Actions

Work Header

OCZY

Chapter Text

Dean kazał mu zakładać co rano smycz. Zwykle koniec trzymała Jo. Była drobniejsza niż inne bety w stadzie i jej najłatwiej było utrzymać tempo zbliżone do tempa ślepego omegi. Owszem, miał świetny węch i słuch, potrafił omijać większe przeszkody nawet biegnąc szybko z watahą, ale zdarzało mu się potykać, zwalniać. Gubić na szlaku, gdy zbytnio się oddalił od reszty.

Tak stracił rodzinę.

Zgubił się.

Tak został przechwycony przez watahę Deana Winchestera. Złapali go, rzucili na ziemię, przytrzymali dla niego i Dean Winchester, alfa, pokrył go brutalnie. A następnego dnia powiedzieli mu, że już nigdy nie wróci do swoich. Nie wróci nigdy. Nie zobaczy rodziny. Teraz ma nową rodzinę. Nową watahę. Nowego alfę. Zabrali jego wszystkie rzeczy. Nie zostawili mu nic własnego. Dali mu inne ubrania. Umyli, żeby zupełnie stracił zapach starej watahy. Alfa kazał mu założyć obrożę i smycz.

Wziął go na smycz.

Okropny, upokarzający kawałek szerokiej, sztywnej, grubej skóry, z metalową klamrą i kółkiem, do którego doczepiony był nitowany rzemień. Kiedy pierwszy raz poczuł to na sobie, chciał zapaść się pod ziemię. Rozpłakać. Rozszarpać to. Rozszarpać sobie gardło i umrzeć. I nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Instynkt przetrwania był silniejszy niż poczucie godności.

Pierwsze dni były straszne. Dean na postojach zabierał smycz od Jo i ściągał go do siebie. Przyginał mu kark, zmuszając do siadania koło swojej nogi. Mówił, że to miejsce omegi. Przy jego nodze.

Cas siadał, bo nie miał innego wyjścia. Oni stali, a on klęczał, lub kucał. Czasem po prostu siadał na trawie, podpierając głowę rękami, starając się nie myśleć o obroży i smyczy. Sam, drugi poza Jo beta, z którym miał kontakt, przynosił mu wodę i dawał coś do jedzenia i to były jedne z nielicznych gestów, których doświadczał w tamtych dniach, które mógł zaliczyć do miłych.

Czasem myślał, żeby rozpiąć obrożę i uciec, ale był w zupełnie obcym terenie i wiedział, że nie da rady wymknąć się sforze. Dogonią go. Złapią. Dean go ukarze. Na myśl o tym, co mógłby zrobić, Cas odczuwał mdłości. Wystarczyło to, co robił z nim w ramach opieki.

Każdego dnia, jeszcze przed świtem, Cas zwlekał się z posłania coraz bardziej zrezygnowany, przygnębiony i obolały. Każdego ranka było coraz trudniej zmusić się, żeby w ogóle wstać. Coraz częściej myślał o tym, jak byłoby dobrze już nigdy się nie obudzić. Nigdy nie wstać i nie doczekać wieczora, nie doczekać nocy i dotyku Deana. Jego opieki.

– Patrz na mnie! – żądał alfa. – Chcę widzieć twoje oczy! Patrz na mnie!

I Cas podnosił głowę, szukając źródła głosu i starając się utrzymać powieki otwarte, aby nie narazić się na gniew alfy. Nie wiedział czemu Deanowi tak na tym zależało. Nie starał się tego zrozumieć. Po prostu wykonywał polecenia. Oczywiście nie chodziło o to, żeby Cas faktycznie na niego patrzył. Nie mógł. Jego oczy był niewidome.

Cas najbardziej na świecie nienawidził Deana Winchestera. Najgorszego z wilków, jakich kiedykolwiek spotkał. Okrutnego tyrana, złodzieja, który odebrał mu rodzinę. Ale zaraz potem najbardziej nienawidził swoich bezużytecznych oczu. Gdyby działały jak należy, jego życie by się nie zmieniło tak gwałtownie. Tak dramatycznie. Nigdy by się nie zgubił. Nigdy by nie został w tyle. Sam. Bez ochrony watahy. Gdyby jego oczy widziały – dostrzegłby zagrożenie i zdołałby im umknąć. Nigdy by go nie złapali. Nigdy by nie zdołali go skrzywdzić. To jego oczy go zdradziły. Jego oczy ściągnęły na niego to nieszczęście. Zły los.

Mógłby je wydrapać, gdyby nie bał się bólu. Wypalić. Nie potrzebował ich.

I to, że Dean tak się nimi interesował, tak nalegał, by wciąż móc je oglądać, by Cas podnosił je na niego, podnosił powieki i udawał, że patrzy – sprawiało, że nienawidził ich jeszcze bardziej. Były – o ironio – widocznym dowodem jego słabości. Szyderstwem. Kpiną, bo nie działały. Dzięki nim Dean zyskał przewagę i Cas zaczął o nich myśleć, jakby należały bardziej do alfy niż do niego, obce i zdradzieckie.

Nie chciał ich.

Nie chciał na nikogo patrzeć. Nikogo słyszeć. Nikogo nie czuć. Nie węszyć tych przerażających woni, które kojarzyły mu się z gwałtem. Z upokorzeniem. Z uwięzieniem. Dlaczego miałby chcieć ich do siebie dopuszczać? Chciał się odgrodzić, dlatego spuszczał głowę, odwracał się. Chował twarz w dłoniach, zasłaniał ramieniem. Odwracał się od wszystkich. Od alfy. Nie mógł uciec w las, ale mógł uciec w siebie.

Po kilku dniach Dean zaczął się niecierpliwić. Złościć. Aż którejś nocy odstąpił od niego na krok, może dwa i Cas już się ucieszył, że go wreszcie zostawi, że da mu już spokój, przynajmniej teraz, przynajmniej na kilka godzin, tyle, by zaznać trochę spokojnego snu, gdy nagle poczuł uderzenie w twarz, stracił równowagę i przewrócił się. Wpadł na coś, jakiś składany stołek i dotkliwie potłukł biodro i żebra.

Zaczął się gramolić na czworakach, próbując złapać równowagę i przewracając się znowu, gdy oparł się ręką o ten stołek i coś pod jego ciężarem pękło, rozdzierając skórę na przedramieniu. Dean nie pomógł mu. Uderzył go jeszcze raz, gdy Cas próbował wstać i omega skulił się, znieruchomiał, aby nie prowokować większej agresji. Dean uderzył go ostatni raz, złapał za podbródek i szarpnął do góry.

– Patrz na mnie! – wysyczał przez zaciśnięte zęby, a jego oddech był gorący na twarzy omegi. – Patrz na mnie, do cholery!

I Cas patrzył. Chociaż tak bardzo chciał odwrócić się i zacisnąć powieki, w geście oporu. Żeby alfa wiedział, że nie do wszystkiego może go zmusić, że nie panuje nad nim tak kompletnie, że Cas ma odwagę się przeciwstawić.

Ale nie miał.

Bał się bólu.

Więc patrzył.

Deanowi jednak nie podobał się jego wzrok. Wyraz jego oczu. Chciał czegoś innego, czego Cas nie rozumiał i nie potrafił mu dać, więc Dean jeszcze bardziej się rozgniewał, obrócił go, pchnął na kolana, na łokcie, przygiął kark i męczył do rana. Męczył tak, że przez cały następny dzień Cas nie mógł zrobić kilku kroków bez jęków i krzywienia się. Jo częściej niż wcześniej musiała się zatrzymywać. Częściej opierał się o pnie mijanych drzew, by nabrać tchu. Uspokoić mięśnie. Postarać się rozluźnić. Wytłumaczyć własnemu ciału, że to minie. W końcu minie. Że nie jest tak źle. Że będzie lepiej.

Nigdy nie umiał kłamać.

 


 

Kiedy alfa zarządził postój w południe i Jo oddała mu smycz, Cas z największą ulgą po prostu zwinął się ciasno najdalej od jego stóp, na tyle, na ile pozwalała długość smyczy, nakrył głowę ramieniem, starając się odgrodzić od spojrzeń watahy i odpocząć.

Ziemia była ciepła. Ściółka pachniała słodkawo glebą, odrobinę butwiejącymi liśćmi, grzybami, zeszłorocznym igliwiem i szyszkami, bardzo ulotnie sierścią i piórami. To był przyjemny, złożony zapach. Kojący. Cas wciągnął go w płuca i delektował się nim, starając się zupełnie odizolować od zapachu alfy. To było niełatwe, ale już potrafił to zrobić, jeśli tylko wystarczająco się skupił. Jeśli tylko sobie nakazał.

Przesunął dłonią po runie i zerwał jakąś gałązkę. Roztarł w palcach i przytknął do nosa. Zielona, świeża, troszkę gorzkawa woń. Wiedział, że niektóre rośliny szkodzą. Że niektóre trują. Że po niektórych można się nigdy nie obudzić. Po których? Powinien sprawdzić. Mógłby sprawdzić. Oblizał palce. Może to jedna z nich?, pomyślał z nadzieją.

– Napij się... – Cichy głos Sama przebił się przez przyjemne brzęczenie i szelesty. Cas drgnął, zdając sobie sprawę, że zdążył zapaść w drzemkę. – Pij...

Cas usiadł, niechcący strącając coś z ramion. Sięgnął, przeciągnął dłonią. To był koc. Ktoś nakrył go ciepłym, trochę szorstkim, wełnianym kocem, kiedy spał. Może Sam? Pewnie Sam. On był dla niego dobry. Może nie dobry-naprawdę-dobry, bo przecież należał do tych porywaczy i był bratem alfy i z pewnością nie pomógłby omedze uciec, a nawet (Cas starał się to ze wszystkich sił wymazać z pamięci) trzymał go najmocniej ze wszystkich tamtej nocy, umożliwiając alfie brutalny gwałt, pierwszy z wielu, ale nie skrzywdził go już potem. Starał się, na swój sposób okazać jakąś życzliwość. Przynosił rzeczy, które pomagały przetrwać. Jak teraz.

Omega przyjął butelkę. Przytknął wargi do krawędzi i pociągnął kilka łapczywych łyków, aż woda pociekła mu po brodzie. Otarł się wierzchem dłoni i zawstydził się, kiedy mu się niespodziewanie odbiło. Przeprosił, czując gwałtowne uderzenie żaru na policzkach.

Sam zaśmiał się pod nosem, powiedział, że nie szkodzi i wsadził mu w rękę słodki baton. Cas podniósł palce do obroży. Przesunął w górę wzdłuż rzemienia, aż nagle zetknęły się z dłonią Deana. Natychmiast cofnął rękę. Rozpakował baton i zaczął jeść. Był głodny. Bardzo głodny. Ugryzł zachłannie dwa kęsy i było po batonie. Poza kontrolą świadomości westchnął, zawiedziony.

Nagle poczuł na głowie dotyk. Ktoś go pogłaskał po włosach i dostał drugi baton a potem usłyszał:

– Jo, podaj mu trochę pieczeni!

To Dean. Dean kazał Jo podać miskę z gorącym, świeżo upieczonym mięsem. Cas skupił się i wywąchał woń ogniska. Oprawianej zwierzyny. Polowania. Jedzenia. Innych wilków. Watahy. Musieli siedzieć rozproszeni, nieco dalej, bo nie czuł ich tak wyraźnie, blisko, jak czuł alfę i Sama. I Jo.

– Jedz. – Nakazał Dean a jego głos dobiegał z góry, ale nie z takiej wysokości, jakby stał. Cas szybko się zorientował, że Dean siedzi. Nieopodal, na czymś, może na pieńku, albo, co bardziej prawdopodobne, torbie z częścią podróżnego ekwipunku.

Cas zaczął jeść. Parząc palce i język. Mięso było smaczne a jego żołądek dość pusty i ostatnie kęsy po prostu połknął, ledwo je gryząc.

– Dobre? Chcesz jeszcze?

Cas zastanowił się, co odpowiedzieć. Wolałby unieść się honorem i odmówić, ale wtedy byłby wciąż głodny, osłabłby i czy kogoś by to obeszło? Wątpił. Dlatego skinął głową i powiedział:

– Jeszcze. Tak. Poproszę.

I bez zwłoki dostał kolejną porcję, którą zjadł już spokojniej. Pod koniec posiłku poczuł na karku dotyk i zamarł. Cały ścierpł, nie wiedząc czego się spodziewać. Uderzenia? Kopniaka? Przyciśnięcia za kark do ziemi? Ale dotyk był dość słaby. Miękki. Palce wślizgnęły się w jego włosy, zmierzwiły je i nagle Dean pochylił się do jego ucha, mówiąc:

– Zatrzymałem watahę, bo zasnąłeś. Zatrzymałem ich na nieplanowany postój, żebyś mógł się wyspać. Kazałem upolować sarnę i upiec, żebyś mógł zjeść coś ciepłego.

Cas odwrócił się w kierunku jego głosu i zamrugał, jak w czasach, kiedy coś widział. Kiedy jeszcze cokolwiek widział. Alfa musiał odczytać jego nieme pytanie w ślepych oczach, bo nagle dodał, takim samym szeptem jak wcześniej:

– Opóźniasz nas. Opóźniasz nas już trzeci dzień. Jesteśmy w obcym terenie, a ja zatrzymałem watahę. Dla ciebie.

I nagle Cas pomyślał o tych wszystkich razach, kiedy alfa kazał mu siadać przy swojej nodze. Może to nie był kolejny sposób na poniżenie go? Może to była okazja, by omega mógł odpocząć? Za każdym razem dostawał wodę i jedzenie. I mógł odpocząć kilka minut. Pół godziny. Godzinę. Omega niepewnie podniósł palce do ust, zastawiając się nad tym intensywnie. Czy alfa robił to celowo? Czy alfa zatrzymywał się dla niego? Żeby omega, ślepy i słabszy niż reszta, mógł usiąść i zebrać siły przed kolejnym intensywnym biegiem przez dzikie ostępy? Czy to możliwe, żeby to było dla niego?

Omega początkowo zupełnie odrzucił ten pomysł. To głupie. Alfa nigdy by nie zatrzymał watahy z jego powodu. To niedorzeczne. Z tego co zasłyszał na postojach wywnioskował, że spieszą się, bo są na obcym terenie. Zmierzają do swojej ostoi i zależy im na czasie. Że to jest jeszcze dzień, dwa drogi, o ile zredukują postoje do minimum.

O ile zredukują.

Ale, kiedy zaczął liczyć i porównywać wstecz, dziś zatrzymywali się częściej i na dłużej niż wczoraj. A wczoraj zatrzymywali się częściej niż kilka dni temu. Może dlatego ten trzeci wilk, Bobby, był ostatnio taki… nalegający? Nie zły, nie. Ale tłumaczył coś alfie. Dyskutowali przyciszonymi głosami. O czym? Cas nie wsłuchiwał się, zbyt zmęczony. I niby dlaczego miałoby go to interesować? To nie była naprawdę jego wataha. Odpychał od siebie wszelkie myśli o nich, co go obchodziły ich plany? Ich podróż? Nawet nie wiedział, dokąd. Biegł z nimi, ale dlatego, że musiał, a nie dlatego że chciał. Nie miał wpływu na to, co się działo.

A może miał?

Mógł mieć?

To niedorzeczne.

Alfa nigdy by nie zatrzymał watahy przez wzgląd na niego. Wataha liczyła jakieś dwadzieścia osób, może więcej. To była duża wataha i wszyscy się spieszyli. Wszyscy gnali i chcieli jak najszybciej się znaleźć na swoim terenie, w ostoi. W mateczniku. W domu.

Nie musieli się zatrzymywać. Brat alfy, Sam, potrafiłby biec cały dzień i noc bez zatrzymania. Nawet drobna Jo. I reszta. Nawet starsi. Omega pamiętał swoją rodzinę – wszyscy członkowie byli silni, a jeśli byli silni, mogli biec godzinami. Wataha zatrzymywała się tylko ze względu na słabszych: szczenięta i rannych. Wilczyce przed rozwiązaniem. Ale ani wilczyce ani szczenięta nie ruszały w tak długie wyprawy, więc zwykle tego typu problemy się w ogóle nie pojawiały. Omegi również były w stanie dotrzymać tempa.

Omegi z działającymi oczami.

Nie takie ślepe kaleki jak on. Uszkodzone sztuki, które… są obciążeniem. Cas nagle wstrzymał oddech. Nagła myśl uderzyła go okrutniej niż najmocniejszy z ciosów alfy, ostra, bezwzględna myśl: był ciężarem dla swojej rodziny. Opóźniał ich.

Może…

Może…

Zacisnął powieki, aby nie wypuścić łez nadbiegłych raptownie wraz z konstatacją: może pozwolili mu się zgubić? Może… Chcieli, żeby się zgubił? Żeby ich uwolnił?

Opóźniasz nas. Opóźniasz nas już trzeci dzień. Jesteśmy w obcym terenie, a ja zatrzymałem watahę. Dla ciebie – usłyszał, jak echo, w swojej głowie. Wyciągnął dłoń w kierunku, z którego dobiegał głos i intensywna woń alfy i ciepło jego ciała. I smycz. Wyciągnął dłoń i dotknął go, samymi koniuszkami palców.

– Dziękuję... – wyszeptał, przełamując strach i nienawiść, jaką żywił do alfy. Nie czuł naprawdę wdzięczności, ale czuł coś. Czuł, że może to powiedzieć. Że chce. To nie była wdzięczność za to, co się działo. Nie miał za co być wdzięczny. Nie miał komu być wdzięczny. Ale jeśli Dean zatrzymał watahę, żeby mógł odpocząć i zjeść… To za to mógł podziękować.

– Obiecałem, że się tobą zajmę – powiedział Dean, a w jego głosie zabrzmiały znajome, szorstkie tony. – I dotrzymuję słowa. Czy nie?

Cas cofnął dłoń i znów dotknął swoich warg, patrząc na Deana szeroko otwartymi oczami. Nic nie widział. To nawet nie była ciemność, po prostu nie widział. Ale patrzył. I nagle Dean westchnął z zaskoczeniem.

Tamtej nocy był delikatniejszy.

Cas wciąż nie chciał tego, co Dean mu robił i jego ciało wciąż odczuwało ból, ale tym razem było trochę inaczej. Dean był delikatniejszy. Miał więcej cierpliwości. Niewiele więcej, ale omega odczuł różnicę. A po wszystkim alfa objął go, trzymał w ramionach i... Pocałował. To nie było to, czego Cas pragnął. Ale nie było też tym, co mógł dostać. Biciem. Kopniakiem. Smyczą. I Cas po raz pierwszy od dawna zasypiał bez mdłości i modlitwy do Pierwszego Wilka, by zasnąć i umrzeć we śnie.

Rano znów przypięli mu smycz, ale Cas tym razem się nie obruszył. Okay, obruszył, ale mniej. Już kilka dni temu odkrył, że dzięki niej czuje się bezpieczniej. Czuł, że się nie zgubi. Że smycz łączy go z kimś, kto jest nieopodal. Kto dostosowuje się do niego – do jego kroków, oddechu. Jo nigdy nie ciągnęła go za sobą, nie napinała smyczy, nie szarpała niecierpliwie. Jeśli zwalniał, ona też zwalniała. Jeśli się potknął, czekała aż się podniesie. Czasem podbiegała i proponowała postój, żeby mógł złapać oddech lub odejść między drzewa za potrzebą. Czasem naprowadzała go na właściwy kierunek, gdy zmylił trop, gdy zapachy wilków zbyt się rozbiegały i niknęły w woniach lasu. Smycz wyznaczała kierunek. Mógł sięgnąć do niej, wzdłuż skórzanego rzemienia i wiedział, gdzie jest Jo.

To nie było tym, czego pragnął. Gdyby miał wybór. Ale nie miał. Gdyby jego rodzina… Gdyby ktoś z jego rodziny, ze starej watahy tak go pilnował… Nie pozwoliłby się zgubić. Porwać. Nikt by go nie złapał, nie rozciągnął przemocą na ziemi, nie wystawił alfie. Nie byłoby bólu. Nie byłoby tego wszystkiego.

Gdyby jego rodzina trzymała go tak blisko, jak Jo… Jak Dean.

Znów przełknął ślinę. Łzy.

Nie chciał płakać. Nie chciał płakać przy nich, przy tej obcej watasze. Nie chciał, żeby widzieli. Zacisnął powieki. Jego oczy znów go zdradzały. Nie mógł na nich polegać. Nie mógł im ufać. Oczy Casa były jego najsłabszym punktem. Jego własnym wrogiem. Nic dziwnego, że Dean chciał zawsze je widzieć.

 


 

 

Nocą Dean leżał przy nim i nagle spytał:

– Czemu nie jesteś szczęśliwy? Źle się tobą opiekuję?

Cas omal się nie udławił własnym językiem, zanim nie wziął się na tyle w garść, żeby odpowiedzieć pytaniem:

– Czemu... czemu mnie trzymasz... na smyczy?

Dean roześmiał się, wtulając nos w zagłębienie szyi omegi i zaczął tłumaczyć:

– Smycz nie jest dla mnie. Jest dla ciebie. Żebyś nie tracił kontaktu z opiekunem.

– Z kim? – Cas podniósł się na łokciu. Dean roześmiał się głośniej.

– Jo się tobą opiekuje. To jej zadanie. Być blisko ciebie. Sam również, ale on trzyma większy dystans. Nie nadążyłbyś za nim, jest znacznie silniejszy i wytrzymalszy. Byłby dla ciebie za szybki. Może jednocześnie patrolować okolicę i uważać na ciebie. Gdyby ktoś nas zaatakował oni się tobą zajmą. Odciągną cię w bezpieczne miejsce. I się nie zgubisz. Nikt cię nie ukradnie! – Dean znów go pocałował.

Omega skulił się i opadł na posłanie, ale pokonał chęć odsunięcia się jak najdalej od alfy. Leżał odwrócony plecami, wciskając nos w zagłębienie własnego łokcia, by trochę wytłumić nienawistny smród alfy. To była najlepsza z możliwych pozycja: jemu dawała poczucie odgrodzenia a alfa nie czuł się urażony. Właściwie chyba nawet nie orientował się, jak bardzo omega starał się go unikać. Nawet, gdy leżeli tak blisko.

– Ty ukradłeś. – Zauważył cicho, niepewny czy ta uwaga nie doprowadzi alfy do furii i czy nie skończy się biciem, ale chciał zaryzykować. Czuł, że jeśli był moment, kiedy mógł coś takiego powiedzieć, to właśnie teraz.

– Ukradłem. – Dean spoważniał. – Chciałem cię mieć, odkąd cię zauważyłem. Odkąd cię wywąchałem tam, w tamtym lesie. Musiałem cię mieć. Rozumiesz? Więc cię wziąłem, kiedy trafiła się okazja. Kiedy sam mi wpadłeś w ręce. Wystarczyło tylko nieco odseparować cię od twoich...

– Od... separować? – Cas napiął się, wsłuchał w każde słowo.

– Podkradliśmy się na wasz szlak i wyczekaliśmy moment, kiedy byłeś zmęczony. Twoi nie mieli zwyczaju czekać. Liczyli, że odpoczniesz chwilę i ich dogonisz. Zawsze doganiałeś. Ale ja miałem inne plany. – Dean podparł się i patrzył na niego, wolną ręką gładząc czoło i grzbiet nosa omegi. I linię warg. I to miejsce, w którym można było wyczuć puls. Takie… obnażone. I podatne za zranienie. Gdyby tylko chciał, mógłby przegryźć tę jasną szyję. Tętnicę. Pozwolić mu się wykrwawić. Jeśliby chciał.

– Zapolowałeś na mnie... – Zdał sobie sprawę Cas, nie zwracając uwagi na palec alfy błądzący po jego skórze. – Jak na zwierzynę.

– No! – Przyznał alfa chełpliwie. – Musiałem cię mieć. I mam cię.

– Ale ja... nie jestem zwierzyną! Nie jestem... – Cas odepchnął jego dłoń i usiadł. – Nie jestem.

Dean również usiadł i nakrył mu ramiona kocem, obracając tak, aby byli zwróceni do siebie twarzami.

– Jesteś mój – powiedział a jego ton, tak jak gest, był zaborczy i chciwy. – Mój. Chciałem cię i mam cię.

– Ja ciebie nie chciałem! – Cas próbował odepchnąć jego ręce, ale nie miał szans z o wiele silniejszym alfą. – Wziąłeś mnie siłą! Wtedy! To tak strasznie bolało! Wiesz, jak strasznie? Wiesz jak? Wiesz?

Alfa zamknął go w ramionach, wsłuchując się w pretensje i skargi omegi, aż w końcu przerwał mu zniecierpliwiony:

– Musiałem. Tylko tak mogłem cię natychmiast oznaczyć i przywłaszczyć. Inaczej twoi by cię zabrali. Potem któryś z twoich próbował o ciebie pytać, ale kazałem mu zjeżdżać. Pachniałeś już mną jak należy. Byłeś mój i nie miał nic do powiedzenia. – Dean wydawał się z siebie bardzo zadowolony. – Nie było czasu na korowody! Musisz zrozumieć. To była wyższa konieczność.

Ale Cas nie rozumiał. Nie rozumiał, czemu Dean go ukradł, czemu zabrał go z jego watahy i przywłaszczył sobie, jakby Cas nie był żywą istotą, tylko rzeczą. Czemu?

Dean z kolei nie zrozumiał, o co omega pyta. Jak to: czemu? Przecież powiedział wyraźnie: chciał. Musiał go mieć. Musiał go zdobyć. Jak inaczej można wytłumaczyć? Zresztą, warknął z irytacją, po co w ogóle ma się tłumaczyć omedze? Chciał. To wystarczający powód. Alfa się nie tłumaczy, bierze. Przywłaszcza i ma. Tyle.

– Dbam o ciebie. Nie zgubisz się. Nie pozwolę ci się zgubić. Nikt cię nie będzie mieć, tylko ja. – Obiecał, myśląc, że to uspokoi omegę, że to jest to co omega chce usłyszeć. – Zatrzymam całą watahę dla ciebie. Oni już wiedzą.

I było w jego głosie coś solennego, jak przyrzeczenie. Jak zobowiązanie. Cas nie wiedział, co z tym zrobić. Ale jeśli alfa myślał, że rzuci mu się na szyję z wdzięczności, to się grubo mylił.

 


 

Na popołudniowym postoju znów usiadł przy alfie i tym razem nie tracił czasu na użalanie się nad sobą w myślach i zastanawianie jak bardzo poniżająca jest ta pozycja przy nodze. Starał się wyciągnąć z tego położenia tyle korzyści, ile mógł: dostał wodę, zaspokoił pragnienie, dostał jedzenie i zaspokoił głód. Wyciągnął się na trawie, na plecach i starał się nie słyszeć głosu alfy spierającego się o coś z dwoma innymi wilkami, których Cas zdążył już całkiem dobrze poznać: Samem i Bobbym. Może pozycja, którą przyjął nie była taka uległa, jak by sobie tego życzył alfa, bo szybko pociągnął go za ramię i kazał usiąść. Cas się przestraszył, skulił w oczekiwaniu na karcące uderzenie, ale nic się nie stało. Poza tym, że ktoś podłożył mu wełniany koc pod plecy i alfa pchnął go na niego mówiąc:

– Nie możesz się kłaść na ziemi rozgrzany po biegu, bo się przeziębisz.

Cas skinął głową i jeszcze przez kwadrans rozkoszował się odpoczynkiem na kocu. Czuł nawet ciepłe promienie słońca na twarzy. Po ruchu powietrza i rozchodzeniu się dźwięków rozpoznał, że leży w miejscu, w którym drzewa są rzadsze. Może na skraju jakiejś łąki? Niespodziewanie uśmiechnął się do siebie.

Zdziwił.

Dotknął twarzy, warg. Zdawało mu się, że już nigdy nie zdoła się uśmiechnąć. Że już nigdy nie znajdzie wystarczającego powodu. A jednak się uśmiechnął. Czy to była ostateczna porażka i poddanie się losowi? Czy maleńkie zwycięstwo woli życia, nad tym, co złe? Nie potrafił rozstrzygnąć.

Jeszcze nie teraz.

Chapter Text

– Nakładamy drogi i mamy już ponad trzy dni opóźnienia – powiedział Bobby, rozglądając się po obozowisku. Wszyscy się pakowali, ktoś wygaszał ognisko i zacierał ślady, ktoś zapakował resztkę mięsa na drogę, ktoś nawoływał się z kimś i wykłócał o sprawiedliwsze rozłożenie niesionego ekwipunku. – Czy nie korzystniej byłoby się już wynieść z tych borów? Przyspieszyć?

Alfa założył ramiona, wiedząc do czego zmierza ta rozmowa.

– Mamy za dużo bagażu. – Przypomniał. – Lepiej wybrać dłuższą, ale lżejszą drogę.

Bobby wymienił spojrzenia ze stojącym nieopodal Samem.

– Już o tym mówiliśmy! – Alfa podniósł palec ostrzegawczo. Przywołał gestem Jo i rzucił jej koniec smyczy. Odwrócił się, sięgając po plecak i kątem oka zerknął na omegę. Leżał jeszcze na kocu, kilka kroków od nich, na skraju słonecznej polany. Tym razem nie zasłaniał twarzy rękami tylko wystawiał do słońca i… uśmiechał się.

Dean nigdy wcześniej nie widział takiego omegi. Zatrzymał się, zmarszczył brwi. Pociągnął nosem, starając się zapamiętać. Tak pachnie, kiedy się uśmiecha, pomyślał. To było coś zupełnie innego niż to, co już znał. Łagodniejsze nuty, bez tego panicznego, metalicznego posmaku, który zwykle dawało się wyczuć. Omega jakby sam się tym zdziwił, dotknął dłonią twarzy i podniósł brwi, otwierając szeroko oczy. Te swoje niebieskie, wielkie ślepia, które tak urzekły Deana, gdy tylko je zobaczył, jeszcze zanim odkrył, że omega jest ślepy jak szczenię po urodzeniu.

– Jeśli byśmy się rozdzielili – wtrącił Sammy. – Część mogłaby ruszyć z cargo skrótem, to tylko niecały dzień drogi. A reszta tą trasą.

Nie dodał, że reszta z omegą. Wszyscy trzej doskonale wiedzieli, co było powodem opóźnienia, czemu alfa z uporem trzymał się łatwiejszego szlaku. Nie wspomniał o tym, żeby go nie drażnić. Dean ostatnio się rozzłościł, kiedy Bobby zapytał, czy mogliby nie rozstawiać obozu każdej nocy. Watasze wystarczyłyby dwa krótkie postoje na dobę, podczas których złapaliby nieco snu gdzie bądź. W końcu było lato. Poza tym nie pierwszy raz byli na takiej wyprawie i każdy liczył się z niewygodami.

– Nie rozdzielę watahy. – Dean pokręcił głową. – Decyzja podjęta. Nie wracajmy do tego.

Sam i Bobby opuścili nieco ramiona, ale nie odeszli i Dean przewrócił oczami.

– Co?

– To idźmy razem. Nie rozdzielając się.

– Właśnie idziemy. – Dean poczuł narastającą irytację.

– Przez góry – powiedział Bobby. – Ten mały też byłby bezpieczniejszy, gdybyśmy się stąd jak najszybciej wynieśli – mruknął niewinnie.

Sam powstrzymał uśmiech. Cwany argument. Dean jednak nie dał się wziąć pod włos.

– I tak się wlecze za watahą. W górach, na trudniejszym podejściu, nie da sobie rady z tempem. Z jednego dnia zrobią się cztery i dopiero wtedy zaczniecie mi jęczeć.

– Zaoszczędzimy czas, jeśli skrócimy nocne postoje. – Bobby wrócił do drażliwego tematu. Sam nie był pewien, czy to rozsądne. Dean zwęził oczy. – Rozkładanie i składanie tych wszystkich maneli…

– Dość – przerwał mu. – Teraz tracisz czas mój i wszystkich. Już dawno powinniśmy ruszyć a nie paplać o czymś, co już jest zamkniętym tematem. – Zakończył oschle i odwrócił się, dając znak, że to naprawdę koniec rozmowy.

Przeszedł obok Jo i omegi, sprawdził zapięcie klamry i potargał mu włosy.

– Jo, weź koc. – Nakazał, dając reszcie znak do biegu. Wataha ruszyła bez ociągania. Alfa omiótł taksującym wzrokiem każdego z nich, nim ruszył do przodu, wiedząc, że za nimi, za całą resztą, będzie podążać ta dwójka. Zadaniem Jo jest pilnować omegi a nad nimi obojgiem ma czuwać Sam, najsilniejszy i najszybszy beta. Jedyny, któremu Dean chciał powierzyć bezpieczeństwo Casa.

Szczerze przed sobą musiał przyznać, że Bobby miał oczywiście rację. Wczoraj powiedział ślepemu omedze, że to on ich opóźnia, ale prawdę mówiąc, to była wyłącznie jego wina. Alfy. Jego decyzja. Nie powinien rozkładać obozowiska za każdym cholernym razem, kiedy chciał pokryć tego cholernego ślepego wilczka. Mógłby zaczekać z tym aż do powrotu do ostoi, albo – z braku cierpliwości – przynajmniej używać go z doskoku, nie wstrzymując wszystkich. Zawrócić raz na jakiś czas, przejąć smycz, dać Jo wolne na pół godziny czy godzinę, odciągnąć go nieco w spokojniejsze miejsce, zrobić co swoje i wrócić na pozycje.

Bobby słusznie się niepokoił. Nieśli zbyt cenny ładunek, żeby ulegać sentymentom. Dean czuł, że za te wygody: namiot, posłanie i trochę snu nad ranem cała wataha może przypłacić niespodziewaną awanturą. A wczorajszy dzień? Stanowczo przesadził. Powinien kazać obudzić omegę i ruszać, zamiast rozkładać obóz, z polowaniem, ogniskiem i całą resztą. Tyle straconych godzin. I czemu? Z powodu omegi? Przyłożył mu poprzedniej nocy, owszem. Co z tego? Dupa nie szklanka, gęba nie porcelana. Miał prawo. Miał prawo go skarcić. Krzywdy mu nie zrobił. Nic nie złamał, krew się nie polała – myślał, czując pęd i opór powietrza na twarzy. – No owszem, trochę potem kulał, trochę stękał, został za bardzo z tyłu… Ale żeby zaraz chcieć mu to wynagrodzić? Może gdyby trochę zwolnili. Mogli trochę zwolnić, ale zaraz zatrzymywać watahę? To było głupie. Bobby miał rację. Narażał wszystkich z powodu jednego. Alfa nie powinien popełniać takich błędów.

Przemyślawszy wszystko postanowił jednak ograniczyć przywileje omegi. Ślepy nie ślepy, obolały nie obolały, powinien się bardziej dostosować. Przyłożyć. Wysilić trochę. I co to były za pretensje ostatnio? Czemu go przywłaszczył? – Dean zeźlił się na samo wspomnienie. Zaczął się tłumaczyć, jakby miał przed kim. Jakby miał z czego! Stanowczo za bardzo mu tu urósł ten szczeniak. Za bardzo mu popuścił. Trzeba wziąć się w garść. Trzeba go trochę przyuczyć moresu.

A gdyby tak teraz?

Troszeczkę moresu… Akonto nowych porządków?

Wyhamował, dał znać Bobby’emu, aby przejął prowadzenie i zawrócił. Wataha biegła dość szeroko. Dźwigane obciążenie było znaczne, ale trzymali tempo i szyk. Był z nich zadowolony. Mijając Sammy’ego na skrzydle pokazał, że może się nieco oddalić. Sammy przyspieszył. Jo od razu rzuciła mu koniec smyczy i wysforowała się naprzód, jakby czytając alfie w myślach.

Przez chwilę obserwował omegę, poruszającego się między drzewami. Nadzwyczaj zgrabnie jak na ślepca. Omega odetchnął. Zmarszczył się i zwolnił. Złapał za rzemień, obrócił głowę. Węszył. Dean uśmiechnął się. Więc wie. Nie widzi, ale wie.

Więc obejdzie się bez niespodzianki. Trudno.

Pokonał odległość dwoma susami, złapał za nadgarstki, pchnął na drzewo. Zbliżył szczękę do szyi omegi. Uhm, co za rozkoszna woń. Znów ten metaliczny posmak, drażniący i ostry na koniuszku języka, jak pikantna przyprawa. Cudzy strach: uderzenie adrenaliny, rozszerzające źrenice. Oskrzela. Widoczne przyspieszenie oddechu. Tętna.

Zęby alfy na skórze. Jeszcze nie ugryzienie. Uszczypnięcie. Puls omegi łaskocze rubor labiorum górnej wargi Deana. Krew do krwi. Delikatna skóra szyi między zębami. Dean folguje pragnieniu i zaciska szczęki. Nie mocno. Tylko trochę. Omega piszczy, próbuje go odepchnąć, ale nie ma powodu protestować. Nic się nie dzieje. To nie atak. Dean głośno wypuszcza powietrze, coś między warknięciem a pomrukiem, który ma uspokoić omegę. Nic się nie dzieje. Zostanie tylko siniak. Mały ślad. Oznaczenie. Jedno z wielu, które chce na nim zostawić.

Nie teraz. Nie wszystko na raz. Mają mało czasu. Wataha pędzi przed siebie i nie mogą zostać za daleko w tyle. Trzeba się spieszyć. Dean spycha omegę na kolana, przytrzymując mu nadgarstki nad głową jedną ręką. Nogi ustawia tak, by docisnąć go do pnia, uda omegi rozwiedzione na boki, kręgosłup przylega do korowiny, plecy boleśnie trą o głębokie, chropowate spękania. Kora nie jest miękka jak koce i futra, zaścielające wygodne posłanie w namiocie. Omega zaczyna się szarpać i chce krzyczeć, ale kto go usłyszy? W pobliżu nie ma nawet drwali. Z watahy nikt mu nie przyjdzie z pomocą. To bezcelowe. Daremny wysiłek, który tylko roztrwoni mu siły.

Dean nie zamierza pozwolić mu na takie szastanie energią. Siły będą mu jeszcze dziś potrzebne, nie będzie tyle postojów co wczoraj. Nie będzie spania. Omega musi nadążać, musi się dostosować. Czas ucieka.

Wolną dłonią rozwiera mu usta i wpycha palce do gardła omegi, badając jak głęboko może je zająć bez wywołania odruchu wymiotnego. Nie to, żeby się koniecznie tym przejmował. Może raczej sprawdza, czy omega zaciśnie zęby. To by go zmartwiło. Ale omega próbuje tylko cofnąć głowę, krztusi się i opluwa. Jego język wije się pod palcami alfy i to jest wystarczająca zachęta, aby zamienić palce na coś całkiem innego.

Omega nie widzi, ale wie. Zbiera wszystkie siły, żeby się uwolnić, odepchnąć alfę, ale nie ma żadnych szans. Nie umie sobie poradzić z tym, co nagle wciska się do jego ust. Jak knebel, coś zbyt obszernego i sztywnego, co wydaje się nie mieścić, ale alfa napiera i napiera i wbija się głęboko a oczy same łzawią, bo przez to omega nie może zaczerpnąć tchu, zaczyna się dusić, dławić. Naprężone do granic wytrzymałości ciało drży. Z ramion uwięzionych nad głową odpływa krew, ale palce nadal się kurczą, w ataku paniki. Omega walczy o oddech, wydając alarmujące piski. Chce, żeby to się skończyło, ale za każdym razem, gdy alfa nieco wysuwa się z jego ust zaraz wraca, posuwistym, gwałtownym ruchem bioder.

Omega zaczyna czuć oszołomienie. Myśli zaczynają ulatywać z głowy. Zaczyna tracić świadomość. Płuca nie dostają wystarczającej ilości tlenu by natlenić krew. Ciśnienie spada. Odruch obronny zanika. Alfa dopycha członek głęboko, wciska się w gardło, uderza w jego tylną ściankę. Omega nie jest w stanie nic zrobić, tylko ulec. Przyjąć to, co się dzieje.

Falę ciepłego płynu, który zaczyna spływać do żołądka.

Chwilę potem alfa odsuwa się od niego i omega może wreszcie złapać kilka głębszych oddechów. Uwolnione ramiona opadają bezwładnie. Mrowią, jakby ktoś podpiął go do prądu. Przełyka gwałtownie i pokonując ból rąk, próbuje się wytrzeć, ale alfa znów łapie go za ręce, schyla się i mówi: zostaw. Wolę tak.

– Wolę tak. – Powtarza Dean, patrząc w twarz omegi. Przygląda się z satysfakcją, zauważając spęczniałe, czerwone wargi, mokre od śliny i nasienia. Rumiane policzki. Oczy błyszczą. Od łez, ale cóż to szkodzi? Deanowi nie przeszkadza, że omega płacze. Od płaczu jeszcze nikt nie umarł.

– Patrz na mnie. Patrz na mnie! – Podnosi głos i Cas wzdryga się, ale posłusznie podnosi powieki, usilnie starając się spełnić żądanie. Drży.

Dean patrzy mu w oczy. W te oszałamiające, niebieskie oczy. Magnetyczne. Jego słaby punkt. Nie może się od nich uwolnić. Chce w nie ciągle patrzeć i złości się, kiedy ten głupi szczeniak się zasłania, odwraca. Odmawia mu. Jakby można było czegoś odmówić alfie. Czegokolwiek.

Teraz nie odmawia. Biernie patrzy i Dean po chwili pochyla się nad nim, zagłębia nos w zgięcie szyi, tam, gdzie wcześniej zostawił podbiegnięty krwią punkt orientacyjny. Dean nie może się oprzeć. Wysuwa język i liże szyję omegi wzdłuż tętnicy. Sięga głębiej, do miękkiej skóry za uchem, do linii włosów. Wciska w nie nos i wdycha. Wdycha. Omega się nie uchyla, nie robi nic, aby przeszkodzić Deanowi. Klęczy potulnie i to się Deanowi podoba. Tak powinno być. Tak jest dobrze. Nadspodziewanie łatwo poszło, myśli o nowych porządkach. Nie trzeba wstrzymywać watahy. Nie trzeba rozstawiać namiotu, rozkładać posłania. Omega jest dostępny bez tych zbędnych ceregieli.

Wstaje, podciąga omegę i popycha go, by ruszył przed siebie. Spogląda na słońce, oceniając czas. Trochę zmarudzili, ale zaraz nadrobią. Zmusza omegę do wysiłku. Omega musi się dostosować. Koniec z taryfą ulgową.

Wkrótce zaczynają doganiać watahę. Pojawia się Jo. Dean rzuca jej wolny koniec smyczy i pokazuje krótko naprzód. Jo kiwa głową, że rozumie. Alfa z nową energią, lżejszy i zadowolony mknie między drzewami, na czoło. Łapie spojrzeniem Bobby’ego i pokazuje mu: okay. Jest okay.

Jest, kurwa, zajebiście, myśli.

 


 

 

Omega biegnie za Jo, myśląc o jednym. Jak ma zawiązać węzeł na smyczy, aby zrobić pętlę. I czy pleciony rzemień przerzucony przez konar utrzyma jego ciężar dostatecznie długo, by zdążył umrzeć. Jeszcze tej nocy, kiedy wszyscy zasną.

Chapter Text

Minęło popołudnie i nadszedł wieczór. Cas rozpoznał po zmianie temperatury i odgłosach ptaków. I woni lasu. Dean nie zatrzymał watahy na postój. Nie zrobił nawet krótkiej przerwy. Cas nie miał już zupełnie sił, a Jo, inaczej niż wcześniej, nie pozwalała mu zostawać w tyle. Kiedy po raz kolejny naprężył smycz między nimi, cofnęła się i powiedziała:

– Nie możemy się zatrzymać. Jesteśmy już i tak zbyt daleko za resztą.

– Muszę... odpocząć... – Wydyszał, pochylając się, opierając dłonie na kolanach. – Nie daję... rady...

– Wiem. – Obrzuciła omegę uważnym spojrzeniem i dotknęła jego ramienia. – Naprawdę. Chciałabym zwolnić, ale już i tak zbytnio się oddaliśmy. Musimy utrzymać tempo. No, chodź. Naprawdę musimy...

– Kiedy... obóz?

– Dziś nie rozkładamy obozu – powiedziała. W jej głosie zabrzmiała nuta współczucia. – Alfa zarządził, że nie stajemy na noc. Mamy za duże opóźnienie.

Cas przez chwilę chłonął jej słowa, próbując je w pełni zrozumieć. Nie będzie obozu? Nie pójdą spać? Nie zdoła się wymknąć między drzewa, ze smyczą w ręku? Jak w takim razie zrealizuje swój plan? Miał już wszystko przemyślane! Czekał na to!

– Musimy stanąć! – powiedział z nagłą desperacją. – Musimy!

– Słuchaj. Wiem, że jesteś wyczerpany, ale...

Cas usiadł na ziemi.

– Wstań. – Położyła rękę na jego ramieniu naglącym gestem. – Musimy trzymać się watahy.

– Nie.

Jo znieruchomiała. Omega zaplótł ramiona i opuścił głowę, ale nie pozie uległości, tylko biernego oporu.

– Ja się nie ruszam. – Oznajmił. – Nie idę dalej.

– Co? – Kucnęła obok niego, zaglądając mu w twarz. – Co ty mówisz? Nie możesz...

– Mogę. Nie ruszam się stąd. – Zacisnął szczęki. – Nigdzie nie idę.

– Ale wataha... – Jo zamrugała z niedowierzaniem. – Alfa...

– Idź po niego! – Poddał pomysł z nagłym podnieceniem, rozplótł ramiona i chwycił ją za ręce, wysuwając koniec smyczy spomiędzy jej palców. – Poczekam tu! Idź po niego! Sprowadź go, ja poczekam! – Rozjaśnił się. Prawie uśmiechnął. – No, idź! Idź, ja poczekam!

Jo westchnęła niepewnie. Wstała. Zawahała się, zerkając to na omegę, to na kierunek biegu. Oddalili się tak znacznie, że już nikogo nie słyszała. Byli tu sami. W ciemnym, obcym lesie. Zadrżała.

– Jeśli cię zostawię... – Obedrze mnie ze skóry, dokończyła w myślach. Alfa obedrze ją ze skóry, jeśli zostawi omegę. – Nie mogę cię tu zostawić, samego. – Zaprotestowała.

– Mogę zostać! Będę siedzieć cichutko. Nikogo tu nie ma. I na pewno gdzieś tu krąży brat alfy, więc... nie będę tak naprawdę sam. Nie tak zupełnie. – Próbował ją przekonać. Musiał ją przekonać! Jeśli Jo pobiegnie do przodu i zostawi go na kilkanaście minut będzie mógł zrealizować swój plan! Wokół jest mnóstwo drzew i będzie mieć smycz. Nie będzie nikogo, kto mógłby go powstrzymać. Wystarczy tych kilka minut, żeby zrealizować plan. Wszystko się skończy. Nie będzie więcej bólu. Nie będzie Deana Winchestera. Musi tylko przekonać Jo, że może go zostawić na te parę minut. Tylko tyle potrzebował! Paru minut!

– Sam! – wykrzyknęła z ulgą. – No jasne. Masz rację! Dam mu znać, żeby sprowadził alfę!

– Nie! – Omega rzucił się w jej kierunku, na kolanach, łapiąc za ręce błagalnie. – Nie trać czasu, biegnij sama. Ja tu zaczekam! Obiecuję! Zaczekam tu na was! – Obiecywał rozgorączkowany, połykając słowa i jąkając się. Jo przystanęła, kompletnie zaskoczona. Omega żebrał.

– Nie mogę cię zostawić. – Rozejrzała się, spłoszona, jakby ktoś ich podsłuchiwał, ale uznała, że omega powinien zrozumieć. – Alfa mnie wypatroszy, jeśli cię zostawię. Zawołam Sama. On go szybko sprowadzi.

Omega odepchnął się od jej rąk i cofnął o kilka kroków, znów siadając na ziemi. Miał ochotę się rozpłakać. Nie dość, że Jo go nie zostawi, to jeszcze sprowadzi tu alfę.

I rzeczywiście, alfa zjawił się z Samem po kilkunastu minutach. Zły jak osa, że go cofnęli. Że są tak daleko. Nie zdawał sobie sprawy, jak daleko! Posłał natychmiast Jo, żeby wstrzymała watahę. Nie będą robić przystanku, ale mają zatrzymać się na kilka minut. Przerwa techniczna. Obrzucił spojrzeniem omegę, wściekły, że musi interweniować.

– Co to za histerie? – zapytał ostro. – Jazda, dupa do góry i zasuwasz. Nie ma czasu.

– Nie.

– Słucham? – Dean podniósł brwi. – Chyba się przesłyszałem.

Sam oparł dłonie na biodrach, czujnie obserwując omegę.

– Nigdzie nie idę. Nie wstaję. Nie zasuwam. Żadna dupa do góry – wymamrotał omega, usilnie starając się zachować odwagę. Resztki odwagi. Bliskość alfy była obezwładniająca. Serce zaczęło mu walić w piersiach. Bał się. Był przerażony. Mimo to brnął, słysząc jak załamuje mu się głos. Starał się nad nim zapanować, wzmocnić, brzmieć stanowczo. – Nigdzie...

– Już to słyszałem. – Alfa podszedł, złapał go za ramię i podciągnął do góry. – Patrz na mnie!

Omega zatrząsł się i może nawet troszeczkę zmoczył (odrobinkę) ze strachu, ale nagle złapał obiema dłońmi rękę alfy i zepchnął z siebie. Odskoczył.

– NIE IDĘ! – wrzasnął. – NIE PATRZĘ!

Szkoda, że nie mógł zobaczyć alfy. Rzadki widok całkowitego zaskoczenia na jego twarzy. Szoku. Nawet nie złości. Nie w pierwszym momencie. Sam nagle wepchnął się między brata i omegę, mówiąc:

– Okay, młodemu chyba z tego wysiłku spadł cukier i bredzi. Może się odwodnił? Bredzi, bo się odwodnił! – mówił szybko i trochę głośniej niż zwykle, cofając się o krok i popychając za sobą omegę. Kątem oka zauważył, że Jo zdążyła wrócić i zawołał – Jo, podaj wodę! Młody nie jest przyzwyczajony do takich dystansów, a dziś zrobiliśmy naprawdę kawał drogi. To odwodnienie! Pamiętam kiedyś Garth się tak odwodnił, wtedy w Wyoming, pamiętasz? Gadał takie same głupoty... – Sam mówił i mówił, rozkładając ramiona i zasłaniając sobą omegę. – A może to było w Idaho? Jo, pamiętasz? W każdym razie wyglądał tak samo! Oni nawet mają podobne postury, tacy... chudzi i... drobni... – Sam skrzywił się przesadnie, z pogardą podkreślając jak bardzo słaby i mały jest omega. – Chuchra. A ten tu to naprawdę cherlak. Nic dziwnego, że nie daje rady. Na pewno się odwodnił i ten cukier... I dlatego bredzi. Napoimy go, nakarmimy i będzie jak nowy! Jo, do cholery, daj mu wody!

Jo zamrugała, jak wytrącona z transu i podbiegła z butelką. Ale Cas wytrącił ją jej z ręki i prześlizgnął się pod ramieniem Sama.

– Nie bredzę! Nigdzie nie idę! – Sięgnął do tyłu, szarpnął klamrę obroży, ściągnął ją i rzucił w alfę z całą nagromadzoną przez ostatnie dwa tygodnie wściekłością. – Nie jesteś moim alfą! Nie słucham cię! Nie będziesz mi rozkazywać!

Sam złapał go od tyłu za szyję i ramię, wzniesione do ciosu i obrócił go o dziewięćdziesiąt stopni w prawo. Tylko tyle mógł dla niego zrobić, żeby osłonić go przed alfą. Jo tak gwałtownie odskoczyła, że aż upadła na tyłek.

– Dean! – krzyknął Sam, starając się jednocześnie przytrzymać omegę i powstrzymać brata przed zrobieniem mu krzywdy. Wyciągnął ramię, które alfa odtrącił, ale zatrzymał się, tylko warcząc i odsłaniając zęby tuż przy uchu omegi. – Dean... On jest wyczerpany... To wyczerpanie... – powiedział najłagodniej jak zdołał. – Potem cię przeprosi. Teraz musi się napić i coś zjeść, zanim dostanie jakiejś zapaści, czy coś... – Perswadował uległym tonem, gotów w każdej chwili zamilknąć. Brat nie brat, wkurzony do białości alfa mógł najpierw coś zrobić, a potem żałować. Lepiej go już bardziej nie rozdrażniać.

Alfa odetchnął, uspokajając się z trudem, ale odstąpił. Sam też odetchnął. Jo odetchnęła i zaczęła wstawać, otrzepując się z liści i ziemi. Sam zluzował ramię zaciśnięte wokół szyi omegi. Nie chciałby go przydusić w całym tym zamieszaniu.

I nagle omega wyskoczył znów do alfy, zamierzając się z całej siły, najwyraźniej chcąc go uderzyć.

– Do cholery! – Sam w ostatniej chwili chwycił Casa za nadgarstek i drugą dłonią za kark i dosłownie odrzucił kilka kroków od nich, pod najbliższe drzewo. Stanął na drodze między nim a Deanem i obiema dłońmi wsparł się na torsie alfy, nie odpychając go, broń Pierwszy Wilku, tylko zagradzając. – Zajmę się nim, obiecuję. Dean, daj nam parę minut, okay? Proszę, parę minut.

– Masz dwadzieścia minut – warknął alfa, zerkając na zegarek. Szczęki mu chodziły i Jo mogłaby przysiąc na swoje życie, że gdyby to nie był Sam, gdyby to był ktokolwiek inny z watahy, nawet Bobby, nie zdołałby w tamtej chwili zatrzymać Deana.  I nie skończyłoby się tak... bezkrwawo.

– Dwadzieścia minut. Tyle mi trzeba. Właśnie o tyle chciałem prosić! – powiedział Sam z wdzięcznością. – Zajmiemy się tym, z Jo. Posprzątamy tu. Dziękuję, Dean.

Poczekał aż alfa się oddali i odwrócił się do omegi.

– Zwariowałeś? – syknął, zbliżając się i kucając przy nim. – Podnosisz rękę na alfę?! Rozum ci odjęło?

Cas otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował po chwili. Wygramolił się spod drzewa. Miał szczęście, trafił plecami w mech i jakieś krzaczki gęsto obrastające pień dookoła i nie potłukł się prawie wcale.

Zacisnął pięści i sapnął wściekle. Sam przetarł twarz i westchnął.

– Jo, daj wodę i batony. Musimy go jakoś postawić nogi a nie mamy wcale czasu. Liczyłem, że da nam ze trzy kwadranse. Godzinę.

– Dobre i dwadzieścia minut. Już myślałam, że go rozszarpie... –  Przyznała, wciąż drżąc  na wspomnienie wściekłego alfy. – No i na co ci to było? – spytała omegę.

Omega nie odpowiedział. Nadal klęczał, wspierając się na dłoniach. Coś mruczał pod nosem. Jakby był w szoku – pomyślała Jo, przynosząc plecak z prowiantem, przytroczonym kocem i paroma innymi potrzebnymi rzeczami.

– Wygląda marnie. Potrzebuje z godzinę poleżeć. – Przyjrzała się omedze krytycznie i z pomocą Sama usadziła go na kocu.

– Rany... – Sam rozpakował proteinowego batona i prawie wmusił go w Casa. – Co za awantura! Na Pierwszego Wilka, musiałeś? Musiałeś rozpętywać takie piekło? Ja rozumiem, że jesteś zmęczony, ale to trzeba go było poprosić! Mogłeś go poprosić! – powiedział, podając mu wodę. – Jeśli aż tak się źle czujesz. Żeby dał ci więcej czasu. Jestem pewien, że gdybyś poprosił, dałby ci i z godzinę. Albo więcej. Może mógłbyś się nawet przespać.

– No.  Dokładnie. On nie jest zły. Wczoraj zatrzymał wszystkich, kazał rozłożyć obóz, kiedy zauważył, że zasnąłeś. – Przekonywała Jo, masując łydki omegi. – Sam ma rację, powinieneś poprosić. No, teraz za późno. Rozwścieczyłeś go i nie ma co nawet podchodzić.

– Teraz nie ma co. Za późno. – Sam przyznał jej rację. – To było bardzo głupie z twojej strony! Bardzo nieostrożne! Nie wolno podnosić ręki na alfę!  Nigdy więcej tego nie rób. A jutro i tak będziesz musiał przeprosić. Jak mu trochę przejdzie. – Zastrzegł. – Żeby się nie wściekł jeszcze bardziej. – Rozpakował kolejnego batona. – Jedz. Musisz mieć siłę.

– Nie chcę. – Omega odwrócił twarz, jak naburmuszone dziecko. – I nie przeproszę. Trzeba było mnie nie ratować. Nie prosiłem, żebyś mnie ratował. Zdechnę tu z głodu, albo mnie zabije, wszystko mi jedno. Niech mnie zabije. Albo ja się sam zabiję! Nie musisz tu siedzieć! Idź sobie, nie chcę niczego od was. Może tu wrócić i mnie zabić! Nie musimy czekać dwadzieścia minut, możesz go teraz zawołać, niech nie opóźnia dłużej waszej watahy! Niech mnie zabije i możecie sobie dalej biec, gdzie chcecie!

– Nie zabije! – Sam aż się wzdrygnął na te słowa. Co ten omega taki głupi? Taki zawzięty. – Przestań gadać o umieraniu! I nie waszej watahy! Naszej! Twojej już teraz też! Zjedz jeszcze jeden baton. Na deser dostaniesz czekoladowy z karmelem! – Zanęcił. – Albo z orzechami, jeśli wolisz. Albo oba. – Starał się zmienić temat, odwrócić uwagę wszystkich od tego, co powiedział omega o śmierci. Nie podobało mu się to i postanowił wszystko powtórzyć Bobby’emu. Omówić to z nim, zanim ewentualnie powiadomią alfę.

– Mam jeszcze miód! – Przypomniała sobie Jo. – Lubisz miód? – Wyjęła z przepastnego plecaka słoiczek i zaczęła odkręcać a potem podała mu z małą łyżeczką i wróciła do masowania. Cas zmarszczył brwi. Nie był zadowolony z tego, co do niego mówili. Nie chciał batoników, czekolady, miodu... Tak, lubił miód! Bardzo lubił miód! W starym życiu! Bez Deana Winchestera.

– Nie dotykaj mnie! – Odstawił słoiczek na ziemię obok i odepchnął ręce Jo, chociaż niosły ulgę jego zmęczonym, stwardniałym mięśniom. – Nie będę biec. Nie ruszam się stąd. Może mnie zabić. Niech mnie zabije i będzie spokój! Niech mnie zabije. Niech mnie zabije... – Zaczął powtarzać uporczywie.

–  Na Pierwszego Wilka! – Wkurzył się Sam i podniósł głos. – Nie zabije cię. Najwyżej spuści ci porządne lanie! A potem i tak zerżnie, jeśli o to ci chodzi! Więc nie masz za bardzo wyjścia. – Dźgnął go palcem w pierś. – Teraz zjesz i wypijesz tyle wody, ile tylko zdołasz. Jo zrobi ci masaż. Potem wrócimy do watahy i będziesz biec, póki Dean nie zarządzi postoju. A to, jak mi się zdaje, nie nastąpi w ciągu kilku najbliższych godzin, zwłaszcza jak go tak rozsierdziłeś, więc lepiej dobrze wykorzystaj te dwadzieścia minut, które masz na zebranie sił. Ja i Jo będziemy mieć na ciebie oko, ale musisz się postarać. Naprawdę postarać, jeśli nie chcesz, żeby cię sprał. Uwierz mi, że nie chcesz. Cokolwiek zrobił ci do tej pory, nie było nawet przedsmakiem tego, co może zrobić, jeśli naprawdę będzie chciał cię ukarać. – Sam był śmiertelnie poważny. – Może ci się zdaje inaczej, ale on traktuje cię ulgowo. Nawet teraz, kiedy się na niego zamierzyłeś. Za coś takiego inny wilk skończyłby z rozharatanym gardłem. Nie wolno atakować alfy! - powtórzył. - No, chyba że jesteś większy i silniejszy od niego. I stawiasz wszystko na jedną kartę. Jeśli zwyciężysz, zostajesz alfą, jeśli on zwycięży, wataha wrzuca twoje truchło do najbliższego wąwozu. Nie złamię ci chyba życiorysu informacją, że jako omega masz zerowe szanse w konfrontacji z alfą. Z jakimkolwiek alfą, nawet emerytowanym kuternogą. A to jest Dean Winchester. On się nie patyczkuje. Ma pod sobą dwudziestkę dorosłych wilków. Nie byle jakich wilków. Niektórzy z nich sami mogliby prowadzić własne watahy. Bobby kiedyś był alfą, ale już mu się nie chce i oddał władzę. Myślisz, że byle kto mógłby przewodzić watasze w której są tak silne wilki? Byłe alfy? Potencjalne alfy? Myślisz, że łatwo ich utrzymać w ryzach? Nie zostaje się ojcem takiej watahy ot tak, bez powodu. On przewodzi nam wszystkim, rodzinie, Cas. Rozumiesz to? A w dodatku to nie jest spacerek po mateczniku, wokół legowiska, tylko w chuj ciężka wyprawa po obcym terenie, przez pół kontynentu, z... – Ugryzł się w język, żeby nie powiedzieć za dużo. – Z ładunkiem. Z ciężkim ładunkiem. Rozumiem, że jesteś nieszczęśliwy. Rozumiem! Naprawdę! Współczuję ci, że to się tak stało! Że straciłeś swoją rodzinę i on cię przywłaszczył i teraz jest jak jest. Ale tak właśnie, kurwa jest! Miałeś pecha! Ale to jeszcze nie koniec świata. Więc weź dupę w troki i przestań robić cyrki! Przeproś rano. Potwierdź uległość. Poczekaj, aż on da ci sygnał, że możesz podejść, podejdź i poproś o to, czego potrzebujesz. Odpoczynku, snu. Jedzenia. Czegokolwiek. Rozumiesz? Pytam, czy rozumiesz?

–  Rozumiem.

Sam westchnął jeszcze raz, naprawdę ciężko. Dotknął policzka omegi, przesunął ręką po jego włosach, poklepał pieszczotliwie w tył głowy.

–  Nie odmówi ci. Zobaczysz, nie odmówi ci. Do rana złość mu przejdzie i jeśli tylko przeprosisz, zobaczysz, zgodzi się na wszystko, o cokolwiek poprosisz. – Starał się wlać w niego trochę otuchy. Pocieszyć go. – Może nawet pozwoli ci się wyspać.

Omega skinął wreszcie, sięgając po baton i jedząc  posłusznie. Sam jeszcze raz go pogłaskał, przyniósł obrożę. Omega usłyszał brzęknięcie klamry i sam, bez polecenia, odsłonił szyję, żeby Sam mógł ją zapiąć.

– Nie forsuj się, nie musimy biec równo z watahą. Wystarczy, że nie oddalimy się za bardzo. Będę blisko was. Biegnij swoim tempem – zaoferował to, co mógł. – Staraj się oszczędzać siły. Róbcie przystanki, jeśli potrzebujecie, ale krótkie, okay? Lepiej krótkie częściej niż rzadsze, ale dłuższe. Będę blisko. Postaram się trochę wstrzymać watahę, jest noc i biegliśmy cały dzień, na pewno wszyscy będą chcieli trochę zwolnić. Damy radę. To tylko kilka godzin a potem Dean i tak zarządzi postój. Wtedy sobie wszyscy odpoczniemy. Okay?

Omega znów skinął głową.

Jego plan się tylko trochę odwlecze, pomyślał spokojnie. Prędzej czy później znajdzie okazję. Może jeszcze przed świtem. Może jeszcze zanim wzejdzie słońce. Nie zamierzał przepraszać alfy. Ale musiał  być sprytny. Musiał udawać, że Sam go przekonał. Uśpić ich czujność.

To tylko drobna korekta planu.

Wypił resztkę wody i podziękował obojgu, wstając.

– Jestem gotów – oświadczył. – Gotów.

Chapter Text

Sam ściągnął dyskretnie Bobby’ego na tył, żeby spokojnie z nim pomówić. Nie chodziło o utrzymywanie sekretów przed Deanem, ale wolał najpierw się poradzić doświadczonego i zaufanego członka watahy czy powinni zacząć się martwić omegą? Bobby wysłuchał wszystkiego, zadał kilka dodatkowych pytań i po jego minie Sam poznał, że tak. Powinni zacząć się martwić.

– Wiedziałem, że to się tak skończy! – mruknął Bobby, opierając się o pień i wyciągając piersiówkę. – Cholera!

– Ale jak przeprosi… – Zaczął Sam.

Miał nadzieję, że będzie tak, jak powiedział omedze. Że Deanowi minie zły humor, przyjmie przeprosiny i okaże wielkoduszność. Dean potrafił być hojny. Zwykle korzystał z okazji, aby zaspokoić potrzeby i pragnienia członków watahy. Aby każdy czuł się dobrze. Bezpiecznie. Naprawdę bez powodu nikogo nie karcił. Nie odmawiał czegoś, co mógł dać. Nie traktował niesprawiedliwie. Bywał szorstki, owszem. Gwałtowny, tak. Wymagał lojalności i posłuszeństwa, ale przy tym zostawiał im też wiele swobody w sprawach, które nie miały znaczącego wpływu na innych, w sprawach osobistych. Nie wtrącał się, jeśli nie musiał. I wszyscy mieli wybór: jak komuś nie podobały się porządki panujące w rodzinie, mógł odejść. Odkąd Dean został alfą nikt z rodziny nie odszedł, a wataha powiększyła się o kilka nowych osób, które przyłączyły się, bo chciały.

Poza omegą. On nie chciał. Został przywłaszczony. Sam pomyślał, że sytuację omegi mogli pogorszyć on i Bobby, narzekając, że ich opóźnia. Dean mówił, że nie bierze ich zdania pod uwagę, ale najwyraźniej jednak trochę wziął. Nie zarządził noclegu. Nie robił tylu postojów. Teraz Sam czuł się winny.

– A przeprosi? – przerwał mu Bobby.

– Wytłumaczyłem mu. Powiedział, że rozumie. – Sam popatrzył na niego niepewnie. – Obaj do rana trochę ochłoną. Cas zrobi pierwszy krok, Dean na pewno go nie odtrąci…

– Gwałci go od pierwszego dnia. Widziałem siniaki, ślady po ugryzieniu. Smycz. – Bobby pociągnął kolejny łyk z piersiówki. – Jak ty byś się czuł?

– Ja? – Sam aż się cofnął na myśl, że mógłby być na miejscu omegi.

– Ty. Co byś chciał zrobić?

Sam roześmiał się, by pokryć konsternację i zamilkł, bo śmiech w tej sytuacji wydał mu się nie na miejscu. Co mógł odpowiedzieć? Nie był omegą. Był wyższy niż Dean, był silny, szybki. Nikt by nie zdołał go przywłaszczyć. Nikt nie zdołałby go tak…

…skrzywdzić.

Potarł czoło. Ciężko zrozumieć sytuację omegi, kiedy się jest kimś zupełnie innym. Nigdy nie musiał się przed nikim bronić: najpierw wystarczało, że był pod opieką Deana, a kiedy zaczął dorastać sam jego wygląd odstraszał potencjalnych agresorów. Nikt nie miał ochoty zaczynać bójki z tak potężnym wilkiem. Zwłaszcza, że Dean zawsze był gdzieś obok. Brat. Przyjaciel. Przywódca watahy.

– Broniłbyś się? – podsunął Bobby. – Czy poddał?

– Broniłbym się. Ale to jest omega! – Zaprotestował Sam, przywołując swoją (nikłą) wiedzę o omegach. – Omegi są… – Wzruszył ramionami. Słabe. To popychadła, pomyślał. Bobby jakby usłyszał jego myśli.

– Każdy doprowadzony na skraj wytrzymałości może wykrzesać z siebie siłę, której się nie spodziewasz – powiedział ostrożnie. – Najmniej spodziewasz się po najsłabszym. I najsłabszy może najbardziej zaskoczyć.

Sam nie był pewien, czy dobrze zrozumiał Bobby’ego.

– Myślisz, że on specjalnie prowokuje Deana, żeby… – Ścierpł. Nie zetknął się jeszcze z kimś, kto pragnąłby śmierci.

– Gdyby nie cargo i to, że naprawdę pilno nam znaleźć się na swoim, przekonywałbym Deana do dłuższego postoju. Poukładania spraw. Ale są sprawy ważne i ważniejsze. Trudno. Omega musi zaczekać, aż znajdziemy się w domu. Teraz trzeba stale mieć oko na tego szalonego wilczka, żeby nie narobił szkód, sobie i watasze. Zwłaszcza kiedy będzie w pobliżu alfy. Mam przeczucie, że lęgnie mu się w głowie głupi pomysł. Albo kilka. Nie spuszczajcie go z oczu, Sammy. – Bobby schował piersiówkę. – Dasz radę?

Sam skinął. Będzie miał na niego oko, niech Bobby będzie spokojny.

Bobby oddalił się na pozycję przy alfie, wcale nie uspokojony. Przeciwnie: czuł się bardzo zaalarmowany tym, co usłyszał. Rozum podpowiadał mu, że najłatwiej byłoby oddalić omegę. Zgubić. Albo pozwolić mu zrobić to, co zamierzał. Umrzeć. To byłoby najszybsze, najbardziej efektywne pozbycie się problemu. Bo omega był problemem. I to w najgorszym możliwym czasie, w sytuacji, kiedy wataha nie potrzebowała żadnych problemów. Nie mieli na nie czasu. Nie powinni teraz niańczyć kogoś tak… słabego. Ślepy omega. Czy mógł się trafić ktoś bardziej niepotrzebny watasze? Dwoje wilków z nim utknęło: cenny, silny Sam i sprytna, szybka Jo. Dean dał wyraźne instrukcje: w razie kryzysu mają wyjąć omegę ze strefy zagrożenia i oddalić się z nim na bezpieczną odległość. Ich nieobecność byłaby znacznym osłabieniem watahy.

Bobby nie lubił kwestionować decyzji alfy. Nie lubił myśleć, co zrobiłby inaczej. Każdy alfa miał własne sposoby zapobiegania problemom i rozwiązywania ich. Każdy miał własny styl rządzenia. Dean był porywczy, popełniał błędy, ale zwykle potrafił je też sam naprawiać. Miał tą cenną cechę, że potrafił korygować swoje zachowania. Słuchał rad. Ale ten omega… Bobby’emu od początku nie podobał się pomysł, żeby go przechwycić, przywłaszczyć. To było ryzykowne i tego ryzyka nie warte. Po pierwsze: mogli wplątać się w konflikt z rodziną omegi. Dobrze, że tamci nie byli najwyraźniej wcale zainteresowani odzyskaniem zguby. Tylko raz ktoś od nich zapytał o omegę i chyba nawet odetchnął z ulgą na wieść, że omega jest pokryty i przejęty przez alfę na własność. Po drugie: pozyskując omegę, akurat tego omegę, nie zyskali nic wartościowego. Wybrakowany wilk, który potrzebował nieustannej asysty. Kaleka. Co mógł wnieść? Nic. Jak się przysłużyć grupie? Niczym. Bobby miał współczucie dla niego, może nawet by go polubił, gdyby lepiej go poznał (uroda omegi nie robiła na nim wrażenia, nie tak jak na Deanie), ale co z tego? Na co komu taki ciężar?

Bo Dean go chciał?

Taki alfa jak Dean mógł przebierać w partnerach. Czemu akurat padło na tego żałosnego ślepca? Bobby nie rozumiał. Wiedział tylko, że bardzo mu się to wszystko nie podoba. Od samego początku miał złe przeczucia. I Sam właśnie je potwierdził.

 


 

Do świtu było jeszcze sporo, dwie lub trzy godziny, gdy Dean zatrzymał watahę. Przyjęli to nie bez ulgi. Trochę się już przyzwyczaili do tych nocnych postojów, wypoczynku – do wygód. Dean co prawda nie pozwolił rozłożyć obozowiska, mieli być szybko gotowi do dalszej drogi, ale mogli zrzucić plecaki, ekwipunek, rozłożyć koce, napić się, zjeść, przysnąć.

Sam zgarnął omegę i powiedział, że teraz może przeprosić. Czy czuje się na siłach? Czy nie będzie wywoływał awantur? Omega stał z opuszczonymi ramionami, lekko pochylony.

– Nie będę. Tylko… chciałbym podejść bez smyczy. Bez obroży – poprosił apatycznie. Sam się zgodził. Smycz nie była niezbędna, Dean nie wymagał, żeby Cas ciągle ją nosił, żeby miał ją na sobie w jego obecności.

– Ale bez numerów! – Upewnił się po raz trzeci, ściągając obrożę i chowając do kieszeni. – Przepraszasz, czekasz na sygnał, jeśli Dean cię zawoła, podchodzisz. Jeśli będziesz chciał o coś poprosić to tylko wtedy, kiedy cię zawoła. Jeśli nie zawoła, zabiorę cię od niego a ty masz się nie awanturować. Masz być cicho, nie odzywać się nie pytany i nie bić!

– Wiem. Nie wolno podnosić ręki na alfę. – Przypomniał Cas głosem bez wyrazu. – Rozumiem. Nie będzie awantur.

Poprosił jeszcze o pięć minut, żeby móc odejść za potrzebą i Sam na niego zaczekał a potem podprowadził go do Deana, siedzącego w pewnym oddaleniu od reszty, ale tak, żeby mieć na wszystkich oko. Dean spojrzał uważnie na brata i na omegę, nie przerywając prostego posiłku złożonego z pasków suszonego mięsa i wody.

– Ktoś chciałby przeprosić. – Zagaił Sam, stojąc obok omegi.

Dean dał mu znak, że jest gotów wysłuchać. Sam spojrzał na Casa, poklepał go zachęcająco po ramieniu i poczekał, aż się odezwie. Omega milczał, trzymając zaciśnięte pięści ciasno przy udach. Musi się bardzo denerwować, pomyślał Sam i postanowił mu trochę pomóc.

– Cas chciałby przeprosić za swoje zachowanie dzisiejszej nocy. Źle się czuł, był zmęczony. Nie chciał być niegrzeczny. Obiecał, że to się już nie powtórzy. I chciałby, żebyś się już na niego nie złościł.

Dean odłożył jedzenie, wytarł ręce i przywołał omegę.

– No, chodź – powiedział. Sam lekko go popchnął w jego stronę. Dean wstał. – Nigdy więcej tego nie rób. Nigdy mi się nie sprzeciwiaj – powiedział spokojnie. – Nie chcę cię karcić.

Odczekał chwilę, może spodziewając się, że omega coś odpowie, ale omega milczał. Przynajmniej jednej lekcji się wreszcie nauczył: podniósł głowę i patrzył przed siebie, szeroko otwierając oczy. Starał się kierować twarz tam, skąd słyszał głos Deana. Przechylał głowę nieco na prawe ramię, uważny i skupiony. Tylko w świetle dnia jego oczy były tak nieprawdopodobnie niebieskie, ale Dean również teraz odczuwał przyjemność ze spoglądania w nie.

– Jesteś głodny? Potrzebujesz czegoś? – spytał, starając się go ośmielić. Domyślał się, że omega może mieć jakieś prośby i nie miał nic przeciwko, żeby je spełnić. Chciał coś mu dać. Chciał, żeby omega poczuł, że Dean się nie gniewa, że się nadal nim opiekuje. Zrobienie czegoś dla omegi byłoby wyraźnym sygnałem, że podoba mu się to zachowanie, nawet milczenie i także to, że Sam musiał za niego się odezwać. Onieśmielony i skruszony Cas był taki słodki. Zasłużył na nagrodę i Dean dotknął jego policzka.

Sam wycofał się dyskretnie. Był zadowolony z przebiegu spotkania, z zachowania omegi. Obyło się bez żadnych zgrzytów, których się obawiał, zwłaszcza po rozmowie z Bobbym. Dean wydawał się zadowolony. Był w dobrym humorze i jeśli omega miał trochę oleju w głowie, mógł teraz poprosić o kilka rzeczy dla siebie, które poprawiłyby jego sytuację. Komfort życia.

Sam spodziewał się, że Dean będzie chciał kolejny raz go pokryć i przypuszczał, że to mogło być dla omegi przykre, ale hej! Coś za coś. Sam był przekonany, że Cas mógłby się przyzwyczaić, zacisnąć zęby i jakoś to znosić, jak jeden z przykrych obowiązków (kto ich nie ma?), a jednocześnie korzystać ze względów alfy, które dla Sama wydawały się oczywiste. Dean wyglądał, jakby mu trochę ulżyło. Jakby czekał, aż przyjdą.

Bobby chyba niepotrzebnie się tak obawiał. W trakcie ich rozmowy Sam zaczął litować się nad Casem, nad jego losem, ale teraz nie wydawał mu się taki straszny. Cas był omegą, chyba nie spodziewał się, że życie będzie go rozpieszczać? Musiał orientować się, co go czeka, w tej czy innej watasze? Nigdzie nie miałby słodko. Dean nie był najgorszym, co mogło mu się trafić. Teraz jest ciężko, bo to początki. Muszą się dotrzeć. Alfa ma wymagania. Dla Casa to nowa sytuacja. Ale jak już przyswoi sobie zasady, na pewno okaże się, że nie jest tak źle. Może nawet Cas znajdzie w tym dla siebie własną przyjemność?, przekonywał siebie Sam, odchodząc w stronę watahy, zostawiając za sobą Deana i jego omegę.

Jeśli tylko Cas zaciśnie zęby

 


 

Cas poczuł, że Sam go popycha w stronę alfy i poddał się. Zrobił kilka kroków, pamiętając, żeby patrzeć. Dean chciał widzieć jego oczy i Cas chciał mu to dać dzisiaj. Starał się prawie nie mrugać, nie opuszczać powiek, mimo że żaden bodziec nie docierał do jego oczu. Chciał, żeby Dean był zadowolony. Żeby się rozluźnił. Żeby Cas mógł do niego podejść.

Chciał podejść.

Dotknął swojej szyi, upewniając się, że nie ma obroży. Czasem zapominał, że ją nosi. Wolał się upewnić, że jej nie ma. Sztywnego, szerokiego pasa mocnej skóry, z metalową klamrą i kółkiem. Obroża mogła przeszkodzić w realizacji planu. Zmodyfikowanego planu. Skoro nie miał okazji zostać sam, bez nadzoru Sama i Jo, musiał polegać na współpracy alfy.

Alfa musiał pozwolić mu podejść i Cas był gotów zrobić wszystko, aby pozwolił. Był gotów na każde upokorzenie, na ból. Na powtórkę tego, co przeżył wczoraj przyciśnięty do drzewa. Zacisnął pięści mocniej, aż poczuł ból we wnętrzu dłoni.

Sam pozwolił mu tuż przed spotkaniem z alfą odejść w krzaki, oddalić się, za potrzebą. Cas był mu wdzięczny za zaufanie. Może nie było to znów takie wielkie osiągnięcie – ufać omedze. To było żadne osiągnięcie. Wszyscy lekceważyli omegę. Dorosły, a słaby. Bezbronny jak szczenię.

Dean zezłościł się, kiedy Cas się na niego zamierzył nie dlatego, że spodziewał się, że Cas mógłby go skrzywdzić, ale dlatego, że to był bunt. Brak szacunku. Nieposłuszeństwo. Tylko tyle. Kwestia łamania zasad, nie realnego zagrożenia. Cas był bez szans w starciu z alfą. To było kluczowe założenie jego zmodyfikowanego planu. Był bez szans.

Poczuł dreszcz, kiedy Dean dotknął jego policzka. Przesunął palcami po żuchwie i szyi. Zatrzymał się na niej. Jego dłoń była szeroka, sięgała od wcięcia nadmostkowego aż do kości gnykowej. Wgłębienie dłoni pokrywało wypukłość jabłka Adama, zadziwiająco dobrze pasując do siebie. Cas poczuł, że chwyt się zacieśnia i nawet nieco odchylił głowę, ułatwiając Deanowi dostęp. Dean mruknął z aprobatą i zbliżył twarz do twarzy omegi. Zacisnął jeszcze mocniej, aż Cas zaczął odczuwać niewygodę i jednocześnie ich wargi się zetknęły.

Dean chciał go pocałować. W usta. Wcześniej całował go, ale nie w usta.

Cas wstrzymał oddech, starając się zachować spokój. Opanować drżenie i napięcie mięśni. Jego dłonie zaczęły się podnosić a ciało zbliżać do ciała alfy. Odwiódł prawe ramię za plecy, gdy lewą dłoń położył na torsie Deana. Pod nią czuł ciepły, poruszający się, wyrobiony wyraźnie mięsień.

Rozchylił wargi, wpuszczając język Deana w siebie. Wilgotny, ruchliwy i gorący.

Zamach. Uderzenie. Trzymany w prawej dłoni kamień. Skroń. Nie, Cas nie jest pewien. Wszystko się dzieje naraz. Palce zaciśnięte na szyi. Ciało unosi się, frunie. Ból. Hałas. Nie ma strachu. Nie ma żadnych obrazów dotychczasowego życia. Nic nie zwalnia w nieskończoność, Cas nie wpada w ciemność poniżej horyzontu zdarzeń. Nie ma światła, w stronę którego trzeba iść. Może dlatego, że Cas jest ślepy? Nie zawsze taki był. Stracił wzrok kiedy był szczenięciem i jeszcze pamiętał niektóre rzeczy. Trochę świata widzianego. Kolory. Kształty. Czasem miewał sny złożone z obrazów. Coraz rzadziej.

 

Wszystko rozpływa się.

 

Rozmywa.

 

 

Znika…

 

 

 

 

 

Chapter Text

– Jak mogliście mi nie powiedzieć? – wrzasnął Dean, przyciskając zmoczony ręcznik do zranionego policzka. Odsunął tkaninę, popatrzył na ślad krwi i odrzucił ręcznik na rozbabrany plecak, przy którym klęczały Jo i Ellen.

– To moja wina, nie chciałem żebyś się martwił. Myśleliśmy, że wystarczy mieć na niego oko. – Bobby odepchnął nieco Sama i spojrzeniem kazał mu się zamknąć, zanim Sam cokolwiek wtrącił.

– Och, myśleliście? – Zdziwił się Dean nad wyraz uprzejmie. – Szczeniak rzuca się dwa razy na swojego alfę, pieprzy przez pół nocy o umieraniu a wam się wydaje, że wystarczy mieć na niego oko. – Zasłonił sobie twarz ręką, drugą podpierając plecy. – O czym jeszcze postanowili nie mówić mi dwaj ludzie, którym ufam najbardziej?

– Dean, zrozum... – Sam zrobił krok w jego kierunku, ale Bobby zagrodził mu drogę ramieniem.

– Przepraszam. Nie powiedziałem tobie i prosiłem Sama, żeby nie mówił. Przepraszam. – Przyznał szorstko. – Ale ten dzieciak tak namieszał ci w głowie, a my mamy ładunek! I nie potrzebujemy alfy, który biega jak suka z cieczką za jakimś ślepym omegą! Weź się, chłopcze, w garść, bo masz dwudziestu wilków do przeprowadzenia przez góry, a ty niańczysz jednego głupiego szczeniaka, który jeśli chce umrzeć, to niech umrze i nie zawraca wszystkim gitary!

Dean popatrzył na Bobby’ego, jakby widział go pierwszy raz.

– Skoro tak uważasz, to czemu go odciągnąłeś? Czemu go ratowałeś?

Bobby wzruszył ramionami, zerknął na Ellen i na Sama. Popatrzył pod nogi.

– Jest głupi! Okay? To idiota. – Zdjął przepoconą czapkę z daszkiem, obrócił ją w sękatych palcach i wsadził znów na głowę. – I może chce umrzeć, a może mu się tylko tak wydaje. Może powinien lepiej to przemyśleć. Okay? Zresztą, do cholery, widzę tu więcej idiotów! – Zdenerwował się nie na żarty, celując palcem w Deana. – Gdybym pozwolił ci go zagryźć, jak byś teraz się czuł? Co? A ty? – Zwrócił się do Sama. – Chłopcy!, są rzeczy, po których sen już nigdy nie nadchodzi łatwo.

– Dobra! – Dean przerwał mu. – Dobrze zrobiłeś, że go... zabrałeś... – To było bardzo łagodne określenie na to, czego dokonał Bobby, wyrywając mu praktycznie (z narażeniem własnego życia) omegę spomiędzy szczęk.

Omega uderzył alfę kamieniem, który zaciskał w dłoni. To były ułamki sekund. Nic, co dałoby się ogarnąć rozumem. Zadziałały czyste instynkty. Odruchy.

Omega wiedział, że nie wolno podnosić ręki na alfę.

Omega wiedział, że nie ma żadnych szans w starciu z alfą.

Omega chciał umrzeć.

Początkowo planował użyć smyczy i drzewa i zwyczajnie się powiesić, ale przekonał się, że cały czas w pobliżu jest ktoś, kto mógłby udaremnić ten zamiar. Jo, Sam. Inni członkowie watahy. W biegu i na postojach Jo trzymała drugi koniec smyczy. Nigdy nie przebywał sam na tyle długo, aby móc to zrobić. Omega nie chciał, żeby ktoś mu udaremniał. Omega pragnął skuteczności, nie interwencji. Cóż, musiał w tych okolicznościach zdać się na alfę.

Jeśli nie mógł umrzeć w samotności, powinien umrzeć na oczach wszystkich.

 




Ktoś go ocucił. Jakaś miękka dłoń na policzku, z tyłu głowy. Podtrzymująca, żeby mógł się napić. Ktoś opatrzył mu rany. Zatamował krew. Okazało się, że zęby alfy tylko go drasnęły. Więcej było strachu i zamieszania, kiedy wataha się zbiegła, obserwując zajście.

Bobby i Sam szybko zaprowadzili porządek. Uspokoili wszystkich. Rozstawili straże, rozdzieli zadania związane z obozem – żeby każdy coś dostał do roboty, żeby każdemu dać zajęcie. Przywołali Ellen, żeby zajęła się omegą.

Pierwsze, co omega usłyszał odzyskując świadomość, to ciche: głupi szczeniaczek… głupi, szczeniaczek, coś ty narobił? Coś ty chciał zrobić?

To nie były przykre wyzwiska. Cas wsłuchał się w miękki głos, troskliwy. Matczyny. Przekręcił nieco głowę, nastawiając uszu i węsząc. Jo była w pobliżu. Trzymała go za rękę i kiedy zorientowała się, że przecknął od razu zaczęła go uspokajać. Powiedziała, że nic się nie stało. Że nie jest bardzo ranny. Że Bobby zauważył jego zamach i skoczył, wyrwał go z rąk alfy. Że wszyscy się zmartwili. Czemu to zrobił? Czemu był taki głupi? Przecież Sam mówił mu, że nie wolno podnosić ręki na alfę. Czemu nie posłuchał?

– Posłuchałem go… – powiedział chrapliwie, obolałym, zapuchniętym gardłem. – Byłem gotów…

– Gotów? – wtrącił ten drugi głos. Troskliwy, matczyny. – Gotów na co?

– Na śmierć. – Wyjaśnił spokojnie i usiadł. Trochę mu się w głowie zakręciło, ale odsunął ich pomocne dłonie. – Nie przewidziałem tego. Nie pomyślałem, że ktoś się wtrąci. Myślałem, że nikt się nie wtrąci. – Zauważył zmartwiony, że pominął tak ważną możliwość w swoim planie. – Zdawało mi się, że wszystko przewidziałem! – Zrobił przepraszającą minę, jakby kogoś zawiódł swoim brakiem przenikliwości.

– Jak to? Nikt się nie wtrąci? – Powtórzyła za nim Ellen, przyglądając się omedze. Był to młody chłopak, może niespełna dwudziestoletni. Wiedziała o nim, widywała go wcześniej, ale trzymała się z dala od prywatnych spraw alfy. Nie wsłuchiwała w plotki.

Nie zamieniła z chłopcem wcześniej ani słowa. A teraz siedział na prowizorycznym posłaniu, z obandażowaną szyją, zdziwiony, że ktoś się wtrącił, kiedy zaatakował alfę. Kiedy alfa odpowiedział atakiem. Ellen rozmawiała z Bobbym i Bobby powiedział, że alfa nie chciał go skrzywdzić. Gdyby chciał, Bobby nie zdołałby go wyrwać. Alfa tylko go drasnął.

– Chciałeś… żeby… alfa?... – Nie była w stanie tego powiedzieć na głos. Dzieciak zaatakował, spodziewając się, że…? Pokręciła głową i spojrzała na Jo z niemym pytaniem. Jo uniosła brwi i ramiona. Wiedziała tyle co i Ellen.

– Zdjąłem obrożę! – Omega pokazał szyję. – Żeby nie przeszkodziła. Jest szeroka i gruba. – Wyjaśnił, nie mając pewności, czy Ellen rozumie. – Nie wiedziałem, czy zęby alfy by ją przegryzły. Nie chciałem ryzykować. Sam powiedział, że nie wolno podnosić ręki na alfę, więc to był najlepszy sposób. Bo Jo zawsze mnie pilnowała! – Zaczął wyliczać coraz szybciej. – I nie zdążyłbym się powiesić. Mogłabyś mnie odciąć. – Zwrócił się w jej stronę. – Za szybko. Zanim bym się udusił. Poza tym musiałbym zarzucić koniec smyczy na konar, a nie widzę, i mógłbym nie trafić, i mógłbym wybrać zły konar, taki który się złamie pod moim ciężarem, więc ostatecznie alfa był lepszym rozwiązaniem! – Rozłożył ręce, jakby oczekiwał, że mu przyznają rację i pochwalą jak świetnie to wymyślił. – Sam powiedział kilka razy, że nie wolno podnosić ręki na alfę, więc kiedy zaprowadził mnie do niego, żebym przeprosił, odszedłem w krzaki, znalazłem kamień i ukryłem. Dlaczego Bobby się wtrącił? – Zmarszczył brwi, zaskoczony i trochę zirytowany. – Niepotrzebnie. Zupełnie niepotrzebnie.

Ellen zamrugała, czując, że nie wierzy, że to się dzieje naprawdę. Że ten omega mówi o tym tak spokojnie, tak racjonalnie rozważając wszystkie okoliczności, tłumacząc krok po kroku podjęte działania. On to zaplanował

Jak zdesperowany musiał być?

Zatrzęsła się z nerwów i nagle przygarnęła omegę, tuląc do siebie, jak małe szczenię.

– Głupku. Głupku… – Wydukała przez ściśnięte gardło. – Coś ty najlepszego zrobił? Coś ty sobie nawymyślał? Co ci się tam naroiło w głowie?

 


 

Bobby przyszedł później i długo rozmawiał z omegą. Pytał, co by omega chciał? Omega odpowiedział, że chciałby odejść. Bobby zaoferował, że alfa zostawi go w spokoju. Że omega może zostać w watasze i nie będzie musiał zbliżać się do alfy. I żaden z innych wilków nie będzie go niepokoił. Omega powiedział, że nie chce im sprawiać kłopotu. Jeśli mógłby odejść to byłoby to najlepsze rozwiązanie. Bobby nie mógłby się nie zgodzić, ale uprzedził, że omega zostanie sam w nieznanym terenie. Czy się nie boi?

Omega powiedział, że nie boi się już niczego.

– Może któryś z naszych odprowadziłby cię do twoich? Do twojej ostoi? – Zaproponował w końcu Bobby. Omega pokręcił głową i Bobby po namyśle dodał – alfa dał ci wolną rękę. Powiedział, że jeśli chcesz zostać, możesz zostać. Jeśli chcesz odejść, możesz odejść. Jeśli chciałbyś poznać moje zdanie…? – Zaczekał, aż omega potwierdzi. Nie lubił udzielać nieproszonych rad. – Przyjąłbym pomoc i pozwolił się odprowadzić. To najrozsądniejsze wyjście. Sam mógłby to zrobić. Byłbyś z nim bezpieczny.

– Dziękuję. – Omega wyciągnął obie ręce i dotknął Bobby’ego. – Ale wolę nie.

Przemyślał to sobie i doszedł do wniosku, że woli się trzymać z dala od ich opieki. Jakkolwiek niektórzy z nich mogli nawet mieć dobre intencje - przyznał - i być całkiem... mili.

 


 

– Możesz zostać, jeśli chcesz – powiedział Dean, nadzwyczaj cicho. Tonem, którego Cas nigdy u niego słyszał.

– Nie chcę – odparł natychmiast, bojąc się, że chwila wahania sprawi, że Dean się rozmyśli i nie pozwoli mu odejść. Nadal nie mógł uwierzyć w tak fortunny obrót wydarzeń. Jeszcze nie pozwalał sobie na radość, jeszcze przekonywał siebie, że to może fałszywa nadzieja, którą mu podsunęli, aby się potem śmiać z niego, gdy ujawnią, że to tylko gra, oszustwo. Zabawa jego kosztem.

Wstrzymał oddech, kiedy Dean wcisnął mu w rękę uchwyt plecaka. Jeszcze dotknął jego policzka i ostatni raz westchnął, a potem jego zapach zaczął się oddalać i niknąć. Kroki ucichły. Cas został sam.

Sam.

Opierał się o pień drzewa i oddychał spokojnie, ale wkrótce zaczął piszczeć, krzyczeć, śmiać się w głos, aż echo poniosło po lesie. Został sam! Był wolny! Żył i był wolny! Dean Winchester go opuścił! Już nie ma obcej watahy! Tej nocy nikt nie wsadzi mu nigdzie niczego! Nikt go nie pobije, nie kopnie, nie zmusi do klęczenia, nie przygniecie do ziemi, nie przyciśnie do drzewa! Nie ugryzie! Nie poniży! Nie założy mu obroży. Nie każe biec ponad siły. Nie każe się zatrzymać, żeby go zerżnąć! Zerżnąć – takiego słowa użył kiedyś Sam. Takiego słowa czasem używał Dean, zapowiadając co zaraz zrobi omedze, albo pytał w trakcie, czy omedze się podoba, jak go rżnie. R ż n i ę c i e. Tak i Cas o tym myślał. Bo to nie było nic związanego z miłością i żadne milsze, bardziej miękkie, intymne określenie nie pasowało. Złe, brudne słowo nazywające złą, brudną rzecz. I tego już nie będzie! Nie będzie! Nie musi się bać! Jest wolny!

Wolny!

Wolny...

Żywy i wolny. Osunął się na kolana, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Dean Winchester go zostawił. Cas mógł teraz zrobić, na co tylko miał ochotę. Mógł się położyć. Zasnąć. Spać cały dzień i noc, odespać wszystkie bezsenne noce, podczas których Dean go krył.

Nie będzie krycia. Nie będzie więcej krycia!, aż się zadławił od nagłych łez, tym razem nie bólu i rozpaczy, ale ulgi. Radości. Aż go zabolało w piersiach. Co za niewysłowiona błogość! Już go nie dotknie. Już nie będzie trzymał go za kark, nie zrobi mu żadnej z tych okropnych rzeczy, nie rozepchnie na siłę ud, pośladków, ust. Nie będzie ściskał za szyję, gryzł. Nie będzie się na nim kłaść, nie będzie wypełniał go swoim nasieniem, zapachem, którego Cas tak bardzo nienawidził. Którego się bał. Który sprawiał, że wciąż chciało mu się wymiotować i czuł się brudny.

Zaczynał już nienawidzić własnego ciała, bo Dean go używał. Bo Dean go pragnął. Bo gdyby go nie chciał, nie robiłby mu tych rzeczy. Niezliczone godziny spędzone pod Deanem, w trakcie gwałtów i po nich Cas spędził na pragnieniu, by stać się szpetnym. By stać się ohydnym, by Dean nie chciał już na niego nigdy więcej spojrzeć. By nie chciał go już nigdy więcej dotknąć. Modlił się do Pierwszego Wilka o śmierć, a jeśli Pierwszy Wilk nie byłby dość łaskawy, by zabrać mu życie, to przynajmniej niech sprawi, by Cas był szpetny – prosił.

Ale teraz wszystko się zmieniło! Dean pozwolił mu odejść!

Cas usiadł na ziemi, śmiejąc się i szlochając na przemian, zanim trochę się uspokoił. Przypomniał sobie o plecaku, otworzył go i wymacał zawartość. Plecak noszony przez Jo. Wypełniony prowiantem na następne... Zastanowił się i ocenił: dwa, może trzy dni. Wełniany koc. Słoik miodu...

Miód!  Cas wyciągnął słoiczek, odkręcił niecierpliwie i sięgnął palcem w lepką, aromatyczną słodycz. Wsadził do ust.

– Uhmmhm... – wymruczał, nie mogąc powstrzymać jęku rozkoszy. To było pyszne. Kiedy Jo poczęstowała go miodem, odmówił. Ten smak kojarzył mu się z dzieciństwem. Z bezpieczeństwem. Z rodziną. Gdyby go wtedy przyjął w stresie, w rozpaczy – wszystkie te uczucia związałyby się z nim i zepsuły go niczym pleśń. I już nigdy nie chciałby jeść miodu. Teraz był zadowolony, że wtedy odmówił Jo, chociaż jej gest był szczery i pełen sympatii, co Cas doceniał. Ale udało mu się ocalić miód – wszystko co się z nim kojarzy – od tego, z czym kojarzyli się Winchesterzy. Smaku dzieciństwa nie skaził smak strachu.

Zsunął się i położył plecami na mchu, opierając głowę o plecak. Było cicho. Było ciepło. Był sam. Wolny, nareszcie wolny. Zamknął oczy. Nikomu już nie musiał ich pokazywać. Już nie usłyszy żądania: patrz na mnie! Już nigdy nie usłyszy głosu Deana Winchestera.

Nabrał więcej miodu na palec i oblizał łakomie. Było mu tak dobrze.

Takie szczęście. Taka radość. Taka ulga.

Zjadł jeszcze trochę miodu, zakręcił słoiczek dokładnie, żeby nic się nie wylało i schował uważnie do plecaka, między inne pakunki z jedzeniem. Batoniki proteinowe, słodycze, butelki wody, suszone mięso, kilka konserw. To było naprawdę... hojne. Z ich strony. Nie musieli nic mu dawać. Szkoda, że z tego wszystkiego, z nerwów, zapomniał podziękować. Dean podał mu plecak, a on nic się nie odezwał.

Powinienem podziękować, pomyślał.

Wyciągnął koc i owinął się nim. Nie było mu zimno, ale czuł się tak lepiej. Bezpieczniej. Zwinął się na boku, znów kładąc głowę na plecaku, jak na poduszce i przygotował się do snu.

Może tym razem nie przyśnią mu się koszmary? Zwłaszcza ten jeden. Że biegnie między drzewami. Nic nie widzi. Otaczają go tylko dźwięki. Ucieka.  Wie, że ktoś go goni. Ucieka, tak strasznie się boi, wie, że musi uciec i jednocześnie wie, że coś, co go goni, zbliża się nieubłaganie. Jest już tuż tuż za nim. Cas jest przerażony. Czuje, że za chwilę zdarzy się coś okropnego, coś naprawdę przerażającego.

I nagle wpada w czyjeś ręce, w czyjeś ramiona i chociaż ostatnio nie ma już prawie wcale snów z obrazami, widzi coś niewyraźnie, jakąś twarz, która majaczy nad nim. Ktoś coś mówi do niego, ściskając go mocno, mocniej. Coś mówi. Szepcze.

Wtedy Cas budzi się bez tchu, zlany potem, krzycząc.

– Nie, nie, nie... – Opada na plecy, wpół otumaniony koszmarem, gorączkowo błagając: – Dean, zostaw mnie. Ja nie chcę. Dean. Proszę. Puść.

 


 

Dean Winchester stał opodal, pod wiatr. Bliżej omegi, niż omega mógł przypuszczać. Dean wiedział jak podejść zwierzynę, by nie zostać odkrytym i wykorzystał tą wiedzę, aby jeszcze, ostatni raz, popatrzeć na Casa.

Jak opiera się o pień sosny, obejmując go ramionami i starając się uspokoić. Uwierzyć. Tyle emocji w jego twarzy: od niepewności, lęku, wyczekiwania. Przez skupienie, wsłuchiwanie się w oddalające się kroki Deana. Niedowierzanie. Wstrzymywanie oddechu. Nieśmiały uśmiech. Pisk.Śmiech, radość, okrzyki.

Dean patrzył na to wszystko. Na omegę, którego nie rozpoznawał. Nie znał. Nigdy go takim nie widział. Szczęśliwy Cas. Krzyczący ze szczęścia. Płaczący ze szczęścia. Dean zacisnął wargę do krwi. Zacisnął pięści, obserwując go. Chłonąc.

Czemu nigdy taki nie był, gdy był z Deanem? Czemu Dean nigdy nie zdołał wydobyć z niego takich dźwięków? Takich uczuć? Takiego wyrazu ślepych oczu? O, Pierwszy Wilku, trzymać go teraz w ramionach! Trzymać go takiego rozradowanego, błogiego! Mieć udział w tej radości. Być jej przyczyną...

Dean poczuł mdłości. On był przyczyną. Ale zupełnie nie w tym sensie, w którym by chciał. Cas cieszył się, bo już nigdy się nie spotkają. Już nigdy go nie dotknie. Już nigdy nie usłyszy. Cas cieszył się, że Dean odszedł z jego życia, zostawił go.

Tak, Dean był przyczyną. Dean sprawił, że Cas był teraz tak szczęśliwy, tak nieprawdopodobnie, nie do pojęcia szczęśliwy. Dean to sprawił.

Ja to sprawiłem, pomyślał gorzko. Nigdy wcześniej się tak nie czuł. Nigdy wcześniej nie płakał. Otarł twarz, oczy. Musi doprowadzić się do porządku, zanim wróci do watahy. Nie powinni go widzieć w takim stanie. Odetchnął, rzucając już naprawdę ostatnie spojrzenie za siebie.

Do ostatniej chwili nie wierzył, że może stracić omegę. Nie mógł zrozumieć, czemu Cas go odrzucił. Jeszcze kiedy mu przy pożegnaniu zaoferował, że może zostać, był prawie pewien, że Cas zostanie. Że się namyśli.

Że te wszystkie histerie, płacze, krzywe miny, pretensje, to okres przejściowy. Że omega kaprysi, bo to wszystko jest takie nowe. Że to dlatego, że tęskni za rodziną. Dean rozumiał, że mogło mu być ciężko. Byli w drodze, to był duży wysiłek. I wszystko stało się tak nagle. Tłumaczył mu co prawda, czemu go wziął gwałtem, wtedy w lesie, od razu, kiedy tylko go pochwycił. Od razu, zaraz, kiedy tylko go złapali, na miejscu, bez żadnego uprzedzenia, przygotowania. Wiedział, że omegę to bolało. Wiedział. Rozumiał. Ale przecież tłumaczył mu, czemu to musiało tak być. Przecież wyjaśnił! Do cholery!

Czemu omega nie mógł tego pojąć? Pogodzić się z tym? Odsunąć to przykre wspomnienie na bok i zacząć cieszyć się tym, co było potem? Przecież Dean tak się starał. Nie miał dla niego tyle czasu, ile by chciał mieć. Nie mógł mu poświęcić tyle uwagi, ile omega potrzebował. Ale się starał. I planował mu to wynagrodzić, w domu. Kiedy tylko dotrą do ostoi. Kiedy wreszcie Dean by mógł przestać tak martwić się o watahę, pilnować wszystkiego i wszystkich. Czemu omega nie chciał zaczekać?

Dean nasrożył się. Stracił omegę. Stracił go. Stracił Casa.

I właśnie kiedy go stracił, właśnie dlatego, że go stracił, gdy Cas się ucieszył, że Dean zniknął, alfa mógł zobaczyć całą jego radość, zobaczyć wszystkie te rzeczy, które omega powinien czuć przy nim. Ciepło, żywiołowość, śmiech pełną piersią, błogość, nawet ten niewinny i jednocześnie tak podniecający dźwięk, który wyrwał mu się z gardła, gdy oblizywał miód z palca... Dean aż kucnął z wrażenia, słysząc ten pomruk czystej rozkoszy.

Czemu Cas nigdy nie mruczał tak przy nim? Kiedy byli razem? Czemu się tak nie śmiał? Czemu tak się nie przeciągał, leżąc na kocu? Czemu tak nie pachniał?

Dean przypomniał sobie jedyny moment, kiedy zapach omegi był zbliżony: wtedy, na skraju polany, na kocu, kiedy wystawiał twarz do słońca. Tylko wtedy, jeden jedyny raz zapach omegi stał się słodszy. Podobny do tego, co Dean mógł wyczuć teraz. Ledwie podobny. Ledwie zapowiedź tego nagłego wybuchu słodyczy. Bo Cas nagle zapachniał jak... jak... Dean nie potrafił tego ponazywać. Było tego pełno. Jak gęsty, wijący się dym znad ściernisk, graniczących z lasem, jak mleczny opar mgieł nad wrzosowiskami i torfowiskiem, tyle że złożony z cielesnych woni. Samych przyjemnych, od których kręciło się w głowie. Dean wiedział, że to zapach szczęśliwego Casa i dziwił się, czemu nigdy wcześniej tego nie czuł. Czemu Cas nigdy wcześniej tak nie pachniał.

Czemu dopiero teraz.

Ten zapach był znacznie lepszy niż to coś, co zwykle czuł, z tym metalicznym, kwaskowym posmakiem drażniącym język, który owszem, wydawał się taki interesujący, pikantny, ale w porównaniu z tym... Dean poczuł się oszukany. Był zły. Było mu źle. Chciał wracać. Nie do watahy. Do omegi. Wrócić, położyć się koło niego... Polizać to miejsce za uchem, gdzie skóra jest nagrzana i delikatna. I może omega nadal by się śmiał. I może by się ucieszył, że Dean wrócił? Po niego? Do niego?

Dean zastanowił się, jak mogłoby to być: leżeć koło tak pachnącego omegi i wiedzieć, że to on sprawił, że omega tak pachnie. Pomyślał, że mógłby się postarać, żeby omega pachniał tak, kiedy Dean jest w nim. W środku. Kiedy nachyla się nad jego karkiem i wciska nos w jego ciemne, miękkie włosy. To musiałoby być cholernie przyjemne, westchnął. Cholernie!

Może zdołałby to zrobić, gdyby tylko Cas tak bardzo się go nie bał. Tak bardzo, że zaplanował, że zaatakuje Deana, aby Dean mógł mu przegryźć gardło lub skręcić kark. Dean zatrzymał się i oparł o drzewo. W całym jego życiu nikt z rodziny, z watahy, nie chciał przez niego... umrzeć.

Chapter Text

Cas usiadł gwałtownie i przez moment nie wiedział, gdzie jest. Co się stało. Było zimno. Była noc. Nie widział, ale czuł, po zapachach lasu, po spadku temperatury. Po odgłosach. Odetchnął, przypominając sobie wydarzenia ostatniego dnia.

– Wolny. Jestem wolny – szepnął, upewniając się.

– Głupi. Jesteś głupi. – Usłyszał koło ucha i czyjaś dłoń zacisnęła się na jego ustach.

Śmiech.

Cas szarpnął się, próbując się uwolnić, ale uścisk był zbyt mocny. Coś zostało wepchnięte w jego usta, uniemożliwiając mu krzyk i utrudniając oddychanie. Nie mógł tego wypluć, to rozpychało mu policzki, szczęki, których nie mógł zupełnie zacisnąć. Przestraszył się, że nagle zwymiotuje i się udławi. Wstrzymał oddech, gorączkowo przełykając ślinę i zastanawiając się, co się dzieje. Szarpał głową naokoło, wsłuchując się w głosy i węsząc w panice.

Czy to Dean wrócił? Czy to Dean?

– Znowu zostałeś sam, w ciemnym lesie? Znów się zgubiłeś? Czy ty się w ogóle nie uczysz na własnych błędach, ślepy omego? Sam się prosisz o przygody. I potem płaczesz, bo las jest pełen złych wilków.

Gabriel?

– Zostaw chłopaka! – Uriel stanął nad nimi, pochylił się i wyrwał z ust omegi ciasno zwinięty kłąb płóciennej chustki. – Gabe, nie masz innych zajęć?

– Chciałem się przywitać! – Znów śmiech. Gabriel uwolnił Casa i poklepał po ramieniu, śmiejąc się, jakby urządził mu właśnie dobry kawał. – Kopę lat, stary smrodzie! Trochę cię nastraszyłem? Nie chciałem. Myślałem, że już przywykłeś do ciemności. – Znów zbliżył wargi do ucha młodszego brata i wyszeptał zmysłowo – i do szorstkich zalotów.

– Mogłem się udławić! – Cas wytarł usta i odepchnął go. – Nic nie zmądrzałeś! A w ogóle skąd się tu wzięliście?

– Przyszliśmy po ciebie – odpowiedział słodko Gabe, wstając. – Nadjechała kawaleria! Cieszysz się? Że nas widzisz? – Roześmiał się znów i kilka innych wilków dołączyło. Cas zmarszczył brwi. Nie lubił, gdy się nabijali z jego kalectwa. Nie był też pewien, czy cieszy się, że tu są.

– Nie spieszyliście się z pomocą – burknął, wstając i otrzepując się. Wymacał koc, podniósł i zaczął zwijać porządnie, żeby móc przytroczyć go do plecaka.

– Było ciężko was wytropić – powiedział Uriel. – Zostaw te szmaty. Nie będą ci potrzebne. – Kopnął plecak. Coś brzęknęło. Jedyna szklana rzecz to słoik miodu. Cas drgnął. Nie chciałby, żeby słoik się potłukł. Sięgnął do plecaka. Zawahał się.

– Co tu w ogóle robisz, sam? – Uriel zapytał zdawkowo, jakby jego myśli były zajęte czymś innym a on chciał być po prostu… uprzejmy.

– Spałem – odpowiedział Cas ostrożnie.

– Gdzie reszta watahy? Gdzie Winchester? – Zainteresował się któryś z wilków, młodszy od niego, ale z wyższym statusem. Pamiętał go. Phehiljah. Plotkarz i intrygant, wkupujący się pochlebstwami w łaski starszych. Cas udał, że nie słyszy. Kucnął przy plecaku i sprawdził zawartość. Plecak upadł na jakiś kamień i słoik pękł. Cas wyciągnął dłoń lepką od miodu i chyba się skaleczył. Podniósł palce do ust.

– Pytam się! Głuchy jesteś? Nie tylko ślepy? – Phehiljah trącił go niecierpliwie. – Gdzie Winchester?

– Nie ma. – Cas przesunął się, dalej od niego. – Odszedł. Razem z watahą.

– Zostawili cię? – Phehiljah nachylił się nad nim, wyrwał mu plecak z rąk i rzucił daleko. – Uriel powiedział, że to ci niepotrzebne.

Cas wstał.

– To moje rzeczy! Nie możesz…

– Gdzie poszli? – Uriel złapał Casa za ramię i odwrócił do siebie. – Którędy?

– Nie wiem. – Cas zachmurzył się. – Nie widziałem.

Phehiljah warknął ze złością a Gabe się roześmiał, znowu.

– Muszę go znaleźć. Musimy go znaleźć. – Uriel ścisnął ramię omegi tak mocno, że na pewno zrobił mu siniaki. – Więc z łaski swojej lepiej sobie przypomnij.

Cas pomyślał, że coś jest nie tak. Coś się dzieje, bardzo niedobrego.

Las jest pełen złych wilków.

– Gdzie byliście wcześniej? Kiedy mnie zabierał? Kiedy mnie ciągnął ze swoją watahą? Czemu mu pozwoliliście? – Zaczął spokojnie, ale szybko zaczął podnosić głos.

– Patrz go, jaki pyskaty! – rzucił Gabe, chwytając go za nadgarstek i odciągając do tyłu.

– Jesteśmy teraz – powiedział Uriel. – Jesteś już z rodziną. Bezpieczny.

Cas wydął wargi.

– Phehiljah zabrał mi plecak. Mój plecak. Moje rzeczy. – Wskazał palcem.

– To nie są twoje rzeczy! Nie masz swoich rzeczy! Co się obchodzi to barachło po Winchesterach? – Phehiljah prychnął z pogardą. – Ten cuchnący szajs! Brak ci smrodu alfy, kiedy cię pognał? Tak ci dogadzał, że z tęsknoty używasz tych maneli jak poduszki? Żeby ci się lepiej spało?

Cas zamachnął się, żeby go uderzyć.

Po tym wszystkim, przez co przeszedł? Po tym wszystkim ten chłystek śmie?... Jak śmie!

Ale to on poleciał na ziemię. Uderzenie w twarz prawie pozbawiło go przytomności.

 

 


 

 

– Myślał, że jest taki sprytny. A połknął przynętę bez cienia podejrzenia – powiedział Uriel, pochylając się nad omegą. – Ciebie.

Omega poczuł, że krew w żyłach mu lodowacieje i nagle żołądek staje się ciężki, jak worek, wypełniony kamieniami, gdy zaczął rozumieć: jego rodzina wystawiła go alfie Winchesterowi. Wiedzieli, co Winchester z nim zrobi. Co mu robił. Obserwowali z ciemności, z dystansu jak pierwszy raz go kryje. Jak Sam i jeszcze kilka wilków przytrzymuje go dla alfy, gdy alfa go gwałci. Słyszeli, że wołał o pomoc, że płakał, że krzyczał z bólu, kiedy alfa wdarł się w niego bez żadnej litości. Nie uratowali go, bo chcieli, żeby alfa Winchester go pokrył i przywłaszczył.

Wysłali Gabriela, aby zapytał o omegę i upewnił się, że Winchester go przejął na własność. Byli zadowoleni, kiedy Winchester go odgonił, mówiąc: omega jest teraz mój. Gabriel wrócił do watahy i zaraportował, że wszystko idzie zgodnie z planem. Omega został przechwycony i idzie z Winchesterami.

Wiedzieli co z nim robił każdej nocy. Wiedzieli, że wziął go na smycz. Widzieli.

Ruszyli za watahą nie dlatego, żeby odbić omegę.

– Mają złoto. – Uriel wyszeptał to słowo namiętnie, pożądliwie, jak imię kochanki. Wyszeptał je prosto do ucha zdrętwiałego omegi. – Smocze złoto. Skórę. Kości. Zęby. Wór szlachetnych kamieni. Czy wiesz, jaki to majątek? Winchester może w ten sposób utrzymać całą watahę przez lata. Smoczy skarb.

Cargo. Ładunek. Tak o tym mówili, w nielicznych, przyciszonych rozmowach – przypomniał sobie Cas. Nie wsłuchiwał się, nie obchodziło go to. Był zajęty obmyślaniem sposobów, jak ze sobą skończyć. Jak uniknąć dalszych gwałtów, bicia. Jak uciec w nieskończony niebyt, w którym nie byłoby już nikogo. Znienawidzonego alfy Winchestera. Nikogo, nawet jego – Casa. Ślepego omegi, najpośledniejszego ze wszystkich, najsłabszego, najgłupszego wilka, jakiego znał świat. Wilka, który nawet dla swojej rodziny był nikim.

Pułapką. Ciężarem, który opóźniał Winchestera, który sprawił, że Winchester wybrał lżejszą, okrężną drogę i łatwiej go było śledzić.

– Nie martw się. – Uriel poklepał go po ramieniu. – Dzisiejszej nocy zabijemy ich wszystkich. Wytoczę krew z tego alfy i może nawet pozwolę ci patrzeć, kiedy będzie zdychał. – Zaśmiał się tubalnie, echo jego śmiechu poniosło się dookoła. – Ach! Biedaku. Zapomniałem, przepraszam. Nie możesz! Nie możesz nic zobaczyć... – Dorzucił, jakby nagle zdał sobie sprawę, jaką gafę popełnił, ale Cas wiedział, że to kłamstwo. Urielowi nie było przykro, powiedział to specjalnie. Uriel chciał mu przypomnieć, kim jest: ślepym nikim.

Uriel chciał go poniżyć.

Cas otworzył szeroko oczy, bo zobaczył to, na co naprawdę był ślepy: Uriel nie był w niczym lepszy od Deana Winchestera. Dean przynajmniej chciał go, chciał omegę. Nie po to, żeby się nim dzielić. Nie po to, żeby go komuś oddać. Chciał go mieć dla siebie. Chciał go kryć i krył go brutalnie, ale dał mu też ochronę Sama i Jo, kazał im się opiekować omegą. Powiedział, że nikt go nie będzie mieć, tylko on. Nikt inny, tylko alfa Winchester. Cas mógł wszystko powiedzieć o Winchesterze, wymienić wszystkie jego wady, ale jedno wiedział na pewno: Winchester nigdy by nie oddał go innemu wilkowi. Innej watasze.

Pozwolił mu odejść, ale nie oddał żadnym obcym.

Uriel go oddał. Podsunął zupełnie obcemu alfie, nie licząc się z tym, co może zrobić omedze. Nie licząc się z tym, jak omega może ucierpieć. Jak bardzo może zostać skrzywdzony. Dla Uriela Cas był tylko czymś, co pomogło mu osiągnąć cel: osłabić watahę niosącą smoczy skarb. Cas był narzędziem do zdobycia skarbu.

A teraz nie był mu potrzebny nawet do tego.

Cas stężał, gdy nadeszła kolejna myśl: jeśli Uriel zrobił to wszystko, gdy potrzebował Casa, to co zrobi teraz, gdy już go nie potrzebuje? Komu go odda tym razem? Z pewnością nie zechce zatrzymać. Cas już się domyślił, że dla watahy był tylko obciążeniem. Kulą u nogi. I to się nigdy nie zmieni. Nigdy nie przestanie być ślepy. Nigdy nie przestanie był zależny od innych. Nigdy nie przestanie się potykać i przewracać w biegu, wpadać na przeszkody. Zawsze będzie musiał polegać na czyjejś pomocy. Zawsze ktoś będzie musiał go niańczyć. A on nie ma już nic do zaoferowania. Nawet tego, co robił z nim alfa Winchester. Kto zechce wziąć omegę, który należał do innego alfy? Omega poczuł mróz w kościach.

Uriel odda go obcym. Odda lub sprzeda. I będą robić z nim to, co robił Winchester. Różnica polega na tym, że Winchester był jeden, a obcych będzie wielu. Uriel go sprzeda. Uriel kocha złoto. Pieniądze. Weźmie za niego pieniądze i zapomni o nim. Zostawi na łaskę obcych. Zostawi obcym, żeby robili z nim wszystko, co będą chcieli. I on nie będzie mógł się przed nimi obronić, tak jak nie mógł się obronić przed Winchesterem.

Przerażające myśli cwałowały w umyśle omegi jak tabun koni. Kiedyś, gdy jeszcze był szczenięciem, bardzo młodym szczenięciem, widział na prerii, podczas jednej z wiosennych wypraw watahy, cwałujące przed siebie konie. W kurzu, z rżeniem. Wielkie mnóstwo. Kilkaset sztuk. Cóż to był za oszałamiający widok! Zaparło mu dech w piersiach i chciał wyć, by dać ujście emocjom, wyciągał szyję, wspinał się na palce i chłonął wszystko, węsząc i widząc.

Konie były... zachwycające! Ich ilość i szybkość sprawiała, że kręciło mu się w głowie. Poczuł niewysłowioną wdzięczność, że może to oglądać i że Pierwszy Wilk stworzył świat, w którym są takie cuda i tyle piękna.

Jak dobrze, że starsi pozwolili szczeniętom sobie towarzyszyć i zobaczyć to wszystko. Był taki wdzięczny! A potem zobaczył, że starsi wyciągnęli jedną sztukę z obrzeża. Po co? Cas zainteresował się, zaczął się przyglądać uważniej. Na Pierwszego Wilka, jakaż ona była cudowna. Jak sprężyste miała ciało, silne mięśnie grające pod skórą pokrytą lśniącą, gładką sierścią w kolorze syropu klonowego i miodu. Jedwabista grzywa falowała od pełnych gracji ruchów, od pędu, wiatru. Smukłe pęciny i drobne kopyta, drobiące w piachu prerii. Tańczyła. Tańczyła z wilkami a one tańczyły z nią.

Po cóż ją wzięli? Tę młodą klacz? Nie mógł już oderwać od niej oczu. Był szczenięciem, naiwnym i bez żadnego doświadczenia. Nigdy wcześniej nie był na polowaniu. Nigdy nie widział zabijania. Znał tylko zabawę i śmiech, gonitwy w mateczniku, z innymi szczeniętami, pod czujnym, wyrozumiałym okiem ciotek i starszego rodzeństwa.

Tym bardziej był zaciekawiony, co się stanie z klaczą, otoczoną przez wilki z watahy: wujków i braci. Nie od razu pojął, czego jest świadkiem. Nie od razu odróżnił, że to nie zabawa. Że to nie taniec, wesoła gonitwa i śmiech z powodu zapasów na niby i łaskotek. Odseparowali ją i zagonili w wybrane miejsce, gdzie przez jakąś godzinę jeszcze walczyła, nim ją powalili i zagryźli.

Prawie zupełnie przestał mrugać. Oddychać.

Najpierw rozpruli jej brzuch i wywlekli wnętrzności. Zaczęli zdzierać skórę z zadu i kąsać grzbiet, ale nie złamali jej karku, nie przegryźli tętnic i kiedy rozbierali ją na sztuki i pożerali, w odorze jej krwi i tłuszczu, ona wciąż żyła. Patrzyła zachodzącymi bielmem oczami. Patrzyła na słońce nad horyzontem i tabun, niknący w oddali.

To było straszne. I fascynujące. Cas był szczenięciem i wilczyce trzymały go, z innymi szczeniętami, w bezpiecznej odległości. Mógł tylko patrzeć, na dorosłych i ich ofiarę, z dystansu. I w pewnej chwili klacz spojrzała na niego, spomiędzy swoich oprawców, Ponad ich głowami. Ich oczy się spotkały. Poczuł dreszcz. Był prawdopodobnie ostatnim widokiem w jej życiu. O zgrozo, ostatnim wilkiem, jednym z tych, którzy ją tak okrutnie zamordowali...

Czy dlatego stracił wzrok?

Czy to była karmiczna spłata długu, zaciągniętego przez jego watahę u Pierwszego Wilka, tamtego przerażającego dnia, pełnego bezmyślnego, niemiłosiernego zła i krwi i przemocy?

Nie byli głodni. Mieli sakwy pełne jedzenia. Mnóstwo jedzenia, nie musieli jej zabijać.

Nie dostał z tej klaczy ani kęsa.

Ale w kilka miesięcy później jego niebieskie oczy zaczęły szwankować, kontury zaczęły tracić ostrość, kolory zaczęły blaknąć, zaczęła otaczać go mgła, każdego dnia gęstsza i bardziej nieprzenikniona i nie wiedzieć kiedy oślepł zupełnie.

Właśnie teraz poczuł, że wszystko spina się klamrą: tamten dzień i dzisiejszy. Leżał jak tamta klacz, otoczony przez watahę. To nie była zabawa. To nie skończy się dla niego dobrze. Nie zagryzą go, o nie. To by był odruch litości, a Uriel nie znał takich uczuć. Nie szastał takimi gestami. Niby czemu mieliby okazać mu litość? Nie traktowali go już jak swojego (o ile kiedykolwiek tak go traktowali). Kiedy Winchester go przywłaszczył, omega przestał być członkiem swojej starej rodziny. Dla nich był teraz wyłącznie jednym z łupów. Nie najcenniejszym. Ledwie tyle wartym, za ile da się go spieniężyć.

Świat był okrutny dla pięknych, młodych klaczy. I dla ślepych omeg.

 

 

A wolność przeminęła jak jedno popołudnie i pół nocy. I znów nie należał do siebie.

 

 

 

 

Chapter Text

– Co z nim zrobimy? – spytał Phehiljah, usłużnie podając Urielowi bukłak z wodą. – Zostawimy? Żeby nas nie opóźniał, jak tamtych?

Uriel nie raczył na niego spojrzeć. Przywołał dłonią Zachariasza, jednego ze starszych i coś mu naszeptał do ucha. Zachariasz skinął i pobiegł w las. Phehiljah zerknął na stojącego opodal Gabriela, opartego o sosnę z tym swoim ironicznym uśmieszkiem. Gabriel, kość w gardle Phehiljaha. Stosunkowo mały, niższy nawet od tego ślepego kaleki, drobny i z pewnością fizycznie słabszy niż większość wilków w watasze, Gabriel trzymał się z boku. Częściej go nie było niż był. Biegał gdzieś, wracał, coś załatwiał... Phehiljah myślał o nim jak o chłopcu na posyłki: kiedy trzeba było posłać kogoś do Winchestera, żeby dowiedział się o los Casa, nikt nie pomyślał o nikim innym jak właśnie o Gabrielu.

Chłopak na posyłki, pomyślał Phehiljah, oto kim jest. Miał jednak poważanie u starszych. Pozwalali mu na wiele. Zbyt wiele, jak na gust Phehiljaha. Wszystko mu uchodziło płazem: głupie żarty, docinki, ironiczne uwagi, nawet pod adresem najważniejszych wilków. Błazen, irytował się Phehiljah, obserwując jak Gabe podnosi plecak Casa i szpera w nim z ciekawością. Wyjmuje słodki baton, rozpakowuje i wsadza prawie cały od razu do ust a kilka innych upycha po kieszeniach, na końcu ograbiony plecak odrzucając w krzaki.

