Actions

Work Header

Zamroczenie

Chapter Text

Kontynent jest wielką przestrzenią o nieregularnych kształtach, którą zewsząd oblewają wody oceanu. Żyzne gleby kontynentu pokrywają różnorakie rośliny o niezwykłych właściwościach leczniczych, a zwierzęta, takie jak bydło czy dzikie smoki, zostawiają na ich powierzchni ślady, zapamiętałe przez matkę naturę. Najmniejsza część ekosystemu jest tu bardzo istotna, mikroskopijne zachwianie równowagi mogłoby zniszczyć cały świat.

Taki wspaniały kontynent jak Tairiku, zapewne nie istnieje na znanym wam świecie, a wielu z Was pewnie trudno uwierzyć, że istnieje tak doskonała i naturalnie przepiękna przestrzeń. Znajdą się zapewne pośród Was tacy, którzy uznają, że w takim świecie człowiek nie istnieje, ponieważ kojarzy się z niszczeniem natury na rzecz fabryk, sklepów i wielu innych niszczących krajobraz budynków. A jednak tu, na Tairiku, człowiek potrafi współgrać ze światem otaczającej go przyrody.

Na pewno znacie takie pojęcie jak średniowiecze, a przynajmniej powinniście kojarzyć, ponieważ właśnie w tych czasach przyszło mi opowiedzieć Wam tę historię. Nie jest to jednak do końca średniowiecze, ponieważ wynaleziono elektryczność i elektrownie słoneczne oraz wiatrowe, leki jak tabletki i zastrzyki, okulary, takie przeciwsłoneczne też. Tairiku jest ogromną, samotną wyspą, położoną na planecie znacznie mniejszej od Ziemi. Resztę planety okalają wody Oceanu Mugen, których człowiek jeszcze nie zbadał.

Na Tairiku istnieje dziewięć królestw: Cztery Wielkie Królestwa (Północ, Południe, Wschód i Zachód) oraz pięć mniejszych. Największe - Królestwo Seigaku, zwane Granatowym bądź Południowym, Królestwo Rikkai, zwane Żółtym bądź Zachodnim, Królestwo Shitenhōji, zwane Szmaragdowym bądź Wschodnim, Królestwo Hyōtei, zwane Niebieskim bądź Północnym - oto Cztery Wielkie Królestwa. Barbarzyńskie Królestwo Higa, zwane Fioletowym, zajmuje środkowe tereny kontynentu, z delikatnym przesunięciem na zachód, najbliżej do Królestwa Rokkaku, zwanego Czerwonym. Położone jest pomiędzy Królestwem Seigaku a Królestwem Hyōtei. Następne jest Królestwo Yamabuki, zwane Zielonym, położone na północ od Królestwa Shitenhōji, do którego ma najbliżej. Królestwo St. Rudolph, zwane Białym, zajmuje tereny na północny wschód od Barbarzyńskiego Królestwa Higa, najbliżej do Królestwa Shitenhōji. Najmniejsze Królestwo - Fudōmine, zwane Czarnym, położone jest na południowo-wschodniej części Tairiku, najbliżej do Królestwa Seigaku.

Wszystkie te królestwa żyły niegdyś w pokoju, a naturę szanowały jakby była ich matką. Nie wszystkie ziemie kontynentu należały do któregoś z Królestw, były wolne. Każde królestwo miało własny zamek, pola i hodowle oraz jedną wioskę z poddanymi. Władcy byli bardzo dobrzy dla swoich poddanych, więc nigdy nie wybuchały tam bunty. Ludziom nigdy niczego nie brakowało, a gdyby jednak, inni władcy postanawiali wspomóc sąsiadów, bliższych czy dalszych. Problemami, z którymi zmagały się królestwa były różnego rodzaju szkodniki, takie jak smoki, które kradły bydło, owce i trzodę chlewną bądź gryzonie i ptactwo, niszczące i ogołacające pola. Jednak były to niewielkie sprawy, z którymi ludzie świetnie sobie radzili, rozwiązując sprawy bez krzywdzenia zwierząt.

Jednak czasy pokoju minęły, i to tak nagle, nikt się tego nie spodziewał.

