. A przede wszystkim o uśmiech, który złagodniał, i spojrzenie niezawierające w sobie ani grama szaleństwa. Kosmici musieli być gorsi od terrorystów, Tony może bez zawahania założyć, że jego podtapianie jest niczym przy serii pieszczotliwych tortur zaserwowanych Lokiemu, kiedy stawał się ich sojusznikiem.

Chciałby zapytać o to wszystko i o to okropne uczucie bólu, prawie fizycznego, którego nie powinien czuć.

– Jarvis, będziemy musieli zrobić przegląd nagrań, na których gadam sam do siebie – mówi w zamian, bardzo starając się, żeby Loki nie usłyszał drżenia w jego głosie.  

– Obawiam się, iż ma pan na myśli wszelkie nagrania z warsztatu, sir.

– Czasami jestem dumny, że potrafisz posługiwać się sarkazmem. Ale tylko czasami.

– Nie śmiałbym, sir.

– Nie słodź mi, nic cię nie uratuje przed oddaniem studentom.

– Wróci pan następnego dnia i będzie błagał o zwrócenie moich matryc.

Ta konwersacja może nie wywabia smutku z zielonych oczu, ale Loki cicho parska śmiechem, wyczarowawszy sobie jakąś książkę.

– Nie ma takiej opcji, Jarv, zrobię sobie nową AI i nie podaruję jej brytyjskiej impertynencji. Ani brytyjskiego akcentu.

– Jest pan wielkim fanem brytyjskiego akcentu, sir.

– Jesteś, Anthony? – podchwytuje Loki z mocnym, oczywiście brytyjskim akcentem. Złośliwa bestia.

– Nawet nie próbuj, Bambi – prycha Tony. Obraca się na kilka chwil, odsuwając dłońmi hologramy dookoła siebie, jeden czy dwa zwija w kulkę i rzuca nimi do kosza nad sufitem. Następnie przez kilka chwil przygląda się pozostałym projektom, po czym rzuca: – Jarvis, koniec na dziś, zamknij warsztat. Ale możesz wybrać mi jakiś niewymagający skupienia film, obejrzałbym komedię chyba. Loki?

Uśmiecha się lekko. Od jakiegoś czasu przez większość czasu tak robi.

– Pod warunkiem, że to nie będzie jeden z tych waszych idiotycznych, midgardzkich filmów o niczym– zgadza się z ociąganiem.

– Chodź na górę, księżniczko. Naprawdę lubię ten telewizor, ale salę kinową po coś tu urządziłem i nie mam na myśli imponowania laskom, bo do tego wystarczy moja osoba…

– Jesteś idiotą, Stark – przerywa mu z politowaniem bóg chaosu. – Lepiej nie próbuj imponować już przypadkowym kobietom.

– Czy to groźba? – Tony uśmiecha się szelmowsko, wchodząc do pozbawionego okien pomieszczenia z kilkoma skórzanymi sofami, które wręcz błagają, aby się na nich ułożyć.

– Chciałbyś.

– Oczywiście, że bym chciał, Reniferku – milknie na kilka chwil, następnie dodając: – Nie martw się, od jakiegoś czasu jestem w czymś na kształt stabilnego związku i sypiam tylko z Pepper.

– My jedynie niezobowiązująco flirtujemy – śmieje się Loki, siadając niedaleko Tony’ego, prawie na wyciągnięcie ręki, a jednak o całe wszechświaty za daleko.

Stark naprawdę nie chce tego rozumieć. Jasne, jest pieprzonym geniuszem, ale przeczucie mu mówi, iż jeśli spróbuje ogarnąć sytuację z Lokim, wyparuje mu od tego mózg. Trochę szkoda takiego ładnego mózgu.

– Niezobowiązującym flirtem nazwałbym wyrzucenie mnie przez okno Stark Tower – odgryza się, na co jego towarzysz wyszczerza zęby w jadowitym uśmiechu.

– Czyli uważasz to za zobowiązujący flirt?

– Nic takiego nie powiedziałem – natychmiast protestuje Stark, unosząc dłonie ku górze w obronnym geście.

Odpowiada mu jedynie głośny śmiech Lokiego i, na wszystkie bóstwa, Tony naprawdę to lubi.

 

– Tonyyyyyyy – jęczy Barton przez telefon. – Zrobisz mi nowe strzały? Te samonaprowadzające są zajebisteeeee.

Stark ciężko wzdycha, szukając na ekranach dookoła siebie folderu z projektami cholernych strzał.

– Tak cię czasami kurewsko nienawidzę, Clint – odpowiada jedynie.

– Kochasz mnieeee – jęczy dalej Barton.