Phehiljah nie przesadzał, mówiąc, że śmierdział alfą Winchesterem. Tak jak omega. Czuć go było całego. Dosłownie przesiąknął tą wonią. Nie tylko smrodem watahy, ale też tą słonawą wonią spermy i krycia. Oczywiście, że wiedzieli, czego doświadczał omega. Co innego mógłby robić? Od tego są omegi. Do tego służą.

Liczyli, że Winchester zajmie się nim na tyle intensywnie, że straci poczucie czasu. Osłabi swoją czujność. Słaby, zajęty omegą alfa to słaba, wystawiona na niebezpieczeństwo wataha. Uriel świetnie to rozpracował.

Phehiljah przyjrzał się omedze, wciśniętemu w zagłębienie ziemi między odsłoniętymi korzeniami zwichrowanej sosny. Cóż za godne pogardy stworzenie. Ani silny, ani szybki. Ślepy. Wataha utrzymywała go od dzieciństwa – mimo jego ślepoty – ze względu na babkę Annę, starą waderę, która miała do niego wyraźną słabość, ale po jej śmierci kilka lat temu przestali się z nim cackać. Nie wiadomo było, co z nim zrobić. Porzucić? Zabić? Oddać? Ale komu? Kto by chciał wziąć takie niepotrzebne nikomu nic?

Omega wydawał się nie dostrzegać jak źle go traktują. Wychodził z siebie, żeby być użytecznym w mateczniku. Pomagać wilczycom. Towarzyszył szczeniętom, starszym, wykonywał drobne posługi, bo tylko z tym jakoś sobie radził. Schodził silniejszym z drogi. Odpowiadał uprzejmością na zaczepki, nie reagował na żarty. Odsuwał się, jeśli ktoś mu dokuczał. Trzymał się – podobnie jak Gabe – na uboczu, ale z roku na rok, z miesiąca na miesiąc jego pozycja spadała i spadała w hierarchii. Z ostatniej stała się jeszcze gorsza, a czy to w ogóle jest możliwe? W przypadku tego omegi było.

A on był ślepy. W każdym znaczeniu. Zdawał się nie dostrzegać, że jest coraz bardziej wyrzucany poza nawias. Każdy odruch życzliwości przyjmował z wdzięcznością, każdy przejaw troski odpłacał z nawiązką – i to było tak irytujące, w ocenie Phehiljaha. Jakby nie dość spotykało go upokorzeń.

Niemniej, może właśnie tą swoją uprzejmością zaskarbiał sobie jeszcze resztki sympatii niektórych członków rodziny. Nielicznych przyjaciół: Balthazara, rówieśnika, sprytnego wilka o wesołym usposobieniu. Anny, która dostała imię po babce. Phehiljah podejrzewał, że także Gabriel na swój pokręcony sposób miał do niego słabość, chociaż najczęściej to właśnie on robił mu kawały i bezlitośnie naśmiewał się z jego ślepoty, wystawiając go niezliczone razy na kpiny całej watahy. Ale to również on najmocniej protestował, gdy Uriel wyjawił im plan.

Sprytny i przebiegły plan, wykorzystujący zainteresowanie Winchestera ich omegą, dostrzeżone na jednym z postojów w Cold Creek, małym miasteczku zasiedlonym w części przez ludzi, w części przez kilkuosobową, spokojną i zasymilowaną watahę, prowadzącą bar i kemping dla podróżujących wilków. Ludzie, zupełnie niczego nieświadomi, obozowali wspólnie z watahami, których szlaki przecinały się tu i z tego względu miejsce to było objęte pokojowym porozumieniem, które z reguły szanowano. Nieliczne awantury kończyły się zwykle niegroźnymi siniakami i złamaniem paru nosów gdzieś na tyłach baru a potem wspólną popijawą i pijackim wyciem nad ranem do księżyca, o ile akurat nie było nowiu.

Zainteresowanie Winchestera nie rzucało się w oczy. Jeśli ktokolwiek mógł coś wywąchać, to właśnie Gabriel. Istotnie, już koło północy zauważył, że coś jest na rzeczy. Nieco wstawiony rzucił kilka dwuznacznych uwag. Kilka żarcików. Trudno się było dziwić, to rzeczywiście było śmieszne. Taki alfa jak Dean Winchester przypatrujący się ich omedze? Ślepemu kalece, który nawet nie siedział z nimi przy jednym z długich stołów, ale stał w kącie pod oknem, sącząc przez cały wieczór piwo korzenne, jedno jedyne na które zezwolił mu Uriel.

Z początku myśleli, że Gabriel przesadza po pijaku. Że obcego alfę po prostu zaciekawił odmieniec, wybryk natury, który warto zobaczyć, bo jest zbyt dziwaczny, zbyt rzadki, zbyt odstręczający, by minąć go bez rzucenia okiem. Żeby potem móc wspomnieć o nim znajomym. Ślepy wilk. Tak, to wyczerpywało definicję dziwacznego, rzadkiego, odstręczającego obiektu zainteresowania, tematu przyszłych plotek i żartów przy ognisku i piwie. A pamiętasz watahę z tym ślepym wilkiem? Ha, ha, ha... Cóż za cudak!

Ale Winchester nie wydawał się zdegustowany czy rozbawiony. Był zainteresowany. I Zachariasz potem szeptał coś na ucho Urielowi, a Uriel najpierw się zdziwił, potem zniesmaczył, potem kiwał głową i w końcu obaj szeptali i szeptali długo, długo, nawet kiedy ten Winchester zabrał swoich i ruszył w noc.

Ich ostoja rozciągała się od wschodniej granicy Cold Creek w głąb Parku Narodowego, wzdłuż rzeki i dalej. I okazało się, że drugim brzegiem podąża wataha Winchestera. Dzieliła ich tylko rzeka. Czy już wtedy Uriel i starsi wiedzieli, co tamci niosą? Phehiljah nie miał pojęcia. Takich rzeczy nikt mu nie mówił. Czy już w tym barze mieli na nich oko? Zapewne tak, zapewne po to się tam znaleźli - szukając sposobu na Winchestera. Phehiljah wtedy nie wiedział nic o tej watasze. O smoczym skarbie - to wiedzieli tylko starsi. Może nawet nie wszyscy. Może tak naprawdę tylko Uriel, Zachariasz i oczywiście Gabriel. On zawsze wiedział wszystko pierwszy.

W każdym razie to nie kto inny jak on odkrył dziwaczne i zaskakujące zainteresowanie Winchestera ich głupim omegą. Zachariasz stwierdził, że przy najbliższej okazji można by mu go podsunąć. Uriel się zgodził. Geniusz tego rozwiązania teraz, gdy już wszystko stało się dla niego wiadome i jasne, porażał Phehiljaha. Załatwiał tyle problemów na raz: Winchester miał otrzymać prezencik, który po rozpakowaniu zajmie go i rozproszy jego uwagę tak, że straci tempo marszu i zacznie podejmować głupie decyzje. Spowolni watahę. Ułatwi im śledzenie ich i podążanie za nimi. Jeśli mieliby dość szczęścia, ewentualne błędy Winchestera mogły zacząć wpływać na relacje z innymi wilkami, siać ferment a może nawet wywołać niesnaski i bunt? W każdym razie omega miał wbić się w rodzinę Winchesterów jak klin a oni tego potrzebowali, bo to była duża i silna rodzina i musieli użyć wszystkiego, co mogło dać im nawet chwilową przewagę. Poza tym omega wreszcie mógł się przysłużyć watasze. Wreszcie miał okazję odpłacić za lata, kiedy wataha utrzymywała go i opiekowała się bezużytecznym kaleką. Na końcu zaś – pozbywali się kłopotu. Omega miał zostać przejęty przez inną watahę i niech oni teraz się nim zajmują, karmią, bronią, niech robią z nim co chcą. Wszystkie puzzle idealnie się ułożyły!

I nagle Gabriel zaczął mędzić, że to ryzykowne. Że omega sobie nie poradzi. Że powinni wynaleźć inny sposób. Że Winchester nie da się złapać na ten podstęp. Że to grubymi nićmi szyte, narzekał, nie bacząc, że krytykuje Zachariasza i samego Uriela, który wysłuchiwał go z coraz bardziej chmurną miną. Phehiljah nigdy nie odważyłby się tak otwarcie skrytykować Uriela, przed innymi starszymi. Ale, jak już zauważył, Gabrielowi wiele uchodziło na sucho. Jednak i on musiał wreszcie ustąpić.

Omega został wystawiony Winchesterowi.

Phehiljah czasem, w chwilach prywatności, wspominał krzyk omegi i zduszone jęki, gdy Winchester krył go pierwszy raz. Zamieszanie. Ponaglające okrzyki. Woń seksu, strachu, przemocy. Ostra i intensywna, która docierała aż tam, gdzie stał Phehiljah, przyczajony w ciemności. Od tych wspomnień krew krążyła w nim żywiej. Czasem zamykał oczy i starał się odtworzyć w pamięci te głosy i zapach. Czuł podniecenie.

Chciałby tak dosiąść omegi, niekoniecznie tego tu, jakiegokolwiek. Wgryźć się w kark, słuchać błagań, by przestał i nie przestawać. Wiedzieć, że sprawia ból i chcieć więcej. Żeby omega wił się pod nim, kręcił tyłkiem, próbując się wyrwać i piszczał, gdy kolejne pchnięcia biodrami rozpychają mu tyłek. Czyż nie do tego służą omegi?

Phehiljah żałował, że jego wataha nie miała omegi, z którego mogliby tak korzystać. To była jedna z wad Uriela. Nie folgował żądzom młodszych wilków. Był tradycjonalistą: tylko alfa miał prawo krycia. I uznawał krycie tylko wilczyc. Może dlatego tak pogardliwie wyrażał się o Winchesterze. Namiętność do innego wilka, chłopca, była czymś, czego Uriel nie potrafił pojąć. Nie pojmował też, że inne watahy pozyskiwały obce omegi, spoza rodziny i utrzymywały wyłącznie dla przyjemności. Mawiał, że to ludzkie zwyczaje, nie wilcze i takie nowinki psują i wywracają ustalone od wieków porządki.

Phehiljah nie miałby nic przeciwko odświeżeniu porządków.

Tymczasem mógłby skorzystać nawet z tego ślepego śmiecia, mimo łączących ich więzów krwi (i Phehiljah niechętnie myślał o tym, że naprawdę w ich żyłach płynie ta sama krew), cuchnącego Winchesterem i zapewne jeszcze mokrego od jego nasienia. Zapewne były kryty nie dalej niż wczoraj i wciąż musiał w sobie mieć jego spermę – fantazjował Phehiljah, czując przyjemne napięcie w podbrzuszu. Gdybyż się tak wcisnąć w to samo miejsce, które kilka godzin temu zajmował Winchester? I zrobić to jego omedze? Zepsuć go. Zrobić to mocniej, gwałtowniej niż Winchester. Przebić go brutalnością. Żeby omega drapał ziemię z bólu i zanosił się spazmem, ze szmatą w gardle, zagłuszającą wrzaski. Żeby po wszystkim – porównując ich obu – wiedział, kto miał większe jaja. Alfa Winchester czy on, Phehiljah. Tak, chciałby udowodnić omedze, że potrafi przebić Winchestera. Że Winchester to kaszka z mleczkiem przy tym, co on mógłby mu zgotować.

Wystarczyłoby zostać z omegą, pod pozorem opieki. Jeśli wataha ruszy za Winchesterami, a omega zostanie, żeby nie opóźniać. Nie może zostać przecież sam. Ktoś musi go przypilnować. Czemu nie Phehiljah?, pomyślał.

Czemu właściwie Winchester go zostawił?

Czyżby się znudził omegą? Czyżby uznał, że ma dość zabawy? Czyżby omega zrobił coś, co się nie spodobało Winchesterowi? Phehiljah wzruszył ramionami. Pewnie Winchester zorientował się jakim bezużytecznym śmieciem jest ten ślepiec.

I co z tego, że miał przyjemną twarz? I te niebieskie oczy, wielkie i udające, że widzą? Och, nie był piękny. Wcale nie. Był przeciętny. Zaledwie przeciętny... Zupełnie... przeciętny... – Phehiljah przełknął ślinę, studiując zarumienione policzki Casa i ciemne włosy, zmierzwione i wijące się delikatnie na końcach. Długą szyję i drobny kark... Alfa musiał gryźć go z upodobaniem. Omega miał nawet opatrunek, ale Uriel kazał go zerwać i Phehiljah dokładnie sobie obejrzał każdy siniak i wybroczyn. Tyle ugryzień. Na szyi. Na ramionach. Na barkach. Nawet na kościach obojczykowych. Na nadgarstkach. Wokół sutków – zobaczył to, kiedy Uriel kazał omedze zmienić ubranie, gdyż drażnił go smród innego alfy.

Zastanowił się, czy znalazłby takie ślady również na udach, biodrach... Na tyłku omegi?

Tyłek omegi. Phehiljah oblizał wargi. Co robił z nim Winchester? Phehiljah przymknął oczy, skupiając się na dźwiękach i woniach, które odtwarzał w kółko w pamięci, ze wspomnień tamtej nocy. Wyobraził sobie nabrzmiały, sztywny członek wciskający się w zupełnie nieprzygotowany otwór, ściśnięty strachem. Między mięśnie broniące dostępu do śliskiego, gorącego wnętrza. Dlatego omega tak krzyczał i płakał. Winchester wbił się w niego przemocą.

Omega nigdy nie był kryty. To był jego pierwszy raz. Phehiljah był pewien, że to był jego pierwszy raz. I to jaki pierwszy raz! Z fajerwerkami! To dopiero, rozdziewiczyć się na oczach wszystkich, trzymany przez tyle rąk, przyduszony twarzą do ziemi, z tyłkiem podciągniętym do góry, wystawionym tak, by pod jak najlepszym kątem dla alfy przyjąć to, co alfa chciał mu dać. Całe to wielkie rżnięcie.

Phehiljah poczuł zazdrość. Gdyby on tak mógł, jak alfa... Wsadzić to, co teraz mu zesztywniało w spodniach... Potarł się palcami przez tkaninę, czując falę ciepła napływającą do pęczniejącej główki członka. Zagryzł wargę. Jeszcze moment i nie będzie odwrotu. Będzie musiał odejść gdzieś w krzaki, między drzewa i ulżyć sobie dyskretnie, wstrzymując oddech i jęki, aby nie wzbudzać zainteresowania innych. A mógłby przecież użyć omegi. Gdyby nie przestarzałe poglądy Uriela... Mógłby go poużywać, jak używał go Winchester. Gdyby Uriel był trochę nowocześniejszy. Co by to szkodziło? Jakże korzystnie mogłoby wpłynąć na młode wilki, gdyby mogli po całym dniu oddalić się od watahy, wziąć omegę między siebie i wyżyć się z całego stresu, z napięcia? Czy to takie złe?

Z pewnością byliby potem spokojniejsi. Lepiej by spali. Mieliby lepsze humory. I omega by na tym skorzystał. Nie byłby już taki bezużyteczny. Zarobiłby na swoje utrzymanie. Wreszcie miałby jakąś wartość. Zadanie do wykonania. Opiekowanie się dziećmi czy starszymi? To rola wilczyc i niedorostków, którzy wyrośli z pieluch, ale nie mogą jeszcze uczestniczyć w polowaniach. Omega służyłby młodym wilkom, takim jak Phehiljah. Czy to takie trudne? Klęknąć, wypiąć się i poczekać, aż skończą? Ślepy omega i tak nie potrafił więcej, nie mógł więcej.

Wreszcie nie byłby darmozjadem.

– Jakie kosmate myśli tym razem łażą ci po głowie? – Gabriel pojawił się tak nagle, że Phehiljah podskoczył przestraszony, odrywając gwałtownie dłoń od krocza.

– Żadne, spadaj!

– Węszę dzikie fantazje... – Gabriel zmrużył oczy wyzywająco i przesunął wzrokiem po ciele Phehiljaha, zatrzymując się na wybrzuszeniu poniżej paska. – Tak cię podniecił zapach Winchestera? Pozazdrościłeś omedze?

Phehiljah sarknął ze złością, ale nie odpowiedział. Nie chciał prowokować Gabriela, jeśli nie było to konieczne. Gabriel miał tę wstrętną cechę, że potrafił każde słowo obrócić na swoją korzyść. Każdy przytyk, każdą zniewagę odbijał i wykręcał tak, że trafiała z powrotem w adwersarza. To już lepiej było nic się nie odzywać, nie dawać mu okazji. Odwrócił się, zgarniając rzeczy omegi.

– Uriel kazał to spalić. – Potrząsnął naręczem i na nieco sztywnych nogach odszedł w stronę małego ogniska.

Gabriel popatrzył za nim a potem usiadł koło omegi. Podał mu batona, sam rozpakował drugiego dla siebie i zaczął jeść.

– Mówiłem ci, że las jest pełen złych wilków. I chyba wpadłeś z deszczu pod rynnę – powiedział cicho, prawie wesoło. Cas zacisnął palce na batonie, ale nie rozdarł papierka. Przełknął ślinę.

– Co chcecie zrobić?... – spytał prawie niesłyszalnie. Z napięciem.

– Słyszałeś. Uriel chce ich wybić do nogi i zabrać smocze złoto.

– Ze mną. Co chcecie zrobić ze mną?  – Cas odwrócił twarz w stronę Gabriela, jakby chciał mu się przyjrzeć. Czasem naprawdę ciężko stwierdzić, że on naprawdę nie widzi, pomyślał Gabriel, wpatrując się w błyszczące, żywe oczy pod zmarszczonymi w skupieniu brwiami. Cas przechylił głowę na bok w maksymalnej koncentracji.

– Nie wiem. Sprzedadzą cię drwalom? – Gabriel dokończył jeść batonik, zgniótł papierek i rzucił przed siebie. – Co prawda drwale woleliby cycatą blondynkę, ale na bezrybiu i rak ryba. Nie martw się, jest ich tylko jedenastu. Nie będzie tak źle. – Zaśmiał się rechotliwie. – Na pewno dadzą ci odetchnąć, jak puszczą ci zwieracze. Nic tak nie psuje romantycznego nastroju jak smród gówna na prześcieradle...

Cas nie dał po sobie nic poznać. Tylko mocniej ścisnął batonik.

– Chociaż nie spodziewałbym się u drwali prześcieradeł. – Gabe rozpakował drugi batonik i odgryzł kęs. Żuł przez chwilę, zanim powiedział – przekonałem Uriela, żeby zostawił cię z Anną, kiedy ruszymy. Będziesz mieć jedną, jedyną okazję. Użyj jej mądrze, samotny wilku. Teraz nie należysz już do żadnej watahy i jesteś zdany tylko na siebie.

Poklepał go po ręku i odszedł.

Cas zacisnął powieki.

Tak się cieszył, gdy Dean Winchester pozwolił mu odejść. Tak się cieszył, że był żywy i wolny. Był mu nawet wdzięczny. Był na tyle wdzięczny, że żałował, że mu nie podziękował. Teraz nienawidził Winchestera bardziej niż kiedykolwiek. Powinien okazać mu więcej łaski, powinien był go zabić. Powinien był skręcić mu kark. Wtedy Cas byłby naprawdę wolny. Wolny, bo martwy.

Chapter Text

Godzinę po odejściu Casa przekroczyli rzekę na brodzie i ruszyli szlakiem na przełęcz. Dean wybrał najtrudniejsze podejście, przez Orlą Perć. Dwadzieścia osób obciążonych ładunkiem. Nie był przekonany do tego rozwiązania, ale poddał się argumentom Sama i Bobby’ego. Mieli rację. Zbyt dużo czasu stracili, zbyt dużo drogi nadłożyli. Jeśli tylko dotrą do Orlej Perci będą praktycznie w domu – zejdą w dolinę, która już była za granicą ich ostoi. Będą na swoim terenie. Dean liczył, że jeśli nie zmitrężą na postojach i utrzymają tempo, do południa dotrą do Perci, a następnego dnia powinni być już w dolinie.  

Ale się denerwował.

Czuł, że coś jest nie tak. Oglądał się i krążył wokół watahy, sprawdzając jeszcze raz, czy wszyscy są, czy wszyscy wiedzą, co mają robić, czy nikt nie zgłasza jakiś alarmów. Jeszcze raz i jeszcze raz, wszystko dobrze sprawdzić. Podchodził do każdego i sprawdzał plecaki, napięcie pasków, zapięcia, obciążenie. Kazał przeładować część sprzętu z plecaka Ellen do plecaka Popielca i wykrył rozprucie w mocowaniu u Gartha.

Zebrał ich jeszcze na chwilę i ponownie, obiecując sobie i im, że to naprawdę ostatni raz, powiedział:

– W razie czego, w razie niebezpieczeństwa, zostawiacie ładunek i zmykacie. Jasne?

– Jasne, jasne... – potwierdzili chóralnie, pochrząkując i przewracając oczami do siebie, jak znudzeni uczniowie na szkolnym apelu.

– Bez min! – Zwrócił im uwagę. Podniósł palec. – Nie chcę sprzątać żadnych trupów, tylko dlatego, że komuś się wydaje, że to – podniósł jeden z plecaków – jest ważniejsze.

– Możemy już ruszać? – Popielec wypluł przeżutą bryłkę tytoniu i spojrzał na alfę, odchylając się na piętach do tyłu. – Bo mi jaja zmarzły, tak się ochłodziła atmosfera.

– To nie atmosfera, to twoja owulacja! – Prychnął Dean, pokazując mu środkowy palec. Wszyscy się roześmieli. – Dobra, wataha, dupy w troki i jazda. Garth! Zrobiłeś już coś z tym rozdarciem? No, to co się guzdrasz? Mam ci zrobić kurs cerowania? – Podszedł i sprawdził, skrzywił się. – Odwaliłeś prowizorkę.

– Prowizorki są najtrwalsze! – mruknął Garth, pociągając silnie za uchwyt, żeby udowodnić alfie, że nie ma powodu do niepokoju. – Jeszcze mnie przeżyje i moje wnuki.

– Oby. Ganiaj. Trzymaj się blisko Popielca i Kevina. – Klepnął go w ramię, pomógł założyć plecak i przypilnował, żeby nikt nie został w tyle. Jeszcze raz, naprawdę ostatni, obejrzał się na rzekę i las za nią, gdzie (mniej więcej) zostawił omegę.

Miał cholernie złe przeczucia.

Stali na ziemi należącej do tego stukniętego Franka. To był człowiek. Cywil, nie wilk, ale orientował się w sprawach wilków i wiedział, że jego ziemia graniczy z Winchesterami i kto oni zacz. Niby nie był wrogiem, utrzymywali coś w rodzaju paktu nieagresji, ale był strasznie narwany. Jeździł wojskowym łazikiem z demobilu, chyba jeszcze z czasów wojny w Wietnamie, z zawsze naładowanym sztucerem, gotowym do strzału i zachowywał się, jakby tylko czekał na okazję do położenia paru sierściuchów, jak miał w zwyczaju ich nazywać.

Dean przykazał swoim, by nie reagowali na prowokacje, nie wchodzili mu w drogę, bo nie chciał mieć nikogo na sumieniu. Większość wilków nie miałaby problemu z zagryzieniem człowieka, który atakuje, nawet uzbrojonego. Ale Frank był klasą samą w sobie – to był wyjątkowy świr. Certyfikowany. Podobno kilkanaście lat spędził na różnych oddziałach psychiatrycznych, leczących zespół stresu pourazowego u weteranów. Chyba nie osiągnęli zbytniego sukcesu w jego terapii. Dean podejrzewał, że jego indiańskie imię brzmiałoby: Ostryzespółurojeniowy.

Nie kupił tej ziemi. Odziedziczył. Kompletny dzikus. Żył... hm, prawie jak wilki. Cholernie dobrze polował. Nie znosił na swoim terenie obcych. Kiedyś postrzelił listonosza, który wlazł mu na teren z przesyłką poleconą. Myśliwi i grzybiarze już dawno zaczęli się wzajemnie ostrzegać, żeby się przypadkiem nie zaplątać poza granicę wyznaczoną przez żółte ostrzegawcze tabliczki: własność prywatna. Wstęp wzbroniony.

Jedyna osoba, przed którą Frank czuł pewien respekt to lokalna szeryf, Jody Mills. Tylko ona potrafiła podjechać służbowym dżipem pod jego dom, zbesztać go za zastawione wnyki, przypomnieć o okresach ochronnych, postawić na schodach torbę zakupów i kazać mu się ogolić, bo straszy zwierzęta.

– Mamy ciężarną niedźwiedzicę w lesie. Chyba nie chcesz, żeby poroniła na twój widok, stary capie? – powiedziała ostro.

– A myślisz, że kto jest ojcem? – warknął i zajrzał do torby. – Zapomniałaś śmietanki.

– Nie było.

– To jak mam pić kawę? – burknął z pretensją.

– Czarną? – Jody rozejrzała się po obejściu.

– Lubię ze śmietanką! I z cukrem... – Zabrał zakupy do środka, mamrocząc pod nosem niezadowolony. - Czarna jest paskudna, mam po niej zgagę.

– Kupiłam lizaki. – Jody zajrzała do koszyka na werandzie. Na suszonej trawie i liściach leżały pracowicie wyzbierane po gniazdach jaja różnych gatunków.

– Co tam szperasz? – Frank wrócił, podał jej zimny napój, podobny do piwa, który sam pędził w szopie za domem. – Wścibska jesteś jak wszystkie baby.

– A ty się niby tak znasz na babach? Wszystkich? – Pociągnęła łyk. Nie pytała, z czego on to pędzi, ale było dobre. Uch, pyszne, zwłaszcza w taki ciepły letni dzień, kiedy tyle godzin spędziła w nagrzanym jak piekarnik wozie, przyklejona spoconymi plecami do taniej tapicerki ze skaju.

– Byś się zdziwiła, jaki doświadczony jestem – mruknął chełpliwie, stając obok niej. Oboje gapili się na las. – Ktoś mi się po terenie włóczy chyba... – Zmienił temat.

– Myśliwi?

– Iii. Chyba nie. Za szybko, skurwikołki, się przemieszczają.

– Frank, na litość...

– Wiem, że nie wierzysz! – Zdenerwował się. – Ale powiadam ci, że to są te zapchlone sierściuchy!

– Wilkołaki? – Jody aż się opluła ze śmiechu a resztka napoju poszła jej nosem. – Dałbyś już spokój tym Winchesterom. – Otarła się, sprawdziła, czy będzie mieć plamy na mundurze i znów pociągnęła łyk, tylko mniejszy. – Są prawie tak samo stuknięci jak ty, ale nikomu nie wadzą i nie znam spokojniejszych...

– Zboczeńców. – Dokończył za nią. – Komuniści.

–  Nie komuniści, tylko komuna. – Zwróciła mu uwagę, ale przerwała. Tyle razy już o tym rozmawiali, to stawało się nudne. Z początku i ona miała różne podejrzenia wobec tych całych Winchesterów. Kiedy zaczęli się tu zjeżdżać różni i mieszkać z nimi razem, w wielkim drewnianym domu, w dolinie... Bała się, że to jakaś sekta. Że zaczną sprowadzać nieletnie dziewczęta i głosić rewelacje o nadchodzącym końcu świata. Brać narkotyki, sprzedawać ręcznie szyte kołdry i gliniane kubki, śpiewać dziwne piosenki a w końcu popełnią zbiorowe samobójstwo, albo wyprawią inną głupotę, co sprawi, że ich małe hrabstwo stanie się medialną stolicą wszystkich okolicznych świrów. Jakby mało im było Franka.

Ale wszystkie obawy okazały się płonne. Winchesterzy i reszta ich klanu (który z roku na rok pęczniał od nagle odnalezionych kuzynów i kuzynek) byli spokojni, normalni, co sobota robili ogromne zakupy w lokalnym sklepie, przy czym były to najzwyklejsze środki czystości, żywność, gazety i inne rzeczy potrzebne w każdym gospodarstwie pełnym ludzi. Co piątek wpadali na kilka kolejek do baru, nie upijając się i nie robiąc awantur. Kobiet było mniej niż mężczyzn, zaledwie kilka, ale Jody zauważyła, że wszystkie są zdrowe, silne i cieszą się szacunkiem pozostałych. Nic nie wskazywało, by były przetrzymywane siłą lub wykorzystywane, jak można było podejrzewać, jeśli chodzi o takie komuny.

Jody była wyczulona. Nie znosiła przemocy wobec słabszych. W podległym jej terenie nie zdarzały się takie rzeczy. Kiedyś pewien drwal, przyjezdny i jeszcze nie znający zbyt dobrze szeryf Jody, pomieszkujący na kempingu w stalowej przyczepie, z żoną i małym synkiem, próbował dyscyplinować rodzinę za pomocą pasa. Raz się też zdarzyło, że ganiał ich wokół przyczepy kompletnie pijany, z siekierą w dłoni. Ktoś zauważył, zadzwonił do pani szeryf. Jody akurat była zajęta pieczeniem szarlotek na festyn z okazji czwartego lipca i nie była zadowolona z takich rodzinnych porządków.

Dziś drwal z żoną mieszkali w wynajmowanym mieszkaniu w miasteczku. Syn podrósł i dojeżdżał do średniej szkoły w pobliskim większym mieście. Okazało się, że bez awantur w domu chłopak ma czas i spokój, żeby się uczyć. Zdolny z przedmiotów ścisłych, zapowiadał się na inżyniera. Ojciec dostał lekcję, że agresja nie rozwiązuje żadnych problemów. Paskudny wypadek z tą siekierą. Tak nieszczęśliwie się omsknęła... Jody odwiedziła go potem w szpitalu i zapowiedziała, że jeśli jeszcze raz uderzy żonę albo syna, to będzie musiał zacząć zbierać na protezę drugiej stopy. Tej która mu została. A ma jeszcze kolana i obie ręce, gdyby dalej nie potrafił się powstrzymać od przemocy. Drwal obiecał, że jak najbardziej się powstrzyma. Słowa dotrzymał. Zresztą, trudno by mu było teraz biegać z siekierą na jednej nodze...

– To inni! – Upierał się Frank. – Cuchną inaczej i zostawiają inne ślady. Poza tym te nasze sierściuchy trzymają się swoich terenów.

– Nasze? – Jody dopiła resztkę i odstawiła szklaną butelkę na drewnianą belkę, pełniącą funkcję poręczy.

Frank wzruszył ramionami. Z dwojga złego wolał swoich wilkołaków niż cudzych.

– A zauważyłaś, że ich coś ostatnio nie ma? – Wytknął jej nagle. – Zniknęli z miesiąc temu.

– Może pojechali na wakacje?

– Srali muchy! Coś długo ich nie ma. Miesiąc! I wszyscy na raz pojechali? A domem kto się zajmuje? – Podparł się pod boki, cały w pretensjach. – Nie podoba mi się to! Wcale mi się to nie podoba!

– Martwisz się o nich? – Jody zagryzła wargę, żeby się nie uśmiechnąć. – O... wilkołaki?

– E, głupia jesteś, jak wszystkie baby! – Frank zabrał butelki, odniósł do sieni i wrócił, nasadzając włóczkową czapkę (w środku lata!, westchnęła Jody). – Sierściuchy, nie sierściuchy, ale sąsiady! Trza by sprawdzić, czy się im ta co nie przytrafiło, nie?

– I co chcesz? Pojechać tam? Toż to pół dnia przez przełęcz. Ciężkiego marszu! – Gwizdnęła. – A naokoło to ze dwa dni jazdy samochodem!

– Zdygałaś? Taki z ciebie stróż prawa? – Frank zdjął z kołka sztucer, sprawdził, czy nabity, wcisnął paczkę nabojów do kieszeni, drugą do drugiej i wsiadł do łazika. – Dawaj, znam tu parę ścieżek. Jedź po moich śladach. Chyba potrafisz?

Jody pokręciła głową, ale ruszyła do dżipa. Jeśli to miało uspokoić Franka? A zresztą, w domu nikt na nią nie czekał i mały objazd okolicy nie zaszkodzi, pomyślała. A ci Winchesterzy? Faktycznie. Frank ma rację. Jak mogła nie zauważyć, że tyle ich już nie ma?

Teraz i ona się trochę zaniepokoiła.

 


 

Dean zarządził krótki postój. Wciąż miał wrażenie, że coś przeoczył. Coś zostawił, w tyle, czego nie powinien gubić. Co nie powinno znikać mu z oczu. Takie irytujące wrażenie, jak wtedy, kiedy próbujesz sobie przypomnieć tytuł piosenki i nie możesz. Albo masz jakieś słowo na końcu języka... Takie słowo. Albo imię.

Na przykład... Cas.

Takie imię na przykład.

Na końcu języka.

Był podminowany i niespokojny. Coraz mocniej zdawał sobie sprawę, że nie powinien pozwalać omedze zostać samemu w tym lesie. To był cholernie głupi pomysł, żeby omega zostawał sam. Zostawił go samego w terenie, którego omega nie znał! Omega jest ślepy. Omega nie potrafi sam o siebie zadbać. W którą stronę pójdzie? Zostawili mu plecak z jedzeniem i wodą, ale to tylko na dwa, może trzy dni. Co zrobi później? Zgubi się w lesie? Nie wróci do swoich, bo jak? Po śladach watahy? Za trzy dni nie zdoła ich już wywęszyć.

Głupku! Czemu go zostawiłeś!, wrzasnął w myślach, wściekły na siebie. Nagle poczuł lodowaty ślizg paniki na karku. Frank! A jeśli omega natknie się na Franka i jego sztucer? Cholerny omega. Idiota. I on też idiota, że mu pozwolił. Dwaj idioci. Bobby miał rację.

Ale jak mógł mu odmówić?

Omega chciał się zabić przez niego. Gdyby mu nie pozwolił odejść... Co mogłoby się stać? Coś gorszego niż Frank? Może coś gorszego.

Dean kopnął kamień. Złapał jakąś gałąź i złamał wściekle na pół. I jeszcze na pół i jeszcze, na drobne kawałeczki, zanim trochę się uspokoił. Głupi omega!, fuknął. Miałem się tobą opiekować. Jak mógł się opiekować omegą, skoro omega odszedł? Ale on obiecał. I co?  Ma złamać swoje przyrzeczenie, bo omega strzelił focha i zniknął? Na Pierwszego Wilka! Co za dureń z tego chłopaka. A jeśli coś mu się przydarzy? Dean w życiu sobie nie podaruje. Zabrał go od jego watahy. Zabrał go rodzinie. Przeciągnął przez pół kraju. A potem po prostu pozwolił mu zostać w obcym lesie. SAMEMU. Dean kucnął, chowając twarz w dłoniach. Że omega był głupi i nie potrafił przewidzieć konsekwencji swoich głupich decyzji – to było zrozumiałe. Ale że Dean na to pozwolił? Że się na to zgodził?

– Na mózg ci padło?! – wrzasnął, wcale nie w myślach, tylko na głos. –  Co z ciebie za alfa, który porzuca najsłabszego członka watahy?

Dean wstrzymał oddech, kiedy zdał sobie sprawę z czegoś jeszcze: porzucił nie tylko członka watahy. Porzucił kogoś, na kim mu zależało. Bardziej niż na innych. Bardzo. Może tak, jak na nikim wcześniej. To była dziwna i przerażająca myśl, ale zanim zdążył się z nią jakoś oswoić usłyszał nad sobą zdyszany głos:

– Dean - powiedział Sam z trudem. – Jo zniknęła.

– Co?

– Nie ma jej. Nie ma. Zniknęła – oznajmił, ocierając pot z czoła. – Wydaje mi się, że zawróciła do rzeki.

– Do omegi?

– Jest jeszcze coś. – Sam oparł się rękami na kolanach, odpoczywając. – Ktoś nas śledzi. Chyba jego starego wataha.

Chapter Text

– Hej, Cas... Cas... – szept cichy jak powiew wiatru dobiegał z prawej strony. Cas podniósł głowę, nasłuchując. Znał ten głos. Chyba... Nikt z watahy. Ale to niemożliwe. Kto inny mógłby go wołać w otoczeniu watahy? – Ej, Cas?

– A ty gdzie? – Phehiljah chwycił go za kark i zawrócił do siebie. Cas stulił ramiona i głowę, w obawie przed uderzeniem. Umiał już rozpoznać ten rodzaj napięcia mięśni i głosu u kogoś, kto chciał go bić. Zbyt często obrywał, żeby się nie nauczyć. Odruchowo podniósł ramię, osłaniając twarz.

– Siku... – powiedział, starając się brzmieć spokojnie. Nie lubił swojego głosu, gdy się bał. Wiedział, że innych bawi jego strach i gdy tylko zauważali, że mogą go przerazić, zachowywali się jeszcze groźniej i bardziej brutalnie. Wtedy on bał się bardziej a oni zachowywali się gorzej. Za wszelką cenę musiał wziąć się w garść i nie pokazać temu wilkowi, że ma nad nim władzę. Strącił z siebie jego rękę i wyprostował się, mimo że kosztowało go to mnóstwo sił. – Muszę siku!

– Chłopak chce siku, a ty co? Chcesz mu potrzymać czy odessać? – Usłyszał za sobą wesoły głos.

– Perwers! – Zgrzytnął zębami Phehiljah. – Nie chcę, żeby uciekł.

– Nie chcesz, żeby się zgubił! – Gabriel poprawił go i Phehiljah odchrząknął.

– No tak. Żeby się nie zgubił. Właśnie. Zgubił... – Zająknął się, zmieszany, jakby Gabriel przyłapał go na czymś niestosownym.

– W krzakach dzikich jeżyn się nie zgubi. – Gabriel podszedł do omegi i pchnął go w stronę, z której dobiegał szept. – Najwyżej zadrapie sobie siusiaczka! – Roześmiał się perliście i powtórzył kilka razy, przyjmując sztuczny dziecinny ton: – siusiaczka! Siusiaczka! Nie podrap sobie siusiaczka...

Omega wyciągnął ramiona przed siebie niepewnie, próbując wymacać przeszkody. Po zrobieniu kilku kroków wyczuł pod palcami pierwsze listki sięgających nieco ponad pas krzewów. Gabriel miał rację. To były jeżyny. Ktoś usłyszał wygłupy Gabriela i dołączył do żartów, ale przynajmniej Phehiljah się odczepił i odszedł.

Omega zaczął obchodzić krzaki powoli, gdy nagle poczuł czyjąś dłoń na swojej stopie. Powolutku kucnął i nagle jego twarz omiótł ciepły oddech... Jo.

– Co ty tu... – wyszeptał bezgłośnie. Zbliżył nos do jej twarzy tak blisko, że dotknął policzka a potem ucha. – Jesteś sama?

– Tak – odszepnęła, lekko dotykając jego nadgarstków. – Wszystko w porządku?

– Dean cię przysłał? – Zmarszczył się na poły gniewnie, na poły lękliwie.

– Nie wie, że tu jestem. – Jo rozejrzała się, czy nie zwracają na siebie uwagi. Czy nikt jej nie widzi. – Martwiłam się. Musiałam sprawdzić, co z tobą. Ale widzę, że twoja rodzina tu jest. Zajmą się tobą? – spytała, trochę uspokojona. – Jest okay? Cas? Jesteś okay?

Cas nie wiedział co odpowiedzieć. Czy wyznać Jo prawdę? Że jego rodzina chce go sprzedać drwalom a jej rodzinę zabić i ograbić? Czy ukryć wszystko, ze wstydu i upokorzenia? Bo było mu wstyd za swoich. O! Jak bardzo było mu wstyd w tym momencie. Cały się zaczerwienił i poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Jo wróciła, żeby sprawdzić, czy z nim wszystko w porządku! A przecież ledwie go znała! I sprzeciwiła się alfie. Jeśli Dean nie wiedział, że zawróciła... Że tu jest...

Cas nagle rzucił się jej na szyję i mocno przytulił, wciskając twarz w jej ramię i z trudem tłumiąc szloch wyrywający się z piersi. Dawno nikt nie okazał mu takiej życzliwości! Dawno. Jo złamała zasadę watahy, jeśli samowolnie się oddaliła. Tylko po to, żeby sprawdzić, czy Cas... czy on... Martwiła się o niego! MARTWIŁA. Cas od tak dawna nie słyszał, żeby ktoś się o niego martwił.

Co robić?, zastanawiał się gorączkowo. Jeśli wataha odkryje ją tutaj... Jo jest w wielkim niebezpieczeństwie. A on jej nie jest w stanie ochronić. Jeśli ją odkryją...

Musi jej powiedzieć. Musi.

– Jo, oni was zabiją.

– Co? – Wyzwoliła się delikatnie z jego uścisku, równie zaskoczona jak on tym wybuchem nagłej czułości i chyba nie zrozumiała, co jej właśnie powiedział. – Co ty mówisz?

– Oni wiedzą o ładunku. Wiedzą! – wyszeptał wprost do jej ucha. – Wiedzą, co niesiecie i zabiją was! A mnie sprzedadzą! Są źli! Jo, są naprawdę źli. Musisz uciekać, natychmiast musisz stąd uciekać!

– Miałeś szczać a nie poziomki zbierać! – wrzasnął Phehiljah. Cas natychmiast wyskoczył z krzaków, udając, że podciąga sobie spodnie i wyciera ręce o świeżo zerwane liście.

– To drugie – rzucił półgłosem, oddalając się pospiesznie od jeżyn, jakby chciał skupić na sobie uwagę wszystkich. Żeby Jo mogła się oddalić tą samą drogą, którą tu przyszła. Jak jej się udało tak blisko podkraść?, pomyślał z podziwem. Jednocześnie udał, że się potyka, przewraca i w ogóle zaczął robić wokół mnóstwo zamieszania. Musiał za wszelka cenę odwrócić uwagę od Jo. Ona musi się wydostać z obozowiska, wyjść bezpiecznie. Dotrzeć do watahy i ostrzec.

Nie robił tego dla Deana. Uriel mógłby wypatroszyć znienawidzonego Winchestera a skórę rozwlec na kołkach i wygarbować, żeby zawisła nad kominkiem. Ale Jo i Ellen, która mówiła do niego szczeniaczku i opatrzyła mu rany, i była taka miła dla niego, i przytuliła go, kiedy odzyskał świadomość... I Sam, który przynosił mu na postojach jedzenie i wodę. I okrył kocem i obronił przed alfą. Dwa razy. I Bobby, który może nie lubił omegi, ale powiedział mu, że może odejść, że alfa się zgodził... Oni byli... Byli...

Omega się zawahał. Nie wiedział, czy byli naprawdę dobrzy. Może nie byli. Byli Winchesterami. Nie obronili go przed atakami alfy. Nie przeszkadzali mu gwałcić omegi. Nie przybiegali na pomoc, kiedy płakał i krzyczał w nocy. A przecież byli w pobliżu, za ścianami namiotu i musieli słyszeć.

Ale jego rodzina też nie przybiegła na pomoc. Nie ochroniła.

Gabriel miał rację.

Las jest pełen złych wilków, a on nie należy do nikogo i nikt go nie ochroni.

Ale on może kogoś ochronić. Może – pierwszy raz w całym swoim życiu – kogoś ochronić! Może coś zrobić. Jakkolwiek Winchesterzy go skrzywdzili, nie zasłużyli na to, żeby ich wszystkich zabić. Alfa, owszem. Tak, on zasłużył! Ale Cas nie chciał, żeby coś stało się Jo i Ellen (wciąż pamiętał, jak tuliła go, powtarzając miękko, pieszczotliwie: głupi szczeniaczek, coś ty chciał narobić. Prawie jak mama. Jak mama... Cas nie pamiętał swojej mamy, ale wiedział, że tak mówią mamy do swoich szczeniaczków, w mateczniku). A Jo dała mu słoiczek miodu – ten, który Uriel potłukł! Specjalnie potłukł, żeby dokuczyć omedze. I Jo była obca, omega nic dla niej nie znaczył, a Uriel był bratem jego ojca i powinien opiekować się omegą! Powinien opiekować się rodziną a nie sprzedawać go drwalom i oddawać Winchesterowi, bo chciał zdobyć złoto!

Omega omal się nie rozpłakał, ale zaraz wziął się w garść, wytarł twarz, podniósł kamień z ziemi i rzucił przed siebie, celując tam, gdzie, jak sądził, stał Phehiljah.

– Nie jestem ofiarą! Nie jestem! Ty głupi, zapchlony kundlu! Nie traktuj mnie tak! – wrzasnął ze złością. Pochylił się i zaczął rwać jakieś roślinki, grudy ziemi i drobne kamienie i rzucać w nich wszystkich, na oślep. – Nienawidzę cię! Nienawidzę was wszystkich! Nie jestem ofiarą! Nie jestem! Nie sprzedacie mnie drwalom! Zagryzę ich wszystkich! Zagryzę was, kiedy pójdziecie spać! Zagryzę was!

Nagle ktoś rzucił się na niego i Cas poleciał do tyłu, ale jednocześnie ktoś szarpnął go za ramię i pociągnął za sobą, wrzeszcząc z całych sił: biegnij! Cas! BIEGNIJ! BIEGNIJ DO RZEKI!

Nogi mu się trochę splątały, ale cała adrenalina, którą przed momentem wyzwolił pozwoliła mu nabrać pędu i mocno ściskając drobną dłoń Jo biegł przed siebie, jakby goniły go wszystkie psy piekieł.

Nie był zresztą zbyt daleki od prawdy, bo tuż za sobą słyszał głosy całej watahy.

– BIEGNIJ! CAS! BIEGNIJ! – wrzeszczała Jo. – DEAN! DEAN!

Nagle Cas poczuł wilgoć w powietrzu i chlupot i wiedział, że są przy rzece. Jo pociągnęła go za sobą, zepchnęła z brzegu w toń, poderwała, kiedy się przewrócił na twarz w wodę, wyciągnęła ponad powierzchnię. Czyjeś dłonie ciągnęły go na brzeg, ale wyrwał się, kopnął coś, kogoś, okrzyk, ktoś zawył z bólu:

– Mój nos! Moja twarz! Zmiażdżył mi twarz!

– DEAN! – wrzeszczała Jo ze wszystkich sił w płucach, ciągnąc Casa za sobą przez wodę, sięgającą już do pasa, do pach. Dno było kamieniste i raniło mu stopy, ale nie zwracał na to uwagi. Pędził jak tylko zdołał, za Jo, nie myśląc o tym, co się właściwie dzieje, wiedział tylko, że jak w tamtym śnie, w powtarzającym się noc w noc koszmarze, coś go chce dopaść, coś bardzo złego i musi się pospieszyć, musi uciec, choćby płuca paliły żywym ogniem, choćby czoło zalewał pot a serce tłukło się w piersi bez ładu i składu, zgubiwszy rytm zupełnie.

Potknął się kolejny raz. Wyrwał dłoń z ręki Jo, nie chcąc jej wstrzymywać. Jo musi uciec! Musi ocaleć. Jeśli ten jeden raz w życiu – pierwszy i ostatni – miał okazję coś dla kogoś zrobić, to niech ona ocaleje! Niech ona ocaleje, Pierwszy Wilku!, ocal Jo!

Bo tylko ona powiedziała mu, że się o niego martwi.

 


 

Ktoś go złapał. Ktoś go zagarnął w ramiona i przycisnął do siebie, zdyszanego, mokrego, wpół utopionego i przerażonego tak, że nie mógł pozbierać myśli. Prąd rzeki znosił go i przewracał, więc wczepił się palcami i przylgnął z całych sił do...

– Dean? Dean Winchester? – usłyszał za sobą mocny głos Uriela. – Zwróć nam omegę.

Cas zdał sobie sprawę, w czyje ramiona wpadł (z deszczu pod rynnę, jak by podsumował Gabriel) i chciał się odepchnąć, ale Winchester mocno go przycisnął, przesunął nieco i... schował za siebie.

– Jo? Jo, jesteś? – Cas jedną ręką chwycił koszulę Deana na plecach a drugą wyciągnął przed siebie.

– Jest tu – usłyszał głos Sama. – Jest ze mną.

– Cas, jestem tu, jesteśmy bezpieczni! Nasza wataha tu jest, jesteśmy bezpieczni... – zapewniła go osłabłym ze zmęczenia głosem. – Jesteśmy bezpieczni.

Cas zadrżał z ulgi. Udało się. Jo jest bezpieczna! Z tego wszystkiego nagle kolana odmówiły mu posłuszeństwa i nurt podmył mu stopy. W panice chwycił Deana, przytrzymując się i próbując stanąć na śliskich otoczakach, pokrytych wodorostami.

– Oddaj omegę, Dean! – Zażądał Uriel groźnie i nagląco.

– Ale to mój omega! – odkrzyknął Dean, prawie wesoło. – Zapomniałeś? Wziąłem go sobie i teraz jest mój.

– Jest nasz! Pięć minut temu był w naszym obozie! – wrzasnął Phehiljah.

– Wiedzą o cargo! Chcą nas zabić a omegę sprzedać! – Jo przedarła się przez nurt do alfy i zdała mu szybką relację, nim Sam wziął ją na ręce i przekazał komuś, kto wyniósł ją na przeciwległy brzeg. Dean odwrócił się nieco, czując że ręce omegi ciągną go kurczowo za tył koszuli i pasek od spodni.

– To prawda?

– Chcą... u... uuu... u...kraść www...www...aaa...asze zło... zło... zło...to i za... za...za...bić... wszystkich! – Potwierdził omega, trzęsąc się i szczękając zębami, z zimna i z emocji. Dean ledwo mógł zrozumieć, co powiedział.

– A ciebie?

– S... s... s... – Jąkał się, ale nie był już w stanie nic więcej powiedzieć, tylko przywarł czołem do mokrych pleców alfy Winchestera, płacząc.

Wpadł z deszczu pod rynnę.

Wpadł z deszczu pod rynnę.

Co robić?

Co robić?!, myśli znów galopowały w głowie. Wrócić do watahy i dać się sprzedać drwalom, czy zostać z Winchesterami i... I co? Pozwolić, żeby Dean znów go krzywdził? Jak a różnica między jednym a drugim? Co robić? Co robić?

– To jest mój omega. I zostaje z nami – oświadczył Winchester a jego głos stał się twardy i zimny. – Nie wadzimy wam, nie stajemy wam na drodze. Odejdźcie i pozwólcie nam odejść. Bez niepotrzebnych awantur.

Omega poczuł, że Winchester sięga za siebie i odrywa jego rękę, odpycha go. Ktoś z tyłu zabiera go od alfy i ciągnie w stronę brzegu, za Jo. Pomaga pokonać stromiznę, czyjeś ręce, a jest ich więcej niż jedna para, wyciągają go na trawę, okrywają kocem.

– Biedaku... – słyszy znajomy głos i bez namysłu wtula się w ciepłą, matczyną pierś Ellen. Ktoś klepie go po ramieniu, ktoś podaje termos z ciepłą kawą i coś słodkiego do jedzenia. Obok jest Jo, Cas poznaje po zapachu. Coś mówi, coś uspokajającego.

– Ellen, zabierz ich oboje, za chwilę będzie gorąco – mówi Bobby, przepychając całą grupę jeszcze bardziej w głąb lądu.

A potem podjeżdżają samochody i słyszą zgrzytliwy, złośliwy okrzyk:

– Ręce do góry, pieprzone sierściuchy! Jesteście na mojej ziemi i wpakuję wam tyle srebra we włochate dupska, że wysracie całą zastawę stołową mojej babci nieboszczki Janinki spod Głogowa!

– Spodkąd? – spytał zaciekawiony damski głos, wraz z trzaskiem odbezpieczanej broni.

– Takie miasto... W Polsce – mruknął Frank. – Ty głupia jesteś, Jody, jak wy wszyscy w tej Ameryce. Geografii w ogóle nie znacie. Myślicie, że świat się składa ze Stanów i z Rosji Radzieckiej, tfu, pieprzona komunistyczna swołocz! Co ja powiedziałem, ty tam! Ręce!

– Ja bym podniósł! – Doradził Urielowi Dean, po raz pierwszy w życiu ciesząc się na widok szalonego Franka. – Pani szeryf? Miło panią widzieć!

Pani szeryf skinęła głową, celując w kierunku obcych. Najwyraźniej Frank miał nosa! Winchesterzy napytali sobie biedy.

– Czy mogę liczyć na jakieś wyjaśnienia? – spytała spokojnie.

– Z największą przyjemności, w każdej chwili! – rzekł Dean, nadal trzymając ręce grzecznie podniesione.

Uriel dał znak swojej watasze, żeby stali spokojnie, nie prowokując stróża prawa i tego dziwacznego faceta ze sztucerem nabitym srebrem. Chwilowo obrót spraw był niekorzystny, ale Uriel nie tracił nadziei.

– Chcemy tylko odzyskać naszego... bratanka – powiedział spokojnie. – Ci tutaj, Dean Winchester i jego... banda...

- Rodzina! - Poprawił Winchester.

- ...porwali go z obozowiska i przetrzymują wbrew jego woli! Chcemy tylko co nasze!

– Czy to prawda? – Jody nie odrywała wzroku od obcych, ale zwróciła się do Winchestera, nadal stojącego prawie na środku rzeki, z tym przerośniętym bratem, Samem, u boku i kilkoma osobami w pobliżu: jedni stali w wodzie, inni na brzegu.

– Cas? – zawołał Dean. – Cas!

Omega drgnął i obrócił się w stronę rzeki.

– Chcesz zostać z nami, czy odejść z tymi... tam?

Cas zagryzł wargi.

Co robić?

Co robić?

Musi podjąć decyzję. Musi podjąć jakąś decyzję. Ale jaką?

– Cas? – krzyknęła ta obca kobieta o władczym głosie. – Tak masz na imię? Cas? Czy ci ludzie przetrzymują cię wbrew twojej woli? Jestem szeryfem hrabstwa Madison i jeśli czujesz się zagrożony, w imieniu prawa udzielę ci pomocy i ochrony.

– Tak! Tak, potrzebuję pomocy! Nie chcę wracać do watahy! Ale nie chcę też zostać z Winchesterem! Czy mogę nie zostawać z żadnymi z nich? Błagam! Możecie mnie zabrać od nich wszystkich? Zanim mnie sprzedadzą drwalom?! – Cas zrzucił koc z ramion i pomknął w stronę, z której dobiegał głos kobiety, wyciągając przed siebie ramiona. – Nie pozwólcie mnie sprzedać drwalom!

– Ja pierdolę! – Huknął Frank. – Handlujecie żywym towarem na mojej ziemi?! Powystrzelam was jak kaczki wy jebane sierściuchy!

I wystrzelił.

Chapter Text

Dean mógłby tysiąc razy obracać w pamięci rolkę z tą sceną i nadal nie móc dostrzec jak to się stało. W jednej chwili wszyscy stali spokojnie – na swoich pozycjach jak rozstawione figury na szachownicy, przed grą – a w drugiej wszystko ruszyło jak lawina: wilki i ludzie, strzały, zęby i pazury, kotłowanina, woda, wszędzie woda.

Czerwona od krwi.

Jego wilczy refleks pcha go zanim pojawia się myśl. Najpierw pojawia się uczucie. Trwogi. Jeszcze nie wie czemu. Jeszcze nie wszystko jest klarowne. Jest tylko ścisk żeber, brak tchu, gdy nurkuje pod wodę, w zimną, szklistą rzekę, tak czystą, że widać kamieniste, kolorowe dno i wstążki roślin. Jednak ruch mąci wodę, widoczność się pogarsza. Dean nic nie słyszy, próbuje odepchnąć czyjeś nogi tarasujące mu drogę, ramiona pracują szybko, to ułamki sekund. Szybkość. Refleks. Instynkt.

Afekt.

Woda zabarwia się czerwienią. Mnóstwo małych, rubinowych bąbelków wznosi się do góry, jakby ktoś wsadził słomkę i puszczał bańki. Pod wodą. Szkarłatne, rubinowe... Jakby ktoś rozsypał worek smoczego skarbu i wyrzucił w toń garście szlachetnych kamieni.

Dean podpływa, naciska dłonią na ranę, usta przyciska do ust i głębokim wydechem pompuje powietrze do płuc omegi. Nie zwraca uwagi na to, co się dzieje. Ma przed sobą jeden cel. Jedno zadanie: wyciągnąć go na powierzchnię, wyciągnąć cholernego omegę na brzeg.

Sprawić, by przeżył.

Dean tysiąc razy mógł przewijać tą scenę w pamięci i nadal nie był pewny, jak to się stało. Jak mogło do tego dojść. Stanowczy głos Jody Mills, chlupot wody i bieg omegi za jego plecami, obok. Rozbryzg wody uderzanej ramionami, gdy omega próbuje pokonać nurt. Kiedy prosi o pomoc. Kiedy krzyczy, żeby nie sprzedawać go drwalom. Wściekły okrzyk Franka. Wystrzał. Omega widziany kątem oka - wszystko tak szybko, złożone w jeden mozaikowy obraz.

Trwoga Trwoga TRWOGA Trwogatrwogatrwogatrwogatrwogatrwoga

trwogatrwogatrwoga

trwoga

Niebieskie, zdziwione oczy omegi, pod wodą.

– Zabiję cię, gnojku! – wrzasnął Dean, kiedy tylko wyciągnął go nad taflę wody, między walczących wilków, przedzierając się między nimi i osłaniając go od przypadków ciosów w drodze na brzeg. – Zabiję cię! Obedrę ze skóry! Ty mały... – wysapał – ...chudy... szczeniaku...

Wypchnął go na mieliznę kilkanaście jardów dalej, z dala od walczących i od szeryf i od strzelającego Franka, machając ręką do Ellen, biegnącej wraz z Jo i Garthem. Cas leżał na plecach, do połowy na błotnistym brzegu, na wygniecionych trzcinach. Najpierw zwymiotował trochę wody a potem zaczął jęczeć z bólu, trzymając się za ramię.

– Poleciałeś prosto pod lufy! Ty głupku! – Dean wrzasnął mu prosto w twarz z nową siłą, jak tylko złapał spokojniejsze dwa oddechy i opanował panikę. Klęknął nad omegą i obejrzał go szybko, sprawdzając czy oddycha bez przeszkód. Obejrzał ranę, czy jest głęboka i niebezpieczna dla życia. Na szczęście Frank tylko go drasnął, cudem. Po prostu cudem kula przecięła skórę, zahaczyła o mięsień, ale tylko tyle, nic więcej. Draśnięcie. Głębsze skaleczenie. Więcej krwi i strachu, niż realnego zagrożenia.

Dean odetchnął z ulgą, poderwał go i przycisnął do siebie.

– Spiorę cię, zobaczysz, tak cię spiorę, że na dupie tydzień nie usiądziesz! – obiecał swoim najbardziej uroczystym głosem. – Spiorę, obłożę tyłek lodem i spiorę jeszcze raz! Aż popamiętasz! A jak już ci zejdą siniaki, najwcześniej za dwa miesiące, to spiorę cię znowu! Żebyś popamiętał! – krzyczał, warczał i potrząsał omegą a potem przycisnął czoło do jego czoła i dodał cicho – mógł cię zastrzelić... wyleciałeś mu prosto pod lufę... Gdyby nie to, że wilki są szybsze niż ludzie...

– Spierzesz mnie? – Cas jęknął, przyciśnięty tak mocno do Deana, że ledwie łapał oddech.

– Nie. Nie spiorę. Ale mnie tak przestraszyłeś... – Dean westchnął. – Myślałem, że już po tobie... Wyglądało przez moment, jakby cię zastrzelił!

– No i byłby spokój – mruknął omega.

– Ej! – Dean znów potrząsnął chłopakiem, tym razem tak mocno, aż zapiszczał. – Jeszcze raz powiesz coś takiego i wtedy na pewno cię spiorę! Rozumiesz? Tyłek będziesz mieć granatowy! A wiesz, że rękę mam ciężką!

Omega wydął wargi, urażony, ale nic nie odpowiedział. Ellen i Jo zdążyły dobiec i kucnęły po obu jego stronach. Zaczęły opatrywać krwawienie. Dean nakazał im jak najszybciej wycofać się w las, nie zabierać żadnych plecaków, niczego, opatrzyć omegę i w te pędy ruszać na przełęcz. Powiedziawszy to, sam zawrócił i pobiegł pomóc swoim.

Frank zdołał - oprócz zranienia Casa (i nie celowo, bo dzieciak nierozważnie wyskoczył mu pod lufę nie wiedzieć kiedy) - położyć trupem jeszcze trzy wilki, wszystkie z tej przyjezdnej watahy. Jeden z nich rzucił się na Jody i prawie rozszarpał jej gardło, ale Frank napakował go srebrem i odesłał do krainy Wilczych Łowów, spluwając i żegnając kwiecistym: wypierdalaj z mojej ziemi, wyleniała kupo kłaków.

Uriel nie chciał tracić ludzi przy tak nierównych siłach. Zarządził odwrót i w kilka minut wszyscy zniknęli między drzewami. Jody otrzepała się, obciągnęła mundur i zawołała Winchestera, który zdążył odesłać swoich również w las, tylko po drugiej stronie rzeki, w przeciwnym kierunku.

– Ten chłopak, Cas...

– Nic mu nie jest. To tylko draśnięcie... – powiedział, zerkając na Franka.

– Zabiorę go na posterunek i...

– Z całym szacunkiem, pani szeryf, ale ja zabiorę go do domu. – Dean spokojnie, ale stanowczo wyjął sztucer z rąk szalonego weterana.

– Jeśli przetrzymujesz go wbrew jego woli, będę musiała przedsięwziąć kroki... – Ostrzegła twardo. Dean uśmiechnął się. Gdyby szeryf Jody była wilkiem, na pewno byłaby alfą. Rządziłaby dużą watahą, z pewnością. Lubił ją, ale w tej sprawie nie mógł ustąpić.

– Nic mu nie będzie. Obiecuję. Proszę przyjechać za dwa dni i sprawdzić. – Opróżnił komory i zabrał wolne naboje po czym oddał sztucer Frankowi. – Ale nie oddam go nikomu. Ani jego rodzinie, która nawiasem mówiąc chciała go sprzedać drwalom jak zbiegłą z domu narkomankę, ani pani, ani tobie Frank. Nikomu. Raz zgodziłem się, żeby odszedł i nie przetrwał jednej doby bez wpakowania się w kłopoty. Porwanie, groźby, postrzał... – Wyliczył. – Nie pozwolę na to nigdy więcej. Odpowiadam za niego.

Jody słuchała z uchylonymi ustami, nie mrugając i nie robiąc żadnego gestu. Powinna sięgnąć po pistolet, pokazać odznakę, kazać temu Winchesterowi położyć się na masce dżipa, skuć go i pojechać po tego chłopaka, ale z jakiegoś powodu ani ona ani Frank nie byli w stanie się mu przeciwstawić. Otaczała go... jakaś dziwna aura. Spokoju i pewności siebie. Stanowczy ton w jego głosie. Coś bardzo autorytatywnego w spojrzeniu, w postawie. Coś takiego, co sprawiało, że człowiek musiał mu uwierzyć, musiał mu... zaufać. Coś władczego, jakby Dean Winchester nie spodziewał się, że to co mówi zostanie zakwestionowane, że mogłoby być podważone. Że ktokolwiek mu się sprzeciwi.

Jody kiwnęła głową, jak w transie, zdobywając się tylko na słabe:

– Przyjadę i sprawdzę.

– Zapraszam. Ciebie, Frank, także. Zawsze jesteście u nas mile widzianymi gośćmi. – Dean uśmiechnął się uprzejmie. – Dziękuję za pomoc i przepraszam za kłopot.

Odwrócił się i odszedł za swoimi ludźmi. Za rodziną.

Jody otrząsnęła się, spojrzała na Franka, który splunął, obejrzał sztucer, spojrzał na las i wzruszył ramionami.

– Cholerne sierściuchy! Mówiłem ci, że to wilkołaki! – Zwrócił się zrzędliwie do Jody. – Nie chciałaś mnie słuchać! Wy, baby, nigdy nie słuchacie! A potem są takie hece! Dobra! Nie ma co teraz stać jak kutas o poranku! – Wrzucił sztucer na siedzenie pasażera i obszedł łazik. – No, na co czekasz? Jedziemy do domu!

– Ale... ale ten... Cas! I ci... tamci! – Pokazała ręką dookoła. – I jak to: wilkołaki?

– Wataha! Ten mały powiedział wyraźnie: nie chce wracać do swojej watahy. – Frank przewrócił oczami, krzywiąc się. – No, czy ja ci muszę wszystko tłumaczyć? Własnego rozumu nie masz? Co was uczą w tej policji?

– No właśnie! Nie chciał też zostać z Winchesterem! Powinnam go zabrać na komisariat! Znaleźć mu jakieś schronisko... Jakiś program pomocy dla ofiar przemocy...

– Ja bym się w miłosne afery nie wtrącał! – mruknął Frank nad wyraz łagodnie, ładując się za kierownicę.

– W jakie... afery? – Jody podeszła do niziutkich drzwiczek. Frank odpalił silnik i spojrzał na nią.

– No ty chyba jesteś bardziej ślepa niż ten chłopaczek! – sarknął złośliwie. – Nie powiem, ładniutki jest. I taki jakiś... Delikatny. Nie to, że popieram te tęczowe klimaty... Ale jak gdzieś więcej chłopów niż bab, to i nie takie romanse kwitną. Pamiętam raz w Nangh Ho porucznik Dwight tak się zauroczył jednym szeregowcem...

– Molestuje go?!

– No, teraz już pewnie nie. Dwight, świeć panie nad jego duszą, zmarł w zeszłym roku na raka płuc. A nigdy nie palił, wyobrażasz sobie? – Frank pokręcił głową. – Ja palę dwie paczki dziennie od trzynastego roku życia i, kurwa, mam serce jak dzwon a płuca jak maratończyk! – oświadczył z dumą, zakaszlał i nie mógł przestać przez dwie pełne minuty, aż prawie całkiem zsiniał. Wysmarkał się, odpluł flegmę w materiałową chusteczkę, złożył ją porządnie, schował do kieszeni i dokończył – ten szeregowy to się potem nawet szczęśliwie ożenił i rozwiódł. I dzieci narobił chyba z pięcioro. Z czego co drugie z inną babą. Pełen sukces reprodukcyjny!

– Czy Dean Winchester molestuje tego chłopaka, pytam!

– A! A tego to nie wiem. Materacem nie byłem. Ale sądząc z ilości malinek na szyi młodzieniaszka, to pewnie trochę go tam poobracał. Ty! – Złapał ją za nadgarstek i przyciągnął. – Pogadaj z nim na spokojnie, z tym młodziakiem, jak się będzie upierał, to coś tam zacznij działać, ale mnie się wydaje, że nie ma co się wtrącać. Naprawdę.

– Bo to wilkołak? Czyli można odpuścić? – Jody wyrwała rękę, podparła się pod boki, wkurzona i gotowa do awantury na temat równości wobec prawa i walki z dyskryminacją. – Ze względu na różnice gatunkowe czy kulturowe?

– Owszem, sierściuchy mają swoje zwyczaje. Coś mnie się wydaje, że ten Winchester to alfa. Czyli ichniejszy szef. Oglądałaś Ojca Chrzestnego? Powinnaś, dobry film. Życiowy. No więc, jak on jest alfa, to znaczy, że jest donem. Czyli ojcem rodziny. Capo di tutti capi. Szef wszystkich szefów. Wszystkim rządzi i wszyscy go słuchają. Jak chcą zostać w watasze. Bo jak nie to fora ze dwora. – Próbował jej wytłumaczyć. – Czemu wy, baby, nie oglądacie Ojca Chrzestnego? – Zdenerwował się. – Przecież to najlepszy film o rodzinie! Nie byłoby tylu rozwodów, jakby wszyscy chociaż raz sobie obejrzeli Ojca Chrzestnego! Ech. Mam pirata na dysku, jak przywieziesz tą śmietankę do kawy co mi jej nie kupiłaś dzisiaj, i dorzucisz pizzę, to możemy sobie obejrzeć w sobotę.

Jody postanowiła nie zapamiętywać uwagi o piracie na dysku.

– Najwyraźniej Winchester capnął sobie tego młodziaka tamtej watasze i z tego wyniknęła awantura, bo tamci  mieli wobec niego inne plany. Tyle razy wszyscy gadali o tych drwalach, że się chyba połapałaś jakie? A skoro mały nie bardzo ma co do powiedzenia i w swojej starej i w nowej rodzinie, to jedyne logiczne wytłumaczenia jest takie, że to omega. Najsłabszy w hierarchii. – Trudno było odczytać minę Franka, gdy o tym mówił. Coś pomiędzy współczuciem a: gówno mnie to obchodzi. – Dlatego Winchester powiedział, że nikomu go nie odda. Traktuje go jak swoją własność. Jeśli zechcesz mu zabrać omegę, to zadrzesz nie tylko z nim, ale z całą watahą. I powiem ci, po mojemu, w prawie by był jakby cię pognał. Kiedyś się policja w sprawy rodzinne nie wpieprzała. Ale potem wszędzie zaczęli rządzić komuniści i masz! Rok osiemdziesiąty czwarty! Wielki Brat patrzy wraz z armią babskich szeryfów!

Jody postanowiła utrzeć mu nosa za tę zniewagę kiedy indziej. Tymczasem wytknęła:

– Ale to nie skrzynka jabłek, którą sobie można po prostu wziąć do domu! To żywy człowiek! I nie chce z nimi być! Tak powiedział!

– E, coś mi się widzi, że jeszcze się przekona... – Frank zaczął kręcić kierownicą, zerkając w lusterka i powolutku wycofywać wóz. – Niejedna baba tak gadała, nie chcę nie chcę a potem szczęśliwa, że ma męża. Poza tym, musisz zrozumieć: wilki łączą się w pary na całe życie. To pierwotny zew natury. Instynkt. – Zatrzymał wóz, wyjrzał i krzyknął – Pieprzona miłość od pierwszego wejrzenia!

Jody kopnęła bryłkę ziemi z frustracją i skrzywiła się kwaśno, wsiadając do dżipa. Zerknęła w lusterko, kierując się na koleiny zostawione przez łazik. Wywód Franka tylko ją zirytował.

– Od pierwszego wejrzenia, akurat. A co jeśli jedno jest niewidome?

Chapter Text

Wszystkie rany opatrzono. Okazało się, że poradzili sobie znacznie lepiej niż wataha  Uriela. Nie była to ich tak wielka zasługa, raczej sreber babci Franka. Z Polski – Sam uczył się geografii znacznie uważniej niż mniemał Frank i nawet kojarzył ten maleńki kraik gdzieś w pobliżu Rosji Radzieckiej. Wszyscy byli zadowoleni, że udało im się odeprzeć atak. Poza omegą. Omega...

– Nigdzie z tobą nie idę! Nie idę! Nie możesz mi kazać! – odepchnął alfę i schował się za pniem.

– Widzę cię – powiedział Dean, podparłszy ręce na biodrach. – Przestań odstawiać cyrki.

– Nie idę. – Cas kucnął z zaciętą miną, mówiącą: końmi mnie nie ruszysz. – Zostanę tu.

– Wolisz, żeby znalazł cię ten twój spasiony alfa czy od razu drwale?

Cas przygryzł wargę. Wychylił się zza pnia (tylko trochę) i burknął:

– Pani szeryf mnie znajdzie. Pomoże mi. Obiecała. W imieniu prawa. Zaczekam tu na nią. Możesz iść. Nie zatrzymuję.

Dean przewrócił oczami.

– Nie możesz zostać sam w lesie. Po prostu nie możesz. A pani szeryf nie przyjdzie, bo powiedziałem jej, że cię zabieram do domu. Raz pozwoliłem ci się pobawić wolnością. Nie za bardzo ci wyszło i teraz MARSZ NA GÓRĘ! – Podniósł głos, tracąc cierpliwość.

– NIE!

– O, żesz ty! – Dean złapał omegę wpół, przerzucił przez ramię i wstał. – Koniec dyskusji. Idziemy, tak czy inaczej.

– Zostaw! Zostaw! – wrzeszczał omega, próbując się ześlizgnąć z ramienia alfy a kiedy się nie udało, zaczął tłuc go pięściami po krzyżu.

Dean zrzucił go na ziemię, omega ucieszył się, że poskutkowało, ale zaraz został obrócony na pięcie i poczuł siarczyste klapsy na tyłku. Pierwsze dwa dało się wytrzymać, ale przy trzecim musiał syknąć. Czwarty i piąty zabolały porządnie. Kolejne trzy zmusiły go biegu.

– I można? – mruknął Dean, usatysfakcjonowany, obserwując omegę wspinającego się wąską ścieżką. – Tylko butów nie pogub!

– Nienawidzę cię! – Omega odwrócił się i rzucił w niego kamieniem, po czym zwiał wyżej, zanim Dean go złapał. – Jesteś głupi! Nie słucham cię! Nie jesteś moim alfą! Nie mam alfy! Sam jestem swoim alfą!

Dean parsknął śmiechem.

– Właśnie widzę – powiedział, ale nie za głośno, żeby nie rozdrażniać omegi bardziej.

Cas był zły, ale nie miał wyjścia. Dean Winchester go poganiał. Klapsy były okropne. Nie tylko bolały. Cas wytrzymałby ból, ale to było upokarzające. I piekły, chociaż po kryjomu starał się rozetrzeć uderzone miejsca.

Jedną ręką trzymał się zbocza góry, drugą pomagał sobie, kiedy się potykał. Ścieżka była coraz bardziej stroma i kamienista. Potknął się znów i tym razem nie zdołał się podeprzeć i zahamować. Zsunął się, boleśnie zdzierając skórę na dłoniach i kolanach. I chyba rozdarł spodnie.

– Pokaż. – Dean go dogonił, kucnął, obejrzał, dał mu się napić i czekoladowy batonik. – Odpocznij pięć minut. Muszę się zastanowić.

– Nad czym?

– Jak cię przeprowadzić. Jeszcze nawet nie weszliśmy porządnie na zbocze a ty już się pokaleczyłeś. A przed nami naprawdę trudny szlak. – Dean trochę się zaczął martwić.

Zawołał Sama i zabrał od niego smycz. Sprawdził pasek omegi kilkoma szarpnięciami, przewlókł koniec smyczy dookoła klamry, założył węzeł.

– Nie mamy innego zabezpieczenia. Musimy improwizować... – mruknął, drugi koniec przywiązując do swojego paska. – Teraz jak będziesz chciał spaść w przepaść, to cię zahamuje, a ja zdążę cię złapać.

Omega pomyślał, że to niezły pomysł, gdyby spadł razem z Winchesterem. Przynajmniej wyświadczyłby przysługę światu i pozbył się podłego alfy.

– Nie dasz rady. Nie pociągniesz mnie za sobą. – Dean odgadł jego myśli. – Jestem za duży, za silny i widzę, co wyprawiasz.

– Teraz spadłem i mnie nie złapałeś – wytknął mu omega, przełykając ostatni kęs batonika.

– Nie pyskuj! – Złapał go za rękę, zmusił do wstania i pchnął na szlak. Omega buntowniczo odwrócił się, zszedł dwa kroki w dół, stając bardzo blisko alfy. Wzniesienie pod stopami wyrównało ich wzrosty i gdyby omega mógł widzieć pewnie patrzyłby wprost w oczy Deana.

– Możesz mnie zaciągnąć gdziekolwiek, na górę i do tego waszego domu, ale nie zmusisz mnie, żebym cię szanował! Żebym cię polubił! – oświadczył, marszcząc brwi i przechylając głowę. Szeroko otwarte, niebieskie oczy wyglądały prawie tak jakby omega naprawdę widział. Dean oblizał wargę. Zerknął na idących przed nimi. Cała wataha jeden po drugim, gęsiego na wąskiej ścieżce. Byli ostatni. W tyle za wszystkimi. Dean ponownie spojrzał na Casa i nagle przyciągnął go do siebie i pocałował. Znów ten metaliczny posmak. Cierpki zapach strachu, niechęci. Odsunął omegę, ale nie wypuścił z rąk, zły i rozczarowany.

– Jesteś głupi i nic nie rozumiesz.

– Jestem ślepy i nie mogę się obronić. A ty lubisz atakować słabszych od siebie! Jak Phehiljah! I Uriel!

Dean poczuł, że się czerwieni.

– Nie jesteś słabszy! Nie jes... – Przełknął ślinę. Puścił omegę, wyminął go i zaczął iść pod górę. Omega ruszył za nim, nie czekając, aż smycz się napręży i pociągnie go za sobą. Mógłby się znów przewrócić. I Dean by wcale go nie złapał, nie.

Szli tak prawie pół godziny, podczas których omega zastanawiał się, co właściwie miało znaczyć, to: nie jesteś słabszy. Oczywiście, że był słabszy! Był najsłabszy w całej watasze. Dean był wyższy i znacznie silniejszy. Potrafił zmusić go do klęknięcia tylko naciskając mu kark. Jedną ręką. Potrafił przytrzymać go tak, że omega nie miał jak się ruszyć. Potrafił go podnieść i nieść spory kawałek bez zadyszki, jakby prawie nic nie ważył! Cas pomacał opatrunek na ramieniu. Dean wyciągnął go z wody. Utrzymał w wodzie. Złapał go, kiedy goniła go wataha i utrzymał go. Nurt był wartki i podmywał stopy, znosił w głębię; Cas się wciąż przewracał, ale kiedy chwycił Deana, Dean nawet się nie zachwiał. Cas wyciągnął rękę przed siebie i dotknął jego pleców. Dean się odwrócił.

– Chcesz odpocząć? Zatrzymać się?

Cas cofnął rękę i zaprzeczył. Chciał tylko go dotknąć. Sam nie wiedział, po co. Może... żeby poczuć, że...

Dean stanął.

– Boisz się?

– Nie.

– Czego się boisz?

– Niczego.

– Nie kłam. Wiem, jak pachniesz, kiedy się boisz.

Cas się zdziwił. Podniósł brwi a potem zmarszczył.

– Nie wiem, co będzie – powiedział w końcu. – Boję się, że znów będziesz mnie bić. I robić te inne rzeczy.

Dean w pierwszej chwili nie zrozumiał.

– Jakie inne... A! Te!

Cas opierał się jedną dłonią o skałę a drugą trzymał przy ustach, postukując czubkami palców o wargę. Robił tak zwykle, gdy się nad czymś zastanawiał i niepokoił. Dean już zauważał te drobne gesty, które mówiły więcej niż słowa.

– Och, nie przesadzaj. Chyba nie wszystkie te rzeczy są takie straszne... – Dean prychnął. – Niektóre chyba są całkiem przyjemne.

Uśmiechnął się do siebie, na wspomnienie niektórych tych rzeczy. Cas pokręcił głową.

– Nie? – Zdziwił się Dean zupełnie szczerze. – Żadne? Ani jedna?

No, owszem. Widział, że Cas nie pała entuzjazmem, ale coś musiało mu sprawiać mu przyjemność? Przecież na tyle razy chociaż raz musiał... coś czuć? Coś... miłego?, zastanowił się. Ten pierwszy raz był... Okay, Dean już dawno przyznał, że to mogło być trudne dla omegi. Okay, nie tylko mogło. Było. Nie trzeba być ślepym, żeby nie zauważyć jakie histerie urządził. Darł się jak opętany. I był taki spięty. I ryczał potem jakby go obdarli ze skóry i posypali solą. Mógł być nieprzyzwyczajony. Mógł trochę się poobcierać... Troszeczkę krwawił potem. Ciut, nic naprawdę groźnego. Więc, okay. Ten pierwszy raz był ciężki. Dean to wiedział. Rozumiał. Ale później? A potem Dean przypomniał sobie, że omega nigdy w trakcie tych rzeczy nie pachniał szczęściem. Nigdy nie pachniał nawet zadowoleniem. Zawsze pachniał strachem. Bólem. Paniką.

– Ty je lubisz? – spytał omega bardzo cicho. – To przyjemne?

Dean nie wiedział, co powiedzieć.

– No. Bardzo. – Zaczął znów iść pod górę. Zastanowił się, jak to możliwe, że jemu było tak dobrze a omedze tak źle w tym samym czasie. Przecież chodziło o to samo. Mniej więcej. Może omegi nie były w stanie...? Ale przecież Dean robił to już z paroma wilkami. I wilczycami. I ludźmi. Obojga płci. I zwykle wszyscy reagowali podobnie jak on. Do cholery, było im przyjemnie! Potrafił sprawić, żeby komuś było przyjemnie. Czemu omedze nie było?

Szli przez następną godzinę czy półtorej nie odzywając się ani słowem, każdy pogrążony we własnych myślach. W końcu doszli do Perci i Dean zebrał wszystkich na skalnym nawisie.

– Ściągajcie plecaki. Wszyscy. No, już. – Ponaglił ich. – Zostawcie sobie tylko wodę i jedzenie. Koce. Nie więcej, całą resztę wywalcie. Szybko.

Popatrzył na ich zdziwione miny. Gapili się, jakby zobaczyli go pierwszy raz w życiu. Czy alfa oszalał? Dźwigali to przez pół kraju! Ryzykowali życie. Smocze złoto! Skarb! Mają to wszystko wyrzucić? Teraz? Tak blisko celu?

– Nie przejdziemy Orlej Perci z takim obciążeniem. – Dean chwycił plecak stojącego najbliżej Kevina i wysypał wszystko. Kevin popatrzył na opakowane w szare papiery pakunki, strącane przez alfę stopą w przepaść. – Ten sukinsyn Uriel idzie za nami. Myślą, że dopadną nas w Gardzieli, jak będziemy zablokowani, obciążeni. Że nas wezmą pojedynczo.

– Jak to, idą za nami? Od kiedy? – Bobby wyjrzał na szlak za nimi.

– Od początku. Odkąd zostawili nas nad rzeką. Rozumiem go. Sam bym tak zrobił. Stracił trzech ludzi i omegę. Teraz gna go nie tylko chciwość. Także zemsta. Nie mamy szans z tym obciążeniem.

– Możemy ukryć złoto i potem wrócić... – zaczął Kevin, rozglądając się po skałach. Dean podniósł rękę.

– Wyrzućcie wszystko.

Cas stał opodal, przyciśnięty do ściany. Dean powiedział ostatnie słowa bardzo spokojnie i wręcz cicho. Zupełnie nie jak rozkaz. Zupełnie nie. Ale też nie jak prośbę. Nie prosił. Po prostu powiedział im, co mają zrobić i czekał, aż to zrobią. Jakby mieli podać mu sól albo książkę ze stolika obok. Nic ważnego, nic czego można odmówić.

Cas nie spodziewał się, że go usłuchają. To był skarb! Złoto! Gdyby to była jego stara wataha, na pewno rozległyby się protesty! Zresztą, Uriel nigdy by nie kazał im wyrzucić niczego wartościowego.

Nastawił uszu, wsłuchał się, wciskając w szparę w skale. Teraz nadszedł moment, kiedy Dean przestanie być alfą. Wataha nie posłucha jego rozkazów. Cas zastanowił się, co będzie dalej. Czy pozwolą mu zejść na dół, poszukać szeryf Jody? Ale wtedy natknie się na Uriela. Najrozsądniej byłoby iść dalej z nimi. Kto zostanie nowym alfą? Bobby? Może Sam?

Ale zamiast protestów Cas usłyszał odgłosy opróżnianych plecaków. Wszyscy zaczęli wyrzucać wszystko, wybierać jedzenie i wodę, koce i drobiazgi osobiste, a wyrzucać całą resztę. Bez słowa. Bez zwłoki.

Cas kucnął i macając drogę przed sobą trafił na schyloną Jo, która zrzuciła wszystko w przepaść, zapakowała resztkę dobytku (na samym dnie: trochę jedzenia i dwie butelki wody) i, dostrzegając Casa, poklepała go po ręku.

– Od razu lżej! – Uśmiechnęła się.

– Nie jesteś... zła? – Zdziwił się.

– Zła?

– Na alfę? – wyszeptał jej do ucha. – Bo kazał wam wyrzucić złoto?

– Nie to, to inne. – Jo wzruszyła ramionami. – Nie pierwsze nie ostatnie. Zresztą, jest alfą. Wie co robi. A ty jak? Dajesz radę? Nie jesteś zmęczony? Chcesz batonik? Albo pić?

Cas odmówił. Postukał palcem w wargę. Uriel nigdy by nie kazał watasze wyrzucić złota. Nigdy by go nie posłuchali, gdyby kazał. Dean powiedział, żeby wyrzucili i wyrzucili. Smoczy skarb w przepaść. Cas zastanowił się, co oznacza ta różnica i nie umiał powiedzieć, ale czuł, że to różnica bardzo zasadnicza.

– Wstawaj. – Dean podszedł i podniósł go za ramię. – Teraz musisz mnie bardzo uważnie posłuchać. – Podprowadził go do ściany i zaczął wyjaśniać. – Musimy pokonać przełęcz, część ze stromą ścianą. Nie ma tam ścieżki. Są wbite w skałę haki, drabinki i łańcuchy. Będziemy iść pojedynczo, ale będę bardzo blisko ciebie, więc się nie bój. Powiem ci dokładnie, co masz robisz i chcę, żebyś robił dokładnie to, co powiem. Rozumiesz? Tam nie ma miejsca na dyskusje i histerie. I rzucanie kamieniami.

– Ale... Ale ja... nie widzę. Jak przejdę, jak nie widzę? Przewracałem się nawet na ścieżce! – Spanikował. – Nie możesz mnie tam ciągnąć! Zostaw mnie tu... zostanę tu, Dean. – Poprosił. – Uriel mnie znajdzie i zejdę z nimi...

– Nie zejdziesz z nimi, bo oni ruszą za nami. I powiedziałem już, że cię nie zostawię. A to, że nie widzisz jest akurat zaletą. Jeśli tylko będziesz robił dokładnie to, co ci powiem, nie będziesz musiał nic widzieć. Zaufaj mi. Nie pozwolę ci spaść.

W tonie Deana zabrzmiała ta sama, znana już omedze solenna obietnica.

– Wiem, że się boisz, ale będę tuż koło ciebie i nie pozwolę ci spaść – powiedział jeszcze raz, akcentując każde słowo i Cas skinął głową na zgodę, bardziej z braku innych opcji, niż z pokładanego w alfie zaufania.

– Nie będzie histerii. – Obiecał zrezygnowany. – I rzucania kamieniami.

Głównie dlatego, że skąd by na stromej ścianie  wziął kamienie, pomyślał.

– Okay. Pierwsza zasada i najważniejsza: słuchaj, co do ciebie mówię. I nie panikuj. Cokolwiek się zdarzy, słuchaj mojego głosu, rób co mówię i nie panikuj. – Dean klepnął go w łopatkę i dodał – i nie patrz pod nogi!

Roześmiał się z dowcipu, nie zważając na urażoną minę omegi.

 


 

To nie był taki znów dowcip, a Dean miał rację. Cas nie widział co ma pod nogami, a raczej czego nie ma (praktycznie żadnego oparcia), więc nie miał kłopotów z błędnikiem, nie kręciło mu się w głowie i nie tracił równowagi. Dean mówił, żeby przesuwał stopę wzdłuż naturalnego gzymsu, trzymając się łańcucha i Cas po prostu robił posuwisty krok w bok, przystawał, dostawiał drugą stopę i powtarzał całą operację, póki Dean nie kazał mu się zatrzymać. To było łatwiejsze, niż się spodziewał. Czasem Dean mówił:

– Lewa stopa na dziesiątą cztery cale. Mały krok i aż poczujesz oparcie. Okay. Prawa ręka na łańcuch, przesuwasz do haka. Zatrzymasz się i zaczekasz na mnie. Nie denerwuj się naprężeniem łańcucha, to ja. Nic się nie dzieje złego. Nie spadniesz. Jestem obok. Odchyl się nieco, nie bój się, jestem obok, przestaw stopę na trzecią, jakieś dwanaście cali, masz tylko pół stopy szerokości, więc przymierz czy się nie ześlizgujesz. Musisz znaleźć najlepsze dla siebie ustawienie. Nie spiesz się. Przenieś ciężar ciała na tą stopę i dopiero jak będziesz pewien, że wygodnie stoisz, przesuń się za hak. – I tak krok za krokiem, słowo za słowem, przesuwali się po stromej, praktycznie gołej skale, pod sobą mając tylko głęboką przepaść i wąwóz z kamienistym dnem i pełnym wirów, zdradliwym strumieniem.

Dean ani razu nie dał mu złych instrukcji. Cas wkrótce przestał się zastanawiać nad tym, czy może mu ufać, czy ma inne opcje. Po prostu robił, co Dean mu kazał. Zaczynał rozumieć, czemu wszyscy go posłuchali, gdy kazał im wyrzucić złoto.

Casowi nie żal było skarbu. Nigdy nie miał do czynienia z pieniędzmi. Nigdy nie miał niczego naprawdę własnego (poza plecakiem, który dostał od Deana, a który parę godzin później zabrał mu Phehiljah) i nie postrzegał świata w kategoriach mieć lub nie mieć. Nie rozumiał tego dążenia do posiadania, przejawianego przez innych, zwłaszcza alfy: Uriela czy Deana. Nie rozumiał, co Dean właściwie ma na myśli, kiedy mówi: mam cię. Rozumiał raczej bycie przynależnym niż bycie właścicielem. Przynależał do watahy. Do rodziny. Kiedyś. A teraz?

Do Dea...

Uhm.

Do niego nie.

Ale byłoby miło należeć do kogoś.

 


 

– Jestem obok – mówił Dean, kiedy Cas podnosił twarz, szukając jego głosu. – Jestem blisko.

I Cas ze zdziwieniem spostrzegł, że to ułatwia mu wykonywanie wszystkich poleceń. Sprawia, że przejście nie jest takie trudne. Wcale nie jest trudne. Trzymał się łańcucha, stawiał stopy tam, gdzie wskazywał mu Dean i czuł się bezpiecznie, bo wiedział, że nie jest sam. Że ktoś jest obok. Czuwa. Czeka. Patrzy za niego. Dzięki temu Cas mógł pokonać taką drogę i jakieś nowe uczucie rozgrzało go od środka. Zadowolenie. Z siebie. Chciałby, żeby Phehiljah go teraz zobaczył. Zachariasz. Uriel. Nawet Gabriel. Ciekawe, czy nadal by sobie stroili żarty? Czy nadal by uważali go za nieudacznika? Niezgułę, ofermę? Czy nadal by nim pogardzali?

Dean podniósł głowę, zdziwiony. Pociągnął nosem. Najpierw wyczuł zapach a dopiero potem zobaczył mały uśmiech na twarzy omegi. Uśmiech nie przeznaczony dla niego. Omega schylał głowę, skupiony na tym, co robił, z twarzą zwróconą do skały i uśmiechał się do siebie. Dean też się uśmiechnął, głębiej wciągając powietrze. Wiatr rozwiewał delikatną falę cząsteczek niosących emocje, ale nawet tak nikła woń dała się rozpoznać. Cas był szczęśliwy. No, może nie szaleńczo szczęśliwy, skorygował siebie Dean, ale cholernie zadowolony.

– Doskonale sobie radzisz. – Pochwalił go Dean i Cas podniósł głowę, patrząc tymi swoimi niewidomymi oczami, pełnymi najbardziej niebieskiego z niebieskich odcieni i uśmiechnął się szerzej, aż w policzkach pokazały się małe dołeczki. – O rany...

– Co? – Zaniepokoił się natychmiast omega.

– Nic! – Roześmiał się Dean.

– Coś nie tak? Coś źle zrobiłem?

– Wszystko jest tak. – Zapewnił go. – Wszystko jest bardzo tak. I wszystko robisz dobrze.

– Nabijasz się ze mnie? – Nasrożył się omega.

– Nie. Nie nabijam. Serio, nie nabijam. Po prostu... Uhm... Masz... Okay, uhm... Najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widziałem. Wiesz? Uhm. Tak. – Dean chrząknął i natychmiast wydał mu serię instrukcji jak pokonać następne kilka kroków. Cas skupił się na nich, wykonując je dokładnie, jedna za drugą i już się nie uśmiechał, ale zapach jeszcze się wzmocnił i raz za razem uderzał Deana w nos słodką falą, nie poddając się podmuchom wiatru i nie rzednąc, ani nie znikając.

Chapter Text

– Co się dzieje? – Dean przybliżył się do Casa na tyle, że mógł go dotknąć wyciągniętą dłonią. – Idź. Musimy trochę przyspieszyć.

Cas potrząsnął głową. Dean miał już na niego krzyknąć, żeby przestał strzelać fochy, kiedy poczuł, że omega się okropnie boi. I trzęsie. Zauważył, że ledwo utrzymuje łańcuch w drżących rękach.

– Co znowu? – spytał, starając się brzmieć spokojnie i łagodnie. – Powiedz, co się dzieje? Czemu się zatrzymałeś? Mam powtórzyć następne kroki?

Cas znów potrząsnął głową, tym razem nieco uginając kolana.

– Nie dam rady... – wydukał wreszcie, jedną ręką chwytając łańcuch mocniej, zabezpieczając go w zgięciu łokcia, przyciśniętego ciasno do piersi a drugą gorączkowo sięgając do paska, szarpiąc klamrę. – Odepnij mnie, odepnij smycz...

– Przestań! – Dean złapał go za nadgarstek. – Co ja powiedziałem? Co. Ja. Powiedziałem?  Masz mnie słuchać i nie panikować! Okay? Słyszysz mnie? Słyszysz co mówię?

Cas ześlizgnął się jeszcze niżej i Dean zorientował się, że nie ma siły. Nie ma siły ustać. Opierał stopy na bardzo wąskim występie skały, trzymając się tylko jedną ręką łańcucha i można było nie tylko wyczuć, ale i zobaczyć, że cały się trzęsie. Nie ze strachu, tylko ze zmęczenia, napięcia mięśni. Próbował kucnąć, komicznie wypinając tyłek, ale Deanowi nie było do śmiechu. Znajdowali się na dwóch trzecich wysokości turni, a pod nimi była przepaść. Ich jedynym punktem podparcia były teraz maleńkie występy skały a zabezpieczeniem – gruby łańcuch, który Dean mógł wygodnie uchwycić swoimi dużymi dłońmi, ale omega miał ręce drobniejsze i słabsze. Było mu trudniej.

– Trzymam cię. Nie ruszaj się. Słuchaj mojego głosu i nie panikuj. Trzymam cię – zaczął powtarzać uspokajająco, jednocześnie poprawiając swoje ustawienie względem ściany, gdyby nagle musiał utrzymać siebie i omegę. – Nic się złego nie stanie... utrzymam cię.

– Nie utrzymasz – powiedział omega, podnosząc na niego oczy, wielkie i prawie czarne od rozszerzonych ze strachu źrenic. – Odwiąż smycz, bo pociągnę cię za sobą. Ja już nie wytrzymam... – Poprawił chwyt na łańcuchu, ale palce zaczęły się zsuwać bezsilnie.

– Masz mnie słuchać, słyszysz? – Dean wzmocnił ton na bardziej groźny i nalegający. – Masz mnie słuchać! Gdzie jest twoje miejsce? Przypomnij sobie, gdzie jest twoje miejsce?

Omega prawie się rozpłakał, ale wyjąkał:

– Przy nodze.

– Tak jest, dobry chłopak. Jestem tuż obok. Przysuń się do mnie i zajmij swoje miejsce. Bądź grzecznym omegą i zajmij swoje miejsce!

Nadal trzymając go za nadgarstek poczekał, aż omega wykona bardzo chwiejny ruch w jego stronę. Najpierw lewa stopa. Potem biodra. Przeniesienie środka ciężkości. Potem prawa stopa.

– Okay. Dobrze ci poszło. Teraz zajmij swoje miejsce. – Poinstruował. Omega kucnął przy jego nodze, odchylony od ściany i naprężony do granic wytrzymałości. Dean musiał naprowadzić go na wygodniejszą pozycję. – Obróć się w moją stronę, prawym bokiem do ściany. Masz dość miejsca pod stopami, ustaw je jedna za drugą. Czujesz?

Omega pokiwał głową, ostrożnie manewrując.

– Teraz zluzuję twój nadgarstek a ty mnie obejmij za nogę, złap mocno. Gotów? Na trzy.

Cas odetchnął nerwowo, ale wykonał polecenie. Przez moment Dean miał wrażenie, że omega odpadnie od ściany, ale obaj chwycili siebie nawzajem w jednym momencie: Cas kurczowo jego spodnie, a on kołnierz bluzy Casa.

– Okay. Odpocznij. – Dean trzymał ich obu, zastanawiając się, co dalej. Cas był najwyraźniej zbyt zmęczony, żeby kontynuować podejście a nie mogli stanąć. Nie mogli ani się zatrzymać, ani się cofnąć.

Cas trzymał się Deana kurczowo, opierając się uderzeniom wiatru, to przyciskającym go, to odpychającym od ściany. Poczuł, że naprężone mięśnie ud i łydek trochę się uspokajają. Cały trochę się uspokoił, przypominając sobie te razy, kiedy w lesie wypoczywał przy nodze alfy. Sam przynosił mu jedzenie i wodę. Dostawał koc. Czasem zasypiał. To były dobre chwile, pomyślał i zdziwił się. Chwile wytchnienia, spokoju. Dean nigdy go nie karcił, kiedy Cas siedział koło niego, na swoim miejscu. Nigdy mu wtedy nie dokuczał.

Nikt mu nie dokuczał. W nowej watasze nikt nie urządzał z niego pośmiewiska. Chociaż Dean traktował go czasem tak okrutnie robiąc te  rzeczy, nikt nie wykorzystywał okazji, żeby też się na nim wyżyć, wyśmiać jego słabość, ślepotę. W nowej watasze nie było Phehiljahów, którzy by go potrącali, wyzywali, zabierali mu rzeczy, jedzenie (Cas nadal nie mógł pogodzić się ze stratą plecaka i słoiczka miodu). Nie było Gabriela, który kpił i szydził bezlitośnie, czasem tylko okazując odrobinę życzliwości, ale nigdy przy innych. Nigdy tak, by inni wiedzieli.

Cas odetchnął spokojniej. Jeśli ktoś by go zapytał (chociaż nie pytał), jeśli miałby wybierać, to wolałby Jo i Sama i Ellen niż Phehiljaha, Uriela, Zachariasza... Gabe’a. Tęskniłby trochę za Balthazarem i Anną, ale oni już od jakiegoś czasu omijali go z daleka i nie wtrącali się, gdy ktoś z watahy go krzywdził. Może się bali. Może też zaczęli nim gardzić... Kto wie?

– Okay. Koniec wakacji. – Dean podciągnął go za kołnierz do góry. Cas wstał niechętnie, przesuwając dłonią po ciele alfy, nie puszczając go ani na moment. Teraz stał obok, bardzo blisko, ściskając jedną dłonią łańcuch a drugą pasek Deana, tak jak wtedy w rzece.

– Nie możemy zejść? – zapytał z nadzieją, chociaż znał odpowiedź.

– Zejdziemy w dolinę, jak dokończymy szlak. Nie ma innej możliwości – powiedział Dean, asekurując go ramieniem. Cas czuł jego zapach, intensywny, przytłaczający, tak kojarzący się z bólem i agresją, że nadal miał ochotę się odwrócić, schować nos w zagłębienie łokcia, żeby go nie czuć.

– Nie wiem, czy dam radę. Jestem strasznie zmęczony. – Wyznał, przechylając głowę i niespodziewanie dla siebie (i dla Deana) oparł się policzkiem o ramię alfy. – Chce mi się spać.

– Trzy haki od nas jest drabinka. Ma dwadzieścia szczebli. Prowadzi na małą półkę pod przywieszką. Jeśli tam dotrzemy będziemy mogli usiąść, napić się i coś zjeść. Nie pozwolę ci spać, ale będziesz mógł odpocząć kwadrans. Zgoda?

Cas wiedział, że nie ma innego wyjścia i odrzekł posłusznie: zgoda.

To były najdłuższe trzy haki jakie zrobili. Każdy krok to był straszny wysiłek całego ciała. Cas poczuł mięśnie, o których nawet nie wiedział, że je ma. Nie chciał ich mieć! Wołały wszystkie: jestem tu! Patrz na mnie! Czuj mnie! To ja cię bolę! Ja jestem! Jestem tu i daję ci w kość!

Teraz już nie przyszłoby mu do głowy się uśmiechnąć. Być z siebie dumnym. Uriel miał rację. Phehiljah miał rację. Był beznadziejny. Był ofermą. Był nic nie wart. Najsłabszy z miotu. Najsłabszy z watahy. Głupi Dean! Po co go brał na tę wyprawę! Powinien go zostawić w lesie, powinien był oddać go pani szeryf. Powinien oddać go drwalom. Wolałby już jedenastu drwali bez prześcieradeł niż te haki, łańcuchy, krok w prawo. Krok w prawo. Jeszcze jeden.

– Czego płaczesz? – spytał szorstko Dean.

– Jestem do niczego! Nie dam rady! – wybuchnął z żalem. – Rozwiąż mnie i idź za swoimi. Ja sam spadnę... ja sam...

– Skończ histerie i jazda. – Przerwał mu zimno. – Masz jeszcze tylko dwa kroki do drabinki. Dupa do góry i zasuwasz!

– Nie! Nie zasuwam! Nie rozkazuj mi! – Zaczął się awanturować, ale jednocześnie zrobił kolejny krok. I jeszcze pół. Ćwiartkę. Poczuł za sobą Deana, który oderwał jego pięść od łańcucha i przeniósł na gładki szczebelek.

– Czujesz? To już tu, doszliśmy. Teraz się wespniemy. Dasz radę. Razem to zrobimy. Okay? – Prawie siłą wciągnął go na drabinę i na kolejne dwa szczeble. Casowi szumiało w uszach a płuca paliły go żywym ogniem przy każdym oddechu. Nie wiedział kiedy Dean wepchnął go na górę. Kiedy poczuł pod sobą twardą, gładką skałę. Kiedy usiadł, na kawałku wąskiej półki, która wydała się nagle szeroką, miękką kanapą, wyściełaną puchowymi poduchami. Nogi zwisały mu na drabinę, podparł o nią pięty a Dean dał mu butelkę wody (wypił wszystko) i kawałek czekolady.

– Odpocznij. Odpocznij... – Dean przygarnął go do siebie, oparł się plecami o ścianę i ułożył tak, że Cas mógł słyszeć bicie jego serca, miarowe i spokojne (w przeciwieństwie do serca omegi, które omal nie wyskoczyło przez gardło). – Jak na kogoś, kto nigdy nie chodził po górach, radzisz sobie imponująco.

– Tak? – mruknął omega, pokonując senność.

– Z czasem będziesz śmigać jak kozica! – Roześmiał się Dean, mierzwiąc mu włosy.

– Będę?

– Zobaczysz.

– Chyba nie zobaczę. – Cas ziewnął. – Jestem ślepy, pamiętasz?

– Jesteś pyskaty, uparty, nieposłuszny – wyliczył natychmiast Dean – panikarz i histeryk.

– Za to mam śliczny uśmiech... – Przypomniał sennie Cas, układając się wygodniej na piersi alfy. Znów ziewnął. Bardzo szeroko i głośno.

– Nie powiedziałem, że śliczny... – Zaprotestował Dean. – Tylko, że dość ładny...

– Najpiękniejszy.

– Bardzo ładny najwyżej.

– Naj...pięk...niej...szy – przesylabizował Cas. – Nie wypieraj się.

– Myślałem, że omegi są ciche i pokorne, a nie próżne i łase na komplementy. Chyba trafił mi się wybrakowany egzemplarz.

Cas chciał coś odpowiedzieć, ale tylko zamamrotał kłótliwie i całkowicie niezrozumiale. Dean spojrzał na niego. Nie powinien pozwalać mu zasypiać. Powinni się pospieszyć, dogonić watahę, która już pewnie przekroczyła szczyt i zaczęła schodzić kominem do Gardzieli. Ostatnie, najtrudniejsze zejście przed powrotem do domu.

Cas uchylił usta i obślinił mu koszulkę.

– Dobra – zdecydował Dean – możesz ten kwadrans przespać.

Cas zachrapał.

Chapter Text

Szumy i szelesty. Las. Cas nastawił uszu, by wsłuchać się w otoczenie. Jego oczy były bezużyteczne, ale przez te lata ślepoty nauczył się słyszeć otaczający świat. I czasem prawie widział, to co słyszał: drzewa. Przestrzeń między drzewami.

Drogę.

Łąkę.

Rzekę.

Innych ludzi.

Niewyraźne, trudne do uchwycenia kontury. Płaszczyzny i krzywizny.

Czasem stukał czubkiem paznokci w zęby i czekał, aż dźwięk wróci do niego. Wtedy wiedział, że pień jest oddalony o kilka kroków lub na wyciągnięcie ręki. Że jest gęsty. Nie tak gęsty jak skała, ale gęstszy niż człowiek. I o wiele bardziej gęsty niż woda. Drzewa pamiętał z dzieciństwa i wiedział, że są raczej wąskie, proste na dole i rozrzedzają się na górze – w miejscach, w których pojawiają się gałęzie i liście a między nimi jest dużo przestrzeni, z której dźwięk czasem nie wraca.

Z biegiem lat wszystkie obrazy zaczęły się zacierać i nawet w snach nie potrafił ich przywołać. Poza złoto-brązową klaczą, na którą patrzył i która również patrzyła na niego. Małego, ciekawskiego szczeniaczka – ostatnie, co zobaczyła w jej krótkim, gwałtownie zakończonym życiu.

Czasem śnił, że klaczy udaje się poderwać i ucieka wilkom. Patrzył wtedy za nią, wstrzymując oddech, ze wszystkich sił chcąc, żeby się jej udało, żeby zęby nie zatopiły się nigdy w jej pęcinach, zadzie i karku, żeby nie udało im się jej powalić, rozedrzeć brzucha, wywlec jelit na piach. I czasem budził się, mając wciąż pod powiekami wyobrażenie jej pięknej, roztańczonej sylwetki znikającej w oddali, w tabunie innych koni. Ocalonej.

Od jakiś dwóch lat sny stały się bardziej niespokojne i mroczne. Klaczy coraz rzadziej udawało się wyrwać i wtedy budził się spocony, oddychając szybko i płytko, jakby to on sam biegł i to jemu nie udało się umknąć. Koszmary o ucieczce powtarzały się tak często, aż stały się rutyną i Cas nie wiedział już, czy nadal śni o klaczy czy o sobie.

Odkąd Dean Winchester go przywłaszczył właściwie nie miewał miłych snów. Nic, tylko ciemny, wrogi las. Pełen bólu. Zębów. Kłów. Obcych głosów. Warknięć i uderzeń. Cas desperacko próbował się z tego lasu wydostać, ale nie potrafił odnaleźć drogi. Biegł przed siebie, zawracał, kręcił się wśród dźwięków, echa, które wracało i wracało, zagęszczając się i sygnalizując, że wokół nie ma już prześwitów, nie ma drogi wyjścia.

Podnosił palce do warg i stukał w zęby coraz bardziej rozpaczliwie, ale wrażenie osaczenia pogłębiało się i wkrótce nie mógł już zrobić nawet kroku. Coś na niego napierało, coś go ściskało, boleśnie, aż prawie nie mógł oddychać. Nie mógł się ruszyć. Nie mógł zrobić nic, żeby się obronić, żeby powstrzymać ból i to wrażenie, że coś go za chwilę wypełni, wbrew jego woli, wciśnie się między jego uda, zacznie rozpychać w nim, w tym delikatnym miejscu, którego nie chciał pokazywać nikomu, wtłaczać w nie, coś zbyt dużego, zbyt stężałego i nieustępliwego, przed czym nie ma się gdzie schować. Paniczny strach zaczął go dusić i wgryzać w niego, w kark, aż poczuł słodkawy, metaliczny zapach własnej krwi, jak wtedy, kiedy alfa zdominował go pierwszy raz, znacząc w każdy możliwy sposób i otaczając butnym fetorem swoich feromonów.

I nagle Cas poczuł, że wszystko się rozstępuje przed nim, rozwiewa i coś go delikatnie unosi, aż poczuł podmuch rześkiego wiatru na twarzy, oczyszczającego płuca i niosącego wytchnienie. Dźwięki rozchodziły się w rzadkim powietrzu, nie napotykając przeszkód i jeśli kiedykolwiek gdzieś w świecie jakiś wilk śnił o lataniu, to był to właśnie on, Cas, ten jeden jedyny wybryk natury z oczami jak niebo, którego nie mógł zobaczyć. Poczuł się tak lekki i wolny, jaki nie był od dawna. Może nigdy. Rozłożył ramiona i dał się porwać... ponieść temu nieprzepartemu pragnieniu wyzwolenia i ucieczki.

Ale wkrótce poczuł niepokój i zaczął kręcić głową w poszukiwaniu jakiegoś dźwięku, echa, które odbiłoby się od czegoś. Czegokolwiek. Poruszył niespokojnie palcami, nie mając czego się schwycić. Kopnął stopami w powietrzu, nie znajdując punktu oparcia. Zamachał ramionami. A co, jeśli nie zdoła wrócić? Jeśli zostanie w tej pustce na zawsze? Bez niczego wokół, tylko on? Zupełnie sam? Może już zawsze będzie tak dryfować, zagubiony… zapomniany… Jak wtedy, gdy odłączył się od rodziny?

Nic dobrego z tego nie wyniknęło.

Cas próbował się obrócić, zmienić kierunek, ale wiatr go znosił w nieznane, puste miejsca, coraz dalej i dalej od… wszystkiego. A może to nie wiatr znosił go w tym swobodnym locie, tylko Cas spadał? Ta nowa, straszna myśl sprawiła, że omega zaczął się trząść i rzucać w popłochu, płaczliwie wołając pomocy, chociaż wiedział, że nikogo innego tu nie ma. Że nikt go nie może usłyszeć.

Nie!

Nieprawda! Nie jest sam! Zawsze ktoś z nim jest... omal się nie zakrztusił, gdy z nadzieją sięgnął do szyi – tam była obroża, smycz – jeśli on jest na jednym końcu, to na drugim będzie ktoś! Jo! Ona go złapie! Powie, dokąd zmierzają! pomyślał z westchnieniem ulgi, która rozbłysła jak iskra i natychmiast zgasła, bo obroża zniknęła. Nie było smyczy. Nie było nikogo na drugim końcu… Nikogo poza nim w tym bezludnym, martwym przestworze. Nic nie widział. Niczego nie czuł. Nie było żadnych woni w chłodnym prądzie powietrza. Niczego nie dotykał – bo nic go nie otaczało. I Cas zrozumiał, że jego też za chwilę nie będzie. Nie zdoła się utrzymać w takiej pustce, rozpłynie się, rozwieje jak wszystko wokół. Zniknie.

– Nie! NIE! N I E!

– Cicho! To tylko zły sen! Zły sen. – Usłyszał prosto do ucha i uczepił się tego dźwięku z nagłą nadzieją.

Wciągnął powietrze.

Och! Tak, pełne zapachów!

Nawet zatrważający, władczy odór alfy przywitał z ulgą. Chwycił koszulę na piersi Deana i wcisnął w nią nos, wdychając jego zapach zachłannie, na granicy histerii.

– To tylko zły sen – powiedział jeszcze raz alfa, przytrzymując go mocno. Omega skinął głową, mrugając i drżąc, z każdą sekundą, z każdym wdechem wyraźnie spokojniejszy. Alfa pochylił się nad nim, wytarł szorstki od zarostu policzek w delikatną skórę szyi omegi i ugryzł, niezbyt mocno, ale dość, by móc zlizać kilka kropel krwi. Omega zapiszczał z bólu, próbując się osłonić i wcisnąć jak najgłębiej głowę w ramiona.

– Nienawidzę cię! – zawołał i zamachnął się na Deana, ale alfa chwycił go za rękę, wykręcił do tyłu, przerzucił przez kolano i strzelił raz, za to bardzo mocno w tyłek.

– Nie tym tonem! – warknął groźnie. – I nie podnoś na mnie ręki.

Omega nic nie odpowiedział. Żadne słowa i tak by nie przeszły przez ściśnięte nagle gardło.

– Nie rycz. – Dean przywołał omegę do porządku, zanim jeszcze dostrzegł znajome drganie dolnej wargi i szklące się oczy.

Nie powinien pozwalać mu zasypiać. Powinien dać mu kwadrans. Tylko kwadrans. Spojrzał na zegarek. Minęło prawie półtorej godziny. Niech to szlag! Powinien obudzić go wcześniej! Ale omega wyglądał na tak wykończonego i rozpaczliwie potrzebującego wypoczynku... Powinien go obudzić wcześniej. To był błąd, pomyślał. Omegi, bety, samice i szczenięta mogą pozwalać sobie na błędy, ale nie alfy. Alfa nie może popełniać błędów, które mogą słono kosztować. Po to jest alfą. Dlatego jest alfą. To jest jego odpowiedzialność.

Ściągnął koszulę i kazał omedze założyć. Zwykła flanela, ale zawsze dodatkowa ochrona przez chłodnym wiatrem. Pogoda zaczęła się psuć a oni byli wciąż po nawietrznej. Jeszcze tego brakowało, żeby się wychłodził ten... Mały histeryk. Z naburmuszoną miną zapinał guziki, kiedy Dean jeszcze raz sprawdził jego pasek i wiązanie rzemienia. Wyrzucał sobie, że poszli przez góry. Wataha była na znanym sobie terenie, ale ten mały w ogóle nie miał ani doświadczenia, ani kondycji na taką wyprawę. Nie mieli przygotowania, zabezpieczeń, odpowiednich ubrań i przede wszystkim sprzętu, który umożliwiłyby wciągnięcie tej zestrachanej beksy na szczyt a potem bezpieczne spuszczenie na dół. Teraz miał tylko cztery metry plecionej skóry, która była wystarczająca, żeby beksa nie zgubił się w lesie, ale nie była ani trochę pewnym zabezpieczeniem gdyby się poślizgnął i zaczął spadać w przepaść.

Dean nie spodziewał się, że będzie targać ze sobą taki łup. Omegę. Ślepego.

Nie spodziewał się, że będą musieli iść przez góry – nie taki był plan. Oczywiście, to było zawsze brane pod uwagę jako wyjście awaryjne, z którego w końcu musieli skorzystać, ale nie tak to miało wyglądać. Popatrzył na omegę i wkurzył się. Nie dość, że ryczy, to jeszcze się obraża. I o co?! Dean instynktownie zrobił to, co każdy inny alfa na jego miejscu, aby uspokoić podległego omegę: oznaczył go swoim zapachem i ugryzł dla odnowienia przywłaszczenia. Czy nie tego właśnie oczekuje omega? Oznaczony i przynależny do alfy jest z zasady nietykalny dla innych wilków. Jest częścią osobistego majątku alfy i nikt po niego nie sięgnie, nikt nie zrobi mu krzywdy, nie chcąc ryzykować konfrontacji z alfą. Tak jak nikt nie odważyłby się zaatakować Deana – chyba, że w celu przejęcia władzy w watasze – tak nikt nie ruszyłby jego omegi. To był instynkt. Alfa oznaczał omegę jako swojego a omega powinien poczuć się bezpiecznie, że przynależy i ma opiekę. Czy nie o to chodzi omegom? O opiekę?

Dean był wściekły. Widział, że omega miał zły sen i po obudzeniu omal przykleił się do niego, węsząc nerwowo i chciwie w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Co innego Dean mógł mu dać jak nie zapewnienie, że jest pod jego szczególną ochroną? Przecież, do cholery!, nawet nie ugryzł go mocno! Tylko trochę, starając się, żeby kły ledwie drasnęły naskórek - tylko tyle, ile trzeba, żeby zostawić oznaczenie. Feromony z policzków i ślad zębów na karku. Naprawdę minimum. Niemożliwe, żeby to było bolesne. Niech go szlag jasny trafi, miał już dość cackania się z tym mazgajem. A o ten klaps, to już sam do siebie powinien mieć pretensje. Zna zasady: żadnego pyskowania i żadnego podnoszenia ręki na alfę. Właściwie powinien dostać solidne lanie i każdy inny alfa zostawiłby mu raczej tyłek w proszku niż skończył na jednym klapsie. Nawet się porządnie nie zamachnął. Wiedział, że ma ciężką rękę i nie chciał naprawdę skrzywdzić omegi. Nawet się, kurwa, nie zamachnął! To był mały klaps... Dean przetarł twarz, wyrzucając z siebie pełen złości, niecierpliwy warkot, który sprawił, że Cas podskoczył w przestrachu.

Miało być inaczej. Dean spodziewał się po ślepym, drobnym omedze całkowitej uległości i bezdyskusyjnego posłuszeństwa. Pokory. Niesprawiania problemów. Pyskowanie i próby uderzenia alfy, rzucanie w niego smyczą, kamieniami, uciekanie przed nim... Lista przewinień omegi była długa i rosła z każdym dniem, z każdą godziną. Nie, nie tak to miało wyglądać. Dean przez chwilę pożałował, że zabrał omegę od szeryf Mills. Niech by się ona teraz bawiła w niańkę i znosiła humory i kaprysy tego przeklętego rebelianta!

- Nie becz. Nic ci nie zrobiłem! - powiedział szorstko. - Jeszcze. - Ostrzegł.

Cas otworzył buzię, jakby chciał coś powiedzieć, ale przytomnie ugryzł się w język.

- Nadal mnie nienawidzisz?

Cas zacisnął wargi w wąską kreseczkę i odwrócił się na tyle, na ile pozwalała szerokość półki. Dean podniósł brwi i przewrócił oczami. Co za diabeł go podkusił, żeby przywłaszczył tego szczeniaka? Chyba miał zaćmienie umysłu! Udar. Odbiło mu. A Sammy go ostrzegał, żeby tego nie robił. Sammy próbował go powstrzymać. Trzeba go było posłuchać!, do cholery - wyrzucał sobie, patrząc na omegę. - Jego własna rodzina go nie chciała. Nie troszczyła się o niego. Ze wszystkich bezwartościowych omeg ten tutaj był zdecydowanie na samym dnie i zamiast cieszyć się, że cudem znalazł alfę, który w ogóle go chce, który przysposobił go do nowej, silnej rodziny ten jeszcze stroi fochy! - Dean sapnął z niedowierzaniem. - Dał mu więcej niż omega mógł oczekiwać. Niż mógł marzyć.

Mógł go tylko zerżnąć, ulżyć sobie, zaliczyć i porzucić, nie martwiąc się choćby przez chwilę, co się z nim potem stanie. Przeżyje czy zginie. Mógł go wcale nie oznaczać. Zabrać i - wiedział, że tak robiły niektóre watahy - trzymać w jednym celu. Nie brać na wyłączność, ale udostępniać wszystkim innym chętnym wilkom. Trzymać przez jakiś czas blisko watahy, na obrzeżach, używając takiego nieoznaczonego omegi dowolnie, kiedy i jak się chce, a gdy się znudzi albo sprawia za dużo problemów po prostu zostawia się takiego. Odpędza, bo większość omeg woli znane niewygody niż nieznaną tułaczkę i robi wszystko by je zatrzymano. Wlecze się, próbując nadążyć za watahą. Prosi i przymila się, żebrząc. O jedzenie. O ochronę.

Po świecie włóczyło się sporo omeg bez właścicieli, bez opieki. Godne pożałowania istoty, niezdolne zadbać o siebie, przechodzące z rąk do rąk, coraz bardziej zniszczone, zdesperowane, wygłodzone i upodlone w poszukiwaniu jakiejkolwiek przystani, jakiejkolwiek złudy stabilizacji i chwilowego schronienia. Przynależności. Pana.

A ten tu mały niewdzięcznik został uczciwie oznaczony i ma jednego właściciela. Silnego, zaradnego i opiekuńczego - jak mógł o sobie myśleć Dean bez fałszywej skromności, o czym świadczyła liczna i zadowolona z jego przywództwa wataha. Ma w perspektywie wygodny dom, bezpieczne, zasobne życie i jedyny obowiązek: być, do jasnej cholery, omegą! Sobą! Cichym, posłusznym stworzeniem, które robi, co mu się powie! Omega nie musi się niczym martwić, niczego planować, niczym ryzykować. O wszystkim co go dotyczy decyduje alfa i to on się martwi, to on planuje i to on dba, żeby omega był...

 

...szczęśliwy.

Dean popatrzył na głowę omegi, z ciemnymi włosami tarmoszonymi przez wiatr. Odwrócony od niego, pochylony, idealnie odsłaniał nagi kark i Dean nagle wcisnął nos w to miejsce pod włosami, polizał skórę, pod którą tak łatwo było wyczuć drobne kręgi. Wystarczyłoby lekko zacisnąć szczęki, żeby je skruszyć. Zmiażdżyć, przerwać rdzeń. Dean wiedział, że by potrafił. Zaborczym gestem wsunął dłoń pod ramię omegi, oparł na brzuchu i przycisnął go do siebie, jednocześnie napierając ustami na jego szyję. Nie gryzł. Tylko polizał. Przesunął wargami.

- Nie becz... - powiedział bardzo cicho, bardzo miękko, tonem, którego nigdy wcześniej nie używał. Do nikogo. - Nie gniewam się. Nie musisz się bać.

- Bo mnie ugryzłeś... - Omega pociągnął nosem, usilnie starając się nie chlipać. Nie dlatego, że alfa mu zabronił. Chciał pokazać alfie, że wcale się go nie boi, co w ogóle nie było prawdą. Dlatego było takie trudne. Ale omega bardzo się starał.

- I?

Omega nie wiedział, co powiedzieć. Odwrócił się i Dean mógł zobaczyć jego zdziwione, załzawione oczy, które obtarł wierzchem dłoni, zostawiając na policzkach i skroniach ciemniejsze smugi brudu, piasku z wietrzejących skał.

- I bolało.

Dean roześmiał się nagle a za chwilę gwałtownie urwał, starając się zdusić w sobie chichot, na widok zdecydowanej urazy w niewidomych oczach omegi.

- Bolało? - Powtórzył, wkładając naprawdę wiele wysiłku, żeby nie brzmieć jak: a co ty, mały, wiesz o bólu? Byłeś kiedyś na polowaniu? Widziałeś rozrywane gardło jelenia trzylatka? Walczyłeś z bestiami starszymi i groźniejszymi niż jelenie, niedźwiedzie i inne wilki? Stałeś kiedyś we krwi, jeszcze gorącej, prosto z tętnic takiego potwora, skąpany  cały, od stóp do głów?

Omega nie mógł zobaczyć jego wyrazu twarzy, ale jakby usłyszał jego myśli, wspomnienia, bo dopowiedział prawie bezgłośnie:

- Boję się, że mnie zagryziesz. Na śmierć.

Dean zamrugał.

- O. Och... - westchnął. - O! - Nagłe podejrzenie zaświtało mu w głowie. - Uhm... Czy ty właściwie wiesz, co to znaczy kiedy cię oznaczam? Gryzę? - Sprecyzował. - W kark?

Omega wzruszył ramionami.

- Karcisz? Za karę mnie gryziesz. Bo jestem nieposłuszny. - Wyjaśnił. - Bijesz. Żebym był posłuszny i żebym nie protestował kiedy mnie... - zaczerwienił się jak burak, ale dzielnie dokończył - ...kryjesz. I wtedy... boję się. Że mnie zabijesz. Bo jesteś taki wściekły. I zły.

- Uhm... - Dean pomyślał, że to trochę tłumaczy zachowanie omegi. I że po powrocie do domu czeka ich długa i raczej trudna rozmowa. Którą chętnie odłoży, bo teraz kompletnie nie wiedziałby od czego zacząć. I że rodzina omegi najwyraźniej niewiele go nauczyła o sprawach, które omega w jego wieku powinien rozumieć. - Nie zabiję. Na pewno. Przyrzekam.

Wziął dłoń omegi i położył sobie na sercu, żeby podkreślić wagę tego oświadczenia i żeby omega go poczuł - skoro nie może go widzieć.

- Przyrzekam. Nie zabiję cię.

- Ja to zrobię! - warknął ktoś z dołu i nim się obaj zorientowali w sytuacji, omega pofrunął w przepaść, rozkładając nogi i ręce, dokładnie jak w swoim śnie.

 

Chapter Text

Dean zdążył tylko zobaczyć jak Cas spada. Wyciągnął rękę, żeby go złapać, co prawie mu się udało, ale ciężar omegi pociągnął go za sobą i alfa musiał przekierować całą uwagę na utrzymanie się przy ścianie. Jeśli odpadnie on, odpadnie też omega. Dean był jedyną szansą dla nich obu.

Pozwolił palcom ześlizgnąć się z ubrania omegi i zacisnąć na ostatnim szczeblu drabinki, po której tak niedawno się wspinali z wielkim wysiłkiem. Jednocześnie kątem oka dostrzegł tego śliskiego typa znad rzeki, jednego z watahy Uriela. Młodziak, ale wyjątkowo wredny z pyska i najwyraźniej zdeterminowany, żeby dopaść Casa. Za nim było jeszcze dwóch wilków, mocno uchwyconych łańcuchów. Trzech na jednego? Miodnie, pomyślał, odsłaniając zęby. Chodźcie do tatusia.