***

Nad Tairiku już od paru godzin wisi ciemne niebo, a księżyc i gwiazdy są jedynym źródłem światła. Królestwo Fudōmine o tej godzinie jest szczególnie trudne do wypatrzenia ze względu na kolor, który reprezentuje. Czarny zamek rzucał jeszcze czarniejszy cień na swoją wioskę. Rodzina królewska śpi, mieszkańcy wioski i służba na zamku również, ale straż nie śpi nigdy. Prawie...

- Ooooooch, staaaaaaryyyyyy! - ziewnął jeden ze strażników do swojego towarzysza. Tej nocy pilnowali wjazdu z lasu, a on wyjątkowo nie przygotował się na nockę. - Jak ja bym teraz chętnie się położył i zasnął...

- Nie możemy, zwariowałeś?!

- No ale tylko na godzinkę czy dwie...

- Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! Czy ty się w ogóle słyszysz, człowieku? - Drugi strażnik był poważniejszy, ale musiał przyznać: propozycja kolegi była kusząca.

- Co złego może się stać? Przecież nikt nas nie napadnie... - Przetarł oczy dłonią i ułożył się na trawie pod jednym z drzew.

- Aaaaaaaa... - ziewnął mądrzejszy strażnik. - Chyba masz rację... - Zaraz padł na miękką ściółkę obok towarzysza.

Och, jak bardzo się pomylili, właśnie popełnili największy błąd w swoim życiu, który może ich sporo kosztować. Zza krzewów ktoś ich obserwował, tylko czekając, aż nie wytrzymają i przymkną oko. Z gęstwin wyłoniły się cztery sylwetki: jedna ogromna i trzy mniejsze. W blasku księżyca błysnęła niebieska korona królewicza. Młodzieniec był ochraniany przez trzech rycerzy ze swojego królestwa, a choć było ich tylko czterech, wyglądali na pewnych siebie. Bez problemu ominęli śpiącą straż, przy zamku upewniając się, że tam również wszyscy śpią. Nie było strażników, którzy by ich zobaczyli, więc wejście do zamku było prostsze niż zabranie dziecku jedzenia. Jednak było to dość ryzykowne, w środku ktoś mógł jeszcze strzec murów.

- Idziemy - zarządził krótko królewicz, przekraczając wejście i kwartet znalazł się na niewielkim korytarzu. Bez wahania popchnął drzwi, prowadzące do sali tronowej.

Ogromne pomieszczenie było puste, nawet śpiący strażnicy nie przebywali w tym ważnym miejscu. Młody chłopak prychnął tylko i zaczął się rozglądać, a towarzyszący mu ochroniarze zrobili to samo. Po chwili wycofali się z powrotem na korytarz i skierowali się na górę po schodach. Czarny zamek był o wiele mniejszy od ich, więc nie mogli powiedzieć, że można się tu zgubić. Każde z nich dokładnie czytało napisy na złotych plakietkach, zaczepionych do drzwi. Musieli ostrożnie stawiać kroki, ponieważ wszędzie walali się śpiący strażnicy. W końcu znaleźli to, czego szukali.

- Mam! - szepnął jeden z nich.

Reszta natychmiast znalazła się przy nim. Królewicz zmrużył oczy, czytając dokładnie napis na plakietce.

- "Królewna An" - mruknął, a kąciki jego ust uniosły się delikatnie. Nadusił dłonią na klamkę i znalazł się w sypialni dziewczyny.

Krótkowłosa piękność mocno spała, leżąc na wznak. Oddech miała spokojny, chyba śniło jej się coś zadowalającego jej umysł. Jasnowłosy zbliżył się do jej łóżka. W pokoju było bardzo ciemno, więc nie miał prawa zauważyć stolika z wazonem, o który zahaczył biodrem. Naczynie spadło i zbiło się, robiąc przy tym niemały hałas. Lekko wystraszony sytuacją zerknął kątem oka na śpiącą. Dziewczyna mruknęła coś pod nosem i odwróciła głowę na bok, chrapiąc dalej.

