Actions

Work Header

Uczeń docisnął mistrza

Work Text:

Pacha swędziała go niemiłosiernie. Zawsze, kiedy tak było, wiedział, że nadchodzą kłopoty- nie bez powodu zwany był wieszczem narodu.
Tego dnia, jednak, nie tylko pacha zapowiadała iście szekspirowską burzę. Wywołał ją poniekąd on sam, zapraszając do swego gabinetu Salomeę Słowacką. Matkę tego irytującego i pociągającego zarazem szczeniaka Słowackiego, który ostatnimi czasy działał mu wyjątkowo na nerwy.
Zaczęło się niewinnie, bo od ach... przejęzyczenia.
Mickiewicz zwykł wygłaszać swoje lekcje podniesionym głosem, by przypadkiem żaden uczeń nie zapragnął zgłosić się i przerwać jego improwizacji. Tak, improwizacji, ponieważ zajęty swoimi pasjami (zarządzaniem duszami, a szczególnie swoją własną podczas chlania na potęgę) nie zdobył się nigdy na przygotowanie lekcji i pozwalał myślom przepływać nieskrępowanie przez te szlachetne usta wieszcza narodu. Słowem, wrzeszczał i pluł.
Słowacki, najzdolniejszy uczeń klasy, chłonął jego słowa niczym gąbka, która wiecznie sucha, nie zdołała zmazać żadnej tablicy. Zazwyczaj. W ostatnich tygodniach Mickiewicz, zauważył, że jego słowa nie docierają już do młodego chłopaka. Wręcz przeciwnie, nudzą go bezmiernie.
Dlatego na pewnej lekcji, zauważywszy, że Julek w ogóle nie słucha, a bawi się szelkami swoich spodni, Mickiewicz wbił w niego prześwietlające na wylot spojrzenie. Klasa zamarła, lecz Słowacki w dalszym ciągu zdawał się być obojętny.
Adam odchrząknął i przemówił tubalnym głosem mistyka, patrioty, który nie jeden Czatyrdah dogłębnie poznał:
- Słowacki, jakież to dzieło przyniosło chwałę mi i całemu narodowi polskiemu?
Młodzieniec nie raczył nań spojrzeć. W sposób bezczelnie arogancki i pociągający, bawił się w dalszym ciągu swoimi szelkami. Wściekle żółtymi, trzeba dodać.
- Słowacki, gówniarzu-szczeniaku. Patrz na mnie, kiedy do Ciebie mówię! - ryknął Mickiewicz, a klasa podskoczyła na krzesłach
Na Słowackim nie zrobiło to większego wrażenia. Jakby od niechcenia podniósł wzrok i powiedział tonem iście perfidnym:
- Daddy.
Mickiewiczowi odebrało mowę. Po raz pierwszy w życiu, nie licząc chwili, gdy Maryla Wereszczekówna oświadczyła, że jeśli chce ją poślubić musi ogolić swą szyję.
- Co powiedziałeś? - ryknął jeszcze raz, choć pod koniec ryku zdało się słyszeć niepewność
Słowacki wytrzymał spojrzenie profesora i powtórzył tonem jeszcze bardziej dobitnym.
- Daddy. - uśmiechnął się lekko, a jego młodzieńcze wąsy wygięły się niczym księżyc wychodzący właśnie z nowiu, dający nadzieję - To znaczy, Dziady.
- Ehm... Tak, Dziady. - mruknął Mickiewicz, całkowicie zbity z tropu
- Jeśli mogę coś od siebie dodać, panie profesorze... - zaczął Juliusz i zamilkł, spojrzeniem prosząc o zgodę
Mickiewicz nie mógł wydobyć z siebie głosu. Zmotywował go fakt, że cała klasa obserwowała ich wymianę zdań, spojrzeń.
- Ehm... tak. - potwierdził
Słowacki poprawił się na ławce i oparł podbródek na swoich delikatnych, chłopięcych dłoniach.
- Pańska improwizacja, panie profesorze, z pewnością nie jest aż tak wielka.
Na samo wspomnienie tego zdania Mickiewicz był wściekły. W równym stopniu na Słowackiego i na siebie. Jak mógł pozwolić temu szczeniakowi-gówniarzowi na wyprowadzenie się z równowagi!? On, mesjasz narodu, zachował się jak jakiś młodziak! A nie był to jedyny raz!
