Actions

Work Header

Day In Day Out

Chapter Text

 Przez chwilę widział tylko ciemność, pochłaniającą go i przerażającą. Niebo było bezchmurne, rozświetlone przez miliony gwiazd, a powietrze ciepłe, delikatnie łaskotało go w nozdrza z każdym wdechem. Odetchnął raz i drugi i dopiero za trzecim zaniósł się okropnym kaszlem. Kiedy odsunął od ust rękę, którą do nich przykładał, w blasku napęczniałego księżyca ujrzał ciemną maź na skórze. Jęknął, gdy poczuł bolesny nacisk złamanego żebra i łupanie w głowie, ale szybko o tym wszystkim zapomniał, gdy tylko spostrzegł kształt leżący na ziemi przed zmiażdżoną maską samochodu. W panice rozpiął pas bezpieczeństwa i pomimo protestów swojego ciała otworzył drzwi i wysiadł. Pokuśtykał w stronę kształtu, po czym przyklęknął przy nim. Zmroziło go, kiedy tylko zobaczył kałużę krwi tworzącą się przy głowie kierowcy.

 Najdelikatniej jak umiał przewrócił Qui-Gona na plecy. Na pierwszy rzut oka powiedziałby, że wszystko z nim w porządku, że tylko stracił przytomność, ale to wrażenie trwało krótko. Wodząc palcami po jego głowie poczuł lepką krew, wylewającą się z rany na skroni i tworzącą szeroki ślad na jego czole. Poziom jego paniki osiągnął apogeum. Wymacał w kieszeni jeansów komórkę i wyjął ją, świecąc latarką pod kątem na twarz Qui-Gona. Przeżył szok, widząc drobne kawałki samochodowej szyby wbite głęboko w jego policzki oraz ten kolor, ten Czarny, stopniowo rozlewający się po jego twarzy. Wiedział, co on oznacza, ale tak bardzo nie chciał tego do siebie dopuścić, tak rozpaczliwie pragnął, żeby była to tylko gra światła. Żeby to nie była prawda.

 Żeby Qui-Gon żył.

 Obi-Wan obudził się zlany zimnym potem, z krzykiem, który zamarł mu na ustach i płytkim oddechem. I choć próbował odpędzić od siebie obraz swojego martwego partnera, nie zmrużył oka do wschodu słońca.