Work Text:
(To naprawdę proste — zwykły trik, nic więcej. Robisz to cały czas. Istnieje tylko jedna alternatywa — albo ty, albo on. Zrobisz to albo umrzesz. Zawsze jest tak samo — walka i pot, i krew, a później kołek przebija serce i na rękach pozostaje tylko proch.)
Faith osuwa się po ścianie na ziemię i siedzi przez chwilę z opuszczoną głową, oddychając ciężko. Ręce oparte na kolanach drżą jej z wysiłku, w jednej dłoni wciąż kurczowo ściska prowizoryczny kołek, który wrzyna się w skórę i zostawia drzazgi. Palce pulsują rwącym bólem — podczas walki zdarła paznokcie do żywego mięsa. Skręcona kostka przypomina o sobie przy każdym poruszeniu, wywołując niewielkie eksplozje białego światła pod powiekami.
Skurwysyn, myśli Faith, opierając głowę o mokrą ścianę i przymykając powieki. Pierdolony skurwysyn.
Kiedy otwiera oczy, na zachodzie wciąż widać purpurowo-fioletową smugę światła przechodzącą w granat — tarcza słońca schowała się za górami otaczającymi Dolinę Śmierci już jakiś czas temu, ale wciąż widać lekki poblask tuż przy horyzoncie. (Nie jest groźny dla wygłodniałych wampirów szukających ofiary, przekonała się o tym na własnej skórze.)
Wstaje powoli, trzymając się ręką ściany i zaciskając zęby, kiedy poranione palce przez przypadek ocierają się o chropowatą cegłę. Faith wie, że musi wydostać się stąd jak najszybciej, bo temperatura zaczyna gwałtownie spadać, oddech zamienia się w parę, a z jej bluzy zostały tylko strzępy. Jeśli nie da rady, to taki właśnie będzie jej koniec, cichy i bez znaczenia, zupełnie nie tak, jak sobie to wyobrażała — w miejscu, gdzie nie ma żywej duszy. (Kilku nie do końca martwych już się pozbyła.)
Springdale to wymarłe miasteczko położone w Nevadzie, pośrodku nieprzyjaznych wzgórz przechodzących w pustynię — jedynym znakiem, że niegdyś w to miejsce dotarli ludzie, są ruiny budynków straszące pustymi oczodołami okien, wyglądające jak zdeformowane stworzenia, które przysiadły na chwilę i tak już pozostały, zbyt zmęczone, by się poruszyć, oraz zapomniane ulice pokryte piaskiem wiejącym od doliny.
Motor, pozostawiony w ukryciu przy wjeździe do miasteczka, odpala za trzecim razem; przez chwilę krztusi się lekko i Faith myśli, że musi wreszcie w nim pogrzebać, kiedy tylko znajdzie wolną chwilę, bo pewnego pięknego dnia maszyna rozpieprzy się w drobny mak. Gdy silnik zaczyna równo pracować, Faith dodaje gazu i zostawia Springdale we wstecznym lusterku, wzniecając za sobą chmurę kurzu.
●
Motor psuje się w połowie drogi do Beatty, niewielkiego miasteczka nazywanego czasem Bramą Doliny Śmierci. Faith zatrzymuje się na poboczu i klnie na głos. Jest tak ciemno, że z trudem można dostrzec wyciągniętą przed siebie rękę i tak zimno, że całe ciało pokrywa gęsia skórka. I nadal nie ma tam nikogo oprócz Faith oraz czarnego asfaltu drogi, po którym tańczą ziarenka piasku przywiewane z pustyni.
W bagażniku znajduje niewielką butelkę whisky, która musiała się tam kiedyś zawieruszyć. Alkoholu jest niewiele, zostało może na dwa łyki, ale nawet taka ilość pozwoli jej się chociaż trochę rozgrzać i może nawet zapomnieć na chwilę o skręconej kostce, która zdążyła już napuchnąć w bucie i teraz pulsuje tępym, nieznośnym bólem. Do tej pory Faith działała siłą rozpędu, adrenalina wciąż buzowała jej w żyłach, sprawiając, że nie czuła, jak bardzo jest poobijana, ale teraz, nawet gdyby zostawiła motor i usiłowała dojść do Beatty o własnych siłach, nie dałaby rady ujść nawet mili.