W ciągu ostatnich tygodni Słowacki wiele razy podważył autorytet swojego profesora. Był bezczelny i uszczypliwy, akurat w tych miejscach, których szczypać się nie powinno. To wszystko sprawiało, że Mickiewicz miał ochotę dotkliwie uszczypnąć go w odwecie. A nawet, nie bójmy się tego określenia, docisnąć.
Młody belfer wiedział, od czego zacząć, co jest piętą Achillesową tego chłopięcia. Dlatego też w sobotni poranek, wezwał do swego gabinetu Salomeę Słowacką.
Kobieta zapukała do drzwi profesora równo o jedenastej. Punktualna, patriarchalna.
- Proszę wejść. - odpowiedział jej swoim tonem belferskim, wczuwając się już w rolę i poprawiając bokobrody
Do gabinetu weszła matka Słowackiego i dokładnie docisnęła drzwi. Już w pierwszej sekundzie Mickiewicz zauważył niezwykłe podobieństwo między nią, a jej synem. I nie chodziło tu o dociskanie, gdyż tych zdolności Julka, Mickiewicz nie zdążył jeszcze przetestować... Za to ich oczy, wyraz twarzy były niesamowicie podobne. Chciałoby się rzec, dwie krople wody święconej z Soplicowskiego kościoła, którymi ksiądz kropi niewierny lud w Sobotę Wielkanocną. I tym podobne pierdoły.
- Witam. - powiedział Mickiewicz - W moich skromnych progach.
- Dzień dobry, panie dobrodzieju. - odpowiedziała Salomea, kłaniając się z szacunkiem
Mickiewicz wskazał obdarte krzesło naprzeciwko swego biurka z dębów Królestwa Polskiego.
- Proszę usiąść. I proszę nie nazywać mnie dobrodziejem.
- Adamie? - zdziwiła się kobieta
- Nie. - Mickiewicz uśmiechnął się z grzecznością - Uświęcony Mesjaszu Narodu Polskiego wystarczy.
Nastała niezręczna chwila ciszy. Salomea udawała, że interesuje ją figurka Matki Boskiej służąca za przycisk do papieru. Mickiewicz udawał, że nie chce się zabić.
- Pan narzekał na Julka... - zaczęła kobiecina, nie mogąc znieść natarczywego jak oddech Telimeny, milczenia - To taki dobry chłopak. Zagubiony nieco, bo stracił już drugiego ojca, ale dobry. Cóż on takiego mógł zrobić?
- Cóż on mógł zrobić?! - zapienił się nagle Mickiewicz - Ja już pani powiem, co on mógł zrobić!
Podniósł palec do góry w geście tryumfalnym i mesjanistycznym.
- Daddy mnie nazywał! Sugerował, że mam za małą improwizację! Sugerował, że Towarzystwo Filomatów było źródłem rozpusty! Że ja sam byłem źródłem przyjemności cara!
Salomea spojrzała na niego z zaskoczeniem.
- Proszę nie krzyczeć, proszę nie krzyczeć. - pisnęła - Juleczek to taki dobry chłopak! On niczego złego nie miał na myśli. On jest zagubiony, potrzebuje pomocy. Potrzebuje wsparcia i autorytetu. Do...
...ciśnięcia. dokończył natychmiast Mickiewicz w myślach
- ...wartościowania i...
- I dlatego mnie ośmiesza przed całą klasą? - warknął, przerywając
- On, pana ośmieszyć? Toż to nie do pomyślenia. Przecież pan jest dla niego jak ojciec!
- Do pomyślenia! Do pomyślenia! - krzyczał z rozpędu, ale nagle dotarło do niego ostatnie zdanie i zamarł - Jak.... jak ojciec?
- Tak, jak ojciec! - powiedziała Salomea, głosem tryumfatorki i dodała szybko, zanim cham Mickiewicz zdążył się wciąć - Jeśli nazwał pana daddy to tylko dlatego, że on bardziej niż zwykle potrzebuje teraz ojca. Czułej ręki, która wesprze jego du...mę.
- Jak ojciec? - powtórzył tępo Mesjasz Narodu Polskiego
- O, tak. - potwierdziła Salomea i posłała mu uśmiech
Uśmiech ten przypieczętował los młodego Julka. Niczym biblijna Salome, Salomea sprawiła, że narodziła się legenda. A przynajmniej chory pomysł w głowie Mickiewicza.

