Actions

Work Header

Lost me

Chapter Text

Tony się tego nie spodziewa.

To wcale nie tak, że nie czuje nienawiści do Lokiego. Mniej za rozwalony Nowy Jork, bardziej za zniszczoną Stark Tower, a przede wszystkim za morderstwo Coulsona. W Tonym jest mnóstwo nienawiści, całe, całe mnóstwo, bo lubił pierwszy projekt Tower i lubił Coulsona, szczególnie kiedy zachowywał się w towarzystwie Rogersa jak zakochana piętnastolatka. To było urocze i zabawne, a sam agent był naprawdę równym gościem, zasługiwał na coś więcej niż śmierć poprzez rozerwanie klatki piersiowej halabardą zagłady, bo Lokiemu zachciało się dramatyzmu.

Nienawiści jest więc w Starku naprawdę wiele, a jednak nie nakazuje Jarvisowi uruchomić alarmu albo chociaż wezwać Bartona, kiedy słyszy niezbyt głośne, lodowate:

– Nie powinieneś pracować nad moim berłem, Anthony?

Uśmiech Lokiego, który zmaterializował się kilka metrów od niego przy jednym ze stołów, jest trujący, podobnie jak przenikliwa zieleń jego oczu. Przez chwilę rozważa telefon do Bartona, to byłaby krótka i prawie bezkrwawa zemsta.

Jest tylko jeden problem, jakim można wszystko uzasadnić – naukowa ciekawość Starka niebezpiecznie granicząca z głupotą. Jest zbyt mocno zaintrygowany obecnością najgroźniejszego przeciwnika, z jakim miał kiedykolwiek styczność, uzbrojonego jedynie w lodowaty uśmiech, dużą dawkę sarkazmu i zielone szaleństwo; zbyt mocno nakręcony na jakieś osiem czy dziewięć mniej lub bardziej sprecyzowanych wynalazków, które mógłby stworzyć z lekką pomocą asgardzkiego czary-mary. Loki będzie wręcz zbawieniem, jeśli przełoży Tony’emu magię na język nauki, czego nigdy nie potrafił zrobić Thor, zapewne dlatego, iż sam jej nie rozumiał.

– Mam jakiś milion innych rzeczy do zrobienia, kijek przeznaczenia nie jest jedną z nich – prycha, nawet nie obdarzając Lokiego pojedynczym spojrzeniem. Jeśli jednak liczy, iż w ten sposób pozbędzie się bóstewka chaosu, jest w błędzie.

Loki bowiem zbliża się do Tony’ego, wciąż z zachowaniem odpowiedniego dystansu, po czym siada gdzieś z boku i milczy.

Nienawiść jest wyczuwalna w powietrzu, jest pełną żalu aurą, którą Tony postanawia odrzucić dla wyższego, naukowego dobra, dla zaspokojenia swojej ciekawości i nauczenia się czegoś nowego, całkowicie odmiennego. Odrzuca ją też z powodu niejasnej fascynacji, o której zdecydowanie woli nie myśleć, zachowując ciszę i stawiając ją ponad nieznaczny flirt, jakiego na pewno prędzej czy później się dopuści. Inaczej nie byłby Tonym Starkiem.

Milczenie tym razem jest najlepszym wyborem. Podobnie jak przy trzech kolejnych wizytach Lokiego, cichych, wypełnionych obojętnością i perfekcyjnie ukrytym zaciekawieniem, podczas gdy Tony konstruuje Marka VIII. Nie można tego nie docenić, szczególnie kiedy faktycznie chce się skupić przede wszystkim na pracy, na kolejnych projektach, na tej cholernej zbroi, jedynej rzeczy, która może faktycznie, bardzo realnie ochronić Pepper, Tony’ego, cały pieprzony świat.