Pół godziny później, siedzi skulona na ziemi, rozcierając lekko zgrabiałymi dłońmi zmarznięte ramiona i stara się opanować drżenie. Po miłym cieple w żołądku nie zostało już śladu. Motor osłania ją częściowo od wiatru, ale i tak Faith czuje w ustach posmak kurzu i chrzęszczący pył między zębami. Powieki jej opadają i może gdyby nie było tak zimno, to zasnęłaby po prostu, siedząc przy widmowo pustej, ciemnej drodze.
Na początku bierze nasilający się, jednostajny dźwięk za wytwór własnej wyobraźni, fałszywą nadzieję, jeszcze jeden sposób na skopanie kogoś, kto już dawno leży na ziemi i ledwo się rusza. Ale gdy jasne światło, które wyłania się nagle zza zakrętu, razi ją w oczy tak mocno, że Faith zaciska powieki, czując zbierające się łzy, okazuje się, że samochód jest jak najbardziej realny. Czarna Impala z sześćdziesiątego siódmego, srebrny zderzak, rejestracja z Ohio — to trochę jak déjà vu, tyle, że ostatnim razem był dzień i żar lał się z nieba, a jej bardziej groził udar niż śmierć z wychłodzenia. No i za kierownicą siedział inny Winchester. Samochód stoi teraz na poboczu, z silnikiem na jałowym biegu, omiatając pustkowie światłami.
Faith nadal siedzi na ziemi i z tej perspektywy Sam wydaje się jeszcze wyższy.
— Niezły zbieg okoliczności, nie? — Pogromczyni zadziera głowę, żeby móc spojrzeć łowcy w twarz.
— Faith? Co ty tu robisz? — Sam wyciąga do niej rękę i pomaga jej wstać. Faith staje nieostrożnie na skręconej kostce i myśli, że albo zwymiotuje, albo zemdleje z bólu. Zamiast tego wpija prawie nieistniejące w tej chwili paznokcie w ramię Sama, ignorując rwące pulsowanie w poranionych palcach, po czym wreszcie staje o własnych siłach.
— Motor mi się rozkraczył na środku drogi — mówi, starając się brzmieć nonszalancko. Lekko kręci jej się w głowie i świat jest trochę zamazany, ale wszystko zaraz przejdzie, jest do tego przyzwyczajona. Robi to cały czas. — Skurwysyn — dodaje z bladym uśmiechem.
Sam śmieje się, kręcąc głową.
— Jesteś niemożliwa. Ładuj się, pomogę ci. — Ręką wskazuje otwarte drzwi Impali. Przez chwilę Faith chce zapytać, czy go popierdoliło i czy naprawdę myśli, że zostawi tutaj swoje cacko, ale jeśli będzie martwa, to motor i tak średnio jej się przyda. — Ktoś powinien obejrzeć tę kostkę.
— Żadnych szpitali — protestuje Faith. To jedna z reguł, które ustanowiła dawno temu. Jedna z nielicznych, których nie złamała.
— Kto mówił coś o szpitalu? — Sam pomaga dziewczynie przejść tych kilka kroków dzielących ją od samochodu i podtrzymuje ją, kiedy siada na fotelu pasażera. (Faith nie może się oprzeć wrażeniu, że jest pierwszą od dawna osobą, która siedzi w tym miejscu.) — Z… — urywa. — Umiem sobie radzić z takimi rzeczami.
— Mam wynajęty pokój w motelu i jedno wolne łóżko — informuje Faith, kiedy Sam zamyka drzwi Impali z głośnym trzaskiem. — Dostałam przez pomyłkę dwójkę. A skoro już uratowałeś mi życie, to myślę, że wiszę ci co najmniej nocleg.
Winchester kiwa głową.
— Nadal polujesz sama? — pyta po chwili milczenia. Samochód sunie pustą drogą przez wymarłą okolicę.
— Zawsze. Ty?
— Zazwyczaj. Czasem ktoś mi pomaga. Ale rzadko.