- Ostrożnie, panie Wakashi - szepnął jeden z rycerzy, który z nim przybył.

Ten tylko mruknął coś w odpowiedzi i stanął tuż przed łóżkiem królewny. Była naprawdę ładna, choć królewicz gustował w innych. Wiedział, że potrafiła być uparta i agresywna, a on nie lubił tych cech u kobiet. Te właśnie cechy sprawiły, że spotka ją zaraz przykry los. Królewicz Wakashi z Królestwa Hyōtei odkrył ciało panienki i powoli wsunął ramiona pod jej plecy, podnosząc ją. Krótkowłosa nie zareagowała, na jego szczęście. Później już żwawszymi ruchami wyszedł z pokoju.

- Król Keigo będzie z nas dumny! - pisnął rycerz.

- Jirō, przymknij się! - skarcił go inny wojownik.

- Zamknijcie się obaj - warknął Wakashi. - Idziemy - nakazał, a dwóch rycerzy oraz trzeci ogromny wojownik posłusznie podreptali za nim.

Bardzo zgrabnie poszło im wydostanie się z zamku. Przechodzili przez wioskę, kiedy usłyszeli głośne ujadanie psów. Kilkoro strażników na murach zamku obudziło się, a ich czujny wzrok wypatrzył połyskującą na niebiesko koronę.

- Porywają królewnę!

- Zawiadomcie króla!

- Brać ich!

Krzyki to były sygnały, że czas się stąd wynosić. Do tego wszystkiego obudziła się An. Gdy tylko zauważyła, co się dzieje, zaczęła wołać o pomoc i szarpać się, więc królewicz Wakashi był zmuszony przewiesić ją sobie przez ramię. Porywacze pobiegli do lasu, gdzie zostawili swoje konie. Załadowali na jednego z nich królewnę Fudōmine, dosiedli rumaki i ruszyli. Jeden ze strażników zobaczył ich oddalające się sylwetki.

- Zawiadomcie króla! Powiedzcie, że królewicz z Hyōtei porwał jego siostrę!

***

Tymczasem gdzieś w sercu kontynentu wolnym tempem przez las przedzierał się niewielki konwój. Na przedzie szło kilku uzbrojonych wojów z latarniami, za nimi powóz, ciągnięty przez dwa konie. W powozie siedziały dwie bardzo ważne osoby. Za powozem maszerowało kilkunastu wojowników, również uzbrojonych, dwóch z nich trzymało latarnie. Było ciemno i głucho, podróżnicy padali ze zmęczenia i głodu. Zapasy na ich podróż okazały się być niewystarczające. Od dwóch dni byli na głodzie, żywili się tym, co znaleźli w lesie, a oznaczało to zero mięsa, ponieważ byli tak głośni, że zwierzyna uciekała od nich na promień kilku kilometrów. Na powóz narzucona była żółta płachta, symbol Królestwa Zachodniego - Rikkai. Każdy z rycerzy miał na ramieniu zawiązaną żółtą chustę, symbolizującą królestwo, któremu służyli.

Maszerowali, zmordowani tułaczką, bo to bardziej tułaczkę przypominała ich podróż. W końcu jeden z rycerzy na przedzie potknął się o wystający korzeń i już nie podniósł o własnych siłach.

- Hej, stary, wszystko w porządku? - Inny rycerz pochylił się nad wycieńczonym towarzyszem.

Jego pytanie zaniepokoiło siedzących wewnątrz ludzi. Z powozu wyskoczył młody chłopak o kręconych, czarnych włosach i przedarł się przez swój oddział.

- Panie mój! Musimy się zatrzymać, błagam! Nikt nie ma już sił! Nie potrzebujemy wiele, tylko kilka godzin snu! Na kolanach błagam! - Jeden z rycerzy dopadł do stóp młodzieńca w żółtej koronie.

- Na pewno się zatrzymamy. Spokojnie, powiadomię...

- Słyszę - odezwał się gruby głos, dochodzący z powozu.

Wysoki chłopak postawił stopy na mokrej trawie, zdjął białą rękawiczkę z lewej dłoni i przetarł zmęczone oczy. Podszedł do królewicza, a jego żółta peleryna wydała z siebie cichy szelest, poruszona chłodnym wiatrem. Kucnął przy nieprzytomnym rycerzu i mruknął coś pod nosem.