Zręczny kopniak prawie oderwał młodziaka od ściany, ale Dean zdał sobie jednocześnie sprawę, że ciężar omegi znacznie utrudni mu mobilność. Spojrzał w dół i zobaczył go wiszącego głową w dół, próbującego złapać smycz i spionizować się, ale przy tym szarpiącego się i spanikowanego na tyle, że tylko pogarszał swoją i Deana sytuację. Naprężenia rzemienia mogły łatwo pociągnąć ich obu w przepaść, a jeśli omega miał pecha – rzemień mógł pęknąć w każdej chwili i omega poleciałby na kamieniste dno wąwozu. To, co powinien zrobić, to przestać się rzucać i dać sobie pomóc w pierwszej możliwej chwili.

Oczywiście Dean nie wierzył, że omega był na tyle bystry. Może zresztą nie chodziło o bystrość. Dean naprawdę nie uważał go za bardzo tępego, jak na omegę (omegi, z tego co o nich wiedział, były zwykle dość… powolne. Z natury), ale ten chłopak był jednym kłębkiem nerwów, nie miał żadnego doświadczenia i nie wiedział, jak się zachować w takich sytuacjach. W różnych sytuacjach. We wszystkich sytuacjach, co było naprawdę irytujące - Dean mimowolnie westchnął. - I słodkie.

Kolejne kopnięcie. Ryk wściekłości uderzonego wilka. Tamci dwaj próbujący się przepchnąć do nich i pomóc kompanowi, ale ściana i łańcuchy nie pozostawiały im zbyt wiele pola manewru. Najwyraźniej też nie mieli zbyt wiele doświadczenia. To byli chyba jacyś nizinni frajerzy.

Dean znów spojrzał na omegę. Pewnie nawet nie wie, co się właściwie stało. Nie widzi. Stracił oparcie. Wisi głową w dół nad przepaścią. Nie ma czego się złapać. Może się uderzył o skałę? Nawet będąc w uprzęży spinaczkowej mógł przy takim upadku doznać kontuzji, co dopiero na zwykłym pasku i smyczy… Dean nagle poczuł lęk. Omega jest zmęczony. Dopiero co się obudził i dopiero co został ukarany. Nie ufa swojemu alfie. Na pewno wpadł w panikę. Dean ocenił różnicę odległości między nimi – Cas był za nisko, żeby go dosięgnąć i uspokoić. Dean nienawidził tego bardziej niż czegokolwiek, ale musiał przyznać: Cas był teraz zdany tylko na siebie.

 


 

Cas w jednej chwili trzymał dłoń na piersi Deana Winchestera, czując pod palcami miękką fakturę spranej bawełny T-shirtu i ciepło promieniujące z mięśni alfy, a w drugiej nie trzymał się już niczego, leciał w dół i chyba nie zdążył krzyknąć, a jeśli nawet to nie zarejestrował tego, zbyt przerażony i zaskoczony tym, co się działo. Nagłe szarpnięcie omal nie przerwało go na pół. Ból w plecach dźgnął go jak nóż. Cas pomyślał, że chyba właśnie umarł. Nie mógł się ruszyć, nie czuł rąk i nóg i nie mógł złapać tchu.

Dean 


...pomóż

...pomóż

 

Cas poczuł wiatr na twarzy, jak w swoim śnie. Nic więcej, żadnych woni, żadnych dźwięków, tylko wiatr.

 

Dean

...nie

...zostawiaj mnie

 ...tu

Ale Dean nie pomógł.

Cas nie był rozczarowany. Był głupi, jeśli choć przez chwilę liczył, że alfa mu pomoże. Jesteś głupi!, skarcił się w myślach i może nawet powiedział to na głos:

- Głupi omega. Uwierzyłeś temu alfie? Myślisz, że o ciebie dba? To jesteś NAPRAWDĘ głupi.

Nagle wszystko wróciło: dźwięki i zapachy i poczucie nieznośnego ciężaru w piersiach, ale przynajmniej znów mógł odetchnąć. Głowa go bolała. I plecy. Wszystko, ale głównie głowa i plecy. I strasznie się wszystko kręciło, w środku w nim, aż czuł mdłości, i na zewnątrz wszystko wirowało, cały świat. Cas zrozumiał, że spadł. Że wisi na smyczy, która kołysze się nad nim i szarpie.

Dean mógłby przestać się ruszać i pozwolić mu przynajmniej złapać za tę część smyczy, którą przywiązał do paska. Wtedy Cas mógłby podciągnąć się i nie wisieć głową w dół. Starał się ją złapać, ale za każdym razem, kiedy już miał ją w palcach, nagłe szarpnięcie wyrywało mu ją z rąk. Ból pleców był nieznośny, ale przynajmniej czuł wszystko. Ręce i nogi. Nogi zwłaszcza, kiedy machał nimi, próbując znaleźć jakąś stabilną pozycję. Kilka razy bujanie smyczy spowodowało, że obił się o ścianę. Dwa razy barkiem, kilka razy biodrem i nogami i co najmniej raz głową.

Cas rozumiał, że powinien spróbować przestać się ruszać, ale jak to zrobić? Zdążył już wsłuchać się w dźwięki na tyle, żeby zorientować się, że wisi w pobliżu ściany, ale nie tuż przy niej. Echo pomogło jego umysłowi wyobrazić sobie otoczenie: ściana, bardziej odchylona w dół, gdzie miał głowę, na tyle daleka aby nie móc łatwo jej sięgnąć, ale dość bliska, by w nią uderzać w rytm kołysania się rzemienia. Pod nim przepaść. Nad nim znajome głosy. Warczenie. Groźne dźwięki. Walka.

A więc jego wataha dogoniła ich i zaatakowali Deana. Ich obu. Rozpoznał głos Phehiljaha. To on go pociągnął w dół. Oderwał od ściany. Któż inny. Phehiljah, ten podstępny, zapchlony kundel.

Cas starał się nie ulegać lękowi. Niech oni walczą. Niech się pozagryzają, nie obchodzi go to. Teraz musi się zatroszczyć o siebie. Nikt się o niego nie zatroszczy. Tylko on sam. Tylko on.

Musi się jakoś uwolnić od smyczy. Od Deana. Jak? Co robić?, spróbował odetchnąć, zebrać myśli. Podniósł dłoń do ust i odruchowo zaczął stukać palcami w zęby. To go zawsze uspokajało. Lokalizowanie dźwięków, które do niego wracały pomagało mu się zorientować w przestrzeni i nie czuł się już taki ślepy, taki zagubiony i zdany na łaskę innych. Łaskę, ktora często zamieniała się w prześladowanie. Wyzwiska. Wyśmiewanie. Przemoc. Okrucieństwo.

Był przestraszony, ale coś do niego dotarło: nie chciał umrzeć. Mimo wszystkich rzeczy, które się wydarzyły, nie chciał. Tyle przeszedł. Wytrzymał tyle gwałtów i bicia i gryzienia – nie po to, żeby teraz umrzeć. Przecież udało mu się kilka dni temu nakłonić alfę, żeby pozwolił mu odejść. Ten jeden dzień wolności - który prawie w całości przespał – ten jeden dzień był dowodem na to, że nie jest skazany na wybór między niewolą a śmiercią. Ten jeden dzień mógł się powtórzyć, jeśli tylko zdoła zapanować nad tą smyczą.

Jeszcze jednym wysiłkiem ramion uczepił się smyczy i tym razem zdołał jej nie puścić. Napiął mięśnie i krzycząc z wysiłku podciągnął się. Oplątał nogę wokół naprężonego rzemienia a druga nagle znalazła podparcie o ścianę i Cas – nie rozumiejąc co robi, ale wkładając w to ostatnie siły – odepchnął się i nagle… trzymał się prawie prosto. Trzymał rzemień obiema dłońmi. Załkał i roześmiał się jednocześnie.

ZROBIŁEM TO!

ZROBIŁEM!

DEAN!

Gdyby mógł, podskoczyłby z emocji. Bardzo chciał, żeby alfa go teraz zobaczył. Żeby zobaczył, jak sobie omega sam poradził. Sam. Bez niczyjej pomocy, a już zwłaszcza jego. Alfy. Chciał mu powiedzieć: widzisz, poradziłem sobie, nie potrzebuję cię. Nie musisz kłamać, że mnie ochronisz, kiedy naprawdę nic dla mnie nie robisz. Sam sobie poradziłem.

I wtedy poczuł, że coś go ciągnie do góry, za rzemień, poczuł na sobie ręce i już nie wisiał nad przepaścią, tylko stał, na skale i ktoś wciskał mu łańcuch w dłonie. Zimny, znajomy metal, o wiele solidniejszy niż smycz, którą wypuścił z ulgą. Zdecydowanie wolał trzymać się łańcucha. Wąski występ skalny, na którym wcześniej się ślizgał i uważał, że zaraz z niego spadnie – nagle okazał się szerokim podestem, pozwalającym wygodnie stanąć, mocnym i pewnym, bo z litej skały.

Cas przycisnął czoło do ściany i odetchnął z ulgą.

- Krwawisz.

Cas nie dotknął skroni, żeby sprawdzić. Wzdrygnął się na dźwięk głosu i nagle zakręcił głową, nasłuchując.

– Dean?

– Jestem tu. Nic nie rób. Nie denerwuj się. Wszystko będzie okay – powiedział z pewnej oddali. Cas przełknął ślinę. Kolejne kłamstwo alfy. Powinien się już przyzwyczaić. Zacisnął ręce na łańcuchu i odwrócił się do wilka, który go trzymał.

– Gdzie Gabriel?

- Twój alfa ci nie powiedział? Och. Przykro mi, że to ja muszę ci przekazać... Nie żyje. Padł nad rzeką. On i Balthazar. – Poinformował Phehiljah i Cas mógłby przysiąc, że się przy tym uśmiechał. – Ten wariat ze strzelbą naładował ich obu srebrem. Przyjaźniliście się kiedyś.

– Dość. – Przerwał Zachariasz. – Winchester. Chyba czas pomówić o złocie.

- O złocie? – spytał spokojnie Dean Winchester.

- Chcemy je. Puścimy was wolno, ciebie i tego twojego chłopczyka. Chyba jesteś wart kilka worków złota dla swojej watahy?

- Chyba jestem – powiedział Dean, cedząc słowa. – Wolałbym, żeby twój chłopczyk nie tykał mojego chłopczyka.

- Ej! – wrzasnął Phehiljah, ale Zachariasz kazał mu się zamknąć.

- Nic mu nie zrobi. To kuzyni.

- Tym bardziej mnie obrzydza, jak go dotyka ta śliska gnida.

- Ty!... – Cas poczuł szarpnięcie i znów by spadł, gdy Phehiljah rzucił się do Winchestera, ale Zachariasz chwycił go i brutalnie usadził.

- Cofnij się – warknął. Położył rękę na karku omegi i zmusił do zrobienia kilku kroków. – Ty też. Tam, no już!

Cas zrozumiał, że kazali mu się oddalić od alfy i poczuł niepokój, że jest w potrzasku między Phehiljahem, Zachariaszem i Deanem. Ścisnął łańcuch, chowając głowę w ramionach i stojąc przy ścianie tak, że nikt nie mógł zobaczyć jego twarzy. Przestawiali go między sobą, jakby był rzeczą. Nie podobało mu się to. I nie podobało mu się, że Balthazar nie żyje. I Gabriel. I że Dean mu nie powiedział.

- Mały jest zmęczony. Pozwól mu wejść na półkę i odpocząć. – Zaproponował spokojnie alfa Winchester. – Zanim zjawią się moi z plecakami może minąć trochę czasu.

- Nie. - Zachariasz był stanowczy.

- Myślę, że nie wytrzyma długo. Raz już dziś prawie spadł i raz spadł naprawdę. Jest wykończony. Pozwól mu odpocząć. Przecież nie ucieknie.

Zachariasz rozważał to kilka sekund.

- Okay. - Zgodził się wreszcie. - Ale Phehiljah pójdzie z nim.

- Nie.

- To nie.

Cisza trwała dłuższy moment i tym razem Winchester ustąpił.

- Okay, ale będę mieć na niego oko.

- Nie inaczej. – Zgodził się Zachariasz. Zawsze postrzegał siebie jak człowieka interesu. Omega nie był nic wart, ale jeśli Dean chciał, żeby mu okazać pewne względy, cóż, Zachariasz nie byłby od tego, by potraktować omegę jak ewentualną kartę przetargową. Najwyraźniej ten Winchester miał do niego jakąś słabość. Ustąpienie mu w tej drobnostce nie stwarzało zadnego zagrożenia a mogło alfę usposobić bardziej... pokojowo. Zachariasz nie potrzebował rozlewu krwi. To nie był ich teren. To nie był ich najlepszy dzień i prawdę mówiąc, mieli niespodziewanie dużo szczęścia zyskując tę niewielką przewagę. A w perspektywie: złoto. To było najważniejsze. To był ich cel. Złoto.

Tylk ono się teraz liczy.

Jeśli Winchester chce położyć omegę spać, Zachariasz nie miał z tym problemu.

Jeśli Winchester zażąda, żeby Zachariasz oddał mu Phehiljaha, do zabicia, do zerżnięcia, czy do obu tych rzeczy w dowolnej kolejności - Zachariasz również nie będzie miał obiekcji. O ile na koniec dnia Zachariasz odejdzie ze złotem - mógł wykazać elastyczność.

 

 

 

Chapter Text

Dean zacisnął szczęki, kiedy Phehiljah z pomocą drugiego wilka wyciągnął Casa. Chłopak trząsł się ze zmęczenia i może z ulgi, kiedy postawił stopę na twardym gruncie. Chwycił łańcuch kurczowo, przyciskając się do ściany na tyle, na ile było to możliwe. Z rany nad łukiem brwiowym i na skroni sączyła się krew, którą wytarł rękawem, jakby ocierał pot. Oddychał ciężko i pachniał... wyczerpaniem.

Nie powinien pozwolić mu spać. Gdyby zrobili tylko kwadrans przerwy a nie półtorej godziny ci trzej bandyci nie dogoniliby ich. Dean przeklął w myślach. To wszystko jego wina. Dał się podejść. Zaskoczyć. Naraził ich obu, siebie i małego histeryka. Zacisnął pięści. Malec na pewno się potłukł. Rany na głowie nie wyglądały na poważne, ale mogły być: wstrząs mózgu, krwawienie do wnętrza czaszki... Od tego można umrzeć. Widział już większych chojraków, charakterne i twarde bety, które po niezłym łomocie szły do baru, wypijały kilka kolejek, żartując i podrywając kelnerki a potem nagle krew im szła nosem, kilka stuknięć obcasami w konwulsjach, przewrócony stołek i następna kolejka szła już akonto stypy.

Dean czujnie obserwował omegę. Kiedy ustawiał się na gzymsie skalnym krzywił się i przechylał dziwnie, jakby bardzo bolały go plecy i Dean poczuł kwaśny smak w ustach. Zrobiło mu się niedobrze na myśl, że zawiódł. Jeśli nie potrafi zadbać o to, co do niego należy, może to łatwo stracić. A on nie chciał tracić omegi.

Wszystko szło nie tak. Cała ta cholerna wyprawa poszła nie tak jak planował. Wszystko rozlazło się w momencie, w którym go zobaczył, z tymi niebieskimi oczami, stojącego przez cały wieczór pokornie w kącie, z butelką taniego piwa imbirowego, które kupuje się babom w ciąży i szczeniętom. Dean pamiętał, jak obserwował go i węszył, wyłuskując jego zapach spośród zapachów innych wilków.

Zapach przestraszonego omegi, ogłuszonego hałasem i miejscem, w którym nie czuł się bezpiecznie. Jego wataha nie posadziła go między sobą, przy stole i Dean przez chwilę bał się, że to jedna z tych nieoznaczonych omeg, które świadczą wszelkie usługi komukolwiek kto się nawinie, włócząc się za watahami, napraszając, ale z ulgą zorientował się, że on jest ich, z rodziny.

Potem w lesie wyśledził tę watahę i dokładnie go obwąchał. Omega nie pachniał nikim szczególnym. Nie pachniał innym wilkiem. Kryciem. Cudzym nasieniem. Dean chciał go mieć już w tamtym momencie, w barze, kiedy zobaczył go pierwszy raz i wziąłby go nawet jeśli by był jedną z tych kurewek, sprzedających się za chwilową ochronę i trochę jedzenia. Ale fakt, że omega okazał się nieruszany rozbudził pragnienie alfy, by zatrzymać go na dłużej. By go przywłaszczyć.

Nie przeszkadzało mu, że omega nie widzi. Omegi nie wypuszczają się na polowania, nie są zwiadowcami, nie tropią, nie walczą. Nie muszą widzieć. Omega nie był mu potrzebny do niczego w watasze. Chciał go tylko po to, żeby go mieć – jak się ma piękny przedmiot.

Oczywiście, że chciał go używać. Dean nie czuł potrzeby, żeby swoje żądze rozbierać na kawałki, segregować, nazywać i porządkować zgodnie z medycznymi teoriami. Wystarczyło, że mu stawał na widok tego chłopca jak nigdy na widok nikogo. Był z wieloma wilkami: betami, alfami, mężczyznami i kobietami, próbował różnych rzeczy, spełniał swoje i cudze pragnienia, ale nic nie podniecało go tak, jak świadomość, że w pełni panuje nad partnerem. Że bierze wszystko, bezwarunkowo, bez żadnych ograniczeń. I właśnie tak chciał brać tego wilczka o oczach, które nie widziały, ale uwodziły. Chciał go mieć całkowicie, kompletnie, w każdym wymiarze. Chciał robić z nim co chce i kiedy chce, nie pytając o zgodę i nie martwiąc się, czy omedze się to podoba. Chciał pokryć jego delikatne ciało śladami tego posiadania, żeby każdy wiedział, od jednego spojrzenia jak bardzo omega do niego należy. Chciał być dla omegi wszystkim. Jedynym i najważniejszym - po Pierwszym Wilku - panem i władcą absolutnym. Chciał go regularnie napełniać spermą, nacierać swoim zapachem, trzymać pod ręką, mieć na każde skinienie i czuć, że omega jest mu całkowicie oddany, posłuszny, uległy. Ufny.

Wdzięczny.

Nie był. Cholera!

Nie ufał mu, nie był posłuszny, nie był uległy i na pewno, do stu diabłów, nie był wdzięczny!, pomyślał Dean na poły ze złością, na poły... z rozbawieniem. Był irytującą beksą, istną królową dramatu. Te histerie, płacze, myśli samobójcze, wielokrotnie wykrzyczane w twarz: nienawidzę cię, rzucanie kamieniami i próby bicia alfy, chociaż miał świadomość, że dostanie za to lanie – wywoływały w Deanie najpierw złość, ale teraz na swój sposób...

...polubił to. Nigdy by się nie przyznał nikomu, nawet Sammy’emu – a jemu przyznawał się do wszystkiego, to był jego brat krwi i najwierniejszy przyjaciel – że omega wzbudzał w nim coś więcej niż pożądanie. Niż terytorialne poczucie własności. Niż chęć złamania go i wytresowania dokładnie tak, jak tresuje się omegi, aby spełniały wszelkie życzenia i fantazje swoich właścicieli bez względu na to, co same myślą i czują (o ile jakiś alfa w ogóle kiedyś zastanawiał się nad tym, że jego omega myśli i czuje).

Dean patrzył na Casa, jak wspina się pod nadzorem Phehiljaha na drabinkę i sadowi na półce, na której spał jeszcze godzinę temu. Odkąd Phehiljah go wyciągnął Cas ani razu nie spojrzał na swojego alfę, chociaż raz go zawołał po imieniu i zlokalizował po głosie. Dean nagle poczuł, że coś się zmieniło.

Cas zasypiając na jego piersi - zmęczony, ale spokojny - przez moment nawet się przekomarzał, przypominając, że Dean powiedział mu wcześniej, że ma najpiękniejszy uśmiech na świecie (prawienie omedze komplementów to była chwila dziwnej słabości, której Dean nie potrafił wytłumaczyć sam przed sobą niczym innym, niż chorobą wysokościową i niedotlenieniem mózgu). Jeśli w ich relacjach następował jakiś progres, to ten moment był dużym krokiem naprzód. Omega nigdy nie czuł się przy nim równie swobodnie i Dean niechętnie przyznał, że był w tym... okay, wkurzający. Pociągający. Wkurzająco-pociągający. Apetyczny. Uhgrrrr... WKURZAJĄCY!

s ł o d k i*

Ale teraz Dean czuł, jakby niespodziewanie się cofnęli i to więcej niż o krok. Cas minął go z pochyloną głową i twarzą bez wyrazu, chłodny i zamknięty w sobie, jakby...

...miał o coś żal.

Dean prawie się zagotował widząc, że Phehiljah podąża za nim i siada obok, ramię w ramię, kolano w kolano. Ten wredny, oślizgły skurwysynek wywoływał w nim mdłości. Zabiję cię, poprzysiągł mu w duchu. Jak tylko wydostanę omegę z tej opresji i odeślę bezpiecznie w dolinę, zajmę się tobą, ty gnido.

Tymczasem czekali na Sama i plecaki, w których Zachariasz spodziewał się znaleźć złoto.

Dean zaczął nucić pod nosem Highway to hell.

 


 

*Okay, notatka do zapamiętania: nigdy nie mówić tego na głos i nigdy więcej nawet o tym nie myśleć. Omega nie jest słodki (cholera, znowu to słowo??). Jest... uhm... do zerżnięcia. O! Właśnie tak. Ma jędrny tyłek, ciasny wjazd i chociaż w ogóle nie umie ssać, to instynktownie wszystko połyka. Duży plus. Właśnie. To można powiedzieć o omedze.  Nie to, że jest słodki. Definitywnie nie to, że jest słodki. Okay, to już trzeci raz pod rząd. Jeszcze raz i powinienem sam sobie założyć smycz. Różową, pomyślał Dean ze złością.

 

 

 

Chapter Text

Alfa kłamie. Nieustannie, pomyślał Cas, wspinając się na drabinkę. Zachariasz zażądał złota i Dean Winchester powiedział mu, że je dostanie. A przecież Cas dobrze pamiętał, że Dean kazał wszystkim opróżnić plecaki i złoto spadło w przepaść. Wataha nie ma złota. Alfa kłamie.

Co zamierza zrobić, kiedy zjawi się Sam i reszta, z plecakami, w których nie będzie złota? Cas ostrożnie podciągnął kolana pod brodę i objął nogi ramionami, kuląc się z chłodu, pomimo ciepłej, flanelowej koszuli, którą dostał od alfy. Wiatr się wzmógł, powietrze pachniało zbliżającym się deszczem a w oddali przetoczył się głuchy pomruk, zwiastujący burzę. Cas zawsze bał się burzy i deszczu. W takim powietrzu dźwięki inaczej się rozchodziły i tracił orientację. Grzmoty gwałtownie uderzały we wrażliwe bębenki słuchowe i omega czasem aż przysiadał ze strachu, wywołując nierzadko salwy śmiechu swoich braci. Gabriel uwielbiał kpić z niego w takich momentach.

Cas wciąż nie mógł przyjąć do wiadomości, że Gabriel… Nie żyje? Niemożliwe. Ze wszystkich wilków w swojej watasze to właśnie Gabriel był tym najsprytniejszym, który potrafił się wywinąć ze wszystkich kłopotów. Cas nie mógł uwierzyć, że tak skończył. Nad rzeką, w tym głupim lesie. Od srebrnej kuli. Zastrzelił go ten człowiek, który zjawił się z panią szeryf. Jego i Balthazara. Życie było niesprawiedliwe. Czemu nie trafił Phehiljaha? Albo Zachariasza? Oni zasługiwali. Zasługiwali bardziej niż Gabe. Nawet jeśli się wyśmiewał. Bo czasem był dobry. I czasem te jego żarty tak rozbawiały watahę i odwracały uwagę, że kończyło się na śmiechu zamiast na biciu.

Phehiljah siedział obok i śmierdział gorzej niż Alfa. Cas wcisnął nos w rękaw. Wolał zapach kłamczucha niż tego… tego… kundla! Cas zatrząsnął się ze zdenerwowania. Phehiljah zawsze był najgorszy dla niego. Zabrał mu plecak! Okradł go. Ukradł mu jedyną rzecz, która naprawdę kiedykolwiek należała do omegi. Phehiljah ani Uriel nie mieli prawa mu zabierać plecaka. Nie dostał go od żadnego z nich! Dostał go od alfy Deana i to był jego plecak! Miał w nim mnóstwo rzeczy i wszystkie należały do niego: koc, słodycze, miód.

Miód.

Zaburczało mu w brzuchu. Zgłodniał. Bardzo zgłodniał, aż go rozbolał żołądek. Zjadłby batonik! Cas lubił zwłaszcza te z miękkim, trochę ciągnącym się nadzieniem. Sam powiedział, że są karmelowe. To ładne słowo. Karmel. Brzmi dokładnie tak jak smakuje: słodko. Pysznie. Właściwie to od dzieciństwa, kiedy stracił wzrok, nikt nie dawał mu batoników. Praktycznie zapomniał, że istnieją takie dobre rzeczy do jedzenia jak słodycze. Jego wataha go nie głodziła, nie. Co to to nie. Nie mógł się skarżyć. Nie jadał do syta, bo jego talerz napełniano w ostatniej kolejności i nikt nie zawracał sobie głowy, by rozpieszczać go smakołykami... Ale rozumiał to. Nie miał żalu. Słodycze nie są najważniejsze. Dostawał tyle, ile trzeba.

Jejku, jak w brzuchu burczy!, zawstydził się, że Phehiljah to słyszy. Och, zjadłby teraz batonik! Albo takie gorące mięso, jak wtedy, co Dean zarządził polowanie, żeby omega mógł zjeść coś ciepłego. Tak powiedział, dokładnie tak: zatrzymałem watahę, bo zasnąłeś. Zatrzymałem ich na nieplanowany postój, żebyś mógł się wyspać. Kazałem upolować sarnę i upiec, żebyś mógł zjeść coś ciepłego. Cas zapamiętał wszystko, co do jednego słowa. Dean dawał mu batoniki i czekoladę i mięso. Cas nigdy przy nim nie był głodny.

A gdyby zapytał, czy Dean ma coś jeszcze do jedzenia? Może Dean znalazłby dla niego jakiś batonik? W kieszeni? Może ma? Może go zapytać...

Nie! Nie chce nic od tego kłamczucha. Przez niego omal nie spadł i nie umarł w tych górach! To wszystko jego wina. To, że Casa teraz bolą plecy i głowa, że leciała mu krew, że siedzi teraz z tym głupim, podłym Phehiljahem, głodny i nasłuchuje burzy... I że źle się czuje. Wszystko jego wina! Dean powinien go zostawić z panią szeryf. Pani szeryf powiedziała, że mu pomoże, że się nim zajmie. Cas by wolał być z nią, niż z Deanem, który tylko kłamie. A teraz, kiedy Zachariasz odkryje kolejne jego oszustwo: że nie ma żadnego złota?

Cas nie będzie już nigdy więcej potrzebował żadnych batoników.

Ciekawe, co alfa na to? Obiecał, że omega będzie z nim bezpieczny. Kłamczuch! Wstrętny kłamczuch!

– Znów cię krył? – spytał cicho Phehiljah, przyglądając się szyi omegi. – Cuchniesz nim na milę.

Cas skulił się jeszcze ciaśniej, starając się odgrodzić od niego, nie tylko od zapachu, ale też od głosu. Nie chciał rozmawiać z Phehiljahem o niczym, a już na pewno nie o tym, czy alfa go krył czy nie.

– Tylko to z tobą robi, co? – Phehiljah przysunął się bliżej a jego szept owionął gorącem szyję omegi, wzbudzając nieprzyjemny dreszcz. – Tylko po to cię ciągnie ze sobą. Ale co zrobi, jak mu się już znudzisz? Wypędzi, zobaczysz. To nie potrwa długo. Chwilowy kaprys, żeby się zabawić z omegą takim jak ty. Dziwolągiem. – Śmiech Phehiljaha był lepki i odstręczający. – Piękny Winchester chce rżnąć potworka. Dla odmiany.

Cas zacisnął powieki. Czemu ten Phehiljah się nie zamknie? Niech się zamknie!

– No, co? – Ciągnął Phehiljah, nie zrażając się milczeniem omegi. – Nie wiesz, jak on wygląda? Powiedzieć ci? Jest… Mhmmm... – Phehiljah zamruczał sugestywnie. – Może i lepiej dla ciebie, że go nie widzisz. Nie wiesz, co stracisz, kiedy wreszcie kopnie cię w tyłek. Taki alfa nie potrzebuje szukać omeg, może mieć każdą inną alfę, jaka się trafi w zasięgu ręki. Prędzej czy później znajdzie sobie jakąś. Bogatą, ładną. Która wniesie mu majątek i własną watahę… I może szczeniaki. Legalne, nie jakieś bękarty po betach czy omegach. Po co mu takie nic, jak ty?

– Sam jesteś nic! – Cas nie wytrzymał. – I nic nie wiesz!

– Ej! Zostaw go! – krzyknął zimno Winchester, spoglądając groźnie na półkę. – Bo się tam przejdę do was!

– Phehiljah! – Włączył się Zachariasz w tonie fałszywej mediacji. – Pozwól kuzynowi odpocząć.

Phehiljah umilkł na kilka minut i Cas już myślał, że zupełnie dał mu spokój, kiedy jadowity szept znów zaczął się sączyć do ucha.

– Patrz, no jak cię broni. Masz nadzieję, że to już na zawsze? Znalazłeś patrona i opiekę? Nie rozczaruj się, jak cię odda któremuś z tych swoich bet. Może temu wielkoludowi? A może im wszystkim? Po kolei? – Cas podskoczył nagle, czując na udzie niecierpliwe palce. Wyrwał się gwałtownie i prawie zleciał z krawędzi, tak daleko chciał się odsunąć.

– Chcesz spaść? – zawołał Phehiljah, łapiąc go i przyciskając do siebie. – Tak się przestraszyłeś zbiorowego dymanka? Czy się nie możesz doczekać?

– Czy ja się nie wyrażam jasno? – warknął Dean do Zachariasza. – Twój chłopczyk dotyka mojego chłopczyka, a miał nie. Umowa jest umowa. Czy twoje słowo nic nie znaczy i powinienem raczej pomówić z tym zaszczanym kundelkiem, który najwyraźniej złapał cię za ogon i kręci jak chce?

– Phehiljah! Zejdź no. – Zachariasz nie chciał się wykłócać o takie drobnostki. – Om... twój kuzyn sobie poradzi sam, jak sądzę.

Phehiljah obruszył się i zwlekał z zejściem, ale Zachariasz nie znosił sprzeciwów. Nie był alfą, ale był pierwszy po Urielu i Phehiljah nie wyobrażał sobie otwartego sprzeciwu. Nie na oczach tego Winchestera. Znęcanie się nad Casem było przyjemne, ale nie byli tu dla niego, tylko dla złota. Za to złoto kupią sobie co będą chcieli. Może nawet takiego omegę?

- Kiedy już weźmiemy złoto możemy wziąć i ciebie... - Zaoferował, stając na drabince. - Wstawię się za tobą. Będziesz mógł wrócić do rodziny.

Cas zakrył rękami głowę i cofnął się pod samą ścianę, w głąb półki. Z dala od kuzyna.

- Namyśl się. On nie będzie trzymał cię długo. Wiesz o tym. To twoja jedyna szansa: wrócić do rodziny. Mogę to załatwić... Mogę ci pomóc... Cas.

Cas zasłonił uszy. Phehiljah wymawiał jego imię jak by było brzydkim słowem. Jak to słowo, którego Cas się brzydził, a które oznaczało te rzeczy. Nie chciał tego słyszeć. Nie chciał wracać. Dean może go sobie wygonić, bardzo dobrze. Taką miał nadzieję. Im prędzej tym lepiej! Ale na pewno nie wróci do watahy. Nie po tym, co wydarzyło się ostatnio. Nie po tym, co wydarzyło się nad rzeką.

- Mógłbym się tobą zaopiekować. - Phehiljah przełknął ślinę. - Jak alfa.

- Złazisz czy nie? - Ponaglił go Winchester.

- Bo co? - odwarknął, ale zszedł. Minął go i oblizał się, czując nagle jak od jego zapachu wysycha mu w gardle. Ten Winchester… Omedze trafiło się jak ślepej kurze ziarno. Ha ha! Ślepej. A to dobre! Zerknął na Winchestera. Hm.

Wyśmiewał się z omegi i dokuczał mu, ale prawdę mówiąc, w głębi serca… W dole brzucha… Pojawiało się to dziwne coś. Gorąco. Mrowienie. Ten alfa był diabłem. W niczym nie przypominał Uriela. Wysoki i silny, nie tak wielki jak ten drugi, który się przy nim kręcił, ale miał w sobie coś… obezwładniającego. Phehiljah obserwował go wtedy w barze, kiedy siedzieli po dwóch przeciwnych krańcach sali. Wataha Winchestera nie była tak karna jak wataha Uriela. Każdy zamawiał co chciał, wszyscy gadali i śmiali się swobodnie, rozłazili się po knajpie i wokół budynku, paląc, tańcząc i flirtując między sobą i z innymi, ale jednocześnie wiadomo było, od jednego spojrzenia, że on jest najważniejszy. Przynosząc do stołu piwo czy przekąski dbali, żeby zawsze dostał je pierwszy. Nie było w tym nic służalczego, ale ani razu nie musiał wskazać palcem, że czegoś potrzebuje. Nie musiał. Nie zdążyło mu niczego zabraknąć: piwa, precli, frytek, smażonych żeberek... Zawsze ktoś od niechcenia uzupełniał talerz, dolewał, dostawiał. Podawał keczup, sól. Niezauważalnie, gładko, nie przerywając opowiadania wesołych historyjek, czy przekrzykiwania się tytułami piosenek, których chcieli posłuchać. W watasze było sporo wilków i kilka wilczyc i Phehiljah zastanawiał się, czy któreś z nich miało dodatkowe przywileje. Nocne. Wyobraźnię Phehiljaha na chwilę zajęły obrazy alfy Winchestera. Mhm. Tak, omedze się trafiło.

Phehiljah przez chwilę pozwolił dojść do głosu zazdrości.

Gdyby to na niego ten Winchester tak patrzył...

Gdyby to jego chciał przywłaszczyć.

Hm.

 


 

 

- Hej!

Cas podniósł głowę, słysząc nad sobą znajomy głos.

- Mamy złoto - powiedział Sam.

- Znakomicie - odrzekł Zachariasz. - Bo my mamy twojego alfę i jego małą dziwkę.

 

 

 

Chapter Text

Cas wstrzymał oddech. Teraz się wszystko wyjawi! Wataha nie ma złota! NIE MA! Dean okłamał Zachariasza. Zachariasz i reszta zabije ich wszystkich. Alfę, jego brata Sama i... jego. Casa. Ups. Może trzeba było przyjąć ofertę Phehiljaha?, zastanowił się, ale zanim dobrze przemyślał, czemu wolałby umrzeć z alfą niż przeżyć z Phehiljahem usłyszał twardy głos Deana.

- Chłopak idzie na górę.

- Mowy nie ma, dopóki nie zobaczę złota - odrzekł Zachariasz.

- Sammy! - zawołał Dean i Cas wcisnął się w ścianę, oczekując w każdej chwili, że ktoś złapie go za kostki nóg i zrzuci z krawędzi. Tym razem nie zatrzyma się na smyczy, bo Phehiljah ją przeciął. Nic nie łączyło go z alfą. Dean go nie złapie.

Nastawił uszu, żeby nie uronić ani słowa. Ani jednego dźwięku. Coś zaszurało. Spadło trochę piasku, kilka drobnych kamyczków. Czyjeś kroki zadudniły na drabince. Szuranie. Szelest tkaniny. Znajome zapachy. Phehiljah. Sammy. Uderzenie grubych podeszew o szczebelki. Odgłos grzmotu. Szarpnięcie za ramię.

Serce omal mu nie wyskoczyło gardłem i chyba pisnął w panice.

Wrył paznokcie w załomek ściany, broniąc się przed chwytem i gotów walczyć.

Nie chciał spadać.

Nie chciał umierać.

Nie chciał iść z Phehiljahem.

Niech wszystko się na chwilę zatrzyma!

Dlaczego to się dzieje?!

Gdzie jest alfa?!

Gdzie jest Dean!

Niech coś zrobi!

DEAN

Czemu Zachariasz nic nie mówi?!

- Dean!

- Zbieraj się. Na górę. - To Sam. Jego wielka ręka zacisnęła się na ramieniu Casa i pociągnęła go na krawędź półki, poza nią. W pustkę. Cas poczuł, że jego nogi majtają w powietrzu i jednocześnie czyjeś ręce, cztery albo sześć, łapią go i zabierają gdzieś wyżej. Jak pakunek, podawany i przepychany z miejsca na miejsce.

- Mam go! - Zaraportował ktoś, kiedy Cas wreszcie poczuł twardy grunt pod nogami. Jeszcze inne zapachy. Zaczął kręcić głową, próbując zorientować się w przestrzeni. Znów grom. Bardzo bliski i bardzo głośny. Trzask w naelektryzowanym powietrzu.

- Uwaga, ciężkie.

- Mam to. Jeszcze jeden... O, kurwa, ciężkie. Faktycznie.

- Ile ich?

- Szesnaście.

- Kurwa! Aż tyle?...

- A co myślałeś?

- Nie wiem... Dużo. O, ja pier...

- Chcecie je czy nie?

- Tak. Ale... Zachariasz? Przecież jak się z tym zabierzemy?

- Dean, podaj mi rękę... Okay, mam cię.

- Nie weźmiemy wszystkiego. Nie na raz...

- Nie musicie nic targać na dół. Zrzucimy je do wąwozu a wy je sobie zabierzecie na dole.

- Uhm... może to jest jakiś pomysł.

- Jakoś musicie zejść.

- Cholera, szesnaście... Nie damy rady, tak czy siak.

- Ale zrzucać?

- To złoto. Co się stanie? Przecież nie nabije sobie siniaków i nie oskarży was o próbę morderstwa.

Śmiech.

- Okay. Zrzucajcie.

Głuchy odgłos.

- Hej! Phehiljah! Łap!

Krzyk.

Oddalający się, w dół. Zamieszanie. Ktoś nieustannie popychał Casa, ciągnął za sobą. Zmuszał go do wspinania się w górę, nie pozwalając się skupić na dźwiękach, na echu. Omega nie wiedział, jakim cudem Sam wytrzasnął szesnaście worków złota i jak udało im się wywinąć Zachariaszowi, ale miał pewne podejrzenie, że Phehiljah nie będzie mu się już nigdy więcej naprzykrzał. 

- Cholera!

- Ja pierdolę, ty skurwielu! Czemu?!

- Właściwie, to wyświadczyłem wam przysługę. Jeden mniej do podziału - powiedział prawie wesoło Dean i zagarnął omegę silnym ramieniem. - Jazda, mały. Nic tu po nas.

 


 

- Niech cię szlag! Jesteś loco! - Roześmiał się Sammy, tarmosząc i ściskając brata, kiedy już stanęli na grani. - Jesteś szalonym sukinkotem!

- I mam wielkie cojones! - Dean zaczął się z nim przepychać i siłować, jakby wciąż byli młodymi wilczkami. - Ty też, brat. Ty też!

- Trochę się zdziwią na dole, co?

- Nie moje zmartwienie. Gdzie Bobby?

- Zabrał dziewczyny i resztę. Chce dotrzeć w dolinę przed zmierzchem. Rozpalić w piecu na nasz powrót.

- Dobry pomysł. Nie ma jak w domu. Hej! Ash, Kev, i ty... Czekaj, jak ty się nazywasz? - Dean wskazał palcem młodego wilczka, który dopiero miesiąc temu dołączył do watahy. - Przypomnij mi.

- Samandiriel! - Chłopak wypiął pierś.

- Nieźle się spisałeś, Saman... Kurwa, co to za imię?

Chłopak wzruszył nieznacznie ramionami.

- A jak cię wołałem do tej pory? - Dean nie miał głowy do imion. Wszyscy to wiedzieli i nikt nie miał żalu, jeśli coś przekręcał albo nadawał im łatwiejsze do zapamiętania przydomki. Zresztą, miał do tego rękę i nowe, zgrabniejsze ksywki okazywały się pasować jak odszyte na miarę.

- Alfie, szefie.

- A widzisz, teraz kojarzę. No, więc dobra robota, Alfie. - Uścisnął mu rękę i poklepał pozostałych, wyrażając uznanie i wdzięczność. Nigdy nie zapominał, by podzielić się sukcesem, żeby wszyscy czuli się docenieni za swój wkład. - Daliśmy im to, czego chcieli a my mamy to, co trzeba.

- Serio? - spytał trochę podejrzliwie Kevin.

- Serio. - Zapewnił Dean Winchester.

- Okay. - Kevin uznał, że nie będzie drążył tematu. Według jego rachuby byli w tył o szesnaście worków smoczego skarbu i wydymali Zachariasza z jego bandą podsuwając mu szesnaście plecaków wypełnionych kamieniami, nie licząc garści złotych łusek, które Sam wyciągnął z bocznej kieszeni jednego z nich i pokazał Zachariaszowi na dowód, że cała reszta to też złoto. Z drugiej strony, jeśli tamci zlezą na dół znajdą to prawdziwe złoto, co je wyrzucili na polecenie Deana kilka godzin temu. Tak czy siak, Zachariasz będzie mieć złoto a oni figę z makiem. I ślepego omegę. Ale jeśli alfa mówi, że mają co trzeba, to mają. Alfa wie co mówi. Kevin zdążył dobrze poznać alfę Winchestera i ufał mu. Ufał mu tak bardzo, że Winchester mógłby mu wmówić, że całe złoto czeka na nich w domu na wycieraczce i byłby mu uwierzył.

Cała wataha by uwierzyła.

- Dobra! - Winchester klasnął w dłonie. - Koniec czułości, panienki, zanim wyhodujemy sobie cycki i zaczniemy płakać na reklamach...

- Przecież ty już płaczesz! - Dokuczył mu Sam. Nikt inny by się nie ośmielił tak droczyć z Deanem, ale jemu było wolno więcej. Dean się roześmiał i reszta też się roześmiała.

- Okay, Sammy, koniec żartów. Bo  deszcz zaczyna padać! - Pogonił ich na zejście. - A przed nami jeszcze trochę drogi. No, omega... Tobie co? Zaproszenie mam wysłać?

Chłopak wyglądał jak siedem nieszczęść. Dotąd stał z boku, ale na rozkaz alfy ruszył niepewnie, wyciągając przed sobą ramiona, jakby bał się upaść. Kulał. Stękał przy każdym kroku.

- Do cholery... Znowu histerie? Stój. Niech cię zobaczę. - Dean zawrócił go za ramię, podniósł mu koszulkę i obmacał żebra, plecy. Popatrzył na Sama. - Jest tu ktoś z przeszkoleniem medycznym?

- Może Rufus? - Podsunął Sammy po zastanowieniu.

- Rufus? - parsknął Dean. - Jedyną diagnozę, jaką umiałby postawić, to że jesteś zimny trup. O ile byś śmierdział padliną i miał widoczne plamy opadowe. - Skrzywił się, nie odrywając wzroku od omegi. Obejrzał dokładnie ranę na głowie, która zdążyła się pokryć ciemnym strupem. - Masz mdłości? Słabo ci?

Zaprzeczył. Nadal nie rozumiał, co się konkretnie stało, ale przynajmniej wiedział, że Zachariaszem nie muszą się martwić. Byli po bezpiecznej stronie góry i od tego zrobiło mu się raźniej. Położył dłoń na brzuchu, kiedy znów mu zaburczało z głodu. Po chwili usłyszał znajomy i miły dźwięk rozrywanego papierka. Dean złapał go za nadgarstek, wcisnął w dłoń batonik i przygiął kark.

- Na miejsce.

Cas natychmiast usiadł przy nodze. Ktoś się wokół zakręcił, ktoś przeszedł w tę i w tamtą, Sam coś mruknął i Cas poczuł na ramionach koc. Opatulił się nim dokładnie i zaczął jeść, podczas gdy Dean i Sam rozmawiali nad jego głową.

- ...naprawdę nikt z was nie jest na medycynie? Przecież wszyscy coś studiujecie! - Sarkał alfa gburowato. - Ty prawo, Kev ekonomię... Ash informatykę...

- Łączność. - Wtrącił uprzejmie Kevin. - On studiuje łączność.

- A nie fizykę teoretyczną? - Zdziwił się Alfie.

- Już nie... - wymamrotał Ash niechętnie, niezadowolony z nagłego zainteresowania własną osobą.

- To co teraz? - Dean podniósł brwi. Ash zaklął w myślach. Wolał nie napataczać się za bardzo alfie pod nos ze swoimi ostatnimi wyborami edukacyjnymi.

- Serbsko-chorwacki. - Przestąpił z nogi na nogę. - I staro-cerkiewno-słowiański...

Nieco nerwowo obciągnął t-shirt z Teslą. Odchrząknął. Cholera, wolałby, żeby wrócili do etapu ściskania się nawzajem i hodowania cycków. Jakim cudem nagle stał się gwiazdą tej konwersacji? Dean nie wyglądał na zachwyconego i Ash naprawdę wolałby zmienić temat. Jak najszybciej.

- I ja za to płacę?

No!, i masz. Co teraz?

Zapadła niezręczna cisza, którą przerwał Sammy.

- Właściwie to smoki płacą - zauważył z błyskiem w oku. Dean popatrzył na brata.

- Ty mnie tu nie bierz pod włos. Jak tylko wrócimy do domu ma się znaleźć jakiś ochotnik do szkoły medycznej. Nie wiem, będziecie ciągnąć zapałki, czy coś, ale chcę mieć w rodzinie lekarza, zrozumiano? Nie wiem, jak mogliśmy nie pomyśleć o tym wcześniej... I nie, Ash. Ciebie wyłączam z puli. Nie będziesz zaczynał czwartego kierunku.

- Piątego... Właściwie to siódmego, bo jeszcze robiłem inżynierię lądo... - Nie zdążył ugryźć się w język.

- Nie zaczynaj! - Dean podniósł palec ostrzegawczo. - Lepiej, żebym nie wiedział.

- Jasne. A co z nim? - Ash natychmiast zmienił temat na bezpieczniejszy. Przynajmniej miał taką nadzieję. Zdążyli się już w watasze zorientować, co jest na rzeczy z tym tajemniczym malcem, wlokącym się w ogonie, któremu alfa poświęcał tyle... czasu. Najwięcej, rzecz jasna poza Samem i Bobbym, wiedziała Jo, ale trzymała język za zębami. Nie trzeba było jednak być jakimś telepatą, żeby widzieć, że Deana Winchestera... trafiło.

- Obtłukł się, ale żadnych złamań na moje oko. - Dean zaplótł ramiona na piersi, spoglądając na omegę. Spod koca wystawała tylko rozwichrzona, ciemna grzywka i koniuszek nosa. Ash dał mu jeszcze jeden baton, ostatni jaki znaleźli, przeszukując wszystkie kieszenie, i resztkę wody z butelki Kevina. Omega siedział spokojnie i cicho. Widocznie już się nauczył, przynajmniej tego: miejsce przy nodze w tresurze psów i omeg oznaczało odpoczynek. Relaks. Opiekę właściciela. Tu omega nie powinien być karcony ani konfrontowany z oczekiwaniami alfy. To był jego azyl. Jedyne miejsce na świecie, w którym powinien zawsze czuć się bezpiecznie. Dean chciał, żeby omega tak właśnie się czuł, tu - przy nim.

Przez niebo przetoczył się kolejny grom i malec drgnął, wyraźnie przestraszony. Dean uspokajająco położył rękę na jego głowie. Znów błysnęło i alfa policzył sekundy aż do głuchego łoskotu. Malec skulił się, najwyraźniej wystraszony burzą.

- Lepiej zacznijmy schodzić, zanim nam przypali sierść na tyłkach - powiedział Sam i Dean przytaknął. Ash rozejrzał się po okolicznych szczytach i spojrzał w dolinę.

- Możemy zrobić prowizoryczne krzesełko i znieść go. - Zaproponował.

- Nie w kominie i nie w Gardzieli. - Dean w zamyśleniu mierzwił włosy omegi. - Trudno. - Podjął decyzję. - Musi sobie poradzić. Na własnych nogach.

- Chcesz zejść kominem? Może pójdziecie granią a potem żlebem? - Sammy machnął przed siebie.

- Dwa dni marszu najmniej. - Dean pokręcił głową. - Nie mamy ubrań, prowiantu, wody, śpiwora na nocleg.

- Nie potrzebujesz śpiwora... Bez przesady... Jedną, dwie noce przecież wytrzyma.

- Kominem godzina. Gardzielą pół i jesteśmy w dolinie. W domu. - Dean podniósł dłoń, co sygnalizowało, że nie chce ciągnąć dyskusji. Sammy nic się nie odezwał, ale spojrzał powątpiewająco. - Sprowadzę go. Damy radę.

Mina Sama mówiła: prędzej mi kaktus...

- Da radę. To twardziel - oświadczył Dean i Cas przestał żuć. Podniósł twarz, jakby chciał popatrzeć na alfę. Nasłuchiwał, czy to naprawdę o nim? Teraz o nim mówił alfa? Że on to twardziel?

- Lepiej, żeby był. Komin i Gardziel to nie przelewki.

- Damy radę. - Powtórzył Dean. - Weszliśmy, to i zejdziemy. Co nie, brzdącu?

Cas zastrzygł uchem, nadal niepewny, czy to o nim. Czy to do niego?

- No, skoro tak. To chyba potrzebujesz solidnie zatankować. - Sam kucnął przed omegą. - Powiedz: czary-mary.

- Czary-mary... - powiedział cicho omega, spodziewając się, że zaraz zrobią sobie z niego kawał. Że zaczną się z niego naśmiewać. Wciągnął szyję w ramiona i podniósł ramię obronnie, kiedy Sam pociągnął go lekko za ucho i udał, że coś stamtąd wyciąga a potem stuknął Casa w nos swoim najostatniejszym batonikiem, z żelaznego zapasu na czarną godzinę, którego planował zjeść w trakcie schodzenia. Duży beta potrzebuje dużo kalorii, ale ten malec chyba potrzebował bardziej.

- Karmelowy. Schowaj sobie na później.

Omega obmacał czekoladkę, upewniając się, że to żaden podstęp ani fałsz. Powąchał.

- Mogę? - Upewnił się.

- Yhm, powiedziałeś magiczne zaklęcie i jest twój.

- Nie wierzę w magię. Nie jestem dzieckiem - powiedział omega, ale przy tym uśmiechnął się szeroko, aż w policzkach pokazały się dołeczki a oczy rozbłysły jak dwie latarnie.

- Uhm. Nie? - Sammy przyjrzał się mu uważnie. - A ja wierzę.

Okay, pomyślał. Więc to tak. Mam szwagra. Śmieszny, mały, niebieskooki wilczku. Nawet nie wiesz, jak bardzo Deanowi odbiło na twoim punkcie. Jak będzie trzeba, to zniesie cię z tej góry w pysku, jak kocia mama. I to jest ta magia, w którą wierzę. Nie musisz mówić: czary-mary, żeby działać na tego głupka, mojego brata. Wystarczy, że się do niego uśmiechniesz.

 

 

Chapter Text

Sam i reszta poszli przodem, Dean i Cas schodzili powoli, dostosowując się do tempa omegi. Normalnie był słabszy i wolniejszy niż reszta watahy, ale po upadku w przepaść był jak niedołężny staruszek - chwiejnie dreptał drobnymi kroczkami, kurczowo trzymając Deana za rękę. Zanim podeszli do krawędzi komina zaczęło solidnie padać i raz czy dwa omega się poślizgnął. Tylko mocny chwyt i solidny ciężar alfy utrzymał go na nogach.

- Boję się... - powiedział cicho, kiedy Dean posadził go na skale i kazał spuścić nogi. Zrobiło się bardzo zimno. Nad nimi przetaczała się hałaśliwa burza, z grzmotami i wyładowaniami, roznoszącymi się echem po górach. Naelektryzowane powietrze podnosiło włoski na ciele i kłuło, jak druciana szczotka.

Dean spojrzał na zegarek i na niebo. A potem na omegę.

- Będę bardzo blisko ciebie i nie pozwolę, żeby coś ci się stało. Rozumiesz? - Jego ton był nieprzyjemny i surowy. - Rozumiesz?

Cas skinął i wytarł nos o mankiet koszuli.

- Czego się znowu mażesz? - Alfa podniósł mu brodę.

Cas zamrugał. Ciepłe łzy popłynęły po policzkach, chociaż wcale tego nie chciał.

- Nie wiem, co robić... - Złapał dłoń Deana obiema swoimi i ścisnął mocno. - Jestem zmęczony. Bolą mnie plecy... I boję się. - Dokończył chlipiąc. - Ja mogę iść dwa dni. Wiesz? Może pójdziemy tamtędy, co Sam mówił? Żlebem? Ja nie muszę spać w śpiworze. - Zaczął prosić. - Nie będę narzekał. Będzie mi ciepło i ja wytrzymam bez jedzenia. Uriel kiedyś kazał mi nie dawać jedzenia za karę przez cztery dni i ja wytrzymałem!... Dean, ja wytrzymam, zejdźmy tą łatwiejszą...

- Głodził cię za karę? - przerwał mu Dean, zaszokowany. - Często?

Cas wydawał się zbity z tropu.

- Czasem. Rzadko. Tylko kiedy zasłużyłem. Jak coś potłukłem, albo zepsułem... - Omega zdał sobie sprawę, że to nie stawia go w najlepszym świetle i natychmiast zapewnił Deana, że teraz już bardzo dobrze sobie radzi ze zmywaniem i sprzątaniem domu. - Tylko muszę się nauczyć gdzie co jest. To łatwe! Mam wszystko w głowie, pamiętam. I wtedy nic nie tłukę i nie psuję.

Dean westchnął i przewrócił oczami. Później o tym pomówią. Najpierw muszą uporać się z tym zejściem.

Komin był rodzajem naturalnej rynny w zboczu góry, o trzech ścianach. Przez pewien czas mogli dość wygodnie schodzić po wyłomach i występach, ale potem będą musieli zmienić technikę na trudniejszą. Dean ustawił się tak, żeby mieć ścianę za plecami i po lewej ręce. Po prawej nie był osłonięty i czuł podmuchy i deszcz, ale znośne. Podciągnął nogę i oparł prawą stopę o przeciwległą ścianę. Była bardzo blisko, komin był dość ciasny. Mocno się zaparł, żeby nie stracić równowagi i ściągnął Casa. Omega przez chwilę zawisł w jego ramionach całym ciężarem. Gdyby widział i spojrzał w dół - widok stu osiemdziesięciu metrów pionowego szybu pod sobą z pewnością nie uspokoiłby małego panikarza.

- Oprzyj stopy... Tuż przy ścianie... Czujesz...? - Poczekał, aż omega wymaca mały stopień i usadowi się na nim. - Stoisz? Mogę cię puścić?

Upewnił się, że chłopak nie odpadnie, jak tylko zdejmie z niego ręce.

- Czego płaczesz? Nie rycz. - Opuścił się nieco niżej, z łatwością wyszukując odpowiednie miejsca aby postawić stopy i zaczepić palce. Wybierał jednak te mniej wygodne i węższe występy, szersze i bardziej dostępne zostawiał dla omegi. - Teraz jest łatwo. Łatwiej niż jak wchodziliśmy.

To akurat nie była prawda, ale chciał dodać mu otuchy.

- Jestem zmęczony... - marudził omega i nagle ześlizgnął się ze stopnia i obsunął o pół metra. Ledwo Dean go złapał i wciągnął z powrotem.

- Uuuh... - Wypuścił powoli powietrze. - Okay. Odwróć się. Stań plecami do ściany. Pomału, trzymam cię.

Cas wykonał manewr. Stali prawie twarzą w twarz do siebie. Dean kazał mu zaprzeć się z obu stron bocznych ścian. Sam zsunął się dość nisko, znalazł odpowiednie miejsce pod stopę Casa i naprowadził go tak, żeby mógł się bezpiecznie opuścić, nie odrywając pleców od bezpiecznego oparcia. To było dziwne i raczej niemożliwe z kimś, kto by widział (nie dość, że wysokość, to jeszcze otwarta przestrzeń przed sobą - za wiele bodźców), ale Cas akurat mógł wykorzystać swoją ślepotę jako bonus.

- Dobra, mozolnie, ale uda nam się. - Zapewnił go Dean. I siebie trochę też.

Schodzili tak pół godziny, przy nieustannych stękaniach Casa, płaczu i prośbach, żeby Dean przestał go dręczyć i zostawił samego, żeby omega mógł umrzeć. W tym czasie deszcz zdołał ich całkowicie przemoczyć, Cas poślizgnął się kilka razy i nawet nie zdawał sobie sprawy jak blisko był, żeby się roztrzaskać na dole, bo Dean także już się trochę zmęczył i raz zabrakło mu czujności, żeby go w porę złapać, a drugi raz siły, kiedy Cas zawisł mu na jednym ręku i Dean musiał go podciągnąć, jednocześnie pilnując, żeby się samemu utrzymać przy ścianie. Z każdym krokiem było trudniej i trudniej.

- Och, zamknij się wreszcie! - wrzasnął na niego, kiedy Cas po raz kolejny zaczął skamleć. - Jesteśmy w połowie drogi! Nie zatrzymuj się!

Cas najpierw umilkł zupełnie a potem rozryczał się na całego i odmówił zrobienia jakiegokolwiek kroku dalej.

- Bolą mnie plecy! I noga! - Zawodził ocierając twarz mokrą od deszczu i łez. - Nie mogę już iść... nie mogę...

Dean miał ochotę go uderzyć. Przewinąć przez kolano i sprać na kwaśne jabłko. Ale ze względu na ograniczenia czasu i miejsca, nie był w stanie. Zamiast tego podciągnął się tak, żeby zrównać się z omegą, naparł na niego, przyciskając do ściany i mocno pocałował. W usta. Bardzo mocno, głęboko i intensywnie. Aż wyssał całe powietrze z płuc omegi i prawie połknął jego język. Długi, łakomy pocałunek, przez który prawie spuścił się w spodnie, nie wykonując choćby jednego ruchu biodrami.

- Lepiej? - spytał, kiedy wreszcie obaj złapali oddech. Omega stał z rozchylonymi ustami, czerwony na twarzy i niuchający woń alfy tak intensywnie, że poruszał skrzydełkami nosa. - Pytam, czy lepiej?

Omega zdawał się nie rozumieć pytania.

- To jazda, bo nie zamierzam ani siedzieć tu do nocy, ani ciebie tu zostawić. Zrozumiałeś?

Omega przytaknął i posłusznie zaczął się opuszczać.

 


 

Komin to była kaszka z mleczkiem w porównaniu do Gardzieli i pod koniec zejścia Dean dyszał jak po biegu maratońskim, a Cas prawie przelatywał mu przez ręce z wyczerpania. Kiedy wreszcie wydostali się na zbocze porosłe śliską od deszczu trawą, po prostu padli obok siebie, na poły zemdleni, na poły zasypiając, mimo zimna i ulewy. Cas po raz pierwszy nie reagował na gromy - choćby obok niego uderzył piorun i podpalił drzewo - omega nawet nie obróciłby twarzy w tamtym kierunku.

Nie byłby w stanie.

- Widzisz? Miałem rację. Daliśmy radę - mruknął Dean, przekręcając się na bok i obejmując omegę. - Udało się nam, histeryku...

- Mhm... - odpowiedział niewyraźnie, turlając się pod ramieniem alfy tak, żeby móc wcisnąć nos w jego pierś. Ułożył się wygodniej, umościł i nagle przypomniał sobie o prezencie Sama. Pokonując nieznośny ból ramienia sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął batonik. Zębami rozdarł papierek. Zdrewniałymi palcami wyłuskał czekoladkę i bez namysłu przełamał ją na pół. Jedną wsadził natychmiast do ust a drugą podał alfie.

- Fo to? - Dean wyciągnął kęs spomiędzy szczęk i spojrzał na omegę.

- Dla ciebie. - Omega przełknął swoją porcję i znów się przytulił. - Karmelowy. Najlepszy.

Długie, głośne ziewnięcie.

- Ty zjedz. - Dean uśmiechnął się, wcisnął mu tę połówkę i dopilnował, żeby omega zjadł. To, że malec chciał się z nim podzielić swoim malutkim posiłkiem wzruszyło go bardziej, niż chciałby pokazać. Przytulił go bardzo mocno, aż omega pisnął, że nie może oddychać i pogładził jego przemoczone włosy. Obaj byli przemoczeni do suchej nitki. Z nieba woda lała się wiadrami. Wiało. Była burza. Leżeli na ziemi, na błotnistej hali, łagodnie schodzącej w dół doliny, gdzie czekał na nich dom, ogrzany ogniem w napalonych kominkach, z ciepłym posiłkiem, nastawionym przez Ellen. Dean pomyślał, że powinni się zbierać, wstać. Iść. Ale tak bardzo mu się nie chciało. Tak bardzo było mu dobrze w tym błocie, trawie, pod burzowym niebem, z głupim, ślepym omegą w ramionach, pochrapującym i pewnie obśliniającym mu t-shirt.

- Ej, gołąbeczki! Wstawajcie, bo dostaniecie wilka! - krzyknął Bobby, wychylając się z terenówki. - Zabieram was na kolację! Ach, żebym nie zapomniał. Dean! Dostałeś przesyłkę. Kurierską. Czeka na ciebie na werandzie.

 


 

- Ciekawe, co to jest? - spytał Kevin, obchodząc drewniane skrzynie dookoła. Były solidne, z jasnych desek, z naklejkami: ostrożnie, szkło i przesyłka expresowa. Na liście przewozowym, zatkniętym za jedną z desek widniało nazwisko alfy.

- Ciężkie... - stęknął Ash, próbując najpierw samemu, a potem z Samem podnieść jedną ze skrzyń. - Dźwigiem je tu zwalili?

- Windą. I pieskiem. - Wyjaśnił Alfie.

- Jaką windą? - Zdziwił się Kevin.

- W samochodzie. Mają takie z tyłu. Żeby można było zjechać z ciężkimi paletami. A piesek to takie urządzenie: dwie płozy na kółkach i uchwyt hydrauliczny.

- Szesnaście.

- Co? - Sammy popatrzył nieco nieprzytomnie na Kevina.

- Szesnaście. Jest ich szesnaście. Tych paczek. - Dokładnie przeczytał list przewozowy. - Nadano w Nowym Meksyku dokładnie siedemnaście dni temu. Nadawca: Brian Johnson.

Spojrzeli po sobie.

- Niemożliwe!

- Sukinkot!

- Loco!

- To co myśmy, do kurwy nędzy, dźwigali przez pół Ameryki? - wydukał zasadnicze pytanie Ash.

Sammy nie kłapał po próżnicy, od razu przeszedł do działania: przyniósł z garażu łom i odbił kilka desek z wierzchu.

- Na Pierwszego Wilka... - wyjąkał. Z domu zdążyła wyjść reszta watahy i wszyscy zaczęli się przepychać, zaglądając mu pod ramieniem do środka.

- To co wrzuciliśmy do wąwozu?

- Wychodzi na to, że furę kamieni.

- Dwie fury.

- Zachariasz nie będzie zachwycony...

- Może naszego alfę pod ogonem pocałować!

- O ile ładnie poprosi...

Wybuchnęli salwą śmiechu, wciąż zaskoczeni i pełni podziwu dla sprytu Winchestera.

- Niech cię, szlag! Dean! - wrzasnął Sammy, kiedy brat wysiadł z terenówki. - Jesteś najbardziej podstępnym, cwanym łgarzem, jakiego znam!

- Jestem łgarzem! - Dean podniósł dłonie, śmiejąc się i wskazał na Bobby'ego. - Ale to on jest podstępny i cwany. To był jego pomysł.

- Ukraść to my, a nie nam - oznajmił stary alfa i pomógł wysiąść omedze. - Niech no ktoś przyniesie ręczniki, koce i gorący rosół. Mamy tu jeszcze jedną cenną przesyłkę do zaopiekowania. - Mrugnął do Deana a on odpowiedział szerokim uśmiechem. - I chodźmy do domu. Złoto czekało na nas dwa tygodnie to poczeka jeszcze jedną noc. Nie wiem jak wy, ale mnie się marzy piwo, wanna i telewizja.

- Tori Spelling ci się marzy, wyleniały kogucie! - Zaśmiała się Ellen, zaganiając ich do jadalni na kolację.

- Ty mi się marzysz, kurczaczku... - Dał jej całusa i westchnął. - Za stary już jestem na takie awantury. - Pokazał palcem na Deana. - Od teraz, chłopcze, emerytura! Siedzę w domu i odbieram telefony!

Chapter Text

Rubaszny, perlisty, piskliwy, przypominający porykiwanie osła, nieśmiały chichot, tubalny rechot – najróżniejsze wariacje śmiechu. Cas nie pamiętał, co mu się śniło pierwszej nocy w nowym miejscu, ale to, co usłyszał zaraz po przebudzeniu to było właśnie to. Zaskakujące, jak często w tej watasze wszyscy się śmiali. I to był dobry śmiech, nie taki przykry jak w jego starej rodzinie: z kogoś, z niego. Tu wszyscy śmiali się wspólnie, do siebie, z radości. Cas zastrzygł uchem. Śmiech i inne głosy, nawoływania, warkot silnika, rąbanie drewna, czyjeś nucenie... wszystkie te dźwięki wpadały przez... zastanowił się. Przez otwarte okno.

Przesunął dłonią po gładkim płótnie prześcieradła. Pachniało obco i znajomo jednocześnie. Obco – domem watahy Winchestera. Znajomo – Deanem. Cas zastanowił się, czy Dean jest gdzieś w pobliżu, ale natężenie zapachu nie było tak silne, jak w jego obecności i nie słyszał nikogo. Był sam.

W łóżku alfy. Zwinięty i nakryty z głową pod prześcieradłami i kocem. Jak w kryjówce.

Chwilowo nie chciał wychodzić. Nie chciał się ruszać. Nie wiedział, czego się spodziewać, kiedy wyjdzie z łóżka i wszyscy się zorientują, że nie śpi. Czego będą od niego chcieć. Wolał jeszcze poleżeć spokojnie. Odpocząć. Zastanowić się.

Niewiele pamiętał z poprzedniego wieczoru i nocy. Jazda samochodem. Jak przez mgłę. Trzask drzwiczek, głosy alfy Deana i Bobby'ego. Podskakiwanie na wybojach. Raz spadł z kanapy na podłogę i Dean kazał mu zapiąć pas. Omega nie umiał i Dean musiał mu pomóc. Spytał, gdzie omega się wychował: na farmie? Cas się zawstydził i nic nie odpowiedział. Im dłużej był z Deanem tym więcej rzeczy okazywało się nieznanych, albo innych niż w starym życiu. O których Cas nie wiedział. Z którymi się nie spotkał. To było okropnie deprymujące.

Zgiełk, kiedy dojechali do domu. Dużo ludzi wokół. Zamieszanie. Ktoś go popychał i prowadził, sadzał, przesadzał, podawał coś. Wycierał ręcznikiem głowę, otulał kocem. Mówił: nie, trzeba go natychmiast przebrać w suche rzeczy, bo dostanie zapalenia płuc! Kręciło mu się w głowie od tego wszystkiego. Od zapachu jedzenia. Ellen wcisnęła mu w dłonie duży kubek gorącego rosołu. Wypił połowę i zaczął zasypiać. Ktoś go zabrał po schodach. Znów się zmoczył, ale tym razem woda była gorąca i przyjemna. Prysznic. Mydło wpadło mu do oka i zaczęło szczypać. Znów ręczniki, dużo puchatych ręczników i senność.

Pamiętał, że strasznie mu się chciało spać i kiedy wreszcie wylądował w łóżku nie miał ani chwili, by pomyśleć o tym, gdzie jest. I z kim. Zasnął jak kamień.

A teraz te śmiechy.

- Śpisz jeszcze? Hej...

Zacisnął powieki i wstrzymał oddech. Rozpoznał, że to Ellen, lubił ją, ale nie chciał jeszcze wstawać. Jeszcze nie teraz!

- Przyniosłam śniadanie. - Ellen weszła do pokoju, postawiła tacę na komodzie i podeszła do okien. Podniosła rolety i otworzyła wszystkie na oścież, aby wpuścić do środka słońce i powietrze. Dom był zamknięty przez prawie trzy tygodnie na trzy spusty, więc trzeba go cały dobrze przewietrzyć. I pościel, pomyślała. Trzeba wyrzucić na sznurki pościel, zrobić wielkie pranie. Nie ma to jak położyć się w świeżej pościeli, która wysuszyła się na słońcu i pachnie wiatrem znad łąk. Takiego zapachu nie podrobi żaden syntetyczny płyn do płukania, o nie.

- No, siadaj! - Poklepała omegę po ramieniu. - Bo kiełbaski ci ostygną! Potem jeszcze będziesz mógł pospać. Przynajmniej dopóki nie przyjedzie Amy.

- Kiełbaski? - Omega wysunął czubek nosa spod koca i powęszył zaciekawiony. Ellen uśmiechnęła się na jego widok. Zdążyła go już polubić. Co za dzieciak. Jak on wtedy się rzucił na Deana, z tym kamieniem... Bobby ledwo zdążył go odciągnąć. Na szczęście. Wzdrygnęła się na myśl, co by było, gdyby mu się powiódł ten głupi plan, żeby alfa go zagryzł. - Dla mnie?

- Dla ciebie.

Omega zaczął wyłazić z łóżka, ale Ellen go powstrzymała. Rozłożyła nóżki schowane pod tacą i postawiła przed nim na kocu, przyglądając się, jak omega ostrożnie bada zawartość talerzy.

- A które jest dla mnie? - spytał, podnosząc na nią te swoje nieprawdopodobnie niebieskie oczy. Ellen podniosła brew.

- Wszystko jest dla ciebie.

- Jak to wszystko? A co jest dla Deana? - Omega cofnął dłonie i nasłuchiwał czujnie.

- Dean już jadł. No, masz, bo ostygną. - Zaczęła kroić jedną z kiełbasek, nabiła na widelec i podała omedze.

- Ale tu jest tyle... - Zdziwił się chłopak. - Tyle talerzy. I dwie szklanki. I to dla mnie? Wszystko?

Ellen popatrzyła na tacę. Kiełbaski, jajka, bułeczki maślane, miseczka owoców, świeży sok, kakao. Jakie wszystko? Zwykłe śniadanie. Przecież taki chłopak potrzebuje solidnie zjeść. Chłopcy: Kevin, Ash czy Alfie jedli praktycznie na okrągło, nie sposób było nadążyć z gotowaniem. Ciągle ktoś wpadał do kuchni w poszukiwaniu czegoś na ząb.

- Wszystko. A potem dostaniesz więcej, jak jeszcze będziesz głodny - zapewniła go. - Musisz troszkę się odpaść, bo jesteś strasznie chudziutki. A ostatnio nikt nie jadł jak należy. Po tych batonikach potrzebujemy wszyscy zdrowych konkretów: mięsa i warzyw! - Zaczęła gderać, wstając i zabierając się do ogarniania sypialni.

- Lubię batoniki... - oznajmił, zabierając się do kiełbasek. - Karmelowe najbardziej. Ale inne też.

- Yhm. Ale nie można jeść tylko batoników. - Otworzyła komodę i zaczęła przeglądać ubrania alfy, które mogłyby pasować na omegę. Mały nie miał na sobie nic, co nadawałoby się do noszenia. Jedna para bielizny, stare dżinsy i znoszona koszulka to cały majątek, który miał na sobie, kiedy Dean go przywłaszczył. Wszystko praktycznie rozłaziło się w rękach. Potem dali mu rzeczy pozbierane po chłopakach z ich zapasu, ale potrzebował więcej ubrań. Własnych ubrań. - Smakuje ci?

- Pycha! - Przytaknął entuzjastycznie, obcierając usta. - Ale na pewno wszystko mogę sam? Może zostawię dla Deana? Na później?

- Nie trzeba. - Ellen odwróciła się i popatrzyła na niego z nagłą troską. - Jedz.

Zmrużyła oczy, obserwując, jak omega liczy bułeczki i nagle dwie z nich, w swoim mniemaniu ukradkiem, chowa pod poduszkę.

- Co robisz?

- Jem.

- A to? - Podeszła do łóżka i zabrała bułeczki. Omega zdrętwiał, a potem złapał ją za rękę i pocałował.

- Ja nie chciałem! Ellen, przepraszam, ja nie chciałem, ja tylko... na później... - Zaczął tłumaczyć gorączkowo. - Bo tego jest tak dużo i ja... chciałem schować na później... Przepraszam! - Znów ją pocałował, a przynajmniej próbował, bo Ellen wyrwała dłoń, przerażona zachowaniem omegi.

- O, Pierwszy Wilku. O... - westchnęła.

Omega przycisnął ręce do piersi w obronnym, dziecinnym geście i pochylił głowę, tężejąc, jakby oczekiwał na krzyk i bicie. Zbladł a napięcie na twarzy wyostrzyło mu rysy i Ellen nagle zaczęła domyślać się, że młody wilk może nie miał przy sobie żadnych rzeczy, ale niesie na ramionach jakiś straszny bagaż. Co tamta rodzina z nim robiła? Głodzili go?! Ellen aż złapała się za usta, żeby nie przekląć.

- Cas?... Chłopcze... - Odchrząknęła, siadając na skraju łóżka i sięgnęła do jego ramienia delikatnym, uspokajającym gestem. - Nie musisz nic odkładać na później. Jest dużo jedzenia w kuchni. Jak będziesz głodny to przyjdź a ja dam ci jedzenie. Dobrze?

Omega nieznacznie się rozluźnił, ale jeszcze nie był pewien.

- Dostanę obiad?

- Dostaniesz. O mój... No pewnie, że dostaniesz!

- Dzisiaj? - spytał podejrzliwie.

Ellen myślała, że spadnie z łóżka. Co jest nie tak z tym dzieciakiem?!

- Dzisiaj. Na pewno. Dostaniesz śniadanie i obiad i kolację. I podwieczorek. I jeśli będziesz głodny to przyjdź i powiedz a ja zrobię ci kanapkę, albo naleśniki. Lubisz naleśniki?

- I jutro też? Bo ja nie muszę aż tyle jeść... Uriel mówił zawsze, że nie pracujesz to nie jesz. A ja nie pracowałem, bo... - Bo jestem ślepy, pomyślał z goryczą. - Ale zapracuję, Ellen, będę ci pomagał! Ja już mówiłem Deanowi... Alfie... Że ja umiem zmywać i sprzątać i pomagałem przy szczeniaczkach! Ja umiem pomagać w domu! I ja zapracuję na obiad! - Znów ją złapał za ręce. - I to wszystko jest takie pyszne, Ellen, jesteś dla mnie taka dobra, wiesz! Ja strasznie lubię naleśniki! I bułeczki!

Ellen poczuła, że w gardle rośnie jej jakaś kula i do oczu nadbiegają łzy, ale nie chciała się rozczulać i zamiast tego przerwała mu surowo:

- Jedz! Masz zjeść wszystko, co przyniosłam. I jak zobaczę, że coś chowasz na później, to poskarżę alfie! - Wstała, poklepała chłopca po głowie i wyszła prędko, w progu jeszcze dodając - za parę minut wrócę. Jedz teraz, nie gadaj już, bo wszystko... wszystko...

...wystygnie, chciała dokończyć, ale nie zdołała. Głos jej uwiązł w gardle i musiała wyjść, żeby się uspokoić i ochłonąć.

Przeklęty omega. Popatrzyła na swoje ręce, które całował, próbując ją udobruchać, kiedy myślał, że ją rozzłościł. Głupi szczeniak. Zeszła na dół do kuchni i oparła się o zlew.

- Co ci? - spytał Bobby. - Stało się coś? - Zaniepokoił się, podchodząc bliżej.

- Nic. - Machnęła ręką i nagle się do niego przytuliła. - Nic.

- Nic?

Ellen postanowiła sobie nowy cel: wcisnąć w chłopca tyle domowego ciepła i gorącego rosołu ile tylko zmieści. I bułeczek. I naleśników. I steków. I tych cholernych batoników karmelowych, jeśli je lubi.

 

Chapter Text

Cas najadł się do syta, ostrożnie odstawił na podłogę mały stoliczek, który przyniosła Ellen i zaczął badać sypialnię. Pierwsze, co pojął, to że łóżko jest ogromne. I wysokie. Jak się na nim usiadło, to ledwo można było dotknąć stopami podłogi. Miało bardzo gruby materac a pod nim jeszcze jeden i pełno pościeli: poduszek, prześcieradeł, koców. Niektóre z nich leżały złożone w nogach, gotowe do użycia, gdyby zrobiło się zimno. Cas przez dłuższy moment gładził je, bo były tak miękkie i przyjemne w dotyku, że nie mógł oderwać od nich rąk.

Po obu stronach łóżka stały szafki, na których leżały jakieś rzeczy, które zapewne należały do alfy i Cas cofnął palce, żeby ich nie dotykać. Nie chciał, żeby alfa wyczuł, że omega brał jego rzeczy bez pozwolenia. Tak nie można robić, to jedna z najważniejszych zasad - w starym domu obrywał, jeśli brał coś, co należało do innych członków watahy, a już gdyby wziął rzeczy należące do Uriela... albo Zachariasza... byłaby z tego awantura. I bicie. Dean też go często bił za różne rzeczy i nie chciał mu się narażać. Dean miał cieżką rękę.

Dean.

Cas nie wiedział, co o nim myśleć. Trochę się ostatnio pogubił. Jeszcze kilka dni temu nienawidził alfy i bał się go śmiertelnie. Chciał uciec, za wszelką cenę. Przemyśliwał o śmierci i podjął kilka prób takiego rozzłoszczenia alfy, żeby albo go porzucił, albo zagryzł - bo wydawało się to lepsze, niż być z nim. Wciąż się go bał. Alfa wymagał, rozkazywał, dawał klapsy.

Ale dawał też batoniki. I koc. I pozwalał odpoczywać przy nodze. I obronił przed Phehiljahem. Pomagał przejść przez góry. Powiedział, że omega to twardziel i że da radę. I omega dał radę! To była taka rzecz, której Cas nigdy wcześniej sobie nie wyobrażał, że mógłby zrobić: taki wysiłek. Takie... niebezpieczeństwo. Zawisł na rzemieniu nad przepaścią i poradził sobie... Nawet bez alfy! Poradził sobie. Wisiał głową w dół i bujał się, uderzał o skałę i nie mógł złapać smyczy, ale poradził sobie! To było więcej, niż zrobił kiedykolwiek wcześniej. Nie chodziło o to, że przetrwał. Chodziło o to, że nikt nie wierzył, że omega jest zdolny do takiego wysiłku. Nawet on sam w to nie wierzył. Gabriel ciągle z niego żartował a reszta watahy uważała go za największego ofermę i miernotę. Sam tak o sobie myślał. Nigdy nic nie wychodziło mu dobrze, nigdy nic się nie udawało.

Ale wszedł na górę i zszedł z niej - i to był fakt.

Dean powiedział, że się uda i udało się.

Dean w niego uwierzył.

I powiedział, że ma najpiękniejszy uśmiech...

Cas poczuł, że policzki robią mu się gorące i musiał przyłożyć do nich obie dłonie, żeby ochłodzić twarz. Cas wiedział, że alfa kłamał. Nawet brat alfy, Sammy, powiedział, że alfa jest łgarzem, ale to było takie... Nikt wcześniej nie mówił o nim nic dobrego. Zawsze tylko przykre rzeczy. Cas nie był głupi - chociaż wszyscy tak myśleli - wiedział, że jest ślepy. Phehiljah był okrutny, ale miał rację. Cas jest potworkiem. Dlatego nikt go naprawdę nie lubił w rodzinie... Kto by lubił bezużytecznego, brzydkiego potworka? Phehiljah przynajmniej go nie oszukiwał. Powiedział też, że alfa jest piękny. Jedyne, co przychodziło na myśl omedze, jeśli chodzi o wyobrażenie piękna to klacz z jego snu. Ale oczywiście Dean nie był koniem. Był wilkiem. Cas mgliście pamiętał, jak wyglądają wilki i ciężko mu było wyobrazić sobie, jak Dean może wyglądać. Wiedział, że jest duży. Większy niż omega. Miał duże ręce i był bardzo silny.

Odruchowo pomasował sobie pośladek, na wspomnienie, jak bardzo silny był alfa i jak bolesne były jego klapsy. I pachniał bardzo intensywnie. Cała wataha pachniała troszeczkę alfą, jakby wszyscy nim przesiąkali tylko będąc w jego pobliżu. Omega wiedział, że on sam też nim pachnie. Wziął przód koszulki w palce i powąchał. Tak, zdecydowanie pachnie alfą.

Z początku mdliło go od tego. Przypominało mu pierwsze przywłaszczenie. W lesie. Kiedy go trzymali siłą i alfa zrobił mu rzecz. Pierwszy raz, a potem jeszcze wiele razy. Kiedy o tym myślał, strach i nienawiść wracały. Ale alfa ostatnio nie kazał mu ściągać spodni i nie robił tych rzeczy i Cas miał nadzieję, że Phehiljah miał rację: alfa się nim znudził. Może wreszcie zobaczył, jaki z Casa potworek i już nie będzie go chciał? Nie w ten sposób?

Cas zastanowił się, po co w ogóle Dean go zabrał do domu? Czemu tak się upierał, żeby go ciągnąć przez góry. Mógł go zostawić pod opieką pani szeryf i nie miałby już kłopotu. Albo zostawić w górach. Zrzucić w przepaść. Oddać Phehiljahowi. Po co go ciągnął ze sobą?

Może jednak znów będzie chciał robić te rzeczy?

Cas się skrzywił i dłonie znów odruchowo powędrowały do tyłu. Alfa miał duże nie tylko ręce. Po wszystkim zawsze go tam bolało.

Jeśli Dean chce nadal mu to robić, to może trzeba jednak uciec?, zastanowił się. Batoniki i śniadanie i Ellen i Sammy i Jo to były plusy bycia z tą watahą. Oni tu dużo się śmiali. Brzmieli jakby byli szczęśliwi ze sobą. Mógłby z nimi zostać. Spróbować. Może by go polubili? Może też by był szczęśliwy? Z nimi.

Ale z drugiej strony nie sądził, żeby jego tyłek długo wytrzymał to, co Dean z nim robił w lesie. I te inne rzeczy, jak wtedy kiedy Dean wsadził mu to swoje wielkie coś do gardła. Cas omal się wtedy nie udławił i to było straszne. Brr... Na samo wspomnienie dostał dreszczy.

Nie, nie będzie o tym myśleć. Nie chce. Te wspomnienia nie są dobre i nie będzie sobie psuł tego miłego poranka takimi sprawami. Teraz nie ma Deana w pobliżu i Cas może wcale o nim nie myśleć. Przynajmniej przez jakiś czas. Może udawać, że go wcale nie ma. Nie było. Może trochę poudawać, że zawsze wszystko było dobrze, że wszyscy go lubią i że nigdy już nie będzie głodny. I nigdy nikt się nie będzie wyśmiewał. I nikt go nie pobije. I nie skrzywdzi.

Tylko troszkę, ten jeden jedyny raz - pomyślał, prosząc o to sam siebie. - Żeby ten kawałek dnia był tak samo szczęśliwym wspomnieniem, jak ten jeden dzień wolności, kiedy Dean pozwolił mu odejść. I dał mu plecak. I Cas leżał w lesie, czując promienie słońca na twarzy i wyjadał palcem miód ze słoika. Wtedy był taki s z c z ę ś l i w y. Jak nigdy.

To nic, że później zjawił sie Uriel i Zachariasz i Phehiljah, zabrali mu wszystko i znów był w niewoli. Tamtego dnia nikt mu nie odbierze, nie wyrwie z pamięci. I tego dnia też nie. Bezpiecznej nocy w wielkim, wygodnym łóżku. Ellen, która przyniosła tyle jedzenia: bułeczek, kiełbasek, soku, kakao... Tyle... Smakołyków. Tyle pysznego jedzenia! Szkoda, że nie pozwoliła zatrzymać bułeczek na później. To by było przyjemne mieć pewność, że schowana bułeczka czeka, aż się ją zje. W starym domu Cas - jeśli tylko miał okazję - chował różne resztki na później. Bo czasem Uriel mówił, żeby nie dawać jedzenia darmozjadom. Albo kolacji - za karę. Albo na obiad było tak mało a w brzuchu tak burczało... I wtedy takie schowane coś bardzo pomagało przetrwać. Nie były to takie frykasy, jak maślane bułeczki, o wiele częściej czerstwe kromki chleba i resztki dżemu w słoiku. Albo obrzynki wędzonego mięsa. Skórki i kawałki tłuszczu. Kiedyś Cas nie jadł cztery dni. I wtedy nie miał nic schowanego. I nie było Gabriela, który mógłby przemycić dla niego tost z serem, co czasem robił.

Ellen obiecała, że jeśli Cas będzie głodny, to ona mu zrobi kanapkę. I naleśniki.

Może kłamała, jak alfa?

Może zacznie się z niego śmiać, kiedy Cas przyjdzie do kuchni i poprosi ją o naleśnika? Może go wygoni? I krzyknie, że darmozjadom nie należy się jedzenie? Może powie, że omega był głupi, że w to uwierzył... W śniadanie i we wszystko?

Serce Casa zaczęło bić tak szybko i w takim przestrachu, że musiał położyć rękę na piersi i głęboko kilka razy odetchnąć, żeby się uspokoić.

Nie. Nie można tak myśleć o Ellen. Ellen jeszcze nie potraktowała go źle i nie powinien o niej tak myśleć. Ona jest bardzo dobra.

Poza tym Cas obiecał, że jej będzie pomagał, że zapracuje na obiad. Jeśli ktoś pracuje - ma prawo dostać jedzenie.

Nie, że na pewno dostanie. Ale może poprosić.

Przesunął palcami po ścianie. Pokój był wielki, jak wszystko, co należało do alfy. Na całej jednej ścianie były okna i omega chwilę stał przy jednym, przytrzymując się ościeżnicy i węsząc. Słuchając. Spośród wielu dźwięków wyłowił głos Deana, który z kimś rozmawiał na zewnątrz. Na podwórku. Cas nie rozróżniał słów, ale na pewno to był alfa, znał jego głos już na tyle, żeby rozpoznać wśród innych.

Przygryzł wargę. Dean brzmiał o wiele łagodniej, niż zwykle. I chyba nawet się roześmiał. Cas mógłby na palcach jednej ręki policzyć, kiedy słyszał śmiech alfy. Zawsze wtedy w pobliżu był jego brat. On potrafił rozbawić alfę. Mówił mu czasem takie rzeczy... jakby się go wcale nie bał. Czasem sobie żartował. Czasem mu dokuczał. Czasem się z alfą nie zgadzał. Alfa nie dawał mu klapsów. Może dlatego, że to był jego brat? Może dlatego, że Sam nie był potworkiem.

Dean najwyraźniej kochał swojego brata. Lubił go.

Cas poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Przełknął ślinę.

Czemu jego nikt nie kochał?

Jakby to było, gdyby ktoś go kochał? Lubił? Tak naprawdę, tak jak Dean swojego brata.

Kiedyś myślał, że jego rodzina go kocha. Że Balthazar go lubi. I trochę Gabriel. Że są przyjaciółmi. Kiedy Gabriel przynosił mu po kryjomu przed Urielem tosty z serem i czasem odwracał uwagę watahy swoimi żartami i Cas unikał bicia - myślał, że to jest właśnie to: miłość. Troska. Przyjaźń. Lubienie. Ale teraz nie był pewny. Zupełnie inne rzeczy słyszał w nowej watasze. Sprawy wyglądały inaczej, kiedy dotyczyły innych wilków.

Niektóre z nich musiał sobie chyba ponownie przemyśleć.

Nienawidził Deana, kiedy go odebrał rodzinie i ze wszystkich sił chciał do niej wrócić. Nienawidził i bał się, że Dean go zamęczy. Zabije. Że będzie go głodził i przede wszystkim - że będzie z nim ciągle robił te straszne rzeczy, które zrobił, kiedy tylko go złapali. Uriel pozwalał na wiele rzeczy wobec omegi, ale nie pozwalał robić z nim tego, co robił Dean. Phehiljah na pewno chciał je robić, Cas to teraz wiedział na pewno. To co szeptał i jak próbował go dotykać... Teraz to rozumiał, bo wcześniej nie było to jasne. Nie miał pojęcia o co mu chodzi. Nie miał pojęcia, co to za rzeczy i nadal ich nie rozumiał, poza tym, że potem tyłek okropnie boli. I kark, kiedy Dean go gryzł.

Dean wydawał się najgorszy niż wszystko, co go do tej pory spotkało w życiu.

Ostatnio Cas nie był już taki o tym przekonany.

Phehiljah, Uriel, Zachariasz... Reszta jego starej watahy. Oni też wcale nie byli dla niego dobrzy.

Nie tak jak Ellen. I nie tak jak Sam. I nie jak Jo. I nawet Bobby, chociaż on wydawał się okropnie gburowaty i szorstki, jeszcze bardziej niż alfa Dean.

A może alfa Dean teraz, kiedy wrócili wreszcie do jego domu nie będzie chciał robić tych rzeczy z omegą?, pomyślał z nagłą nadzieją. Phehiljah wyraźnie zapowiedział, że Dean szybko się nim znudzi i może nawet go wyrzuci. Bo jest piękny (cokolwiek to znaczy) i może mieć wszystkie inne piękne jak on i silne alfy. I bety. I wszystkich, kogo tylko będzie chciał. I czemu akurat miałby chcieć jego, Casa? Potworka?

Najlepiej by było, gdyby Dean znalazł sobie kogoś innego do sypialni. Jakiegoś innego, pięknego wilka. Z oczami, które widzą. Ze złotem, pieniędzmi, własną watahą. Niech mu da szczeniaczki - tak powiedział Phehiljah. Legalne szczeniaczki.

Wtedy Cas mógłby zostać, o ile Dean by pozwolił. Cas poprosiłby go, żeby mógł zostać. Obiecałby, że nie będzie dużo jeść, może nawet jeść same śniadania - to śniadanie, które przyniosła Ellen było przecież ogromne i starczyłoby mu na cały dzień. Na dwa dni! I wcale nie musiałby dostawać batoników. Słodycze są przyjemne, ale niekonieczne. Mógłby się obejść.

Pomagałby Ellen w kuchni. Zmywanie, wynoszenie śmieci, zamiatanie i mycie podłóg: wszystko potrafił zrobić. Nauczyłby się, gdzie co stoi i mógłby nakrywać do stołu, zanosić i przynosić rzeczy, obierać warzywa, kroić, mieszać. Wszystko, co Ellen by kazała robić. Spać mógłby byle gdzie. Nie potrzebował łóżka, ani własnego pokoju. Najlepiej spać w kuchni - tam jest ciepło zimą i nawet nie trzeba mieć koca. Chociaż na pewno daliby mu własny koc. Ellen albo Sam. Oni byli dobrzy dla niego. Na pewno dostałby własny koc, nawet jeśli by nie poprosił. O plecak też nie prosił a dostał.

I umiał pomagać przy szczeniaczkach! Potrafił się nimi opiekować, robił to w starej rodzinie. Jeśli alfa by miał szczeniaczki - to omega mógłby się nimi zajmować. I starszymi wilkami. Opiekował się babcią Anną. A Bobby sam powiedział, że chce przejść na emeryturę! Jest stary, to słychać po głosie, i omega mógłby się nim opiekować. Przynosić mu wszystko: okulary, książki, jedzenie, zioła na trawienie i leki, kapcie. Laskę. Babcia Anna miała drewnianą laskę do chodzenia. Bobby na pewno też będzie mieć laskę!

Omega aż podskoczył z ekscytacji i nadziei.

Musi koniecznie o tym pomówić z alfą. Koniecznie. To był dobry plan, żeby zostać w tej watasze, zarobić na utrzymanie i nie być narażonym na bicie.

- Co się tak cieszysz? - spytał Dean i Cas omal wypadł przez okno z przestrachu.

Czemu alfa zawsze go tak straszy? Cas miał wyczulone zmysły, ale Dean potrafił się tak podstępnie zakraść... Jak on to robił?

- Mogę pilnować szczeniaczków! I opiekować się Bobbym! - wykrzyknął, żeby pokryć zmieszanie.

- Tak? - Zdziwił się alfa. - Bobby potrzebuje opieki?

- Bo jest stary. - Omega niepewnie dotknął palcem ust, zupełnie nie zdając sobie sprawy, jak wtedy wygląda i jak alfa się na niego gapi, kiedy to robi. - I będzie mieć lumbago, to wtedy będę przynosić mu laskę. Na emeryturze.

- O. No tak. - Alfa stłumił uśmiech. - Na emeryturze. Lumbago. Bobby się ucieszy.

Zapadła cisza i omega wyczuł w pokoju jeszcze kogoś.

- Amy... To jest Cas. Nasz nowy... nabytek - powiedział wesoło alfa.

Cas usłyszał kroki, szelest ubrania i poczuł czyjś dotyk.

- Cześć, Cas. Jestem Amy, Amelia, ale wszyscy mówią do mnie: Amy. Jak się masz?

- Uhm. Dobrze. Dziękuję - odpowiedział z wahaniem. Amy uścisnęła mu dłoń. Miała delikatne, krótkie palce, bez pierścionków i wystających paznokci. Pachniała perfumami kwiatowymi, ale nie alfą. Nie była z watahy. Pod perfumami Cas wyczuł przytłumioną inną woń, drażniącą i nieprzyjemną, ale nie potrafił jej zidentyfikować.

- Jestem lekarką i teraz cię zbadam, jeśli nie masz nic przeciwko temu. - O!, więc to ten zapach!, pomyślał. - Słyszałam, że trochę się potłukłeś w górach. Pan Winchester chce, żebym sprawdziła, czy na pewno nie jest to nic poważnego. Zgadzasz się?

- Uhm, tak! - Pokiwał głową.

- Możesz zdjąć t-shirt? - Poprosiła a Cas usłyszał, że kręci się przy nim, coś robi, trzasnął metal, coś się zaczęło przesuwać. Zapach Amy oddalił się nieco, ale zaraz wrócił. - Dean, możesz nas zostawić?

Dean chwilę milczał i Cas nie był pewien, czemu.

- To trochę potrwa. Masz pewnie mnóstwo innych rzeczy na głowie... - zasugerowała Amy dyplomatycznie.

- Może jednak zostanę? - Dean chyba nie chciał wychodzić.

- Naprawdę poradzimy sobie. Ja i Cas.

- Uhm... Okay. Uhm... Hm... Jeśli będziesz czegoś potrzebować...

- Wiem, zawołam. Dziękuję.

Kroki i trzaśnięcie drzwi.

- Więc... Cas. - Amy posadziła go na łóżku i usiadła naprzeciwko. - Opowiedz mi, co cię boli?

- Plecy. Wczoraj mnie bolała głowa, ale dziś już nie. - Wskazał ranę na skroni. Amy zbliżyła się, jej zapach stał się bardzo wyraźny i Cas rozróżniał już nie tylko perfumy i woń szpitala, ale też bardziej osobiste wonie. Amy miała kota. Niedawno jadła bajgla z serkiem waniliowym.

- Masz sporo siniaków... - Stwierdziła ostrożnie. - Niektóre są starsze niż z wczoraj.

Cas milczał. Nie zadała pytania i nie wiedział, czy Amy interesuje, skąd je ma.

- A te ugryzienia? - Amy poprosiła, żeby się pochylił i bardzo dokładnie obejrzała jego szyję i kark.

- Nie bolą. Już nie. Tylko jak mnie gryzł. To wtedy tylko boli.

- Gryzł? Kto?

- Dean.

Cas usłyszał, że Amy wypuszcza powietrze w inny sposób, niż dotychczas.

- Dean ci to zrobił? - Jej głos był spokojny i obojętny, jakby mówiła o pogodzie. - Kiedy?

- Kiedy mnie krył.

Amy dłuższą chwilę się nie odzywała, ale nie przestała egzaminować ciała Casa.

Kiedy Sam zadzwonił wczoraj wieczorem i poprosił o wizytę domową zgodziła się od razu. Winchesterzy mieli liczną rodzinę, kuzynów i pociotków i chociaż rzadko korzystali z pomocy lekarskiej - zwykle chodziło o jakieś przeziębienia czy drobne obrażenia odniesione na polowaniach, a wyprawa na ich farmę to co najmniej dwie godziny jazdy terenówką przez leśny i górzysty teren - to nigdy nie odmawiała. Płacili uczciwie i byli nadzwyczaj uprzejmi i gościnni. Amy słyszała różne plotki, ale nigdy nie spostrzegła niczego, co by mogło ją zaniepokoić. Była lekarzem i potrafiła odczytać znaki świadczące o złym traktowaniu. Nigdy nikt takich nie miał.

Aż do dziś.

Nigdy wcześniej nie widziała takich obrażeń na jednej osobie. Najgorsze... najdziwniejsze były ślady ukąszeń. Wyraźne ślady zębów. Chłopak mówił, że to Dean, ale Amy ciężko było uwierzyć. Zrobiła telefonem kilka zdjęć, żeby sprawdzić po powrocie do gabinetu, ale to nie były ślady ludzkich szczęk. Jakby... psich.

Wilczych?

Ten szalony Frank nie mógł... Przecież... to nie możliwe. Wszyscy go uważali za wariata a te rewelacje o wilkołakach... Przecież to... Bzdury. Czekaj! A co ten dzieciak powiedział? Że on go gryzie kiedy? Podczas... takie niezwykłe słowo. Rzadko używane. Krycie? Czy to określenie nie dotyczy zwierząt? To weterynaryjne określenie kopulacji. Dość niezwykłe, kiedy mowa o intymnych relacjach między ludźmi. Amy spojrzała na chłopaka. Nie wyglądał na niepełnoletniego, ale był co najmniej kilka lat młodszy od Deana...

- Ile masz lat?

- Dziewiętnaście.

...prawie dziesięć, z tego, co zdążyła się zorientować. Może osiem. To nie szokująca różnica, ale duża. Może za duża.

- Możesz... zdjąć spodnie? Jesteśmy sami. Nikogo nie ma w pokoju. - Zapewniła go. - Nie musisz, jeśli nie chcesz, ale chciałabym dokładnie cię zbadać. Nie będę cię dotykać, tylko objerzę. A potem zaraz się ubierzesz.

Cas wstał i z lekkim oporem ściągnął piżamę. Amy bardzo dokładnie obejrzała wielki i świeży krwiak na biodrze. Trochę małych siniaków na udach i piszczelach. Trochę otarć. Potem bardzo delikatnie zaczęła wypytywać chłopaka o to, co właściwie robią z Deanem. Kiedy Dean go gryzie. To była bardzo długa rozmowa. Bardzo mało słów. Bardzo dużo milczenia. Potem Cas opowiedział jej o swojej rodzinie. I o klaczy. I o swoich oczach. I że jest małym potworkiem. I że udało mu się wejść na górę i z niej zejść. Amy powiedziała, że to bardzo trudna sztuka, jeśli zrobił to bez przygotowania i bez odpowiedniego sprzętu.

- Dean mi pomógł. Powiedział, że damy radę - powiedział Cas i uśmiechnął się. Amy też się uśmiechnęła. Trudno było nie odpowiedzieć na ten uśmiech. Był zaraźliwy. Naiwny. Nieśmiały. Szczery.

- Lubisz go? - spytała. - Chcesz z nim być?

Chłopak zamrugał. Uśmiech zgasł.

- Cas? - Amy się zaniepokoiła. Dotknęła jego ręki. - Jesteśmy sami. Nikogo tu nie ma. Nikt nas nie słyszy. Możesz powiedzieć... Nikomu nie powiem, ani Deanowi, ani nikomu. Jestem lekarzem. Wszystko co pacjenci mówią swoim lekarzom jest objęte tajemnicą. To nie jest umowa między mną a tobą, takie jest prawo. Prawo zakazuje mi mówić o twoich sprawach z kimkolwiek innym. Tylko jeśli mi pozwolisz. Rozumiesz? - Tłumaczyła spokojnie, póki Cas się nie rozluźnił. - Więc jak? Chcesz z nim być? Chcesz tu zostać?

Cas westchnął i postukał paznokciem w zęby, nasłuchując i wiercąc się niespokojnie.

- Hm? Nie wiesz, czy nie chcesz powiedzieć? Jeśli nie, uszanuję to. Nie musisz odpowiadać.

- Uhm... - Pokręcił głową, odwracając się w stronę drzwi. Nasłuchując. Węsząc. Miał skupiony, napięty wyraz twarzy. Całe ciało nagle napięło się, jakby miał za chwilę się zerwać do biegu. Do ucieczki.

- Okay. Nie denerwuj się. Nie musimy o tym mówić, jeśli nie chcesz. - Amy zaczęła pakować swoją lekarską torbę.

- Nie, Amy! Po prostu... - Chłopak potarł nos i czoło w rozsterce. - Nikt...

...mnie nigdy o to nie pytał.

Chapter Text

Amy została z Casem na górze, w sypialni, a Dean zszedł do kuchni.

- On jest taki chudy. - Ellen postawiła przed nim szklankę świeżo zrobionej lemoniady z pokruszonym lodem. - Skóra i kości. Jakby od zawsze niedojadał.

- Wiem. - Oparł się o szafkę, wychylił kilka łyków, obserwując jej nieco bezładną krzątaninę. Przestawiała kubki, pudełka, zaglądała do spiżarni i do lodówki, szukając czegoś i nic nie znajdując. Nie mógł zignorować jej poruszenia i zapytał - był niegrzeczny? Mam natrzeć mu uszu?

- Był bardzo grzeczny! - Przypomniała sobie, jak całował ją po rękach i potarła je z zażenowaniem. Zgarnęła jakieś niewidoczne okruszki ze stołu i przetarła go po raz któryś ścierką.

- Ellen, powiedz mi. Jeśli coś zbroił, chcę wiedzieć.

- Nic nie zbroił! - Popatrzyła na Deana gniewnie. - Chciał schować trochę jedzenia na później.

Dean podniósł brwi.

- I to cię tak zdenerwowało? Trzeba było mu pozwolić. - Wzruszył ramionami.

- Bał się, że nie dam mu obiadu! - Podniosła głos. Dean odstawił szklankę i dotknął jej ramienia, by trochę ją stonować.

- Przepraszam. Po prostu... - westchnęła. - Zaczął coś bredzić, że zapracuje na jedzenie, że mówił ci, że umie sprzątać...

- Acha. - Dean uśmiechnął się. - I opiekować się staruszkami. Ma już jednego na celowniku.

- Tak?

- Bobby'ego. Oraz jego lumbago.

Ellen chwilę przetrawiała tę informację, zanim zachichotała.

- Bobby nie ma lumbago. - Uspokoiła się na tyle, żeby odsunąć się od alfy i nawet żartobliwie uderzyła go ścierką w udo. - Lepiej mu nie mów, bo zacznie podnosić ciągnik, żeby wszystkim udowodnić! Wypadnie mu dysk i wszystkich zamęczy swoim zrzędzeniem. Będzie siedział na werandzie i się do wszystkich o wszystko mądralował. - Podniosła palec. - Zobaczysz!

- I wtedy naślemy na niego młodego! - Spuentował Dean ze śmiechem. - Słuchaj... - Spoważniał. - Wiem, że on jest pokręcony. Jeśli będzie ci sprawiał kłopoty, powiedz mi, okay?

- Bobby? - Ellen udała, że nie wie, o kogo chodzi. - Och! Masz na myśli Casa?

Wymienili się spojrzeniami.

- Nie, jeśli zamierzasz go karcić! - Postawiła warunek.

- Jak zasłuży...

- Dean!

- Ellen - zawiesił głos.

- To dobry dzieciak! A ty byłeś dla niego za surowy. O wiele za surowy.

- Ellen.

Zaplotła ramiona. Dean był alfą i wszyscy powinni okazywać mu szacunek. Nawet Bobby. Nawet ona. Zwłaszcza oni. Starsi. Mądrzejsi i bardziej doświadczeni. Powinni być przykładem dla młodych wilków i nie podważać jego autorytetu. No i nie lubiła wsadzać nosa w nie swoje sprawy. Zwłaszcza w sprawy przywódcy watahy. Nawet jeśli nie wszystko się jej podobało, to nie był jej interes, więc siedziała cicho. Do dziś. Zamknęła drzwi, upewniając się, że nikt ich nie usłyszy.

- Jest wygłodzony! Osłabiony! Granatowy od siniaków! - Zaczęła wyliczać i nie pozwoliła sobie przerwać. - Zastraszony! Nie wie, co się dzieje i nie ma pojęcia, czego od niego chcesz! Zabrałeś go rodzinie, przegoniłeś przez pół stanu, przez Park Narodowy i góry w zupełnie obce miejsce i każesz je nazywać domem! Został postrzelony, chciał umrzeć, prawie się utopił. Tresujesz go jak psa. I po co to wszystko? Dla zabawy?

- Ellen! - Dean uderzył pięścią w blat szafki, aż naczynia na suszarce podskoczyły z brzękiem. Przez chwilę głucho warczał w gniewie, zanim uspokoił się na tyle, żeby powiedzieć - ani słowa więcej. Nie! - Ostrzegł, kiedy otworzyła usta. - Dość. Powiedziałaś już dosyć.

Dłuższą chwilę oboje milczeli. Ścienny zegar głośno tykał. Mucha wleciała i bzyczała natrętnie. Ktoś zajrzał do kuchni po coś do jedzenia, ale widząc miny obojga: alfy i Ellen, wycofał się natychmiast, na palcach.

- Przepraszam. Wiem, że się troszczysz. - Przyznał w końcu. Objął ją i pocałował w skroń. - Przepraszam.

- To dobry dzieciak - wyszeptała. - Naprawdę dobry. Masz nosa do ludzi.

- Miałem do ciebie! - Uścisnął ją. - Nigdy nie bój się mi mówić prawdy. Okay? Obiecaj.

- Masz jak w banku. - Odsunęli się od siebie. Ellen sięgnęła po packę i trzasnęła muchę. Zgarnęła owadzie truchło kawałkiem papierowego ręcznika do śmieci. - Odkarmię go. Odchucham. Będzie dobrze - zapewniła. - Mały ptaszek jeszcze nauczy się latać.

Dean uśmiechnął się, spuścił głowę i... Ellen zobaczyła, że się rumieni. Zarumienił się! Przygryzła wargę. A, więc to tak!

Aż tak?...

A to ci dopiero. Więc Dean...

Więc jednak.

- Jeśli ma tu zostać, to trzeba mu kupić ubrania. - Udała, że nic nie zauważyła i przeszła w tryb organizacyjny. - Przecież nic nie ma - zauważyła gderliwie i znów zaczęła się krzątać po kuchni. - A w ogóle to gdzie chcesz go zainstalować? - Spytała tonem urzędniczki, zaglądając przy tym to do jednej, to do drugiej szuflady, jakby tam właśnie leżały formularze meldunkowe. - Może w tym pokoiku nad garażem? Wystarczy wstawić składane łóżko i szafkę.

- Możesz się tym zająć? Kupić mu wszystko? - Dean znów sięgnął po szklankę. - Sama zdecyduj, co.

- Jasne. Zajmę się tym. Meble kupimy składane, niech się chłopaki... - Ellen specjalnie o tym wspomniała, czekając, co alfa powie i nie zawiodła się. Dean przerwał jej natychmiast.

- Meble nie. Nie trzeba. Wygospodaruj mu jedną z komód w sypialni. I szafkę w łazience. Zresztą, zrób mu tyle miejsca, ile potrzeba.

- U ciebie? - Upewniła się.

- Uhm. - Dean skinął, odwrócił się plecami, opłukał szklankę, odstawił na suszarkę. Ellen czuła, że stąpa po kruchym lodzie, ale zaryzykowała jeszcze jedno pytanie.

- Na trochę? Czy na dłużej?

- Ellen! Nie przeciągaj struny. - Wyszedł z kuchni. Wrócił. Zajrzał przez próg i mruknął:

- Na zawsze. I Ellen?

- No?

- Nie oszczędzaj. Chcę, żeby miał wszystko.

 


 

- Zrobimy tak - zaproponowała Amy - przyjadę pojutrze znów cię zbadać. I jeśli będzie źle, będziesz chciał, żeby cię stąd zabrać powiesz tajne hasło. Nawet jeśli ktoś będzie stał przy nas i słuchał, powiesz je, jakby nigdy nic i ten ktoś się nie zorientuje, ale ja będę wiedzieć. Okay? Rozumiesz, jak to działa?

- Tak. - Cas dotknął palcem wargi. - Jeśli powiem to hasło, to ty będziesz wiedzieć, że potrzebuję pomocy, ale ja nie powiem, że potrzebuję pomocy, tylko na przykład: pomidor.

- Dokładnie. Wtedy ktoś, kogo się boisz nie będzie wiedział, że prosisz o pomoc. Tylko ja będę wiedzieć. I sprowadzę pomoc. Zabiorę cię w bezpieczne miejsce.

- Pani szeryf chciała mnie zabrać, ale Dean nie pozwolił. - Cas nagle zwątpił. Amy złapała go za ręce.

- Porozmawiam z nią. Zaufaj mi. Nie zostawię cię tutaj, jeśli nie będziesz chciał zostać. Jakie hasło wybierzesz?

- Nie wiem. - Cas zacisnął oczy. - Nic mi teraz nie przychodzi na myśl.

- Hm, to musi być coś, co nie będzie zbyt dziwne. To musi być coś, co nie wzbudzi podejrzeń, ale czego nie przeoczę, bo będzie zbyt pospolite. Nic w rodzaju: cześć, jak się masz, jestem zdrowy.

- Rozumiem.

- Jestem lekarzem i nikt się nie zdziwi, jeśli zapytam, jak się czujesz. Jeśli powiesz, że boli cię palec u nogi, to nikt nie uzna tego za podejrzane. Co ty na to?

- A jeśli naprawdę będzie mnie bolał palec u nogi? - spytał Cas naiwnie i Amy się roześmiała.

- Nie będzie. Ale jeśli nawet, to wtedy powiesz mi w samochodzie, że na pewno nie chcesz ze mną jechać. Że chcesz tu zostać. I zostaniesz.

- Chciałbym tu zostać - przyznał nieśmiało Cas. - Z Ellen.

- Jeśli będą dla ciebie mili i będziesz się dobrze tu czuł, to wspaniale. Będę cię co jakiś czas odwiedzać i upewniać się, że wszystko w porządku. A ty będziesz tu mieszkał, szczęśliwy i będziesz mieć dosyć moich wizyt. I nigdy nie usłyszę, że cię boli palec u nogi. - Amy objęła chłopca i uścisnęła, dodając mu otuchy. - Tak?

- Nigdy nie będę mieć dosyć twoich wizyt! Lubię cię, Amy! - wyznał. - Ładnie pachniesz. I twoja kicia też.

Amy najpierw się zaczerwieniła a potem powiedziała:

- O! Moja Baryłka!

- Baryłka?

- Bardzo lubi jeść. Nie pytaj. - Podniosła dłonie obronnie. - Wiem, że powinnam ją trochę odchudzić, bo toczy się jak piłeczka, ale nie mam sumienia nie napełnić jej miseczki, jak tak patrzy na mnie i prosi... - Rozczuliła się. Cas uśmiechnął się znowu.

- Baryłka to bardzo ładne imię. Moja babcia Anna też miała kota. Pana Helsinga.

- Van Helsinga?

- Pana Helsinga. - Skorygował ją. - Kiedy babcia umarła, Pan Helsing zniknął. Gabriel powiedział, że uciekł do lasu. Ale myślę, że mnie okłamał. Myślę, że Phehiljah skręcił mu kark. - Sposób w jaki Cas to powiedział, prawie pozbawiony emocji, wstrząsnął Amy.

- To chyba... przykre...

- Gdybym nie był ślepym omegą, zabrałbym Pana Helsinga i uciekł dawno temu. Nikt by nas nie złapał i nikt by nas nie skrzywdził - wyjaśnił łagodnie Cas. - Nigdy.

- To nie twoja wina, że Pheh...

- Phehiljah.

- Phehiljah skrzywdził kota twojej babci. To nie twoja wina, że jesteś ślepy i że jesteś... om...

- Omegą.

- Hm, okay, że jesteś słabszy niż inni. To nie daje im prawa, żeby cię krzywdzić. Musisz to zrozumieć.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i oboje podskoczyli. Amy na widok Deana a Cas na dźwięk jego głosu.

- I jak? Mam nadzieję, że to nic poważnego? Siedzicie tu już chyba sto lat. Zostaniesz na obiad, Amy?

- Nie. Muszę wracać. - Amy zabrała torbę i zaczęła schodzić do samochodu. Zatrzymali się przy nim i Dean zapytał, ile policzy za wizytę.

- Następnym razem. Chcę przyjechać za dwa dni i zobaczyć, jak się goją te obrażenia. Nie ma złamań, zwichnięć, nic groźniejszego niż nadwyrężenie mięśni. - Amy położyła torbę na miejscu pasażera i obeszła wóz. - Ale powinien dużo odpoczywać, wyspać się. Dużo pić, dużo jeść. Ma widoczną niedowagę. Może anemię. Jest w kiepskiej kondycji ogólnej. Przydałoby się zrobić badanie krwi, moczu. Najlepiej by było, żebyś go przywiózł do mnie do gabinetu na solidny przegląd techniczny. - Spróbowała zażartować, Ani ona, ani Dean się nie roześmieli. - A teraz trzeba obserwować, czy nie poczuje się gorzej. Mdłości, bóle głowy, zawroty to sygnał, żeby natychmiast jechać do szpitala. Póki co, myślę, że nie będzie potrzeby, ale jeśli chcesz, mogę go teraz zabrać ze sobą, położyć w klinice na dwa, trzy dni?

- Będziemy obserwować. - Dean wyciągnął do niej rękę, żeby się pożegnać. Amy wsiadła za kierownicę, udając, że nie zauważyła. Uruchomiła silnik i opuściła szybę, patrząc na niego wyczekująco. Pochylił się, widząc, że chce coś dodać.

- Odpuść mu przynajmniej przez kilka dni. A przynajmniej zacznij używać lubrykantu. - Nacisnęła gaz i ruszyła, zostawiając Winchestera z zaskoczeniem na twarzy.

Chapter Text

- Amy powiedziała, że masz dużo spać i wypoczywać.

Cas wyszedł z łazienki i zastał Deana, siedzącego na skraju łóżka. Zatrzymał się i nie wiedział, co zrobić. W końcu zaczął obchodzić pokój, trzymając się ściany, żeby ominąć alfę jak najszerszym łukiem. Nie chciał mu wchodzić w drogę. Nie chciał psuć sobie tego dnia narażaniem się na klapsy.

Dean nagle wstał i złapał go za rękę. Pociągnął do drzwi. Cas niechętnie przyspieszył, żeby nadążyć za długimi, zdecydowanymi krokami alfy. Gdzie go znów prowadzi? Przecież pani doktor kazała mu wypoczywać, sam powiedział przed chwilą.

- Mam pomóc Ellen? Przy obiedzie? - Omega jedną ręką przytrzymywał się ściany a drugą mocno trzymał ręki Deana, kiedy schodzili po schodach. Schodzili to eufemizm, omega kuśtykał, najpierw zestawiając ostrożnie lewą stopę a potem dostawiając prawą. Z każdym stopniem syczał z bólu. W końcu Dean bez uprzedzenia przerzucił go sobie przez ramię i wyniósł na zewnątrz. Postawił.

- Kładź się.

Omega wyciągnął ręce przed siebie. Zrobił ostrożny kroczek, macając stopą przed sobą. Dean złapał go za nadgarstek, przygiął i położył dłoń na kocu. Cas przesunął palcami. Okay, jakieś siedzisko. Miękkie. Na krawędziach metalowe. Koce. Kilka koców. Poduszka. Dean westchnął, jakby fizycznie go bolało to marnotrawienie czasu na badanie prostego mebla i wykonanie polecenia. Chwycił omegę pod pachy i pod kolana i ułożył. Tkanina pod omegą lekko się ugięła i napięła. Omega w panice chwycił krawędzie i zesztywniał, bojąc się ruszyć.

- To leżak. - Wyjaśnił mu. - Jesteś na werandzie. Odpoczywaj! Niedaleko jest Ellen i Jo. I ja. Jakbyś czegoś potrzebował, zawołaj. - Cas poczuł podmuch powietrza i opadł na niego koc.

- A kto pomoże przy obiedzie? - zapytał, gramoląc się z leżaka. - Pójdę do Ellen...

- Ellen sobie poradzi. Ma już pomoc. Leż! - Dean oddalił się, zostawiając go samego.

Cas się położył. Przekręcił na bok. Nakrył kocem po uszy. Odkrył trochę, bo tak było za ciepło. Przekręcił na drugi bok. Nie, tak to za bardzo boli stłuczone biodro. Znów się przekręcił. Nie wiedział dokładnie co to leżak. Nie był tak wygodny jak łóżko. Węższy. Dziwnie się uginał pod ciężarem. Nie miał materaca. I krótszy, chociaż nogi się mieściły. Można było się położyć. Nie, jednak pięty trochę wystawały. Odrobinkę. Podciągnął kolana i zwinął się, ściągając poduszkę w dół. Umościł.

- Na pewno nie pomóc Ellen? - Usiadł jak tylko alfa się znów pojawił w pobliżu, ze swoim zapachem i twardym stukotem ciężkich butów. - Ja umiem pomagać w kuchni! Nic nie potłukę, obiecuję!

Znów zaczął złazić z leżaka. Jeśli pomoże Ellen, dostanie obiad. Jeśli nie pomoże... może nie być obiadu. Kto nie pracuje ten nie je.

- Leż, bo ci wleję. - Dean kucnął, pchnął go na poduszkę i... Cas drgnął, kiedy coś wlazło do jego uszu. Dwa robaczki. Złapał za nie, ale napotkał palce Deana i nie wiedział, czy ma wyciągać robaczki, czy pozwolić Deanowi... No właśnie, co on robił? - To słuchawki. Nie bój się. Żeby ci się nie nudziło... - mruknął alfa. Wcisnął w dłoń omegi płaskie pudełeczko i zaczął naprowadzać jego palce na przyciski, tłumacząc, jak działają. Cas usiadł, wsłuchując się w każde słowo. Przybliżył pudełeczko do twarzy, starając się je sobie wyobrazić. Powąchał. Pachniało alfą bardzo mocno. To był jeden z jego osobistych przedmiotów, często noszony w kieszeni.

- Posłuchaj sobie. - Dean włączył i Cas omal nie spadł z leżaka z wrażenia, kiedy ze słuchawek popłynęła muzyka. - Za głośno? Czekaj, przyciszę. Teraz dobrze? Tu możesz przyciszyć, albo pogłośnić. Tu, czujesz? - Poinstruował, jak regulować natężenie dźwięku i Cas po chwili dopasował je do siebie.

Taki skupiony, jakby przeprowadzał przeszczep serca, pomyślał Dean, śmiejąc się. Nie spuszczał z niego wzroku.

Cas wsłuchał się w piosenkę. Dean specjalnie ją wybrał. Uwaga Ellen o ptaszku trochę go naprowadziła, ale już wcześniej o niej pomyślał. Skojarzył z tym... małym histerykiem. Cas siedział, z pochyloną głową, ze zmarszczonymi brwiami, wsłuchany.

Chyba mu się podoba?

Cas nic się odezwał, ale kiedy Dean zaczął wstawać, wyciągnął rękę i prawie go dotknął. Dean się zatrzymał, czekając, co omega zrobi. Cas też sie zatrzymał. Jakby się namyślał. Cofnął palce. Cokolwiek przyszło mu do głowy, zrezygnował. Zwinął się, zakopując w koc i zamknął oczy, jak do snu. Dean stał nad nim jeszcze minutę, zanim zrozumiał, że nic więcej nie uzyska.

Mógłby podziękować. Niewdzięcznik.

Omega naciągnął róg koca na głowę i wcisnął nos w poduszkę. Tym razem to nie zapach alfy chciał stłumić, tylko łzy.

 


 

Nic dziwnego, że alfa chodził ciągle taki wkurzony. Większość piosenek w jego słuchawkach była strasznie głośna i bardziej przypominała łomot, niż muzykę. Cas nie polubił większości z nich i szybko naciskał przycisk, który zmieniał je na kolejne. I żadna już mu się więcej nie spodobała. Słuchał tylko tej pierwszej, którą alfa mu puścił. Była najładniejsza. I bardzo mu się podobały słowa:

Blackbird singing in the dead of night
Take these sunken eyes and learn to see
All your life
You were only waiting for this moment to be free

- Co tam masz? Chyba nie AC/DC? - Sam wyjął jedną ze słuchawek i przez chwilę słuchał. - A, to Deana? Serio?

- Reszta mi się nie podoba... - Omega podciągnął się na łokciu, ale zachował ostrożność z tym wyznaniem, węsząc przedtem, czy alfa nie kręci się gdzieś w pobliżu.

- Ja myślę. - Roześmiał się Sammy. - Więc lubisz Beatlesów? Może poszukamy więcej ich piosenek... - zamruczał, siadając obok leżaka z laptopem na kolanach. - Daj no to. Zgram ci coś naprawdę fajnego. Yhm... Hej! - Nagle uderzył się w udo. - A może chciałbyś posłuchać jakiejś powieści?

- Jakiej?

- A jakie lubisz? - Sammy przyjrzał się czujnie omedze.

- Babcia Anna mi kiedyś czytała pana Verne'a. I Księgę dżungli. Mówiła, że to odpowiednia lektura dla dobrze wychowanego młodzieńca.

Sammy wybuchnął śmiechem, ale zamilkł na widok urażonej miny Casa.

- Okay, twoja babcia miała dobry gust. To klasyki - powiedział łagodnie, żeby go udobruchać. - A co powiesz na kryminały? Lubisz rozwiązywać zagadki?

- Nie chcę smutnych historii. - Omega usiadł, poprawił sobie poduszkę. - Ale Sam, nie musisz mi czytać. Posłucham sobie jeszcze tej piosenki, co mi Dean dał. Ona jest bardzo ładna. I pośpię potem. - Nagle się zawstydził, że Sam pomyśli o nim, że jest leniem i darmozjadem, więc dodał szybko - ja chciałem pomóc Ellen! Dean kazał mi leżeć! Dean mi kazał!

- Wiem. - Sam machnął ręką lekceważąco. - Garth i Kev jej pomagają. O!, popatrz na to. To też klasyk: Agatha Christie, przygody Herculesa Poirota. I nie, nie będę ci czytał. Ściągnąłem ci audiobooka. Masz.

Włączył plik i przez chwilę słuchali razem, każdy z jedną słuchawką w uchu. Cas po kilku zdaniach zupełnie się wciągnął i nawet nie zauważył, że Sam oddał mu słuchawkę i zostawił go w spokoju.

 


 

Cas zdążył dowiedzieć się, kto zabił Johna Christowa, zanim Ellen zawołała wszystkich na obiad. Obiad był PYCHA! I było go DUŻO! Ellen siedziała koło niego i pomagała mu nakładać na talerz i pytała, czy mu smakuje i co najbardziej? I jeszcze co by zjadł najchętniej na kolację? Naleśniki? Okay, więc dostanie na kolację naleśniki. A z czym chce te naleśniki? Omega nie wiedział, więc Ellen zaczęła wyliczać różne dodatki: galaretki, dżemy, masło orzechowe, syropy, miód, świeże owoce, bita śmietana - to na słodko. A na ostro: grillowane warzywa, duszone mięso, zapiekany ser, grzyby, papryczki, wędzony łosoś, kwaśna śmietana, ogórki, suszone pomidory... Aż się w głowie kręciło od nadmiaru do wyboru. Podpowiedzi Ellen wcale nie rozjaśniły sytuacji - Cas chciałby spróbować wszystkiego! Ellen widząc jego rozsterki zaproponowała, że codziennie będzie dostawać coś nowego i czy to jest okay dla Casa? Czy to jest okay? To jest SUPER!

Omega dochodził do wniosku, że to jego najulubieńszy dzień w całym życiu. Lepszy nawet niż ten, kiedy Dean pozwolił mu odejść. Plecak, który wtedy dostał był pełen słodyczy i dobrze było móc poczuć się wolnym, ale o wiele lepiej było obudzić się w wielkim łóżku, dostać ogromne śniadanie i poznać miłą Amy, i dostać jeszcze ogromniejszy obiad, i być rozpieszczanym przez Ellen (omega dałby się teraz pokroić za Ellen)! Obyło się bez krzyków i klapsów od alfy. Który dał mu piosenkę a Sammy książkę do słuchania! Tyle dobrych rzeczy! Tyle prezentów!

