Actions

Work Header

Credo

Work Text:

— Kurwa — syczy przez zaciśnięte zęby.

Rana w brzuchu krwawi tak mocno, że ból prawie odbiera jej zdolność widzenia. Faith latają przed oczami czarne plamy. Ten skurwysyn wciąż tam jest, czeka tylko, żeby się znów wystawiła na cel. Czarnooki dupek nie wie jeszcze, z kim zadarł. Zrobi z niego krwawą miazgę na ścianie tego budynku, jak tylko się podniesie (jeszcze chwileczkę, posiedzi jeszcze tylko sekundkę, bo przed oczami robi jej się coraz ciemniej), jak tylko zmusi nogi do współpracy z resztą ciała. Wciąż siedząc na brudnym asfalcie pomiędzy dwiema kałużami, liczy złamane żebra. Co najmniej trzy. Szlag.

To miała być szybka i prosta robota — kilka wampirów do sproszkowania, coś jak lekka rozgrzewka między obiadem a kolacją. Faith nie przewidywała, że nagle pojawi się to czarnookie coś (Chryste, w życiu nie widziała czegoś podobnego), a ona skończy, wykrwawiając się w ślepym zaułku. Jest już ciemno — słońce w Minnesocie o tej porze roku zachodzi wcześniej — i tak zimno, że oddech zamienia się w parę.

Faith podnosi się powoli i rozgląda ostrożnie, stawiając kilka niepewnych kroków. Kiedy nogi ponownie się pod nią uginają i myśli, że to już, teraz, że to właśnie jest koniec, nagle słyszy wściekły ryk tego skurczybyka, a później wypowiadane zdecydowanym głosem słowa:

Exorcizamus te, omnis immundus spiritus, omnis congregatio et secta diabolica… — następny pełen bólu krzyk — et omnis legio diabolica adjuramus te…

To chyba łacina, myśli. Giles i Wesley tyle razy próbowali ją nauczyć tego języka, ale była bardzo odporna na wiedzę. Widać ktoś odwala za nią teraz brudną robotę.

Kolejnemu gardłowemu, długiemu wrzaskowi tego sukinsyna towarzyszy bijący w niebo słup czarnego dymu. Później robi się cicho. A może to tylko ona przestaje widzieć i słyszeć.


— No już, wstajemy, wstajemy. — Męski, łagodny głos dociera do niej jakby z daleka, zza ściany. Faith przez chwilę czuje się, jakby była owinięta miękkim kokonem z waty, ciepłym i tłumiącym wszystkie odgłosy. Czuje, jak podnoszą ją chłodne, silne dłonie, przez chwilę szuka oparcia, a później, uczepiona kurczowo ramienia mężczyzny, robi kilka chwiejnych kroków.

Kiedy otwiera oczy, pierwsze, co rzuca jej się w oczy, to koloratka.

— Szlag! Zabieraj łapy, psychopato!

Usiłuje się wyrwać, ale pulsujący ból w dole brzucha powstrzymuje ją skuteczniej niż ręce pastora. Faith patrzy na swoje dłonie, na których powoli zasycha krew. Dopiero kiedy spogląda na twarz duchownego i widzi siwe włosy oraz ciemne oczy, zdaje sobie sprawę, że to nie Caleb.

Pastor trzyma ją żelaznym chwytem (chyba trochę minął się z powołaniem, z taką sprawnością powinien służyć w Marines), chroniąc przed kolejnym upadkiem.

— Pomyślmy — mówi, prowadząc ją powoli, krok za krokiem — pomagam bezinteresownie rannej, zakrwawionej dziewczynie ubranej jak… — waha się przez chwilę — trochę niestosownie do pogody, uciekającej przed demonem. Tak, zdecydowanie psychopata. Co ty tam robiłaś, dziecko? Sama? Na demona?

Jedną ręką wciąż podtrzymując Faith, otwiera od strony pasażera drzwi starego, niebieskiego Plymoutha i pomaga jej usiąść, a plecak wrzuca na tylne siedzenie.

— Jeśli koniecznie chciałaś się zabić, to istnieją trochę mniej bolesne metody — kontynuuje, zapalając silnik. — Masz jakieś wyjątkowo silne życzenie śmierci, dziecko?

— Jak każda pogromczyni. I nie jestem dzieckiem — odpowiada cicho Faith. Zamyka oczy i wyciąga się na skórzanym fotelu, wciąż uciskając ręką krwawiącą ranę. — Nawet nie myśl, że jedziesz ze mną do szpitala — dodaje kategorycznym tonem. — Nie ma mowy, mam dość szpitali na całe życie.

— Pogromczyni, co? — odzywa się po chwili milczenia duchowny, kompletnie ignorując pozostałą część jej wypowiedzi. — Trochę o was słyszałem, ale ty jesteś pierwszą, jaką zdarzyło mi się spotkać. Jim Murphy, pastor.