W życiu Tony’ego Starka jest naprawdę wiele dziwaczności, ale przyjaźń z Clintem Bartonem wygrywa tę konkurencję bez jakiegokolwiek problemu. Jest jeszcze dziwniejsza i jeszcze bardziej irytująca niż Loki, który ma w sobie chociaż coś fascynującego. Barton natomiast to jedynie niesamowicie upierdliwy i jękliwy dupek, który potrafi blokować linię przez kilka godzin i gadać od rzeczy same nudne rzeczy. Opcjonalnie trochę ciekawiej narzekać na Fury’ego i zachwycać się nad Natashą.

– Spierdalaj – wzdycha jedynie. – Jarvis, możesz mi to pięknie uwypuklić? – pyta, manipulując modelem kolejnej z arsenału StarkStrzał. Mruczy pod nosem coś niezrozumiałego, drapiąc się po nosie. – Jakby to sprytnie zrobić, żeby wcisnąć tam więcej ładunku wybuchowego?

– Czy to pytanie retoryczne, sir?

Tony przewraca oczami.

– Oczywiście. Chyba że masz jakieś propozycje.

Jarvis natychmiast sugeruje kilka rozwiązań, które naprawdę podobają się Tony’emu, a Clint burczy, że bardzo nie podoba mu się bycie ignorowanym.

– Chcesz nowe strzały, Barton? – ripostuje Tony. Clint grzecznie przytakuje. – To się zamknij na chwilę i daj mi pomyśleć. Natasha wbije mi nóż w tętnicę, jeśli to cholerstwo wybuchnie ci prosto w twarz. Nie chcesz, żebym miał ulubiony nóż Natashy w tętnicy.

– Niestety – wzdycha Barton. – To zrobisz mi takie piękneeeeee strzały, żeby wyglądały ślicznie z Heidi?

Jak na Clinta kilka minut bez jęczenia to naprawdę wielki sukces.

– Naprawdę nazwałeś łuk Heidi, Clint? Naprawdę? – prycha rozbawiony Stark. – Dlaczego ja się z tobą w ogóle przyjaźnię?

– Czasami potrzebuje pan porozmawiać z osobą o niższym intelekcie niż pański, sir.

– Dzięki, Jarvis – śmieje się Clint. – Od kiedy zrobił się aż tak wredny, co?

– Próbuje się podlizać, wczoraj trzy razy mu groziłem, że oddam go studentom. Pewnego pięknego dnia rzeczywiście to zrobię.

– Nie zrobisz – słyszy odpowiedź Bartona. – Nie potrafisz bez Jarvisa i Pepper zawiązać sobie nawet butów.

Tony słyszał to już tak wiele razy, że nawet nie chce mu się udawać oburzania. Jakaś prawda w tym jest.

– Gdzie jesteś, Clint? – przerywa ciszę, jaka przez kilka minut znów zaległa na linii.

– To tajne. Ale pizga złem jak cholera i jest nudno, a Natasha zapomniała zapakować mi więcej niż pół litra spirytusu, cholera, Tony, pizga tu złeeeeeem – marudzi.

– Alaska, Skandynawia czy wschodnia Rosja?

– Fury to kawał skurwysyna – odpowiada tylko.

Czyli Rosja.

Nick wywiózł Clinta za granicę dosłownie trzy dni po odesłaniu inwazji kosmitów do domu i od tamtej pory – dobre pięć miesiące – łucznik spędził w Stanach może ze dwa tygodnie. W większości samotne misje wydają się służyć Bartonowi, za to niesamowicie wkurwiają Starka i jego biedną linię telefoniczną.

– Kiedy wracasz?

– Szlag wie – wzdycha Barton.

– A chciałem ci zrobić cudowny fioletowy kołczanik strzał na przywitanie, Robin Hoodzie.

Clint prycha z rozbawieniem, po czym wraca do wyklinania Fury’ego i wtrącania co jakiś czas aluzji, że rzeczywiście jest na Syberii i nudzi się jak jasna cholera. Tony natomiast w tym czasie przegląda kilka projektów, rozmawia z Jarvisem o tych cholernych strzałach, aż wreszcie znajduje półśrodek pomiędzy ciężkością a wybuchowością. Zakańcza wtedy rozmowę z Clintem, ignorując jego jęczenie – jakby to było coś nowego – i błagania, iż bez niego zanudzi się już absolutnie na śmierć, po czym każe robotom uprzątnąć trochę warsztatu, a sam odbywa krótki spacer do barku i z powrotem.

Jest chyba wrześniowe popołudnie, a Pepper nie ma w domu, co tak naprawdę go nie dziwi. Whiskey natomiast musi należeć do najdroższej z jego całej kolekcji, bowiem jest wyśmienita. Jarvis głośno włączył Black Sabbath, a Tony bawi się doskonale z lutownicą i kilkoma innymi narzędziami. Prototypy lubi wykonywać samodzielnie, dopiero kiedy są sprawdzone i na pewno się nie psują, produkcję większej ilości egzemplarzy gadżetów dla SHIELD zleca pracownikom laboratoriów w Nowym Jorku.