- Wtałe me ne boły pałec! Nigdy ne będe me bołał! - oświadczył nagle radośnie, z ustami pełnymi mięsa.

- Nie mów z pełnymi ustami. - Zwrócił mu uwagę alfa. Ellen pod stołem poklepała kolano omegi, dając mu znak, żeby się nie przejmował reprymendą i dołożyła kolejną porcję słodkich ziemniaków i surówki.

Pełen talerz! Miejsce przy stole, ze wszystkimi! I nikt nie każe mu zmywać, sprzątać. Nie musi zarobić na utrzymanie.

To był naj... naj... najszczęśliwszy dzień w jego życiu.

A potem przyszedł Rufus, który pełnił wartę i miał zjeść obiad później. I przyprowadził gościa.

Wszyscy umilkli i omega też umilkł. Zrobiło się małe zamieszanie, kilka osób wstało od stołu i zniknęło gdzieś w innej części domu. Po godzinie wrócili. Omega siedział na krześle z Ellen w kuchni i pił lemoniadę, kiedy usłyszał alfę.

- Ktoś do ciebie.

Omega poczuł znajomy zapach i odsunął krzesło z hurgotem.

- Bracie? - Znajomy głos.

Omega zrobił niepewne kilka kroków.

- Myślałem, że nie żyjesz. - Przełknął ślinę.

- Plotki o mojej śmierci okazały się przesadzone. - Znajomy śmiech. - Znasz mnie. Ze wszystkiego się wywinę.

- Gabriel... - Omega poczuł, że ramiona brata otaczają go mocno i odpowiedział uściskiem.

Długim, bardzo długim uściskiem.

- Ale... jak?

Gabriel zachichotał.

- Słyszałeś o kevlarze?

 


 

- Zabierz mnie ze sobą. - Poprosił omega ostatni raz, łapiąc Gabriela za rękę i przyciskając do serca.

- Wiesz, że nie mogę. Nie mam nic. Nie mam już watahy. Jestem samotnym wilkiem i muszę najpierw zadbać o siebie, zanim będę mógł zaopiekować się kimś. - Gabriel popatrzył ponad ramieniem brata na stojącego w pewnej odległości alfę. - Będziesz tu bezpieczny. Z tym Winchesterem. Stworzył wielką rodzinę i jest sprytny. Obroni cię przed wszystkimi.

A przed sobą?, pomyślał z goryczą Cas. Dzisiejszy dzień był wyjątkowy, ale nie miał pewności, co przyniesie przyszłość.

Gabriel uciekł z watahy, udając martwego. Tylko on mógł wpaść na taki fortel. Uratowała go kamizelka, którą nosił pod ubraniem. Frank strzelił do niego a Gabriel padł i dał się ponieść nurtowi. Uriel był zbyt zajęty pogonią za Winchesterem i złotem, by szukać zwłok martwego wilka, trafionego srebrną kulą. Na co mu trup?

- Już dawno chciałem odejść. - Gabriel jeszcze raz uściskał brata. - Ale z watahy nie jest łatwo uciec. Sam wiesz. Mogą cię sprzedać, wymienić, zdradzić. Zabić. Ale nie pozwolą ci odejść.

- Nawet tobie? - Nie dowierzał Cas.

- Szczególnie mnie - mruknął Gabriel. Najwyraźniej miał swoje tajemnice. Może równie gorzkie jak tajemnice omegi. - Po tym, jak Dean wystawił Zachariasza na pewno szykują zemstę. Wiesz o tym?

Cas pokiwał głową. Uriel i Zachariasz nie przełkną tej zniewagi. Tej straty.

- Uprzedziłem Winchestera, że powinien spodziewać się uderzenia. Obiecał mi, że będzie cię pilnował. - Gabriel jeszcze raz spojrzał na Deana. - Będziesz z nim bezpieczny.

- Bił mnie. - Cas przestąpił z nogi na nogę. - I robił inne rzeczy... 

Gabriel kołysał go pocieszająco w ramionach, jak małe dziecko, chociaż był niższy i prawie tak drobny jak omega.

- Muszę już iść.

- Nie idź... Jeszcze zostań! - Zaczął go zatrzymywać i błagać. - Zostań, może Dean pozwoli ci zostać? Zostań... Zostań...

- Muszę. - Gabriel ostatni raz spojrzał na Deana, uwolnił się z objęć omegi, wziął plecak, stęknął pod ciężarem i ruszył do samochodu Rufusa, który obiecał, że odwiezie go do miasta.

- Gabe! Gabe! - Omega biegł za samochodem, ocierając łzy. - Gabe, odwiedź mnie kiedyś! Gabe!

Gabriel nie wyjrzał przez okno. Nie spojrzał w lusterko, by zobaczyć zmniejszającą się postać brata, który wreszcie zmęczył się i stanął na środku drogi, dysząc i zanosząc się płaczem.

Na spodzie plecaka leżało złoto, które dostał od Deana za informacje o Urielu i za to, żeby Gabriel odszedł. Sam, nie zabierając ze sobą omegi. Żeby już nigdy nie wracał.

- To mój brat! - powiedział Winchesterowi, słysząc te warunki. - Co mam mu powiedzieć?

- Teraz jest mój. Należy do mnie a ja nie chcę, żeby ktokolwiek z was się przy nim kręcił.

- Jeśli go skrzywdzisz... - Zagroził Gabriel, ale Dean tylko zmrużył oczy.

- To co? Co mi zrobisz?

 

Gabriel zamknął oczy. Mała postać zniknęła za zakrętem. Samochód podskczył na wybojach. Rufus milczał. Złoto było ciężkie. Bardzo ciężkie.

Żegnaj, bracie.

Żegnaj, omego.

 

 

 

Chapter Text

Chociaż łóżko było ogromne, Cas położył się przy samej krawędzi. Kiedy przyjdzie Dean, będzie mieć bardzo dużo miejsca dla siebie. I może nie sięgnie do omegi, żeby go dotknąć. Może zostawi go w spokoju.

Cas był ciągle poruszony nieoczekiwanym przybyciem Gabriela i jeszcze bardziej nieoczekiwanym jego odejściem. Mimo bólu biodra i pleców kuśtykał biegł za samochodem, dopóki miał siły, ale w końcu musiał się poddać. Usiadł na drodze, nie myśląc o niczym konkretnym. Znów był sam. Wiedział, że powinien się uspokoić, zebrać w sobie i wrócić do domu Deana Winchestera. Gabriel nie pozostawił mu złudzeń. Do omegi dotarło, że nie ma znaczenia, czego on chce. Nikogo to nie obchodzi. Jego rodzina, jedyna jaką miał ostoja bezpieczeństwa, wystawiła go jak zwierzynę Deanowi Winchesterowi, martwiąc się jedynie, czy Dean na pewno go przywłaszczy. Cas wołał pomocy, ale nikt z braci i kuzynów mu nie pomógł. Nie dlatego, że nie mogli, tylko dlatego, że nie chcieli. Nic ich nie obchodził. Omega prosił panią szeryf o pomoc i pani szeryf obiecała, że mu pomoże. W imieniu prawa. Ale gdzie teraz jest pani szeryf? Omega nadal był z Deanem. Gabriel, najsprytniejszy z nich wszystkich - wywinął się watasze i umknął śmierci. Czy było coś, czego nie mógłby dokonać? Chociaż omega go błagał, Gabriel zostawił go i odszedł. Nawet on.

Cas wrócił do domu. Podziękował Ellen za kolację, mówiąc, że nie ma apetytu. Zapytał, gdzie może się położyć, mając jeszcze resztkę nadziei, że Ellen pozwoli mu spać w kuchni, albo znajdzie inne miejsce, niż sypialnia Deana.

Teraz leżał w wielkim łóżku i czekał. W końcu zmęczenie wzięło górę i przysnął.

Obudził go dotyk, ale Cas nie mógł w pierwszej chwili zidentyfikować co się dzieje. Coś łaskotało go w szyję. Nie bolało. Raczej... było mokre. Ciepłe. Mruknięcie. Ciepłe, mokre... liźnięcie. Cas odwrócił się, węsząc.

Dean się nie odezwał. Przysunął nos do nosa omegi i potarł koniuszkiem, jednocześnie obejmując go i przyciągając do siebie. Cas nie stawiał oporu, rozespany i zaskoczony. Dean przycisnął wargi do jego warg, wślizgnął między nie język, niecierpliwie i stanowczo torując sobie drogę. Cas ustąpił, rozchylił usta i wpuścił go, czując jednocześnie, że Dean podrywa go i unosi nad sobą, układa na sobie. Cas oparł ręce na umięśnionym torsie, rozgrzanym i twardym, nie wiedząc w sumie, co ma robić. Jak się zachować, jaką pozycję przyjąć. Zresztą, nie miał zbyt wiele opcji - nogi Deana zaplotły się wokół jego nóg, ramiona wokół jego ramion i talii, całkowicie go unieruchamiając.

Dłoń Deana ześlizgnęła się z pleców omegi na jego tyłek i wsunęła pod luźną gumkę piżamy, ale Cas nie był w stanie zareagować, bo kolejny obrót sprawił, że znów leżał na plecach, tym razem z Deanem nad sobą (i jego dłonią buszującą pod nim, miętoszącą jego pośladki), z ustami zajętymi wszedobylskim, ruchliwym językiem, tak ekspansywnym, że omedze zaczęło brakować tchu. Zaczął się wiercić, próbując się uwolnić, ale Dean był zbyt ciężki i zbyt silny. Cas utknął pod nim jak w pułapce. Kiedy po raz kolejny spróbował go odepchnąć, Dean po prostu złapał go za nadgarstki, przełożył za głowę i warknął: leż. Jak podniesiesz ręce, dam ci w skórę.

Cas poczuł pod palcami tapicerkę zagłówka.

Dean klęknął między jego udami i ściągnął mu spodnie. Najpierw uniósł biodra, potem łydki. Odrzucił ubranie na bok i oparł stopy omegi na swoich barkach, wsuwając pod niego poduszkę. Coś stuknęło. Śliski, mokry dźwięk. Materac po prawej stronie omegi ugiął się nieco, kiedy Dean wsparł się na ręku nad nim, wolną dłonią sięgając do miejsca, traktowanego dotąd bez żadnej delikatności. Cas aż szarpnął się w stronę zagłówka, kiedy poczuł tam coś zimnego i... kremowego. Jęknął, gdy palec Deana wsunął się w niego, ale wbrew oczekiwaniu, nie było to bolesne. Mięśnie stawiały opór, to prawda, jednak palec był umazany czymś, co pozwoliło wślizgnąć się całkiem gładko.

- Rozluźnij się - polecił Dean z wysoka. - Im mocniej się spinasz, tym bardziej boli.

Cas przygryzł wargę i odetchnął raz i drugi. Wiedział, że to się zdarzy. Dean znów będzie robił te rzeczy, nie da się tego uniknąć, jeśli zaczął. Zacisnął pięści i przycisnął je do zagłówka, przenosząc na nie całe napięcie. Dean miał rację. Musi rozluźnić pupę, musi, jeśli nie chce, żeby bardzo bolało. Żeby to trwało za długo. Trzeba posłuchać Deana.

Alfa pochylił się nad nim, dotykając nosem jego nosa. Nie całował omegi, tylko węszył: policzki, żuchwa, szyja. Omega zaczął oddychać szybko i krótko, z narastającą paniką: Dean znów zacznie gryźć szyję... Ale alfa nie ugryzł. Przesuwał nosem po całej szyi i karku, za uchem, we włosy, wdychając i wdychając zapach omegi, jakby to był pyszny obiad, jakby omega był smakowitym kawałkiem mięsa lub świeżo upieczoną szarlotką, z uprażonymi jabłkami, wanilią i cynamonem... Cas nieoczekiwanie dla siebie zaczął drżeć i nie potrafił powiedzieć, czy to ze strachu, z niechęci do alfy czy z napięcia mięśni. Dean mruczał coś uspokajającego, ale Cas nie potrafił się uspokoić. Palec wsuwał się w niego i wysuwał... A może dwa palce? Może dwa... Jak to dwa...? Kiedy? Cas niespodziewanie znów jęknął, mięśnie grzbietu skurczyły się i rozprężyły niekontrolowanie. Biodra uciekły... Nie.

Naparły.

Coś go popchnęło w kierunku Deana. Coś... Wygiął się w łuk. Czemu? Otworzył szeroko oczy, chociaż nic nie mógł zobaczyć. Z trudem wypuścił powietrze spomiędzy zaciśniętych szczęk. Czy Dean się zaśmiał? Czy się zaśmiał?... Cichutko?

Chciał zapytać, ale język Deana znów zaczął się panoszyć i rotować w ustach Casa. Cas rozchylił usta szerzej, nie miał wyjścia, nie mógł się oprzeć temu ciepłemu, wilgotnemu dotykowi, zębom, które drażniły wargi, złapały koniuszek jego języka i pociągnęły do siebie. Cas podniósł ręce i Dean natychmiast kazał mu wrócić na miejsce, nie ruszać się. I chyba w nim już tkwiły cztery palce, gdyby Cas był zdolny przeanalizować wszystkie bodźce, których doświadczał, może byłby w stanie się ich doliczyć... Jeden... ooo... O. ...oooch. Co to...? Co się dzieje? Czemu wszystko się zrobiło takie... I takie... A także... Tyle... I coraz mocniej... Biodra zaczęły się suwać po poduszce, napierać na palce, czemu tu jest tak gorąco? Może trzeba otworzyć...

O. Okno.

O.

Dean?

- Co?

Cas nie wiedział, że zawołał go na głos. Stropił się. Może nie tylko dlatego. Ile już tych palców w nim? I czemu język Deana jest wszędzie? Te mokre liźnięcia na szyi, na całej szyi, na uchu...

- Ręce! - warknięcie i Cas posłusznie podnosi je nad głowę, za siebie, wciska między materac a zagłówek. Znów się wygina, tym razem już nie jest w stanie zapanować nad ciałem, ślizga się i kręci biodrami, chociaż nie chce, nie chce, żeby to się znów stało, żeby znów bolało, czemu to się dzieje, jest za gorąco, za duszno, zapach alfy jest taki... jak koc, który spadł na niego, na leżaku, ciężki i ciepły, jest go pełno, w płucach i w głowie... zrobiło się tak lekko, tak bez zmartwień... Cas nagle nie czuje lęku, już się nie boi... i coś go popycha do zagłówka i ciągnie po materacu w stronę Deana i znów do zagłówka i znów do Deana... łóżko faluje...

...z Casem.

Coś w nim jest. Coś chce się w niego dostać.

- Szeroko nogi... - nakaz - ...szerzej.

Pięty omegi zsuwają się z ramion alfy i nagle łączą nad jego lędźwiami, kolana podciągnięte do piersi rozjeżdżają się na boki i całe to miejsce na dole jest otwarte dla Deana, otwarte... nie... nie jest, jest pełne, tak pełne czegoś... niespokojnych, niecierpliwych palców i...

Skąd ta gorączka?

Czy omega jest chory?

 


 

- Obróć się. - Alfa uśmiecha się patrząc w oczy omegi, szeroko otwarte, niewidzące, zdziwione.

Omega z trudem się obraca na kolana i łokcie. Alfa pomaga, podtrzymuje, podtyka poduszkę i znów sięga dłonią w ciemne, ciasne, wilgotne miejsce. Omega napiera na jego palce, ale alfa się cofa. Omega pojmuje wskazówkę. Zastyga, powstrzymując swój głód, swoją gorączkę. Musi się zdać na alfę. Musi poczekać na to, co alfa mu chce dać. W swoim tempie.

Omega przyciska twarz do prześcieradła. Pościel tłumi serię niecierpliwych skarg i próśb, które napływają nie wiadomo skąd, dlaczego. Omega się wstydzi, ale wstyd mija kiedy pojawia się wilgoć na wewnętrznej stronie ud i omega nie chce dłużej czekać. Gorączka go pcha. Gorączka nim rządzi. Każe mu skłonić się ku alfie, prosić. I omega prosi. Skomli. Ponagla alfę. Oferuje się, pierwszy raz sam z siebie, kierowany instynktem wypina zachęcająco. Kręci i wierci. Kusi alfę. Zaprasza w siebie. Najładniej jak potrafi, najbardziej ulegle. Chce się przypodobać alfie, żeby alfa w końcu zechciał, czemu alfa nie chce? Omega nie rozumie.

Co może jeszcze zrobić, żeby alfa zechciał?

Unosi głowę i odwraca do tyłu z pretensją. Twarz alfy jest tak blisko, że ich nosy się stykają. Wargi. Mokry pocałunek. Mokre liźnięcie. Alfa chwyta go zębami za ucho i ciągnie, delikatnie, ale stanowczo w dół, do materaca. Omega znów opada na prześcieradło, wypychając biodra wysoko, najwyżej jak tylko może. To instynkt, nie wie czemu, ale wie jak.

Omega popada w desperację, ale w końcu alfa przyjmuje zaproszenie i wchodzi w omegę jednym długim posunięciem. Wchodzi i wychodzi. Wchodzi i wychodzi. Długie, solidne suwy potężnego alfy, rozpierające uczucie wypełnienia, z początku bolesne, na tyle, że omega popiskuje i zaciska szczęki, ale to uczucie szybko mija i nadchodzi inne, napływające gorąco, jak ukrop, jak upał, jak żar z nieba, na skórze i w środku, mięśnie, które pracują, mięśnie, które ustępują pod naporem tego tłoka, który wpycha się w omegę, wpycha się i wypełnia go, wybija rytm, któremu omega może się tylko poddać i poddaje, nie ma wyjścia, jest tylko ten rytm, to suwanie, prześcieradło pod policzkiem, krótkie stęknięcia na końcu każdego wydechu, jakby omega był instrumentem do wydawania dźwięków, jęków, skomlenia.

Omega wygina się i wygina, próbując pomóc alfie go wypełnić, próbując wziąć wszystko  i więcej. Próbując znieść ten potężny tłok i nie dać się złamać, nie dać się rozpołowić, zmieścić go w sobie, aż ten ruch staje się zbyt obsesyjny, nie do wytrzymania, ten rytm jest zbyt szybki i omega odpływa w tym ukropie z podbrzusza, tracąc poczucie, gdzie jest i nagle nadchodzi skurcz, potężny, cała fala skurczów, jeden za drugim, jeden za drugim i omega zaciska oczy ze wszystkich sił, palce na prześcieradle, uda na udach alfy, mięśnie na tłoku, który teraz wyrzuca w omegę lepką, gorącą lawę.

Omega nie krzyczy. Nie oddycha. Dopiero po ustaniu ostatniego skurczu nabiera ostrożnie powietrza, jakby wynurzył się z wody, jakby przebił się z głębiny przez kryształową taflę jeziora, pełną błysków, oślepiających tęczowych błysków. I lśnienia.

Alfa jeszcze jest w nim.  Jeszcze trochę lawy. Jeszcze chwila. Jeszcze jedno pchnięcie. Jeszcze dwa lub trzy kolejne. Jeszcze trochę gorącego, lepkiego nasienia, wypływającego z omegi na uda, na prześcieradło. Omega czuje teraz palce alfy zaciśnięte na swoich biodrach. Czuje, że alfa trzyma go naprawdę mocno i jest w tym coś kojącego. Coś, co sprawia, że omega czuje się bezpiecznie. Alfa go trzyma. Alfa nie pozwoli mu się zgubić w lesie. W górach. Alfa go zawsze znajdzie. Alfa zawsze będzie z nim. Nie pozwoli mu spaść. Nie pozwoli nikomu go zabrać. Nikomu go nie odda. Nikomu nie sprzeda. Nikt go nie skrzywdzi.

Alfa pochyla się i chwyta kark omegi miedzy swoje mocne, szeroko rozwarte szczęki. Zostawia kolejny mały, nadbiegnięty krwią ślad.

– Jesteś mój – mówi szorstko. Warczy groźnie. – Mój.

Bardzo się stara, żeby nie bolało. Liże szyję, koi. Uspokaja, ale omega tym razem wcale się nie boi. Wręcz przeciwnie, uśmiecha się i zapada w sen, czując mokre liźnięcia wszędzie. Ciepło koca otulającego go jak kokon. Ręce alfy wokół siebie jak obręcz, brzuch alfy za swoimi plecami jak mur, który osłania omegę przed niesprawiedliwym światem pełnym złych wilków. Nogi zaplecione wokół własnych nóg. Alfa go przyciska do siebie, mocno, mocno, aż omega musi pisnąć, że za mocno, że nie może złapać tchu i uścisk się nieco luzuje, ale tylko trochę. I omega odpływa w sen i nie słyszy, nie słyszy już nic, ani słowa, ani jednego dźwięku -

- szeptu alfy - kocham cię, ty głupi mały psiaku.

 

Chapter Text

Przed świtem omega spał z twarzą wciśniętą między bark a obojczyk alfy, ciasno objęty i opatulony, posapując lekko i łaskocząc Deana swoim oddechem. Dean czuł na nim wyraźniejszy zapach siebie, swojego nasienia oraz delikatny i piękny własny zapach szczęśliwego omegi. Szczęśliwego. Dean przycisnął go mocniej i Cas pisnął z protestem.

– Przepraszam... – szepnął, rozluźniając uścisk, ale tylko trochę. Jakby bał się, że Cas ucieknie przy pierwszej sposobności.

– Yhm... – mruknął omega, próbując się nieco odsunąć i przeciągnąć. – Która godzina?

– Koło trzeciej... – Dean spojrzał na zegarek. – Nad ranem. Boli cię coś? Jak się czujesz? Chcesz jeść? Pić? Ciepło ci?

– Chcę do łazienki... – Omega ziewnął i zaczął się wiercić w jego ramionach, próbując się wyswobodzić. – Muszę siku.

– Idź. - Pozwolił alfa. - Ale wracaj natychmiast.

Omega mruknął coś pod nosem, co zabrzmiało trochę niegrzecznie i zawinięty w koc poczłapał do łazienki, po drodze prawie strącając lampę z nocnej szafki. Dean rzucił się przez łóżko, złapał klosz, odstawił. Popatrzył za nim. Na przymknięte drzwi. Podciągnął się na łokciu i oparł wyżej na poduszkach.

– W porządku? – zawołał, bo wydawało mu się, że omega strasznie marudzi z powrotem.

– W porządku... – wymamrotał omega. – Wezmę prysznic.

Dean skrzywił się niezadowolony. Prysznic zmyje większość woni. A on chciał go z powrotem, pod kołdrą. Znów go wąchać. Swojego małego omegę. Całego szczęśliwego, rozespanego i cieplutkiego, z nasieniem Deana w sobie. Wyskoczył na dźwięk wody i wszedł do łazienki, zaparowanej od ukropu. Wszedł do brodzika, stanął za omegą. Pienisty szampon pachniał sosnami i mchem, ale ten zapach mu się nie podobał. Wolałby, żeby omega się nie mył już nigdy.

– Nie przeszkadzaj – zażądał Cas, starając się wypchnąć go na zewnątrz. – Chcę się umyć.

– Niepotrzebnie. Tak ślicznie pachniesz... – Podniósł go z łatwością i oparł o kafelki, przykręcając strumień tak, żeby nie zalewał im oczu. Omega odruchowo oplótł udami biodra alfy.

– Ugotowałem się pod tymi wszystkimi kocami. Jestem spocony i cały się lepię od twojej... – Omega urwał i zaczerwienił się. Dean się roześmiał.

– Dlatego mógłbym cię wąchać cały dzień.

Omega zamrugał, jakby dopiero zdał sobie sprawę, gdzie są i co się dzieje. Co powiedział. Do alfy. Jakim tonem. Co się właściwie stało. Dean śmiał się coraz głośniej, patrząc na purpurową twarz chłopca, który nagle zakrył się dłońmi, krztusząc się ze zdenerwowania i... przepraszając. Przepraszał alfę, że był niegrzeczny.

Zakręcił prysznic i zaniósł Casa na łóżko, nie bacząc, że zostawiają mokre ślady. Chciał go natychmiast. Chciał go zjeść. Chciał go całować. Chciał go zerżnąć. Chciał patrzeć w zdziwione oczy omegi i czuć, jak drży pod nim, tuż przed nadchodzącym orgazmem, wygina się w łuk i powtarza: Dean?, Dean? - póki jest jeszcze w stanie wydobyć z siebie jakiekolwiek słowa, nim nadejdzie rozkosz, która omal pozbawi go przytomności. Dean zaprowadził małego omegę na górę, na prawdziwą górę. A teraz chciał zaprowadzić go na kolejny szczyt, na wiele szczytów, jeden po drugim - nie tam gdzieś na skałach, nad przepaścią, ale tu, w zaciszu ich sypialni, wśród miękkich poduszek i prześcieradeł.

 


 

– Zostaw, łaskoczesz! – Omega próbował się wyślizgnąć spod alfy, chichocząc i prychając. – Łaskoczesz! Przestań!

– Dwie godziny temu kto prosił, żebym nie przestawał? – powiedział alfa a jego gorący oddech na szyi omegi sprawił, że przez omegę przeleciał skurcz, jakby go ktoś podpiął do prądu. – Kto się napraszał? Hm? Kto się wypinał?

Omega mruknął coś niewyraźnie, kręcąc głową, pod gorącymi jak ukrop liźnięciami i pocałunkami.

– Kto skomlił, żebym wreszcie zaczął? Hm? – Dokuczał alfa, śmiejąc się cicho, patrząc jak omega robi się czerwony i próbuje zasłonić się ramionami. – Kto błagał?

Kolejne liźnięcie za uchem, kolejne pieszczotliwe ukąszenie w szyję, w ucho. Palce przesuwające się po ciele omegi, wzbudzające kolejne fale dreszczy. Omega czuł, że policzki mu płoną i wykręcał się, próbując wcisnąć twarz w koc, wiedząc, że alfa ma rację. Że to on sam prosił. Po raz pierwszy naprawdę sam chciał robić te rzeczy. Nie dla alfy. Dla siebie. Bo to było przyjemne. To nie tylko Dean chciał, zmuszał. Cas też chciał. Dla siebie.

Kolejna fala łaskotek wyrwała mu z piersi śmiech i piski.

- Napij się. - Dean usiadł i pomógł usiąść Casowi. Wyciągnął z szafki butelkę wody i przypilnował, żeby omega wypił więcej niż kilka łyków. - Jeszcze... Jeszcze! Nie chcę, żebyś mi tu zemdlał z odwodnienia. Pij!

Cas skrzywił się, ale posłusznie opróżnił prawie do połowy i oddał butelkę. Siedział po turecku, lekko pochylony w kierunku Deana, z przechyloną na bok głową, skupiony na otaczających dźwiękach, zapachach. Z namysłem przyłożył palec do ust - znajomy gest, któremu Dean nie mógł się oprzeć. Jemu całemu nie mógł się oprzeć. Cholerny omega! Z tymi potarganymi, sterczącymi na wszystkie strony ciemnymi włosami, zaróżowionymi policzkami i oczami jak dwa niebieskie szkiełka wyglądał jak pieprzona Królewna Śnieżka.

Czterokrotnie pod rząd, dokładnie i wyczerpująco wypieprzona, pomyślał zgryźliwie i z satysfakcją.

- Chodź tu! - Pociągnął go, posadził tuż przed sobą tak, że obaj wzajemnie oplatali się nogami. Przycisnął czoło do czoła Casa, nos do nosa. - Podobało się?

Omega wysunął koniuszek języka na wargi i oblizał się, zawstydzony. Dean się roześmiał i pocałował go w usta, w ten koniuszek, którego omega nie zdążył schować. Pamiętał o rozmowie, którą mieli odbyć i to był chyba dobry moment, żeby wyjaśnić omedze kilka spraw.

- Nie jestem zły, kiedy cię gryzę w szyję. - Wyjaśnił, ujmując jego policzki w dłonie. - Wręcz przeciwnie.

Oczy Casa powędrowały za głosem alfy, sprawiając wrażenie, jakby patrzył. Podniósł brwi i wykrzywił usta z miną jasno wyrażającą: akurat!, nie wierzę.

- To silniejsze ode mnie. - Przesunął kciukiem po czerwonych, nabrzmiałych od intensywnych pocałunków wargach omegi. - Muszę cię oznaczyć, to dlatego. Ale nie zrobię ci prawdziwej krzywdy. Nie musisz się bać. - Przypomniał sobie obawy Casa i użył jednego ze zwrotów, których on użył w górach. - Nie zagryzę cię. Nawet jeśli zrobisz coś bardzo głupiego... Na przykład: uderzysz mnie... kamieniem... Hm? Pamiętasz?

Cas spuścił głowę i mruknął cichutko, że pamięta.

- Bobby cię odciągnął, ale ja bym cię nie zagryzł nawet wtedy - powiedział Dean. Pieszczotliwie przeczesał palcami rozwichrzoną grzywkę chłopca. - To tylko tak groźnie wyglądało.

- Byłem wtedy na ciebie bardzo zły. - Wyjaśnił Cas, stukając paznokciem o zęby. Dean wiedział, że to jedna z oznak zdenerwowania i objął go. Zakołysał. Cas wcisnął twarz w zagłębienie między szyją a ramieniem alfy i wymamrotał - Sam powiedział, że nie wolno podnosić ręki na alfę. Na ciebie.

Ty możesz. Jedyny w całej watasze. Jedyny, ze wszystkich wilków i ludzi na świecie, ty jeden możesz i wyjdziesz z tego cało, pomyślał Dean, ale oczywiście nie powiedział tego na głos.

- Teraz, kiedy cię oznaczyłem nie jesteś już zwyczajnym omegą. Jesteś moim omegą. Rozumiesz? - Dean dotknął karku Casa, przesuwając palcami po siniakach i zadrapaniach od kłów. - Nawet jeśli mnie nie ma przy tobie, to jakbym był. Inni czują mój zapach na tobie i widzą znaki i wiedzą czyj jesteś.

- Nie jestem rzeczą! - Obruszył się nagle omega, odsunął i zaplótł ramiona na piersi.

Yhm, łatwo nie będzie, pomyślał Dean.

- Nie jesteś. - Przyznał ugodowo. - Ale jesteś mój. Mam cię. Należysz...

- Nie! - Omega rozplótł ramiona, podniósł palec jednej dłoni a drugą się podparł w pasie, przyjmując wojowniczą postawę. - Nie jestem rzeczą! Należę do siebie!

Wyglądał słodko, z tymi zmarszczonymi gniewnie brwiami i oczami błyszczącymi z emocji. Alfa ugryzł się w język, żeby mu nie przypomnieć, jak nie dalej niż pół godziny temu kręcił tyłkiem, skomląc z rozkoszy, nadziany Deanem i pełen jego spermy i powtarzał: tak, twój, jestem twój, [należę] do ciebie...

Samczy instynkt alfy kazał mu dominować nad omegą, żądać i wymagać, ale też ostrzegał, by nie być zbyt drobiazgowym jeśli chodzi o słowa. Liczą się czyny.

Pchnął omegę na plecy i dobrał się znów do niego, wzbudzając kolejną salwę śmiechu i pisków.

- Ręce! - polecił i omega natychmiast wyciągnął ramiona za głowę, przyciskając je do prześcieradła.

Czas pokazać omedze, kto tu rządzi.

I posłuchać, jak omega szepcze: jeszcze...

 

je... sz... cze...

 

nie... przestawaj...

 

Chapter Text

Dean wdychał woń omegi z tego zakątka szyi, gdzie płytko pod delikatną, ciepłą skórą pulsuje krew. I skóra tam pachnie szczególnie intensywnie, emanując rozkoszne wonie wazopresyny, oksytocyny, fenetylamin, endorfin. Dean półdrzemał, wcisnąwszy dłoń między nogi omegi, leniwie rozcierając palcem strużkę gęstego ejakulatu, cieknącą powoli krągłością pośladka na prześcieradło. Omega spał błogo, odprężony, z ramionami rozrzuconymi na poduszkach, ze spoconym czołem i rumianymi policzkami, gorący i apetyczny jak ciasto dopiero co wyciągnięte z pieca.

Dean zacisnął dłoń i Cas zamruczał, zwinął się jak kot, stulił ramiona i ziewnął.

- Śpij.

- Mhm... - wymamrotał coś niewyraźnie, przekręcając się w rękach Deana. Chyba: to nie budź mnie.

Uhm, niełatwe, nie budzić omegi... ciągle. Trzeba by go wcale nie dotykać. Nie całować. Nie wąchać.

Bardzo trudne. Samemu też ciężko zasnąć, jak omega jest tak blisko. Na wyciągnięcie ręki.

Dean otworzył oczy i popatrzył w okno. Pół nocy jakoś umknęło, niezauważenie. Przekręcił się na plecy, zagarniając omegę do swojego boku. Nakrył ich obu kocem, chociaż Cas zaraz zaczął się wiercić i sapać, że mu duszno.

- Musisz mieć ciepło. Przeziębisz się... - Dean nie pozwolił mu się odkryć. - Nie chcesz pić?

- Nie! - Cas zakrył ucho z irytacją. - Chcę spać!

- Musisz pić. - Dean przekręcił się na brzuch, spychając omegę pod siebie i sięgnął do szafki po wodę. - Pij!

- Nie, nie chcę... - Cas odepchnął butelkę i wcisnął twarz w poduszkę. - Idź sobie.

- Pij! Potem pośpisz. - Dean podciągnął go do pozycji siedzącej i przypilnował, żeby Cas wypił kilka łyków. Pił, nawet nie otwierając oczu, a potem padł na materac jak ścięty.

Dean wypił resztę, zgniótł butelkę, wrzucił do kosza stojącego w rogu (udając, że to rzut za trzy punkty, aplauz publiki, yeeeah!) i przytulił się do pleców omegi, tym razem zanurzając nos w ciemnych włosach. Mhm... mmm... ile zapachów!... Ile wrażeń. Ile bodźców...

- Muszę odpocząć! - Omega obrócił głowę i Dean złapał zębami czubek jego nosa. Omega prychnął i zaczął się miotać, aby go strącić.

- To odpoczywaj... - wymruczał Dean, sięgając do jego ust. - Co ja przeszkadzam? - spytał niewinnie.

- Ughrrr... - Cas wyślizgnął się, burcząc i marudząc. - Idź sobie! Chcę spać!

Nakrył się poduszką, ale Dean ją zabrał, odrzucił w nogi łóżka i odwrócił omegę na plecy.

- Nie będę przeszkadzać... - Obiecał przymilnie i całkowicie kłamliwie, przeszkadzając co się zmieści. Omega jeszcze się trochę bronił, ale nie mógł powstrzymać chichotu, co zdecydowanie osłabiło stanowczość jego żądań.

- Jestem głodny... - Poskarżył się nagle i Dean faktycznie usłyszał burczenie z brzucha.

- Uhm... Okay. - Co prawda wolałby go jeszcze trochę pomiętosić i poobściskiwać, ale głodny Cas musi być nakarmiony. Natychmiast. - Wstawaj. Ellen jeszcze śpi, ale zapolujemy na coś w spiżarni. Coś dobrego.

Założyli spodnie od piżam, Cas został owinięty kocem (mimo protestów, że mu za gorąco - Dean był nieugięty) i zniesiony do kuchni na ramieniu, jak worek fasoli. Alfa posadził go przy stole i zaczął przeglądać zawartość lodówki, przebierać w półmiskach, wyciągać z szafek patelnie i rondle. Cas chciał się przydać, zakradał się i szperał w szufladach, aż Dean musiał go odstawić dwa razy pod rząd na krzesło.

- Siedź! Nie plącz mi się tu!

- Chcę pomóc! - Upierał się i w końcu Dean pozwolił mu samodzielnie (chociaż pod czujnym okiem alfy) wyciągnąć z szafki dwa talerze i sztućce. I serwetki. Cas umieścił wszystko na stole bez żadnej stłuczki. Nie znał jeszcze reszty domu, poza kuchnią i sypialnią, ale zaczął już tworzyć w umyśle mapę, która pozwalała mu poruszać się coraz mniej kolizyjnie.

- Ej, ej! Uważaj! - Złapał dłoń omegi w ostatniej chwili przed dotknięciem rozgrzanej patelni. - Lepiej jednak usiądź! No już, zmiataj na stołek!

- Ale ja chcę pomagać!

- Parkuj tyłek i czekaj grzecznie! Myślisz, że sobie nie poradzę z jednym małym śniadaniem?

- Jesteś alfą. - Cas uklęknął na taborecie, oparł brzuch o krawędź stołu i podparł się wyczekująco na łokciach. Dean pomyślał, że to bardzo apetyczna pozycja. Czy ten omega robi to specjalnie?! Zagapił się i strącił jeden z rondli, który huknął o podłogę.

- Nic się nie stało! - Uspokoił Casa. - Nic się nie stłukło. Podniosę.

- Uriel nawet nie wchodził do kuchni. - Cas wydął wargi. - Alfy nie zajmują się takimi rzeczami.

- Jakimi? Gotowaniem? - Dean sięgnął po nóż, deskę, posiekał cebulkę, paprykę i zsunął na patelnię do zeszklenia. - Nauczyłem się, kiedy Sammy był mały. Obaj musieliśmy jeść. Jeśli alfa nie jest w stanie się sam wyżywić, to co z niego za alfa?

- Uhm... Nie wiem. - Cas wysunął czubek języka i oblizał się. Dean stwierdził, że powinien kazać mu usiąść tyłem, żeby przestał go rozpraszać.

Albo nie. Tyłem lepiej nie. To by było jeszcze bardziej rozpraszające.

- Ładnie pachnie... - powiedział Cas, podpierając policzek dłonią. - Jestem okropnie głodny.

- Bo nie jadłeś kolacji. - Dean przypomniał surowo. Cas pochylił głowę, nagle zafrasowany. Opadł na blat, chowając głowę w ramionach.

- Ej, co jest?

- Nic.

- Jak to nic? Co się stało? - Dean zmniejszył gaz i usiadł koło omegi. - Chodzi o twojego brata?

- Uhm... Wiesz, bo ja go prosiłem, żeby został... - wyszeptał omega i nagle się podniósł, rzucił na alfę i objął go ciasno ramionami. - Żeby ciebie poprosił... żeby mógł zostać...

Dean objął go jedną ręką i poklepał uspokajająco. Omega przepełzł ze stołka na kolana alfy, przyciskając się jeszcze mocniej.

- Nie gniewaj się.

- Nie gniewam się.

- Może on mógłby z nami zamieszkać? Co? - Szept omegi był tak cichy, że ledwo go można było zrozumieć. - Dean? Może by mógł?

Dean milczał przez dłuższą chwilę. Cas zaczął się wiercić mu na udach i w końcu odsunął się nieco. Pochylił głowę tak, że czołem dotykał szczęki alfy.

- Mógłbyś zadzwonić do niego i powiedzieć, żeby przyjechał... - Zaproponował niepewnie, dotykając palcami warg. - On jest bardzo... On jest... Mądry. Naprawdę. Bardzo! On by się nauczył wszystkiego, czego byś chciał. I by pomagał. Byłbyś bardzo zadowolony! Naprawdę! Dean? Mógłby z nami zamieszkać? Zgodzisz się?

- Nie. - Dean podniósł go, zepchnął z kolan i posadził na stołku. Wstał i podszedł do kuchenki, przemieszał warzywa i dodał przyprawy.

- Czemu? Dean, on jest mądry, pomagałby! Dean... - Omega błagał, prawie składał ręce i klęczał. - Mógłbyś zadzwonić do niego? Mógłbyś?

- Nie! - Dean nakrył patelnię, nieco zbyt gwałtownie. Pokrywka brzęknęła. - Koniec dyskusji.

- Ale Dean... - Omega omal się nie rozpłakał.

- Słuchaj! - Usiadł przed nim, mocno przycisnął jego nadgarstki do swoich kolan. - Zdradził mi wszystkie tajemnice Uriela. Twój brat to zdrajca. Kto zdradził raz, zdradzi drugi. Zdradzi zawsze.

- Nieprawda! Gabriel nie jest taki! Nie jest zdrajcą. - Omega próbował się wyrwać, ale Dean mocno go trzymał.

- Nie można mu ufać. Nie możesz ufać komuś, kto zdradza rodzinę, rozumiesz? Dałem mu złoto, żeby mi opowiedział o Urielu. Kupiłem go. To znaczy, że kiedyś ktoś znów go kupi. Sprzedałby mnie i moją rodzinę. Nie mogę ryzykować.

- Gabriel nie jest taki! Ja mu ufam! To jest mój brat!

- Ufasz mu, bo jesteś głupi! - warknął Dean. - Głupi i naiwny! Myślisz, że on dbał o ciebie? Zobacz, co ci zrobili! Cała ta twoja rodzina... - W głosie alfy zabrzmiała pogarda. - Jeszcze się nie nauczyłeś? Wy, omegi, jesteście takie głupie! A potem płaczecie, że wszyscy was wykorzystują!

Dean puścił go wreszcie i Cas cofnął się. Roztarł nadgarstki. Przetarł oczy. Chlipnął, ale zdusił w sobie płacz. Zacisnął wargi w wąziutką kreseczkę. Widać było, że walczy ze sobą, żeby nie popuścić łez spod powiek i żeby nie zacząć szlochać.

- Przepraszam.

Cas milczał. Zmarszczył brwi, jakby coś go bolało.

- Przepraszam. Źle powiedziałem. Nie chciałem tego powiedzieć.

Cas wstał, sunąc dłonią po krawędzi stołu odszedł od Deana i zaczął iść przy ścianie do drzwi. Wyglądał jak zbity psiak. Kulał i ściskał koc na piersiach, wciskając nos w miękką fałdkę tkaniny.

- Przepraszam. - Dean zastawił mu drogę. - Przepraszam.

- Coś się przypala. - Niuchnął Cas, starając się wyminąć alfę szerokim łukiem. Głos mu się łamał, ale nadal starał się być dzielny. - Pójdę się położyć. Zjem później...

- Przepraszam. Nie jesteś głupi. Kochasz swojego brata. Rozumiem to. Wierz mi, rozumiem to! Też mam brata i kocham go jak nikogo na świecie! - Dean złapał go, przyciągnął. - Chodź tu. No, chodź.

Cas stał sztywno w jego objęciach. Nie bronił się. Był za słaby, żeby walczyć z alfą, odepchnąć go, ale przypominał kawałek drewna. Po tym wszystkim, co się zdarzyło, jak udało się go otworzyć, jak słodko się wiercił, tulił i ufnie kleił jeszcze kilka minut temu ten nagły chłód był nieznośny i przykry. I Dean poczuł, że natychmiast musi naprawić sytuację, natychmiast musi znów go oswoić. Obłaskawić.

- Zadzwonię do niego. Będziesz mógł z nim porozmawiać. Na początek. A potem zobaczymy... Okay? - Zaproponował. - Nie lubię go, bo twoja rodzina nie traktowała ciebie dobrze. Nie ufam mu. Ale może pozwolę ci się z nim spotkać, okay?

- Ty też nie traktowałeś mnie dobrze... - Wypomniał mu omega z westchnieniem.

- Przepraszam. - Dean podniósł go lekko, jak szczeniaczka i zetknął ich nosami. - Nie złość się. Nie złościsz się?

- Naprawdę czuć spaleniznę! - mruknął Cas. - A ja jestem głodny!

- Ugh! - Dean postawił go niechętnie i podskoczył do patelni. Faktycznie. Wszystko się trochę zanadto... zrumieniło. Na czarno.

Musiał wywalić całą zawartość patelni i zaczynać od nowa.

Obietnica rozmów i przyszłego spotkania z Gabrielem rozchmurzyła Casa na tyle, że sam z siebie podszedł i dotknął łokcia alfy. Nieśmiało oparł policzek.

- Nie złościsz się już? - Dean objął go, nie przerywając mieszania. - Hm? Nie chcę, żebyś się złościł... Nie chcę, żeby ci było smutno. Zjesz teraz? Nie później?

Cas pokręcił głową.

- Jestem omegą i jestem głupi. Masz rację, nie ma o co się obrażać. - Pociągnął nosem. - Mogę dostać kakao?

Dean roześmiał się i nastawił mleko.

- No pewnie! Zrobię ci najlepsze kakao na świecie! - Mały histeryku. Mały terrorysto. - Najlepsze. Z całą górą pianek! Lubisz pianki?

- Nie wiem. Co to pianki?

- Zobaczysz! - Dean znów go pocałował i kazał usiąść przy stole, żeby się nie poparzył, kiedy tu jest tyle grzejących się naczyń na kuchence. Hałasy zwabiły w końcu Ellen.

- Co robicie? - Zawiązała szlafrok i ziewnęła, rozglądając się po kuchni. - Co przypaliliście?

- Śniadanie! - Dean roztłukł jajka na gorący tłuszcz.

- To ja zrobię.

- Damy sobie radę! - Dean wyprowadził ją za próg, dał jej całusa i zamknął za nią drzwi. - Dobranoc!

- Na pewno? - zawołała. - Jest prawie szósta! Zaraz i tak wszyscy wstaną!

- Na pewno! - Wrócił do kuchenki i zamieszał jajecznicę. Popatrzył na Casa. - Będzie jajecznica, sałatka z pomidorów, chleb z masłem. Kakao. Pianki. Co jeszcze do tego?

- Kiełbaski!

- Kiełbaski... - Dean zajrzał do lodówki, wygrzebał odpowiednie pudełko pełne świeżych frankfurterek. - Na gorąco?

Cas skinął gorliwie.

- Słusznie, należy nam się fura mięsa! - Zgodził się Dean. Zastanowił się, co by tu jeszcze dodać. - Lubisz ser wędzony?

- Nie wiem.

- To spróbuj. - Dean odkroił gruby plaster i podał. Cas przez chwilę przeżuwał z uwagą.

- Lubię. - Zdecydował po namyśle.

- To dokładamy ser. I... uhm... - Dean utknął w głębinach lodówki. - Co jeszcze lubisz?

- Miód!

- E, do kiełbasek? - Dean się skrzywił. - Keczup, musztarda. Majonez może? Ale miód?

- Nie muszę teraz. - Cas od razu się wycofał, ale minę miał zawiedzioną.

- Okay, zanim dojdziemy do kiełbasek, może być miód. - Dean wsadził mu w rękę otwarty słoik i łyżeczkę. - I tak się muszą usmażyć. Tylko się nie objedz, bo nie zmieścisz reszty.

Zdjął patelnię z gazu i rozłożył jajka na talerze. Doprawił. Pokroił pomidory i polał oliwą z czosnkiem. Nie przepadał za warzywami, ale mały potrzebował witamin. Wyjął pikle. Wciąż wydawało mu się, że za mało jest tego śniadania.

Ellen miała rację. Cas był zamorzony. Chudziutki. Lekki jak piórko.

Dostawił przed nim kubek i wrzucił szczodrą garść pianek. Mnóstwo kalorii. I dobrze. Trzeba go odkarmić. Podobała mu się kruchość omegi, cały taki drobniutki, ale wolałby czuć pod ręką nieco więcej ciała. Nieco więcej tyłka, nieco mniej kości.

- Smakuje?

- Uhm! Dobrze gotujesz! - Cas odstawił słoiczek i zabrał się do pałaszowania jajek i kiełbasek. Tłuszcz ciekł mu po brodzie. Wytarł się wierzchem ręki, tylko jeszcze bardziej rozmazując go po policzkach, więc zaczął błyszczeć i te rumieńce na policzkach... I te oczy - niewidzące, ale takie niebieskie i... wilgotne. Dean nigdy nie widział, żeby ktoś wyglądał jednocześnie tak niewinnie i tak nieprawdopodobnie pociągająco. Jak coś do schrupania. Miał ochotę rozciągnąć go na stole wśród talerzy i znów zerżnąć, bez żadnych wstępów i przymiarek. Bez żadnych gier wstępnych. Od razu, natychmiast, jak za pierwszym razem. Znów go mieć.

- Dasz soku? Ellen mi dała wczoraj... - poprosił Cas z ustami pełnymi jedzenia. Dobrał jeszcze jedną kiełbaskę z półmiska i zagryzł łapczywie piklem.

Dean wstał, śmiejąc się na głos.

- Tak, zaraz ci zrobię.

- Z czego się śmiejesz? - Omega pałaszował wszystko z takim apetytem i szybkością, że wkrótce talerz był pusty i prawie wylizany do czysta. - Ze mnie?

- Ze mnie. Z siebie się śmieję... - wyznał alfa, stawiając przed nim szklankę. - Pij.

- A czemu?

- A bo nic. - Pokręcił głową. Głupku. Co ty, do cholery, ze mną robisz?, pomyślał, ale oczywiście nie powiedział tego na głos. Są rzeczy, których omegi nie powinny wiedzieć. Na przykład, że właśnie zaczęły skakać swojemu alfie po głowie.

 


 

Po śniadaniu alfa zajął się swoimi sprawami a omega jeszcze się przespał. Obudził się koło dziesiątej, wziął prysznic, przebrał się w rzeczy, które naszykowała mu Ellen i zostawiła w pierwszej szufladzie komody najbliżej drzwi. Powiedziała poprzedniego dnia, że to jest komoda omegi i tam będą wszystkie jego rzeczy. Na razie miał tylko kilka koszulek, trochę bielizny i dwie pary starych dżinsów po Kevinie. Całość zajmowała ledwie dno szuflady a pozostałe cztery były puste.

Jednak Ellen uprzedziła, że jeszcze w tym tygodniu pojadą do miasta na zakupy i komoda na pewno się zapełni. I wtedy dostanie drugą. Tą obok. Komody ciągnęły się przez całą ścianą i było ich pięć. To był ogromny pokój. I Dean miał okropnie dużo rzeczy. Ellen powiedziała, że to tylko to, co najpotrzebniejsze, bo reszta jest w szafie w holu. I zaczęła się zastanawiać, jak się teraz wszyscy pomieszczą i gdzie by można było urządzić garderobę, która jest absolutnie niezbędnie potrzebna. I że w tym tempie dom zrobi się za ciasny. I co będzie jak przyjedzie Lisa...

- Kto to jest Lisa? - spytał Cas, ale Ellen zmieniła temat i zaczęła wyliczać, czego Cas koniecznie potrzebuje.

Omega nigdy nie miał tylu rzeczy.

Nigdy nie miał nic nowego. Nic, co nie należałoby najpierw do kogoś starszego.

Musiał przyznać uczciwie, że nie mógł się doczekać tej wyprawy do sklepu. Kupowanie nowych ubrań, na własność... Aż tylu...

- I wszystko będzie moje? Tylko moje? - Upewnił się. Ellen przytaknęła nieuważnie, zajęta robieniem listy sprawunków. - Ale gdzie ja to wszystko będę nosił? Po co mi cztery pary spodni, co?

- Sześć. - Poprawiła. - Na początek. Tylko na lato i jesień, potem kupimy cieplejsze na zimę. Nie przeszkadzaj. Idź na werandę. Masz tu owoce, picie i zmiataj na leżak. Ja mam robotę. - Bezceremonialnie wygoniła go z kuchni, z miską w objęciach i butelką pod pachą.

Cas podreptał do leżaka, postawił wszystko ostrożnie obok na deskach i położył się. Może lepiej, że Dean nie oddał go pani szeryf? Ostatnio wszystko się zmieniło na lepsze. Dziś zjawi się Amy. Czy chce jej powiedzieć tajne hasło? Chyba nie. Raczej nie. Zdecydowanie nie. Uśmiechnął się do siebie. Usiadł. Nastawił uszu. Wszyscy dookoła coś robili. Pracowali. Nie powinien leżeć, kiedy inni pracują. Chciał też coś robić. Pracować.

Zarobić na utrzymanie. Odwdzięczyć się. Być potrzebnym.

Tak! To dobry pomysł! Zacznie im pomagać! Bardzo im wszystkim pomoże i zarobi na obiad! Doskonały pomysł!

 


 

- Jak! To! Wygląda! Pytam się?! - wrzeszczał Ash, wymachując koszulką przed twarzą omegi. - Kto cię prosił?! Pytam się?!

- Chciałem pomóc... - Próbował wytłumaczyć, ale Ash nie słuchał, tylko nadal wrzeszczał. Kevin nie wrzeszczał, ale jego milczenie było pełne wyrzutu. Aż zęby od tego bolały.

- Obaj się uspokójcie! - powiedziała Ellen, ale Ash był zbyt rozgniewany, żeby można go było uciszyć.

- Różowe? Różowe?! - darł się. - Widzisz, jak to wygląda teraz?

Cas nie widział, ale wolał tego teraz nie przypominać. Najwyraźniej kwestia, że nie widział kolorów miała tutaj zasadnicze znaczenie.

- Co się tu, do cholery, dzieje? Słychać was aż w lesie! - Alfa wkroczył do kuchni i natychmiast zapadła cisza. Za nim wszedł Bobby i Ellen zakrzątnęła się, aby obaj dostali zimne piwo. - No? Czekam!

Alfa stanął na środku z rękami na biodrach, patrząc to na Asha, to na Kevina, to na omegę.

- Bo... - Ash chrząknął. - Uhm...

- Cas zrobił pranie. - Jo wylazła z kąta i wskazała na kosz pełen różowych szmat. Z samego spodu wyciągnęła swój czerwony stanik.

- Chciałem pomóc! - Omega nerwowo stukał paznokciem o zęby. - Chciałem zarobić na obiad...

- Co? - Alfa podniósł brwi. - Zarobić?

- I co ja teraz mam zrobić? Z tym? - Ash nie wytrzymał i znów zaczął wymachiwać niegdyś białym a teraz różowym jak majtki Victoria's Secret t-shirtem z nadrukiem Black Sabbath. - Wszystko różowe! Majtki, skarpetki, koszulki! Jak ja mam w tym chodzić teraz? Kto go prosił?! To było moje pranie! Ja miałem je nastawić! Nikt go nie prosił o pomoc!

- Skończ te dramaty... - Upomniał go alfa łagodnie. Cas usłyszał stukot ciężkich butów Deana i poczuł go przed sobą. Jego plecy. Dean stanął tyłem do niego i Cas nagle poczuł się odgrodzony od nich wszystkich. Krzyczącego Asha i milczącego Kevina. - Kupisz sobie nowe skarpetki i koszulki. Majtki nie wyglądają tak źle... - Zaśmiał się. - To ładny kolor.

- Nie chcę, żeby ktoś mi robił pranie... - burknął Ash, zabierając cały kosz i wymaszerował z kuchni. Jeszcze z oddali słychać było jego narzekania. - Sam umiem sobie zrobić pranie! Przynajmniej widzę, co ładuję do pralki!

Cas wsunął palec w szlufkę spodni alfy.

- Chciałem pomóc... - powtórzył kolejny raz.

- A ty? Też masz coś różowego? - Zainteresował się alfa. Kevin pokręcił głową. Stał spokojnie, ale gniew aż z niego dymił.

- Zalał mi kawą MacBook Aira! - wyrzucił z siebie. - Gorącą!

- Chciałem pomóc...

- Z CUKREM I MLEKIEM! - Kevin wypuścił powietrze powoli. - A jak się zorientował, co narozrabiał, to poszedł go wypłukać pod KRANEM!

Zapadła cisza.

- Wypłukać? - wydukał wreszcie Dean bardzo dziwnym, stłumionym głosem.

- Myślałem, że się umyje! - odezwał się zza jego pleców omega. - I będzie czysty...

- Czysty. Myślał, że będzie czysty. - Kevin popatrzył na ociekający wodą komputer leżący na ścierce na blacie szafki przy zlewie.

Dean wymienił spojrzenia z Bobbym. Stary alfa nie zdołał powstrzymać chichotu.

- Miałem tam mnóstwo plików! Osobistych! - Kevin nie wrzeszczał tak jak Ash, ale był równie wściekły. - Zdjęcia! Muzyka! Filmy!

- Przepraszam... Chciałem pomóc... Odkupię ci... - Omega wychylił się spod ramienia alfy.

- Odkupisz? A masz pieniądze? - spytał kwaśno Kevin. Omega przygryzł wargę. - Wiesz, ile to kosztuje? W ogóle?

- Nie. - Przyznał cicho. - Ale zarobię! Znajdę pracę! Zarobię i odkupię! - Złożył ręce. - Przepraszam. Chciałem pomóc... Nie chciałem być darmozjadem...

- Okay, dość. - Przeciął alfa. - Kev, wysusz go. Z tego co wiem, dane nawet ze zniszczonego dysku można odzyskać. Znajdź taką firmę, wyślij im kurierem... Mam cię uczyć? Czy mam to sam załatwić?

- Załatwię. - Kevin nie chciał, żeby alfa pomyślał, że coś ma za niego robić. To byłoby bardzo nieodpowiednie. - Zaraz się tym zajmę.

- Mam nadzieję, bo nie jestem twoją sekretarką! - powiedział alfa z sarkazmem. - Zamów nowy komputer i przestań jęczeć jak baba. Młody przeprosił. Nie chciał ci zepsuć celowo. Musi się jeszcze sporo nauczyć. A to są tylko rzeczy. Tylko pieniądze. Nie powód do awantur. Nie w tym domu. Okay?

- Okay. - Kevin wzruszył ramionami. - Uniosłem się. Przepraszam.

- W porządku. Przyjdę potem z Bobbym i przejrzymy rachunki. O czternastej będziesz mieć czas? - Obaj wiedzieli, że kiedy alfa proponuje godzinę, to każdy w rodzinie ma wtedy czas. Ale było miło, że pytał.

- Oczywiście. Jasne. - Kevin skinął i wyniósł się prędko. Alfa odwrócił się na pięcie.

- A ty co? Co to za numery? - spytał surowo. - Nudziło ci się?

- Chciałem pomóc... - Omega miał skruszoną minę. - Przepraszam. Ja odkupię to... to Air-coś. Ja nie widziałem, że nie można myć pod kranem...

- On myśli, że jak nie będzie pomagał, to nie dostanie obiadu. - Naskarżyła na niego Ellen i omega oblał się pąsem.

- Pranie i komputer to nadmiar dobrych chęci, ale obiad? Ten chłopak to idiota - skomentował zza stołu Bobby, wstając. - Klapnę na werandzie i nie budźcie mnie do wpół do drugiej. Potrzebuję drzemki, żeby odzyskać różaną świeżość policzków i alabastrową gładkość czoła. I przetrącę nogi każdemu, kto mi w tym przeszkodzi!

Bobby zostawił ich, za nim, z jeszcze jednym piwem wyszła Ellen. Jo poklepała omegę po plecach i też się zabrała. Alfa i omega zostali sami.

- Przepraszam.

Alfa odwrócił chłopaka, przełożył przez kolano i dał klapsa. Omega tylko roztarł bolące miejsce. Nie miał pretensji. Należało się. W starej rodzinie za coś takiego dostałby o wiele większe lanie i nie jadłby... długo. Kilka dni.

- Wiesz, za co?

Omega pociągnął nosem.

- Za zepsute pranie i za Air-coś tam.

- Nie. Za te bzdury o zarabianiu na jedzenie. Jeszcze raz je usłyszę to dostaniesz tak, że nie usiądziesz przez tydzień. Nie żartuję! - Alfa był rozgniewany. - Nikt w tym domu nie musi zarabiać na jedzenie. Nikt tu nie chodzi głodny. A już na pewno nie ty. Co powiedziała Amy? Masz odpoczywać! Spać, jeść, spać, jeść i tak w kółko! Mam ci dać drugiego klapsa, żebyś lepiej zapamiętał?

- Nie. - Omega złapał się za tyłek. - Pamiętam!

- To szoruj na leżak! I jak cię zobaczę gdzie indziej niż na werandzie, to lepiej, żebyś miał dobry powód! Bo jak nie, to dostaniesz nie ręką tylko pasem! - Zagroził. Omega skinął posłusznie i podreptał do drzwi. - Czekaj!

- Tak? - Omega zatrzymał się natychmiast.

Alfa wyciągnął z szafki kilka batoników, wybrał trzy karmelowe i wcisnął omedze do ręki.

- Teraz szoruj.

 


 

Kiedy omega się obudził, Bobby'ego już nie było na werandzie. Jego wygodne, bujane siedzisko było puste a zapach niknął w lekkich podmuchach z gór. Było dość cicho na podwórku. Przez otwarte okna w kuchni i jadalni dobiegały głosy Ellen i kilku osób z watahy. Szykowanie obiadu dla dwudziestu osób to była ciężka praca. Omega chciał pomóc, ale wolał się nie narażać Deanowi. Miał dosyć klapsów na dziś. A już na pewno nie chciał dostać pasem.

Wygramolił się z leżaka i postanowił trochę się przejść. Nie po domu. Dom był na razie zbyt skomplikowany do eksploracji. Jeszcze znów coś rozleje, albo zepsuje. Zszedł ze schodków i zaczął iść przy barierce. Potem przy ścianie. Obejdzie dom dookoła i zobaczy jaki jest duży. Sypialnia Deana jest ogromna. Kuchnia jest nawet jeszcze większa. Na środku stoi wielki stół, ale nie tak wielki, żeby wszystkich pomieścić i razem do posiłków siadają w jadalni.

Cas szedł i szedł, krok za krokiem, trzymając się jednej ściany, aż usłyszał...

...głos Deana.

Z głębi domu.

Przez okno.

Dean nie może go zobaczyć! Cas nie jest na werandzie i nie ma dobrego wytłumaczenia!

Ups.

Cas kucnął i zaczął zawracać, żeby się cofnąć, ale nagle coś przykuło jego uwagę. Coś, co mówił alfa. Wstrzymał oddech i wsłuchał się. Alfa mówił o złocie. Odpowiadał na pytania Kevina. Kevin wymieniał alfie różne wydatki i pytał jak co zapisać. I czy się zgadza. Jak zapisać sześć kilogramów złota dla Gabriela.

- Konsultacje - powiedział Dean. - Wyśpiewał wszystko na temat Uriela i całej tej zgrai. Nawet nie musiałem go namawiać.

- To może mógł wziąć mniej, jak był taki chętny? - spytał Bobby.

- Wziął mniej. - Dean oddalił się od okna i jego głos stał się nieco niewyraźny. - Na początku nic nie chciał. Tylko pomóc. - Prychnął, rozbawiony. - Pomóc.

- To u nich rodzinne, co? - Zaśmiał się Bobby. - Pomaganie i katastrofy. I w końcu jak go przekonałeś, żeby wziął aż sześć kilo, kiedy na początku nie chciał nic? - spytał trochę złośliwie.

- Za omegę. Upierał się, że go zabierze ze sobą. Musiałem mu wybić ten pomysł z głowy. - Głos się przybliżył. Omega skulił się, przycisnął do ściany, żeby tylko Dean go nie zauważył. - A dziś ten mały głupek prosił mnie, żebym pozwolił mu wejść do rodziny.

- O! - Bobby spoważniał. - Kevin, skocz no po piwo. W gardle mi zaschło. I nie śpiesz się z powrotem...

W tle coś zaszurało, trzasnęły drzwi i najwyraźniej alfa Dean i Bobby zostali sami w pokoju.

- I co odpowiedziałeś?

- A co mogłem? Zaczął histeryzować, więc mu powiedziałem, że się zastanowię. Że pozwolę mu zadzwonić, może nawet się spotkać. I że się zastanowię.

- Uwierzył?

- To omega. Jest naiwny i głupi jak dziecko.

- Co mi przypomina... - powiedział Bobby. - Co z nim zrobisz, jak się zjawi Lisa?

Dean powiedział coś, czego omega nie dosłyszał i nie zrozumiał. A potem dodał:

- ...zrozumie. Dla niej to też korzystny układ.

- Od nadmiaru boli głowa. - Przestrzegł Bobby. - A gdy w grę wchodzą uczucia, umowy tracą znaczenie. Lisa będzie zazdrosna. Ty byś nie był?

Dean znów coś wymamrotał niezrozumiale.

- Nie utrzymasz rąk przy sobie. Chłopcze, twój tapczan dziś w nocy wygrywał kuranty co pół godziny. Ledwośmy z Ellen złapali trochę snu nad ranem. Lisa nie będzie zachwycona perspektywą dzielenia się tobą z omegą. Dla alfy jak ona to będzie nie do zniesienia.

Cas chwycił się za usta, żeby powstrzymać wyrywający się z płuc jęk.

O czym mówi Bobby?

Kim jest Lisa?

- To małżeństwo to czysty układ. Ona potrzebuje pieniędzy, a ja chcę mieć rodzinę. Szczenięta. Chcę komuś to przekazać. To wszystko. Lisa to nie problem. Martwi mnie ten Judasz, Gabriel. Lepiej by było, jakby go Frank ubił wtedy nad rzeką. Jest cwany. Może tu wrócić.

- Po omegę?

- Po więcej złota.

- A Uriel? I Zachariasz? - Bobby chyba wstał.

- Wiem, czego chcą. Złota, bo są chciwi. I omegi, bo są mściwi. Chcą uderzyć we mnie, ale muszą się przeszeregować po odniesionych stratach i wymyślić jakiś plan. Mamy czas, żeby się przygotować. Zabezpieczyć. O, Kev, przyniesiesz jeszcze precle? Dzięki. I zapytaj Ellen, co z tym obiadem.

Cas odwrócił się i najciszej jak tylko umiał oddalił się, wrócił na werandę. Wślizgnął się na leżak, pod koc. Odetchnął.

Gabiel chciał go zabrać!

 


 

Po obiedzie przyjechała Amy. Z panią szeryf. I Frankiem. Dean nie był zadowolony, ale udawał, że jest i wszystkich zapraszał na werandę, częstował lemoniadą i ciastem upieczonym przez Ellen. Wszyscy byli dla siebie niezwykle mili i chwalili ciasto i lemoniadę, rozmawiali o pogodzie, że jest pełno zwierzyny w lasach, że w Psi Dąb znów trafił piorun i że Shurley mógłby wreszcie sprzedać im ten swój kawałek ziemi, skoro nawet tu nie mieszka i nie pokazuje się w okolicy.

Amy w tym czasie zbadała Casa i czekała, czy Cas powie, co go boli. Czy powie tajne hasło? Cas milczał przez całą wizytę, aż do ostatnich uprzejmości, kiedy wszyscy troje zaczęli się żegnać i wsiadać do samochodów. Dopiero wtedy minął Deana, podszedł do Amy, objął ją i powiedział głośno i wyraźnie:

- Boli mnie palec u nogi.

To, co się potem rozpętało... było jak lawina, która zeszła nagle z gór. W jednej chwili pani szeryf, Frank i nawet Amy złożyli się do strzałów, mierząc do watahy - przede wszystkim do Deana.

- Cas, przesuń się za mnie - powiedziała pani szeryf spokojnym, bardzo spokojnym głosem. - Przejdź za mnie, wiesz, gdzie?

- Tak. - Cas zrobił kilka ostrożnych kroków, wyciągnął rękę i wymacał maskę dżipa. - Boli mnie palec u nogi, Amy. Boli mnie palec.

- Wiem, Cas. Zabieramy cię. - Amy zapewniła go. - Wsiądź do samochodu.

- Jak to: zabieracie? - odezwał się twardo Dean. Dwadzieścia wilków otaczało troje ludzi, warcząc gniewnie. Podniósł rękę, dając znak, żeby zachowali spokój.

- Cas chce jechać z nami. Prawda, chłopcze? - powiedziała pani szeryf. - Dean Winchester. Nie utrudniaj.

- Cas? - Dean przyglądał się chłopcu. Wychudzonej twarzy. Karkowi z licznymi śladami. Świeżymi śladami. Z dzisiejszej nocy. Z poranka. Słodkiego, pełnego czułości i śmiechu, i pisków... - Cas!

- Chcę już jechać. Amy, możemy już jechać? - Cas szarpnął klamkę i otworzył samochód. Drżał. Dean poczuł znajomy, kwaśno-metaliczny posmak na języku. Cas się bał.

- Co się stało? Cas? Czy coś się stało? Co się zmieniło? - spytał cicho.

- Chcę jechać. Boli mnie palec, boli mnie palec... - powtarzał z uporem, jak nakręcony. Dean nie rozumiał.

- Co do diabła z tym palcem? - Podniósł głos. Cała trójka zaczęła wycofywać się do samochodów, nie spuszczając wzroku z watahy, nie opuszczając broni. Dean w końcu pojął. Westchnął. Odetchnął głęboko. Z trudem przełknął ślinę, smakującą strachem omegi.

- Wsiadaj, chłopcze. - Ponagliła go pani szeryf.

- Jeśli teraz odejdziesz, nie będziesz mógł wrócić - zapowiedział Dean chłodno. Wszyscy spojrzeli na niego a potem na Casa. Omega stał ze schyloną głową, nasłuchując uważnie wszystkich otaczających dźwięków. Po słowach alfy zapadła cisza. Nikt się nie ruszał, nikt nic nie mówił. W końcu Cas przytaknął zgodnie.

Przestał się trząść. Opanował się. Trochę wyprostował. Zapach strachu zelżał, nieznacznie, ale zelżał.

- Kto raz zdradził, będzie zdradzał zawsze - powiedział powoli, odginając jeden palec, jak w trakcie dziecinnej wyliczanki. I dodał z namysłem - kto raz skłamał, będzie kłamał. Kto raz uderzył, będzie bił. Kto raz kupił, kupi i sprzeda. Tak? Jestem głupi, ale się nauczyłem. Dobrze się nauczyłem?

Dean zacisnął szczęki tak mocno, aż zazgrzytały zęby i skóra napięła się na kościach jarzmowych. Wyglądał, jakby omega uderzył go w twarz. Zbladł, zrobił się biały jak ściana. Zmrużył oczy i zarówno Bobby, Sam jak szeryf Mills i Frank spięli się, oczekując ataku. Ale Dean nic nie zrobił. Cas, zupełnie tego nieświadomy, wsiadł i zatrzasnął za sobą drzwiczki dżipa.

 


 

- Masz jakąś rodzinę? Cas? Przyjaciół? Kogoś, kto mógłby... Do kogo chciałbyś zadzwonić? - spytała w końcu pani szeryf, odwracając się na tylne siedzenie.

- Nikogo. - Zaprzeczył. A potem przypomniał sobie i powiedział z wahaniem. - Brata. Mam brata. Ale nie wiem, gdzie jest.

- Może uda nam się go znaleźć? - Pani szeryf uśmiechnęła się do odbicia Casa w lusterku wstecznym, chociaż nie mógł jej zobaczyć. - Nie martw się. Na razie zamieszkasz ze mną, a potem się zastanowimy, co dalej.

Cas siedział z nosem opartym o szybę i zamkniętymi oczami, węsząc i rozmyślając.

- Rozpoczynasz nowe życie, Cas. Nie musisz się już bać. Nikt cię już nie skrzywdzi.

Cas nie był pewien. Perspektywa zmian była przerażająca. Z dotychczasowych doświadczeń wynikało, że świat był nieprzyjaznym miejscem dla ślepców i omeg. I nikomu nie można było ufać. Nikomu. Nawet najbliższym. Szczególnie im.

Wziął przód koszulki w palce i powąchał.

Nadal pachniała Deanem.

Jeśli teraz odejdziesz, nie będziesz mógł wrócić. - Rozbrzmiało echo w głowie. - Nie będziesz mógł wrócić.

- I dobrze! Nie wrócę - oznajmił nagle z przekonaniem. Z całą mocą, jaką mógł z siebie wykrzesać. - Nigdy!

 

 

 

 

 

 KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Chapter Text

Drogie Czytelniczki! :) (i Czytelnicy)

 

Widzę, że ostatni rozdział zmroził Wam krew i komentujecie nad wyraz oszczędnie albo zupełnie zaniemówiliście, albo już macie dość tej historii :)

Zanim ruszę z kolejną częścią przygód Cas i Deana - proszę, podzielcie się opiniami. Czy w ogóle chcecie jeszcze czytać dalej, czy może zostawiamy taki ending jaki jest teraz?

 

Pozdrawiam

Saxnas

Chapter Text

- Zima nas w tym roku czeka ostra. - Bobby wszedł do kuchni. Zajrzał do lodówki i wyciągnął zimne udko kurczaka. Ogryzł ze smakiem chrupko upieczoną skórkę i dobrał się do mięsa. - Ale drewna do kominków nam nie zabraknie.

Ellen odłożył książkę i spojrzała zmęczonymi oczami.

- Cały czas?

- Od rana. - Bobby oblizał kość i zabrał się do jej chrupania. - Garth nie nadąża układać sągu pod wiatą. Jeden już ułożył, teraz biega z drugim. Mówię ci, Ellen, ten chłopak rąbie jak maszyna. Ani chwili przerwy.

- Tyle godzin? Jeszcze sobie zrobi krzywdę! Pomów z nim! - zażądała. Bobby tylko parsknął.

- Mam do niego podejść? Jak jest taki wściekły i wymachuje siekierą? - Przełknął, oblizał palce i sięgnął po zimne piwo. - Jeszcze mi życie miłe. Poza tym Sammy ma na niego oko. Będzie alarmował, jak się coś stanie. Na razie niech rąbie, niech się zmęczy, niech mu zejdzie ten... - Bobby stanął przy oknie i wyjrzał na podwórko. - Obłęd.

Ellen myślała, że on się nie martwi, ale Bobby się martwił. Nie pokazywał tego po sobie, ale zawsze się o nich martwił. O chłopców. Zwłaszcza o Deana. Wpakował się w niezłą kabałę z tym omegą. Bobby od razu wiedział, od razu czuł, że z tego będą kłopoty! Lepiej, żeby ten chłopak nigdy nie wkroczył w ich życie. Żeby nie wpadł Deanowi w oko. Wydawało się, że to chwilowe, zabawa. Ot, alfa spuści trochę pary, pokryje omegę kilka razy, rozładuje napięcie i zostawi, żeby go rodzina mogła odnaleźć nad ranem, albo następnego dnia, albo nawet za kilka dni. Bobby nie byłby od tego, żeby zostawić mu jakieś odszkodowanie. Wiadomo, taki naruszony omega nie jest wiele wart. Istniało ryzyko, że rodzina mogła go nie chcieć z powrotem. Ukradziony i używany omega nie byłby może mile widziany, więc trochę złota na osłodę mogło mu wynagrodzić straty moralne, czy... inne. Jeszcze wtedy nie wiedzieli, co oni tam uknuli, ten Uriel i Zachariasz - że omega został specjalnie podstawiony, że ich sobie wcześniej upatrzyli i spostrzegli zainteresowanie Deana swoim ślepym malcem. A wydawało się to takie... Zwyczajny zbieg przypadków: chłopak został trochę w tyle, oni go zgarnęli, odciągnęli od watahy, Dean miał go dla siebie. Dla przyjemności.

Bobby nie popierał takich spraw, ale przecież nie będzie alfie mówił, kogo ma kryć, gdzie i kiedy. Zwłaszcza, że alfa nie miał nikogo od pewnego czasu. Już go zaczęły nosić hormony. A humorzasty alfa dawał się we znaki wszystkim, całej watasze. Więc w pierwszej chwili Bobby uznał, że ten cały omega spadł im jak z nieba. Ale Dean uparł się go zatrzymać. Oznaczyć. I zrobiło się poważnie. Bo przecież mieli drogę przed sobą. Powrót do domu. Złoto na głowie. Raz czy drugi pokryć omegę na postoju w lesie, bez żadnych planów i zobowiązań to nie to samo co go oznaczyć i zatrzymać na zawsze. I ciągnąć do domu. Nie, nie... To całkiem dwie różne sprawy.

Nie wspominając o Lisie. Dean sam powiedział, że nie chce niczego odwoływać. Chce mieć szczeniaczki. Lisa jest mu potrzebna. Ale omegi też nie chciał oddalić. To jak pogodzić i Lisę i omegę pod jednym dachem? Jak on to sobie wyobrażał?

Bobby go nawet zaczął lubić, tego śmiesznego wilczka, chociaż tyle zamieszania, ile on spowodował! Chodząca katastrofa. Po pierwsze: ślepy. Po drugie: słaby. Wlókł się za watahą, opóźniał. Dean odsunął Jo i Sama tylko i wyłącznie do opieki nad omegą. Bobby nigdy w życiu nie słyszał, aby jakikolwiek alfa przydzielał bety do opieki nad omegami. Omegi były na samym dole hierarchii. Nikt sobie nimi nie zawracał głowy. To w ich interesie było trzymać się watahy i nie zgubić. I dbać, żeby wataha nie zechciała omegi odgonić. Jak omega nie nadążała, to zostawała w tyle i nikt łzy po niej ani jednej nie uronił. Zwykle. Bo Dean najwyraźniej miał inne podejście i plany wobec malca. A potem te histerie, że omega chce się zabić?, Bobby zacisnął palce na szkle ze zdenerwowania na samo wspomnienie.

Nie zareagowali jak trzeba i malec znienacka zaatakował Deana. Bobby go odciągnął, bo by się polała krew.

Chociaż może nie. Najpierw Bobby myślał, że uratował chłopakowi życie. Teraz wiedział, że nawet jak by wtedy nie zainterweniował, to i tak by się skończyło tylko na porządnym ugryzieniu i paru solidnych klapsach. Ale wtedy sytuacja wyglądała groźnie i z najwyższym trudem przekonał alfę, żeby pozwolił chłopcu odejść. I ile go nie było? Dzień. Jeden dzień. Bobby nawet nie zdążył odetchnąć z ulgą, gdy zaczęła się ta awantura nad rzeką... Chłopak został draśnięty przez wariata ze srebrnymi nabojami, omal się nie utopił a Dean omal nie zwariował ze strachu o niego - wszyscy mogli zobaczyć jak się rzucił pod wodę, jak go wyciągał na brzeg, jak go cucił i ratował. I już go nie oddał. A trzeba było, żeby oddał. Tym ludziom. Tej pani szeryf. Nie byłoby dziś kłopotu. Baba z wozu, koniom lżej, wiadomo.

A tak? Ech, szkoda gadać. Bobby wiedział, że każdy wspólnie spędzony dzień zbliża Deana do omegi. I że to całe przejście przez góry to nic dobrego. A kiedy przyjechał terenówką i zobaczył ich leżących na zboczu, w błocie i trawie, mokrych od deszczu, skulonych i objętych ciasno... Wszystko stało się jasne jak kryształ. Ellen myślała, że jest taka sprytna, bo ma tę swoją babską intuicję i jeszcze pociągnęła Deana za język. Że chce chłopaka zatrzymać. Na zawsze. A Bobby wszystko co trzeba wiedział już tam w górach. Co się święci. Dean w samochodzie cały czas zerkał na tego psiaka, cały czas pilnował. Niby warczał na niego, niby go poganiał, pokrzykiwał a naprawdę trząsł się nad nim jak kwoka. Ciepło ci? Zimno ci? Zaraz dojedziemy! Zapnij pas! No i co, że dał mu raz czy drugi klapsa? Bobby wiedział: omega to pięć i pół stopy wzrostu i sześćdziesiąt kilo problemów.

No i teraz, kiedy omegi już nie ma to właśnie sprawia ich najwięcej. Oszaleć można! - Bobby zawarczał nawet nie zdając sobie sprawy.

- Powinien zrobić przerwę, napić się! - Ellen podeszła, objęła go wpół i popatrzyła na Deana, rozebranego do pasa, spoconego w prażącym słońcu, z furią łupiącego kolejne szczapy na pieńku. - Odwodni się. Udaru dostanie...

- A niech by i dostał! - mruknął Bobby. - Poleżałby trzy dni w gorączce, może by zapomniał! Może by mu przeszło! Całe to wariactwo... Może by choroba wyleczyła go z tego przybłędy!

- Uh, ty! - Ellen dała mu kuksańca. - Nie mów tak!

- Bo mnie wnerwił! - Bobby dopił resztę piwa i hałaśliwie odstawił butelkę. - Mówiłem mu! Ostrzegałem! Od początku mi się ten chłopak nie podobał!

- A co to można kogoś ostrzec, albo zabronić! Zalazł mu za skórę i tyle - sarknęła.

- Nie zalazł mu za skórę, tylko mu regularnie odbiło. Sprowadził nam tego Zachariasza na głowę a omega i tak dał dyla. - Bobby oparł policzek o skroń Ellen, wdychając jej łagodny, kobiecy zapach, który zawsze go uspokajał. - I lepiej dla nas! Przynajmniej ten problem się rozwiązał, zanim przyjedzie Lisa.

- No, nie wiem... - Ellen cmoknęła w zamyśleniu. - Polubiłam tego malucha. A ta cała L i s a...

- Ty też?! - Bobby przewrócił oczami. - Ej, czy wyście wszyscy powariowali? Co tu porównywać? Lisa to alfa! A ten tu, to omega! Wychudzony szczeniak, ledwie odrósł od ziemi, nic nie wie, nic nie umie. Ślepy! - Wyliczył gniewnie. - Co on może Deanowi dać? Nic! Kompletnie nic. Poza masą kłopotów. Jak dotąd tylko awantury, płacze, ucieczki. Na samym Gabrielu straciliśmy sześć kilogramów złota! A gdzie jeszcze nas czeka wojna z tym całym Urielem... Bo on przecież nie odpuści. Ten mały tyle już nas kosztował a będzie jeszcze więcej!

- Po pierwsze, nie złoto jest najważniejsze! - Zwróciła mu uwagę Ellen. - Po drugie: trzeba było tego Gabriela wziąć do watahy, a nie odganiać z workiem złota na drogę. Tyle nas jest, że jeszcze jeden by się pomieścił i wyżywił. Widać, że był za bratem. Specjalnie po niego przyjechał, nie po złoto.

- Ellen, ty chyba rozum straciłaś...

- Po trzecie - nie dała sobie przerwać - ja się już przyzwyczaiłam do niego. Nie mów, że przybłęda, bo to dobry chłopiec. Pogubiony, połamany, ukrzywdzony, ale dobry! Grzeczny. Pomocny...

- Już ja słyszałem, jaki pomocny! - Wspomniał popsuty komputer Kevina i ubrania Asha. Ellen w ogóle nie przyjmowała tego do wiadomości.

- No i co z tego? Chciał dobrze. - Machnęła ręką zniecierpliwiona. - Nauczyłby się wszystkiego! Ja bym go nauczyła!

- Właśnie widzę, że sprawił sobie adwokata! - Kwaśno zauważył Bobby.

- Nie adwokata, tylko... - Ellen wydęła wargi. - W ogóle co to za pomysł, żeby sobie aranżować małżeństwo dla szczeniaczków! - fuknęła gniewnie. - Skoro Dean wie, że jej zależy tylko na pieniądzach, to jakie to małżeństwo? Co z tego będzie? Ją to chce do rodziny? W czym ona lepsza od tego chłopaczka i jego brata? - spytała zaczepnie.

Bobby nic się już nie odezwał. Wolał zmilczeć, kiedy Ellen sformułowała swoje stanowisko tak jasno i zdecydowanie. Zamyślił się, gryząc wargę. Faktycznie. Lisa to była obca osoba, z którą Dean zawarł układ. Miała zostać jego żoną, odpowiednią do jego pozycji, i dać szczeniaczki. Bobby czuł, że Dean by się za nią tak nie uganiał jak za tym przybł... (spojrzał na Ellen i poprawił się w myślach) chłopcem. Nie przypalałby dla niej śniadania o świcie, nie nosił po schodach w górę i w dół, zawiniętej ciasno w koc jak wilcze burito. Nie rozkładał leżaka na werandzie. Cała wataha się gapiła, jak alfa rozkładał leżak i znosił poduszki, pościel. Mościł, szykował. Przestawiał, żeby nie stał w pełnym słońcu. Teraz leżak stał wciśnięty w kąt składzika. Cała pościel wyprana dwa razy suszyła się na sznurkach a poduszki i koce i nawet materac wietrzyły się z tyłu domu. Ellen powiedziała, że on chce się pozbyć wszystkich śladów omegi. Nawet zapachu.

Bobby wiedział, że łatwiej uprać prześcieradła i spalić ubrania niż wyrwać sobie serce.

 

 

Z podwórka dobiegał ich miarowy trzask ostrza rozszczepiającego pieńki na polana. Łup!, uderzenie. Trzask. Łup!, następne.

Stos drewna na opał rósł i rósł i rósł.

 


 

Amy dokładnie zbadała omegę, pobrała krew, kazała nasiusiać do pojemniczka i w ogóle robiła z nim mnóstwo rzeczy przez cały następny poranek po ucieczce od Winchesterów. Była przy tym bardzo miła. Tak jak pani szeryf. Frank nie był miły, ale pani szeryf najwyraźniej umiała sobie z nim radzić, bo nie dokuczał omedze. Chociaż nazywał wilki zapchlonymi sierściuchami i mówił, że naładuje im kudłate dupska pupy (omega nie lubił przeklinania) srebrem.

Cas tej nocy prawie nie spał, z nerwów. Wstał z łóżka i podreptał do kuchni. Wolał tam siedzieć, zawinięty w koc. Kuchnie były najmilszymi miejscami w całym domu. W każdym domu.

Tęsknił za Gabrielem. To, co podsłuchał pod oknem, kiedy Dean rozmawiał z Bobbym... Wszystko okazało się zupełnie inne niż to, co wcześniej wiedział! Co Dean mu powiedział.

Gabriel przyjechał go zabrać i nie chciał żadnego złota. I nie przyjechał zdradzić Uriela. Dopiero Dean go przekonał. Zapłacił mu, żeby nie zabierał Casa ze sobą. Nie za zdradę, tylko za to, żeby nie zabierał omegi. Więc Dean kłamał. Znowu. Cas wiedział, że Dean to łgarz i kłamczuch, ale ostatnio wydawało się, że można mu zaufać. Dlaczego tak mu się wydawało? Cas nie wiedział. Teraz, kiedy o tym myślał, było to kompletnie bez sensu. Nie miał żadnego prawdziwego powodu, żeby ufać alfie.

Zaczął lubić Deana, bo Dean przestał go traktować tak okrutnie i paskudnie, jak wcześniej. Zaczął być miły. Troszczył się, żeby Cas miał ciepło i żeby był najedzony. Dał mu piosenkę do słuchania. Nadal zdarzało mu się wymierzyć Casowi bolesnego klapsa i krzyczał i rozkazywał, i kazał trzymać ręce nad głową w trakcie robienia tych rzeczy, ale był miły. Milszy niż wcześniej. I Cas zaczął go lubić.

Zaczerwienił się.

Bardzo lubić.

A nie powinien. Dean miał rację - Cas był głupi i naiwny jak dziecko.

Dean tak o nim myśli. W kuchni przepraszał i mówił, że rozumie, że sam ma brata, którego kocha najbardziej na świecie (i dla niego nauczył się gotować), a do Bobby'ego powiedział ze śmiechem, że omega uwierzył w jego kłamstwa, bo jest głupi i naiwny.

Głupi.

Dean uważa, że Cas jest głupi.

Omega poderwał się, jakby go oblano wrzątkiem. Zrobił kilka kroków wzdłuż stołu, wpadł na krzesło, odwrócił się, zrobił dwa kroki i wpadł na szafki kuchenne. Kuchnia pani szeryf była duuuużo mniejsza od kuchni Ellen. Łatwo się tu można było poobijać. Cas nie mógł usiedzieć na miejscu, kiedy myślał o Deanie. Było mu źle. Przykro. Chciało mu się płakać. Chciał pobiec, wrócić na farmę i nakrzyczeć na niego! Chciał mu powiedzieć, że wcale nie jest taki głupi i naiwny, że wie, że to wszystko były kłamstwa! Że Dean nie powinien tak kłamać! Czemu tak kłamał?

Czemu był taki miły?

W sypialni?

I w kuchni...

I na werandzie.

Wszystko kłamstwa. Wszystko żeby potem śmiać się z omegi. Stroić sobie żarty. Dokuczać.

Cas zrzucił koc. Zrobiło się gorąco. Duszno. Jakby ktoś go podpalił. Jakby płonął żywym ogniem. Dotknął dłońmi policzków, żeby się trochę ochłodzić. Uspokoić. Po co to było? To całowanie i przytulanie? I łaskotanie, w łóżku? I robienie śniadania? Dla kawału? Patrzcie, jaki omega jest głupi! Jak we wszystko wierzy! Jak mu można wszystko wmówić! Oszukać! Jak się cieszył, jak się dał nabrać...

Cas poczuł, że dłonie robią się mokre. Rozpłakał się. Nie chciał płakać, ale nie potrafił zatrzymać łez.

No i dobrze. Teraz alfa Dean będzie mieć Lisę. Niech ją sobie ma! Nie ma i niech zapomni o omedze. Cas nigdy nie wróci do watahy Winchestera. Nigdy.

Tupnął.

Nigdy!

 

 

Pani szeryf obudziła się i przyszła do kuchni. Zastała omegę w takim stanie, że bez słowa zaczęła szykować gorące kakao. Było dobre. Bardzo pyszne. Najlepsze na świecie.

 

 

Nie takie pyszne, jak Deana.

Bez pianek.

 

 

Omega znów się rozpłakał i pani szeryf wyjęła pudełko lodów i ciastka z szafki i powiedziała, że z czasem wszystko się ułoży i wszystko będzie dobrze. I Cas zapomni o wszystkim, co było złe. I zacznie nowe życie. Żeby się nie martwił. I że już nigdy nie spotka Deana, że pani szeryf o to zadba. Że nie trzeba się bać.

A łzy płynęły i płynęły i płynęły i wcale nie chciały przestać.

Chapter Text

Zapach omegi sprał się i wywietrzał przed przyjazdem Lisy. W tym czasie Ellen kilkakrotnie próbowała zacząć z Deanem rozmowę na jego temat, bez powodzenia. W końcu oschle poinformował, żeby dała sobie spokój.

- Chciał odejść i pozwoliłem mu. Dwa razy. - To był jego jedyny komentarz. - Dla mnie umarł. Nie ma po co wspominać zmarłych.

Kevin przy cotygodniowym sprawdzaniu rachunków niechętnie i tylko z silnego poczucia obowiązku zaraportował, że wydatki na dom ostatnio się potroiły. Otworzył internetowy bilans karty, którą dysponowała Ellen i pokazał Deanowi zestawienie transakcji. Poza zwykłymi zakupami żywności i środków gospodarczych do domu pojawiło się kilka obciążeń ze sklepów odzieżowych. Męskich i dla młodzieży. Oraz kilka innych rzeczy.

- To nic dla mnie czy dla Asha. My zrobiliśmy własne zakupy! - Wyjaśnił. Dean tylko rzucił okiem.

- Ellen ma wolną rękę. Nie będę jej rozliczał z każdego grosza. - Machnął lekceważąco i kazał sobie pokazać bilanse inwestycyjne. Kevin był ostrożnym graczem i jeśli akurat nie notowali zysków, to również nie notowali strat. Nabyli ostatnio kilka nieruchomości w różnych częściach kraju i sporo ziemi w okolicy, w tym tartak Johnsona. Miejsce pracy połowy mieszkańców miasteczka Little Pinewood, w którym szeryf Mills miała swoje małe, przytulne jednoosobowe biuro. Kevin nie popierał tej decyzji.

- To detal. Obrót nie jest duży, zyski małe a trzeba się przy tym urobić po łokcie. Nadzorować... Pilnować ludzi. Ludzi, Dean. - Wygłosił jedno z najdłuższych w swoim życiu przemówień.

- Nie podoba ci się pomysł z wycinką lasu, co? - Dean nie dał się nabrać na te racjonalne argumenty. Kevin skrzywił się, wzruszył ramionami.

- To las - mruknął. Dean pokiwał głową ze zrozumieniem, ale i tak podpisał umowę kupna.

Smocze złoto zasiliło ich budżet tłustą sumką, ale zarządzanie finansami rodziny było pracochłonne i Dean zaczął myśleć, że niedługo się przyda pomoc - jemu i Kevinowi. Wataha rozrosła się nieco bardziej niż się spodziewał i zaczęła przypominać całkiem spore rodzinne przedsiębiorstwo. Przyzwoite dochody po jednej stronie, ale też duże wydatki po drugiej. Kevin miał trochę racji z tymi ludźmi, chociaż pilnowanie pracowników miało się nijak do pilnowania watahy wilków. Watahy, która miała się niebawem powiększyć o kolejną czwórkę: Lisę i jej rodzinę. Przyjechała równo dwa tygodnie po odejściu omegi.

Ellen nie polubiła jej od pierwszego wejrzenia.

 


 

Cas nigdy wcześniej nie chodził po lekarzach. Badany był może dwa razy, w dzieciństwie. A potem raz był okulisty, kiedy zupełnie przestał widzieć. Zabrała go babcia Anna. Ledwo pamiętał tę wizytę. Z Amy intensywnie nadrabiał te wszystkie lata. Ciągle robiła mu jakieś testy, oglądała, mierzyła, ważyła, wtykała palce wszędzie gdzie się dało (i nie tylko palce), robiła wykresy temperatury, wertowała książki i wypytywała o najróżniejsze rzeczy.

- Naprawdę jesteś wilkiem? To znaczy... możesz się zmienić? - Nie dowierzała. Cas skinął, nie przerywając obmacywania plastikowego torsu człowieka z odkrytym brzuchem.

- A to? - Przesuwał palcami po olejnych organach i Amy odpowiadała cierpliwie: serce, wątroba, żołądek, jelita. Cas wydawał się zachwycony.

- Tak... po prostu, możesz stać się wilkiem? - Drążyła. Cas pokiwał, jakby to była jedna z najbardziej oczywistych rzeczy na świecie. - A teraz? Możesz się stać teraz?

Chłopak wzruszył ramionami, rozebrał się, odłożył ubranie na krzesło i puff!

Amy nawet nie zdołała krzyknąć z wrażenia.

- Słyszysz mnie? - Kucnęła przy zwierzaku, machającym wesoło ogonem. Polizał ją po twarzy i cichutko szczeknął. Jego oczy nie zmieniły barwy, sierść była ciemna a boki zapadłe, z żebrami wyraźnie rysującymi się pod skórą. To nadal był Cas. I nadal nie widział, nawet w tej innej, zwierzęcej postaci.

- To nie jest dokładnie tak, że ja się zmieniam... - powiedział łagodnie, kiedy znów stanął na dwóch nogach i zaczął wciągać spodnie. - To raczej ty zaczynasz widzieć moją prawdziwą postać. Wataha cały czas widzi mnie i tak i tak. Jako człowieka i wilka jednocześnie.

- Jak to możliwe?

- Jesteśmy, kim jesteśmy. - Cas przypomniał sobie jedno z powiedzonek babci Anny. - Tak nas stworzył Pierwszy Wilk.

- Pierwszy Wilk? - powtórzyła Amy. - Masz na myśli Boga?

- Mam na myśli Pierwszego Wilka. - Cas założył czarny t-shirt, który dostał od Ellen w dużym kartonie pełnym nowiutkich ubrań. - Pierwszy Wilk spał w wielkiej pustce, aż mu się znudziło. Wstał, otrząsnął się i z jego sierści wypadły pierwsze gwiazdy. A potem zaczął biec i biegł, stwarzając niebo. Wziął jeden z okruchów, który wypadł spomiędzy jego łap i zaczął go toczyć przed sobą nosem, aż utoczył kulę. I tak powstała Ziemia. Pierwszy Wilk chuchnął, ogrzał ją swoim oddechem i stworzył wodę i lądy i wszystko, co jest na Ziemi, wszystkie rośliny i zwierzęta i ptaki, ale przede wszystkim stworzył pierwszą watahę. Od niej wszyscy pochodzimy.

- Piękna historia...

- Babcia mi opowiedziała. Wszystkim nam opowiadała, kiedy byliśmy szczeniaczkami. - Cas uśmiechnął się do swoich wspomnień. Zapiął pasek i zaczął znów dotykać plastikowego manekina, tym razem małego przekroju macicy. - Kiedy ja sam potem pomagałem przy szczeniaczkach często opowiadałem im tę historię. Chyba niewiele rozumiały, bo były malutkie.

- Szczeniaczkach?

- No! Maluszkach! - Cas rozjaśnił się, wymachując plastikową figurką siedmiomiesięcznego płodu. - Dzieciach!

- Uhm... Rozumiem. A propos szczeniaczków... - Amy okręciła się na obrotowym krześle i sięgnęła po jakieś swoje notatki. - Czy ktoś z tobą wcześniej rozmawiał... o... uhm... seksie?

- Nie. - Cas odłożył plastikowe dziecko na miejsce. - Ale wiem, co to jest.

- Tak?

- To jest to, co robi Dean, kiedy się złości - mruknął, wyjmując z manekina poszczególne elementy, wąchając i z pedantyczną dokładnością obmacując centymetr po centymetrze.

- Stąd te siniaki? - spytała Amy delikatnie. - Na szyi na przykład?

- No. Ale ostatnio... - Cas chciał coś powiedzieć i zawahał się. Zmarszczył brwi. Nasrożył. 

- Co ostatnio? - spytała delikatnie Amy. Cas nacisnął palcem wargę i odchylił się na piętach.

- Nic. Nic, wszystko kłamstwa! - burknął nagle rozzłoszczony. - Wszystkie miłe rzeczy to kłamstwa!

- Czyje kłamstwa? Dean cię okłamał?

- Wszyscy mnie okłamali! Wszyscy! - Cas odepchnął makietę i trzymane w ręku jelita. Uderzył pięścią w szafkę. - Gdybym widział! Gdybym miał prawdziwe oczy i widział! Gdybym nie był omegą nikt by mnie nie okłamał! Ani Uriel, ani Zachariasz, ani Phehiljah, ani nawet Gabriel, ani Dean! Nikt! Wszyscy mówili, że o mnie dbają, że się mną opiekują! Że mnie pilnują, żeby mi się nie stała krzywda! I wiesz, co? Myślę, że wcale ich nie obchodziłem! Nikogo! Chcieli tylko, żebym był posłuszny! Żebym robił wszystko bez gadania! I żebym nie sprawiał nikomu problemów. 

- Dean cię okłamał? - powtórzyła spokojnie Amy. Chociaż Cas wspomniał o wszystkich, to najwyraźniej chodziło tylko o jedną osobę. Cas zaplótł ręce na piersiach z wojowniczą miną. - Hm? Chcesz o tym porozmawiać?

- Nie! Niech sobie już ma tą Lisę! Niech ją ma! Niech ma! - Cas wybuchnął, rozłożył ręce tak gwałtownie, że uderzył się o szafkę, zrzucił tablicę do badania wzroku i przewrócił stojak na kroplówkę, na którym Amy zwykle wieszała torebkę. - Niech ma!

I wymaszerował z gabinetu, obijając się o ściany i krzesełka w poczekalni.

- Yhm - mruknęła Amy przeciągle. - Niech ma?... Hm.

Albo to wyjątkowo ciężki przypadek syndromu sztokholmskiego, albo... Sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana niż się na pierwszy rzut oka wydawało. Jej i Jody Mills. Powinna z nią o tym pomówić. Poza tym były jeszcze kwestie medyczne. Amy od kilku dni siedziała w książkach, podręcznikach, wydrukach z internetu i badaniach Casach, porównując je i próbując zrozumieć. Nic się nie zgadzało! Fizjologia Casa była podobna do ludzkiej, ale były też różnice: wyższa temperatura ciała, nadzwyczajna ruchomość stawów, zwiększona giętkość kości... Odchylenia w biochemii, zwłaszcza w profilu hormonów... Dające do myślenia różnice w budowie anatomicznej... I najważniejsze: Amy skonsultowała się przez wideokomunikator ze znajomym okulistą, który wyraził bardzo ostrożną nadzieję, że Cas być może mógłby odzyskać wzrok. Żeby to potwierdzić, trzeba by go dokładnie przebadać, zrobić rezonans magnetyczny. Cas nie miał ubezpieczenia zdrowotnego i ponieważ nie miał żadnych dokumentów, nie był objęty pomocą społeczną, więc trzeba było zastanowić się, co dalej.

Jak pomóc.

 

 

I może warto by jednak zadzwonić jeszcze do kogoś... Do Ellen.

 

 

 

Chapter Text

Tunika z szarego, surowego jedwabiu, obcisłe dżinsy. Buty na obcasie. Ciemne, gładkie, lśniące włosy. Mocno wytuszowane rzęsy. Ciemnoczerwona szminka. Opalenizna. Sprężyste ruchy. Aura zdrowia. Podniesiony podbródek. I piersi. Błysk w oczach. Paznokcie w drapieżnym kolorze.

Lisa.

- Helen! Tak się cieszę! Dean mi tak dużo o tobie opowiadał! - wykrzyknęła radośnie, z uśmiechem gwiazdy filmowej. - Jak bym cię znała sto lat!

- Ellen. - Skorygowała ją kwaśno, uchylając się od pocałunku. Lisa pachniała modnymi perfumami. Nieco duszącymi, jak na tę porę roku.

- Więc to ty matkujesz tej bandzie twardych chłopców, co? Nie martw się, nadjechała estrogenowa kawaleria! My, kobietki, musimy się trzymać razem! - Mrugnęła do niej i pokazała na towarzyszące jej osoby. - To moja siostra, Sue i moja siostrzenica Miley i mój... ehm, młodszy brat, Ben. Nie martw się! Na pewno cię pokochają, jak własne wnuki! - wykrzyknęła dziarsko, a Ellen omal się nie udławiła. WNUKI?!

Przecież oni wyglądali na co najmniej dwanaście, czternaście lat! Wyglądała jakby mogła mieć takie stare wnuki?!

Sue, Miley i Ben rozglądali się po okolicy z wyraźnie rozczarowanymi minami. Nie wiadomo, czego się spodziewali, może hollywoodzkiej willi z basenami i kortami tenisowymi? A zastali dom staromodny, drewniany, z wysokim parterem i piętrem oraz zaadaptowanym na sypialnie poddaszem. Z dużą werandą i wielkimi oknami. W stylu europejskich schronisk górskich z końca dziewiętnastego wieku - bez specjalnych wygód i nowoczesnych rozwiązań, a przy tym surowy w wykończeniu. Nie wszyscy się już w nim mieścili - zwłaszcza ci, co dołączali w ciągu ostatnich kilku lat, miesięcy. Ash nadal mieszkał w swojej przyczepie, zaparkowanej obok studni i szklarni. Garth, Kev, Alfie - ponieważ byli najmłodsi - zajęli starą owczarnię, którą przerabiali powoli na więcej pokoi dla powiększającej się rodziny: pobielone ściany ryglowe z dębowym szalowaniem, podłoga z postarzanych desek, kawałek muru z odsłoniętych i odczyszczonych cegieł w aneksie kuchennym. Okna były umieszczone nieco wyżej niż normalne, ale dawały całkiem sporo światła, a widok na góry zapierał dech w piersiach.

Najwyraźniej nie wszystkim. A przynajmniej nie w sensie, że...

- ...uroczo tu jest! - zaćwierkała słodko Lisa. - Ten spokój, cisza... Idealne miejsce do praktykowania jogi!

- Praktykujesz... - Ellen ledwo się powstrzymała, żeby nie przewrócić oczami. - Jogę?

- Jeszcze nie, ale zacznę! - Lisa okręciła się na obcasie, spojrzała na buty, syknęła z tłumioną złością, widząc, że się pobrudziły i obtarły na żwirowej ścieżce. - A gdzie Dean?

- Tutaj. Już idę, przepraszam, że musiałaś czekać. Cieszę się, że przyjechaliście. - Wyszedł z domu, objął ją i pocałował w policzek. Przywitał się z resztą, zaprosił do środka. Ellen podreptała za nimi, machając do chłopców, żeby zabrali bagaże.

Lisa.

Była alfą, bez dwóch zdań. Zawłaszczała przestrzeń, jakby od zawsze tu mieszkała i jakby się jej należało. Wydawała polecenia i rządziła się, w kuchni, w sypialni. Wszędzie. Zmieniła godzinę śniadania, bo ona nie wstaje tak wcześnie. Zażądała oddzielnej garderoby, tylko dla siebie - w końcu musi gdzieś pomieścić swoje babskie fatałaszki. I buty. A ty, Helen, gdzie ty trzymasz swoje buty? Może będziemy się wymieniać? Te meble są urocze! Na pewno znajdą nabywców na wyprzedaży garażowej! Przywiozłam katalogi, coś wybierzemy, kiedy już odnowimy ściany i podłogi. Przydałoby się tu wpuścić trochę powietrza! Trochę światła! Koloru! Helen!, czy możesz mi zrobić koktajl? Witaminowy? Z zielonych warzyw. Bez owoców! Owoce mają za dużo cukru, to źle robi na metabolizm. Słyszałaś o diecie Montignaca? Dam ci książkę, poczytasz i jestem pewna, ze się przekonasz! Na kolację poproszę omlet z białek. Bez tłuszczu i soli. Czuję, że się zaprzyjaźnimy, Helen! Jesteś urocza! Prawda, Sue, że Helen jest urocza? Absolutnie, cudowna! Na pewno zostaniemy przyjaciółkami! Helen, bardzo szanuję kobiety, które starzeją się z godnością! W twoim wieku chciałabym wyglądać jak ty! Masz cudowne zmarszczki wokół oczu! Mam doskonały krem na zmarszczki, oddam ci, kochanie! Czyni cuda z każdą twarzą! Po prostu skalpel w kremie! Wrócą ogniste noce z Robbiem. Robbie jest taki przystojny! Zazdroszczę ci, Helen. Dojrzali mężczyźni są tacy...

...uroczy!, pomyślała Ellen, gryząc się w język. Czy ten Dean kompletnie oszalał? Gdzie on ją znalazł?!

- Jest jeszcze młoda, zdrowa i płodna - wyjaśnił, jakby czytał jej w myślach, kiedy zaniosła mu kawę do gabinetu. - Sprawdziłem. Ben nie jest jej bratem, tylko synem. Jeśli urodziła jedno zdrowe dziecko, to urodzi więcej.

Ellen tylko popatrzyła na niego.

- Nie! - Podniósł palec ostrzegawczo. - Nie zaczynaj.

- Nic nie mówię. - Zakręciła palcami w kąciku ust, jakby zamykała je na kłódkę i wyrzuciła kluczyk.

Dean zacisnął wargi i nalał sobie pół szklaneczki whisky. Gdzieś tam, w mieście, jest... coś... co należy do niego. Należy - tej drażniącej myśli nie zabił nawet ostry smak wysokoprocentowego alkoholu, bez wody i lodu. - Coś, co powinno być w domu. Tutaj. Nie gdzieś... tam.

Nie mógł przestać o tym myśleć. Nie mógł spłukać tego znajomego posmaku z koniuszka języka, kwaśno-metalicznego, niedobrego smaku.

Lisa zeszła do niego późnym wieczorem, kiedy nie mogła się go doczekać w sypialni. W czarnej koszulce z koronkowym wykończeniem, w szpilkach z czerwoną podeszwą i ze szpicrutą w dłoni usiadła na biurku, oparła obcas ostry jak sztylet o podłokietnik fotela i sieknęła Deana w udo.

- Ktoś chyba zasłużył na klapsa! - powiedziała z uśmiechem.

- Uważaj, mam ciężką rękę - ostrzegł, mrużąc oczy i wstając.

- Uważaj, mam twardy tyłek! - Rzuciła z wyzwaniem w oczach. Obróciła się, opierając o krawędź biurka, jednocześnie rozsuwając nogi. Podniosła obie dłonie, trzymaną za oba końce szpicrutę przekładając za głowę, na kark. Spojrzała spod rzęs. - Chcesz wypróbować?

Był trochę pijany. Chciał.

 


 

- Kim jest Cas?

Dean z trudem otworzył oczy, przewrócił się na drugi bok, zaburczał zniecierpliwiony i ziewnął.

- Co?

- Cas. To jakaś twoja wcześniejsza dziewczyna?

- To nikt. To nikt nie jest. - Zacisnął powieki. Lisa roześmiała się cicho.

- Zapomnisz o niej, obiecuję!

Odsunęła prześcieradło i usiadła na nim. Oplotła udami i rozciągnęła się, opierając dłońmi o poduszkę po obu stronach jego głowy. Dotknęła piersiami jego twarzy. Zakręciła biodrami kusząco. Przesunęła się tak, żeby poczuł na wargach jej sutki. Różowe, sterczące i nabrzmiałe jak dwie dojrzałe czereśnie.

- Zrobimy małe szczeniaczki? - wymruczała. - Małe, zielonookie Winchesterki? Teraz?

- Uhm... jestem śpiący... - Zepchnął ją łagodnie, klepnął w pośladek i znów się odwrócił. - Może rano.

- Dobrze. Rano... Trzymam cię za słowo! - powiedziała, łapiąc mocno za coś całkiem innego. Dean stęknął.

- Lisa?

- Mhm... namyśliłeś się? - Przesunęła palcami, zacisnęła dłoń. - Czy już jest rano?

- Miałem ciężki dzień. Możesz? - Spojrzał w dół znacząco. - Chcę się wyspać. Tobie też radzę. Czeka nas jutro mnóstwo rzeczy.

- Jesteś spięty! - Zauważyła i zaczęła delikatnie masować jego ramiona. - Uhm, jakie mięśnie... Twarde... I wielkie... Mhm... Ale spięte. Nie przejmuj się. - Gorący oddech połaskotał mu ucho. - Zajmę się tobą. Zaopiekuję. Nikt się tobą nigdy tak nie opiekował, zobaczysz. - Jej głos wibrował w niskich rejestrach.

To było podniecające. I...

- Okay, ale teraz śpij! - Irytujące. Dean miał chęć jej przylać, ale wiedział, że to tylko ją nakręci i sprowokuje jeszcze więcej kręcenia tyłkiem i wymachiwania cyckami. Jakoś nie miał na to ochoty.

- Wiem, co lubisz! - Przeciągnęła się, westchnęła i przylgnęła do jego boku nagim ciałem. - I dam ci to, Winchester! Dam ci wszystko, czego zapragniesz!

Dean chciał, żeby dała mu spać.

- A ty dasz mi to, czego ja pragnę... - wyszeptała bezgłośnie, układając się wygodnie i patrząc w sufit. Dasz mi  w s z y s t k o. Już ja się o to postaram.

Ciekawe, kto to jest ta cała Cassie... Dean wyjęczał jej imię kilka razy, kiedy szczytował. Lisa zanotowała w pamięci, żeby sprawdzić. Wypytać. Najlepiej tą gosposię, tą całą... Helen. Ona musi coś wiedzieć! Trzeba rozpoznać i zlokalizować wszystkie rywalki. Opracować plan, strategię i pozbyć się ich. Pozbyć się wszystkich przeszkód, wszystkiego co stanie jej na drodze. Najpierw cała ta słodka Cassie. I ta mała w watasze, jak jej tam... Jo! Lisa nie chciała mieć żadnych młodych dziewczyn w rodzinie. Starych zresztą też nie. Przyjdzie czas i na Helen! Ale na pierwszy ogień tajemnicza Cassie. Żadnych potencjalnych rywalek. Żadnych innych samic w pobliżu. Tylko Lisa.

Dean Winchester powinien szybko zrozumieć, kto tu rządzi. Tak, da mu to czego on pragnie. Spełni jego najskrytsze fantazje, najbardziej brudne, okrutne i lubieżne pragnienia. Będzie jego seks!Dzwoneczkiem, wyuzdaną czarodziejką, i z czasem, prędzej niż później - jedyną drogą do rozkoszy. Wiedziała, jak uzależnić faceta. Wszyscy oni byli tacy... prości. Jednokierunkowi, jak ciasne uliczki na południu Europy. A kiedy już nie będzie mógł bez niej się obejść, weźmie go pod but i dociśnie, aż wielki, silny alfa ani piśnie.

Tak, uśmiechnęła się do siebie w ciemnościach, słuchając spokojnego, miarowego oddechu Deana. Ani piśniesz, mój drogi, bardzo drogi. Wart górę złota. Wezmę cię na smycz, nawet się nie obejrzysz, kiedy. 

 


 

Ellen także leżała bezsennie. Rozmawiała dziś z Amy. Z Jody nie. Szeryf Mills wciąż jej nie ufała - wciąż uważała za współwinną dręczenia Casa. Przetrzymywania go na farmie wbrew jego woli i eksploatowaniu przez Deana. Chciała nawet wnieść oskarżenie, ale Frank jakoś ją odwiódł od tego pomysłu. Nie żeby chciał oddać przysługę Winchesterowi. Raczej żeby nie wdawać się w kosztowny proces z zamożną rodziną sierściuchów, jak ich pogardliwie nazywał. Żeby nie marnować czasu na łażenie po prawnikach. Żeby nie ujawniać statusu chłopca.

Bo Cas nie miał papierów. Żadnych dokumentów. Był... Nielegalny. Jakkolwiek to brzmiało. Gdyby wplątać w to jeszcze Urząd Imigracyjny... Nie. Frank wytłumaczył Jody, że jeśli naprawdę chce pomóc, to powinna skoncentrować się na innych działaniach. Na realnej pomocy, a nie na szukaniu zemsty. Poza tym Frank nie wierzył urzędnikom i instytucjom. Wolał sam wymierzać sprawiedliwość. Mieli szczęście, że nie zaczął strzelać do nich tymi swoimi srebrnymi kulami. To wariat. Mógł rozpętać piekło i przypadkowo kogoś zranić, albo zmusić ich, żeby go unieszkodliwili.

Mieli przewagę. Dwudziestu wilków kontra troje ludzi. Nawet uzbrojonych - i wilki nadal miały przewagę. Byli szybsi, silniejsi, było ich więcej. Mogli z łatwością zatrzymać chłopca. Dean ich powstrzymał przed atakiem, chociaż chłopcy już się naszykowali. Pozwolił mu odejść.

A teraz udaje, że go nie ma.

Ellen westchnęła, przekręciła się na bok, na plecy, poprawiła poduszkę. Nie mogła spać. Nie mogła znaleźć sobie miejsca. Wszystko się tak skomplikowało!

No i ten dzisiejszy telefon. Amy była bardziej niż Jody skłonna do nawiązania czegoś w rodzaju... porozumienia. Dla dobra chłopca. Powiedziała, że może - bardzo duże może, z bardzo małą szansą na powodzenie - Cas mógłby odzyskać wzrok. Ale najpierw trzeba go dokładnie zbadać. Zrobić kilka naprawdę kosztownych badań. A on nie ma papierów, ani ubezpieczenia. Jody nie mogła go zgłosić do programu pomocy ofiarom przemocy. Nie mógł dostać zapomogi, miejsca w schronisku, ani kartek żywnościowych - wszystko przez brak dokumentów potwierdzających, że nie jest jakimś cholernym, nielegalnym imigrantem!

Ellen wstała i podreptała do kuchni, żeby napić się wody.

Dwa dni po odejściu omegi pojechała na zakupy, zapakowała je w karton i odstawiła pod drzwi biura szeryfa z karteczką: dla Casa. Nic wielkiego: ubrania, buty, odtwarzacz mp3, na który Sammy wgrał kilka piosenek Beatlesów (twierdził, że Cas lubi ich piosenki) oraz audiobooków (w większości powieści kryminalne i podróżnicze: Verne'a, Agathę Christie, Kiplinga, Twaina). Pomyślała teraz, że mogłaby mu też kupić telefon. Niewidomi potrafili korzystać z telefonów, nawet pisać i odtwarzać wiadomości tekstowe za pomocą specjalnych aplikacji rozpoznających głos. Przeczytała o tym w internecie. Ostatnio dużo czytała o niewidomych. Miała przeczucie, że jeszcze się jej przyda ta wiedza. Tak, telefon to dobry pomysł. Poradzi się Sammy'ego, który model wybrać i kupi.

Dean nic nie powiedział na te dodatkowe wydatki, chociaż znacznie przekroczyła dotychczasowe limity. Ellen wiedziała, że on wie. Zawsze wszystko wiedział, co się dzieje w watasze. I nic nie powiedział. Nie zwrócił jej uwagi. Nie zabronił. Ale czy się nie zdenerwuje, kiedy Ellen zapłaci za badania omegi? To trochę więcej niż kilka par spodni czy koszul. Czy to urządzenie do słuchania. Czy telefon.

Pomówić z nim o tym najpierw?

Próbowała. Nie chciał.

Powinna zapytać. To w końcu alfa. Nie można robić takich rzeczy za jego plecami. Rozzłości się, jeśli Ellen nie zapyta. A jak się nie zgodzi? Cas może stracić szansę na leczenie, na odzyskanie wzroku. I tak źle i tak niedobrze... Głupi Frank. Srebrne kule to fraszka przy tym, co kotłowało się teraz w głowie Ellen i co zalegało jej w sercu wielkim ciężarem.

I jeszcze ta cała Lisa. Ellen miała ochotę jej przyłożyć patelnią. Może nie było to dojrzałe podejście, ale Ellen aż zachichotała, wyobrażając to sobie: zamach i łup! Prosto w ten fałszywy uśmiech!

- I nie mów do mnie Helen, idiotko!

Chapter Text

- Co jeszcze? - Jody zerknęła na listę zakupów. Cas szedł wzdłuż regału, dotykając dłonią półek i starał się zapamiętać, gdzie co stoi. Makarony, pudełka płatków, kartony mleka, mąka, jaja, chleb... Niektóre rzeczy dawały się łatwo zidentyfikować i znaleźć, niektóre zajmowały nieco więcej czasu, by je zapamiętać. Odkąd zamieszkał z Jody każdego dnia tworzył kawałek mapy miasteczka i kawałek jednego z miejsc, w których teraz kręciło się jego życie: mini-marketu, przychodni Amy (którą znał już całkiem dobrze), biura szeryfa (które znał jak własną kieszeń) czy małego zajadu, z pubem i kilkoma pokojami na górze dla przyjezdnych kierowców, głównie z trucków transportujących długie pnie do tartaku i tarcicę z niego. Jody nie pozwalała Casowi chodzić samemu, gdzie chciał, głównie z obawy, że się zgubi, albo wpadnie pod samochód, ale po przećwiczeniu pod jej okiem kilku tras mógł iść po drobne sprawunki albo po frytki i hamburgery na wynos. Zarówno Benny z pubu jak Meg ze sklepu znali podopiecznego pani szeryf i mieli na niego oko.

- Kiełbaski? - spytał z nadzieją.

- Kiełbaski! - Uśmiechnęła się Jody. - To będzie...

- W sąsiedniej alejce! Na lewo! - pokazał ręką. - W lodówce pod ścianą, z prawej strony, obok mrożonych steków.

- Dokładnie!

- Sam pójdę! Przyniosę! - Zaoferował i ruszył pospiesznie, żeby Jody nie zdążyła go zatrzymać. Jego pragnienie samodzielności i jednocześnie bycia przydatnym kilka razy już wpakowało go w kłopoty (jak wtedy, kiedy wpadł na artystycznie ustawioną piramidę z puszek i Meg zaczęła kląć na cały sklep, że właśnie zrujnował jej dwugodzinną pracę), ale radził sobie coraz sprawniej i obie, Amy i Jody, były z niego naprawdę dumne.

- Ellen!

- Ellen?

- Cas!

Omega rzucił się w ramiona Ellen z uczuciem, niepomny na niezadowolony i ostry ton Jody. Ellen nie zdążyła się cofnąć, kiedy omega wcisnął nos w jej szyję i przytulił się mocno, najmocniej jak potrafił.

- Ellen... - westchnął. - Jak dobrze, że jesteś! Dawno z tobą nie rozmawiałem! Dziękuję, że dałaś mi te wszystkie rzeczy! Wiem, że to ty! Jody przeczytała kartkę, ale ja od razu poznałem, bo pachniały tobą! Dziękuję! Jeszcze nikt nie dał mi tyle rzeczy! Tyle ubrań i wszystkiego! Są nowe, wiesz, Ellen? Nowe! Jeszcze nie miałem nowych ubrań nigdy! Jody mówi, że wyglądam w nich bardzo ładnie! - powiedział chełpliwie. - I ciągle słucham moich piosenek i powieści, które mi dałaś! Niektóre czytała mi babcia, wiesz? Och, Ellen, a ty jak się czujesz? Jak Jo? A Sam? Czy wszyscy zdrowi? Powiedz Kevinowi, że jak zacznę zarabiać, to mu oddam za zmoczony Air-coś tam! Prosiłem Jody, żeby pomogła mi znaleźć pracę! Jody mówi, że ślepi ludzie też mogą pracować i zarabiać, więc mam nadzieję, że mi się też uda! Jeśli usłyszysz, że ktoś potrzebuje pracownika, to daj mi znać, dobrze? Tak bardzo bym chciał pracować! Opiekować się kimś! Czy Bobby ma już lumbago? - Zasypał ją pytaniami, cały czas ściskając ją i węsząc jej zapach z upojeniem. - Moja babcia miała lumbago!

- Uhm... Nie, jeszcze nie ma lumbago... - powiedziała, śmiejąc się i odpowiadając uściskami na uściski. - Witaj, Jody.

Spojrzała ponad ramieniem Casa. Szeryf stała z założonymi rękami, najwyraźniej mocno niezadowolona, ale nie robiła nic, aby powstrzymać chłopca. Widziała, że się bardzo ucieszył ze spotkania. Najwyraźniej to, od czego uciekał z farmy Winchestera nie miało wiele wspólnego z Ellen. Amy starała się ją już wcześniej przekonać, że Ellen troszczy się jak może o chłopca i może być cenną sojuszniczką. Szeryf Jody nie odpuszczała ludziom tak łatwo i wciąż uważała, że Ellen co najmniej przyłożyła rękę do krzywd Casa. Może nie bezpośrednio, ale milcząco przyzwalała na to, co z nim wyprawiał ten... Winchester. Nie reagowanie na zło jest tak samo złe, jak robienie zła, uważała Jody Mills i nie mogła w pełni zaufać tej całej Ellen. Ale jeśli Cas chciał się z nią przywitać, to trudno. Jakoś to zniesie.

Ellen wypytała przy okazji, jak się Cas miewa, czy ma wszystko co trzeba i czy jest... szczęśliwy.

Cas odpowiedział, że Jody i Amy opiekują się nim wspaniale, że ma własny pokój (własny pokój, Ellen, w ł a s n y - prawie rozpłynął się z błogości) i że nauczył się TYLU rzeczy! Że Jody pozwala mu odbierać telefony w biurze i wtedy Cas mówi do słuchawki: dzień dobry, tu biuro szeryfa, w czym mogę pomóc? Zapamiętuje wiadomość i przekazuje ją pani szeryf, albo prosi ją do telefonu. Że sam co rano kupuje świeże pieczywo i już się nie gubi w drodze do przychodni, że poznał już szesnastu mieszkańców miasteczka i  umie zrobić popcorn w mikrofalówce (jadłaś kiedyś popcorn, Ellen? Jeśli chcesz, to nauczę cię robić popcorn! Jody, zaprosimy kiedyś Ellen na popcorn? Ja zrobię!).

Ellen zaproponowała przy kasie, że zapłaci za zakupy Jody. Nalegała tak bardzo, że w końcu Jody się zgodziła. Niechętnie. Ellen dorzuciła do ich wózka jeszcze więcej kiełbasek i dwie garście batoników karmelowych, tych które Cas tak lubił. Ucałowała chłopca na pożegnanie i powiedziała, że chciałaby czasem do niego zadzwonić. Jeśli Jody nie ma nic przeciwko.

- Jeśli coś knujesz, cokolwiek, jeśli chcesz mu zamieszać w głowie i znów ściągnąć na farmę... - powiedziała Jody, odesławszy Casa na chwilę do samochodu, żeby zapakował torby ostrożnie na tylne siedzenie. I nie słyszał ich rozmowy.

- Dean ma narzeczoną. Nie chce już o nim rozmawiać. - Przerwała jej Ellen. - Już go nie chce. Nie namieszam mu w głowie. Polubiłam go, tylko tyle.

Jody skinęła.

- W takim razie... czasem zadzwoń. - Zdecydowała po krótkim namyśle. - Uhm... czy... Czy Amy mówiła ci o jego... oczach?

- Tak. - Ellen nie chciała nic robić za plecami Deana, ale decyzja wydawała się w tym przypadku jedyna możliwa. - Zapłacę za badanie. Za tomograf.

Jeśli Dean się wścieknie, to trudno. Ellen postanowiła, że poniesie wszystkie konsekwencje. Jody popatrzyła uważnie, chcąc się upewnić.

- Nie musisz tego robić - powiedziała. - To bardzo kosztowne badanie. Jakoś sobie poradzimy, z Amy. Szukamy jakiejś fundacji, która mogłaby pomóc. Jakiegoś darczyńcy...

- Właśnie znalazłaś. Umówcie go na wizytę. Zapłacę. - Ellen przełknęła ślinę. Właściwie to Dean zapłaci. Nie chciała jednak wywlekać takich szczegółów. Jody mogłaby się nie zgodzić, gdyby Ellen tak postawiła sprawę. Pewnie nie przyjęłaby ani grosza od Deana. Pewnie uznałaby to za rodzaj manipulacji. Może część jakiego spisku, który miałby zamieszać omedze w głowie.

- Dziękuję.

Cas przydreptał jeszcze się pożegnać z Ellen. Stał na chodniku długo, trzymając ją w objęciach i gadając jak katarynka o różnych drobnych, codziennych sprawach, które jemu wydawały się niesamowicie ważne i warte, by się nimi podzielić.

