Actions

Work Header

Postęp Sherlocka Holmesa

Chapter Text

Pół sekundy dezorientacji z trudem ustępuje miejsca perfekcyjnej świadomości. Promieniujący z twarzy ból. Kłujący ból w żebrach od uderzenia w jelita. Prawdopodobne złamanie. Więcej, niż jednego z nich? Nieokreślone. Ból przy wdechu, wydechu. Ranek.

Dziwny sen utrzymuje się: John z filiżankami zamiast oczu i jednorazowymi ostrzami zamiast palców (niepokojące). Dziwne uczucie w piersi: problem ze złapaniem powietrza. Cierpienie. Strach? Nie. Nie mógłby być strach. Nawet z filiżankami zamiast oczu, to nadal tylko John. Smutek, być może. Strata. Żal? Rozmywa się. To poranek, sny zawsze blakną.

Sny są bez znaczenia.

Około dwunastu stopni na zewnątrz; prawie o stopień mniej, niż wczoraj rano. Powolnie zbliża się środek zimy. Nuda. Przytłumione światło przedostaje się przez okno; około kwadrans po siódmej, mżawka, gruba warstwa chmur. Pada od około czwartej rano. Na nabrzeżu może być błotnisto; należy pamiętać o odpowiednim obuwiu.

Jednakże: prawdopodobny brak pozwolenia, by wyjść dzisiaj z mieszkania. Nie, jeżeli John dowie się o żebru. To pewne. Zabarykaduje drzwi (jakby to miało pomóc) i Lestrade nie pozwoli zbliżyć się do miejsca zbrodni. Możliwe znalezienie sposobu, aby utrzymać mnie z dala, powstrzymać od poruszania się w okolicy. Szkoda. Zapowiedź męczącego dnia. Nienawidzę być uziemionym. Ale: swoje trzeba odcierpieć.

Sztywność prawej nogi. Bardziej, niż tylko bolesne: zwichnięcie? Skręcenie? Skutek upadku, niewątpliwie. Obrażenia drugiego stopnia nieopatrzone przez mojego ostrożnego i zmartwionego doktora. Jego twarz: pełna współczucia, troski, wszystkiego co piękne i idealne na świecie. Jak on to robi? Jak może nosić swoje serce na dłoniach i nie zostawiać za sobą krwawej smugi wszędzie tam, gdzie się pojawi? To pewien rodzaj odwagi, być może bardziej przyziemny, jednak nie mniej wyjątkowy. Jeszcze nie wie o żebrach. Nie widział zestawu zostawionego przez ciosy. Nadgarstek: złamany? Nie. Posiniaczony, to na pewno. Być może lekko skręcony. Utrudni granie na skrzypcach, ale odrobina bólu jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

Prostacki koncert Czajkowskiego w mojej głowie. Dlaczego? Brak miejsca na Czajkowskiego w dzisiejszym dniu. Może wieczorem? John lubi Czajkowskiego. Nawet nie rozpoznaje, że to Czajkowski, kiedy go słyszy. Nie wydaje się, żeby to było dla niego istotne.

- Kocham tę melodię. Co to było…? – powie, siedząc w swoim fotelu; oczy zamknięte (zwykle, czasami nie. Czasami obserwuje moją grę, a ja odpowiadam na jego spojrzenie).

Wyobrażam sobie, że mówi Kocham cię i pławię się w tym. Jakby promieniowało z niego ciepło słoneczne; muskające mnie palce dymu. Wyobrażam sobie, że jeszcze tego nie powiedział, tylko to czuje; czuje potrzebę powiedzieć. I jestem ja, w tej chwili tuż przed tym, jak to mówi. W momencie, gdy to jest najbardziej prawdziwe; jeszcze zanim zdąży zaistnieć i straci na znaczeniu, zdegraduje się, rozpadnie. Zaraz to wymówi, powie kocham cię do mnie, ze wszystkich ludzi właśnie do mnie. Słowa pojawiają się w powietrzu tuż przed nim jak małe kółeczka z dymu. Pozwalam zawisnąć im nade mną - tej niezwykłości, temu uczuciu. On wsłuchuje się w dźwięk moich skrzypiec. Moje palce naciskają struny, zaciskają się na smyczku. Dźwięk wibruje w mojej piersi, zanim dotrze do niego i jego zamkniętych (lub nie) oczu. John siedzi w swoim fotelu, kocha Serenadę na smyczki (1), a może fragment Jeziora Łabędziego (jak powiedziałem: prostackie), zamiast mnie, jednak to tak blisko. Koncentruję się, gram jeszcze lepiej. Razem ze strunami skrzypiec naciskam na zgubne, płaczliwe struny mojego serca. Kocham (cię) – mówi. – Co to było?

