Actions

Work Header

Lost me

Chapter Text

 

Tony się tego nie spodziewa.

Zaraz po zaspokojeniu pragnienia i nieudanej próbie ukojenia bólu głowy przy pomocy tequili – whiskey to jednak whiskey, whiskey by zadziałała – Jarvis informuje go o nadchodzącym połączeniu. Bierze jeszcze kilka dużych łyków wody, nim rzuca w przestrzeń:

– Okej, Jarv, możesz łączyć. Cześć, Pepper, słońce mego wszechświata. Jak ci mija podróż?

– Mijałaby dobrze, gdybym rzeczywiście była w samolocie, Tony – wzdycha zmęczona Potts.

– Znów zarząd? Jesteś CEO i mamy pakiet kontrolny, mogą nam podskoczyć, kochanie.

– I mogą też być bandą upierdliwych dupków – prycha.

– Zagroź im, że odejdziesz i będą musieli użerać się ze mną, a ja będę miał głęboko gdzieś tę firmę – proponuje Tony. Pepper śmieje się krótko.

– Oczywiście, Tony, będą przerażeni taką perspektywą.

– Nie dzwonisz, żeby ponarzekać mi na zarząd. Od tego masz Happy’ego – stwierdza Tony, szukając w lodówce czegoś zdatnego do zjedzenia na śniadanie. – Jarvis, skarbie, zamów tacos – rzuca w przestrzeń.

– Miałeś zacząć się zdrowo odżywiać – oskarżycielski ton Pepper może by nie zrobił na nim większego wrażenia, gdyby nie ten cholerny sen.

– Widzisz, bez ciebie nawet nie umiem ułożyć listy zakupów dla Jarvisa – odpiera słodko.

– Jesteś beznadziejny – wzdycha Pepper. Generalnie Pepper bardzo dużo wzdycha na Tony’ego, zazwyczaj z politowaniem lub niezadowoleniem.

– Też cię bardzo mocno kocham. Więc po co naprawdę dzwonisz? – wraca do tematu.

– Ludzie z MITu nie dają mi spokoju w sprawie tych twoich zajęć, pamiętasz o nich w ogóle?

Oczywiście, że nie pamięta, ale się do tego nie przyzna.

– Jasne, kotku, nie martw się, załatwię to sam – odpowiada.

– Załatwisz to… sam? – powtarza, nie ukrywając zdziwienia. – Nie potrafisz sam zawiązać sobie butów, Tony.

Zbyt wiele razy to słyszał, żeby się oburzyć.

– Załatwi to za ciebie Jarvis – poprawia się. – Jarvis, zrobisz to, nie?

– Oczywiście, sir.

Pepper może tego po sobie nie da poznać, ale jest ukontentowana jednym problemem mniej na głowie.

– Myślę, że wrócę za dwa dni. Bądź grzeczny, Tony – słyszy jej delikatny ton.

– Tak, mamo – gorliwie potwierdza, aby następnie Pepper mogła zakończyć połączenie. – Jarvis, o co chodzi z MITem?

– Miesiąc temu zadeklarował pan chęć poprowadzenia bloku zajęć z mechaniki – odpowiada natychmiast Jarvis.

Tony zastanawia się nad tym przez kilka chwil, po czym uznaje, iż lepszego czasu na to nie mógł znaleźć. Gdyby Pepper była w Malibu, zakopałby się w warsztacie na jakiś tydzień, a potem znalazł cudowną wymówkę w postaci odwiedzin u Bannera. Na samą myśl o niej pojawia się ten dziwny ucisk w żołądku, identyczny do tego, gdy Loki wkradł się do jego snów kilkanaście tygodni temu; dokładnie ten sam, przez który nie mógł spojrzeć Pepper w oczy.

Tym razem Tony sam już nie jest pewien, czy to był sen, czy może jednak jakaś chora rzeczywistość.

– Okej, Jarvis, powiedz im, że bardzo chętnie powyżywam się na nieszczęsnych studentach, tylko ubierz to jakoś ładniej w słowa – przerywa na chwilę. – Powiedz mi, ktoś mnie w noc odwiedził?

– Nie zanotowałem żadnego naruszenia bezpieczeństwa, sir.