- Zadzwoń, Ellen. Zadzwoń. Odwiedź mnie kiedyś! Może pójdziemy na frytki do Benny'ego? Co? Ellen? I pozdrów Bobby'ego. Pozdrów wszystkich. - Pomachał jej w końcu, wsiadając do samochodu Jody. Zapiął pas i schylił głowę. Nawet teraz, po tylu dniach Ellen wciąż mogła zobaczyć siniaki i ślady na jego karku. I wciąż pachniał Deanem. Jej wilczy, czuły nos wciąż wychwytywał zadziwiająco silną woń alfy.

Jakby Cas nigdy naprawdę nie opuścił watahy.

 


 

- Musisz mnie ugryźć! Nie zapłodnisz mnie, jeśli mnie nie ugryziesz... Wiesz o tym? - Lisa ledwie panowała nad irytacją. Pochyliła głowę, odsłaniając kark i ponagliła go. - No, dalej! Przestań się bawić i ugryź wreszcie!

Dean popatrzył na gładki, opalony kark, z łagodnie wystającymi kręgami. Pachnący syntetyczną wanilią i jononami, udającymi woń fiołków. Nie lubił tych perfum. Niepotrzebnie maskowały naturalny zapach skóry. Feromonów. Zbliżył wargi, polizał. Posmakował. Otworzył szeroko szczęki i objął szyję Lisy, czując, jak drży w oczekiwaniu na ból. Niecierpliwiła się, bo tylko solidne ugryzienie w kark - najlepiej wielokrotne - mogło uruchomić całą sekwencję fizjologiczną, prowadzącą do owulacji. Miała rację. Powinien to zrobić.

Powinien...

...przestać zwlekać.

- Nie drażnij się ze mną, Winchester! - Obróciła się rozgniewana i uderzyła go w twarz otwartą dłonią. - Ja dotrzymuję swojej części umowy, ty sukinsynu!

Chciała uderzyć go jeszcze raz, ale złapał ją za nadgarstek i ścisnął mocno. Pisnęła niezadowolona, chcąc się wyrwać. Winchester trzymał mocno.

- Nie rób tego więcej. - Ostrzegł spokojnie. - Nigdy więcej mnie nie dotykaj w ten sposób.

- W jaki? - Szarpnęła się. Wciągnęła powietrze rozszerzonymi z emocji nozdrzami. Podniosła podbródek, jakby chciała spojrzeć na niego z góry, mimo oczywistej różnicy wzrostu. Ciemne włosy zafalowały, kiedy Dean podciągnął ją wyżej, zmuszając, by wspięła się na palce. To była bardzo niewygodna pozycja a ona nie mogła nic zrobić, był zbyt silny.

- Nigdy więcej nie próbuj podnieść na mnie ręki.

- Ty parszywy kundlu! - syknęła. - Myślisz, że dam się tak traktować? Nie masz do czynienia z pierwszą lepszą o...

Puścił ją tak nagle, że straciła równowagę i upadła. Pochylił się nad nią, tylko po to, żeby lepiej go usłyszała.

- W moim domu moje reguły. - Popatrzył na nią. Wyciągnęła rękę, żeby pomógł jej wstać. - Zachowuj się grzecznie, albo odejdź.

Wyprostował się i wyszedł, zostawiając ją na podłodze, na czworakach, z głupią miną.

 


 

Ellen szykowała pranie i jak zwykle przetrząsała brudne ubrania, żeby się nic nie zaplątało: drobne, klucze, zapomniany banknot dolarowy, albo jakaś złożona na cztery karteczka z czyimś numerem telefonu... Szczególnie troskliwie sprawdziła ubrania Deana. Zwykle sam je opróżniał. Był bardzo zdyscyplinowany pod tym względem - w przeciwieństwie do chłopców, ale ostatnio miał z tym pewien kłopot i Ellen już kilka razy wyciągała... batoniki. Od ponad dwóch tygodni uporczywie upychał je po kieszeniach. To nowe przyzwyczajenie, które niczemu nie służyło. Nigdy nie widziała, żeby je jadł. Po prostu je nosił. Od prania do prania.

- Nie wiedziałam, że jest takim łasuchem! - Lisa zaskoczyła ją w pralni, zajrzała przez ramię i podniosła jedną z kraciastych koszul. - Podjada po kryjomu?

- Nie on. - Ellen uśmiechnęła się i odłożyła kolejny batonik na pralkę. - Cas. Uwielbia właśnie te, karmelowe.

Lisa zmrużyła oczy jak lisiczka.

- Jego dziewczyna? I co się z nią stało? - spytała, starając się nie pokazać, jak bardzo ją to ciekawi.

Ellen wzruszyła ramionami, a jej uśmiech stał się irytująco dwuznaczny. Mówiący: znam sekret, ale się nim nie podzielę.

Lisa coraz częściej rozmyślała, jak się tej bezczelnej gosposi pozbyć raz na zawsze z domu. Gdyby tylko Dean był bardziej... podatny. I zdeterminowany. Jak wydawało się, że jest. Był tak zafiksowany na dzieciach! Liczyła, że da się okręcić wokół palca w ciągu pierwszych dwóch nocy. Och! Gdyby wreszcie ją oznaczył i zapłodnił! Nosząc jego szczeniaczka zyskałaby przewagę nie do pokonania i mogłaby wreszcie ustawić wszystko jak należy. Wszystko i wszystkich.

Cholerny Winchester!

Cholerna Helen!

- Nie ma jej tu. - Zauważyła słodko. - Wystraszyła się wiejskiej nudy? Czy bała się przytyć?... - Zażartowała. A może z podświadomą szczerością wyraziła własne obawy?, pomyślała Ellen i wzruszyła ramionami.

Zatrzasnęła klapę pralki i nastawiła programator. Rzuciła okiem na Lisę i wyszła, nie kłopocząc się, by cokolwiek odpowiedzieć.

W przeciwieństwie do Casa szyja Lisy była gładka i nienaruszona, bez jednego zadrapania, bez jednego śladu zębów czy najmniejszego nawet siniaczka. A minął już prawie tydzień od jej przyjazdu. Dean jeszcze jej nie oznaczył. Żaden szczeniaczek nie był w drodze. A to był jedyny powód, dla którego Dean ją tu sprowadził. Najwyraźniej coś szło nie tak, pomyślała Ellen. I jej uśmiech był już tak szeroki i pełen znaczeń, jak uśmiech kota z Cheshire.

 

 

 

 

Chapter Text

- Cześć Benny! Poproszę dwa hamburgery ze wszystkim i frytki na wynos! - zawołał Cas, podchodząc do lady. Benny uciszył go i powiedział:

- Nie hałasuj. Tu obok jest teraz zebranie. - Podsunął miseczkę świeżo nasypanych orzeszków do pochrupania. - W sprawie tartaku.

Cas od razu nieco się skulił, kiwając głową, że rozumie i że nie będzie przeszkadzał. Sprezentowaną przez Franka białą laskę oparł o kontuar i przesunął dłońmi ostrożnie, lokalizując przekąskę. Benny zniknął na zapleczu, żeby przyszykować zamówienie. Cas starał się zachowywać cicho, skoro Benny kazał. Bar był przyjemnym miejscem: pachniał interesująco, głównie jedzeniem, ale też innymi woniami: drewnem i dalekimi podróżami, pewnie przez tych wszystkich kierowców, zatrzymujących się na postój. Z początku Cas trochę się ich bał, ale pani szeryf przedstawiła go Benny'emu i Benny traktował go zawsze uprzejmie (jak na Benny'ego, który zwykle na wszystkich pohukiwał i sarkał nawet gorzej niż Bobby) i pilnował. Tylko raz któryś z przyjezdnych zaczepił Casa, ale Benny powiedział, że ma się (tu padło brzydkie słowo, którego Cas nie chciał zapamiętywać). I że to jest kuzyn pani szeryf. Potem już nikt go nie zaczepiał. A hamburgery smakowały fantastyczne! Zawsze był zachwycony, kiedy udawało mu się namówić Jody na lunch od Benny'ego!

- ...zwolnił miesiąc temu, a teraz przychodzisz ty i pewnie zwolnisz resztę? - powiedział szorstko jeden z mężczyzn w sąsiedniej sali, ze stołami i drewnianymi ławami zamiast krzeseł. Między barem a salą nie było drzwi tylko szerokie przejście i jeden schodek w dół. Cas dokładnie znał rozkład knajpy. Rozgryzł garść orzeszków i oblizał palce z soli, nasłuchując miłych dźwięków z kuchni. Zebranie wcale go nie interesowało i nie miał pojęcia co to jest tartak.

- Na razie nie będzie zwolnień. Sytuacja nie jest dobra, ale nie jest też tak zła, żeby wstrzymywać produkcję. Oczekuję dwóch rzeczy: lojalności i że nikt się nie będzie opieprzał. W zamian co dwa tygodnie dostaniecie wypłatę, bez żadnych opóźnień i potrąceń, a ja postaram się utrzymać wszystkie miejsca pracy.

Cas zastygł, słysząc znajomy głos. Po prostu zdrętwiał.

- Johnson też obiecywał! Gruszki na wierzbie, a potem wywalił pięć osób, z dnia na dzień! - powiedział ktoś z gniewem. - A przecież ty się wcale nie znasz na drewnie, Winchester! - Zrobił się szum, odezwały się jakieś inne głosy. - Co?! Boicie się go? Bo ma forsę? Ja się nie boję i wygarnę prosto w oczy, temu...

- Zamknij się, Padalecki! - wrzasnął ktoś i zrobiło się małe zamieszanie, hurgotanie odsuwanych ław i jakaś szarpanina. - Nie pogarszaj sytuacji!...

- A co może być gorsze? Wiadomo, że idziemy na dno! Johnson się zdążył wyewakuować a my won!, na bruk z nowym szefem! Jemu zależy tylko na ziemi!

- Ma rację!

- Daj mu powiedzieć! - przekrzykiwali się.

- Panowie! Ej, panowie!... - Uspokoił salę Sammy, zanim znów odezwał się Dean. Spokojnie i nie podnosząc głosu, by ich przekrzyczeć. Szumy i szepty natychmiast ucichły.

- To prawda. Masz rację. Nie znam się na drewnie. Wy się znacie. I macie wybór. Praca dla mnie, albo... - Zrobił dłuższą pauzę. - Nikogo nie trzymam siłą.

Dean popatrzył każdemu w twarz. Każdemu po kolei, z wszystkich trzynastu pracowników tartaku. Tęgich chłopów o ogorzałych twarzach i sękatych dłoniach. Zerkali po sobie, wymieniali spojrzenia i spuszczali głowy, obracając w dłoniach butelki z piwem. Nie mieli wyjścia. W okolicy nie było zbyt wiele ofert pracy a tamtych pięciu już pakowało manatki, wynosząc się z miasta. Mieli na utrzymaniu rodziny i musieli o nie zadbać.

- Padalecki nie mówił w naszym imieniu. - Podniósł się jeden z nich, dotąd milczący i siedzący na uboczu. - Znamy się na drewnie, znamy się na robocie. Jeśli pan utrzyma nasze miejsca pracy, to my będziemy pracować dla pana, panie Winchester.

- Bardzo dobrze. - Dean skinął. Popatrzył ponad ich głowami do części pubu z barem, przy którym stał on. Omega.

Cas dał Benny'emu banknot, schował kilkanaście centów reszty do kieszeni, podziękował z nieśmiałym uśmiechem i zabrawszy laskę oraz torbę z jedzeniem, wyszedł pospiesznie.

Nowi pracownicy Deana zaczęli wstawać, podchodzić i ściskać mu rękę. Na końcu podszedł w gorącej wodzie kąpany Padalecki. Przeprosił za swój wybuch. Dean powiedział, że widzą się jutro o siódmej w tartaku. I że jeśli Padalecki będzie dobrze pracował, będą się lubić.

- Będę. - Obiecał chłopak. Dean zobaczył na jego palcu błyszczący krążek. Nowożeniec. Młoda żona i może dziecko w drodze. Będzie trzymał się tej pracy pazurami.

Dean podszedł do lady, stanął w miejscu, które chwilę temu zajmował omega. Jego zapach się wciąż unosił w powietrzu i Dean odruchowo poklepał się po udzie. To było jego miejsce, przy nodze alfy.

Zawołał Benny'ego i zarządził kolejkę dla wszystkich, na jego rachunek.

 


 

Pod koniec tygodnia Amy zapakowała Casa do auta i pojechali na badanie. Miasto, do którego zawiozła ich Amy było największym, jakie kiedykolwiek odwiedził Cas i było PRZERAŻAJĄCE. Cuchnęło. Hałasowało. Ludzie pędzili wokół, niosąc zbyt wiele zapachów, które rozpraszały i irytowały. W końcu Casowi zakręciło się w głowie. Puścił dłoń Amy, szukając chusteczki w kieszeni a kiedy zdał sobie sprawę, że został sam, spanikował i zaczął krzyczeć:

- Amy! Nie zostawiaj mnie! - Obrócił się na pięcie, histerycznie stukając końcem laski o chodnik. Za dużo dźwięków, za dużo dźwięków! Ktoś wpadł na niego i zaklął, ktoś go popchnął i Cas stracił zupełnie orientację. Zapomniał, z której strony przyszli i w którą stronę zmierzali. Prawie się rozpłakał. - Amy!... Amy! Nie zgub mnie!...

- Jestem tu! - Dotknęła jego ramienia. - Nie denerwuj się. Jestem tu.

Cas zbladł, zatrząsł się i...

Wyrzygał.

- Przepraszam... - wyjąkał, wycierając usta. Amy tylko poklepała go pocieszająco.

- Nie szkodzi. To blisko. Zaraz za rogiem. Nie musimy się spieszyć. Odpocznij.

- Myślałem, że się zgubiłem! - Złapał ją kurczowo za rękę i już nie puszczał. - Że się zgubiłem, Amy! Że się zgubiłem... - Powtarzał nerwowo. Amy nie miała pojęcia, co się wydarzyło, kiedy Cas zgubił się ostatnio, ale wyczuła, że było to traumatyczne.

- Jestem tu, nie martw się. Jestem tu. - Uspokajała go, prowadząc do kliniki. - Wszystko jest okay, jeszcze tylko kawałek. Nie zgubiłeś się, nie zgubiłeś się.

Cas stukał laską, drugą dłonią trzymając Amy w żelaznym uścisku.

- Nie chcę, żeby ktoś mnie zabrał... - wyszeptał. - Nie pozwól mnie zabrać, dobrze?

- Nie pozwolę. - Amy wreszcie zrozumiała. - Cały czas cię widzę i jestem w pobliżu. Nie pozwolę ci się zgubić. Nikt cię nie zabierze. Jesteś bezpieczny. Nikt cię nie zabierze.

Nie wiedziała wtedy, jak bardzo się myliła.

 


 

Badanie było długie i nudne.  Cas musiał spokojnie leżeć, nie ruszać się i czekać, aż pozwolą mu usiąść. Najtrudniejszą częścią było powstrzymanie się od gadania. Cas uwielbiał gadać, zwłaszcza odkąd zamieszkał najpierw z Ellen a potem z Jody. Nie musiał już uważać na słowa, zachowywać się cicho i posłusznie, nikt go nie karcił i nie dyscyplinował. Cas nadrabiał całe lata milczenia, poza tym miał coraz więcej spraw do omówienia: nowych umiejętności, nowych doświadczeń i wrażeń i uczuć. Omawianie ich z Jody i Amy było jedną z najmilszych stron nowej sytuacji.

Wreszcie pozwolili mu wstać i wysłali na korytarz, żeby usiadł na krzesełku i poczekał. W tym czasie Amy mogła pomówić z lekarzem.

- Prześlę opis badania na mail, ale z tego co teraz mogę powiedzieć, to fizycznie nie widać niczego, co byłoby przyczyną utraty wzroku.

- Jak to? Żadnej zaćmy, jaskry, guza? - Zaczęła wyliczać wyczytane w podręcznikach schorzenia.

- Nie. - Okulista pokręcił głową. - Jeszcze przeanalizuję nagranie, ale nie widziałem nic nieprawidłowego w obrazie mózgu. Z innych badań, między innymi ciśnienia, obrazu dna oka, siatkówki... Wszystko mieści się w normie. Gdybym dostał gołe wyniki, powiedziałbym, że on ma zdrowe i sprawne oczy.

- Nie widzi.

Lekarz wzruszył ramionami.

- Medycyna nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Może to jakaś nowa choroba? Może jakiś nieswoisty objaw innego schorzenia? Wreszcie... - Zawahał się. - Może to objaw psychologiczny.

- Nie rozumiem. - Amy rozejrzała się nieuważnie po gabinecie, nawet nie próbując ukryć zawodu.

- To niezwykle rzadkie, ale czasem się zdarza. Mówiłaś, że on stracił wzrok w dzieciństwie? - Amy przytaknęła. - Może zdarzyło się coś, co sprawiło, że jego umysł odmówił przyjmowania i przetwarzania bodźców wzrokowych?

- Mówisz o ślepocie histerycznej?

- Teraz mówimy na to zaburzenia dysocjacyjne. Brzytwa Ockhama. Kiedy nie ma objawów uszkodzenia fizycznego... - Doktor zawiesił głos.

- Okay! - Podniosła dłonie. - W takim razie co? Czekać, aż samo przejdzie? On nie widzi od lat! Od wczesnego dzieciństwa!

- Skonsultuj to. Znajdź przyczynę. Znajdź, czemu woli schować się w ciemności, niż widzieć. - Doradził. Spojrzał na zegarek. Amy wstała.

- Przepraszam, że zajęłam ci czas i dziękuję za konsultację.

- Nie ma sprawy. Daj mi znać, co z nim. To ciekawy przypadek. - Doktor odprowadził ją do drzwi i zanim otworzył, spytał - a może wybrałabyś się ze mną na kawę? W jakiś weekend?

- Może. - Uśmiechnęła się, robiąc krok przez próg. Uśmiech przygasł. - Cas?... Cas? Cas!

Korytarz był pusty.

 

 

Po dwóch godzinach poszukiwań na terenie kliniki i wokół niej Amy zadzwoniła do Jody i powiedziała, że chłopak zniknął. Zapadł się pod ziemię.
 

Chapter Text

Amy zadzwoniła też do Ellen. Ellen zadzwoniła do Deana, który ostatnio spędzał całe dnie poza domem, głównie w tartaku, albo w mieście, załatwiając jakieś sprawy, albo jeden wilk wie gdzie, od rana do nocy a czasem i w nocy. Dean odrzucił kolejne jej trzy połączenia pod rząd, więc kiedy wreszcie rozbrzmiał dzwonek, Ellen aż podskoczyła ze zdenerwowania. Ale to nie był Dean, tylko Jody. Zaczęła krzyczeć, że jeśli zrobią coś chłopcu, to ich wszystkich wsadzi do więzienia federalnego. I że mają natychmiast go wypuścić, bo zadzwoni do FBI i ATF i powie, że są niebezpieczną sektą, która uczestniczy w handlu ludźmi! Ellen zaczęła jej tłumaczyć, że oni nie mają chłopca i że sama się martwi i że próbuje powiadomić Deana i czy Jody może jej powiedzieć, co się właściwie stało, bo Amy była bardzo zdenerwowana i powiedziała tylko, że Cas zniknął... Jody nie odpowiedziała na ani jedno pytanie Ellen, wygłosiła jeszcze kilka gróźb i rozłączyła się gwałtownie.

Ellen od razu zaczęła wydzwaniać do Deana, który raz po raz odrzucał jej połączenie. Po kilku minutach pod dom zajechała terenówka, wyskoczył Bobby, wbiegł do kuchni i nieuprzejmie wyrwał telefon z jej dłoni.

- Dean powiedział, żebyś przestała zawracać mu głowę! - Bobby zerknął na wyświetlacz. - Dwadzieścia dziewięć połączeń w ciągu ostatnich pięciu minut? Zwariowałaś? Jeśli ktoś nie odbiera, to znaczy, że nie może!

- Albo nie chce! Cas zniknął! - Ellen złapała go za rękę, z oczami pełnymi łez. - Amy powiedziała, że siedział na korytarzu w klinice. Nie było jej dziesięć minut, rozmawiała z okulistą i kiedy wyszła już go nie było! - Zacisnęła palce, aż zbielały jej kostki. - Coś się stało! Bobby, coś się złego stało! Ja to wiem! Coś złego!

- Ellen, nic się nie stało! Może gdzieś poszedł, wyszedł, zaraz się znajdzie. Nie denerwuj się. A w ogóle to w jakiej klinice on się zgubił? - Popatrzył na nią z zainteresowaniem. - W przychodni?

- W klinice... Amy zabrała go do Crabtown... - Ellen podeszła do okna, wróciła, podparła czoło na dłoniach i stała bez ruchu, bez słowa, zanim wybuchnęła. - On Deana naprawdę już nic nie obchodzi!? Naprawdę? Nie wierzę! Zadzwoń i powiedz mu, że chłopak zniknął! Zadzwoń ty, skoro ode mnie nie odbiera! Teraz, przy mnie!

- Helen? - Lisa weszła do kuchni. - Co sie dzieje? Co to za krzyki? Stało się coś?

- Nic! - Ellen pomaszerowała do kuchni i zaczęła przesuwać garnki i rondle z hałasem. - Zupełnie nic! Zabrakło mi... Masła. I... Mąki. Orkiszowej. Nie mogę zrobić obiadu! Muszę jechać na zakupy!

- Ellen! - Bobby warknął ostrzegawczo.

- Wspaniale, zabiorę się z tobą! - Klasnęła Lisa i zawróciła do sypialni, stukając szpilkami po stopniach schodów. - Tylko się przebiorę!

- Ellen! Nie! - Bobby złapał ją za ramię. - Nie mieszaj się w to! Ellen! Poważnie! Nie. Mieszaj. Się.

- Już się wmieszałam. - Ellen chwyciła torbę, kluczyki. - Nie będę już do niego dzwonić. Nie będę zawracać mu głowy! Jeśli go to nie obchodzi, w porządku. Ale mnie obchodzi. Oddaj telefon! ODDAWAJ!

- Ellen... - Bobby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale pod jej spojrzeniem posłusznie sięgnął do kieszeni. Są chwile, kiedy nie ma co stawać na drodze huraganowi i żonie. Huragan można jeszcze przetrwać, ale nie wkurzoną Ellen.

Ellen odpaliła silnik i nacisnęła gaz, aż spod opon wystrzelił piach i żwir. W tylnym lusterku zobaczyła malejącą postać w czerwonej sukience i szpilkach, wymachującą rękami.

- Helen! Poczekaj na mnie! Helen! Miałyśmy razem jechać!

- Nie widzę tu żadnej Helen, suko. - Ellen skrzywiła się złośliwie i weszła ostro w zakręt. Podłączyła telefon do systemu głośnomówiącego i wybrała numer Amy.

 


 

Jody zadzwoniła do Crabtown i wykorzystała wszystkie swoje kontakty, aby postawić ich służby na nogi. Wszystkie patrole otrzymały informację o wysokim, chudym chłopcu z białą laską, który być może błąka się po ulicach. Wszyscy tajniacy mieli zachować czujność, czy w melinach, burdelach, podejrzanych knajpach i jaskiniach hazardu nie pojawił się ostatnio niewidomy chłopak bez dokumentów. Na zdjęciach, które Jody wykonała z zawodowej rzetelności następnego dnia po zabraniu Casa z rancza Winchesterów, widać było młodego mężczyznę o bardzo delikatnych, niemal dziewczęcych rysach i bladej twarzy okolonej rozwichrzonymi, ciemnymi włosami. Bardzo niebieskie oczy kierował gdzieś ponad obiektyw z wyrazem napięcia i czujności, jakby spodziewał się ataku w każdej chwili, lecz nie wiedział, z której strony nastąpi.

Jody wyrzucała sobie, że nie wzięła wolnego i nie pojechała z Amy. Wydawało się, że Winchester odpuścił. Zajął się tą Lisą Breaden, którą sprowadził aż z Californii (Jody sprawdziła) i tartakiem (Jody uznała, że Winchester najwyraźniej potrzebuje coraz to nowszych zabawek, stare porzucając jak sie znudzą lub zużyją). Nie sądziła, że chłopcu może coś grozić. Miał być cały czas pod opieką Amy, mieli być tylko w klinice a potem coś zjeść i wracać. Żadna z nich nie brała pod uwagę uprowadzenia.

- Nie zgubił się. Jody, żebyś go widziała, kiedy na chwilę puścił moją rękę na ulicy! Dosłownie zwymiotował ze strachu, że się zgubi. - Tłumaczyła Amy, powoli objeżdżając miasto swoim samochodem, wypatrując, czy gdzieś nie zobaczy Casa. - Nie oddaliłby się. Nie znał tego miejsca i nie czuł się na tyle bezpiecznie, by pójść samemu nawet do łazienki.

- Więc co? Winchester? - spytała Jody, zastanawiając się, co zrobić. Owszem, postraszyła Ellen, że naśle na nich FBI i Biuro do spraw Alkoholu, Tytoniu, Broni Palnej oraz Materiałów Wybuchowych, ale realnie patrząc, były to groźby bez pokrycia. Dorosły mężczyzna, młody, to prawda, ale pełnoletni. Wyśmialiby ją i kazali czekać, aż sam wróci. Młodzi ludzie często zrywają się ze smyczy, poznają kogoś, znikają na dzień, dwa, kilka nocy... Imprezy, dziewczyny, seks, alkohol... - znała te wymówki oficerów, którzy przyjmują zgłoszenia o zaginięciach. - Wyszumi się, wytrzeźwieje i wróci. Co z tego, że niewidomy? Niewidomi też mają swoje potrzeby, proszę pani. Nie możemy ich dyskryminować!

Brak dokumentów by nie pomógł. Palcem nie kiwną, żeby uganiać się za nielegalnym imigrantem. Czekaliby, aż się ujawni i wtedy trafiłby do aresztu a potem został wydalony, pewnie do Meksyku. Nikt by się nie zastanawiał. Nie starał pomóc. Jody aż ścierpła na myśl, że Cas mógłby wylądować w nieznanym sobie kraju, bez grosza przy duszy, w przygranicznym mieście takim jak Ciudad Juárez. Ile by przetrwał? Tydzień? Może nawet krócej. Nie, wplątywanie w to agencji rządowych sprowadzi im na głowę też tych z  imigracyjnego. A to nie wchodzi w grę. Muszą znaleźć Casa własnymi siłami. Muszą go znaleźć i wywieźć, daleko, najlepiej do innego stanu. Na drugi koniec kraju, do Maine, albo Vermont... Miała kuzynkę w Vermont. Nielubianą starą pannę. Może nie najlepszą opiekunkę dla młodego chłopaka... Okay, Jody zastanowi się nad tym później. Kiedy go znajdą.

Kiedy, nie jeśli.

 


 

Ellen wyjechała na szosę do Pinewood w zapadającym już zmierzchu. Druga rozmowa z Amy nie przyniosła nic nowego, poza rosnącym niepokojem. Nie było żadnych śladów chłopaka. W jednej chwili siedział na krzesełku przed gabinetem, w drugiej rozwiał się jak dym. Nikt z personelu kliniki nie przekazał żadnej konstruktywnej informacji. Owszem, ktoś widział, jak szedł w tamtą albo w inną stronę, może do toalet, a może na parking, sam, albo w towarzystwie, ale czy to był na pewno on? Chyba nie. A może tak? Ciemnowłosy chłopak z białą laską? Tak, na pewno. Ale to na pewno oznaczało, że musiałby być w kilku miejscach na raz. A to akurat nie było możliwe. Pamięć ludzka bywa zawodna a z tłumu pacjentów codziennie przewalającego się przez klinikę trudno wyławiać poszczególne osoby. Nawet tak charakterystyczne.

Amy była zrozpaczona. Wynajęła pokój i postanowiła zostać na noc w Crabtown, nie przerywając poszukiwań. Chociaż Ellen chciała ją pocieszyć, nie potrafiła. Amy tylko raz zapytała, czy Ellen jest pewna, że Dean Winchester nie miał z tym nic wspólnego? Solenne zapewnienie Ellen wystarczyło i więcej do tego nie wracała.

Ellen było przykro, że Bobby ją zbył a Dean wprost nie chciał z nią rozmawiać. Jakby zupełnie nie liczył się z tym, co tak ważnego próbowała mu przekazać. Nigdy wcześniej nie odrzucał jej połączeń i nigdy nie wykorzystywał Bobby'ego w roli posłańca. To jak Bobby przywołał ją do porządku i jak powiedział, żeby nie wydzwaniała do Deana... żeby nie zawracała mu głowy... Ellen z frustracją uderzyła w kierownicę. Zawiodła się na nim. Na nich obu.

Czyżby Dean naprawdę odpuścił sobie tego chłopaka? Czyżby Lisa jednak zaczęła zawracać mu w głowie? Aż tak był niestały? Bo przecież... Ellen była pewna, że coś czuł. Coś... Widziała! Te batoniki... musiały coś znaczyć! Po co miałby je chować wciąż po kieszeniach, skoro nigdy ich nie jadł. Karmelowe! Ulubione omegi. Czasem, kiedy myślał, że nikt go nie widzi, stał i gapił się w przestrzeń z takim wyrazem twarzy... I nie zabronił jej wydawać na niego pieniędzy. Wiedział, że kupiła mu ubranie i odtwarzacz i nie kazał jej przestać. Nie powiedział: Ellen, nie rób tego.

Więc czemu nie odbierał?! Czemu kazał nie zawracać... Ellen zahamowała tak gwałtownie, że omal uruchomiła poduszki powietrzne. Całe powietrze uciekło jej z płuc i kropla potu spłynęła po kręgosłupie. Nagle zrobiło się jej zimno.

Nie mieszaj się w to! Ellen! Poważnie! Nie. Mieszaj. Się - powiedział Bobby. Czemu to powiedział? Takim nalegającym tonem?

Może Jody miała rację? Może Dean jednak to zrobił? Może Dean zlecił komuś, by porwał chłopca?

Ellen oparła czoło o kierownicę.

To niemożliwe. Dean nie mógłby. Nie mógłby!

Już raz to zrobił. Cas nadal nim pachniał. Nadal miał siniaki na karku, kiedy go widziała w sklepie. Ślady przywłaszczenia. Ślady przynależności. Chciał go zatrzymać na zawsze. Dean przyznał, wtedy w kuchni, że chce go mieć na zawsze. - Ellen jęknęła. - Chłopiec nadal miał jego ślady i on wciąż mógł go traktować jak swoją własność. Chcieć odzyskać.

Czy pozwolił mu odejść z Amy i Jody, aby uniknąć awantury i może rozlewu krwi? A tymczasem uknuł plan, jak sprowadzić chłopca znów na ranczo? Nie do domu. W górach i w lesie było mnóstwo kryjówek. Mnóstwo sekretnych miejsc... Mnóstwo.

Ellen wpadła w stupor. Nie ruszała się, nawet nie drgnęła. Nie potrafiła wydobyć z siebie słowa. Chyba nawet nie mrugała, kiedy dotarła do niej straszliwa myśl: jeśli Dean zabrał i ukrył chłopca, to mogli go już nigdy nie odnaleźć, nigdy więcej zobaczyć go żywego.

Tym razem to ona nie odebrała telefonu. Dopiero przy czwartym kolejnym dzwonku nacisnęła guzik i mruknęła coś, niezdolna do sformułowania sensownego zdania.

- Ellen? Wracaj do domu. Bobby powiedział mi, że pojechałaś do miasta. Proszę, wróć do domu - powiedział Dean tonem łagodnej perswazji. - Obiecuję, że pomówię z tobą jutro rano, a teraz wróć do domu, zrób wszystkim kolację i nie martw się na zapas. Dobrze? Ellen?

- Uhm... Tak. - Wychrypiała ze spuchniętego, podrażnionego gardła. Zupełnie zaschło jej w ustach, język zdrewniał. Odchrząknęła. - Tak.

- Nie martw się na zapas, Ellen. Pomówimy rano. - Powtórzył Dean i odłożył słuchawkę. Ellen nacisnęła gaz i powolutku zawróciła.

Jeśli Dean ma omegę, to ona musi wrócić. Musi być w pobliżu. Żeby pomóc. Chłopiec będzie potrzebował wsparcia. Kogoś, kto naprawdę się o niego troszczy.

 

 

 

 

Chapter Text

Noc minęła bezsennie kilku kobietom. Ellen siedziała na fotelu bujanym na werandzie, owinięta kocem, z kubkiem wystygłej kawy. Jody wydzwaniała i odbierała e-maile. Amy chodziła po ulicach, zaglądała do barów i próbowała rozpytywać ludzi. Lisa oparta o wezgłowie łóżka oglądała zdjęcia niebieskookiego chłopca, przesłane z nieznanego adresu. Z kwotą. Wysoką, jak na jej możliwości. Zastanawiała się, czy jej się to opłaca. Jeśli się opłaca, znajdzie pieniądze.

 


 

– Boli mnie głowa! Niedobrze mi... – Poskarżył się Cas.

– To rzygnij. – Bella przyniosła wiadro i postawiła z hałasem przy posłaniu. – Ulży ci.

– Nie chcę. – Fuknął, obrażony i odwrócił się do niej plecami. – Strasznie tu śmierdzi...

– Dzięki temu nikt nas tu nie wywęszy. – Wytłumaczyła chłodno. – Nie jęcz jak panienka. Nie jest tak źle.

– Jest! – Uderzył pięściami w karimatę. – Źle się czuję! Niedobrze mi! Niedobrze...

– Masz pusty żołądek. Może powinieneś coś zjeść? – Zaproponowała, zaglądając do pudełek z resztkami zimnej chińszczyzny i zwiędłych frytek. Nie wyglądało to zjadliwie, ale Cas nie jadł od kilku godzin. – Mogę zamówić pizzę. Chcesz pizzę?

– Nie chcę! Chcę do domu! Do Jody! I zadzwonić do Amy! Na pewno się denerwuje, że mnie nie ma! Zadzwoń do Amy! – Zażądał.

– Jest już późno. Na pewno śpi. I Jody też. – Pogłaskała go ugodowo, ale uchylił się i otrząsnął. Westchnęła. – Zadzwonię rano, okay? A ty idź spać teraz. Masz koc, nakryj się i śpij.

Cas położył się na chwilę, przewrócił z boku na bok i usiadł.

– Duszno tu. – Zamilkł a za chwilę głośno mu się odbiło. – Przepraszam... – Wydukał, zawstydzony. Znów mu się odbiło.

– Masz ciepło, sucho i cicho. Idź spać. Odpocznij. – Poradziła. – Przestań o tym myśleć, to ci przejdzie.

– Wcale nie! Wcale nie! – Nadąsał się. – Cuchnie! I boli mnie brzuch i kręci mi się w głowie i... – Zbladł. Zzieleniał na twarzy i Bella szybko podsunęła wiadro. Złapał za krawędź i zwymiotował.

– No? I lepiej? – Poklepała go po ramieniu, kiedy skończył, podała chusteczkę i butelkę wody. – Wytrzyj się i przepłucz usta. Fu! Teraz dopiero tu śmierdzi!

– Mówiłem, że mi niedobrze. Mówiłem! – Wypił trochę wody i odetchnął głębiej.

– Dobrze, w porządku. – Uciszyła go. – Nic się nie stało. Zaraz to zabiorę.

– Jestem chory! Jestem chory... – Znów zaczął marudzić. – Źle się czuję, zadzwoń do Amy! Powiedz jej, że jestem chory...

– O, matko! Jaki z ciebie histeryk! Jak on z tobą wytrzymywał? – Roześmiała się w końcu. Pogłaskała go po ciemnych włosach, ale strząsnął jej dłoń i odsunął się nieco, nasrożony.

– Kto?

– Winchester! Z tego co wiem, nie ma zbyt wiele cierpliwości do takich jęczydusz, jak ty. – Przewróciła oczami, podchodząc do rozkładanego stolika i sprawdziła pocztę na laptopie. – Pas poszedł w ruch? Co? – spytała rozbawiona.

Cas podciągnął kolana pod brodę i objął się ciasno ramionami, najwyraźniej nie będąc w nastroju do pogawędek. Ani na temat Deana, ani na temat pasa.

– No, już się nie obrażaj! – Usiadła obok, dała mu kuksańca w bok. – Nie ty jeden dostałeś od niego klapsa... – Zachichotała. Omega podniósł brwi. – Było, minęło. Nie musisz być zazdrosny.

– Nie jestem! – burknął. – Nie lubię Deana! Może sobie dawać klapsy, komu chce. Lisie czy komuś.

– O, no właśnie... To mi przypomina... – Sięgnęła po telefon. Cas obrócił głowę zaciekawiony.

– Ty też jesteś ślepa? – spytał nagle.

– Co?

– Ciągle stukasz! – Wyciągnął palec, celując w źródło dźwięku. – Ale tu jest ciężko coś usłyszeć, bo miasto hałasuje! – Machnął ręką szeroko. – Nie lubię miasta. Za dużo dźwięków, za dużo ludzi. Wszyscy pachną inaczej i nie można się skupić. To dlatego ciągle stukasz? Nie możesz się skupić?

– Nie! – Bella wyciągnęła przed siebie nogi i oparła się wygodnie o ścianę. – Piszę. Maile i esemsy.

– Co to maile i esemesy?

– Wiadomości. Takie dłuższe i krótsze listy. – Podała mu do ręki telefon i poprowadziła jego palec po wyświetlaczu. – Tu są literki. Uderzam w nie palcem i układam z nich słowa. Ze słów zdania, a ze zdań wiadomości. Wysyłam. Ktoś je odczytuje. Odpisuje mi. Ja odbieram i czytam.

– Czytasz? Jak powieści? – Domyślił się. – Ale ja nie mogę czytać. Mogę tylko słuchać. – Wygrzebał z kieszeni odtwarzacz, który dostał od Ellen. Bella wyświetliła playlistę i zaczęła przeglądać.

– O! Rzeczywiście, masz sporo audiobooków. Lubisz powieści przygodowe?

– Uhm! – Skinął entuzjastycznie. – I piosenki!

– Beatlesi! – Zauważyła z uznaniem. – Którą lubisz najbardziej?

Cas szybko znalazł właściwą i oboje chwilę słuchali, każde z jedną słuchawką wetkniętą do ucha.

– To bardzo ładna piosenka! – Pochwaliła. – Wiesz, że w Wielkiej Brytanii, w kraju, skąd pochodzi Paul, który to śpiewa, ptaszynami nazywa się czasem dziewczęta?

– Dziewczęta?

– Tak, Paul śpiewa o czarnej dziewczynie, ptaszynie, która powinna podnieść złamane skrzydła i nauczyć się latać. – Wyjaśniła łagodnie. – To znaczy, że powinna nauczyć się żyć tak, jak sama chce, a nie tak jak chcą inni. To jest piosenka o wolności. I odwadze.

Oboje się zamyślili. Cas zmarszczył się i spochmurniał.

– Chciałbym być odważny. – Wyznał w końcu. – Nie lubię siebie. Jestem słaby i nikt mnie nie szanuje. Może gdybym był odważny, to ludzie by mnie szanowali? Tak jak Deana. Dean jest bardzo odważny i wszyscy go szanują. Wszyscy go słuchają. – W jego głosie zadźwięczał jakiś rodzaj melancholii, jakby nawet nie śmiał marzyć o takim natężeniu respektu, jakiego doświadczał alfa Winchester.

– To alfa. – Bella chciała go jakoś pocieszyć. – Jest wielki i silny, w dodatku niegłupi. To nietrudne być odważnym, kiedy możesz zbić swoich wrogów, a część z nich ucieka na sam twój widok, no nie? O wiele trudniej być odważnym, kiedy nikt nie ucieka na twój widok. – Sposób w jaki to powiedziała, zwrócił uwagę Casa.

– Może gdybym widział, przynajmniej lepiej bym uciekał? – Zastanowił się i nagle oboje się roześmieli.

– Zaczynam go rozumieć. – Bella przyjrzała się omedze.

– Kogo?

– Nikogo! – Nacisnęła mu czubek nosa. Cas się obruszył a ona znów roześmiała. – Jesteś więcej wart, niż myślisz. Wiesz? Mała owieczko ze złotym runem. Aż trzy wilki cię bardzo chcą. Bardzo-bardzo. I właśnie chyba pojawił się czwarty... – Zajrzała w swój telefon.

Cas zamrugał w rozterce. Przed chwilą Bella zachowywała się miło, prawie zaczął ją lubić, a teraz zaczęła mówić o nim tak, że się przestraszył. I znów poczuł mdłości.

– Nie bój się. – Spostrzegła jego minę i nagle go uściskała. – Wycisnę z nich mnóstwo złota, ale nie dam im cię skrzywdzić. Oddam cię w dobre ręce, szczeniaczku. Obiecuję!...

Wszystko w porządku? – Napisał Dean.

Tak. Przywiozę go jutro. – Odpisała.

– ...Bo my, omegi, musimy się trzymać razem, nie? – spytała, po czym znalazła swoją ulubioną piosenkę i puściła całkiem głośno. – Chodź. Potańczymy sobie! To jest dobry dzień, żeby sobie potańczyć. – Pociągnęła Casa za sobą, zmuszając żeby wstał i zaczął się ruszać w rytm muzyki. I podśpiewywać:

It might seem crazy what I’m about to say
Sunshine she’s here, you can take a break
I’m a hot air balloon that could go to space
With the air, like I don’t care baby by the way

Because I’m happy

 

 

 

Chapter Text

Jody i Frank gapili się na ekran komputera.

- Sprytne - mruknęła w końcu Jody.

- Iii... - Skrzywił się Frank. - Thomas Crown to to nie jest.

- Steve McQueen czy Pierce Brosnan? - spytała Jody nieuważnie, ponownie odtwarzając pliki z nagraniami ochrony w klinice.

- Ten facet z melonikiem! - burknął Frank, otwierając swojego laptopa. Wszedł na YouTube i wyszukał właściwą scenę. - Patrz tu!

Jody usiadła koło niego. Oba komputery stały obok siebie i łatwo mogli śledzić oba nagrania. Po prawej czarno-białe ziarniste i bezdźwięczne zdjęcia z kliniki, po lewej kolorowy film sensacyjny z piosenką Niny Simmone w tle.

Oh sinnerman, where you gonna run to?
Sinnerman, where you gonna run to?

Jody przenosiła wzrok między jednym a drugim ekranem: oto Cas, wchodzący z Amy do kliniki. Trzyma ją za rękę, a drugą ściska długą jasną laskę. Najbardziej charakterystyczny znak rozpoznawczy niewidomych. Stuka czubkiem przed sobą, aby ominąć ewentualne przeszkody. Oto Thomas Crown, grany przez Brosnana, wchodzący do muzeum, w meloniku i czerwonym krawacie. Zwracający uwagę policjantów, monitorujących każdy jego ruch. Chcą go przyłapać na gorącym uczynku. Wiedzą, że jest złodziejem i zastawili na niego pułapkę.

Well I run to the rock, please hide me
I run to the rock,please hide me

Znów Cas, idzie korytarzem kliniki. Słabo go widać, ale ma laskę. Jakaś pielęgniarka potwierdziła, że był na drugim piętrze. Nawet spytała, czy czegoś nie potrzebuje, ale powiedział, że sobie poradzi. W tym samym czasie drugie nagranie pokazuje... Casa na pierwszym piętrze. Nie widać twarzy, ale ma taką samą ciemną koszulkę i laskę. Przemierza korytarz pewnym krokiem. Zatrzymuje się na chwilę, pyta o coś przechodzącą pielęgniarkę. Ona pokazuje mu drogę. Na trzecim i czwartym nagraniu to samo. Różne piętra, różne części budynku, różne pielęgniarki, czy recepcjonistki, ten sam chłopak z laską.

Niemożliwe, żeby ten sam. Musiałby być w kilku miejscach jednocześnie! Rozdwoić się, roztroić!

Jody zerka na YouTube. Pierce Brosnan uśmiecha się do policjantów i miesza w tłum. Ktoś za nim idzie. Nagle pojawia się kolejny facet w meloniku i czerwonym krawacie. Ma taką samą walizkę. Może nawet tą samą - właśnie się zamienili! Policjant jest skonfundowany, nie wie, za którym z nich iść. Śledzić walizkę, czy melonik? Ale nagle tłum aż roi się od meloników. I czerwonych krawatów. Na wszystkich korytarzach, we wszystkich salach wystawowych.

But the rock cried out, I can't hide you
The rock cried out, I can't hide you

Gdzie on się zgubił? Gdzie jest Brosnan? Gdzie jest złodziej?

The Lord said, go to the devil
He said, go to the devil

Wszyscy wyglądają tak samo: długi płaszcz, melonik, czerwony krawat. Jak ten facet z obrazu René Magritte'a - anonimowy, z twarzą zasłoniętą zielonym jabłkiem.

All along dem day
So I ran to the devil, he was waitin'

Policjanci nie mogą znaleźć właściwego człowieka. Zgubili ślad. Za dużo meloników. Za dużo krawatów. Któryś z mniej opanowanych policjantów podbiega i wyrywa jednemu z nich walizkę, otwiera. Ze środka wysypują się wydrukowane na zwykłej, biurowej drukarce kopie Syna Człowieczego. Dziesiątki, setki kartek z postacią w meloniku i z zielonym jabłkiem zamiast twarzy.

I ran to the devil, he was waitin'
Ran to the devil, he was waitin'

Jody patrzy na Franka.

- Szukaj wiatru w polu. - Wzrusza ramionami Frank.

- To on to zorganizował! Wiem, że tak! - Jody uderza pięścią w kolano. - Ten Winchester! To diabeł...

- E, zaraz diabeł. Sierściuch i tyle. - Frank wstał i podszedł do kuchennej szafki z ekspresem. Nastawił kawę. - Tylko trochę sprytniejszy niż inne sierściuchy.

- Nie mogę go aresztować. Ma alibi. - Jody wyłączyła oba nagrania. Zamknęła laptopy niecierpliwie, ze złością. - Cały dzień siedział w tartaku. Widziało go ze dwadzieścia osób. Pracownicy, kierowcy, klienci. Nic nie mogę zrobić.

- Znajdź tę dziewczynę. - Frank upił gorący łyk. Syknął, bo się oparzył.

- Jaką dziewczynę? - Jody machnęła dłonią, żeby jej też nalał do kubka i podał.

- Trzecia kamera, czwarta minuta sześć sekund do jedenastu. - Frank zamiast kubka kawy podał jej kartkę z wydrukiem stop klatki. - To sroczka, która zabrała naszą błyskotkę.

- Skąd wiesz? - Jody podniosła brwi, nie ukrywając wrażenia, jakie na niej zrobił. Frank uśmiechnął się i zaraz skrzywił, sarknął, odwrócił się i zaczął narzekać na ekspres, że chyba zepsuty, na kawę, że paskudna i na Jody, że taka głupia i wszystko jej trzeba tłumaczyć jak dziecku.

- Kto ci dał tę pracę? Prędzej kury powinnaś macać na farmie niż uganiać się za złodziejami! - pokrzykiwał. - Cukru nie masz?

- Mam. Tam obok, w puszce po Earl Greyu. - Pokazała palcem.

- Cukier do kawy w puszce po herbacie? Typowa babska logika. - Skomentował kwaśno. - Zadzwoń do Amy, niech się prześpi parę godzin i wraca. W Crabtown go nie znajdzie. Na pewno siedzi gdzieś, dobrze schowany, w jakimś zacisznym i zamaskowanym miejscu. Starym magazynie farb, albo czymś takim.

- Dlaczego akurat farb?

- Bo śmierdzą.

 


 

- Powiedziałaś, że też jesteś omegą? - Cas stanął wreszcie, zmęczony tańcem (tańczenie było wspaniałe, postanowił, że będzie robił to częściej, jeśli tylko trafi się okazja!). Bella podała mu kolejną butelkę wody i otworzyła drugą dla siebie. Oddychała wciąż szybko, jak po biegu, ale to było dobre, miłe zmęczenie.

- Yhm. - Przyznała. Cas aż podskoczył z emocji.

- Więc jak?!... Jak? - Nie potrafił nawet sformułować odpowiedniego pytania. Bella zaśmiała się cicho.

- Bycie omegą nie oznacza, że nie możesz żyć tak, jak chcesz. To jest po prostu trudniejsze, ale nie niemożliwe - wyjaśniła, siadając na karimacie i podkładając sobie pod plecy zwiniętą marynarkę. - Nikt nie składa się z samych wad. Niektóre zresztą czasem mogą być zaletami.

- Jak to? - Omega chłonął każde jej słowo z otwartymi ustami.

- Nikt nas nie traktuje poważnie. Wielkie i silne alfy - Bella nadęła się komicznie i powiedziała to zabawnie, bardzo niskim, szorstkim głosem, przedrzeźniając sposób mówienia niektórych wielkich i silnych alf - którym się wydaje, że zawsze mogą nas przewinąć przez kolano i dać parę klapsów... I że to wystarczy, żebyśmy siedzieli cicho. Więc siedzisz cicho, boli cię tyłek i możesz płakać i użalać się nad sobą, albo wykorzystać to ich lekceważenie jak własną broń. Jak tarczę. Kiedy ludzie cię lekceważą, to nie zachowują się ostrożnie w twojej obecności. Czasem w ogóle cię nie zauważają. Jakbyś był nikim. Jakbyś był... niewidzialny. To okropnie denerwujące.

- Bardzo. - Przyznał gorzko Cas.

- Ale czasem bycie niewidzialnym ma swoje zalety. Możesz wejść i wyjść niezauważenie. Możesz sobie coś schować do kieszeni i nikt nie będzie ciebie podejrzewał. - Bella uśmiechnęła się do swoich myśli. Wspomnień. - A kiedy masz już pełne kieszenie, możesz zrobić, co zechcesz, bo nawet jeśli sam nie możesz dać komuś klapsa, to możesz kupić sobie kogoś, kto tego klapsa wymierzy w twoim imieniu.

Cas aż sapnął z wrażenia, przetrawiając wszystkie rzeczy, które właśnie usłyszał.

- Dałaś klapsa Deanowi? - spytał nieśmiało po dłuższej chwili.

- Nie. - Zachichotała. - Ale zamierzam dać. Uhm... małego. Nie mam do niego żalu. Dużo mnie nauczył. Właściwie to wszystkiego mnie nauczył. Gdyby nie on, nie byłoby mnie tutaj. Hm... Jest złodziejem, jak ja. Wiesz o tym?

- Ukradł mnie! - Przypomniał Cas. - Mojej rodzinie! Porwał mnie w lesie i... - Urwał, przełknął ślinę, odruchowo sięgając miejsca, gdzie plecy tracą szlachetną nazwę. Bella nieco spoważniała.

- No tak. Domyślam się. - Westchnęła. - Wielki alfa.

- A teraz ty ukradłaś mnie znowu, dla niego. - Bardziej stwierdził, niż zapytał. Usiadł koło niej, schował twarz w dłoniach. - Chciałbym wrócić do Jody. Albo zamieszkać z Ellen, ale bez Deana. Niech on sobie mieszka z Lisą. Beze mnie.

- Ta Lisa... - Bella zmarszczyła brwi. - Nie podoba mi się. Wygląda na idiotkę. A wygląd może być tylko przykrywką. Zasłoną dymną, żeby nikt się nie zorientował, kim jest naprawdę.

- A kim jest? - Cas oparł dłonie na podłodze i ziewnął.

- Jeszcze nie wiem. - Bella znów stukała. Cas wiedział, że właśnie pisze e-maile i esemesy. - Ale nie popełnię błędu silnych alf i nie zlekceważę jej.

- Dean ją lekceważy? - Cas nie wiedział, skąd mu to nagle przyszło do głowy i dlaczego w ogóle o to zapytał. Robił się coraz bardziej śpiący i zmęczony, a wtedy mniej się pilnował i cenzurował to, co wychodziło mu z ust.

- Dean ma ostatnio sporo na głowie. - Bella zerknęła na omegę, układającego się do snu, moszczącego w kocu, z łokciem pod głową, zamiast poduszki. - Chyba po raz pierwszy w życiu aż tyle...

- Kupisz mi na śniadanie naleśniki? - wymamrotał omega w półśnie. - Bardzo bym zjadł naleśnika.

- Tak. Z czym lubisz?

- Z syropem klonowym. - Ziewnął. - I z piklami... Zjadłbym kwaśnego ogórka... - Rozmarzył się, ale nie zdążył już nic dodać, bo zasnął.

Bella wsadziła palec do ust i przygryzła, patrząc na jego głowę, z ciemnymi włosami, podwijającymi się na końcach i na kark, z żółknącymi i blednącymi siniakami po ugryzieniach alfy. Dużo siniaków, dużo starych i nowszych śladów. Coś jej przyszło na myśl, ale sama siebie skarciła.

- Nie... Niemożliwe... - mruknęła. - Zupełnie bez sensu. Głupota.

Potrząsnęła głową. Musiała odpowiedzieć na kilka maili. Biznes musi się kręcić a omega musi zarabiać, żeby kupić sobie wszystko co chce w świecie zdominowanym przez alfy i forsę. Kupić albo ukraść.

Chapter Text

Cas rankiem trochę marudził. Obudził się z bólem głowy i znów zwymiotował, co tylko przyspieszyło decyzję Belli, by opuścić magazyn farb i lakierów jak najszybciej. Jeśli ktokolwiek by śledził ich z kliniki - powinni go zgubić, w tym smrodzie nikt nie złapałby ich śladu. Byli bezpieczni, przynajmniej przez jakiś czas. Bella przed akcją przezornie wynajęła kilka samochodów i rozstawiła w różnych punktach miasta, gdyby musiała nagle zmieniać plany. Teraz spokojnym krokiem zmierzali ku jednemu z nich.

- Nie musisz się golić? - spytała, zerkając na gładkie, zaróżowione policzki chłopaka.

- Nie muszę co robić? - Nie zrozumiał. Bella nie pozwoliła mu trzymać laski i musiał dokładać jeszcze więcej uwagi, by na nic i na nikogo nie wpaść. Szedł z pochyloną głową, w czapce z daszkiem nasuniętej na oczy, tak jak nalegała Bella, w ubraniu ze sklepu z używaną odzieżą (cuchnęło jakimś środkiem do czyszczenia i mdliło go od niego jeszcze bardziej), starając się wyglądać zupełnie niepodejrzanie.

- Przypuszczam, że to przez niski poziom testosteronu... - odpowiedziała sama sobie. - To dlatego omegi są takie łagodne.

- Jestem głodny! - Nie rozumiał, co to poziom testosteronu i czemu pyta o jakieś golenie (nigdy tego nie robił, nikt go tego nie uczył i nie wymagał, więc nie zawracał sobie tym głowy), ale doskonale rozpoznawał burczące odgłosy z brzucha. - Zjemy śniadanie?

- Naleśniki?

- No! - Przytaknął gorliwie. - Ze wszystkim!

- Z syropem klonowym i ogórkiem kwaszonym? - Zażartowała. Cas zastanowił się.

- Nie jednocześnie... - powiedział ostrożnie, najwyraźniej nie pamiętając, czego sobie życzył zanim zasnął.

- Bo się znów porzygasz? - Bella roześmiała się głośno, zwracając uwagę kilku robotników, pomachała im, ciągnąc Casa za rękę i zmuszając do przebiegnięcia ulicy na skos.

- Czemu oni gwiżdżą? - Cas kręcił głową, nasłuchując porannych miejskich odgłosów.

- Bo im się podobam! - Bella wepchnęła go do pachnącego pysznie wnętrza i posadziła przy stoliku. - Zaraz zjemy tuzin naleśników, a każdy z czymś innym! Zgoda?

- Zgoda! - Uśmiechnął się od ucha do ucha, zachwycony obrotem spraw. Bella doskonale rozumiała afekt Winchestera. Ewentualnie, przy dużej dozie samozaparcia można było się oprzeć tym niebieskim oczom, ale uśmiech omegi był tak rozbrajający i zaraźliwy, że nie dziwiła się ani trochę pragnieniu alfy, by go zdobyć, oznaczyć i zatrzymać. Prawdę mówiąc, na miejscu Deana trzymałaby go pod kluczem, żeby nikomu innemu nie wpadł w oko.

To pewnie dlatego zadzwonił do niej i zapytał, czy ma chęć zrobić małą, prostą robótkę. Ukraść coś. Właściwie... kogoś. Właściwie... nawet nie ukraść, ale odzyskać.

Bella zadała tylko jedno pytanie: za ile?

- Sprawa jest o tyle delikatna - uprzedził Dean - że ja muszę się od tego trzymać z daleka. I cała wataha. Nie mogę za nim puścić nikogo, ani Sammy'ego, ani Jo. Nikogo. Chłopak jest przyspawany do miejscowego stróża prawa, w pobliżu kręci się też stale taka jedna ludzka lekarka, drobiazg, ale nie chcę zaczynać z miejscowymi. No i ten Frank. To świr, prawdziwy świr. Jakiś były wojskowy, stale łazi uzbrojony w sztucer i srebrne kule. Ma obsesję na naszym punkcie. Nikt wśród ludzi nie traktuje go zbyt poważnie, ale paru wilków już położył. Na szczęście nikogo z moich. - Dean grał w otwarte karty, żeby Bella mogła sama ocenić ryzyko.

- Okay. Mów dalej. - Zachęciła go.

- Uhm, no i jeszcze jest ta druga wataha. Jego stara rodzina. Która może chcieć położyć na nim łapę. A do tego nie mogę dopuścić pod żadnym warunkiem. Oni nie mogą dostać mojego omegi - zastrzegł surowo. - Rozumiesz?

- Twojego omegi. - Belli nawet powieka nie drgnęła na to wyznanie. - Rozumiem. Więc mam go wyłuskać z koszyka, nad którym stoi kilka kwok, w tym jedna wariatka i odwieźć bezpiecznie do ciebie?

- Odwieźć bezpiecznie. Dokładny adres podam ci później. - Chrząknął. - Dasz radę?

- Dwadzieścia tysięcy plus koszty. - Podała cenę po szybkiej kalkulacji. - Potrzebuję trochę czasu na rozpoznanie.

- Zgoda. Jeśli się spiszesz dołożę premię. - Dean nie oszczędzał na fachowcach. - A okazja nadarza się szybko. Pod koniec przyszłego tygodnia będą w Crabtown, w klinice na badaniu. Ellen zrobiła wczoraj przelew. Myśli, że nie wiem... - Parsknął. - Wyślę ci dokładną datę, namiary i więcej informacji. O! I jeszcze drobiazg. Twój cel jest ślepy. Czy to problem?

- Żaden. - Bella wzruszyła ramionami. - Zgarnąć omegę? Kaszka z mleczkiem. Nakryję go kapeluszem i nikt się nie zorientuje, że zniknął.

- Uhm... - Dean po raz pierwszy lekko się zawahał. - Bella? Pilnuj go. Dobrze?

Oboje zamilkli na dłuższą chwilę. Bella nigdy wcześniej nie słyszała, by Dean przejmował się jakimś omegą. By Dean o jakimś omedze mówił: mój. O niej nigdy tak nie powiedział, o ile dobrze pamiętała. A pamiętała wszystko z ich krótkiego, intensywnego...

- Dobrze. Będę go pilnować - obiecała, odganiając wciąż gorące wspomnienia.

- Nie popuszczaj mu. - Dean rozluźnił się i zaśmiał. - Będzie strasznie marudził, zobaczysz. Będzie jęczał, narzekał, płakał i histeryzował. Jest okropny! - Okropny zabrzmiało w jego ustach jak zupełnie inne słowo, ciepłe i tęskne. I Bella pokiwała głową, rozumiejąc. - Nie możesz mu popuścić, bo ci wejdzie na głowę!

- Nie popuszczę! - Zapewniła go. - Dostarczę ci go zawiniętego w celofan, ozdobionego czerwoną kokardką.

Bella popatrzyła na omegę, wcinającego naleśniki z wilczym apetytem i uśmiechnęła się do siebie. Ten chłopak definitywnie miał w sobie to coś. Jakąś iskrę, płomień, który sprawiał, że od razu dało się go lubić. Że nie sposób go było nie lubić! Nie dopytywała, jak to się stało, że Dean go stracił. Ale nie dziwiła mu się, że chce go odzyskać. Za dwadzieścia tysięcy (nie licząc kosztów) mógłby przecież kupić sobie trzech takich chłopaczków. Albo dziewczyny. Czasem śliczne, pogubione omegi można było znaleźć i wziąć z ulicy, mieć zupełnie darmo... Ale w nim było coś więcej, niż w przeciętnej omedze: potulnej, uległej owcy, żyjącej wśród wilków w wiecznym lęku i upokorzeniu.

Bella widziała w nim kogoś podobnego do siebie. Omegę zdolną przełamać ograniczenia swojej kasty, rzucić wyzwanie hierarchii i wziąć swój los w swoje ręce. Bała się tylko, że to, co ona postrzegała jako szansę, Dean postrzegał jako wyzwanie. Jak rękawicę, rzuconą mu w twarz - i pragnął tylko jednego: złamać omegę. Złamać go tak, by nigdy się już nie zbuntował. Nigdy nie jęczał, nie marudził i nie właził na głowę. Dean potrafił złamać nie tylko omegę, ale i betę a może też niejednego alfę.

- Smakuje? - spytała łagodnie.

- Pyszne! - wykrzyknął, z ustami pełnymi słodkiego ciasta. - Nie tak pyszne jak te, które robi Ellen, ale bardzo dobre!

- Wiesz co? - Spojrzała na zegarek. - Mam pomysł! Zanim zaczniemy robić forsę, zrobimy się na bóstwa!

- Na kogo?

- Mhm... - Odsunęła krzesło i ponagliła go, żeby wstał, chociaż jeszcze nie dojadł ostatniego naleśnika ze swojej porcji. - Chodź. Księżniczki idą w miasto!

 


 

Kilka następnych godzin Bella postanowiła wrzucić w koszty. Uznała, że zasłużyli. Fryzjer, kosmetyczka, manikiur i pedikiur... Masaż. Aromaterapia. Cas był... oszołomiony. Oszołomiony to mało powiedziane. Miał wprost rozanielony wyraz twarzy, uśmiech nie schodził mu z ust, kiedy przechodził z rąk do rąk i z fotela na fotel tylko po to, by otrzymać kolejną porcję luksusu. Zebrał poza tym solidny bukiet komplementów, jaki to jest śliczny, jaką ma gładką cerę (i znów padło kilka pytań o golenie) i gęste, błyszczące włosy.

- Jestem śliczny? Słyszałaś? Jestem śliczny! - ekscytował się, każąc Belli wysłuchiwać powtarzanych jak echo pochwał i grzeczności pod swoim adresem. - Pani powiedziała, że jestem śliczny... - Rozpływał się w zachwycie. - To coś bardzo miłego, prawda? Bardzo-bardzo miłego?

- To bardzo-bardzo miłe! - Przyznawała, krztusząc się ze śmiechu. - A jak stąd wyjdziemy, to będziesz jeszcze śliczniejszy! Najśliczniejszy na świecie!

- Och! - Cas zamknął oczy i odchylił się na fotelu z wyrazem głębokiego relaksu. - Dziękuję, Bella. Dziękuję.

- Proszę.

- Bella! - Poderwał się nagle. - Zadzwoń do Amy i powiedz, że nic mi nie jest. Zadzwonisz? Nie chcę, żeby się martwiła. Zadzwoń do niej, proszę!

- Już dzwoniłam. - Skłamała gładko. - Kiedy byłeś w łazience. Powiedziałam, że wrócimy wieczorem. Że nic ci nie jest i że niebawem się zobaczycie.

- Dziękuję! - Wychylił się z fotela, sięgnął ku niej i głośno ją pocałował. - Chciałbym, żebyś poznała Amy i szeryf Jody! I Ellen! One są takie kochane! Kocham je! - Wyznał nagle ze wzruszeniem. - Chciałbym, żeby one też mogły tu być! Z nami.

- Kiedyś sobie urządzimy babski wieczór! - Bella zamrugała szybko, czując, że jakiś paproch wpadł jej do oka. - I nakręcimy sobie mnóstwo papilotów i nałożymy kolorowe maseczki, które sprawią, że będziemy śliczne i... i... - Urwała, przełykając ślinę. Cas pokiwał głową.

- To będzie cudowny wieczór, Bella. Nie mogę się doczekać.

 


 

Było wczesne popołudnie. Wypożyczona Toyota Belli mknęła przez górską serpentynę. Cas pozostawał w błogim nastroju post-SPA terapii. Siedział na przednim fotelu, przypięty pasem i nucił piosenki, które leciały w radiu. Bella nie przypuszczała, żeby ktoś kiedyś uczył go tańczyć, ale najwyraźniej czuł rytm i lubił się ruszać, więc kręcił się teraz na siedzeniu, podrygiwał i pstrykał palcami radośnie.

- Clap along if you feel like a room without a roof! - wykrzykiwali oboje na pełne gardło. - Because I’m happy! Clap along if you feel like happiness is the truth! Because I’m happy!

- Happy!

- Happy... - westchnął Cas. - Szczęśliwy. Jestem szczęśliwy, Bella.

- Zaraz ucieszysz się jeszcze bardziej! Mam dla ciebie niespodziankę... - Bella zjechała na mały parking, graniczący z lasem. - Chodź! No, wysiadaj...

- Już dojechaliśmy? - Cas zastrzygł uszami, ale dźwięki były nadal obce, inne niż w Pinewood. - Jody? Jest tu Jody? I Amy?

- Uhm. Nie. Cas, powiedziałeś mi, że Dean ukradł cię rodzinie... - Bella otworzyła drzwi od jego strony i pomogła mu wysiąść. - Pomyślałam, że chciałbyś się z nimi zobaczyć zanim odwiozę cię... do... - zająknęła się, widząc, jak Cas wraca do wozu i usiłuje zatrzasnąć się w środku. - Cas! Co się...

- Wracajmy! Bella, oni... - wykrzyknął w panice, szarpiąc klamkę. - Wracajmy! WRACAJMY!

Bella obróciła się na pięcie i popatrzyła na kilku mężczyzn zbliżających się szybko. Za późno.

Za późno.

Przez głowę przeleciały jej wszystkie słowa Deana. No i jeszcze jest ta druga wataha. Jego stara rodzina. Która może chcieć położyć na nim łapę. A do tego nie mogę dopuścić pod żadnym warunkiem. Oni nie mogą dostać mojego omegi.

Pod żadnym warunkiem.

Wtedy myślała, że Dean jest po prostu zazdrosny. Zaborczy. I kiedy Cas powiedział, że Dean go ukradł...

Z a  p ó ź n o.

- Przepraszam, Cas, chciałam... rodzina... - wyszeptała, rozumiejąc, że ten błąd będzie kosztował ją wszystko. - Przepraszam.

Cas zaczął łkać ze strachu, czując zbliżającą się woń Zachariasza.

- Bella! Jedźmy! Jedźmy... - błagał, zanim nagły trzask go ogłuszył. Podniósł ręce do uszu, kręcąc głową. - Jedźmy! Bella! Jedźmy...

- Ona już nigdzie nie pojedzie. - Zachariasz sięgnął w głąb samochodu i wywlókł omegę na asfalt. Cas potknął się o coś i upadł. Oparł ręką o coś miękkiego i... wrzasnął, odskakując.

- Bella! BELLA!

Siarczyste uderzenie w policzek prawie skręciło mu kark.

- Zamknij się! - syknął Zachariasz. - Ani piśnij.

 

 

 

Chapter Text

- Ellen! - Dean zatrzymał ją w korytarzu. - Nie zachowuj się tak...

- Jak? - spytała uprzedzająco grzecznie. Dean wyjął jej z rąk tacę i odstawił na stolik.

- Tak! - Rozłożył ramiona. - Jak gosposia. Jakbyś tu pracowała, a nie była częścią rodziny! - warknął z frustracją. - Już się nie lubimy? Ellen?

- Gdzie on jest? - Zaplotła ramiona i popatrzyła mu w oczy. - Cas, gdzie go ukryłeś?

- Ellen! - Podniósł palec ostrzegawczo. - Mówiliśmy o tym! Nie wiem, gdzie. Nie mam pojęcia, gdzie go zgubiły te dwie idiotki! Gdyby został w domu, nie spotkałoby go nic złego, ale zachciało mu się wolności, to ma! - Podniósł głos. Zreflektował się. - Przepraszam, Ellen... - westchnął. - Nie chcę, żeby tak było... między nami. Żebyś się na mnie nie dąsała.

- Jeśli nie ty, to kto? - Przetarła czerwone z niewyspania oczy. - Cholera!, Dean, wolałabym już chyba, żebyś to ty... żebym przynajmniej miała go pod dachem... - Nagle, zupełnie niespodziewanie dla samej siebie zaczęła płakać. - A jak to ten cały Uriel? Czy ten drugi? Co oni z nim zrobią? - wymamrotała prosto w jego koszulę, kiedy ją zagarnął w objęcia i zakołysał uspokajająco.

- Nic mu nie zrobią. To nadal ich rodzina, jest ich bratem, kuzynem... Nic mu nie zrobią. No już, przestań... Nie płacz, bo jak Bobby nas tu złapie, tp mi kark przetrąci! - Zażartował, żeby trochę ją rozchmurzyć, trochę odciągnąć ją od przykrych myśli. - Hm? - Odsunął ją nieco i zajrzał w twarz. - Ellen, nie martw się na zapas. Nie martw się...

- Oznaczyłeś go - zauważyła cicho, ale twardo. - Jest twój. Powinieneś się o niego zatroszczyć. Jest twój i masz wobec niego obowiązki.

- Odszedł sam. Zerwał posłuszeństwo. - Dean puścił ją zupełnie, cofnął o krok, jakby przypomniała mu o czymś, do czego nie chciał wracać.

- Może jakbyś nie sprowadzał tu sobie miastowych dziwek, to by nie musiał odchodzić! - Wybuchnęła wściekle, wyrzucając z siebie całą żółć, zalegającą od dawna na wątrobie. - Może jakbyś lepiej go traktował?! Szanował! Może by został? Hę? Jakbyś go dla odmiany nie tłukł i nie dręczył? Nie męczył po nocach! Myślisz, że nie wiem, co z nim wyprawiałeś przez całą tę drogę przez las? Czemu chciał uciec od ciebie tyle razy? Umrzeć? Stałam z boku, na Pierwszego Wilka, stałam i milczałam, bo myślałam, że wreszcie dojdziesz do rozumu! Ale chłopcze, dość tego! Wyrwałeś go z korzeniami, może nie miał najlepszej rodziny, ale jakąś miał, a ty wyrwałeś go, zabrałeś w obce miejsce i zmusiłeś, żeby tańczył jak mu zagrasz. I jeszcze ta zdzira, którą sobie tu sprowadziłeś, jakby wszystkiego było mało! Kto by to zdzierżył? Co? Omega nie omega, też ma uczucia! Chyba zupełnie o tym zapomniałeś! Że on też ma uczucia! I że nie jest zabawką, którą sobie możesz brać albo odkładać na później. Nie jest rzeczą. - Dokończyła z mocą.

Dean zamrugał, nie wiedząc jak zareagować na ten akt... jawnej, jaskrawej bezczelności. Kto jak kto, ale Ellen zawsze odnosiła się do niego z szacunkiem, należnym alfie. Głowie rodziny. Była przykładem dla innych. Sama ciesząca się wielkim respektem w rodzinie, traktowana jak matka, do której przychodzi się wypłakać z problemów, po radę w kłopotach i podzielić radościami, nagle obróciła się przeciwko niemu i zasypała wyrzutami i pretensjami.

- On... On... Nie wiedział, że Lisa ma przyjechać.. Nie... - Zaczął się tłumaczyć. - Nie wiedział o Lisie...

- Może wiedział? Może coś usłyszał? - Ellen zaplotła ręce na piersiach, spoglądając wojowniczo, ze zmarszczonym gniewnie czołem. - Jak to sobie w ogóle wyobrażałeś? Że będziesz mieszkał z Lisą, a jego brał sobie raz na jakiś czas, kiedy najdzie cię ochota?

- Nie twoja sprawa! - Oprzytomniał, zdając sobie sprawę, że nie musi się przed nią tłumaczyć. Przed nikim. - Ani słowa więcej, Ellen. Ani słowa! - Wycedził przez zęby tak zaciśnięte, że aż chodziły  mu szczęki. - Jeśli nie podobają ci się porządki w moim domu...

Ellen otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Alfa właśnie zagroził jej wyrzuceniem z rodziny. Z watahy. Westchnęła z niedowierzaniem a potem zabrała tacę i odeszła, kręcąc głową.

Dean uderzył pięścią w ścianę.

Odetchnął, starając się opanować, schłodzić gniew. Uspokoić. Czemu wszystko się tak skomplikowało? Czemu ten cholerny omega jest przyczyną tylu kłopotów?! Gdyby teraz go dorwał, to by tak go sprał, że tyłek miałby siny następny miesiąc. Smycz byłaby w ciągłym użyciu, nawet na chwilę by go nie odpiął. I żadnych kontaktów z obcymi. Gdyby wtedy nie wezwał do niego Amy, w dobrej wierze, z troski!, o brak której właśnie oskarżyła go Ellen tak niesprawiedliwie... Gdyby Amy go nie podburzyła i nie zabrała ze sobą... Dziś omega siedziałby szczęśliwy na werandzie, objedzony smakołykami i senny po nocy pełnej...

Dean warknął i jęknął jednocześnie, kiedy zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz. Bella! Wreszcie. Przynajmniej ona robi co się jej każe i oszczędza mu swoich fochów.

- Bel... - Zaczął, ale przerwał, słysząc ostry, samczy głos.

- Belli już nie ma.

- Kto mówi? - Poczuł, jak podnosi mu się ciśnienie. Prawie stracił wzrok na ułamek sekundy. Osunął się na ścianę.

- Wykiwałeś mnie z tym złotem, na skale.

- Zachariasz.

- Mam tę twoją ślepą kurewkę. - Ktoś pisnął w oddali, krzyknął i nagle Dean usłyszał omegę prosto przy uchu, jasno i wyraźnie. Płakał. - Chciałeś ją odzyskać, ale Bella zagrała na dwa fronty. Durna suka, myślała, że spełni dobry uczynek i pomoże zjednoczyć rodzinę... Zgadnij, co, Winchester. - Zachariasz zaśmiał się wrednie.

- Co?

- Złoto. Albo wypatroszę ci tę kurewkę do ostatniego flaka. - Dean usłyszał z oddali szloch, odgłos uderzenia i nagłą ciszę. Oprawka telefonu pękła, tak mocno ją ścisnął w dłoni. - Masz dwadzieścia cztery godziny, a potem zacznę go kroić. Dostaniesz go wtedy. W kawałkach.

- To twój bratanek!

- To nic nie warte kurwiszcze, które do niczego się nie nadaje tylko do zajechania mu tyłka! Wstyd mi, że w naszych żyłach płynie ta sama krew. I nie myśl, że okażę mu odrobinę litości. Litość okazałem tej twojej złodziejce. Dostała kulkę i było po niej. - Zachariasz zdawał się być z siebie bardzo zadowolony. - Złoto, Winchester.

Rozłączył się.

 

 

 

Chapter Text

- Ash! Ash! - Dean tylko się rozłączył z Zachariaszem i natychmiast popędził na werandę, by pociągnąć za sznurek alarmowego dzwonka. - Jazda tu!

Wrócił do domu i jednym ruchem ramienia zgarnął wszystko ze stołu w jadalni, jednocześnie wybierając numer Sama.

- Rozstaw ludzi. Zachariasz - rzucił krótko. Bobby i Ash zjawili się domu prawie jednocześnie i alfa pokazał palcem najpierw na jednego a potem na drugiego. - Mamy gości, goście mają omegę. Masz numer telefonu, znajdź go.

- Bella? - spytał Bobby.

- Zdjęta. - Dean rzucił mu ponure spojrzenie. - Ash, kurwa, ile można odpalać komputer?!

- Aktualizacje... - mruknął Ash, rozstawiając sprzęt na stole. Podpiął kable i zaczął stukać w klawisze, których połowy brakowało i zostały same zaczepy i gumki spod spodu. Dean przewrócił oczami, ale Ash znał się lepiej i skoro uważał, że tak jest okay, to było okay.

- Ellen, kawa! Termos! Czekolada, suszone mięso, koce termiczne i apteczka - zaordynował alfa i Ellen bez szemrania zaczęła pakować mały plecak. - Bobby zostajesz, zabieram Sama, Gartha i Jo.

- Jo? - Wilczy słuch Ellen wywabił ją z kuchni z rękami pełnymi opakowań.

- Jo! - Potwierdził stanowczo Bobby, machając ręką, żeby się pospieszyła. - Tylko was czworo? Wystarczy?

- Musisz mieć kim obronić dom w razie czego. - Dean ostrożnie załadował broń srebrem, nie dotykając naboi. Odbezpieczył, zabezpieczył i schował do kabury. - Wszyscy będziemy na twojej głowie. - Spojrzał mu w oczy z niemym pytaniem. Bobby tylko skinął.

Dean musiał to zrobić. Musiał ich zostawić i iść po omegę. Musiał stanąć do bezpośredniej konfrontacji z Zachariaszem, zanim Zachariasz zejdzie w dolinę i wystrzela ich wszystkich jak psy. Bobby zostanie i będzie mieć oko na wszystko. W razie czego będzie ostatnią linią obrony, a jeśli wszystko pójdzie źle, postara się wyprowadzić tych, którzy ocaleją ukrytą ścieżką w góry. Mieli wszystko przećwiczone w kilku wariantach, ale ostatecznie życie i wrogowie nigdy nie grają fair i nie trzymają się naszych planów, czyż nie?

Dzwonek ściągnął wszystkich z okolicy i Dean wygłosił do nich dwa zdania dla kurażu, jednocześnie przypominając, że teraz w domu alfą jest Bobby. To było niekonieczne - Bobby miał tyle autorytetu, że i tak wszyscy bez zbędnych dyskusji wykonywali jego prośby i polecenia, nawet jeśli dotyczyły przyniesienia piwa czy przełączenia na inny program (przypadkiem zwykle było to reality show z Tori Spelling).

Dean musiał załatwić jeszcze jedną sprawę. Poszedł do sypialni. Stanął koło łóżka, na którym Lisa rozłożyła jakieś swoje modowe gazety i fatałaszki, laptop i pudełko kandyzowanych wiśni w czekoladzie, które kazała sprowadzić specjalnie do sklepu Meg a stamtąd odebrać Ellen podczas cotygodniowych zakupów.

- Zbierz wszystkich swoich i zostań w domu. Mamy tu mały kryzys, ale wszystko jest pod kontrolą. - Dean popatrzył na nią z wysoka i dodał - kiedy wrócę... porozmawiamy. Musimy pomówić o naszej umowie.

- O tej, którą łamiesz od prawie miesiąca? - dopytała kwaśno, nie zaszczycając go spojrzeniem. Sięgnęła po kolejną czekoladkę, poły jedwabnego peniuaru rozchyliły się, pokazując rowek między pełnymi piersiami i opalony brzuch, aż do linii koronkowych fig. Czerwonych. Dean odwrócił wzrok.

- Właśnie tej. - Potwierdził i wyszedł.

Ellen miała trochę racji, przyznał w myślach. Skąd właściwie przyszło mu do głowy, by instalować sobie w łóżku kogoś takiego jak Lisa? Była ładna i seksowna, na swój agresywny, przerysowany sposób, w tych koronkach i szpilkach i pończochach z podwiązkami i kokardkami, jak z jakiejś burleski. Poza kilkoma pierwszymi nocami, kiedy trochę się wcześniej upijał, nie zbliżyli się więcej. Nie tak, by móc liczyć na szczeniaczki. To właśnie tę umowę łamał. Nie ma seksu, nie ma szczeniaczków. Nie ma małżeństwa i nie ma pieniędzy. Lisa wiedziała, że kluczem do złota Winchesterów jest jej macica, a ona nadal była pusta. I im dłużej to trwało tym jej szanse malały. Musiała to wiedzieć, czuć.

Dean pragnął dzieci. To w nim siedziało od dawna, tęsknota, której najpierw nie potrafił nazwać a potem nie chciał się przyznać, sam przed sobą. To było naturalne pragnienie, instynktowne - zdrowy, silny alfa zwykle chce mieć rodzinę. Chce coś po sobie zostawić. Rozsiać swoje geny i widzieć, jak jego wataha się powiększa. Nie tylko o tych, którzy dołączają, bo chcą, ale też o tych, którzy się pojawią, bo... Dean przełknął ślinę. Bo się pojawiają, i już.

Z miłości.

Z tego, że się z kimś zasypia, i budzi rano, i... ten ktoś jest taki zupełnie twój. Całkowicie. I sobie nie wyobrażasz, że mogłoby go nie być i chcesz go zachłannie więcej i więcej, każdego dnia... Mieć więcej. Posiadać więcej. I to więcej to właśnie to, co możecie zrobić razem, co jest jednocześnie tobą i tym kimś.

Tym kimś nie była Lisa. Jej brązowe oczy nie chwytały go za serce, nie sprawiały, że przestawało bić na ułamek sekundy. Że przeskakiwało o jedno uderzenie, jakby świat na chwilę się zatrzymywał i ruszał do przodu w błękitnej mgiełce. Kiedy Dean z rzadka pozwalał sobie na odrobinę wstydliwych, babskich marzeń, zwykle późnym wieczorem, gdzieś po czwartej szklaneczce whisky, w zupełnej ciszy, kiedy wszyscy już spali, to wyobrażał sobie takiego małego dzieciaczka, szczeniaczka, który plącze się gdzieś pod nogami, piszcząc i bałaganiąc i domagając się uwagi, i niczego nie był tak pewien, jak tego, że nie powinien mieć brązowych oczu.

Niebieskie. To jest dobry kolor dla małych szczeniaczków. Najodpowiedniejszy. Najbardziej... naturalny. Jedyny, który naprawdę przychodził mu do głowy. W tych babskich chwilach. No, bo chyba wszystkie szczeniaczki mają niebieskie oczy...? Dean nie był ekspertem w tych sprawach. Nie miał zbyt wiele do czynienia ze szczeniaczkami. Jeszcze kilka lat temu w ogóle nie zwracał na nie uwagi. Jedynym szczeniaczkiem, z którym tak realnie się w życiu zetknął, był Sammy. A to było wieki temu. Szczeniaczki widywał czasem w innych watahach, no i wśród ludzi, ale nie zaprzątał sobie nimi głowy. Ale kiedy znalazł to miejsce... W dolinie. Taki piękny zakątek, idealny by tu osiąść, wreszcie, po tych wszystkich latach tułaczki, kiedy obaj z Sammym mieli tylko siebie... Kiedy wyremontowali dom i zaczął budować własną rodzinę... Własną watahę... Kiedy pojawiali się coraz to nowi jej członkowie... Zaczął się zastanawiać. Zaczął pragnąć.

Taki malutki szczeniaczek to musiałoby być coś. Taki malutki. Jego własny. Jego. Westchnął. I czuł się trochę winny wobec Lisy. Naprawdę winny. Czuł, jakby zawiódł. Nie tylko ją, siebie też. Wszystkich. Ellen i Bobby i reszta wiedzieli, po co ją tu sprowadził. Miała rację. Minął miesiąc i nic się nie wydarzyło. Nie potrafił się zmobilizować nawet do tego, by ją przywłaszczyć. By ją ugryźć, chociaż raz. Raz. Wiedział po co. Nie był głupi. Znał się trochę na tych babsko-męskich sprawach. Czytał. Zresztą, to sam instynkt podpowiadał, prowadził: ugryzienie w kark jak pierwsza kostka domina: pobudza układ hormonalny, by mogło dojść do gorączki. Nieprzepartej chęci krycia i bycia krytym. Namiętności, która oślepia i ogłusza. By natura mogła zadziałać, zrobić to, co trzeba. Przeprowadzić ich przez to i pociągnąć, jak muzyka ciągnie do tańca. Jak rytm, który sprawia, że nogi same chodzą. Ta pierwsza kostka domina uderza w kolejną a kolejna w następną: krycie, estrus, owulacja, zapłodnienie. Bez ugryzienia to tylko seks. Tylko kilka ruchów biodrami, by dać ujście napięciu i znaleźć chwilową ulgę. Bez ugryzienia to tylko zabawa młodych wilków, którzy nie mają jeszcze niczego: ani domu, ani bezpiecznej ostoi, ani tego kogoś. Którzy nie mają niczego, tylko czas. Mnóstwo czasu przed sobą, by szukać, by przebierać, grymasić. Zdobywać.

Dean czuł, w głębi serca, że on już nie musi. Że ma już wszystko. Wszystkie puzzle na stole, cały obrazek ułożony. Prawie. Poza jednym puzzlem, który się gdzieś zgubił, zapodział. I teraz zieje po nim wyrwa, miejsce, którego nie sposób ominąć wzrokiem, w samym cholernym centrum! Puste, bolące miejsce, jak po wyrwaniu zęba.

- Ugryź mnie! Ugryź mnie wreszcie, sukinsynu! - wołała Lisa, usiłując go sprowokować na wszelkie sposoby. Podniecić. Wulgarną, jaskrawą szminką i szpicrutą. Niebotycznie wysokimi szpilkami z czerwoną podeszwą. Koronkowymi koszulkami nie zakrywającymi niczego. Gorsetami, obszytymi tasiemkami i jedwabnymi różyczkami. Sprośnymi opowieściami, co mu zrobi i co on może zrobić jej. Udawaną uległością, kiedy klękała z wypiętym tyłkiem, cichutko skomląc jak suka w rui, by pokazać mu, że on tu jest alfą, to on tu rządzi. I jeśli chce ugryźć, niech gryzie. Niech gryzie... I nie ma w tym żadnej filozofii, nic naprawdę trudnego.

Przecież omegę gryzł w kark tyle razy. Zawsze. Jego kark był kolorowy jak tęcza od starzejących się i świeżych siniaków, z czerwonymi wybroczynami i drobnymi ukłuciami czubków kłów. Nawet jeśli bardzo chciał uniknąć sprawiania mu bólu, nie potrafił się powstrzymać i w końcu kończyło się na tym, że przynajmniej podszczypywał skórę, zostawiając kolejną, maleńką pieczęć. To było silniejsze od niego. Więc czemu nie z Lisą? Nie rozumiał. Powinien jej to robić każdej nocy, każdego dnia, wiele razy, żeby mieć pewność, żeby móc wypełnić umowę. Żeby zrobić szczeniaczka. Co z niego za alfa, jeśli nie potrafi zrobić szczeniaczka?! Czy to takie trudne, zrobić takie malutkie, tłuściutkie, bezzębne coś z niebieskimi oczami?

Koniecznie niebieskimi.

Wielkimi, niebieskimi oczami.

 


 

- Mam ją! - wrzasnął Ash, wysyłając koordynaty esemsem. Dean klepnął go w ramię.

- Śledź i informuj! - Zabrał mały plecak z rąk Ellen i wyskoczył na werandę a potem na podjazd do terenówki. Sammy, Garth i Jo już czekali, gotowi i spakowani. Dean wybrał numer szeryf Mills.

- Odezwał się porywacz, ma om... Casa. Nie, do diabła! To nie ja! Wyśledziliśmy logowanie jego komórki, prześlę lokalizację. To trzy godziny stąd, w górach, na północ od ziemi Shurleya. Niech pani zabierze Franka... Do jasnej cholery! Niech pani posłucha!... To Zachariasz... Tak, ten znad rzeki. Ma Casa i zamierza go zabić, czy dam mu okup, czy nie... Złoto. Chce złota. Nieważne, jakiego... Pani szeryf, niech się pani skupi! Ma chłopaka i go zabije, bez względu na to, czy dostanie złoto czy nie. Tak, jestem pewny. Nie prosiłbym pani i Franka o pomoc, gdybym nie był.

Dean wreszcie usłyszał, że Jody zaraz rusza i że Frank już powiadomiony. Odetchnął z ulgą i skręcił na drogę z rancza w góry. Dom i reszta rodziny są teraz w rękach Bobby'ego i Rufusa. Ufał im i wiedział, że nie musi się teraz tym martwić.

Teraz musiał skoncentrować się na Zachariaszu.

 

 

 

 

Chapter Text

Bella nie żyje. Zachariasz wrócił. Zabił ją. Śpiewali Happy w samochodzie i śmiali się na cały głos, beztrosko. Klaskali. A pięć minut później Bella leżała na ziemi, nieżywa. Zachariasz ją zabił. Albo któryś z jego zbirów. To nie są moi bracia, moi kuzyni. To nie jest moja rodzina, pomyślał Cas, trzymając się za policzek. Zachariasz wywlókł go z auta siłą, prawie wyrwał mu bark. I uderzył go w twarz tak mocno, że pękła warga. Krwawił. I tak miał mnóstwo szczęścia, że dostał otwartą dłonią, bo pięść Zachariasza mogła mu zmiażdżyć szczęki.

Nie płakał już. Jeden z tych bandytów, z którymi się wychował, pędził go teraz przed siebie i nie było czasu na rozpacz i żale. Cas skupił się tak, jak nigdy przedtem. Zacisnął powieki i pochylił głowę, całkowicie skoncentrowany na jednym. Na tym, co mógł zrobić w tej sytuacji. Na rzeczy, którą robił naprawdę dobrze: liczył kroki i robił mentalną mapę ze wszystkiego, co wyczuł, co usłyszał, co do niego docierało pozostałymi zmysłami, prócz oczu.

Wiedział, że Zachariasz zamierza go zabić. Zadzwonił przy nim do Deana, zażądał złota, ale Cas wiedział, że nawet jeśli dostałby złoto, to i tak go zabije. Zachariasz go nienawidził i gardził nim. Nie puści go wolno. Nawet jeśliby dostał całe złoto Winchesterów. A Cas nie sądził, żeby Winchester kiwnął palcem, żeby go uratować. Nie po tym, jak Cas odszedł z watahy. Wypowiedział posłuszeństwo. Cas już nie należał do Winchestera i nie był już pod jego opieką. Mógł teraz liczyć tylko na siebie.

Musiał uciec, o ile nadarzy się okazja. Musiał być skupiony, czujny i gotów zaryzykować, bo i tak czeka go śmierć.

Bał się, oczywiście. Był przerażony. Ale nie miał innego wyjścia. Musiał zadbać o siebie i może trafi się okazja, a może nie. Może wcale nie uda mu się wymknąć. Może zabiją go za chwilę, albo za kwadrans, albo za kilka godzin, po tym jak już go pobiją i zgwałcą i poniżą na różne okrutne sposoby - dla samej zabawy i dlatego, że mogą, że nikt im nie przeszkodzi. Bo kto mógłby? Jody tu nie ma i nie zjawi się, bo skąd by wiedziała? Zachariasz do niej nie zadzwonił. Jody nie miała nic, co mogłoby go zainteresować. Jedyna osoba, która mogłaby go znaleźć to Dean.

A Dean nie kiwnie palcem.

Cas nie miał żalu. Ani nadziei. Nie mógł mieć. Nie powinien. Sam odszedł. To była jego decyzja, jego wybór. Dean powiedział wyraźnie: jak odejdziesz, nie będziesz już mógł wrócić. I to było okay. To było fair. Cas wybrał. A to oznaczało, że godził się na konsekwencje. Coś za coś. Poza tym, czemu Dean miałby oddawać swoje złoto za nieswojego omegę? Powinien myśleć o swojej watasze. Powinien dbać o swoją rodzinę, nie o obcych. Cas był obcy.

Obcy.

Dlatego oblizał krew z puchnącej wargi i stłumił szloch, wyrywający się z gardła. Liczył te cholerne kroki i wyobrażał sobie każdy z nich wewnątrz swojego umysłu. Starał się zapamiętać każdy kamień, o który się potknął, każdy powiew przynoszący bukiet woni: sosen, ropy, nagrzanej karoserii, mchów i chłodnej wilgoci, gdy weszli do jaskiń. Starał się zapamiętać, czy szli pod górę, czy w dół, czy prowadzący go wilk coś mówił, czy sapał ze zmęczenia, czy szedł prosto, czy kluczył, wymijając jakieś przeszkody... Wszystko, cokolwiek mogło się przydać.

Jeden z bandytów założył mu smycz. Związał nogi i ręce i rzucił na ziemię, pod skalną ścianę.

- Leż! - warknął ostro i żeby omega lepiej zrozumiał, kopnął go w biodro. Omega zwinął się z jękiem. - Ani piśnij, bo ci utnę język!

- Język to może mu się jeszcze przyda... - Zauważył lubieżnie drugi z bandytów. Cas nie mógł uwierzyć, że kiedyś należeli do tej samej watahy. Że byli rodziną. - Obetniemy ci stopy. Albo uszy. Nie zdechniesz od razu, nie tak szybko. Zdążymy się z tobą zabawić lepiej, niż ten Winchester wtedy w lesie. Pamiętasz, jak ci wsadzał pierwszy raz, a ty piszczałeś? - Bandyta kucnął przy Casie i pochylił się, ziejąc na niego cuchnącym, psim oddechem. - Słyszeliśmy was. Słyszeliśmy ciebie, jak piszczysz i jęczysz, kiedy cię rozdziewiczał. Bolało, co? Myślałeś, że dostaniesz kilka całusów na rozgrzewkę a po wszystkim się poprzytulacie? - Dokuczał, przywołując koszmarne wspomnienia. Cas odwrócił twarz i zacisnął szczęki. - Czemu miałby to robić? Jesteś omegą. Wszystkie omegi to dziwki. Darmowe kurewki, które dają na prawo i lewo, kiedy dopadnie je gorączka. Rozkładają nogi i wypinają tyłek przed każdym kutasem w zasięgu wzroku. Och! - Roześmiał się nagle. - Ty nie masz wzroku! Nie widzisz kutasa! Musisz go poczuć! - Nagle sięgnął ręką między nogi omegi, rozpychając mu uda gwałtownym, brutalnym uderzeniem. - Poczujesz! Nie martw się. Poczujesz i to jak! Niedługo... - wyszeptał prosto do ucha Casa i przejechał mokrym jęzorem po jego policzku.

Cas ledwie utrzymał zawartość żołądka.

- Zostaw go! - Usłyszał kroki i głos Zachariasza rozbrzmiał echem w jaskini. - Potem go dostaniecie i będzie mogli zrobić z nim, co podpowie fantazja, ale teraz robota czeka i nie chcę, żeby któryś się obijał, bo go jaja swędzą. Albo wam te jaja własnoręcznie poobcinam, zrozumiano?

- Jasne. Jasne! - Potwierdzili gorliwie, odchodząc i zostawiając omegę, skulonego, związanego i bez żadnego pomysłu, jak mógłby się wydostać z tego beznadziejnego położenia.

- Uriel miał udar. Jest w połowie sparaliżowany. - Zachariasz stanął nad Casem. - Teraz ja jestem alfą. Teraz ja dbam o rodzinę. I nie pozwolę ci nic więcej zepsuć. Nic już więcej nie zepsujesz, ty obmierzły potworku. Powinniśmy cię byli utopić kiedy oślepłeś. Tak się robi z wybrakowanymi, niepotrzebnymi szczeniętami. Pakuje się je do worka i wrzuca do szamba, żeby nie obciążały rodziny. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Odpowiesz za śmierć Phehiljaha. Za udar Uriela. Za ucieczkę Gabriela... Och, pewnie już wiesz, że wcale nie zginął nad rzeką? Nie znaleźliśmy ciała, a ślad prowadził w las. Uciekł. Od dawna ostrzegałem Uriela, że nie można ufać temu kłamliwemu błaznowi. Nie tylko on uciekł. Anna zabrała kilka osób i też odeszła. - Zachariasz zrobił pauzę, jakby dokonywał jakiegoś podsumowania. - I dobrze. Oczyściliśmy rodzinę z miernot, buntowników i śmieci. Jesteśmy mniej liczni, ale nie słabsi. Przekonasz się o tym. Ty i ten twój Winchester.

- Nie mój - wyszeptał Cas.

- Co? Co tam bełkoczesz? - Zachariasz pochylił się. - Ty żałosny kundlu?

- Nie mój! - Cas nagle podniósł głowę, a adrenalina płynąca w żyłach dodała mu straceńczej odwagi. Bezczelności. - To nie jest mój Winchester! Już nie jestem w jego watasze. Odszedłem. On już nie jest moim alfą. Nie da ci żadnego złota. Odszedłem i on nie zapłaci ci za mnie ani grosza!

Cas żałował, że nie mógł zobaczyć miny Zachariasza.

- Możesz mnie zabić od razu, bo nie zobaczysz ani jednej łuski ze smoczego skarbu - powiedział z chłodną satysfakcją. Był już martwy. Pogodził się z tym. Zabiją go, ale przynajmniej przed śmiercią wygarnie Zachariaszowi. - Wykiwał cię w górach. Dwa razy. I teraz trzeci. Cokolwiek ci powiedział, nie da złota. Wiesz? Nie da złota. Już nie jest moim alfą i nic go nie obchodzę. - Ostatnie słowa przesylabizował powoli i dobitnie, żeby nic Zachariaszowi nie umknęło. - Ma Lisę i nie zapłaci ci za mnie ani grosza.

Zapadła cisza i omega czekał. Wstrzymał oddech i czekał. Ale Zachariasz nie zaczął się złościć. Nie jęknął z zawodem. Nie okazał zaskoczenia, ani rozczarowania. Nic nie powiedział. Nie uderzył omegi, na co Cas był przygotowany. Na całą wściekłość, która miała się wylać z Zachariasza, kiedy usłyszy prawdę i zda sobie sprawę, że jego sprytny plan rozsypał się, jak domek z kart. Cas czekał. Czekał, aż Zachariasz zrozumie, jak płonne były jego nadzieje. Jak błędne założenia. Dean nie da mu złota. Omega już nic go nie obchodzi. Zachariasz musi obejść się smakiem, bo nic nie dostanie. I dobrze mu tak!

Cas czekał. Czekał, co zrobi Zachariasz. A on odwrócił się na pięcie i poszedł. Echo poniosło dźwięk jego podeszew na skale.

Cas położył się i w ciszy - rozproszonej tylko niewyraźnym szmerem dobiegającym z głębi skalnych korytarzy i jednostajnym kapaniem wody - zaczął się modlić do Pierwszego Wilka. Nie o to, żeby nagle sprawił cud i go uratował. Nie śmiał zawracać Pierwszemu Wilkowi głowy takimi drobnostkami, jak głupi ślepy omega. Chciał tylko, żeby Pierwszy Wilk wiedział, że omega nie ma żalu. Że się nie sprzeciwia. Że jest gotów.

Pod powiekami zobaczył tabun, pędzący w kurzu, wzbijanym dziesiątkami kopyt. Usłyszał konie. Czuł je. Czuł ich woń. I ją. Klacz. Zatrzymała się i patrzyła na niego. Wreszcie zrozumiał, że ona zawsze na niego czekała. Czekała, żeby go zabrać ze sobą, tam, gdzie nie ma alf, ani omeg. Gdzie nie ma bicia. Gwałtu. Przemocy. Krwi wsiąkającej w piach. Gdzie nie ma kłamstw, zwodniczych obietnic, fałszywych czułości, pogardy, gorzko smakującej wolności i złamanych serc, które tak bardzo bolą, kiedy się chce być kochanym i kocha się bez wzajemności...

Martwa klacz z jego wspomnień i snów była jedyną wierną towarzyszką. Jedynym prawdziwym przyjacielem i jedyną watahą, jaką miał.

I przyszła zabrać go ze sobą, a on był gotów. Wreszcie.

 

 

 

 

 

Chapter Text

INNE MAŁE OPKO czyli Wielka Ucieczka. Do poczytania. Tylko kilka rozdziałów. To była moja taka wprawka do opowiadania Oczy. Próbka taka. I w dodatku mpreg :) Bo co, ja nie napiszę (tfu!...) Mprega? Ja nie napiszę? A właśnie, że napiszę! ☺ Poczytajcie sobie, jak chcecie - taki mały bonus ode mnie, bo ja muszę odsapnąć kilka dni :) więc, żebyście się nie nudzili....

Oświadczenie nr 1:

To nie znaczy, że w Oczach będzie mpreg.

 

Oświadczenie nr 2:

To nie jest dopracowane i znajdziecie tam część rzeczy, które później wykorzystałam w Oczach, więc się nie zdziwcie - wprawka to wprawka... :)

 

W skrócie zarys akcji a raczej wstęp:

Bardzo alfa Dean i omega o bardzo niebieskich oczach i z genem rebelii czyli poskromienie omegi, albo co się gorzko zaczyna to się słodko kończy. Akcja się zaczyna jak omega Cas trafił do Winchestera i próbował uciec - parę raz, ale jednak głód go przygnał z powrotem do watahy i teraz się namyśla, co zrobić dalej. "Omega okazał się młody. Za młody, jak na gust Bobby’ego. Siedem lat jednak robiło różnicę. I głupi. Jak to ledwie wyrosły szczeniak. Drobny. Jak ludzki nastolatek. Było w nim coś... Najsłabszy z miotu, powiedzieli. Zawsze sprawiał kłopoty. Potrzebuje silnej ręki. Oddali go bez jednego cieplejszego słowa. Bez pożegnania. A Winchester - okazało się - miał ciężką rękę..."

 

I jak zwykle śmiało zostawiajcie komentarze, nawet jak tego unikacie zwykle i nie piszecie - bo ja uwielbiam czytać Wasze posty! One dają mi napęd, żeby wstawiać kolejne rozdziały :) :) :) :)

Pozdrawiam

 

p.s. kolejny rozdział "Oczu" obiecuję za kilka dni. Jeszcze w tym tygodniu, ale raczej pod koniec...

 

 

Chapter Text

Plan Winchestera był prosty jak linijka: Jody i Frank idą od frontu z ogniem i pieśnią na ustach, robiąc tyle hałasu i zamieszania, ile się da a przy okazji kładąc tyle wilków srebrem, ile zdołają, podczas gdy on wchodzi po cichu tyłem, zabiera omegę, Jo wyprowadza go w bezpieczne miejsce, a Dean, Sammy i Garth wykańczają resztę jeden po drugim, aż do ostatniego, zapchlonego ogona. Proste? Proste i eleganckie jak wzór Einsteina. Ale życie nigdy nie jest takie łatwe, a wrogowie nie trzymają się zwykle naszych planów.

- Ty przeklęty łgarzu! Gdzie on jest?! - wrzasnęła Jody do słuchawki, aż Dean musiał odsunąć telefon. Gestem zatrzymał swoich. Przycupnęli pod pniami drzew, rozglądając się i węsząc ostrożnie.

- Przesłałem...

- Nikogo tu nie ma - odezwał się Frank, najwyraźniej odebrawszy jej telefon. - Zabiję cię, sierściuchu. Zabiję was wszystkich! - Uzupełnił groźnie, zimno i rozłączył się.

Dean dokonał szybkiej kalkulacji i pokazał na Sama.

- Przejmij. Dzwoń do Asha i zapytaj, gdzie kurwa są wszyscy, niech jeszcze raz poda koordynaty. Idę zobaczyć co z Jody i Frankiem.

Sam skinął poważnie głową i zaczął wydzwaniać a Dean pomknął w górę, między drzewami i skałami.

Kiedy wyszedł na parking zobaczył wiśniową Toyotę z otwartymi drzwiami. W nozdrza uderzyła woń śmierci, Belli i omegi. I tej drugiej, obcej watahy. Byli tu. Wzięli chłopaka. Zabrali martwe ciało wilczycy. Szczęknął zamek i Dean spojrzał na Franka, celującego do niego zza maski swojego łazika. Podniósł ramiona gestem jeńca i zrobił jeszcze dwa kroki, zwracając się do Jody.

- Mam na dole dwadzieścia osób, o których bezpieczeństwo muszę zadbać, a ze mną jeszcze trzy. Nie mówiąc o Casie, po którego przyszliśmy - powiedział spokojnie.

- Wciągasz nas w pułapkę? Chcesz się zabawić, Winchester? Mało ci dotychczasowych awantur? - warknął Frank. - Oddaj chłopca i spierdalaj. Nie tylko stąd. Z miasteczka, z tartaku, z doliny! Nie trzeba nam tu pogańskich bestii! Wystarczą nam turyści i poborcy podatkowi.

Dean przewrócił oczami i spojrzał na Jody.

- Pani szeryf. Cas... nie przeżyje bez naszej pomocy. Bez mojej pomocy.

- A co ciebie to obchodzi? Tak w ogóle? - Frank nie pozwolił Jody odpowiedzieć. - Odszedł, zostawił cię. Co ci zależy? - spytał podejrzliwie. - Może właśnie ty go zabrałeś? Z zemsty? Co? Żeby dokończyć, co zacząłeś? Co? Widziałem na nim ślady twojego traktowania i słodko u ciebie nie miał. Takiś nagle troskliwy się zrobił?

Dean westchnął, opuścił ręce i oparł dłonie na biodrach.

- Mam ci zrobić teraz wykład o wilczych zwyczajach godowych? - rzucił zniecierpliwiony. Frank złożył się do strzału, ale Jody nagle położyła dłoń na lufie.

- Podałeś nam to miejsce i powiedziałeś, że tu będą. I nikogo nie ma, tylko ten wóz. - Wskazała Toyotę. - Ktoś go tu przywiózł i zabrał. - Uniosła dłoń z cienkim przewodem słuchawek. - Znaleźliśmy to z Frankiem w samochodzie. To jego. Jego? - spytała. Dean zaczął iść w ich stronę, Frank strzelił mu pod nogi ostrzegawczo, ale Jody kazała mu się zamknąć i dać chłopakowi podejść.

Deana dawno nikt nie nazwał chłopakiem i nie mówił innym, czy mogą pozwolić mu podejść czy nie. Podchodził, jeśli chciał, nie prosząc o pozwolenie, ale ci dwoje... Jody zdecydowanie byłaby alfą, gdyby była wilkiem. Uśmiechnął się do niej. Przypominała mu Ellen, na swój sposób: obserwująca, uważna, troskliwa. Twarda. Twardsza niż niejeden facet, niejeden wilk. Zasłużyć na jej zaufanie... Na jej respekt... To by było coś.

Zbliżył się na tyle, żeby wziąć od niej słuchawki i powąchał je. Nie musiał się głęboko zaciągać - zapach omegi był jak neon, jak certyfikat własności oprawiony w ramki i zawieszony na ścianie, podświetlonej reflektorem.

- To jego.

- Na pewno?

- Na sto procent. - Dean rozejrzał się i nagle warknął - PADNIJ!

Frank i Jody byli zawodowcami. Nie trzeba im było nic więcej, by wiedzieli co zrobić. Jak szukać osłony, jak przepełznąć za samochody, jak porozumieć się bez słów. Ale nawet zawodowców dosięgają kule. Zwłaszcza podstępne kule snajperów, ukrytych w górach.

- Jody! - wrzasnął Frank, ale Dean już przy niej był, wyciągnął nóż z pochwy przy pasku i odciął kawał jej koszuli, złożył na czworo i przycisnął do rany. Szczeknął, przywołując swoich z lasu, jednocześnie nakazując Frankowi trzymać przesiąkający krwią opatrunek.

- Wyciągniemy cię stąd, Jody. - Obiecał. - Słyszysz mnie? Jo i Garth zawiozą cię do miasta, do Amy. Nic ci nie będzie, wyciągniemy cię z tego, okay? Trzymaj się, rób co oni każą, leż spokojnie i pozwól mnie i Frankowi uprzątnąć ten bałagan. Okay?

Jody spojrzała na niego, potem na Franka, ścisnęła mu dłoń i powiedziała cicho:

- Zaufaj mu, Frank.

Frank zaczął ze złością mówić coś o sierściuchach, ale Jody ścisnęła jego dłoń mocniej.

- Zaufaj mu. - Odetchnęła z trudem, podniosła brwi, zdziwiona, że ból pojawił się dopiero teraz, dopiero po chwili od trafienia. Skrzywiła się, jęknęła, ale opanowała na tyle, by powiedzieć coś jeszcze, do Deana. - Uratuj go. Sprowadź bezpiecznie... do... domu... - Słowa nadeszły z coraz większym trudem i Jody poczuła się nagle bardzo źle, ale nie odrywała wzroku od twarzy Winchestera, oczekując, że potwierdzi, że ją zapewni.

Garth i Jo wzięli ją między siebie, ale ona nie pozwoliła się ruszyć, przenieść, póki Dean nie skinął.

Frank miał poczucie, że między tymi dwojgiem potoczyła się w ciągu kilku sekund jakaś niema rozmowa, sekretna, bez słów, niedostępna ani dla niego, ani dla ludzi Winchestera, ale najwyraźniej po myśli Jody, bo nagle się rozluźniła, skinęła i nawet uśmiechnęła przez ułamek chwili, nie dłuższy niż uderzenie serca. Potem jednak jej twarz zbladła, ona sama zaklęła jak alfons z portowego burdelu i pozwoliła wsadzić się do dżipa, słaba jak szczenię i przelewająca się przez ręce.

Dean wydał kilka poleceń i korzystając z broni pozostawionej przez Jody wraz z Frankiem przez chwilę osłaniali odjazd jej wozu.

- Mamy kreta. - Poinformował ich Sammy, kiedy dżip z Jody, Jo i Garthem zniknął z widoku a snajper wyciszył ogień, najwyraźniej czekając na ich następny ruch.

- Lisa. - Dean nie musiał długo się zastanawiać. - Ash nie odbiera?

- Dzwoniłem do Rufusa. Jest na zewnątrz. Lisa trzyma zakładników.

- Bobby i Ellen? Cholera!

Frank słuchał uważnie, obserwując ich twarze. Sammy potwierdził w milczeniu a Dean syknął ze złością i splunął przez zęby.

- Ta twoja pańcia, co kazała Meg sprowadzać do sklepu belgijskie czekoladki? Ta, przez którą chłopak puścił cię w trąbę? - wtrącił wreszcie. Sammy warknął ostrzegawczo, żeby nie zwracał się do alfy z takim brakiem szacunku, ale Dean dał mu znak, że nie szkodzi.

- Taa - mruknął. - Ta sama. Chciała forsy. Od początku. Ale nie przypuszczałem, że dogada się z Zachariaszem...

- Baby!... Nie można z nimi żyć, a zabić nie wolno... - mruknął Frank, uzupełniając naboje. - Dobra! My tu gadu gadu, a wrogowie jeszcze żywi. Masz jakiś plan, czy improwizujemy?

Dean także uzupełnił naboje, zarówno w broni Jody, jak swojej.

- Mam. - Oznajmił i uśmiechnął się od ucha do ucha. - Zabijemy tych złych, uratujemy tych dobrych i wrócimy na kolację, głodni jak wilki.

Frank spojrzał na niego jak na wiejskiego głupka a potem skinął poważnie.

- Jesteś pewien, że nie jesteś w ćwierci Polakiem? - spytał ni stąd, ni zowąd, kiedy po krótkim sprincie dostali się znów między drzewa (a snajper chybił kilka razy ledwie o milimetry od ich głów i tyłków).

- Czemu?

- Bo to najgorszy plan, o jakim słyszałem. - Sarknął kwaśno Frank, dając im się poprowadzić. - I dlatego kurewsko mi się podoba!

 


 

- I jak to... puścił mnie w trąbę? - wymamrotał Dean, pozwalając Samowi nieco się wysforować naprzód, a samemu zwalniając, by zrównać się z Frankiem.

- Sprowadziłeś do domu drugą babę. Chyba nie myślałeś, że zostanie? - Frank poruszał się po lesie nadzwyczaj sprawnie. Wzruszył ramionami. - Dwoje to para, troje to tłok. Honor swój przecież ma, chociaż, jak to mówicie... omega.

Dean niespodziewanie przystanął.

- No, idziesz, Winchester? - Frank obejrzał się na niego i machnął niecierpliwie. - Czy mam cię wziąć na barana?

 

Chapter Text


 

 

Zadzwonił telefon i wszyscy trzej się zatrzymali w pół kroku. Dean odebrał.

- Zniszczyłeś moją rodzinę - powiedział Zachariasz, nie tracąc czasu na uprzejmości. - A teraz ja zniszczę twoją. I wszystko wokół ciebie. Spalę ziemię pod twoimi stopami.

Dean pozostał milczący i spokojny.

- Mam już twoje złoto. Mam twoich ludzi, w dolinie. Twojego Bobby'ego. Ellen. - Zachariasz wyliczył jeszcze kilka osób, o których Dean wiedział, że byli w domu. - Nie potrzebuję już tej kurewki, już nie masz niczego, za co mógłbyś go wymienić. Oddam go zaraz chłopakom, niech się zabawią. A kiedy z nim skończą, zabiorą się za twojego brata. Odbiorę ci wszystko, Winchester. Złoto. Rodzinę. Kurewkę. Brata. Rozumiesz mnie? Chłopcze? Rozumiesz? - Zachariasz brzmiał, jakby miał się zaraz spuścić z rozkoszy, czekając tylko, aż Dean się odezwie. Może zacznie przeklinać? Może błagać o litość? Może będzie próbował się targować? Podbić stawkę... Zyskać trochę czasu? Ciężki oddech Zachariasza przyspieszył. Skurwysyn był tak zadowolony z siebie, tak pełen satysfakcji, taki... upojony tym, jak świetnie mu poszło. - Słyszysz mnie, chłopcze? To koniec.

Dean się rozłączył. Wybrał jakiś numer, nie patrząc na Sammy'ego, ani na Franka.

- Nie doceniłem cię. - Przyznał, jak tylko Lisa odebrała. - Nie popełnij mojego błędu. Zachariasz nie odda ci twojej części. Nie da ci ani grama złota. Zabije ciebie i Bena. Was wszystkich, jak tylko upora się ze mną. Mówią, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Ale mówią też: im mniej do podziału, tym więcej dla mnie.

- Mogłeś wypełnić umowę. Dałabym ci te cholerne szczeniaki... Byłabym dobrą matką. Żoną. - Lisa przełknęła ślinę. - Nie byłabym zazdrosna. Nie o tego omegę. Mógłbyś go sobie pieprzyć, ile byś tylko chciał. Gdybyś dotrzymał umowy.

- Skoro ja nie dotrzymałem umowy, myślisz, że Zachariasz dotrzyma? - spytał chłodno. - Daj mi Bobby'ego do telefonu. Pomówię z nim. Odstawi cię do granicy mojej ziemi, dostaniesz to, na co się umawialiśmy i będziesz mogła odejść w spokoju.

Lisa milczała dłuższą chwilę, zastanawiając się i kalkulując. Dean powstrzymał się, żeby jej nie ponaglać. Żeby nie naciskać.

- Spasuję, Dean. - Zdecydowała wreszcie.

- Nie!

- Mogłeś załatwić to wcześniej...

- Popełniasz błąd!

- To ty popełniłeś błąd. Po co mam brać trochę, kiedy mogę wziąć wszystko? - Lisa roześmiała się perliście. - Kiedy Zachariasz będzie zajęty tobą i tym małym, biednym omegą, który powinien przeklinać dzień, w którym cię spotkał, ja będę już daleko. Z całym smoczym skarbem. Wiesz, co mówią... - Zabawiła się w jego grę. - Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

- Lisa!... - wrzasnął, ale już się rozłączyła.

Spojrzał na Franka i na Sammy'ego.

- Nie wiesz, kogo ratować? - Frank nie owijał w bawełnę i nie starał się niczego osłodzić. - A musisz wybrać. Nie możesz być w dwóch miejscach na raz. Albo w dolinie. Albo tu.

- Nie zdążymy na dół. - Sam pokręcił głową. - Bobby i Rufus, i Kev, Ash, Alfie... Poradzą sobie. Nie musisz ich niańczyć. Cas nie. On sobie nie poradzi. - Jakby czytał mu w myślach. - Jeśli ci na nim zależy... Zależy, prawda? To idziemy po niego.

- Sam! - Dean złapał go za rękaw i Sammy zawrócił. Zatrzymał się. - Nie chodzi tylko o niego.

Sammy, jego mały braciszek, jego wyrośnięty jak sosna, barczysty, wielki, dorosły braciszek popatrzył mu w oczy. Uśmiechnął się.

- A bo to raz? - spytał. - Nie pierwszy raz, Dean.

Ma rację. Nie pierwszy raz kładziemy na szali wszystko. Ryzykujemy życiem.

- Pójdę z Frankiem a ty idź przez góry. Zejdź do szosy. Złap stopa, jedź do Billings, wsiądź w samolot. Wiesz, w jakim banku mamy konta, znasz hasła. - Dean mówił, nie pozwalając sobie przerwać. - Ja pójdę z Frankiem. To moja sprawa. Mój rozrachunek z Zachariaszem i mój omega.

- Hej! HEJ! - Sammy się wkurzył i podniósł głos. - Nie pójdziesz sam. Jeśli myślisz, że cię z tym zostawię, to jesteś głupszy, niż Frank myśli, prawda Frank?

- No ba - mruknął.

- Ten cały Zachariasz wkurzył także mnie. Zagroził mojej rodzinie i nie zamierzam uciec. - Sammy wycelował palec w brata. - Nie zostawię Bobby'ego, Ellen, chłopaków i... mojego szwagra. Rozumiesz? Chłopcze? - powiedział tonem, który przedrzeźniał Zachariasza i Jody jednocześnie. Mrugnął i uśmiechnął się kącikiem ust.

- To nie jest twój szwagier! - Dean zmarszczył brwi i ruszył naprzód, a mijając Sammy'ego walnął go w kark.

- Jest! - Sammy roztarł szyję, śmiejąc się. - Nawet Lisa to wie, a ona go nawet nie spotkała!

- Zamknij się!

- Ładna dziewczynka z tego chłopaczka, nie powiem... - wtrącił znienacka Frank, doganiając ich żwawo. - Ale będziesz się musiał trochę postarać, żeby wrócił. Nie wiem, jak u was, ale u nas babę trzeba sobie wychodzić.

- To nie jest moja baba! - Rozzłościł się Dean. - I nie chcę, żeby wrócił! Wpakowałem go w to, to go wyplączę i oddam Jody, niech z nim robi co chce. Niech sobie idzie wolno i robi co chce - powtórzył, zaciskając pięści. - Nie wasza sprawa! Nie muszę się tłumaczyć!

- A czy ja żądam, żebyś się tłumaczył? - spytał rzeczowo Frank, wymieniając rozbawione spojrzenia z Sammym. - Ja tylko mówię, że wyrwać go z łap tego całego Zachariasza to będzie ta łatwiejsza połowa. Ściągnąć go z powrotem do wyrka... - Zawiesił głos a Dean zaczął warczeć wściekle. - Już ci współczuję...

- Nie. Chcę. O. Tym. Rozmawiać! - wrzasnął. - I przede wszystkim, nie chcę go ściągać do... Ugh! Nigdzie!

- Co z tobą nie tak? - Zdziwił się Frank. - To laleczka! Gdyby nie Jody, sam bym go spod kołdry nie wygonił... - Cmoknął, drażniąc Deana do białości i doskonale się tym bawiąc. - A ostatnio się zaokrąglił tu i ówdzie... Smakowity kawałek ciałka... - Prowokował.

- Ej! - Dean odwrócił się i pchnął go na najbliższe drzewo, aż Sammy musiał go złapać za ramię, żeby nie rozdarł Frankowi tętnicy szyjnej. - Nie mów tak o nim. - Ostrzegł zimno.

Frank nie spuścił wzroku, nie przestał się uśmiechać, ale wyraz jego oczu zmiękł. Złagodniał. Już nie chciał się wyzłośliwiać. Jakby coś udowodnił, jemu i... sobie. Jakby obaj coś zobaczyli, w świetle dnia. Nagą prawdę.

- Polubiłem go - powiedział cicho. - Jeśli go skrzywdzisz, naładuję cię srebrem i powieszę twój wypchany, wilczy łeb na ścianie. Zrozumiałeś?

Dean cofnął się i przestąpił niepewnie.

- A teraz jazda! - Frank hałaśliwie wytarł nos i zaczął znów się wdrapywać na górę. - Musimy uratować twoją panienkę, zanim zły wilk zechce splądrować jej koszyczek, nie?

Sammy roześmiał się, poklepał Deana i ruszył za Frankiem.

- Ja mam szwagra, a ty masz teścia... - mruknął pod nosem, nie mogąc się oprzeć. Dean udał, że nie słyszy.

Frank miał rację. Musieli się pospieszyć.

Może nie tylko w tym miał rację...

Niegłupi facet, ten Frank.

Jak na nie-wilka.

 

 

Chapter Text

Pierwsze co zrobili, kiedy Dean skończył rozmawiać z Lisą to pozbyli się komórek.

Żeby Lisy nie kusiło ich namierzać z pomocą Asha.

Negocjacje między nimi Dean uznał za zakończone.Tak samo z Zachariaszem. Powiedzieli sobie dość i nie było już nic do dodania. Teraz był etap działań.

- Co z nim zrobią? - Sam spojrzał przez ramię. - Zanim ich znajdziemy? Zdążymy?

- Wciąż się przemieszczają, więc na razie nic nie mu nie zrobią. - Uspokoił go. - Układ z Lisą to świeża sprawa. Domyślam się, że Lisa go zaproponowała, kiedy przejęła dom i sprzedała nas Zachariaszowi. Uprzedziła go, że idziemy, że znamy jego lokalizację, dlatego się wyniósł w pośpiechu. Nie przygotował się dobrze na taką ewentualność, nie przygotował planu B i nie zdążył uprzedzić snajpera, więc udało mu się zdjąć tylko Jody. Wbrew temu, co zapowiedział, że ma wszystko, na razie jest w punkcie wyjścia i nie ma niczego. Złoto i dom są cały czas w rękach Lisy, a on jej nie zna i nie jest pewien, czy może jej ufać. Dlatego idą na przełęcz, żeby jak najszybciej zejść w dolinę. Dopiero wtedy będzie mieć wszystko i dopiero wtedy Cas przestanie być naprawdę potrzebny.

Frank pokiwał głową, jakby Dean powiedział dokładnie to, co i on już sobie wcześniej przemyślał. Sammy uśmiechnął się niewesoło. Sytuacja była kiepska, ale po raz kolejny przekonał się, że Dean nie od parady jest alfą. Nie z powodu wrodzonej buty, arogancji i siły mięśni. Potrafił wziąć wszystkie dostępne dane pod uwagę i przewidzieć kolejne ruchy przeciwnika. Potrafił zobaczyć więcej, niż się wydawało na pierwszy rzut oka. Tak, był czasem wrzodem na tyłku. Czasem ponosiły go emocje: gniew, zazdrość, bywał popędliwy i zaborczy, nieprzejednany i uparty, lubił się rządzić, jak to alfa, lubił mieć wszystko w garści i pod kontrolą, i czasem po prostu lubił się popisywać, tylko po to, żeby pokazać wszystkim swoje samcze ego, ale w sytuacjach kryzysu potrafił odsunąć uczucia na bok i zimno kalkulować. I wiedział, że wojny wygrywa się niekoniecznie przewagą liczebną czy siłową. Zachariasz chciał go wyprowadzić z równowagi, osłabić jego morale. Wprowadzić zamęt i niepokój w jego myśli, pozwolić, by emocje wzięły górę nad rozsądkiem. Żeby Dean stracił nadzieję, że zdoła wygrać. Zachariasz chciał, żeby Dean poczuł, że przegrał, zanim w ogóle się do niego zbliży.

Jeśli myślisz, jak ofiara, to jesteś ofiarą - powiedział kiedyś Dean, kiedy Sammy był jeszcze małym wilczkiem i zostali sierotami. Nie mieli watahy, która by stanęła w ich obronie. Nie mieli niczego, prócz starej, kaszlącej i pordzewiałej Impali i kilku dolarów w kieszeni przetartej, skórzanej kurtki ojca. Dean był nastolatkiem, a Sammy dzieciakiem i mieli tylko siebie. A teraz? Mieli mnóstwo ziemi, wygodny dom, pieniądze i, co najważniejsze, wielką watahę. Ludzi takich jak Bobby i Ellen i chłopaki, Jo, Rufus. Rodzinę. Prawdziwą rodzinę. Wszystko dzięki Deanowi. Wszystko zdobyli sami. Nikt im niczego nie dał, niczego nie ułatwił. To była ich zasługa. Zasługa Deana.

Sammy trochę odetchnął i wyprostował się. Wszystko będzie dobrze. Znajdą Casa, znajdą tego skurwiela, Zachariasza i rozprawią się z nim a potem wrócą do domu i pogonią tę wredną sukę, Lisę. Dean, jak to ujął wdzięcznie Frank, wychodzi sobie omegę i będą żyć długo i szczęśliwie. Sammy uśmiechnął się na wspomnienie brata, moszczącego leżak na werandzie. Dla niego, dla tego małego omegi. Wszyscy widzieli, jak koło niego skakał, jak go owijał kocem, znosił ze schodów, układał, okrywał, poprawiał, sprawdzał, czy małemu wygodnie. Fukał przy tym, prychał, pokrzykiwał na niego, groził klapsami, ale jednocześnie podsuwał batoniki, kazał Ellen wybadać, co mały lubi i gotować mu smakołyki, żeby nabrał ciała, i widać było, jak na dłoni, że gotów byłby przestawić dom dachem do dołu, dla niego.