Jak można nie rozpoznać Jeziora Łabędziego?

Zawsze, za każdym razem kiedy pyta, chodzi o Czajkowskiego. Dlaczego? Czy ta muzyka wpływa na jego hamowane instynkty homoseksualne? Można mieć tylko nadzieję. Delikatne serce, serce romantyka.

Wciąż prostackie.

Jeszcze nie chcę otwierać moich oczu. Rzeczywistość nigdy nie jest tak interesująca, jak wnętrze mojej głowy. Filiżanki zamiast oczu? Jakże dziwaczne. W tym śnie John był nagi. Nagi i wysoki na czternaście stóp. Wciąż bez znaczenia. Ja byłem malutki; mógł trzymać mnie na swojej dłoni, uwięzić w palcach z jednorazowych ostrzy. Moja podświadomość jest szalona.

Oczy ociężałe, nos zapchany i obolały; niewielki dyskomfort w górnym, bocznym siekaczu. Sonduję językiem. Rusza się, ale nie wypadnie. Bogu dzięki, nienawidzę dentystów. Ból głowy. Odrobina krwi; metaliczny posmak. Otwieram oczy: zapuchnięte. Zaropiałe. Zostałem wczoraj trochę pobity. Było warto, tyle materiału dowodowego. Ha! Tak prosty przypadek. Idioci.

Suche oczy, schwytane przez splątane i zlepione rzęsy. Nieświadome łzy. (Czy płakałbym, gdybym go stracił? Myślę, że tak. Psychiczna rana jest jak przerastająca siły rana fizyczna, która wywołuje psychiczną reakcję.) Rozrywam powieki; w trakcie procesu wypadło kilka rzęs. Mrugnięcia: pozbyć się ropy. Świat jest krwistą szarością, kiedy otwierasz oczy. Nudna szarość poranka. Biel sufitu, gołe ściany, zatrzaśnięte drzwi do sypialni. Deszcz układa się we wzór na okiennej szybie, tworzy smugi.

Dotknięcie telefonu; podrzucam go w dłoni. Wiadomość od Lestrada? Wysłać mu coś drażniącego; powinien nauczyć się dzielić. Nie zabierać mnie nigdzie, nie wprowadzać w szczegóły spraw. Kiedy się nauczy?

Twój trop jest pod wodą. SH

Nad tym będzie sobie łamał głowę. Ha! Nauczy się, że nie należy przede mną niczego ukrywać. Jakby jeszcze nie wiedział!

Ruch. John w kuchni; woda gotuje się w czajniku. Uderzenie torebek herbaty o kuchenny blat; cukierniczka. (Mniej niż do połowy pełna, wnioskując po dźwięku.) John ma skarpetki, nie włożył pantofli. Nie spał za dobrze, wciąż jest oszołomiony. Znów koszmary (oczywiste). Kiedyś wpadnę do środka i zatrzymam je samą siłą mojej woli. Ujarzmię. Przechytrzę. Klnie, dlaczego? Zmęczony? Sfrustrowany? Och, zobaczył palce w lodówce. No cóż, gdzież indziej miałyby wylądować?

John powłóczy nogami po podłodze. Idzie w kierunku mojej sypialni, w dłoni trzyma kubek gorącego płynu. Zawsze stąpa ostrożniej, kiedy niesie mi herbatę. Zupełnie jakby stało się coś strasznego, gdyby ją wylał. Uczucie w mojej piersi, jak gdyby moje serce uśmiechało się za każdym razem przed spotkaniem z nim. Znam oznaki i symptomy zakochania się desperacko, beznadziejnie. Wolałbym nie znać, jednak wiedza to nie koncert życzeń.

Odrobina kokainy nie bolałaby. Jednak John nigdy by tego nie poparł.