— Faith.

— Co za zbieg okoliczności.

Pogromczyni widzi w słabym odblasku z tablicy rozdzielczej, jak pastor się uśmiecha. Chwilę później Jim odrywa wzrok od drogi i rzuca szybkie spojrzenie na krew przeciekającą Faith między pobielałymi od ciągłego uciskania palcami.

— Krwawi mocniej? — pyta zaniepokojonym tonem.

Faith kiwa głową i przygryza wargę.

— Na trochę przestało, ale teraz znowu…

Samochód zwalnia na chwilę, Jim szybko wyplątuje się z szarej kurtki i podaje ją dziewczynie.

— Masz, uciskaj mocno i wytrzymaj jeszcze chwilę. Zaraz dojedziemy do kościoła. Dasz radę?

Faith nie mówi mu, że bywało już gorzej i mimo to zawsze dawała radę. Nie wspomina o tym, jak inna pogromczyni — ta dobra i prawa — pobiła ją prawie na śmierć, ani o tym, jak wiele osób usiłowało ją zabić (nieważne, po jakiej stronie się znajdowali; był czas, że miała wrogów po obu).

— Jasne.


Następnego dnia Faith budzi się wcześnie. Założone przez pastora Jima szwy na brzuchu pulsują rwącym bólem, złamane żebra bolą przy każdym poruszeniu.

Pokój jest pomalowany na biało, co nieprzyjemnie kojarzy jej się ze szpitalem (żadna ludzka i nieludzka siła nie zdoła jej już zaciągnąć do jakiegokolwiek szpitala, choćby miała zdechnąć pod samymi drzwiami, dziękuję bardzo), i urządzony dość ascetycznie.

Dziewczyna wstaje powoli, podciągając opadające rękawy kraciastej piżamy. Pastor Jim z przepraszającym uśmiechem wytłumaczył jej poprzedniej nocy, że z rzeczy bardziej kobiecych ma w swojej garderobie tylko sutannę.

Na dole, w niewielkiej, przytulnej kuchni, czeka na nią w ekspresie mocna, gorąca kawa i kartka informująca, że pastor wyszedł odprawić poranne nabożeństwo, a ona może się czuć jak u siebie w domu. Co to za człowiek, zastanawia się Faith, który wozi obrazek Jezusa Miłosiernego tuż obok srebrnego noża oraz dwóch naładowanych strzelb i który z taką samą wprawą odprawia nabożeństwa i egzorcyzmy?

Kiedy pastor wraca, Faith siedzi w kuchni, pijąc kawę i przeglądając lokalną gazetę.

— Żadnych wieści o ciele znalezionym na środku ulicy? — pyta Jim. Ściąga kurtkę i przewiesza ją przez oparcie krzesła, po czym nalewa sobie kawy do zielonego kubka z obtłuczonym brzegiem.

— Żadnych.

— I dobrze. Pochowałem ciało w starszej części cmentarza, gdzie prawie nikt nie zagląda. — Pastor pociera oczy, wygląda na zmęczonego. — Nie będą się dziwić, że przybył świeży grób.

— To coś wczoraj… — odzywa się po dłuższej chwili Faith. — Co to było?

— Demon.

— Demon? Demony tak nie wyglądają. Przynajmniej żaden z tych, które widziałam. A trochę ich było — mówi, puszczając oczko do pastora.

— Wiele dziwnych stworzeń nazywa się demonami, ale to jedynie z braku lepszego określenia. To, co widziałaś wczoraj, to był prawdziwy demon, taki, który opętuje człowieka i zostawia tylko pustą skorupę. Niewielu udało się przeżyć opętanie.

— Jak można zabić drania?

— Nie można, w tym problem. Co powiesz na tosty? — Faith kiwa głową z aprobatą, więc pastor podnosi się i zaczyna szykować śniadanie. — Da się go tylko odesłać z powrotem do piekła. Co prawda ponad sto lat temu Samuel Colt stworzył broń, która potrafiła zabić wszystko, ale… Jeden colt nie rozwiąże wszystkich problemów świata, trzeba sobie radzić inaczej. Jeszcze kawy?

Stawia przed dziewczyną talerz pełen tostów, masło i słoik dżemu, po czym wygląda przez okno, uważając, by nie naruszyć wysypanej na parapecie soli. Kolejny zwyczaj, którego Faith nie zna, kolejny, którego się nauczyła.

— Czekasz na kogoś? — pyta. Pastor odwraca twarz od okna.

— Być może.


Faith naprawdę nie wie, dlaczego pastor to robi. Odkąd zabrał ją do siebie, minęły cztery dni, a on nie zapytał ani razu, skąd się tu wzięła, kim jest tak naprawdę (z tego akurat się cieszy, bo co miałaby mu powiedzieć?), ani co właściwie ma zamiar ze sobą zrobić. Zastanawia się, czy Jim nie jest przypadkiem jakąś formą rekompensaty za Caleba.