Skupiony na pracy nie ma czasu pamiętać o wielkim portalu, locie w nicości i przeświadczeniu nadchodzącej śmierci. Warsztatowe maratony trwają po sześćdziesiąt godzin i są przedzielone krótkimi epizodami bez snów oraz spotkaniami z Pepper w jadalni lub sypialni. Kilka razy też skończył na bardzo nudnym spotkaniu akcjonariuszy firmy i o mało tam nie zasnął, kilka razy wyskoczył z Rhodeyem na drinka, raz nawet spotkał się z Bartonem w Waszyngtonie, ze cztery razy był w Nowym Jorku u Bruce’a. Życie nie jest takie złe po inwazji kosmitów, o ile nie myśli o nocnych koszmarach, które nie dają mu spać.

– Tony? – Pepper wchodzi do warsztatu niespodziewanie. – Jarvis, wycisz muzykę – prosi.

Tony pochłonięty jedynie pracą daje się przestraszyć głupiemu wyłączeniu mocnego gitarowego riffu, a potem syczy z bólu. Pieprzona lutownica.

– Hej, Pepp, szybciej wróciłaś? – uśmiecha się szeroko, aby po kilku chwilach ucałować swoją dziewczynę i za nic w świecie nie przyznać się nawet przed samym sobą, że prędzej spodziewałby się Lokiego. Lub, co jest nawet gorsze, wolałby obecność Lokiego.

 

Chapter Text

Tony się tego nie spodziewa.

W połowie września jest już przekonany, że ponowojoski zespół stresu pourazowego praktycznie go nie dotknął, nie licząc tych drobnych koszmarów i lekkiej bezsenności. Ma wspaniałą skalę porównawczą do Bartona, który w końcu przyznaje, iż nie jest jeszcze gotowy na powrót do Stanów, a za każdym razem, gdy zamyka oczy, pojawia się zbyt wiele błękitu i złowieszczy śmiech. Przy tym Tony’emu naprawdę wydaje się, że jego bezsenność to pikuś. Po Afganistanie było o wiele, wiele gorzej.

Właśnie wtedy Tony’emu się pogarsza. Poparzenie po lutownicy zaczyna się nieprzyjemnie paprać, a jego nawiedza co jakiś czas irracjonalny strach. Maratony budowania zbroi przeciąga do chwili, w której prawie nie mdleje ze zmęczenia lub nie zasypia od nadmiaru whiskey. Przy Pepper udaje, że wszystko jest okej, chociaż bardzo nie jest. Przed samym sobą też przez chwilę próbuje tej sztuki, ale się poddaje.

Po Afganistanie Pepper i Happy zawiązali zmowę milczenia i przez dobre cztery miesiące wszystkie słowa z tym związane, szczególnie jaskinia, broń, terroryści i Obadiah Stane były zakazane w obecności Tony’ego. W jakiś sposób dzięki temu poczuł się lepiej, a po bałaganie z Vanko leczyła go sama obecność Pepper.

Teraz Pepper już nie działa kojąco, a zmowa milczenia nie ma szansy na powodzenie – zbyt często w ich rozmowach mimowolnie pojawia się Nowy Jork, a ta dziwna przyjaźń z Bartonem i Bannerem jest naprawdę miłym zaskoczeniem. Bez opcji wyparcia majowych wydarzeń z pamięci Tony’emu pozostaje jedynie zamknąć się w warsztacie i okazjonalnie trenować z Happym, próbując zachować pozory.

– O czym myślisz, Anthony? – Loki materializuje się na sofie w rogu warsztatu z jednym ze swoich ciężkich tomiszczy pełnych szlaczków w dłoniach. Tony posyła mu krótki uśmiech.

To kurewsko ironiczne, iż najspokojniej czuje się, gdy niedaleko znajduje się Loki. Albo jego iluzja. W jego obecności Nowy Jork zostaje zdegradowany do jednego z kilku niegroźnych wypadków samochodowych, jakie Stark miał w latach dziewięćdziesiątych.

– O Nowym Jorku – przyznaje niechętnie. Nie chce mu się kłamać, nie Lokiego, który tylko jedną rzecz ma opanowaną doskonalej od magii i są to właśnie kłamstwa.

– Nie warto – odpowiada jedynie ciepłym tonem. Tony niespiesznie robi porządek w zalegających dookoła niego projektach, co stało się swego rodzaju rutyną podczas wizyt Asgardczyka, aby po chwili usiąść koło niego na sofie. – Pokaż mi swoją rękę – prosi, spostrzegłszy ubrudzony olejem hydraulicznym bandaż na przedramieniu Starka.

Niechętnie rozwija bandaż, ukazując to cholernie poparzenie.

