Work Text:
1.
Ich życie w latach sześćdziesiątych składa się z fragmentów. Oboje wiedzą, że nie jest prawdziwe, oboje wiedzą, że istnieje tylko teraz, na chwilę, jeszcze przez moment, zanim Sally Sparrow nie wymyśli, jak ich stąd wyciągnąć.
Niektóre fragmenty są kolorowe jak sukienki Marty i niedzielne spacery po Parku St. James (teraz nie uciekają, a spacerują — to miła odmiana). Niektóre szare jak wieczory, gdy Marta wraca wykończona do domu po całym dniu pracy (przygryza wtedy z całej siły wargi i stara się nie myśleć o klientach, którzy obrażają ją jedynie ze względu na kolor skóry). Niektóre czarne jak noc, kiedy nie może spać i leży zwinięta w pościeli, z zamkniętymi oczami, wsłuchując się w spokojny oddech Doktora śpiącego w łóżku obok (jest tak blisko i jednocześnie tak daleko, spacerując w snach po planetach, których ona nigdy nie widziała i prawdopodobnie nie zobaczy).
Wie, że to tylko na chwilę, że kiedy wrócą, ich życie przestanie przypominać puzzle i wróci do normalności (na tyle, na ile normalne może być życie w TARDIS), ale na razie cieszy się tym, że choć raz Doktor zajmuje się ratowaniem nie całego wszechświata, a tylko ich dwojga.
Czasami Marta jest tak zmęczona, że nie wie, czy da radę wstać po raz kolejny z łóżka — i nie chodzi tu o nieustanny ból nóg i kręgosłupa po całodniowym staniu za ladą oraz noszeniu kartonów pełnych książek. To, co ją wyczerpuje, to ciągłe składanie ich fragmentów w jedną całość, tak, by mieli czego się trzymać w tej dziwnej rzeczywistości. Doktor wciąż pozostaje sobą — żyje we własnym świecie równań i praw fizyki z tak odległych galaktyk, że nawet nie miała szansy o nich usłyszeć. Jak na takiego geniusza zaskakująco mało wie o prawdziwym życiu, w którym nie ma miejsca na podróże w czasie i przestrzeni. W tym świecie bez TARDIS Marta musi wiedzieć za nich oboje.
Czasami myśli, że nie da rady, że to za trudne.
2.
Miasto jest pełne płaczących aniołów. Kiedy wcześniej, żyjąc jeszcze swoim prawdziwym życiem, spacerowała po Londynie, nigdy nie zwracała uwagi na szare posągi. Po prostu tam były, tak jak niebo, drzewa, białe linie na asfalcie. Patrzyła na nie, ale tak naprawdę nie widziała.
Czasami wydaje jej się, że kątem oka dostrzega ruch, ale kiedy odwraca się gwałtownie, widzi tylko lity kamień i twarze ukryte w dłoniach, a skrzydła wcale się nie poruszają — to tylko cień, myśli, to tylko gra cieni, nic więcej.
To zawsze coś więcej.
Raz widzi na ulicy swoją matkę i powstrzymuje się ze wszystkich sił, żeby nie podbiec i nie rzucić jej się na szyję. Marta jest pewna, że to ona — jako dziecko spędziła godziny nad albumem ze starymi rodzinnymi fotografiami w zblakłych odcieniach sepii i obraz młodej matki (była naprawdę piękną kobietą) wrył jej się głęboko w pamięć. Francine prowadzi za rękę kilkuletnią dziewczynkę z dwiema ogromnymi kokardami we włosach — to jej młodsza siostra, Susan. Za trzy lata zginie w wypadku.
Tego dnia Marta przychodzi do domu i płacze po raz pierwszy, od kiedy się tu znaleźli. Leży skulona na łóżku, za zamkniętymi drzwiami sypialni, a jej łzy wsiąkają w poduszkę w całkowitej ciszy. Nie chce, by Doktor się zorientował, że coś jest nie tak. Chce, żeby przyszedł ją pocieszyć. Nie chce, by oglądał ją w takim stanie. Chce, żeby ją przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze.
Są chwile, kiedy Marta zastanawia się, czy naprawdę będzie, czy to przypadkiem nie jest koniec, czy nie zostanie już w ten sposób na zawsze. A jeśli tak, to na jak długo wystarczy jej siły, żeby składać w jedną całość to, o czym Doktor nawet nie ma pojęcia, że należy złożyć. Już raz utknęła z nim na dłuższy czas w jednym miejscu i to było straszne, bo John Smith nie miał pojęcia, kim tak naprawdę jest i kim dla niego jest Marta. Ale teraz wszystko okazuje się jeszcze straszniejsze, bo Doktor wciąż jest Doktorem i mimo to nadal jej nie zauważa. Jest dla niego białą linią na asfalcie.