Trzy ciche wizyty Lokiego oswajają Starka z nową rzeczywistością, której na pewno się nie spodziewał, z fascynacją osobą szalonego boga pozbawionego magicznego berła, władzy i sprzymierzeńców, lecz tym razem w pełni świadomego swoich czynów, bez objawów skrajnego szaleństwa. Kontrast wobec Lokiego, którego po raz pierwszy spotkał, wariata na czele kosmicznych jaszczurek, jest ogromny i zaskakujący. Kilka razy Tony’emu zdarza się spojrzeć na Lokiego i pomyśleć, że może któregoś razu wyciągnie z niego jakieś szczegóły na temat inwazji albo magicznej laski przeznaczenia, którą zabrał Fury, mając głęboko w dupie głośne protesty Starka. Nikt nie był na tyle uprzejmy, by przypomnieć Thorowi, iż powinien zabrać do Asgardu nie tylko wyrodnego brata i niebieską kostkę, ale także halabardę zagłady.

Potem Pepper każe mu jechać na konferencję do Norwegii. Wraca po trzech dniach pozbawionych Lokiego, za to wypełnionych lizodupstwem i toną kwiatów, pseudomądrego pieprzenia, wszystkiego, co charakteryzuje konferencje naukowe. Dobrze, że Potts nie wysłała go na naukowo-biznesową, tam pewnie by mu nie wybaczyli kompletnej ignorancji. Dziękuje wszystkim bóstwom za tłumacza, bowiem zna tylko dwa języki obce – zaawansowaną matematykę i podstawy hiszpańskiego, których z nudy uczył się jakieś trzydzieści lat temu na któryś wakacjach z rodzicami w Meksyku, kiedy częściej od ojca widywał Edwina Jarvisa.

Wraca po trzech dniach i jego drugą czynnością, zaraz po przebraniu garnituru na dżinsy i stary t-shirt, jest wejście do warsztatu.

– Jarvis, pobudka, tatuś wrócił! – woła, obdarzając czułym spojrzeniem ekrany i porzucone projekty. Domem jest to zabałaganione pomieszczenie wypełnione zapachem oleju silnikowego i spokoju. Dom brzmi ostrym rockiem i, cholera, to naprawdę jedyne miejsce na świecie, w którym czuje się w pełni bezpiecznie, nawet kiedy tuż obok znajduje się Loki.

Nie zabił go jeszcze, a miał naprawdę sporo okazji, więc Stark postanawia przestać przejmować się swoim tak zwanym bezpieczeństwem. Nie ma ryzyka, nie ma zabawy, chociaż niestabilne bóstewko głównie milczy. Jakkolwiek dzięki ciszy Stark nie ma okazji go nadmiernie wkurwić, co jest plusem – chociaż nie naraża się bardziej niż zwykle.

Na wykładzie w Norwegii dali mu mnóstwo braw, wielki bukiet kwiatów i butelkę wina. O ile ogromne lilie przetrwały powrót do Malibu, o tyle trunek posłużył jako bardzo skuteczny środek nasenny, kiedy połączyło się go ze szkocką. Tony ma zatem przed sobą co najmniej pięćdziesiąt godzin cyklu twórczego, bowiem dawno nie czuł się tak wypoczęty.

– Dzień dobry, sir – wita się Jarvis, kiedy ekrany rozjaśniają się pięknym logiem Stark Industries. Tony za każdym razem czuje się niczym dumny ojciec obserwujący pierwsze kroki swojego dziecka, chociaż firmę założył Howard, a Jarvis ma ponad dwadzieścia lat na metaforycznym karku. – Jak minął panu lot?

– Niesamowicie, nic z niego nie pamiętam.

– Nie jestem w stanie uwierzyć, iż zasnął pan jeszcze przed startem, sir – odpiera natychmiast AI z charakterystyczną ironią.

– Oczywiście, że nie jesteś w stanie – śmieje się Tony. – Przerzuć na dysk nowy projekt repulsora w rękawicy, J, i załaduj go do projektu Marka IX. Nawet nie wiesz, jak mi za tobą się tęskniło – dodaje w nagłym przypływie czułości.

– Mnie również, sir. Czy życzy sobie pan wyświetlić poprawiony projekt?

– Jasne, czemu nie.

W powietrzu pojawia się model, którym przez kilka chwil Tony w milczeniu manipuluje.