– Nie wygląda to ładnie, Anthony – wzdycha Loki.

W powietrzu wiszą słowa, których obaj nie chcą słyszeć.

– Zagoi się wreszcie.

– Wreszcie – powtarza lekko ironicznie bóg chaosu. Tony lubi to określenie, bo Loki powoduje chaos, mnóstwo chaosu dookoła siebie i niego. – Jak długo?

– Z tydzień. Może dwa. Było już lepiej, ale parę dni temu trochę je doprawiłem.

Asgardczyk wznosi oczy ku niebu i, cholera, wygląda naprawdę cudownie z tym politowaniem wymalowanym w zielonych tęczówkach, z czarnymi włosami opadającymi na ramiona, bladą cerą podkreśloną swetrem z dekoltem w serek – bo jakżeby inaczej – w odcieniu głębokiego brązu.

– Jesteś nieuważny, Anthony. I nierozsądny.

Jakby to było coś nowego.

– To tylko głupie poparzenie, Rudolfie – bagatelizuje. – Jarvis, gdzie trzymamy bandaże, bo ten kawałek szmaty się do niczego już nie nadaje?

– Proszę sprawdzić w trzeciej szufladzie od lewej strony, sir.

– Dziękuję, kochanie – zwraca się do AI, wyciągając z owej szuflady zwinięty w kłębek biały materiał, który owija zaraz wokół przedramienia. Kiedy przychodzi do zawiązania bandaża ma z tym troszeczkę kłopotów. Loki, chyba nieświadomie, wyciąga w jego stronę dłonie, już prawie dotyka jego skóry, kiedy Tony z przepraszającym uśmiechem odsuwa się nieznacznie. – Poradzę sobie, Reniferku.

Obserwowanie, jak dłoń Lokiego przechodzi przez jego rękę, a oczy zachodzą smutkiem, to zbyt wiele dla Starka.

– Wiem. Nie powinienem był.

Cień zawodu w jego głosie sprawia, że i Tony’emu chce się nagle płakać. Nawet bardzo mocno. Cholera.

– Co to za relikt przeszłości mi tutaj przytargałeś? – zmienia temat, bo właśnie w tym jest najlepszy.

– To jest książka, Anthony – syczy ironicznie Loki. Tony śmieje się głośno, chociaż wcale nie czuje się rozbawiony. Ma tylko nadzieję, że w ten sposób jakoś rozładuje atmosferę.

Kiedy ponownie spogląda na Lokiego, po bogu chaosu nie pozostała nawet zielona mgła magii.

Niech szlag trafi Asgard.

 

Najgorsze są noce, kiedy zmęczenie nie pozwala mu pracować, a strach przed koszmarami – spać. Pepper miała spotkanie zarządu Stark Industries w Nowym Jorku i albo spędza noc w Tower, albo w samolocie, wracając do Kalifornii, więc łóżko jest nieprzyjemnie puste i jeszcze mniej zachęca do ułożenia się w jedwabnej pościeli i zaśnięcia. Problem w tym, że zmęczenie wygrywa ze wszystkim i w ostateczności Tony opada na miękki materac. Na pewno zasypia na chwilę i nie dręczą go koszmary związane z Nowym Jorkiem, a potem się chyba budzi. Nie jest pewien pory, bowiem Jarvis zaciemnił sypialnię, i nie pyta AI o konkretną godzinę.

A może nadal śpi, zaś wokół niego zaczyna się kolejny koszmar. Tym razem chociaż jest nietypowo. Przez długą chwilę jedynie leży nieruchomo, wpatrując w absolutną ciemność i zastanawiając się, czy obok znajdzie uśpione ciało Potts.

Pepper jednak nie ma. Czyli Nowy Jork albo samolot.

Potem zaczyna myśleć, czy – skoro to sen, pieprzony koszmar – na suficie za chwilę nie pojawi się wielki portal do innej części galaktyki. Portal będzie się powiększał, będzie coraz bliżej niego, a on będzie musiał do niego wlecieć, świadom, że za kilka chwil zasilanie zbroi się wyłączy. A potem będzie upadek w nicość, brak pewności, czy jeszcze choć raz w życiu uda mu się ujrzeć swoją planetę, niekontrolowany lot w dół.

Cholera, zna już te sny na pamięć, a ich obrazy przychodzą niespodziewanie, często kiedy tylko przymyka powieki. O wiele prościej jest nie spać. Albo zmusić się do wstania z łóżka i na ślepo poszukać butelki ukrytej w garderobie pomiędzy garniturami w prążki. Może we śnie będzie mu o wiele łatwiej upić się do nieprzytomności i zasnąć na kilka godzin bez koszmarów.