Czasami Marta myśli, że kiedy to się skończy, wróci do domu, już na dobre.
3.
Marta zostawia mu kartki. Wstaje wcześnie, żeby zdążyć do pracy, i nie chce budzić Doktora śpiącego spokojnie jak dziecko na sąsiednim łóżku. (Wygląda wtedy tak młodo. Tylko oczy zdradzają jego wiek.) Czasami ma chęć podejść do niego i przygładzić te niepokorne włosy sterczące we wszystkie strony, ale zamiast tego odwraca się i po cichu wychodzi z sypialni. W kuchni pije czarną kawę i zostawia Doktorowi kartki — z postrzępionymi brzegami, niedbale wyrwane z zeszytu, zapisane drobnymi, pochyłymi literami (studia medyczne nie zdołały zniszczyć jej ładnego charakteru pisma).
Czasem to tylko kilka słów, przypomnienie.
(Hydraulik — zadzwonić. KONIECZNIE! Bo nas zaleje.
M.)
Czasem powiadomienie.
(Wyszłam, będę dzisiaj później, właścicielka zarządziła remanent. Puszki z fasolką — kredens, środkowa półka. Podgrzej i zjedz, nie czekaj na mnie, zrobię coś sobie jak wrócę.
Marta
P.S. ZJEDZ. SERIO.)
Gdyby nie ona, Doktor mógłby zapomnieć o tak przyziemnej rzeczy, jak jedzenie. Kilka razy już mu się to zdarzyło — wracała późno do domu, otwierała drzwi do ich niewielkiego mieszkania na trzecim piętrze starej kamienicy i zastawała Doktora rozbierającego na części pierwsze ich radio, w poszukiwaniu jakiejś małej śrubki do urządzenia, które konstruował. Makaron, zostawiony mu rano do odgrzania w rondlu na kuchence, leżał nietknięty.
Życie z nim przypomina czasem zajmowanie się małym dzieckiem i Marta jest zmęczona tym, że to ona musi o wszystkim pamiętać. Doktor może i jest wspaniałym towarzyszem podróży do najdalszych zakątków wszechświata, ale to ona musi tu być tą mądrzejszą i rozsądniejszą. Tą, której w ogóle zależy. (Czasami Doktor sprawia wrażenie, że Marta, jej praca i ich życie w ogóle go nie obchodzą. Jest tylko on, jego zagubiona TARDIS, jego cenne urządzenie i jego misja ratowania wszechświata.)
Kiedy Marta ma rano więcej czasu, jej notatki są dłuższe, pisane pełnymi zdaniami.
(Wrócę dzisiaj wcześniej, rozmawiałam z właścicielką, dała mi wolne na popołudnie. W razie, gdybym jednak nie zdążyła — ma przyjść Lisa, wiesz, nasza sąsiadka z naprzeciwka. Obiecałam jej pożyczyć sukienkę, tę żółtą, z kwiatkiem przy dekolcie. Leży przewieszona przez oparcie krzesła w sypialni, znajdziesz na pewno.
Co będziemy robić w weekend? Myślałam o kinie, grają „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości". Lazenby jest co prawda okropnym Bondem, ale chyba nie mamy większego wyboru. A jeśli nie, to możemy sobie zrobić piknik w Ogrodach Kensington, pogoda się chyba utrzyma.
:*
Marta
P.S. ZRÓB zakupy. Tobie to może nie przeszkadza, ale ja jednak wolałabym nie umrzeć z głodu, dziękuję bardzo.)
W niedziele Marta nie pisze kartek, bo to Doktor wstaje jako pierwszy.
Kiedy wreszcie się budzi, jest już po dziesiątej, a z salonu dobiega przytłumiony hałas. Doktor, z rozczochranymi włosami i w jednym trampku (drugi znajduje się później — nie wiedzieć, czemu — pod jej łóżkiem), majstruje coś przy swoim urządzeniu, poprawiając co jakiś czas zsuwające się okulary.
Czasami Marta myśli, że to jej wystarczy.
4.
To okropny dzień, jeden z najgorszych, jakie przeżyła w sześćdziesiątym dziewiątym roku. Poniedziałki nigdy nie należą do przyjemnych, bo musi wrócić w miejsce, gdzie ludzie pomiatają nią bez żadnych skrupułów, ale ten jest wyjątkowo katastrofalny. Najpierw spóźnia się pół godziny do pracy (budzik nie zadzwonił; nie miał możliwości, bo Doktor rozebrał go na części), później niezdecydowana klientka skarży się na nią właścicielce księgarni, a kiedy wreszcie wraca do domu, zaczepia ją grupka podpitych chłopaków. Przyspiesza kroku, ale nadal słyszy ich wyzwiska. Teraz wie dokładnie, co przeżywała w młodości jej matka i w myślach przeprasza za te wszystkie rozmowy, w których wmawiała jej, że jest przewrażliwiona, że to niemożliwe, by było aż tak źle.