– Jarv, zapuść muzykę – rzuca w przestrzeń. – Dummy, zostaw blender, inny robot zrobi to za ciebie – dodaje, spojrzawszy w stronę części kuchenno-barowej, gdzie jedno biedne urządzenie maltretuje drugie biedne urządzenie. – Właściwie nie potrzebuję tej okropnej papki, wyspałem się i zjadłem trzy posiłki w samolocie, prawie nie wypiłem żadnego alkoholu…

– Dwieście gram whisky ze Szkocji zalicza się jako suplement diety – wcina mu się Jarvis. – Nie jestem jednak pewien, jak zakwalifikować butelkę merlota rocznik dwa tysiące cztery.

Tony śmieje się głośno.

– To było wredne. Po prostu złe.

– Nie śmiałbym, sir – gdyby Jarvis był człowiekiem, albo chociaż jakimś androidem, uśmiechałby się teraz rozbrajająco, z szelmowskim błyskiem w oku. Tony kręci ze śmiechem głową, po raz kolejny, a następnie wraca do zbroi.

– Podciągnijmy zużycie mocy reaktora na repulsory o kilka procent obecnego przydziału, powiedzmy o jakieś trzy i osiem dziesiątych. Świetnie, zasymuluj mi to, żebyśmy niczego nie rozwalili przy testach. Nie chcę zdenerwować Pepper, chociaż ona już chyba podpisała stały kontrakt z ekipą remontową.

– Nie zarejestrowałem żadnego długoterminowego kontraktu budowlanego podpisanego przez pannę Potts. Jedynie umowy dotyczące jednorazowych napraw w Stark Tower.

– Dzięki, Jarvis, jesteś niezastąpiony. Jak moja symulacja? – Tony kręci się na krześle, kreśląc na ekranie StarkPada niedbale kolejny genialny pomysł.

Technicznie, każdy jego pomysł jest genialny. Jest Tonym Starkiem, geniusz to synonim jego nazwiska.

Dopiero po przeanalizowaniu zmian i wprowadzeniu do nich kolejnych trzech poprawek – w końcu decyduje się na powiększenie zużycia mocy o dwa i cztery dziesiąte procenta, dokładnie tyle, ile Jarvis uznaje za optymalne po całej serii skomplikowanych obliczeń – pozwala sobie wstać od jednego ze stołów i ruszyć w stronę nieskończonej butelki szkockiej.

– Jestem pod wrażeniem, że potrafisz myśleć przy takim hałasie, Anthony – dociera go niski głos z jednego z kabrioletów. Loki siedzi wygodnie rozparty na tylnym siedzeniu i uśmiecha się szeroko, choć trochę jadowicie.

– Jarvis, wycisz muzykę – natychmiast nakazuje. – Nie uśmiechaj się w ten sposób, przerażasz mnie. I wyglądasz jak pedofil w przedszkolu.

Bóg chaosu wydaje z siebie prychnięcie na granicy pogardy i rozbawienia. Chyba ma dobry humor, a Tony jest nadal na lekkim rauszu.

– Zaproponowałbym ci drinka, ale zakładam, że odmówisz.

Uśmiech Lokiego wcale nie robi się przyjemniejszy lub mniej psychopatyczny, a jednak traci na ostrości.

– Masz rację, Anthony – przytakuje, przyglądając mu się w sposób, który budzi niepokój. – Zdecydowanie odmówię.

Kiedy kilka chwil później znika, Tony jest w stu procentach pewien, że jeszcze tak krótkiej wizyty Asgardczyka nie doświadczył. I pewnie to już się nie stanie, chociaż Loki jest pełen niespodzianek, jakby za swoje największe osiągnięcie danego dnia uznawał zaskoczenie Starka odrobinę bardziej niż ostatnio.

Jakby Tony nie spodziewał się już absolutnie wszystkiego. Może z wyjątkiem Pepper wchodzącej nagle do warsztatu i jej pełnych słabo zamaskowanej złości słów:

– Czemu od razu ukrywasz się na dole?