Kiedy wracał do swojego domu, pomysł ten nie dawał mu spokoju. Natręctwa myśli były jego specjalnością, szczególnie, jeśli chodzi o jaranie pól malowanych zbożem rozmaitem. Myślał o Słowackim przez cały dzień, w swoim gabinecie w trakcie poprawiania wypracowań na temat Dlaczego Mickiewicz wielkim poetą jest. Nic więc dziwnego, że wszystkim uczniom postawił pały.
Ach, Słowacki. Gówniarz i szczenię, ale jednak kusił. Mickiewicz nie mógł nie zastanawiać się jak tu doprowadzić do spotkania sam na sam z tym niegrzecznym chłopięciem. Może kara po lekcjach? Może fakultet? Cokolwiek by to nie było, musiało nastąpić szybko i bez zwłoki. Przecież biedny Julek na gwałt potrzebował ojca. Na gwałt, hehe pomyślał filozoficznie Adam, mijając błękitny staw, o kolorach jak malowanych akwarelą, po którym sunęły śnieżnobiałe niczym orzeł bielik łabędzie. Wieczór był cieplejszy niż zwykle. W powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę, mimo, że dopiero zaczął się marzec.
Wiosna, ach... Czas romantyzmu i dociskania. Czas odrodzenia i odwilży. Czas miłości... i dociskania.
Zjadłbym kremówkę, pomyślał Adam, wstępując na próg swojego domu. Wetknął klucz głęboko w dziurkę i przekręcił kilka razy. Drzwi otworzyły się, zapraszając do ciepłego przytulnego wnętrza.
Smród, który owionął go po pierwszym kroku był wymowny.
- Norwid. - westchnął Mickiewicz, zamykając za sobą drzwi
Ciężkim krokiem ruszył do łazienki i otworzył pralkę, stojąc pod ścianą. Jego oczom ukazała się ogromna włochata kula czerni, spośród której błyskały żółtawe oczy poety, lśniące natchnieniem i gruźlicą.
- Proszę, nie wyganiaj mnie. Jak mi zapłacisz, to ci coś namaluję. - zaskamlała kula
Mickiewicz westchnął głęboko. Nie pierwszy raz i nie ostatni znalazł tu Norwida. Uściślając, był to już szósty raz.
- Wystarczy, że wyjdziesz, kiedy będę robił pranie. - oznajmił łaskawie
Norwid spojrzał na niego z wdzięcznością.
- Mesjaszu! Bóg Ci zapłać! Jak ci się odwdzięczę? Mogę cię ogolić, co ty na to?
Adam drgnął. To było naprawdę obraźliwe. Poczuł się dotknięty.
- Lubię swój zarost! - oświadczył tonem pełnym wyższości
Jednak za nim zdążył coś dodać, a do dodania miał dużo, ktoś zapukał do drzwi. A raczej załomotał, prawie wyrywając je z zawiasów.
Mickiewicz rzucił Norwidowi spojrzenie z gatunku ,,Jeszcze się policzymy" i ruszył w stronę drzwi. Łomotanie nasiliło się. Dołączyły do niego okrzyki:
- Otwórz, gnoju!
Życzenie gościa spełniło się w kilka sekund. I oto przed Mickiewiczem stał młody Słowacki.
Jak wielkie było zdziwienie Mickiewicza, jak wielka była jego radość i pociecha. Przez cały dzień rozmyślał o tym jak znaleźć się z tą małą bestyjką sam na sam, a tymczasem ona sama do niego przyszła. Ptaszek przyfrunął do klatki, do paszczy lwa, do pokoju dociskania.
Ach, jaki żywy był ten ptaszek. Miał na sobie śnieżnobiałą chłopięcą koszulę wsadzoną w sztruksowe spodnie, odsłaniające różowe pasmo łydek. Skarpetki sięgały kolan.
Oddech chłopca był urywany, a na jego twarzy wykwitł polski rumieniec. Oczy błyszczały z fantazją. Mickiewicz nie mógł pozostać obojętny na te naturalne wdzięki, ale wrzaski chłopięcia wnet orzeźwiły belfra, sprawiając, że przyjął rolę defensywną. I też się wydarł.