Obrażenia goją się niesamowicie szybko (uwielbia tę część bycia pogromczynią), może swobodniej chodzić i spanie nie jest już dla niej problemem. Wie, że niedługo wyjedzie — od opuszczenia Sunnydale nie zagrzała nigdzie miejsca na dłużej niż kilka-kilkanaście dni. Czasami myśli, że mogłaby zostać.

Tego dnia, kiedy przywożą do Jima opętaną dziewczynkę, Faith po raz pierwszy widzi mały arsenał w podziemiach kościoła (a myślała, że pastor już niczym nie zdoła jej zadziwić). Rzędy strzelb nabitych kamienną solą, rewolwery, srebrne kule, czyste żelazo, kołki, krzyże, woda święcona, srebrne noże. To wszystko przypomina jej Gilesa i Wesleya, Sunnydale, liceum, które już nie istnieje (sama pomogła je zniszczyć). Wszystko jest znajome i czuje się tu trochę jak w domu.

Dziewczynka wije się dziko na krześle, jej oczy są czarne i puste, próbuje mieszać im w głowach, ale pastor pozostaje niewzruszony i pewnym głosem recytuje z pamięci egzorcyzm. Gdy demon w chmurze czarnego dymu opuszcza ciało dziecka, Jim wygląda, jakby postarzał się w jednej chwili o dziesięć lat.

Po powrocie na plebanię siadają na werandzie, na drewnianej ławie — dzień jest ciepły jak na początek listopada — i Jim podaje Faith piwo.

— Przyda nam się — mówi.

Przez chwilę piją w milczeniu, aż wreszcie dziewczyna nie wytrzymuje.

— Nie zamierzasz zapytać?

Brwi pastora wędrują w górę.

— O co?

— Kiedy stąd wyjadę, co zamierzam ze sobą zrobić?

Jim uśmiecha się i poprawia szalik.

— I tak mi powiesz, kiedy będziesz gotowa. — Upija łyk piwa. — Nie jesteś małym dzieckiem, które trzeba nieustannie prowadzić za rączkę. Nauczyłaś się już tyle na własnych błędach, że kolejnych starasz się nie popełniać, prawda?

Patrząc na pastora, Faith myśli, że byłby wspaniałym Obserwatorem, przynajmniej dla niej. Może jej historia potoczyłaby się wtedy zupełnie inaczej. A może Jim-Obserwator nie byłby już Jimem.


— Kurwa — syczy przez zaciśnięte zęby.

Pastora Jima znajduje na krześle w podziemnym arsenale. Siedzi bez ruchu z otwartymi, szklistymi oczami wpatrującymi się niewidzącym wzrokiem wprost przed siebie. Jego głowa jest wygięta pod nienaturalnym kątem, a spod zakrzepłej krwi nie widać białego paska koloratki.

— Kurwa, kurwa, kurwa! — Ma głęboko gdzieś, że to kościół. Krwawią jej knykcie, którymi uderzyła z całej siły w chropowatą ścianę, niewiele widzi przez łzy wściekłości.

Po raz pierwszy od dawna zupełnie nie wie, co ma zrobić. Czuje się tak bezradna jak wtedy, na ulicy Los Angeles, kiedy błagała Angela, żeby ją wreszcie zabił. Nie może zostawić pastora tutaj w takim stanie, nie tak, jak zrobiła to z Allanem Finchem — przede wszystkim dlatego, że teraz jej zależy. Nie może poczekać na policję, bo wtedy wróciłaby prosto do więzienia o zaostrzonym rygorze i nie wydostała się stamtąd już do końca życia. (Bo kto uwierzy skazanej na ciężkie więzienie morderczyni, że to nie ona poderżnęła gardło pastorowi w pomieszczeniu pełnym broni? Inni podejrzani nawet nie będą potrzebni.)

Faith wychodzi z kościoła i prawie biegiem rusza na plebanię. Stamtąd dzwoni na policję i kiedy słyszy w oddali syreny, jest już w drodze do najbliższego miasta, gdzie ma nadzieję złapać autobus, który wywiezie ją byle dalej od Blue Earth i Minnesoty. Ma nadzieję, że szwy wytrzymają do czasu, aż dotrze na jakiś dworzec.

Opanowanie opuszcza ją dopiero w autobusie do Wisconsin. Siedzi skulona, wciśnięta w kąt siedzenia, tuż przy szybie, i trochę się trzęsie — nie potrafi powiedzieć, czy to z zimna, czy z innego powodu. Drażnią ją głosy współpasażerów, płynące z radia dźwięki Carry on wayward son, uderzający o szyby deszcz. Później robi się cicho. A może to tylko ona przestaje widzieć i słyszeć.