Sammy pierwszy raz widział, żeby Dean tak skakał koło kogoś, kogo krył. Z kim chodził do łóżka. Dean miewał różnych partnerów, partnerki. Na jedną noc, na dłużej, na trochę, na parę tygodni, czasem, rzadko, na kilka miesięcy. Miewał alfy i bety i czasem omegi, jak ta Bella, która mieszkała z nimi przez jakiś czas i wydawało się, że może stać się jego parą, ale w końcu odeszła, a Dean po jej odejściu jakby nigdy nic oglądał telewizję i wypił piwo, śmiejąc się i proponując, żeby zamówili pizzę. Po odejściu omegi przez kilka dni nic tylko rąbał drewno, nie jadł, nie pił i nie spał. Nie można było do niego podejść.

Owszem, był ostry dla malca, czasem okrutny. Brał go jak rzecz, nie pytał, nie prosił, nie przekonywał - decydował za niego, zabrał ze sobą. Przywłaszczył. Wziął go sobie, jak wziął złoto, jak wziął skórę smoka i skarby. Po prostu wziął. Zabrał. Oznaczył. Ale taki jest porządek ich świata. Alfa bierze, nie pyta. Nie prosi. Alfa zdobywa. Przywłaszcza, oznacza i posiada. Nie pozwala sobie odebrać.

Omega jest omegą, bo myśli jak omega. Bo tak jak alfa chce panować i posiadać, tak omega chce się poddać, ulec, być posiadanym. Chce przynależeć. Alfa i omega to dwie strony tego samego medalu. Jin i Jang. Czarne i białe. Owszem, Sammy musiał przyznać, że Cas miał nieco więcej odcieni niż przeciętny omega. Nieco więcej... pazura. Nieco więcej... buntu. I może właśnie dlatego Dean szedł teraz w te cholerne góry, chociaż nie musiał. Mógł powiedzieć Zachariaszowi, że Cas odszedł, wypowiedział posłuszeństwo i uciekł do miasta z pomocą lokalnej pani szeryf i pani doktor. Dwóch ludzkich kobiet, nie-wilków. Czy Cas mógłby wyraźniej odrzucić alfę? Czy mógłby zrobić coś więcej, by go obrazić i poniżyć? Już bardziej się chyba nie dało niż odejść na oczach całej watahy, odejść do ludzi. Cas nie tylko wypowiedział posłuszeństwo i porzucił watahę. Praktycznie porzucił cały wilczy świat. Odszedł do ludzi, pod ich opiekę.

Dean, jak każdy inny alfa na jego miejscu by zrobił, mógł powiedzieć, że Cas dla niego umarł i Zachariasz może z nim zrobić, co mu się żywnie podoba.

Cas nie był już pod opieką Deana. Wypowiedział posłuszeństwo i odszedł. Niech się martwią ci ludzie. Ludzie, którzy go zabrali. Szeryfowie i doktorzy. I szaleni weterani. Niech oni teraz go ochronią. Niech na nich się ogląda, niech na nich liczy. Co on ma do tego? - Tak by powiedział każdy inny alfa. Że to już nie jest wilk, skoro wolał ludzi.

A jednak Dean zostawił dom i swoich i poszedł go szukać. Uratować. Odbić.

To musiało coś znaczyć.

Sammy śmiał się, kiedy Frank dokuczał Deanowi, bo sam miał ochotę mu podokuczać. Na początku Dean kazał założyć omedze smycz: skórzany długi rzemień z szeroką obrożą i metalowymi nitami. Ale ostatecznie która smycz okazała się trwalsza? Ta skórzana, czy ta, która teraz ciągnęła Deana w góry? Niewidzialna smycz, łącząca ich obu: na jednym końcu alfa Dean Winchester, na drugim końcu omega Cas. Kto kogo teraz trzymał? Ciągnął za sobą?

 


 

- Jest ich pięciu, nie licząc chłopca. I snajpera. - Frank okazał się nie tylko wyposażony w sztucer i srebro, ale i w doskonały zmysł obserwacyjny. Nie miał wilczego węchu, ale był znakomitym tropicielem. Spostrzegawczym i wyciągającym trafne wnioski. - Moim zdaniem, idą na przełęcz, ale po drodze mają jaskinie Beavera. Mogą się tam zatrzymać, poczekać na nas i spróbować nas położyć.

W tej części góry pełne były takich miejsc, przejść, korytarzy, jaskiń i skałek, które przypominały chaotyczne labirynty. Idealne miejsce, żeby przygotować zasadzkę, wciągnąć kogoś i zapędzić w ślepy zaułek, a kiedy już nie będzie miał gdzie uciec, po prostu wykończyć i zostawić, by nikt nigdy nie odnalazł ciała. Jednym z symboli Montany był niedźwiedź grizzly i właśnie w jednej z tych jaskiń kryła się gawra. Wiedzieli, że w okolicy mieszka co najmniej jedna samica, miewająca czasem małe. Nie wchodzili jej w drogę a ona nie wchodziła im. Czy Zachariasz o niej wiedział? Zapewne nie. To była ich przewaga - byli na swoim terenie i dobrze znali góry. Zachariasz i reszta jego bandy pochodzili z nizin, z równin i o górach nie mieli zbyt wielkiego pojęcia.

- Sześciu do trzech. Mamy wyrównane szanse - powiedział Frank. Sammy podniósł brwi. Frank wyróżniał się jak na człowieka, ale... no właśnie. Czy można go było liczyć tak jak wilka? Jak jeden do jednego? Poza tym miał swoje lata. Owszem, dotrzymywał im kroku i był uzbrojony, ale nadal był... cóż, tylko człowiekiem. Jak przyjdzie do prawdziwej walki...

Dean skinął poważnie i Sammy zdziwił się jeszcze bardziej. Najwyraźniej Dean uznał, że Frank jest trzecim wilkiem. Przynajmniej w tej chwili, w tym momencie.

- Musimy uniknąć bezpośredniej konfrontacji. Podejść jak najbliżej i zdjąć ich jeden po drugim. Nie szarżować. Nie spocić się. - Dean mrugnął i uśmiechnął się, dodając im otuchy. - Gładko i prosto do celu.

- Wszyscy mają broń? - Upewnił się Frank i poświęcili pół minuty na sprawdzenie magazynków i zamków. - Z tego co pamiętam, jaskinie Beavera mają co najmniej dwa wyloty. Na zboczu przy sosnach i ten ze strumieniem...

- Na pewno mają obstawione. Możemy się podzielić, ja wezmę sosny a ty z Sammym strumień.

- Jest jeszcze to wejście na północy, jak idzie ścieżka na ziemię Shurleya... - przypomniał Sammy. - O nim nie wiedzą. Moglibyśmy zajść ich cichaczem...

- Wąski kanał... - Dean skrzywił się. - Wolałbym nie utknąć...

- Przydałoby się trochę wazeliny... - Zażartował Frank. - Ale jak powiadał porucznik Dwight, świeć panie nad jego duszą, jak się popieści, to się wszystko zmieści!

Dean rzucił mu skonfundowane spojrzenie, ale nie protestował.

Czas uciekał a oni mieli zadanie do wykonania. Gdyby chodziło tylko o niego Dean wyszedłby w świetle dnia, na wprost Zachariasza i walczył z nim honorowo: twarzą w twarz. Ale miał na głowie omegę, rodzinę a do dyspozycji tylko Sammy'ego, którego wolałby nie narażać, i człowieka, który nie był osiłkiem i w walce wręcz z wilkiem, nawet najsłabszym i rannym, nie miał szans.

Nie pokazywał tego po sobie, tłumił niepokój, by nie zawładnął nim i nie osłabił go, ale coraz częściej zerkał na zegarek, coraz częściej jego myśli biegły ku omedze. Uspokajał Sammy'ego, tłumaczył, że Zachariasz jeszcze go nie skrzywdzi, jeszcze go potrzebuje, mimo swoich butnych przechwałek i gróźb. Chciał wierzyć, że Zachariasz posiada trochę przywódczego instynktu i potrafi ocenić, co mu się bardziej opłaca. Czy przedłoży prywatną zemstę nad strategiczny cel i dla chwilowej satysfakcji pozbędzie się zakładnika, jedynego, jakiego teraz posiada, czy jednak zatrzyma go, na wszelki wypadek?

Dean zacisnął szczęki na myśl o tym, że któryś z tych tchórzliwych kundli mógłby teraz kłaść ręce na omedze. Nie tylko ręce. Dotykać go. Krzywdzić.

Wściekłość spadła na niego jak nagłe spojrzenie prosto w słońce - oślepiła go na moment, aż musiał przystanąć i zamrugać. Odetchnąć.

Uspokoić się.

- Idę pierwszy - powiedział Frank, stając nad ciasnym otworem, ciemnym i zionącym chłodem. - Cokolwiek się stanie, bierzcie chłopaka i w nogi. Ja swoje już przeżyłem. - Popatrzył na Sammy'ego i na Deana. - Pokaż, że masz jaja, Winchester, i wyprowadź go stąd bezpiecznie.

Podali sobie ręce i Frank zaczął wślizgiwać się w mrok.

 

 

 

 

Chapter Text

Zachariasz z coraz większym trudem utrzymywał posłuch wśród młodych wilków. Poczuli zbyt wiele wolności, zbyt wiele adrenaliny zaczęło buzować im w żyłach. Czekali na bitwę i czekali na złoto. Chcieli wreszcie posmakować zwycięstwa, chcieli zemsty, chcieli krwi i chcieli seksu i wszystko mogli mieć, niebawem, ale na drodze do tego wszystkiego stał Zachariasz i jego strategie. Jego plany. Któż by zwracał uwagę na strategie i plany, kiedy ma się młode mięśnie, kły, pazury i gorącą krew, która uderza do głowy? Kto by czekał? Kto by wytrzymał cierpliwie?

Chcieli mieć wszystko na raz, wszystko już. Dość się naczekali!

Dość mieli słuchania starych pryków, Uriela i teraz Zachariasza! Gabriel dobrze zrobił, że odszedł! Cwany wyga. Mały, niepozorny wilk z ciętym językiem i sprytnymi oczkami, nie przepuszczającymi żadnej szansy, by coś dla siebie uszczknąć, by skorzystać. Prysnął, jak tylko nadarzyła się okazja, bo już miał dość wysługiwania się starszym, którzy zagarniali dla siebie wszelkie dobra, najlepsze kąski, wszystkie łupy, luksusy, sute posiłki i przede wszystkim - prawo krycia samic.

Albo omeg.

Phehiljah miał rację. Jeśli starsi chcieli zatrzymać samice dla siebie, powinni dać im omegę do użytku. Biedny Phehiljah. Ten Winchester rzucił w niego plecakiem pełnym kamieni, Phehiljah myślał, że to złoto i chciał je złapać, ale stracił równowagę i zleciał w przepaść. Winchester powinien za to odpowiedzieć! Powinien za to zapłacić.

A może w jego imieniu powinien teraz zapłacić omega? Jego kurewka, która jeszcze pachniała Winchesterem? Która jeszcze nosiła na karku blade ślady jego zębów? Jego podpis - odcisk szczęk alfy, kiedy przywłaszczał go sobie. Tę wilczą dziwkę o słodkiej twarzy, ustach stworzonych do obciągania fiuta i ciasnym tyłku, nad którym mogliby trochę popracować, żeby go rozciągnąć i rozruchać, jak na prawdziwą kurewkę przystało. A kiedy z nim skończą, nie będzie mógł ruszyć ani ręką ani nogą, wyżęty jak szmata i mokry od ich nasienia, które przykryje resztkę woni alfy Winchestera.

Tak go zostawią, niech go sobie znajdzie.

Niech zobaczy, co z nim zrobili.

Szemrali i szemrali i Zachariaszowi było coraz trudniej nad nimi zapanować, powstrzymać ich. Nie ze względu na omegę, nie po to, żeby go ochronić, ale dlatego, że Zachariasz wiedział, że nie czas na takie zabawy. Nie mieli czasu, żeby się zatrzymywać. Ta cała Lisa siedziała w domu Winchestera, w dolinie, trzymając osiem osób pod kluczem. Ważnych osób! Nie takie nic, byle co, jak ich omega. Miała wyraźną przewagę i miała dostęp do złota, ukrytego gdzieś na ranczu, w jakiejś piwniczce, albo w szopie. Miała czas szukać, a kiedy znajdzie, po prostu spakuje je w samochody i odjedzie w siną dal, nie oglądając się na nich. On by tak zrobił i nie wątpił, że ona nie postąpi inaczej. Cwana sztuka. Od razu ją przejrzał, kiedy zadzwoniła, ale liczył, że szybciej rozprawią się z Winchesterem i szybciej zejdą w dolinę. Nie spodziewał się cholernej rewolucji we własnej sforze! Miał nadzieję, że informacje, które im Lisa przekaże, pomogą im wyprzedzić ruchy tego młodego alfy.

Oczywiście, że Zachariasz wiedział, że ta jej oferta współpracy i podziału fifty-fifty jest gówno warta, póki ona jest tam ze wszystkim a on jest tu z niczym. Z gówno wartym omegą i sforą napalonych, głupich jak cielęta wilczków, którym sperma uderzyła do głów. Powinni zejść na dół, rozprawić się z Lisą, całą tą bandą Winchestera, położyć wszystkich trupem, obciąć im ogony jako trofea, spalić dom do fundamentów, a złoto, skórę smoka i resztę skarbów, wszystko co cenne, do ostatniej sztuki, zabrać ze sobą.

Czemu ci młodzi tego nie rozumieją?

Nie czas na zabawy z omegą!

Zachariasz zaczął żałować, że w ogóle go zabrał. Ostatecznie Dean nie zaoferował za niego złota. Ostatecznie, nie dokonał wymiany. A teraz nawet nie odbierał tego cholernego telefonu i Lisa powiedziała, że ten mały gnojek, ten jego spec od komputerów mówi, że sygnał się nie przemieszcza od ostatniej ich rozmowy. Więc musieli zostawić komórki i ruszyć bez nich. Wyrzucić. I teraz nie wiadomo, czy Dean idzie za nimi, żeby mimo wszystko odbić omegę, czy wraca do doliny, by załatwić tą całą sprzedajną Lisę, odbić dom, zebrać swoich ludzi i zaczekać na Zachariasza.

To był najgorszy scenariusz.

Zachariasz miał tylko czterech a on dwudziestu wilków, nie licząc rzecz jasna Lisy i jej ludzi. Jedyną szansą dla Zachariasza było zaskoczenie, rozbicie watahy Winchestera, wprowadzenie zamieszania w jego szeregach, osłabienie jego przywództwa i błyskawiczna eliminacja.

Błyskawiczna, a nie to, co wyprawiali ci młodzi.

Zachariasz był wściekły na Gabriela, że odszedł i na Annę, że zabrała kilka osób. Wbrew temu, co powiedział omedze, żałował, że tak się stało. Może gdyby Uriel trochę im popuścił, gdyby dał im wcześniej więcej swobody, więcej... przywilejów... Może udałoby się utrzymać watahę w całości. Gabriel był mądrzejszy od tych wszystkich młodych matołów razem wziętych, wliczając w to też martwego Phehiljaha. Anna okazała się naturalnym liderem, mimo, że Uriel trzymał samice krótko i przeznaczał im podrzędne role w watasze, związane z kuchnią i szczeniakami. A jednak pociągnęła sporą grupę za sobą i nic nie mogli na to poradzić.

Popełnili wiele błędów, które teraz się mściły.

Najcenniejsi odeszli, zostały miernoty i nawet te miernoty już go nie słuchały.

Zachariasz w końcu zrozumiał, że jeśli chce ocalić resztki posłuchu, pozory władzy - musi im ulec i zgodzić się na ich żądania. Może jak przelecą omegę ze dwa razy po kolei i się trochę przy tym  pospieszą, wróci im rozum? Ochłoną i znów zaczną wykonywać rozkazy?

- Okay. - Kiwnął w końcu. - Bierzcie go, ale sprawcie się prędko, bo nie ma czasu. ZŁOTO czeka - zaakcentował złoto, żeby podziałać im na wyobraźnię i z ulgą spostrzegł, że na ten dźwięk rozbłysły im oczy a pyski rozszerzyły się w drapieżnych uśmiechach, odsłaniając kły. Chciwość. Jego ostatni sprzymierzeniec. Tylko na to już mógł liczyć.

Tymczasem... trudno. Niech trochę pomęczą omegę, ustąpi im ten jeden raz.

Niech się wyszumią, a on się zastanowi, co dalej. Jak to rozegrać.

 


 

Cas powiedział Pierwszemu Wilkowi, że jest gotów, ale chyba trochę skłamał. Chyba przecenił swoje możliwości, by wytrzymać wszystko i prędzej umrzeć, bo kiedy przyszli do niego, nie chciał ulec i dać im się zgwałcić. Walczył ze wszystkich sił. Wcale nie był gotów na to, co chcieli z nim zrobić, zwłaszcza, że dobrze wiedział, co to ma być. Pamiętał, co z nim wyprawiał Winchester i nie chciał, żeby oni zrobili mu to samo. Pomnożone przez czterech.

Jeśli mają go zamęczyć, to przynajmniej nie odda im skóry bez walki, postanowił. Ale ponieważ był dobrze skrępowany, a ich było czterech, walka była nierówna i krótka. I po nie więcej niż dwóch minutach trzymali go przygiętego policzkiem do ziemi, z tyłkiem wypiętym i wzniesionym do góry, szarpiąc mu spodnie, żeby go obnażyć i jedyne, co opóźniało całą operację, to ich głupia, małostkowa kłótnia o to, który będzie pierwszy.

Cas czuł ich ręce, palce na sobie, smród ich woni, ich feromonów, ich podniecenia, słyszał ich krzyki, warczenie, groźne, straszne odgłosy, wiedział, że teraz będzie bolało i że to właściwie koniec. Że to koniec jego krótkiego, beznadziejnego życia, w którym było tak mało dobrych, szczęśliwych dni, że mógłby je policzyć na palcach. Dzień, kiedy Dean pozwolił mu odejść, dał plecak pełen jedzenia i Cas leżał pod drzewem na kocu, wyjadając miód ze słoika. Szczęśliwy i wolny.

Taki krótki dzień.

Potem zejście w dolinę - może niezbyt szczęśliwe, ale nigdy nie czuł się tak zadowolony z siebie, z tego, co udało mu się zrobić - tak dumny z siebie... Po raz pierwszy w życiu dumny, bo dokonał czegoś praktycznie niemożliwego. Zrobił to. Wszedł na górę i zszedł z niej. Przeżył upadek w przepaść i zejście Gardzielą i Kominem. Zrobił to, on - ślepy, słaby omega.

Potem ten dzień, w którym Dean pierwszy raz był dla niego naprawdę dobry a te rzeczy okazały się całkiem przyjemne. I Dean go łaskotał i pieścił, całował, lizał po karku i policzkach i tulił, i Cas nigdy wcześniej nie zaznał tyle czułości. W całym swoim życiu nie zaznał tyle czułości, co tamtego ranka, kiedy Dean zabrał go do kuchni i zrobił mu śniadanie. Alfa zrobił śniadanie omedze... Potem okazało się, że to był tylko podstęp Winchestera, ale Cas nadal pamiętał, jak się wtedy czuł. Wspaniale.

I u Jody. I z Amy. I z Bellą. W SPA. I kiedy śpiewali Happy.

I to w zasadzie wszystkie dobre wspomnienia. Nie za wiele, jak by się tak przyjrzeć i policzyć. Bardzo krótka lista.

Cas poczuł, że materiał jego spodni zsuwa się gwałtownie, odsłaniając pośladki i zaczął oddychać w panice, wiedząc, że zaraz się zacznie. Zaraz się zacznie... Starał się przypomnieć sobie wszystkie dobre rzeczy na raz, żeby w nie uciec, żeby się w nie schować, odgrodzić od tego, co zaraz będzie, co się będzie działo, co mu zrobią.

Ale zanim to się stało poczuł znajomy zapach i coś zahuczało nad głową, jak grzmot. A on zawsze bał się grzmotów.

Skąd tu grzmot? W jaskini? Skąd grzmot? Czemu nagle ktoś na niego upada, i on upada, i wszystko się przewraca i huczy i słychać tyle wrzasków, wszystko się kręci, śmierdzi krwią, śmierdzi śmiercią, gorzką wonią broni palnej, którą poznał dobrze u Jody i Franka. I Frankiem. I alfą.

Pachnie alfą.

Pachnie Deanem.

Cas wypełznął spod ciężkiego ciała martwego wilka i niuchnął. Tak. Bez żadnych wątpliwości - czuł Deana.

Dean tu jest! Dean przyszedł! Dean go ocalił! Ten huk to nie grzmoty, to strzały! Dean zabił złe wilki i przyszedł, uratował go! Dean tu jest! Dean tu jest... - serce omegi omal wyskoczyło z piersi. Dean tu jest, przyszedł po niego, znalazł go, tak jak kiedyś obiecał, jak obiecał - że nigdy go nie zostawi, że go obroni, że nie pozwoli mu się zgubić, że nie pozwoli go ukraść nikomu, że zawsze go obroni, Dean przyszedł, PRZYSZEDŁ, PRZYSZEDŁ! Chociaż omega nie miał nadziei, nie myślał, że przyjdzie, nawet nie śmiał myśleć, że Dean mógłby, że by chciał...

Dean tu jest.

Dean przyszedł po niego.

Dean go ocalił...

- Jesteś cały? - usłyszał znajomy głos i kiwnął gorliwie głową. Silne ręce podciągnęły go do pozycji siedzącej, poczuł nagle, że więzy puszczają. Dean był tak blisko, kucał obok, pochylał się nad nim, przechylał go, żeby sięgnąć za plecy, rozciąć smycz, zdjąć obrożę. Jego zapach ogarnął omegę chmurą i Cas aż się zadławił, tak gwałtownie go wdychał, tak chciał się nim nasycić, upewnić, że to on, że to Dean, że to na pewno on. - Nie becz. Już po wszystkim... No, nie becz! - Usłyszał i bardzo starał się powstrzymać łzy, usłuchać Deana, pokiwał znów na zgodę i roześmiał się. - Chcesz batonik?

Dean sięgnął do kieszeni i wyciągnął cukierka, zbliżył do twarzy omegi i delikatnie stuknął go nim w czubek nosa, czekając, aż Cas go sobie zabierze, ale Cas nie chwycił słodyczy, tylko nagle poderwał się i rzucił mu na szyję, ściskając z całych sił i z ulgą, nadzwyczajną ulgą szepcząc: Dean... Dean...

Bo nic więcej nie był w stanie powiedzieć.

 


 

Cas doprowadził się wreszcie do porządku, kiedy Dean, Frank i Sammy oraz, ku ich wielkiemu zaskoczeniu, Gabriel, dobili rannych i odciągnęli ciała w głąb jaskini, wrzucając je w jakąś rozpadlinę. Wszystkich, łącznie z Zachariaszem. Omega dostał jeszcze dwa batoniki, którymi się posilił i odzyskał nieco sił, a Frank znalazł w rzeczach zabitych kilka butelek wody i wszyscy mogli zaspokoić pragnienie. Cas nie widział tego, ale Dean zadbał, żeby pierwszy wodę dostał właśnie on. Omega.

Potem się wyjaśniło, że Gabriel zszedł do nich drugim wejściem i razem z Winchesterami i Frankiem wzięli Zachariasza i resztę w dwa ognie, więc wszystko trwało bardzo krótko.

Gabriel przyznał, że to on ostrzelał ich samochody z gór i że nie był wcale snajperem Zachariasza, jak myśleli, tylko działał na własną rękę, szukając Casa i śledząc go, odkąd udało mu się nawiązać kontakt z Bellą. Negocjował wykup omegi za złoto otrzymane od Winchestera i chciał go zabrać ze sobą, ale Bella uznała, że to za mało. A może do końca próbowała być lojalna wobec Deana, ulegając tylko namowom Zachariasza, by pozwolić mu spotkać się z biednym, porwanym bratankiem. Spotkać na leśnym parkingu, na godzinę lub dwie najwyżej, za sutą opłatą, by wynagrodzić jej czas. Chciała wierzyć, że robi dobrze. Że w całym tym chaosie spełnia jeden dobry uczynek i omega będzie jej wdzięczny, że może spotkać kogoś ze starej rodziny, od której oddzielił go Dean tak nagle i bezlitośnie.

Cas nie mógł pojąć w pełni, że to się naprawdę skończyło. Że przeżył. Że wilkom nie udało się go zgwałcić i zabić. Że Dean go ocalił. Że ruszył za nim, dogonił ich i ocalił w ostatnim momencie.

Siedział na ziemi - Dean podłożył mu jakąś koszulę zdartą z któregoś z wilków, żeby nie przeziębił tyłka, jak oschle powiedział - pijąc wodę, gryząc kolejny batonik (karmelowy! najlepszy! skąd Dean wiedział, skąd go wziął?) i słuchał, jak Gabriel i reszta wymieniają się informacjami. Był w centrum wydarzeń i nic nie wiedział. Niewiele z tego rozumiał i nie skupiał się, by śledzić, co się właściwie działo. Obchodziło go tylko jedno: Dean tu był. Przyszedł po niego. Ocalił go. Zabierze go ze sobą, do domu, do Ellen. Wrócą do domu. Cas nie mógł się już doczekać. Był wdzięczny Gabrielowi i Frankowi oczywiście też i zmartwił się, że Jody jest ranna i poprosił nawet Pierwszego Wilka, żeby się nią zaopiekował i pomógł jej szybko wyzdrowieć, ale przede wszystkim czekał, aż Dean wstanie i powie: ruszamy!

I wrócą do domu.

I od razu się poderwał, kiedy usłyszał, że Dean wstaje, ale wtedy Dean powiedział:

- Frank, na pewno dacie sobie radę z małym?

Omega zmarszczył brwi i nastawił uszu.

- Dojdziemy do drogi, pójdziemy w dół, aż trafimy na parking. O ile Toyota tej dziewczyny jest nieruszana, albo mój łazik, ale chyba dostał kilka razy, to zjedziemy do miasta, a jak nie, będziemy liczyć na stopa. - Frank wzruszył ramionami. - Damy radę. A ty? Poradzisz sobie, z tą całą... - Ugryzł się w język, żeby nie wymienić imienia Lisy i zamiast tego powiedział - ...sytuacją?

- Bułka z masłem. - Zapewnił go Dean.

- Czekaj, no! - wtrącił nagle Gabriel. - Ja zabieram Casa!

- Mowy nie ma! - powiedzieli jednocześnie Dean i Frank.

- Chłopak idzie z Frankiem, do Jody. - Oświadczył stanowczo Dean. - Mieszka z nią. Wraca do domu. Do domu.

Cas zamrugał z niedowierzaniem.

Kochał Jody, była wspaniała, zaopiekowała się nim, dała mu pokój, jego własny pokój, pierwszy w życiu, nauczyła go odbierać telefony i robić popcorn, ale to nie był dom, do którego chciał wrócić! Chciał wrócić z Deanem! Przecież Dean go uratował! Przyszedł po niego! Chociaż Cas nie śmiał prosić Pierwszego Wilka o ocalenie, chociaż nie śmiał prosić o cud - cud się zdarzył! Dean to sprawił! Pierwszy Wilk go zesłał. Dean go ocalił... Dean powinien zabrać go ze sobą.

Do domu.

Do domu...

 


 

Cas ponownie klęknął przy nodze Deana i ponownie wyciągnął smycz w jego kierunku. Chwycił go za dłoń i zaczął wciskać mu zwinięty pospiesznie pasek, drugą ręką przyciskając obrożę do piersi. Jakby mówił: to jest twoja część, a to moja. Bierz. Bierz swoją część, ja wezmę swoją...

Dean odepchnął smycz łagodnie, ale Cas nie ustawał w wysiłkach. Im dalej Dean odchodził, tym Cas pospieszniej podążał za nim. Wstawał, kuśtykał z jękami bólu, krzywiąc się, chwytał Deana za rękaw, za kraj koszuli, wstrzymywał go, zajmował swoje miejsce, miejsce przy nodze i wpychał mu smycz, czekając, aż Dean ją weźmie, aż weźmie go z powrotem.

Zabierze ze sobą.

Nie prosił, nic nie mówił, tylko wciskał mu tę smycz, jakby całe życie było w niej. Jakby to było wszystko, co miał.

Sammy stał opodal, nie mogąc oderwać wzroku od twarzy omegi, upartej i zaciętej, i pełnej nadziei, która z każdym krokiem Deana gasła i zamieniała się w rozpacz. Ale omega się nie poddawał. Wstawał, podbiegał i znów klękał, siadał. Na swoim miejscu.

Na swoim cholernym miejscu.

I Sammy prawie sam wrzasnął do Deana, żeby wziął od niego tę cholerną smycz, żeby przestał się znęcać i być takim cholernym dupkiem, żeby schował tę swoją cholerną, alfią dumę do kieszeni i wziął od niego tę smycz. Ale nie mógł. To było między nimi. Między Casem a Deanem. Tylko oni mogli to rozwiązać. Sammy spojrzał na Franka, który odwrócił się, by nie patrzeć i na Gabriela, który gapił się z wyrazem niedowierzania i współczucia. I, podobnie jak Sammy, zaciskał dłonie, aż zbielały mu kostki a paznokcie wbiły się w ciało.

Wszyscy czekali, co Dean zrobi, czy wreszcie się złamie i da chłopcu szansę... Weźmie tę cholerną smycz?

A może wyrwie mu ją, odrzuci daleko i po prostu przyciągnie do siebie, tak jak powinien zrobić już dawno, wziąć go w ramiona, jak swoją parę, jak kogoś, kogo wybrał, jak kogoś, z kim chciał spędzić życie, swoją drugą połowę, utulić, ukoić, zabrać do domu, na zawsze. Tak jak powinien: bez smyczy, bez upokorzeń, bez zmuszania chłopca do przechodzenia tego całego ceremoniału okazywania uległości i posłuszeństwa... Po prostu ukołysać, po tym wszystkim co przeszedł, po tym, co przeszli razem, mógłby go w końcu zabrać do domu, w bezpieczne miejsce, do rodziny.

Za którymś razem po policzkach omegi polały się łzy, w zupełnej ciszy. Cas zaczął przełykać ślinę i otarł policzek a potem tą mokrą dłonią znów zaczął Deanowi wciskać smycz i wtedy Dean przystanął na dłużej. Zatrzymał się, spojrzał na malca, pochylił nieco nad nim, żeby omega lepiej go usłyszał i powiedział:

- Wybrałeś. Pamiętasz? Odszedłeś. Uprzedziłem cię, że jak odejdziesz, to nie będzie powrotu. - Głos alfy brzmiał łagodnie, ale każde kolejne słowo było jak kropla roztopionego srebra na skórze:

już

ciebie

nie

chcę

Wracaj z Frankiem. Do Jody. Do domu.

Cas usiłował złapać go za rękę i w ostatnim odruchu desperacji położyć ją na swoim odsłoniętym karku, ale Dean nie dał się zatrzymać. Jego ciężkie buty zachrzęściły na kamienistym zboczu i zaczął się oddalać. Cas pochylił się mocniej do przodu, dłonią oparł się o ziemię a drugą zacisnął na ustach, żeby stłumić wyrywający się dźwięk. Ni to łkanie, ni pisk, podobny do skargi małego szczeniaczka. Trwał tylko sekundę, nie dłużej i się nie powtórzył. Cas zdławił go, zamknął w piersi i nie pozwolił rozbrzmieć. Tylko ramiona mu drżały, kiedy pochylał się coraz bardziej i bardziej, aż zupełnie oparł czoło o ziemię, na której jeszcze przed chwilą stał Dean. I jeszcze unosił się ślad jego woni... I to było wszystko.

W końcu Frank podszedł i dotknął jego ramion, pomógł mu wstać i w ciszy zaczął sprowadzać w dół.

 

 

 

Chapter Text

Lisa zniknęła tak, jak się pojawiła.

Dean powiedział wszystkim, że dobrze się spisali. I że poświęci teraz więcej czasu pracy w tartaku. I jakby coś, mogą się ze wszystkim zwracać do Bobby'ego. Kiedy Ellen go zaczepiła któregoś ranka w kuchni przed śniadaniem, mruknął tylko, że musi dużo przemyśleć. Że musi się zastanowić nad kilkoma sprawami. I że nie wróci na kolację.

Czasem spędzał w tartaku kilka dni i nocy z rzędu a Sammy i Kevin raportowali, że mało śpi, dużo pracuje i ciągle jest zajęty. Zbyt zajęty, żeby odbierać telefony od Ellen, chyba że w nagłych sprawach, ale przecież żadne takie sprawy się nie dzieją. Ani pożar, ani powódź, ani nic równie dramatycznego.

Równie dramatycznego jak powrót omegi.

Sammy opowiedział Ellen i Bobby'emu co się wydarzyło i jak omega prosił i co Dean mu odpowiedział. Wieść jakimś cudem rozeszła się po całej watasze, chociaż przecież nikt nie śmiał plotkować o prywatnych sprawach alfy. Ale skoro omega nie wrócił do rodziny, to rodzina zaczęła jeździć do omegi.

Nie było dnia, żeby ktoś z rancza nie pojawiał się w małym mieszkaniu Jody Mills z jakimiś pakunkami, prezentami i ofertą pomocy, która zresztą była mile widziana, zwłaszcza w pierwszych dwóch tygodniach, kiedy Jody pod okiem Amy leczyła postrzał (który okazał się nie tak groźny, jak się zdawało i nawet nie zrobiła z niego raportu, żeby nie kłopotać przełożonych) i nie mogła zajmować się ani domem, ani Casem. Ellen przywoziła kosze pełne świeżych warzyw, mięsa, przetworów i gotowych dań obiadowych do podgrzania. Robiła wspólnie z Casem śniadania, ucząc go prostych potraw i pilnując, by oboje z Jody dobrze się odżywali i odzyskiwali siły.

Chłopcy kręcili się po mieszkaniu i biurze, naprawiając różne rzeczy: a to dokręcając kran, a to wymieniając syfon, a to odmalowali framugi i wymienili pęknięty stopień na schodach... Ash podłączył szybszy internet i automatyczną centralkę i zaczął uczyć Casa obsługi telefonu z aplikacjami głosowymi dla niewidomych. Kevin przyjrzał się rachunkom, uzupełnił tu i tam jakieś drobne zaległości, zlikwidował debet, wyprostował jakieś niekorzystne umowy, z którymi Jody nie bardzo umiała sobie poradzić. Poza tym Rufus i Frank zamontowali kilka udogodnień dla Jody na czas jej rekonwalescencji i kilka sprytnych mechanizmów, które pomagały Casowi w codziennych czynnościach, na przykład włączniki światła reagujące na ruch i czujniki alarmowe, gdyby doszło do jakiegoś wypadku w kuchni.

Jody i Cas nigdy wcześniej nie mieli wokół siebie tylu życzliwych ludzi i tyle pomocy.

Cas po wydarzeniach w górach kilka dni nie chciał wstawać z łóżka i był wyraźnie przygnębiony, ale smakowite zapachy pysznych potraw Ellen, która stawała na głowie, żeby go wywabić z pokoju i młodzieńcza wola życia w końcu przezwyciężyły ból odrzucenia.

Zaczął jeść. Zaczął wstawać. Zaczął się znów uśmiechać. Ellen nauczyła go piec ciasteczka. I placek owocowy. I robić kakao z piankami. Nie było tak dobre jak kakao, które kiedyś zrobił dla niego Dean, ale nie było też niedobre. Było wystarczające i Cas był z niego zadowolony, bo robił je sam, kiedy chciał i mógł nim częstować innych.

Jeśli było coś, czego Cas się nauczył w swoim życiu, to że należy doceniać wszystkie szczęśliwe chwile, nawet te najmniejsze. I że cokolwiek się zdarza złego, trzeba to po prostu przetrwać, przeczekać i ruszać dalej. Dean go nie chciał, owszem, ale czy Cas miał prawo się dziwić?

Nie.

Dean miał rację: on sam podjął decyzję, żeby odejść. Dean go uprzedzał, że nie będzie mieć powrotu. Cas go rozumiał.

Było mu przykro i czasem w nocy trochę płakał, ale życie nigdy go nie rozpieszczało, więc nie użalał nad sobą bardziej niż zwykle.

 

 

Pierwszy Wilk jednak wciąż miał na niego oko i, jakby chcąc zrównoważyć nieco nagromadzenie nieszczęść w życiu omegi, sprawił kolejny mały cud i trzy tygodnie po powrocie do domu Meg zaproponowała Casowi pracę i Cas został pomocnikiem w sklepie. Z plakietką przypiętą do bawełnianej koszulki: jestem ślepy, ale nie głupi. I naprawdę świetnie sobie radził.

A kiedy dostał pierwszą wypłatę odważył się na coś, co omal nie przyprawiło go o atak serca, ale jednak to zrobił: zadzwonił do Deana Winchestera i poprosił go o spotkanie.

 


 

Cas włożył białą koszulę, którą kupiła mu Ellen w Crabtown, krawat oraz ciemną marynarkę, która wyglądała dobrze z dżinsami. Sammy powiedział, że taki ubiór nazywa się smart casual i jest odpowiedni, kiedy się chce wyglądać na kogoś z poważnymi zamiarami. Na kogoś, kto chce być traktowany z szacunkiem.

Co prawda przez te wszystkie smakołyki, którymi wszyscy go podkarmiali przez ostatnie tygodnie spodnie przestały się troszkę dopinać, ale Jody szybko to naprawiła. Wystarczyło tylko odrobinkę przeszyć guzik. Zapiął pasek o jedną dziurkę luźniej, przeczesał włosy palcami i uznał, że może iść.

Ellen nie przesadzała w swoich opowieściach. Cas wyglądał jak milion dolarów i Dean mimowolnie wyprostował się na jego widok. Podparł dłonie na biodrach, rozstawiając łokcie szeroko od ciała, jakby chciał wyglądać na jeszcze większego i silniejszego niż w rzeczywistości. I nie mógł powstrzymać uśmiechu, kiedy się przyjrzał, jak chłopak zawiązał krawat. Jakby nie miał lustra. Ale nawet krzywy i odwrócony szwem do frontu pasował mu do oczu, jadowicie niebieskich, jak sierpniowe, czyste niebo w samo południe. Zaróżowione policzki promieniały zdrowiem i witalnością. Ciemne włosy błyszczały, gęste i mocne, przesypywane przez ciepły, letni wiatr i aż się prosiły, by zanurzyć w nie dłoń i zmierzwić.

Czego Dean oczywiście nie zamierzał robić.

Ale mógł sobie wyobrazić, że robi. I jakie mogą być miękkie. I jak pachną. Okay, akurat tego nie musiał sobie wyobrażać. Czuł. Bardzo dobrze czuł zapach omegi... Cholernie dobrze czuł i czegoś takiego nie sprzedawano w żadnej perfumerii. A szkoda. Uncja takiej woni kosztowałaby majątek.

Otworzył drzwi do baru Benny'ego i Cas wszedł raźno, pewnie, najwyraźniej doskonale już znając każdy szczegół topografii i nie musiał pomagać sobie laską ani echolokacją. Przedtem umówił się Bennym, że zarezerwuje dla nich stolik w drugiej sali, w tej, w której kilka tygodni temu było zebranie pracowników tartaku z nowym właścicielem i teraz Cas szedł prosto na miejsce, starając się zachowywać i wyglądać niezwykle pewnie siebie. Jakby widział. Jak powinien zachowywać się człowiek, który ma poważne zamiary i chce być traktowany z szacunkiem.

Po drodze zatrzymał się przy barze i zamówił dwa hamburgery de lux specjalność zakładu ze wszystkim. Położył na ladzie odliczone pieniądze i nawet zostawił niewielki napiwek. Był z siebie bardzo dumny. To były jego pieniądze. Jego własne pieniądze, które sam zarobił.

Benny spojrzał na niego, mruknął, że zamówienie przyniesie za kilka minut, popatrzył na Deana, zgarnął bankot i kilka drobniaków i poszedł na zaplecze. Kiedy usiedli przyszedł z zapalniczką, postawił ogryzek świeczki, który wygrzebał na półce ze słoikami w spiżarni, gdzie go kiedyś odstawił, jak wyłączyli światło, bo zerwało przewody podczas śnieżycy.

Nie zaśmiecał knajpy tym babskim badziewiem w rodzaju tea lightów, serwetników, cukierniczek (tylko jak ktoś się uparł) czy popielniczek (i tak codziennie zamiatał podłogę - wystarczyło mu roboty, żeby nie dokładać sobie jeszcze codziennego szorowania szklanych misek na pety i popiół). Ale ten mały zasługiwał na odrobinę klasy i jeśli już ściągnął tu tego Winchestera, i wystroił się dla niego jakby szedł na rozmowę do banku, to ostatecznie Benny może im postawić tę cholerną świeczkę.

Otarł ją przedtem z kurzu, odkleił paznokciem zdechłą muchę i pstryknął zapalniczką, czując się prawie jak pieprzony maitre d’hótel. Francja elegancja... Potoczył wzrokiem po sali, łapiąc kilka zdziwionych spojrzeń stałych bywalców i przyjezdnych zakapiorów i zmarszczył się groźnie, żeby sobie nie myśleli bóg wie co. Nie dla psa kiełbasa i nie dla wszystkich świeczki i ekstra obsługa. To jest wyjątek, a nie podwyższanie standardów.

- Ellen mi powiedziała, że założyłeś fundusz... - Cas zawahał się, przypominając sobie, jak to się dokładnie nazywało. - Powierniczy. Dla mnie.

- Yhm. - Dean nie spuszczał z niego wzroku. - I?

- Mam swoje pieniądze. - Cas sięgnął do kieszeni, wyjął mały, przetarty portfeliki, który dostał od kogoś i otworzył, żeby pokazać Deanowi zawartość: jeszcze dwa banknoty dziesięciodolarowe i parę ćwiartek. - Pracuję u Meg. Zarabiam. Mogę zapłacić za siebie. Mogę się utrzymać. - Przechylił głowę, nasłuchując w skupieniu, czy Dean się coś odezwie, a potem wyjął z osobnej przegródki swój state ID z fotografią, który dostał od chłopaków wraz z kartą z numerem ubezpieczenia społecznego. Chłopaki trochę przy tym pokombinowali, o czym Cas nie wiedział, ale teraz był prawie legalnym obywatelem i był z tego niesłychanie dumny. - Mam dokumenty i mam pracę. Zarabiam. Nie musisz mi nic dawać.

Benny przyniósł talerze z hamburgerami i nawet wynalazł gdzieś w szufladzie, której zwykle nie otwierał, widelec i nóż dla chłopaka. Nie były od kompletu, nóż był do masła a widelec do deserów, ale Benny się postarał, nie?

- Poproszę piwo i... - Dean spojrzał na Casa - czego się napijesz?

Cas wahał się, czy także nie poprosić o piwo, bo to było takie dorosłe i męskie, ale ostatecznie zdecydował się na colę, bo naprawdę nie lubił piwa. Było gorzkie i kwaskowe i mdliło go od samego zapachu, a nie chciał znów rzygać. Wystarczyło to, co wymęczyło go rano.

- Ja zapłacę. - Dean położył palec na portfeliku, powstrzymując Casa przed wysupłaniem kolejnego banknotu. Cas zmarszczył brwi z niezadowoleniem.

- Zaprosiłem cię! - powiedział z pretensją i Benny z zainteresowaniem przeniósł wzrok z chłopaka na Winchestera i z powrotem. - Kto zaprasza, ten płaci. Mam pieniądze!

Dean przewrócił oczami w stronę Benny'ego i Benny odpowiedział mu pełnym zrozumienia spojrzeniem. Randki!

- Schowaj to - powiedział Dean tonem łagodnym, ale nie znoszącym sprzeciwu. Cas się zawahał. Chciał się sprzeciwić alfie i jeszcze to przedyskutować, ale w końcu zabrakło mu odwagi. Bycie pewnym siebie i niezależnym w obecności alfy jest strasznie wyczerpujące. A kiedy alfa odzywa się takim tonem to naprawdę ciężko obstawać przy swoim zdaniu. - Jedz!

Dean poczekał, aż omega sięgnie po swojego hamburgera, zanim wziął swojego. Znów się uśmiechnął. Benny wybrał dla nich stolik w ciemniejszym kącie, aby mogli poczuć się swobodniej, a teraz wzniósł się na wyżyny romantyzmu, puszczając przez głośnik piosenki zespołów Kansas i America. Świeczka dymiła, śmierdziała stęchlizną, a poza tym Cas i tak nie widział płomienia, więc Dean ją zgasił. 

To może być całkiem interesujący wieczór, pomyślał. Całkiem miły. Nawet bez świeczki, z hamburgerem w podrzędnej mordowni dla kierowców trucków i tanim piwem lanym z kija. Z omegą upierającym się, żeby płacić swoimi ostatnimi dziesięciodolarówkami i plamą z keczupu na źle zawiązanym krawacie. Tak, to mógł być zdecydowanie najlepszy wieczór od tygodni...

 

Chapter Text

Amy nie zdecydowała się na powtórzenie badania. Jeśli maszyna jednocześnie widzi zawsze ludzką i wilczą postać, to ilekroć by nie zrobili badań, zawsze efektem będzie aberracja zapisu, jak to ładnie ujęli informatycy w klinice. Postanowiła zaufać pierwszej diagnozie Martina i zbadać trop ślepoty histerycznej zaburzeń dysocjacyjnych. Podczas pierwszego spotkania, jeszcze na ranczu Winchestera, Cas opowiedział jej nawracające sny z klaczą, a potem uzupełnił tę opowieść o wspomnienie z dzieciństwa.

Amy coraz częściej myślała, że klacz mogła być kluczem do ślepoty chłopaka. Nie była zbyt dobra w tradycji językowej i mitologiach, ale czytała kiedyś u Roberta Gravesa o mrocznym aspekcie kobiecych bóstw życia i śmierci, dosiadających lub prowadzących konie, szczególnie klacze. Zwłaszcza u Celtów wyróżniał dwie z nich: Eponę i Rhiannon. Wyprowadzał stąd domniemanie, że mare ze słowa nightmare jest wprost klaczą, nocną klaczą, która sprowadza na śpiących niepokój i zsyła kosz-mary właśnie. Według etymologów słówko mare miało raczej związek z greckim μόρος, indo-europejskim moros: określeniem śmierci. Lub potworów, nawiedzających śniących: pewnego rodzaju wampirów lub lubieżnych stworzeń, sukkubów i inkubów, odbywających podstępne stosunki z niezdolnymi się obronić, uśpionymi ludźmi, by skraść mężczyznom nasienie lub zapłodnić nieświadome niczego kobiety. Były to oczywiście ciekawostki niezwiązane z medycyną, ale odkąd przekonała się o realnym istnieniu mitycznych wilkołaków, była bardziej otwarta na inne magiczne aspekty rzeczywistości. Magiczne lub po prostu zdarzające się zbyt rzadko, by uznać je za powszechną normę, chociaż... wciąż prawdopodobne.

Cas sądził, że umierająca klacz zabrała mu wzrok i w pewnym sensie mógł mieć rację: szok wywołany widokiem rozszarpywanego żywcem zwierzęcia mógł tak odcisnąć się na dziecięcej psychice, że umysł chłopca zamknął się na bodźce wzrokowe. To znaczyło, że mógł widzieć, ale nie chciał. To sugerował Martin. Żeby Amy znalazła przyczynę emocjonalną a nie fizjologiczną.

Nie guz. Nie glejak, nie oponiak, nie naciek, nie ropień, nie dystrofia nerwu wzrokowego, ale wybór, dramatyczny wybór podświadomości, by zamknąć w ciemnościach świat obrazów, niepokojących i strasznych, by nigdy więcej już nie natrafić na nic równie przejmującego jak to, co zrobili niewinnej, pięknej klaczy wujowie, bracia i kuzyni Casa.

Amy nagle zrozumiała, że Cas obawia się zobaczyć świat, bo w głębi serca uważa go za zbyt okrutny, pełen przemocy i śmierci, pełen złych wilków, którzy zagrażają słabszym, którzy niszczą i zabijają. Sama, będąc dzieckiem, obawiała się tego, co mogło się kryć w ciemnościach pod łóżkiem. Była przekonana, że żyje tam potwór, który wychodzi, gdy tylko zgasi lampkę i skrada się do niej w swej zwyrodniałej, ohydnej postaci. Chowała się wtedy pod kołdrę, by przypadkiem go nie zobaczyć - bo jeśli by go zobaczyła, stałoby się coś strasznego. Nie wiedziała dokładnie co, ale atmosfera grozy była zbyt obezwładniająca, by jej nie ulec i chociaż pod kołdrą było duszno i prawie mdlała z braku powietrza, nie potrafiła przemóc się i wychylić nosa, póki nie była na granicy utraty przytomności.

Ona chroniła się pod kołdrą, by nie widzieć potwora spod łóżka. Cas schronił się w ślepocie, by nie widzieć nigdy więcej potworów, wśród których przyszło mu żyć.

Jego własnej rodziny.

 


 

Meg klęła jak szewc, zaczytywała się w magazynach plotkarskich i znała biografie wszystkich aktorów serialowych, a zwłaszcza szczegóły ich życia intymnego. Wiedziała, kto nagrał seks taśmę, kto komu urodził dziecko i kto się z kim rozwodzi. Nie mogła żyć bez codziennego sprawdzania aktualności na tmz.com, uznając jego wyższość nad wszelkimi innymi portalami informacjami. Polityka ją nudziła, chyba, że zahaczała o skandale erotyczne zaś o gospodarce nawet nie chciała słyszeć. W ramach edukacji Casa wygłosiła raz bardzo długi wykład o światowym spisku bankierów, grających na giełdach tak, jak dzieci grają w Monopoly - dla czystej zabawy, nie licząc się z tym, jakie skutki dla zwykłych ludzi mają ich spekulacje, transfery, kupna i sprzedaże, inwestycje i bankructwa.

Cas zrozumiał z tego niewiele, albo zgoła nic, bo pojęcia takie jak parytet srebra, rozkaz wykonawczy 11110 i złodziejska polityka fiskalna były mu całkowicie obce. Później spytał o nie Kevina, ale po trzecim zdaniu wyjaśnień pełnych jeszcze bardziej skomplikowanych terminów dał sobie spokój, uznając, że z tej całej ekonomii wystarczy mu umiejętność rozpoznania nominału banknotu po dotyku oraz czujność, czy to aby nie fałszywka. Meg zresztą nie puszczała go za ladę, żeby nie wystawiać uczciwości klientów na zbędną pokusę. Sprawiła mu też dowcipną w swoim mniemaniu przypinkę: ślepy, ale nie głupi, co według niej było znacznie lepsze niż w czym mogę pomóc?

Meg uważała, że pomaganie było przereklamowane i zabijało ducha amerykańskiej przedsiębiorczości oraz było ukrytą jak żyletka w cukierkach formą dręczenia ludzi, którzy przecież w większości sami sobie mogli poradzić, zwłaszcza z tak prostymi rzeczami, jak zakupy w sklepie samoobsługowym.

- Nie zamierzam nikogo niańczyć! - powtarzała oschle. - To nie wielki zderzacz hadronów do szukania bozonu Higgsa, tylko mały sklep z czterema regałami na krzyż i średnio rozwinięty szympans potrafiłby znaleźć tu mrożone tacos, sos barbecue i pudełko hersheyów. I ty też nie jesteś po to, żeby latać za klientami. Nie pozwól im zawracać sobie tyłka pytaniami: a gdzie macie baterie i czy ta musztarda jest lepsza niż tamta. - Przykazała. - Masz własne obowiązki.

Miał - ustawiał towar na półkach, przyjmował paczki od stałych dostawców, metkował, mył podłogę, przebierał warzywa i owoce, bezbłędnie węchem rozpoznając co zaczęło gnić czy pleśnieć i wykonywał wszelkie inne czynności zlecane na bieżąco, do których wzrok nie był potrzebny. Meg wkrótce się przekonała, że jest solidny, uważny i brak widzenia w wielu przypadkach doskonale zastępuje węchem, dotykiem i słuchem.

Z początku myślała, że po prostu spełnia dobry uczynek zatrudniając biednego kalekę (a spełnianie dobrych uczynków nie leżało w repertuarze jej zwykłych zachowań), ale po kilkunastu dniach nie mogła się już obejść bez jego pomocy, dzięki której zyskała więcej czasu na przeglądanie kolorowych pism i gapienie się w mały telewizorek, podczas gdy Cas krzątał się między zapleczem a sklepem, tylko od czasu do czasu dopytując, czy teraz rozpakowuje puszki z fasolką czy z zupą pomidorową. Zasadniczo nie stanowiło to wielkiej różnicy, ale fasolka stała półkę wyżej nad zupą i Cas nie chciał zmieniać tych zasad, choćby dlatego, że sam potem łatwo mógł wypełnić koszyk dla siebie, nie prosząc Meg o wskazówki i nie wracając do domu z fasolką zamiast zupy lub odwrotnie. Miejsce na wszystko i wszystko na miejscu - tej zasady się trzymał.

Jedynym problemem były nawracające i coraz częstsze zawroty głowy, przez które raz czy drugi omal nie upadł. Zataczał się czasem na regał i musiał przytrzymywać krawędzi półki. Czasem nie mógł skoordynować rąk, jakby działały na odwrót, mieszając lewą z prawą albo górę z dołem. Czasem też robiło mu się niedobrze i pomagało wtedy zaciśnięcie powiek i zatrzymanie się na chwilę w całkowitym bezruchu.

Kiedy wywrócił się na chodniku przed sklepem i obtłukł na tyle, żeby jednak pójść do Amy i poprosić o kilka plastrów i maść na siniaki - od słowa do słowa opowiedział jej o wszystkich objawach i Amy znów zaczęła się zastanawiać nad glejakiem. Wyciągnęła z szuflady małą latareczkę, kazała mu usiąść na obrotowym taborecie z jedną nogą osadzoną na talerzowatej podstawce i zaświeciła prosto w jedno a potem drugie oko. Może z Martinem coś pominęli? Może jakiś objaw, który da się dostrzec na dnie oka? Jaką zmianę?

Cas drgnął.

Amy też drgnęła, omal spadając ze swojego krzesła.

Zaświeciła ponownie.

Cas zamrugał.

- Co robisz? - skrzywił się i odwrócił twarz w obronnym odruchu.

- Świecę.

- Robisz świecę? - Nie zrozumiał.

- Świecę ci w oczy. - Amy popukała się palcem w czubek nosa, intensywnie myśląc. - Widziałeś coś?

- Amy... - Cas pochylił się nieco i poinformował ją uprzejmie: - jestem ślepy. To znaczy, że nic nie widzę.

- Chyba jednak coś widzisz - sprostowała. - Drgnąłeś, kiedy ci zaświeciłam lampką w oczy. Musiałeś coś zobaczyć.

- Nic a nic - zaprzeczył z głębokim przekonaniem i pełną szczerością.

To było dziwne, pomyślała. Zareagował na światło. Ale twierdzi, że nic nie zobaczył. Wyparł ten fakt? Wyparł fakt, że coś dotarło do jego mózgu?

A może... Może... Amy wstała i przeszła się po gabinecie, próbując złapać jakąś myśl, jakiś pomysł, który kluł się niewyraźnie. Może widział coś też wcześniej? Kilka razy? Może częściej? Może... Amy chwyciła się za usta. Może podświadomość Casa zaczyna przepuszczać niektóre wrażenia, na przykład światło, wywołując mały zamęt w odbiorze rzeczywistości? Zawroty głowy? Mdłości? To objawy zaburzonej pracy błędnika. A błędnik...

Błędnik... Wysyła do móżdżku informacje o ruchach głowy i pozycji ciała względem otoczenia. Móżdżek odpowiada za koordynację ruchową. Co łączy wzrok i błędnik? Zmysł równowagi. Rozbieżność między informacjami z błędnika a informacjami narządu wzroku sprawia, że móżdżek nie jest w stanie poprawnie określić położenia ciała w przestrzeni i określić kierunków ruchu.

- Karuzela! - wykrzyknęła, śmiejąc się głośno. - Karuzela!

- Ja może przyjdę później... - Cas zaczął się zbierać. - Nie będę ci przeszkadzać teraz...

- Zostań! - Zmusiła go, żeby znów usiadł. - Słuchaj, czy ty byłeś kiedyś na karuzeli? W wesołym miasteczku?

- Nie. - Kolejna rzecz, której nie znał. Jedna z wielu, o których nikt mu nigdy nie opowiedział.

- Uhm... Okay... Jak ci wytłumaczyć... - Zastanowiła się. - Kiedy człowiek się kręci wokół własnej osi, o tak... - Pchnęła go za ramiona i taboret poruszył się ze zgrzytem podrdzewiałego mechanizmu. - Po chwili błędnik nie nadąża z przetwarzaniem informacji i kiedy stajesz, to się przewracasz. Kręci ci się w głowie, czasem aż do wymiotów. Niektórzy ludzie nie mogą jeździć na karuzeli, inni nie mogą jeździć samochodem z tego powodu.

- Bo się przewracają? - spytał. - I wymiotują?

- W różnym stopniu, tak. Czasem jest to bardzo lekki objaw, czasem bardzo uciążliwy.

- Ale ja się nie kręcę w ten sposób. I nie mam karuzeli. - Cokolwiek to jest, pomyślał.

- Ale widzisz! - Amy podskoczyła podekscytowana. - A przynajmniej zaczynasz widzieć!

- Co? - Cas podniósł brwi tak wysoko, że zniknęły pod grzywką. - Amy, ja nie widzę. Nie widzę, na pewno. Zauważyłbym! - Dodał z niezamierzoną dwuznacznością.

- Moim zdaniem zaczynasz widzieć. - Amy opanowała emocje i chwyciła go za dłonie. - Wiesz jak oko widzi świat? Na odwrót! Odwrócony obraz przekazuje do mózgu i dopiero mózg go przekręca i dopasowuje do stanu faktycznego. Wszystkie małe dzieci po urodzeniu widzą świat do góry nogami i dopiero muszą się nauczyć widzieć go tak, jak należy. Rozumiesz? - spytała z uśmiechem.

Cas oblizał wargi. Powoli skinął.

- Jesteś jak takie nowonarodzone dziecko. - Kontynuowała łagodnie. - Tak sądzę. Masz przebłyski, w których do mózgu dociera obraz z oka, odwrócony. Nie zauważasz tego, nie chcesz, blokujesz to w podświadomości, ale ten obraz mimo tej blokady dociera do mózgu i ponieważ jest odwrócony, tworzy sprzeczny sygnał z informacjami wysyłanymi przez błędnik. Powiedziałeś wcześniej, że czasem mylisz kierunki prawo lewo albo góra dół. To dlatego, że twój mózg nie wie, czy ma kierować się wskazaniami błędnika czy informacjami z oczu. Jeśli zamkniesz oczy, objawy ustępują, bo błędnik pracuje bez zarzutu. Ale kiedy masz otwarte oczy i masz ten przebłysk, widzisz obraz odwrócony i wtedy...

- ...się przewracam. - Dokończył. - I jest mi niedobrze. Jakbym się kręcił i kręcił i...

- Zszedł z karuzeli. - Pokiwała głową bardziej do siebie, niż do niego.

Cas dłuższą chwilę przetrawiał usłyszane rewelacje.

- Zaczynam... widzieć? - Chciał, żeby to potwierdziła. - Zaczynam? Moje oczy się naprawiły? Ty naprawiłaś moje oczy? Ale jak?

- Myślę, że nigdy nie były zepsute. Myślę, że zawsze mogłeś widzieć i, w pewnym sensie, zawsze widziałeś.

Cas zamrugał. Zamknął powieki i otworzył. Zamknął. Przesunął dłonią przed twarzą. Poruszył palcami.

- Nie widzę. - Poskarżył się z wyraźnym rozczarowaniem. - Teraz nie widzę!

- Może potrzebujesz trochę czasu? A może... Odpowiedniej motywacji? Odpowiedniego... obiektu. - Amy nagle olśniło i aż klepnęła się w uda. - Mam pomysł! Mam pomysł!

- Co?

- Niespodzianka! - wykrzyknęła, czując się jak dziecko w sklepie pełnym cukierków. Dawno nie czuła takiej ekscytacji i radości i satysfakcji z tego, że jest lekarzem. - Muszę wykonać jeden albo dwa telefony i coś sprawdzić. A potem zabiorę cię na wycieczkę! Może uda się już jutro!

Wiedziała, gdzie zabierze Casa! Wiedziała, co mu pokaże. Co może chcieć zobaczyć! Co może przełamać, albo przynajmniej nieco nadkruszyć mur, który zbudował w swojej psychice.

Zabierze go do stadniny i pokaże mu konie.

 

 

Chapter Text


 

 

Cztery dni po odzyskaniu porwanego Casa i poskładaniu rannej Jody do kupy zadzwonił Martin, znajomy lekarz z kliniki w Crabtown i zaczął od przeproszenia Amy, że jeszcze nie przesłał jej nagrania wykonanej tomografii.

- Słuchaj... - zająknął się, przekładając papiery na swoim biurku, a jego głos zniekształcał się kiedy słuchawka przytrzymywana ramieniem przesuwała się po jego żuchwie i mikrofon zbierał tarcie zarostu o plastik. - Ten twój znajomy... Przepraszam, nie wiem jak to się stało, ale kiedy przeglądałem ten plik jeszcze raz, okazało się, że doszło do jakiegoś uszkodzenia. Moi technicy nie potrafią tego wytłumaczyć...

- Jakiego uszkodzenia? - Przerwała mu Amy, prosząc rozebranego do pasa pana Hilla o cierpliwość. - Coś nie tak z wynikami? Mówiłeś, że nie ma guza? - Myśl o nowotworze rosnącym w głowie Casa sprawiła, że żołądek podjechał jej do gardła. - Niczego nie przegapiłeś? Wtedy?

- Nie, nie... - Zaprzeczył, żeby ją uspokoić, ale po chwili wróciła niepewność w jego głosie. - To nie to. To znaczy... Trudno mi teraz powiedzieć z całą pewnością... Bo...

- Jeśli coś znalazłeś, to mów! - Zażądała. Wstała i podeszła do okna, wychodzącego na mur za kliniką. Nie wieszała żaluzji, ani rolet i nie malowała szyb, żeby zapewnić pacjentom dyskrecję, bo nikt tamtędy nie przechodził. A zawsze wpadało nieco więcej światła... Potarła czoło, zanim zdecydowała się kontynuować. - Glejak? Oponiak? Przerzuty?...

- Amy... - Martin odchrząknął i oboje umilkli na dłuższą chwilę.

Amy czuła zimną strużkę potu cieknącą po plecach i przyklejającą cienką tkaninę fartucha do skóry. Cas nie zrobił nic złego. Nie zasłużył sobie na taki los. Czemu to wszystko spotyka akurat jego? Jest taki młody i tyle już przeżył. Tyle złych rzeczy go spotkało, tyle pecha. Jakby zbierał swoje i cudze nieszczęścia, jak zwód pioruny.

- Powiedz, miejmy to za sobą. - Zebrała się w sobie, zrezygnowana.

- Amy! Chodzi mi o to, że nie mogę teraz ani potwierdzić, ani wykluczyć wstępnego rozpoznania, bo plik jest uszkodzony. - Martin przerwał przewalanie papierów i skupił się na rozmowie. - Coś wcześniej było w tej lokalizacji, coś się nagrało. Mam nałożone dwa obrazy i trudno je odcyfrować... Nie wiedziałem, że coś takiego jest w ogóle możliwe, ci durnie z IT mówią, że to jakaś nieswoista aberracja w zapisie.

- Czyli co?

- Czyli nie wiedzą. - Martin potarł powiekę. - My też czasem używamy skomplikowanych określeń, żeby ukryć swoją niewiedzę, no nie?

- Musimy wykonać badanie ponownie? - spytała, tylko trochę uspokojona. Martin nie potwierdził guza, ale też nie mieli stuprocentowej pewności, że go nie ma. - Jeszcze raz przyjechać?

- Byłoby dobrze... Jeśli chcesz mieć pewność. - Martin westchnął. - Ponieważ to błąd techniczny, nie zapłacicie drugi raz. Zrobimy to w ramach... reklamacji. - Uśmiechnął się. - A potem zabiorę cię na kawę. Jeśli pozwolisz... - Zarzucił haczyk i czekał, czy spławik drgnie.

- Muszę to skonsultować z Casem, z moim pacjentem. - Amy już zaczęła szukać dogodnego terminu. - Badanie, nie kawę... - Sprecyzowała. - Co do kawy, zgoda. Chętnie.

- Świetnie! - Ucieszył się. - Pewnie nic nie wyjdzie. Jestem przekonany. - Chciał zakończyć rozmowę pozytywnie. Wlać jej trochę otuchy, żeby się tak nie denerwowała, bo wyczuł w jej tonie niepokój większy niż zazwyczaj. - Mam podejrzenie, że któraś z pielęgniarek namówiła technika na nielegalne zbadanie pupila, chcąc oszczędzić na weterynarzu... - Pokiwał głową. - Nie robiłem szumu, bo kierownictwo by się wściekło, jak by doszli, kto korzysta po godzinach ze sprzętu i jeszcze przyprowadza psy do kliniki, zwolnienie got...

- Psy? - Amy złapała to słowo, jak piłkę. - Czekaj... jak to psy? Czemu psy?

- A! Bo nie mówiłem? - Martin roześmiał się, już w pełni ucieszony, że udało się odwrócić jej uwagę od glejaków i oponiaków. - No, więc plik zawiera jakby dwa nagrania, nałożone na siebie, wiesz... Nadpisane. Jakbyś zrobiła dwa razy zdjęcie na tej samej kliszy. Nie wiem, jak to możliwe, ale widać tam jednocześnie strukturę czaszki ludzkiej i... sam nie wiem. Nie jestem wterynarzem, ale na moje oko to coś jak owczarek niemiecki... Albo... inny, duży pies. - Martin pstryknął długopisem, zastanawiając się, czy to wystarczająco ciekawe czy zbyt dziwaczne, żeby opowiadać Amy i czy nie pomyśli sobie o nim czegoś, co obniżyłoby jego szanse w jej oczach.

Może powinien sprawdzić lepiej, czy to był owczarek, czy raczej dog. Albo mastiff. Zresztą, nie bardzo miał pojęcie o psach. Może to w ogóle nie był pies. Może coś innego. Wielki stary republikanin, o. Na przykład.

- Mastiff? - powtórzyła łagodnie Amy. - Mastiff?

- Nie jestem pewien... - Teraz pożałował, że jej o tym powiedział. Pewnie uznała, że się zgrywa, albo jest jednym z tym świrów, którzy widzą Jezusa na toście.

- Martin? Możesz mi jednak przesłać ten plik? Możesz skorzystać z WeTransfer? Teraz? - Ponagliła.

Zgodził się i po wymianie krótkich uprzejmości i ponownej obietnicy Amy, że wybierze się z nim na kawę, jak tylko zdoła dotrzeć do Crabtown, przesłał plik.

Amy wypisała panu Hillowi receptę na maść łagodzącą świąd wywołany półpaścem i zabrała się za oglądanie nagrania MRI. Kiedy tylko Martin wspomniał o psach wiedziała, co się nagrało. Cas powiedział, że on się nie zmienia w wilka. Jest jednocześnie wilkiem i człowiekiem, a Amy po prostu w pewnej chwili zdołała dostrzec jego drugą, zwierzęcą postać.

To musi tak właśnie działać, pomyślała, czując jak lęk ustępuje ekscytacji. Podczas badania zarówno ona jak i Martin widzieli tylko ludzką postać, tylko ludzką fizjologię, bo tego się właśnie spodziewali. To odfiltrowały ich umysły w zalewie informacji. Ale głupia, nierozumiejąca niczego maszyna nie posiada żadnych filtrów, oddzielających to co naturalne od tego, co... dziwne. Stąd ta aberracja. Tomograf zrobił zdjęcia czaszki i mózgu Castiela jednocześnie w obu postaciach: wilczej i ludzkiej.

Amy zatrzymała jedną z klatek i przyjrzała się nakładającym się liniom i cieniom. Oto prawdziwy, pełny obraz. To nie błąd. Nie aberracja, to właśnie jest Cas.

Jest jednocześnie wilkiem i człowiekiem.

 

 

 

Chapter Text

Amy zabrała Casa na wycieczkę a Frank wpadł do Jody dotrzymać jej towarzystwa i podjeść ciasteczek, które Cas produkował ostatnio całymi tuzinami. Dobrze mu szło, miał dryg. Ellen pokazała mu ogólną zasadę, a on sam zaczął kombinować z dodatkami: bakaliami, czekoladą, kandyzowanymi owocami, lukrem lub marmoladą. Pakował je w celofanowe torebki, obwiązywał wstążeczkami i rozdawał przyjaciołom (zaczął od Amy, Ellen, Jo, Sammy'ego, Franka, Benny'ego a potem częstował kogo popadnie), a ostatnio zaczął też wstawiać je do sklepu Meg, która sprzedawała je po osiem dolarów za sześć sztuk, z czego połowę dostawał Cas. Do ręki.

Frank wszedł do kuchni, przyjrzał się dwóm blachom stygnących słodyczy na blacie i wybrał sobie ładną, dobrze wyrosłą sztukę.

- Zostaw! To zamówienie dla Meg. - Jody pacnęła go i pokazała pękaty słój. - Z tych bierz. To wczorajsze.

- Fiu, fiu... mały zaczął robić biznes. - Pokręcił głową i wytarł palce z cukru pudru. - Może za rok, dwa zobaczymy, jak prowadzi jedną z tych modnych cukierni w Billings? Taką, w której kawa i ciastko kosztują tyle, co cztery obiady u Benny'ego...

- Jak będzie w takim tempie wydawać, co zarabia, to nie dorobi się niczego. - Jody przewróciła oczami, próbując być trochę zgryźliwa, ale zaraz wyciągnęła z szafeczki flakonik i psiknęła w stronę Franka. - Dał mi to w prezencie. Kupił za wszystko co dostał za pierwszą sprzedaną partię. Nic sobie nie zostawił, ani centa.

- Jaśmin? - Niuchnął Frank z miejsca na koszuli, gdzie osiadła aromatyczna mgiełka. - Na tobie pachną lepiej... - Zbliżył się i dał jej całusa. Jody zarumieniła się i pozwoliła mu wziąć jeszcze jedno ciastko, a nawet zaproponowała kawę.

- Ja zrobię. Siadaj. - Odgonił ją, bo wciąż chodziła z temblakiem. - Odpoczywaj. A gdzie się podziała nasza panieneczka?

Jody skarciła go wzrokiem.

- Nie mów tak o nim!

- Czemu? - Zdziwił się przesadnie Frank z wyrazem absolutnej niewinności. - Przecież to nie złośliwie. Śliczny jest jak młoda Elizabeth Taylor.

- Frank!

- Żebyś widziała, jak ten Winchester na niego patrzy! - Frank wygrzebał ze słoja od razu trzy herbatniczki.

- I na patrzeniu nich się skończy! - Jody podsunęła kubek pod kraniku ekspresu, czekając aż się napełni. - Lepiej dla nich obu, żeby się przy nim nie kręcił...

- Przecież uratował chłopaka. - Frank otworzył lodówkę i poszperał po półmiskach, szczodrze dostarczanych z rancza przez Ellen. Nóżki? Udko? Zimny stek? A może kotlet wieprzowy? Trudny wybór...

- Wciąć jestem zła, że chciał tam wrócić. - Wyrzuciła z siebie Jody znienacka. - Po tym wszystkim, co mu zrobił! Co się tam stało! A tu miał źle? Zła byłam dla niego? Wszystko dostał. Ma spokój, nikt mu złego słowa nie powiedział. Palcem go nie tknął... - Przerwała, wyjęła kubek, posłodziła i dolała mleka. - A wystarczyło, że tamten się pokazał i ten już poleciał...

- Niepotrzebnie ci opowiedziałem! - Frank zdecydował się na udko, wgryzł się łakomie i odpowiedział z pełnymi ustami. - Zrozum, to nie przeciwko tobie. On nie chciał odejść od ciebie. Nie był niewdzięczny za to, co dla niego zrobiłaś. - Odwrócił się do niej, oparł o drzwi lodówki. - Kupił ci najdroższe perfumy, na jakie go było stać! - Mrugnął do niej. - Uważaj, będą latać za tobą wszystkie koty w rui. - Zażartował, żeby ją rozchmurzyć. - A ze mnie też niezły kocur!

- Martwię się o niego!

- Sama mi kazałaś zaufać temu Winchesterowi! Wy baby same nie wiecie, czego chcecie. Raz tak, raz inaczej. Jak wiatr zawieje! - mruknął. - Panieneczka też: najpierw zabierz go! Ratuj!, a za miesiąc klęka i prosi, żeby wrócić...

- Klęka? - Jody podniosła brwi.

Frank przygryzł wargę. Akurat ten szczegół zataił. Jody wystarczająco się zdenerwowała na wieść, że Cas chciał wrócić z Deanem w dolinę. O smyczy też jej nie opowiadał. Jody pewnie chciałaby dla chłopca kogoś porządnego. Łagodniejszego niż ten Winchester. Kogoś, kto przyniesie kwiatki, pudełko czekoladek i bilety do kina na modną komedię. I będzie się zachowywać grzecznie.

- Klęknął? Prosił... klęcząc? - Odstawiła kubek z hukiem i pomaszerowała do szafki z bronią służbową.

- Jody! Jody! Czekaj... - Złapał ją za rękaw. - Czekaj, głupia babo... Zostaw. Zostaw ich. Niech sobie sami to załatwią, między sobą. Zostaw. - Pogłaskał ją niezdarnie w ramię na temblaku. Zajrzał w oczy. - Mówiłem ci, w lesie... Pamiętasz? Lepiej się nie wtrącać w takie sprawy.

- I co? Mam spokojnie patrzeć, jak Cas tam wróci i znów będzie chodził niebieski od tych dowodów miłości? - Sapnęła ze złością. Z zawodem. - Myślałam, że ma więcej rozumu. Że się czegoś nauczył! Sam powiedział, że Dean go okłamał! Że go oszukał! Że zapłacił jego bratu, żeby nie zabierał Casa. Zapłacił za niego!... - Oburzyła się.

- Rozum jest tu. - Stuknął palcem w jej czoło. - A on ma go tu... - Dotknął jej mostka, wysoko, między piersiami, i oświadczył łagodnie. - Na to nic nie poradzisz.

- Nie rozumiem. - Pokręciła głową. - Nie zgadzam się. To jakieś szaleństwo. Porwał go, więził, bił, robił bóg wie co, a ten chciał wracać. Pomówię z nim... Ty z nim pomów! Jesteś mężczyzną, może znajdziecie wspólny język? Może lepiej mu wytłumaczysz?

- A co ja mam mu tłumaczyć? - Frank wzruszył ramionami. - Albo się jakoś dotrą, albo nie. Młodzi są. Mają czas.

Jody przemyślała sobie tą kwestię i nagle się uśmiechnęła.

- Jakby mieli się zejść, to by go wziął wtedy ze sobą, no nie? Winchester powiedział, że jak Cas raz odejdzie, to nie ma powrotu. Dlatego go nie wziął? Dlatego! No przecież, że dlatego. Co ja się martwię. A jemu wywietrzeje. Przejdzie... - Machnęła ręką. - Co z oczu, to z serca. Piwo! Napijmy się piwa...

- Przyniosę. - Zaoferował.

- I wiesz, co? Obejrzyjmy wreszcie tego Ojca chrzestnego. Skoro już tak zachwalałeś... 

- Dobry wybór. - Zgodził się Frank. Otworzył butelki, wyjął więcej ciasteczek i rozsiadł się obok Jody na kanapie.

Może jak Jody wreszcie obejrzy ten film, zacznie rozumieć, co to znaczy rodzina. Nie wspólne nazwisko. Wspólna krew. Rodzina. Kim dla tej zbieraniny wilków jest Dean. Kim dla Deana jest ta niebieskooka panieneczka. Owszem, Frank wybiłby te wilki do nogi. Jeszcze kilka miesięcy temu. Jeszcze miesiąc. Ale teraz, kiedy się trochę lepiej na nich poznał... Kiedy zobaczył tego Winchestera w akcji... Kiedy zobaczył, jak broni swoich... Jak broni tej swojej panieneczki... Jak mężczyzna. Wybił obcych bez litości, bez zastanowienia. Bez wahania i bez skrupułów. Bo zagrozili rodzinie. Bo skrzywdzili Casa. Cas mógł sobie myśleć, że Dean nie przyjął tej smyczy, ale Frank uważał, że on nigdy naprawdę nie dał jej sobie odebrać. Tylko poluzował. I wciąż ma na niego oko.

Wciąż ma. Więc Jody się łudzi, bo w tym przypadku ani z oczu, ani z serca.

 


 

Właścicielka stadniny, żwawa siwowłosa ranczerka, podprowadziła Casa do najspokojniejszej klaczki na padoku. Poinstruowała łagodnie, co Cas ma zrobić, żeby klaczka się nie przestraszyła, bo konie to zwierzęta płochliwe. Cas dał się dokładnie obwąchać, starając się jak najbardziej wytłumić swoją drugą, wilczą postać. Klaczka najpierw tańczyła trochę, kaprysiła, ale dość szybko dała się przekupić marchewkami i jabłkami i wkrótce jadła mu z ręki, dając się głaskać i poklepywać.

Amy przyglądała się z bliska, jak chłopak reaguje, jak nasłuchuje i...

...wodzi oczami.

Wodzi oczami za klaczą.

Kiedy zapytała, czy widzi - zaprzeczył. Ale dałaby sobie rękę uciąć, że wodził oczami i wyciągał dłoń dokładnie tam, gdzie chciał ją dotknąć. Mrużył oczy, marszczył brwi i wyglądał jakby widział. Jakby naprawdę widział.

Coś. Może nic wyraźnego. Może zaledwie plamy. Zblakłe barwy. Wrażenie światła i ruchu...

Może.

Nie było to takie olśnienie, na jakie po cichu liczyła, ale czuła, że mają szansę. Że to dobry kierunek. Że Cas w końcu otworzy oczy na coś, co ZAPRAGNIE zobaczyć tak bardzo, że wszelkie emocjonalne blokady nie zdołają tego zatrzymać.

I była ciekawa, co to będzie.

 

Chapter Text


 

Jody nie byłaby sobą: kobietą i szeryfem, gdyby nie pofolgowała swojej ciekawości i nie zapytała wprost, czemu Cas chciał wrócić do Winchestera. Cas wciąż był rozemocjonowany wizytą w stadninie i obietnicą Amy, że jeszcze tam wrócą. Wciąż o tym opowiadał, milion razy opisując gęstość grzywy klaczki, ciepło jej karku, zapach sierści, jak parskała, jak delikatnie ściągała mięsistymi wargami marchewki i jabłka z jego dłoni... Nie gryzła! Ani razu nie ugryzła, a ma taki wielki pysk! - zauważał, zmuszając Jody i Franka i wszystkich, którzy mieli pecha akurat się napatoczyć, do wyrażania ochów i achów nad klaczką.

Jody wykorzystała falę tego ożywienia i gadulstwa do zbadania, co się zmieniło w relacjach Casa i Winchestera. Co się wydarzyło w górach, że chciał wrócić na ranczo. Że prosił.

- Przyszedł po mnie. - Cas zaczerwienił się i wsadził palec między zęby. Zmarszczył brwi, nagle zdenerwowany. - Obiecał, że nigdy nie pozwoli mi się zgubić. Że nikt mnie nie zabierze. Myślałem, że kłamał. Że tylko tak gadał. Ale przyszedł i mnie uratował. Wiesz, co oni chcieli mi zrobić? Było ich czterech i Zachariasz im pozwolił mnie wziąć. - Cas aż się zatrząsł i zakołysał, łapiąc za brzuch na wspomnienie. Jody pożałowała, że wywołała ten temat. Usiadła zaraz obok i objęła go.

- Już, już... - Poklepała uspokajająco. - Minęło... minęło...

- Odszedłem, Jody... - powiedział szeptem, wciśnięty nosem w jej szyję, dając się kołysać jak dziecko. - Nie musiał mnie ratować. Nie musiał. Alfa troszczy się tylko o swoich, tylko o swoją watahę. Jak nie jesteś w watasze, to nic nie zrobi dla ciebie. Takie są zasady. Nic nie zrobi dla obcych wilków jak nie chce. I jak ja uciekłem z tobą i Amy, jak mnie zabrałyście, to ja już przestałem być z watahy, wiesz? - Wytłumaczył jej, bo wiedział, że ludzie nie znają zwyczajów wilków. - Alfy bardzo mało się troszczą o omegi, bo omegi są nic nie warte dla watahy, ale póki obiecujesz alfie posłuszeństwo i się bardzo starasz i jesteś bardzo grzeczny, bardzo-bardzo grzeczny, to alfa się omegą opiekuje. Albo jak alfa lubi omegę. Moja babcia Anna mnie lubiła i była alfą i póki żyła to się mną opiekowała. I nie pozwalała Urielowi nie dawać mi jedzenia i mnie bić. Była dla mnie bardzo dobra. - Wspomniał. - Bardzo dobra. Ja jej pomagałem, bo była już stara i miała lumbago i często chorowała, ale inne wilki wciąż jej słuchały i póki ona żyła, to mnie traktowali lepiej. Wiesz, Jody... Strasznie ciężko być omegą. - Westchnął odsuwając się. Przetarł usta i podniósł się. Podszedł do stołu i zaczął pakować ciasteczka w celofanowe torebki, do każdej odliczając osiem sztuk a potem wiążąc tasiemkę w małą kokardkę. - Nikt nie szanuje omeg, nigdy. Bo omegi są słabe i nie potrafią się bronić. I łatwo można je pobić. I zrobić z nimi, co się chce. - Podniósł głos z gniewem a zgnieciony celofan zaszeleścił nieprzyjemnie. - Wygonić! Sprzedać! Nie dać jedzenia! - Krzyknął, zaciskając pięści. - I dotykać! Nawet jak omega nie chce! Ja nie chciałem! Nie chciałem, żeby ktoś mnie dotykał!

Jody siedziała na kanapie zupełnie zdrętwiała. Widziała ofiary przemocy, gwałtów, pobić, miała szkolenia, jak się zachowywać, jak pomagać, jak o tym rozmawiać, jak odbierać zeznania, żeby nie zwiększać traumy i żeby nie pominąć niczego, co potem mogłoby się przydać w sądzie, żeby doprowadzić bandytę do skazania. Ale zdążyła już się zżyć z tym chłopcem, zaprzyjaźnić, polubić go jak kogoś z rodziny i teraz nie wysłuchiwała faktów, które mogłaby umieścić w protokole, ale pełnych emocji zwierzeń kogoś bliskiego.

Cas nie żądał od niej pomocy prawnej, nie zgłaszał przestępstwa. Jody nie miała wdrożyć procedur, uruchamiać całej tej prawnej machiny, która sprawiała, że świat wydawał się nieco bardziej uporządkowany, nieco bardziej sprawiedliwy. Jody nie lubiła bezradności i może dlatego włożyła mundur, bo nie chciała godzić się na to, żeby złych ludzi omijały konsekwencje. Nie chciała stać z boku, gdy dzieje się coś złego. Nie tylko wśród wilków były osoby, które nie mogły się same obronić, wśród ludzi też. Może nawet wśród ludzi było ich więcej. I Jody już dawno temu postanowiła, tak dawno, że nie pamiętała kiedy, że ona będzie właśnie takim kimś, kto pilnuje, żeby słabsi nie padali ofiarą silniejszych. I żeby przestępstwa nie uchodziły nikomu na sucho.

Jeśli mogła użyć analogii do świata, o którym opowiadał jej Cas, to wybrała dla siebie zawód alfy, który troszczy się o wszystkie omegi.

Byłoby jej łatwiej, gdyby mogła ich wszystkich aresztować, wszystkich, którzy go skrzywdzili. Ale słuchając teraz tego chłopca zrozumiała, że wymierzanie sprawiedliwości to jedno, a niesienie pociechy to całkiem coś innego.

- Dlaczego się taki urodziłem? - Odwrócił się do Jody, szukając w niej odpowiedzi. - Czemu nie mogłem być betą? Czemu nie urosłem większy? Żebym mógł się obronić? Czemu nie jestem taki mądry jak Gabriel, z którym wszyscy się liczyli, chociaż nie był silny? Czasem jestem zły na Pierwszego Wilka, że zrobił takiego potworka jak ja! Że pozwolił mi się urodzić! Po co?! Jody? Po co?... Żeby inni mogli mnie bić? I głodzić? I dotykać, kiedy tylko chcą? Co? Jody? - pytał, nie słuchając jej tłumaczeń, że nie jest żadnym potworkiem i że to minęło, że nikt nie będzie już go głodzić i dotykać, jeśli tego nie będzie sam chciał. - Nie, Jody. Zawsze będę omegą. Zawsze! To się nigdy nie zmieni - powiedział zrezygnowany. - Dlatego chciałem wrócić do alfy Deana. On mnie obronił. Zabił złe wilki, które chciały mnie zgwałcić i zabić. Obiecał mi kiedyś, że nigdy mnie nie zostawi i zawsze mnie obroni i dotrzymał słowa. Myślałem, że to kłamczuch i oszust, ale tego słowa dotrzymał. Przyszedł i mnie uratował, chociaż nie musiał. Jody, nie musiał, ale mnie uratował. I ja myślałem, że mnie weźmie z powrotem. Chciałem, żeby mnie wziął. Z nim byłbym bezpieczny. Obiecał mi, że mnie obroni i dotrzymał słowa. - Zamilkł na długą chwilę i znów zabrał się do pakowania ciasteczek. I kiedy Jody myślała, że już nic więcej nie doda, nagle zauważył, cicho i smutno - nie wziął mnie. Już mnie nie chce.

Odłożył niedokończoną paczkę, z niezawiązaną wstążeczką i poszedł do swojego pokoju. Zamknął drzwi i Jody zrozumiała, że chciał pobyć sam.

Wyglądał jak ktoś, kto ma złamane serce.

 


 

Od tamtej rozmowy z Jody minęło trochę czasu. Ciasteczkowy interes się powolutku rozkręcał, praca u Meg przyniosła efekt w postaci pierwszej pensji i Cas siedział teraz z Deanem Winchesterem u Benny'ego, dojadając hamburgera, w swoim przekrzywionym krawacie i starał się zachowywać jak poważny człowiek. Nie jak omega. Czuł się niesamowicie szczęśliwy, że mógł zapłacić za swoje jedzenie i jeszcze zaprosić alfę. Nigdy wcześniej nie wyobrażał sobie, że mógłby tego dokonać: zarobił pieniądze, zaprosił alfę i kupił im obu jedzenie. U Benny'ego! Prawdziwa restauracja, na mieście. Jak w książkach!

Pławił się w błogostanie.

Może Dean nie chciał go zabrać, nie chciał wziąć smyczy i nie pozwolił omedze zająć jego miejsca, miejsca przy nodze (i omega wiedział, że to dlatego, że to już nie było jego miejsce, nie po odejściu z watahy), ale zgodził się na spotkanie, siedział teraz naprzeciwko i rozmawiał prawie jak równy z równym. Benny ich obsługiwał, przynosił im talerze i zapalił świeczkę, co było miłe z jego strony, chyba... Omega zgadywał, że to było miłe, bo w powieściach eleganckie kolacje zawsze odbywały się przy świecach, więc Cas naprawdę doceniał, że Benny postarał się, żeby było elegancko i szykownie. Chociaż lepiej, że Dean zgasił świeczkę, bo ten dym trochę śmierdział zjełczałym tłuszczem i pleśnią i zagłuszał pyszny aromat jedzenia... Casowi nie robiło różnicy, czy świeczka się pali, czy nie - samo to, że była podnosiło rangę spotkania. Elegancko i szykownie - pomyślał po raz któryś z zadowoleniem, poprawił krawat i wytarł usta z keczupu. Ręką, bo Benny uważał serwetniki i w ogóle papierowe serwetki za rozpustę i babskie fanaberie.

A to nie była taka restauracja - powiadał Benny, nie wiadomo dokładnie co mając na myśli. Nie-babska? Cas nie rozumiał, czemu Benny nie chciał prowadzić babskiej restauracji, ale może to miało coś wspólnego z tym, że w dziewięćdziesięciu procentach klientami byli kierowcy ciężarówek przejeżdżający tędy do tartaku Johnsona Winchestera lub jadący dalej do większych miast. To nie byli wymagający klienci, a miejscowym nie przeszkadzał brak serwetek. Nauczyli się przynosić własne chusteczki. Benny po prostu nie zetknął się nigdy z rynkową potrzebą wprowadzenia ulepszeń i miał przekonanie, że prowadzi knajpę najlepiej jak potrafi i z pełnym sukcesem.

- Muszę siusiu - poinformował nagle omega, wywołując u Deana parsknięcie śmiechu. - Zaraz przyjdę.

- Nie zgub się po drodze. - Zażartował Dean, odprowadzając go wzrokiem.

Cała ta kolacja była niezwykle śmieszna. Chociaż nie był pewien, czemu właściwie Cas go zaprosił. Pochwalił się, że ma dwadzieścia dolarów w portfeliku i oświadczył, że nie chce funduszu powierniczego, bo sam na siebie zarabia, co Dean skwitował uprzejmie, że to bardzo ładnie i że bardzo się cieszy. Na temat funduszu nie zamierzał wchodzić w żadne dyskusje. Omega nie był partnerem do omawiania spraw finansowych, a skoro Dean podjął decyzję, żeby mu ten fundusz założyć, to nie było opcji, żeby teraz ją cofał. Nie zamierzał i nie chciał, koniec kropka.

Zresztą, mały chyba w ogóle nie rozumiał takich pojęć - jego zakres wiedzy o pieniądzach kończył się chyba na tych stu dwudziestu dolarach dwutygodniówki, które zarabiał u Meg przez cztery godziny dziennie, pięć razy w tygodniu. Kutwa z tej Meg, ale sama pewnie nie wyciągała wiele więcej z obrotów. Gdyby nie cotygodniowe, ogromne zakupy robione przez Ellen dla dwudziestu osób, miałaby kłopot z utrzymaniem sklepu. Dean wiedział, że po kupnie tartaku pół miasteczka właściwie siedzi w kieszeni nie komu innemu a właśnie jemu. Bardzo dobrze.

Każdy alfa pragnął powiększać terytorium wpływu a on lepiej niż inne, bardziej tradycyjne wilki rozumiał, że pieniądze to władza. Nie miał przerostu ambicji, nie chciał być... politykiem, ani gwiazdą rocka, ani nikim takim - kto ciągnąłby za sobą tłumy i karmił własne ego uwielbieniem innych. W głębi serca był zwykłym facetem, marzącym o rodzinie. Ale chciał tej rodzinie zapewnić dostatek, bezpieczeństwo i komfort, jakich nie zaznali on i Sammy.

Kiedy zostali sierotami mieli tak mało, prawie tak mało jak omega teraz. Kilka dolarów, ciuchy na grzbiecie i Impalę. Uśmiechnął się do siebie na to wspomnienie i nagle wzruszył. Głupek z tego omegi... Dean zrozumiał, po co go zaprosił. Pokazać mu ten swój mały skarb. Te dwadzieścia dolarów. Dean miał teraz więcej w drobnych pogubionych między poduchami kanapy, ale kiedy przypomniał sobie siebie sprzed lat, kiedy oglądał każdego dolara, zanim wydał go na jedzenie czy leki dla Sammy'ego - zrozumiał dumę, jaką czuł omega, pokazując mu ten swój przetarty, taniutki portfelik pełen własnych pieniędzy.

Zadzwonił do Kevina i kazał mu co piątek zamawiać u Casa dwa tuziny ciasteczek, po czterdzieści dolarów za tuzin. Kevin zaczął marudzić, że drogo, ale Dean uciął, że ma to zrobić i się rozłączył.

I rozejrzał się, czemu omega tyle marudzi w tej łazience.

Wstał.

Przeszedł przez całą, pustą salę w której posadził ich Benny, minął bar i skręcił do nieoświetlonego korytarzyka z wąskimi drzwiami. Pchnął je. Stawiały pewien opór, jakby ktoś je blokował, ale ustąpiły pod jego ramieniem.

Cas stał przy umywalce, z głową wciągniętą w ramiona, wyraźnie wystraszony. Znajomy metaliczno-kwaskowy posmak uszczypał Deana w język. Yup, wystraszony jak cholera. Jak tylko wyczuł Deana i usłyszał otwierane drzwi dwoma susami minął faceta zastawiającego mu drogę i kicnął za plecy alfy z głośnym westchnieniem ulgi. Aż Dean się uśmiechnął.

- Umyłeś ręce? - spytał dla porządku, przyglądając się facetowi w przepoconym podkoszulku i wytartych dżinsach. Cas pisnął, że tak. - To szoruj do stolika. A po drodze weź mi jeszcze piwo i colę dla siebie.

Poczekał, aż chłopak się oddali, całkiem zwinnie jak na ślepca.

- Bez urazy! - Facet podniósł dłonie i uśmiechnął się krzywo. Miał szorstki zarost, cuchnął tytoniem i bez wątpienia był wilkiem. Wśród kierowców ciężarówek zdarzało się całkiem sporo wilków. To był dobry zawód dla kogoś takiego. Zwłaszcza dla tych samotnych, nie należących do żadnej watahy. - Nie wiedziałem, że ta laleczka ma pana.

- No, to teraz wiesz.

- Nic się nie stało. - Zastrzegł facet uroczyście i poważnie. - Nawet go nie dotknąłem. Tylko sobie pogadaliśmy. Chciałem mu postawić piwo, ale wszedłeś i...

Najwyraźniej nie chciał zadzierać z alfą, od którego promieniował autorytet przewodnika dużej watahy. Wilki miały swoje instynkty, wiedziały, z kim można zadrzeć, z kim nie. A może go poznał? Może widział go w tartaku? Deana to nie interesowało. Po prostu podniósł palec, wycelował w pierś tego chłystka i powiedział spokojnie:

- Trzymaj się z daleka. Zrozumiałeś?

- Tak. Przepraszam. - Facet przybrał nagle bardziej uległą postawę i ton.

Dean popatrzył jeszcze chwilkę i zawrócił na pięcie.

Cholerny omega! Przyciąga do siebie jak miód pszczoły! Nie można go na chwilę spuścić z oczu, żeby się ktoś nie przyczepił!

Sam Dean nie do końca rozumiał jego fenomen. Może to te oczy? Wielkie, niebieskie i niewinne? Może to jak kładł palec na ustach... Aż się chciało zamienić palec na coś innego... Ech. Może coś w jego zapachu? Zresztą, warknął do siebie, wszystko jedno co to było, przyciągał i już. Bez ochronnego zapachu alfy na sobie dawał sygnał innym wilkom, że mogą go sobie wziąć, jeśli chcą.

I tak się właśnie kończy wolność, która mu się zamarzyła. Że nawet nie może iść się wyszczać, żeby ktoś nie chciał go pokryć w kiblu.

Dean nagle zrobił się zły i ledwo powstrzymał się, żeby nie przełożyć omegi przez kolano, wlać paru klapsów, wsadzić do wozu i zabrać do domu. Wybić mu to całe zarabianie pieniędzy, pałętanie się wśród ludzi i udawanie, że może sobie sam poradzić i zadbać o siebie.

- Poskarżyłem Benny'emu i Benny powiedział, żebym już nie chodził do tej łazienki! - oznajmił Cas, jak tylko Dean podszedł do stolika. Stres minął i omega uśmiechał się od ucha do ucha, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony. - Teraz jak będę potrzebował to mogę chodzić do łazienki dla personelu! Na zapleczu! Tam jest Benny i on mnie przypilnuje, żeby nikt mnie nie zaczepiał! Dobrze załatwiłem? - spytał, oczekując pochwały.

- UGGGGRRRRRRRRRR! Świetnie - warknął Dean i wychylił cały kufel na raz.

 

 

 

 

Chapter Text

Był ciepły, wczesny wieczór. Na gankach mijanych domów zaczęły świecić żarówki. Omega szedł koło alfy, który postanowił go odprowadzić pod samo biuro szeryfa, i opowiadał coś o jakimś koniu. Dean puszczał jego opowieść jednym uchem a wypuszczał drugim, wciąż pobudzony zdarzeniem w łazience. Coraz bardziej się martwił a wyobraźnia podpowiadała mu kolejne obrazy niebezpieczeństw czyhających na malca: kierowców porywających go na parking, zaczepiających w sklepie, w barze, śledzących w drodze do domu... Doskonale wiedział, do czego zdolny jest taki samotny, napalony długą abstynencją wilk w drodze, widzący bezbronną, słodką zdobycz, którą wystarczy sobie wziąć.

Sam sobie przecież wziął omegę.

Dziś niechętnie wspominał tamte wydarzenia, w lesie, z ich pierwszego razu. Gdyby nie to, że alfom z trudem przechodzi przez gardło przyznawanie się do błędów (alfy z założenia nie popełniają błędów, alfy testują nowe rozwiązania), przeprosiłby omegę. Może nie przeprosił-przeprosił, w sensie, że żałuje i w ogóle... Bo nie żałował. W sumie. Ale gdyby miał to zrobić jeszcze raz, jeszcze raz zabrać omegę i przywłaszczyć... Oczywiście, że by zabrał!, tu nie było nad czym się zastanawiać, ale może byłby troszeczkę... odrobinkę... Jakby to ująć? Delikatniejszy.

Spojrzał na malca, gestykulującego zamaszyście i uśmiechniętego szeroko. Pachniał tak, jak wtedy pod drzewem, kiedy Dean pozwolił mu odejść. Euforycznie. Buzia mu się nie zamykała, przeskakiwał z tematu na temat, o wycieczce do stadniny, o ciasteczkach, o pracy u Meg, książkach, które Sammy ściągał mu do słuchania, Belli (o której wyrażał się z melancholią, ale i z ogromną sympatią), nowych rzeczach, których się nauczył ostatnio...

- Jody pokazała mi jak się bronić przed złymi ludźmi! - Przypomniał sobie nagle. - Pokazać ci?

Dean się roześmiał.

- Z czego się śmiejesz? - Omega zatrzymał się i zmarszczył brwi. - Jody jest z policji i uczy mnie samoobrony!

- Przed tym gnojkiem w łazience jakoś się nie obroniłeś... - Alfa nie mógł odpuścić okazji, żeby mu trochę dokuczyć. Omega machnął ręką.

- Właśnie miałem! Właśnie miałem mu pokazać! - wykrzyknął, niekoniecznie zgodnie z prawdą, bo bardzo się przestraszył, kiedy tamten zastawił mu przejście i zaczął mówić do niego laluniu i najwyraźniej miał ochotę robić te rzeczy. Jody pokazała mu kilka sposobów, ale w nerwach o wszystkim zapomniał i całe szczęście, że Dean się zjawił, bo mogło być z nim niewesoło. Omega uznał jednak, że zaimponuje Deanowi i oświadczył chełpliwie. - Miałem go pobić, kiedy przyszedłeś!

- Pobić? - spytał Dean bardzo poważnym tonem, tak poważnym, że aż kpiącym i omega przygryzł wargi.

- Pokażę ci! - burknął. - Pokażę ci, stań tu! Pokażę ci, zobaczysz! Pobiję cię!

Dean stanął na chodniku, pozwalając omedze przyjąć wojowniczą postawę i zamarkował atak. Omega próbował przerzucić go przez ramię, dokładnie tak jak pokazywała mu Jody, co może byłoby skuteczne wobec większości mężczyzn, ale nie wobec takiego silnego i wielkiego alfy jak Dean Winchester.

Alfa stał nieporuszenie, śmiejąc się głośno z wysiłków omegi, który mocował się z nim jak trzylatek z parkometrem. Nieważne jak bardzo się nadymał i wysilał, jedyne co mu się udawało, to podeptać alfie buty i raz kopnąć go w piszczel. Niezbyt miłe, ale alfa był w stanie znieść gorsze rzeczy.

W końcu Dean złapał go, podniósł i bez żadnego wysiłku przerzucił sobie przez ramię, jak wtedy w domu, kiedy go wnosił i znosił ze schodów, zawiniętego ciasno w koc. Pomaszerował tak do biura szeryfa, nie zwracając uwagi na spojrzenia nielicznych przechodniów, którzy rozpoznawali pana Winchestera i pozdrawiali z szacunkiem, tak jak pozdrawia się kogoś ważnego i szanowanego, kto daje pracę i pozwala zarabiać na życie. Omega zwisał głową w dół za plecami alfy i chichotał, sam nie wiedział czemu, może dlatego, że był nadzwyczaj szczęśliwy, a może dlatego, że coś łaskotało go w brzuchu, jakby miał tam stado motylków. Tak jest w książkach czasem opisane - że ktoś ma motylki w brzuchu, i to jest takie dziwne uczucie, ale bardzo miłe.

Omega wiedział, co to znaczy mieć motylki w brzuchu (z książek, a poza tym spytał Jody co to dokładnie znaczy i ona mu wytłumaczyła), ale wciąż nie potrafił zrozumieć, kiedy to się stało, że zaczął je czuć przy Deanie. Pamiętał niedawne czasy, kiedy tak bardzo go nienawidził i bał się i chciał od niego uciec, a teraz każda myśl o nim sprawiała, że pojawiały się motylki. No chyba, że to była taka myśl, że Dean go nie chce, wtedy motylki też się pojawiały, ale były smutne.

Teraz nie były smutne. Teraz były radosne. Dean znów go obronił - przed tym złym wilkiem u Benny'ego - i spędzili razem wspaniały wieczór, zjedli kolację, którą kupił im omega (wciąż się napawał faktem, że sam za nią zapłacił) i wracali razem i Dean był w dobrym humorze i wszystko było takie, że lepsze być nie mogło.

- Jesteśmy. - Dean go postawił przed wejściem i popatrzył na Casa. Obciągnął mu koszulę i poprawił krawat. Omega wyjął klucze z kieszeni.

- Dziękuję, że się zgodziłeś na spotkanie. - Przypomniał sobie, co należy powiedzieć. Jody go pouczyła, że to będzie uprzejme i pokaże, że jest dobrze wychowany. - Było mi bardzo miło spędzić z tobą czas. Do widzenia.

- Do widzenia - powiedział Dean, patrząc jak omega wspina się na trzy schodki, wkłada klucz w zamek i przekręca. - Gdzie jest Jody?

- A która godzina? - spytał omega.

- Wpół do ósmej.

- To na objeździe. Wróci za półtorej godziny... - Cas nie zdążył dokończyć zdania, kiedy poczuł na sobie ręce Deana. Alfa w jednej chwili stanął za nim, pchnął jednocześnie chłopaka i drzwi, zatrzasnął je za sobą i w ciasnym korytarzu poderwał omegę z ziemi. Wszystko trwało nie dłużej niż trzy uderzenia serca.

Cas odruchowo oplótł go udami, jedną dłonią chwytając za koszulę na torsie a drugą, tę z kluczami, przyciskając do piersi.

Dean przytrzymał go ramieniem, gorączkowo całując, drugim chwytając poręcz i trzema susami wspiął się na schody prowadzące na piętro nad biurem szeryfa, gdzie mieściło się małe mieszkanko Jody Mills. Przycisnął chłopca do framugi, zabierając mu klucze: który?

- Kwadratowy... - wymamrotał omega, czując jak motyle trzepoczą jak oszalałe, już nie tylko w brzuchu, ale i w głowie, i wszędzie. Dean jednocześnie wsadził klucz w zamek i język w usta chłopaka, głęboko, chciwie, wysysając z niego oddech. Obaj wpadli do środka, Dean go nie puszczał, nogą zatrzasnął drzwi za sobą, rzucił klucze na stolik, usłyszał, że spadają na podłogę, nic go to nie obeszło. Ruszył do sypialni, nie znając rozkładu, kierując się tylko węchem.

Mieszkanie pachniało słodko omegą i świeżymi ciasteczkami.

Pokoik był malutki, łóżko wąskie. Pod ciężarem Deana stęknął Cas i materac.

Dean klęknął między jego udami, niecierpliwie szarpiąc klamrę paska i guzik rozporka, podczas gdy Cas ściągał krawat i rozpinał koszulę. Dean sięgnął do jego stóp i pozbył się butów i skarpetek, ściągnął dżinsy i przez chwilę gapił się na obnażonego chłopca, podpartego wyczekująco na łokciach.

- Kładź się. - Polecił, zabierając mu poduszkę. Rozpiął własne spodnie i tylko lekko je zsunął, nie chcąc dłużej zwlekać. Wsadził poduszkę pod biodra omegi i obszukał kieszenie. A! Jest!, odetchnął z ulgą, wyciągając tubkę lubrykantu. Przezorny alfa zawsze przygotowany na każdą okoliczność!, uśmiechnął się i pochylił nad Casem. - Ręce!

Chłopak natychmiast wykonał polecenie.

- Patrz na mnie! Otwórz oczy i patrz na mnie! - warknął, całując, pieszcząc i obmacując całe ciało omegi. Omega wiedział, że alfa to lubił, lubił jak Cas ma otwarte oczy i kiedyś go to denerwowało, traktował to jak jeszcze jeden sposób alfy by go udręczyć, by mu przypomnieć, że omega przecież nie może naprawdę patrzeć. Że omega nic nie widzi, ale teraz posłusznie podniósł powieki i starał się skierować oczy tam, skąd dochodził głos alfy.

Starał się... patrzeć. Żeby mu sprawić przyjemność. Chciał mu sprawiać przyjemność, chciał, żeby alfa był szczęśliwy, żeby było mu z omegą dobrze. Chciał zrobić wszystko, co trzeba, co można... co umiał.

Westchnął, westchnął wprost w gorące, wilgotne i chciwe usta alfy, poddając się i otwierając dla niego chętnie, więcej niż chętnie - pospiesznie i gorliwie, jakby się bał, że alfa się rozmyśli i sobie pójdzie i go zostawi.

Nie chciał, żeby alfa odchodził, chciał go tu, w swoim łóżku, w sobie, chciał tak bardzo, że aż się wyprężył pod nim, w łuk, cały się wygiął, wpuszczając go w siebie, jego język i palce i wszystko... Wszystko na raz. Jęknął. Raz i drugi i potem już cały czas, bez przerwy.

Motyle, wszędzie motyle. I znów pocałunki. Pełno, pełno pocałunków, jakby alfa nie miał dość, jakby chciał zjeść omegę... Jak smaczne ciastko. Oblizać, jak talerz po pysznym obiedzie. Palce alfy, takie niecierpliwe, ale delikatne. Śliskie, mokre. I znów jego usta. Wszędzie, wszędzie. Biodra napierające na biodra. Krótkotrwały ból, znajomy i wcale nie straszny, już wcale nie - omega wiedział, że go zniesie i że to żadna krzywda i że zaraz minie i potem zrobi się przyjemnie, za chwilę, już za moment, o właśnie tak, właśnie teraz... a teraz kołysanie. Pchnięcia. Niecierpliwe, głębokie pchnięcia, przyspieszony oddech Deana, gorący na twarzy omegi, znów pocałunki, całe m n ó s t w o  pocałunków, i skrzypienie materaca i stada motyli... i znów pocałunki, tak głębokie, że aż brakowało tchu i szept, proszący i rozkazujący jednocześnie: wróć. Wróć do domu...

pchnięcie

Zabiorę cię stąd, wróć ze mną do domu... wrócisz?

pchnięcie, pchnięcie, pchnięcie, pchnięcie

Kocham... - pchnięcie - ...ciebie... - pchnięcie - ...głupku...

Motyle, pchnięcia, szepty... Rozkazy. Prośby. Wyznania. Błyski.

Błyski.

Pchnięcia.

Skrzypienie sprężyn i desek ramy i uderzenia zagłówka o ścianę... Motyle, motyle, motyle... I klacz. I zapach sierści. I tętent kopyt. A może tętnienie krwi w uszach... Tuman kurzu, wzbity przez tabun pędzących koni. Klacz, która pędzi, cała i zdrowa. Żywa. Odwraca się na chwilę, patrzy na małego wilczka, na szczenię w oddali, parska, jakby się śmiała. Jakby się żegnała i znika z tabunem na horyzoncie, w złotych promieniach zachodzącego słońca...

- Ręce! - Groźny głos alfy, przypominający, żeby omega cofnął dłonie za głowę. Ale Cas nie cofnął rąk.

Nie cofnął palca, błądzącego po twarzy Deana.

- Nos - powiedział nagle. Zdziwiony. Dean w pierwszej chwili nie zwrócił na to uwagi, wchodząc w niego do samego końca, ale nagle się zatrzymał. Popatrzył w dół. Na twarz omegi. - Nos.

Dean zamrugał.

- Oko. - Palec omegi przesunął po jego policzku. - Oko? - Zapytał niepewnie. - Oko?

Oderwał dłoń od twarzy alfy i poruszył palcami.

- Moje palce. - Stwierdził i znów z zainteresowaniem wrócił do studiowania alfy, coraz szybciej dotykając i wymieniając - czoło,

ucho,

brew,

oko,

nos,

broda...

...usta...

Dean oparł się na łokciach, opuszczając się nad omegę nisko i Cas trochę pisnął pod jego ciężarem, więc obaj się nieco przesunęli, znajdując wygodniejszą pozycję. Dean nadal był w nim, ale już się nie poruszał.

- Jaki to kolor? - spytał Cas przyglądając się jego oczom.

- Zielony - mruknął Dean.

- A to niebieski. - Cas wskazał na swoje.

- Wiem. - Dean się uśmiechnął.

- Masz ładne oczy. - Poinformował go Cas, wysuwając czubek języka na wargi. - Zielone. - Powtórzył kilka razy, żeby zapamiętać. - I masz ładny nos. I usta. Cały jesteś ładny. Phehlijah miał rację. Jesteś bardzo ładny.

- No, skoro Phehlijah tak powiedział... - Dean się roześmiał i dodał łagodnie. - Dziękuję. Ty też jesteś bardzo ładny. Właściwie, to jesteś śliczny. Tylko nie mów nikomu, że tak powiedziałem. - Przykazał surowo.

- Nikomu nie powiem. - Obiecał omega, bez chwili przerwy zajmując się twarzą alfy Deana. Gładząc i obejmując dłońmi policzki, głaszcząc szczęki, nieco szorstkie od zarostu i przesuwając palcami w jego włosach, zafascynowany każdym najdrobniejszym szczegółem. Patrzył przy tym na Deana z takim zachwytem, że wielki, silny alfa po raz pierwszy od dawna się zarumienił. I znów zaczął się troszeczkę poruszać. Na razie płytko i powoli, żeby nie przeszkadzać chłopcu.

- To on? - Usłyszał nagle za sobą. - To on. Wszystko zepsuł. Wszystko zepsuł. - Dean obrócił się przez ramię. Lisa stała oparta o framugę otwartych na oścież drzwi. - Myślałeś, że dasz mi jakieś ochłapy z miną hojnego pana a ja zniknę bez słowa?

- Lisa? - Wstał, zasłaniając sobą omegę. - Pomówmy...

- Mogłeś mieć wszystko, Winchester, a nie będziesz mieć nic - powiedziała, podnosząc broń. - Pożegnaj się, Winchester, ze swoim małym pieskiem.

- Lisa!

- To już koniec. Prawdziwy koniec...

 

 

 

 

 

Huk. Krzyk. Krew.

Wszystko na raz.

 

 

 

 

 

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ

 

Chapter Text

PORZUĆCIE NADZIEJĘ CI, KTÓRZY TU WCHODZICIE

- napis nad bramą Piekła, wg Dantego :)

Tak, nadszedł czas na (tfu, tfu) mpreg.


Wszystkim, którzy tutaj chcą się pożegnać z tekstem bardzo dziękuję za dotychczasową podróż i przepraszam, że nie jest dłuższa. Chociaż wciąż zadziwia mnie, jak się rozrosła, z zaledwie jednego rozdziału, który zamierzałam opublikować i zapomnieć, nie bardzo znając całą konwencję wilkołaków i omegaverse (nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje i jakimi dokładnie rządzi się zasadami). Uczyłam się wszystkiego wraz z rozwojem tej historii i sądząc po ilości kudosów i odsłon pozwólcie, że nieskromnie i z wielką radością zauważę, że chyba całkiem nieźle mi poszło ;)

Nie byłoby tego oczywiście bez Was, czytelników. To Wasze życzliwe komentarze napędzały mnie i nie pozwalały porzucić tego opowiadania i bohaterów. Dziękuję za każdy z nich - nawet nie wiecie, ile radości i satysfakcji mi sprawiły i sprawiają. Dużo. Bardzo-bardzo dużo! :)

Kocham Was.

Zakończenie części nie-empregowej jest rozmyślnie tragiczne, bo wszystkie wielkie historie o miłości kończą się źle ;) :)

Romeo i Julia... Twist and Shout... Moja miłość do czekolady... ;)

Ci, którzy chcą zobaczyć, co dalej, dając mi kredyt zaufania z tym całym empregiem :) zapraszam do rozdziału.

Jeśli czytaliście Wielką Ucieczkę uprzedzam, że tu będzie trochę inaczej. Mniej... zabawnie. Okay,no to... let's rock and roll! :D

 


PO APOKALIPSIE

 

 

Cas skulił się w rogu łóżka, skomląc jak szczeniaczek, zabrany od matki. Zasłaniał ramionami twarz a kiedy Dean do niego podszedł, wcisnął się w kąt jeszcze bardziej i zmartwiał, popiskując w panice. Może dlatego, że Dean był cały we krwi Lisy. Może dlatego, że przed chwilą rozerwał jej gardło i złamał kark swoimi wielkimi szczękami. Może dlatego, że teraz był nie do odróżnienia od wujków i kuzynów Casa rozszarpujących klacz na jego oczach.

Dean zostawił go, poszedł po ręczniki i żeby zadzwonić do Sammy'ego. Trzeba uprzątnąć ten bałagan. Kiedy spłukał z siebie resztki Lisy i wrócił do sypialni, nie zastał chłopca i przez moment się wystraszył, gdzie się podział, czy nie uciekł gdzieś w szoku, ale prędko odkrył, że wilczek wpełzł pod łóżko, w najciemniejsze miejsce przy ścianie i nie dawał się wywabić żadnymi obietnicami i uspokajającymi pocieszeniami.

Trudno, na razie trzeba go zostawić i zabrać się za ciało. Spojrzał na zegarek. Niebawem zjawi się szeryf Mills. Będzie trochę zaskoczona. Oględnie mówiąc. Sammy miał do niej zadzwonić i skierować ją gdzieś w polną drogę, pod jakimś pretekstem, żeby nieco opóźnić jej powrót, ale Dean miał dramatycznie mało czasu a roboty po łokcie.

Na szczęście Impala był zaparkowana niedaleko a jej bagażnik spokojnie mógł pomieścić zawiniątko w w kocu i foliowym worku na śmieci. Jako tako sprawił się ze śladami krwi i obejrzał ślad po kuli w miejscu, gdzie leżał omega. Gdyby nie odzyskał wzroku i nie zadziałał instynktownie, turlając się do krawędzi pod ścianą... Dean zaklął paskudnie.

Nigdy nie powinien puszczać Lisy wolno. Powinien zakopać ją pod sosnami, ją i tę całą jej bandę. Ale kiedy patrzył na Bena i Miley - jeszcze dzieciaki, tulące się do niej, nie rozumiejące, co się wyrabia wokół nich, zainteresowane jedynie powrotem do cywilizacji, do szkoły ze swoimi starymi znajomymi, do randek, zakupów w centrach handlowych, oglądania telewizji i grania w gry komputerowe, zamiast uwiązania na tym nudnym ranczu, gdzie nie było właściwie nic do roboty... Zrobiło mu się żal. To w końcu on nie dotrzymał umowy. To on zawiódł. To on tak jakby ją sprowokował.

Bobby i Rufus ją rozbroili, a Dean kazał zapakować plecak kilkoma paczkami banknotów, kilkoma kilogramami złota i garścią kamieni szlachetnych i dołożył hojnie jeszcze trochę obligacji państwowych. Dzieciaki powinny mieć za co iść na studia. Niech mają. Mógł sobie pozwolić.

Lisa nie podziękowała, ale alfy nie są wylewne w sytuacjach, gdy przegrywają i są obiektem litości. Wyjechała i tyle ją widzieli.

Nie brał pod uwagę, że może wrócić. Bardziej bał się kierowców ciężarówek, chcących pieprzyć omegę w kiblach i na tyłach swoich szoferek niż Lisy z jej malutkim, damskim pistolecikiem, z rękojeścią wykładaną masą perłową. Uwierzył, że dla niej to tylko układ. Biznes. Że nie byłaby zazdrosna o chłopca, o omegę. Że mógłby go sobie mieć. Ich obydwoje, że by się potrafiła podzielić. Najwyraźniej nie potrafiła.

Dwa razy jej nie docenił. Dwa razy dał się oszukać i podejść, narażając życie i zdrowie osób, które kochał. Może dlatego, że była wilczycą. Matką. Jakiś głęboki, podświadomy instynkt kazał mu chronić wilczyce, matki. Może nawet nie chronić, ale przynajmniej nie atakować, o ile nie było to absolutnie niezbędne. Nie można osieracać szczeniaczków. Nawet obcych. To... poniżej godności alfy. On nie był taki. Nie chciał być. Nie, póki wilczyca nie postawiła go w sytuacji bez wyboru.

Dobrze, że przynajmniej miał refleks, który umożliwił mu atak w samą porę. Lisa zdążyła wystrzelić, omega wrzasnął, przekręcając się na bok - kula minęła jego głowę o włos, a Dean wgryzł się w szyję wilczycy jak wściekły, nie czując nic prócz żądzy mordu, żądzy krwi.

Na koniec podniósł łóżko, wywlókł omegę dość bezceremonialnie za ramię, owinął kocem i zaniósł biegiem do Amy, żeby go obejrzała i dała coś na uspokojenie. Otworzyła w domowych legginsach i nieco już nieświeżym t-shircie. Rzuciła okiem i prędko otworzyła przychodnię, wprowadzając ich do środka.

Wyprosiła Deana na czas badania, ale zostawiła otwarte drzwi, więc trochę podglądał i podsłuchiwał. Amy w pierwszej chwili myślała, że stało się coś strasznego i potrzebne będzie jakieś szycie, albo skomplikowana diagnostyka z użyciem narzędzi, których nie posiadała w swoim słabo wyposażonym, prowincjonalnym gabineciku, w którym najbardziej skomplikowanym jak na razie przypadkiem był pan Hill i jego półpasiec.

I już pozwoliła omedze wstać, kiedy coś dostrzegła. Jakąś...

Plamkę.

Na prześcieradle. Tam gdzie siedział podczas badania, na leżance. Kucnęła i przyjrzała się. A potem kazała omedze się położyć, zamknęła drzwi, żeby Dean nie mógł już zaglądać i sięgnęła między uda pacjenta.

- A więc jednak... - powiedziała do siebie. Nie było czasu na rozmyślania. Kazała Casowi się nie ruszać, nawet palcem. Przykryła go kocem, podpięła kroplówkę, dała leki rozkurczowe i to zasadniczo było wszystko, co na tym etapie mogła zrobić.

Zadzwoniła do Jody i kazała jej natychmiast przyjechać. Zadzwoniła do Meg i poprosiła czy mogłaby przynieść jej do gabinetu domowy test ciążowy. Chyba ma jakieś na stanie?

- Tak, teraz - warknęła, kiedy Meg zaczęła marudzić, że właśnie ogląda House of Cards i może przyjść później. Albo jutro. Cas przyniesie.

- Cas nie przyniesie, ty przynieś. Teraz! - Uparła się i odłożyła słuchawkę. W całym miasteczku nie było zbyt wiele kobiet w wieku rozrodczym i nie była zbytnio przygotowana na ich obsługę. Żona Padaleckiego ostatnio wspominała, że starają się o dziecko, ale znalazła sobie ginekologa w Crabtown, przy szpitalu położniczym i nie zawracała Amy głowy.

Amy nawet nie miała porządnego USG, tylko takie stare urządzenie, kupione na jakiejś wyprzedaży sprzętu medycznego. Nie była nawet pewna, czy działa. Co miała nim badać? Półpasiec pana Hilla czy halluksy Meg? Stał bezużytecznie w pokoju zabiegowym na końcu korytarza i zbierał kurz.

Ale może teraz się przyda?

Myśląc o tym wszystkim prawie zapomniała o Winchesterze. Poprosiła go do gabinetu, posadziła na taborecie, obserwując z jaką troską pochyla się nad Casem, jak poprawia mu koc i jak się denerwuje, kiedy chłopak nakrywa się nim na głowę, pochlipując.

- Okay, co się właściwie stało? - Wyciągnęła go natychmiast do zabiegowego, rozgniewana. - Znów go skrzywdziłeś?! Powiem Jody i wiesz co ci zrobi? Wykastruje, a ja będę patrzeć jak się wykrwawiasz!

- Nic mu nie zrobiłem! - przerwał jej ostro. - Zobaczył coś, czego nie powinien zobaczyć, ale ja nic mu nie zrobiłem, przysięgam. Przysięgam! Co z nim? Nic mu nie jest? Nie jest draśnięty?

- Draśnięty? - Powtórzyła. - Nie, nie jest draśnięty. I coś jednak mu zrobiłeś.

Dean spojrzał zdziwiony i urażony jednocześnie.

- Amy, przysięgam, że nic mu nie zrobiłem. - Zawahał się, zanim dodał ciszej, ale bardziej stanowczo - kocham go. Nie skrzywdzę go, Amy. Ani teraz, ani nigdy.

- Nie wiem, czy zdołam utrzymać dziecko. - Amy nie owijała w bawełnę. - Trzeba mi było od razu powiedzieć. Daj mi telefon lekarza prowadzącego. To trzeci miesiąc najmniej, prawda? - Przekalkulowała.

Dean pierwszy raz w życiu zasłabł.

 


 

Rozpętało się piekło i trwało już prawie pełną dobę. Dean wrzeszczał. Potłukł szafkę ze szklanymi drzwiczkami. Jody zagroziła, że założy mu kajdanki i wsadzi do aresztu na sto lat i nikt go nie znajdzie, póki nie sczeźnie, a jego zgniłe truchło rzuci leśnym zwierzętom na pożarcie, Amy krzyczała, że mają natychmiast się uspokoić i przestać straszyć Casa, Ellen siedziała na krześle w poczekalni z głupią miną, kiwała się w przód i w tył i pytała: jak to możliwe, jak to możliwe?

Potem musieli się trochę wziąć w garść, bo Cas usłyszał piąte przez dziesiąte, wpadł w panikę, dwa razy wyrwał sobie wenflon i zagroził, że wyskoczy przez okno. Jody i Ellen przeniosły się do niego, obsiadając leżankę i pilnując, żeby nic sobie nie zrobił.

Zwykły domowy test z rozkosznym dzidziusiem na pudełku potwierdził bez żadnej wątpliwości obecność gonadotropiny kosmówkowej, świadczącej o ciąży. Wystarczyło nasiusiać i bam! Dwie kreski.

- Nie rozumiem. - Dean przetarł twarz zmęczonym gestem. Wyglądał, jakby postarzał się o kilka lat. - Amy, to jest mężczyzna. Mężczyźni nie zachodzą w ciąże.

- Mężczyźnie nie. - Zgodziła się, podała mu kubek kawy i sama pociągnęła długi łyk ze swojego.

- Nie mamy odpowiedniego sprzętu! - Nie dał sobie przerwać, chodząc po zabiegowym w te i we wte, od ściany do ściany, jak wielki, zły zwierzak w za ciasnej klatce. Amy kątem oka, samym skrajem widzenia kilka razy zdawała się móc dostrzec tą jego drugą, pierwotną, animalną postać, jakby złość i szok i wszystkie te emocje, kotłujące się w nim od prawie doby nieco uchylały zasłonę, za którą krył się... wilk.

- Cas ma.

- To facet! - Uparł się. - Przecież wiem! Wiem! - Pokręcił głową. - Zobaczyłbym, że ma... że ma...

- Waginę? - Amy powstrzymała uśmiech. Faceci! Nieważne czy ludzie czy wilki, czy mieli szesnaście lat czy dwadzieścia osiem, czy potrafili zabić jedną ręką i klęli jak szewcy, nadal czuli zażenowanie na dźwięk tego słowa. Jakby określało coś, co nieco przerasta ich percepcję, coś fascynującego i groźnego jednocześnie.

- Właśnie! Przecież bym wiedział! - Przypomniał sobie wszystkie razy, kiedy pieprzył chłopaka i nigdy, nigdy nie była to wagina. Nie było waginy! Nie było! Widziałby! Zawsze brał go tak, jak się bierze chłopców, w tyłek!

- Kiedy go badałam pierwszy raz... - Zastanowiła się. Pierwszy raz był na ranczu. - Nie, nie pierwszy. To było już tu. Nie wiem, może drugi, albo trzeci, widziałam, że trochę się różni anatomicznie, ale bardziej mnie zafascynowało to, że jest... Wilkiem, niż hermafrodytą.