- JAKIM PRAWEM PRZYCHODZISZ TU SZCZENIAKU-GÓWNIARZU I WYSZCZEKUJESZ PRZED MOIMI DRZWIAMI SWOJE ŻAŁOSNE JĘKI?! MYŚLISZ, ŻE CO JA JESTEM, KURWA MAĆ...
- Tak, właśnie kurwa mać. - przerwał mu Słowacki, bo dobrze wiedział, że nic tak nie podjudza belfra jak ironia i to z podtekstem seksualnym
- CO?! - obruszył się Adam - SUGERUJESZ, ŻE JA SUGEROWAŁEM, ŻE JESTEM KURWĄ MAĆ? TO BYŁ TYLKO TAKI PRZERYWNIK. DALEJ MIAŁA BYĆ BARWNA METAFORA ZAKOŃCZONA PARARELĄ LUDZKOŚCI I SATYRĄ NA CARA.
Nauczyciel i uczeń wymienili wściekłe spojrzenia. Obydwoje oddychali ciężko, a powietrzu oprócz zapachu Norwida dało się wyczuć oniryczne przyciąganie.
- Jak śmiałeś wciągać w to moją matkę! - odezwał się Słowacki, spokojniej, ale z pretensją - Dobrze wiesz jak ją kocham! Ale ty musiałeś, po prostu musiałeś...
- Dla ciebie jestem panem profesorem, gówniarzu. - warknął - Szczeniaku! Nie tym tonem, bo... - zawahał się - BO!
Pogroził palcem, a w oczach Słowackiego znalazło się miejsce na odrobinę strachu, oprócz tej całej złości. Mickiewicz wiedział jak zadziałać na swojego podopiecznego. Wiedział, że mimo swojej buńczucznej postawy, Juliusz czuje przed nim respekt. Skoro, o bogowie, traktuje go jak ojca, to znaczy, że jego zachowanie jest jedynie buntem nastoletnim, który nie wyklucza szacunku dla mentora. Słowacki musiał po prostu znaleźć swoją drogę w życiu i przejść ten trudny okres. Nie żeby wieszcza narodu co kolwiek to obchodziło. On po prostu chciał docisnąć.
- Nu, nu, nu. Grzeczny chłopiec. - Mickiewicz zadrwił z milczenia swego ucznia - Jeśli rzeczywiście chcesz coś ze mną przedyskutować, radzę ci wejść do środka. Na zewnątrz pełno jest złych ludzi, którzy szydzą, kiedy płaczę.
Gościnnym gestem ręki zaprosił Słowackiego do swej pieczary. Uczeń zawahał się chwilę, jakby rozważał różne opcje. Mickiewicz nie rozumiał czegóż miałby się Słowacki bać. O ile jakieś konszachty z Rosją nie pozwoliły mu uzyskać telepatii, intencje Mickiewicza musiały być dla niego niezbadane. Czyż nie był przykładnym nauczycielem? Nie pomagał mu w trudnych chwilach? No dobrze, nie licząc tych kilku raz, kiedy kazał mu powiesić się przed wschodem słońca, ale po za tym był najlepszym belfrem jakiego młody utalentowany chłopak mógłby sobie wymarzyć.
Więc dlaczego się wahał?
Mickiewicz zdobył się na uśmiech i szerzej rozczapierzył palce zapraszającej ręki. Mięśnie policzków zaczęły mu drętwieć, w oku pojawił się tik. Rzadko się uśmiechał i zapomniał jakie to było trudne.
Na szczęście Słowacki nie kazał mu czekać w nieskończoność. W milczeniu przyjął zaproszenie i wszedł w głąb świątyni Wieszcza Narodu. Drzwi zamknęły się za nim na amen.
- Za mną. Nie patrz do łazienki. - rozkazał Mickiewicz i ruszył w stronę salonu
Słowacki podążył posłusznie. Czuł się zmieszany, bo przychodząc tutaj nie spodziewał się zaproszenia. Spodziewał się raczej, że profesor Mickiewicz zbeszta go i każe mu się powiesić jeszcze przed zachodem słońca. Nie powstrzymało go to jednak przed wygarnięciem nauczycielowi, co o nim myśli.