- Proszę? - skrzeknął królewicz.

- Hm? Nie, nic, do siebie mówię, Akaya. - Wstał i otrzepał jasne spodnie. - Zrobimy tu postój, twoi ludzie są głodni i zmęczeni. Jeżeli pójdziemy dalej, to wszyscy popadają, a życie uleci z nich szybciej niż zdążysz powiedzieć "koń rasy Shire" - mruknął, chwiejąc się na nogach.

- Ach, doradca Renji również nie spał dużo...

- Ktoś musiał pilnować śpiącego królewicza. Król Seiichi by mnie zabił, gdybym cię nie dopilnował. - Uśmiechnął się delikatnie. - Ludzie, robimy postój. Kto weźmie pierwszą wartę? - Na to pytanie wszyscy poza doradcą i księciem padli na mokrą ziemię. - Och...

- Nic nie szkodzi! - Królewicz Akaya ożywił się. - Ja się wyspałem po wsze czasy! Będę stał na straży.

- To nie jest najlepszy pomysł...

- Poradzę sobie! Skoro mam być kiedyś królem, muszę umieć chronić swoich poddanych.

- Ech... - westchnął królewski doradca i przeleciał wzrokiem po sennych rycerzach. - No, dobrze. Tylko proszę, znajdź chociaż dwóch niezmordowanych, tak będzie bezpieczniej.

- Tak jest!

Renji szybko zorientował się, że królewicz znalazł dwóch towarzyszy na noc. Sprawdził dokładnie, czy z wozem i końmi wszystko w porządku, przejrzał wszystkie cenne przedmioty, które były pochowane wewnątrz. Wracali do Królestwa Rikkai z przykrymi wieściami. Od dwój dni błądzą po lesie, wracając z nieudanej misji na tle pokojowym i chęcią znalezienia sojuszników. Od ostatniego czasu król Rikkai i król Seigaku są skłóceni, nigdy nie wiadomo, kiedy może zacząć się wojna. Misja Renjiego polegała na chęci zjednania sobie króla Fudōmine, który był w dobrych stosunkach z granatowym władcą. W wozie znajdowały się skarby króla Seiichiego, niestety król Kippei odmówił. Brunet ziewnął i zakrył usta dłonią. Pokręcił głową z westchnieniem, ściągając drugą rękawiczkę. Usiadł pod jednym z drzew i zdjął pas z pochwą na miecz, odkładając obok.

- Akaya. - Poczochrany królewicz odwrócił głowę w jego stronę. - Uważajcie, bądźcie czujni. Jesteśmy na terenie Barbarzyńskiego Królestwa Higi.

Królewicz tylko kiwnął głową na znak, że rozumie, po czym natychmiast odesłał pozostałych dwóch rycerzy na inne strony obozu, aby nikt nie naszedł ich z żadnego kierunku.

Księżyc dawał delikatną poświatę na las, gwiazdy mrugały przyjaźnie. Akaya siedział pod jednym z drzew na uboczu obozowiska i wpatrywał się w nie z zachwytem. Nagle zdał sobie sprawę, że co chwila ziewa, a oczy same mu się przymykają. Potrząsnął energicznie głową. "Nie śpij, nie wolno ci zasnąć" - myślał. Jednak to było silniejsze od niego. Nawet nie sprawdził, czy pozostali na czatach się trzymają. Osunął się na ziemię, ostatnie spojrzenie rzucając na uśmiechnięty, świecący rogalik na niebie.

Taka chwila nieuwagi właśnie skazała ich na tragedię tak wielką, że wpłynie ona częściowo na losy całego kontynentu i wszystkich jego mieszkańców.

- Jak myślicie, śpią? - szepnął jeden z obserwujących żółtą grupę mężczyzn.

- Tak, na pewno.

- Hej, to jest królewicz Królestwa Rikkai! - Inny zwrócił uwagę na lśniącą żółtą koronę na głowie Akayi.

