Actions

Work Header

To nie tak, że cię nienawidzę; po prostu lubię patrzeć jak cierpisz

Chapter Text

Pierwszego uderzenia nawet nie poczuł. Zupełnie odrętwiały, nie zrozumiał co się właściwie stało. Dopiero drugi, równie siarczysty policzek pomógł Stilesowi wrócić do rzeczywistości.

Bardzo nieprzyjemnej i bardzo brutalnej rzeczywistości.

Niemal wisiał w powietrzu, trzymany za przód koszulki przez absolutnie ostatnią osobę, jaką chciał zobaczyć zaraz po przebudzeniu. Ból promieniował z piekącego miejsca na resztę twarzy, równomiernie do narastającej irytacji chłopaka. Gdyby miał do czynienia z kimkolwiek innym, zapewne po prostu by wybuchł, zaczął się bulwersować, awanturować i dowodzić swoich racji.

Biorąc jednak pod uwagę, że chodziło o Dereka Hale'a - wolał ugryźć się w język, zanim przypłaci brawurę życiem.

- Mógłbyś mi wyjaśnić, co robisz w mojej sypialni?

Dopiero teraz Stiles uświadomił sobie, że Hale zastygł na skaju przemiany. Zupełnie jakby nie miał pewności, czy poradzi sobie jako człowiek, czy może też będzie potrzebował mocy wilkołaka. Z czym jednak zamierzał walczyć? Albo raczej - z kim?

Chłopak nerwowo przełknął ślinę w oczekiwaniu na odpowiedź.

Rosnący niebezpiecznie balon napięcia pękł niespodziewanie i z hukiem, gdy Derek parsknął złośliwym śmiechem. Białe i ostre jak wilcze kły zęby błysnęły niebezpiecznie.

- Do reszty ci odbiło, Stilinski. Rozejrzyj się lepiej zanim zaczniesz mnie oskarżać o próbę gwałtu.

Mówiąc to, puścił Stilesa na ziemię. Nogi nie zdołały utrzymać ciężaru chłopaka, przez co upadł na kolana prosto w głęboki, miękki mech.

Zaraz, zaraz! Mech...?

Stiles powoli, ostrożnie sprawdził ziemię dookoła, aby upewnić się, że to nie złudzenie, a najprawdziwsza leśna ściółka. Nie, nie mogło być żadnych wątpliwości. Blednąc coraz bardziej, rozejrzał się. Znał te drzewa tak dobrze - setki razy przedzierał się przez ich gałęzie razem ze Scottem, jeszcze zanim ich życie zmieniło się w stale przyspieszającą karuzelę okropieństw. Zanim Scott został okradziony z człowieczeństwa. Zanim do ich kochanego Beacon Hills wprowadziła się rodzina łowców potworów z bardzo morderczą przeszłością. Zanim azjatycki demon obłędu stwierdził, że ciało Stilesa będzie dla niego doskonałym nowym domem.

Obluzowane deski zgliszcz posiadłości Hale'ów zatrzeszczały pod naporem wzmagającego się wiatru. W blasku księżyca niemal w pełni ruiny prezentowały się wyjątkowo koszmarnie. Zwłaszcza, że ich równie sympatyczny właściciel stał tuż obok.

- Czemu tu jestem? - zapytał Stiles z rezygnacją. Nawet nie łudził się, że pozna odpowiedź.

- Sam chciałbym to wiedzieć - westchnął Hale z irytacją.

 

* * *

 

Stiles nie miał Derekowi za złe, że odprowadził go pod sam dom. Przeciwnie, biorąc pod uwagę wydarzenia z Nogitsune - takie środki ostrożności były jak najbardziej wskazane. To jednak boleśnie uświadomiło chłopakowi, że wciąż nie znajdował się po jasnej stronie mocy.

Bardzo szybko przywykł do zmian, jakie zaszły w jego życiu po przemianie Scotta. Fakt, cały jego świat stanął na głowie, ale chociaż chwilami było koszmarnie ciężko, śmiertelnie niebezpiecznie i przerażająco poważnie, musiał przyznać, że nawet lubił te zmiany. Może właśnie dlatego, iż nie dotyczyły go bezpośrednio. Jako jeden z nielicznych pozostał zupełnie normalny, stanowił zatem naturalną przeciwwagę całego tego szaleństwa, które zaczęło ich doświadczać.

Teraz nie mógł już jednoznacznie stwierdzić, po której stronie się znajdował. Wykluczony spoza kręgu podejrzanych o wszystko co najgorsze, czuł się spokojniejszy. Może i nie gwarantowało to nikomu bezpieczeństwa i mimo wszystko musiał martwić się o ojca i przyjaciół, ale po tym jak pojawił się Nogitsune...

- Hej, Stiles, wszystko w porządku? - spytał zaniepokojony Scott, obejmując przyjaciela ramieniem.