– Niczego? Żadnych skoków energii? Jasne, skąd byś miał je widzieć, skoro nie masz wprowadzonych odpowiednich algorytmów, a ja za cholerę nie wiem, od czego by nawet zacząć tworzenie skanera. Żadnych pieprzonych próbek ani nic. Jarv, żadnych fal o nieznanych ci częstotliwościach, obcych sygnatur, czegokolwiek?

– Nie jestem pewien, do czego pan zmierza, sir – odpiera niepewnie AI.

– W tę stronę to my nic nie zrobimy – wzdycha jedynie w odpowiedzi Tony. – Jak wygląda sprawa z nagraniami, Jarvis? Potrzebuję monitoring z dzisiejszej nocy z sypialni i łazienki. Z dźwiękiem oczywiście.

– Przykro mi, nie posiadam nagrań z tych pomieszczeń. Dwa miesiące temu panna Potts zabroniła mi monitorować pańską sypialnię i łazienkę, twierdząc, iż czuje się niekomfortowo.

Tony komentuje to soczystą wiązanką przekleństw.

– Powiedz mi chociaż, że moje tacos jest już w drodze – błaga, chowając twarz w dłoniach.

– Powinno pojawić się w domu za około szesnaście minut.

– Tyle dobrego. No nic, pokaż mi, czego mam uczyć tę bandę dzieciaków?

 

Massachusetts Institute of Technology wita Tony’ego Starka z otwartymi ramionami – dokładniej robi to jego rektor i bardziej niż Tony’ego wita jego kilkusettysięczną dotację. Z wielką ochotą udostępniają mu jeden z budynków znajdujących się na kampusie, z ogromnym laboratorium, gdzie Stark podpina matryce swojej AI. Może przeżyć sześć tygodni w Nowej Anglii bez Pepper, ale bez Jarvisa nie przetrwa jednego dnia.

Budynek jest duży, ma wiele niepotrzebnych pokoi i chyba jest tym samym – jedynie porządnie odremontowanym – w którym mieszkał, kiedy dwadzieścia kilka lat temu robił tutaj pierwszy doktorat. Ważne, że nie ma tutaj Pepper ani kogokolwiek innego, a pobliski monopolowy dowozi zakupy pod same drzwi.

Ta dotacja na badania z chuj-wie-jakiej-technologii wydaje się być tego naprawdę warta.

Zajęcia z bandą dzieciaków z drugiego roku również nie zapowiadają się tak źle, kiedy schodzi do warsztatu i po raz pierwszy spostrzega tam grupkę może ze dwudziestu osób, z czego siedem jest skośnookich, a sześć zdecydowanie pochodzi z Indii.

– Umm, cześć – wita się rezolutnie ze szklanką whiskey w dłoni. – Gdyby ktoś pytał, to tylko sok jabłkowy – natychmiast zastrzega, co zebrani kwitują nieśmiałym chichotem. – Okej, sprawa wygląda tak: nie będziemy się pieprzyć z żadną teorią, nie mamy czasu na teorię, a ja bym chciał was nauczyć chociaż jednej odlotowej rzeczy. Proszę, mów – zwraca się w stronę jasnowłosej dziewczyny, która nieśmiało uniosła dłoń ku górze.

– Panie Stark…

– Och, na Boga – przerywa jej z prychnięciem. – Możecie się do mnie zwracać, jak wam się tylko podoba, Tony, Tony Stark, sam Stark, nawet doktor Stark, mam od groma doktoratów, ale pana Starka zostawcie sobie na mój pogrzeb. Więc jakie miałaś pytanie, piękności?

Dziewczyna lekko się rumieni.

– Nauczymy się budować reaktory łukowe? – pyta, pozwalając sobie na formę bezosobową, wyraźnie zbita z tropu jego gadatliwością.

– W tym właśnie problem – Tony na chwilę milknie, robiąc trochę głupią minę. – Taki był pierwszy zamiar, ale hej, jeśli was nauczę, to zrobię sobie konkurencję, a jak zrobię konkurencję to będę mniej zarabiał i za co wtedy kupię sobie kolejny zajebiście drogi samochód? Więc zamiast tego pobawimy się w jakieś inne bzdury, nie wiem, może spróbujemy poulepszać repulsory, a jak nie będziecie chcieli współpracować, to was zanudzę wykładami o mechanice kwantowej i rysunkami orbitali.

– Ma pan doktorat z mechaniki kwantowej? – dziwi się zabawnym angielskim jeden z ekipki skośnookich zbitej po prawej stronie.