Faith wie, jak wiele niewypowiedzianych zdań mieści się tak naprawdę w tych trzech. Czasami o tym myśli — o tym, że dobrze byłoby mieć kogoś, kto ubezpieczałby tyły, kto potrafiłby zszyć głębokie rozcięcie albo nastawić wybity bark, kogoś, kto by rozumiał i nie osądzał. Ale później przypomina sobie o tej katastrofie, jaką była chwiejna przyjaźń z B., opieka Gilesa i Wesleya, i myśli, że tak jest lepiej. Jeśli jest sama, to wie, na ile osób może zawsze liczyć.
●
— Jak ktoś go ukradnie, to nogi z dupy powyrywam — mówi Faith, nie precyzując, komu, ale groźba brzmi realnie. Pogromczyni leży wyciągnięta na swoim łóżku w motelu, z jedną nogą na kolanach Sama, pijąc jedyny dostępny środek znieczulający, ohydny burbon w butelce z czerwoną naklejką, podczas gdy Winchester ostrożnie bada opuchniętą kostkę.
— Chyba nie jest aż tak źle — wyrokuje wreszcie.
— Co ty nie powiesz? — odcina się Faith zirytowanym głosem. — Bo boli jak skurwysyn, tak dla twojej wiadomości.
— Zaraz — Sam wprawnym ruchem nastawia kostkę i Faith zagryza wargi aż do krwi — będzie mniej boleć — kończy z uśmiechem, po czym unieruchamia stopę prowizorycznymi łupkami.
— Ja. Pierdolę. — Pogromczyni leży przez chwilę bez ruchu, z zamkniętymi oczami, czekając, aż promieniujący, ostry ból rozejdzie się po ciele i nieco zelżeje. Burbon stoi przy łóżku, zapomniany.
— Co robisz na tym zadupiu? — pyta Sam, przerywając milczenie.
— Jak zwykle, przerabiam wampiry na proszek — odpowiada Faith krótko, podnosząc się na łokciu i sprawdzając, czy świat nadal wiruje. — Urządziły sobie cholerne motele za friko w tych opuszczonych miasteczkach. Wyczyściłam już dwa, kilka jeszcze zostało.
— Wrzuć na luz przez kilka dni, okej? Dopiero co cię poskładałem. Jak chcesz, to mogę zostać i ubezpieczać ci tyły.
— Jasne. — Faith zawsze pracuje sama na dłuższą metę, ale czasami robi wyjątki, jeśli zapowiada się, że robota nie potrwa długo. Wie też, dlaczego Sam zaoferował pomoc i dlaczego jest w Nevadzie akurat teraz. Do dwudziestego ósmego czerwca zostały dwa tygodnie. — Jutro muszę wrócić po motor. O ile w ogóle tam jeszcze będzie. Jak mi go podpieprzą, to ktoś, kurwa, zginie, przysięgam. Już i tak ostatnio ciągle jestem pod kreską. — Kuśtyka powoli do niewielkiej lodówki stojącej w rogu pokoju i wyciąga chłodzące się piwo. Jedno podaje Samowi. — A jak tam twoja lista zysków i strat?
— Moje co? — Sam wybucha nieprzyjemnie brzmiącym śmiechem i przez chwilę Faith żałuje, że w ogóle zapytała. — Pomyślmy. Ojciec, Dean, Jess, pastor Jim — wszyscy martwi… I to tylko podsumowanie kilku ostatnich lat. Nie sądzę, żeby ukradziony motor to przebił. — Milczy przez chwilę, jakby był zawstydzony swoim wybuchem, a później wzrusza ramionami z rezygnacją. — Wiesz, skończyłbym z tym, gdybym tylko wiedział, jak robić coś innego. Kiedyś myślałem, że wiem. Teraz już nie jestem pewien.
Faith nic nie mówi, tylko kiwa głową i pociąga łyk piwa. Myśli, że trochę go rozumie. (Ona kocha to, co robi, i nigdy by nie zrezygnowała, ale czasem też zastanawia się, jakby to było, gdyby mogła stać się czymś więcej niż narzędziem do zabijania.)
— Znałam kiedyś jednego pastora Jima. — Faith odrywa powoli naklejkę z piwa, a później drze ją na kawałki. — Też był łowcą.
Sam podnosi głowę znad swojej butelki.
— Jim Murphy? Parafia w Blue Earth, w Minnesocie?