- Tamten musi być równie ważny! - Kolejny zauważył Renjiego, otulonego żółtą peleryną. Peleryny nosili tylko najbliżsi królom słudzy.

- Chodźcie, zobaczymy, co tam mają ciekawego. - Gromada uzbrojonych zbójników z fioletowymi chustami na ramionach wyłoniła się z gąszczy.

Część z nich od razu rzuciła się na powóz, w którym ukryte było złoto i diamenty. Konie spały mocno, opierając się o siebie łbami. Młodszy zbójnik znalazł skarby.

- Patrzcie! - zwołał szeptem resztę.

- A co zrobimy z nimi? - Uwagę zwrócono na śpiących ludzi Żółtego Królestwa.

- A jak myślicie, panowie? - Stary zbójnik dobył miecza z pochwy przy akompaniamencie charakterystycznego dźwięku. Jeden z koni obudził się i zaczął przeraźliwie rżeć na widok nieznanych mu ludzi z bronią. Rycerze zaczęli się budzić.

- Jazda, chłopaki! - wrzasnął starzec. Zbóje rzucili się na nich, zabijając natychmiast najbardziej zdezorientowanych, a że był to niewielki powóz, szybko pozbyli się wielu wojowników.

Okropne krzyki i rżenie obudziły Renjiego. Przerażony chłopak patrzył, jak ludzie Akayi giną, jeden po drugim. Po drugiej stronie drzewa, pod którym spał, obudził się królewicz. Gdy tylko otworzył oczy, krzyknął, gdyż zdał sobie sprawę, że zasnął i dzieje się coś złego. Obaj wstali natychmiast, sięgnęli po miecze i ruszyli na wroga. Zbójnicy mieli już przewagę liczebną, a osłabieni rycerze królewicza Rikkai padali pod ich ciosami jak muchy. Zostało ich pięciu, królewicz, doradca króla i trzech rycerzy przeciwko co najmniej dwudziestu. Trzech rycerzy nie dało im jednak rady.

Podczas nieczystej walki Akaya został zraniony w udo, krew zabrudziła jego szare spodnie, a on opadł na kolana, sycząc z bólu. Rana była spora, ale nie narobiła zbyt wielu szkód. Królewicz zdążył zerwać zniszczoną nogawkę i obwiązać sobie nią ranę, po czym jedno mocne uderzenie w tył głowy powaliło go na długi czas. Jego ciało uderzyło o zimną ziemię, nieprzytomne.

- Akaya! - Renji, bardziej doświadczony w walce, jednak nie będący wykształconym wojownikiem, nie poddawał się.

Zbójnicy mieli znaczną przewagę, szczerze mówiąc, bawili się tylko biednym chłopakiem. W pewnej chwili wytrącili mu miecz z ręki i powalili na ziemię. Pulsujący ból w czaszce zaczął mu dokuczać tak bardzo, że musiał mocno zacisnąć oczy i szczęki. Leżał tak może chwilę, ponieważ zaczęło mu coś nie pasować. On żyje? Powoli rozchylił powieki, by spotkać spojrzenia uśmiechniętych od ucha do ucha zbójników.

- Jesteście bardzo uprzejmi, że poszliście sobie spać bez zostawienia straży, a wieziecie tu takie kosztowności... - Sposób, w który mówili przesiąknięty był sarkazmem. Ale niestety, mieli rację.

- Dlaczego mnie nie zabijecie? - zapytał słabym głosem, próbując się podnieść, ale jeden z napastników przygniótł go nogą.

- Zabić cię? Kuszące. Twoja pelerynka mówi nam, że jesteście z Rikkai, drugiego pod względem wielkości Królestwa na Tairiku. Ona pokazuje też, że musisz być kimś ważnym, osobą, której król ufa. - Uśmiechy nie opuszczały ich twarzy. - Ale, masz rację, musimy coś z tobą zrobić. Przytrzymajcie go - rozkazał starszy zbój, a kilku innych złapało Renjiego za wszystkie kończyny.