Puka do drzwi, niczym grzeczny współlokator. Burknięcie w odpowiedzi. Skrzypnięcie otwieranych drzwi. Kocham w nim, że nie dba o to, co ja o tym sądzę; przychodzi, ponieważ sam tego potrzebuje, sam chce. Żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. John: on jest jak słońce wlewające się do środka. Ciepło, wkradające się w zimne miejsce. Jego włosy są potargane, a twarz zaspana. Chcę go pocałować, chcę owinąć się wokół niego i nigdy nie puścić. Poranek nie jest szary, jeżeli on się tutaj pojawia. Nadaje kolorów mojemu życiu.

- Sherlock? – ma szorstki głos; godziny milczenia w ciągu nocy. Zardzewiały instrument. Wyobrażam sobie pustelnika ukrytego w jaskini przez dekady. Żyje snem i modlitwą, przez lata nie przemawia do żadnej duszy. Po długim czasie próbuje użyć strun głosowych, które nieużywane zapomniały, jaki jest cel ich istnienia. Ludzkie ciało musi być używane, by działać poprawnie. Jak twoje serce, mówi trzeci głos, moja wszechwiedząca podświadomość. Jak twoje serce, Sherlocku. Pustelnik, który próbuje przemówić. Metafory: nie moja działka.

John siada na łóżku; małe plecy na moim udzie. On jest definicją ciepła, żywym zbiorem słownictwa. Westchnięcie. Udawaj znudzonego, udawaj zirytowanego do granic. John kładzie kubek z herbatą na stoliku nocnym, przenosi dłoń na moją twarz.

- Jak się dzisiaj miewasz? – Zawsze doktor, ten mój John. Tak jest, mój John. Niezależnie od wszystkiego.

Lekki dotyk na moich policzkach. Sprawdza bandaż na nosie, jego palce delikatnie znaczą moje rozchylone wargi.

- W porządku. Jest w porządku, nie rób zamieszania. – Głęboki wdech; przypadkowe (czyżby?) kaszlnięcie; grymas bólu. Ręce Johna na mojej piersi, dzieli nas tylko cienki materiał mojej koszulki. W panice zamykam powieki.

- Cholera – mówi, wciągając powietrze. – Nie wspominałeś o złamanym żebrze, Sherlocku – cień wyrzutu w głosie. Wkłada ręce pod moją koszulkę. Ból złamanego żebra jest niczym w porównaniu do przyjemności płynącej z lekkiego dotyku ciepłych dłoni Johna na moim ciele. Jak kółeczka dymu. Jak wyobrażenie o miłości. – Przyniosę ci coś przeciwbólowego.

- Mmm. – Nie ma sensu się kłócić. Środek nasenny złagodziłby wszystkie rany, fizyczne i psychiczne. Jednak John najwyraźniej zamierza dać mi Paracetamol. Łajdak.

- Wiem, że chcesz wrócić na miejsce zbrodni – mówi z westchnięciem. Lekko wierci się w miejscu, jego ręce wciąż opierają się o mnie. Jego ciepłe ciało. Jego palce: pociągają za spust i zabijają, a wobec mnie są takie delikatne. – Ale najpierw będę musiał to posklejać.

Och, mój John. Mój bloger, mój pomocnik. Posklejaj mnie i weź sobie. Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię.

Burknięcie, mamroczę:

- W porządku. – Odwracam twarz. – Podaj mi moją herbatę. – Nie pytanie, rozkaz. Pustelnik wreszcie stara się przemówić. Bicie serca. Ciepły kubek w mojej ręce, ciepłe palce na moich palcach. – Dziękuję. – Rzadko to mówię, będzie zdezorientowany. Nie rusza się. Otwieram oczy i obserwuję go. Uśmiecha się. Wygląda na zmartwionego.

Będziemy mieli obiad. Będę jadł ze względu na nalegania Johna. Może zupę. I kiedy wrócimy do domu, zagram mu Czajkowskiego. Mimo, że jest tak prostacki, a moje zwichnięcia zaprotestują, zaprotestują także moje żebro i rany. Będzie miał otwarte oczy i obserwował mnie. I będzie kochał muzykę, którą ja będę mu grał. I to wystarczy.


(1) Serenade for Strings, Swan Lake – to Czajkowski, obviously.