Liceum w Beacon Hills powoli zapełniało się mniej lub bardziej zaspanymi nastolatkami. Scott McCall i Stiles Stilinski na pierwszy rzut oka wyglądali dokładnie tak samo jak reszta. Nie wszyscy dawali się jednak zwieść. Może przyczyniły się do tego podkrążone oczy, o stanowczo zbyt dojrzałym spojrzeniu, a może jakaś sztywność ruchów, spowodowana ciągłym napięciem, zupełnie jakby w każdej chwili musieli być gotowi do walki. Nawet trenowanie lacrosse pod okiem najgorszego trenera w Stanach Zjednoczonych Ameryki nie mogło nikogo doprowadzić do takiego stanu.

- Albo miałem najgorszy sen w życiu, albo zrobiłem w nocy coś cholernie głupiego - odparł niechętnie Stiles, upychając rzeczy w szafce i wygrzebując z niej potrzebny podręcznik.

- Nasikałeś ojcu do laptopa, bo pomyliłeś go z kiblem? - wyszeptał Scott konspiracyjnie z taką powagą, że jego przyjaciel po prostu nie mógł się nie roześmiać.

- Stary, chciałbym żeby to było to! - Bez zbędnego pośpiechu ruszyli w stronę sali od matmy. - Lunatykowałem w pobliżu starego domu Hale'ów.

- Powiedz mi, że żartujesz.

- Nie wiem, zapytaj Dereka.

- Przyłapał cię?

- I odprowadził do domu.

- Cholera, Stiles, co ty tam właściwie robiłeś?

- Sam chciałbym wiedzieć.

Musieli urwać rozmowę, gdy tylko przekroczyli próg sali lekcyjnej. Nie, żeby Stiles miał na to jakiś wpływ. Po prostu w środku były już Kira i Lydia. Głównie chodziło jednak o Kirę. Mina Scotta była bezcenna. Ciekawe, czy Stiles wyglądał kiedyś tak samo, gdy patrzył na Lydię? Jeśli tak, to wcale nie dziwił się dziewczynie, że robiła wszystko, aby trzymał się od niej z daleka.

- Hej - rzucił elokwentnie Scott, niemal śliniąc się do drobnej Azjatki.

- Hej - odpowiedziała Kira, z równie inteligentnym wyrazem twarzy.

Lydia wymownie przewróciła oczami. Własne doświadczenia miłosne i tragiczna śmierć Allison brutalnie zmusiły ją do obchodzenia szerokim łukiem wszelkich możliwych spraw sercowych, nawet jeśli dotyczyły one kogoś zupełnie innego. Może właśnie z tego powodu posłała Stilesowi rozdrażnione spojrzenie.

- Mam coś na twarzy? - syknęła za plecami Scotta.

- Nie! Nie, po prostu zastanawiałem się czy dobrze spałaś.

Perfekcyjnie wymodelowana prawa brew podjechała pod pozornie niedbałą linię grzywki.

- Stiles, wydawało mi się, że już o tym rozmawialiśmy...

- Co? - Dopiero teraz chłopak zrozumiał niezamierzoną dwuznaczność pytania. - Nie, nie to miałem na myśli! Chodziło mi raczej o to, co robiłaś w nocy... Cholera, nie! No wiesz, czy nie śniło ci się coś dziwnego i nie lunatykowałaś albo...

- Przecież bym do was zadzwoniła.

- Zadzwoniłabyś? - Fakt, ich relacje z Lydią mocno się zmieniły, ale Stiles wciąż nie do końca potrafił się z tym pogodzić. Gdzieś w środku odczuwał silną sprzeczność. Bo niby czemu najpopularniejsza dziewczyna w szkole miałaby tak po prostu do niego dzwonić?

Inaczej sprawy się mają, gdy najpopularniejsza dziewczyna w szkole odkrywa w sobie moce banshee i tylko alfa lokalnej watahy wilkołaków jest w stanie zapewnić jej bezpieczeństwo. Wtedy klasyczna, licealna hierarchia rzeczywiście może zostać znacząco zachwiana.

- Oczywiście, że tak. Przecież właśnie po to się z wami zadaję.

Cudownie pragmatyczna Lydia! Oczywiście, że wszystko, co robiła musiało mieć jakiś ukryty cel. Nie marnowałaby przecież czasu na zadawanie się ze Scottem i Stilesem, gdyby nie miała z tego żadnych korzyści. Ten wniosek przynajmniej częściowo pomógł chłopakowi odzyskać poczucie równowagi.

Nie do końca jednak uświadomił sobie, że w rzeczywistości zazdrościł Lydii jej spokoju, wynikającego ze świadomości tego, czym była. Łatwiej jest radzić sobie z innością, gdy wie się, na czym ona właściwie polega.

Gdyby Stiles od razu wiedział, czym (lub też kim) jest Nogitsune, możliwe, iż zdołaliby uniknąć śmierci Allison. Gdyby natomiast wiedział, dlaczego w nocy zawędrował aż pod ruiny posiadłości Hale'ów, nie musiałby martwić się, czy następnej nocy nie czeka go coś znacznie gorszego.

Jedynie cichy, złośliwy głosik, szepczący mu czule gdzieś z tyłu głowy, uświadamiał Stilesa dobitnie:

- Ale przecież zawsze tego chciałeś. Od kiedy Scott stał się bardziej niesamowity od ciebie - też chciałeś mieć jakąś moc. Bez względu na cenę.