Faith przypomina sobie podziemny arsenał kościoła, nienaturalną krzywiznę szyi, koloratkę, która utonęła w czerwieni i szary kamień, z którego zbudowano świątynię, chropowaty i twardy pod jej zaciśniętymi w pięści dłońmi.
— To ten sam — mówi cicho. — Pomógł mi kiedyś, kilka lat temu.
Sam uśmiecha się smutno i pociąga łyk piwa.
— Taki już miał zwyczaj. — Ściąga buty i kładzie się na łóżku, z oczami utkwionymi w ścianie po przeciwnej stronie pokoju. — Kiedy uciekłem z domu, mieszkałem u niego przez jakiś czas. Pomógł mi stanąć na nogi, mogłem pójść na studia i zapomnieć o krucjacie ojca.
— Był w porządku. — Nawet więcej, niż w porządku, myśli Faith, przypominając sobie głębokie zmarszczki i zmęczone, dobre oczy.
— A później demon poderżnął mu gardło.
Faith waha się przez chwilę.
— Wiem. To ja zadzwoniłam po gliny.
●
Kiedy następnego dnia, wczesnym rankiem, wracają na drogę, motor — o dziwo — nadal stoi w tym samym miejscu, w którym go zostawili. Faith myśli, że miała cholerne szczęście w nieszczęściu — skręciła kostkę w prawej nodze, więc przynajmniej dalej bez problemu będzie mogła zmieniać biegi.
Po powrocie do motelu nie rozmawiają zbyt dużo — w zasadzie to nie rozmawiają już od poprzedniej nocy, od kiedy Faith przyznała, że była u pastora, kiedy został zamordowany i to ona znalazła jego ciało. Winchester powiedział wtedy, że pastor nie doczekał się pogrzebu łowcy, a później rozmowa się urwała. Już do niej nie wrócili, ale Sam wciąż ma ten wyraz twarzy, jakby myślami przebywał w zupełnie innym miejscu i Faith wie, że pewnie wraca do tego momentu sprzed roku — spalające się na popiół drewno, strzelające w górę płomienie i proch tańczący na wietrze. Ona sama wciąż czuje dym piekący w oczy i posmak popiołu w ustach, pamięta jałowe pustkowie ciągnące się po horyzont.
To miejsce też jest właśnie takie — dolina prochów, martwa i bezludna, nieprzyjazna wszystkim, którzy odważą się w nią zapuścić. Oni — i inni, ci bezimienni, których nigdy nie poznają — zapuszczają się w głąb tej doliny raz po raz, ryzykując wszystkim, nie mając nic do stracenia. (W ostatecznym rozrachunku, jedno życie nigdy nie jest aż tak cenne — to najbardziej gorzka prawda, jaką przyszło im poznać.) Tutaj istnieje tylko jedna alternatywa — on albo ten drugi. Zrobi to albo umrze. I tak jest zawsze.
Faith robi sobie kilka dni przerwy, nie chcąc ryzykować walki bez odpowiedniego przygotowania (to jedna z tych rzeczy, które przyszły z czasem i doświadczeniem — teraz już wie, że czasami lepiej zaczekać), więc przez większość czasu przesiadują we dwójkę w jej pokoju, oglądając telewizję i prowadząc dyskusje o wszystkim i o niczym. Nie ma już między nimi tej bariery, która wyrosła po ich pierwszej nocnej rozmowie i Faith mogłaby przysiąc, że Sam — po raz pierwszy, odkąd zatrzymał się na poboczu w połowie drogi między Springdale i Beatty — zaczyna się rozluźniać, jakby tak bliskie towarzystwo drugiego człowieka przestało go wreszcie parzyć. Ona też czuje się zadziwiająco dobrze, wiedząc, że ktoś oddycha w łóżku obok.
Kiedy z kostką wszystko jest już w porządku, zmieniają razem w proch kilkanaście wampirów ukrywających się za dnia w zrujnowanych budynkach miasteczek-widm.
Faith wie, co się stanie później. On zapyta, czy zostanie. Ona odpowie, że nie. Że nigdy nie zostaje. Później wyjedzie tuż przed świtem, zanim on się obudzi.
(To naprawdę proste — zwykły trik, nic więcej. Robisz to cały czas.)