Mężczyzna usiadł na brzuchu swojej ofiary, a że chudym człekiem nie był, sprawiło to niemały ból chłopakowi. Królewski doradca wyrywał się i szarpał ze wszystkich sił, mimo iż wiedział, że nie ma to najmniejszego sensu. Szeroko otwartymi oczyma, co było u niego rzadkością, wpatrywał się w twarz siedzącego na nim mężczyzny. Była ciemna, a jej wyraz obłąkańczy. Ów mężczyzna wyjął z kieszeni spodni niewielki nóż, którego połyskującą, ostrą końcówkę przybliżył niebezpiecznie blisko do oka Renjiego. Chłopak już chciał zacisnąć powieki najmocniej jak się da, ale nawet na to mu nie pozwolili. Młodszy napastnik podszedł do niego i zgrabnymi palcami dłoni zmusił do trzymania oczu otwartych. Inny zbój usiłował zatkać mu usta ręką, ale powstrzymał go stary:

- Zostaw go! Kto go tu usłyszy? Jego wrzaski tylko dadzą mi większą satysfakcję. - Uśmiechnął się, ściągając wrogo brwi.

Otwarte oczy Renjiego zaczęły mocno go piec, łzy bezskutecznie próbowały ratować sytuację. Chłopak czuł, że jeśli grubas zaraz nie zrobi tego, co zamierza, to jego gałki oczne wylecą z oczodołów! Powoli ledwo widoczne w ciemnościach kształty zaczęły się zlewać w jednolitą czarną pustkę, póki nie poczuł okropnego bólu. Jego prawe oko mrugnęło, a przynajmniej tak mu się wydawało. Widziało bardzo wyraźnie dłoń, ściskającą nóż, przykładającą go do drugiego oka, skąd pulsował ból tak wielki, że myślał, że za chwilę umrze. Mężczyzna wbił nóż w lewe oko szybko, ale nie poprzestał wyłącznie na tym. Zaczął bawić się kosztem chłopaka, którego gardło jeszcze nigdy nie było zmuszone tak się zdzierać. Jego wrzaski niosły się echem po lesie. Nóż obracał się w jego oczodole, rozrywając tkanki oka na kawałki, krew spływała po policzku ofiary, wpływała do ucha, spływała na usta. Mógł poczuć jej smród oraz metaliczny smak, krztusił się nią. Karmazynowa ciecz spływała po jego szyi, plamiła ubranie, w tym żółtą pelerynę, barwiła mokrą trawę. Mało usatysfakcjonowani zbójnicy zaczęli coś mruczeć pod nosami. Renji wrzasnął głośniej, gdy nóż został wydobyty ze zniszczonego oczodołu. Palce czyichś dłoni zacisnęły się wokół jeszcze zdrowego prawego oka i zaczęły naciągać skórę, zmuszając powieki do ponownego rozwarcia się. Gdy tylko to się stało, fala niewyobrażalnego bólu znów przeleciała przez twarz młodego doradcy, wrzaski stały się głośniejsze, ale coraz krótsze, przerywane. Krew znów oblewała jego twarz, szyję, ubranie oraz glebę. Po pewnej chwili przestał wydawać jakiekolwiek odgłosy, poza świszczącym, nierównym oddechem i cichym pojękiwaniem. Stary zbójnik wywiercił mu kolejną dziurę w oczodole i wyjął zakrwawiony nóż, wraz z resztą zbójnickiej bandy przyglądając się swemu dziełu. Nagle ich obłąkańcze śmiechy przywróciły skołatany umysł Renjiego, słyszał je bardzo niewyraźnie przez krew, która zalała mu kanały słuchowe. Odgłos stąpania po mokrym gruncie i śmiechy oddalały się.

Nie wiedzieć czemu czuł, że całe jego ciało przekuwają miliardy mikroskopijnych szpilek. Leżał sparaliżowany wydarzeniami sprzed chwili, bał się poruszyć. Ból rozdzierał mu dalej to, co z twarzy pozostało, wwiercał się w potylicę i drażnił niemiłosiernie zmysły. Myśli w jego głowie zdawały się krążyć coraz szybciej i głośniej. Nie chciał myśleć, nie chciał czuć, nie chciał żyć. Ale co ma teraz zrobić?