Mickiewicz chciał zepsuć jego opinię w oczach Salomei Słowackiej, najwspanialszej kobiety na ziemi. Bez względu na to, jak bardzo czasami bał się profesora, a zwłaszcza teraz, kiedy znalazł się z nim sam na sam w pustym domu, honor zwyciężył nad strachem. Jego matka była święta. Nie mogła dowiedzieć się o pragnieniach swojego syna. Cóż by to było... co pomyślałaby o swoim małym chłopcu? Wyklęłaby go z pewnością. Zakazała śpiewać ,,a ja lubię swoją mamę". Juliusz Słowacki umarłby dla świata.
Teraz zaś umierał ze strachu.
Minęli łazienkę. Wbrew rozkazowi, Słowacki zajrzał do niej dyskretnie. Kątem oka dostrzegł coś dzikiego i puchatego.
- Vade! Vade-mecum! - warknęło na niego, aż pisnął
Przez kilka sekund zapragnął znaleźć się w bezpiecznych silnych ramionach Mickiewicza. Pragnienie to jednak zepchnął w głąb swego umysłu. Musiał teraz myśleć trzeźwo, w obliczu nowej sytuacji, nowej przestrzeni.
Znaleźli się w niewielkim salonie, urządzonym patriotycznie. Wschodnią ścianę, tę rosyjską, wypełniały regały z przeróżnymi książkami. Słowacki domyślił się, że był to niejaki protest przeciwko Imperium, a jednocześnie przykład perfekcyjnego zagospodarowania przestrzeni i stosunku do orientalnej zasady Feng-Shui.
Mimo, że Norwid siedział w łazience nie było tu za dużo Shui. Cyprianowski zapach przesłonięty został wonią ciemnego drewna, które pokrywało podłogę, starych stronnic ksiąg, skórzanych foteli i miło kojarzącej się słodkawej woni. Lekko kremowej.
- Nie chciałem obrazić twej matki. - odezwał się Mickiewicz, wyrywając Słowackiego z rozmyślań
- Panie profesorze... - odezwał się niemrawo
Cała złość minęła. Kiedy obudził się rano nic nie wskazywało na to, że przed północą spełnią się jego marzenia. Znalazł się w Mickiewiczowskiej świątyni sztuki, dumania i dociskania... książek na regał. Był zachwycony. Zabrakło mu słów.
Na szczęście Mickiewicz miał ich jak lodu na Syberii.
- Słowacki, Słowacki. - mruknął, udając niechęć, choć jego głos lekko zadrżał - Nie zawezwałbym twojej matki gdyby nie zachowanie jakie prezentujesz ostatnio na moich lekcjach. Co ty sobie właściwie wyobrażasz? Chcesz mnie ośmieszyć? Mnie? Wieszcza narodu? Uważasz, że jestem szmatą? Jestem według ciebie za gruby?
Słowacki drgnął.
- Ależ... Ależ profesorze! Skądże znowu! Ja tylko...
- Nie tłumacz się, Słowacki. Oszczędź sobie zachodu. - rzekł Mickiewicz unosząc dłoń - Serio. Jesteśmy pod panowaniem rosyjskim. Zostaw ten zachód w spokoju.
- Panie profesorze, proszę.
- Cicho, Słowacki. Ja już wszystko wiem. Ja już wszystko rozumiem. Od tygodni chcesz pokazać mi, że gardzisz mną i moją poezją. Drwisz ze mnie. Drwisz z mojej poezji. Ani ja, ani ona nic dla ciebie nie znaczymy. Wolisz czytywać Puszkina. Przemawia do ciebie jego dialekt, och przemawia. Dla ciebie Dziady są ścierwem. Polska jest ścierwem.
- Panie profesorze, niech pan tak nie mówi!
- Pokazałeś już, że mnie nienawidzisz. Przyszedłeś tu, by tego dowieść.
Mickiewicz odwrócił się do Słowackiego i przeszył go spojrzeniem Konrada.
- Powiedz to, powiedz to, Juliuszu. Nienawidzisz mnie.
- Panie profesorze, błagam!
Po twarzy Mickiewicza przemknął cień. Jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu. Oczy błysnęły.
- Powtórz to. - rozkazał
- Błagam. - powtórzył Słowacki
W jednej sekundzie poczuł się całkowicie bezsilny. Słowa Mickiewicza zraniły go. Rozdarły jego wieszczą dusze na milion cząstek. Teraz jego los zależał od Mickiewicza.