- Och! - Dean przewrócił oczami. - Pięknie! Starożytni Grecy i ich perwersyjna mitologia!

- To nie jest mitologia, Dean. - Usiadła na przeciwko. - Wilkołactwo, to jest mitologia. - Dźgnęła go palcem. - Przynajmniej według oficjalnej nauki.

- Są rzeczy nieznane nauce i nie znaczy, że nie istnieją - mruknął, obrażony.

- A hermafrodytyzm jest znany i całkiem dobrze zbadany. - Odbiła piłeczkę. - Słyszałeś o przewodach Mullera? Zespole Klinefeltera?

- Nie sprzedawaj mi tu swojego lekarskiego bełkotu! On może sobie mieć... sprzęt... - Wagina nie przeszła mu przez gardło. - Ale ani razu mu nie wsadz... nie byłem... W nim w ten sposób. Tam. - Spojrzał znacząco, czerwieniąc się. - Więc jak?

- Wystarczy jeden plemnik. - Amy starała się nie przybierać belferskiego tonu, chociaż zastanowiła się, czemu dorośli zdają prawo jazdy na samochód a nie zdają egzaminu uprawniającego do seksu. Przynajmniej wiedzieliby coś więcej, niż można obejrzeć w pornosach o nianiach i dostawcach pizzy. - Wystarczy kropla, którą przypadkiem wtarłeś udem, albo palcem w jego... - Amy zawahała się, czy nie powinna użyć zaimka: jej. - Krocze. Zwykle trzeba trochę się napracować, żeby zrobić dziecko, ale zdarza się, że do zapłodnienia dochodzi bez penetracji pochwy, tylko w wyniku intensywnych pieszczot. W podnieceniu mogłeś nie zauważyć. Mogłeś nie wyczuć niczego, bo jego - jej?, Amy zaczęła się jąkać przy każdym zaimku - pochwa jest skrócona i wąska a wejście nieco schowane w pobliżu moszny...

- Właśnie! - Dean podskoczył triumfalnie. - Ma jaja! Jak każdy facet! I penisa! Aha! - Popatrzył, jakby właśnie wrzucił piłkę do kosza i prawie odtańczył taniec zwycięstwa. Amy powoli wypuściła powietrze, starając się zachować cierpliwość.

- Na tym to polega. Hermafrodytyzm. - Zrobiła pauzę. - Że możesz mieć i to, i to. A on nie do końca ma.. ehm... jaja - chrząknęła z zakłopotaniem - ma jedno jądro i, o ile mogłam zobaczyć na tym moim przedpotopowym ultrasonografie, jeden jajnik. Jeden jajnik wystarczy. Jajnik, owulacja, plemnik i masz ciążę. Nie jestem ginekologiem i nie znam się na tym aż tak dobrze, ale jeśli jajnik pracuje, to zwykle oznacza, że jądro nie działa poprawnie. Podczas szczytowania dochodzi do ejakulacji, ale płyn nie zawiera plemników. - Wszystkie te tłumaczenia i brak snu i nadmiar emocji zupełnie ją wyczerpały i mimo wypitej kawy poczuła senność. Miała dość na dziś, na ten moment. - Słuchaj. Czy tego chcesz czy nie to się po prostu zdarzyło. Nie wiem, jakie jest prawdopodobieństwo, może takie jak wygrana na loterii, może mniejsze, ale się zdarzyło. Zaburzenia identyfikacji płci osób interseksualnych, jak się ich teraz nazywa występują raz na pięćset urodzeń. Rozumiesz? Raz na pięćset. To częściej, niż dzieci z zespołem Downa. I nie porównuję tu interseksualności do zespołu Downa, po prostu zdaj sobie sprawę, że nie jest to tak rzadkie, jak sądzisz. Nie wszyscy oczywiście wyglądają tak jak Cas. Wariantów aberracji chromosomalnej jest wiele i dają najróżniejsze efekty, z różnym nasileniem. Zresztą, spójrz! - Podniosła głos. - Nigdy nie zwróciłeś uwagi, że Cas jest łagodniejszy w obejściu od chłopców w jego wieku? Bardziej uległy?

- Oczywiście, to omega! - Dean wzruszył ramionami.

- To niedobór testosteronu! Nie zwróciłeś uwagi, że nie potrzebuje się golić? Że ma bardzo delikatne, kobiece owłosienie na ciele? Że ma nieco dziewczęcą budowę? Jest bardzo szczupły i wysoki jak na przeciętną ludzką nastolatkę, ale jak na wilka jest drobny, niski i zdecydowanie mniej umięśniony! Ludzie nie wiedząc, co ma w majtkach wyczuwają w nim ten kobiecy aspekt, czysto biologiczny, nie kulturowy, bo przecież nie zachowuje się jak dziewczyna, nie nosi sukienek, nie mówi o sobie jak o dziewczynie, a mimo to tyle razy słyszałam Franka i innych, jak żartobliwie mówili o nim per panienka, królewna, laleczka...

Dean dłuższą chwilę przetrawiał wszystkie informacje. Coś wreszcie zaczęło chyba do niego docierać. Amy ziewnęła i odchyliła się na krześle. Tak bardzo chciało jej się spać...

- Fakt. Większej dupy wołowej nie widziałem. Straszna z niego beksa. I histeryk. Kiedy go wziąłem cały czas ryczał. I panikował. I nic nie wiedział. Nie potrafił zapiąć pasów w samochodzie! Nie słyszał o Beatlesach... Nie wiedział, co to komputer... Jakby się urwał prosto z dziewiętnastego wieku... Wydawało mi się to takie... urocze. Wiesz? - Obrócił się do niej na moment. - Urocze... - westchnął z rozczarowaniem. - Mogłem być z Lisą. - Odezwał się ponuro, podchodząc do okna.

- Moim zdaniem jest uroczy. I świetnie sobie radzi - mruknęła.

- Mogłem być z Lisą i czekać na prawdziwe dziecko. Na prawdziwego szczeniaczka! - Wybuchnął.

- Czekasz na dziecko!

- Nic nie rozumiesz! Na LEGALNE dziecko. Legalne. Z alfy. Alfa i alfa równa się alfa. Alfa i omega... i wychodzą bękarty. Jakbym chciał mieć bękarty, to bym zapłodnił Bellę. - Fuknął.

- I kto tu jest z dziewiętnastego wieku? - prychnęła zirytowana. - Oświecę cię: według prawa to dziecko jest takim samym legalnym potomkiem, jak każde inne. Będzie po tobie dziedziczyć, musisz na nie łożyć i ma prawo do twojego nazwiska.

- To ludzkie prawo. - Machnął dłonią nieuważnie. - U nas to działa inaczej. Omega nic nie znaczy. Nic. Ma taki status, jaki nadadzą mu inni. Jaki nada mu alfa. Jednego dnia jest na szczycie, popadnie w niełaskę i spada na dno.

- Nie chcesz, żeby twoje dziecko było omegą, bo nie chcesz, żeby ktoś traktował je tak, jak ty traktujesz omegi. - Wytknęła mu.

- Nie twoja sprawa! - Rozgniewał się, jakby podrażniła czuły punkt. - I mam dość pouczania mnie przez jakiś ludzi! - Ludzi zabrzmiało jak omeg.

- Cas ma własny status! Nie musisz nic mu nadawać. I niczego mu nie odbierzesz. Zdobył przyjaciół. Którzy go kochają i troszczą się o niego. Pomagają stanąć na nogi. Poradzi sobie, z tobą, czy bez ciebie.

- Nie chcę tego dziecka. Nie chcę go oglądać na oczy. - Oświadczył zimno. - Ani jego, ani tego... dziwadła. Przerwij to. Zakończ ciążę. Zapłacę ci ile zechcesz. Podaj kwotę a ja wypiszę czek natychmiast. Nie będę patrzeć na ilość zer. Pozbądź się tego... czegoś... z niego. Namów Jody, żeby go wywiozła z miasta. Niech znajdzie mu jakiś dom opieki. Jakiś szpital... Zapłacę za wszystko. Tylko niech stąd zniknie.

Amy cofnęła się, zdziwiona i przerażona.

- Zastanów się. Zastanów się i daj mi znać, co mam wypisać na czeku. - Dean wyszedł, zatrzaskując drzwi tak energicznie, że odrobina tynku osypała się na podłogę.

 

 

 

 

Chapter Text

Omega leżał zwinięty w kłębek, nakryty kocem razem z głową, zostawiwszy sobie tylko małą szparkę na czubek nosa. W ciągu ostatnich godzin spadło na niego tyle rzeczy, że nie był w stanie ich sobie poukładać w głowie. Po pierwsze: zaczął widzieć. I zobaczył alfę Deana Winchestera. Dean chciał zabrać go do domu. Powiedział mu, że go kocha. Że zabierze go do domu. Cas był taki szczęśliwy, wtedy.

A potem pojawiła się ta wilczyca i huknął wystrzał i Dean rzucił się na nią a potem odwrócił do omegi, cały we krwi, c a ł y  w e  k r w i, wściekły, groźny, przerażający. I Cas chciałby znów nic nie widzieć, nigdy nie widzieć, schować się w ciemność jak kiedyś, ale nie potrafił jej przywołać, więc schował się pod łóżko, żeby nic nie widzieć, ani rozszarpanej wilczycy, ani zakrwawionego, wściekłego Deana, ani niczego.

Przeraził się Deana. Znów się go bał. Bał się, że zrobi mu krzywdę, jak tym wszystkim złym wilkom. Że też rozszarpie mu gardło, kiedy jest taki rozgniewany i tak toczy wzrokiem i szczerzy zęby a usta ma pełne krwi. Kiedy Dean zabrał go do Amy Cas się trochę uspokoił, ale potem zrobiło się zupełnie strasznie: Amy coś powiedziała, a Dean zaczął się wydzierać i niszczyć sprzęty i posypało się szkło. W powietrzu unosił się smród najgorszych emocji - jak podczas walki. Cas zawsze uciekał przed takim smrodem, kiedy inne wilki tak cuchnęły, brał nogi za pas i chował się, żeby nie oberwać.

Dean był zły na niego. Cas wiedział. Czuł. Już go nie kochał. Już nie chciał zabrać go do domu. Wszystko się skończyło. Cas wiedział. Dean nie zabierze go domu, Dean już go nie chce.

Ale czemu?

I wtedy usłyszał, że ma w sobie szczeniaczka.

To dlatego Dean był zły. Bo Cas jest chłopcem. Chłopcy nie noszą szczeniaczków. Tylko wilczyce noszą szczeniaczki, wilki nie.

Więc oni wszyscy mieli rację. Zawsze mieli rację i on też zawsze to wiedział, o sobie. Zawsze wiedział, chociaż myślał, że to dlatego, że jest omegą. Cas był potworkiem. Phehlijah, Zachariasz, Uriel, wszyscy mu mówili, że jest potworkiem i teraz zrozumiał. Dean też zrozumiał. Dlatego przestał go kochać i dlatego nie zabierze go do domu, już nigdy.

Cas chciał umrzeć. Wyrwał igłę, którą Amy wpięła mu w ramię i chciał wyskoczyć przez okno, zabić się, albo pobiec przed siebie, aż padnie ze zmęczenia. Nie myśleć już o niczym, tylko biec, biec przed siebie. I wcale się nie przejmował, że ktoś mógłby go złapać. Jakiś zły wilk. Mógłby go złapać, wszystko jedno. Dean już go nie uratuje, ale nie szkodzi. Casa już nie obchodziło, że ktoś mógłby go skrzywdzić. Dean i tak go nie zabierze do domu, więc co za różnica, co się z nim stanie?

Głupi szczeniaczek! To wszystko przez niego! Przez niego! Jakby go nie było, to Dean by nie był zły i Cas nie byłby potworkiem, nie wydałoby się, że jest! Byłby tylko omegą, zwykłym omegą i kiedyś przeklinał swój los, że urodził się omegą, ale teraz zrobiłby wszystko, żeby być tylko omegą. Tylko. Bez tych rzeczy w środku, które sprawiły, że ma w sobie szczeniaczka.

- Nie jestem dziewczyną! Nie jestem! - krzyknął w pewnym momencie, uderzając pięścią w ramę łóżka. - To niemożliwe! Tylko dziewczyny mają szczeniaczki! Tylko one!

Rozpłakał się.

Przyjechała Jody i Ellen i siedziały z nim, ale nie chciał rozmawiać. Nie chciał wyjść spod koca i nie chciał niczego słuchać. Nie chciał jeść. Nie chciał pić. Miał nadzieję, że umrze. Powinien umrzeć. Powinien umrzeć wtedy, kiedy pierwszy raz się rzucił na alfę, w lesie. Kiedy uderzył kamieniem. Szkoda, że alfa go nie zagryzł wtedy. Bardzo wielka szkoda.

Były motylki...

I zobaczył Deana.

Dean miał zielone oczy.

Powiedział, że go kocha i że zabierze go do domu.

To czemu nie mogło tak zostać? Czemu nie mogło?, pomyślał z pretensją. Nienawidził Pierwszego Wilka. Nienawidził z całej siły. Zacisnął pięści i sapał wściekle. Pierwszy Wilk sobie zakpił z niego. Czemu? Czemu go takim stworzył? Po co to wszystko?! Czemu pozwolił na to, żeby chłopiec dostał szczeniaczka? Czemu? Chłopcy nie noszą szczeniaczków! Nie noszą!

- Cas? - Amy weszła do gabinetu i usiadła na skraju leżanki. - Wiem, że to dla ciebie trudne.

- Gdzie Dean? - Odwrócił się i popatrzył na nią. Widział twarz, ale nie potrafił jej opisać. Nie umiał znaleźć słów. Gdyby nie słyszał jej głosu i nie czuł zapachu, nie potrafiłby powiedzieć, czy Amy jest zła czy zadowolona. Nie rozpoznawał sygnałów mimicznych, ruchy ust czy brwi niewiele mu mówiły.

- Poszedł. - Amy sprawdziła wenflon i kroplówkę. Poklepała Casa po ramieniu. - Nie myśl teraz o nim. Teraz musisz wypoczywać.

- Nie chcę go! - powiedział stanowczo. Spojrzał na Jody i na Ellen siedzące w pobliżu. - Nie chcę szczeniaczka. Wyjmij go ze mnie. Jestem chłopcem! Chłopcy nie noszą szczeniaczków. Wyjmij go! - zażądał.

Amy wciągnęła powietrze w policzki, aż się rozdęły i odwróciła się do kobiet.

Ellen nie próbowała ukryć szoku, Jody wściekłości. Na Deana, na życie, na głupią biologię, na całokształt.

- Jeśli będziesz się upierać, zawieziemy cię do Crabtown i wyjmiemy... szczeniaczka. - Amy skinęła głową. - Nie będę cię zmuszać, żebyś go miał, jeśli nie chcesz. Ale chciałabym, żebyś czegoś posłuchał.

Podeszła do biurka, wyjęła z szuflady stetoskop i włożyła Casowi do uszu. Drgnął, nie wiedząc, czego się spodziewać.

- To jest serce Ellen - powiedziała, przykładając tarczkę z membraną do piersi wilczycy. Pozwoliła Casowi słuchać kilka chwil. Ellen gapiła się na nią zaskoczona. - A to serce Jody. - Amy przeniosła tarczkę na pierś pani szeryf. Przycisnęła do tkaniny munduru, mając nadzieję, że materiał nie wygłuszy dźwięków. - A to moje serce.

Wsadziła tarczkę pod bluzkę.

Cas usiadł.

- To twoje serce. - Pozwoliła mu samemu przytrzymać głowicę przy własnej piersi. Uśmiechnęła się. Słuchał w skupieniu, z zaskoczeniem malującym się na twarzy. Zawsze ją zaskakiwało, jak reagowali pacjenci na odgłos swoich serc. Jakby dopiero zdawali sobie sprawę, że je mają.

- Chcesz usłyszeć serce szczeniaczka? - spytała łagodnie, kiedy Cas zdjął słuchawki i oddał jej stetoskop. Skinął niepewnie.

Amy z pomocą Jody przyciągnęła aparat do leżanki. Opakowanie żelu przewodzącego miało termin ważności kończący się na dniach. Amy pomyślała, że musi się zaopatrzyć w nowe opakowanie.

- Widzisz tu? - Nacisnęła głowicą brzuch, nisko, starając się przypomnieć sobie kilka dni stażu na oddziele położniczym, potrzebne do zaliczenia. - Spójrz. - Pokazała palcem szare plamy i linie przesuwające się po ekranie. Za plecami poczuła zaciekawione kobiety, napierające na nią, by też obejrzeć obraz. - To... uhm, tu, tu jest szczeniaczek. - Wskazała palcem, mając nadzieję, że ma rację. Mniej więcej. - A to, widzisz tę plamkę? Widzisz jak się rusza? To serce.

Wcale nie była pewna. To było naprawdę stare urządzenie a ona nie była położnikiem.

- Jeśli to trzeci miesiąc, to szczeniaczek ma jakieś... - Gorączkowo przypomniała sobie etapy rozwoju ciąży. Znów trochę ryzykowała, bo niby skąd miała mieć wiedzę, jak ciąża przebiega u wilków? Jakaś część niej bała się, że jeśli się dobrze przyjrzy obrazowi na monitorze, to zamiast dziecka zobaczy prawdziwego szczeniaczka, z ogonem i czterema łapkami i psim pyskiem. To całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę wynik zdjęcia głowy Casa. Człowiek i wilk jednocześnie.

- Pięć... Ehm... Siedem centymetrów. - Przypomniała sobie Ellen, kiedy chodziła w ciąży z Jo.

- To dużo! - Amy i Jody spojrzały na monitor z nowym zaciekawieniem. Im dłużej się przyglądały, tym łatwiej było im dostrzec kształty płodu. Główkę. Kończyny... Grzbiet z linią kręgosłupa. Może to sugestia, może zaczęła pracować wyobraźnia, ale po chwili wszystkie trzy praktycznie oblepiały monitor, pokazując sobie nawzajem palcami, gdzie według nich jest szczeniaczek.

- Yhm, hm... - chrząknął Cas, przypominając im, że też tu jest. I też chciałby coś zobaczyć. Odsunęły się i poczekały, aż się przyjrzy. - I tak go nie chcę - burknął w końcu, ale nie odrywał wzroku od przesuwających się plam i cieni.

- Myślę, że to będzie całkiem łatwe. - Jody odezwała się nagle swoim dziarskim tonem. - Pozbyć się go. Wygonić. - Użyła zwrotu, którego użył niedawno Cas, mówiąc o omegach. Chłopak zastrzygł uszami. - Jak myślisz, Amy? Przecież nie będzie stawiać oporu? Jeśli Cas go nie chce, to po prostu go wygonimy z niego. Jak omegę z watahy. Wygonimy i po sprawie. Zapomnimy, że w ogóle był.

Amy nie rozumiała o co chodziło Jody, ale Ellen zaczęło coś świtać.

- Chociaż... - wtrąciła, jakby się nad czymś zastanawiała. - Wygląda na całkiem twardego zawodnika. Twardego jak alfa. Nie sądzisz, Jody?

- Myślisz? - Zdziwiła się Jody nieco przesadnie. Amy patrzyła na nie, zastanawiając się, w co grają.

- Nikt o nim nie wiedział, a on sobie rósł. I nie dał się wygonić, chociaż przez te trzy miesiące dużo się działo. A już ten Zachariasz... Porwał cię w górach, pobił, przegonił przez jaskinie. - Ellen pokiwała poważnie głową. - A szczeniaczek został na miejscu.

- No... - Cas zastanowił się nad tym, co usłyszał. Wilczyce w ciąży ze szczeniaczkami zawsze uważały na siebie. I wszyscy uważali na nie. Żeby się nie męczyły i nie denerwowały. Bo to szkodzi szczeniaczkom. - Może i tak, ale i tak go nie chcę... - powiedział znowu, ale już z mniejszą pewnością. Odepchnął głowicę i poprosił Amy, żeby dała mu ręcznik do wytarcia brzucha.

Ellen wymieniła spojrzenie z Jody.

- Dean też nie chce. - Uzupełnił Cas, nie zwracając na nie uwagi. - Słyszałem. Złościł się. Chciał mieć szczeniaczki z Lisą.

- Dean jest głupi! - syknęła Ellen, tracąc cierpliwość i do omegi i do własnego alfy. - Szczeniaczek to szczeniaczek! Czy to ważne, w czyim brzuchu siedzi?! I jak się tam dostał? Jest to jest i może trzeba mu pomóc tam zostać? A przynajmniej... nie wyganiać!

Wstała i wyszła, trzaskając drzwiami aż jęknęła framuga. Amy pomyślała, że od tego trzaskania będzie musiała niebawem wymienić drzwi na nowe i wtedy na sto procent wyśle Winchesterom rachunek.

Cas położył się na leżance i utkwił spojrzenie w suficie.

Półtora dnia temu zobaczył twarz Deana. A dziś zobaczył szczeniaczka...

Którego ma w brzuchu.

Może wygonić szczeniaczka z brzucha.

Albo zostawić.

Może wygonić, tak jak wataha odgania omegę. I omega nie może się obronić. Musi odejść.

Jak wygoni szczeniaczka, to szczeniaczek umrze.

Nie obroni się.

Jak omega.

Mógłby go zostawić.

Ale chłopcy nie noszą szczeniaczków.

I Dean go nie chciał.

No to co, że nie noszą? Może zwykle nie noszą, ale on przecież go ma.

Skoro już go ma, to właśnie go nosi.

Więc przynajmniej jeden chłopiec na świecie nosi szczeniaczka.

To nie jest nic złego, mieć szczeniaczka.

Szczeniaczki są wspaniałe.

Opiekował się szczeniaczkami. W starej watasze.

Mógłby się opiekować swoim szczeniaczkiem.

Jeśli będzie mieć swojego szczeniaczka, to czy to znaczy, że on i szczeniaczek będą tworzyć własną, małą watahę?

Czy to znaczy, że będzie alfą tej watahy?

Hm... tyle pytań. Tyle... zagadek.

- Jeszcze to przemyślę - powiedział nagle. - Czy go wygonić, czy zatrzymać.

- Tak? - Ucieszyła się Amy, sama nie wiedząc czemu.

- Muszę się zastanowić.

- Dobry pomysł. Lepiej nie podejmować decyzji pochopnie. - Zgodziła się Jody. - A tymczasem może coś zjesz? Wiesz, że jeśli ty nie jesz, to szczeniaczek też nie je? I jest głodny? - rzuciła mimochodem. Cas aż usiadł. Sam tyle razy zaznał głodu, że był niezwykle wyczulony na te kwestie.

- Szczeniaczek jest głodny? - spytał zaniepokojony. Amy już chciała zaprzeczyć, wytłumaczyć, że pępowina, łożysko... Ale spojrzała na Jody i nic się nie odezwała. - To może coś zjem. Kanapkę. Wystarczy kanapka?

- Na początek. - Jody przytaknęła. - Poza tym nie możesz się teraz denerwować. Wiesz, że szczeniaczek się denerwuje razem z tobą? I kiedy ty się boisz, to on też się boi. Chociaż nie wie, czemu. I nic nie może zrobić. Nie może się obronić. - Znów się odwołała do słów Casa o omegach.

Cas przygryzł wargę.

- Przynieś kanapkę. A ja się wcale nie denerwuję. - Oświadczył, kładąc się z powrotem. Nakrył się kocem, przekręcił na bok i wymamrotał - wcale się nie denerwuję, więc szczeniaczek też się nie denerwuje.

Może jednak trzeba zaopiekować się szczeniaczkiem, pomyślał. Nie szkodzi, że alfa go nie chce. Nie chce ich obu. Ellen ma rację. Głupi alfa.

Cas ma pieniądze. Potrafi zarabiać. Zarobi na siebie i na szczeniaczka. I poprosi Jody, żeby mu pomogła. I Jody na pewno pomoże. I Amy. I Ellen też.

Dotknął brzucha. Nieśmiało, jakby to nie był jego brzuch, tylko czyjś inny.

To bardzo dziwne, kiedy się pomyśli, że w środku jest szczeniaczek.

Teraz brzuch to mieszkanko szczeniaczka.

Cas się uśmiechnął. No to co, że chłopcy nie noszą szczeniaczków. A on właśnie będzie miał własnego! Właśnie, że będzie miał!

 

 

 

 

 

 

 

Chapter Text

Cas poleżał jeszcze kilka godzin u Amy na leżance, a potem Amy uznała, że może wracać do domu. Że ma leżeć, odpoczywać i jak będzie go boleć brzuch, albo będzie mieć na majtkach krew to ma natychmiast zawołać Jody i zadzwonić do Amy, ale tymczasem może iść do domu.

Cas nie bardzo chciał wracać do swojej sypialni. Głównie ze względu na wspomnienie Deana. I nie tylko to, jak tam stał nagi i wściekły, wymazany krwią, ale też jak mówił mu, że go kocha i że zabierze go do domu. Cas nie chciał o tym więcej myśleć, bo za każdym razem jak o tym pomyślał to płakał.

I łóżko na pewno pachnie alfą, jeszcze.

Ale okazało się, że wcale nie pachniało. Jody i Ellen wysprzątały cały dom i zrobiły wielkie pranie, pootwierały okna na przestrzał a Cas zamiast spać w swoim pokoiku został położony w salonie na rozkładanej kanapie. Żeby mieć bliżej do kuchni i do łazienki i żeby mógł oglądać telewizję - wyjaśniła Jody.

- Muszę iść do pracy! Do sklepu! - Zaprotestował Cas. - Muszę zarabiać pieniądze!

- Odpocznij kilka dni. Sklep nie zając. - Ellen wychyliła się z kuchni, gdzie próbowała upchać przywiezione z rancza pojemniki pełne kotletów, steków, makaronów, naleśników z rozmaitym farszem, tuszką królika i kaczką. Jody miała stanowczo za małą lodówkę! Jakkolwiek nie wkładać tych pudełek, zawsze coś się nie mieściło, myślała z rosnącą frustracją.

Jody nigdy nie miała takiej fury jedzenia i chociaż Cas jadł sporo, gdyby nie coraz częstsze wizyty Franka, nie wiedziałaby co z tym wszystkim robić. Połowa pewnie by się zepsuła. Frank jednak dzielnie pomagał czyścić lodówkę z kotletów i kiełbasek, w zamian przywożąc własnoręcznie warzone piwo (nie, chłopcze, ty nie dostaniesz - baby w ciąży nie mogą pić alkoholu) i ustrzelone sztuki, które potem Ellen przerabiała na wędzonki i jeszcze więcej kotletów i kiełbas.

Poza tym Frank powiedział, żeby Cas się niczym nie martwił, zwłaszcza tym głupim sierściuchem, bo jak sierściuch coś jeszcze będzie chciał zmalować, to Frank mu pokaże, gdzie raki zimują! I że on, Frank też coś kiedyś urodził. Konkretnie kamień nerkowy. I że ma go do dziś, w plastikowej fiolce, zalany oliwą. Zachował sobie na pamiątkę, bo skurczybyk męczył go dziewięć godzin, jak się przepychał na świat i bolało tak bardzo, że Frank miał ochotę odciąć sobie fiuta - wtedy Jody zaczęła na niego krzyczeć, żeby przestał opowiadać chłopcu głupoty. Frank powiedział, że to nie głupoty, tylko czysta prawda i że taki poród to nic miłego, więc niech chłopak wie. Jody palnęła go w ucho, a Frank mrugnął do Casa i dodał z dumą: pięć milimetrów średnicy, skurkowaniec. Dał mi popalić! Chociaż to tylko kamień, nie szczeniaczek - dodał melancholijnie i poszedł po drugą butelkę piwa.

Amy kupiła przez internet urządzenie do słuchania tętna płodu i kiedy tylko nadeszło, przyniosła je Casowi i nauczyła go z niego korzystać. Powiedziała, że to taki bajer dla zwariowanych mamuś, które dzięki niemu mogą sobie posłuchać, co się dzieje u dzidziusia. Urządzenie było biało-różowe (Cas musiał znów nauczyć się nazywać kolory) i wszyscy ciągle chcieli przez nie podsłuchiwać szczeniaczka, wyrywając sobie słuchawki i wołając: dobra, teraz ja, teraz ja! Daj mi teraz posłuchać!

Nie tylko Ellen i nie tylko Jody. Także Jo i Sammy i Ash i Kevin, i reszta chłopaków, którzy odwiedzali Casa. Na początku trochę się dziwili całej sprawie, ale nie dali po sobie poznać, a wystarczyło, żeby ktoś raz posłuchał szczeniaczka to od razu mówił: ojej, jakie to słodkie! I się uśmiechał i mówił, że to strasznie fajnie mieć malutkiego wilczka i dzidziusia i że to wspaniałe, że będzie ciocią albo wujkiem (zależy, czy to mówiła Jo, czy chłopaki).

Cas czasem był zmęczony tym zamieszaniem wokół siebie, zwłaszcza wieczorami. W ogóle był trochę bardziej zmęczony, trochę więcej spał, również w dzień i ciągle coś podjadał, bo wydawało mu się, że szczeniaczek będzie głodny, kiedy nie zje sobie czegoś co jakiś czas. Pamiętał, jak Uriel kazał nie dawać mu jedzenia i jak to jest, kiedy brzuch boli z głodu i robi się słabo i kręci się głowie i za nic nie chciałby, żeby szczeniaczek był głodny. Mowy nie ma, trzeba jeść, zwłaszcza, że Amy powiedziała, że Cas jest nadal chudziutki i jak trochę więcej przytyje to się nic nie stanie.

Poza tym odkąd odzyskał wzrok musiał zacząć uczyć się wielu nowych rzeczy, które wcześniej tak jakby wcale nie istniały. Na przykład kolory (najłatwiej zapamiętał zielony, ale teraz omijał go wzrokiem i wolał inne). Intensywnie przyglądał się twarzom, żeby zrozumieć co znaczą miny, które robią ludzie. To było fascynujące, odkrywać że każdy ma inną twarz, inny sposób poruszania brwiami i wargami i nosem... I Frank miał lekko opadające policzki i bruzdy i nieco surowy wyraz oczu, a Jody była śliczna i Ellen też i Cas nie mógł się nadziwić, że Sammy, brat alfy, wcale nie jest do niego podobny (i jest gi-gan-ty-czny). I Jody powiedziała, że skoro Cas już widzi, to musi nauczyć się czytać i pisać. To było trudne. Każdego dnia ktoś z nim przerabiał jedną literę alfabetu (i tak się jakoś złożyło, że najczęściej był to Sammy) - z pomocą książeczek dla dzieci i zeszytów, w których mozolnie odwzorowywał literki.

Najpierw szło mu strasznie ciężko, ale kiedy pierwszy raz samodzielnie napisał swoje imię

CAS

był taki dumny, że aż musiał o tym powiedzieć wszystkim! I zaczął od najważniejszej osoby, która powinna się pierwsza dowiedzieć, że on już umie się podpisać - od szczeniaczka.

 

Chapter Text

Dean znów dostał mandat. Za nieprawidłowe parkowanie. Szósty w tym tygodniu, a był dopiero wtorek, piętnaście po ósmej. Wystarczyło, że Impala pojawiała się na rogatkach miasteczka a Jody zaczynała wypisywać jego dane w tym swoim bloczku. Podszedł do wozu, wyciągnął papier zza wycieraczki, zgniótł i wyrzucił na chodnik.

- Ehm, ehm... - Usłyszał za plecami, odwrócił się i zobaczył szeryf Mills, bujającą się na obcasach z surowym wyrazem twarzy. Powolutku wyciągnęła długopis służbowy i...

- Dobra, dawaj! - warknął, podchodząc do niej szybko z wyciągniętą ręką. Zamierzał wyrwać jej ten bloczek z rąk i zabrać ten cholerny, siódmy mandat. - Tym razem za co?! Za śmiecenie w miejscu publicznym, czy za krzywy chód po ulicy?!

Jody nie drgnęła, nie przerwała pisania i tylko leciutko się uśmiechnęła. Dean w ostatniej chwili cofnął palce, milimetr od tego jej kapownika. O! Więc o to chodziło! Nagle go olśniło. Jody chciała go wkurzyć i tylko czyhała na pretekst, żeby móc oskarżyć go o napaść na funkcjonariusza na służbie. Twarda sztuka z tej szeryf. Ale on nie da sobą tak manipulować. Cofnął się, grzecznie podniósł papierek i ostentacyjnie wyrzucił do kosza. Odwrócił się na pięcie i poszedł do Benny'ego, czując przenikliwe, niechętne spojrzenie na karku. Wiedział, że Jody będzie tam stać i czekać jak sęp, na każde jego potknięcie. No i dobrze, niech sobie poczeka!

Zamówił duże śniadanie i usiadł przy stoliku przy oknie w części barowej.

A Ellen chciała go otruć. I zagłodzić.

Zaczęło się od tego, że zakazał jej robić zakupy u Meg. Wiedział, że omega tam pracuje, nadal, że Jody go nie wywiozła, zgodnie z sugestią Deana. Że został w mieście i w dodatku ma tą rzecz w sobie, bo Amy nie posłuchała i nie wyjęła jej z niego. Bezczelne baby! Chciał im dać pieniądze, chciał to załatwić polubownie - chciał być szczodry i hojny, jak odpowiedzialny alfa, który nie jest kutwą i skąpcem i który się troszczy. Dzięki tym pieniądzom Amy mogłaby zainwestować w tę swoją przychodnię, lepiej ją wyposażyć, rozszerzyć praktykę. Omega też by skorzystał. Jest przecież p e ł n o  wygodnych, luksusowych ośrodków opiekuńczych, dla upośledzonych dzieciaków i ludzi z problemami psychicznymi, w których każdy ma własny pokój z telewizorem, są świetlice z grami planszowymi, ogrody, w których można uprawiać sporty i może nawet można trzymać sobie jakiegoś zwierzaczka. Rybki, albo żółwia. Coś, czym można się opiekować.

Omega byłby szczęśliwy i bezpieczny w takim ośrodku. Dean by zapłacił i wszyscy byliby zadowoleni.

Omega nie musiałby pracować. Zarabiać na utrzymanie. I co on tam zarabia u Meg? Marne grosze. Nawet nie stawkę minimalną. Gdyby nie pomoc Jody i Amy i Ellen też (dobrze wiedział, co ona tam ciągle wywozi do miasta) nie miałby co do garnka włożyć, gdzie spać, w co się ubrać. A jeszcze jak się pojawi to coś... Będą potrzebować jeszcze więcej pieniędzy i więcej pomocy.

Dean chciał to załatwić tak, żeby było dobrze. Dobrze dla wszystkich. Nie oglądając się na koszty. Durne baby nie posłuchały, to teraz załatwi to inaczej. Tak, że będzie bolało. Będą mogły mieć pretensje wyłącznie do siebie. Przede wszystkim, postanowił, zrobi tak, żeby Meg sama zwolniła omegę. Nie będzie obrotów, nie będzie pracy, nie będzie pieniędzy, od razu zmądrzeją. Dean wiedział, że forsa to władza. A forsę miał on. I że bez zakupów watahy sklepik Meg straci połowę - jak nie więcej - przychodów. Więc kilka dni temu wziął Ellen na bok i powiedział, że ma już niczego tam nie kupować.

- To gdzie mam robić zakupy?

- Nie wiem, wymyśl coś. Zamawiaj przez internet, albo... W Crabtown...? - Machnął ręką. - Zorganizuj to jakoś, byle nie u Meg.

Był alfą, więc Ellen nie bardzo mogła oponować. Ale następnego dnia na śniadanie dostał omlet z białek bez soli i lurę z cykorii zamiast prawdziwej kawy. Na kolację glutowatą owsiankę na wodzie, bez choćby łyżeczki cukru. Na obiad makaron ze szpinakiem. Mało! Jakby pół zwykłej porcji. Kolejnego dnia znów owsiankę, bez mleka i bez cukru. Szpinak, cienka zupka z buraków, bez mięsa i tłuszczu... Jajka na miękko, nieścięte, wystarczyło na nie popatrzeć i od razu miał odruch wymiotny. Ellen potrafiła zrobić pyszne jajka, z żółtkiem mięciutkim, ale nie glutowatym. A te były paskudne, nie dało się ich zjeść. I ciągle warzywa. A przecież był wilkiem! Potrzebował mięsa!

- Muszę jechać po zakupy. Do Crabtown. Albo może do Billings... - powiedziała Ellen czwartego dnia, kiedy wreszcie zwrócił jej uwagę na poziom posiłków. - To mi zajmie parę godzin...

- To jedź! - Zniecierpliwił się. I zaniepokoił. Cholerna zaraza zaczęła się rozprzestrzeniać nawet w jego własnym domu.

Ellen wzięła kluczyki, portfel i wyjechała, a alfa zaczął łazić po gospodarstwie. Pańskie oko konia tuczy, jak to mówią, więc zaglądał to tu, to tam. I coraz bardziej się wkurzał. Na drukarce w domowym biurze, okupowanym najczęściej przez Kevina, znalazł artykuł o rozwoju ciąży. Tylko spojrzał, zgarnął bez czytania i wywalił do kosza. Ash zamiast konfigurować nowo zamontowany system sterowania domem, grzebał w jakimś zestawie krótkofalówek, które dziwnym trafem miały zabawkowe, obłe kształty i dziecinne kolory. I napis: baby alarm. Sam zupełnie otwarcie przeglądał pismo dla rodziców i jakieś kolorowanki dla maluchów, w części wypełnione nieporadnymi bazgrołami, w których z trudem można się było dopatrzyć liter i cyfr.

Zaraza dotarła do domu i musiał natychmiast coś z tym zrobić.

Przede wszystkim musiał zjeść porządne śniadanie. Mięso! Hamburgery! Furę jajecznicy, pływającej w tłuszczu, pół tuzina smażonych kiełbasek, zapchać to wszystko bułeczkami i popić czarną jak smoła kawą z mnóstwem kofeiny. Nie tym badziewiem z cykorii, tylko normalną arabicą. Z ekspresu. A potem kawał placka z owocami. Co najmniej ćwiartkę.

Jak się naje, to wymyśli, jak przywrócić porządek w rodzinie.

Jak rozwiązać problem omegi.

Cholerny omega! Dean przeklinał dzień, w którym go zobaczył i zapragnął sobie wziąć. Najlepiej by zrobił, jakby ominął go szerokim łukiem i nie tknął palcem. Tylu kłopotów by uniknął. Bo omega to były same kłopoty i komplikacje. Wyłącznie. Wszystko postawione na głowie. Wszystko nie tak, jak trzeba. Który alfa by się tak cackał z jakimkolwiek omegą tak, jak Dean cackał się z tym szczeniakiem? Który alfa by tak sobie pozwolił wleźć na głowę? Kogo by obeszło, żeby omega przeżył w lesie? Nad rzeką? Żeby go ratować przed tą jego popieprzoną patologiczną rodzinką? Komu by się chciało go przeprowadzać bezpiecznie przez góry? Jaki alfa by go wnosił, znosił, karmił, pilnował, żeby omega miał ciepło, żeby był syty, ubrany, zdrowy, wzywał do omegi lekarza? I co z tego miał?! Tylko problemy! Niewdzięczność. Ucieczki, awantury, pretensje, żale, płacze, oskarżenia, wyrzuty... HISTERIE.

Ileż przy tym ten maluch go kosztował. Stracił na nim górę pieniędzy... Zapłacił Gabrielowi. Zapłacił Belli. Lisie. Całe kilogramy smoczego złota i paczki banknotów. Tak mu ten omega zawrócił w głowie, tak go omotał! Wszystko, wszystko na opak! To omega powinien się łasić, prosić o protekcję. Zabiegać o względy alfy. Przymilać się i wdzięczyć, żeby tylko alfa zechciał go zatrzymać, żeby go nie odgonił. Żeby chciał używać omegi, bo póki alfa jest omegą zainteresowany, póty omega może liczyć na ochronę i miejsce w watasze. Niewysokie miejsce, nieznaczące, ale przynajmniej jakieś.

Omega bez watahy nic nie znaczy. Takiego samotnego, porzuconego omegę każdy może sobie wziąć. Brać, używać, do woli. I co on by zrobił, ten Cas, gdyby Dean go cały czas nie ratował? Cały czas wyciągał go z czyichś łap. Cały czas musiał przeganiać od niego złe wilki, wyciągać z opresji. Nawet tu, u Benny'ego. Który inny alfa by tak się przejmował jakimś omegą? Jak się omega zgubi, to nikt się nie zatrzymuje, żeby go poszukać. Jak się omega źle zachowuje to dostaje lanie, albo się go wyrzuca z watahy i tyle. Bez sentymentów. Jak omega wypowiada posłuszeństwo to jakby umarł dla alfy. A nie, że alfa się potem jeszcze za omegą ugania. U G A N I A. Za każdym razem, kiedy Dean podejmował jakieś decyzje co dalej z Casem, cholerny maluch potrafił jakoś je zmienić. Jakoś sprawić, że Dean w końcu robił coś całkiem innego niż sobie zaplanował.

Chciał o nim zapomnieć, a zlecił Belli, żeby go dla niego odzyskała. Chciał go zabrać do domu, a postanowił dać mu wrócić do Jody. Chciał, żeby omega przekonał się, jak to jest nie mieć nad sobą ochronnego parasola alfy i zaraz potem kazał mu założyć fundusz, żeby zapewnić mu środki do życia. Nie chciał go więcej widzieć na oczy i wkrótce wybrał się z nim na kolację. Chciał na niego krzyczeć i rządzić nim i zlać go za te wszystkie kłopoty, które sprawia, a tylko się śmiał, kiedy omega paplał o tych swoich mało ważnych sprawach, skacząc wokół jak kurczak i depcząc mu buty. Nie powinien pozwalać mu odzywać się do siebie bez pytania i nawet tknąć siebie palcem, a wysłuchiwał cierpliwie buńczucznych przechwałek, jak to on pokaże alfie samoobronę i go pobije.

Oddalił dla niego Lisę, chociaż planował z nią szczeniaczki.

Cholerny, cholerny omega!

A teraz to.

To coś. W jego brzuchu.

Dean nie używał słowa szczeniaczek. Nawet w myślach. To coś w omedze to było... coś, czego nie powinno być. Omega był chłopcem, chłopcy nie rodzą szczeniaczków, koniec kropka. Szczeniaczki miała urodzić Lisa. Gdyby tylko ją ugryzł w kark i pokrył. Krzyczała na niego, żeby ją wreszcie ugryzł, żeby wypełnił umowę, ale jakoś nie mógł się na to zdobyć. Nie mógł.

A omegę gryzł ile wlezie. Nie mógł się powstrzymać, za każdym razem, kiedy go krył - gryzł go w kark, aż cały był siny i fioletowy.

Skąd mógł wiedzieć, że omega ma sprzęt, który zareaguje na ugryzienia? Ugryzienie w kark w trakcie krycia sprawia, że samica może zostać zapłodniona, ale omega jest chłopcem. Dean gryzł go instynktownie, w podnieceniu, nie z intencją, żeby... A teraz co? Baby alarm, książeczki, pisma dla rodziców i artykuły o ciąży pałętające się po całym domu?!

Musiał coś z tym zrobić. Musiał zrobić z tym wreszcie porządek. Musiał się pozbyć omegi raz na zawsze.

Wymaszerował z knajpy tak, jakby szedł na wojnę.

 


 

Cas siedział za ladą i cierpliwie zapełniał kolejne linijki literkami. Z wysiłku i skupienia wysunął język, pochylając się nisko nad zeszytem, tak zaaferowany, że w pierwszej chwili nic nie poczuł. Dopiero kiedy Dean stanął przed nim Cas podniósł głowę i zamrugał.

Przestraszony.

Odruchowo sięgnął do brzucha, jakby chciał zasłonić szczeniaczka.

Dean zmierzył go wzrokiem i Cas spuścił głowę, zastanawiając się, czy Meg jest na zapleczu i czy jeśli krzyknie na pomoc, Meg zdoła powstrzymać Deana, żeby nie zrobił mu krzywdy.

Bardzo się bał nie o siebie, ale o szczeniaczka.

- Ile? - spytał szorstko alfa i Cas zorientował się, że położył na ladzie jakieś zakupy, oczekując, że Cas nabije je na kasę. Cas odetchnął kilka razy, starając się odzyskać jasność myśli i zaczął podliczać: gumy miętowe, paczka suszonej wołowiny, sześciopak piwa i batonik karmelowy.

- Jedenaście pięćdziesiąt - wyjąkał słabiutko, odchrząknął i powtórzył mocniejszym tonem. - Jedenaście pięćdziesiąt.

Dean położył na ladzie dwanaście dolarów, zgarnął zakupy i wyszedł.

Cas popatrzył za nim, na zamykające się drzwi i poczuł, jak miękną mu kolana. Ciężko osunął się na stołek. Spojrzał na rozłożony zeszyt.

Na batonik.

Dean zapomniał zabrać batonik.

Wziął go. Zastanowił się przez chwilę a potem odłożył na miejsce, tam gdzie inne batoniki. Jeśli Dean zawróci, Cas mu odda batonik, albo pieniądze.

 


 

Dean wrzucił zakupy na przednie siedzenie i usiadł za kierownicą. Za wycieraczką znów sterczał mandat. Ósmy, ale Dean nie myślał teraz o mandatach.

Myślał o omedze. W białej koszuli i niebieskiej kamizelce, tylko nieznacznie opinającej się na brzuchu. Bardzo nieznacznie.

Jakby nie wiedział, nie zwróciłby uwagi.

I znów, oczywiście, wszystko poszło nie tak jak sobie zaplanował. Cholera!, zaklął i ruszył. Zły na siebie, na omegę, na cały świat.

 

 

Oby w domu nikt go już bardziej nie wkurzył, bo nie ręczył za siebie.

 

 

 

Chapter Text

Cztery mile za miastem Dean ostro zahamował, cofnął, wjechał w leśną przecinkę i zawrócił. Nacisnął gaz, aż Impala zajęczała z wysiłku.

- Zapomniałeś ba... - Zaczął mówić omega, gdy tylko zadźwięczał dzwonek nad drzwiami i zobaczył Deana w progu. Wychylił się do półki ze słodyczami, żeby oddać mu batonik, po który alfa najwyraźniej wrócił. Ale kiedy się tylko odwrócił do niego plecami, poczuł palce alfy zgarniające tkaninę kamizelki między łopatkami. Pisnął z przestrachem, gdy równocześnie drugą dłonią alfa odgarnął mu włosy z karku, przygiął głowę do piersi, by jeszcze wyraźniej wyeksponować nagą szyję i... ugryzł.

Cas znieruchomiał. Szczęki alfy zacisnęły się na nim. Mocniej. Mocniej. Nagle usłyszał kroki i krzyk Meg i groźny, ostrzegawczy warkot wilka, wyrywający się spomiędzy zębów, z gardła, rezonujący na skórze omegi. Gwałtownie podniósł dłoń, pokazując Meg, żeby się nie zbliżała.

Nic się nie dzieje.

Nic się złego nie dzieje, pomyślał, kiedy żelazny uścisk zelżał i poczuł mokre liźnięcie. Dean go puścił, ale zanim Cas zdążył za nim popatrzeć, drzwi trzasnęły i Winchester zniknął.

- To... to... co on ci zrobił? Ten zwierzak! Dzikus! Zaraz zadzwonię do Franka! - Meg sapała z oburzeniem i przestrachem, wyciągając telefon. Cas zamknął jej dłonie w swoich i popatrzył łagodnie. - Wypatroszy go i będzie spokój! Jak on mógł! To bandyta!

- Nie trzeba, nic się nie stało... Nic, już po wszystkim, Meg, nic mi nie jest! Nic mi nie jest! Meg, nie trzeba, zobacz, nic mi nie jest, naprawdę... - Uspokoił ją najlepiej jak potrafił. - Ja sam powiem, dobrze? Sam mu powiem. Nie dzwoń, dobrze? Nic się nie stało. Nie martw się...

- Ale popatrz! Jak on mógł! Popatrz... to trzeba jakoś zaopatrzyć... - Narzekała, obracając go tyłem i przypatrując się ugryzieniu i szybko nabierającemu koloru siniakowi. - Tyran, brutal! Barbarzyńca! Czy on nie ma Boga w sercu, żeby tak cię traktować?! Ja zawołam Franka! Nie broń go! - Znów zaczęła wybierać numer, ale Cas znów ją powstrzymał. - Tylko go nie broń!

Zerknął w wiszące między regałami wypukłe lustro. Dean tyle razy wcześniej go gryzł, ale Cas dopiero teraz miał okazję zobaczyć jak to naprawdę wygląda. Przyglądał się przez chwilę.

- Zaraz wrócę! Zaraz wrócę, Meg! - wykrzyknął nagle i wybiegł ze sklepu. Rozejrzał się. Impala znikała na końcu szosy wylotowej z miasta. Cas zawrócił i pobiegł w przeciwnym kierunku, do baru Benny'ego.

Stanął w progu. Może będzie mieć szczęście, może się jakiś znajdzie. Może się trafi jakiś wilk, wśród klientów. Poruszył skrzydełkami nosa, niuchając niecierpliwie i popatrując na twarze kierowców. Ten nie, ten też nie... I ten nie.

Jest!

Ten.

Starszy, mniejszy niż tamten, który zaczepiał go w łazience. Schludniejszy. Ale na pewno wilk. Pachniał intensywnie, ostro. Cas zrobił kilka niepewnych kroków, stanął przy barze. Spojrzał na Benny'ego, zajętego na drugim końcu. Spojrzał na wilka. Położył palce na ladzie i przesunął się bliżej.

Wilk zerknął na niego leniwie.

Cas uśmiechnął się nieśmiało i przysunął się jeszcze troszeczkę.

Wilk popijał piwo, pojadając resztkę frytek z talerza, na którym leżał też niedojedzony burger i parę krążków obsmażanej cebuli.

Cas przeprosił w myślach szczeniaczka, że się teraz denerwuje i wyjaśnił, żeby szczeniaczek się nie przejmował. Że zaraz sobie stąd pójdą.

Stanął koło wilka. Wilk spojrzał na niego przez ramię, nieco z góry i znów się napił.

Cas popatrzył spod rzęs, nieświadomie oblizał wyschłe ze zdenerwowania wargi i spytał - w swoim mniemaniu zalotnie, ale w rzeczywistości raczej piskliwie i płaczliwie:

- Kupisz mi piwo?

Wilk podniósł brwi. Odstawił butelkę, pochylił się nieco w jego stronę i powąchał.

- Wracaj do swojego pana, króliczku, zanim nam obu napytasz biedy - powiedział łagodnie i sięgnął po burgera. - No, kicaj, to nie miejsce dla takich laleczek jak ty.

- Ale ja chcę! - Odważył się nalegać omega. Wilk tylko parsknął i nieco się odsunął od niego.

- Twój alfa wie, że tu jesteś? - spytał nieco ostrzej. - I szukasz przygód?

- Cas! - Benny zjawił się nagle, popatrzył surowo na kierowcę i na chłopca. - Co ty wyprawiasz?

- Sprawdzam! Tylko sprawdzam! - odrzekł Cas, czerwony jak burak, łącznie z uszami i, nie wiedzieć czemu, szeroko uśmiechnięty. Obrócił się na pięcie i pognał z powrotem do sklepu.

Miał ochotę skakać i tańczyć i śmiać się na cały głos.

Dean go ugryzł! Ugryzł! Żeby inne wilki się bały i nie mogły go zabrać! Chociaż Dean go już nie kocha i nie weźmie do domu, chociaż jest zły na niego i nie chce szczeniaczka, ale go ugryzł, żeby inne wilki się bały i żeby nikt go nie zabrał, kiedy Deana nie ma w pobliżu. Bo Dean go już nie będzie ratować przed złymi wilkami, ale zrobił tak, żeby inne wilki się bały. Żeby wiedziały, że omega nie jest sam, że ma pana! Że ma alfę!

Nawet jeśli to nie do końca prawda.

Dean zrobił tak, żeby Cas był bezpieczny. A skoro Cas będzie bezpieczny, to szczeniaczek też będzie bezpieczny.

I jeśli szczeniaczek bał się, kiedy Cas się bał i denerwował, kiedy Cas się denerwował, to teraz musiał być szczęśliwy, bo Cas był szczęśliwy.

I śpiewał.

 


 

Im bardziej Cas był szczęśliwy w mieście, tym bardziej wkurzony był Dean na ranczu. Wataha zaczęła schodzić mu z drogi, bo był jak tykająca bomba, czekająca tylko na wybuch. I nikt jakoś nie chciał być akurat w pobliżu, kiedy alfa wreszcie wybuchnie.

Alfa węszył i szukał zaczepki.

Najkrócej będący w watasze (krócej był tylko omega, ale omega z oczywistych względów się teraz nie mieścił w rankingu) Samandiriel, zwany Alfiem, znający alfę najmniej, w końcu nie wytrzymał presji i dał przed nim dyla, co oczywiście natychmiast zwróciło na niego uwagę alfy i tylko pogorszyło sytuację. Reszta watahy odetchnęła z ulgą, wstydząc się swoich reakcji, ale skoro Dean znalazł już kozła ofiarnego to oni mogli nieco wyluzować. Zanim Dean znów zacznie szukać, na kim tu się wyżyć.

Tymczasem przyglądali się, jak alfa dogania betę, chwyta za kark, zawraca i wlecze do garażu, po drodze robiąc mu hałaśliwy wykład na temat porządków obowiązujących w rodzinie i na ranczu, na temat szacunku do cudzej pracy, że nie cierpi bałaganiarzy, że ma dość sprzątania po wszystkich, że garaż to nie śmietnik, że musi wprowadzić trochę dyscypliny, bo najwyraźniej wszyscy myślą, że mogą mu włazić na głowę i skakać, a on nic nie powie.

Alfie zaczął przepraszać i tłumaczyć, że wcale tak nie jest, że on bardzo alfę szanuje i że na pewno nie skacze nikomu po głowie, a już na pewno nie Deanowi, bo by nie śmiał, ale alfa kazał mu się zamknąć, nie pyskować i wziąć się za sprzątanie.

- Ale co konkretnie? - spytał słabo Alfie, rozglądając się po półkach. Co jak co, ale garaż był ich oczkiem w głowie i w niektórych sypialniach był większy bałagan, niż tutaj. Tutaj można było jeść z podłogi.

- Ten syf! - Dean zatoczył ramieniem. Alfie jeszcze raz omiótł wzrokiem półki, zastawione skrzynkami z narzędziami, a każda skrzynka była opisana wyraźnie i precyzyjnie. Niemniej, żeby nie stać jak kołek i nie podrażniać alfy jeszcze bardziej, zrobił krok w stronę regału, sięgając do pierwszego lepszego pudełka i zaczął coś przekładać, tylko po to, żeby alfa zobaczył, że coś robi.

- Głupi jesteś? - spytał alfa ostro, dał mu w ucho, zabrał pudełko, pokazał inne, wysypał zawartość na podłogę i kazał układać jeszcze raz. - Te nakładki były ułożone od największych do najmniejszych, a powinny być?... - Zawiesił głos. Beta zamrugał.

- Odwrotnie? - Zaryzykował, bo pytanie mogło być bardzo podchwytliwe.

- Właśnie! Tak trudno pojąć?! - wrzasnął alfa i zapowiedział, że jak wróci za pół godziny to wszystko ma być na błysk. A jak się nie podoba, to fora ze dwora.

Alfie westchnął ukradkiem i zabrał się za układanie nakładek.

Od najmniejszych do największych.

Jak sobie alfa Dean życzy.

W końcu, to jego garaż.

Problem w tym, że Alfiemu się podobało, niestety. Poza ostatnimi tygodniami, kiedy Dean Winchester był jak wielki ogromny kosmiczny wrzód na tyłku... było super. Więcej niż super. To była najlepsza wataha, z jaką się kiedykolwiek zetknął. Zgrana, wesoła, pełna młodych wilków takich jak Sammy i Ash i Garth i Jo i nawet ten kujon, Kevin, którzy tworzyli świetną paczkę. Starsi nie wtrącali się za wiele, nie tworzyli jakiejś szczególnie wyraźnej hierarchii, nie dawali młodym w kość... Za to dbali razem z alfą o wszystko: każdy członek rodziny miał pełen brzuch, i to wypełniony nie byle jakim jedzeniem, ale frykasami wychodzącymi nieprzerwanie spod zręcznych palców Ellen. Każdy miał własny pokój, własne miejsce, w którym czuł się bezpiecznie i urządzał się jak chciał. Kto chciał, mógł się uczyć, studiować i Dean za wszystko płacił. Każdy z nich dostawał określoną kwotę na miesięczne wydatki, ale jeśli potrzebował coś drogiego, na przykład nowy komputer, to wystarczyło poprosić i nie zdarzyło się, żeby Dean odmówił. Każdy miał swój zakres obowiązków, które wykonywał dla watahy, ale było to przemyślane i możliwie zgodne z umiejętnościami i ambicjami wilków.

Poza tym... POLOWANIE NA SMOKA

Hej! To była dotychczas największa przygoda w życiu Alfiego, a chłopaki opowiadali, że robili to nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni, bo Dean Winchester to prawdziwy zabijaka i pierwszorzędny łowca, a przy tym zdolny złodziej. Stąd cała ta zamożność. Całe to złoto i pieniądze i mnóstwo ziemi. Nie tylko oznaczonej tak, jak normalnie watahy oznaczają jakieś terytorium - moczem i odchodami - odstraszając inne watahy, ale także formalnie należącej do nich. Do Deana. Legalnie, jak u ludzi, z aktem własności wiszącym na ścianie.

Więc jeśli Dean chce, żeby te nakładki układać odwrotnie, to Alfie je poukłada odwrotnie. Od najmniejszych, od największych, od środka, do zewnątrz, nawlecze je na żyłki i zrobi z nich naszyjniki, jeśli tylko alfa sobie zażyczy. Bo nie chce odchodzić. I nie rozumiał omegi, że omega sam odszedł. Zdaniem Alfiego głupio zrobił. Owszem, z początku Dean traktował go jak śmiecia, ale od strzelaniny nad rzeką sporo się zaczęło zmieniać. A już w domu omega zaczął być traktowany jak mała królewna: został zakwaterowany w głównej sypialni, u alfy, do której nikt poza Ellen nie miał wstępu i Alfie mógł się tylko domyślać, jak bardzo była luksusowa. Alfa i Ellen rozpieszczali go, zupełnie nie jak omegę, podsuwając smakołyki, pozwalając spać całe dnie i chyba niczego zupełnie nie wymagając, poza tym alfa go wcale nie ukarał za zniszczone rzeczy Asha i Kevina i wszyscy zrozumieli, że cokolwiek omega zmaluje alfa będzie traktować go ulgowo.

Alfie był realistą i wiedział, że gdyby on odszedł z watahy - Dean nawet by się nie obejrzał. Ale po odejściu omegi Dean nadal nie mógł wybić go sobie z głowy i zapomnieć. Ciągle coś kombinował, ciągle się koło niego kręcił, tak czy inaczej.

Niby w rodzinie nie plotkowali między sobą o sprawach alfy, ale i tak dobrze wiedzieli. Omega zalazł mu za skórę. I to przez omegę teraz Dean jest takim upierdliwym skurczybykiem, rozstawiającym wszystkich po kątach.

Mogliby się końcu pogodzić. Alfa i Cas.

Ellen przestałaby im gotować owsiankę na wodzie (brr), omega nie musiałby pracować, Dean mógłby znów go nosić na rękach, co najwyraźniej lubił, sądząc po tym, w jak doskonałym humorze był cztery miesiące temu, kiedy przesuwał leżak po całej werandzie, dla omegi. Okay, w całej tej sytuacji Alfie nie mógł pojąć jednego: jak do cholery alfa mógł dopuścić do tego, żeby jego szczeniaczek miał się urodzić poza watahą? Poza opieką rodziny?

Alfie mało znał się na szczeniaczkach, zgoła nic, ale we wszystkich watahach istniały pewne niepisane i niezmienialne reguły, wynikające z najgłębszych, najbardziej pierwotnych instynktów. Jedną z nich było to, że cała wataha chroniła szczeniaczki. Cała wataha pilnowała szczennej wilczycy, nie pozwalając jej narażać się na żadne ryzyko. Szczeniaczki, inaczej niż u ludzi, były czymś, co w jakimś sensie postrzegano jako należące do całej rodziny. Nie tylko do rodziców, nie tylko do ojca-alfy.

No to co, że omega był... chłopcem? Niby był chłopcem, ale i tak wszyscy wiedzieli, że jest w nim coś... innego. Coś... Delikatniejszego. Owszem, bywał wesoły i rozbrykany i piekł świetne ciasteczka i pracował w sklepie i... No właśnie. PIEKŁ CIASTECZKA. Potrafił się rozpłakać właściwie bez powodu. Wolał tańczyć niż grać w koszykówkę (Sammy zamontował kosz na placyku za sklepem, gdzie raz w miesiącu podjeżdżał dostawczak z towarem, a w pozostałe dni było pusto i można było grać do woli, ale omega nie złapał sportowego bakcyla). W telewizji wolał oglądać komedie niż żużel i rugby i przyjaźnił się chyba ze wszystkimi kobietami w okolicy. Co nieco przerażało Alfiego, który uważał większość kobiet za... uhm. Niezrozumiałe i... trochę... uhm... groźne.

Ellen można się było bać.

I pani szeryf. I ta cała Amy też była całkiem... owszem, bardzo śliczna, niziutka i drobniutka, ale jak spojrzała, to wcale nie miało znaczenia, że jest słabą ludzką kobietą a on silnym, młodym wilkiem.

Alfie podejrzewał, że Ellen bał się troszkę sam alfa. I Bobby też. I na pewno nikt nie chciał zadzierać z panią szeryf. Nawet ten cały stuknięty Frank, ze sztucerem nabitym srebrem. A omega się nie bał. Wręcz się z nimi wszystkimi świetnie dogadywał.

Był inny, bez dwóch zdań.

 

 

Alfie kiedyś, kiedy jeszcze nie był w watasze Winchesterów, był świadkiem takiej sytuacji, gdzieś na jakimś zjeździe z trasy, w ogródku małego przydrożnego baru. Na parkingu stało kilka Harleyów a motocykliści siedzieli przy stołach na zewnątrz, pijąc zimne piwo i zajadając grillowane żeberka i kurczaki. Alfie od razu wyczuł w jednym wilka. Nie alfę, raczej betę, reszta to nie była wataha, ot, jeździli razem i pewnie się wmieszał w grupę ludzi, jeden z tych samotnych wilków, nie mogących nigdzie zagrzać miejsca na dłużej.

Siedział z jakąś dziewczyną. Omegą. Alfie i to wyczuł. Dziewczyna łasiła się do niego, przymilała, mimo, że traktował ją okropnie, aż w końcu zniecierpliwił się nią tak bardzo, że złapał za gardło, napluł w twarz i zepchnął z ławy, mówiąc: suką jesteś, to żryj jak suka, z ziemi. I ona została tam, gdzie ją zepchnął, pokornie zbierając resztki, które jej zrzucał pod stół. Reszta mężczyzn się śmiała i też rzucała jej resztki: nadgryzione kurze udka i garście frytek, podniecając się tym, że ona nie protestuje, że się tak da upokarzać. Takie były omegi. Takie były porządki wśród wilków. Alfie nawet nie zwrócił na to uwagi, najbardziej mu przeszkadzało wtedy, że ten wilk pali papierosy i śmierdzi dym i jeszcze hałasuje, a Alfie chciał w spokoju zjeść i miał dość tych wrzasków i tego smrodu.

Cas by nie pozwolił się potraktować, jak ta dziewczyna. Gdyby alfa tak mu zrobił, omega pewnie rzuciłby w niego czym by miał pod ręką, choćby kartoflem i uciekł w las, po drodze przewracając wszystkie motocykle.

Może dlatego Dean tak się wściekał. Przewodził wielkiej, silnej watasze, zabił smoka, sprowadził ich bezpiecznie do domu z całą furmanką skarbów, pokonał watahę Uriela i Zachariasza, pozabijał mnóstwo złych wilków, nawet tę całą podstępną Lisę, a nie potrafił zapanować nad małym omegą, który robił co chciał.

Piekł ciasteczka, pracował w sklepie, zarabiał pieniądze. Miał przyjaciół.

Zupełnie nie jak omega.

Zupełnie, jakby wcale nie potrzebował alfy. I jego opieki.

 

 

Alfie otarł czoło i popatrzył na nakładki. Miał nadzieję, że dobrze ułożył i nie będzie musiał powtarzać. On, w przeciwieństwie do omegi, musiał się postarać, żeby nie wylecieć z watahy i nie mógł liczyć, że alfa potraktuje go ulgowo.

 

 

Chapter Text

Opanowanie alfabetu wcale nie było taką prostą sprawą i Cas miewał chwile zwątpienia, kiedy rzucał zeszytami i książeczkami, płacząc że jest za głupi, żeby się tego nauczyć, że nigdy się nie nauczy czytać, żeby Sammy przestał go dręczyć i dał mu spokój, bo szczeniaczek nie może się denerwować!

Sammy zbierał wtedy cierpliwie rozrzucane kartki i ćwiczenia, mówił, że starczy na dziś, że zrobili bardzo duże postępy i że Cas ma mnóstwo czasu, żeby się nauczyć i że na pewno się nauczy, żeby się nie martwił. I że już dużo umie.

- Nieprawda! - Obruszył się omega, znikając w kuchni, żeby zajrzeć do piekarnika z kolejną partią ciasteczek. - Mówisz tak, żeby mi sprawić przyjemność, ale ja sam dobrze wiem. Nie musisz mnie oszukiwać. Nie lubię, jak się mnie oszukuje. Już lepiej znać prawdę, nawet jak nie jest przyjemna... - mamrotał, uchylając drzwiczki i niuchając.

Wilczy węch bardzo pomagał w gotowaniu i pieczeniu: Cas potrafił rozpoznać, czy składniki są świeże i dobre gatunkowo, czy dodać jeszcze szczyptę tego czy owego, czy już wystarczy, czy ciasto pachnie jak należy, czy jeszcze trzeba je a/ucierać b/zostawić do wyrośnięcia c/pozwolić się jeszcze podpiec d/można wyjmować...

Te ciasteczka zdecydowanie można wyjmować - zdecydował i chwycił blachę przez rękawice. Ostrożnie przełożył na stół i przyjrzał im się krytycznie. Jeszcze nie miał pomysłu, jak je przyozdobi. Chciał spróbować czegoś nowego. Może zrobi na nich rozetki z maślanego kremu? I w każdą rozetkę włoży malutką kandyzowaną wisienkę? A może pokryje je lukrem w różne esy-floresy i na każdy naklei kwiatki z dragantu? - Wahał się, spoglądając to na komplet gotowych, lukrowych pisaków, to na słoiczki z cukrowymi perełkami, serduszkami i gwiazdkami, to na rękawek, który można napełnić słodką masą i wyciskać ją za pomocą rozmaitych końcówek w formie różyczek, fal, półósemek, listków, plecionek...

- A może napiszesz na każdym imiona przyjaciół? - podpowiedział Sammy. Cas drgnął i spojrzał na niego, opartego o lodówkę z łagodnym uśmiechem.

- Ale nie umiem...

- Znasz prawie wszystkie litery a ja ci pomogę. Najpierw napiszemy je na kartce a potem przekopiujesz je na ciastko. - Sammy wyciągnął notatnik, ukryty pod pachą. Cas westchnął. Sammy nigdy się poddawał.

- To miały być ciasteczka do sklepu. - Jeszcze się opierał, chociaż pomysł go nęcił. - Na sprzedaż. Muszę zarabiać, odłożyć pieniądze, dla szczeniaczka...

- Upieczesz inne. A to będzie doskonały prezent dla wszystkich, którzy się opiekują tobą i szczeniaczkiem... - powiedział cicho Sammy. - Na pewno byłoby im miło dostać takie specjalnie podpisane ciastko...

Cas zastanowił się. To prawda. Tyle osób mu pomaga, ma tylu przyjaciół: Jody, Amy, Ellen, Sammy, Frank, chłopaki, Jo... Meg... Benny... Tyle osób, które się nim opiekują. Bez których ani on ani szczeniaczek by sobie nie dali rady. Skinął głową.

- Dobra! - Wziął notes. - Od kogo zaczniemy?

 


 

Skończyli późnym popołudniem. Cas się napracował. Kilka razy musiał zdejmować świeżo nałożony lukier, żeby poprawiać krzywe napisy albo literki, które trochę się myliły (zwłaszcza b i d). Sammy w końcu poszedł (zabierając swoje ciastko ze sobą), a Cas patrzył na pozostałe, rozłożone na blacie, czekając, aż lukier pozastyga, żeby je można było ładnie zapakować. Zawsze dbał o ładne opakowania. Z początku były to celofanowe torebeczki i kokardki, z czasem zaczął używać karbowanych foremek, rożków i własnoręcznie skręcanych tub z papieru i folii, a ostatnio nawet woreczków z flizeliny, którą znalazł w sklepie z artykułami dla hobbystów. Było tam mnóstwo innych, interesujących rzeczy: faliste tekturki, koronki, filce, puszki, barwione piórka, koraliki, rozmaite kleje, pudełka z masy papierowej, do malowania lub wyklejania za pomocą specjalnych technik, które na przykład sprawiają, że coś wygląda jak stare i popękane, ale przy tym nadal ładne. Może dlatego, że Cas tak długo był niewidomy i pozbawiony całego bogactwa doznań wzrokowych, teraz wprost chłonął wszystko, co można było WIDZIEĆ i przywiązywał ogromną wagę do tego, żeby to było ŁADNE.

Zostało mu jedno ciasteczko.

Usiadł na taborecie na przeciwko włączonego piekarnika, patrząc na kolejną porcję ciastek (te będą jednak na sprzedaż, obiecał Meg i nie może jej zawieść), nieuważnie obracając je w dłoni.

Jedno puste ciasteczko.

Bez imienia.

Chciałby je dać komuś, ale wiedział, że ten ktoś wcale go nie chce. Nie było sensu nic na nim pisać. Tylko się zmarnuje.

- Zrobię na nim różyczkę z kremu - powiedział do szczeniaczka. - To dobre ciastko. Zasługuje, żeby ktoś je zjadł, a nam przydadzą się pieniądze.

Kiedy zaczął pracować u Meg wydawało mu się, że jest bogaczem, z portfelem pełnym pieniędzy, ale kilka wypraw do Crabtown, z Amy i Jody i Ellen, które zabierały go na wizyty do pani doktor od ciąży, a potem do sklepów dla szczeniaczków rozwiały jego przekonanie o własnej zamożności. Rzeczy dla szczeniaczków były śliczne. Chodził między regałami i nie mógł oderwać wzroku od tych wszystkich maluteńkich bluzeczek, śpioszków, skarpeteczek...

Ale nagle odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Dziewczyny go dogoniły na rogu, kiedy zmierzał szybko w stronę zaparkowanego dżipa Jody.

Wyszedł, bo wszystko było takie d r o g i e.

Porównał ceny tego, co wybrał do koszyka z tym, co miał w portfelu i okazało się, że był biedakiem. Nie było go stać na kupienie szczeniaczkowi potrzebnych rzeczy. Mógł zrezygnować z łóżeczka (szczeniaczek mógł spać z nim w jego łóżku) i wózka (mógł nosić szczeniaczka na rękach, albo w takiej specjalnej chuście, widział to w internecie na stronach dla ekologicznych mam), ale było tyle innych rzeczy, których nie można szczeniaczkowi odmówić.

I za które trzeba zapłacić, a nie ma czym.

Kiedy tak szedł, sam, chodnikiem, zastanawiając się, jak sobie poradzi, skąd weźmie więcej pieniędzy - po raz pierwszy zrobił się naprawdę zły na Deana. To było bardzo niesprawiedliwe, że to właśnie Cas sam musiał o tym wszystkim myśleć. Sam się martwić. Sam się troszczyć o szczeniaczka.

To nie był tylko jego szczeniaczek. Deana też.

I Dean powinien pomóc. Powinien pomóc, nawet jeśli był zły na Casa, nawet jeśli nie chciał szczeniaczka, i może... brzydził się, może... brzydził się, że Cas nosi szczeniaczka a nie powinien, bo jest chłopcem i chłopcy nie noszą szczeniaczków... Więc jeśli nawet się brzydził i był zły i żałował, że to nie z Lisą będzie miał dzieci, to jednak... to przecież...

To przecież...

To on mu to zrobił.

To Dean zrobił szczeniaczka i sobie poszedł, a Cas został i się musi martwić.

Cas spojrzał na ciasteczko.

Chciał na nim namalować lukrem imię Deana. Ale teraz zgniótł je w palcach. Rozkruszył na drobno, roztarł i popatrzył, jak drobny, słodki pył osiada u jego stóp na kuchennych płytkach.

Jody i Ellen i Amy powiedziały, żeby się nie martwił. Wtedy, kiedy go dogoniły, koło parkingu. Powiedziały, że wszystko się ułoży i że szczeniaczek będzie najlepiej ubranym szczeniaczkiem w okolicy. I że dostanie wszystko co potrzeba: i wózek i łóżeczko i nosidełka i huśtawkę i chodzik i przewijak i kojec i... - zaczęły wymieniać jedna przez drugą, co szczeniaczek dostanie.

To było bardzo miłe z ich strony. Ale to nie to samo.

Cas wolałby sam kupić, za własne pieniądze.

Albo żeby Dean kupił. Jak prawdziwy tata.

Cas poklepał się po brzuchu, jakby chciał pocieszyć zarówno siebie jak szczeniaczka.

- Jeden tata też wystarczy - powiedział, starając się brzmieć bardzo dziarsko i bardzo wesoło. - Prawda?

Szczeniaczek się poruszył i Cas wyraźnie poczuł coś pod palcami. Może to pupka szczeniaczka? A może główka? A może stopy, kiedy się odbijał od środka brzucha, żeby sobie odpłynąć w drugi koniec?

 


 

Było już późno. Na niebie migotały gwiazdy i las włączał nocną zmianę. Coraz wyraźniej czuć było nadchodzącą jesień, chociaż powietrze w zacisznej, osłoniętej górami dolinie wciąż było ciepłe i łagodne. Doskonały mikroklimat dla starszych i dzieci, pomyślał Dean. Zdrowy.

Myśl o dzieciach sprawiła, że poczuł się jakoś głupio. Zirytowany. Wcale nie chciał o tym myśleć.

Żeby odwrócić uwagę i nie brnąć dalej w rejony, w które brnąć zdecydowanie sobie nie życzył, zwłaszcza nie przed snem, co mogłoby się skończyć bezsennym przewracaniem z boku na bok, postanowił się przejść. Zwykle po całym dniu harówki w tartaku (nie dlatego, że musiał, ale dlatego że chciał się urobić do nieprzytomności), wracał, pił piwo lub dwa, jadł coś lekkiego i szedł spać.

Przegrał bitwę z Ellen o zakupy u Meg, ale przynajmniej skończyły się owsianki na wodzie. Poza tym jakoś już mu nie zależało, żeby doprowadzić Meg do bankructwa i do redukcji etatów. Niech tam sobie zatrudnia, kogo chce. Byle o tym już nie myśleć. Byle móc przywlec się każdego wieczora do domu, wypić to cholerne piwo i iść spać. Nie myśleć o niczym, tylko o tym, jak bardzo bolą ramiona i grzbiet po całym dniu znojnego cięcia desek w kurzawie trocin i ryku traków tarczowych oraz pilarek.

Zszedł z werandy i rozejrzał się po podwórku. Przez szparę w drzwiach stolarni przeświecało światło. Ciekawe, który z chłopaków tam dłubie?

- Bobby? - Stanął w progu. W stolarni pachniało drewnem i olejem lnianym. Z radia płynęły przeboje lat pięćdziesiątych. Bobby siedział na wysokim stołku przy kozłach i delikatnie obrabiał papierem ściernym coś jak krzywą płozę. - Co robisz?

- A, to ty, chłopcze... - Obejrzał się, nie przerywając roboty. - Chcesz piwo? - Wskazał brodą turystyczną lodówkę wypełnioną lodem, z którego sterczały szyjki butelek.

Dean podszedł bliżej, stanął nad nim i przyjrzał się.

- Bobby? Co to jest? - Wskazał palcem stojącą opodal konstrukcję. Bobby przerwał pracę, odchylił się i spojrzał z zadowolonym uśmieszkiem.

- Skrzynka. Na jarmuż. Dla Ellen - powiedział bezczelnie. - Poprosiła mnie, to zrobiłem.

- Na jarmuż? - To, na co patrzył Dean na pewno nie było skrzynką na jarmuż. Ani na żadne warzywa. - Na biegunach?

Bobby wzruszył ramionami a jego uśmieszek zrobił się jeszcze bardziej bezczelny i nawet lekko złośliwy.

Spojrzał w bok, na stół, gdzie obok rozłożonych narzędzi leżało okrągłe ciasteczko z krzywym, nieporadnym napisem Bobby. Ellen je przywiozła po południu. Przywiozła ich cały koszyk i każdy dostał własne. Bobby lubił ciastka omegi (były lepsze nawet od tych pieczonych przez Ellen), ale to jedno postanowił zachować na pamiątkę.

Wrócił do przecierania deski. Trzeba zrobić to bardzo dokładnie. Bez pośpiechu. Deski muszą być gładziutkie, żeby nie odłupała się żadna drzazga. Nie wybaczyłby sobie, gdyby jakaś drzazga zrobiła krzywdę szczeniaczkowi. Szczeniaczek zasługiwał na solidną robotę. Na prima sort, lux kołyskę, jakiej nie kupi się w żadnym sklepie.

W końcu, sprawienie porządnej kołyski szczeniaczkowi należy do jednych z podstawowych obowiązków dziadka, no nie?

- Jarmuż? - spytał jeszcze raz Dean a Bobby mruknął zniecierpliwiony:

- No. Jarmuż. Głuchy jesteś, chłopcze? Może powinieneś mniej czasu spędzać w tym tartaku?

- A więcej gdzie? Bo chyba masz jakieś sugestie? - Zaczął wojowniczo alfa.

- A bo ja wiem? - Bobby sięgnął po piwo. - Już ty chyba najlepiej wiesz, gdzie powinieneś spędzać czas.

Dean obrócił się na pięcie i poszedł, zły, obrażony i z fochem, jak u dwunastoletniej panienki.

Cholera, teraz na pewno nie zaśnie. Kolejna bezsenna noc murowana, pomyślał, siadając na werandzie.

Gwiazdy migotały. Wąska smuga światła przesączała się ze stolarni. W niektórych oknach u chłopaków paliły się światła. Ellen kręciła się w kuchni. Ramiona bolały. Może nie tylko od pracy. Może też dlatego, że były...

...puste.

 

Chapter Text

Kolejny miesiąc minął i trzeba było jechać do pani doktor, sprawdzić, czy szczeniaczek jest zdrów i się dobrze się rozwija. Pani doktor była młoda i miała bardzo otwartą głowę - tak mówiła Amy - traktując Casa zupełnie tak, jakby nie był żadnym wybrykiem natury. Nie mówiła do niego, jakby był dziewczyną i nie używała zwrotu: mama, tylko tatuś. To było miłe z jej strony, bo chociaż Cas nosił szczeniaczka, to czuł się tatusiem, nie mamusią.

Bardzo dużo rzeczy mu wytłumaczyła, nie tylko ze spraw związanych ze szczeniaczkiem, ale też innych, o których nikt z nim nigdy nie rozmawiał. Kto miał z nim rozmawiać? Uriel? Albo Zachariasz? Także nie babcia Anna, która była troskliwa i kochana, ale przy tym - pewnie ze względu na wiek - niezwykle pruderyjna. Cas miał podejrzenie, że starsi w jego watasze wiedzieli, że Cas jest inny, ale milczeli, żeby uniknąć trudnych tematów. Może myśleli, że jak się o tym nie będzie mówiło i myślało, to tak jak by tego wcale nie było? Może liczyli, że Cas z tego wyrośnie? Że wyrośnie na prawdziwego chłopca?

Byliby bardzo zgorszeni, gdyby się dowiedzieli, że spodziewa się szczeniaczka...

...który był okazem zdrowia. Może był nieco mniejszy, niż inne szczeniaczki w jego wieku, ale za to bardzo ruchliwy i wyglądał, jakby wszystko miał na miejscu. Pani doktor miała dużo lepszy ultrasonograf niż Amy i nawet potrafiła na nim zrobić zdjęcia szczeniaczkowi, na pamiątkę.

A po wizycie Amy i Ellen (Jody tym razem musiała zostać na dyżurze) zabrały go do cukierni na gorącą czekoladę i ciastka.

To była bardzo elegancka cukiernia i Cas bardzo dokładnie obejrzał sobie wszystkie oferowane wypieki, szukając inspiracji i porównując je do własnych wyrobów, kiedy nagle natrafił na...

- Moje ciastko! Moje ciastko! - Popukał palcem w szybkę. - Ellen, patrz! To moje! - Przyjrzał się uważnie. - Ale skąd tutaj moje ciastko?

- Och, to bardzo pyszne ciastka. - Miła ekspedientka podeszła i nie rozumiejąc przyczyny zainteresowania trojga klientów, zaczęła zachwalać - robione ręcznie, na specjalne zamówienie, według tradycyjnych receptur, ze składników ekologicznych. Doskonały wyrób, wyróżniający się walorami smakowymi a przy tym bardzo pięknie wykonany. Prawdziwe cukiernicze cudeńko, prawda?

- Wiem, zrobiłem je! - powiedział Cas. Dziewczyna stropiła się i popatrzyła na niego a potem na towarzyszące mu kobiety.

- Uhm... więc... - Nie wiedziała, co powiedzieć. - To podać? Na miejscu czy na wynos?

- Ale skąd je macie? - Drążył Cas. - Ja ich wam nie sprzedałem... - Przyjrzał się cenie. Jedno kosztowało cztery razy tyle, ile dostawał od Meg za dwa.

- To musi być jakaś pomyłka... - Ekspedientka rozłożyła ręce. - Wypiekamy je na miejscu... Wszystkie ciastka wypiekamy na miejscu.

- Zrobiłem je. Umiem rozpoznać swoje ciastko - powiedział Cas łagodnie, ale stanowczo. - Krem jest cytrynowy, w środku ma marmoladę z fig i kilka kropel brandy na plastrze obsmażanej w cukrze...

- ...gruszki. - Dokończył ktoś, wychodząc z zaplecza. - Mary, zajmij się innymi klientami. - Odesłał ekspedientkę a sam wyciągnął rękę do Casa. - Charlie. Charles E. Gadreel, ale wszyscy mówią mi Charlie. - Pokazał logo. Stylizowane na ręczne pismo, eleganckie zawijaski tworzyły złoty napis: U Charliego. - Więc powiadasz, że to twoje dzieło?

- Uhm. - Cas uścisnął podaną rękę i uśmiechnął się nieśmiało. Charlie był wysoki, chyba tak wysoki jak Dean i przystojny jak hollywoodzki aktor, z szerokim, życzliwym uśmiechem na opalonej twarzy.

- Powinienem powiedzieć: arcydzieło... - dodał z rewerencją.

Obaj przyglądali się sobie z zainteresowaniem. I z błyskiem w oczach. Ellen i Amy wymieniły spojrzenia, obie zaskoczone, chociaż Ellen zdecydowanie bardziej niż Amy. Chciała wziąć Casa za ramię i wyprowadzić stamtąd, zapakować do wozu i wracać do Pinewood, mając złe przeczucia. Złe, złe przeczucia.

Cas pochylił lekko głowę, jakby jeszcze raz chciał się przyjrzeć ciastkom za szkłem, a po chwili zerknął na Charliego i... Zaczerwienił się, bo Charlie go przyłapał na tym ukradkowym zerknięciu. I - uśmiechając się jeszcze szerzej - mrugnął wesoło. A potem powiedział:

- Jeśli to naprawdę twoje ciastka...

- Naprawdę! - wtrącił Cas.

- ...to chętnie kupiłbym więcej. Bez pośredników. Chcesz o tym pomówić?

Cas skinął gorliwie i Charlie wskazał im stolik przy oknie.

- Mam pewien pomysł. - Zaproponował, kiedy usadził już obie kobiety. - Panie poczęstujemy gorącą czekoladą a ciebie, Cas, zaproszę na zaplecze. Pokażesz mi, co potrafisz...

Ellen wstała gwałtownie, mówiąc, że to niemożliwe, że się spieszą, że...

- Świetny pomysł. - Cas zaczął zdejmować kurtkę a Charlie natychmiast ją od niego odebrał i odwiesił na wieszak. - Jeśli tylko masz świeże masło, prawdziwe a nie takie oszukane z marketu...

- Chyba się znajdzie... - mruknął Charlie, prowadząc go na zaplecze, do kuchni.

- ...i śmietankę kremówkę... I cynamon. Cejloński, nie kasja...? I wanilię w strączkach, nie sztuczny aromat...?

- Myślę, że będzie wszystko... - Śmiał się Charlie. - Widzę, że dbasz o jakość każdego szczegółu...

- Tylko dobre rzeczy pachną dobrze - powiedział Cas, mając na myśli składniki ciastek.

- Zgadzam się. - Przytaknął z uśmiechem Charlie, mając na myśli Casa.

- To wilk - powiedziała Ellen, wiercąc się na krześle. Amy popatrzyła na nią a potem w głąb zaplecza, gdzie zniknął Cas.

- Myślisz, że coś mu zrobi? - spytała zaniepokojona.

Ellen wzruszyła ramionami, postukując obcasem nerwowo. Cała ta wymiana spojrzeń, uśmiechów, rumieńce, powietrze nagle gęste od feromonów...

No, to Dean się doigrał.

 

 

 

Chapter Text

- A to co? - Cas stanął na palcach, żeby sięgnąć interesujący słoik. Charlie zerknął i zdjął go z półki. Uchylił wieczko, podtykając Casowi pod nos. - Mhm... to kwiaty...

- Fiołki. Kandyzowane. - Charlie stał tuż za nim, nieco bliżej, niż wypadało między osobami, które dopiero co się poznały, ale Cas nie czuł się nieswojo. Z zaciekawieniem wsadził nos w słoik, zaciągnął się i zerknął do tyłu pytająco. Charlie skinął i Cas wydobył kilka kwiatków, na spróbowanie. - Fiołki, bratki, nasturcje, lawenda... - Wymieniał Charlie. - Doskonałe do przybrań. Kobiety bardzo je lubią. Czerwone róże... Zawsze żądaj czerwonych, pachną najintensywniej.  - Przykazał żartobliwie i odstawił słoik.

Cas zaczął ucierać masło z odrobiną wanilii i cukrem.

- Chyba dostajesz kwiaty? - Charlie zbliżył palec wskazujący do karku omegi, na którym jeszcze był ślad ugryzienia. Słaby, słabnący, ale wciąż. Palec zatrzymał się milimetr od skóry. Cas pochylił się nieco bardziej nad blatem i Charlie nie był pewien, czy chciał się uchylić przed dotykiem, czy zasygnalizować uległość.

- Nie dostaję - powiedział oschle.

- Och, to pewnie jeden z tych, którzy dają... - Charlie chciał powiedzieć: biżuterię, ale chociaż Cas był schludny i porządnie ubrany, nie wyglądał na obwieszonego jak choinka pupila jakiegoś bogacza. Nie miał nawet zegarka, nie mówiąc o mniej użytecznych błyskotkach. - ...własnoręcznie pisane sonety i... - Chciał ładnie wybrnąć, ale Cas, dotąd łagodny, burknął ze złością:

- Nic mi nie daje. Nie ma kto.

- Och. - Charlie odstąpił, zmieszany i ucieszony jednocześnie. - Myślałem, że masz...

- Pana? Nie mam. - Cas spróbował kremu i wrócił do ucierania.

- Rycerza. - Charlie przeszedł obok, mimochodem kładąc dłoń na jego łopatce. - Królewny nie miewają panów, tylko rycerzy, którzy ratują je z łap okrutnych smoków. - Wyjaśnił na pół żartobliwie. - Zbyt głupich, by rozumieć, że królewnom trzeba dawać kwiaty.

- Nie jestem królewną... - Cas krzątał się po kuchni, szperając w poszukiwaniu tego czy owego, a Charlie zgadywał, czego i podsuwał mu prędko a to garnki a to mąkę, a to ubijaczki do jaj i same jaja.

- Przepraszam. Mam takie poczucie humoru... Ehm... Czasem się zapominam przy ludziach, których lubię. - Charlie wyjął kilka różnych foremek i włączył piekarnik, żeby się nagrzewał. - Od pierwszego wejrzenia.

Cas znów na niego spojrzał w ten sposób, co wcześniej: spod rzęs, prędko, nieśmiało, z uśmiechem błąkającym się w kąciku ust. Charlie zmarszczył brwi. Niemożliwe, żeby tak śliczny chłopiec, tak słodki i zalotny nie miał kogoś. Pana, jak sam powiedział. Charlie nie lubił tych staroświeckich określeń, używanych w watahach. Ten rodzaj feudalnych stosunków łączących alfy z omegami był mu obcy. Sam nie obnosił się ze swoim statusem dominującego samca. Nie miał potrzeby podkreślać go napompowanymi testosteronem gestami i słowami, które odzierały omegę z godności.

Cas był wystarczająco uległy sam w sobie, w tak naturalny sposób, tak uroczy, tak... oczywisty i bezpretensjonalny, że nie trzeba było nic więcej, tylko mu pozwolić tę uległość ujawnić, bez żadnej dodatkowej agresji, tresury.

- Poczekaj, to za gorące, owoc się spali... - Charlie skorygował płomień pod patelenką. - Potrzebujemy go tylko nieco zeszklić, żeby zmiękł i nabrał delikatności... - Wyjaśnił, widząc, że Cas nie obraża się na zwrócenie uwagi, tylko pilnie słucha i obserwuje. - Teraz rzuć gruszki... uhm, właśnie tak... patrz, cukier od razu zaczyna się topić, nabiera temperatury, gdyby była wyższa, spaliłby się.

- Mam w domu inną kuchnię... - Cas wsadził spody do podpieczenia. - Te palniki są większe. Mocniejsze...

- Gdzie się uczyłeś cukiernictwa? - Charlie przerzucił plastry gruszek i pomarańczy na talerz.

- W domu. - Chłopak przygryzł wargi, przyglądając się urządzeniom na blacie roboczym. - Nie wiem, do czego to wszystko służy... Sam robisz te wszystkie ciastka, czy kupujesz cudze, jak moje?

- Miałem kucharza, ale odszedł. - Charlie uśmiechnął się z nagłym żalem. - Uznał, że chce poszukać nowych... wyzwań. Wyjechał do Los Angeles. Chce zostać gwiazdą - mruknął. - W wielkim hotelu i gotować dla gwiazd. Tak, kupuję cudze ciastka, ale większość robię sam. Twoje są znakomite. Natknąłem się na nie niedawno, w takim małym miasteczku... Pine-coś tam. Ta kobieta, właściciela sklepu, powiedziała, że może dostarczyć każdą ilość.

- Meg. - Cas już się wcześniej domyślił. To dlatego zwiększała ostatnio ilość zamówień.

- Znasz ją?

- Pracuję u niej. Sprzedaję w tym sklepie.

Charlie przyjrzał mu się z nowym zainteresowaniem.

- A gdybym... gdybyś zaczął pracować dla mnie? - Zaproponował nagle. Zwykle nie robił takich rzeczy, nie zapraszał obcych do kuchni, nie proponował od razu pracy, nie wiedząc nic o tym chłopcu. Wilku. Nie znał jego CV, nie wiedział, jakie ma wykształcenie, doświadczenie, czego od niego wymagać, czego oczekiwać, ale chciał zaryzykować. Czuł, że w tym przypadku to będzie decyzja, której nie pożałuje.

Cas stropił się i dotknął palcem ust.

Zaiste, potrafi podnieść ciśnienie - pomyślał Charlie w porozumieniu z małym Charliem, który nagle się obudził i nieco przeciągnął.

- Mieszkam w Pinewood i nie mogę...

- Zapłacę więcej, niż płaci ci Meg. Tamten sklep to jak pamiętam, mydło i powidło, tu będziesz mógł robić to co lubisz i w czym jesteś dobry - przekonywał - z obopólną korzyścią. Potrzebuję kogoś takiego jak ty. I myślę, że ty potrzebujesz kogoś takiego jak ja - dodał poważnie.

Cas wysunął koniuszek języka i zmarszczył brwi, a potem pokręcił głową.

- Nie o to chodzi, ja... po prostu nie mogę.

Co za negocjator z tego omegi. Może nie jest taki naiwny, na jakiego wygląda? Może to jeden z tych cwanych spryciarzy, których można coraz częściej spotkać... Charlie zastanowił się, czy tym razem to on nie wykazał się naiwnością.

- Nie mam samochodu. I nie umiem jeździć. - Wyjaśnił Cas zawstydzony, nie zauważając, jak bardzo nagle Charlie próbuje ukryć wesołość. - Nie miałbym jak przyjeżdżać, nie mogę prosić Ellen ani Amy, żeby mnie woziły codziennie, one mają własne obowiązki.

- Mieszkasz w Pinewood? - Charlie podrapał się po karku. Cas skinął. - Okay, będę cię wozić. Będę po ciebie przyjeżdżać o siódmej i odwozić o piętnastej.

Podał mu proponowaną wysokość pensji (pomniejszając o koszty dojazdów) i Cas pisnął z radości.

- Zgoda!

- Zgoda. - Przypieczętowali umowę uściskiem dłoni. - Zaczynasz od jutra. A teraz pokaż no, co dalej z tymi ciasteczkami.

 

Chapter Text

Tylko w pierwszym tygodniu Cas wrócił do domu na czas, odwieziony tak jak umawiali się z Charliem. Potem zostawał coraz dłużej i dłużej. Za wiele się działo, żeby wychodzić zaraz po skończeniu pracy. Charlie oprócz sprzedaży ciastek zajmował się wypiekiem tortów na zamówienie hoteli i prywatnych osób, wyrabiał nadziewane praliny czekoladowe, które wysyłał gdzieś całymi paczkami i uczył. Uczył Casa o wszystkim, co wiązało się z tworzeniem tak cudownych słodkości, jak tort Pavlovej, z puszystej i kruchej bezy, przekładanej bitą śmietaną i musem z malin, albo czekoladowy tort Sachera, przełożony marmoladą morelową.

Podawał nie tylko receptury i zdradzał różne techniczne sztuczki, ale też niezwykle ciekawie opowiadał o ludziach, których nazwiska noszą te smakołyki oraz w jakich okolicznościach powstały najsławniejsze światowe desery. W ten sposób Cas dowiadywał się nie tylko jak robić słodycze, ale wiele rzeczy o świecie w ogóle. Na przykład... nie wiedział jeszcze niedawno, co to jest balet i dopiero po obejrzeniu w internecie kilku nagrań między innymi z Jeziora Łabędziego zrozumiał, czemu na cześć wielkiej rosyjskiej tancerki cukiernik wybrał akurat tak delikatne i subtelne tworzywo jak beza, barwą i lekkością nawiązujące do eleganckich, baletowych kostiumów.

Przy torcie Sachera podglądał proces temperowania czekolady na płycie z marmuru. Charlie poświęcał jej tyle uwagi, że Cas niemal czuł się zazdrosny. Było w tym coś z atencji kochanka, skupionego i wyczulonego na wszelkie sygnały, a sam Charlie skwitował, że czekoladę trzeba pieścić, inaczej łatwo można zepsuć tę szlachetną lecz kapryśną substancję. Tylko odpowiednio zatemperowana nabierała jedwabistej gładkości i lśnienia, a pokryty nią gładko blat biszkoptowy wyglądał jak ciemne zwierciadło, w którym omal, omal można się było przejrzeć.

Charlie opowiadał i opowiadał, pokazywał i pokazywał, a Cas słuchał, słuchał i chłonął.

I coraz bardziej się oszałamiał tym nowym, wspaniałym światem.

Wszystko szło wspaniale, i jak to zwykle bywa, gdy wszystko idzie dobrze - wkrótce nastąpiła nieoczekiwana katastrofa.

Charlie musiał nagle wyjść i zostawił Casa samego z prawie gotowym, pięknym, śmietanowo-różanym tortem, prosząc, by wykończył go, bo za godzinę zjawi się klient a sprawa jest pilna - tort był elementem... romantycznego wyznania miłości. Cas niejednokrotnie robił dekoracje, czuł się w tym pewnie i spokojnie. Ten aż się prosił o obłożenie go całą kaskadą białych różyczek i obsypanie fiołkami w cukrze (czy można znaleźć coś bardziej romantycznego niż fiołki w cukrze?).

Ale Charlie już w progu krzyknął:

- Nie, nie Cas, tam musi być napis... czekaj... - skoncentrował się, żeby sobie przypomnieć - poślub mnie, Candy. Idiotyczne, wiem, ale klient nasz pan.

I zniknął.

Cas poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg.

Napis.

Miał wykonać napis na torcie.

Samodzielnie...

Owszem, widział wiele razy, jak Charlie dekoruje ciasta napisami, ale... to był Charlie.

Cas nie umiał pisać. Jeszcze nie. Nie tak ozdobnie, z zawijasami, ogonkami i... I niestety nie powiedział o tym Charliemu. Na początku Charlie o to nie pytał, a Cas nie zdawał sobie sprawy, że powinien mu powiedzieć. Nie pomyślał, że ludzie spodziewają się po nim pewnych umiejętności, bo nie mają pojęcia o tym, przez co przeszedł. I że powinien uprzedzić. Potem się bał przyznać, nie chcąc stracić tej pracy. Była zbyt dobra. Była... spełnieniem marzeń. I nie chciał, żeby Charlie pomyślał o nim, że jest głupi. Nie chciał rozmyślnie oszukać, ale na to wyszło. A kłamstwo ma krótkie nogi.

I teraz stał nad tortem, gapiąc się na pustą, białą powierzchnię, na której powinien zmieścić: poślub mnie, Candy.

Poślub mnie.

Wyjął kartkę i zaczął literować, ale kiedy po chwili spojrzał na to, co udało mu się napisać popłakał się z rozbawienia i frustracji jednocześnie. Nikt, nikt nie chciałby mieć czegoś takiego na torcie! Nikt nie chciałby w taki sposób poprosić nikogo o rękę. Nawet nie będzie zbliżał szprycy do tortu. Nie zepsuje go swoimi bazgrołami.

Nie wykona polecenia, klient przyjdzie i nie dostanie zamówienia.

Zrobi awanturę.

Trzeba będzie przepraszać.

Charlie się wkurzy. Zażąda wyjaśnień. I Cas będzie musiał powiedzieć prawdę. Sam nie lubił kłamstw. Nie chciał, żeby inni kłamali - wolał najgorszą prawdę, byle prawdę. Więc powie prawdę i wtedy Charlie go wyrzuci.

Albo Cas sam odejdzie.

Rozejrzał się po kuchni. W ogromnych piekarnikach dochodziły kolejne biszkopty, kruche spody, herbatniki, babeczki i pękate muffiny. Pachniało gałką muszkatołową, wanilią, cynamonem, czekoladą, cytrynami... Charlie spytał go pewnego dnia, jeszcze w pierwszym tygodniu, gdzie jest smak, gdzie leży smak wszystkich słodyczy i Cas powiedział bez zastanowienia, że chodzi o cukier, bo przecież słodycze są słodkie, ale Charlie zaczął się śmiać i powiedział, że smak leży w tłuszczu. Że tłuszcz jest gąbeczką, która łapie aromaty i smaki. Klejem, do którego się przyczepiają. I opowiedział mu o Grasse, regionie we Francji, w którym produkuje się esencje do perfum. Ze zbieranych płatków jaśminu i róż. Kładzie się je, te płatki, na taflach wysmarowanych smalcem i płatki więdnąc oddają smalcowi woń.

- Zarówno my, cukiernicy, jak i oni, perfumiarze, wiemy doskonale, że dobry tłuszcz to podstawa powodzenia - powiedział i wyciągnął kilka pudeł. Oto masło zwykłe. A to klarowane. To olej palmowy, a to olej kokosowy. Można go podgrzewać do bardzo wysokich temperatur i się nie pali. A to łój wołowo-wieprzowy. Można na nim smażyć pączki i jeśli jest dobry, delikatne pączkowe ciasto nie nasiąknie i nie zrobi się ciężkie, twarde, tylko będzie koronkowe w środku i rumiane z wierzchu.

Cas prawie się popłakał na myśl, że miałby odejść.

Wyciągnął telefon i zadzwonił do Charliego. Z początku tylko chlipiąc, a potem już łkając na całego próbował mu wytłumaczyć, że nie chce odchodzić, że nie umie czytać, ale się uczy, że Sammy z nim przerabia literki w zeszytach dla dzieci, że klacz już nie wraca do niego w snach, że dopiero odzyskał wzrok i że nawet nie wie, czy Candy pisze się przez C czy przez K. I że przeprasza, że nie przyznał się od razu.

- Jestem na spotkaniu... Nie mogę teraz... - Próbował przerwać mu Charlie, ale Cas nie dał sobie przerwać, póki nie doszedł do skraju rozpaczy i troszkę dając się ponieść histerii wykrzyknął:

- Zabiorę swoje rzeczy! Dziękuję za wszystko, Charlie i przepraszam.

Charlie zakończył spotkanie, wsiadł w samochód i wrócił do cukierni akurat na czas, by zderzyć się w progu z zapłakanym Casem i Panem Mam-Nadzieję-Że-Poślubisz-Mnie-Candy, który przybył odebrać zamówienie. Musiał poczekać jeszcze kwadrans, aż Charlie zrobi napis, ale tort go zachwycił, więc wyszedł zadowolony.

Tamtego dnia Cas nie wrócił na noc.

Został u Charliego, do późna rozmawiając o tym, jak to się stało, że dopiero się uczy alfabetu, co z tą klaczą i całą resztą, z Deanem, ze szczeniaczkiem... - ze wszystkim. Charlie zabrał go do swojego mieszkania kilka ulic od cukierni, pościelił na kanapie, włączył Czekoladę z Juliette Binoche i Johnnym Deppem i powiedział, że nie zamierza pozwolić Casowi odejść z powodu takiego głupstwa. I że Cas przerwał mu ważne negocjacje, ale może to lepiej, bo nic tak dobrze nie robi negocjacjom, niż ich zerwanie.

I a propos zerwań, czy Cas jest pewien, że zerwanie między nim a Deanem jest ostateczne?, spytał tak trochę od niechcenia.

 


 

Cas zadzwonił do Jody, żeby się nie martwiła, bo przenocuje w mieście. Jody zadzwoniła do Ellen z pytaniem, czy Cas będzie bezpieczny z tym całym Charliem, skoro on jest także wilkiem? Ellen spytała czemu Jody pyta. Jody powiedziała, że Cas właśnie dzwonił i powiedział, że zostaje u niego, bo późno skończyli i jest zbyt zmęczony, żeby wracać. Ellen powiedziała do siedzącego obok Bobby'ego, że Cas został u Charliego i że ona chyba oszaleje. Bobby powiedział, że wiedzieli, do czego to zmierza i że tak to jest, jak się omegę puszcza samego w świat. Jody powiedziała, że chciałaby tylko mieć pewność, że ten drugi wilk nie skrzywdzi Casa tak jak ten pierwszy i chodziło jej o Deana. Ellen powiedziała, że nie ma co porównywać, bo Dean jest alfą Casa a ten cały Charlie od początku jej się nie podobał. Na to włączył się Frank, że to Dean mu się od początku nie podobał i gdyby zainteresował się swoim szczeniaczkiem, jak każdy normalny mężczyzna, a nie głupi dzieciak, którym najwyraźniej jest, to by Cas nie musiał szukać szczęścia u obcych. Ellen przełączyła na tryb gośnomówiący i powiedziała, że Dean potrzebuje trochę czasu, ale gdyby Frank go widział, to by zrozumiał, że dla niego to też jest trudne. Jody też włączyła głośnomówiący i powiedziała, że trudne to jest nosić szczeniaczka, którego własny ojciec się wyparł i chciał się pozbyć i że Amy jej powiedziała, za co Dean jej chciał zapłacić. Na to Frank powiedział, że on nie wie, za co Dean chciał zapłacić, ale się bardzo chętnie dowie. Na co Bobby powiedział do Ellen, że wywołała wilka z lasu i że może skończą tą rozmowę, zanim dojdzie do nieszczęścia. I że prawie skończył kołyskę. Na to Frank powiedział, że szczeniaczek nie potrzebuje kołyski, tylko ojca i że może ten Charlie nie jest taki zły, jak na wilka, a przynajmniej już dwa razy dał chłopakowi kwiaty. Róże! Czerwone!

Ellen spytała Jody, czy to prawda i Jody potwierdziła. Dwa razy wrócił z miasta z bukietem. Mówił coś o jakiś rycerzach i smokach i że Charlie chciał, żeby omega zobaczył, jak to jest dostawać kwiaty.

Bobby szpetnie zaklął. Frank się roześmiał i poklepał po udach. Ellen powiedziała, że musi kończyć i że zdzwonią się jutro.

- Pogoniłaś sierściuchom kota! - oznajmił Frank z rozkosznym uśmiechem. - Nie będą mogli teraz zasnąć.

- Też nie będę mogła zasnąć! - powiedziała Jody, nadal myślami w mieście, przy Casie i tym całym Charliem.

Frank, zadomowiony jak u siebie, poszedł po piwo, kotleta jagnięcego i stwierdził:

- To co? Obejrzymy sobie Casablankę?

 

 

 

Chapter Text

- Więc? - ponowił pytanie Charlie. Cas przyjrzał się swoim stopom w za dużych skarpetkach Charliego, opartym o pufę. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie chciał znów skłamać, nawet nieświadomie. Pytanie o Deana było trudne. Co czuł Cas? Motyle nadal pojawiały się, gdy o nim myślał, ale nie trzepotały już, ociężałe i smutne, jakby każdy z nich był przebity szpilką.

- Nie chciałem zniszczyć ci spotkania... - Zmienił temat.

- Nie zniszczyłeś. - Charlie przyniósł im obu kubki gorącej czekolady, zrobionej nie na słodko, ale z odrobiną chili i mięty. - Szukam inwestora. Chciałbym otworzyć cukiernie w sąsiednich miastach. W Billings. Jedną, może dwie na początek.

- Potrzebujesz pieniędzy? - Cas obciągnął bluzę na brzuchu. Szczeniaczek jeszcze nie spał, wiercił się i wypychał to tu, to tam.

- Tak, potrzebuję pieniędzy. Nowy sklep kosztuje. Czynsz, wyposażenie, towar, pracownicy... - Wymieniał Charlie. - Ale wierzę, że za kilka miesięcy każdy zacznie na siebie zarabiać.

- I będziesz bogaty. - W głosie Casa pobrzmiało rozczarowanie, które nie uszło uwagi wilka.

- Owszem, spodziewam się zwiększenia przychodów, ale nie robię tego dla pieniędzy. - Wyjaśnił. - Chciałbym zbudować markę. Wiesz co to jest? Jakość. Własna jakość, rozpoznawalność. Chciałbym mieć sieć własnych sklepów, cukierni. Żeby ludzie widzieli moje nazwisko i mówili: och, to Charlie! Chodźmy do Charliego, on ma najlepsze ciastka w mieście!

- Weź pieniądze z banku. - Poradził Cas. - Weź kredyt.

- Och, na finansach też się znasz? - Roześmiał się Charlie, nieco dokuczając omedze. Omega się zarumienił i schował stopy pod koc. Szczeniaczek kopnął i wykręcił się znowu, więc Cas zaczął uspokajająco głaskać brzuch.

- Nie, ja... tylko... - Zająknął się. - Kiedyś Kevin mi wyjaśniał jak...

- Jaki Kevin? - Charlie nie pozwalał uciec bez komentarza żadnej informacji, która mogła mu coś powiedzieć o Casie. Chciał wiedzieć wszystko, o nim, o ludziach i wilkach, którzy go otaczali. Kazał sobie wszystko objaśniać na bieżąco, by nic więcej nie umknęło, jak z tym czytaniem.

- Kevin... uhm, on studiuje ekonomię i jest bardzo mądry jeśli chodzi o pieniądze - wyjaśnił Cas. - Pomaga Deanowi prowadzić księgi.

- Prowadzić księgi? - Charlie obserwował kątem oka jak Cas się zaczyna pokładać, senny, zmęczony, ziewać i poklepywać jedno miejsce na brzuchu, szczególnie wypukłe, jakby chciał również szczeniaczka zagonić do łóżka: no, już maluchu, koniec awantur na dziś, teraz śpimy... Było w tym coś absolutnie słodkiego i wzruszającego i Charlie nagle wstał, przeciągnął się z przesadą, przeniósł stopy Casa z pufy na kanapę i poprawił koc. - Na razie rozmawiam z jego prokurentem. Prawnikiem. Tego mojego inwestora. Myślę, że są naprawdę zainteresowani, bo po tym jak musiałem przerwać spotkanie zadzwonili i zaproponowali nowy termin. Tym razem u nas. W cukierni. Pojutrze.

- Mhm?... - wymruczał Cas, zwijając się na boku. - Mmmmoooo.

- Tak, bardzo miło. - Przytaknął Charlie, nie męczył go już dłużej, zgasił lampę i poszedł do kuchni pozmywać.

 


 

Ellen próbowała przemówić Deanowi do rozumu, ale oczywiście bez skutku. Skaranie z tym chłopakiem! Powiedział, że ma robotę, żeby nie zawracała mu głowy i że nie chce już słuchać o żadnych kwiatach.

- Kwiaty, też coś. - Parsknął, wsiadając do terenówki, żeby pojechać do tartaku. Tylko baby mogą tak panikować z powodu zielska. O co ten cały szum? Zielsko to coś, o czym nawet nie warto wspominać. To nie jest nawet prawdziwy prezent! Prawdziwe prezenty nie więdną po jednym dniu! Żeby to się chociaż dało zjeść!, jak kawał porządnego steku. Było, nie ma, ale przynajmniej brzuch pełen. Ot, co. Dean rozumiał ten cały niepisany kodeks randkowy. Ale miał go gdzieś. Jeśli chciał kogoś poderwać, to podrywał, i brak kwiatów jeszcze nigdy mu w niczym nie przeszkodził. Kwiatami musieli sobie pomagać brzydale i bety. I niewydarzeni ludzie bez żadnej charyzmy. Nie chciał też teraz rozmawiać o omedze. Znowu. Miał na głowie inne sprawy, inne problemy.

Kevin i Sammy, Ash i Jo szykowali się do powrotu na studia, na kampusy, i zaczął się zastanawiać, jak sobie bez nich poradzi. Zwłaszcza bez Kevina. Chłopak wyrastał na jego prawą rękę, miał dryg do liczb i żonglował wszystkimi finansowymi sprawami watahy jak zdolny cyrkowiec. Zawsze wiedział, jak poprzekładać jakąś kupkę z konta na konto, gdzie można ruszyć, gdzie trzeba przytrzymać, czy te akcje warto kupić, czy jeszcze poczekać... Dean bardzo nie chciał się z nim rozstawać, ale trudno. Trzeba. Niemniej ostatnie dni przed wyjazdem muszą spędzić tak, żeby wszystko poukładać i żeby Kev mógł pomagać Deanowi zdalnie.

Tyle rzeczy na głowie! Tyle rzeczy, a Ellen wyskakuje z tymi różami, jakby to był jakiś koniec świata!

Dean spojrzał na zegarek i zadzwonił do Sammy'ego.

Jego też będzie mu bardzo brakować.

 


 

Minęły dwa dni i Charlie od rana się trochę denerwował. Chodził po cukierni i sprawdzał, czy wszędzie jest czysto, czy podłogi są umyte i wytarte do sucha, czy w kryształowym żyrandolu świecą się wszystkie żaróweczki, czy ekspedientki mają odprasowane fartuchy i uśmiechy na buziach.

Przed omegą starał się trzymać fason i nieco bagatelizować wagę negocjacji, ale wszystko sobie wcześniej dobrze przemyślał i niczego tak teraz nie pragnął, jak rozwijać biznes. Czuł, że to dobry moment. Czuł, że jest gotów. Przez ostatnie lata całkowicie się poświęcił pracy i odniósł pewien sukces, ale przy tym rozbudził apetyt na więcej. Chciał więcej. Uskładał nieco środków, ale mało, za mało, żeby ruszyć z nowymi inwestycjami. Potrzebował partnera strategicznego, który przyniesie walizkę pieniędzy i zostawi mu wolną rękę, nie będzie się wtrącał w kuchni i nie będzie dyktował zmian.

Miał już takie rozmowy. Ktoś przychodził, spoza branży, jakiś dorobkiewicz, co zyskał trochę forsy na wstawianiu chińskiej taniochy do WalMartu i mówił, że jest zachwycony i że chętnie wyłoży sto czy dwieście tysięcy na początek, a potem odkrywał w sobie cukiernika i zaczynał się mądrzyć, że może zamiast masła zaczną używać margaryny, bo to przecież taniej i żeby poszerzyć asortyment o produkty light oraz w ogóle zmienić strategię z "szykownie i luksusowo" na "kup kawę z pączkiem i wynocha". I czy na pewno trzeba robić te wypieki samemu, bo może można kupować gotowe półprodukty w wielkich mrożonych pakach i tylko wrzucać je do podgrzania?

Nie chciał znów przeżywać rozczarowań. Nie chciał znów zaczynać od zera. Szukać, rozglądać się, kokietować potencjalnych partnerów, węszyć za inwestorami, błagać o spotkania, biegać z biznesplanami i prezentacjami, wdzięczyć się jak dziewczyna szukająca bogatego męża na kolejnych weselach swoich koleżanek.

Chciał, żeby wszystko poszło dobrze.

Zajrzał do kuchni i popatrzył na Casa. Chłopak się postarał. Właśnie przygotował profitrolki z kremem waniliowym, a teraz zabierał się za makaroniki z białek, cukru i mielonych migdałów. Spojrzał na Charliego znad stolnicy i mrugnął wesoło, chcąc dodać mu otuchy.

Charlie wyszczerzył zęby i popatrzył na zegarek.

- Już czas. Niedługo tu będą... - Wypuścił powietrze z płuc.

- Na pewno będą zachwyceni. Zobaczysz. - Cas zdmuchnął grzywkę z czoła. - Będą błagać cię, żebyś wziął ich na wspólników.

Charlie skinął. Tak będzie, tak właśnie będzie. Będą go błagać.

- Charlie? - Mary wsadziła głowę w drzwi. - Ktoś do ciebie...

- Chodź. Przywitamy się. Całym zespołem - powiedział Charlie, biorąc Casa za rękę. - Ja, dziewczyny i mój zdolny czeladnik!

Pchnął drzwi. Cas spojrzał na gości. Goście spojrzeli na Casa.

Sammy pierwszy wyciągnął rękę. Stojąc tam, ze swoim uprzejmym, łagodnym uśmiechem. Wyglądał bardzo elegancko w grafitowym garniturze i krawacie w paseczki. Kevin miał ze sobą laptop i teczkę z jakimiś wydrukami. A Dean grubą flanelową koszulę w kratę i kurtkę w ciemnym zielonym kolorze, dobrą do chodzenia po lesie.

- To... ty...? - wymamrotał Cas. - Ty jesteś?...

- Właśnie podpisałem dokumenty. - Dean skinął i Kevin podsunął komplet Charliemu. - Wspólniku.

Charlie klasnął, jeszcze nie rozumiejąc całej tej wymiany spojrzeń i uśmiechów. Do tej pory spotykał się tylko z Kevinem i Sammym i pierwszy raz naprawdę zobaczył swojego nowego partnera - osobiście.

Cas poczuł, że robi mu się słabo i że musi natychmiast odetchnąć świeżym powietrzem.

Minął chłopaków, wpadł na puste krzesło, przeprosił i wyszedł z cukierni.

Pochylił się nieco, oparł dłoń na udzie, drugą dotykając brzucha.

- Źle się czujesz?

- Nie możesz mnie straszyć! Nie możesz mnie denerwować! - Cas odskoczył w stronę krawężnika. - Jak ja się denerwuję to szczeniaczek też się denerwuje, a nie może, bo jest malutki! I się może rozchorować! - krzyknął piskliwie.

Dean złapał go bezceremonialnie od tyłu, przyciągnął do siebie, objął jednym ramieniem i wsunął dłoń pod fartuch omegi, dotykając jego brzucha.

- Co robisz? - sapnął Cas, nie wiedząc, czy się wyrywać i wołać o pomoc, czy znieruchomieć i... pozwolić...

- Nie chcę denerwować szczeniaczka. Chcę się przywitać - powiedział prosto do jego ucha. - Ze swoją inwestycją.

- To nie jest twoja inwestycja... - Cas nagle się obraził.

- Owszem, mam tu pięćdziesiąt procent udziałów. - Dean wsunął dłoń nieco głębiej i uśmiechnął się, czując nagłą wypukłość. Jakby szczeniaczek też chciał się przywitać.

- Nic nie masz! Nic nie masz! - Omega zaprotestował. - To jest moja wataha i tylko moja.

- Tak? I kto w niej jest? - Zainteresował się Dean, nie puszczając go i nie przestając witać się ze szczeniaczkiem.

- Ja. I szczeniaczek. I ja jestem alfą. Bo się opiekuję szczeniaczkiem - wyjaśnił spokojniej Cas. - Tylko ja.

- To bardzo dobra wataha. - Przyznał Dean. - Bardzo mi się podoba. Chciałbym do niej dołączyć.

- Nie możesz. - Cas zadrżał z zimna, bo miał na sobie tylko luźną bluzę i fartuch wiązany w pasie. Dean nakrył go połą kurtki. - Nie przyjmujemy nowych.

- Ejże, nie jestem taki nowy. - Dean przewrócił oczami. - To w końcu ja postarałem się o szczeniaczka. Można powiedzieć... że ja go przyprowadziłem.

- A potem nas zostawiłeś. - Wypomniał gorzko omega. I Dean na dłuższą chwilę umilkł. - I teraz sobie przypomniałeś? Teraz nie potrzebujemy. - Oświadczył płaczliwie.

Dean wcisnął nos w szyję omegi, w to miejsce za uchem, które pachnie najlepiej, najsłodziej.

- Całe życie na ciebie czekałem - powiedział cicho. - I trochę się przestraszyłem, przyznaję. Trochę bardzo. Chciałem mieć szczeniaczki z Lisą, ale ciebie kochałem i z tobą chciałem być, nie z nią. I kazałem jej odejść. I pogodziłem się z tym, że nigdy nie będę mieć szczeniaczków. Pogodziłem się z tym i wybrałem ciebie, nie ją. Nie szczeniaczki. Chociaż tak bardzo chciałem mieć rodzinę. A potem dowiedziałem się o tym...

- O mnie, jaki jestem naprawdę? - wtrącił Cas.

- O tobie. I to mnie trochę... wystraszyło. Wystraszyłem się. - Dean oparł brodę na głowie Casa. - Pomyślałem, że ktoś ze mnie zakpił. Że Pierwszy Wilk ze mnie zakpił.

- Potrzebowałem cię. A ty mnie zostawiłeś - powiedział Cas z żalem. - Mnie i szczeniaczka.

Dean obrócił go twarzą do siebie.

- Byłem kiepskim alfą. Nauczysz mnie jak być lepszym? - Pochylił się i dotknął czubkiem nosa nosa omegi. - W swojej watasze?

Omega się zmarszczył i skrzywił.

- No, nie wiem... - zawahał się - ...będziesz chciał się rządzić. Zaczniesz udawać, że to ty jesteś alfą a nie ja i będę musiał dać ci klapsa. - Zachichotał. Dean dał mu całusa, roześmiał się i powiedział, że zasłużył na znacznie więcej niż klapsa i że jakoś to zniesie.

I że może nie daje kwiatków, ale co Cas powie na sieć cukierni? Czy to może być? Zamiast róż?

Na początek?

 

 

 

Chapter Text

Cas z dumą pokazał Deanowi i chłopakom całą kuchnię. Opowiadał o wszystkim z niemal dziecięcym entuzjazmem i częstował ich ptysiami i babeczkami, aż Dean żartobliwie spytał, czy nie ma czegoś ze skwarkami i mięsem, na zmianę smaku. Charlie starał się jakoś zebrać do kupy i nie wyglądać na za bardzo w szoku, zwłaszcza kiedy zdał sobie sprawę, że jego czeladnik okazał się wybrankiem jego inwestora, a jego cukiernia prezentem na zgodę, który Dean postanowił dać omedze.

To trochę zmieniało układ sił i Charlie zastanawiał się ze szczyptą niepokoju, kiedy Dean zażąda zmiany nazwy na U Charliego i Casa. Albo: U Casa i Charliego. Albo: U Casa i wspólników. Dean zachowywał się tak, jakby miał kompletnie gdzieś, co się będzie działo w cukierni (cukierniach - według umowy mieli otworzyć jeszcze jedną i po roku podjąć decyzję, czy rozwijać sieć), póki jego chłopiec będzie mógł się bawić w sklep i będzie mu to sprawiać przyjemność. Chyba w ogóle nie traktował tego jak poważne przedsięwzięcie biznesowe - raczej jak rodzaj babskiej fanaberii, bo czy można na tym robić PRAWDZIWE pieniądze? Na ciasteczkach, kremowych różyczkach, wstążeczkach, białych mebelkach i kryształowym żyrandolu odbijającym się w lustrach...?

Charlie trochę się znał na ludziach (i wilkach) i wyczuwał, że Dean to typ kogoś, kto za prawdziwe i poważne uznaje tylko takie zajęcia, w których trzeba się ubabrać ziemią, smarem, od czasu do czasu obciąć sobie lub komuś kciuk, albo inną część ciała a po całym znojnym dniu wrócić do domu brudnym i cuchnącym jak knur, z resztką krwi pod paznokciami i śladami błota na butach.

Biedny Cas, pomyślał Charlie. Ten brutal i barbarzyńca w żaden sposób nie będzie potrafił go docenić. Zrozumieć. Cas potrzebował kogoś, kto podzieli z nim zamiłowanie do piękna, kto pokaże mu balet, kto podaruje mu róże i orchidee, kto zabierze go do teatru i do opery, kto będzie mu recytował Keatsa i Whitmana... Kto nie podepcze jego wrażliwości tymi zabłoconymi buciorami drwala! Pieniądze to nie wszystko, skwitował w myślach z moralną wyższością, obserwując jak chłopak dwoi się i troi, by podsunąć temu Winchesterowi najlepsze kąski, najbardziej wyrafinowane, najbardziej finezyjne, francuskie słodycze - a ten odkłada ledwo nadgryzione ciastka, śmieje się i żąda mięsa. I skwarek!

Prostak.

W końcu Dean oznajmił, że jest bardzo miło, ale mają z Sammym i Kevinem jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia i żeby Cas był gotów o czternastej.

- Charlie mnie odwiezie... - powiedział Cas. - Codziennie odwozi. Prawda Charlie?

- Teraz ja będę cię odwoził. - Dean uciął temat, zanim któryś z nich zdążył coś dodać. Pożegnał się z ekspedientkami, uścisnął rękę Charliego (do zobaczenia, w s p ó l n i k u) i dał całusa omedze, ostentacyjnie kładąc rękę na krągłym brzuchu, jakby chciał wyraźnie wszystkim przypomnieć, że nie tylko cukiernia ma właściciela.

- Ale pracuję do piętnastej... - Upomniał się Cas, odprowadzając go do drzwi.

- O czternastej będzie w sam raz. - Zdecydował Dean i wyszedł.

 


 

Jesień z tygodnia na tydzień robiła się pochmurniejsza, wietrzna, dni skracały się i stawały chłodniejsze i Cas coraz częściej ulegał perswazjom Deana i Ellen, by zostawać w domu, nie męczyć szczeniaczka dojazdami i pracą w kuchni. W końcu również pani doktor powiedziała, że powinien teraz skupić się na szczeniaczku i zbierać siły potrzebne do przyprowadzenia go na świat.

Tamtego dnia Dean przyjechał o czternastej i Cas zmusił go, żeby poczekał, aż skończy pracę o piętnastej i dopiero wtedy pojechali do domu. Do domu. Na ranczo. Cas znów się wprowadził do głównej sypialni i Ellen już przygotowała komody na jego rzeczy i szafę w korytarzu. I postanowili, że na razie szczeniaczek będzie mieszkać z nimi, a na wiosnę przerobią sąsiedni pokój pełen jakiś gratów i rzeczy alfy na pokoik malucha.

Wszystkim musieli wytłumaczyć skąd ta nagła zmiana w ich relacjach. Najtrudniej było wytłumaczyć Frankowi i Jody. Najbardziej się ucieszyła Ellen. Przygotowała prawdziwą ucztę i wszyscy cały weekend świętowali. To był ostatni ich wspólny weekend, przed rozjechaniem się części watahy na studia. Sammy kazał omedze obiecać, że nie przestanie ćwiczyć pisania i czytania i że będzie sprawdzał jego postępy przez internet.