Do mieszkania wchodzi, zaciskając zęby, ponieważ wie, że jeszcze chwila, a zacznie krzyczeć albo się rozpłacze. Ma nadzieję, że Doktor zrobił coś do jedzenia, bo ledwie się trzyma na nogach i najchętniej przespałaby najbliższą dobę, ale on siedzi w salonie, wpatrując się w niedokończone urządzenie. Dookoła po podłodze walają się części.
— Nienawidzę tej pracy — mówi Marta, ściągając buty. Doktor nawet się nie odwraca, jakby nie zauważył, że w ogóle wróciła.
Zostawia torebkę w przedpokoju i idzie prosto do kuchni. W lodówce pustki, nie ma nawet światła, bo żarówka się przepaliła, a lodówka jest przecież tak nieistotna w obliczu wszechświata, że Doktor nie pofatygował się, żeby ją naprawić.
— Nie mamy jedzenia! Prosiłam, żebyś zrobił zakupy…
Doktor milczy.
— Utknąłem. Nie dam rady tego dokończyć. — Pociera zmęczone oczy. — Utknąłem tu, rozumiesz?!
Marta zauważa ten szczegół — powiedział: „utknąłem", nie: „utknęliśmy".
— Czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię? — Jej ton jest bardziej szorstki, niż zamierzała.
Doktor rzuca okulary na stolik, pomiędzy śrubki i nasadki.
— Ty mówisz o jedzeniu, niezapłaconych rachunkach i zepsutej spłuczce! — Dawno nie słyszała, żeby odzywał się w ten sposób. — Ja mówię o ratowaniu wszechświata! Chyba rozumiesz, co jest ważniejsze?!
Marta zaciska ręce na oparciu krzesła, liczy powoli do dziesięciu, po czym odwraca się do Doktora.
— Gdyby była tu ta twoja cenna Rose, to na pewno byś się nie przejmował ratowaniem wszechświata.
Doktor blednie tak bardzo, że można policzyć wszystkie jego piegi. Nigdy nie widziała u niego takiego wyrazu twarzy.
— Nigdy — cedzi przez zaciśnięte zęby — nie mów o niej w ten sposób.
Czasami Marta myśli, że chciałaby go nienawidzić.
5.
Nie zostawia już więcej kartek na kuchennym stole, nie ma sensu. Doktor jest tak pochłonięty pracą nad swoim urządzeniem („Tak, już prawie skończone, niedługo się stąd wyniesiemy. Teraz wszystko w rękach Sally Sparrow."), że ledwie zauważa jej obecność. Nie chodzą już w niedziele do Parku St. James ani do Ogrodów Kensington. Marta ogląda w telewizji pierwsze odcinki „Latającego Cyrku Monty Pythona", jedząc lody kawowe prosto z kubka, podczas gdy Doktor dostraja i testuje swój nowy wynalazek.
Na pozór niewiele się zmieniło (kartki i spacery to drobnostki, którymi nie warto się przejmować, kiedy codziennością staje się odpowiedzialność za losy wszechświata), ale to właśnie te drobne zmiany bolą najbardziej. Są jak pajączki pęknięć na gładkiej tafli szkła. Marta zastanawia się, jak długo tak wytrzymają, zanim rozprysną się na wszystkie strony.
Nie ma już sił, żeby składać fragmenty ich życia w jedną całość, więc wszystko się sypie. I chociaż Marta Jones nie ma w zwyczaju się poddawać, to życie z Doktorem nie jest ani trochę zwyczajne, więc ten jeden raz odpuszcza, bo nagle wszystko zaczyna ją przerastać. On tego nawet nie zauważa.
Czasami wydaje jej się, że jednak trochę się zmieniło pomiędzy nimi w czasie tego pobytu w latach sześćdziesiątych, ale zaraz potem Doktor robi albo mówi coś, co tylko utwierdza ją w przekonaniu, że nadal jest białą linią na asfalcie.
Myśli o tym, co będzie, kiedy pewnego dnia (dzisiaj? Jutro? Za godzinę? Już?) usłyszy znajomy dźwięk TARDIS, a Doktor wróci do bycia sobą w pełnym tego słowa znaczeniu. Obiecuje sobie, że odejdzie, bo nie może już tak dłużej, bo nie może wrócić do tego, jak było przedtem, zanim utknęli.
Czasami Marta myśli, że mimo wszystko mogłaby zostać.