A Adam dobrze o tym wiedział.
Na jego twarzy pojawiła się satysfakcja, zwierzęcy przebłysk władczości. Czuł się jak Konrad opętany przez duchy, ale nie było tu księdza Piotra by je rozpędzić.
Podszedł bliżej do Słowackiego, aż tamtemu zakręciło się w głowie i poczuł, że słabnie. Ugięły się pod nim nogi, a Mickiewicz jakby wieszcząc czego temu chłopięciu potrzeba, spojrzał nań okrutnie.
- Na kolana.
Wyrok zapadł. Nie było odwrotu.
Słowacki przyjął go z wdzięcznością, bo jego nogi trzęsły się niczym galareta na obfitym stole Soplicowa. Ta sama, w której Telimena miała stracić swego drugiego zęba.
Kiedy uczeń padł na kolana, mistrz obszedł go dookoła. Stanął za nim i znienacka chwycił go za włosy. Miękkie i puszyste oplotły jego dłoń. Zagłębił w nie palce i mocno szarpnął głową Juliusza do tyłu, aż z ust tamtego wyrwał się jęk.
- Chcesz poznać prawdę? Chcesz poznać tajemnicę? - spytał, zbliżając usta do ucha swego ucznia
Słowacki zadrżał.
- Tak.
- Więc powiedz to.
- Błagam.
- Nu, nu. Bardzo dobrze.
Mickiewicz puścił głowę chłopaka i wyminął go, by podejść do biblioteczki.
Stanął przed regałami, podwinął śnieżnobiałe mankiety, odsłaniając swoje męskie przedramię. Duże było zdziwienie Juliusza, kiedy zamiast wyjąć książkę, Mickiewicz docisnął regał do ściany, po czym przesunął go w lewo.
Oczom chłopca ukazały się wrota do całkiem innego świata. Nie wiele rozumiał. Patrzył zafascynowany.
- Jeśli wejdziesz tu ze mną, nie będzie odwrotu. - ostrzegł Mickiewicz - Nie każę ci spisywać kontraktu, nie jestem rosyjskim biurokratą, ale wchodząc tu musisz zrzec się wolnej woli. Będziesz mi podległy, rozumiesz?
Słowacki zamrugał kilka razy. Wiedział, co chce odpowiedzieć. Na Litwę, ojczyznę ich wszystkich! Wiedział to od momentu, kiedy po raz pierwszy ujrzał profesora Mickiewicza. Kiedy kazał im sporządzić plan lekcji, a on swój udekorował zbożem rozmaitem, za co został zbesztany. Ale mimo to, wypowiedzenie tych słów sprawiło mu trudność. Przemógł się jednak.
- Tak, rozumiem. - szepnął
Jego głos zachrypły z emocji.
Mickiewicz uśmiechnął się lekko i po raz drugi tego dnia zaprosił go gestem do wejścia.
Juliusz z wielkim wysiłkiem podniósł się z klęczek i chwiejnym krokiem podszedł do swego mentora. To, co zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania.
Pokój, w odcieniu królewskiej czerwieni, wypełniony był najdziwniejszymi przyrządami. Przywodziły na myśl jakieś wykwintne narzędzia tortur, ale zapach, który wypełniał pokój wskazywał na coś zgoła innego. Dziwna słodycz mieszała się z gorzkawym piżmem. Mieszanka iście podniecająca.
- Witaj w pokoju dociskania. - powiedział Mickiewicz oficjalnym tonem
Słowacki przełknął głośno ślinę. Trudno mu było objąć wzrokiem wszystko, co tu zastał.
Bał się wdawać w szczegóły, w obawie, że dostrzeże coś szokującego. Czarna skóra obiecywała rozkosz, ale czy mógł zaufać Mickiewiczowi?
Głupie pytanie. Oczywiście, że mógł mu zaufać. W końcu Adam był jego mentorem. Ale czy mógł zaufać sobie?
- Tak długo jak tu jesteś musisz być mi posłuszny. Jeśli jednak zechcesz wyjść wystarczy, że powiesz słowa ,,Car to pedał". To będzie nasz sygnał ostrzegawczy, gdybym posunął się za daleko. Rozumiesz.. kremóweczko?