Cas i Dean starali się nadrobić stracony czas i przy tym poznawali się trochę od nowa - pod wieloma względami. Nie tylko w łóżku, chociaż Dean przejawiał w tym zakresie wzmożoną gorliwość i praktycznie nienasyconą ciekawość.

Cas nie stał się nagle żądnym władzy małym tyranem (chociaż nadal miewał skłonność do ataków histerii, podczas których Dean ustępował mu we wszystkim) i większość jego bycia alfą sprowadzała się do łagodnej akceptacji opieki, którą otaczała go rodzina.

W końcu nadszedł termin przyjścia szczeniaczka na świat - w pewien grudniowy, śnieżny poranek. Od kilku dni wszystko było przygotowane, łącznie z panią doktor i dwiema położnymi, dyżurującymi na zmianę, masą lekarstw i sprzętu, który Dean kazał wypożyczyć i przerobić sypialnię na tymczasową izbę porodową. Cały dom się zapełnił ludźmi, przyjechała Jody i Amy i Frank i wszyscy, którzy mogli, bo wszyscy chcieli.

Szczeniaczek pojawił się późnym popołudniem.

Ellen zniosła kwilące zawiniątko do ciepłej kuchni, gdzie czekał Dean (zabicie smoka było znacznie łatwiejsze niż asystowanie przy porodzie i zdecydował się jednak zostawić wszystko w rękach profesjonalistów, obiecując sobie i omedze, że może następnym razem...).

- Maleńki... - Zauważył, załamując głos ze wzruszenia.

- Ale zdrowy. - Zapewniła. - I ma wszystko na miejscu. Paluszki i wszystko.

- Jak Cas?

- Śpi. Położne trochę tam teraz sprzątają i za parę minut będziesz mógł wejść.

- Mój... mój... - szeptał Dean, kołysząc zawiniątko. Szczeniaczek ziewnął pulchniutkimi usteczkami, pokazując maleńki różowiutki języczek i bezzębne, oślinione dziąsła. Na chwilę otworzył powieczki i spojrzał. Dean zatrzymał się i przyjrzał uważnie.

Obaj patrzyli na siebie. Po raz pierwszy w życiu.

- Cześć. Niebieskooki maluszku - przywitał się tata.

- Pfffuaaa - przywitał się szczeniaczek i niespodziewanie złapał tatę za palec.

- Ależ z ciebie siłacz! - Ucieszył się tata, z dumą pokazując Ellen zaciśniętą piąstkę.

- Nie można stwierdzić jeszcze na sto procent, ale moim zdaniem mamy tu małego alfę - powiedziała Ellen.

- Trudno. - Uśmiechnął się Dean. - Gdyby był takim omegą jak jego tatuś, wziąłby na smycz każdego alfę, jakiego by tylko chciał.

 

 

 

KONIEC

 

 

Chapter Text

Szczeniaczek zwany Misiem siedział sobie w leżaczku ustawionym na stole - przy którym tata sprawdzał maile i rozmawiał z Kevinem na wideoczacie o bardzo ważnych i nudnych sprawach, używając dużej ilości trudnych słów i zupełnie nieciekawych liczb - i patrzył. Na jednym kolanie taty siedział tatuś, zapisywał w zeszycie krótkie zdania i od czasu do czasu tata zaglądał mu do zeszytu i mówił, że kocha pisze się przez ce-ha a nie samo ha, a skwarki przez wu a nie przez ef. I że jeśli już, to on skwarki lubi, a kocha burgery. I burgery pisze się przez u zwykłe a nie kreskowane.

- A jak się pisze podwyższony cholesterol? - pytał wtedy złośliwie tatuś. Tata mówił, żeby się nie mądrzył, bo duży wilk potrzebuje dużo kalorii, które ma z kim spalać, więc żeby tatuś nie narzekał. I szczypał tatusia w pupę a tatuś wołał, żeby trzymał łapy przy sobie, bo sobie pójdzie z kolan na krzesło i wtedy tata mówił, że już dobrze, o co te dąsy. I Cas ma focha pisze się przez ce-ha. Wtedy tatuś mówił, że nie ma focha, ale zaraz może mieć, jak się tata nie uspokoi i żeby nie przeszkadzał w lekcji, bo on się nigdy tego pisania nie nauczy. I tata pytał, na cholerę tatusiowi to całe pisanie i że on może tatusiowi podpowiedzieć przyjemniejsze sposoby marnowania czasu niż nauka pisania. Tak się cały czas przekomarzali i sprzeczali, ale Miś wcale się tym nie denerwował, bo to nie było na serio, tylko w żartach. Poza tym lubił słuchać ich głosów.

Czasem kiedy tatusiowie dłużej nie zwracali na Misia uwagi, to ich wołał: ghruaaa... ghrrrua... Albo upuszczał grzechotkę i czekał, aż podniosą. I śmiał się, bo jak tylko dostawał grzechotkę z powrotem, to znów upuszczał i tak w kółko. I tatuś cierpliwie podnosił i podawał, podnosił i podawał, a Miś śmiał się i machał pulchnymi nogami w puchatych skarpetkach i znów gruchał, aż się opluwał i puszczał bańki ze śliny, i był jeszcze bardziej zadowolony, bo kiedy się tak całkowicie opluł, to tatuś zabierał go z leżaka na ręce, wycierał, sprawdzał, czy Miś ma jeszcze czystą pieluchę i czy nie chce jeść. I cały czas wtedy rozmawiał z Misiem, to znaczy zadawał pytania, a Miś mu odpowiadał elokwentnie i kwieciście: ghruuua, maaaaaa... mmmmaaaaa...

- Zęby będą szły? - pytał na przykład tatuś, wyciągając pięść z pyszczka Misia i oglądając ciekawie różowe dziąsełka. - Może jeszcze trochę. Dasz nam do wiwatu, jak już zaczną iść, co? - powiedział i wsadził Misia znów do leżaczka. Co się nie spodobało i Miś zaczął się awanturować i domagać znów na ręce.

- Teraz zajmie się tobą babcia Ellen! - powiedział tata i zaniósł Misia do babci. Babcia może być, uznał Miś i zaczął jej opowiadać o wszystkim i rzucać zabawkę na podłogę i śmiać się i prawie nie zauważył, że tata wziął tatusia za rękę i zaczął ciągnąć na schody i jeszcze zanim dotarli na piętro, to tatuś zaczął chichotać i uciekać, bo tata znów go zaczął szczypać w pupę i mowić coś o tym, że mogą zużyć teraz trochę kalorii z tych burgerów i jabłecznika, co to tatuś upiekł wczoraj, a jabłecznik to akurat jedyne słodkie, które tata lubi, bo zwykle woli mięso od ciastek.

- Ale ja nie muszę tracić żadnych kalorii! - Upierał się tatuś. - I może byśmy wreszcie porozmawiali o moim powrocie do cukierni? Miś ma już cztery miesiące...

- Mowy nie ma - powiedział tata, zamykając za nimi drzwi sypialni. - Nie zostawisz Misia na kilka godzin dziennie samego, żeby niańczyć tego miszcza fracuskich ptysiów...

- No, nie codziennie... - I nie tylko Misia, pomyślał Cas. Jeden Pan i Władca przede wszystkim nie chce zostać sam. - Raz, dwa razy w tygodniu, do czternastej? - Podniósł ręce, żeby Dean mógł się pozbyć jego t-shirtu.

- Francuskie ptysie niech same sobie radzą! - Zażądał Dean. - Chciał rozwijać biznes, niech rozwija!

- Ale obiecałeś, że będę mógł wrócić do pracy! - Przypomniał Cas. - I ja właśnie chcę wrócić.

- Jak Miś podrośnie. Tak się umawialiśmy.

- No to podrósł... - Cas się wyślizgnął z objęć Deana, ale nie na długo, bo zaraz znów wylądował płasko na materacu.

- Malutki jest jeszcze! - Zaprotestował Dean. - I mowy nie ma. Nie zgadzam się! Koniec kropka! Gdzie uciekasz? Ej. Wyjdź z łazienki... wyjdź z łazienki... wyjdź... wyjdź, do cholery! Przecież nie będę tu stał jak kołek i błagał... dobra, będę, wyjdź... no, wyjdź... Dobrze, jeszcze przedyskutujemy ten powrót. Jak wyjdziesz... Nie, teraz nie, bo... A możesz najpierw wyjść, a potem przedyskutować?... Bo nie chcę się drzeć przez drzwi! Nie podnoszę głosu! Wcale nie krzyczę! Przecież nie krzyczę... no, już... zobacz, nie krzyczę, tylko mówię spokojnie... No, to nie płacz... Jak ja mam nie krzyczeć, to ty nie płacz!... Bo ciebie denerwuje jak krzyczę a mnie denerwuje jak płaczesz!...

I tak sobie rozmawiali, tata z tatusiem.

 


 

Tatuś w końcu dał się przekonać, że Miś jeszcze potrzebuje go w domu. I Pan i Władca też. Tak mówi tatuś o tacie, jak mu chce dokuczyć. Mówi to specjalnym tonem i ma specjalną minę i się uśmiecha i mruga porozumiewawczo do Misia, jakby to był sekret, tylko między nim a Misiem.

Miś lubi sekrety tylko między nimi.

Tata też ma sekrety, które zdradza Misiowi na ucho. Największym sekretem jest to, że bardzo kocha tatusia. Drugim największym sekretem jest, że bardzo kocha Misia. Nieprzytomnie - tak mówi i podrzuca Misia do góry, aż Miś zaczyna gulgotać z radości i piszczeć i opluwać siebie i tatę. I tata krzyczy wtedy: latający wilk! Latający wilk! Proszę państwa! Wilk, który lata! Chyba zacznę sprzedawać bilety!

Trzecim sekretem jest to, że stara się zrobić Misiowi rodzeństwo.

Bo tatuś zaczął prowadzić vloga kulinarnego i co trzy dni nagrywa film o ciasteczkach, w kuchni, i pokazuje ludziom, którzy nie umieją piec ciasteczek, jak upiec. I wujek Ash założył mu kanał na youtube i wstawia kolejne odcinki.

I tata powiedział Misiowi, że musi się pospieszyć z tym rodzeństwem, zanim tatuś zostanie gwiazdą internetów i zatrudni agenta a asystentka jego asystentki będzie tatę z tatusiem umawiać na spotkania za pół roku.

Miś czasem udaje, że śpi, chociaż nie śpi i podsłuchuje jak tatuś i tata sobie rozmawiają w sypialni. Tatuś chichocze, bo ma łaskotki a tata mówi, że musi wstawić nowego szczeniaczka do piekarniczka, żeby zaczął rosnąć. I że tatuś ma śliczny piekarniczek i tylko tata może tam coś wkładać, żaden francuski ptyś nie, ani nikt inny. Prawda?, pyta tatusia i tatuś mówi, że prawda.I że na razie nikt tam nic nie będzie wstawiał, bo jak Miś podrośnie, to on chce wrócić do pracy.

I tata mówi, że właśnie chciałby tam tylko zajrzeć, coś sprawdzić, pokręcić gałkami, czy na pewno nic się zepsuło i wszystko działa, i nic nie wstawi, na pewno, obiecuje, więc czy tatuś może włożyć te różowe majtki, co tata mu kupił na walentynki. Tatuś wtedy odpowiada, że nie, a tata prosi i prosi, aż się tatuś zgadza, ale tylko na chwilę.

Miś się zastanawia, co to jest rodzeństwo.

Tata mu ostatnio tłumaczył, że Miś będzie starszym bratem. I że to ktoś strasznie ważny. I że teraz Miś musi być trochę grzeczniejszy dla tatusia, bo tatuś jest trochę zły na tatę, bo mieli jeszcze poczekać z tym piekarniczkiem, a tu znów rosną ciasteczka. I tatuś niedługo zacznie rano rzygać i będzie zabawa. I da im wszystkim popalić. I kiedy tata to mówił, to wcale nie brzmiał, jakby się bał, że tatuś da im popalić, tylko był strasznie zadowolony.

Był jeszcze bardziej zadowolony, kiedy Miś powiedział: grhuuuaaaaaatttaaaaaa-taaaaa!

Ta-ta!

Tata!

 

 

 

 

Chapter Text


 

 

Szelest liści. Trzask gałązki pod stopą. Świergot jakiegoś ptaka.

Cas obrócił głowę, starając się usłyszeć wszystko. Dotknął palcami pnia i jednym skokiem znalazł się przy nim. Przylgnął plecami do szorstkiej kory. Serce zabiło szybciej, gdy zwęszył znajomą woń.

- Zgubiłeś się w lesie? - Usłyszał prosto do ucha. Chrapliwy, niski ton, kpiący i ostrzegawczy jednocześnie.

Cas pokiwał, oblizując wargi.

- A wiesz, że las jest pełen złych wilków? Które tylko czyhają na takie Królewny Śnieżki, jak ty?

- Wiem - wyszeptał Cas, czując gorący oddech na szyi.

- Boisz się?

- Uhm... - Cas przechylił głowę, węsząc niespokojnie. W każdej chwili mógł zdjąć przepaskę z oczu. W każdej chwili mógł przerwać i odejść. Mógł. Ale nie chciał.

- No, więc? - Surowy głos ponaglił, domagając się odpowiedzi.

- ...taa-k...

- Głośniej!

- Tak.

I to była prawda. Niby ufał Deanowi. Wiedział, że go nie skrzywdzi, nie naprawdę. Już nie. Że Dean się nim opiekuje. Że go... kocha. Ale gdzieś na dnie serca, w podświadomości, w tym bardzo mrocznym, głębokim miejscu, ukrytym przed wszystkimi, nawet (czasem) przed samym sobą, w którym senne marzenia sąsiadują z koszmarami, nadal - t r o c h ę - się bał. I wiedział, że tak będzie już zawsze. Że Dean jest siłą, która wkroczyła w jego życie jak tajfun, zmiotła wszystko, wywróciła do góry nogami, zabrała go w nieznane miejsca... dała nową rodzinę. Dała dom. Dała wszystko, odbierając wszystko. Jak mógłby się nie bać?

Pomruk tak głęboki, że bardziej go poczuł, niż usłyszał. Rezonujący na skórze, w tym miejscu tak odsłoniętym, tak wrażliwym, z żyłą, tak łatwą do przegryzienia. Gdyby Dean zahaczył kłem, nawet niechcący, Cas wykrawiłby się w ciągu dwóch minut. Cas wiedział. Oddech mu przyspieszył, najdrobniejsze włoski na skórze podniosły się, ze strachu i... podniecenia. I mimo, że się bał, odchylił głowę, pokazując jak ufnie oddaje się w ręce Deana. W jego... szczęki. Alfa mógłby mu przegryźć tętnicę. Mógłby mu przegryźć kark. Złamać kręgosłup. Wypruć flaki. A mimo to Cas odchylił głowę, odsłonił się. Znieruchomiał.

Czekał.

Mokre liźnięcie.

Kolejne, wywołujące dreszcz. Skurcz mięśni wzdłuż kręgosłupa. Krew uciekła z głowy w dół brzucha. W to miejsce, gdzie skupia się żądza. Pragnienie, pchające go w ręce alfy.

Dźwięki, cała fala dźwięków, z lasu, jak wtedy, gdy Dean go przywłaszczył. Gdy Dean go zabrał, ze sobą.

Wspomnienia zalały go, jak wrzątek, niepokojące, bolesne, wstydliwe... Paniczne. Wielka dłoń alfy na karku, mocny chwyt i nagłe przygięcie, do ziemi. Cas złapał odruchowo koszulkę na piersi Deana, ale zaraz puścił, amortyzując upadek dłońmi. Czując pod palcami ziemię, mech, igły...

Dean przygniótł go stanowczo, bez żadnej taryfy ulgowej ze względu na stan omegi, przygniótł, aż omega ustawił się na czterech, aż oparł nie na dłoniach i nadgarstkach, ale na łokciach i kolanach. Aż nosem prawie dotykał leśnej ściółki. Jak wtedy. Jak za pierwszym razem, jak wiele razy potem. Kiedy Cas nosił smycz i nie widział. Tylko czuł. Tylko słyszał.

Mógł zdjąć opaskę.

Mógł.

Gdyby tylko chciał.

A może nie mógł. Może musiał, może Dean był zbyt wymagający, a jego charyzma alfy zbyt obezwładniająca, żeby odmówić, kiedy brał sobie omegę tak jak lubił. Tak jak chciał go brać? Tak jak wtedy, za pierwszym razem - bez pytania, bez proszenia, bez oglądania się na ewentualne sprzeciwy, bo kto mógłby się sprzeciwiać jemu, alfie?

Kto by zdołał?

Nie omega.

Nie Cas.

Gwałtowne szarpnięcia i już wszystko jest rozpięte. Ściągnięte, do połowy ud. Obnażone. Wystawione, do wzięcia. Chłodny powiew...

Mokre liźnięcie. Mokry dotyk palców. Dean ciagnie go do siebie, aż plecy omegi i brzuch alfy stykają się ciasno. Omega siada na piętach, z głową przechyloną na bok. Szczęki zaciskają się na szyi, zostawiając ślad, jeden z wielu. Jeden z szeregu śladów. Omega drży, bo wiosna jeszcze nie jest tak ciepła i nagle czuje szorstki, wełniany koc.

- Trzymaj - szczeknięcie, wprost do ucha. Cas posłusznie przytrzymuje krawędzie tak, żeby się osłonić przed chłodem i znów ląduje na łokciach. Wtyka nos w fałdy tkaniny, wilgoć oddechu osiada na splocie. Zapach mchu, ziemi, wełny, rozgrzanej skóry alfy. Feromonów. Jego podniecenia. Własnego podniecenia. - Szerzej! No, wypnij się! - Kolejny rozkaz. - Jeszcze. Jeszcze! - Ponaglenia, warknięcia, niecierpliwe ruchy dłoni, naprowadzające go na właściwą pozycję: tyłek wysoko, plecy wygięte w odwrócony łuk, jak u marcującej się kotki, prezentującej się przed chętnym samcem.

Echo pytania Deana: boisz się...?

Boisz?

Cas się boi. Na pierwotnym, zwierzęcym poziomie, do którego teraz sprowadził go Dean strach i podniecenie są jak klocki układanki: jedno dopełnia drugie. Jedno istnieje z drugim jako całość. Alfa żąda całkowitej uległości i omega nie ma wyjścia, tylko się oddać. Tylko ulec. Uda rozjeżdżają się szeroko, cały się otwiera, cały dla alfy, by go przyjąć, wziąć w siebie, bez zwłoki, bez dalszych umizgów, bez gry wstępnej. Jest tylko alfa i jego żądza i omega i jego...

...pragnienie.

Żeby tej żądzy ulec. Żeby Dean znów go porwał, jak wtedy. Jak tornado. Jak ogień, który podpala las. Jak rwący nurt, który niesie z falą, od zakrętu do zakrętu, od brzegu do brzegu...

Jak pierwszy raz.

Ale inaczej.

Bo nie tylko Dean zmienił Casa. Cas zmienił Deana.

Cas czuje ramię Deana obok swojej głowy, Dean się opiera na nim i pcha, pcha, mocno, głęboko, podczas gdy druga ręka błądzi po plecach, po biodrach, po karku i lędźwiach omegi, głodna dotyku, władcza i czuła zarazem. I omega aż skomli z napięcia, aż płacze, pocierając policzkiem o to ramię, na którym Dean się wspiera, o nadgarstek, silny jak skała, jak kolumna, na której alfa wisi całym swoim ciężarem, nad omegą.

Ociera i skomli, brany i posiadany przez alfę, znów oślepiony - tym razem jedwabną opaską na oczach - znów zdany na jego łaskę, w głębi lasu, gdzie znów są sami. Jak wtedy. Jak za pierwszym razem.

Inaczej.

Inaczej, bo tym razem omega chce.

Bo tym razem ból i strach są rewersem rozkoszy i służą im obu tylko po to, by ta rozkosz była większa. Prawie nie do zniesienia. By Cas mógł się oddać w pełni, a Dean w pełni przyjąć - jego całego, do ostatniej komórki błagającego o litość ciała, do ostatniego oddechu, który wyrywa się z płuc tuż przed spazmem orgazmu. Całe jego zaufanie, które sprawia, że boli, ale omega nie ucieka, nie broni się, nie odpycha alfy, nie walczy. Zostaje, z łagodną, milczącą pewnością, nie, może nie pewnością, nadzieją (to lepsze słowo), że Dean go nie skrzywdzi, że nie zniszczy go, nie zabije, nie rozedrze na strzępy, nie wykrwawi, wręcz przeciwnie - weźmie go daleko, poza krawędź świadomości, gdzie obaj rzucą się w przepaść, jak wtedy, w górach, a po krótkiej burzy intensywnych, neuronalnych grzmotów i błyskawic, która się po nich przetoczy, wylądują miękko, gdzieś w odludnym, cichym miejscu, gdzie nie ma nic prócz błogiego spokoju, ciepłych ramion i snu...

- Nie śpij... - szept alfy, mniej warczący i gniewny, ale nadal nie znoszący sprzeciwu. - Podnieś tyłek. No, do góry, do góry, bo się przeziębisz zaraz! - Szybkie, sprytne palce podciągają spodnie, zapinają suwak, guzik. Wciągają bluzę.

Cas ziewnął, usiadł po turecku, zarzucając koc na ramiona. Wciąż z opaską na oczach. Lubił ten moment - wyciszenia. Ograniczenia bodźców. Ciemność była na swój sposób kojąca. Nie obawiał się jej - żył w ciemnościach prawie całe życie. Stary przyjaciel, pełen dźwięków i zapachów, które, odkąd odyskał wzrok, czasem umykały w natłoku wrażeń wizualnych.

Czuł i słyszał Deana, który kręcił się obok, ubierał, zapinał, rozglądał i sprawdzał, czy przypadkiem nikt się nie pojawi w pobliżu, czy jakiś zagubiony turysta się nie zaplątał w te dzikie ostępy, co się nie miało prawa zdarzyć - znajdowali się prawie w samym centrum ich terenów, chronionych dobrze przez dyżurny patrol, system alarmowy i naturalne bariery: góry, bagna i trudne do pokonania wąwozy - ale Dean był, zdaniem Casa, nieco przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa. Zwłaszcza od czasu powiększenia rodziny...

- Wracamy? - Cas poczuł palce Deana przeczesujące jego włosy. Na moment przytulił się do niego, do mocnego uda alfy. Jak kiedyś, gdy to było jego miejsce. Przy nodze.

Nadal było.

Dean dźwignął go i przyjrzał się uważnie. Cas wiedział, nie musiał patrzeć.

- Ciepło ci?

Cas skinął w odpowiedzi. Znów ziewnął. Dean roześmiał się i zarzucił go sobie na ramię.

- Okay, śpiochu. Dobrze, że nie prowadzisz... - mruknął, schodząc prześwitem między drzewami do wąskiej, prawie niewidocznej ścieżki, a ścieżką do zaparkowanego dżipa, którym tu przyjechali.

- Mógłbyś mnie nauczyć - zaburczał, czując wielką dłoń alfy na swoim pośladku.

- Po co? Lubię cię wozić. - Postawił go, otworzył mu drzwiczki i klepnął w tyłek. - Wsiadaj, królewno. Zaczyna mżyć. A nie chcemy utknąć w błocie.

- Nie będę pchać, w razie co. - Zastrzegł Cas, odsuwając opaskę z jednego oka i mrugnął. Dean usadowił się za kierownicą i prychnął.

- Nawet bym nie poprosił. - Odpalił silnik. - Z tyłu jest termos, napij się.

- Nie chcę.

- Ale ja chcę, żebyś się napił czegoś gorącego! Bez gadania!

Cas sięgnął na tylne siedzenie.

- Uhm... uhm... - Zajrzał do koszyka, wyjął termos i mały, okrągły bukiecik. - A to co?

- Podobno królewny powinny dostawać czasem... - Dean przewrócił oczami. - To dostaną, nie za często, ale czasem... Żeby się królewny nie rozglądały za kimś innym. Tylko niech się królewny nie przyzwyczajają... I niech królewny zapną pasy, bo oprócz kwiatków dostaną też klapsa.

Cas zapiął pas, z szerokim uśmiechem, bukietem na kolanach i z kubkiem gorącej kawy w ręku.

 

 

 

 

Chapter Text

- Podaj mi numer.

- Co? - Dean spytał nieuważnie, rozgryzając kiełbaskę i zlizując krople tłuszczu z krawędzi ręki.

- Numer konta. W banku. - Sprecyzował Cas, pochylając się nad jego laptopem z dostępem do sieci.

- Jakiego konta? - Dean z trudem oderwał się od oglądania wiadomości. Ściszył telewizor i popił maślany rogalik słodką kawą.

Ellen robiła najpyszniejsze śniadania. Popatrzył na talerze do połowy już opróżnione z gorących frankfurterek, jajek, bekonu...

- Może byś coś zjadł, co? Bo zaraz nic nie zostanie. - Ostrzegł lojalnie.

- Już jadłem. - Cas pokręcił głową i ponaglił. - No? To jaki numer?

- Ale jakiego konta? - Dean machnął widelcem niecierpliwie. Wataha miała kilkanaście kont. W różnych bankach, część zagranicznych, część takich, o których sam nie pamiętał, że je mają, tak dobrze były ukryte przed urzędem podatkowym. - Potrzebujesz pieniędzy? - Sięgnął do portfela na szafce koło łóżka.

- Nie potrzebuję. Mam własne - powiedział łagodnie. - I właśnie chciałem ci oddać. Za Air Booka Kevina, co go zniszczyłem w zeszłym roku. I ubrania Asha. Pamiętasz? Wiem, że im dałeś pieniądze, żeby sobie kupili nowe rzeczy. Zamiast tych, które zniszczyłem. Więc teraz ja chcę tobie oddać. Przelać. - Wyjaśnił, patrząc na otwartą stronę swojego konta. - Tysiąc osiemset wystarczy? Czy dwa tysiące? Nie wiem, ile im dałeś. Mogę zapytać Kevina. Zadzwonię do niego.

Dean przestał żuć i pochylił się nad nim, zaglądając przez ramię.

- Zwariowałeś? - Zatrzasnął ekran. - Jedz!

- Już jadłem. - Cas otworzył komputer i zaczął się ponownie logować. - Chcę tylko...

- Rozumiem. Chcesz oddać połowę swoich pieniędzy. Bardzo ładnie z twojej strony. - Dean znów zatrzasnął komputer. - Doceniam. Czuj się, jakbyś oddał. Jedz.

- JUŻ JADŁEM. I chcę naprawdę oddać. Nie na niby! Zniszczyłem komputer i obiecałem, że za niego oddam. Wiem, że nikt mi nie wierzył, że zarobię! - Popatrzył krzywo na Deana. - Ale zarobiłem!

- Tak, wiemy. - Zauważył kwaśno Dean. Temat zarabiania przez omegę stał mu kością w gardle.

- No, więc ponieważ ty mu wcześniej odkupiłeś, zanim zdążyłem zarobić, to powinienem oddać tobie. - Cas podniósł palec, zanim Dean zdążył zaprotestować. - Mam pieniądze. Odłożyłem wystarczającą sumę i mogę oddać. Chcę. Zrobię przelew, jak mi podasz numer konta. Kevin mnie nauczył - dodał z dumą, zadowolony z nowo nabytej umiejętności posługiwania się bankowością elektroniczną.

Dean odłożył rogalik, wytarł palce o t-shirt i przyciągnął Casa do siebie.

- Schowaj sobie to tysiąc osiemset. Nie potrzebuję, żebyś mi oddawał. - Pocałował go w szyję, wywołując łaskotki i gęsią skórkę. - Trzymaj sobie te pieniądze na jakieś swoje wydatki...

- Na jakie? Nigdy nie pozwalasz mi płacić! - Obruszył się Cas.

- Nie oszukuj. - Dean odepchnął tacę stopą i przewrócił omegę na materac. - W zeszłym tygodniu zapłaciłeś za tankowanie i kawę...

- Twoją kartą! - Cas poczuł niecierpliwe ręce alfy pod swoją koszulką i zaczął się wyślizgiwać. Owszem, poranne pieszczoty były czymś całkiem zwyczajnym, ale teraz zanadto go rozpraszały, a sprawa była poważna i omega chciał wreszcie ją załatwić, raz i na zawsze. Nadal czuł wyrzuty sumienia za tamte zniszczone rzeczy, zwłaszcza, że lepiej zdawał sobie sprawę z realnej wartości szkód, jakie wyrządził. - Poza tym to nie były moje pieniądze, ja tylko wbiłem pin, bo ty poszedłeś do ubikacji!

- Dałem ci tę kartę, żebyś z niej korzystał, kiedy chcesz coś kupić, więc to   t w o j e  pieniądze. - Zirytował się Dean. - I masz ich używać, zamiast tych twoich... - Zastanowił się. - Drugich twoich...

- Moich prawdziwych? Które sam zarobiłem? - Cas podniósł się na łokciach i popatrzył alfie w oczy. - Nie tych, które dostałem od ciebie?

- Możemy zakończyć temat twoich pieniędzy, który mnie wkurza? - warknął Dean.

- Właśnie nie rozumiem, czemu właściwie to cię wkurza? - Cas wydął wargi.

- Pozwalam ci zarabiać, ale nie przeciągaj struny! - wrzasnął Dean.

- Nie przeciągam... - Cas opadł na materac i zaplótł ramiona, spoglądając ponad głową alfy na sufit. - Czemu się obrażasz?

- Już o tym mówiliśmy. - Dean odetchnął głęboko, żeby się uspokoić. - W jakim ty mnie stawiasz świetle? Że nie potrafię utrzymać własnej rodziny? Własnego omegi?

Cas podniósł brwi.

- Nawet nie próbuj! - Ostrzegł Dean. - Siedź cicho i ani słowa!

Cas zacisnął wargi.

Nie na długo.

- Ale...

- Przyleję ci i się skończy! - Przerwał mu alfa. - Siadaj i zjedz to cholerne śniadanie! I ani słowa więcej o pieniądzach, bo powiem Kevinowi, żeby terminował wszystkie twoje umowy!

- Nie możesz! - Cas aż podskoczył.

- Mogę! I zrobię to jak jeszcze raz zaczniesz głupie dyskusje! - Zagroził.

- Za ciastka płaci mi Charlie, a ta reklama na moim vlogu... Nie masz nic do tego! Nie możesz!... - Cas poczuł, że łzy mu napływają do oczu. Dean niestety mógł. Jako alfa rządził wszystkim w rodzinie i wszyscy musieli go słuchać. - Nie możesz!... - Zaczął chlipać. - Przecież nie wróciłem do cukierni, bo nie chciałeś... Piekę w domu... - Otarł policzki z łez. - Posłuchałem cię! Zrobiłem jak chciałeś! - Zaniósł się szlochem. - Byłem posłuszny! Tak jak chciałeś!

Dean zmarszczył brwi.

- Nie rycz - burknął. - No, chodź tu, nie rycz. No, chodź tu. Piecz sobie te ciastka. Nie zabraniam ci... - Przygarnął omegę. - Nie rycz już. Przecież mówię, że ci nie zabraniam...

Cas wtulił się w alfę, jeszcze troszkę pochlipując, ale już nie tak rozpaczliwie jak przed chwilą. Właściwie, to zaczął się nawet uśmiechać, czując jak alfa próbuje go pocieszyć i uspokoić głaskaniem i przytulaniem. Niezdarnie, jak to on.

- Denerwuje mnie to całe gadanie o zarabianiu. - Stwierdził szorstko Dean. - Nie chcę brać od ciebie żadnych pieniędzy, rozumiesz? To ja tu jestem alfą i to ja utrzymuję ciebie. Okay?

- Uhm... ale... - Cas klęknął przed nim, rumiany i z oczami jeszcze błyszczącymi od łez, ale już uśmiechnięty.

- Żadnych ale!

- Ale...

- Nie kombinuj!

- Nie oddam ci za rzeczy chłopaków! - krzyknął Cas, zanim alfa zdążył mu przerwać. - Ale zapiszę się na kurs jazdy...

Zacisnął powieki, spodziewając się - słusznie - końca świata.

Zapadła martwa cisza.

Jakby wybuchnęła atomówka.

Jakby nagle wyssało powietrze z sypialni.

Cas uchylił powiekę i spojrzał ostrożnie na alfę.

Alfa miał minę, jakby chciał komuś przegryźć gardło.

Aż nagle się roześmiał.

- Zapomnij. - Odwrócił Casa tak, żeby siedział plecami do niego, między mocnymi udami alfy i przysunął z powrotem tacę. - Jedz, za mało jesz. Spada ci cukier we krwi i gadasz głupstwa. Napij się soku.

- Dean, ja sam zapłacę... - Cas obrócił się znów twarzą do niego, robiąc najbardziej proszącą minę, jaką zdołał. - Sam się zapiszę, nawet nie zauważysz, że chodzę na kurs. Raz w tygodniu, kiedy będziesz w tartaku! Nawet nie zauważysz! - Złożył dłonie. - Ellen ze mną poćwiczy dżipem...

- Chyba nie wyraziłem się jasno. - Zastanowił się Dean. - ZA-PO-MNIJ. Mowy nie ma. Nie wracaj do tego. Nie! NIE. Absolutnie nie. Nie zgadzam się i nigdy się nie zgodzę. Nigdy. Nie. Wsiądziesz. Za. Kierownicę. Po moim trupie.

 


 

- Teraz delikatnie zwalniasz sprzęgło... Delikatnie dodaj gazu... No, nie za delikatnie, bo nie pociągnie... O! Łoł! Pomału!... - Dean oparł dłoń na desce a drugą odruchowo osłonił omegę przed uderzeniem o kierownicę, kiedy samochód szarpnął do przodu. Cas przestraszył się, nacisnął hamulec i stanęli gwałtownie.

Otarł pot z czoła i odetchnął. Omega również.

- Kiedy mówiłem: po moim trupie, to nie miałem na myśli: dosłownie... - westchnął. - Skończymy na dziś?

- Dopiero zaczęliśmy! - Cas poprawił się na siedzeniu, spojrzał po kolei we wszystkie lusterka i uśmiechnął szeroko. - Jeszcze raz! Dobrze mi idzie!

- Na razie żyjemy, więc pełen sukces... - mruknął alfa. - Pamiętasz? Sprzęgło, gaz. Pomalutku...

- Pamiętam! - Cas kręcił tyłkiem na poduszce, podekscytowany. Przekręcił starter i ruszył. - Zobacz! Zobacz! Jadę!

Dean ledwo się powstrzymał, żeby nie złapać za kierownicę i nie wepchnąć stopy na hamulec. Cas ujechał kilka metrów i stanął.

- Jechałem! Jechałem! - wykrzyknął, rozpromieniony. - Widziałeś?! Jechałem! - Podskoczył z emocji. - Sam jechałem! Kupię sobie samochód i będę jeździł do miasta!

Urwał, widząc minę Deana.

- Uhm... albo... albo będziesz mnie woził... dalej... - wymamrotał, starając się brzmieć bardzo grzecznie i układnie. - Bo ja lubię, jak mnie wozisz... wiesz? Swoim autem. To znaczy twoim... Impalą... Twoją Impalą. - Przygryzł wargę niespokojnie.

- Nawet o tym nie marz.

- O czym? - Zdziwił się Cas, a jego oczy zrobiły się szerokie jak spodki.

- Nie dam ci poprowadzić Impali. N i g d y.

- Skąd! Przecież nawet... no, co ty... Ja i Impala? - Cas pokręcił głową, jakby Dean opowiadał jakieś herezje. - Nie śmiałbym nawet poprosić...

Ale Dean swoje wiedział.

Cholerny omega.

Nie miał złudzeń.

Impala, jak wszystko, co sobie wymyślił ten mały, niebieskooki, nieznośny gnojek, to była wyłącznie kwestia czasu.

- Zawiozę cię do lasu! - Cas roześmiał się i mrugnął. - Będziesz mnie mógł porwać! Znowu!

- Porwę cię, założę ci smycz i już cię z niej nie spuszczę! Nawet na moment! - Dean przechylił się do niego i przycisnął do oparcia. - Mhm? Co ty na to?

Omega poczuł szeroki, gorący, wilczy język na szyi, zachichotał i wyszeptał na poły nieśmiało, na poły kokieteryjnie:

- Obiecujesz?

 

 

 

Chapter Text


 

 

- Z tą smyczą to mówiłem poważnie... - mruknął Dean, kiedy znów byli sami. - Tęsknię za tamtym tobą... - Przygryzł płatek ucha omegi. - Taki cichutki, przerażony wszystkim wilczek... Taki grzeczny... - kolejny całus - ...dobrze wytresowany - palce wślizgujące się w spodnie na tyłku - ...ślepy... mmm... omega... - całus, całus - ...mój i... tylko... mój.

Cas odwrócił twarz i zacisnął usta.

- O co znów dąsy? - Dean się lekko odsunął, zawisł nad nim na łokciach i popatrzył pytająco. - Możesz nie psuć nastroju?

- Nie jestem rzeczą! - Cas się nadął.

- A kto mówi, że nie jesteś?

- Że co? - Cas zmarszczył brwi.

- Że jesteś! - Poprawił się Dean. - Kto mówi?

- Ty mówisz! - Cas zaczął się wiercić, żeby złożyć kolana razem, ale Dean nie zamierzał dać sobie przerwać. - I nie byłem dobrze wytresowany! Byłem przerażony!

- No, właśnie! - Dean opadł na niego z powrotem, z zadowoloną miną. - Przecież mówię. I do kogo należysz? - Wrócił w tryb rozkosznych pomruków wprost do ucha. - Czyj jesteś?

Omega, jak zwykle, miał odpowiedzieć: twój, jestem twój, należę do ciebie - co z jakiegoś powodu niezwykle podniecało alfę, wręcz doprowadzało go do szaleństwa. Ale omega znów zacisnął szczęki i milczał.

- Grrrrhhhhh! - zawarczał alfa, podciągając się na tyle, żeby popatrzeć omedze w oczy. - Chcesz klapsa?

Omega ściągnął usta i zapachniał wcale nie podnieceniem na myśl o serii wywołujących dreszcze kar fizycznych, co zwykle było kolejnym etapem ich zbliżeń. Dean zaczął się wkurzać i nie w ten seksowny sposób, tylko całkiem zwyczajny. Z mroczkami latającymi przed oczami i nieprzepartą chęcią przegryzienia komuś gardła.

- Zawsze ja dostaję klapsy... - poskarżył się Cas, pchając znów ten cholerny palec między zęby, zupełnie nie zdając sobie sprawy, jak na ten widok reaguje mały Dean.

- Królewno! - Duży Dean podniósł głos, podczas gdy mały Dean podnosił głowę i pęczniał z zaciekawienia. - W kwestii tresury to dostrzegam tu pewną niesubordynację. I jakby coś, mogę ci pomóc wrócić tam, gdzie miejsce omegi!

- Nie strasz mnie! - pisnął omega, znów próbując się wydostać spod alfy.

- Ręce! - wrzasnął Dean i Cas odruchowo podniósł ramiona i dotknął dłońmi zagłówka. To był tak wdrukowany automatyzm, że zrobił to bez zastanowienia. Dean się lekko uśmiechnął. Można? Można. - Leż. I się nie ruszaj. - Przykazał.

Sięgnął do szafki, żeby wyjąć opaskę i nałożył ją omedze na oczy.

- Lepiej? - mruknął. Omega wysunął koniuszek języka na wargi (mały Dean zaczął się boksować z rozporkiem) i nieznacznie skinął. - No, to jeszcze raz, królewno... Do kogo należysz?

- Uhm... - Cas był rozdarty między chęcią forsowania dalszych sprzeciwów, a pragnieniem, żeby znów ulec i dać się ponieść fali podniecenia.

Bo nie tylko Deana to casowe: twój, należę do ciebie doprowadzało na skraj. Samego omegę także.

- Do kogo? - powtórzył Dean, domagając się odpowiedzi.

- Uhm... - Cas jeszcze walczył, sam ze sobą. Z zapachem alfy. Z żarem w podbrzuszu. Jakby ktoś mu podłożył gorące kamienie pod tyłek, zaczął się wiercić i napierać biodrami na biodra alfy.

- Do. Kogo. Należysz. Omego? - Zażądał Dean zimnym, chrapliwym, niskim tonem.

- Do ciebie... - wyszeptał prawie bezgłośnie.

- Nie słyszę.

- Do ciebie...

- Co mówisz? - Drażnił się alfa.

- Do ciebie, należę do ciebie - powiedział posłusznie, znów oblizując wargi.

Opaska sprawiała, że nic nie widział, ani twarzy alfy, ani światła dnia. Znów się chował w ciemnościach, polegając na innych zmysłach. Na węchu i dotyku. Bardziej im ufał. Woń alfy była gęsta, mroczna, kadzidlana, nasycona testosteronem. Dotyk mocny, silne palce poruszały się na i w omedze bez żadnego zawahania. Ciężar alfy sprawiał, że twardy, gruby materac pod nimi się uginał, a żebrowany stelaż skrzypiał pod wpływem naprężeń.

Obaj już jakiś czas temu zauważyli, że Cas w opasce na oczach reaguje nieco inaczej. Mniej się wstydzi. Mniej boi. Bardziej ufa alfie. Bardziej się obnaża. Łatwiej ulega wszystkim fantazjom. Wszystkim... emocjom.

- Właśnie tak. - Zgodził się miękko Dean. - Należysz do mnie i tylko do mnie... królewno. Tylko ja cię mam.

- Uhm... tak... tylko ty. - Potwierdził Cas i uśmiechnął się, odchylając głowę do tyłu. Odsłaniając szyję.

- Nie jesteś rzeczą... - Kontynuował alfa. - Jesteś moim skarbem. Ukradłem cię, ukradłem skarb, największy jaki kiedykolwiek zobaczyłem. Mam cię. Mam swój skarb, nikomu cię nie oddam... Mhm, wiesz o tym? Wiesz?

- Wiem. - Omega skinął, czując wilgoć we wszystkich swoich (bez)cennych miejscach. - Jestem skarbem.

- Moim i tylko moim... - wymruczał Dean, opuszczając się niżej, nisko, ze swoim gorącym, ruchliwym językiem na brzuch omegi i niżej jeszcze, tam, gdzie język mógł znaleźć wiele do posmakowania. - Tak? A teraz zaczniemy cię tresować, królewno.

Cas zajęczał bezwstydnie pod nieustępliwym dotykiem warg, języka i zębów Deana.

Miał teraz jedno zadanie, jedno jedyne: trzymać ręce grzecznie za głową. Całą resztę wziął na siebie alfa.

...

...

...

...

- Nie... mogę... już... nie... mogę... Dean...

- To dalej, krzycz królewno!

- Dean! D E A N D E A N D E A N D E A N D E A N D E A N D E A N D E E E e e e e... e... n...

Alfa ściągnął gwałtownie opaskę i spojrzał w zamglone oczy.

- ...twój... - wydyszał omega ostatkiem sił. - Twój...

Ja też, pomyślał alfa, zanim świat rozpękł się na miliardy gwiazd i iskier.

 

Chapter Text


 

 

 

- Musisz zrozumieć... - Sam usiadł na schodkach werandy obok Amy i podał jej świeżo zrobioną przez Ellen lemoniadę. Amy nie chciała piwa. Prowadziła. - Wataha rządzi się swoimi prawami.

- Prawem silniejszego? - Spojrzała krzywo znad szklanki, biorąc łyk. Napój był słodko-cierpki, zamiast kostek lodu miał zamarznięte ćwiartki truskawek, a do smaku i ozdoby Ellen wrzuciła kilka listków aromatycznej mięty czekoladowej.

Sam lekko się skrzywił, ale nie zaprzeczył. Upił łyk swojego piwa i popatrzył daleko przed siebie, gdzie ścieżką z gór schodzili Cas i Dean.

- Wbrew romantycznym wyobrażeniom, które i u ludzi są popularne, te wszystkie historyjki o Kopciuszku poślubionym przez księcia, alfy rzadko dobierają sobie parę spoza swojej...

- Kasty.

- ...uhm, tak. W sumie... Tak. - Przyznał. - Alfy łączą się z alfami, bety z betami, omegi... hm... Omegi próbują przetrwać. Hej, nie ja ustalałem reguły. - Podniósł ręce obronnie, na niemy zarzut w jej spojrzeniu. - Na początku wszyscy myśleliśmy, że Cas to przygoda na dzień, dwa... Odskocznia, po tych całych stresach i... - Przypomniał sobie, że wracali wtedy z wyprawy na smoka. Ale czy Amy była gotowa usłyszeć aż tyle szczegółów? Postanowił, że jej tego oszczędzi. - Dean był wtedy trochę wyposzczony. Od jakiegoś czasu nikogo nie miał. Dawał się wszystkim we znaki... - Roześmiał się. - BARDZO.

Upił łyk piwa. Czerwiec był słoneczny i ciepły. Powiew znad łąk i lasu przynosił rozkoszne wonie roślin. Ich dolina była najlepszym miejscem pod słońcem i bardzo lubił tu wracać ze Stanford. Amy też sprawiało przyjemność bycie tu, czuł jej zapach i wiedział.

- Wyposzczony alfa potrafi dać swojej watasze w kość. - Podjął. - Uhm... Nie byłem zachwycony tym, że przygarnął sobie tego obcego omegę i nie spodziewałem się, że to się tak rozwinie. Ale się rozwinęło. - Popatrzył na Misia, śpiącego w wózku nieopodal.

- Chcę tylko wiedzieć, czy Cas jest szczęśliwy. I bezpieczny. - Amy zlustrowała twarz Sama, próbując znaleźć choćby minimalny ślad fałszu. Odpowiedział jej poważnym, szczerym spojrzeniem.

- Lista rzeczy, których boi się mój brat jest krótka. Jedną z nich jest samodzielność Casa. On wie, że Cas mógłby odejść. Ma gdzie. Ma do kogo. - Wskazał na Amy szyjką butelki. - Już raz to zrobił. Maczałaś w tym palce. - Zauważył nieco złośliwie.

- Hej! Nie mogłam inaczej! - Zaczęła się bronić.

- Dobra, rozumiem. - Nie chciał wracać do tamtych wspomnień. - Sprawa jest taka... - Zastanowił się. - Dean nie wie, ile ma pieniędzy przy sobie, ale co do pół dolara zna aktualny stan konta Casa. Wie, co Cas robi, gdzie jest, ile i na co wydaje, z kim się spotyka, jak się czuje. Wie o nim wszystko. Pilnuje go. Prawie nie wypuszcza z rąk. - Przechylił się w jej kierunku i Amy wstrzymała oddech, kiedy wyszeptał - boi się go stracić. Znowu.

Odchylił się i znów popatrzył na ścieżkę. Cas skakał wokół Deana, gestykulując intensywnie. Najwyraźniej coś opowiadał, domagając się uwagi.

- Pół roku, kiedy Cas był poza watahą... Dean łaził po ścianach. Był nie do wytrzymania. Jak wielki, ogromny wrzód na tyłku. A powinien dać sobie spokój. Kto raz odchodzi z watahy, to jakby nigdy nie istniał. Po prostu go nie ma. I już. Omegi rzadko kiedy... Co ja mówię! Nigdy nie odchodzą, bo rzadko kiedy naprawdę w watasze. Wataha to ochrona, bezpieczeństwo... Rodzina. Nikt nie porzuca rodziny, jak nie musi. Zwłaszcza nie ktoś, kto ledwo sobie radzi. Omega woli być ostatni w rodzinie niż na zewnątrz sam, bez ochrony. Bycie samotnym wilkiem to kolejny romantyczny mit... Wydaje się takie popularne, ale to ciężkie, ponure i zwykle dość krótkie życie. Wilki nie są samotnikami z natury. Lubimy żyć w stadzie. - Mrugnął do niej. - Wielka, hałaśliwa, wesoła rodzina... to wilczy ideał. Nikt nie mógł uwierzyć, że Cas z własnej woli odszedł. Do ludzi. Nie obraź się... ale... ludzie, wiesz.

- Wiem. - Przewróciła oczami i roześmiała się. Na tyle już zdążyła poznać wilki, że wiedziała, co to znaczy. Ludzie, nie-wilki w wilczym świecie stali jeszcze niżej niż omegi, a omegi stały przecież najniżej.

- Właśnie wtedy, kiedy zaczęło się między nimi układać... Bum! Zjawiłaś się i zabrałaś go.

- Ej, zabrałam go, bo chciał.

Sam spojrzał na nią z nieodgadnioną miną.

- Byłam wrogiem publicznym? - spytała, rozbawiona i zaniepokojona jednocześnie. - Powiedz! Byłam! Tak?

- Byłaś. Myślę, że Dean zawsze będzie ci to pamiętał... - Sam lekko dotknął palcami jej nadgarstka, wywołując zaskakująco elektryzujący dreszcz. - Nie martw się. Nic ci nie zrobi. Cas za bardzo cię lubi.

- Omega mnie chroni? - Skinęła głową i cofnęła rękę, udając, że musi poprawić sznurówkę, żeby ukryć zmieszanie.

- Właśnie tak... - Sam przyglądał się jej z nagle zmarszczonym czołem, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. - Eee... Hm... Od kiedy wrócił, dużo się zmieniło. Pamiętam, jak Dean go przywiózł. Z cukierni, po podpisaniu umowy z Charliem. Cas był taki niepewny i onieśmielony, że chował się za jego plecami, kiedy Dean zawołał wszystkich i powiedział, że omega znów z nami zamieszka. Żebyś go wtedy widziała! Promieniał. Od razu przestał być takim upierdliwym kolcem w bucie. Jak ręką odjął!, zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Znów był tym hojnym, opiekuńczym, przyjaznym przewodnikiem, jakiego wszyscy znali i...

- ...kochali - dokończyła, bo urwał.

- Kochali. - Sam przytaknął, nieco zmieszany. - Część alf wykorzystuje swoją przewagę: siłę, naturalną charyzmę i agresję, by bezwzględnie rządzić watahą. Wataha jest wtedy zorganizowana jak... uhm... - Zastanowił się. - Jak coś między oddziałem wojskowym a zakonem... Rozumiesz?

- Albo jak sekta. - Podpowiedziała i Sam niechętnie się zgodził.

- Czasem... Okay, czasem tak. Silny lider i reszta, która podąża za nim. - Przyznał.

- Ślepo. - Spuentowała i oboje się roześmieli.

Miś poruszył się w wózku i Sam natychmiast się przy nim znalazł, pobujał go, przemawiając nadzwyczaj łagodnie, póki malec nie zapadł znów w głęboki sen. Amy ze zdziwieniem zauważyła, że kilka innych osób także wyjrzało, sprawdzić, co z maluchem. Jakby ich wilcze zmysły nastawione były czujnie na kanał szczeniaczek i byli gotowi porzucić natychmiast to, co właśnie robili, żeby pobiec na pomoc. Widząc Sama nad wózkiem cofnęli się do swoich zajęć, ale Amy nadal była pod wrażeniem pełnej mobilizacji całej watahy, gdy chodziło o tego malucha.

- Niedługo powinien się obudzić. - Drgnęła, słysząc nad sobą głos Ellen, która zeszła ze schodków, zajrzała do wózka, popatrzyła na ścieżkę i na Amy. - Nasz pulpecik. Brzuszek mu chodzi jak szwajcarski zegarek. Obudzi się na butelkę za jakiś kwadrans.

- Nie mogę się doczekać! - Uśmiechnęła się do niej. - Mam dla niego prezenty! - Wskazała stojącą obok torbę pełną zabawek.

Ellen odpowiedziała uśmiechem, spytała, czy Amy czegoś potrzebuje, zapowiedziała, że kończy właśnie przygotowywać obiad, że niedługo poda do stołu i wtedy sobie porozmawiają. I wróciła do kuchni.

- Zauważyłaś? - Sam usiadł koło niej i sięgnął po piwo. - Tak właśnie działa wataha.

- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego?

- A jak inaczej? - Podniósł brwi, a lekki podmuch nieco rozwiał mu włosy, sięgające za uszy. Amy ledwo się powstrzymała, żeby nie sięgnąć i nie odgarnąć mu ich z policzka. - Zwłaszcza szczenia... Ehm, uhm... Dziecko...

- Możesz mówić: szczeniaczek. - Uspokoiła go. - Nie przeszkadza mi. Właściwie... to słodkie. - Rozczuliła się, zerkając na Michasia. Kiedy patrzyła na niego wprost, skupiona na nim, widziała półrocznego, różowego bobasa, z dołeczkami w policzkach i tłuściutkimi piąsteczkami. Ale kiedy odwracała wzrok, kątem oka jakby... mogła dostrzec... takie dziwne wrażenie... że w wózeczku leży puchata kuleczka z wilgotnym noskiem i spiczastymi uszkami.

Człowiek i wilk. Jednocześnie. I słodziaczek. Czuła się bardzo związana z tym berbeciem, jakby był kimś z jej własnej rodziny, jak dzieciaczek młodszego brata. Chciałaby go już wziąć na ręce i zobaczyć, jak wyrósł. Jaki jest ciężki i duży. Jak dobrze się rozwija. Nieważne, czy to bardziej mały ludzik, czy mały wilczek. Bardzo się o niego troszczyła. Po tym wszystkim, co się działo zanim się urodził... Po tym wszystkim, co... mogłoby się stać, gdyby...

- Wiem. - Sam wyczuł nagłą zmianę nastroju Amy i nakrył jej dłoń swoją wielką, ciepłą dłonią. - Wiem, że... - Odetchnął. - Wiem, o czym pomyślałaś. Wiem, za co chciał zapłacić.

Amy zjeżyła się. Wspomnienie tamtej rozmowy, z Deanem, w jej gabinecie, kiedy mówił o Misiu jak o rzeczy, jak o czymś... obrzydliwym, niechcianym... To było nadal przykre, nadal czuła tamte emocje: własne niedowierzanie, złość. Pogardę, że Dean tak się odwrócił, że przyszło mu do głowy takie rozwiązanie, że zażądał od niej, żeby wyjęła to coś.  W y j ę ł a.

Sam niuchnął, jego wilczy węch doskonale wyczuł każdą z emocji Amy.

- Powiedział mi. Którejś nocy. - Sam nie puszczał jej ręki. Wzmocnił uścisk, zmuszając ją, żeby na niego popatrzyła. - To mój brat. Kocham go. Jest najlepszym bratem jakiego mogłem sobie wymarzyć i najlepszym alfą, jakiego mogłem mieć. Ale nie jest święty. Bywał dupkiem. Czasem nadal bywa. Na szczęście ma świadomość, że był o włos od... czegoś strasznego. - Sam ściszył głos do szeptu. - Czego nigdy nie mógłby sobie wybaczyć. To by go zniszczyło. On wie. Amy, on wie. To by go zniszczyło, Amy. Nigdy by się nie pozbierał...

- Gdybym wzięła pieniądze, Miś mógłby... - Zająknęła się. - Mógłby... Uhm... - Zadrżała. Wytarła nos. - Nigdy się nie... uhm... A Cas wylądowałby w jakimś ośrodku dla... dla...

- Ale nie wzięłaś. - Przygarnął ją i przytulił do swojej szerokiej piersi, pachnącej wiatrem i suszonym na słońcu praniem. I trochę psią sierścią. Przyjemny, radosny zapach. - I wszystko się zmieniło od tamtej rozmowy. Wszystko. Amy, wszystko. Dean dałby się pokroić za Michasia. To jego oczko w głowie. Oczko w głowie nas wszystkich! - Uścisnął ją, żeby ostatecznie strącić smutek z jej twarzy. - Nie myśl o tamtym. Mój brat miał duuużo czasu, żeby sobie poukładać w głowie... Zrozumieć. Przekonać się, co naprawdę czuje. Czego chce. Pół roku mu to zajęło, ale w końcu doszedł do tego, co dla reszty było jasne i oczywiste... - Wskazał na ścieżkę.

Cas i Dean byli już na tyle blisko, że słychać było śmiech omegi. Dean złapał go w pewnej chwili i poderwał wysoko, wywołując jeszcze więcej śmiechu. Na moment przystanęli i... Oboje, Amy i Sam, zaczerwienili się i odwrócili wzrok, nie chcąc podglądać jak tamci się całują.

- I tak jest cały czas. Nie da się z nimi wytrzymać. - Sarkał Sam, puszczając Amy z objęć i odsuwając się na bezpieczny dystans. - Bobby i Ellen musieli się eksmitować z dotychczasowej sypialni, która była dokładnie piętro pod ich sypialnią i przenieść w miejsce salonu, a salon przenieśliśmy w miejsce starej sypialni Bobby'ego i Ellen, bo nie mogli przez tych dwóch pacanów spać!

- Domyślam się. - Amy znów sięgnęła po lemoniadę. Truskawki zdążyły się nieco rozmrozić i jedną rozgryzła ze smakiem. - I drugi szczeniaczek w drodze. Chyba nieco za wcześnie... Ale hej, nie moja sprawa! - Podniosła rękę.

- Dean spełnia swoje marzenie o gromadce dzieciaków. Póki Cas nie powie stop...

- I związuje go, ze sobą. - Podsumowała Amy, nieco kwaśno. - Żeby nie mógł odejść.

Sam westchnął.

- Wiem, że się o niego martwisz. Naprawdę, wiem. Rozumiem. Ale on jest szczęśliwy. Dean staje na głowie, żeby był. Pozwala mu na wszystko, co mu się zamarzy. Piec te jego ciasteczka, prowadzić vloga, pracować, zarabiać...

- Pozwala! - Obruszyła się Amy. - Pozwala, jakby mógł nie pozwalać.

- Mógłby. - Sam zmarszczył brwi. - Dean jest alfą. I tego nic nie zmieni. Mógłby mu zabronić. Ma prawo. I nie tylko jemu, mógłby mi zabronić iść na studia, chłopakom też. Mógłby zabronić każdemu w watasze wszystkiego. I miałby prawo. I nie byłoby gadania, bo jak się nie podoba, to droga wolna. Won z watahy. Takie są zasady, to jest niezbywalne prawo alfy. Bezdyskusyjne. Może ci zabronić, może ci kazać, może cię wyrzucić...

- To okrutne!

- To zabrzmi dla ciebie okropnie, ale Dean czuje się właścicielem Casa. I Cas czuje, że należy do Deana. Ale - złapał ją znów za rękę, zanim zaczęła się awanturować - zrozum! To wcale nie znaczy, że Cas jest jego niewolnikiem i że nie ma nic do powiedzenia! To dużo bardziej skomplikowane! Dużo bardziej, niż się wydaje!

- Dean mi kiedyś powiedział... - przypomniała sobie coś nagle i chciała to wyjaśnić - ...że alfy nie chcą mieć dzie... szczeniaczków z omegami, bo nie chcą mieć bęka...

- Amy! - Sam przerwał jej gwałtownie, podrywając się i zaglądając do wózka, jakby bał się, że szczeniaczek mógłby ją usłyszeć. - Zapomnij o tym. Nikt tak nie traktuje Misia! Nikt! Miś i wszystkie szczeniaczki Deana są... - Pokręcił głową. - Całkowicie legalne. Całkowicie! - Wzdrygnął się, jakby sam ten temat wzbudzał w nim niechęć i opór. - Nikt w watasze nie kwestionuje statusu szczeniaczków. A jeśli wataha nie kwestionuje, to nikt inny nie ma prawa traktować ich jak... jak... Michaś jest dzieckiem alfy. Koniec kropka. - Dotknął brzuszka szczeniaczka, który zaczął się budzić, wiercić i popiskiwać, najwyraźniej głodny.

Amy rozumiała, że poruszyła jakąś drażliwą kwestię, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, zjawiła się Ellen z butelką mleka, wyjęła Misia i podetknęła mu smoczek, który brzdąc złapał i zaczął ssać łakomie, wydając zabawne dźwięki cmoktania i zadowolonego mlaskania. Amy stanęła obok, zaglądając Ellen przez ramię, zachwycona i rozczulona widokiem.

- Jejku, jaki wygłodzony! - Zaśmiała się.

- Zuch chłopaczek, je za dwóch i rośnie jak na drożdżach! - powiedziała Ellen z dumą. - I jest taki grzeczny i pogodny! I silny! Jak tata! I kochany, jak tatuś... Prawda, cukiereczku? Prawda? - Zaczęła gruchać, a Miś wypluł smoka, rozanielony, zagruchał do niej w odpowiedzi i zamachał wszystkimi łapkami. - No, już nie gadamy, tylko jemy! - Naprowadziła smoczek jeszcze raz na jego buzię, kołysząc go w ramionach i czekając, aż znów zacznie ssać.

- Mogę potem go potrzymać? - Amy omal zaklaskała z emocji, nie mogąc się doczekać, ale nagle usłyszała krzyk Casa, który dostrzegł jej samochód i ją samą i zaczął biec w ich stronę.

- Amy! Amy! Jak dobrze, że przyjechałaś! - wołał, pędząc, chociaż Dean próbował go postrzymać, żeby się tak nie forsował i nie potknął, nie przewrócił i Pierwszy Wilk wie co jeszcze. - Widziałaś Misia? Widziałaś?

- Widzę, właśnie widzę... - Objęli się i uściskali. Cas wyglądał bardzo zdrowo, złapał trochę słońca i najwyraźniej był szczęśliwy, tak jak zapewniał ją Sammy. Szeroki uśmiech rozjaśniał mu twarz.

- Urósł od twojej ostatniej wizyty! - Cas spojrzał na Ellen, na Misia, przywitał się z nim, ale nie puszczał ręki Amy. - Zbadasz go potem? Zobaczysz, czy wszystko okay?

- No pewnie! - Zapewniła. - A jak ty się czujesz?

- Mhm... - Cas zrobił zeza w kierunku Deana i powiedział teatralnym szeptem - zwitaminizowany... I nasłoneczniony. Dotleniony. - Przewrócił oczami. - Wy-po-czę-ty!

- Skarżysz się? Palec cię boli? - Zażartował Dean, witając się z Amy. Cas pokazał mu język i pociągnął Amy do dżipa.

- Pokażę ci, co umiem! Dean mnie nauczył! Umiem jeździć! - Otworzył drzwiczki i prawie wepchnął ją do środka. - Pokażę ci! - wykrzyknął, uszczęśliwiony.

- Uważaj! - wrzasnął Dean. - Ostrożnie! Tylko kawałek! Bez szaleństw!

- Dobra! - Cas machnął niecierpliwie ręką, sadowiąc się za kierownicą. - Zapnij pasy! - Nakazał z powagą. - Będziemy jechać!

Ruszyli, ujechali kilkanaście metrów. Amy zauważyła w lusterku minę Deana. Cały spięty, rozluźnił się dopiero, kiedy samochód zahamował i zgasł silnik.

- Fajnie? - Cas jeszcze pokręcił kierownicą. - Nie umiem jeszcze cofać i parkować, więc Dean mi nie pozwala pojechać do miasta, ale szybko się nauczę! I kupię sobie własny samochód i będę jeździł!

- Dean się zgodzi? - spytała ostrożnie.

- Będzie marudził. - Cas podniósł brwi. - Ale go poproszę i się na pewno zgodzi.

- Wszystko między wami dobrze? Jesteś szczęśliwy? - Wykorzystała okazję, że są sami. - Na pewno wszystko w porządku?

- Na pewno. - Spojrzał na nią z powagą, wiedząc co ma na myśli. - Nie martw się, Amy. Powiedziałbym ci, gdyby coś było nie tak. Ale nie musisz się martwić.

- Jakby coś... - Zastrzegła. - Bierz Misia i w nogi. Ja, Jody, Frank...

- Wiem! - Przerwał jej. - Kocham was. Jesteście moją rodziną. Moją ludzką rodziną. Ale moja wataha jest tutaj. Kocham Deana - powiedział z prostotą, najnaturalniej na świecie, bez odrobiny wahania czy zawstydzenia. - Jest dla mnie dobry. Bardzo, bardzo dobry. Jest zupełnie inaczej, niż na początku, naprawdę.

Zastanowił się.

Uśmiechnął do siebie.

Był trochę głuptasem, na początku. Zwłaszcza w tych sprawach. Teraz sam czasem zaczepiał Deana, żeby zrobili te rzeczy, które okazały się taaakie przyjeeeeemne! - zarumienił się, myśląc o tym - Nie musiał zaczepiać zbyt często, bo Dean nie przegapiał okazji, żeby się trochę pozajmować omegą. Ale czasem się zdarzało. Ich ulubioną zabawą stało się porwanie. Cas bardzo polubił być porywany. Jeśli na coś chciałby ponarzekać, to na przesadną opiekuńczość alfy, który ciągle pytał, czy omega nie jest głodny, czy zjadł odpowiednią ilość witamin, czy chciałby iść na spacer, bo potrzebuje tlenu (ale nie może biegać, żeby się nie zmęczyć i nie przewrócić, żeby nic mu się nie stało), czy wypił odpowiednią ilość wody, czy nie jest mu za zimno, za ciepło, czy nie chce mu się spać, czy nie czuje się słabo, czy nie jest mu niedobrze i milion innych pytań, na które Cas monotonnie odpowiadał, że nie chce jeść, pić, nie jest mu za zimno, nie jest mu za ciepło, nie czuje się słabo, nie chce mu się spać i nie trzeba go brać na ręce, bo nie jest zbyt zmęczony, żeby iść.

Amy nie musiała się martwić.

- Palec na pewno mnie nie boli! - zapewnił.

Dean stał skoncentrowany, wytężając swój wilczy słuch, chcąc wiedzieć, o czym tych dwoje rozmawia w aucie.

Sam miał rację. Mało było rzeczy, kórych się obawiał. Odejście omegi było jedną z nich i zawsze był czujny, kiedy przyjeżdżał ktoś z ludzkiej rodziny Casa. Żartował z tego palca, "tajnego" hasła, które kiedyś pomogło uciec omedze z watahy, ale mimo wszystko zawsze przy Amy kłuł go niepokój, że Cas znów się poskarży i Dean znów go straci.

Drugi raz by tego nie zniósł.

 

 

Oszalałby.

 


 

Oko. Celownik optyczny.

Cas wysiadający z auta. Roześmiany.

Ta mała lekarka.

Dean, łapiący omegę w ramiona. Zaborczo, chciwie, jakby bał się, że omega zniknie mu z oczu, jeśli go nie przytrzyma.

Oko.

Szelest ściółki, igliwia. Ukryty w górach obserwator wstaje. Jest ostrożny. Bardzo ostrożny. Wycofuje się. Wie już dużo. Dokładne rozpoznanie to podstawa udanego polowania.

Dean musi zapłacić.

Dean zapłaci.

Tak, zapłaci.

Niedługo.

Trzask gałązki pod stopą. Ciii... trzeba uważać. Ostrożnie. Czas jeszcze nie nadszedł.

Ale już niebawem...

 

 

 

 

 

 

Chapter Text

- To luksusowy towar, proszę pana. - Beta patrzyła z udawaną pewnością siebie. Cała była taka... udawana. Umalowana ostrzej niż była przyzwyczajona. Ślepy by dostrzegł. Źle się czuła z tymi grubo nałożonymi cieniami, pudrem i wyróżowionymi policzkami. Doklejane rzęsy. Cycki wepchnięte w specjalny stanik z poduszkami, zwiększającymi objętość. Obcasy czerwonych szpilek. Mógł się założyć, że jej chód jest powolny i rozkołysany nie dlatego, że stara się być seksowna, ale dlatego, że ledwie utrzymuje równowagę i boi się wywrócić. Nie miała wprawy, najwyraźniej.

W negocjacjach także.

Oblizała usta, zapominając o grubej warstwie szminki. Skrzywiła się, czując gorzki posmak na języku i tłustawą maź na zębach.

- Ładny chłopiec... - powiedział po dłuższej chwili milczenia, gdy już zaczęła się naprawdę niepokoić. Nalał sobie whisky i upił łyk, uhm, dobra szkocka. Taka jak lubił. - Ale mam ich na pęczki. Sprzedają się za hot-doga i kawę. I działkę. - Rzucił zdjęcia na biurko szerokim gestem, jakby naprawdę chciał je wywalić do kosza, ale tylko przez wzgląd na nią tego nie zrobił. Z uprzejmości.

- Wezmę za niego połowę stawki. Nie zależy mi na pieniądzach. - Beta poprawiła włosy, potarła szyję. Denerwowała się i te drobne gesty miały pomóc jej się uspokoić.

Uśmiechnął się wyrozumiale. Potrafił czytać w swoich rozmówcach jak w otwartych książkach. Mogli myśleć, że są tacy skryci, sprytni, pokerowa twarz, a zdradzało ich wszystko: sposób siedzenia, te drobne ruchy dłoni, błyskawiczne spojrzenia w bok, kropelka potu na skroni, nad wargą...

- Mogę nic nie wziąć. - Oznajmiła nagle, podnosząc twarz i w jej wzroku wreszcie pojawiło się coś twardego. Co zwracało uwagę. - Chciałabym, żeby był traktowany wyjątkowo. Należy mu się. - Zmarszczyła w palcach skraj obcisłej spódnicy. Nie wyglądała, jakby należała do niej. Raczej... jakby ją po kimś dostała. Nie pasowała, jak ten obcisły, wydekoltowany żakiet bez klap. I głęboko wycięty top z cieniutkiego jedwabiu. Nie, ta beta kupiłaby sobie inne rzeczy. W innych chodziła na co dzień. Ubrała się tak, żeby wyglądać inaczej, jak ktoś inny. Jak kobieta interesu. Jak ktoś, kogo znała i podziwiała, ale kim - definitywnie - nie była. Chciała być, może. Ale brakowało jej... no cóż. Wszystkiego, westchnął. Klasy. Pewności siebie. Odrobiny seksualnej agresji, która jest skuteczną bronią samic alfa. Ona nie była alfą, chociaż bardzo starała się udawać, że jest. - Bardzo wyjątkowe traktowanie.

- Wyjątkowe? - powtórzył, spoglądając na zegarek. Zajęła mu dość czasu, a jak na razie nie widział w tym żadnego interesu. Da jej jeszcze minutę, a potem, skoro już tu ją ma, to może ją przerobi na jedną ze swoich...

- Najbardziej perwersyjne, zboczone i okrutne. Wszystko, czego nikt inny nie zniesie - uzupełniła z nagłym chłodem. - Do oporu, każdego dnia. Im więcej, tym lepiej.

Uhm... Okay, może podaruje jej jeszcze minutę?

- W ten sposób szybciutko mi się zużyje - zauważył. Zerknął na jedno ze zdjęć. Niczego sobie Królewna Śnieżka. Ostatecznie, znalazłby amatorów. Skoro za darmo... I ze wszystkim w menu... Naprawdę wszystkim-wszystkim, łącznie z... - zastanowił się - oraz z... a także z... hmmm...? Tak. Zdecydowanie znalazłby amatorów. Oczywiście zachował to dla siebie i nie zdradził się przed nią ze swoich myśli. W przeciwieństwie do niej, on potrafił udawać.

- Sam pan powiedział, że takich jak on to na pęczki. - Wytknęła. - Niech się zużyje. Będą inni. A mi zależy, żeby doświadczył... - Poruszyła głową, namyślając się, może wyobrażając sobie coś, aż nagle wyczuł jej zadowolenie, kiedy dokończyła - piekła. Prawdziwego piekła. Potrafi pan tego dokonać? Panie Crowley? - Rzuciła mu wyzwanie. - Potrafi pan sprawić, żeby ktoś przeżył prawdziwy horror?

- Przeżył? - spytał z zadowolonym uśmieszkiem, udając skromność.

- Niech modli się o śmierć. - Zsunęła się na krawędź fotela i pochyliła w kierunku Crowleya, opartego o krawędź biurka, więc zetknęli się kolanami, ale najwyraźniej nie o to jej szło, była zbyt zaaferowana, by grać sex appealem, którego, niestety, nie posiadała. - Niech błaga. Niech go pan doprowadzi do ostateczności. Chciałabym go potem - zastanowiła się, jakby w myślach rodził się właśnie nowy plan - odkupić. Zabrać gdzieś. Pokazać komuś. Rzucić pod nogi. Musi wtedy jeszcze żyć, ale chciałabym, żeby był... - zatchnęła się z emocji, głos prawie uwiązł w jej gardle, nie z nerwów tylko z niecierpliwości -  ...strzępem... Rozumie pan, panie Crowley? Wyniszczonym, wypalonym strzępem.

- Więc... - Chciał się upewnić, czy dobrze zrozumiał. - Deal polega na tym, że dostanę go za darmo. Mam go zużyć i to możliwie prędko, a potem pani ode mnie go odkupi?

- Mam środki. Mam dużo... złota. - Odchyliła się na oparcie. W jej tonie pojawiła się niespodziewanie gorzka nuta. Crowley nie przywykł do tego, żeby ludzie mówili w ten sposób o pieniądzach. O złocie. To go zaintrygowało. Cała ta sprawa stała się nagle... tak. Właśnie... Intrygująca. Zaciekawiła go. A jego już mało co ciekawiło.

Zerknął jeszcze raz na zdjęcie, zrobione na ulicy. Jasna, roześmiana twarz. Bardzo ciemne włosy, rozwiane wiatrem. Czerwone usta. Ładne oczy. Ta beta wspomniała, że mają niezwykły niebieski odcień, ale na zdjęciu nie było tego widać. Było zbyt nieostre. Ładna omega. Bardzo ładna, faktycznie. Zniszczyć coś tak ładnego...

Crowley oblizał wargi łakomie. Czyż piękno nie dlatego jest tak pociągające, bo efemeryczne? Jak śpiewał ten facet, w Balladach Morderców? Ten... jakżesz mu?, wytężył pamięć. Cave! Jak to szło? Piękna fraza, Crowley ją lubił. Była jakby... jego mottem. All beauty must die. Czyż poeci i bardowie nie wiedzą tego najlepiej? Crowley w głębi serca czuł się artystą. Cokolwiek niezrozumianym i niedocenionym, a przede wszystkim, nieznanym szerszej publiczności (sława w jego przypadku mogłaby, niestety, zaszkodzić interesom). Otoczonym przez prostaków i kretynów, lecz wciąż czułym na to, co porusza do głębi, co wprost... wyrywa z ludzi emocje. Zwykle osiągał to za pomocą kombinacji skrajnego wyuzdania i wymyślnych tortur, póki instrument reagował. Ale, ostatecznie, wszystkie instrumenty prędzej czy później się psuły i milkły na zawsze.

- Jest jeszcze jedno... - Przerwała jego rozmyślania, mylnie odbierając je jako brak zainteresowania i zniechęcenie. Ostatnia karta, joker, którego chowała w rękawie i właśnie postanowiła rzucić na stół. Crowley zastrzygł uszami. - To hermafrodyta. Chłopiec i dziewczyna w jednym. Ma... jakby to powiedzieć... wszystko. Podwójne oprzyrządowanie. - Wstrzymała oddech, niepewna, czy to dla Crowleya atut, czy wada. Trudno, pomyślała, raz kozie śmierć i dodała ze sztuczną bezczelnością. - Podwójna zabawa.

Crowley miał nieprzeniknioną minę, bo był dobrym graczem, ale poczuł nagle, że ta głupia gęś właśnie zrobiła mu Gwiazdkę w czerwcu.

Królewna Śnieżka... hę? Przyjrzał się fotografiom ponownie, nawet jedną wziął do ręki.

I jeszcze go potem, po wszystkim, odkupi? Jest stuknięta. Albo głupia. Albo...

- Muszę się zastanowić. - Podał jej rękę, dając tym sygnał, że to koniec spotkania. - Oddzwonię i dam znać.

Podeszli do drzwi. Beta opierała się ciężko na jego ramieniu, niepewna w tych swoich za dużych butach, na zbyt wysokich, cienkich obcasach, wgłębiających się w miękki, drogi dywan.

- Proszę się nie namyślać długo. - Chciała postawić mu warunek, ale zabrzmiała dość... żałośnie. Jakby go prosiła.

- Droga pani... - Otworzył drzwi gabinetu, popatrzył w jej oczy i podniósł jej dłoń do swoich warg. - Nie ośmieliłbym się nadużywać pani cierpliwości.

- Sue. - Przypomniała. Przedstawiała się na początku spotkania, ale mógł nie zapamiętać. - Mój numer. Proszę zadzwonić. Jeśli pan go nie weźmie, znajdę kogoś innego. - Postraszyła, ośmielona jego układnością. Wcisnęła mu kartkę z numerem i wyszła.

Zamknął za nią drzwi i poszedł otworzyć okno, żeby pozbyć się jej zapachu. Dusznych perfum, potu i wilczej sierści. Nie znosił smrodu bet. Były takie... nudne. Takie... byle jakie. Bez wyrazu. Zupełnie przeciętne, gdzieś w środku skali między alfami i omegami.

O, tak. Już wolał niejedną smakowicie pachnącą omegę, z metaliczną nutą strachu, paniki. Och, mmm... omegi były takie pełne emocji. Takie... wrażliwe na bodźce. Były dobrymi instrumentami, w doświadczonych rękach. Można było z nich naprawdę wiele wydobyć. Pod warunkiem, że dobrało się odpowiednie środki. Więc... zadzwoni. Oczywiście, że zadzwoni. Byłby głupcem, gdyby nie zadzwonił.

Zastanowił się nad jeszcze jednym fragmentem tej nadspodziewanie dziwnej rozmowy. Oferty. Z ł o t o. Beta powiedziała, że ma złoto. Kto w tych czasach mówi, że ma złoto, gdy chce płacić? Czemu nie powiedziała po prostu, że ma pieniądze? Dolary? Gotówkę? Kasę?

Ciekawe, ile go ma.

Nie umiała kłamać, kryć się, oszukiwać. Z jej tonu wywnioskował, że było tego niemało. Niemało, czyli więcej, niż trzeba, żeby wzmóc jego czujność. A ponieważ Crowley był przy wszystkich swoich licznych (we własnym mniemaniu) zaletach, również dość ciekawski ostrożny, zanotował sobie w pamięci, żeby tak przy okazji dowiedzieć się, komu ta przebrana za alfę wilczyca chce rzucić sponiewieranego omegę do nóg?

Jak to mówią - informacja droższa od złota, a on nie na darmo miał ambicje być nie tylko bogaty, ale też dobrze, bardzo dobrze poinformowany. W końcu, a nuż ten ktoś zapłaciłby więcej?

 

 

 

Chapter Text

- Bujacie się? - Dean wyszedł na werandę i kucnął przy zawieszonym niedawno hamaku. Cas odpychał się stopą od barierki, wprowadzając hamak w lekkie kołysanie. Michaś leżał na nim i obaj oglądali książeczkę o kaczuszce, która pławiła się w strumyczku i skubała kaczeńce. Cas podniósł na niego wzrok i uśmiechnął się.

- Czytamy! - Przerzucił tekturkę z obrazkiem i suwając palcem po dużych, wyraźnie wydrukowanych literach przesylabizował z pewnym trudem: - kacza... mama... zawołała... kaczuszkę... kwa... kwa... żeby... kaczuszka... wracała... na... obiad.

Miś przyglądał się obrazkowi (a może palcowi tatusia, przesuwającemu się po literkach) z nabożnym skupieniem, a kiedy tatuś umilkł, zamachał gwałtownie rękami i nogami, szybko je kurcząc i prostując i wykrzykując różne sylaby, jakby też coś czytał, albo opowiadał. Cas poprawił go, żeby leżał wygodniej dla nich obu i przerzucił sztywną kartę, żeby przeczytać kolejny fragment historyjki.

Wydawał się taki zadowolony z siebie, że może czytać Michasiowi. Zerknął na Deana, który nadal kucał przy hamaku, gapiąc się na nich obu.

- Co? Źle coś? Źle przeczytałem? - zaniepokoił się omega. Dean pokręcił głową.

Właśnie tak ich lubił. Cas, Michaś. Małe Ciasteczko, które sobie spokojnie rośnie w piekarniczku. Ciche, czerwcowe przedpołudnie. Powietrze pachnące kwiatami, kwitnącymi na zboczach gór, łańcucha, który otaczał dolinę. Lasem, igliwiem nagrzanym od słońca. Bzyczenie owadów, pszczół... ćwierkanie ptaków. Szuranie i stukanie Bobby'ego w warsztacie. Podśpiewywanie Ellen, kręcącej się po domu, wynoszącej świeże pranie na sznurki. Zerkającej, czy Michasiowi nic nie trzeba. Senny omega, dukający mozolnie z tych swoich dziecinnych książeczek wierszyki i króciutkie historyjki, robiąc każdego dnia coraz większe postępy, chociaż jeszcze kilka miesięcy temu był zupełnym analfabetą.

Rodzina, której zawsze pragnął. Szczeniaczki. Jego własne berbecie. Miś i to małe coś, w brzuchu omegi. Cały hamak szczęścia.

Uśmiechnął się.

- Daj buzi... - Przyciągnął krawędź płótna, położył swoją ogromną dłoń na brzuszku Misia i połaskotał go, jednocześnie całując omegę. Unosił się nad nimi najlepszy zapach, jaki kiedykolwiek wąchał. Należeli do niego, a on wiedział, że jest dla nich dobrym mężem i ojcem. Że się nimi dobrze opiekuje. Że są szczęśliwi, bezpieczni. Że im to zapewnił, że o nich zadbał. Sprawdził się, jako alfa. Sprawdził się, jako przewodnik watahy, głowa rodziny.

Tej dużej i tej małej - z tą trójką, tu, pod ręką. Cas. Miś. Ciasteczko. To najlepsze, co mogło go spotkać. Najlepsze, czego mógł dla siebie chcieć. O co mógłby prosić Pierwszego Wilka.

- Jedziesz do tartaku? - spytał leniwie omega i ziewnął.

- Tak. Pośpijcie sobie. - Pogłaskał ich obu, zrobił Misiowi pierdziołka na tłuściutkiej, golutkiej stópce, od czego Miś zaniósł się najweselszym na świecie rechotem i rozemocjonowany zaczął kopać, aż pacnął go okrąglutką piętką w nos. - Uch! Jaki z ciebie kickbokser! - Pławił się w ojcowskiej dumie. - Waleczny z niego żołnierzyk!

- Ellen mówi, że to na pewno alfa - powiedział Cas. Dean podniósł malucha, gruchającego radośnie.

- Jesteś alfą? - spytał. - Będziesz się opiekować tatusiem, jak mnie nie ma? Będziesz go bronić? Co? Żołnierzyku? - Podrzucił go lekko, wzbudzając kolejną i kolejną salwę śmiechu.

- Ej! Sam się potrafię obronić! - wtrącił Cas. Dean pochylił się nad nim z Misiem w objęciach i pocałował go, pod czujnym spojrzeniem szczeniaczka, obserwującego poczynania tatusiów.

- Ty musisz pilnować piekarniczka - mruknął, węsząc zapach omegi na szyi, przygryzając go leciutko, naprawdę delikatnie. - Pieczesz teraz najważniejsze ciasteczko. Wiesz? Moje ciasteczko.

- Wiem. Nie martw się. Jedno już upiekłem... Udało się całkiem dobrze. - Cas uśmiechnął się łagodnie i zabrał Misia z powrotem w objęcia. Popatrzył na Deana, tymi swoimi niebieskimi ślepiami, tak intensywnie, jakby chciał dotknąć samej duszy alfy, jego serca; nie spuszczając wzroku, chwycił jego dłoń i pocałował z wdzięcznością. Czule.

- Dam ci wszystko. - Zaoferował gwałtownie Dean, przyciągając go do siebie, obejmując, z Misiem, książeczką, hamakiem... ze wszystkim. - Co tylko chcesz. Tylko powiedz. Co tylko chcesz! - Zawarczał niskim, zachrypniętym z emocji głosem.

- Uhm... - Cas spojrzał na Misia, zakrył mu uszka i wyszeptał konspiracyjnie - ...porwiesz mnie? Jak wrócisz?

Miś zaczął popiskiwać, kiedy tata trochę za mocno go przycisnął do tatusia. Znów to robili. Całowali się. Miś był zasadniczo przyzwyczajony, bo całowali się bardzo często. Bez przerwy. Ale tata tym razem za mocno ich ścisnął! I z czego oni się śmieją? Z czego? No? Miś nic z tego nie rozumiał. Ale wcale mu to nie przeszkadzało się przyłączyć. I też się roześmiał. Zagulgotał, opluł się i zamachał nogami, taki był szczęśliwy, z nimi. Znów pacnął tatę w nos i tata znów połaskotał go po brzuszku i powiedział, że Miś jest jego słoneczkiem. I że kocha go najbardziej na świecie. I tatusia. I Ciasteczko. I że teraz musi iść, ale niedługo wróci, więc żeby Miś był grzeczny i nie męczył tatusia, bo tatuś musi dużo odpoczywać. I w ogóle niech obaj sobie zrobią drzemkę, a potem zjedzą obiad i potem tata już wróci i się razem pobawią. Najpierw wszyscy trzej, a potem, jak Miś już pójdzie spać, to oni dwaj, powiedział tata tatusiowi na ucho i tatuś zachichotał i jeszcze raz dali sobie buzi.

- Mogę się przejechać samochodem? - spytał Cas, kiedy Dean już wstawał.

- Możesz. Ale powolutku i ostrożnie.

- Dziękuję! - Wyszczerzył się omega.

- Tylko kawałek! - Przykazał surowo, zeskakując z werandy. - I masz zapiąć pasy!

- Zawsze zapinam...

- Masz uważać na Ciasteczko!

- Uważam... - mruknął tatuś, mrugając do Misia.

Dean jeszcze zerknął na nich, kiedy już wsiadł do dżipa i zaczął ruszać. Cały hamak wszystkiego, co kochał najmocniej. Pomachał im, a Cas poruszył łapką Misia, ucząc go robić pa-pa!

To było przyjemne, czerwcowe przedpołudnie. Zwykły dzień. Bez żadnej chmurki na niebie. Nie zapowiadający kłopotów, ani burz. Kolejny, nudny czwartek, kiedy trzeba pojechać do tartaku, przypilnować interesów, kiedy Cas i Miś będą czytać o kaczuszce, a potem drzemać na werandzie, potem Miś zje trochę tartego jabłuszka i solidną butlę mleka... Zabrudzi kolejną pieluchę. Przebrany w czyste rzeczy trochę pobawi się na swojej macie z zabawkami, trochę popełza po salonie pod okiem Ellen, a Cas przejedzie kilka metrów autem, wiercąc się na siedzeniu i wydając okrzyki, jakby właśnie pokonywał rajd Paryż - Dakar. Zwykły dzień, jeden z wielu.

Ostatni taki.

Gdyby tylko Dean wiedział. Nigdy by się nie ruszył, nie zostawiłby ich. Nie spuścił z oczu. Ale kto mógł wiedzieć? Przecież to miał być taki zwyczajny, nudny czwartek...

 

 

Chapter Text

Dean skręcił do tartaku, myśląc wciąż o omedze. Jak go ten głupi, mały wilczek chwytał za serce, do czego by się nigdy nie przyznał, ani Ellen, ani nikomu. I może też nie chciał w pełni przyznać się przed samym sobą, że nie chodzi tylko o to, że Cas był taki... uhm... śliczny niczego sobie i taki idealny całkiem niezły w łóżku i że - ku zdziwieniu ich obu i całej reszty świata - dał mu szczeniaczka, i że w porównaniu z Lisą był... Nie, nie było żadnego porównania z Lisą. No, więc, to co naprawdę chciał wyrazić, tak nieudolnie, bo alfy zwykle nie rozmawiają o swoich uczuciach (chyba, że są na kogoś wkurzone), to że Cas był... był kimś, kto nieoczekiwanie stał się bardzo ważny w jego, Deana, życiu. Niezbędny. Dla kogo warto się starać i komu Dean chciałby... uhm...

...dać wszystko. Literalnie.

Kiedy Cas z tą całą swoją prostotą, bez żadnych gierek ani manipulacji (które tak chętnie stosowała Lisa i inne alfy) pocałował go w rękę, patrząc tak tymi swoimi ślepiami... tak... Uhm. Właśnie tak. - Dean się zastanowił, szukając dobrych określeń. Najtrafniejszych. - No więc... uhm... Szczerze. Naiwnie. Jakby Dean był najważniejszy i najlepszy i w ogóle wszystko naj. Jak to nazwać? Jakby Dean j u ż  mu dał wszystko i Cas już niczego więcej nie potrzebował. Tak na niego patrzył. Jak bardzo, bardzo szczęśliwy, ufny, wdzięczny ktoś.

Dean wiedział, w tamtym momencie bardziej niż kiedykolwiek, że gdyby tylko ten głupi, naiwny maluch, ten... histeryk, panikarz... ten... omega, gdyby tylko skinął palcem, on, alfa, dałby mu cokolwiek by chciał, na cokolwiek by wskazał, cokolwiek by sobie zamarzył. Dom w Europie, we Francji. Podróż dookoła świata. Kupiłby mu dziesięć cukierni. Albo całą fabrykę ciastek. Całą pieprzoną fabrykę ciastek z własnymi truckami, które jeździłyby po całym kraju z wielkim napisem: Cas' Cookies. Jeśli by tylko powiedział słowo.

A on nie chciał nic, tylko, żeby Dean go porwał.

Cas rzadko prosił o coś dla siebie. Lubił kupować prezenty innym, ale upierał się płacić za nie swoimi prawdziwymi pieniędzmi, jak je nazywał. Tymi, które sam osobiście zarabiał na ciasteczkach i z wyświetlania reklam na swoim vlogu. Jeśli się o coś sprzeczali, to właśnie o jego zarabianie. Dean mu na to pozwalał, bo widział, że dla niego było to ważne i nie mógł mu odmówić czegoś, co sprawiało mu tyle satysfakcji. Choćby nie wiadomo jak Deana to wkurzało, to całe zarabianie. Ta cała praca.

Ta cała potencjalna samodzielność...

Wcale nie chciał, żeby Cas był samodzielny. Żeby miał własne pieniądze, żeby zarabiał, miał konto bankowe i karty, żeby podpisywał umowy i PRACOWAŁ. Wcale mu się to nie podobało. Cas tego nie potrzebował, miał Deana. Dean był od takich spraw. Chciał być.

Do dziś pamiętał tamtą wyprawę do Crabtown, do sklepu z rzeczami dla Misia (który jeszcze siedział w brzuchu), kiedy chciał wybrać całą wyprawkę: łóżeczko, wózek, fotelik do samochodu, przewijak, wanienkę i tysiąc innych rzeczy potrzebnych szczeniaczkowi. Cas chodził po sklepie, uważnie się wszystkiemu przyglądając, pytał o ceny i tłumaczył Deanowi, że tego (wskazał palcem), tego też i tamtego także wcale nie muszą kupować. Kołyskę zrobił Bobby, ubranka będą często prać, więc nie muszą kupować aż tylu (popatrzył krzywo na naręcze wieszaczków i paczuszek, które Dean zdjął z regałów, a ponieważ nie mógł się zdecydować na kolor, wziął wszystkie, jakie były), poza tym szczeniaczki szybko rosną i zaraz trzeba będzie kupować nowe, więc szkoda wydawać tyle pieniędzy, no i wcale nie trzeba...

- O co chodzi? - Przerwał mu, zirytowany, bo liczył na bardziej entuzjastyczne podejście. Cas zacisnął wargi, a potem wyciągnął ten swój poprzecierany portfelik.

- Mam siedemset osiemdziesiąt pięć dolarów. - Popatrzył na Deana. - Dokładnie sobie policzyłem, co mogę za to kupić i jeśli dołożysz drugie tyle, to starczy na wszystko, co szczeniaczek naprawdę potrzebuje. Zapłacimy po połowie, żeby było sprawiedliwie. Na więcej mnie nie stać.

Dean poczuł, jakby dostał w szczękę.

Na chwilę odszedł w sąsiednią alejkę, żeby pod wpływem emocji nie zrobić, nie powiedzieć jakiegoś głupstwa. Cas miał na tyle silny instynkt samozachowawczy, żeby za nim nie iść. Zaczekał cierpliwie, aż Dean ochłonie.

Wrócił za kilka minut. Odłożył ubranka i popatrzył na głupiego omegę. Omega popatrzył na niego, marszcząc brwi.

- Nie wiedziałem, czy wrócisz... - powiedzieli jednocześnie. Umilkli.

Dean westchnął, a Cas zaczął miętolić w palcach róg kocyka z króliczkiem.

- Chcesz mi ubliżyć? - spytał go w końcu, aż omega drgnął i gwałtownie zaprzeczył. - Chcesz mnie obrazić?

- Nie! - Cas puścił kocyk, mrugając szybko. - Ja... Czemu?

- Wciąż jesteś na mnie zły? Że nie zjawiłem się wcześniej? Chcesz mnie ukarać? - Drążył, a omega na każde pytanie kręcił głową i solennie zaprzeczał. - No, to czemu to robisz?

- Ale co? - Cas rozłożył ręce.

- To! To! - Pokazał na prawie pusty wózek sklepowy. - Nie musisz się zastanawiać nad każdą głupią rzeczą. Nie musisz oglądać każdej metki dziesięć razy, dookoła, w te i we wte. Mój szczeniaczek, ja płacę. Jeszcze raz zobaczę, jak wyciągasz ten swój głupi portfel!... - Znów zaczął się wściekać i podnosić głos, aż ekspedientka zaczęła im się uważnie przyglądać.

- Przecież powiedziałem, że policzyłem wszystko dokładnie... - Podjął uparcie omega i Dean nagle zacisnął pięści. Był o włos od tego, żeby odwrócić go tyłem i wlepić mu kilku klapsów. Gdyby nie szczeniaczek, na Pierwszego Wilka, miał ochotę naprawdę go sprać!

- Ani słowa! - warknął takim tonem, że Cas natychmiast zamilkł. - Nie mówmy o tym więcej. Masz zadanie na najbliższe półtorej godziny. Idziesz za mną, ja pokazuję palcem, ty ewentualnie wybierasz kolor, wzorek albo fason. Nic więcej nie chcę słyszeć, tylko: to ładne, bierzemy. Jeśli nie będziesz potrafił zdecydować, które, wezmę wszystkie, więc nie próbuj udawać, że ci się nic nie podoba, żeby na czymś zaoszczędzić! Zrozumiano? Nie każ mi pytać dwa razy.

Cas nadął policzki w niemym oporze, ale skinął posłusznie. Alfa wyglądał na naprawdę wkurzonego i lepiej było go nie drażnić dalszymi dyskusjami.

- To szoruj, królewno, do wózków. W te pędy. Szczeniaczek nie szczeniaczek, potrafię ci pomóc znaleźć drogę. - Pogroził i Cas powlókł się do wskazanego stoiska, poburkując coś pod nosem, ale na tyle cicho, żeby nie wkurzać alfy bardziej, bo alfa mógł mu jednak pomóc i co wtedy? Wtedy tyłek będzie bolał, szczeniaczek się zdenerwuje... Nie, lepiej się tym razem nie sprzeciwiać.

Dean nie wyobrażał sobie, że mógłby oszczędzać na szczeniaczku. Że miałby pozwolić omedze płacić po połowie. Cas zapłacił za niego raz. Wtedy u Benny'ego, za dwa burgery de lux ze wszystkim. Raz i starczy. Dean nie zniósłby myśli, że mógłby odmówić czegoś szczeniaczkowi, nigdy, w żadnym wypadku, nawet gdyby to był szczeniaczek z Lisą, co nie byłoby takie fajne jak szczeniaczek z omegą.

Chociaż wciąż z tyłu głowy pamiętał (i uwierało go to bardzo), jak zareagował na wieść o nim, jak chciał przekupić Amy, jak chciał się...

...p o z b y ć. Nie. Nie będzie o tym nawet przez chwilę myśleć.

Nie teraz.

Teraz mają zadanie: wyposażyć szczeniaczka. Koniec, kropka. Jeśli na całym świecie była osoba, której się coś od Deana należało, to był to właśnie szczeniaczek. JEGO szczeniaczek. Deanowy. Malutki Winchester, krew z krwi i kość z kości. Jego własny, taki jakiego chciał. Z błękitnymi oczami (miał nadzieję), podobny do omegi ehm, ehm... to znaczy, tego... Po prostu śliczny zdrowy. Śliczny zdrowy, malutki, okrąglutki szczeniaczek, jego własny. Ma dostać wszystko, co trzeba. Ma dostać to od niego, od Deana, od swojego taty. Tak, właśnie: taty. On, Dean, TATA, da mu wszystko i nic mu w tym nie przeszkodzi. A już najmniej fochy i urażona duma omegi i jego głupi portfel z głupimi pieniędzmi!, zaczął znów warczeć i Cas przyspieszył, nie oglądając się.

Dean od dawna chciał mieć szczeniaczki. Wynajął Lisę w tym celu. Zbudował dom. Kupił ziemię. Dobrą ziemię, w ładnym, zdrowym, bezpiecznym zakątku. Idealnym dla rodziny. Zgromadził tonę smoczego złota i mnóstwo pieniędzy, nie takie nic, jak omega. Mógłby wykupić cały ten sklep, gdyby chciał. Głupi omega i te jego siedemset dolarów majątku... Czy on naprawdę sądził, że alfa weźmie te jego mozolnie uskładane grosze? Że naprawdę zapłacą po połowie?

Też coś! Dean musiał policzyć w tył od stu, odejmując kolejno ósemkami, żeby się uspokoić. Głupi, wkurzający omega!

Nawet nie można mu przylać...

- Który? - spytał krótko, wskazując na wózki. Cas stał przez chwilę, zastanawiając się.

- Ale...

- Który? - wysyczał i Cas natychmiast pokazał ten, który mu już poprzednio wpadł w oko, kiedy był tu z Amy i Ellen. W podobny sposób wybrali jeszcze kilka sprzętów, aż w pewnej chwili Cas naprawdę zapomniał o metkach, sam przynosił do wózka różne rzeczy i uśmiechał się, wyobrażając sobie, jak maluszek będzie w nich wyglądał.

Dean zapłacił za wszystko, z trudem i z asystą dwóch ekspedientek upchnął zakupy w dżipie, zapakował Casa na przednie siedzenie i ruszył w drogę do domu. Wiózł ich do domu: własnego omegę i własnego szczeniaczka. Zadbał o nich, wreszcie. Wreszcie zaczął być ojcem. Cas mógł tego nie rozumieć, ale gdyby Dean wziął od niego te pieniądze to straciłby szacunek do siebie. Przestałby być alfą.

Wystarczyło, że musiał sobie radzić z tym, co wtedy nagadał Amy. Pełno głupot. I że zamiast wtedy zabrać omegę, tyle miesięcy stracił, zastanawiając się... teraz już nawet nie wiedział nad czym. Wyczerpał limit błędów, jeśli chodziło o tę sprawę. Wstydziłby się przed szczeniaczkiem i przed watahą, gdyby nie potrafił zająć się nimi, zaopiekować. Chociaż tak późno, to jednak... miał nadzieję, że nie ZBYT późno.

Bo Cas zrobił już dosyć. Cas zrobił już naprawdę dużo i teraz była jego kolej, Deana, żeby coś zrobić. Żeby zrobić tyle, ile tylko zdoła. Cas zatrzymał szczeniaczka. Poradził sobie przez tyle miesięcy bez jego pomocy, bez wsparcia alfy. Był sam, zdany na łaskę ludzi. Nie-wilków. Był omegą. Był ślepy. I poradził sobie, ochronił siebie i szczeniaczka. Utrzymał go.

Teraz kolej Deana.

Teraz już zawsze będzie jego kolej, żeby dbać o nich. Żeby się troszczyć.

Tamtego dnia, wracając z wyprawką dla szczeniaczka Dean nie wybiegał myślą zbyt daleko w przyszłość, ale miał nadzieję, że po tym pierwszym pojawią się następne i te następne już nie będą się tułać poza domem. Po ludziach. Po obcych. Nie jego szczeniaczki, obiecał sobie w duchu. Nie jego omega. Nikt z jego rodziny. Nigdy już nie dopuści do takiego zamieszania, do takiego bałaganu. Do takiej k a t a s t r o f y. Nigdy. Co z niego byłby za alfa, gdyby pozwolił osobom, które kochał najbardziej na świecie żyć byle gdzie, w biedzie, w niedostatku, w niepewności, z wyrzeczeniami? Co z niego byłby za alfa?

I dziś, po tych wszystkich miesiącach, kiedy Miś się szczęśliwie urodził (i miał te wymarzone niebieskie oczy) a Ciasteczko rosło sobie w piekarniczku, Cas patrzył na Deana, jakby tego całego zła nie było. Jakby Dean nic nie zepsuł, nie zawiódł, nigdy. Cas nie był pamiętliwy. Był wdzięczny.

Wdzięczny.

Po tym wszystkim, co Dean narozrabiał, Cas go kochał, uśmiechał się na jego widok, całował i chciał dać się porwać. Dean chciał mu dać wszystko, a on chciał tylko Deana.

Zajechał na parking w tartaku, na swoje miejsce, wyłączył silnik i przez dłuższą chwilę siedział w aucie, udając, że czegoś szuka w schowku. Sammy zapukał w szybę i wsiadł.

- Stało się coś? - spytał czujnie, lustrując twarz brata. - Coś z Misiem? Z Casem?

- Alergia. Albo mucha. Mucha mi wpadła do oka - powiedział, odchrząkując i ocierając twarz rękawem. - Dawaj, chodź. Robota czeka, pnie się same nie porąbią. No, nie?

 

Chapter Text

Po przeczytaniu jeszcze raz całej historyjki o kaczuszce i jednej o niedźwiadku i jeszcze jednej o bocianku Miś wreszcie zasnął. Cas sobie leżał w hamaku, bujając się powolutku, ze szczeniaczkiem na brzuchu, i popatrywał sennie na przestronne podwórze, porośnięte gęstą, przyciętą trawą, gdzie Bobby z Rufusem zaczęli już obmyślać placyk zabaw. Z niskim ogrodzeniem, piaskownicą i mnóstwem różnych drewnianych i sznurowych huśtawek, ścianek i drabinek do wspinania, pomostów, równoważni i balkoników dla rozbrykanych maluchów. Na razie tylko sobie rysowali i przymierzali, ale kiedy Dean powiedział wszystkim o Ciasteczku i zaczął się odgrażać, że na Ciasteczku się nie skończy, to stwierdzili, że dla fury szczeniaczków trzeba zrobić porządne miejsce do zabawy, na wiele lat, i że ich w tym głowa, żeby było bezpieczne i wypasione.

Cas musiał poprosić Deana, żeby mu wytłumaczył, co to wypasione. Słyszał to już tyle razy, ale za każdym razem w innym kontekście. Wypasiona bryka, wypasiona komórka, po prostu pełen wypas... Dean zażartował, że tyłek omegi jest wypasiony, bo ma wszystko co trzeba i jeszcze więcej i przy okazji dokładnie go sobie pomiętosił, na wypadek gdyby coś miało mu umknąć, ale potem wyjaśnił dokładnie, co Bobby miał na myśli. Przy tym zauważył, że Cas zna sporo ładnych słów jak szykowny i feeryczny (to od tych wszystkich klasycznych powieści czytanych przez babcię Annę), ale musi się nieco podciągnąć w tym, jak się mówi teraz, a nie w dziewiętnastym wieku. Czyli jak?, spytał Cas i Dean zaczął dawać przykłady, że coś może być cool, albo hot, albo zajebiste. Takich wyrażeń używały niektóre wilki w watasze Uriela, ale nie było to mile widziane przez starszych i Cas wolał tego unikać, żeby nie narażać się na burę i lanie.

Co jest hot?, drążył, prosząc o przykład. I dowiedział się, że on jest bardzo hot i zajebisty, czego na początku nie ogarniał, więc Dean tak mu zaczął intensywnie wyjaśniać oraz pokazywać, że z tego pośpiechu wywrócili się na schodach i zerwali obrazek w korytarzu prowadzącym do sypialni.

Dean, okazało się, musiał mu tłumaczyć sporo rzeczy, z którymi Cas wcześniej z różnych względów nie miał do czynienia. Z wielu powodów: bo nikt w watasze Uriela o takich rzeczach nie mówił. W ogóle. Albo nikt nie rozmawiał o nich z omegą, dla zasady. Bo co omega może rozumieć? Albo dlatego, że Cas nie widział. Albo dlatego, że - oprócz zmarłej babci - nikogo tak naprawdę nie obchodził i nikomu nie zależało, żeby cokolwiek wiedział o otaczającym świecie. Więc w sumie nie za wiele wiedział. O sporcie. Geografii. Samochodach. Pieniądzach, zakupach, technice, architekturze, internecie, telefonach i komputerach, polityce, historii, sztuce... O nie-wilkach. O byciu omegą.

Wiedział tylko tyle, że silniejsi zawsze mają rację i że trzeba uciekać, kiedy w powietrzu wisi smród złości i gniewu. Że tak czy siak, omega zawsze oberwie. Że na jedzenie trzeba zasłużyć. Że musi być grzeczny, posłuszny i się nie skarżyć. I że jest zależny od wszystkich, od watahy i powinien być wdzięczny za to co ma, chociaż w watasze Uriela miał na własność niewiele, albo zgoła prawie nic. A to, co miał zawsze mogło być odebrane. W każdej chwili. To wystarczało, żeby funkcjonować w starej watasze.

Ale było niewystarczające w nowym życiu, po tym jak Dean go sobie wziął. Cas musiał się nauczyć mnóstwa rzeczy. Dużo od nie-wilków: Jody. Amy. Franka. Nawet od Meg. Całe tony informacji. Przede wszystkim: że poza watahą też jest życie. Że omega może zdobyć przyjaciół a nawet nową rodzinę. Sam, zupełnie sam. To były bardzo ważne lekcje. Jody nauczyła go odbierać telefony jako prawie etatowa sekretarka w biurze szeryfa, a Meg dała mu pierwszą pracę z regularnym wynagrodzeniem i mnóstwo porad w rodzaju: najczęściej kupowane rzeczy ustawiaj w najtrudniej dostępnych miejscach albo najlepiej zarabia się na rzeczach najtańszych, oraz jeśli coś jest zepsute i źle smakuje, zamiast wyrzucać - podnieś cenę, ludzie pomyślą, że to z Francji.

Dużo od wilków: Sammy nauczył go pisać i czytać. Kevin i Ash pokazywali mu internet. Ellen uczyła go piec i gotować. Charlie pokazał mu sztukę i jak zrobić z ciasteczek prawdziwy biznes. Ale i tak najwięcej Cas się uczył od Deana. W starej watasze omega trzymał się na uboczu. Nie był dopuszczany do poważnych rozmów i decyzji. Wszyscy tak naprawdę nim pomiatali. Przynieś, wynieś, pozamiataj.

Zmykaj.

Nie plącz się tu.

Uciekaj.

Wynocha.

Najwięcej czasu spędzał opiekując się, najpierw niedołężniejącą babcią Anną, potem maluszkami. Chowając się przed tymi, którzy lubili mu dokuczać. Trzymanie się z boku, bycie n i e w i d z i a l n y m było dla niego naturalnym zachowaniem. Im dalej był od wszystkich silniejszych, agresywnych wilków, im lepiej był przed nimi schowany, tym rzadziej obrywał. Na początku, kiedy Dean go zabrał, starał się trzymać jak najdalej od alfy. Jak najdalej, ale w końcu jego miejsce okazało się obok. Przy nodze. Bardzo blisko.

Bardzo blisko alfy. W samym centrum dowodzenia, w samym centrum wydarzeń. Chcąc nie chcąc, przysłuchiwał się i obserwował. Zwykle siedział cicho, ale z czasem coraz odważniej zadawał pytania. Na spacerach, albo przed snem, kiedy byli sami. Czasem, żeby wyjaśnić jedną sprawę, trzeba było opowiedzieć trochę więcej o innych. Od jednej zagadki do drugiej. Na przykład: czemu cukiernia wcale nie zarabia, a mimo to zarówno Dean jak i Kevin są zadowoleni? Co to są podatki? Co to jest bilans zysków i strat. Co to jest kreatywna księgowość. Co to są Kajmany i czemu konto w Szwajcarii jest czymś, co każdy wilk powinien mieć? Czemu pieniądze są takie ważne i kto bogatemu zabroni? Czemu Dean znów gdzieś zniknął na dwa tygodnie z chłopakami, zostawiając omegę ze szczeniaczkiem pod opieką Bobby'ego i Franka.

Cas wtedy nie mógł nigdzie sam się ruszyć, tylko na werandę i na podwórko, nie dalej. A jak chciał raz iść na spacer na łąkę, zresztą doskonale widoczną z okien domu, i do tego wziąć szczeniaczka, to Bobby spytał grobowym głosem, czy Cas koniecznie chce, żeby Dean Bobby'ego oskórował i powiesił jego wypchany łeb nad kominkiem?

Oczywiście Cas nie chciał. Ale czemu Dean miałby wieszać głowę Bobby'ego nad kominkiem? Kiedy o to zapytał, Dean tylko się śmiał i powiedział, że już Bobby dobrze wie i niech tak zostanie. I że jak Deana nie ma w domu, to Cas musi słuchać Bobby'ego jak alfy i robić wszystko co Bobby każe, bo Bobby odpowiada za niego głową. Za niego i za Misia. Zrozumiano?, upewnił się surowo Dean i Cas potwierdził, że zrozumiano. I chciał wiedzieć, gdzie podziały się te drewniane skrzynki, z napisem: uwaga szkło, które podczas nieobecności alfy przywiozła ciężarówka z logo Cas' Cookies. Czemu Bobby się wtedy strasznie śmiał, a Frank mówił, że to cwany skurkowaniec i obaj pili coś, co robił Frank w szopie na rupiecie, z której pozbyli się rupieci, a wstawili jakąś maszynerię z mnóstwem rurek i wielkim szklanym balonem. Ellen nie była z tego zadowolona i mówiła, że są starzy a głupi i że nie będzie im rano robić koktajlu na kaca.

A w ogóle skąd Dean wie tyle rzeczy o smokach?

Mnóstwo pytań nurtowało omegę. Na przykład... czemu Dean wcześniej marudził, że musi mieć w rodzinie lekarza, a ostatnio zaczął mówić, że trzeba coś zrobić z Amy. Cas w pierwszej chwili się okropnie przestraszył, ale okazało się, że nikt jej nie chce skrzywdzić, tylko lepiej wyposażyć gabinet i zrobić remont. I Dean pytał Sama, ile ona ma tego kredytu studenckiego do spłacenia. I jakoś tak przy tym zauważył, że Sammy chyba będzie potrzebować mieszkania w mieście i Cas nie mógł zdecydować, czy Dean jest z tego powodu zły i smutny, czy szczęśliwy i rozbawiony. Bo tak jakby był wszystko na raz.

Czasem, rzadko, ale zdarzało się, że Dean na jakieś pytanie omegi odpowiadał krótko: bo tak. I Cas wtedy wiedział, że Dean ma swoje alfie sekrety, których nie zdradzi nikomu. Może ewentualnie Bobby'emu.

I, oczywiście, bratu.

Ale miał też takie sekrety, które zdradzał tylko Casowi. Cas po raz pierwszy w życiu był powiernikiem czyichś sekretów - takich prawdziwych, nie maluszkowych - i traktował to niezwykle poważnie. Fakt, że to były sekrety alfy nie miał takiego znaczenia, jak to, że to były sekrety Deana. Wszystko, co dotyczyło Deana nie wiadomo kiedy stało się bardzo ważne. Najważniejsze.

Od powrotu Casa do watahy spędzali ze sobą mnóstwo czasu. I chociaż Dean czasem nawet przez kilka godzin nie odzywał się ani słowem do omegi, zajęty jakimiś swoimi sprawami, to kazał mu zawsze trzymać się w zasięgu wzroku, a najczęściej na wyciągnięcie ręki. I kiedy już wreszcie sobie rozmawiali i Cas zadawał te wszystkie pytania, a Dean zaczynał na nie odpowiadać, to jakoś tak zwykle kończyło się na miętoszeniu pupy omegi i pospiesznym sprawdzaniu, czy nikt nie widzi/nie wejdzie (niepotrzebne skreślić).

Stłukli przy tym kilka rzeczy, podarli kilka ubrań (o takich drobiazgach jak zepsuty suwak czy oderwane guziki nie wspominając), zepsuli parę mebli (które nie były takie solidne, jak się wydawało), Cas poplamił wszystkie spodnie plamami z trawy/smaru/błota/nie-wiadomo-czego (ale i tak się nie dało sprać). Pogryzły go mrówki (Dean potem już zawsze sprawdzał, czy w pobliżu nie przebiega ścieżka tych krwiożerczych nicponi) i poparzył się pokrzywą (Dean od tamtej pory już zawsze na spacery zabierał gruby, wełniany koc. Na wszelki wypadek). Patrząc na to z tej perspektywy, to obaj się cały czas uczyli. I Cas musiał przyznać, że Dean był bardzo pojętny!

Ostrożnie wstał i zaniósł śpiącego Misia do kuchni, do kojca. Poprosił Ellen, żeby popilnowała malca, bo on chce się przejechać autem.

- Dean wie, pozwolił mi! - Zastrzegł, chociaż Ellen nie spytała. Nie zabroniłaby mu, ale skoro Dean naprawdę mu pozwolił, to chciał ją uspokoić.

- Bądź ostrożny.

- Będę. - Obiecał.

- Uważaj na Ciasteczko. - Pieszczotliwe przezwisko, nadane maluszkowi przez Deana, od razu przyjęło się w rodzinie.

- Uważam. - Podniósł dłoń, jakby składał przysięgę. Zdążył się przyzwyczaić do tych zaleceń i wcale się nimi nie denerwował. Nie było czym, wiedział, że to z troski. - Pojadę tylko kawałek. Do zakrętu i z powrotem.

- Umiesz już zawracać? - spytała powątpiewająco. Cas otworzył szeroko oczy, starając się wyglądać niezwykle przekonywająco.

- Uhm, tak. - Troszeczkę naciągnął fakty, bo właśnie chciał poćwiczyć. Robił już kilka takich manewrów, pod okiem Deana i prawie mu się udawało. Był pewien, że jak poćwiczy, to się uda bardzo ładnie i zrobi wszystkim niespodziankę. Bardzo chciał zrobić niespodziankę Deanowi. - Będę bardzo ostrożny i pojadę tylko kawałek!

- Okay. - Ellen się uśmiechnęła. - Popilnuję Misia, idź sobie pojeździć. Tylko uważaj!

- Będę uważać - odpowiedział cierpliwie.

Oczywiście, że uważał. Nie zamierzał zrobić sobie krzywdy. Tym bardziej Ciasteczku. Po tych wszystkich przygodach, z Misiem i porwaniem przez Bellę i mieszkaniem poza watahą i martwieniem się o to, jak sobie poradzi ze szczeniaczkiem bez pieniędzy, teraz cieszył się spokojem i poczuciem bezpieczeństwa.

Mógł liczyć na watahę i na jego ludzką, adoptowaną rodzinę. Wokół było tylu przyjaznych wilków i ludzi, którym na nim zależało. Cas wiedział, że nic mu nie grozi. Dean obiecał, że już nikt go nie porwie, nie skrzywdzi. Dean mógł być (i był) cwanym skurkowańcem (i czasem oznaczało to bycie kłamczuchem), ale obiecał Casowi, że będzie się nim opiekować i dotrzymywał tej obietnicy.

Nikt go nie skrzywdzi. Nie porwie. Nie ukradnie. Tak powiedział alfa, więc Cas po prostu się nie martwił. Dean wiedział, jak sprawić, żeby dom był bezpieczny. Żeby rodzinie nic się nie stało. Omedze i szczeniaczkom zwłaszcza. Zawsze myślał o wszystkim i wystarczyło go słuchać.

Cas ufał Deanowi bezgranicznie.

Chociaż czasem Dean przesadzał z tą całą ostrożnością. I tym bezpieczeństwem. Przecież już dawno pokonał wszystkie złe wilki.

Cas popatrzył na dżipa i powolutku przeniósł wzrok na zaparkowaną w cieniu Impalę.

Znów popatrzył na dżipa. Nawet do niego podszedł i zaczął otwierać drzwiczki, ale coś go pchało do Impali.

- Taty nie ma i nie zobaczy. Trzeba skorzystać - powiedział konspiracyjnie do szczeniaczka w brzuchu. - Tylko sobie posiedzimy za kierownicą... Nie będziemy odpalać silnika. Tylko zobaczymy, jak to jest...

Od jakiegoś czasu miał na to ochotę.

- Mhm... - westchnął z lubością, wsuwając się na siedzenie kierowcy. Położył ręce na kierownicy i pisnął z emocji. IMPALA. - Mhmmmm....

I nagle zdał sobie sprawę, że Dean się dowie, że omega tu siedział. Wyczuje zapach.

O, kurka!, zaklął w myślach i wyskoczył z wozu. Będzie afera. I nie obejdzie się bez paru klapsów... Takich na serio, nie na żarty. Szczeniaczek szczeniaczkiem, ale tym razem mu się nie upiecze.

Mało było rzeczy, których Dean odmówiłby teraz omedze, ale zdecydowanie TEN SAMOCHÓD był jedną z nich. Dean bardzo chętnie go nią woził, owszem. Woził. Nie pozwalał prowadzić. Cas na siedzeniu pasażera: tak. Cas na siedzeniu kierowcy: nie. Bardzo nie. Tak bardzo nie, że aż strach pomyśleć, co Dean zrobi, jak się dowie.

Hm... Skoro już i tak wiadomo, że omega oberwie, to może jednak jeszcze sobie posiedzi?

- Przejedziemy tylko kawałeczek... - Zdecydował po namyśle, jak się już nasiedział i podotykał wszystkiego i popatrzył we wszystkie lusterka. - Zapniemy pas i będziemy bardzo ostrożni, prawda, Ciasteczko? Przecież potrafimy. Jeździliśmy dżipem i nic nam nie było.

Poklepał się po brzuchu dla kurażu, zapiął pas i przekręcił kluczyk w stacyjce.

Och! Ten znajomy, niski warkot silnika. Ten oszałamiający dźwięk!, tak bardzo kojarzący się z Deanem!

Cas wciągnął powietrze (Impala cała pachniała alfą i alfa pachniał Impalą) i nacisnął gaz, przyspieszając.

- Tylko kawałek, żebyśmy wiedzieli, że lanie nie za darmo... - wyszeptał i wysunął język na wargi w skupieniu.

Przejechał kawałek do wyjazdu i właściwie powinien się zatrzymać i ostrożnie cofnąć, ale zamiast tego przejechał jeszcze trochę. Jeszcze parę metrów. Zerknął w lusterko wsteczne i dodał jeszcze trochę gazu, zmieniając bieg.

- Jak tata zacznie krzyczeć, to powiemy, że nie możemy się denerwować. Ty i ja. - Poprawił się na poduszce i nieco wyprostował. - A jak będzie dalej krzyczał, to się trochę rozpłaczemy i... i... tata przestanie krzyczeć! - Obiecał optymistycznie, żeby Ciasteczko się nie denerwowało na zapas. - Fajnie się jedzie?

Super się jechało i nagle droga wyjazdowa się skończyła i Cas musiał zdecydować, czy zawracać.

Powinien zawracać.

Powinien cofnąć i odstawić Impalę. Jakoś ułagodzi Deana. Jakoś mu wytłumaczy. Powie, że przecież Impali się nic nie stało. I Ciasteczku się nic nie stało. I jemu też nie. O ile Dean nie zechce przełożyć go przez kolano i wlepić kilku solidnych klapsów, bo wtedy to tyłek będzie cały niebieski. Cas pamiętał, że Dean miał wyjątkowo ciężką rękę!

Chociaż to się nie zdarzyło od... Zastanowił się. Od powrotu Casa do watahy, jak jeszcze nosił Misia. Bo Miś. Wszyscy się nad nim strasznie trzęśli i nie było w ogóle mowy o żadnych klapsach. A potem Cas musiał odpoczywać i zbierać siły i Dean go traktował jak królewnę. A potem się okazało, że jest już Ciasteczko i Dean nawet jak się (z rzadka) na omegę zeźlił, to mówił, że się później policzą, bo nie chce Ciasteczku zrobić krzywdy.

- Jakoś mu wytłumaczymy... Jakoś mu wytłumaczymy... - szeptał Cas jak mantrę i jechał dalej. Aż nagle zatrzymał go posterunek Rufusa. - O, cholera! - Zaklął soczyście i nawet nie zwrócił na to uwagi.

Teraz Rufus zadzwoni do Deana i naskarży. Niedobrze! Lepiej, jakby się Dean dowiedział od Casa, nie od Rufusa! Chyba tego nie przemyślał dokładnie... Hm...? No, to wpadł jak śliwka w kompot, pomyślał z lekką paniką, ocierając pot z czoła.

- Jedziesz do miasta? - Z budki przemyślnie ukrytej w krzakach wyszedł Alfie, ten młody wilk, bardzo sympatyczny, i podszedł do auta. Nachylił się do okna samochodu z niepewną miną.

- Uhm... tak... - Cas rozejrzał się za Rufusem.

- Rufus poszedł na obchód. Rozprostować kości... - Wyjaśnił Alfie, jakby zgadując myśli omegi. - Zaraz wróci.

Nie czuł się pewnie w tej sytuacji. Nie spodziewał się, że omega będzie gdzieś sam jechać. W Impali... Chyba powinien go zatrzymać... Ale to Cas. Królewna Deana. Zawsze siedzi ze starszymi, z alfą. Niby omega, ale... Alfie wiedział, że ten omega - w przeciwieństwie do innych znanych mu omeg - miał wyjątkową pozycję w tej watasze. Nie to, że się wywyższał czy zadzierał nosa, wręcz przeciwnie, ale jak ktoś prawie nie schodzi z kolan alfy i jest jego oczkiem w głowie oraz królewną, to trochę budzi respekt, no nie?, zastanawiał się gorączkowo. Szkoda, że nie ma Rufusa. On by wiedział, co robić. O co zapytać Casa. Czy zadzwonić do Deana...

Czy zadzwonić do alfy? Zawracać mu głowę?

Hm?

Młody beta przestąpił z nogi na nogę.

- Jeżdżę samochodem - przerwał jego rozterki Cas. - Dean mi pozwolił.

- Pozwolił?

- Pytałem go rano. Pozwolił mi... - Cas zamrugał, przypominając sobie, jak zawołał za Deanem na werandzie, czy może pojeździć i Dean naprawdę mu pozwolił.

- To... uhm... uważaj na siebie. - Alfie zdobył się na uśmiech. Cas odpowiedział uśmiechem. - I... eee... na...

- Na Ciasteczko, wiem. - Zaczął ruszać.

- Na jelenie - sprostował Alfie, pokazując otaczający las. - Potrafią wyskoczyć na maskę. To bardzo niebezpieczne.

- O!, o, no tak, oczywiście. Jelenie. - Cas odchrząknął. - To... ten... Tego... Niedługo wrócę.

- No. To... Do zobaczenia. - Rzucił Alfie i machnął ręką, pozwalając Casowi odjechać.

Cas ruszył na szosę prowadzącą w dwie strony. W lewo do tartaku, w prawo do miasta.

Czuł trochę gorzki posmak w ustach. Może nieco nakłamał ostatnio... Ellen i Alfiemu. Bo to była prawda, że Dean mu pozwolił się przejechać. Częściowa prawda, bo mógł się przejechać tak jak dotąd: w obrębie podwórka i kawałeczka drogi prowadzącej do domu. Nie było mowy o wyjeździe z rancza. I definitywnie nie było mowy o używaniu Impali. Cas czuł, że na to Dean by się nie zgodził.

Cas nie lubił kłamstw i łamania zasad. Nie lubił być  n i e p o s ł u s z n y. Nie chciał być nieposłuszny Deanowi.

- Przeproszę tatę! - obiecał szczeniaczkowi w brzuchu. - Bardzo go przeproszę! Powiem mu, że będę już bardzo grzeczny, żeby się nie złościł. Zobaczysz, nie będzie się złościł. Nie tak bardzo. Na pewno tylko trochę pokrzyczy, jak to on, ale nic więcej... Zobaczysz, nie ma co się denerwować. Pewnie zacznie krzyczeć, że mnie spierze na kwaśne jabłko, ale naprawdę nie spierze. Tylko tak pogada... - Dotknął brzucha. - A teraz sobie pojedziemy odwiedzić Amy! I Jody! Zatankujemy do pełna, kupimy mnóstwo karmelowych batoników i piwo dla taty i szybko wrócimy! Nawet nie zauważy!

Wykręcił kierownicę. Droga była czysta z obu stron, ale zachowywał wzmożoną ostrożność. Zerkał w lusterka i jechał naprawdę wolno.

I aż sapnął z emocji. Jechał pierwszy raz do miasta. Pierwszy raz poza ranczo. Jechał sam. Umiał!

Szykownie. Najładniejszym samochodem, jaki kiedykolwiek widział. Bardzo szykownie i bardzo elegancko.

Nawet jeśli Dean będzie bardzo zły i go spierze, tak porządnie, to i tak warto!

 


 

- Dean, czemu nie odbierasz? - Sammy stuknął brata w łopatkę. Huk maszyn i przerzucanych pni był ogłuszający. Dean przetarł szkła ochronne i ściągnął grubą rękawicę, zerkając na wyświetlacz.