Klnie pod nosem i niechętnie się podnosi, ażeby spróbować przemierzyć drogę do garderoby z pamięci, po ciemku, może nie nabijając sobie żadnych siniaków o fikuśne komody czy inne meble wstawione do sypialni przez Pepper. Nie pamięta jednak, ażeby na podłodze po jego stronie łóżka był jakiś dywan czy inne cholerstwo, o które przychodzi mu się potknąć.

– Mógłbyś być bardziej uważny, Anthony – dociera go rozbawiony głos.

– Mógłbyś nie mieć tak długich nóg – odgryza się. – Albo chociaż mógłbyś nie siedzieć mi na podłodze w sypialni, pół łóżka jest wolne.

– Kusząca propozycja – jego głos jest niski, zmysłowy, Tony’ego przechodzi dreszcz na sam jego dźwięk. Kilka sekund później Stark czuje zimne dłonie tuż przy swoich nadgarstkach i stwierdza, że nigdy by nie podejrzewał Lokiego o tyle siły. – Ale chyba nie skorzystam – mruczy tuż przy jego uchu. Jego oddech również jest chłodny, przez kilka chwil miliarder ma wrażenie, iż bóg nie jest wcale snem.

Tony naprawdę chce, żeby to nie był sen.

– Och, czyżby? – próbuje sprowokować go Stark.

– Oczywiście. Mam wobec ciebie inne plany – szepcze. – Ale najpierw weźmiesz kąpiel, jesteś cały w smarze.

Tony nie pamięta, czy rzeczywiście przed położeniem się do łóżka brał prysznic, czy zmęczenie wygrało także z tym. Ale wcale by się nie zdziwił, gdyby tak było.

Przytakuje lekkim ruchem głowy, po czym delikatnie zabiera dłonie Lokiego ze swoich nadgarstków, ażeby spleść ich palce w jedność. Robi to może trochę instynktownie, a może trochę przez przekonanie, że to niekoniecznie jest sen, ale też niekoniecznie rzeczywistość.

Dopiero w łazience w delikatniej, niebieskiej łunie reaktora łukowego, zwraca uwagę, iż czarne włosy Lokiego są w nieładzie, a on sam wygląda perfekcyjnie w ciemnych dżinsach i popielatym swetrze.

– Aż tak upodobałeś sobie sweterki w serek? – pyta z lekkim rozbawieniem.

– Nie podoba ci się? – odpiera Asgardczyk.

– Podoba – zaprzecza Tony, stojąc bardzo, bardzo blisko Lokiego. Nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi na różnicę wzrostu pomiędzy nimi. – Bardzo podoba – dodaje ciszej, układając powoli dłonie na zimnych, bladych policzkach.

Zielone oczy pełne są zainteresowania, ciekawe, co nastąpi za chwilę. Tony zbiera się więc na odwagę, wspina się na palce i składa delikatny pocałunek na bladych wargach boga, bardziej muśnięcie, krótkie i ulotne. Loki nie pozwala mu się odsunąć, całując o wiele odważniej, zachłanniej, namiętnie, ułożywszy dłonie na biodrach miliardera. Tony mimowolnie wydobywa z siebie cichy jęk, na co bóg chaosu lekko uśmiecha się w jego usta.

Ściągnięcie z Lokiego swetra jest cudownie proste, o wiele, wiele szybsze niż walka z asgardzkim szatami. Naprawdę w tej chwili jest cholernie wdzięczny za brak skór, rzemieni i innego cholerstwa, cokolwiek noszą w Zasiedmiogórogrodzie. Podobnie szybko znikają jego dżinsy i ubrania Tony’ego.

Loki składa się z długich linii białej skóry i mięśni, zielonych oczu pragnących całego świata i czarnych włosów, teraz już rozmierzwionych przez dłonie Starka. Jest w tej chwili ósmym cudem świata, a może właściwie pierwszym, i nie pozwala nawet Tony’emu się skupić. Dotyk chłodnej skóry rozprasza, pozwala jedynie na delektowanie się nim, na niespieszne odkrywanie tajemnic i wojennych blizn. Kiedy Loki dotyka reaktora, Tony nieświadomie się wzdryga, przez ułamek sekundy ma ochotę uciec albo go uderzyć. Może oba na raz.

– Anthony…? – szept Lokiego muska jego szyję i powoduje kolejny dreszcz.

W odpowiedzi wpija się w usta Asgardczyka, a następnie popycha go w stronę kabiny prysznicowej. Ciepłe strumienie wody, chłodne ciało boga chaosu, cholera, to chyba najlepszy seks w jego życiu. Wszystko jest powolne, przypomina trochę pożegnanie albo jedyną schadzkę zakazanych kochanków, co powinno Starka odrobinę martwić. Jednak zamiast tego pozwala sobie celebrować każdą chwilę, każde muśnięcie jasnej skóry Lokiego, każdego dotyku, jakiego tak długo mu brakowało.