– Mam mnóstwo doktoratów – zbywa pytanie ruchem ręki, bo tak w sumie sam już nie pamięta, z czego ma tytuł naukowy, a czego nauczył się przypadkiem, na przykład przy okazji inwazji kosmicznych jaszczurek. – Generalnie będziecie pracować niby ze mną, ale pewnie bardziej z Jarvisem, bo ja mam jeden fajny projekt w głowie, ale wam nie zdradzę na jego temat ani słowa. Jarvis jest bardziej ucywilizowany niż ja, słowo daję.

– Wierzę, że w pewnych momentach nie jest o to trudno, sir – odzywa się natychmiast AI.

– Jesteś złem, widzisz, oddaję cię studentom, będą się nad tobą znęcać, Jarv – odpowiada jedynie ze śmiechem Tony. – Jeszcze jakieś pytania?

Kolejna drobna, kobieca dłoń uniesiona w górę.

– Nie powinniśmy się przedstawić?

– Wiesz, kochanie, problem polega na tym, że i tak nie zapamiętam waszych imion. Nie ma takiej opcji, nie łudźcie się. Niektórym może wymyślę jakieś ksywki, ale to też jest mało prawdopodobne. Ważne, że będzie was znał Jarvis, ja nie muszę. Inni?

– Opowie nam pan o portalu w Nowym Jorku? – pyta wyzywająco wysoki, ciemnowłosy chłopak z brytyjskim akcentem. Kurwa mać. Albo kurwa mać razy dwa, bo Tony od trzech dni nie miał koszmarów ani w ogóle jakichkolwiek snów. Jednak na samo pytanie o Nowy Jork czuje rosnącą w piersi, gdzieś w sąsiedztwie reaktora, panikę.

Naprawdę kurwa, kurwa, kurwa jedna wielka mać.

Bierze jednak głęboki wdech, po czym próbuje wyjść na wyluzowanego:

– Thor wcale nie jest aż tak przystojny, jak się wydaje na nagraniach, Kapitan Ameryka ma o wiele mniejsze bicepsy, Czarna Wdowa faktycznie jest w stanie zabić spojrzeniem, a Hawkeye ma najgorsze poczucie humoru na świecie – wypala. – Doktora Bannera może poznacie, o ile będzie na tyle kochany i wpadnie tutaj z mojej cudownej, odremontowanej Stark Tower. Tylko nie próbujcie obudzić Hulka, zielony na pewno nie powie wam nic o termodynamice jądrowej. I ja też nie, bo to Bruce jest w tej dziedzinie specem.

– Nie myślał pan nad zmianą nazwy wieży na Avengers Tower?

Tony wskazuje palcem na proponującą dziewczynę, chyba Koreankę.

– Dobry pomysł, rozważymy to. A teraz bierzemy się do roboty, przedstawcie Jarvisowi wasze pomysły na nasze zajęcia, cokolwiek wam siedzi w głowach, ja to może przejrzę, a może Jarvis mi wszystko zreferuje, jeszcze zobaczymy, i za tydzień to przedyskutujemy. Macie półtora godziny, a teraz wybaczcie – po czym Tony, bardzo dumny z siebie, wychodzi z warsztatu, ażeby wziąć prysznic i przygotować sobie kolejnego drinka.

Kiedy wraca, dwadzieścia osób jest pochłoniętych zapisywaniem równań na dotykowych ekranach i testowaniem podzielności uwagi Jarvisa.

Tony w milczeniu siada przy wolnym stole w rogu warsztatu, uruchamia klawiaturę i zaczyna się zastanawiać, jak wyciszyć coraz wyraźniejsze objawy stresu pourazowego.

Kończy się na projekcie Marka XXXII.

 

Bruce Banner daje się namówić na kilkudniową wizytę i ostrzegawczą pogadankę na temat promieni gamma, podczas której Tony może w spokoju sączyć whiskey w rogu warsztatu. Wykłada też dzieciarni, jak Selvig mógł stworzyć portal i kilka mniej istotnych ciekawostek na temat magicznej kostki. O wiele lepiej znosi pytania o inwazję w Nowym Jorku, a zbieranina studenciaków jest na tyle taktowna, ażeby nie pytać o zielone alter-ego.

Przez sześć tygodni Loki nie raczy się pojawić w Bostonie.