Słowacki powoli skinął głową. Czuł się całkowicie zagubiony, ale w dobry sposób. Czuł, że jego marzenia za chwilę mogą się spełnić, jeśli tylko będzie wystarczająco cierpliwy.
- Doskonale. Zatem wybacz mi na chwilę, moja kremóweczko. Zaraz do ciebie wrócę.
Po tych słowach Mickiewicz wyszedł, pozostawiając Słowackiego sam na sam z tajemniczą przestrzenią. Młody chłopak objął się ramionami i wyszeptał uspokajające frazesy:
- No dalej, Julek. Dasz sobie radę. To nic wielkiego. To tylko twój pierwszy raz...
Gdy zdał sobie sprawę z tego, co mówi, oblał go zimny pot.
- O Boże, o Boże co ja robię. Sam na sam z profesorem! Czy ja naprawdę tego chcę?
Zaczął się trząść i już popadał w epilepsję, kiedy coś przykuło jego uwagę. Tuż obok przyrządu, który przypominał pręgierz stał misternie zdobiony regał, na którym piętrzyły się kartki. Obok niego było również biurko! O Boże! To tutaj! To tu jego mistrz tworzył swoje dzieła!
Słowacki, nie mogąc oprzeć się pokusie, podszedł do regału. Wiedział, że to, co robi nie jest właściwe, lecz zanim zdążył się powstrzymać, jego ręce same przekartkowywały woluminy.
Już po chwili jego oczy łapczywie chłonęły przepięknie rymujące się strofy.
{Pan Tadeusz wszedł pierwszy, drżącymi rękami
Drzwi za sobą zamyka, och! Nareszcie sami.
Ach! Zosiu, ach Zosieńko, jak mi niewygodnie
Popatrz, jak mi odstaje, spójrz no na me spodnie.}
Nagle czyjaś ciężka dłoń spoczęła na jego ramieniu. Słowacki podskoczył i wypuścił z rąk kartki, które rozsypały się jasnym deszczem, kontrastując z dębową podłogą.
- Co ty sobie wyobrażasz? - warknął Mickiewicz, a jego oczy ciskały gromy
Słowacki poczuł, że on naprawdę już nie może i musi stąd uciec.
- Panie profesorze, ja tylko... - zaczął się jąkać, ale nagle jakiś diabeł wstąpił w jego duszę - Co to w sumie było? Nowa część dziadów?
Nie miał zamiaru mówić tego sarkastycznym tonem. Ale powiedział.
Bokobrody Mickiewicza zapłonęły furią.
- Nie, gówniarzu. To jest pierwszy rozdział mojego nowego dzieła. To będzie epopeja narodowa, rozumiesz, Słowacki? To będzie coś, czego ty nigdy nie będziesz w stanie stworzyć, leszczu!
- Akurat! - prychnął Juliusz z nastoletnią manierą
Tego było dla Mickiewicza za wiele.
Pociągnął Słowackiego za białą koszulę w stronę pręgierza. Szarpnięciem umieścił głowę i ręce na właściwym miejscu, po czym zatrzasnął machinę i zamknął ją na kłódkę. Guziki koszuli rozsypały się po podłodze.
- Już ja cię docisnę, ty...
Zabrakło mu słów, choć poetą wielkim był.
Zamiast pustych frazesów zdecydował się na działanie. Zdjął swój ciemny krawat i przewiązał chłopcu oczy, pozostawiając go bezbronnym, pozbawiając go najważniejszego ze zmysłów, przy okazji wyostrzając pozostałe.
- A teraz się zabawimy. - ostrzegł i obiecał jednocześnie
Słowacki czekał niecierpliwie. Nie żałował swoich słów, o dziwo nie bał się też zbytnio.
Wszystkie negatywne uczucia zastąpiła ekscytacja. Zapach w pokoju był coraz słodszy.
Usłyszał szelest papieru i głuche tąpnięcie. Ktoś jakby upadł. Serce zabiło mu szybciej. Jednak...coś dziwnego! Zamiast dotyku silnych dłoni, usłyszał silny głos. Głos recytatora.
- ,,Klaskaniem mając obrzękłe prawice,
Znudzony pieśnią lud wołał o czyny;
Wzdychały jeszcze dorodne wawrzyny,
Konary swemi wietrząc błyskawice. "- recytował poeta
Słowacki zdziwiony, nie mógł się zorientować o co chodzi. Nie spodobało mu się to jednak. Piękny głos przeszywał jego ciało niepokojącym prądem.