– To tylko sen, prawda? – odważa się wreszcie zapytać, kiedy po wszystkim wciąż znajdują się spleceni w uścisku pod prysznicem i delektują strumieniami ciepłej wody.

– To tylko sen – powtarza Loki złamanym głosem, nawet jeśli próbuje to ukryć pod maską zmęczenia. – Nie powinieneś tego moczyć – dodaje karcąco, dotykając opuszkami palców mokrego kawałka bandaża wokół przedramienia.

– Bardziej już się nie spieprzy – bagatelizuje Tony, machając niedbale tą samą ręką.

Loki komentuje to uniesieniem jednej brwi ku górze, po czym niespiesznie rozplątuje bandaż.

– To wygląda naprawdę nieładnie – wzdycha ciężko, następnie przymyka powieki i wyszeptuje słowa w języku, którego Tony nie ma prawa znać. Czuje się skonfundowany tym przedstawieniem i zieloną mgłą otaczającą jego rękę.

Loki składa delikatny pocałunek na skórze, która wygląda, jak gdyby nigdy nie spotkała się z lutownicą.

– Mógłbym nawet się do tego przyzwyczaić, Loki – śmieje się cicho Tony i skrada jeszcze jeden pocałunek.

 

O poranku Tony budzi się w pustym łóżku, Lokiego oczywiście nie ma obok, a on sam czuje się, jakby miał potężnego kaca.

Próbując wstać z łóżka, spostrzega, że po poparzeniu nie ma ani śladu.

 

Chapter Text

 

Tony się tego nie spodziewa.

Zaraz po zaspokojeniu pragnienia i nieudanej próbie ukojenia bólu głowy przy pomocy tequili – whiskey to jednak whiskey, whiskey by zadziałała – Jarvis informuje go o nadchodzącym połączeniu. Bierze jeszcze kilka dużych łyków wody, nim rzuca w przestrzeń:

– Okej, Jarv, możesz łączyć. Cześć, Pepper, słońce mego wszechświata. Jak ci mija podróż?

– Mijałaby dobrze, gdybym rzeczywiście była w samolocie, Tony – wzdycha zmęczona Potts.

– Znów zarząd? Jesteś CEO i mamy pakiet kontrolny, mogą nam podskoczyć, kochanie.

– I mogą też być bandą upierdliwych dupków – prycha.

– Zagroź im, że odejdziesz i będą musieli użerać się ze mną, a ja będę miał głęboko gdzieś tę firmę – proponuje Tony. Pepper śmieje się krótko.

– Oczywiście, Tony, będą przerażeni taką perspektywą.

– Nie dzwonisz, żeby ponarzekać mi na zarząd. Od tego masz Happy’ego – stwierdza Tony, szukając w lodówce czegoś zdatnego do zjedzenia na śniadanie. – Jarvis, skarbie, zamów tacos – rzuca w przestrzeń.

– Miałeś zacząć się zdrowo odżywiać – oskarżycielski ton Pepper może by nie zrobił na nim większego wrażenia, gdyby nie ten cholerny sen.

– Widzisz, bez ciebie nawet nie umiem ułożyć listy zakupów dla Jarvisa – odpiera słodko.

– Jesteś beznadziejny – wzdycha Pepper. Generalnie Pepper bardzo dużo wzdycha na Tony’ego, zazwyczaj z politowaniem lub niezadowoleniem.

– Też cię bardzo mocno kocham. Więc po co naprawdę dzwonisz? – wraca do tematu.

– Ludzie z MITu nie dają mi spokoju w sprawie tych twoich zajęć, pamiętasz o nich w ogóle?

Oczywiście, że nie pamięta, ale się do tego nie przyzna.

– Jasne, kotku, nie martw się, załatwię to sam – odpowiada.

– Załatwisz to… sam? – powtarza, nie ukrywając zdziwienia. – Nie potrafisz sam zawiązać sobie butów, Tony.

Zbyt wiele razy to słyszał, żeby się oburzyć.

– Załatwi to za ciebie Jarvis – poprawia się. – Jarvis, zrobisz to, nie?

– Oczywiście, sir.

Pepper może tego po sobie nie da poznać, ale jest ukontentowana jednym problemem mniej na głowie.

– Myślę, że wrócę za dwa dni. Bądź grzeczny, Tony – słyszy jej delikatny ton.

– Tak, mamo – gorliwie potwierdza, aby następnie Pepper mogła zakończyć połączenie. – Jarvis, o co chodzi z MITem?

– Miesiąc temu zadeklarował pan chęć poprowadzenia bloku zajęć z mechaniki – odpowiada natychmiast Jarvis.