– Cześć, kochanie – odpiera natychmiast, przywołując na usta szeroki, czuły uśmiech. – Jarvis, załaduj zmiany w programie zbroi i zamknij warsztat – dodaje, wiedząc, że tym razem nie wygra walki z Potts. O wiele łatwiej jest poddać się na samym początku, pozwolić zaciągnąć się na kolację i przy okazji podpisać kilka dziwnych dokumentów. Nie jest to zbyt wielka cena za brak konieczności uczestniczenia w okrutnie nudnych spotkaniach zarządu. Jeden taki zlot kosztuje Tony’ego jakieś trzy godziny nicnierobienia, kiedy Jarvis wyliczył, iż podczas samego śniadania statystycznie powstają trzy i sześćdziesiąt trzy setne wynalazku.

Kochanie jednak, zwane też panną Pepper Potts, jest groźne i odziane w garsonkę. Tym razem w firmie musiało naprawdę sporo się dziać, skoro Tony potrafi wyczytać z jej zmarszczonego czoła, iż nie życzy sobie protestów.

Pepper bardzo podobają się kwiaty z Norwegii i spokojny wieczór, podczas którego umiejętnie udaje, iż wcale nie zauważa tych kilku razy, gdy Tony przerzuca coś na StarkPadzie i przygryza wargę, zastanawiając się, jak ulepszyć kilka algorytmów przy zbroi.

 

 

– Nie wiedziałem, że jesteś w Malibu – rzuca Stark, kiedy Jarvis informuje go o wtargnięciu do warsztatu pułkownika Jamesa Rhodesa. Nie obdarza go spojrzeniem przez dobre kilka minut milczenia, i tak doskonale wie, gdzie Rhodey się kręci. A dokładniej w okolicach prawie opróżnionej butelki szkockiej i bardzo zimnej, bodajże wczorajszej pizzy. – Jest cała twoja, ale butelki nie ruszaj.

W odpowiedzi słyszy głośny śmiech przyjaciela.

– Mógłbyś zacząć wychodzić do ludzi, po konferencji w Oslo nagle o tobie ucichło.

Świetnie, Pepper już rozpoczęła krucjatę mającą na celu odciągnięcie Starka od swojej największej kochanki – nauki.

– Rogersowi należy się trochę świateł reflektorów po siedemdziesięciu latach w lodzie – odpiera, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. Rhodes wznosi oczy ku niebu. – Widzę to spojrzenie, Rhodey. Soplowi może przestanie być zimno, jak ogrzeją go reporterzy. I błagam, naprawdę zostaw moją whisky, na dolnym poziomie jest mnóstwo wina.

James okazuje się bardzo grzecznym chłopcem – w końcu jest żołnierzem – i zostawia butelkę, ażeby udać się na niższy poziom warsztatu. Piwniczka win nigdy nie należała do ulubionych miejsc i trunków Starka, dlatego jednej butelki absolutnie nie jest mu szkoda.

– Jarvis, myślę, że na dziś wystarczy pracy. Włącz muzykę, mam zamiar spić się z moim najlepszym kumplem.

– Nie będziemy się spijać! – gwałtownie protestuje Rhodey, na dowód czego dwie godziny później leży na sofie w salonie i ślini się we śnie. Tony natomiast jest załamany słabą głową przyjaciela i zagłębiony w rozmyślaniach, czy z Clintem Bartonem piłoby mu się lepiej. Na Rogersa alkohol nie działa, a ponadto zawsze będzie się Starkowi kojarzył z kawałkiem zamrożonego kija, z Romanoff natomiast wolałby nie kosztować alkoholu w trosce o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. Banner procentów nie ruszy, choćby mieli go zabić, a Tony prędzej już skontaktuje się z Lokim niż z Thorem, choć jasnowłosa księżniczka wikingów mogłaby być naprawdę niezłym materiałem na kompana do picia.

Jak na pieprzone zawołanie, Loki materializuje się w salonie z ironicznym uśmiechem, który gaśnie, kiedy spostrzega Rhodesa.

Dosłownie trzy sekundy później go już nie ma.

Jeśli Stark myślał, że ostatnia wizyta była najkrótsza na przełomie ich znajomości, bardzo mocno się pomylił.