- ,,Konary swemi wietrząc błyskawice.
Było w Ojczyźnie laurowo i ciemno
I już ni miejsca dawano ni godzin -
Dla nie czekanych powić i narodzin,
Gdy Boży palec zaświtał nade mną;
Nie zdając liczby z rzeczy, które czyni,
Żyć mi rozkazał w żywota pustyni!"
Głos wzrastał. Obrzydzenie Słowackiego rosło w równej mierze. Coś rozrywało go od środka.
- Nie. - jęknął na razie cicho
- ,,Dlatego od was... o! laury nie wziąłem
Listka jednego, ni ząbeczka na liściu,
Prócz może cieniu chłodnego nad czołem
(Co nie należy wam -- lecz słońca przyjściu);
Nie wziąłem od was nic o! wielkoduchy,
Prócz dróg zarosłych w piołun, mech i szalej,
Prócz ziemi, klątwą spalonej i nudy...
Samotny wszedłem i sam błądzę dalej.
Po-obracanych w przeszłość niepojętę--
A uwielbionę -- spotkałem niemało,
W ostrogi rdzawe utrafiałem piętę
W ścieżkach, gdzie zbitych kul sporo padało!
Nieraz Obyczaj stary zawadziłem
Z wyszczerzonemi na jutrznię zębami,
Odziewajacy się na głowę pyłem,
By noc przedłuzył, nie zerwał ze snami."
- Nie! - powtórzył głośniej - Nie!
Mickiewicz kontynuował jednak torturę. Jego głos wznosił się i opadał jak fale oceanu. W przeciwieństwie do Słowackiego, któremu nic się nie wznosiło. Nie mniej, czuł, że osiąga właśnie szczyt- swojej wytrzymałości. Aż w końcu nie mógł już tego znieść i krzyknął przeciągle:
- Car jest pedałem! Jest pedałem!
Poeta przerwał czytanie.
Przez chwilę jedyne, co wypełniało pokój to jękliwe dyszenie Słowackiego, który był bliski autodestrukcji. Nagle jego ręce i głowa stały się wolne.
Szybko zdjął opaskę z oczu i spojrzał na profesora ze złością.
- To miało być to dociskanie? - wrzasnął, piskliwym głosem- Chyba dobijanie! Albo jeszcze lepiej...
Nagle spostrzegł, że nie krzyczy wcale na swojego profesora. Stało przed nim metr sześćdziesiąt żywego nieszczęścia, czarnego i skołtunionego.
- Norwid! - przeraził się Juliusz - Ale gdzie jest...
Jego wzrok powędrował ku biurku, przy którym nieprzytomnie leżał Mickiewicz. Znokautowany figurką Matki Boskiej.
- Ale Norwid, dlaczego? Czy on żyje? - jęknął uczeń, rzucając się w kierunku nauczyciela
- Ideał sięgnął bruku. - odparł Cyprian sentencjonalnie
Słowacki ukląkł przy swoim mistrzu i potrząsnął jego ramionami. Nie dało to żadnego efektu, ale palcami wyczuł na włochatej szyi wieszcza puls. Mickiewicz żył, to było najważniejsze.
Nagle oczy Słowackiego odnalazły niewielki słoiczek na biurku. A później przeniosły się na figurkę, leżącą na podłodze. W głowie ucznia zaświtał pewien pomysł, ale najpierw...
- Norwidzie, zostaw nas samych.
- Najniewdzięczniejszy twór na świecie: człowiek. - prychnął Norwid, ale skierował się ku drzwiom
Widząc zamiary młodego chłopca, dorzucił jeszcze.
- Niewola - jest to formy postawienie na miejscu celu. Oto dociśnięcie.
Słowacki cierpliwie czekał, aż za Cyprianem zamkną się drzwi. Gdy tak się stało, spojrzał z błogością na Mickiewicza. Ach, nareszcie...

 

Silniej wzrok napnę—oczy rozedrę,otworzę,
Chciałbym stąd widzieć człowieka.
Widzę tylko leszcza,
Jam jest posąg człowieka na posągu świata.
Zaś posągiem tym
Wieszcz dociśnie wieszcza