Tony zastanawia się nad tym przez kilka chwil, po czym uznaje, iż lepszego czasu na to nie mógł znaleźć. Gdyby Pepper była w Malibu, zakopałby się w warsztacie na jakiś tydzień, a potem znalazł cudowną wymówkę w postaci odwiedzin u Bannera. Na samą myśl o niej pojawia się ten dziwny ucisk w żołądku, identyczny do tego, gdy Loki wkradł się do jego snów kilkanaście tygodni temu; dokładnie ten sam, przez który nie mógł spojrzeć Pepper w oczy.

Tym razem Tony sam już nie jest pewien, czy to był sen, czy może jednak jakaś chora rzeczywistość.

– Okej, Jarvis, powiedz im, że bardzo chętnie powyżywam się na nieszczęsnych studentach, tylko ubierz to jakoś ładniej w słowa – przerywa na chwilę. – Powiedz mi, ktoś mnie w noc odwiedził?

– Nie zanotowałem żadnego naruszenia bezpieczeństwa, sir.

– Niczego? Żadnych skoków energii? Jasne, skąd byś miał je widzieć, skoro nie masz wprowadzonych odpowiednich algorytmów, a ja za cholerę nie wiem, od czego by nawet zacząć tworzenie skanera. Żadnych pieprzonych próbek ani nic. Jarv, żadnych fal o nieznanych ci częstotliwościach, obcych sygnatur, czegokolwiek?

– Nie jestem pewien, do czego pan zmierza, sir – odpiera niepewnie AI.

– W tę stronę to my nic nie zrobimy – wzdycha jedynie w odpowiedzi Tony. – Jak wygląda sprawa z nagraniami, Jarvis? Potrzebuję monitoring z dzisiejszej nocy z sypialni i łazienki. Z dźwiękiem oczywiście.

– Przykro mi, nie posiadam nagrań z tych pomieszczeń. Dwa miesiące temu panna Potts zabroniła mi monitorować pańską sypialnię i łazienkę, twierdząc, iż czuje się niekomfortowo.

Tony komentuje to soczystą wiązanką przekleństw.

– Powiedz mi chociaż, że moje tacos jest już w drodze – błaga, chowając twarz w dłoniach.

– Powinno pojawić się w domu za około szesnaście minut.

– Tyle dobrego. No nic, pokaż mi, czego mam uczyć tę bandę dzieciaków?

 

Massachusetts Institute of Technology wita Tony’ego Starka z otwartymi ramionami – dokładniej robi to jego rektor i bardziej niż Tony’ego wita jego kilkusettysięczną dotację. Z wielką ochotą udostępniają mu jeden z budynków znajdujących się na kampusie, z ogromnym laboratorium, gdzie Stark podpina matryce swojej AI. Może przeżyć sześć tygodni w Nowej Anglii bez Pepper, ale bez Jarvisa nie przetrwa jednego dnia.

Budynek jest duży, ma wiele niepotrzebnych pokoi i chyba jest tym samym – jedynie porządnie odremontowanym – w którym mieszkał, kiedy dwadzieścia kilka lat temu robił tutaj pierwszy doktorat. Ważne, że nie ma tutaj Pepper ani kogokolwiek innego, a pobliski monopolowy dowozi zakupy pod same drzwi.

Ta dotacja na badania z chuj-wie-jakiej-technologii wydaje się być tego naprawdę warta.

Zajęcia z bandą dzieciaków z drugiego roku również nie zapowiadają się tak źle, kiedy schodzi do warsztatu i po raz pierwszy spostrzega tam grupkę może ze dwudziestu osób, z czego siedem jest skośnookich, a sześć zdecydowanie pochodzi z Indii.

– Umm, cześć – wita się rezolutnie ze szklanką whiskey w dłoni. – Gdyby ktoś pytał, to tylko sok jabłkowy – natychmiast zastrzega, co zebrani kwitują nieśmiałym chichotem. – Okej, sprawa wygląda tak: nie będziemy się pieprzyć z żadną teorią, nie mamy czasu na teorię, a ja bym chciał was nauczyć chociaż jednej odlotowej rzeczy. Proszę, mów – zwraca się w stronę jasnowłosej dziewczyny, która nieśmiało uniosła dłoń ku górze.

– Panie Stark…

– Och, na Boga – przerywa jej z prychnięciem. – Możecie się do mnie zwracać, jak wam się tylko podoba, Tony, Tony Stark, sam Stark, nawet doktor Stark, mam od groma doktoratów, ale pana Starka zostawcie sobie na mój pogrzeb. Więc jakie miałaś pytanie, piękności?

Dziewczyna lekko się rumieni.

– Nauczymy się budować reaktory łukowe? – pyta, pozwalając sobie na formę bezosobową, wyraźnie zbita z tropu jego gadatliwością.

– W tym właśnie problem – Tony na chwilę milknie, robiąc trochę głupią minę. – Taki był pierwszy zamiar, ale hej, jeśli was nauczę, to zrobię sobie konkurencję, a jak zrobię konkurencję to będę mniej zarabiał i za co wtedy kupię sobie kolejny zajebiście drogi samochód? Więc zamiast tego pobawimy się w jakieś inne bzdury, nie wiem, może spróbujemy poulepszać repulsory, a jak nie będziecie chcieli współpracować, to was zanudzę wykładami o mechanice kwantowej i rysunkami orbitali.

– Ma pan doktorat z mechaniki kwantowej? – dziwi się zabawnym angielskim jeden z ekipki skośnookich zbitej po prawej stronie.

– Mam mnóstwo doktoratów – zbywa pytanie ruchem ręki, bo tak w sumie sam już nie pamięta, z czego ma tytuł naukowy, a czego nauczył się przypadkiem, na przykład przy okazji inwazji kosmicznych jaszczurek. – Generalnie będziecie pracować niby ze mną, ale pewnie bardziej z Jarvisem, bo ja mam jeden fajny projekt w głowie, ale wam nie zdradzę na jego temat ani słowa. Jarvis jest bardziej ucywilizowany niż ja, słowo daję.

– Wierzę, że w pewnych momentach nie jest o to trudno, sir – odzywa się natychmiast AI.

– Jesteś złem, widzisz, oddaję cię studentom, będą się nad tobą znęcać, Jarv – odpowiada jedynie ze śmiechem Tony. – Jeszcze jakieś pytania?

Kolejna drobna, kobieca dłoń uniesiona w górę.

– Nie powinniśmy się przedstawić?

– Wiesz, kochanie, problem polega na tym, że i tak nie zapamiętam waszych imion. Nie ma takiej opcji, nie łudźcie się. Niektórym może wymyślę jakieś ksywki, ale to też jest mało prawdopodobne. Ważne, że będzie was znał Jarvis, ja nie muszę. Inni?

– Opowie nam pan o portalu w Nowym Jorku? – pyta wyzywająco wysoki, ciemnowłosy chłopak z brytyjskim akcentem. Kurwa mać. Albo kurwa mać razy dwa, bo Tony od trzech dni nie miał koszmarów ani w ogóle jakichkolwiek snów. Jednak na samo pytanie o Nowy Jork czuje rosnącą w piersi, gdzieś w sąsiedztwie reaktora, panikę.

Naprawdę kurwa, kurwa, kurwa jedna wielka mać.

Bierze jednak głęboki wdech, po czym próbuje wyjść na wyluzowanego:

– Thor wcale nie jest aż tak przystojny, jak się wydaje na nagraniach, Kapitan Ameryka ma o wiele mniejsze bicepsy, Czarna Wdowa faktycznie jest w stanie zabić spojrzeniem, a Hawkeye ma najgorsze poczucie humoru na świecie – wypala. – Doktora Bannera może poznacie, o ile będzie na tyle kochany i wpadnie tutaj z mojej cudownej, odremontowanej Stark Tower. Tylko nie próbujcie obudzić Hulka, zielony na pewno nie powie wam nic o termodynamice jądrowej. I ja też nie, bo to Bruce jest w tej dziedzinie specem.

– Nie myślał pan nad zmianą nazwy wieży na Avengers Tower?

Tony wskazuje palcem na proponującą dziewczynę, chyba Koreankę.

– Dobry pomysł, rozważymy to. A teraz bierzemy się do roboty, przedstawcie Jarvisowi wasze pomysły na nasze zajęcia, cokolwiek wam siedzi w głowach, ja to może przejrzę, a może Jarvis mi wszystko zreferuje, jeszcze zobaczymy, i za tydzień to przedyskutujemy. Macie półtora godziny, a teraz wybaczcie – po czym Tony, bardzo dumny z siebie, wychodzi z warsztatu, ażeby wziąć prysznic i przygotować sobie kolejnego drinka.

Kiedy wraca, dwadzieścia osób jest pochłoniętych zapisywaniem równań na dotykowych ekranach i testowaniem podzielności uwagi Jarvisa.

Tony w milczeniu siada przy wolnym stole w rogu warsztatu, uruchamia klawiaturę i zaczyna się zastanawiać, jak wyciszyć coraz wyraźniejsze objawy stresu pourazowego.

Kończy się na projekcie Marka XXXII.

 

Bruce Banner daje się namówić na kilkudniową wizytę i ostrzegawczą pogadankę na temat promieni gamma, podczas której Tony może w spokoju sączyć whiskey w rogu warsztatu. Wykłada też dzieciarni, jak Selvig mógł stworzyć portal i kilka mniej istotnych ciekawostek na temat magicznej kostki. O wiele lepiej znosi pytania o inwazję w Nowym Jorku, a zbieranina studenciaków jest na tyle taktowna, ażeby nie pytać o zielone alter-ego.

Przez sześć tygodni Loki nie raczy się pojawić w Bostonie.